E-book
9.8
drukowana A5
36.99
Ciepłe Wspomnienia

Bezpłatny fragment - Ciepłe Wspomnienia

Strasznie piękna historia Kamila Cymbel


Objętość:
279 str.
ISBN:
978-83-8104-988-7
E-book
za 9.8
drukowana A5
za 36.99

Od Autora

Drodzy czytelnicy, oto trzecie, poprawione wydanie tytułowej powieści. Jest to książka bardzo różnorodna, mająca swoje zakamarki i otwarte przestrzenie, na początku spowolniona, zapadająca się w kwestie filozoficzne naszego życia w samotności i nie tylko, a jednak trzymająca w napięciu. Z każdą stroną akcja nabiera tempa. Do samego końca wszystko stoi na głowie.

Czytając książkę, dojdziemy razem z Kamilem do pewnej teorii, iż jest pewna rzeka, rzeka życia, która… Bohatera pochłania rozmyślanie nad tym, co go otacza, czym jest ten ból, który odczuwa, czym jest radość i siła, których nawoływanie słyszy. Stara się świadomie żyć, zastanawiać, kim był, kim jest nie tylko na zewnątrz, ale i w środku. Jego rozważania mogą wydawać się kontrowersyjne, lecz trzeba pamiętać o tym, kim jesteśmy, gdy zostajemy sami ze swoimi myślami. Przeżyjemy w tej książce z Kamilem i jego przyjaciółmi wiele lat, wiele przygód, trosk i radości, nie obędzie się bez smutku, tragedii, beznadziejnych sytuacji.

Tak wiele chciałbym jeszcze napisać na temat tej powieści, ale nie chcę zdradzać zbyt wiele. Proszę samemu odkryć kolejne „drzwi percepcji”, proszę samemu budować i palić mosty przekonań, rozwiązywać zagadki Kamila, odpowiadać na jego zarówno ważkie, jak i naiwne pytania lub po prostu pomilczeć. Czego jestem pewien, to tego, że życie Kamila i nie tylko jego, spowoduje lawinę przemyśleń czytelnika nad własnym życiem. Ta powieść zmieniła także wiele w moim, i co więcej, zmieniła dogłębnie mnie samego, a dzięki Kamilowi zwiększyło się moje zaufanie do siebie samego.


Beniamin Pytliński

Część I

Książkę dedykuję mojej najdroższej,

Karolinie, której cierpliwość i miłość

są dla mnie wielkim darem.

Dziękuję Ci z całego serca.

Moja Historia

Wszystko zaczęło się dwa lata temu. Przestałem w pewnym momencie rozróżniać rzeczywisty świat od moich snów. Zastanawiałem się po każdym przebudzeniu nad tym, gdzie właściwie jestem. Żona zauważała u mnie stany, które spokojnie można nazwać odrealnieniem, wręcz autyzmem, ponieważ ja, przykładowo, byłem w trakcie planowania ucieczki w razie wojny, co do której miałem absolutną pewność, że nastąpi lada chwila, albo dumałem nad tym, kim jestem w świecie snu i czy pełnię w nim rolę osoby prawdziwej. Uważałem bowiem, iż wszystko to, co dzieje się we śnie, ma na mnie bezpośredni wpływ. Początkowo było to niegroźne. Jednak w końcu nastąpiła noc, kiedy we śnie straciłem oko, ponieważ napadnięto mnie w tym śnie, zdarto ze mnie ubranie, okradziono i wykuto oko szydłem do wełny. Nie widziałem na to oko po przebudzeniu, zatem stało się zadość moim dywagacjom, jakoby sen wpływał na moje ciało i mojego ducha. Żona ciągała mnie po lekarzach, którzy mimo wszelkich moich zapewnień twardo stali po stronie badań i testów naukowych, twierdząc, że moje oko jest wręcz wyjątkowo zdrowe. Nie chodziło o to, że nie dawałem temu wiary, bo łatwo sobie wyobrazić, że tego nie chciałem, nie chciałem być w połowie niewidomy. Nie była to tajemnicza ślepota, jak ta biała w powieści José Saramago, lecz zwyczajna, czarna, cieniowana zagadkową tragedią.

Każdy kolejny sen coraz bardziej wpływał na moje życie, i to pod każdym względem. A śniła mi się wojna, najobrzydliwsza jaka może być. Za każdym razem zaczynało się od początku, czyli od wybuchu wojny. Samoloty na niebie, bójki na ulicach, przemówienie prezydenta na wszystkich kanałach, eksplozje, czołgi jeżdżące po ulicach. Przeżywałem te sny aż tak intensywnie, że dostawałem gorączki, płakałem, krzyczałem i nie było temu końca.

