E-book
31.47
drukowana A5
40.61
drukowana A5
Kolorowa
58.38
Cienie z Głębin

Bezpłatny fragment - Cienie z Głębin


Objętość:
36 str.
ISBN:
978-83-8440-850-6
E-book
za 31.47
drukowana A5
za 40.61
drukowana A5
Kolorowa
za 58.38

Wstęp

Po ucieczce przed zaćmieniem dżungla zdawała się dać oddech.

Ale oddech ten był tylko złudzeniem.

Cienie nie odeszły — stały się głębsze, starsze, głodniejsze.

Coś, co spało setki lat pod czarną wodą, obudziło się.

Nie szuka ofiar — szuka jednego dziecka.

Błogosławionego.

Tego, którego aura płonie jak ukryta gwiazda.

To jest ich historia.

Veyra, Liry, Tarena i małej Słońce.

Biegną przez dżunglę, która już nie jest domem — jest

pułapką.

Za nimi okręty z żaglami z kości.

Przed nimi — otchłań.

Jeśli kiedykolwiek czułeś, że ciemność nie jest pusta — że coś

w niej patrzy — ta książka jest dla Ciebie.

Rozdział 1: Szepty Morza

Słońce chyliło się ku zachodowi, malując niebo paletą barw, które przypominały rozlaną krew na złocistym płótnie. Pomarańczowe smugi mieszały się z purpurą, a na horyzoncie, tam gdzie ocean spotykał się z dżunglą, powietrze drżało od gorąca dnia i chłodu nadchodzącej nocy. Zapach soli mieszał się z ciężkim aromatem gnijących liści mangrowców — słodkawym, lepkim, jak wilgotna ziemia po burzy, z nutą siarki, która drapała w gardło.

Veyr stał na brzegu wyspy, jego stopy tonęły w miękkim piasku, który był ciepły od dnia, ale już czuł chłód nadciągającej fali. Jego skóra, poorana bliznami od ucieczki, lśniła od potu, a oczy, zmęczone i czujne, wpatrywały się w horyzont. Lira spała obok, pod prowizorycznym szałasem z palmowych liści, tuląc ich nowo narodzoną córkę, Słońce. Dziecko, z maleńkimi piąstkami zaciśniętymi jak w obronie, oddychało spokojnie, nieświadome, że ich świat znów zaczynał się kruszyć.

W oddali, na morzu, pojawiły się kształty — nie ptaki, nie fale, ale coś masywnego, co wyłaniało się z mgły jak widma z zapomnianego snu. Okręty. Wielkie, upiorne konstrukcje z drewna tak starego, że wyglądało na skamieniałe. Kadłuby, zbudowane z dębu i mahoniu, rzeźbione ręcznie przez pokolenia rzemieślników z zapomnianych krain, pokryte były warstwą mchu i glonów, które nadawały im zielonkawą poświatę, jak skóra dawno zmarłego olbrzyma. Żagle, postrzępione i poplamione solą, łopotały na wietrze, a ich materiał, tkany z nici barwionych indygo i szkarłatem, falował jak żywe stworzenia. Dzioby okrętów przypominały głowy smoków — z wyrzeźbionymi oczami z obsydianu, które lśniły w gasnącym świetle, a kły z kości wielorybów ociekały wilgocią. Zapach drewna, żywicy i smoły unosił się nad woda, mieszając się z metalicznym aromatem rdzy z łańcuchów kotwic, które skrzypiały jak stare kości.

Veyr poczuł chłód w sercu. To nie byli zwykli najeźdźcy. To było zło z głębin, zwabione aurą — tajemniczą, pulsującą energią, która biła z wyspy jak serce ukrytego boga. Aurą, która emanowała od kogoś, kogo jeszcze nie nazwali. Okręty zbliżały się, a powietrze gęstniało od zapachu soli i czegoś starszego — śmierci.

Veyr pobiegł do szałasu, budząc Lirę. Jej oczy, zielone jak liście monstery, otworzyły się szeroko. „Co to?” — szepnęła, tuląc Słońce mocniej. Dziecko zapłakało cicho, a zapach mleka i skóry dziecka mieszał się z solnym powiewem od morza.

„Coś gorszego niż kapłani” — odparł Veyr, chwytając włócznię. Niebo pociemniało, a fale zaczęły uderzać o brzeg z wściekłością, rozpryskując krople w odcieniach srebra i pomarańczy.

Rozdział 2: Atak z Wody

Noc spadła na wyspę jak czarna zasłona, przetykana gwiazdami, które migotały nerwowo, jakby same bały się patrzeć. Księżyc, blady i okrągły, rzucał srebrzyste światło na fale, które lśniły jak rtęć. Zapach morza był teraz ostry, z nutą jodu i zgniłych alg, a wiatr niósł ze sobą szept — niski, gardłowy dźwięk, jak modlitwa w zapomnianym języku.

Okręty zakotwiczyły w zatoce, ich maszty sterczały jak szkielety olbrzymów. Z pokładów zeszli oni — cienie w płaszczach z czarnej skóry, barwionej krwią morskich stworzeń, pachnącej solą i glonami. Ich twarze, ukryte pod maskami z kości i muszli, lśniły w blasku pochodni, które paliły się błękitnym płomieniem, rzucając cienie na piasek, żółty i pomarańczowy od liści opadłych z pobliskich drzew.

