E-book
9.56
drukowana A5
17.06
Cierniowym piórem z kałamarzy serc

Bezpłatny fragment - Cierniowym piórem z kałamarzy serc


Objętość:
74 str.
ISBN:
978-83-8126-781-6
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 17.06

MARYI, MATCE BOGA I NASZEJ, KU PAMIĘCI TAMTEGO I WSZYSTKICH RATUNKÓW I W PODZIĘCE ZA OBECNOŚĆ

/Autorka/



Licheń wczoraj i dziś

Magdalena Szymańska, Licheń: Tajemnice objawień

Złocisty obłok

Licheń to dziś jeden z najważniejszych celów pielgrzymek w naszym kraju. W 1850 r. nieopodal tego miejsca Matka Boża trzykrotnie ukazała się skromnemu pasterzowi. Dla rzeszy pielgrzymów, napływających na miejsce uświęcone obecnością Maryi, zbudowano wspaniałe Sanktuarium, a w ciągu ostatnich 10 lat powstała bazylika — największa świątynia w Polsce i jedna z największych na świecie

Historia objawień Matki Bożej ma jednak swój początek z dala od samego Lichenia. Zdarzenie ściśle związane z objawieniami miało bowiem miejsce pod Lipskiem, po bitwie narodów w październiku 1813 r.Tomasz Kłossowski spod Izbicy Kujawskiej (1780—1848), dziedzic pięknego pałacu i rozległych terenów żyznej ziemi, za udział w wojnach i powstaniach został pozbawiony majątku przez zaborców. Osiadł w Izabelinie koło Lichenia, gdzie wybudował kuźnię i pracował jako kowal. W październiku 1813 r. pod Lipskiem brał udział w walkach u boku Napoleona. W boju odniósł ciężkie rany. Leżąc w zaroślach i nie widząc znikąd ratunku, sięgnął po medalik Matki Bożej Częstochowskiej, by się pomodlić. Wtedy ranny żołnierz ujrzał postać Maryi Panny w amarantowych i złocistych szatach z Orłem Białym na piersi. Od Bożej Rodzicielki usłyszał zapewnienie, że wyzdrowieje i wróci do ojczyzny. Otrzymał też polecenie odszukania Jej wizerunku.

“Dobrze mi się przypatrz — rzekła Maryja — abym na tym obrazie wyglądała tak, jak mnie tu widzisz. Ten wizerunek umieścisz w miejscu publicznym w swych rodzinnych stronach”.

Maryja obiecała, że modlący się przed tym wizerunkiem ludzie doznają wielu łask nawet w najtrudniejszych chwilach.

Bez kłopotów

Tomasz Kłossowski przez 23 lata odbył wiele pielgrzymek do różnych miejsc świętych, zanim odnalazł poszukiwany wizerunek we wsi Ligota koło Częstochowy. Trafił nań w 1836 r. wracając z Jasnej Góry. Obraz Matki Bożej z Orłem Białym na piersi wisiał w przydrożnej kapliczce. Właściciel gruntu, na którym stała kapliczka, niemiecki kolonista, nie czynił trudności, gdy Kłossowski poprosił o obraz. Oddał go nie biorąc zapłaty, bowiem przeszkadzało mu, że modlący się przed obrazem pielgrzymi deptali po plonach na polu. Żołnierz zabrał obraz do domu w Izabelinie i otoczył należną czcią. W 1844 r. usłyszawszy ponowny nakaz Matki Bożej, zaniósł go do grąblińskiego lasu i umieścił w kapliczce na sośnie. Sam zmarł cztery lata później. Wydawało się, że po jego śmierci małe sanktuarium z niezwykłym wizerunkiem Maryi zostanie zapomniane. Na szczęście, obraz nawiedzał skromny pasterz Mikołaj Sikatka i za jego pośrednictwem spełniła się niebawem zapowiedź Matki Bożej, że do obrazu przybywać będzie wielu wiernych.