Żona kochała mnie naprawdę bardzo, więc wzięła długi urlop mimo groźby pracodawcy, że może nie być na powrót dla niej miejsca. Starała się odkryć, w czym tkwi drzazga moich dolegliwości. I zrobiła coś, co na zawsze zmieniło mój byt na świecie. Doubezpieczyła mnie na życie oraz ciężkie choroby, bo ja nigdy nie widziałem w tym sensu, i przepisała na mnie większość ponad półtoramilionowego spadku po swoich rodzicach, którzy niedawno zmarli. Przezornie, rzutem na taśmę, dała ponieść się błyskotliwej myśli. Udowodniliśmy ubezpieczycielowi, iż w obecnym momencie jestem całkowicie zdrowy, okazując wciąż jeszcze aktualne badania i dokumenty. Było to ryzykowne, ale się powiodło. W razie ciężkiej choroby (między innymi psychicznej) zostałem ubezpieczony na dwieście pięćdziesiąt tysięcy złotych, bowiem moje badania lekarskie były zawsze bliskie doskonałych, a praca, którą wykonywałem, łatwa, mało ryzykowna i mało stresująca. Trzeba wiedzieć, że pracowałem w sklepie muzycznym z ogromną fonoteką. Lubiłem tę pracę. Z naszych oszczędności zacząłem się leczyć psychiatrycznie. Problem tkwił w tym, że nie byłem w stanie pozbyć się dotkliwych urazów umysłowych po moich snach. Wierzyłem w nie i odczuwałem ich moc jak mnisi odczuwają moc uduchowienia. Zatracałem się w fałszywych przekonaniach. Zostałem wyrzucony z pracy, gdyż szło mi coraz gorzej w dogadywaniu się z klientami. Kląłem na nich, kłóciłem się z nimi o pieniądze, uważając każdą płytę za wyjątkową i cenną. Narobiłem mnóstwo strat w firmie, odstraszając stałych klientów. Wylądowałem w domu bez pracy, bez celu, bez siły, bez pomysłu. Widziałem tylko zionącą przepaść.

Śniło mi się, że ją zabito, moją żonę. Nie umiałem się z tym pogodzić, kiedy zapewniała mnie o swoim ciągłym istnieniu. Zbudowałem mur między nami, którego nie udało jej się powalić. Był silniej naznaczony niż berliński, wyższy i trwalszy niż chiński, świętszy dla mnie od tego w Izraelu dla Żydów. Moje kochanie zostało na moich oczach zgwałcone, po niecnych igraszkach z jej odzieniem w grze wstępnej, zabawami z jędrnymi piersiami, walką wrogich żołnierzy z obronnym nastawieniem. W końcu zabrakło jej sił i była zmuszona się im poddać. A ja skuty siedziałem pod ścianą bez możliwości jakiejkolwiek interwencji. Krew spływała mi z rany na czole do oczu, a kiedy zaczęli wbijać się w nią jeden po drugim, już nic nie widziałem, tylko słyszałem jej cierpienie obszyte w nuty, jakich mój mózg nie był w stanie znieść, a musiał. Waliłem głową w ścianę za plecami, a gdy zemdlałem, obudziłem się i jakaś obca kobieta spała ze mną w łóżku, tak obcesowo i bezczelnie. Spała jak anioł nieświadomy, że straciłem kobietę swojego życia. Uderzyłem ją mocno jeden, drugi, trzeci raz, żeby przebudziła się z tego chamskiego, nieczułego snu. Wyskoczyła z ciepłej pościeli, zapaliła światło i płacząc, wlepiała we mnie przerażony wzrok niczym w diabła. Trzymała się nosa, z którego ku mojemu zdumieniu leciała krew, a podkrążone oko puchło coraz bardziej z każdą sekundą. Zrozumiałem, że popełniłem błąd, potworny, karygodny.

Zawiozła mnie do ośrodka dla umysłowo chorych, bo z mojej twarzy zapewne niewiele się dało wyczytać oprócz śmiercionośnego obłąkania. To był ostatni raz, kiedy ją widziałem.

