Mojemu ukochanemu mężowi, Dominikowi,
którego wiara i wsparcie sprawiły, że to wszystko stało się możliwe.
Kocham Cię.
CZĘŚĆ I
Przygryzając dolną wargę, Luna wsłuchiwała się w nerwowe stukanie podeszwy swojego buta o posadzkę. Poza tym dźwiękiem w korytarzu było nieznośnie cicho. Zacisnęła palce na plastikowym siedzeniu krzesła i rozejrzała się. Oprócz niej w poczekalni znajdowały się jeszcze dwie osoby: blada, krótko ostrzyżona dziewczyna o aparycji albinoski i chłopak z grzywką przesłaniającą pół twarzy.
Luna westchnęła. Wiedziała, dlaczego ją wezwano i nie była pewna, czy tym razem uda jej się wywinąć z tarapatów. Pospiesznie szukała w głowie jakiegoś użytecznego kłamstwa, zręcznej wymówki, która pomogłaby jej wymanewrować się z kiepskiej sytuacji. Jak na złość zawołano ją do gabinetu niecałą godzinę wcześniej i nie miała wystarczająco czasu, by obmyślić strategię, zastanowić się, co powiedzieć. Z drugiej strony, powinna była to przewidzieć. Żadne szczęście nie trwało zbyt długo.
Drzwi gabinetu otworzyły się i wyłoniła się z nich przygarbiona sekretarka.
— Luna Hardstone — powiedziała skrzekliwym głosem i wróciła do środka.
Luna przełknęła ślinę i wstała. Ignorując drżenie nóg, podążyła za kobietą. Sekretarka wskazała na sąsiednie pomieszczenie.
— Pani dziekan cię oczekuje.
Skinąwszy głową, Luna podeszła do kolejnych drzwi i zapukała dwa razy, po czym weszła do środka.
— Zapraszam. Usiądź. — Wzrok dziekan nie wróżył nic dobrego. — Czy podejrzewasz, dlaczego cię wezwałam?
— Raczej nie na ploteczki? — Luna zajęła miejsce i podjęła niezgrabną próbę uśmiechu, choć wcale nie było jej wesoło. Zabębniła palcami w kolano. Miała przerąbane.
Kobieta zmierzyła ją chłodnym spojrzeniem. Jej niedorzecznie wywinięte rzęsy zatrzepotały.
— Kilka dni temu wyszły na jaw pewne… niedopatrzenia administracyjne — powiedziała, odchrząkując. — W rezultacie zaniedbania w zeszłym roku w przypadku niewielkiej grupy studentów nie wysłano zawiadomień o zakończeniu okresu stypendium pokrywającego koszty pobytu w akademiku, a także nie wstrzymano wypłat.
Luna poczuła, jak zasycha jej w gardle.
— Niemniej — kontynuowała dziekan — wszyscy ci studenci, świadomi, że czas ich pobytu w akademiku i pobierania świadczeń dobiegł końca, postąpili jak należało, czyli po prostu spakowali swoje manatki i wyprowadzili się, jak na dorosłych ludzi przystało. — Kobieta zmrużyła oczy i wpatrywała się w Lunę. — Zgłosili też do sekretariatu informację, że wciąż otrzymują stypendium, które powinno już zostać wstrzymane. System wypłacał je automatycznie — dodała i zamilkła.
Luna spuściła wzrok. Jej podeszwa znów stukała o podłogę.
— Tak więc — odezwała się ponownie pani dziekan — wszyscy studenci postąpili właściwie i wykazali się uczciwością oraz lojalnością wobec uczelni. Wszyscy oprócz jednej osoby.
Luna poczuła, jak jej twarz skręca się w grymasie, ale nie mogła nad tym zapanować.
— Doprawdy, nie potrafię wyrazić, jak bardzo jestem rozczarowana twoją postawą.
— Ja…
— Przykro mi, ale muszę prosić cię o niezwłoczne opuszczenie akademika — powiedziała kobieta, krzyżując ramiona na piersi.
— Ale…
— To nie wszystko — przerwała jej. — Otrzymasz oficjalne wezwanie do zwrotu pełnej kwoty stypendium, które otrzymywałaś przez ostatnich siedem miesięcy.
— Co? — Luna pochyliła się i zacisnęła dłonie na blacie biurka. — Pani nie rozumie! Ja nie mam dokąd pójść! I nie mam pieniędzy!
Dziekan pokręciła głową.
— Pomijając aspekt etyczny twojego zachowania, czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, że popełniłaś przestępstwo? Przywłaszczyłaś sobie środki finansowe, które ci się nie należały!
— Przecież sami mi je daliście! To nie moja wina! Dlaczego mam płacić za wasze błędy? — zawołała, czepiając się ostatniej deski ratunku, ale nawet w jej własnych uszach zabrzmiało to jak gówniany argument.
— Od początku wiedziałaś, że w ramach stypendium możesz pozostać w akademiku najdłużej przez pięć lat. Ten czas minął siedem miesięcy temu. Widząc, że nikt się tym nie zainteresował, a stypendium dalej wpływało na konto, przemilczałaś to i postanowiłaś wykorzystać sytuację.
— Myślałam, że zrobiliście dla mnie wyjątek, bo studiuję dwa kierunki i mam świetne wyniki… — Luna podjęła jeszcze jedną próbę wyjścia z tego bagna z twarzą, choć czuła, że grunt osuwa jej się pod nogami.
— Ty chyba nie rozumiesz powagi sytuacji. — Dziekan wyprostowała się w fotelu i potarła palcem po oprawce okularów. — Podczas wczorajszego zebrania kilku członków komisji wnioskowało, aby wydalić cię z uczelni. Za nieuczciwość i brak lojalności wobec instytucji, która umożliwiła ci bezpłatne studia i zapewniła dach nad głową. Przywłaszczyłaś sobie pieniądze, które były przeznaczone dla kogoś innego, a także pozbawiłaś jakąś młodą studentkę miejsca w akademiku.
Luna jęknęła. Poczuła, jak krew napływa jej do twarzy, i nagle zrobiło jej się gorąco.
— Pozwolono ci dokończyć studia, ponieważ zostały ci niecałe trzy miesiące do obrony pracy magisterskiej. Uwzględniliśmy też twoje doskonałe wyniki. Jednak wszyscy zgodziliśmy się, że takie postępowanie nie może ujść ci na sucho. Przymykaliśmy już oczy na twoje wyskoki i naganne zachowanie, ale tym razem posunęłaś się za daleko.
— Ale… Ja nie mam dokąd pójść — głos Luny zadrżał. — I skąd mam zdobyć tyle pieniędzy?
Dziekan rozłożyła ręce.
— Jesteś inteligentna i bystra, nie mówiąc już o tym, że cwana. Jakoś dasz sobie radę.
Luna zamrugała, by przegonić zbierające się łzy.
— Chyba nie wywalicie mnie na ulicę? Gdzie mam niby mieszkać? Nie mam pracy ani oszczędności! Pozwólcie mi chociaż zostać do obrony…
— Przykro mi. — Dziekan pokręciła głową. — Mogę dać ci tylko kilka dni, żebyś coś wymyśliła. Poproś o pomoc rodzinę albo przyjaciół. Na pewno to ogarniesz.
Czując, jak wzbiera w niej niebezpieczna mieszanka gniewu i żalu, Luna prychnęła. Wstała gwałtownie z miejsca, niemal przewracając fotel.
— Powinnaś być wdzięczna, że pozwolono ci dokończyć rok — zauważyła dziekan.
Luna zmierzyła ją wściekłym wzrokiem. Fala gorąca rozlała się po jej twarzy. Otworzyła usta, ale zaraz znów je zamknęła. Zamiast słów wydała z siebie stłumione warknięcie. Panowanie nad sobą nie było jej mocną stroną, odwróciła się więc na pięcie i ruszyła do wyjścia, odprowadzona przez ciężkie westchnięcie pani dziekan.
Zatrzymawszy się w progu, Luna obejrzała się jeszcze za siebie i spojrzała kobiecie w oczy, po czym z impetem trzasnęła drzwiami. Sekretarka podskoczyła w miejscu z cichym piśnięciem. Luna minęła ją bez słowa. Dysząc z nerwów, wyszła na korytarz. Miała wrażenie, że płonie.
Nagle wezbrało w niej uczucie paniki i przez chwilę bała się, że zemdleje. Dziwna albinoska, która nadal siedziała w poczekalni, wpatrywała się w nią badawczo i Luna poczuła, że musi natychmiast wyjść z budynku.
Zerwała się z miejsca i pognała przez korytarz. Potrzebowała świeżego powietrza.
*
Usiadłszy na ławce, Luna przetrząsnęła zawartość torby w poszukiwaniu papierosów. Drżącymi rękami wydobyła jednego i odpaliła, po czym wypuściła dym i zaklęła pod nosem.
Był środek dnia i na placu przed akademikiem kręciło się sporo osób. Kwietniowe słońce grzało zaskakująco mocno i Luna zdjęła kurtkę. I tak było jej gorąco.
Starała się poskładać myśli. Co miała zrobić? Nie miała wystarczająco pieniędzy, by wynająć mieszkanie; właściwie to nie starczyłoby jej nawet na pokój.
— Ja pierdolę — mruknęła, przypominając sobie, że dach nad głową był tylko połową jej zmartwień. Skąd miała wziąć tyle kasy?
Dziekan powiedziała, że da jej kilka dni na znalezienie nowego lokum. Co mogła wymyślić w tak krótkim czasie? Nie było mowy o powrocie do matki i ciotki Janet. Na samą myśl o tym przebiegł ją dreszcz. Te dwie lunatyczki zrobiły już wystarczająco, pozbawiając ją i Billy’ego ojców, dziadka, rodzinnego domu i dziedzictwa. Cała ta historia była porąbana. Tak naprawdę Luna najchętniej już nigdy nie przekroczyłaby progu ich mieszkania.
Z tego, co wiedziała, Billy nie utrzymywał z nimi kontaktu. Podobno gdy ciotka Janet dowiedziała się, że wbrew jej woli odkupił farmę dziadka, dotrzymała obietnicy i więcej się do niego nie odezwała.
Matka powiedziała też Lunie, że mniej więcej dwa lata temu Billy wprowadził się na farmę i zamieszkał w ich dawnym domu. Ponoć dorobił się na inwestycjach i świetnie mu się powodziło.
Pomimo że Luna i Billy wychowywali się i dorastali razem, ich drogi rozeszły się, gdy Billy poszedł na studia. Był dwa lata starszy i jako pierwszy opuścił ich smętne mieszkanko na przedmieściach. Luna doskonale go rozumiała, a nawet mu zazdrościła. Ponura energia ich matek osadziła się w atmosferze tego domu i przyduszała każdego, kto zabawił tam chwilę dłużej.
Wyprowadzka Billy’ego źle na nią wpłynęła. Wcześniej trzymali się razem i nagle została z tym wszystkim sama. Gdyby nie nadzieja pokładana w stypendium, prawdopodobnie nie przykładałaby się aż tak do nauki. Jednak wiedziała, że tylko doskonałe wyniki dadzą jej szansę na pójście w ślady kuzyna i przeprowadzkę do akademika. Dla niej był to szczyt marzeń: wyrwać się z domu, w którym widmo przemilczanych spraw rozganiało wszelką radość i bliskość. Uwolnić się od tajemnic, od tęsknoty do tego, co stracone, od poczucia niesprawiedliwości.
Dwa lata później udało się i Luna przeniosła się do akademika. Wiedziała, że nie będzie musiała martwić się o dach nad głową przez kolejnych pięć lat. Pod koniec pierwszego roku zdecydowała się zacząć drugi kierunek. Nauka przychodziła jej łatwo. Czas mijał szybko, niemal niezauważalnie.
Ale informacja o tym, że stypendium dobiega końca i należy opuścić akademik, nie nadeszła. A pieniądze nadal wpływały na konto. Wiedziała, że powinna to zgłosić, jednak zdecydowała się przyjąć to za łut szczęścia. Naprawdę nie miała ochoty opuszczać swojego pokoju, do którego tak już przywykła. Nie chciała, by ten okres jej życia dobiegł końca. Miała nadzieję, że wszechświat jej sprzyja i że był to uśmiech losu.
Jej współlokatorka i psiapsiółka, Cassie, ostrzegała ją, że to nie przejdzie. Powtarzała jej, że będzie miała kłopoty. Ale Luna nie słuchała. Tak naprawdę wiedziała, że któregoś dnia ktoś zorientuje się, że powinno jej już tam nie być, ale zakładała, że w najgorszym wypadku po prostu każą jej się wynieść. Nie pomyślała, że będzie musiała oddać pieniądze.
Zgasiła papierosa o brzeg ławki i westchnęła. Skoro powrót do matki i ciotki nie wchodził w grę, miała tylko jedną opcję.
Wyciągnęła z kieszeni smartfona i odszukała numer Billy’ego.
*
Billy odłożył telefon na stolik i zaklął. Powłócząc bosymi stopami, przeszedł przez hol i wyszedł na zewnątrz. Z rezygnacją opadł na wiklinową ławę na werandzie i zawołał Ruperta, który wylegiwał się na trawniku.
Trzeba było nie odbierać, pomyślał.
Właśnie tego chciał uniknąć, przenosząc się na farmę. Miał nadzieję, że gdy zaszyje się za miastem, wszyscy dadzą mu święty spokój. Każdej innej osobie prawdopodobnie by odmówił, ale chodziło o Lunę. Wiedział, że gdyby jej nie pomógł, nie zaznałby spokoju. Sumienie dręczyłoby go, aż zmieniłby zdanie, więc nie było sensu się szarpać. Zbyt dobrze znał siebie.
Rupert przyczłapał leniwie i usiadł obok, zamiatając ogonem deski werandy. Położył swój ciężki łeb na udzie Billy’ego, który westchnął żałośnie i podrapał go za uchem.
— Trzeba było nie odbierać — powtórzył, tym razem na głos.
Ta nieprzewidziana okoliczność skutecznie zrujnowała mu nastrój. Nie chciał tu nikogo, i jak na złość ze wszystkich ludzi na świecie padło akurat na jedyną osobę, której nie mógł odmówić. Nie tylko dlatego, że była jego najbliższą rodziną, ale ze względu na więź, która łączyła ich w dzieciństwie. Kiedy matki zabrały ich z farmy, Billy miał jedenaście lat, a Luna dziewięć. Gdy pozbawiono ich kontaktu z ojcami i dziadkiem, przyjął za oczywiste, że odtąd to on musiał się nią zaopiekować. Zachowanie zarówno jego matki, jak i ciotki Loretty pozostawiało wiele do życzenia; do tego każda z nich przejawiała swój własny, wyjątkowy zestaw niepokojących odchyleń.
Równowaga, na którą tak długo pracował, została zaburzona. Nie rozmawiał z Luną od kilku lat — ich drogi naturalnie rozeszły się, gdy każde z nich zaczęło dorosłe życie. Kiedy Billy wyjechał na studia, odwiedzał ich jeszcze raz na jakiś czas (prawdę mówiąc, jak najrzadziej), a gdy kuzynka poszła w jego ślady i wyprowadziła się, jakakolwiek chęć, by widzieć się z matką i ciotką, całkowicie go opuściła.
Kiedy pod koniec studiów powiedział matce, że zamierza odkupić farmę dziadka od obecnego właściciela, wątła więź, która ich jeszcze łączyła, rozpadła się bezpowrotnie. Najpierw Janet próbowała odwieść go od pomysłu, a gdy zrozumiała, że nie ma na to żadnego wpływu, zagroziła, że nigdy już się do niego nie odezwie. Ta nikczemna próba emocjonalnego szantażu zabolała Billy’ego na tyle, że kupno farmy potraktował jako wyzwanie, które musiał podjąć; poddanie się tym manipulacjom wydało mu się nagle absolutnie niemożliwym scenariuszem. I jeżeli wcześniej gotów był ponownie rozważyć tę decyzję, to pod wpływem karygodnego zachowania matki nabrał całkowitej pewności.
Na początku sam nie wiedział, dlaczego tak mu zależało. Farma zmieniła się w nieużytek, nikt się nią nie zajmował. Jego rodowe dziedzictwo umierało w oczach. Coś pchnęło go na spotkanie z przyjacielem dziadka, panem Hopkinsem, a niedługo potem wszedł w posiadanie wystarczającej ilości pieniędzy. Czuł, że wszystko do tego prowadziło. Jakaś przekorna siła przyciągała go ku domowi, w którym się wychował, i który tak gwałtownie stracił. Z powodów, których nigdy nie poznał. W pewnym sensie chciał ukarać matkę i ciotkę, pokazać im, że nie mają już nad nim władzy. I wiedział, że tego właśnie chciałby dziadek Noah.
Pomimo że minęło sporo czasu, nie mógł odmówić Lunie przyjęcia pod dach rodzinnego domu. Nawet jeżeli słowo „rodzinny” straciło już dla nich znaczenie. Podejrzewał, że kuzynka wcale nie chciała wracać do miejsca bolesnych wspomnień. Prawdopodobnie, gdyby nie zmusiły jej do tego okoliczności, nawet by do niego nie zadzwoniła. W końcu mieszkał na farmie już ponad dwa lata i do tej pory nie próbowała się z nim kontaktować.
Z zamyślenia wyrwało go mruknięcie Ruperta, upominającego się o głaskanie. Billy uśmiechnął się lekko i pogładził przyjaciela po głowie.
— Co powiesz na mały obchód? — zapytał, wstając.
Bernardyn zerwał się z miejsca i zaszczekał entuzjastycznie. Obchód farmy znajdował się w ścisłej czołówce jego ulubionych zajęć.
*
Billy podążał po udeptanej trawie za Rupertem, który jak zwykle prowadził w kierunku kurnika. Po ich prawej stronie ciągnął się martwy sad — niegdyś duma rodu Hardstone’ów, dziś ponure cmentarzysko dawnej chwały. Billy’emu nie udało się ustalić, dlaczego drzewa przestały kwitnąć i dawać owoce. Poprzedni właściciel, pan Morris (dawny wspólnik dziadka, który kupił farmę po jego śmierci), powiedział mu, że zrobił wszystko, co mógł, by przywrócić sad do życia. Jak się okazało, nadaremnie. Nie dało się tego wyjaśnić. Jabłonie sprawiały wrażenie uśpionych, hibernujących. Ich dawniej imponujące korony pozbawione były liści, a konary pociemniały i wyschły. Nawet grunt, na którym rosły, wyjałowiał, zmieniając się w czarny, suchy piach.
Początkowo Billy próbował rozgryźć zagadkę zmartwiałego sadu, ale obcowanie z nim przepełniało go emocjami, z którymi z trudem sobie radził. Gdy wchodził pomiędzy te mroczne drzewa, opanowywał go niezrozumiały smutek i poczucie straty. Dlatego też coraz częściej omijał ten kawałek ziemi szerokim łukiem, a wieczorami zaciągał rolety w wychodzących na sad oknach, bojąc się tego, co można zobaczyć w nocy w miejscu takim jak to.
Minął stodołę, która służyła teraz głównie jako skład na drewno, niepotrzebne graty i narzędzia. Rupert zaszczekał radośnie na widok kurnika, a kilka kur rozpierzchło się, gdacząc, gdy kudłaty olbrzym podbiegł i zaczął je obwąchiwać.
Billy zajrzał do drewnianego domku. Pośród pomrukujących niosek wylegiwał się Vincent — podstarzały, rudy kocur, który wprowadził się tam kilka miesięcy wcześniej.
Billy wrócił na zewnątrz i sięgnął po pojemnik. Siadając na ubitej ziemi, sypnął garść ziarna w kierunku kur, które natychmiast go otoczyły.
Zastanawiał się, jak zniesie obecność Luny. Z pewnością zmieniła się przez tych kilka lat, ale czy dojrzała? Trudno mu było to sobie wyobrazić. Pamiętał ją jako raczej nieobliczalną. Czasami nie panowała nad gniewem i zdarzało jej się urządzać dramatyczne sceny. Gdy byli nastolatkami, Billy często zamykał się w swoim pokoju ze słuchawkami na uszach, bo Luna kłóciła się z matką.
Ale to było dawno. Nie miał pojęcia, co spotkało ją w międzyczasie i kim się stała. Pocieszała go myśl, że Luna wcale nie chciała tu być, zwyczajnie nie miała wyboru; była więc szansa, że nie zabawi długo. Billy podejrzewał, że kuzynka wcale go nie lubiła, pomimo tego, przez co razem przeszli (a może właśnie dlatego). Zdarzało jej się z niego naśmiewać i nie rozumiała jego zachowań ani sposobu myślenia.
Ponownie zanurzył dłoń w pojemniku i płynnym ruchem rozsypał ziarno wokół siebie. Przymknąwszy powieki, wsłuchiwał się w zadowolone gdakania i pomruki kur. Te dźwięki zawsze przynosiły mu ukojenie.
Coś zaszeleściło w krzakach porzeczki i Rupert zaszczekał. Zerwał się do biegu, rozpędzając kury, po czym zniknął w gąszczu, by po chwili powrócić w towarzystwie Lindy — szarej kotki, która przyplątała się na farmę ponad rok temu. Na początku trudno jej było przywyknąć do towarzystwa podążającego za nią bernardyna, ale wkrótce poddała próby pacnięcia go pazurem. Co więcej, Billy dwukrotnie nakrył tych dwoje wylegujących się na słońcu w swoich objęciach.
Linda ominęła stadko kur i, w typowy dla siebie sposób ignorując wołanie Billy’ego, podreptała w stronę poletka warzywnego. Rupert poczłapał za nią.
Billy wstał i otrzepał spodnie z kurzu. Niespiesznie ruszył w stronę grządek. Rozglądając się po połaciach ziemi, która go otaczała, przypomniał sobie, jak ciężko było mu przywyknąć do życia tutaj. Jednocześnie nie widział innej drogi.
Nie zamieszkał na farmie od razu. Gdy ją odkupił, była w opłakanym stanie, podobnie jak jej dotychczasowy właściciel. Pan Morris narzekał, że gleba jest jałowa, ciężka do uprawy, że wszystko się sypie, a on jest już na to za stary.
Początkowo Billy nie planował zajmować się ziemią. Powrót po tylu latach okazał się trudniejszy, niż się spodziewał. Nie wiedział jeszcze, co z tym wszystkim zrobi, ale czuł, że farma musi pozostać w jego rękach. Dodatkowo sprzeciwienie się woli matki przyniosło mu nieprzyzwoitą satysfakcję; była to symboliczna granica jej władzy nad nim. Odkupił farmę, a ona nie mogła nic na to nic poradzić.
Przez pierwsze miesiące nie przebywał tam często. Wciąż mieszkał w mieście z Bernadette. A gdy odeszła, przeprowadzka na stare śmieci wydała mu się nagle oczywistym rozwiązaniem.
Billy nie lubił ludzi i, poza kilkoma wyjątkami, unikał ich jak ognia. Relacje międzyludzkie stresowały go aż do przesady i chciałby powiedzieć, że było to bezpodstawne, lecz odkąd sięgał pamięcią, od ludzi doświadczał jedynie przykrości i krzywdy. Jego trzyletni związek z Bernie był precedensem. Wtedy jeszcze zdawało mu się, że odnalazł w niej bratnią duszę, że ona jedna zastąpi mu rodzinę, przyjaciół i całą ludzkość. Okazało się jednak, że dla Bernadette jeden Billy nie mógł konkurować z całym światem.
Gdy nagle został sam, miasto wydawało mu się głośne i opresyjne, a nadmiar bodźców przytłaczał go i rozpraszał. Bez Bernadette ich mieszkanie stało się zimne i obce. Któregoś wieczora spakował to, co niezbędne, pojechał na farmę i został.
Przez pierwsze cztery noce nie był w stanie zasnąć. Nie pomogło, że posprzątał, wymiótł kurze i pajęczyny, odmalował ściany i porozkładał swoje rzeczy. Zamówił nawet parę nowych mebli, ale dom wciąż wydawał mu się wielki i pusty. Dawniej mieszkali tu w siedem osób, teraz był całkiem sam. Odpowiadało mu to, ale gdy zapadał zmrok i cienie zaczynały tańczyć w każdym kącie, a krajobraz za oknem pochłaniała ciemność, ogarniał go niepokój. Robił się spięty i podskakiwał przy każdym dźwięku.
Sypialnie na piętrze stały puste. Billy porzucił pomysł spania w swym dawnym pokoju jeszcze pierwszej nocy; wystarczyło, że wyjrzał przez okno, przed którym rozciągały się dziesiątki czarnych sylwetek obumarłych drzew. Natychmiast zaatakowały go wspomnienia. Przez ułamek chwili znów był małym chłopcem, znów słyszał skrzypienie podłogi i chrapanie dziadka dobiegające z parteru.
Dziadek Noah jako jedyny nigdy nie spał na piętrze. Jego sypialnia znajdowała się obok gabinetu, dokładnie pod pokojem Billy’ego. Gabinet, jak się okazało, przetrwał w niemal nienaruszonym stanie; prócz grubej warstwy kurzu wyglądał prawie tak samo jak piętnaście lat wcześniej. Pan Morris wyznał Billy’emu, że podobały mu się wyłożone drewnem ściany, ciężkie, mahoniowe biurko i skórzane fotele, więc zostawił wszystko tak jak było.
— Dobrze znałem twojego dziadka. Współpracowaliśmy wiele lat — powiedział, gdy przekazywał Billy’emu akt własności ziemi. — Darzyłem go szacunkiem i chciałem to okazać. Na wypadek… No wiesz, gdyby jakaś jego cząstka tu została — dodał z trudnym do odczytania wyrazem twarzy.