Najeźdźcy zbliżali się do wioski, ich kroki ciężkie, jak uderzenia fal o brzeg. Veyr ukrył się w zaroślach, jego serce biło jak bęben wojenny. Lira tuliła Słońce, której płacz tłumiła dłonią, a powietrze wokół nich było gęste od wilgotnej ziemi i słodkawych kwiatów nocnych, które kwitły tylko w ciemności. Najeźdźcy ruszyli na wioskę — ich miecze, rzeźbione z czarnego żelaza, lśniły w świetle pochodni, a zapach ich ciał — mieszanka potu, soli i czegoś metalicznego — unosił się w powietrzu.

Walka wybuchła nagle. Veyr skoczył z ukrycia, jego włócznia przebiła pierwszego Cienistego, krew trysnęła, czerwona i gorąca, mieszając się z piaskiem w odcieniach złota. Krzyki wypełniły noc, a powietrze gęstniało od dymu z ognisk, pachnącego spaloną drewnem i mięsem.

Lira pobiegła w głąb dżungli, tuląc dziecko, jej stopy tonęły w miękkiej ziemi, pachnącej wilgocią i glonami. Veyr walczył, ale było ich zbyt wielu. Złapali go, skrępowali linami z wodorostów, mokrymi i chłodnymi, pachnącymi oceanem. Porwali go na okręt, a jego krzyk, ostry i desperacki, odbił się echem po dżungli, mieszając z trzaskiem gałęzi i szelestem liści w odcieniach rdzy i złota.

Rozdział 3: Kraina Cieni — Shadowdepth

Kraina, z której przybyli, nazywała się Shadowdepth — otchłań cieni, gdzie światło nie docierało nawet w południe. Woda była czarna jak atrament, gęsta, lepka, pachniała mokrym kamieniem, siarką z wulkanów i czymś zgniłym, jakby sama ziemia gnijąca od środka. Powietrze wisiało nad nią ciężkie, nasycone solą, mokrym popiołem i metalicznym posmakiem krwi — starej, wyschniętej, ale wciąż obecnej w szczelinach skał.

Niebo nigdy nie było czyste. Wiecznie pokryte chmurami w odcieniach grafitu, fioletu i smoły — niskimi, nabrzmiałymi, jakby chciały spaść na ziemię i zgnieść wszystko pod sobą. Czasem przez szczeliny przedzierał się blady promień — zimny, srebrzysty, który nie ogrzewał, tylko podkreślał kontury ruin. Ruiny stały wszędzie — omszałe kamienie, resztki piramid, popękane ołtarze, na których kiedyś składano ofiary. Korzenie drzew, czarne i grube jak ramiona olbrzymów, oplatały je jak węże, wdzierały się w szczeliny, rozrywały skałę powoli, cierpliwie, jakby chciały pochłonąć nawet to, co zostało.


Powietrze w Shadowdepth nie tylko pachniało — ono żyło. Przy każdym oddechu czuło się je na języku — słony, gorzki, metaliczny posmak, jakby wdychało się resztki krwi i popiołu. Dźwięki były stłumione, jakby mgła pochłaniała echo — słychać było tylko odległe bicie bębnów, niski, hipnotyczny rytm, który wchodził pod skórę i nie pozwalał zapomnieć, że jest się obserwowanym.


Veyr, skrępowany łańcuchami z zimnego żelaza, pachnącymi rdzą i solą, siedział w ładowni okrętu. Drewniane deski pod nim skrzypiały przy każdym kołysaniu fal — niski, monotonny dźwięk, który mieszał się z chlupotem wody o kadłub. Przez szpary wpadało blade światło księżyca — srebrzyste, zimne, malowało podłogę smugami jak blizny. Zapach stęchlizny, mokrego drewna i ryb mieszał się z jego własnym potem — słonym, gorzkim, pełnym strachu i zmęczenia. Łańcuchy wżynały się w nadgarstki i kostki — skóra zdarta do żywego mięsa, krew sączyła się powoli, ciepła i lepka, kapała na deski, tworząc małe, ciemne plamy.


Wiedział, że aura bije z wyspy — od kogoś bliskiego. Czuł ją w kościach — delikatne, ciepłe pulsowanie, jak bicie drugiego serca. Nie rozumiał, kto to jest. Ale czuł, że to dziecko. Jego dziecko. Słońce. Ta myśl była jednocześnie nadzieją i najgorszym koszmarem. Bo jeśli Cieniste szukają właśnie jej — to znaczy, że nie spoczną, dopóki jej nie dostaną.


Zamknął oczy. Wspomnienie wróciło — ostre, bolesne.


Lira w studni. Jej głos — słaby, ale pewny: „Obiecaj, że wrócisz.” Jego odpowiedź — drżący szept: „Obiecuję.” Potem ciemność, potem ból, potem ucieczka. A teraz — ta ładownia, te łańcuchy, ten zapach śmierci.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 31.47
drukowana A5
za 40.61
drukowana A5
Kolorowa
za 58.38