Rozwód mógłby być bolesny, gdybym się go spodziewał, ale ja go się nie spodziewałem, więc zabolało mnie na wskroś, na długo, bezlitośnie. Przeprowadziłem się do kliniki. Ten okres, który tam przetrwałem o tyle o ile, nie jest istotny. Istotne jest to, co się stało, jak wyszedłem. Dowiedziałem się o pieniądzach od mojej już wówczas byłej żony i odszkodowaniu. Nie byłem zdolny do pracy i wszystkie moje na to papiery powędrowały już do urzędu pracy i zakładu ubezpieczeń. Otrzymuję teraz rentę. Przypominając sobie ze złogów pamięci hasło do elektronicznego konta bankowego, prędzej stanąłbym na rzęsach niż uwierzył, że mam okrągłe 1.250.000 złotych na swoim koncie, nawet gdyby sam Nostradamus mi to przepowiedział. Nie, nie ucieszyłem się. Słyszy się przecież alarmy w mediach, że ludzie niewinni są wplątywani w przestępstwa, są okradani i nabierani, a już zwłaszcza dotyczy to schorowanych, starych i niepełnosprawnych. Dopiero trzy potwierdzenia z banku, trzy oświadczenia od ubezpieczyciela i trzy potwierdzenia z urzędu skarbowego w miarę mnie uspokoiły. A potem zamówiłem sejf przez internet. Trzeba wyobrazić sobie, jakie wielkie to ciążenie, taka suma. Przede wszystkim trudny do wytrzymania pakt milczenia zobowiązał mnie do samotności, którą pokochałem, i to bez krzty sarkazmu. Otuliłem się nią ciasno i rozkoszowałem.

Po roku zdarzało mi się jeszcze trzy dni przeleżeć na sztywno w łóżku. Bałem się wstać, przyzwyczajałem się do faktu, iż będę w lustrze znów oglądał gębę milionera. Po ostatnim z takich transów w wieczornych godzinach zadzwonił domofon. Zakłuło mnie w sercu i o mały włos nie dostałem zawału. Ledwo trzymając się na nogach, sapiąc jak wycieńczony wół, dowlokłem się do drzwi. Byłem odwodniony i głodny jak dzika hiena.

— Jessica… — Wlepiałem w nią wzrok przerażony, że widzi mnie w takim stanie, gdy jestem niedoprowadzony do ładu. — Co tu robisz? — Skądś ją znałem.

— Co ja tu robię? Zastanówmy się… — Zrobiła słodką minę i pytająco przechyliła głowę do lewego ramienia.

Milczałem jak grób. Na czole zaczęły mi rosnąć grube krople potu. Paliłem się ze wstydu, wrzałem ze złości, a jednak nie drgnąłem. Jessica dłużej nie wyczekiwała, wyprostowała się. Już miałem coś powiedzieć, bo myślałem, że chce odejść, ale zrobiła krok przez próg, a ja zamknąłem oczy. Jej zapach minął mnie jak duch. W kuchni zaczęła tłuc naczyniami.

— Przepraszam, strasznie wyglądam. — Jessica milczała, szukała czegoś namiętnie w stosie czystych i brudnych naczyń.

— Możesz mi zdradzić, co robisz? — zapytałem zdenerwowany hałasem.

Chwyciłem butelkę wody i napiłem się zachłannie.

— Szukam swojego ulubionego kubka, żeby zrobić w nim herbatę. Byliśmy umówieni, jak co tydzień.

— Umówieni? Jeśli w ogóle kiedyś pamiętałem, to zapomniałem na śmierć.

— Zawsze zapominasz, ale płacisz mi, więc jestem, bo wywiązuję się z umowy.

— Nie wiem nic o umowie. Wisi mi to. — Wzruszyłem ramionami.

— Włącz komputer, trzeba zrobić zakupy — rzuciła krótko.

— A wiesz, że to niegłupi pomysł? — właśnie otworzyłem lodówkę. Na półce leżał jedynie wyschnięty kawałek sera Valbon i prawie pusta butelka soku pomarańczowego.


Wtedy stawiałem pierwsze kroki, teraz robię już zakupy przez internet samodzielnie. Cóż, o wyjściu w dalszym ciągu nie ma mowy. Kiedy usiadłem przy laptopie walnąłem się w czoło. Jessica! Skądś ją znałem, ale właśnie wtedy sobie przypomniałem skąd. Prześliznąłem się do łazienki, a potem, umywszy się, do szafy w sypialni. Stanąłem ponownie przed Jessicą, ale tym razem pachnący, w eleganckich ciuchach. Raz na tydzień stawałem się jej męskim odzwierciedleniem. Kokieteryjny uśmiech tej kobiety podniecał mnie nieziemsko. Jessica była i nadal jest moją kobietą do towarzystwa. Tradycyjną gejszą w europejskim wydaniu. Bierze ode mnie naprawdę niewiele, ale tłumaczy to tym, że uwielbia mężczyzn, a nawet za taką stawkę dobrze jej się powodzi. Jessica jest moim prywatnym aniołem stróżem. Staram się nie myśleć o tym, że jestem jednym z wielu, dobija mnie to. Choć jej nie kocham, lecz przywiązałem się do niej. I choć za każdym razem o niej zapominam, to znam ją doskonale.

— Dobrze, że jesteś… — powiedziałem i ucałowałem ją w czoło.

