E-book
36
drukowana A5
50.95
Cienie nie znikają

Bezpłatny fragment - Cienie nie znikają


5
Objętość:
231 str.
ISBN:
978-83-8440-472-0
E-book
za 36
drukowana A5
za 50.95

Cienie nie znikają

Historia słynnego detektywa Leo Smitha, który po niewyjaśnionej śmierci ojca postanowił wstąpić do policji. Sprawa, która miała zostać zapomniana, stała się początkiem śledztwa sięgającego znacznie głębiej, niż ktokolwiek przypuszczał.

Londyn to miasto skąpane w deszczu, pełne dymu papierosowego i niedopowiedzianych tajemnic. W świecie, w którym prawda często bywa niewygodna, a milczenie cenniejsze niż zeznania, Leo Smith rozpoczyna własne dochodzenie — balansując na granicy prawa i obsesji.

Każdy odkryty trop prowadzi do kolejnych pytań, a przeszłość jego ojca okazuje się znacznie mroczniejsza, niż Leo był gotów zaakceptować. Im bliżej prawdy, tym wyraźniej widać, że niektóre sekrety nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego.

To opowieść o lojalności, winie i cenie, jaką trzeba zapłacić za prawdę. O mieście, które nie wybacza błędów. I o detektywie, dla którego ta sprawa jest czymś więcej niż kolejnym śledztwem — jest osobistą walką z przeszłością.

ROZDZIAŁ 1

Londyn — 1974

Londyn zawsze pachniał deszczem, ale tamtego poranka zapach był cięższy niż zwykle. Jakby miasto wiedziało, że coś się skończyło. Krople uderzały o chodnik przy Holloway Road, rozmazując światła latarni i odbijając się od czarnych parasoli ludzi, którzy przyszli pożegnać mojego ojca. Stałem trochę z boku, z rękami w kieszeniach płaszcza, patrząc, jak trumna powoli znika pod ziemią. Widok ojca leżącego w trumnie był jeszcze gorszy, wiedząc że nie była to przypadkowa śmierć. Oficjalnie był to wypadek. Nieszczęśliwy zbieg okoliczności.

Tak przynajmniej twierdziła policja. Ojciec został potrącony przez autobus, znaleziony przypadkiem, nikt nie poinformował szpitala ani nie chciał mu pomóc. Sprawa zamknięta szybciej, niż zdążyłem zadać pierwsze pytanie. Zbyt szybko. Nie dawało mi to spokoju, dlaczego policja zamknęła tak szybko śledztwo? Wiedzą coś o czym ja nie wiem? Może nie chcą czegoś mówić. Może boją się prowadzić dalej sprawy? Czyżby ojciec był w coś zamieszany i policja woli się w to nie mieszać? Tyle pytań, brak odpowiedzi…

Nie daje mi to spokoju. Nie byliśmy sobie bliscy. Przynajmniej tak lubiłem o tym myśleć. Ojciec zawsze trzymał dystans — zarówno ode mnie, jak i od świata. Nigdy nigdzie mnie nie zabierał, jedynie na ryby których nienawidziłem, a on kochał. Mógł siedzieć w ciszy, w spokoju i nikt mu nie przeszkadzał. Był to jego dom w którym mógł być sobą, nie musiał udawać nikogo. Ojciec był małomówny, zamknięty w sobie, z oczami, które zdawały się widzieć więcej, niż zdradzały słowa. Dopiero po jego śmierci zacząłem się zastanawiać, ile tak naprawdę o nim nie wiedziałem. Ojciec się zmienił po śmierci matki — tak opowiadał mi wujek. Wcześniej był niesamowicie otwartym człowiekiem, zawsze uśmiechniętym, pomocnym.

Matka chorowała. Najpierw były tylko omdlenia i długie noce spędzane w łóżku. Potem szpitale, zapach środków dezynfekcyjnych i szeptane rozmowy dorosłych. Zmarła, gdy miałem cztery lata. Pamiętam jej zimne dłonie i cichy kaszel, który budził mnie w nocy. Dorośli mówili, że “wszystko będzie dobrze”, ale ich twarze mówiły coś innego. Wieczorami siedziała przy moim łóżku, czytając mi bajki, mimo że jej głos często drżał, a ręce były słabe od leków. Nikt w domu nie mówił wprost o tym, co się z nią dzieje, ale ja wyczuwałem, że coś jest nie tak. Lekarze zmieniali diagnozy jak rękawiczki, a ona zawsze kiwała głową uśmiechając się do mnie, jakby chciała mnie ochronić przed światem którego sama coraz mniej rozumiała. Lekarze rozpoznali u niej nowotwór. Początkowo wydawało się, że da się go opanować, ale z czasem leczenie stawało się coraz bardziej wyniszczające. Przyjmowała chemioterapię, traciła siły, włosy, czasem apetyt. To są moje wspomnienia z życia matki — fragmenty codzienności, które mimo choroby pozostawiły w mojej pamięci ciepło i troskę — ciche, zwyczajne, a jednak niezapomniane.

Pomimo choroby matki to zawsze była dla mnie ciepła i troskliwa, jakby choroba nigdy jej nie dotyczyła. Dbała o mnie, chroniła mnie przed strachem, którego sama miała coraz więcej.

Po pogrzebie wróciłem do jego mieszkania. Niewielkie, schludne, niemal sterylne. Wszystko na swoim miejscu — za bardzo na swoim miejscu. Przeszukałem szuflady, półki, segregatory. Nic. Zaparzyłem herbatę, usiadłem przy kominku w którym było widać tylko popiół, resztki historii którą po sobie zostawił. Ułożyłem drewno w trójkąt, pod spód dałem kilka kartek papieru — tak jak ojciec mnie uczył. Po chwili zaczęło się palić w kominku. Ciepło uderzało mi o twarz. Było to przyjemne uczucie, pogoda w Londynie nie rozpieszczała. Siedziałem tak dobre dwadzieścia minut, patrząc się w ogień i słuchając odgłosów strzelania drewna. Było to niezwykle relaksujące. Herbata zrobiła się zimna, postanowiłem zaparzyć nową.

W międzyczasie postanowiłem przeszukać mieszkanie jeszcze raz.