W ten sposób do zastępów dręczących Billy’ego myśli dołączyła niepokojąca wizja błąkającego się po domu ducha dziadka. Wizja ta sprawiła też, że nie zastanawiał się dwa razy, gdy podczas przeglądania Facebooka w kolejną bezsenną noc, jego wzrok zatrzymał się na zdjęciu szukającego domu bernardyna. Starszy pan, który otrzymał Ruperta w prezencie od wnuków, zmarł kilka dni wcześniej, a rodzina nie mogła wziąć tak dużego psa do swego małego mieszkanka. Już następnego ranka Billy pojechał na umówione spotkanie i wrócił na farmę z Rupertem, zakochany w kudłatym olbrzymie od pierwszego wejrzenia — na szczęście z wzajemnością.
Kiedy wieczorem Billy położył się na rozkładanym łóżku w pokoju na parterze, Rupert dołączył do niego jak gdyby była to najoczywistsza rzecz na świecie, po czym wtulił się w nowego przyjaciela całym swym masywnym cielskiem i zasnął. Obejmując go ramieniem i słuchając cichego świstu jego miarowego oddechu, z mglistym uczuciem ogarniającej go ulgi, Billy w końcu odpłynął, zmęczony, ale spokojny.
Od tej pory zawsze spali razem.
Choć Billy nie lubił wspomnień, w gabinecie spędzał sporo czasu, czytając i pisząc. Ze wszystkich członków ich popapranej rodziny to właśnie dziadka pamiętał najlepiej i to za nim tęsknił najbardziej, gdy zabrano ich z farmy. Nie brakowało mu ojca. Czuł, że być może tak było lepiej. Pamiętał go jako człowieka nieczułego i skłonnego do niepozornych aktów przemocy. To prawda, że nigdy go nie uderzył, a jednak potrafił go popchnąć i regularnie wyśmiewał to, co uważał za przejawy słabości. Dziadek Noah nigdy nikogo nie poniżał i zawsze traktował innych z szacunkiem.
Billy zadbał, aby sypialnie, które należały kiedyś do rodziców, wyremontowano. Wszystko, co mogło przechowywać choćby resztki tej zgniłej energii, która zawisła tu po tym cokolwiek się stało, musiało zniknąć. Zatrudnił kilku fachowców, by zrobili to, czego on nie potrafił. Tynki oraz podłogi zerwano i położono na nowo, wymieniono okna, powieszono nowe żyrandole. Stare kotary zastąpiono jasnymi roletami. Łóżka wyrzucono, a po tym wszystkim, pokoje pozostały puste, nieurządzone.
Sypialnię Luny i swoją własną odnowił samodzielnie, jednak tylko częściowo. Od dawna nie było tam żadnych przedmiotów, które wcześniej do nich należały. Billy przemalował ściany, zamówił nowe materace i regały, choć sam nie wiedział po co, i na tym się skończyło.
Nagle zdał sobie sprawę, że nie był na piętrze co najmniej od kilku tygodni. Cały swój czas spędzał na dole w pokoju dziennym, gdzie także sypiał, i na zewnątrz, na werandzie lub dopełniając swoich obowiązków wobec zwierząt i ziemi.
Zatrudniał kilku ludzi, którzy pomagali mu w gospodarstwie: pani Bennett zajmowała się dla niego sprzedażą jaj i doglądała ptactwa, Rodrigo dbał o ogród warzywny i zajmował się zbiorami. Od czasu do czasu, Billy dzwonił też po pana Złotą Rączkę, człowieka, który umiał naprawić każdą usterkę.
Nie licząc martwego sadu, ziemię pokrywały połacie zieleni, a roślinność tętniła życiem: gdy tylko robiło się ciepło, wszędzie pojawiały się pszczoły, trzmiele i motyle. Dlaczego pan Morris twierdził, że wszystko tu umiera, Billy nie wiedział.
Zawołał Ruperta, który pogonił za Lindą w grządki pomidorów, i powolnym krokiem ruszył w stronę domu. Ominął stadko leżących w trawie gęsi i pogłaskał pasącą się kozę.
Powinien przynajmniej wytrzeć kurze w dawnej sypialni Luny, bo zakładał, że kuzynka tam właśnie zechce spać — i nagle ta sytuacja wydała mu się tak nieprawdopodobna, że przez chwilę zastanawiał się, czy nadal znajduje się w tej samej rzeczywistości.
Po trzynastu latach od tajemniczego uprowadzenia przez ich matki Billy powrócił na rodzinną ziemię, do opuszczonego, zimnego domu, który kiedyś stanowił centrum jego świata. A teraz, dwa lata później, miała do niego dołączyć kolejna wykorzeniona.
*
Czerwona na twarzy i ze łzami w oczach, Luna upychała ciuchy w kolejną walizkę. Drzwi wejściowe były otwarte, co w ciągu dnia było w akademiku normalne. Pokoje były ciasne, duszne i często zadymione, bo zakaz palenia łamany był bez pardonu, a życie towarzyskie toczyło się w dużej mierze w przestrzeni korytarza.
Dwie ledwo domknięte walizki stały już w progu.
— Nie wierzę, że mnie to spotyka! — zawołała Luna, znęcając się nad puchową kurtką, która za nic nie chciała się zmieścić.
— Naprawdę? — mruknęła leżąca na łóżku obok Cassie. — Czyli nie spodziewałaś się, że kiedyś się dowiedzą? Myślałaś, że będziesz tu mieszkać do trzydziestki?
Luna zmierzyła ją wściekłym wzrokiem.
— Nie chcę wracać na farmę!
— Trzeba było odkładać kasę. Mogłabyś coś wynająć jak normalny człowiek. — Cassie wzruszyła ramionami.
— Przysięgam, jeszcze słowo… — Luna zmrużyła oczy, zwinęła dłoń w pięść i pogroziła współlokatorce.
— Na pewno nie będzie tak źle — powiedziała Cassie pojednawczo. — Odbędziesz sobie taką… podróż sentymentalną. Poza tym, to tylko tymczasowe, prawda?
Próbując domknąć walizkę, Luna przycisnęła ją całym ciężarem ciała, sapiąc i stękając. Rozczochrane włosy właziły jej do ust i zasłaniały oczy, była więc o krok od załamania nerwowego.
— Szlag… by… to… Aaaargh!
— No, ale czemu ty tak narzekasz? Przecież kuzyn nie każe ci płacić czynszu, co nie? — Cassie podniosła się i usiadła na brzegu materaca. — Pomieszkasz sobie za darmo…
— Czy ty naprawdę nic o mnie nie wiesz? — Luna sturlała się z walizki i opadła na łóżko, po czym zsunęła się z niego bezwładnie jak trup i rozciągnęła się płasko na podłodze w dramatycznej pozie.
— Tak, tak, znam tę historię: walnięte mamuśki zabrały was bez wyjaśnienia, ple, ple, ple… — Cassie machnęła ręką ze znudzeniem. — To było piętnaście lat temu! Nie jesteś już małą dziewczynką. Chociaż jak teraz na ciebie patrzę, to zdecydowanie zachowujesz się, jakbyś była.
— Rety, jak ty mnie czasami wnerwiasz. — Luna podparła się na łokciach i otarła z oczu łzy.
— Ja też będę za tobą tęsknić. — Cassie wstała z łóżka i usiadła na podłodze obok. — Chodź — dodała, rozkładając ramiona.
— Ja nie chcę! Tutaj jest moje miejsce!
Cassie poklepała ją po plecach.
— Już, już. W końcu nie będziesz musiała dzielić z nikim pokoju — powiedziała, by ją pocieszyć, ale w rezultacie Luna zawyła na całe gardło.
— Ale ja lubię z tobą mieszkać! A Billy to dziwak i mruk! Nie masz pojęcia!
— Kiedy ostatnio z nim rozmawiałaś? To znaczy, oprócz wczoraj?
— Z pięć lat temu — odparła, pociągając nosem.
— No właśnie. Na pewno nie jest taki sam jak kiedyś.
Luna spojrzała na nią z przerażeniem.
— Myślisz, że jest jeszcze gorzej?
Cassie pogładziła ją po ramieniu i westchnęła, potrząsając jasnymi włosami.
— Wiesz, ja już do ciebie przywykłam. Ale ten Billy… Współczuję mu.
*
Wynajęte auto cuchnęło. Stojąc w korku na wylotówce z miasta, Luna otworzyła przednią szybę.
— Szlag by to wszystko trafił! — wrzasnęła w stronę pasażera pojazdu na sąsiednim pasie. — Dlaczego tu tak śmierdzi? — zapytała z pretensją i znowu się rozpłakała. Przetarła kierownicę dezynfekującą chusteczką, jednak przykra, kwaśna woń przegryzła się przez fotele i tapicerkę. — Jezu, porzygam się! — jęknęła i od razu pożałowała, że w ogóle otworzyła usta.
Sznur samochodów poruszał się w żółwim tempie. Stała w miejscu już tak długo, że zaczynał zapadać zmrok. Świetnie, pomyślała. Po prostu świetnie.
Gdy w końcu wydostała się z wylotówki i dotarła do ronda, na niebie pojawiły się pierwsze gwiazdy. Droga była słabo oświetlona, a ona i tak rzadko prowadziła. Zwolniła nieco, by zorientować się, który zjazd powinna wybrać, bo GPS pokazywał jej trasę, której nie było. Nagle usłyszała przeciągły klakson i pisk hamujących opon, a w tylnym lusterku dostrzegła wymachującego gniewnie faceta, który niemal wjechał jej w tył. Wystawiła rękę przez okno i dodała gazu, jednocześnie pokazując mu środkowy palec.
Kierując się do zjazdu, westchnęła ciężko. Szosa zmieniała się tu w coraz węższą drogę i wkrótce musiała zwolnić, by zmieścić się obok jadących w przeciwnym kierunku aut. Latarnie znajdowały się w coraz większych odstępach, a gdy ruch zmalał, przełączyła światła na długie, żeby cokolwiek widzieć.
Nie mogła uwierzyć, że wracała w to miejsce.
Asfaltowa nawierzchnia zmieniła się w ubity żwir i słychać było chrzęszczenie opon. Po obu stronach ciągnęły się gęste krzaki i drzewa, aż w końcu wyłoniły się pierwsze gospodarstwa wyglądające teraz jak mroczne widma: ciemne domy o świecących ślepiach, czarne stodoły, przez których deski przebijał się tu i ówdzie blask niemal pełnego księżyca, nierówne ażury ciągnących się przez setki metrów ogrodzeń i pojedyncze sylwetki drzew o koronach tańczących do melodii wieczornego wiatru.
Po piętnastu latach Luna pamiętała drogę przez wieś nawet po ciemku.
Jadąc w górę żużlówki, zastanawiała się, ilu ludzi, których znała w dzieciństwie, wciąż tu mieszkało. Wysoki dom o spadzistym dachu należał kiedyś do pani Miller, do której przychodziły z mamą po miód i świece, ale teraz nie widziała pasieki. Za nim stał bliźniaczy dom, w którym mieszkała wielopokoleniowa rodzina. Mieli chyba z ośmioro dzieci, które nie bawiły się z nikim prócz siebie. Tuż za domem znajdował się sklepik, w którym kupowali w lecie lody.
Dwie działki dalej znajdowało się niewielkie gospodarstwo, w którym mieszkał ze swoją rodziną pan Bridges, opiekun sadu dziadka. Luna pamiętała, że czasem przyprowadzał ze sobą dwie córki, z którymi ganiała się między drzewami i bawiła w chowanego w stodole. Starsza dziewczyna była mniej więcej w tym samym wieku, co Luna, a druga parę lat młodsza. Ale działka zdawała się opuszczona; w żadnym z okien nie paliło się światło, część ogrodzenia była zniszczona, a ziemię wkoło porastała wysoka, od dawna nie koszona trawa.
Ze zdziwieniem odkryła, że za kolejnym zakrętem stała wciąż piekarnia Bułeczka i choć było zbyt ciemno, by stwierdzić na pewno, wyglądało na to, że niewiele się zmieniła.
Luna westchnęła. Była już prawie na miejscu.
Minęła kolejną posiadłość; gdy była tu ostatnio, mieszkała tam dziwna rodzina z trójką dzieciaków. Nie mieli zwierząt i nie uprawiali niczego, unikali też towarzystwa i Luna pamiętała, jak mama i ciotka Janet plotkowały o tym, z czego właściwie się utrzymywali. Janet twierdziła, że rodzina należała do jakiegoś podejrzanego kościoła.
Biorąc łagodny skręt w lewo, Luna wjechała na lekkie wzniesienie prowadzące na farmę.
Gdy dotarła do bramy i zobaczyła stojący w oddali dom, jej serce zabiło mocniej. Teren wydawał się teraz rozleglejszy. Ogrodzenie zdawało się ciągnąć w nieskończoność i niknęło w mroku. Z daleka widziała, że światło w domu świeciło się tylko w dwóch oknach na dole.
Gdy zatrzymała się przed bramą, dostrzegła słupek z brzęczykiem, a także kamerę i speaker, których z pewnością nie było tam wcześniej. To musiała być sprawka Billy’ego.
Wyciągnęła rękę przez otwartą szybę i nacisnęła przycisk. Światełko na kamerze zabłysnęło na zielono i rozległ się cichy, metaliczny brzęk. Brama otworzyła się na oścież.
Czując, jak spocone dłonie ślizgają się jej po kierownicy, Luna nabrała głęboko powietrza, po czym docisnęła lekko pedał gazu i ruszyła przed siebie.
*
Uznawszy, że nie może podjechać bliżej i pozostać niezauważona, Gabriela zatrzymała Vespę i wprowadziła ją w pobliskie krzaki. Auto przed nią oddalało się w górę drogi, więc musiała się pospieszyć. Jazda po ciemnej żużlówce z wyłączonymi światłami była karkołomna, ale na szczęście samochód, który śledziła, także jechał powoli.
Naciągnąwszy głębiej czarny kaptur, zeszła na pobocze, skąd dzięki zaroślom była mniej widoczna, po czym rzuciła się biegiem za umykającym pojazdem. Wiedziała, że brama zostanie otwarta przez najwyżej minutę, więc nie miała wiele czasu. Być może była to jej jedyna szansa, by dostać się na farmę. Zmrok jej sprzyjał.
Gdy dzień wcześniej w poczekalni usłyszała nazwisko Hardstone, nie mogła w to uwierzyć. Nie od razu poznała siedzącą obok dziewczynę — w końcu nie widziały się od wielu lat. Kiedy rozmawiały po raz ostatni, Luna była ośmioletnią kulką energii o pyzatej, nakrapianej piegami twarzy. Wczoraj Gabriela patrzyła na młodą kobietę o wyrazistych rysach, ubraną w błękitny dres i dżinsową kurtkę. Jej lekko kręcone, czekoladowe włosy ostrzyżone do linii podbródka wyglądały jakby dopiero wstała z łóżka, a smukłe palce o pomalowanych na czarno paznokciach zaciskała na siedzeniu krzesła. Gabriela natychmiast wyczuła jej rozedrganą, niestabilną aurę.
To był kosmiczny zbieg okoliczności i wywołał w niej mieszane uczucia. Pamiętała Lunę jako towarzyszkę zabaw, wesołą i zadziorną, i trudno było powiązać to wspomnienie z tym, co stało się później.
A jednak była z Hardstone’ów. Rodziny, która odebrała Gabrieli wszystko.
Gdy wczoraj, trzasnąwszy drzwiami w dziekanacie, Luna wyszła na korytarz, Gabriela nie zastanawiała się dwa razy. Zachowując dystans, udała się za nią na zewnątrz. Zatrzymała się przy kolumnie u szczytu schodów i patrzyła, jak Luna kieruje się na plac i siada na ławce. Nawet z daleka widać było, że mamrocze pod nosem. Po chwili odpaliła papierosa i Gabriela obserwowała ją, zastanawiając się, co takiego się stało. Wyglądała na mocno wzburzoną.
Po kilku minutach Luna wyciągnęła telefon i rozmawiała z kimś przez dłuższy czas, ale z tej odległości nie dało się nic usłyszeć. W końcu zerwała się z miejsca i ponownie skierowała się do akademika. Gabriela odczekała chwilę w cieniu kolumny i ruszyła za nią. Musiała manewrować pomiędzy plączącymi się wszędzie studentami, ale nie spuszczała z niej wzroku.
Śledziła ją, aż znalazła się na korytarzu na drugim piętrze, gdzie Luna zniknęła w jednym z pokoi. To nie był problem, gdyż większość drzwi i tak była otwarta na oścież. W holu znajdowało się kilka innych osób. Dwie dziewczyny siedziały na stojącej we wnęce podartej sofie i oglądały coś na laptopie. Inna paliła przy otwartym oknie na drugim końcu, a jakiś chłopak siedział na podłodze i czytał książkę. Nikt nie zwracał na nią uwagi.
Zachowując neutralny wyraz twarzy, Gabriela podeszła bliżej pokoju, do którego weszła Luna. Oparła się plecami o ścianę i wyjęła smartfona. Udając, że coś sprawdza, nasłuchiwała, choć wcale nie musiała się wysilać, bo Luna krzyczała i płakała na przemian.
Gabriela nie mogła uwierzyć w to, co słyszała. Billy powrócił na farmę i to już prawie dwa lata temu, a ona nic o tym nie wiedziała.
Pamiętała go słabo. Był starszy i raczej nie przyłączał się do wspólnych zabaw. Zazwyczaj podążał wszędzie za dziadkiem albo siedział ze zwierzętami; raz widziała, jak przytulał się do młodego prosiaka. Nie mogła sobie przypomnieć, czy Billy kiedykolwiek się do niej odezwał.
To była jej długo oczekiwana szansa. Ostatni raz próbowała dostać się na farmę trzy lata temu, ale skończyło się to groźbami wezwania policji. A wcześniej pokaleczyła sobie nogę i niemal złamała rękę, próbując przedostać się przez ogrodzenie.
Zastanawiała się, jak to możliwe, że Billy znów mieszkał na wsi. Wiedziała, że posiadłość sprzedano po śmierci Noah Hardstone’a. Osobiście spotkała nowego właściciela, gdy przyłapał ją na tym, co nazwał „próbą włamania”. Gdy się przedstawiła, mężczyzna zbladł. Natychmiast spostrzegła dziwny przeskok w powietrzu wokół niego, ale po kilku sekundach wyprostował się, jakby chciał sobie dodać pewności siebie, chwycił za telefon i zagroził wezwaniem policji. A potem zaklął parszywie, złapał ją za kołnierz koszuli i siłą wyprowadził za bramę.
Przez chwilę zastanawiała się, co zrobić. Mogła spróbować porozmawiać z Billym, ale jak miała mu to wyjaśnić? Łatwo było wyobrazić sobie jego reakcję. Biorąc pod uwagę oskarżenia, które miała wobec jego rodziny, szanse na polubowną rozmowę były raczej nikłe.
Dlatego też postanowiła pojechać za Luną. Musiała dotrzeć do sadu. Nie mogła się oprzeć przyciąganiu, które czuła.
Auto przejeżdżało właśnie przez bramę wjazdową i Gabriela miała teraz jedyną szansę.
Odczekała kilka chwil w cieniu drzewa, a gdy samochód oddalił się na bezpieczną odległość i brama zaczęła się ponownie zamykać, Gabriela rzuciła się przed siebie, nisko pochylona, z twarzą ukrytą w kapturze, i w paru susach przebiegła na drugą stronę, dosłownie w ostatniej chwili, nim wrota się zatrzasnęły.
Czmychnęła w upatrzone moment wcześniej zarośla i kucnęła. Musiała uspokoić rytm serca i spowolnić oddech. Jej nogi i ręce drżały i czuła, jak adrenalina buzuje jej w żyłach. Wzięła głęboki wdech i wypuściła powietrze.
Teraz należało zaczekać, aż Billy i Luna wejdą do domu i zajmą się swoimi sprawami.
*
Starając się opanować emocje, Luna zaparkowała auto na podjeździe i wysiadła. Wielki, kudłaty bernardyn natychmiast ruszył w jej stronę, sprawiając, że zamarła.
— Jest niegroźny. — Billy wyłonił się z cienia werandy. Niespiesznie podążył za psem, a gdy się zbliżył, wskazał ręką na kuzynkę i powiedział: — Rupercie, to Luna. Luno — zwrócił się do niej — poznaj Ruperta. — A gdy nadal się nie poruszyła, dodał: — Dobre wychowanie nakazuje podrapać go za uchem.
Luna uśmiechnęła się krzywo i ostrożnie wyciągnęła rękę.
— Dobry olbrzym — powiedziała, gdy Rupert podsunął łeb pod jej dłoń.
— Tak lepiej — stwierdził Billy, po czym podszedł do kuzynki i rozłożył ramiona. Przez chwilę stali w niezgrabnym uścisku, aż w końcu Luna odsunęła się nieco i zmierzyła go wzrokiem.
— Dobrze wyglądasz, Billy. Izolacja ci służy.
— Żebyś wiedziała — uśmiechnął się i wskazał na auto. — Chodź, pomogę ci z bagażami.
Gdy Luna otworzyła bagażnik, Billy skrzywił się i powachlował dłonią przed nosem.
— Rety, przywiozłaś ze sobą zwłoki? — zapytał, cofając się nieco.
— To mój były — odparła z kamienną twarzą i sięgnęła po walizki.
Gdy Billy chwycił największą z nich i ruszył w stronę domu, Luna rozejrzała się po otaczającym ją terenie. Nie był zbyt dobrze oświetlony i nie widziała wielu szczegółów. Dostrzegła łyse korony drzew sadu i pomyślała, że to dziwne. O tej porze roku powinny już mieć nowe liście. Nieco dalej, za ogrodem, wyłaniał się czarny brzeg stodoły. Po lewej, gdzie niegdyś stał domek ogrodnika, ciągnęło się poletko z grządkami, a w dali za nimi widać było niewielką budkę, prawdopodobnie kurnik.
W cieniu werandy mignęły jej małe, żółte oczka i szary kot zeskoczył z balustrady, by pognać w kierunku ogrodu.
Luna spojrzała w atramentowe niebo. Dostrzegła tylko kilka pojedynczych bladych gwiazd i okrągłą tarczę księżyca, częściowo przesłoniętą przez chmury.
— Jezu, jakie to wszystko dziwne — mruknęła.
Westchnęła ciężko, po czym złapała za uchwyt walizki i ruszyła w kierunku domu. To była nierealna chwila.
*
Przekraczając próg, Luna czuła, jakby zanurzała się w ciemnej, zimnej wodzie. Korytarz pogrążony był w półmroku i prócz kurtki na wieszaku oraz pary butów pod ścianą, całkowicie pusty.
Gwałtowne załamanie rzeczywistości niemal pozbawiło ją tchu. Przez kilka bolesnych sekund znów czuła dłoń matki ściskającą ją za przegub i ciągnącą do drzwi. Zapierała się i krzyczała. Billy i ciocia Janet czekali już w aucie. Słyszała swój własny, żałosny jęk. Widziała tatę i dziadka stojących w kuchni. Patrzyli w jej stronę nieruchomi, ich twarze obrócone w kamień, brwi ściągnięte, spojrzenia nieodgadnione. „Tato, ratuj mnie!” „Chodź, dziecko, przestań się szarpać, tak musi być, kiedyś zrozumiesz.”
Lodowaty dreszcz przebiegł przez jej ciało. Niczym wyrwana z amoku, pospiesznie przeszła przez korytarz. Zostawiając walizkę w progu, rozejrzała się po przestronnym pomieszczeniu, które, gdyby nie kilka nowych mebli i elementów wystroju, wyglądało niemal tak samo jak je zapamiętała.
Bar-wyspa pomiędzy pokojem a otwartą kuchnią był niższy niż kiedyś. Luna podeszła bliżej i musnęła dłonią chłodny blat. Blade światło narożnej lampy spowijało pokój miękkim blaskiem i Luna przesuwała powoli wzrokiem, absorbując otoczenie zmysłami. Na prawo od kominka stała niska ława z jasnego dębu, a za nią, tuż przy ścianie, szara sofa ze sztucznej skóry i dwa fotele do kompletu. Nie było telewizora.
Pomiędzy dwoma oknami wychodzącymi na pogrążony w ciemności ogród stał pojedynczy regał na książki. W odległym kącie leżała sporych rozmiarów brunatna poducha, najprawdopodobniej legowisko Ruperta.
Kuchnia wyglądała na sterylnie czystą i nic nie wskazywało na to, by była często używana. Oprócz kilku słoików z przetworami i kartonu mleka ryżowego wszystko pochowane było w mahoniowych regałach.
— Jak wrażenia? — usłyszała głos Billy’ego. Pojawił się właśnie w drzwiach na drugim końcu pokoju, za którymi, jak Luna doskonale wiedziała, kryły się schody na piętro.
— Dokładnie tutaj stali ojciec i dziadek, gdy widziałam ich po raz ostatni — odparła cicho, odsuwając się od baru. Ominąwszy go, przeszła do kuchni i zaczęła otwierać wszystkie szafki po kolei, ze zdziwieniem odkrywając, że są zapełnione po same brzegi zapasami jedzenia. Kartony ryżu, słoje z najróżniejszymi rodzajami makaronów, butelki oliwy z oliwek i oleju rzepakowego, płatki śniadaniowe, oliwki, suchary, puszki tuńczyka, sardynki, słoiki z dżemami. — Co to ma być? — zapytała, zerkając na Billy’ego przez ramię. — Szykujesz się na wojnę, czy robisz zakupy raz na pół roku?