Cicha Zima

Czerwony żwir pokryty jest śniegiem. Śnieg prószy cały dzień, bez końca. Kolor żwiru przebija przez śnieg. Wygląda to jak splamiony krwią dywan grzesznika. Drzewo rośnie na samym środku ścieżki, lekko pochylone i zgarbione. To ono jest spowiednikiem. Modli się i na przemian spowiada przez dziesiątki lat, jakby nie miało tego dość. Ma się wrażenie, że klęczy tu w imieniu wszystkich ludzi, że pochylone tu pozostanie na całe dekady. Płatki śniegu przytulone do ciepłego ciała-kory topnieją i spadają kroplami z gałęzi, rzeźbiąc w białym puchy kanały, w których przepadają, pozostawiając ślad istnienia. Łzy marnotrawne. Jest też zaprószona trawa i stoi zaprószona ławka. Piękna, drewniana, choć pokorna i przystępna, przymuszona sytuacją, kryje swą nagość. Wszystko pokryte jest białą płachtą. Wszystko spowite jest tajemnicą.

Pod nosem zamarznięty gil. Zlodowaciałe wąsy i broda. Czerwone szyny malują się na żwirze od szurania sztywnymi butami bezdomnego. Druciane sznurówki majtają się po bokach. Dłonie prawie fioletowe od ujemnej temperatury ocierają się wzajemnie, pragnąc ciepła z wytęsknieniem. Bezdomny wytrwale idzie w nikomu niewiadomym kierunku, powoli zanurzając się w cieniu drzewa. Szyny ciągną się aż po sam horyzont, a za nim po kolejny horyzont, a teraz spoczywają przy ławce. Bezdomny zgarnia butem śnieg, zostawiając błotną smugę na jasnym drewnie. Siada, wtulając się we własne brudne, wyziębione ciało. Przysypia, chwiejąc się do przodu i do tyłu w równym tempie niczym metronom. Podmuchy wiatru zamrażają kolejne partie ciała, poczynając od tych bardziej podatnych do tych bardziej skrytych, gdzie jeszcze tli się ciepło, jądro życia, ostatniej szansy na przetrwanie.

Matka z wózkiem. Pewnie stawia kroki dobrymi butami, których specjalnie wyprofilowane podeszwy nie pozwalają się jej pośliznąć. Dziecko w pięknym żółtym wózku, opatulone w kolorowe kocyki, śpi, wdychając świeże powietrze. Gwiazda w kosmosie. Kruczoczarne włosy kobiety są rzucane przez wiatr we wszystkie strony, jakby na głowie rosły czarne węże, wijące się gibko i faliście, cierpiąc z powodu zniewolenia. Wózek kołami robi cały szereg czerwonych, poplątanych linii na białym płótnie. Zapada się i zacina w żlebach rozmiękczonego śniegu. Kroki matki regularnie krążą wśród tego chaosu. Energicznie podchodzi do drzewa. Zawsze budzi w niej poczucie bezpieczeństwa. To widać. Zawsze przystaje, bierze głęboki wdech, wciągając w płuca życia smak, a wydycha aurę strachu w postaci pary, która się rozpływa, rozpada, zamienia w niebyt. Zamyka oczy. Otwiera je szczęśliwsza osoba od tej przed chwilą. Dziecko przebudza się, wesoło piszczy i się wierci, po czym znowu śni w towarzystwie przyjaznej dla niego zimy.

Bezdomny mroźnym płucem już ledwo dycha. Warga pęka i krople gorącej krwi spadają na warstwę białości. Rozbryzgują się, i unoszą się małe dymki z powodu różnicy temperatur. Wygląda to tak, jakby swe oblicze ukazały czary. Paznokcie poszarpane, ząbkowane, choć od wielu lat szare od brudu, teraz już poczerniały. Tak jak nos. Klaun mrocznego cyrku. Klaun potwornie ciężkiego życia. Nagle pojawia się matka z dzieckiem. Jest samotna, nie ma męskiego wsparcia, ale zwija kurczowo palce do wnętrza dłoni, nakrywa je kciukiem i podchodzi do bezdomnego, spoglądając nieśmiało na jego twarz. Oczy zamknięte. Zlepione są mrozem. Dotyka go palcem, jakby ćmę w skrzydło. Za dłoń łapie go czule, przyciska dwa palce do boku szyi, gdzie może jeszcze tętni żyła. Mierzy jego stan przytomności. Wreszcie wyjmuje telefon i gdzieś dzwoni. Na pogotowie? Właśnie teraz ją obserwuję, jak ratuje człowieka, właśnie teraz widzę skrytą, kobiecą siłę jak na dłoni. Dzięki jej odwadze ocaleje życie.