Przeszukałem jeszcze raz wszystkie szuflady, półki i dalej nic. Aż do momentu, gdy zauważyłem starą kopertę wsuniętą za szafkę na dokumenty. Od razu zaciekawiła mnie ta koperta. Podszedłem niepewnie i wziąłem ją do ręki. Wydawała się dziwna. Bez adresu. Bez nazwiska. Otworzyłem ją, w środku tylko kartka i jedno zdanie zapisane drżącą ręką: Jeśli coś mi się stanie, nie ufaj policji.

W jednym momencie zamarłem.

Z transu wybił mnie odgłos gotującej się wody w czajniku. Szybko wyłączyłem wodę. Wróciłem do pokoju i usiadłem ciężko na krześle. Serce zaczęło bić szybciej. To nie były słowa człowieka, który spodziewa się zwykłego wypadku.

Zacząłem przeszukiwać jego biuro, myślałem że znajdę coś co pomoże mi zrozumieć co się stało. Dlaczego zginął, dlaczego o niczym mi nie mówił. Szukałem jakiejkolwiek wskazówki.

Leo, Leo! — usłyszałem echo obijające się o ściany w kamienicy w której mieszkał ojciec.

Był to głos wujka Williama. Nigdy nie byli ze sobą blisko. Ojciec zawsze był tym bardziej ułożonym. Od zawsze musiał pilnować młodszego brata i wyciągać go z tarapatów.

Opowiadał mi kiedyś, jak zorganizowali ognisko nad jeziorem w ich rodzinnej wsi. Na ognisku mieli być tylko absolwenci.

Cygara, alkohol, muzyka — impreza do samego rana.

Moja babcia kazała wziąć ze sobą Williama, niespełna piętnastoletniego młodszego brata. Ojciec wzbraniał się od wzięcia ze sobą Williama, ale koniec końców musiał się nim zaopiekować. Babcia i dziadek szli na nocną zmianę do pracy.

Ognisko rozpoczęło się spokojnie. Ojciec niezbyt przejmował się tym co robi brat. Uważał, że nie jest jego opiekunem i jest na tyle dorosły, że może zająć się sobą sam.

To był błąd. William zaczął imprezować ze znajomymi ojca. Wypił kilka kolejek whisky i wskoczył do jeziora. Nigdy nie był dobrym pływakiem, a alkohol mu w tym nie pomagał.

Nagle zrobił się chaos. Każdy zaczął krzyczeć. Starszy brat zorientował się o co chodzi i wskoczył za Williamem do wody.

Wyłowił go i od razu posadził obok ogniska żeby się ogrzał. Podobno strasznie się zdenerwował ojciec na zachowanie młodszego brata, ale William przepraszał go za to długi czas.

Było pełno takich historii.

Wujek William wszedł do mieszkania ojca. Jak zawsze był nietrzeźwy. To był jeden z powodów dla których ojciec nie miał z nim dobrego kontaktu. — O, tu jesteś. Wszyscy cię szukają — wymamrotał, jego głos zdradzał, że wypił za dużo.


Schowałem szybko do kieszeni płaszcza kartkę, którą zostawił ojciec.

— Chodź ze mną, stypa się już rozpoczęła — powiedział z wyraźnie zadowoloną miną opierając się niepewnie o krzesło, na którym siedziałem przed chwilą.

— Już się ubieram — odpowiedziałem, wiedząc jak będzie wyglądała ta impreza.


Wyruszyliśmy w podróż do restauracji. Na szczęście było to tylko kilka minut pieszo. Wujek ledwo utrzymywał się na nogach, musiał coś wypić zanim postanowił, że to on przyjdzie po mnie.

Długo szliśmy w ciszy. Usłyszeć się dało tylko pijacki bełkot i nuconą przez niego piosenkę:

„To moja piosenka, nie wiem, czy jest dobra…” — z trudem przypominał słowa, jakby tylko pół-pamiętał melodię sprzed lat.


— Poczekaj! Zapalimy — wyjął papierosy z kieszeni. Rozmoknięte, pogniecione. Łamiące się wpół a jednak był w stanie je odpalić. Wyciągnął rękę w moją stronę i zapytał czy zapalę. Paliłem papierosa po raz pierwszy. Wziąłem go do ręki i od razu poczułem coś znajomego — zapach dymu przypominał mi ojca, jego długie wieczory i ciche rozmowy przy oknie. Zaciągnąłem się niepewnie. Gorzki smak w gardle, ciepło rozchodzące się w piersiach, lekki kaszel, a potem ulga. Ulga i spokój, jakby w tym jednym małym dymku było całe dzieciństwo i wspomnienie ojca. Trzymałem papierosa między palcami, powoli podnosiłem go do ust, obserwując, jak ogień topi koniec tytoniu, a szary dym wiruje w powietrzu. Czułem, że coś we mnie się uspokaja — wreszcie mogłem na chwilę przestać myśleć o wszystkim, co bolało. I w tej ciszy, przerywanej tylko oddechem i trzaskiem papierosa, nagle uderzyło mnie, jak bardzo tego wszystkiego brakowało. Ojciec i jego obecność, które były dla mnie kiedyś pewnikiem, teraz istniały tylko w zapachu dymu i tej dziwnej ulgi w piersi. Paliłem powoli, jakby każdy wdech mógł zatrzymać czas, utrzymać wspomnienie przy życiu. Nie wiedziałem wtedy, że właśnie w tym prostym geście — w ciepłym płomieniu i szarym dymie — odkrywam coś nowego o sobie: że tęsknota może być też spokojem, że pamięć może przychodzić w najbardziej nieoczekiwanych formach, i że czasem ulga przychodzi z najprostszych rzeczy, nawet z papierosa, który wziąłem do ręki tylko po to, by poczuć ojca jeszcze raz.


Już spaliliśmy papierosy, a cienie ulicy zdawały się przeciągać w nieskończoność. Wujek kołysał się na nogach, próbując iść prosto, ale ulica była krzywa, a on sam jakby zapomniał, że w ogóle ma nogi.

— No, młody — bełkotał, uderzając mnie lekko w ramię — czy ty wiesz, jak to jest stracić kogoś?

Zawahałem się. Chciałem powiedzieć coś mądrego, a wyszło tylko:

— Tak… chyba tak.

Wujek kiwnął głową, jakby przyznał mi rację, choć sam chyba nie wiedział, o co chodzi.

— Wiesz, twój ojciec… — mruknął, z trudem ustawiając nogi — to był twardy facet. Ale ty… ty masz w sobie coś z niego, wiesz? Nie daj sobie wmówić, że jesteś sam.