Podeszła do ogromnej, ciemnoczerwonej lodówki i zajrzała do środka. Wszystkie półki były pełne. Luna spojrzała badawczo na kuzyna. Nie był już nastolatkiem, a mężczyzną, a jednak w mowie jego ciała było coś, co nadawało mu chłopięcej słabości, jakaś płochliwość, niepewność czy coś podobnego. Sprawiał wrażenie, jakby chciał zwinąć się w kulkę i odturlać w kąt. Łagodna linia jego podbródka drżała lekko, w żuchwie pulsował ledwo dostrzegalny tik. Luna pamiętała, że pojawiał się zawsze, gdy Billy próbował ukryć zdenerwowanie.
— Nie przepadam za zakupami, więc staram się robić je jak najrzadziej. Chcesz coś zjeść? — zaproponował, odgarniając pasmo kasztanowych włosów, które wpadały mu w oczy.
— Wolałabym się napić — odparła Luna cierpkim tonem. Przeszła przez pokój i opadła na jeden z foteli. — Nie powinnam była tu przyjeżdżać — westchnęła. — Wiem, że mnie tu nie chcesz. Wyniosę się od razu, gdy tylko wymyślę, jak wygrzebać się z tego syfu.
Billy otworzył jedną z szafek w rogu kuchni i wydobył z niej butelkę. Napełnił szklankę i podał ją kuzynce.
— Proszę — powiedział, siadając na sofie. — Słuchaj, Luna. Wiem, że jesteś w kiepskiej sytuacji, ale pomogę ci. Możesz na mnie liczyć.
Luna pociągnęła nosem i napiła się.
— Co to za ohyda? — zapytała, wykrzywiając twarz.
Billy wzruszył ramionami.
— Ohyda własnej roboty.
— Ten smak pasuje do słowa trunek. Z czego to zrobiłeś?
— Z porzeczek — odparł, uśmiechając się słabo.
W tej samej chwili usłyszeli tępy huk i dudnienie dobiegające z zewnątrz, jakby coś przewróciło się i przetoczyło po ziemi. Oboje podskoczyli w miejscach. Sekundę później telefon Billy’ego zadźwięczał.
— To czujnik ruchu za domem — powiedział, patrząc na wyświetlacz. Uruchomił obraz z kamery i wstrzymał oddech. — Tam ktoś jest — dodał zaalarmowanym głosem.
— Co? — Luna zerwała się z fotela.
— Rupert! — zawołał Billy, wstając.
Natychmiast usłyszeli donośne szczekanie za ścianą.
— Zaczekaj tu — Billy rzucił się w stronę pomieszczenia, które służyło kiedyś za gabinet dziadka.
Zamiast posłuchać, Luna pobiegła za nim, a gdy zajrzała do środka, nie mogła uwierzyć w to, co zobaczyła. Pokój wyglądał tak samo jak piętnaście lat temu. Oniemiała patrzyła, jak kuzyn sięga po wiszącą na ścianie zabytkową dubeltówkę.
Billy przeładował broń z zaskakującą sprawnością i choć wyglądał, jakby miał się zaraz rozpłakać, wyleciał z pokoju i zniknął w holu. Czując, jak serce podchodzi jej do gardła, Luna pognała za nim. To miejsce naprawdę było przeklęte!
Wybiegła na zewnątrz, zeskoczyła z werandy i skręciła za róg domu. Tylko słaby blask księżyca sprawiał, że było widać cokolwiek. Na podwórzu, tuż pod ścianą, leżało przewrócone metalowe wiadro i miotła na długim kiju — najprawdopodobniej źródła hałasu, który słyszeli przed chwilą.
Billy zatrzymał się obok szczekającego w stronę drzew Ruperta i mierzył dubeltówką przed siebie.
— Wyłaź! — wrzasnął. — To teren prywatny, nie możesz tu być!
Rupert zaszczekał, a gdy nic się nie wydarzyło, Billy zrobił krok do przodu i zawołał jeszcze raz:
— Wyłaź, bo będę strzelał!
Luna patrzyła w stronę sadu napięta, gotowa do ucieczki. Ktokolwiek krył się w ciemności, nie było go widać.
— Może nikogo tam nie ma? — zasugerowała cicho, ale na zaprzeczenie jej słów, bernardyn zawarczał ostrzegawczo w tamtym kierunku.
— To ostatnia szansa! — krzyknął Billy, odbezpieczając broń.
Spomiędzy czarnych pni wyłoniła się drobna, zakapturzona postać. Była prawie niewidoczna w mroku i gdyby nie uniosła rąk w górę, mogliby jej w ogóle nie dostrzec.
— Proszę, Billy, nie strzelaj — dobiegł ich miękki, dziewczęcy głos.
— Co do cholery?! — zawołał Billy, zerkając niepewnie w stronę Luny, która obserwowała całą sytuację z wytrzeszczonymi oczami.
— Nazywam się Gabriela Bridges — odparła intruzka, robiąc krok do przodu. — Mój ojciec był opiekunem tego sadu, pamiętasz? Nazywał się Paul Bridges.
Billy przestąpił z nogi na nogę, wciąż mierząc w jej kierunku.
— Pokaż swoją twarz — zażądał, gdy zaczęła powoli zbliżać się w ich stronę.
Dziewczyna podeszła jeszcze kawałek, po czym zatrzymała się w pół drogi i zdjęła kaptur. Jej włosy ostrzyżone były przy samej głowie i zdawały się niemal białe.
Luna zachłysnęła się powietrzem i wyciągnęła oskarżycielsko palec.
— Widziałam cię wczoraj w poczekalni na uniwerku! Siedziałaś w korytarzu obok mnie!
Billy patrzył to na Lunę, to na dziewczynę w zaroślach.
— Co to ma znaczyć?! — zawołał.
Przybyszka uniosła pojednawczo dłonie.
— Wszystko wytłumaczę.
W tej samej chwili Rupert, który dotąd czujnie obserwował sytuację, zerwał się z miejsca i ruszył w kierunku dziewczyny.
— Wracaj! — zawołał Billy. — Do nogi!
Bernardyn zbliżył się do intruzki i zaszczekał donośnie. Zszokowana Luna patrzyła, jak jasnoskóra dziewczyna przykuca i pozwala psu polizać ją po policzku, po czym czochra go za uchem, szepcząc coś pod nosem.
— To jakaś wiedźma! — zawołała Luna. — Zaklina Ruperta!
Jednak Billy zignorował tę uwagę. Westchnął i opuścił lufę.
— Gdyby była groźna, przygwoździłby ją do ziemi i czekałby na instrukcje — wyjaśnił, wzruszając ramionami. — Nauczyłem go tego.
Luna spojrzała na niego z powątpiewaniem, ale powstrzymała się od komentarza.
*
Billy obserwował w napięciu, jak dziewczyna w towarzystwie Ruperta gramoli się przez nieprzystrzyżone, wyschnięte chaszcze oddzielające dom od sadu.
— Zdrajca — mruknął, gdy bernardyn przyczłapał z powrotem i zatrzymał się u jego stóp. — Tłumacz się! — zażądał, mierząc dziewczynę wzrokiem, lecz jego głos zabrzmiał słabiej niż by sobie tego życzył. Gdy się zbliżyła i mógł w końcu zobaczyć jej twarz, serce zabiło mu mocniej. Zacisnął szczękę i znowu poczuł tik w żuchwie. — Co robisz na mojej ziemi?
Miała jasne rzęsy i brwi, a jej króciutkie włosy w blasku księżyca zdawały się platynowe. Gdy spojrzała wprost na niego, poczuł niepokojące mrowienie w całym ciele i zrobił krok do tyłu, potykając się przy tym o kamień.
— Mów, kobieto, bo nie ręczę za siebie — warknął.
— Gdy wczoraj przypadkiem usłyszałam w poczekalni nazwisko Luny, nie mogłam w to uwierzyć — powiedziała, unosząc rękę do piersi. — Nie sądziłam, że się jeszcze spotkamy — dodała. — Od lat próbowałam dostać się na tę farmę, ale poprzedni właściciel przeganiał mnie i straszył policją. Gdy podsłuchałam w akademiku, że wróciłeś i znów tu mieszkasz, a Luna przenosi się do ciebie, postanowiłam skorzystać z okazji i…
— Śledziłaś mnie?! — Luna wrzasnęła tak głośno, że Billy i Gabriela drgnęli, a z pobliskich krzaków zerwał się obudzony ptak. — Podsłuchiwałaś?! Jesteś jakaś walnięta?
— O co tu chodzi? — zawołał Billy, coraz bardziej zdezorientowany. — Dlaczego chciałaś się tu dostać? I dlaczego po prostu nie zadzwoniłaś intercomem przy bramie?
— Gdybym spróbowała to wyjaśnić, nie zechciałbyś mnie wysłuchać. Nie potraktowałbyś mnie poważnie.
— Jeżeli natychmiast nie powiesz, co tu robisz, to pójdę w ślady poprzedniego właściciela i wezwę policję.
— Ja po prostu muszę dostać się do tego sadu — szepnęła niemal błagalnym tonem.
— Dlaczego? Tam nawet nie ma owoców, które można ukraść. Drzewa są zmartwiałe.
Gabriela westchnęła cicho i ponownie spojrzała Billy’emu prosto w oczy, sprawiając, że przeszedł go dreszcz.
— To… Nie wiem, jak to powiedzieć. Coś woła mnie do tego sadu od lat… Śnił mi się setki razy. Te drzewa… Odkąd mój tata… No, wiecie. Umarł. Czy raczej… Został zabity.
Przez chwilę nikt się nie odzywał i ciszę przełamywał tylko ciężki oddech Billy’ego.
— O czym ty mówisz? — zawołała w końcu Luna. — Billy, to jakaś wariatka! Nie opuszczaj broni!
— Mówię o tym, co stało się piętnaście lat temu — odparła spokojnie Gabriela.
— Twój ojciec… nie żyje? — wydukał Billy.
Dziewczyna spojrzała na niego, mrużąc oczy.
— Nie wiedziałeś? — zapytała ledwo słyszalnie, a gdy pokręcił głową, skierowała wzrok na Lunę, która patrzyła na nią widocznie zszokowana. — Ty też? To niemożliwe! Przecież…
Gabriela zamilkła. Billy zerknął na Lunę, ale ta wzruszyła tylko ramionami.
— Naprawdę nie wiecie, co się stało? — powtórzyła po chwili Gabriela. Zacisnęła powieki i znowu zamilkła.
— Mów, o co chodzi, na Szatana! — wrzasnęła Luna, zwijając ręce w pięści i robiąc krok w jej stronę. — Jeszcze chwila i…
— Powiesili go — powiedziała Gabriela, otwierając oczy. — W waszym sadzie.
Luna zamarła. Billy zadrżał i niemal osunął się na ziemię.
— Za jego śmierć odpowiada wasz dziadek Noah i wasi ojcowie.
Ciężka cisza zawisła w powietrzu między nimi i nawet Rupert nie ośmielił się poruszyć.
— Billy, każ jej spierdalać! — krzyknęła nagle Luna. — To wariatka!
Ale Billy nie zareagował. Krew odpłynęła mu z twarzy.
Opierając się na Rupercie, najpierw usiadł na ziemi, a po chwili położył się i zwinął w kłębek. Jego kudłaty przyjaciel niezwłocznie wtulił się w jego bok. Billy objął go mocno i zaciskając powieki, ukrył twarz w jego sierści.
To nie mogło dziać się naprawdę.
*
Gdyby Gabriela nie wdepnęła w stojące za rogiem wiadro, prawdopodobnie udałoby się jej dotrzeć do sadu niezauważoną. Była nieostrożna, bo gdy tylko drzewa ukazały się jej oczom, zakręciło jej się w głowie i straciła koncentrację.
Kiedy poczuła energię otaczającą to miejsce, przez chwilę ogarnęła ją obawa. Być może popełniła błąd. To, co wisiało w tutejszym powietrzu… To nie było nic dobrego. Przeszedł ją dreszcz. Pomimo ciemności widziała wyraźnie metaliczno-rdzawą aurę, która otaczała sad — miliardy nanocząsteczek zrodzonych z tęsknoty i zaniedbania, drgające ledwo zauważalnie, ale wyczuwalne natychmiast, pachnące zgniłym drewnem i niewypowiedzianym żalem.
Nim zdążyła to wszystko przyswoić, wlazła w wiadro i odruchowo rzuciła się w stronę zarośli oddzielających sad od domu. Usłyszała szczekanie psa i na klęczkach podpełzła ku drzewom. Nie miała szansy porządnie się ukryć, bo przed domem rozległy się kroki i wołanie Billy’ego.
Gdy się ujawniła i powoli szła w ich stronę, skupiła swoją uwagę na chłopaku. Nocne powietrze wokół niego jaśniało bladym, lecz dostrzegalnym światłem. Gdy się zbliżyła, mogła dojrzeć więcej szczegółów. Łuna wokół Billy’ego pulsowała w rytm jego ciężkiego, urywanego oddechu, a kiedy w końcu opuścił dubeltówkę, powoli się ustabilizowała. Gabriela zamrugała i aura zniknęła. Musiała powstrzymać ochotę, by podejść do tego nieszczęśnika, uścisnąć go i powiedzieć, że widzi wypełniający go lęk. Ale powstrzymała się. To byłoby dziwne.
Billy leżał teraz na ziemi zwinięty w kłębek, z ukrytą twarzą, przytulony do swojego bernardyna. Pasmo światła przebijające się przez rolety w oknie padało na jego plecy.
Wahając się, Luna podeszła bliżej. Posłała Gabrieli gniewne spojrzenie i pochyliła się nad kuzynem.
— Hej — powiedziała, szturchając go delikatnie w ramię. — Pozbieraj się uprzejmie do kupy. Dzwonimy na policję, czy mam ją osobiście wystawić za bramę? — zapytała.
— Daj mu chwilę — odezwała się Gabriela. — Chyba ma atak paniki.
Luna wyprostowała się i ponownie zacisnęła dłonie.
— Masz minutę, żeby wyjaśnić, co to za pierdolenie, albo sama cię wyprowadzę.
Gabriela skinęła głową.
— Nigdy nie pomyślałam, że możecie o tym nie wiedzieć, choć teraz wydaje mi się to oczywiste — powiedziała. — Przecież byliście dziećmi. Chcieli was chronić.
— Zaczynasz działać mi na nerwy. — Luna zrobiła krok w jej stronę. Szukające ujścia napięcie niemal z niej kipiało i Gabriela wyczuła w niej niebezpieczny przeskok energetyczny. Nie mogła dostrzec jej aury, ale drobinki powietrza tuż wkoło jej głowy, klatki piersiowej i brzucha wibrowały niespokojnie. Była niestabilna, a to oznaczało także nieprzewidywalność.
Gabriela uniosła ręce w pojednawczym geście.
— Moja mama zawsze mówiła, że ojciec nigdy nie odebrałby sobie życia, nawet pod wpływem emocji. Próbowała walczyć o prawdę, ale nikt nie chciał jej pomóc. Nie traktowali jej poważnie, bo nie było świadków ani dowodów. Wiele razy chciała skontaktować się z waszymi mamami, ale nie chciały z nią rozmawiać. Była pewna, że o wszystkim wiedziały. Śledczy zamknął sprawę i zażądał, by mama przestała mu się narzucać, dopóki nie będzie w stanie udowodnić swoich podejrzeń. To wszystko kompletnie ją złamało.
— Nic nie rozumiem — powiedziała Luna drżącym głosem. Zerknęła w stronę Billy’ego, który podnosił się właśnie z ziemi. — Wiesz, o czym ona gada?
— Hardstone’owie powiedzieli policji, że mój ojciec przyszedł do nich pijany, w rozpaczy, bełkocząc… Że podobno pokłócili się o coś i po krótkiej wymianie zdań kazali mu wracać do domu, ale nazajutrz rano znaleźli go powieszonego na jabłoni w sadzie.
Luna cofnęła się o krok. Billy ponownie usiadł na trawie.
— Moja mama wiedziała, że to nieprawda. Nie zdążyła tego udowodnić, ale… Miał dwie córki, które kochał ponad wszystko. Nie zostawiłby nas samych. Mama twierdziła, że tata odkrył jakiś sekret pana Hardstone’a. Być może próbował go szantażować. W efekcie Hardstone’owie dopuścili się zbrodni i upozorowali samobójstwo.
— Co to za pierdolenie?! — wydarła się Luna.
— Zaraz — odezwał się Billy słabym głosem. — Co takiego niby odkrył twój tata?
— Tego nie wiem.
— Co? — Luna złapała się za głowę. — To jakieś bzdury!
— Czegokolwiek dowiedział się mój ojciec, wasz dziadek zadecydował, że musi się go pozbyć. To musiało być coś poważnego.
— Dziadek by tak nie postąpił — odezwał się cicho Billy, potrząsając włosami. — Szanował ludzi. Był dobrym człowiekiem.
Gabriela rozłożyła ręce.
— Przykro mi, Billy, ale to akurat żaden argument. Byliśmy zbyt mali, by słusznie oceniać zachowanie dorosłych.
— Nasz dziadek nikogo by nie zabił. — Luna oparła ręce na biodrach i wyprostowała się. — Ta farma przynosiła mu fortunę. Nawet jeżeli twój ojciec by go szantażował, dziadek mógł go zwyczajnie przekupić. Zapłacić mu za spokój.
Gabriela spojrzała na nią ze współczuciem.
— Być może nie dał się przekupić.
— Jeżeli dziadek powiedział, że twój ojciec się powiesił, to z pewnością tak właśnie było. Jeżeli policja to potwierdziła, to tym bardziej prawda. Nie pomyślałaś, że może twoja mama po prostu nie mogła pogodzić się z jego śmiercią?
— Luna — odezwał się nagle Billy zupełnie obcym głosem. Spojrzał na kuzynkę szeroko otwartymi oczami. — Ona powiedziała, że to się stało piętnaście lat temu.
Przez chwilę patrzyli na siebie, jakby komunikowali się bez słów. Myśli nabierały kształtu, przyklejały się jedna do drugiej i składały w całość. Niechciana, nieproszona prawda dobijała się do powierzchni. Gabriela widziała, jak blada wstęga wymienianej energii wykształca się pomiędzy tym dwojgiem, jak faluje w powietrzu pomiędzy nimi, od strony chłopaka niebieskawa, przechodząca w szarość, a od strony dziewczyny rdzawo-czerwona. Pękła szybko i gwałtownie, gdy Luna obróciła się w stronę Gabrieli i pochyliła głowę jak byk gotowy do ataku. Gniew iskrzył wokół niej.
— To kłamstwo! Twoja matka to zmyśliła!
Rupert zaszczekał niespokojnie. Billy podszedł do kuzynki i chwycił ją za ramiona, po czym spojrzał jej prosto w oczy.
— Luna, ja myślę, że ona mówi prawdę.
*
Billy napełnił szklankę wodą i wypił ciurkiem. Jego dłonie drżały. Właściwie cały się trząsł.
Ciężkim krokiem przeszedł do pokoju i usiadł w fotelu naprzeciwko Gabrieli. Luna chodziła w tę i z powrotem, od czasu do czasu biorąc łyk porzeczkowej nalewki, której nalał jej chwilę wcześniej. Wyglądało na to, że ohydny smak już jej nie przeszkadzał.
— Jednej nocy słyszałem podniesione głosy na dole — powiedział Billy, wbijając wzrok w blat stołu. — Pamiętam, bo leżałem już w łóżku i zasypiałem. Słyszałem, jak ojciec krzyknął. Myślałem, że kłóci się z dziadkiem. Po kilku minutach zrobiło się cicho i sądziłem, że się rozeszli. Ale znów usłyszałem krzyki, jakieś zamieszanie i głosy na zewnątrz. Jakby stłumione nawoływania i ponaglanie. Wstałem i podszedłem do okna…
— Billy — jęknęła błagalnie Luna, zatrzymując się w pół kroku. — Co ty…
Chłopak pokręcił głową.
— Nie widziałem nigdzie pana Bridgesa — powiedział, podnosząc wzrok na Gabrielę. — Ale był tam dziadek i nasi ojcowie. Widziałem, jak tata i wujek w pośpiechu oddalili się w stronę ciemnego sadu. Słyszałem wołanie mamy z werandy. Błagała, żeby wracali do domu. Po jakiejś minucie wbiegła do środka i wołała ciotkę Lorettę.
— Billy, co ty wygadujesz? — Luna patrzyła na niego z niedowierzaniem. — Nigdy mi o tym nie mówiłeś.
Billy spuścił wzrok i wzruszył ramionami.
— Tamtej nocy byłem przerażony. Wróciłem do łóżka i schowałem się pod kocem. Nie wiem jakim cudem, być może wyczerpany nadmiarem emocji, ale w końcu zasnąłem. A następnego dnia sądziłem, że to wszystko mi się śniło. Zapomniałem o tym… — Billy pokręcił głową, jakby sam w to nie wierzył. — Rano wszyscy dorośli byli jacyś dziwni. Przy śniadaniu panowała cisza jak nigdy. Nikt nic nie mówił. Jakieś dwie godziny później znów zrobiło się zamieszanie i nagle wszyscy się kłócili, mama i ciotka płakały, a wkrótce przyjechała policja.
— Co stało się później? — zapytała Gabriela.
— To akurat pamiętam. Rodzice nie powiedzieli nam, co się tam wydarzyło — odparła Luna. — To znaczy, skłamali. Powiedzieli, że policja znalazła niebezpieczne odpady w sadzie, czy coś w tym stylu.
— Tak — Billy pokiwał głową. — Też to pamiętam. Powiedzieli, że ktoś podrzucił coś do sadu i że policja to zabrała. Potem kłócili się cały dzień. Kazali nam siedzieć na górze.
— A następnego ranka mama wpadła do mojego pokoju z wielką walizką i powiedziała, żebym spakowała wszystko, co zmieszczę, bo wyjeżdżamy — dodała Luna, znów chodząc w tę i z powrotem.
— Moja zrobiła to samo — powiedział Billy.
— Wywiozły nas wbrew naszej woli. Pamiętam, jak ciotka Janet powtarzała w kółko, że ta rodzina jest przeklęta.
Luna dopiła nalewkę jednym haustem, wzdrygnęła się i z hukiem odstawiła szklankę na bar.
Gabriela obserwowała ich, chłonąc nowe informacje.
— Pamiętacie, kiedy dokładnie to było?
— W lecie — odparł Billy. — Nie chodziliśmy wtedy do szkoły.
— To był sierpień — dodała Luna.
Gabriela skinęła głową.
— Jedenasty sierpnia. Wtedy to się stało.
— Nie wierzę, że nasze matki zataiły morderstwo — wyszeptał Billy.
Jednak z każdą upływającą chwilą to stwierdzenie stawało się coraz mniej prawdziwe, ponieważ im dłużej o tym myślał, tym bardziej nabierał pewności, że tak właśnie było.
*
Tego było już za wiele.
Sam przyjazd tutaj wystarczająco ją przerastał, ale to? Luna poczuła, że kręci jej się w głowie. Usiadła na sofie, oparła łokcie o kolana i ukryła twarz w dłoniach. To wszystko nie mogło być prawdą.
A jednak jakiś głos w jej głowie podpowiadał, że ta dziwna dziewczyna nie zmyśla. Bo i po co? Zbyt wiele się zgadzało. Billy to potwierdził. Elementy układanki wpasowywały się z irytującą łatwością. Mogła zrozumieć, że w takich okolicznościach matki chciały odizolować dzieci od miejsca przestępstwa. Ale dlaczego zataiły prawdę? Być może jednak zdarzyło się co innego. Może to wszystko było jedną wielką pomyłką.
Wyprostowała się i spojrzała na Billy’ego. To wystarczyło by zrozumiała, że kuzyn uwierzył w opowieść Gabrieli — widziała to w jego twarzy, w oczach, w całej jego postawie. Wyglądał jak żywy obraz rozpaczy. Na pewno żałował, że zgodził się na przyjazd Luny na farmę. Gdyby nie to, mógłby dalej żyć w nieświadomości. Zabawne, pomyślała. Dotąd uważali niewiedzę za niesprawiedliwość, a w tej chwili zdawała się błogosławieństwem.
Luna latami walczyła z matką o poznanie prawdy, ale zarówno ona, jak i ciotka Janet były uparte i zawzięcie broniły się przed rozmowami na ten temat. Wciąż powtarzały, że zrobiły to dla ich dobra, że tak musiało być. Taka postawa była dla Luny niewybaczalna. Obwiniała matkę o pozbawienie jej kontaktu z ojcem i dziadkiem. Tęskniła za nimi, zwłaszcza na początku. Była wściekła. Czuła się taka bezradna, jakby nie miała żadnego wpływu na swoje życie. Raz zadzwoniła na policję i powiedziała, że została porwana. Ale matka i ciotka wyjaśniły funkcjonariuszom, że po prostu źle zniosła przeprowadzkę do miasta i nie radziła sobie z emocjami. Zrobiły z niej idiotkę.
Wkurzała ją też pasywność Billy’ego. Dlaczego nie był wściekły? To prawda, on także wielokrotnie żądał prawdy, ale był raczej rozżalony niż zły. Nigdy nie podnosił głosu na matkę — jeśli już, to przyjmował ton rozczarowanego, zmęczonego życiem starca. Był nietypowym nastolatkiem.
Luna pomyślała o swoim ojcu. Czy naprawdę byłby zdolny do czegoś takiego? A dziadek Noah? Bywał surowy i wymagający, ale nigdy nie słyszała, by krzyczał. Już prędzej wujek Steven. Nieraz kłócił się z ciotką Janet. Kiedyś widziała, jak popchnął Billy’ego. Czasami przesadzał z alkoholem i obrażał wszystkich wkoło.