Następny dzień. Nie można dostrzec tego, że wczoraj na ławce rozgrywał się dramat dla dwojga osób. Jedna z nich umierała, zasłaniając dłonią twarz, w którą biło jasne światło z długiego tunelu, druga zaś na śmierć patrzyła, odkładając na bok wszystkie swoje wstręty, obrzydzenia i brak tolerancji. Tak myślę, że jak ktoś, kto tej sceny nie widział, a teraz, tak jak ja, patrzy przez okno na ten biały świat, nie ma żadnej miary pojęcia, co się wydarzyło. Jakże naznaczona jest jasna, przyjazna, drewniana ławka. Może jedynie mi się przytrafiło oglądać prawdziwe życie z tak bliska? Tak to czuję. Wszyscy poza mną mogli ławkę oglądać w dobrym świetle. Dla moich oczu widnieje przymglona szarością codziennej rzeczywistości. Pan w zielonym polarze w żaden sposób nie może się ze mną utożsamić. Przechodzi obok ławki obojętnie, jakby to ona wczoraj w zamian za bezdomnego prawie wyzionęła ducha. Jest cudownie owładnięta spokojem. Dlaczego przeszedł tak obojętnie? O nie, i drzewo też jest dla niego duchem. Nawet nie spogląda w jego bujną, kościstą koronę. Jego szybki, wojskowy chód przysparza mi mnóstwo nieprzyjemnych ciarek.

Ulica o tej porze w ciszy się plącze jak zapach róży w nozdrzach. Wiatr świdruje w niewielkich hałdach śniegu. Na skromnych zboczach powstają loki, a drobny pył unosi się ku górze. Pewne dziecko z fascynacją to zdarzenie obserwuje. Nie umie sobie wytłumaczyć, skąd biorą się te zawijasy i dlaczego śnieg jest srebrny, a na dodatek wznosi się, miast opadać. Wiele pytań rodzi się w miękkim ciemieniu, co bardzo znacząco maluje się na zarumienionej, lalkowej twarzyczce. Dziecko spogląda zdezorientowane to na boki, to za siebie, i z powrotem na hałdy. Ewidentnie szuka kogoś, kto widzi to, co ono. Trochę się boi, ucieka. Trochę jednak je to bawi, w podskokach powraca, udając, że lata wśród srebrnych mgieł. I tego wszystkiego doświadcza w radosnej samotności na ulicy, ścieżce, krwawym dywanie grzesznika. Bawi się w nieznanym świecie wśród niepoznanych wrażeń. Matka tego dziecka siedzi na ławce zanurzona w lekturze. Trudno nie odetchnąć z ulgą, że akurat po tej ulicy nie jeżdżą samochody, a dziecko może upaść sto razy, aż nareszcie nauczy się kręcić piruety jak marzenie w obłoku z miliardem światełek. Upór daje satysfakcję.

Biały pies lekką łapą wtapia się w otoczenie. Czarne oczy są jedynymi punktami łatwymi do odnalezienia. Jego pan idzie krótkim krokiem. Jest zamyślony jak w senne dni zimowe niedźwiedź polarny, lecz sprawnie porusza się po rozmiękczonej ścieżce, bo zapewne na pamięć zna całą drogę, którą przechodzi trzy razy dziennie. Jest pisarzem. To widać. Kiedy mu się przyglądam, widzę, że pisze wzrokiem w powietrzu, niczym palcem po wodzie, ale bynajmniej te słowa nie zostają utracone. Wszystko w głowie skrupulatnie się zapamiętuje, a potem wylewa na kartę papieru atramentem. On tak patrzy, jakby starannie fotografował każdy szczegół otoczenia i ruchu, podobnie jak ja. Rozumiemy się, choć on nawet nie wie, że jestem tu za oknem i się cieszę z naszej cichej tajemnicy.

Matka z dzieckiem zauważa pisarza. Jej uśmiech promienieje, zza zimnych, czerwonych od szminki ust pokazują się białe zęby. Lustrzane odbicie szczęścia pokazują również zęby pisarza. Nie, ci dwoje nie znają się dobrze. To nagła uciecha, kiedy samotność odchodzi tak prędko z naszego serca. Ulga, jakby ktoś wyciągnął z niego zardzewiały gwóźdź. Pies wita dziecko radośnie, a ono doświadcza kolejnych sprzecznych emocji strachu i fascynacji. Pies kładzie się przed nim, a dziecko dotyka miękkiego futra i ucieka, mocno ściskając palce. Jest dumne z nich i całej rączki. Nie może uwierzyć, że dotknęło nieczłowieka. Tymczasem pisarz stoi naprzeciwko matki, ujmuje jej dłoń i ją całuje. Scena pokazuje mężczyznę wrażliwego, szanującego kobietę, która przeszła wiele trudnych chwil, momentów zwątpienia, rozczarowań, ma za sobą wiele godzin grozy, dni poniżenia i lat niemocy. Chciałby za nią utonąć, lecz ona wyraźnie daje mu znać, że chce razem z nim wypłynąć i mimo wycieńczenia, zaczerpnąć haust powietrza, poczuć życie w płucach. Kiwają do siebie głowami. Może umawiają się na wieczór, podczas którego sobie wyznają, czym są ich istnienia w tym świecie? Umawiają się na rozmowę dusz, ale grę ciał.