Słowa były jak alkohol w żyłach — gorzkie, a jednak nagle rozgrzewające. Szliśmy dalej, w ciszy, którą przerywało jedynie nasze potknięcie o nierówne krawężniki i ciche mlaskanie wujka. Mimo chaosu czułem dziwną ulgę. Nagle nie musiałem nic udawać. Mógł być pijany, mógł gadać głupoty, a ja i tak rozumiałem jego przekaz: pamięć o ojcu była ze mną, wciąż żywa, nawet jeśli świat wokół walił się w szwach.


— Wiesz — odezwałem się wreszcie — to dziwne, ale pierwszy papieros… przypomniał mi go.


Wujek popatrzył na mnie przez chwilę, potem uśmiechnął się krzywo: — No to trzymasz w sobie ojca, młody. Tylko nie zapomnij, że życie idzie dalej. A stypa… cóż, stypa czeka. I tak szliśmy dalej, jeden pijany, drugi trzymający w dłoni wspomnienia, wciąż starając się nie przewrócić na krawężniku życia.


Dotarliśmy w końcu do restauracji. Drzwi były uchylone, z korytarza unosił się ciężki zapach wina, papierosów i kwiatów, które już zaczynały więdnąć. Ludzie siedzieli w milczeniu, albo rozmawiali cicho, jakby słowa same ważyły więcej niż zwykle.

— Wchodźcie, wchodźcie! — krzyknęła ciotka, starając się uśmiechnąć. Wujek potknął się o próg i złapał mnie za ramię, jakby potrzebował wsparcia bardziej niż ja.


Usiedliśmy na końcu stołu. Wujek od razu sięgnął po kieliszek, nie patrząc, co wlewa. Ja wziąłem mały łyk wina, które smakowało jak rozpuszczone kartki papieru. Cisza była długa, napięta. Ludzie patrzyli na siebie z pewną rezerwą, wymieniając milczeniem coś, co można by nazwać pamięcią.

— Pamiętam, jak twój ojciec… — zaczął ktoś z dalszego kąta, a wujek przerwał mu głosem przeciągłym od alkoholu:

— Spokojnie, spokojnie. To nie pogrzeb, chociaż prawie. Wiesz młody, życie to jednak śmieszna rzecz — śmiech, łzy, i papieros, który pali się pierwszy raz.


Odwróciłem wzrok, przypominając sobie nasz papieros na ulicy. Wujek, choć pijany, patrzył na mnie z uśmiechem, który był dziwnie czuły, jakby mówił: „wiem, co czujesz, i nie jesteś sam”. Poczułem jego wsparcie, chociaż wyraził je w dziwny sposób. W sposób którego się nie spodziewa nikt.

— Młody — szepnął, przechylając kieliszek — pamiętaj jedno: ojciec był twardy, ale nie więcej niż ty. I jeśli chcesz przeżyć tę stypę w jednym kawałku, lepiej trzymaj się z dala od niektórych ludzi… i ich żalu.


Zapytałem go, o co dokładnie chodzi, ale w odpowiedzi tylko uśmiechnął się pod nosem i wziął kolejny łyk. Wtedy poczułem coś dziwnego — jakby w tej całej dziwnej mieszance żałoby, alkoholu i papierosowego wspomnienia ojca, pojawiła się chwila spokoju. Chwila, w której można było po prostu być, nie udawać, nie próbować nikogo pocieszać ani niczego rozumieć.

I tak siedzieliśmy obok siebie — pijany wujek, młody ja, wśród szeptów i spojrzeń innych ludzi — a stypa toczyła się dalej, jakby każdy oddech był testem wytrzymałości. Stypa wyglądała tak jak przypuszczałem. Wszędzie pijane, uśmiechnięte twarze, które przyszły tu w jednym celu. Napić się. A ja wiedziałem jedno: pierwszy papieros był początkiem czegoś, co pozwalało mi pamiętać ojca i jednocześnie iść dalej, nawet gdy świat wokół walił się cicho w kawałki.

Stypa trwała. Ludzie siedzieli pochowani po kątach, niektórzy usypiali przy stole, w połowie rozmawiając, w połowie udając, że nie czują ciężaru chwili. W powietrzu unosił się zapach wina, tłustego jedzenia i łagodnego rozkładu kwiatów, które ktoś postawił na stole w hołdzie zmarłemu.

— No, no, no… — wujek przechylał się na krześle, łapiąc kieliszek, jakby bał się, że spadnie. — Niech mi ktoś powie, że rodzina to spokój i harmonia! Kilka osób spojrzało na niego spod oka. Starsza ciotka skrzywiła się ktoś odchrząknął, a ja siedziałem cicho. Obserwując. Nie było tu śmiechu ani radości, tylko coś między żalem a urazą.

— Twój ojciec… — zaczęła jedna z ciotek, a wujek przerwał jej gniewnym, choć nieco bełkotliwym głosem:

— Nie gadajcie bzdur! On by się z was śmiał, gdybyście tu tak siedzieli i wymieniali winy!


Wtedy poczułem, jak całe napięcie w moich mięśniach lekko opada. Papieros, który paliłem wcześniej, jakby zostawił we mnie coś w rodzaju wewnętrznego spokoju. Wdech, wydech — w pamięci powrócił zapach ojca, jego cichy głos, jego obecność. I nagle zrozumiałem, że nawet wśród tego chaosu, pijanych komentarzy i napiętej ciszy, mogę zachować coś własnego, coś, co jest tylko moje. Nie rozumiałem o co chodzi Williamowi. Ciągle komuś przerywał, jakby chciał coś ukryć. Ukryć, albo ochronic dobre imie ojca.

— Młody — wujek nachylił się do mnie i szepnął — pamiętaj jedno: nie wszystko jest tak złe, jak wygląda. Nawet jeśli wszyscy się kłócą, a świat wali się w szwach, w głowie możesz mieć swój mały spokój. Twój ojciec to wiedział. Ty też musisz.


Siedziałem tam, słuchałem, a w środku mnie było dziwne uczucie bezpieczeństwa, mimo pijackiego chaosu wokół. Ludzie krzywili się, wytykali sobie słowa, a ja po raz pierwszy poczułem, że mogę patrzeć na śmierć i kłótnie z dystansu. Do głowy co chwile wlatywała mi myśl o ojcu. O kartce którą zostawił. Jak mam ją rozumieć? Za co się zabrać, żeby dowiedzieć się całej prawdy? Ta myśl ciągle mnie dręczyła. Rozmowy zaczęły przybierać ostrzejszy ton. Ktoś z dalszego kąta skomentował głośno, że „twój ojciec zawsze robił wszystko źle”


Natychmiast padły spojrzenia pełne napięcia. Ciotka zmarszczyła brwi, a wujek gwałtownie uderzył dłonią w stół. Mimo tego, że nie byli ze sobą blisko to zawsze bronił dobrego imienia mojego ojca. Byłem pełen podziwu i wdzięczny za to, co robi dla ojca — i dla mnie.