Przed obliczem Maryi

Po śmierci kowala — Tomasza Kłossowskiego — Mikołaj Sikatka był prawdopodobnie jedyną osobą, która pamiętała o kapliczce Matki Bożej, umieszczonej w leśnym gąszczu. Mikołaj miał żonę i dwóch synów. Na starość został pasterzem bydła dworskiego i włościańskiego. W latach 1850—1852 Matka Boża kilkakrotnie mu się ukazywała. Pasterz ujrzał Ją po raz pierwszy na początku maja 1850 roku. Akurat zbliżało się południe. Bydło najedzone odpoczywało na łące, a pasterz swoim zwyczajem ukląkł na trawie i odmawiał różaniec. Modląc się, zauważył zbliżającą się do niego niewiastę. Była ubrana po wiejsku w długą, jasną suknię z białą chustą na głowie. Zmieszany i zdumiony słuchał tego, co zaczęła do niego mówić:

„Mikołaju! Ogłoś ludziom, że za ich grzechy zbliża się kara Boża. Zaraźliwa choroba będzie trapić całą ludność. Ludzie jak muchy będą padać nagłą śmiercią. Zachęcaj wszystkich do pokuty i modlitwy, gdy się nawrócą, kary nie będzie. Zwłaszcza niech ludzie modlą się na różańcu, rozważając życie i mękę Pana Jezusa.”

Po tych słowach Pani ukazała Mikołajowi długi różaniec składający się z piętnastu tajemnic. — Mikołaju, proszę cię — odezwała się ponownie — abyś udał się do sosny, na której wisi święty wizerunek. Zrób tam porządek, bo cały naród tu przyjdzie i moc łask czerpać będzie. Po tych słowach Pani ze smutkiem zaczęła się oddalać. Mikołaj zauważył, że idąc nie dotykała ziemi, jakby płynęła na złocistym obłoku. Padł na kolana, wyciągnął ręce, chciał wołać, ale nie mógł. Pobiegł natychmiast do kapliczki i ozdobił ją świeżymi kwiatami. Pasterz miał przekazać ludziom Jej nawoływania do nawrócenia i modlitwy. Według relacji Mikołaja — Maryja przepowiedziała czasy epidemii, dając jednocześnie nadzieję tym, którzy jej zaufają.

Niewypowiedziane

Skromny pasterz nie wyjawił nikomu tego przesłania. Bał się, że mówiąc o spotkaniu z Najświętszą Maryją Panną narazi się na śmieszność i ludzkie szyderstwa. Po kilku tygodniach, gdy był pogrążony w modlitwie przed leśną kapliczką, Pani o pięknym obliczu ponownie się pojawiła. Ubolewała nad panoszącym się grzechem, wzywała do pokuty i modlitwy różańcowej, mówiła o historii Polski, zapowiadała odrodzenie Ojczyzny. Upomniała też Mikołaja, że nie przekazuje ludziom Jej ostrzeżeń. Skromny pasterz zafrasował się jeszcze bardziej. Nie wiedział, jak szerzyć przesłanie Maryi. Swoimi obawami podzielił się z Matką Bożą podczas modlitwy 15 sierpnia — w dniu Wniebowzięcia. Niezwykła jasność pojawiła się wtedy nad lasem. Mikołajowi ukazała się postać dokładnie taka jak na obrazie w kapliczce. Najświętsza Panna powtórzyła swe ostrzeżenia i dodała:

“Ile razy ten naród będzie się do Mnie uciekał, nigdy go nie opuszczę, ale obronię i do serca przygarnę jak tego Orła Białego”.

Matka Boża wyraziła życzenie, aby obraz z leśnej kapliczki przenieść w godniejsze miejsce, bowiem przyjdą do niego pielgrzymi z całej Polski.

“Prędzej czy później będzie wybudowany na tym miejscu wspaniały kościół ku mej czci”

— zapowiedziała. A zwracając się wprost do Mikołaja, rzekła:

“Rozgłaszaj to, coś widział i słyszał”.

I, aby ludzie mu uwierzyli, dokonała cudu: odmłodziła starego pasterza. Znajomi pasterza widząc tę odmianę, pytali o jej przyczynę. Zaczęli słuchać jego opowieści. Słuchali, lecz sens słów jeszcze do nich nie docierał. Dalej żyli w grzechu, obrażając Boga. Na wezwania do poprawy i pokuty odpowiadali szyderstwem. Sprawą pasterza zainteresowały się natomiast carskie władze. Zaniepokojone wątkiem Orła Białego, symbolu wolności dla znajdujących się w niewoli Polaków, zamknęły pasterza w więzieniu. Sikatka jednak nigdy nie odwołał swoich zeznań. Dzięki temu, że lekarz wystawił mu fałszywe świadectwo o chorobie umysłowej, wyszedł na wolność. Po opuszczeniu więzienia wiódł skromne życie. W 1852 r. przez Europę przeszła epidemia cholery. Śmierć dziesiątkowała ludzi. Dopiero wtedy zrozumiano, o czym mówił pasterz Mikołaj. Obok miejsca ostatniego objawienia Matki Bożej zbudowano murowaną kaplicę i przeniesiono do niej obraz, który uznano za cudowny. Podążali do niego pielgrzymi najpierw z okolicy, a wkrótce ze wszystkich stron kraju. Stało się tak jak zapowiedziała Maryja.