Luna zmarszczyła brwi. Tak, to pewnie on przekonał dziadka, by pozbyć się pana Bridgesa. Być może sam popełnił zbrodnię, po czym zmusił dziadka i tatę, by pomogli mu to zatuszować. Ale po co? Wujek nie miał nic do stracenia, gdyby Paul Bridges poszedł do mediów z tym, co odkrył. Farma należała do dziadka. To on stworzył to lokalne imperium. W tamtych czasach nazwisko Hardstone jeszcze coś znaczyło. Byli szanowaną rodziną.
Mózg Luny pracował na najwyższych obrotach. Nawet nie zdawała sobie sprawy, że obgryza paznokieć. To było zbyt wiele informacji jak na jeden dzień i zaczynała obawiać się, że zwariuje.
Skierowała wzrok na Gabrielę i przez chwilę obserwowała ją podejrzliwie. Próbowała przywołać w myślach jak najdokładniejszy obraz dziewczynki, z którą bawiła się w dzieciństwie. Na tamtą wszyscy wołali „Gabi”. W pamięci Luny jej włosy były bardziej miodowe niż białe. Nie mogła przypomnieć sobie, czy jej skóra była aż tak jasna; właściwie to chyba nie było nawet możliwe, bo przecież spędzały niemal całe dnie na zewnątrz. Wszystkie dzieciaki były opalone i rumiane.
— Co się stało z twoją siostrą? — zwróciła się niej.
— Jakiś czas po śmierci taty straciłyśmy dom. Mama nie była w stanie samodzielnie go utrzymać. Musiała znaleźć nową pracę, więc wyjechałyśmy we trzy do miasta — wyjaśniła Gabriela. — Mama umarła, gdy byłam w liceum. Trafiłyśmy do ciotki, a potem do akademika. Później Sam wyszła za mąż i zamieszkała z mężem.
— Twoja mama… też umarła?
Gabriela skinęła głową.
— To straszne — wyszeptał Billy ze łzami w oczach.
— A twoja siostra też wierzy, że to Hardstone’owie zabili waszego ojca? — zapytała Luna sceptycznie.
— Tak, ale pogodziła się z tym. Nie chciała skończyć jak nasza mama.
Luna wwiercała w nią nieufne spojrzenie. Spokój, z jakim o tym wszystkim mówiła, był jakiś nienaturalny. Czy nie powinna nienawidzić całej ich rodziny? Jak mogła siedzieć sobie w fotelu, posągowa i opanowana, i opowiadać o swoim powieszonym ojcu?
Luna zmrużyła oczy. Wcześniej widziała, jak Rupert podbiegł do Gabrieli i łasił się jak głupi, mimo że była intruzką na jego ziemi, zupełnie obcą osobą. A ona? Wcale się go nie bała, nawet nie drgnęła, gdy ruszył w jej stronę. I szeptała mu coś do ucha. To nie było normalne. To wszystko było bardzo, bardzo podejrzane.
Luna zastukała stopą w podłogę. Co, jeśli Gabriela naprawdę była wiedźmą? Co tu robiła?
— Możesz nam wyjaśnić trochę dokładniej, o co chodzi z tymi drzewami? — zapytała.
— Właśnie myślałem o tym samym — wtrącił Billy, który od dłuższej chwili się nie odzywał. — Wciąż nie rozumiem, dlaczego chciałaś się tu dostać. Mówiłaś, że śniły ci się te drzewa, że cię wołały?
Gabriela spojrzała na niego z poważnym wyrazem twarzy.
— Nie wołały mnie dosłownie. Po prostu czuję przyciąganie do tego miejsca. Sama nie wiem, jak to wyjaśnić. Tak jakby… Te drzewa… One… Przepraszam. — Gabriela pokręciła głową. — Nie umiem tego wyjaśnić w sposób, który zabrzmi sensownie.
*
Jak miała im to wytłumaczyć? Wiedziała, że jeśli powie prawdę, nie zrozumieją. Nie uwierzą. Być może Billy, ale nie Luna. A przynajmniej nie od razu.
Gabriela odziedziczyła swój niezwykły zmysł po babci, której nawet nie znała. Dowiedziała się o tym od mamy, gdy opowiedziała jej, jak widzi otaczający ją świat. Doświadczała tego już jako dziewczynka. Dostrzegała aury i energie nie tylko ludzi, ale też zwierząt, roślin i miejsc. Czasami je widziała, a czasem tylko czuła. W niektórych przypadkach nie działo się to samo z siebie — musiała sięgnąć do danej osoby, by ją odczytać. Zdarzało się, że jej się nie udawało, choć nieczęsto.
Niektórzy wrażliwsi na te sprawy ludzie czuli się w jej towarzystwie niepewnie lub nieswojo, jakby to wyczuwali, a zwierzęta lgnęły do niej odkąd pamiętała. Czasami udawało jej się kontrolować przepływ energii między nią a jakąś rośliną; raz przywróciła do życia zwiędłe kwiaty w domu ciotki, przelewając w nie spokój, miłość i adorację.
To nie było coś, o czym można było otwarcie rozmawiać i oczekiwać zrozumienia. Gabriela nie uważała swoich umiejętności za zjawisko paranormalne. Po prostu widziała i czuła trochę więcej, sięgała do sfery, która nie była dostępna dla wszystkich.
Billy wpatrywał się w nią wyczekująco. Nozdrza jego wąskiego, prostego nosa poruszały się niecierpliwie. Pasmo ciemnych, lekko kręconych włosów opadło mu na oczy, które obserwowały ją teraz czujnie z cienia.
Rupert, który dotąd chrapał na swoim legowisku w kącie, podniósł się i przydreptał do Billy’ego. Usiadł przy jego nogach i położył mu łeb na kolanach. Gabriela dostrzegła natychmiastową zmianę w otaczającym chłopaka powietrzu. Jego łagodna aura pojaśniała, gdy położył dłoń na kudłatej głowie i pogładził smukłymi palcami po miękkiej sierści. Rupert promieniował miłością i przywiązaniem.
— Pod opieką mojego taty drzewa w sadzie uginały się pod ciężarem owoców — odezwała się Gabriela. — Sami pamiętacie, prawda? Nie wiem, co było później, ani kiedy dokładnie stan drzew się pogorszył. Poprzedni właściciel nie chciał ze mną rozmawiać.
— Pytałem go o to — powiedział Billy. — Twierdził, że gdy kupił ziemię, sad był zaniedbany, ale nie wyglądał aż tak źle. Jacyś specjaliści zbadali drzewa. Teoretycznie nic im nie dolegało, w każdym razie nic, co mogłoby spowodować aż taki stan. Pan Morris mówił, że choć próbował wszystkiego, sad z roku na rok wyglądał coraz gorzej. Od lat nie było owoców.
— Wiem, że to zabrzmi dziwnie, ale podejrzewam, że spowodowała to tęsknota. Myślę, że są w czymś w rodzaju… żałoby. — Gabriela patrzyła na nich niepewnie, czekając na ich reakcje.
Luna poruszyła się nerwowo i zerknęła w stronę Billy’ego. Coś w okolicy czubka jej głowy zaiskrzyło ledwo zauważalnie i słabo widoczna, czerwonawa łuna otoczyła jej ciało.
Billy odchrząknął.
— Masz na myśli, że tęsknią… za twoim ojcem?
Gabriela skinęła głową. Billy nie uważał tego za niemożliwe. Widziała, jak różne scenariusze przeplatają się w jego umyśle. Jego mózg pracował gorączkowo, ale był znacznie spokojniejszy niż jeszcze kilka minut temu. Rupert nieustannie słał w jego kierunku bezwarunkową miłość i wsparcie. Jasna wstęga wiła się między tym dwojgiem jak kosmiczna pępowina; byli złączeni duchowo i potrzebowali się nawzajem.
— Ty chyba w to nie wierzysz? — Luna zwróciła się do kuzyna. Spojrzała najpierw na niego, potem na Gabrielę, jakby oboje postradali rozumy.
Billy wzruszył ramionami.
— Sam nie wiem. To dla mnie trochę zbyt wiele jak na jeden dzień.
Gabriela wstała i uśmiechnęła się lekko.
— Billy, przepraszam, że próbowałam wedrzeć się na farmę bez twojej wiedzy. Powinnam wracać do akademika.
— Zaraz, jak się tu właściwie dostałaś? — zapytała Luna. — Nie widziałam, żeby jechało za mną jeszcze jakieś auto.
— Moja Vespa stoi w krzakach przy drodze… Wyłączyłam światła za miastem.
— Wciąż nie osiągnęłaś swojego celu — zauważył Billy.
— Wchodzenie do tego sadu po ciemku chyba mnie przerasta, ale jeśli się zgodzisz, chciałabym wrócić za dnia.
— Nadal nie rozumiem, co właściwie zamierzasz tam robić. Nawet jeśli jest tak, jak mówisz, to czego oczekujesz? Drzewom coś dolega, a jeżeli to prawda, że spowodowała to śmierć twojego ojca, choć przyznaję, że ciężko w to uwierzyć, to co możesz zrobić?
— Nie jestem pewna — przyznała. — Ale chcę to sprawdzić. Poza tym — dodała, ruszając powoli w stronę drzwi — chyba zasługuję, by odwiedzić miejsce, w którym umarł mój tata. — To ostatnie bardziej stwierdziła niż zapytała. Zatrzymała się przy drzwiach i spojrzała na niego. — Proszę, Billy.
— W porządku. Przyjedź jutro — powiedział, wstając. — A teraz weź ze sobą Ruperta. Dopilnuje, żebyś dotarła bezpiecznie do swojego skutera. Wróci sam, zna drogę. — Billy poklepał bernardyna po głowie i wskazał na Gabrielę. — Odprowadź gościa.
Rupert polizał go po dłoni, zamerdał ogonem i poczłapał w kierunku drzwi.
Nim wyszła, Gabriela zwróciła się jeszcze do Luny:
— Miło było cię znowu zobaczyć. Szkoda, że w takich przykrych okolicznościach.
*
— Musimy pogadać z matkami — powiedziała Luna, gdy tylko zostali sami. — To jakaś powalona jazda.
Billy wcisnął się w głąb fotela, obejmując się w pasie, jakby rozbolał go brzuch.
— Nie możemy jej tak po prostu uwierzyć. — Luna przysiadła się bliżej kuzyna i pochyliła się w jego stronę. — Słuchaj, jeżeli to wszystko prawda, wyciśniemy to z nich. Dotąd nie mieliśmy pojęcia, o co w tym gównie chodziło, no a czegoś takiego byśmy przecież nie zgadli. Rzucimy im to w twarz! — zawołała, uderzając dłonią o blat stołu. — Po ich reakcjach od razu będziemy wiedzieć.
— Ale… — Billy potarł dłonią po twarzy. — Jeśli to prawda, to co wtedy? Co to dla nas oznacza? Co zrobisz, jeśli dowiesz się, że jesteś córką mordercy? Luna… — kuzyn spojrzał jej prosto w oczy, spanikowany. — To… To nie jest prawda, której oczekiwałem. Przez te wszystkie lata… Wyobrażałem sobie tyle różnych historii, pytałem się tysiące razy, co takiego mogło się wydarzyć… Ale to? — Billy dyszał coraz mocniej, aż w końcu sięgnął do szuflady pod stołem i wydobył z niej papierową torebkę. Przyłożył ją sobie do ust i przez chwilę słychać było tylko dźwięk zasysanego i wydmuchiwanego powietrza.
Luna patrzyła na niego niespokojnie.
— Ja też wyobrażałam sobie wiele scenariuszy. Ani mama, ani ciocia nigdy nie wspominały, że pan Bridges nie żyje. Właściwie, po przeprowadzce do miasta nigdy nie słyszałam, żeby wspominały kogokolwiek.
— Kiedyś myślałem, że może mój tata… No wiesz… — Billy mówił prawie szeptem. — Że może był agresywny i mama chciała mnie zabrać. Nie rozumiałem tylko, dlaczego ty i ciocia Loretta miałybyście wyjechać z nami. Pomyślałem, że może twoja mama bała się swojego brata i sądziła, że jeśli opuści go żona i syn, to będzie wyładowywał się na niej i na tobie… Ale tę historię napisała moja wyobraźnia. Nigdy nie słyszałem, żeby ojciec krzywdził mamę. Był chamem, ale nie sądzę, że był skory do bicia. Poza tym, dziadek nigdy by na to nie pozwolił.
— To prawda — przyznała Luna.
Po kilku minutach usłyszeli szczeknięcie na zewnątrz, więc wstała i poszła wpuścić Ruperta, który najwyraźniej odprowadził już Gabrielę i wrócił.
— Brama zamknie się sama? — zapytała, wracając do pokoju w towarzystwie bernardyna.
Billy skinął głową.
— Pojedziemy tam jutro — powiedział cicho. — Nie możemy ich uprzedzać, bo jak wyczują, że coś się święci, zaczną się wykręcać.
— Racja — stwierdziła Luna, udając się do kuchni i bez pytania sięgając po butelkę z porzeczkową nalewką, której ubyła już większa część.
— Zabierzemy ze sobą Gabrielę. — Billy wstał z fotela i podszedł do okna. Przez chwilę patrzył na swoje odbicie w ciemnej szybie. — Ich miny powiedzą nam wszystko.
*
Podążając na piętro za kuzynem, Luna walczyła z mdłościami. To było dla niej typowe. Gdy zmagała się z nadmiarem stresu, robiło jej się niedobrze. Z drugiej strony, alkohol własnej roboty autorstwa Billy’ego też mógł mieć z tym coś wspólnego.
Z trudem dźwigała najlżejszą z walizek, wdzięczna, że kuzyn zajął się resztą. Gdy zbliżali się do szczytu schodów, po plecach przebiegł jej zimny dreszcz, a żołądek złapał krótki, lecz nieznośny skurcz, i przez chwilę była pewna, że zwymiotuje.
Kiedy postawiła nogę na piętrze, jej oczom ukazał się hol, który tak dobrze znała. Drzwi do wszystkich czterech sypialni były otwarte na oścież i każde z nich ziało ciemnością; prócz jednej żarówki pod sufitem, nigdzie nie paliło się światło. Korytarz był pusty. Fotografie ze ścian, biały półokrągły stolik na kwiaty, regał z bibelotami i fotel z obdartą tapicerką — wszystko zniknęło. Miała przed sobą surowe, odmalowane na biało wnętrze, podziurawione czterema czarnymi otworami, z których każdy prowadził do innej historii: pierwsze drzwi na lewo do pokoju cioci Janet i wuja Stevena, drugie do sypialni Billy’ego. Okna obydwu wychodziły na sad. Po prawej stronie holu znajdowały się pokoje z widokiem na ogród. Jeden należał kiedyś do rodziców Luny, drugi do niej samej.
Billy zatrzymał się i potargał po włosach.
— Założyłem, że zechcesz spać w swojej starej sypialni — powiedział. — Ale teraz myślę, że może to było głupie.
— Zabawne, że uważasz, że po tym wszystkim kiedykolwiek jeszcze zasnę — mruknęła cierpko Luna i ruszyła w stronę pokoju, z nadzieją, że nie widać, jak uginają się pod nią nogi.
Billy wyprzedził ją i pomacał dłonią ścianę za futryną w poszukiwaniu włącznika światła. Po chwili wnętrze sypialni spowiła jasność. Luna postawiła walizkę i pewna, że słyszy łomot własnego serca, rozejrzała się.
Pod ścianą po lewej stronie zamiast łóżka leżał dwuosobowy materac obleczony niebieskim prześcieradłem na gumce, a na nim starannie złożone dwa koce z nieobciętymi metkami i duża, napuszona poduszka. Obok stał tylko niewielki nocny stolik. Prawą stronę pokoju zajmowała kolorowa sofa i pusty regał na książki, a przy oknie naprzeciwko znajdowało się nieduże, drewniane biurko. Poza tym nie dostrzegła niczego, co wskazywałoby jakkolwiek na toczące się tu życie. Żadnego kwiatka, książki, chusteczek do nosa czy obrazka na ścianie. Kolejny dreszcz przebiegł jej wzdłuż kręgosłupa.
— Wybacz, że nie ma łóżka — odezwał się Billy. — Wyremontowałem pokoje, kupiłem trochę nowych mebli, ale po zamówieniu materacy dotarło do mnie, że to, co robię, jest bez sensu. Jakbym zapomniał, że jestem tu całkiem sam — dodał ciszej. — Tak czy inaczej nigdy nie dokończyłem urządzania piętra. Nie spodziewałem się ciebie. Gdybym wiedział wcześniej…
— Dobra, weź już przestań. — Luna uniosła dłoń w uciszającym geście. — Rozumiem, do czego zmierzasz. Materac w zupełności mi wystarczy. A twój pokój? Też nie masz łóżka?
Billy odchrząknął.
— Śpię na dole.
— W pokoju dziadka?
— Nie. — Billy pokręcił głową. — Na rozkładanym łóżku w pokoju dziennym.
Luna otworzyła usta, by zadać pytanie, lecz powstrzymała się. Nie chciała przytłaczać kuzyna bardziej, niż to było konieczne. I tak zwaliła mu się na głowę, a jakby tego było mało, pojawiła się jeszcze ta cała Gabriela.
— Kiedy tu wróciłem, nie było śladu po naszych rzeczach — odezwał się Billy. — Gdy w pośpiechu opuszczaliśmy farmę, nie wzięliśmy ze sobą zbyt wiele. Nie wiem, co się z tym wszystkim stało.
Luna podeszła do okna i wyjrzała. Ogród na dole rozjaśniały tylko światła z wnętrza domu, ale wydawał jej się inny, niż pamiętała.
— Nie przejmuj się, Billy. To były tylko przedmioty. Teraz mamy poważniejsze sprawy na głowie — powiedziała zamyślonym tonem. — Aż dziwne, że z dnia na dzień wszystko tak się posrało, co nie?
— Co zrobimy, jeżeli to, co mówiła Gabriela, to prawda? — Oczy Billy’ego niebezpiecznie się zaszkliły, a gdy jego podbródek drgnął bez kontroli, Luna poczuła się jeszcze gorzej. Jej kuzyn był dość wrażliwy, a takie okoliczności przerosłyby wielu twardzieli. Nie wiedziała, jak radzić sobie z płaczącym mężczyzną. Nie spotykała się z tym zbyt często.
— Nie łam się — powiedziała, usiłując brzmieć lekko. — To zbyt szalone, by było prawdą — dodała bez przekonania. — Poza tym nawet jeśliby tak było, to co możemy zrobić? Nie cofniemy czasu, nie pomożemy panu Bridgesowi.
Billy zmarszczył brwi i widać było, że waży coś w myślach. Na jego rumianej od emocji twarzy malował się strach i niedowierzanie, ale i coś jeszcze.
— Jeżeli któryś z naszych ojców jest wmieszany w zabójstwo — powiedział w końcu, podnosząc spojrzenie na Lunę — to musimy powiedzieć o tym policji.
— Oszalałeś?!
Billy pokręcił głową. Zacisnął powieki i objął się rękami w pasie.
— Gabriela mówiła, że jej mama kilka razy próbowała przekonać śledczych, że jej mąż nie popełnił samobójstwa. Nikt nie traktował jej poważnie. Nie miała dowodów.
— My też nie mamy dowodów! — Luna patrzyła na niego, jakby postradał zmysły.
— Ale jeżeli nasze mamy to potwierdzą, będą świadkowie. Jeśli to wszystko prawda, one wiedzą. Do tej pory mogły nas zbywać, ale wobec takich zarzutów nie mogą pozostać obojętne.
— A zatajenie zbrodni to nie współudział? Wiesz, że to by znaczyło, że przez piętnaście lat kryły morderców.
— Ostrożnie z tymi wnioskami. — Billy skrzyżował ręce na piersi. — Wciąż nie wiemy, co stało się naprawdę i kto brał w tym udział. Poza tym wydaje mi się, że kiedy chodzi o bliskiego członka rodziny, jak mąż czy ojciec, to jest to jakaś okoliczność łagodząca. Nie sądzę, żeby wsadzili do więzienia dwie zdziwaczałe starsze panie.
Luna spojrzała na niego z powątpiewaniem.
— Myślisz, że one wiedzą, gdzie są nasi ojcowie? — zapytała nagle i na samą myśl znów ogarnęła ją wściekłość.
Billy przysiadł na brzegu sofy i rozejrzał się ponurym wzrokiem po pokoju.
— Moja mama mówi o nich z taką pogardą, że nie wyobrażam sobie, by zdzwaniali się na pogaduszki — powiedział.
Luna pomyślała o wszystkim, czego próbowała, by odnaleźć ojca. Gdy była młodsza, policja nie traktowała jej poważnie, ale gdy skończyła osiemnaście lat, ponownie pojawiła się na komendzie i poprosiła o rozmowę. Powiedziała śledczemu, który zgodził się z nią spotkać, że matka zabraniała jej kontaktów z ojcem wbrew jej woli i teraz, jako osoba pełnoletnia, życzy sobie odnaleźć utraconego rodzica.
Śledczy współpracował, ale nie był bardziej zaangażowany, niż wymagała tego grzeczność. Jedyne, co udało mu się ustalić, to że ojciec przepadł. Ostatni przelew na jego konto został zrobiony na kilka miesięcy przed śmiercią dziadka. Niedługo potem konto zostało zamknięte. Z adresu na farmie wymeldował się już trzy lata wcześniej, jednak nie uaktualnił miejsca zamieszkania, więc nie udało się ustalić, dokąd się wyprowadził. A później nie zostawił już żadnych śladów: nowego konta, karty kredytowej, numeru telefonu, meldunku czy zatrudnienia. Funkcjonariusz powiedział jej, że najprawdopodobniej ojciec wyjechał za granicę albo zmienił nazwisko.
Luna próbowała prowadzić śledztwo na własną rękę, z pomocą Cassie, która miała się za internetową detektywkę i należała do klubu miłośników murder mysteries. Choć wtedy nie było jeszcze mowy o morderstwie, Cassie wkręciła się w sprawę i spędziła mnóstwo czasu, próbując namierzyć ślady Edgara Everetta. Niewiele to dało. Znalazła trochę archiwalnych wzmianek o firmie Noah Hardstone’a, ale nie było tam żadnego punktu zaczepienia.
— Jeżeli to wszystko prawda — powtórzył z naciskiem Billy — to oni muszą za to zapłacić.
Luna potrząsnęła głową.
— Jak chcesz ich nagle znaleźć? Ja naprawdę próbowałam…
— Jeszcze nie wiem, ale coś wymyślimy. To jedyne, co możemy zrobić dla Gabrieli. Biedaczka! — zawołał nagle i ukrył twarz w dłoniach.
Luna napięła się jak struna i zadarła podbródek.
— Nie jesteśmy jej nic winni. Jeżeli nawet tak było, to nie nasza wina.
— Nikt inny jej nie pomoże. Dla niej jesteśmy jedyną nadzieją na prawdę i zadośćuczynienie.
— Billy, czyś ty całkiem zgłupiał?
— A czy ty nie masz w ogóle sumienia? — odgryzł się, a jego oczy błysnęły w cieniu opadających na czoło włosów.
— My nic nie zrobiliśmy! O niczym nie wiedzieliśmy! Poza tym — Luna westchnęła przeciągle — tyle lat próbowaliśmy ich znaleźć. Zrobiliśmy już wszystko, co się dało.
Billy odwrócił się i ruszył w kierunku drzwi.
— Na pewno da się zrobić coś więcej.
— Dlaczego teraz miałoby się udać? — zapytała Luna, zdumiona nagłą determinacją w głosie kuzyna.
Billy wzruszył lekko ramionami.
— Być może do tej pory niewystarczająco mi zależało.
*
To była prawda. Jeżeli zapytałby się w duchu, czy zrobił wszystko, by odnaleźć ojca, odpowiedź brzmiałaby „nie”. Owszem, próbował wycisnąć cokolwiek z mamy lub ciotki, ale wynikało to bardziej z poczucia bezradności wobec decyzji podjętych bez jego udziału. I z tego, jak bardzo dokuczała mu niewiedza i poczucie tajemnicy wiszącej w powietrzu. Świadomość istnienia sekretu — rodzinnego sekretu — sprawiała, że czuł się wykluczony i oszukany. Ani przez chwilę nie wierzył w wersję o podrzuconych odpadach, czy co też tam wymyśliły mama i Loretta. Miał wrażenie, że traktowały go jak głupca. Mógł zrozumieć, że chciały ich chronić, gdy byli jeszcze dziećmi, ale dlaczego ta szarada trwała latami? Być może kryło się za tym coś więcej.
Rupert czekał na niego pod schodami. Nie lubił wspinaczek i słabo sobie radził ze schodzeniem po stromych stopniach. Na widok Billy’ego zamachał energicznie ogonem i zakręcił się kilka razy wokół własnej osi.
Choć Billy wątpił, że uda mu się zasnąć, rozłożył swoje przenośne łóżko w kącie za kominkiem. We wnęce leżało kilka drew, ale noce nie były już na tyle zimne, by trzeba było grzać. Billy przywykł do spania w tym miejscu jeszcze pierwszej zimy na farmie, gdy okazało się, że przestronne pomieszczenie wymaga mnóstwo ciepła, by dało się tam wytrzymać. Także Rupert, choć sam wykazywał doskonałe zdolności grzewcze, uwielbiał barłożyć się w pobliżu rozgrzanego kominka.
Billy pościelił łóżko (jeżeli można tak nazwać położenie poduszki i koca) i usiadł w fotelu, wzdychając. Jego żołądek pojękiwał cicho, przypominając o niezjedzonej kolacji, ale szanse na przełknięcie czegokolwiek były zbyt niskie, by kłopotać się z szykowaniem posiłku.