— Co ty wiesz o jego życiu?! — ryknął, prawie przewracając kieliszek. Nie było ci dane widzieć, jakim był człowiekiem naprawdę!


Ludzie ode mnie cofali się nieco, szeptali, a atmosfera gęstniała jak mgła nad mokrą Londyńską ulicą. Ja siedziałem na końcu stołu, obserwując to wszystko w milczeniu. Szarpnąłem wujka za ramię. Chciałem, żeby się uspokoił. Wziął łyk wina, skrzywił się i wyszedł. Poszedłem za nim, widziałem jak znów wyciaga papierosy z kieszeni. Poczęstował mnie i paliliśmy w ciszy.

— Słuchaj — nagle się odezwał wypuszczając dym z ust — przepraszam że się tak uniosłem, ale nie pozwolę, by ktoś mówił źle o twoim ojcu, o tobie, o naszej rodzinie.

— Dziękuje — odpowiedziałem, w głębi duszy czując żal do ojca, że zabronił mi utrzymywać kontaktu z wujkiem. Był inny jak go opisywał. Był troskliwy. Z opowiadań ojca był nierozsądnym człowiekiem.


Wujek przetarł oczy. Widać było w nich smutek oraz cierpienie które mu towarzyszyło. Wróciliśmy do stołu. Rozmowy przy stole wciąż brzęczały, ale ja już nie czułem potrzeby reagować. Mogłem obserwować: gniew, żal, wyrzuty — i jednocześnie pozostawać spokojny. I tak siedziałem, obserwując pijanych i obrażonych pamiętając ojca, czując ulotną obecność jego spokoju w każdym wdechu i wydechu, jakby był ze mną w tym pokoju, między dymem, alkoholem i ludzkimi pretensjami. Krzyk i szept mieszały się w jednym chaotycznym hałasie. Ktoś wytykał innym błędy ojca, ktoś inny obwiniał rodzinę o drobne urazy sprzed lat. Wujek już niemal przewracał się na krzesło, uderzając kieliszkiem w stół, a ciotka głośno wtrącała się do każdej wypowiedzi, próbując wszystko uspokoić, ale bez efektu.


W pewnym momencie poczułem, że powietrze staje się gęste jak smoła, a serce bije mi w piersi jak młot. Wstałem powoli, niepewnie, czując, że wszystkie spojrzenia kierują się na mnie. Do tej pory tylko obserwowałem, pozwalając emocjom wokół mnie wypełniać pokój, ale teraz coś we mnie pękło.

— Dość! — wyrwało się z moich ust ciszej, niż się spodziewałem, a jednak wystarczająco głośno, żeby uciszyć pokój.

Wszyscy spojrzeli w moją stronę. Wujek zamarł, kieliszek w ręce drżał, ciotka przysiadła gwałtownie. Milczenie wisiało przez kilka sekund, a ja poczułem, że w każdej sekundzie decyduję, czy będę tylko chłopcem, który patrzy, czy kimś, kto bierze udział w tej historii.

— Mój ojciec nie był idealny. Ale to nie powód, żebyście tu się wyżywali i obrzucali siebie winą za wszystko. — Moje słowa były spokojne, choć każde drżało napięciem. — On nauczył mnie jednej rzeczy: że człowiek, który odchodzi, zostawia za sobą pamięć, a nie ból. Nie pozwolę, żeby jego śmierć została zamieniona w waszą wojnę. Wujek otworzył usta, jakby chciał coś odpowiedzieć, ale ja nie skończyłem: — A jeśli chcecie się kłócić o drobiazgi, róbcie to gdzie indziej. Tu…


tutaj kończy się wasze prawo do rządzenia jego wspomnieniem.

Nagle pokój wypełniła dziwna cisza. Ludzie spoglądali po sobie, nie wiedząc, jak odpowiedzieć. Czułem, że coś się zmieniło. Po raz pierwszy w tym pokoju to ja miałem kontrolę nad emocjami — nie władzy, nie pieniędzy, nie winy, tylko nad tym, co mówi i co pamięta się o ojcu.


Wujek odwrócił się na pięcie, przewrócił kieliszek o stół i szepnął:

— No… chyba wiesz, co robisz, młody. Twój ojciec byłby z ciebie dumny.

Usiadłem zpowrotem. Nie było tu triumfu ani satysfakcji — tylko spokój. Spokój, który w tym pokoju, pełnym krzyków i urazy, był jak cichy, ciemny dowód na to, że jeszcze można zachować kontrolę w świecie, który wali się w kawałki.

Po chwili każdy zaczął do mnie podchodzić — przepraszali mnie za gniew, zaczęli tłumaczyć czemu tak wybuchli.

Większość z tych powodów była błaha — ciotka zdenerwowana bo ojciec dostał mieszkanie po rodzicach, druga ciotka miała żal o to, że ojciec odsunął się od niej, a jeszcze inne osoby czuły żal o miejsce łowieckie, o posadę którą zajmował w pracy i rzekomo dostał się przez romans. Wszystkie te żale i kłótnie wywodziły się głównie z zazdrości. Dalej nie rozumiem dlaczego ludzie potrafią kłócić się o takie rzeczy na stypie zamiast za życia. Stypa w końcu się skończyła. Ludzie powoli rozchodzili się do swoich samochodów i taksówek, wymieniając jeszcze wymuszone uśmiechy, mrucząc pod nosem drobne komentarze i pretensje. Cisza, która zapadła po ich wyjściu, była ciężka, niemal namacalna, jak stara zasłona w pokoju, która wciąż pachniała dymem i winem.


Wujek ledwo trzymał się na nogach, rzucając mi krótkie spojrzenie i uśmiechając się krzywo:

— Trzymaj się, młody. On by był dumny.

Ja tylko skinąłem głową. Nie miałem już siły na słowa.

Wyszliśmy na ulicę, powietrze było zimne i ostre, każdy oddech palił w płucach. Krawężniki błyszczały po deszczu, a latarnie rzucały długie, nierówne cienie. Patrzyłem, jak wujek odchodzi, potykając się, a ja zostaję sam.