Las Grąbliński

Las w Grąblinie rozpoczyna Maryjny szlak prowadzący do Sanktuarium w Licheniu. Tu zatrzymują się pielgrzymi. Stąd do Sanktuarium są jeszcze 2 km. Las otoczony jest wysokim kamiennym murem. Przez bramę ze statuą Matki Bożej oraz figurami aniołów wkracza się w strefę sacrum. Informuje o tym kamienny obelisk ze słowami

“Ziemia, na której stoisz, święta jest! Na tym miejscu dnia 15 sierpnia 1850 roku ukazała się pasterzowi Mikołajowi Sikatce z Grąblina Matka Boża, Bolesna Królowa Polski…”

Za bramą prowadzącą do lasu stoi kaplica postawiona w 1991 r. W środku znajduje się kamienna płyta z odciśniętymi śladami ludzkich stóp. To symbol wydarzeń z 1850 r. W tym miejscu bowiem, przed pasterzem Mikołajem Sikatką, miała stanąć Matka Boża. Mimo, że ślady stóp nie są autentyczne, to wielu ludzi uważa kamień za świętą relikwię.

Do Lichenia

Nagły wzrost popularności wizerunku Matki Bożej z Orłem Białym sprawił, że zatroszczono się o bardziej odpowiednie dla niego miejsce. Najpierw Obraz przeniesiony został do wybudowanej tuż obok specjalnie w tym celu kaplicy. Kilka tygodni później, 29 września 1852 r., po uroczystej procesji obraz umieszczono w starym kościółku parafialnym w Licheniu. W uroczystościach wzięło udział ponad 80 tysięcy wiernych. Przybyli nawet przedstawiciele władz guberni z księciem generał-gubernatorem Golicynem na czele.

Po powstaniu styczniowym wystawianiu obrazu sprzeciwiły się — ze względu na motyw Orła Białego — władze carskie. Polscy duchowni zdołali przekonać rosyjskich urzędników, że obraz przedstawia nie orła lecz Ducha Świętego, który przybrał postać gołębicy. Oznaki polskości musiano jednak zakryć srebrną sukienką.

Korona od papieża

Gdy zbliżały się uroczystości Tysiąclecia Chrztu Polski, młody marianin ks. Eugeniusz Makulski otrzymał zadanie przygotowania dokumentacji historycznej Cudownego Obrazu Matki Bożej Licheńskiej. Starano się o koronę papieską. Niektórzy powątpiewali, czy skromny wizerunek w niewielkiej świątyni na peryferiach szlaków pielgrzymich ma szanse dostąpić takiego zaszczytu. Żmudna praca ks. Makulskiego nie poszła na marne. W listopadzie 1965 r. papież Paweł VI uznał obraz Bolesnej Królowej Polski za cudowny i polecił go ukoronować. A 15 sierpnia 1967 r. rozpoczęły się w Licheniu uroczystości koronacyjne z udziałem ks. Stefana kardynała Wyszyńskiego. Ksiądz Prymas przypomniał wtedy, że w 1921 r., jeszcze jako alumn seminarium włocławskiego, przybył do Lichenia na leczenie. Miał tak zaawansowaną gruźlicę, iż prosił Maryję jedynie o to, by mógł przyjąć święcenia kapłańskie i odprawić przynajmniej jedną Mszę św. Dzięki wstawiennictwu Matki Bożej Licheńskiej ks. Wyszyński dostał znacznie więcej niż się spodziewał, a Polska otrzymała w jego osobie Prymasa Tysiąclecia.