Jego mózg wykonywał właśnie salto mortale. Mozolnie utkana, delikatna sieć, na której rozciągał się jego świat, drżała i groziła zerwaniem. To było zbyt wiele jak na jeden dzień — zwłaszcza że jego codzienność nie obfitowała w wydarzenia. Najpierw powrót Luny (jakby to nie było wystarczające!), a potem jeszcze Gabriela i jej rewelacje rzucające światło na rodzinną tajemnicę.
Billy wpatrywał się w osmoloną otchłań kominka i intensywnie rozmyślał, czy powinien powiedzieć Lunie o swoim spotkaniu z panem Hopkinsem. Znając porywczy charakter kuzynki, wolałby zachować to dla siebie.
Gdy dziadek zmarł, Billy miał siedemnaście lat. To, że dowiedział się o tym z lokalnych wiadomości, było dla niego ciosem; zarówno mama, jak i ciocia Loretta z pewnością wiedziały o tym jako pierwsze, nie uznały jednak za słuszne, by poinformować o tym dzieci. Pamiętał rozpacz, jaka go wówczas ogarnęła. Nie chodziło o śmierć starego człowieka, co oczywiście było przykre, ale należało tego oczekiwać. To poczucie obcości wobec własnej matki raniło Billy’ego najbardziej.
Kiedy przeczytał artykuł informujący, że zmarł Noah Hardstone, doskonale znany w całym regionie farmer i przedsiębiorca, Billy stanął w drzwiach kuchni i wpatrywał się w siedzącą przy stole matkę. Jak zwykle pochylała się nad kartami tarota (praktyka, którą ciotka Loretta uważała za obrzydliwą; w tym jednym ona i Billy się zgadzali). Długie, ciemne włosy opadały wzdłuż jej kościstych policzków i jedyne, co widział, to prosty, wąski nos i dwa wachlarze gęstych rzęs. Nieprzyjemna mieszanka czosnku i majeranku unosiła się w powietrzu i Billy poruszył nerwowo nozdrzami.
— Nie zamierzałaś mi powiedzieć? — zapytał, wciąż w progu.
— Czyli już wiesz — mruknęła Janet, nie podnosząc wzroku znad stołu. Sięgnęła po kolejną kartę i dołożyła ją do szeregu.
Billy nie znosił tego beznamiętnego głosu. Zupełnie jakby matka niczego nie czuła. Nie była nawet oziębła — zdawała się raczej obojętna na wszystko.
— Nie pomyślałaś, że chciałbym go pożegnać? Pogrzeb był wczoraj.
— Ten człowiek nie zasługiwał na pożegnanie — odparła, równie pozbawionym emocji głosem. — Nie zasługiwał też na spokojną śmierć.
Zszokowany, Billy cofnął się o krok. Czasami matka go przerażała.
— Jesteś złym człowiekiem — wyszeptał. Czując, że jego serce bije coraz mocniej, pospiesznie wrócił do swojego pokoju, po czym padł na łóżko, wcisnął twarz w poduszkę i przez kilka minut płakał.
W końcu, gdy pod policzkiem czuł już mokrą plamę, zwinął się w kłębek i zasnął z silnym postanowieniem, że wyniesie się stąd najszybciej, jak się da.
Następnego dnia po lekcjach, zamiast do domu, Billy udał się rowerem za miasto, drogą, którą dobrze znał. Do tej pory zarówno on, jak i Luna trzymali się zakazu zbliżania do farmy („Teren jest skażony, nikt już tam nie mieszka,” kłamała matka) pod rygorem totalnego szlabanu na wszystko na zawsze, ale Billy nagle zdał sobie sprawę, że nie był już dzieckiem. Za dziesięć miesięcy kończył osiemnaście lat. Nie musiał nikogo słuchać.
Nie jechał jednak na farmę, a do gospodarstwa na drugim końcu wsi. Pomimo że minęło sześć lat, bez problemu znalazł drogę. Z zapalczywością pedałował po żużlówce, w duchu dziękując sobie za szalik, bo wkrótce zrobiło się wietrznie i zimno.
Dotarcie do celu zajęło mu niemal godzinę, ale słońce nie zaczęło jeszcze zachodzić. Zaparkował rower przed metalowym ogrodzeniem i nacisnął dzwonek przy bramie.
— Halo? — odezwał się głos.
— Pan Hopkins? To ja, Billy Hardstone, wnuk Noah. Pamięta mnie pan?
Przez chwilę słychać było jedynie brzęczenie w intercomie i Billy pomyślał, że być może pomylił jednak domy.
— Chłopcze — usłyszał w końcu. — Wejdź, proszę. Miałem nadzieję, że się zjawisz.
Brama otwarła się tuż przed nim i skierował się w stronę domu, który kilkakrotnie odwiedzał z dziadkiem w dzieciństwie…
Pomruk nagany wyrwał Billy’ego z zamyślenia. Rupert, z charakterystycznym dla siebie wyczuciem, chwycił zębami za brzeg jego nogawki i ciągnął go w kierunku łóżka.
— Myślisz, że powinienem powiedzieć Lunie o liście od dziadka? — zapytał Billy. Ignorując niezadowolone warknięcie, podszedł do okna, by spojrzeć na ogród. Dobrze znał odpowiedź na swoje pytanie. Nie powinien.
Chwilę później, czując na sobie świdrujący wzrok Ruperta, odszedł od okna i skierował się do łóżka w kącie. Jego czworonożny przyjaciel natychmiast do niego dołączył. Wtuliwszy się z zadowoleniem w bok swego człowieka, obdarował go serią pochwalnych pomruków i zasnął.
Billy leżał nieruchomo, z ramieniem wokół Ruperta, i wsłuchiwał się w jego równy oddech. Sen nie nadchodził. Myśl o jutrzejszej konfrontacji z matką i ciotką podnosiła mu poziom adrenaliny i czuł, że równie dobrze mógłby teraz pójść pobiegać (gdyby lubił, czy w ogóle umiał biegać). Sięgnął po smartfona i zerknął na wyświetlacz. Dochodziła pierwsza. Dobrze, że zdjął wiszący tu wcześniej ścienny zegar, pomyślał, bo jego tykanie wśród nocnej ciszy mogłoby doprowadzić go teraz do obłędu.
Bowiem dla Billy’ego trwało właśnie odliczanie do poznania prawdy, na którą wcale nie był gotowy.
*
Po powrocie na kampus Gabriela udała się prosto do Pokoju Ciszy znajdującego się obok biblioteki. Czasami przychodziła tu, by pobyć sama i pomyśleć. Był otwarty do późna i zwykle stał nieużywany. Do tej pory tylko dwa razy zdarzyło jej się tu kogoś spotkać.
Ściany w pokoju pozawieszane były plakatami głoszącymi powszechnie znane mądrości i cytaty cenionych filozofów, a na podłodze, w okręgu, leżały grube poduchy. Na drugim końcu znajdował się regał z selekcją książek pełnych inspiracji i dobrych rad na trudne chwile.
Ale Gabriela nie zamierzała czytać. Zsunęła buty ze stóp i opadła na wielką, niebieską poduchę, która ugięła się miękko pod jej ciężarem, wydając z siebie ciche, przeciągłe „puff”.
Gabriela zamknęła oczy i wzięła głęboki oddech. Była przerażona tym, co zrobiła. Popełniła błąd. Owszem, chciała dostać się do sadu, ale wyjawienie Billy’emu i Lunie tak strasznej prawdy było zupełnie przypadkowe. Wcześniej była pewna, że wiedzieli, jednak gdy myślała o tym teraz, to wcale nie wydawało jej się już takie oczywiste.
Poczuła, jak łzy napływają jej do oczu. To musiało być dla nich okropne. Dowiedzieć się o czymś takim bez uprzedzenia i to od niemal obcej osoby… Powinna była milczeć. Być może było lepiej, gdy nie wiedzieli.
Gabriela potarła dłonią po twarzy i przesunęła ręką po głowie, muskając opuszkami palców miękką szczecinę króciutko ostrzyżonych włosów. Obawiała się, że obróciła świat dwojga niewinnych ludzi do góry nogami i czuła się z tym potwornie.
Wsłuchując się w ciche brzęczenie jarzeniówki na suficie, leżała w poduszce i próbowała poskładać myśli. Zazwyczaj dość szybko wracała do wewnętrznego spokoju, ale teraz — chyba pierwszy raz w życiu — dręczyło ją poczucie winy. Gabriela znała ból od podszewki i za nic w świecie nie chciała zadawać go innym. Powinna była zastanowić się dwa razy, zanim coś powiedziała.
Wyobrażała sobie, przez co przechodzą teraz Billy i Luna. Jeżeli jej uwierzyli. Gabriela nie miała pojęcia, że matki zabrały ich siłą z farmy i odizolowały od rodziny. Dla nic nierozumiejących dzieci to musiało być przerażające. Nawet dzisiaj, gdy rozmawiała z Billym, widziała ten lęk, jak gdyby jego cząstka pozostała w nim już na zawsze. Był to człowiek, który przeżywał wszystko ze zdwojoną siłą, którego każde trudne zdarzenie bolało dwa razy mocniej. Najpierw celował do niej z dubeltówki, a chwilę później zwinął się w kłębek na trawniku i przytulał do psa. Współczuła mu.
Za to Luna była niepokojąca. Gabriela miała wrażenie, że energia wokół tej dziewczyny zmieniała się bez ustanku, jakby była w ciągłym ruchu, wzburzona i niestała. Cały czas gotowa bronić się przez atak, Luna była tykającą bombą zegarową. Widać to było w mowie jej ciała i w napięciu na jej twarzy. Ledwie dowiedziała się, że musi opuścić akademik i wróciła na farmę dziadka po piętnastu latach, a spadła na nią, zupełnie nieoczekiwanie, brutalna prawda o przeszłości jej rodziny.
Gabriela oddychała płytko. Nie mogła cofnąć się w czasie. Raz wypowiedziane słowa pozostawały wypowiedziane na zawsze.
Czy mogła to jakoś naprawić? Nic nie przychodziło jej do głowy. Billy i Luna wiedzieli.
Jutro miała wrócić na farmę i nie miała pojęcia, czego oczekiwać. Pogrążone w mroku drzewa przeraziły ją. Było w nich coś, co ją zdezorientowało; zdawały jej się znajome i obce jednocześnie. To wszystko było prawie niemożliwe do opisania słowami. W jej najwcześniejszych snach pnie i konary drzew były ciemne, ale otaczała je przechodząca w szarość bladozielona poświata. Czuła aromat jabłkowego soku. Z czasem poświata słabła, aż drzewa poczerniały całkowicie. Zapach jabłek przyjął kwaśną, ziemistą nutę i drażnił nozdrza. Był dla niej tak wyraźny, jakby była tam naprawdę.
Tylko jeden raz przyśnił jej się w rozkwicie: piękne, rozłożyste drzewa o gęstych koronach, z dumą dźwigające tysiące jabłek. Widziała drabinę opartą o pękaty pień jabłoni i dużą, drewnianą skrzynkę napełnioną owocami. Z oddali dobiegł ją dźwięk dziecięcego śmiechu, lecz po chwili wizja przeminęła, wszystko zgasło. W kolejnym śnie sad znowu był ciemny, a zapach skwaśniały i cierpki.
Dzisiaj, gdy zobaczyła go w rzeczywistości, zakręciło jej się w głowie. Mrożąca krew w żyłach wibracja, którą poczuła od drzew, niemal zwaliła ją z nóg. A jednocześnie… Słyszała wołanie. Nie, „słyszała” nie było właściwym określeniem. Gabriela czuła wołanie. Nie potrafiła tego wyjaśnić, ale pomimo niepokoju, wiedziała, że nic jej nie grozi. To było bardziej jak prośba o pomoc. Miała pewność, że była jedyną nadzieją dla tego, co ją przyzywało — cokolwiek to było.
Drzwi do pokoju otworzyły się nagle i w progu pojawiła się starsza kobieta w brązowym swetrze.
— Mam nadzieję, że wystarczająco się na dziś wyciszyłaś — obwieściła, wyciągając z kieszeni pęk kluczy. — Już dwunasta. Zamykamy.
Wyrwana z zamyślenia Gabriela skinęła głową. Podniosła się z poduchy i założyła buty.
— Dobranoc, pani Granson — wymamrotała, mijając bibliotekarkę, która gasiła już światła.
Ruszyła opustoszałym korytarzem w kierunku przejścia do akademika. Jej współlokatorka, Rosie, pewnie już spała.
Gabriela obawiała się, że nie zmruży dziś oka. Próbowała wyobrazić sobie jutrzejszy dzień, lecz czuła, że na to, co ją czekało, nie dało się przygotować.
*
Gdy tylko Billy zszedł na dół, Luna ponownie wyszła do holu i powoli, jak gdyby bała się, że ktoś nagle wyskoczy z ciemności, zajrzała do dawnej sypialni rodziców. Odnalazła włącznik światła, a kiedy pokój ukazał się jej oczom, zamarła.
Wszystko było inaczej. Tu także w miejscu łóżka leżał goły materac. Wielka szafa na ubrania z rzeźbionego drewna zastąpiona została tanim regałem z Ikei. Biurko mamy zniknęło, a w jego miejscu znajdowała się pusta doniczka. Po drugiej stronie pokoju stało plastikowe krzesło, tuż przy stercie porozrzucanych pustych pudeł. Powietrze było stęchłe, jakby dawno nie otwierano tam okna.
Luna cofnęła się o krok. Czuła się nieswojo.
Zgasiła światło i wróciła do pokoju obok. Nie przebierając się, położyła się na materacu. Nie czuła się jak w domu, żeby hasać sobie w piżamce. Wszystko zdawało jej się nieznośnie obce.
Nie miała odwagi, by spać po ciemku. Zresztą nie miała odwagi, by w ogóle spać.
*
Rano Luna zwlokła się z materaca, który okazał się zaskakująco wygodny; gdyby zasnęła chociaż na chwilę, zapewne obudziłaby się wypoczęta. Musiała oddać auto do wypożyczalni przed dwunastą, ale nie miała jak wrócić na farmę. Nie zamierzała iść na dzisiejsze wykłady. Nie było mowy o skoncentrowaniu się na czymkolwiek innym niż spotkanie z matką i ciotką.
Założyła buty i zeszła na dół. Billy’ego nie było w domu, ale aromat świeżo parzonej kawy świadczył o jego niedawnej obecności. Luna dojrzała dzbanek na barze i niemal mruknęła z zadowolenia. Ten zapach był najprzyjemniejszym, co spotkało ją w ciągu minionych dwóch dni. Udała się do kuchni, wydobyła kubek z szafki i nalała sobie wciąż parującej kawy. Smakowała doskonale.
Luna podeszła do okna i rozejrzała się. Niebo było pochmurne i nie widać było słońca, ale zarówno ogród, jak i wszystko wokół nie wydawało się już tak niepokojące jak po zmroku. Hortensje, rododendrony i róże, a także otaczające je pomniejsze rabatki, rosły gęsto i bujnie. Ewidentnie zajmował się nimi ktoś z ręką do zieleni. Raczej nie Billy, pomyślała.
Na pomalowanej na biało drewnianej ławeczce lizała się po łapie szara kotka. Nieco dalej w trawie leżały dwie wtulone w siebie kaczki, ale nigdzie nie widziała kuzyna. Wzięła kolejny łyk kawy i odstawiła na moment kubek, by założyć dżinsową kurtkę wiszącą na oparciu fotela, po czym chwyciła go ponownie i wyszła na zewnątrz.
Powietrze było rześkie i wilgotne, ale przyjemnie odświeżało głowę. Pachniało ziemią i mokrą trawą. Luna ziewnęła przeciągle, zeszła z werandy i skierowała się w stronę ogrodu. Niespiesznie stawiała kroki pomiędzy rabatkami i popijała kawę. Na jej widok szara kotka zerwała się z ławki i czmychnęła w kwiatki.
Luna rozejrzała się i powoli ruszyła przed siebie. Po lewej stał kiedyś domek ogrodnika, czyli szopa z bejcowanych desek, służąca za pomieszczenie gospodarcze na narzędzia; nie pozwalano jej się tam bawić ze względu na obecność niebezpiecznych przedmiotów, jak sekatory czy nawozy. Teraz domku nie było, a w jego miejscu znajdował się ogród warzywny.
Po prawej stała stodoła, częściowo przesłaniając widok na sczerniały (czy, jak Luna obecnie uważała, nawiedzony) sad, a w pół drogi między nią a domem wznosiła się niewielka drewniana konstrukcja o spadzistym daszku, okupowana ze wszystkich stron przez gęsi i kaczki.
Dobiegło ją szczekanie Ruperta i zobaczyła zbliżającego się od strony kurnika Billy’ego. Bernardyn wyprzedzał go o kilka kroków. Zauważywszy Lunę, zamerdał ogonem i pospieszył w jej kierunku. Wpadł na nią z nieco zbyt dużym impetem, w rezultacie czego reszta kawy z kubka rozbryzgała się po ziemi. Luna westchnęła i podrapała olbrzyma za uchem. Przynajmniej ktoś cieszył się na jej widok — a to nie zdarzało się często.
— Wyglądasz koszmarnie — powiedziała na przywitanie kuzyna, który zbliżał się do niej, powłócząc nogami. Jego twarz wykrzywiona była w grymasie żałości, opuchlizna pod oczami świadczyła o tym, że on także nie zmrużył oka, i generalnie prezentował się jak obraz nędzy i rozpaczy. Do tego ubrany był w dziwną, staroświecką kamizelkę ze skóry i futra, na głowie sterczała mu wełniana czapka, a z ciężkich, ubłoconych buciorów dyndały niezawiązane sznurówki.
— Wcale nie wyglądasz lepiej — odparł cierpko, mijając ją, po czym ruszył w stronę domu. — Chodź, czekałem na ciebie ze śniadaniem.
*
— Muszę oddać auto do wypożyczalni — powiedziała Luna między kęsami tosta, gdy siedzieli już przy kuchennym barze. — Tylko że nie mam jak wrócić.
— Pojadę za tobą i wrócimy razem — odparł Billy, popijając dolewkę kawy. — Jeśli chcesz, możesz używać mojego auta, żeby dojeżdżać do miasta. Ja i tak rzadko się stąd ruszam.
— Naprawdę? — Luna odetchnęła z ulgą. — Dzięki, Billy. A ty nie masz jakiejś pracy? Czym się właściwie zajmujesz? — Luna zatuszowała pytanie, które tak naprawdę chciała zadać: „Skąd masz na to wszystko pieniądze?!”
— Pracuję w domu. Inwestycje, obrót kasą. Wiesz, kupuję i sprzedaję. A ty, nie masz dzisiaj wykładów? — zapytał, rozgrzebując jajecznicę widelcem. Jego powieki opadały i wyglądał, jakby miał zaraz zasnąć.
— Nie wybieram się. Nic bym nie zrozumiała. Zamiast tego pojedźmy sam-wiesz-gdzie, porozmawiać z sam-wiesz-kim — powiedziała.
Billy zmierzył ją ponurym wzrokiem.
— A co z Gabrielą? Powinniśmy ją zabrać, sama mówiłaś.
— Odstawmy auto i poczekajmy na nią tutaj. Powiedziała przecież, że wróci. Pozwoliłeś jej.
— Pamiętam. — Billy zamrugał z poirytowaniem. Wciąż rozgrzebywał jajecznicę na talerzu, jakby zamiast jeść, chciał ją poddać dokładnej dekonstrukcji.
Luna dokończyła tosta i otrzepała ręce z okruchów.
— Słuchaj, Billy — powiedziała, widząc, że kuzynowi znowu zbiera się na płacz. — Chciałam ci jeszcze raz podziękować, że przyjąłeś mnie pod swój dach. Dzięki tobie nie musiałam wracać tam — mówiąc „tam”, miała na myśli dom ich matek.
— Nie musisz mi dziękować — odparł Billy. — Jesteś moją najbliższą rodziną. Musimy trzymać się razem.
— A tak z innej beczki, nie słyszałam na zewnątrz żadnych krów. — Luna pamiętała, że pomruki i muczenie bydła nieustannie towarzyszyły im w dzieciństwie. Odgłosy słychać było nawet, gdy padało i dziadek zamykał je w stodole. — Kiedyś było ich tu sporo. Co się z nimi stało?
Billy wzruszył ramionami.
— Wiesz, że boję się krów — powiedział nieco ofensywnie. — Kiedy odkupiłem farmę od pana Morrisa, nie było na niej żadnych zwierząt. Wszystkie zostały sprzedane na aukcji po śmierci dziadka. Kupiłem nowe, ale jedynie te, które nie przyprawiały mnie o dreszcze, czyli nie większe od Ruperta. — Billy uśmiechnął się dziwacznie. — Kury, bo ich gdakanie to mój ulubiony dźwięk na świecie, a do tego chciałem mieć własne jajka. I trochę innego ptactwa, jak gęsi i kaczki. Do tego dwie kozy. Mimo że mleko to dochodowy interes, krowy mnie przerażają. — Billy wstał z miejsca i zaniósł talerz do kuchni. — Zbierajmy się. Pojadę za tobą do wypożyczalni i zabiorę cię z powrotem.
*
Opony Vespy chrzęściły na żużlowej drodze, gdy Gabriela z ciężkim sercem jechała w kierunku farmy Billy’ego. Niebo było pochmurne, ale w przeciwieństwie do poprzedniej wyprawy, było jasno i mogła lepiej rozejrzeć się po wsi. Od zjazdu z miasta minęła tylko kilka jadących w przeciwnym kierunku aut i jednego motocyklistę. Teraz poruszała się jedynym pojazdem w zasięgu wzroku.
Gdy przydrożne drzewa nieco się przerzedziły, zwolniła, by móc lepiej się przyjrzeć mijanym gospodarstwom. Próbowała przypomnieć sobie tę drogę i okolicę, ale miała tylko siedem lat, gdy wyjechała do miasta, i zbyt wiele czasu minęło, by przywołać to, co już rozmyło się w jej pamięci.
Tu i ówdzie widziała ludzi pracujących w szklarniach i warsztatach, pochylających się nad uprawami i doglądających zwierząt, w większości zbyt daleko, by dostrzec szczegóły ich wyglądu. Szanse, by kogokolwiek znała, były niemal zerowe. Rozpoznała jedynie dom sąsiadujący z tym, w którym mieszkała. Dom sąsiadów był jednak odnowiony, a siedząca na ganku kobieta nie wyglądała znajomo. Wiodła podejrzliwym spojrzeniem za Vespą, dopóki nie minęła jej włości.
Kilkadziesiąt metrów dalej, czując, jak pęka jej serce, Gabriela zatrzymała się przed zerwanym i częściowo powalonym ogrodzeniem, które niegdyś oddzielało jej rodzinną posiadłość od reszty świata. Dawna ziemia Bridgesów porośnięta była wysoką, pożółkłą trawą, w której w niektórych miejscach mógłby się ukryć dorosły człowiek, i to na stojąco. Prowadząca do domu ścieżka zarosła i zniknęła, ale widać było wygniecioną w zaroślach trasę, jakby ktoś regularnie przeprawiał się przez chaszcze.
Szyba na parterze była wybita i Gabriela podejrzewała, że w domu pomieszkiwał ktoś, kto nie powinien. Ta myśl przejęła ją do szpiku kości i przez kilka długich chwil walczyła z pomysłem, by zakraść się i zajrzeć do środka. Obawiała się jednak, że byłoby to zbyt bolesne.
Gabriela westchnęła i ruszyła dalej, w kierunku farmy Hardstone’ów.
*
Billy i Luna obserwowali z okna, jak Gabriela zbliża się do sadu. Szła powoli, lecz z determinacją, unosząc wysoko stopy, bo suche zarośla utrudniały poruszanie się. Zdrewniałe pnącza plątały się pod nogami i chrzęściły przy każdym kroku. Im dłużej szła, tym bardziej trawa się przerzedzała, aż w końcu zmieniła się w smętne, pojedyncze kupki pożółkłych źdźbeł sterczących z piaszczystej gleby.
Gabriela zatrzymała się kilka metrów przed linią drzew i przyjrzała im się czujnym wzrokiem. Sięgnęła zmysłami w ich kierunku, starając się objąć je jako całość i wychwycić jakiekolwiek rzucające się w oczy anomalie. W dzień, nawet tak szary jak ten, gdy niebo przebijało się pomiędzy ciemnymi koronami, nie czuła się tak nieswojo. I wiedząc, że nie zostanie przepędzona, mogła bardziej się skupić.
Zmrużyła oczy i starając się oczyścić umysł ze wszystkiego, co zbędne, zwróciła się do wszelkich słyszących ją sił wyższych z prośbą o przewodnictwo. Następnie uniosła powieki, wzięła głęboki wdech i wkroczyła między drzewa.
Pierwszym, co poczuła, była przejmująca tęsknota. Uderzyła ją z wielu stron naraz, jak gdyby setki macek rzuciły się ku niej, gdy tylko zwęszyły jej obecność. To uczucie nie należało do niej, raczej sięgało do niej w rozpaczliwej próbie pozbycia się bólu. Choć Gabriela nie umiała tego wyjaśnić, rozumiała, co się działo. Nie było to zjawisko, które można było pojąć za pomocą słów czy nawet na poziomie wyobraźni — wszystko to odbywało się w strefie podświadomości i uczuć. To, co teraz poczuła, było próbą komunikacji.