Szedłem powoli w stronę domu ojca. Każdy krok odbijał się echem w pustej ulicy. W głowie wciąż brzmiały krzyki i szmery stypy, a w dłoniach czułem narastające uczucie zimna.


Kamienica ojca w której mieszkał stała nieruchomo w półmroku. Drzwi były zamknięte, okna ciemne, a z podwórka dobiegał tylko odgłos szeleszczących liści. Wszedłem, zamykając drzwi za sobą. Cisza była inna niż wśród ludzi — spokojna, pewna siebie. Tutaj, w tym domu, każdy kąt przypominał ojca: jego książki na półkach, popielniczka, która wciąż miała jego zapach, stary fotel w rogu salonu, w którym zawsze siadał, czytając wieczorami. Usiadłem w fotelu, wyjąłem kartkę którą znalazłem w kopercie. Była całkowicie przemoczona, pognieciona lecz dalej można było z niej odczytać ostatnie słowa ojca. Wpatrywałem się w nie jakbym chciał znaleźć podpowiedź co się stało z moim ojcem.


Rozpaliłem ogień w kominku. W domu było strasznie zimno. Czułem jak dreszcze przechodzą mnie po całym ciele. Wpatrywałem się w ogień. Szukałem w nim odpowiedzi. Głowę miałem pełną myśli i pytań na które nie znałem odpowiedzi. Otworzyłem butelkę wina, którą znalazłem w kuchni. Było zdecydowanie lepsze, od tego na stypie. Piłem kieliszek za kieliszkiem, butelkę za butelką lecz dalej nie przychodziło mi nic do głowy, poza pomysłami żeby znów przeszukać mieszkanie.


Tym razem nie skupiłem się na biurze ojca. Przeszukałem jego sypialnię. Od razu po wejściu w powietrzu był wyczuwalny ciężki zapach tytoniu. Były nim przesiąknięte zasłony, pościel, ubrania które wisiały na wieszaku.


Otworzyłem szafę, której zawiasy chodziły ciężej niż przypuszczałem. Opór podczas otwierania był wyraźnie wyczuwalny. W środku znalazłem kilka białych koszul ze złotymi guzikami, dwie pary spodni oraz ciemną marynarkę. Na górze była jego kolekcja kapeluszy — uwielbiał je nosić.


Nic szczególnego nie rzuciło mi się w oczy. Przeszukałem kieszenie, w których znalazłem jedynie chusteczkę i urwany guzik z marynarki.


Podobna sytuacja była w jego komodzie. Nic szczególnego. Dziurawe skarpetki, bielizna, krawaty. Wszystkie ułożone z niezwykłą starannością. Podzielone kolorystycznie, oraz oddzielone te w których chodził do pracy od tych które nosił w domu. Nie wiedziałem, że był az taki staranny nawet w takich rzeczach. Zawsze myślałem, że nie radził sobie z takimi rzeczami po śmierci mamy.

Ostatnim miejscem w którym mogłem coś znaleźć była szafka nocna. Mała, na której leżała popielniczka z niedopalonymi papierosami, gazeta i świeczka. Pod gazetą znalazłem nić i igłę, chyba chciał przyszyć guzik do marynarki, chodził tak od dłuższego czasu.

W pierwszej szufladzie znalazłem tylko puste paczki po papierosach. Nic więcej się tam nie ukryło. W drugiej szufladzie znalazłem kilka paczek papierosów — ojciec zawsze chciał mieć wszystko na zapas. Pod papierosami znalazłem stare gazety, kilka dokumentów z pracy oraz niewysłane listy. Zaciekawiły mnie te listy, lecz nie było w nich nic, co mogłoby przybliżyć mnie do rozwiązania zagadki. Same niewysłane listy do klientów — widocznie nie zdążył jeszcze ich wysłać.

Z szafki nocnej wziąłem paczkę papierosów, poszedłem do kuchni po kolejną butelkę wina. Było naprawdę smaczne. Ojciec miał dobry gust. Wróciłem do kominka, przysunąłem fotel i odpaliłem papierosa. Papierosa, który znów przypomniał mi o ojcu i dał dziwne uczucie spokoju.


W kominku zaczęło wygasać — musiałem pójść po skrzynkę drewna do piwnicy. Nienawidziłem tego miejsca — dziwny zapach stęchlizny, powietrze było tam bardzo ciężkie i wilgotne. Otworzyłem kluczem piwnicę ojca. Od razu w oczy rzuciła mi się wielka skrzynia, była zamknięta na kłódkę. Zacząłem szukać klucza, lecz bezskutecznie. Było już późno, nie chciałem budzić sąsiadów. Zabrałem ze sobą skrzynkę drewna i wróciłem do mieszkania. W kominku zdążyło wygasnąć przez ten czas. Nie rozpalałem na nowo, położyłem się spać w jego sypialni. Rano obudziłem się z okropnym bólem głowy — to przez to wino.


Od razu po przebudzeniu otworzyłem szufladę z papierosami i wyjąłem jednego — zachowywałem się wtedy jak ojciec, od razu po przebudzeniu pierwsze co robił to musiał zapalić. Dopiero później brał się za swoje obowiązki. Zawsze powtarzał — dzień trzeba zaczynać od czegoś przyjemnego, a taki już zostanie, nieważne co by się działo, przypomnij sobie, że zacząłeś dzień od czegoś co sprawia Ci przyjemność.


Musiałem się przewietrzyć, czułem że wczorajsze wino mi zaszkodziło. Ból głowy nie chciał odpuścić. Odwiedziłem lokalną piekarnię. Mają najlepszy chleb. Odwiedziłem też lokalną prasę — ojciec zawsze dostawał gazety za darmo. Ojciec nie kupował aktualnych, zawsze brał te z zeszłego tygodnia. Uważał, że jak będzie coś ważnego to i tak ktoś mu o tym opowie.

Wróciłem do domu ojca. Zaparzyłem kawę, zjadłem śniadanie i poczułem się od razu lepiej.

Przeczytałem aktualną prasę — nie było nic ciekawego, poza jednym nagłówkiem “Mafia znów w Londynie?”. Zaciekawił mnie ten artykuł. Może jest powiązanie z moim, ojcem? Wszyscy bali się mafii, straszyła ludzi, pobierała podatki — ustawiała wszystkich pod siebie. Nie można było się im sprzeciwić. Tak upadło wiele biznesów w Londynie. Ludzie zaczęli robić strajki, wiele barów, restauracji, sklepów spłonęło w tym czasie. Spłonęły biznesy ludzi, którzy chcieli postawić się mafii. Nawet lokalna policja nic z tym nie robiła, jedynie mówili żeby się im podporządkować. Mafia miała większą władzę i ludzie czuli większy respekt jak do naszej policji.