Cudowne Źródełko

Odwiedzając sanktuarium w Licheniu warto udać się do kaplicy Cudownego Źródełka. Pielgrzymi darzą to miejsce wielkim pietyzmem. Wychodząc główną bramą, kierując się w stronę jeziora dojdziemy do kaplic znajdujących się blisko siebie. W jednej jest studnia z odkrytą przez ks. Makulskiego wodą, przy drugiej są krany do nabierania wody oraz mały betonowy basenik do umycia nóg. Woda z Cudownego Źródełka jest wymownym symbolicznym darem. Już w starym Testamencie uzdrowienia fizyczne dokonywały się za sprawą wody np. w sadzawce Owczej w Jerozolimie.

Ksiądz Makulski sam wędrując z różdżką odkrył to miejsce, polecił wykopać studnię a następnie 14 sierpnia 1968 r. ją poświęcił. Była to wigilia odpustu i wielu wiernych uczestniczyło w obrzędzie poświęcenia. Tego samego dnia grupa osób weszła do zakrystii informując z wielkim podnieceniem, że starsza pani z Pąchowa (gmina Kramsk), niewidoma od dwunastu lat po napiciu się wody wszystko widzi bardzo dokładnie. Byli świadkowie tego zdarzenia i fakt ten uznano za pierwsze cudowne uzdrowienie przy Źródełku. Potem były kolejne o czym świadczą wpisy w “Księdze Łask”.

2 lipca w Licheniu Starym odbył się główny odpust Najświętszej Maryi Panny Licheńskiej. Uroczystej Mszy św. a po niej procesji na placu przed bazyliką przewodniczył ordynariusz diecezji włocławskiej bp Wiesław Mering.

W czasie epidemii dużo ludzi umierało nie tylko w naszej parafii, ale i w innych, szczególnie w parafii Gosławice. Od tego czasu parafia Gosławice co roku przychodzi do Lichenia z pielgrzymką. Kiedy obraz przenoszono były tak ogromne tłumy, że drogą się nie mieścili. Zdeptano pola. W dniu przeniesienia obrazu z nieba wielka światłość się ukazywała, a podczas procesji błyskawice, chociaż nie grzmiało i świeciło pogodne słońce. Od godz. 8.00 rano widziano to światło nad grąblińskim lasem.

(na podstawie materiałów ze strony:

www.lichen.pl, oraz http://www.vismaya-maitreya.pl)

Świecki różaniec ludzkich losów

Część radosna

ZWIASTOWANIE, NAWIEDZENIE, NARODZENIE, OFIAROWANIE, ODNALEZIENIE


…Kamila szła wkurzona, przerażona, oszalała, huk w głowie, drżenie ciała, myśli biegające w obłędzie...Szła kurząc papierosa, a z każdym wdechem nabierała w sobie złość, by z dymem wypuścić ją w obszerną pustkę bezradnego wszechświata. Właśnie dowiedziała się w państwowej przychodni, że jest w ciąży. Lekarz nie miał na imię Gabriel, nie był aniołem i nie był nawet zbyt sympatyczny. Oznajmił jej to znudzonym głosem, w którym nie było nawet cienia czegoś ludzkiego. Pani wie teraz wszystko co dalej, jakie procedury postępowania z tym faktem? Dziecko nazwał faktem i otoczył procedurami postępowania, pięknie. Po co jej to wszystko?! Dlaczego?! Za jakie grzechy?! Co ona teraz zrobi?! Jak pozbyć się problemu?! Jak i za co?! Wszystko było takie spontaniczne, jakby bez udziału umysłu, za to z udziałem emocji. Jak go odnajdzie i powie mu, to ją pobije...Nie należał do ludzi z wyżyn intelektualnych, w przeciwieństwie do niej. Po prostu pojawił się na jej drodze i już! Może to i lepiej, że oberwie za takie wieści, bo będzie szansa na stratę niechcianego problemu… A może kupić paczkę środków przeciwbólowych, albo ze dwie, zjeść wszystkie tabletki i problem sam się rozwiąże? A jeśli nie, a jeśli problem pozostanie, przeżyje i na dodatek będzie uszkodzony tymi tabletkami i ciosami? Wtedy urodzę kalekę! Co robić?! Boże, co robić?! Nie była złą, ani głupią osobą, ani nawet niewykształconą, tylko tak bardzo pogubioną… tak bardzo, że kurczowo uczepiła się tego, kto okazał jej odrobinę zainteresowania. Bez rodziny, sama, kompletnie sama...Pracowała na poczcie w okienku, miała wykształcenie stawiające ją z pewnością na przyzwoitym szczeblu społecznym, wynajmowała malutki pokoik bez jakichś wygód, nie miała planów na życie, nie umiała żyć, może nawet trochę już nie chciała…