Ostrożnie, powoli, ruszyła przed siebie. Podeszła do najbliższej jabłoni i obejrzała z bliska zmurszały pień. Przesunęła białą dłonią po chropowatej korze, czule i łagodnie, próbując wyczuć płynące wewnątrz życie. Pomimo że drzewo sprawiało wrażenie martwego, w środku wciąż pulsowała słaba, przytłumiona energia.
Gabriela cofnęła dłoń i rozejrzała się, koncentrując się na znalezieniu śladów obecności innych form życia: much, komarów, mrówek czy ptaków, ale wyglądało na to, że żadne najmniejsze nawet stworzenie nie interesowało się tym miejscem. Być może wyczuwały niegościnną atmosferę.
Gabriela spojrzała pod nogi. Pomimo że gleba sprawiała wrażenie suchej i jałowej, czuć było wyraźnie panującą wokół wilgoć.
Gdy zrobiła kolejny krok, wydało jej się, że zrobiło się nieco ciemniej. Powoli, starając się nie zakłócać panującej tam absolutnej ciszy, by nic jej nie umknęło, ruszyła dalej.
I znów pociemniało. Szare niebo przebijające się między poskręcanymi, łysymi gałęziami, przyjęło grafitowy odcień i Gabriela była pewna, choć to nie było możliwe, że nawet powietrze wokół osnuło się mrokiem. Poczuła nieprzyjemny dreszcz, ale natychmiast przywołała się do równowagi. Wiedziała, że chociaż to wszystko było niepokojące, nie groziło jej nic złego.
Podeszła do innego drzewa i przesunęła delikatnie palcami po bruzdach zimnej kory. Jabłoń aż wibrowała poczuciem opuszczenia. Łaknęła kontaktu. Gabriela objęła pień ramionami i przylgnęła do niego, przesyłając mu miłość i pocieszenie. Po kilku chwilach energia drzewa ustabilizowała się, ale wróciła do poprzedniego stanu, gdy tylko Gabriela odsunęła się i odeszła.
Im dalej szła, tym ciemniej się robiło, aż w końcu wszystko pochłonął mrok i jedynym, co pozwalało jej widzieć drogę, były blade, rdzawo-zielone aury drzew, które ujawniały się z każdym krokiem. Do tej pory nie widziała ich tak dokładnie, bardziej wyczuwała, ale teraz dostrzegła także, że są do siebie bardzo podobne.
Wszystkie drzewa były w opłakanym stanie i Gabriela poczuła, jak współczucie ściska ją za serce. Od dziecka wiedziała, że rośliny odczuwają coś, co przypominało ludzkie emocje, choć nie było nimi w dosłownym sensie. Jej strefa podświadomości potrafiła w naturalny sposób odbierać i interpretować słaną ku niej energię. Gdy dotykała drzewa, natychmiast je rozumiała. Podobnie było z wszelaką roślinnością i zwierzętami. Teraz wiedziała, że to, czym emanował sad, przypominało znane człowiekowi uczucie tęsknoty. Jednak w wielu przypadkach nie dało się tego ująć w pojęcia z ludzkiego słownika.
Gabriela zaczekała, aż jej wzrok przywyknie do ciemności i ostrożnie ruszyła dalej, starając się nie wydawać żadnych dźwięków. Wiedziała, że sad jest świadomy jej obecności.
Jak kiedyś we śnie, dobiegł ją śmiech dziecka. Był odległy i stłumiony, jakby oddzielała go niewidzialna ściana, i co najdziwniejsze, dochodził ze wszystkich stron naraz.
Gabriela zatrzymała się i nasłuchiwała. Śmiech ucichł gwałtownie i znowu nastała całkowita cisza. Gałęzie drzew pozostawały w bezruchu, niczym zawieszone w próżni, gdzie nie dociera nawet najdrobniejszy podmuch wiatru.
Idąc dalej, Gabriela dotykała poszczególnych drzew, starając się nie pominąć żadnego. Były posadzone dość gęsto, a gałęzie tych bardziej rozrośniętych stykały się i splatały jak poskręcane palce cierpiących od artretyzmu dłoni.
Kiedy Gabriela znajdowała się mniej więcej w połowie długości sadu, znów coś się zmieniło — poczuła to wyraźnie, ale nie od razu pojęła, na czym polegała zmiana. Blade aury wokół drzew zdawały się wygasać i Gabriela obawiała się, że za chwilę otoczy ją całkowita ciemność. Zwolniła kroku i przez chwilę rozważała, czy nie powinna się wycofać, ale nie czuła zagrożenia.
Usłyszała coś, co przypominało muzykę, choć nią nie było. Być może słuszniej byłoby powiedzieć, że Gabriela poczuła tę melodię: była to miękka, rytmiczna wibracja o wzmagającej się intensywności, przepełniona czymś, co najprościej można by nazwać żałobą. Niesłyszalna muzyka jakby się mnożyła, nieistniejące dźwięki nakładały się na siebie i odtwarzały te same sekwencje coraz szybciej i szybciej. Gabriela poczuła ucisk w skroniach; przyspieszający, samo-powielający się rytm zaczynał być przytłaczający.
Zakręciło jej się w głowie. Przyłożyła dłoń do czoła i zamknęła oczy, starając odgrodzić się od żałobnej kakofonii, i w tym samym momencie poczuła, jak coś przedziera się do jej umysłu. Jakaś siła próbowała przyciągnąć jej uwagę, wołała ją.
Gabriela wyprostowała się i rozejrzała. Tylko niektóre drzewa otaczała słaba poświata, resztę pochłaniał mrok.
Szukała źródła wzywającej ją energii. Obróciła się wokół własnej osi z nadzieją, że coś przykuje jej uwagę, lecz jedyne, co widziała, to spowite nocą (a przecież był dzień) rzędy drzew, oddzielone wąskimi alejkami ciemnej, piaszczystej ziemi.
Tak samo nagle jak się zaczęła, kosmiczna muzyka drzew ustała. Gabriela drgnęła, gdy usłyszała głośny — i jak najbardziej prawdziwy — skrzek kruka. Choć ciemność ograniczała widoczność, była pewna, że ptak znajdował się blisko. Wołanie powtórzyło się, ruszyła więc, niemal po omacku, w kierunku, z którego dochodziło.
W końcu go dostrzegła: wyrośnięty, czarny kruk siedział na najniższej gałęzi jednej z jabłoni. Sąsiednie drzewa wyginały się nieznacznie w przeciwnych kierunkach, jak gdyby chciały się odsunąć. Na pierwszy rzut oka jabłoń nie różniła się od pozostałych, a jednak Gabriela poczuła wzbierający niepokój.
Ptaszysko zatrzepotało skrzydłami i zerwało się do lotu, znikając w nieprzeniknionej ciemności.
To drzewo było inne. Jego aura miała kolor smoły. Zlewała się z otulającym wszystko wokół mrokiem, była jednak bardzo wyczuwalna i, co Gabriela odkryła z szokiem, była także bolesna. Jeszcze nigdy dotąd nie doświadczyła czegoś podobnego.
Gabriela cofnęła się niczym smagnięta batem, potknęła się o własne nogi i upadła. Przez chwilę siedziała na ziemi, oddychając ciężko. Nie wiedziała, co zrobić, więc czekała, co będzie dalej, ale gdy po kilku minutach nic się nie wydarzyło, wstała.
Jej serce biło mocno, gdy niepewnym krokiem podeszła bliżej poskręcanej jabłoni. Ogarnęła ją nagła świadomość, że to właśnie to drzewo wołało ją najmocniej i najdłużej, i choć jego bliskość sprawiała jej ból, wiedziała, że przynajmniej częściowo był to cel jej wyprawy.
Nagle Gabriela poczuła, jakby ktoś pozbawił ją tchu, i wydała z siebie krótki, rozpaczliwy dźwięk.
Na gałęzi, w miejscu, gdzie chwilę wcześniej siedział kruk, coś wisiało. Dostrzegła widmo skręconej w sznur szmaty, prawdopodobnie z porwanej koszuli, przeciągniętej i zasupłanej wokół konaru, zwisającej mniej więcej pół metra w dół, gdzie została przecięta. Widmo otoczone było ledwo widoczną, pozbawioną blasku czerwonawą poświatą i drżało, jak gdyby w każdej chwili mogło rozpłynąć się w powietrzu.
Gabriela przyłożyła dłoń do ust i załkała. Ponownie dobiegła ją żałobna pieśń sadu i po chwili, tak jak się spodziewała, widmo sznura zniknęło.
Tknięta niespodziewanym impulsem, podbiegła do jabłoni. Owinęła ramiona wokół pnia i zapłakała na głos. A wtedy zerwał się wiatr i ciemność rozstąpiła się niczym mgła, na powrót ukazując szare, pochmurne niebo.
*
Billy i Luna z niepokojem obserwowali siedzącą w fotelu Gabrielę. Jej zaciśnięte wokół kubka z herbatą dłonie drżały. Patrzyła przed siebie i od kilku minut milczała. W końcu odstawiła kubek na stół i westchnęła.
— Znalazłam to drzewo — wyszeptała.
Billy i Luna wymienili spojrzenia. Nie musieli pytać, o co chodzi.
Luna odchrząknęła.
— Nie obraź się, ale skąd możesz to wiedzieć? Chyba nie było podpisane…
Gabriela pokręciła lekko głową. Jej twarz była bledsza niż wcześniej i Billy pomyślał, że wygląda jak duch. Zdawała mu się wiotka i delikatna, jakby nie całkiem materialna.
— Po prostu to wiem. Poczułam to natychmiast, gdy się zbliżyłam — odparła, spuszczając wzrok, przez co Billy odniósł wrażenie, że nie mówi im wszystkiego.
— Mamy uwierzyć ci na słowo? — Luna skrzyżowała ręce na piersi. — Kiedy mówisz takie rzeczy, nie dodajesz sobie wiarygodności.
Gabriela nie odpowiedziała.
— Powiedziałaś nam, że od dawna chciałaś dostać się do sadu — odezwał się Billy. — Osiągnęłaś swój cel. Co teraz?
— Nie wiem — odparła cicho. — To było dla mnie poważne przeżycie. Muszę poskładać myśli.
— Ale czy coś się zmieniło? — zapytała Luna. — Myślisz, że przestaniesz mieć te sny?
Gabriela wzruszyła ramionami i potarła palcami po krótkich włosach.
— Wydaje mi się — powiedziała po chwili, patrząc Billy’emu w oczy — że mogę ci pomóc przywrócić sad do życia.
— Co masz na myśli? — Billy wyprostował się w fotelu.
— Chyba wiem, jak to zrobić. Trudno to wyjaśnić i może to trochę potrwać, ale…
— Zaraz, zaraz. — Luna zmrużyła podejrzliwie oczy. — Wiesz, że banda znawców i fachowców próbowała ogarnąć ten temat i…
— Tu nie pomogą naukowe frazesy — przerwała jej Gabriela, a nowa nuta pewności w jej głosie zamknęła Lunie usta. — Tu potrzeba zrozumienia na… innym poziomie. Ja po prostu rozumiem te drzewa. Sądzę, że wiem, czego im trzeba.
Billy ważył w myślach słowa Gabrieli. Z jakiegoś powodu, gdy na nią patrzył, wiedział, że wszystko, co mówi, to prawda. Miał silne wrażenie, że nie była to osoba zdolna do kłamstwa. Obserwując ją, nie mógł pozbyć się myśli, że miał do czynienia z czymś innym. To było trudne do opisania: ta blada dziewczyna o oczach jak dwa kryształy zdawała mu się nieskończenie piękna i delikatna; bardziej pasowałoby nazywać ją istotą niż człowiekiem — to drugie określenie wydało mu się niewystarczająco dobre.
— Z pewnością nie zaszkodzi spróbować — powiedział Billy w zamyśleniu.
Luna podskoczyła na sofie.
— Ty chyba w to wszystko nie wierzysz? — zawołała.
— Przecież mówię, że nie zaszkodzi spróbować — odparł zniecierpliwionym tonem. Luna zaczynała działać mu na nerwy.
— A co z wizytą u matek? Mieliśmy zabrać ją z nami i w końcu wymusić na nich prawdę.
Gabriela poruszyła się niespokojnie w fotelu.
— Och, wolałabym w tym nie uczestniczyć… — powiedziała, splatając dłonie na kolanach.
Luna zmarszczyła brwi.
— Nie zamierzam pytać cię o zdanie. Myślisz, że możesz tak wpadać ludziom z buciorami w życie, obwinić ich rodzinę o morderstwo, osiągnąć swój co najmniej niejasny cel wejścia do nawiedzonego sadu, a potem umyć rączki i udawać, że nie było tematu?
Billy wcisnął się głębiej w siedzenie. Akurat w tym musiał zgodzić się z Luną.
— Nie chciałam nikogo obwiniać, ja tylko…
— Przystałem na twoją prośbę. Pomimo że wtargnęłaś na moją ziemię — przerwał jej Billy. — Pomimo tego, co nam powiedziałaś. Więc teraz ja proszę ciebie — powiedział, patrząc jej prosto w oczy — abyś pojechała z nami na spotkanie z naszymi matkami. Musimy w końcu usłyszeć od nich prawdę.
Gabriela skinęła lekko głową.
— Masz rację. Przepraszam — odparła cicho. — Ale czy… Czy możemy zaczekać z tym do jutra? To, czego doświadczyłam między drzewami, dość mocno mnie uderzyło. A to, co planujecie, także nie będzie lekkie. Chciałabym pozbierać myśli i nabrać sił.
— Ona coś kombinuje — Luna zwróciła się do kuzyna, jak gdyby Gabriela nie siedziała obok. — Nie ufaj jej, pewnie chce się wymigać. Zaraz się zmyje i jutro już nie wróci.
Billy odgarnął grzywkę z oczu i zastanawiał się przez chwilę.
— Rozumiem, że to będzie dla ciebie trudne spotkanie. Dla nas też — odezwał się, patrząc na Gabrielę. — Jeżeli chcesz zebrać siły, możesz zrobić to tutaj. Luna ma rację, nie zamierzam jutro ganiać cię po akademiku — powiedział, choć trudno mu było to sobie wyobrazić. — Przystaniemy na twoją prośbę, ale zostaniesz z nami. Możesz spać w moim pokoju na górze. A jutro po śniadaniu pojedziemy.
— Ale Billy… — jęknęła Luna, pochylając się w jego stronę, jednak on podniósł dłoń w uciszającym geście.
— Zamierzasz ją zmusić? — zapytał z rozdrażnieniem. — Naprawdę, Luna, nie wiem jak ty, ale ja nie będę się szarpał z kobietą…
— Ja tam się mogę szarpać! — zaoferowała kuzynka, mierząc bladą dziewczynę gniewnym spojrzeniem.
— Wolałabym nie. — Gabriela uśmiechnęła się słabo. — Jeżeli boicie się, że dam nogę, zostanę na noc.
— Więc umowa stoi — obwieścił Billy z nieskrywaną ulgą, po czym wstał i zawołał śpiącego w kącie Ruperta. — Idę na obchód. Czujcie się jak u siebie.
*
Billy podążał za Rupertem. Chłodny, wieczorny wiatr smagał go po twarzy i choć normalnie za tym nie przepadał, teraz przyniosło mu to przyjemne orzeźwienie umysłu. Tak bardzo chciał wyjść na świeże powietrze, że nawet nie zawiązał butów.
Przez ostatnie dwa lata przywykł do samotności. Towarzystwo Ruperta w zupełności mu wystarczało. Miał swoje powody, aby unikać ludzi, a teraz wszystko wywróciło się do góry nogami i miał w domu dwie kobiety, na dodatek tak odmienne, że zaczynał obawiać się konsekwencji. Znał Lunę i wiedział, że bywała niezrównoważona i łatwo traciła panowanie nad sobą, a ta sytuacja mogłaby wytrącić z równowagi nawet mistrza zen. Gabriela natomiast… Billy zamyślił się. Gabriela była inna.
Rupert zaszczekał i zerwał się do biegu. Zniknął za kurnikiem i chwilę później wyłonił się po drugiej stronie, tuż za uciekającą przed nim Lindą. Prychając nerwowo, kotka wskoczyła na daszek, wywołując serię kurzych reprymend z wewnątrz.
Billy zajrzał do środka. Kury szykowały się już do spania; niektóre przytulały się w małych grupkach, inne układały się do snu w pojedynkę. Billy życzył im dobrych snów, zamknął drzwiczki i ruszył z powrotem.
Powłóczył nogami, co raz spoglądając na gwieździste niebo. Nie miał ochoty wracać do okupowanego domu. Owszem, zaoferował pomoc Lunie, a Gabrieli sam nakazał zostać, więc mógł mieć pretensje tylko do siebie. Ale wiedział, że nie mógł postąpić inaczej. Musiał zaakceptować tę niewygodę. Miał teraz poważniejszy problem niż niechciane towarzystwo. Nazajutrz miał się dowiedzieć, że jest potomkiem mordercy.
*
Luna pochyliła się nad szafką, w której wywęszyła porzeczkową nalewkę. Wyciągnęła korek i nalała trunku aż po brzeg szklanki.
— Chcesz? — zwróciła się do siedzącej w pokoju Gabrieli. — Uprzedzam, że jest naprawdę ohydna.
— Dziękuję, nie piję alkoholu niezależnie od jakości — odparła dziewczyna.
Luna zerknęła na nią znad szklanki.
— Jesteś głodna? Może coś przyrządzimy? — zaproponowała w niecodziennym dla siebie przypływie uprzejmości. — Kuchnia Billy’ego jest wypchana po brzegi.
Gabriela skinęła lekko głową i wstała.
— Czemu nie — powiedziała i zabrały się za przeszukiwanie szafek. Piętnaście minut później na blacie leżał już talerz naleśników z grzybami, miseczka guacamole, które znalazły w lodówce, oliwki i pikantne papryczki oraz dip z topionego sera camembert.
Gabriela założyła pokrywkę na ceramiczny imbryk z herbatą i usiadła na wysokim stołku przy barze. Luna dopijała właśnie zawartość szklanki z nalewką, gdy do pomieszczenia wbiegł Rupert. Zaszczekał radośnie na ich widok i nadstawił Gabrieli łeb do głaskania.
— Dobry piesek — powiedziała, gładząc go między uszami.
Chwilę później pojawił się Billy. Jego ciemne włosy sterczały we wszystkie strony. Omiótł wzrokiem zastawiony bar pomiędzy pokojem a kuchnią i stanął jak wryty, patrząc na przemian na Lunę i na Gabrielę.
— No co? — Kuzynka wskazała mu wolny stołek. — Chyba nie myślałeś, że ze stresu przestaniemy jeść?
Billy zdjął kurtkę i odłożył ją na oparcie fotela. Podszedł do umywalki i umył ręce, po czym usiadł, wciąż lekko zdezorientowany.
Luna przyglądała mu się z ukosa. Co go tak peszyło? Znów zauważyła tik w jego żuchwie, nie umiał nad tym zapanować. Spuścił wzrok na pusty talerz.
Luna westchnęła i sięgnęła po naleśniki. Nałożyła jeden siedzącej obok Gabrieli i dwa Billy’emu, po czym poczęstowała się sama.
— Jedz — poleciła kuzynowi, jakby był małym dzieckiem, a on automatycznie jej posłuchał.
— Już dawno nikt nie przygotował dla mnie posiłku — powiedział. Włosy znów opadły mu na oczy i nie można było odczytać jego spojrzenia.
Luna wiedziała, że miał dziewczynę w trakcie studiów, ale najwyraźniej to nie było już aktualne.
— Mówiłaś, że po śmierci mamy zamieszkałaś u ciotki? — zwróciła się do Gabrieli.
— Tak. Nie była tym zachwycona, choć, jak mówiła, był to „jej święty obowiązek”. Ale niechętnie wydawała na nas swoje pieniądze, więc znajdowałam sobie różne dorywcze zajęcia, żeby móc kupić laptopa czy książki. Dużo czytam — dodała z uśmiechem.
Luna zerknęła na kuzyna. Wpatrywał się w Gabrielę z nieodgadnionym wyrazem twarzy i trudno było powiedzieć, czy dziewczyna mu się podoba, czy też go przeraża.
— Musiało być ci okropnie ciężko — powiedział przejętym tonem.
Gabriela wzruszyła ramionami.
— A komu nie było nieraz ciężko? — odparła. — Wy też przeszliście przez wiele.
Billy przez chwilę koncentrował się na naleśniku, aż w końcu odchrząknął i przeczesał włosy palcami.
— Przyszykuję ci pokój na górze — powiedział do Gabrieli, wstając.
— Dziękuję — odparła z uśmiechem.
Luna patrzyła na nią z rosnącym poirytowaniem. Co ją tak cieszyło? Jeżeli jej ojca naprawdę spotkał taki los, jak twierdziła, a później jej mamę, jak mogła być taka pogodna? Do tego wpadła w ich życie, zrzuciła na nich ciężar skrywanej latami makabrycznej tajemnicy, a teraz siedziała sobie przy stole w obcym domu z uśmiechem na tej swojej trupio-bladej twarzy. To nie było naturalne.
— Co właściwie studiujesz? — zapytała Luna, gdy Billy zniknął na piętrze.
— Psychologię. Jestem na drugim roku — odpowiedziała Gabriela. — A ty?
— W zeszłym roku zrobiłam magisterkę z historii sztuki, a za dwa miesiące kończę dziennikarstwo. — Luna skrzywiła się na tę myśl, bo natychmiast przypomniała sobie, ile kasy musiała oddać uczelni. Przez całą tę akcję z ojcem Gabrieli zupełnie wyleciało jej to z głowy.
— Dlaczego wyrzucili cię z akademika?
— Bo powinnam była się wynieść już siedem miesięcy wcześniej.
— Och — odparła Gabriela, ewidentnie nie wiedząc, co więcej powiedzieć. — A Billy? Czym się zajmuje?
— Nie jestem pewna. Nie rozmawialiśmy od kilku lat, a teraz gdy spotkaliśmy się ponownie, nie zdążyliśmy nadrobić zaległości. — Luna spojrzała na nią wymownie.
Gabriela przechyliła lekko głowę.
— Przykro mi, że tak wyszło — powiedziała. Jak zwykle brzmiała szczerze i spokojnie, co tylko denerwowało Lunę bardziej. — Jakie są wasze mamy? Wiesz, chcę wiedzieć, czego się spodziewać. Rozumiem, że chcecie je zaskoczyć, więc trochę się martwię, jak mogą zareagować.
Przez chwilę Luna zastanawiała się, czy w ogóle na to odpowiedzieć. Nie miała ochoty myśleć ani rozmawiać o swojej mamie. Doszła jednak do wniosku, że pytanie jest uzasadnione.
— Nie mamy z nimi zbyt dobrych relacji. Od zawsze mamy im za złe to, co nam zrobiły. Chociaż nie mogę mówić za Billy’ego — westchnęła. — Moja matka jest nieszczęśliwą dewotką, zmiażdżoną przez przekonanie, że nad naszą rodziną ciąży klątwa. Teraz przynajmniej wiem, dlaczego tak myśli — dodała, zdając sobie sprawę, że jeśli to, co mówiła Gabriela, to prawda, szansa na bycie przeklętymi była całkiem spora. — Popadła w depresję, gdy byłam jeszcze nastolatką.
— To musiało być okropne.
Luna zmarszczyła brwi. Nie zamierzała zwierzać się obcej osobie. Nigdy nie powiedziałaby na głos tego, co skrycie myślała: że mama zachorowała po części z jej winy. Bo była nią tak rozczarowana. Bo nieustannie się kłóciły. Bo Luna nie była grzeczną dziewczynką.
— Ciotka Janet to inna para kaloszy. Jest walnięta na swój własny sposób. To zimna i mroczna kobieta, być może nawet lekko obłąkana. Kiedyś taka nie była. Chyba odbiło jej po całej tej historii. Ciągle stawiała tego swojego tarota i wygadywała różne brednie. Billy kompletnie przy niej wysiadał. To chyba przez nią jest taki dziwaczny.
— Nie zauważyłam, żeby był dziwaczny — uśmiechnęła się Gabriela.
— Może nie jesteś taka spostrzegawcza, jak ci się wydaje — odparła cierpko Luna.
— Czy one wciąż mieszkają razem? To trochę nietypowe.
Luna wzruszyła ramionami.
— Cóż, wygląda na to, że wspólna tajemnica połączyła ich żałosne życia na zawsze — powiedziała. — W liceum ktoś puścił plotkę, że nasze matki są parą i wszyscy uważali, że Billy jest moim bratem. Któregoś razu mama rozmawiała z jednym z moich nauczycieli i zapytał ją, jak miewa się jej żona. Właściwie nawet wolałam tą wersję, bo przynajmniej dawała logiczne wytłumaczenie, dlaczego dwie dorosłe kobiety mieszkają ze sobą i wychowują razem dwójkę dzieci. Byłoby lepiej, gdyby tak było.
Gabriela skinęła głową.
— Rozumiem. To faktycznie niecodzienna sytuacja.
— Ogarnąłem trochę sypialnię — powiedział Billy, który właśnie pojawił się na dole. — Mam nadzieję, że materac ci wystarczy. Położyłem czysty koc i poduszkę — dodał, odgarniając włosy z oczu.
— Jeżeli cię to pocieszy, ja też mam tylko materac — odezwała się Luna. — Ale jest całkiem wygodny.
— Materac w zupełności mi wystarczy — zapewniła Gabriela.
Billy zrobił jedną z tych swoich trudnych do zinterpretowania min. Miętosił rękami brzeg ciemnoniebieskiej bluzy, kiwając się lekko na nogach.
— Idę spać. — Luna zeskoczyła z wysokiego stołka i odstawiła talerz do zmywarki. — Od ponad doby nie zmrużyłam oka.
Gabriela także wstała i zaczęła składać naczynia.