Po przeczytaniu artykułu od razu zszedłem do piwnicy. Ten ciężki zapach sprawiał, że chciało mi się wymiotować, ale ciekawość co znajduje się w tej skrzyni nie pozwalała mi odpuścić. Chciałem jak najszybciej się dowiedzieć czegokolwiek o moim ojcu. Nie mogłem znaleźć klucza, ani niczego czy mógłbym ją otworzyć. Próbowałem śrubokrętem, nic to nie dało. Spojrzałem na zegarek, była już godzina dziesiąta. Za chwilę miał przyjść wujek William. Chciał pójść ze mną na grób ojca.


Szare niebo nad Londynem wisiało nisko, jakby ciężar stypy ciążył nadal nad miastem. Wróciłem do mieszkania, siedząc przy oknie i czekając na Williama. Pamięć o skrzyni w piwnicy nie dawała mi spokoju — coś w niej wciąż przyciągało moje myśli, a brak klucza tylko potęgował napięcie. Nagle ktoś zapukał do drzwi. Wujek William wszedł, a jego twarz była dziwnie poważna. W dłoni trzymał niewielkie, zużyte pudełko, przewiązane sznurkiem.

— Leo… — powiedział cicho, jakby bał się, że same ściany podsłuchują nasze rozmowy — znalazłem coś przed twoimi drzwiami. Myślę, że powinieneś to zobaczyć.


Otworzyłem drzwi szerzej i wpuściłem go do środka. Usiadł przy stole, wyjął sznurek i powoli rozwiązał pudełko. W środku leżał stary, skórzany dziennik ojca, z pożółkłymi kartkami, zapisany drobnym, ciasnym pismem. Niektóre strony były poplamione atramentem, jakby ktoś spieszył się, zapisując coś w pośpiechu. Otworzyłem dziennik. W pierwszych stronach były zwykłe zapiski: spotkania, rachunki, notatki. Potem jednak napotkałem fragmenty, które wywołały w moim sercu dziwny chłód: tajemnicze daty, nazwiska, miejscówki w Londynie, które wydawały się przypadkowe, ale powtarzały się wielokrotnie. Na jednej ze stron ktoś podkreślił markerem jedno słowo: „Skrzynia”.

— William, znalazłem skrzynię w piwnicy wczoraj wieczorem. Chciałem Ci o tym dzisiaj powiedzieć, ale… — przerwałem na chwilę, głos zaczął mi się załamywać jakbym wiedział, że stało się coś strasznego — ale przyniosłeś ten notatnik i… i teraz nie wiem co myśleć. — Leo… — wujek przerwał milczenie — to wszystko wygląda, jakby twój ojciec… wiedział, że ktoś może mu zrobić krzywdę. I ta skrzynia w piwnicy… myślę, że on zostawił tam coś, co może wyjaśnić wszystko. Ale nie ma klucza. Serce zabiło mi szybciej. Dziennik był jak drzwi do świata, którego nigdy nie znałem. Wujek spojrzał na mnie i dodał, jakby mówił do samego siebie:

— Nie wiem, kto jeszcze może to wiedzieć… ale jeśli chcesz odkryć prawdę, Leo… musisz być ostrożny. Twój ojciec zostawił wskazówki, ale nie zostawił ochrony. Siedziałem w milczeniu, trzymając dziennik, czując w dłoniach jego zapach — atramentu, papieru, wspomnień ojca. Na ulicy szaro, zimno, a w mojej głowie krążyła jedna myśl: jeśli mam odkryć, co stało się z ojcem, nie mogę czekać. Muszę wrócić do piwnicy, do skrzyni, i znaleźć sposób, by ją otworzyć.


W tym samym momencie dźwięk tramwaju w oddali brzmiał jak wyrok. Rok 1974, Londyn, śmierć ojca, tajemnicza skrzynia i dziennik — wszystko prowadziło do jednej nieuniknionej rzeczy: prawdy, której nikt nie chciał mi powiedzieć. Po wyjściu Williama wróciłem jeszcze raz do piwnicy. Skrzynia stała tam, gdzie wcześniej, ciężka i milcząca. Próbowałem wszystkiego, co przyszło mi do głowy — podważałem wieko nożem, szarpałem za zardzewiały zamek, uderzałem pięścią w drewno, aż zabolały mnie knykcie. Na próżno. Skrzynia ani drgnęła, jakby była zamknięta nie tylko na klucz, ale i na ciekawość.


W końcu odpuściłem. Złość i zmęczenie zaprowadziły mnie do sypialni ojca. Było tam duszno i cicho. Rozejrzałem się bez celu, aż mój wzrok zatrzymał się na obrazie wiszącym nad komodą. Zawsze wisiał prosto. Teraz był wyraźnie przekrzywiony.


Podszedłem i wyciągnąłem rękę, żeby go poprawić. W chwili, gdy dotknąłem ramy, zza obrazu wypadła kartka. Opadła na podłogę, lekko zaszeleszczając. Podniosłem ją i od razu poznałem pismo ojca. Krótkie, nerwowe litery układały się w jedno zdanie:

„Szukaj tam, gdzie czułem się jak w domu”

Stałem przez chwilę bez ruchu, czując, jak po plecach przechodzi mi zimny dreszcz. Wiedziałem, że to nie była sentymentalna wiadomość ani wspomnienie dla syna. To była wskazówka. A może ostrzeżenie.