…Podążała teraz do koleżanki, może nawet bardziej do swej wieloletniej, bo aż od czasów przedszkola przyjaciółki, Klary. Przyjaciółka dziwnie zmieniona od ostatniego dość dawnego widzenia, lekko otyła czy opuchnięta na twarzy, powitała ją uściskiem i zaprosiła do stołu przykrytego ceratą, na którym stała szklanka z niedopitą herbatą. Co ty powiesz?! W ciąży?! To i ciebie kopnął ten zaszczyt?! Jak to, też? Więc i ty jesteś w ciąży?! A jestem, jestem… Dawno się nie widziałyśmy, to nie wiesz. A ten mój lekkoduch nic sobie z tego nie robi, mówi że to mój problem, że ostatecznie nie jest moim mężem! Zostawił mnie i nie ma po nim śladu! Bozi dzięki, że mam brata. Jestem już prawie w szóstym miesiącu, nie widzisz?! I koleżanka odchyliła poły wielkiego, luźnego swetra. O Boże!!! A dziecko z przerażenia poruszyło się, jakby w obawie, że ktoś mu złorzeczy, że go nienawidzi, a może tak wołało, że jest i prosi o akceptację. I pozostała nasza bohaterka u przyjaciółki, wymówiła tamten pokoik i była teraz niczym Maryja u Elżbiety w przeciętnym, słabo wyposażonym mieszkaniu, pomagała jej, miała zostać z nią do jej i jeszcze trochę dłużej...do swojego porodu. Z czego żyjesz? Ze sprzedaży tego, co urośnie w ogrodzie, trochę z krótkotrwałych umów o pracę lub na czarno, no i z okresowych zasiłków. A ty? Ja siedzę w okienku na poczcie na drugim końcu osiedla. Po zjedzeniu posiłku koleżanka udała się spać, aby odpocząć w tym swoim zaawansowanym już mocno odmiennym stanie, ona zaś podążyła pełna buntu, pretensji do Boga do okolicznego kościółka, małego, zapadłego, jakby krył się ze wstydu za swój wygląd lub niezrozumiałe, niemodne wartości, jakie reprezentował przed współczesnym pogubionym światem… A może krył się ze wstydu, że nie zdołał zapanować na złem tego świata, że nie umiał odpowiednio wdrożyć wielkich wartości w ludzkie życie, a przede wszystkim skutecznie przekonać ludzi, że tam, gdzie następuje upadek zasad kodeksu moralnego, jaki przystoi człowiekowi, tam życie się wali i pozostają gruzy. Przestrzeganie kodeksu moralnego nie ma nic wspólnego z umartwianiem się, czy też z pozostawaniem w jakimś poczuciu strachu lub braku wolności. Kodeks moralny powinien objawiać się nade wszystko poczuciem szacunku do siebie samego i świadomym odważnym określeniem siebie, swojej pozycji względem świata. Bo jeśli nie szanujemy siebie samych i własnego ciała, trudno aby inni nas szanowali. Dokonujemy wtedy wyborów, przez które sami siebie skazujemy na towarzystwo dla nas niewłaściwe i pozwalamy sobą pomiatać, byle tylko ktoś, ktokolwiek był w tym naszym życiu, a nie o to przecież chodzi, nie o to! Ona jednak tylko wołała o miłość, o bliskość wybranej osoby, tej na całe życie, dlatego jej wybór był taki, nie inny. Wołała jednak w ciemno, nie powierzyła sprawy Bogu, nie poprosiła o dobrego męża, skoro takiego modelu życia oczekiwała, modelu życia w rodzinie. Nie przyjrzała się kogo sobie bierze… Tak nisko ceniła siebie, że zadowoliła się kimkolwiek? Czy tak właśnie było?