— Zrobimy to rano — powiedziała Luna, ruszając w stronę schodów. — Chodź, pokażę ci, która to sypialnia Billy’ego.
*
Było w tym coś przewrotnego, że na swą ostoję samotności Billy wybrał właśnie farmę Hardstone’ów — miejsce, które jeszcze kilkanaście lat wcześniej tętniło życiem. Dom, w którym dorastał i w którym wbrew wszelkim okolicznościom mieszkał dziś, był wtedy wręcz przeludniony. Prócz siedmiorga członków rodziny przewijały się tam rozmaite postaci: pracownicy odwiedzający gabinet dziadka w celu omówienia jakichś spraw, sąsiadki, które kupowały jajka, mleko i owoce z farmy po znajomości, pan Hopkins, serdeczny przyjaciel dziadka, którego Billy widywał nieraz siedzącego w fotelu na parterze, pochylonego nad gazetą z fajką w ustach, a także plotkary z wiejskiej socjety, które odwiedzały mamę Billy’ego, by wypić drinka i pograć w karty.
Już jako chłopiec Billy nie przepadał za ludźmi, a jeśli musiał wybierać, to wolał towarzystwo dorosłych niż rówieśników. Miał jednego kolegę w szkole, ale nie przyjaźnił się z nikim z sąsiedztwa. Większość chłopców w jego wieku lubiła grać w piłkę (Billy uważał bieganie za czynność, którą należy wykonywać jedynie z absolutnej konieczności) albo urządzać zapasy, podczas gdy on nie przepadał za byciem dotykanym i wolał unikać upadków. Dziewczyny, jak Luna, zdawały mu się zbyt gadatliwe. Dlatego też Billy lubił spędzać czas z dziadkiem. A ponieważ był to człowiek pracowity i zajęty, chłopak podążał za nim jak cień, gdziekolwiek tamten szedł; razem doglądali bieżących spraw, a Noah wykorzystywał ten czas, by przekazać wnukowi jak najwięcej wiedzy.
— Któregoś dnia to wszystko będzie twoje — powiedział kiedyś.
Ciekawe, czy tak to sobie wyobrażał, pomyślał Billy z goryczą. Okrężną drogą, lecz spełnił wolę dziadka.
Czasami zastanawiał się, dlaczego jego mama tak nie lubiła teścia, ale teraz dotarło do niego, że być może była to reakcja zwrotna. Nie odnotował tego jako chłopiec, jednak w tej chwili pomyślał, że to dziadek nie przepadał za mamą. Nie potrafił sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek słyszał, by rozmawiali ze sobą tylko we dwoje, choćby o pogodzie.
Wpatrując się w sufit, Billy westchnął ciężko. Pamiętał, że kiedy jeszcze mieszkali wszyscy razem, Janet była dobrą matką. Chętnie mu czytała, pomagała odrabiać lekcje i była cierpliwa. Codziennie wieczorem przychodziła do jego pokoju, żeby powiedzieć mu dobranoc, nawet jeżeli miała gości. Czasami brała go na bagażnik swojego roweru i jechali do pobliskiego lasu na spacer albo na grzyby. Zazwyczaj po tym, jak pokłóciła się z tatą.
Po aferze z wyprowadzką wszystko się zmieniło.
Nie chciała już z nim rozmawiać, chyba że o jakichś pozbawionych znaczenia sprawach, jak zakupy czy szkoła. Kiedy próbował pytać o ojca lub dziadka, wyłączała się. Ucinała temat i przestawała reagować na jego słowa. Rozżalony i bezradny, Billy przestał się starać. I choć mieszkali pod tym samym dachem, stali się sobie niemal obcy. Studia i wyprowadzka przyniosły mu niewypowiedzianą ulgę.
Kiedy jakiś czas później powiedział matce, że zamierza odkupić farmę, przez kilka sekund stała pośrodku kuchni jak skamieniała, a jej i tak ciemne oczy zasnuł złowrogi cień. W końcu zamrugała długimi rzęsami i potrząsnęła głową w geście protestu.
— Nie pozwalam — syknęła (jak pomyślał wówczas Billy, głosem posłańca piekieł). Sprawiała wrażenie kompletnie wytrąconej z równowagi, jak gdyby usłyszała właśnie coś niewyobrażalnie obraźliwego.
— Cóż — odparł Billy. — Jestem pełnoletni. Nie masz tu nic do powiedzenia.
— Synu, nie chcesz tego. Ta ziemia jest przeklęta.
— Nigdy nie powiedziałaś mi, co tam się wydarzyło. Jeżeli nie ufasz mi na tyle, by się wytłumaczyć, nie jestem ci nic winien — powiedział, zaskoczony własną odwagą.
— Jeżeli to zrobisz, już nigdy się do ciebie nie odezwę. — Matka patrzyła mu prosto w oczy, jakby rzucała mu wyzwanie. Zielonkawa żyła na jej skroni pulsowała coraz mocniej.
Przez kilka sekund słychać było jedynie rytmiczne tykanie ściennego zegara.
— Niech więc tak będzie. — Billy zmarszczył brwi, skinął lekko głową i wyszedł z tego przesiąkniętego smutkiem mieszkania z postanowieniem, że żadna siła już nigdy nie zaciągnie go tam z powrotem.
*
Gabriela zgasiła światło w pokoju, ale zamiast położyć się i spróbować zasnąć, przysunęła krzesło do okna i usiadła. Patrzyła na otulony mrokiem sad i myślała.
Nigdy by się nie spodziewała, że spędzi noc w dziecięcej sypialni Billy’ego Hardstone’a.
Rzadkie chmury zasnuwały niebo, tylko od czasu do czasu odsłaniając jasną tarczę księżyca. Poskręcane, bezlistne gałęzie drzew wyglądały jak namalowane czarnym tuszem na szarym papierze i było w nich jakieś szczególne, ponure piękno, zupełnie jak w tych przerażających obrazkach malowanych przez pacjentów szpitala psychiatrycznego, które widziała w jednym z podręczników psychiatrii klinicznej.
Drzewa miały teraz słabą, srebrzystą aurę, która zlewała się z otoczeniem, i wydawały się odrobinę spokojniejsze niż wcześniej. Gabriela nie słyszała już ich wołania. Czuła, że są świadome jej obecności i że wzbudza ich ciekawość. Obserwowały ją (nie dosłownie, raczej pozazmysłowo) i czekały. Nie była pewna, na co. Zgodnie z prawdą powiedziała Billy’emu, że być może będzie umiała pomóc mu w przywróceniu sadu do życia, ale wciąż nie wiedziała, co właściwie należało zrobić. Miała nadzieję, że jak zwykle poprowadzi ją siła wyższa.
Jak wiele razy wcześniej, próbowała przypomnieć sobie twarz taty w jakimkolwiek wspomnieniu (bo miała wrażenie, że znała go tylko ze zdjęć), lecz wszystkie istotne detale rozmywały się bezlitośnie w jej pamięci — gdy widziała go po raz ostatni, miała tylko pięć lat. Krótkie, jasne włosy i wąsy, flanelowa koszula i ciężkie buty to wszystko, co widziała. Z łatwością przywoływała soczysty zapach jabłek, pamiętała muczenie krów za stodołą i bzyczenie pszczół, a nawet jak wysokie źdźbło trawy zacięło ją w gołą łydkę w upalny, letni dzień. Obawiała się jednak, że obraz taty w jej umyśle zamazał się na zawsze.
Inaczej było z mamą. Gabriela znała na pamięć każdą najdrobniejszą zmarszczkę na jej twarzy, każdą plamkę na skórze i żyłkę na dłoni; pamiętała miękkie brzmienie jej głosu, gdy się śmiała, i melancholijne spojrzenie, gdy popadała w zamyślenie.
Gabriela westchnęła i ponownie skoncentrowała się na drzewach. Oczyściła głowę z wszelkich myśli, odsuwając je, jakby były torującą drogę przeszkodą, i przez kilkanaście minut absorbowała otoczenie. Jedynym dźwiękiem, jaki słyszała, było dobiegające z zewnątrz pohukiwanie sowy.
Jej zmysły wyostrzyły się, oddech i rytm serca spowolniły, i Gabriela była obecna tu i teraz, a także wszędzie i kiedykolwiek. Czuła, jak sięgają w jej kierunku różne łaknące kontaktu źródła, ale nie przepuszczała ich przez swoją barierę, szukając tego jednego, konkretnego połączenia, przyzywając je całą sobą, oferując pomoc.
Zamknęła oczy, a gdy otworzyła je chwilę później, niemal podskoczyła w miejscu.
Niebo za oknem jaśniało błękitem, słońce wisiało wysoko nad horyzontem, a bujne, zielone korony drzew w sadzie pyszniły się dorodnymi owocami. Aż czuła pulsującą w nich życiową energię. Powietrze pachniało słodko i soczyście, trawa odrosła i również się zazieleniła, a zarośla, w których ukryła się wczoraj, zmieniły się w kwitnącą łąkę pełną polnych kwiatów. Brzęczenie owadów słychać było aż tutaj.
Nie rozumiejąc, co się dzieje, Gabriela zamrugała i nagle znów miała przed sobą utkany z czarnych, bezlistnych drzew sad pod osłoną nocy.
Żadna myśl nie przebiegała jej teraz przez głowę, jej umysł stał się próżnią. Poczuła, jak na krótką chwilę znikają wszystkie bariery i blokady. Jakieś długo zamknięte drzwi otworzyły się przed nią i usłyszała wyraźny przekaz; prośba nabrała kształtu, przyjęła formę słów.
Słowa te brzmiały: Wpuść światło.
*
Luna podniosła się na materacu do pozycji siedzącej. Oparła plecy o ścianę i potarła dłonią po zdrętwiałym policzku, starając się przywrócić krążenie. W pokoju panował półmrok poranka, niebo za oknem ukryło się za chmurami i zanosiło się na deszcz. Wyśmienita pogoda na rodzinną dramę, pomyślała.
Leżący na podłodze obok materaca smartfon zabrzęczał i Luna odblokowała wyświetlacz.
Hej, joł, gdzie się podziewasz? Jestem w akademiku, Cassie mówi, że cię wywalili.
Luna westchnęła.
Długa historia. Jestem na farmie u kuzyna.
Będę w mieście przez jakiś czas, musimy się koniecznie spotkać i zajarać jak za starych dobrych czasów.
Luna uśmiechnęła się pod nosem. Te stare, dobre czasy nie były aż tak dawno temu, dobiegły końca raptem dwa lata wcześniej, gdy Spoko Bobby obronił magisterkę i zamiast zacząć szukać pracy, wyruszył w podróż dookoła świata. Od tej pory widywali się tylko przez video-rozmowy, gdy raz na parę tygodni dzwonił do niej z innego zakątka planety.
Luna była na drugim roku, gdy poznała Bobby’ego; znajomy znajomego powiedział jej, że chłopak ma najlepszą trawkę w akademiku, poszła więc przekonać się, czy to prawda. Zaprzyjaźnili się właściwie natychmiast. Spoko Bobby’ego nie dało się nie lubić: był wyluzowany, nie uznawał kłótni i nigdy się nie stresował. Można z nim było gadać godzinami o wszystkim i o niczym, a do tego oferował dobre zioło w przystępnej cenie.
Koniecznie, ale dziś nie dam rady, odpisała. Odezwę się niedługo.
Zmarszczyła brwi i zwlokła się z materaca. Tak bardzo wolałaby spotkać się z Bobbym niż mierzyć się z tym, co ją dzisiaj czekało.
*
Gdy wsiadali do auta, niebo zasłaniały ciężkie chmury i pomimo że było południe, zrobiło się ciemno, jakby dzień dobiegał już końca. Luna obserwowała z niepokojem, jak drżące ręce Billy’ego zaciskają się na kierownicy; trzymał się jej kurczowo, jak gdyby od tego zależało całe jego życie. Od czasu do czasu zerkała w lusterku na siedzącą z tyłu Gabrielę, która wpatrywała się bez ruchu w krajobraz za szybą i milczała.
— Może trzeba było je uprzedzić? — zapytał nagle Billy, gdy wjechali do miasta. — Co, jeśli nie będzie ich w domu?
— Wiesz, jak wygląda ich życie. — Luna machnęła ręką. — Są na emeryturze.
Codzienność tych dwóch kobiet latami wyglądała tak samo: wstawały wcześnie rano, zazwyczaj koło szóstej. Udawały się do kuchni, by wypić kawę i przygotować śniadanie. Następnie szykowały się do wyjścia. Wychodziły razem o siódmej dziesięć, a gdy znalazły się na ulicy, rozchodziły się w przeciwnych kierunkach. Loretta szła na lewo, do osiedlowego sklepu, w którym pracowała przy obsłudze mięsa, a Janet na prawo, w kierunku centrum, do zakładu fryzjerskiego, gdzie była asystentką (co tak naprawdę oznaczało, że zamiatała obcięte włosy i dbała o czystość podłogi). Za zgodą szefowej, wróżyła też klientkom na zapleczu. Loretta wracała do domu wcześniej, z torbą zakupów w ręku, i brała się za robienie obiadu, z którym następnie czekała na powrót Janet. Czasami, gdy dopadały ją epizody, Loretta nie chodziła do pracy. Zostawała cały dzień w łóżku, wstając tylko do toalety, i nie gotowała.
Zazwyczaj spędzały wieczory oglądając telewizję i grając w karty. Bywało, że wypijały do tego butelkę wina. Teraz, gdy obie były na wczesnej emeryturze i nie miały żadnych odpowiedzialności, Luna wyobrażała sobie, że nie czekały już do wieczora ani z kartami, ani z alkoholem.
— Kiedy ostatnio rozmawialiście? — Gabriela odezwała się po raz pierwszy, odkąd ruszyli.
— Dzwoniłam do mamy w jej urodziny dwa miesiące temu — powiedziała Luna, patrząc na krople deszczu rozbijające się o szybę. Wjeżdżali właśnie na przedmieścia i mijali gmach podstawówki, do której chodzili z Billym. Pomimo że panował spory ruch, w szarym świetle kwietniowego południa ulica zdawała się nad wyraz ponura. Szeregowe kamienice pociemniały od deszczu, przejeżdżające auta chlapały na przechodniów wodą z kałuż powstających w zagłębieniach krzywej drogi, a pooblekani w przeciwdeszczowe kurtki i pochowani pod parasolami ludzie z pochylonymi głowami nie zwracali na siebie nawzajem uwagi.
— Ja nie rozmawiałem ze swoją od dwóch i pół roku — odezwał się cicho Billy, skręcając w lewo na światłach i wjeżdżając w boczną ulicę. — Wtedy kupiłem farmę.
Przez chwilę jechali w milczeniu. Po obu stronach drogi ciągnęły się rzędy wysokich kamienic, poprzyklejanych ciasno jedna do drugiej, opierających się o siebie pod dziwnymi kątami, które zdawały się nieraz zaprzeczać prawom fizyki; niektóre sprawiały wrażenie, jakby stały tylko dzięki temu, że wspierały się na sąsiednich budynkach. Z łatwością można było sobie wyobrazić, że popchnięcie jednej z kamienic na początku ulicy poskutkowałoby spektakularnym efektem domina i w rezultacie powaleniem całej dzielnicy.
Billy zwolnił i zaparkował przed wąskim, trzypiętrowym gmachem, do którego wejścia strzegła wysoka brama z drzwiami z odrapanego drewna. Wysiedli z auta i ruszyli w tamtą stronę.
— Wpuszczą nas? — zapytała Gabriela.
— Wciąż mam swój klucz — odparł Billy z kamienną twarzą.
Drzwi skrzypnęły przeciągle. Gdy znaleźli się na małym, zacienionym podwórku, Luna poczuła, jak adrenalina wzbiera w jej organizmie. Nie znosiła tego miejsca. Nie znosiła tej kamienicy i klatki schodowej, do której właśnie weszli. Śmierdziało tu grzybem i czuć było wilgoć w powietrzu.
W budynku nie było windy, wchodzili więc po trzeszczących, drewnianych schodach w milczeniu, wsłuchując się w głuche dudnienie własnych kroków.
*
Atmosfera panująca w kamienicy przytłoczyła Gabrielę niemal od razu, gdy przekroczyli bramę. Budynek niósł w sobie pamięć jeszcze sprzed czasów wojny i przesiąkały go losy wielu rodzin, które mieszkały tu, odkąd go postawiono.
Oddychała miarowo, starając się nie wchodzić w żadne energetyczne wiązania z tym miejscem.
Gdy weszli na drugie piętro, zatrzymali się w niewielkim holu z drewnianą podłogą, w której brakowało jednej deski. Na poczerniałej od grzyba ścianie, obok oprawionego w ramkę zdjęcia z panoramą miasta i gablotki z przeciwpożarowym wężem, wisiał metalowy krucyfiks.
Stojąc nieco z tyłu, Gabriela obserwowała, jak otaczająca Billy’ego słaba poświata blednie i staje się niemal niewidzialna. Dla odmiany, drobinki w powietrzu wokół Luny iskrzyły się jak małe ogniki, rozdrażnione i niecierpliwe. Jej aura, jeszcze chwilę temu niewidoczna, ujawniała się, zmieniając odcień z każdą kolejną chwilą.
— Mam zapukać? — zapytał Billy, drapiąc się po głowie.
— Puknij i od razu wchodzimy — odparła Luna z determinacją.
Gabriela skoncentrowała się. Za kilka chwil miała stanąć twarzą w twarz z kobietami, które znały prawdę o śmierci jej taty i latami ukrywały zbrodnię. Nie wiedziała, co powinna powiedzieć, ani jak zareagować. Nie miała odpowiednich słów. Pękało jej serce, kiedy myślała o tym, że sprawcy tego niewybaczalnego czynu nie ponieśli konsekwencji, ale przede wszystkim, że jej mama tak wiele przez to wycierpiała. Nie czuła nienawiści, jedynie bezbrzeżny smutek. Nie pragnęła zemsty, lecz sprawiedliwości.
Billy zapukał dwa razy i przekręcił klucz w drzwiach. Luna odsunęła go niecierpliwie i weszła do środka.
— Thelmo! Louise! — zawołała jadowicie. — To my!
Gabriela podążyła za nimi. W wyklejonym kwiecistą tapetą przedpokoju uderzył ją zapach czosnku i kawy. Na wieszaku przy wejściu wisiały dwa płaszcze i kapelusz, a na szafce leżała miska z kluczami. Na ścianie nie było żadnych zdjęć ani obrazków; zamiast tego przez cały hol ciągnęła się wąska, pomalowana na pudrowy róż rura grzewcza.
— Luna? — rozległ się zachrypnięty głos.
Gdy Luna i Billy stanęli w progu kuchni, zapadła pełna zaskoczenia cisza.
— Was też miło widzieć — uśmiechnęła się kąśliwie Luna.
Billy skinął w stronę Gabrieli, dając znak, aby podeszła.
Na jej widok obie kobiety zamarły.
— Pamiętacie córkę pana Bridgesa? — zapytała Luna.
Ciemnowłosa kobieta w czarnym golfie, Janet, jak domyśliła się Gabriela, patrzyła na nią, jakby zobaczyła samego diabła. Zbladła, cofnęła się o krok i opadła na krzesło przy stole, gdzie siedziała Loretta, na której twarzy niedowierzanie mieszało się z przerażeniem, a jej i tak zaczerwienione oczy zaszkliły się od łez.
Gabriela niemal skuliła się od nadmiaru emocji, które skrzyły w tej małej, zatęchłej kuchni.
Kobiety spojrzały na siebie, a krótka wymiana energetyczna między nimi nie umknęła uwadze Gabrieli. Zawsze zauważała takie rzeczy — ludzie, lub ludzie i zwierzęta (jak Billy i Rupert), których połączyły wspólne emocjonalne przeżycia, komunikowali się bez słów, nawet nie do końca zdając sobie z tego sprawę.
— Co tu robicie? — Janet zamrugała długimi rzęsami w beznadziejnej próbie zgrywania niewinnej.
Luna parsknęła z pogardą.
— Nie! — zawołała. — Dość tego! Przestańcie traktować nas jak durne dzieciaki.
— Zgadzam się. — Billy skrzyżował ręce na piersi. — Wszyscy jesteśmy dorośli. Dosyć kłamstw.
Loretta wbiła wzrok w stół, niezdolna spojrzeć Gabrieli w oczy. Owijał ją niewidoczny, lecz wyczuwalny kokon wstydu, żalu i poczucia winy, tak ciasny, że nie była się w stanie poruszyć. W przeciwieństwie do niej Janet pozwoliła już, by pierwszy szok przeminął, i z zaskakującą sprawnością przywołała się do równowagi. Jej twarz nie zdradzała żadnych emocji, przyjęła zupełnie neutralny wyraz. Gabriela odniosła też wrażenie, że kobieta świadomie ukryła przed nią swą aurę. Nic podobnego jej dotąd nie spotkało. Zaciekawiona, sięgnęła ku niej; Janet spojrzała na nią gwałtownie ciemnymi oczami, jakby coś poczuła. Przez chwilę świdrowała ją wzrokiem, ale żaden przekaz nie nastąpił.
— A więc wiecie — powiedziała, sięgając po leżącą na stole paczkę papierosów i odpalając jednego. Drugą ręką uchyliła wąskie okno i do pomieszczenia w końcu wpadło nieco świeżego powietrza.
— Czyli to prawda! — wrzasnęła Luna nieoczekiwanie głośno, przez co wszyscy zebrani podskoczyli. Wycelowała oskarżycielsko palec w stronę matki. — Jak mogłaś?!
Loretta nawet na nią nie spojrzała. Zgarbiła się jeszcze bardziej, a poprzetykane siwizną rzadkie włosy zasłoniły jej twarz.
— Naprawdę nie rozumiecie? — Janet wydmuchnęła dym w stronę okna. Choć starała się to ukryć, zaciśnięte na papierosie długie palce drżały widocznie. — Zrobiłyśmy, co musiałyśmy, żeby was chronić — powiedziała, po czym zwróciła się do Gabrieli: — Przykro mi, że to spotkało waszą rodzinę. Ale musiałyśmy dokonać wyboru. Wybrałyśmy dobro naszych dzieci.
Gabriela patrzyła na nią bez słowa.
— Powiedz, co się stało — zażądała Luna. Pochylała głowę i patrzyła na ciotkę spod ściągniętych brwi. Stojący obok Billy przestępował z nogi na nogę i wyglądał, jakby miał się rozpłakać.
Kobieta wzruszyła ramionami i zaciągnęła się papierosem.
— Nie wiemy, co dokładnie zaszło. Był późny wieczór. Loretta była na górze, a ja rozkładałam pasjansa na stole w pokoju. Steve i Edgar pili piwo z waszym dziadkiem przy kuchennym barze. Nagle ktoś zadudnił pięścią w drzwi i usłyszeliśmy wołanie Paula. Był kompletnie pijany — dodała, zerkając w stronę Gabrieli. — Noah powiedział, że pójdzie z nim pogadać. Wyszedł na werandę i próbował go uspokoić, ale Paul był coraz głośniejszy. Krzyczał coś o tajemnicach i jakieś wulgaryzmy, których połowy nie słyszałam. Edgar i Steve zaniepokoili się i poszli sprawdzić, co tam się działo. Usłyszałam, jak Paul krzyczy jeszcze głośniej. Wstałam i wyszłam do holu. Zobaczyłam, jak Steve spycha Paula z werandy i każe mu się wynosić. Paul upadł, ale jakoś się podniósł. Choć ledwo stał na nogach, zwinął rękę w pięść i zawołał: „Nie dopuszczę do tego! Zabraniam! Wszystko powiem!” Potem odwrócił się, ale chyba był tak pijany, że pomyliły mu się kierunki, bo zamiast w stronę bramy, poszedł w stronę sadu.
Billy zasłonił usta dłonią i wydał z siebie zdławiony dźwięk. Loretta zdawała się mniejsza niż chwilę temu, jakby opowieść szwagierki sprawiała, że się kurczyła.
— Zobaczyłam jak Noah, Steve i Edgar wymieniają spojrzenia. Widziałam, że wasz dziadek coś powiedział, ale nie słyszałam, co. To było jak komenda, zwięzłe polecenie. Steve skinął głową i pociągnął za łokieć Edgara. Od razu wiedziałam, że poszli za Paulem, więc wybiegłam na werandę, ale oni zniknęli już w mroku. Pobiegli w kierunku sadu. Noah usiadł na ławce i ukrył twarz w dłoniach. Mamrotał coś sam do siebie — dodała cicho. — Nie miałam pojęcia, co zamierzali wasi ojcowie, ale miałam bardzo złe przeczucia…
— Dlaczego nie zadzwoniłaś na policję? — zapytał Billy.
Matka spojrzała na niego, jakby nie rozumiała pytania.
— Przecież nie wiedziałam, co się dzieje! Myślisz, że spodziewałam się czegoś takiego?! Kiedy wrócili pół godziny później, powiedzieli, że Paul zniknął, że nigdzie go nie było.
— Jeżeli miałaś złe przeczucia, powinnaś była wezwać policję — powtórzył Billy.
— Mówię ci, że powiedzieli nam, że go nie znaleźli. Dopiero na drugi dzień po śniadaniu Noah wyszedł do sadu, wrócił po kilku minutach i powiedział do mnie: „Pilnuj, żeby dzieci zostały w domu. W sadzie jest trup”. I zadzwonił na policję. Podejrzewałam, że to był tylko teatrzyk, że Noah poszedł do sadu tylko po to, by pracownicy widzieli, jak wraca wezwać policję. Spojrzałam na Stevena i Edgara i widziałam to w ich twarzach. Zrozumiałam, co zrobili.