Drzewo zostało opuszczone i znów modli się w ciszy wietrznego południa. Psalmy wiecznej wiary rozpływają się po gołych gałęziach. Śpiew. Nikt nie słyszy, każdy głuchy jest na to wołanie. Pustelnik. Opływa w dźwiękach swego niemego bytu. Mroźna zima pozwala ludziom szybko o nim zapomnieć. Oprócz matki z dzieckiem. Ona codziennie chyli czoła z oddaniem. Ktoś może właśnie jest mordowany. Tylko drzewo o tym wie. Przejmuje jego grzechy i zbawia od winy. Ono jest i mym bogiem, zawsze proszę, by o mnie pamiętało, by sprawowało nade mną pieczę i kierowało moje złe czyny ku ułaskawieniu, w przestworza bez pamięci. Kosmos pewnie jest zaśmiecony bilionem grzechów, skoro każde najmniejsze przewinienie grzechem jest zwane. Może w ogóle z grzechu jest zbudowany? Głębia czerni ukazuje gwiazdy, co to znaczy?

Chłopak cienko ubrany. Na pewno nie z dobrego domu. Drepcze mało wprawnie po pościeli śniegu. Nie zna tej drogi. Sportowe przemoknięte buty ślizgają się na boki jak łyżwy u początkującego. Piwo w puszcze ulewa się, tworząc brzydkie żółte plamy na nieskazitelnym śniegu. Papierosa przygryzają brudne zęby, a z kącików ust sączą się przekleństwa. Pomarańczowy dres bije w oczy jaskrawością. Chłopak nie zna drzewa. Patrząc pod nogi, wchodzi wprost na nie. Wściekłość miarowo wypływa z chłopaka jak woda z zatkanego kranu. Wściekłość pojawia się na jego twarzy. Zaciska się dłoń bez puszki. Wypluwa papierosa u stóp drzewa. Puszka ląduje na korowej klacie. Drzewo wszystko przyjmie z godnością. Nerwowy ryk wydziera się z gardła tego biednego dziecka. Uciekł z domu. Pewnie ojciec alkoholik wrócił po dwudniowej libacji i pobił matkę. Pędzi do kolegów, do podziemnego klubu walk, żeby rozorać czyjąś twarz w walce na ringu. Wyzbyć się emocji, których przysparza mu brutalny ojciec. Widać to po poranionych dłoniach i twarzy, że się często z kimś bije. Złe obyczaje przekładają się od zarania na pokolenia. Karty w talii się powtarzają.

Pisarz widzi chłopaka, peszy się, wstydzi za jego agresję. Pies, widząc niepokój pana swego, staje jak wryty i taksuje nadchodzącego młodzieńca. Jego czarne psie oczy przeszywają go wręcz na wylot. Boję się, że może z tego wyniknąć konflikt między niepohamowaną frustracją a klarownością pisarskiego umysłu, na straży której stoi czteronogi przyjaciel. Widzę wszystko jak na dłoni. Chłopak spogląda na psa i zaczepia go wykrzywieniem twarzy w okropny grymas. Pies ostrzegawczo szczeka, biały dym unosi się z pyska. Jego prowokator podnosi pięść i uderza w powietrze. Biały dym ulatuje kilkakrotnie. Pisarz marszczy brwi i krzyczy na młodzieńca, chcąc doprowadzić go do porządku. Trafia kosa na kamień, aż się iskrzy, następuje starcie między różnymi światami w głowach Ziemian, tu, na ulicy, gdzie drzewo pochylone, beznamiętne i stoickie wytrwale spowiada się za tych dwóch, co brudzą uporczywie krwią biały puch. Sypią grzechami. Nawet pies nie omieszka wgryźć się w zmarzniętą łydkę atakującego. A pies godzien jest spowiedzi? Trzeba by zapytać drewnianego mnicha.

Wieczór nadchodzi spokojnie, zalewa świat, czyli widok z mojego okna od zachodu do wschodu spowija się węglowym cieniem. Po jakimś czasie dopiero zapalają się latarnie, ospałe strażnice powoli budzą się ostygłe ze snu, z chwili na chwilę świecą coraz mocniej, aż znów widać scenę teatru codzienności. Czarny człowiek w białym garniturze. Anioł ciemnych stron zaszedł aż tu, by zbadać, czy rzeczywiście tak straszne są nasze losy. W końcu tak głośno emitujmy nasze bóle, aż sięgają granic kosmosu. Przybyły spoczywa na ławce niezbyt wycieńczony, gorąca krew rozgrzewa jego żyły bez najmniejszych problemów. Po drugiej stronie drzewa lekkim krokiem zbliżą się matka z dzieckiem, tyle że bez dziecka. Może to nie jej w ogóle było dziecko i złą przypisałem jej rolę? Ot, niedopatrzenie. Staje pod drzewem i porywa w płuca tlenowe wydzieliny drzewa, oddając mu swój dwutlenek węgla. Wkoło obraca się wzajemny dar.