Dlaczego?! DLACZEGO???!!! Pytanie skierowane do Jezusa i Maryi było tak mocne i ostre, jak jej wzrok przebijający kolejnymi sztyletami spojrzeń Jego przebite Dłonie i skrwawione Matczyne Serce, bo Maryja stała pod Krzyżem… Odpowiedź jaką widziała w wyrazie Ich twarzy zawstydziła ją. Jak możesz pytać, dlaczego?!!! Sama sprawiłaś, że jesteś w takiej sytuacji, ty miałaś na to wpływ, ja poniekąd nie miałam, zdawała się mówić Maryja. Twój wybór świadomym pewnie do końca nie był, ale poniekąd jednak wybrałaś. Ponieś teraz odpowiedzialność, zawierz Mu, tu wskazywać się zdawała na Syna… A gdzie On był, jak mi się to wszystko przytrafiło?! No właśnie, gdzie On był? Odpowiedziała bez słów Maryja. Bo z pewnością nie w twoim sercu, twoich myślach… Mógł czuwać i nie dopuścić! A prosiłaś Go o to? Czy masz pretensje do mijającego cię człowieka, że nie wskazał ci jakiejś drogi, kierunku, skoro go nie zatrzymałaś i nie zapytałaś? Czy masz pretensje do światła, że się nie zapaliło, skoro ty sama go nie zapaliłaś, mając włącznik przed oczami? Co mam zrobić „Z TYM?!” i tu wskazała na miejsce, w którym rozwijało się jej dziecko… Kochać! Usłyszała w odpowiedzi… Tej nocy nie mogła zasnąć. A kiedy już usnęła, fale snu zaniosły ją w jakąś okolicę, widziała krzaki i śmietnik, pośród krzaków miejsce zdradzające, że ktoś tu coś zakopał. Teraz na falach snu zbierała brudne banknoty, całe ich mnóstwo, potem zaczęła rękami rozgrzebywać naznaczoną ziemię i… wykopała smoczek, wełniany bucik noworodka i list od jego matki, którego już nie zdołała przeczytać. Intuicja podpowiadała jej, co zawierał list. Nie rób tego!!! Nie rób tego!!! Pozwól mu żyć!!! Tak mówiła jej intuicja w stanie snu. Potem znalazła się w dziwnej przestrzeni, gdzie zmasakrowane, żyjące jeszcze ciała małych dzieci, przywiązane łańcuchami, skrwawione, pozbawione części ciała, polewane zimną wodą i rażone co chwilę prądem, błagalnym wzrokiem wołały bezgłośnie: NIE RÓB TEGO! Obudziła się zlana potem, ale już szczęśliwa. Oczywiście, że NIE ZROBI TEGO, już nie...Chciała zaprzyjaźnić się z dzieckiem. Ze strachem przytykała dłoń do brzucha, to znów szybko ją odrywała… A jeśli dziecko ją usłyszy? Wyczuje? Pozna jej myśli? Nawiązała duchowy kontakt z dzieckiem, a ono odpowiedziało jej! Odpowiedziało we śnie! Malutki chłopczyk biegł do niej przez pola i łąki z wyciągniętymi rączkami i wołał: MAMO! MAMO! Potem uściskała we śnie jego żywe małe ciało i pokochała, jeszcze przed narodzeniem, a on spojrzał jej w oczy. Zapamiętała to spojrzenie jasnych oczu dziecka… Poczuła się mamą…