I po raz pierwszy od jego śmierci poczułem pewność, że ojciec nie odszedł, nie zostawiając po sobie śladów — tylko ukrył je lepiej, niż ktokolwiek mógł się spodziewać. Nie zastanawiałem się ani chwili. Kartka w ręku, serce bijące szybciej niż zwykle, spakowałem kilka rzeczy i ruszyłem w stronę rodzinnej wioski ojca, niedaleko Londynu. Autobus sunął po mokrych, zimnych drogach, a ja wpatrywałem się w niebo, ciężkie od chmur, które wyglądały, jakby zaraz miały spaść na ziemię. Szary świat za oknem mieszał się z moimi myślami, a każdy kolejny zakręt drogi przybliżał mnie do tajemnicy, którą ojciec zostawił. W końcu dotarłem nad jezioro, małe, spokojne, otoczone drzewami, których korony odbijały się w wodzie niczym w lustrze. Tu ojciec czuł się jak w domu. Tutaj spędzał długie godziny, wędka w ręku, cicho nucąc coś pod nosem, patrząc, jak ryby podnoszą się do powierzchni. Tu znajdował spokój, który w mieście nigdy nie był możliwy. Stanąłem nad brzegiem, patrząc na taflę wody. W powietrzu unosił się zapach wilgoci i ziemi, a lekki wiatr poruszał liśćmi drzew. Przypomniałem sobie, jak ojciec opowiadał o pierwszej rybie, którą złowił, o uczuciu cierpliwości, które zmieniało się w nagłe podekscytowanie, gdy ryba szarpnęła haczyk. I wtedy poczułem, że jestem bliżej niego niż kiedykolwiek od jego śmierci. Kartka w kieszeni przypominała mi o zadaniu: musiałem szukać dalej, dokładnie tam, gdzie ojciec czuł się naprawdę u siebie, tam, gdzie zostawił wskazówkę do skrzyni. Woda migotała w szarych promieniach zimowego słońca, a ja postanowiłem, że nic mnie nie powstrzyma, aż znajdę, co ojciec ukrył.


Udałem się do jego miejsca, naszego miejsca… Na brzegu stała stara huśtawka, powieszona na jednej z mocnych gałęzi przez ojca. Pamiętałem ją z dawnych lat — jak siedziałem tam godzinami, kołysząc się lekko, obserwując wodę, podczas gdy ojciec wyciągał wędkę i czekał cierpliwie, aż ryba złapie haczyk. Huśtawka skrzypiała przy każdym ruchu wiatru, a teraz, po latach, wydawała się jeszcze bardziej samotna. Usiadłem na niej, pozwalając ciału powoli się kołysać, wspominając ojca i jego cierpliwość, ciche opowieści i spokojny rytuał łowienia ryb. Spojrzałem w niebo, szare, pełne ciężkich chmur, i wtedy coś przykuło mój wzrok. Na jednej z gałęzi, wysoko nad huśtawką, wisiał mały klucz przywiązany sznurkiem. Świecił w szarym świetle jak znak pozostawiony specjalnie dla mnie. Serce zabiło mi mocniej. Od razu wstałem, choć huśtawka nadal delikatnie się bujała, i wspiąłem się ostrożnie, wyciągając rękę po klucz. Sznurek drżał w moich palcach, a ja poczułem dziwne połączenie — obecność ojca i wiedzę, że teraz trzymam coś, co może rozwiązać całą zagadkę. Trzymając klucz, poczułem napływ adrenaliny. Skrzynia w piwnicy czekała na mnie, a teraz miałem narzędzie, które mogło ujawnić prawdę. Patrzyłem jeszcze raz w niebo, szare, niskie i ciężkie, jakby wiedziało, że odkryję coś, czego nie powinienem. I wtedy zrozumiałem, że wszystko, co robiłem do tej pory, było przygotowaniem do tego momentu. Każdy krok, każda wskazówka ojca, każda tajemnica stypy — wszystko prowadziło mnie tutaj. Dotarłem do Londynu, ulice były szare, mokre od popołudniowego deszczu, a wiatr przynosił zapach spalin i zimnej ziemi. Każdy krok w kierunku domu ojca przyspieszał mój puls. Wiedziałem, że w piwnicy czeka na mnie coś, co może zmienić wszystko. Zszedłem po schodach, które skrzypiały pod moimi butami. Piwnica była ciemna, chłodna, w powietrzu unosił się stęchły zapach drewna i kurzu. I tam stała ona — stara, ciężka skrzynia, która przez lata wzbudzała we mnie dziwny niepokój. Serce zabiło mi mocniej, gdy wyjąłem klucz z kieszeni i wsunąłem go do zamka. Pasował idealnie.


Zamknąłem oczy na moment, wdech i wydech, a potem przekręciłem klucz. Skrzynia otworzyła się z cichym, metalicznym skrzypieniem, które przyprawiło mnie o ciarki. W środku były listy — poukładane starannie, pisane przez ojca przez lata. Niektóre kartki były poplamione atramentem, inne wyblakłe i kruche, jakby czas sam chciał je zniszczyć.


Przez chwilę nie mogłem się ruszyć. Każdy list był jak głos ojca, który mówił do mnie mimo śmierci. Ostrzegał mnie, dbał o mnie, przypominał, że zawsze mnie kochał i że chciał mnie chronić — przed światem, który znał lepiej niż ktokolwiek, i przed tym, czym sam musiał się zajmować. W listach nie tłumaczył dokładnie, co robił, ale ton był jasny: chciał, bym był bezpieczny, bym uważał na siebie i nigdy nie powtarzał jego błędów. Na dnie skrzyni znalazłem również stare banknoty i kilka monet, starannie ułożone. Ojciec zostawił mi je, jakby mówił: “Na wypadek, gdybyś musiał radzić sobie sam.” Trzymałem listy w rękach, a przez ciało przeszło uczucie ciepła i chłodu jednocześnie. Ciepło od wspomnień i miłości ojca, chłód od tego, że wszystko, co odkrywałem, było tylko fragmentem większej tajemnicy. Nie wiedziałem jeszcze, dokąd prowadzą wskazówki ojca, ani co naprawdę kryła jego przeszłość. Ale jedno było pewne — teraz miałem narzędzia, które pozwalały mi się chronić, i poczucie, że ojciec nadal mnie prowadzi, nawet z zaświatów.


Wstałem i spojrzałem w kierunku schodów, które prowadziły do mieszkania i dalej, do miasta, gdzie czekały mnie pytania, na które jeszcze nie znałem odpowiedzi. W głowie kołatała się jedna myśl: nie mogę już niczego odkładać na później. Jeśli chcę dowiedzieć się prawdy o ojcu, o jego śmierci i o wszystkim, co ukrywał, muszę iść naprzód. Teraz. Wyciągnąłem z kieszeni kartkę z jeziora i spojrzałem na klucz w dłoni. Świat poza piwnicą był szary i obcy, ale dla mnie stał się miejscem, w którym zaczynała się prawdziwa droga.