Dzisiaj

Znowu przyszła, jest w kuchni i tłucze naczyniami. Jej cera lśni, włosy długie i ciemne spływają na jej ramiona. Po śniadaniu czy obiedzie dotyka mnie zawsze przez chwilę, a mój świat nabiera zupełnie innej barwy. Następnie delikatnie i powoli się rozbiera, nie pozwalając mi podejść ani się dotknąć. Najedzony mogę oglądać jej striptiz godzinami. W końcu w samym staniku podkrada się do mnie i pozwala mi sobie go rozpiąć, zwieńczając przedstawienie. Rozgrzewa mnie, rozpala pojedynczymi muśnięciami ust od stóp do głów. Czuję się wtedy Erosem, Apollem, napalonym lwem. Potem dodaje kostki lodu do tych igraszek, chłodząc moje rozżarzone męskie ego. Dominuje nade mną. Kiedy tak leżę prawie omdlały z rozkoszy, siada na mnie i wwierca się miękko, wprawiając nasze ciała w erotyczne wibracje. Przetrzymuje ten stan bez orgazmu to granic szaleństwa. A kiedy już szczelnie wypełniam ją sobą, mówi:

— Jesteś boski, kochany.

Moje upośledzone ego staje na nogach, które przed jej przyjściem były doszczętnie połamane. Jessica ma stuprocentową skuteczność w działaniu. Białe wino dopełnia na dobre te silne przeżycia. Dla niej to zapewne jest codzienność, ale staram się o tym w ogóle nie myśleć, wyrzucam te myśli z głowy szybciej, niż zdążają mną zawładnąć.

— Po przyjemnościach przychodzi czas na obowiązki — mówi.

Taka kolejność bardzo mi pasuje.

Zakupy stały się łatwe. Moje decyzje co do produktów są szybkie jak błyskawice. Pewność siebie pozwala mi lewitować. Jessica jest tylko jakby zjawą. W rzeczywistości nie znam jej chyba w ogóle, choć wydaje się być zawsze sobą. Może jednak zaciera swoje istnienie, grając oskarową rolę. Po tym, jak wychodzi, moja świadomość zapada w głęboki filozoficzny tryb. Patrzę wtedy przez okno. Od czasu do czasu Jessica nagle stoi w drzwiach mojego mieszkania. Nie mam pojęcia, kiedy wróci, o ile wróci.

Kobieta jest jak las, każde drzewo jest podobne, ale inne, każdy prześwit gdzieś daleko okazuje się jedynie małą polaną, a nie wyjściem poza ten ocean zieleni. Jak mężczyzna pokrąży po kobiecej duszy, to gubi się w labiryncie jej myśli. Jeśli dojrzy granice lasu, noc zapada jak gilotyna, a następnego dnia znowu znajduje się w środku pięknego, jasnego lasu pachnącego poranną rosą. Nie ma już wyjścia na horyzoncie, zaś na dnie serca narkotyczne przywiązanie.

Od kilku miesięcy zakupy dostarcza mi Andrzej. Kumplowałem się z nim w podstawówce, potem utrzymywaliśmy rzadki kontakt, dzięki czemu nie zapominałem, jak wygląda. Raczej brzydki z niego mężczyzna, ale o przepięknej duszy. Ostatnim razem widziałem go parę lat temu, na długo przed moją przeprowadzką na ulicę Sobieskiego w Warszawie. Teraz widzę go po raz drugi z moim zamówieniem, wszystko się zgadza co do joty. Większość dostawców zupełnie oto nie dba.

— Jak się czujesz? — Zaczyna zawsze tak samo, po prostu rozczulająco.

— Chciałbym odpowiedzieć, że dobrze, ale prawda jest inna…

— Źle się czujesz, rozumiem… Mogę ci pomóc?

— Andrzej, nie trzeba, dziękuję ci serdecznie za zakupy.

— Ach! Zakupy. — Zorientował się, że to główny cel wizyty. — Proszę. Tu spakowałem ci picie, tutaj, o, nabiał i… reszta.

— Jesteś mistrzem pakowania.

— Mogę przyjść na wino dzisiaj po pracy? Wiesz jak jest…

— No wiem… — trochę się obawiam, ale nie chce też umrzeć samotny. — Jak chcesz, to wpadnij. Coś się zamówi.