Dziecko Klary przyszło jakiś czas temu na świat, za miesiąc przyjdzie czas na nią. Wiedziała że to synek, nie potrzebowała USG. Koleżanka urodziła również chłopca i… dała mu na imię Jan. Wiesz, będziemy jak Elżbieta i Maryja! Nie...To niegodne, nie nazwę przecież dziecka Jezus! Emanuel — Bóg z nami, albo Krystian — należący do Chrystusa, albo Michał, bo jest osobistym aniołem stróżem Jezusa jako Michał Archanioł. A mój Jan przetrze mu szlak, opowie o nim, zupełnie jak w Ewangelii, zobaczysz, tu o coś musi chodzić! Nasi synowie mogą mieć ważną misję! Nawet, jeśli obu czeka ciężki los. Nie żyjesz czasem wyobraźnią? Nie, ja tylko czytam znaki. Czas minął jak z bicza strzelił i w grudniową noc poczuła nadchodzące symptomy rozwiązania. To niemożliwe, myślała. To niemożliwe, żebym urodziła w… WIGILIĘ LUB W SAMO BOŻE NARODZENIE! A co, jeśli tak?! No cóż, wtedy niech już sam Bóg się martwi, co z tym wszystkim dalej będzie… I niech prowadzi! Gwiazda Wigilijna zaświeciła bardzo wcześnie na czystym niebie, a Klara spędzi ją w towarzystwie brata i swojego półrocznego Jana. Kiedy nadszedł właściwy moment, kobieta wezwała pogotowie do swej przyjaciółki. Natychmiast wyprowadzono ją do karetki, mogła iść o własnych siłach. Gdzie ojciec dziecka? W Niebie, odpowiedziała uśmiechając się sprytnie, a załoga karetki złożyła jej spóźnione kondolencje, nie mając pojęcia, o czym ona mówi. A ona mówiła tylko o tym, że ojcem nas wszystkich jest Bóg Ojciec, o niczym innym. Ma się panią kto zająć po porodzie? Tak, jasne, przyjaciółka. Ta przyjaciółka? Tak, właśnie ta. I jeszcze jej brat, dodała pospiesznie. Pani wybaczy, ale warunków to wy nie posiadacie, nie moja sprawa, przepraszam, pytam z troski. Czysto bardzo macie, to fakt, ale pusto jakoś tak, jak przed remontem jakimś. Tak, tak, jesteśmy przed remontem, szybko powiedziała Kamila. Te najważniejsze warunki dla dziecka mamy aż w nadmiarze, odpowiedziała. Miała na myśli MIŁOŚĆ. Aaa, to przepraszamy. Tylko że oni znów nie zrozumieli, bo ona miała na myśli dom bogaty w miłość. Koleżanka odbierze panią? Tak, tak, oczywiście. Z bratem. O północy, kiedy dzwony kościelne przebijały niebo dobrą nowiną o Narodzeniu Pana, rozgłaszały jednocześnie wieść o narodzeniu Krystiana. Kiedy pierwszy krzyk dziecka przeszył pomieszczenie, uśmiechnęła się do siebie i powiedziała: witaj synku… i przepraszam za tamto, ty wiesz za co… Aaa, to USG się nie pomyliło, rzeczywiście ma pani syna. Nie byłam na USG. A więc intuicja? Tak, intuicja, odpowiedziała, nie chcąc wdawać się w dyskusję. A kiedy spojrzała w jego oczy, rozpoznała tamto spojrzenie, chociaż tamte oczy były nieco starsze i świadome. Krystian pojechał do domu po pięciu dniach i jego mama czuła się dobrze. Młode kobiety przedstawiły chłopców sobie wzajemnie, chociaż ci chwilowo nic z tego nie rozumieli. A może tylko ich mamy tak myślały? Może poprzez oczy niemowlęcia i noworodka patrzyły dojrzałe oczy dusz, którym zostało zadane coś wielkiego?


Nadszedł dzień, w którym młode kobiety zaniosły Krystiana do chrztu świętego. Jan ochrzczony był jako pierwszy, dwa miesiące po porodzie. Mały Jan, obecnie ośmiomiesięczny, trzymany na rękach jednego z gości podczas ceremonii chrztu Krystiana strącił niechcący z półki przy małym ołtarzu figurkę św. Jana Chrzciciela, która spadła i...straciła gipsową głowę i na dodatek jeszcze wpadła w płomienie świec. Wszyscy zamilkli z przerażenia, tak zły to był znak dla Janka. Ale ksiądz rozładował sytuację i powiedział tylko: nooo… swój rozpoznał swego! Dam mu obrazek ze świętym Janem Chrzcicielem, niech go prowadzi w życiu. No i dał, ale do śmiechu wszystkim nie było. Chłopcy rośli…


Jan i Krystian mieli już lat dwanaście. Byli nierozłączni. Zawsze w zabawie i we wszelkich układach koleżeńskich było tak, że Jan bronił Krystiana, tak jakoś zawsze samo wychodziło. Traktowali siebie jak bracia, wspierali się, pomagali sobie, jeden oddałby wszystko za drugiego. Matka Jana pozostała sama, taka była jej wola, zaś matka Krystiana została żoną brata tej właśnie przyjaciółki, który traktował obu chłopców jak własnych biologicznych synów…

Pewnego dnia rodzina, bo stanowili przecież wszyscy rodzinę, wybrała się z chłopcami do miejscowości odległej o sporo kilometrów od ich rodzinnego miasteczka. Miejscowość ta posiada znane w świecie sanktuarium Matki Boskiej Bolesnej, Królowej Narodu Polskiego. Obraz słynie z cudownych uzdrowień i łask, o których głośno w świecie. Ta miejscowość, to Licheń Stary, ukryty wśród bajkowych lasów, nad urokliwym jeziorem, kryjącym w sobie smutną starą historię. To w tych lasach miało miejsce objawienie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 17.06