— I kiedy przyjechała policja, nic nie powiedziałaś? — jęknął Billy.
— Wydaje ci się to takie oczywiste, ale nie mogłam podać im na tacy waszych ojców i dziadka. — Janet spojrzała na niego z wyrzutem. — Nosimy to samo nazwisko, Billy! Musiałyśmy was chronić. Zamknęliby ich na długie lata, pewnie nawet na dożywocie. Zostalibyśmy rodziną morderców!
— Jesteście rodziną morderców! — wrzasnęła Luna, jakby sama nie należała do rodziny. — Tylko nikt o tym nie wie!
— Moja mama wiedziała — wtrąciła Gabriela niemal szeptem i wszyscy ucichli.
Janet spojrzała na nią jak porażona prądem.
— Pani Bridges próbowała się z wami kontaktować, ale unikałyście jej — powiedziała Luna z obrzydzoną miną.
— Dla każdej matki priorytetem jest jej własne dziecko — odparła Janet, kręcąc głową. — Noah był znaną i szanowaną osobistością w całym regionie. Gdyby to wyszło na jaw, mówiliby o tym w wiadomościach, pisaliby w gazetach. Wszyscy w waszej szkole by wiedzieli — powiedziała, patrząc Lunie prosto w oczy. — Zostalibyście dziećmi morderców! Już nigdy nie mielibyście normalnego życia! Nikt nie chciałby się z wami zadawać. Nie mielibyście przyjaciół! Sąsiedzi odwracaliby od was wzrok, a za plecami wytykaliby palcami. Powybijaliby nam szyby kamieniami!
Milcząca dotąd Loretta załkała głośno, jakby nie mogła dłużej powstrzymywać tłumionego szlochu.
— Nie mogłyśmy postąpić inaczej — wyszeptała. — Gdy zrozumiałam, co zrobili, nie mogłam na nich patrzeć! Ani na ojca, ani na brata, ani na męża… Nie chciałam mieć z nimi nic wspólnego! — dodała i przeżegnała się.
— Przeklęci głupcy! — wtrąciła Janet i ledwo zgasiła jednego, odpaliła kolejnego papierosa.
— Mamo — głos Billy’ego był ledwo słyszalny przez łkanie Loretty. — O jakim sekrecie mówił pan Bridges? Czego dowiedział się o dziadku?
Janet wzruszyła ramionami.
— Tego nie wiemy do dziś.
— Gdy chodziło o interesy, ojciec niczego nam nie mówił — wyjaśniła Loretta, patrząc na swoje splątane na kolanach dłonie. — Uważał, że kobiety nie nadają się do biznesu. Konsultował się tylko z Arthurem Hopkinsem i kilkoma starymi kolegami.
— A z tatą? — zapytał Billy.
— Dużo mu mówił, ale nie wiem, czy wszystko. Twój ojciec był prostakiem, a Noah nie był idiotą — powiedziała Janet chłodno.
Billy spojrzał na nią z wyrzutem, ale nic nie powiedział.
— Wciąż nie wierzę, że nam nie powiedziałyście — jęknęła Luna. — Mogę zrozumieć, że chroniłyście nas, kiedy byliśmy dziećmi, ale od lat jesteśmy dorośli. Gdybym wiedziała… Może nie byłabym na ciebie taka wściekła! — zwróciła się do matki. — Tęskniłam za człowiekiem, o którym nic nie wiedziałam! Może mówiąc mi prawdę, oszczędziłabyś mi lat cierpienia! I może nie miałabym do ciebie takiego żalu!
Aura Luny rozjarzyła się pomarańczowo-czerwonym światłem i powietrze wokół jej włosów drgało. Na jej policzkach pojawił się rumieniec, a brwi ściągnęła tak mocno, że wyglądało to wręcz boleśnie. Matka patrzyła na nią bez słowa, jej energia słaba i pasywna, ledwie odczuwalna.
W końcu Luna wydała z siebie zduszone warknięcie, obróciła się na pięcie i, potrącając Billy’ego ramieniem. Kilka sekund później usłyszeli trzaśnięcie drzwi.
Loretta spojrzała na Gabrielę.
— Przykro mi, że to spotkało twoją rodzinę, dziecko — wyszeptała, trąc palcami o kolana. — Nikt nie powinien przechodzić przez taką tragedię.
— Nie mogłyśmy postąpić inaczej — dodała jeszcze raz Janet.
Billy patrzył na nie z niedowierzaniem.
— Przez was uniknęli odpowiedzialności. Nigdy nie zostali ukarani. To niewybaczalne — powiedział i wskazał dłonią na Gabrielę. — Ona i jej rodzina zasługują na sprawiedliwość. Dziadek nie żyje, ale nasi ojcowie muszą za to zapłacić.
Loretta pokręciła lekko głową.
— Nie mamy pojęcia, gdzie są.
— Wiem, że nam nie wierzysz — wtrąciła jego mama — ale naprawdę nie utrzymywałyśmy z nimi żadnego kontaktu.
Billy spuścił głowę, pozwalając, by włosy zakryły mu oczy.
— Tak nie można — wymamrotał. — Tak po prostu nie można. Nie postąpiłyście słusznie. Chodź, Gabrielo — powiedział, odwracając się plecami do matki i ciotki. — Zanim przesiąkniemy panującą tu moralną zgnilizną.
Gdy wyszedł, Gabriela stała przez chwilę na środku kuchni, zastanawiając się nad właściwymi w tej sytuacji słowami.
— Przepraszam cię, dziecko — wyszeptała ponownie Loretta. — Tak strasznie mi przykro — dodała i znowu się rozpłakała.
Gabriela patrzyła na nią ze współczuciem. Janet paliła papierosa, patrząc w niebo za oknem. Sprawiała wrażenie niezłomnie trwającej w przekonaniu o słuszności swoich decyzji.
I nagle Gabriela usłyszała w głowie wskazówkę. Wpuść światło.
Nie mogła mówić w imieniu swojej mamy i siostry, ale mogła mówić za siebie.
— To nie wy skrzywdziłyście mojego ojca i choć trzymałyście zbrodnię w tajemnicy, wiem, że postąpiłyście tak, by chronić swoje dzieci przed życiem pełnym cierpienia. Wiem też, że zrzekłyście się majątku i porzuciłyście swój rodzinny dom. Wierzyłyście, że robicie, co należy. Widzę wasz ból — powiedziała. — I wybaczam wam.
Janet patrzyła na nią szeroko otwartymi oczami. Zamrugała szybko i otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale zaraz zamknęła je z powrotem. Loretta przyłożyła dłonie do twarzy i znów głośno zapłakała.
— Być może moja mama też znalazłaby w sobie przebaczenie, gdybyście z nią porozmawiały. Ale niestety na to jest już za późno.
Gabriela odwróciła się i wyszła. Idąc przedpokojem w kierunku drzwi, dotknęła różowej rury grzewczej biegnącej wzdłuż wytapetowanej ściany. Była zimna.
*
Gdy zatrzymali się pod akademikiem, Gabriela podała Billy’emu swój smartfon z otwartą listą kontaktów.
— Chcę pomóc ci z sadem — powiedziała.
Billy skinął głową i wpisał jej swój numer.
— To jeszcze nie koniec — obwieścił z zawziętą miną. — Nie możemy tak tego zostawić — dodał, oddając jej telefon. — Oni muszą za to zapłacić. Nie możemy przywrócić utraconego życia, ale możemy spróbować odnaleźć winnych.
— Billy… — zaczęła Luna, ale ucichła, gdy zobaczyła jego minę.
— Musimy chociaż spróbować — powiedział z naciskiem. — Musimy nakłonić matki, by zeznawały.
Luna westchnęła ze zmęczeniem. Naciągnęła kaptur bluzy na głowę i odwróciła się w drugą stronę.
— Dziękuję, Billy. — Gabriela uśmiechnęła się łagodnie. — Wszyscy mamy sporo do przemyślenia. Odezwę się za kilka dni — powiedziała, po czym wysiadła i odeszła w kierunku akademika.
Billy patrzył za nią przez chwilę, aż w końcu odpalił silnik i ruszyli w drogę powrotną, nie rozmawiając ze sobą aż do powrotu na farmę.
*
— Ja pierdolę — jęknęła Luna, łapiąc się za głowę. Nie zdejmując kurtki ani butów, siadła na wysokim stołku przy barze i ukryła twarz w dłoniach. — Ja pierdolę!
Billy poświęcił chwilę na czułe powitanie z Rupertem, po czym podszedł do kuchennej umywalki, namydlił ręce i spojrzał na kuzynkę przez ramię.
— Też nie mogę w to uwierzyć — powiedział.
— Okej. Okej. A może — Luna zadudniła palcami o blat — to wszystko to jedno wielkie nieporozumienie. Zastanów się. Przecież twoja mama tak naprawdę niczego nie widziała. Tylko tyle, że pijany Paul Bridges awanturował się pod drzwiami i że się pokłócili. I że sam poszedł do sadu, z własnej woli. Co, jeśli naprawdę to zrobił, a gdy nasi ojcowie go dogonili, było już za późno? Może niesłusznie ich oskarżamy.
— Gdyby tak było, powiedzieliby o tym mamie. I nie czekaliby do następnego dnia z zawiadomieniem policji. — Billy zakręcił wodę i starannie wytarł dłonie w ręcznik. — Sądzę, że potrzebowali czasu, żeby zadecydować, co zrobić. Postanowili przeczekać noc, żeby móc powiedzieć, że sądzili, że poszedł do domu. Dlatego udawali, że znaleźli go dopiero po śniadaniu.
Luna przeczesała palcami zmierzwione włosy.
— Ja pierdolę — powtórzyła. — Czy to się dzieje naprawdę? Przecież kiedyś byliśmy normalną rodziną.
— Ale czy na pewno? — mruknął Billy, a gdy spojrzała na niego pytająco, wyjaśnił: — Wiesz, to było tak dawno, że nasze wspomnienia mogły ulec zniekształceniu. Miałaś tylko dziewięć lat, a ja jedenaście, kiedy nasze życie przewróciło się do góry nogami i wszystko się zmieniło. Kto wie, czy pamiętamy to, co było przedtem, tak jak było naprawdę.
— To mnie przerasta. — Luna pokręciła głową i wstała. — Idę pod prysznic. Spróbuję zmyć z siebie odrazę, jaką napawa mnie każda myśl, którą mam teraz w głowie.
Billy odprowadził ją wzrokiem, aż zniknęła na schodach. Westchnąwszy, nakarmił Ruperta i zaparzył herbatę, po czym z filiżanką w ręku udał się do gabinetu.
Usiadł w fotelu za mahoniowym biurkiem i odchyliwszy się na oparciu, zamknął oczy. Nie był przygotowany na wydarzenia minionych trzech dni. Właściwie, czy na coś takiego można się w ogóle przygotować? Myśli i mrożące krew w żyłach obrazy nie dawały mu spokoju. Wciąż wyobrażał sobie martwego pana Bridgesa dyndającego na gałęzi w sadzie, jego wytrzeszczone oczy, grymas przerażenia zastygnięty na sinej twarzy. Billy nie mógł wyrzucić go z głowy. Z łatwością mógł poczuć ciężar lęku, który ogarniał człowieka w momencie, w którym zdawał sobie sprawę, że to koniec. I towarzyszącą temu dotkliwą, bezbrzeżną samotność.
Teraz, gdy siedział w gabinecie, który w dużej mierze wciąż wyglądał tak samo jak piętnaście lat temu, Billy zastanawiał się także nad momentem śmierci dziadka. Czy umierał z poczuciem winy, czy też czuł, podobnie jak matki, że zrobił to, co musiał? Czy ratowanie tego, co zdawało się najważniejsze, usprawiedliwiało bezlitosne uczynki wobec innych?
Z listu, który przekazał mu pan Hopkins, wiedział, że największym pragnieniem Noah było przekazać farmę wnukowi. Ta ziemia była dla niego wszystkim i chciał, aby pozostała w rodzinie. Dotąd Billy uważał, że dziadek zasługiwał na to, by jego ostatnia wolna została spełniona. Jednocześnie było to dla niego wygodne, bo życie na wsi odpowiadało mu bardziej niż w mieście. Na co dzień lubił być sam, choć w tej chwili musiał przyznać, że przydałby mu się ktoś, z kim mógłby pogadać. Nie ktoś taki jak Luna, kto tylko pogarszał sprawę swoim narwaniem.
Brakowało mu Bernadette. Od dawna nie miał nikogo, z kim mógłby porozmawiać i czuć się zrozumiany. Ale nie mógł do niej pisać. Z mediów społecznościowych wiedział, że kogoś miała. Nie znał człowieka. Na zdjęciach wyglądał na podstarzałego hipstera, chodził w swetrach w stylu retro i miał podwinięty na końcach, chudy wąs. Najwyraźniej prowadzili takie życie, o jakim marzyła Bernie: codziennie inna restauracja, bankiet, premiera, wystawa. Wyśniony koszmar Billy’ego.
Popijając herbatę, uruchomił leżący na biurku laptop i zalogował się do aplikacji śledzącej jego inwestycje. Wszystkie akcje pięły się, jak należy. W skrzynce odbiorczej znajdowała się też notatka od Chenga, chłopaka, który obracał dla niego pieniędzmi (zawierała szereg entuzjastycznych emotek, łącznie z sugerującym erekcję bakłażanem przy załączonym wykresie wzrostu). Billy odesłał mu kciuk w górę i zamknął klapę laptopa.
Zazwyczaj gdy dopadał go nadmierny stres, brał którąś z książek i siadał na skórzanej sofie dziadka, by czytać. To była sprawdzona metoda, która pomagała mu oderwać się od przytłaczającej rzeczywistości. Przeważnie czuł się lepiej już po kilku stronach, nawet jeżeli książka nie była porywająca; chodziło o przeniesienie się do innego świata bez konieczności opuszczania tego, w którym naprawdę się znajdował. Teraz miał jednak wrażenie, że to nie zadziała. Sprawa była zbyt poważna, za duża, by odłożyć ją na bok i udawać, że nie było tematu.
Billy patrzył na stojącą obok regału z książkami sofę i nie wydawała mu się już tak przytulnym, bezpiecznym kątem, idealnym, by odciąć się od świata. Był to bowiem kąt, w którym latami wypoczywał człowiek, który bezwzględnie skazał kogoś na śmierć.
Billy poczuł, jak dreszcz przebiega mu po plecach. Wzdrygnął się i sięgnął po herbatę. Przez kilka chwil wsłuchiwał się w ciszę, aż zdał sobie sprawę, że jego oddech przyspiesza bez kontroli. Serce zabiło mu mocniej i poczuł, jak zimny pot wstępuje mu na czoło. Odstawił filiżankę.
— Rupert! — zawołał w kierunku uchylonych drzwi i bernardyn wpadł z impetem do pokoju. — Chodź do mnie — wydyszał Billy pomiędzy rwanymi oddechami.
Wstał z fotela i uklęknął na grubym dywanie, pozwalając olbrzymowi polizać się po twarzy, następnie objął go ramionami i wtulił się całym sobą w jego ciepłe, silne ciało. Był miękki i miły w dotyku, i z każdym głaśnięciem oddech Billy’ego uspokajał się. Ściskał Ruperta przez kilka minut, aż atak paniki ustąpił.
Podrapał kudłacza za uchem i pocałował go w czubek nosa.
— Dziękuję, przyjacielu — powiedział, wstając.
W tym momencie w drzwiach pojawiła się Luna.
— Wszystko w porządku? — zapytała, poprawiając turban z ręcznika. Miała na sobie białą koszulkę z nadrukiem czarnego kota i kraciaste spodnie od piżamy. — Hej — dodała, wskazując na wiszącą na ścianie dubeltówkę. — Zapomniałam o to zapytać. Dlaczego nie pozbyłeś się tego zabytku? Myślałam, że nie znosisz broni. I od kiedy umiesz obsługiwać taki sprzęt? — Luna obeszła biurko i zbliżyła się do ściany. — Byłam w szoku, że umiesz ją przeładować.
— Mieszkam sam na farmie — odparł Billy urażonym tonem. — Muszę umieć się bronić. Dałem ją do odrestaurowania jednemu facetowi, więc przy okazji nauczył mnie obsługi. Powiedział, że wygląda na to, że nie została jeszcze nigdy użyta.
— No to lepiej żeby tak zostało. Ale by było, jakbyś postrzelił Gabrielę… — Luna pokręciła głową, przytrzymując zsuwający się ręcznik.
— To nie jest śmieszne.
— A czy ja się śmieję? — zapytała. — Słuchaj, o co chodzi z tym gabinetem? Dlaczego wygląda tak samo?
— Pamiętasz pana Morrisa? To on kupił ziemię po śmierci dziadka. Znali się od lat i wygląda na to, że ponieważ nie potrzebował tego pokoju na swój użytek, postanowił uhonorować w ten sposób dziadka. Powiedział mi, że gabinet podobał mu się taki, jaki był, więc po prostu go zostawił.
— Trochę to dziwne — mruknęła Luna, podchodząc do regału z książkami. — Jakiś przesądny ten Morris? Zaraz — odwróciła się nagle w jego stronę. — Chyba nie powiesz mi, że dziadek umarł w tym pokoju?
— Nie. Podobno ogrodnik znalazł go niedaleko sadu.
— Och. Skąd to wiesz?
— Od pana Hopkinsa — odparł Billy, spuszczając wzrok.
— Tego kolegi dziadka? Rozmawiałam z nim przez telefon parę lat temu.
— Mhm — potwierdził. — Spotkałem się z nim, gdy przeczytałem w gazecie o pogrzebie.
Luna spojrzała na niego z uwagą.
— Nie wspominałeś mi o tym.
— Nie było o czym. Chciałem dowiedzieć się, jak umarł dziadek, bo nigdzie nie było napisane. Zapytałem go też o ojca — przyznał cicho.
— I co ci powiedział?
Billy spojrzał na nią ponuro.
— Że nie widział go od lat. Ani twojego — dodał, widząc pytanie w jej oczach.
Luna podrapała się po głowie.
— Powiedział mi to samo. Wiesz, co jest dziwne? Ten policyjny detektyw mówił, że ostatni przelew dla mojego starego miał miejsce na kilka miesięcy przed śmiercią dziadka, ale Hopkins twierdził, że ojciec nie mieszkał na farmie już co najmniej od trzech lat.
— Powiedział mi też, że nie było go na pogrzebie — głos Billy’ego był ledwie słyszalny. — Mojego też nie.
— To posrane — stwierdziła Luna, ponownie przenosząc uwagę na regał z książkami. — To wszystko twoje czy dziadka?
— Mieszanka — odparł. — Te na górnych półkach były dziadka, a reszta jest moja.
— Masz Rodzinę według Ziemian i Lęk przed Istnieniem Williama Penrose’a? — Luna spojrzała na niego wytrzeszczonymi oczami. — To totalnie jedne z moich ulubionych książek z ostatnich lat! To znaczy, są pojechane, ale właśnie dlatego tak mi się podobały. Zwłaszcza Rodzina… Jakbym czytała o własnym życiu!
Billy poczuł, jak serce podchodzi mu do gardła. Po palącym uczuciu w policzkach domyślił się, że się zarumienił.
— No popatrz — wydukał, nie wiedząc, gdzie podziać wzrok.
— Co jest? — zapytała Luna podejrzliwym tonem. — Gorąco ci się zrobiło? Jesteś cały czerwony.
— Nie, tego… — Billy otarł pot ze skroni i zaśmiał się nerwowo. — Duszno tu. Chodźmy do kuchni, zjemy coś — powiedział, wstając z fotela.
— Mogę pożyczyć? — Luna sięgnęła po pierwszy z dwóch tomów. — Poczytam sobie przed snem.
— Jasne, jak sobie chcesz. — Billy odchrząknął i wyszedł, Rupert tuż za nim.
— Co za dziwoląg — mruknęła Luna pod nosem, zdejmując książkę z półki.
*
Wychodząc z gabinetu, Luna położyła książkę na stopniu schodów i dołączyła do kuzyna w kuchni.
— Co powiesz na mrożoną pizzę? — zapytał Billy, przerzucając zawartość zamrażarki.
— Pod warunkiem, że najpierw ją upieczemy — odparła, włączając czerwony piekarnik w stylu retro (który zresztą kosztował kupę kasy, widziała takie w katalogu). — Masz jakiś alkohol oprócz tej trutki na szczury?
Billy pokręcił głową.
— No trudno — westchnęła Luna. — Nie jestem szczurem, to może się nie otruję — dodała z głupkowatym uśmiechem. Sięgnęła do szafki i wyciągnęła napoczętą butelkę. — Chcesz?
— Raczej nie. Faktycznie nie jest zbyt dobra — przyznał Billy i też się uśmiechnął.
— Cóż, może następnym razem wyjdzie ci lepsza — powiedziała dobrodusznie. — Tymczasem nie ma co marnować! — zawołała, nalewając sobie do pełna i od razu wypijając połowę.
Billy włożył pizzę do piekarnika i usiadł przy barze naprzeciwko Luny. Oparł się na łokciach i pogładził po włosach. Miał podkrążone oczy, dziwnie zbłąkany wzrok i sprawiał wrażenie zagubionego.
— Kojarzysz ten fragment z Rodziny według Ziemian, w którym bohater zdaje sobie sprawę, że nie miał na nic wpływu w całym swoim życiu? Że wszystko, co mu się przydarzało, ostatecznie było echem decyzji innych ludzi? — zapytała Luna.
Billy spojrzał na nią niepewnie.
— Kojarzę.
— Przecież to mogłoby być o nas! — zawołała Luna, kręcąc głową z niedowierzaniem. Ręcznik znów zsunął się jej na ramiona, więc zdjęła go i zawiesiła na stołku obok. — Kiedy czytałam ten akapit, normalnie miałam dreszcze. Jakby ktoś pozbierał wszystkie moje myśli, uporządkował i ułożył w słowa!
— Pewnie wielu ludzi ma podobne odczucia — powiedział Billy, zerkając w kierunku piekarnika. — Wszyscy czasami czujemy, jakbyśmy nie mieli na nic wpływu.
— Główny bohater przyleciał na Ziemię i przyjął postać niemowlęcia, by obserwować przebieg cyklu życiowego ziemskiej rodziny. Nawet nie zauważył, kiedy stał się pasywną postacią we własnej historii, jakby istniał wyznaczony dla niego tor, jedyny, po którym mógł się poruszać. Przyjmował wszystko, co go spotykało, jak gdyby to było przesądzone. Aż w końcu któregoś dnia doznał olśnienia: przecież był jebanym kosmitą! Nie musiał tego znosić! — Luna roześmiała się i jej twarz rozpogodziła się pierwszy raz od kilku dni.
Billy uśmiechnął się niemrawo.
— No weź! — Luna pacnęła go w ramię. — Przecież możemy się trochę pośmiać.
— Nie mogę przestać myśleć o panu Bridgesie. — Billy skulił się i objął rękami w pasie. — Wciąż to sobie wyobrażam.
Uśmiech spełzł z twarzy Luny równie szybko, jak się pojawił. Westchnęła i łyknęła nalewki.
— Co właściwie chcesz zrobić?
— Nie wiem. Powinniśmy chyba pójść na policję.
— Ale co to zmieni? To zamknięta sprawa sprzed piętnastu lat. Winni zniknęli, a pani Bridges umarła. Nie mamy wystarczających dowodów, tylko opowieść twojej mamy, która tak naprawdę niczego nie widziała. — Luna wzruszyła ramionami.
— A Gabriela i jej siostra?
— Jej siostra chyba zaakceptowała wersję policji, a nawet jeśli nie, to najwyraźniej nie chce się już w tym babrać. A Gabriela nie sprawia wrażenia, jakby zależało jej na bieganiu po komisariatach. Wydaje mi się, że z jakichś pokrętnych powodów interesują ją tylko te martwe drzewa. Szczerze mówiąc — Luna zmrużyła powieki i podrapała się po podbródku — bardziej mnie ciekawi, co takiego odkrył Paul na temat dziadka.
Billy wstał i pochylił się nad piekarnikiem. Otworzył go i ostrożnie przełożył pizzę na drewnianą deskę.
— Też mnie to frustruje — przyznał, krojąc pizzę na kawałki. Położył deskę na blacie przed kuzynką i ponownie zajął miejsce. — Nie wyobrażam sobie, co mogłoby skłonić ich do takiej decyzji. Jaki sekret był dla nich warty życia tego człowieka?
— Nie sądzisz, że to wyglądało na szybką decyzję? Twoja mama powiedziała, że dziadek rzucił tylko słowo, a nasi starzy polecieli bez namysłu. To jest poważnie powalone. Jakby byli jakąś mafią…
Billy spojrzał na nią znad kawałka pizzy.
— Jeżeli nasza rodzina była wmieszana w jakąś szemraną działalność, to przecież ktoś musiał coś wiedzieć.
— Na przykład Paul Bridges? — podsunęła Luna, unosząc brew.
— Okej, ale Paul najwyraźniej nie popierał tego, co robił dziadek, cokolwiek to było. Mam na myśli, że jeżeli faktycznie działoby się coś grubego, to mało prawdopodobne, by nie było w to zaangażowanych innych ludzi. A co, jeśli było więcej ofiar, o których nic nie wiemy?
— Nie zapominajmy, że dziadek miał wielu wspólników, partnerów i pracowników od różnych spraw. Prowadził dochodowy interes. Miał chyba dużo kasy, nie? Po co miałby się bawić w jakieś śmierdzące biznesy? — Luna wciągnęła pepperoni jednym ruchem języka i zamlaskała. — Coś tu się nie trzyma kupy.