— Słuchaj, ja muszę już iść — tłumaczy się, jakbyśmy byli w środku ważnej debaty.

— Oczywiście, leć. — Uśmiecham się i wiem, że ten uśmiech daje mu energii na całą drugą połowę etatu.


Andrzej wyjechał na paręnaście lat do Włoch jako mały chłopiec. Zginęła cała jego rodzina. Dom zapalił się znienacka, kiedy jego ojciec, pierwszy raz od wielu lat wrócił pijany, i postawił na gazie butelkę z denaturatem zamiast butelki z piwem, bo w ten sposób je zazwyczaj podgrzewał. Wypił pięć piw, a wraz z szóstym zgotował rodzinie piekło. Spłonęło wszystko, zginęli wszyscy oprócz Andrzeja. Był wtedy na nocnej zmianie w swojej pierwszej pracy, a jak wrócił, zastał grób mamy, taty, dziadka, ciotki, wuja i trzech braci, którzy chorowali na ospę, on bowiem z choroby świeżo wyszedł. Udało mu się odbudować swoje życie łzami, które zabierały ze sobą złą energię, a dawały siłę na kolejny dzień, i pracą, nie tylko fizyczną, ale i pracą nad sobą. Do dziś ma lekki akcent włoski, gdyż nie potrafi do końca wyrzucić z siebie tych tragicznych wspomnień. Taka somatyczna łatka. Czarna zwęglona kołdra przykryła do wiecznego snu całe jego ówczesne życie. Nieraz sprawia wrażenie, jakby wciąż nie radził sobie z tym bagażem.

Dlaczego dopiero po takich przejściach człowiek staje się życzliwy, ultraempatyczny, hiperpomocny, przyjazny i lojalny wobec najmniejszej tajemnicy?

Andrzej jest dla mnie obcy, tak obcy jak i najbliższy, bo to człowiek, który jest właściwie moją jedyną rodziną. Przejmuje się mną i w pewnym sensie dba o mnie. To nie to samo, co Jessica, ona to bardziej dobry duch.

Jest po godzinie dwudziestej pierwszej, Andrzej stoi ponownie przed moimi drzwiami z dobrym winem w ręku. Przechodzi próg mieszkania, przenikając do mojego świata w zamknięciu, świata filozofii istnienia. Ciekawe jest to, jak ten chaos łączy się w logiczną całość. Często w ogóle nie używamy słów, a jedynie pierwotnych odgłosów.

— Hy? — pyta mnie Andrzej, unosząc butelkę.

— Mhy! — odpowiadam.

— Ek Ha? — wskazuje głową na szafkę z naczyniami.

— Łee — zaprzeczam i wszystko jasne.

— Be?

— Ehe.

— Yg ja…

— Ha ha.

— Ho ho.

— Uu?

— Yhm!

Jakaś konkretna rozmowa następuje, dopiero gdy pierwszą butelką wina zabijamy naszą nieśmiałość. Język nam się rozwiązuje, węzeł na nim gordyjski, skwiercząc, pali się. Kobiety, muzyka, sport, podróże i alkohol to nasza tematyka. Takie wieczory zazwyczaj szybko nam mijają. Ale nie tym razem. Ta noc miała być długa i ktoś dobrze to sobie zaplanował. Mamy to do siebie z Andrzejem, że lubimy siedzieć w ciemności. Zjawisko odzyskiwania wzroku zapaleniu światła, jest naszym wspólnym przeżyciem. Cieszymy się jak małe dzieci. Zamówiliśmy parę godzin temu trzy butelki wina w Alkotaxi. Dostawa szybko do nas dotarła. Zostało nam ostatnie Bordeaux. Trochę wylało się na sofę. Huczący telewizor gaśnie, staje się bezgłośny, nie ma obrazu, sam zdecydował, że jest zbędny. Jedyne światło rzuca księżyc na stanowisko naszego posiedzenia, wartowników nocnych marków i bezsennych głów. Próbuję włączyć to bezużyteczne pudło, ale nie działa. Rechoczę gorzko.

— Ach, pewnie korki poszły. — Garbię się z bezsilności niczym leniwiec na diecie.

— Tylko od czego. Nie było spięcia, przepięcia ani burzy nawet.

— Może sąsiad coś grzebie w piwnicy i się pomylił… Nie wiem. — Wykrzywiam usta.

— No, też nie wiem. O tej porze grzebie w piwnicy? Weź sprawdź, co tam się dzieje — zachęca Andrzej, jak zwykle starając się mnie przekonać do wynurzenia nosa.

— Nie ma mowy i skończ, póki na dobre nie zacząłeś.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.8
drukowana A5
za 36.99