Z ostatnim spojrzeniem na skrzynię, jakby żegnając ojca na chwilę, wciągnąłem powietrze i ruszyłem w górę po schodach. Cisza piwnicy została za mną, a jej cień wydawał się szepnąć: „Nie jesteś sam. Szukaj dalej.”

I tak zakończył się ten dzień — dzień, w którym Leo znalazł klucz, listy i wskazówkę. Ale to, co naprawdę czekało na niego w mroku Londynu i w tajemnicach ojca, dopiero miało się zacząć.

ROZDZIAŁ 2

Ostatnia rozmowa

Poranek przyszedł powoli, jakby Londyn sam nie był pewien, czy chce się obudzić. Szare światło sączyło się przez brudne szyby mieszkania ojca, zatrzymując się na meblach, których nikt od wczoraj nie ruszył. Powietrze było ciężkie, przesycone zapachem starego drewna, papieru i dymu papierosowego, który zdawał się wsiąknąć w ściany na lata.


Nie spałem prawie wcale. Każdy dźwięk — skrzypnięcie desek, szum w rurach, kroki na klatce schodowej — wyrywał mnie z półsnu. Listy ojca leżały na stole, równo ułożone, jakby sam zadbał o to, bym widział je wszystkie naraz. Dziennik spoczywał obok, gruby, zużyty, z pożółkłymi kartkami, które pachniały wilgocią i czasem.

Usiadłem ciężko na krześle i przez dłuższą chwilę tylko patrzyłem. Wczoraj wszystko wydawało się snem — piwnica, skrzynia, klucz, kartka znad jeziora. Teraz było aż za realne. Ojciec nie żył. A ja trzymałem w rękach dowody na to, że jego życie było czymś znacznie więcej niż zwykłą egzystencją cichego, zamkniętego w sobie mężczyzny.

Wziąłem do ręki pierwszy list. Czytałem go powoli, jakby każde słowo mogło zniknąć, jeśli się pospieszę. Nie było w nim sensacyjnych wyznań ani konkretnych nazw. Były ostrzeżenia. Troska. Prośby, bym był uważny. Bym nie ufał temu, co oczywiste. Bym pamiętał, że świat potrafi być okrutny wobec tych, którzy wiedzą za dużo.


Każdy kolejny list pogłębiał to uczucie — jakby ojciec stał gdzieś obok, mówił spokojnym, zmęczonym głosem, starając się przygotować mnie na coś, czego sam nie potrafił nazwać wprost. Nie pisał, czym się zajmował. Nie tłumaczył, kogo się obawiał. Ale między wierszami czułem jedno: bał się o mnie bardziej niż o siebie.

Dziennik był inny. Suchy. Konkret­ny. Nazwiska, adresy, krótkie notatki, symbole, które nic mi nie mówiły. Przy niektórych wpisach pojawiały się daty sprzed lat, przy innych tylko pytajniki albo jedno słowo: „uważać”, „milczy”, „kłamie”.


Zacząłem notować własne spostrzeżenia na luźnych kartkach. Ktoś, kto prowadził taki dziennik, nie robił tego dla zabawy. To była dokumentacja. Ślad. Coś, co miało sens tylko wtedy, gdy znało się kontekst — kontekst, którego mi brakowało.

Wyszedłem na ulicę późnym rankiem. Londyn był dokładnie taki, jak zawsze, i jednocześnie zupełnie inny. Ludzie spieszyli się do pracy, parasole uderzały o siebie, samochody rozchlapywały brudną wodę na chodniki. A jednak miałem wrażenie, że miasto patrzy na mnie uważniej niż zwykle.


Szukałem twarzy. Gestów. Rzeczy, które wcześniej uznałbym za nieistotne. W pubie na rogu mężczyzna zbyt długo wpatrywał się w gazetę, nie przewracając stron. Na przystanku ktoś poprawiał płaszcz za każdym razem, gdy przechodziłem obok. Może to była paranoja. A może pierwszy objaw tego, że zaczynałem patrzeć jak mój ojciec.

Spacer zaprowadził mnie nad jezioro. Miejsce ciche, niemal nierzeczywiste, jakby wyrwane z innego świata. Huśtawka skrzypiała lekko na wietrze. Usiadłem na niej, pozwalając myślom płynąć. Ojciec spędzał tu godziny. Patrzył w wodę. Myślał. Może właśnie tutaj próbował zrozumieć, w co się wplątał.


Wyciągnąłem dziennik i jeszcze raz przejrzałem nazwiska. Jeden z adresów znajdował się niedaleko stąd. Inny prowadził do dzielnicy, do której ojciec nigdy mnie nie zabierał. Kolejny był skreślony, jakby osoba przestała istnieć.


Wróciłem do mieszkania dopiero po południu. Cisza była inna niż rano — bardziej świadoma. Jakby ściany wiedziały, że zaczynam coś rozumieć. Usiadłem przy biurku ojca i spróbowałem odtworzyć jego tok myślenia. Dlaczego zapisywał jedne nazwiska, a inne pomijał? Dlaczego niektóre adresy pojawiały się kilka razy?

Zrozumiałem wtedy coś ważnego. Ojciec nie zostawił mi gotowych odpowiedzi. Zostawił narzędzia. Chciał, żebym sam nauczył się patrzeć, analizować, łączyć fakty. Tak jak on.

Wieczorem zapaliłem lampkę i znów sięgnąłem po listy. Jeden z nich kończył się zdaniem, które utkwiło mi w głowie na długo:

„Jeśli kiedykolwiek poczujesz, że grunt usuwa ci się spod nóg, pamiętaj — to znaczy, że jesteś blisko prawdy.”

Odłożyłem kartkę i spojrzałem na miasto za oknem. Londyn 1974 był brudny, głośny, obojętny. Ale wiedziałem już, że pod tą warstwą kryje się coś więcej. Sieć powiązań. Ludzie, którzy wolą milczeć. Sekrety, które nie powinny ujrzeć światła dziennego.

Tej nocy nie podjąłem żadnej decyzji. Nie zapukałem do żadnych drzwi. Nie zadałem żadnych pytań. Ale coś się zmieniło.

Nie byłem już tylko synem zmarłego człowieka.

Stałem się kimś, kto chce wiedzieć.

A to, jak szybko miałem się przekonać, bywa najniebezpieczniejszą rzeczą na świecie.

Następnego dnia obudziłem się z myślą, która nie dawała mi spokoju:

ojciec nie zapisywał nazwisk bez powodu.

Usiadłem przy stole i jeszcze raz otworzyłem dziennik. Tym razem nie czytałem wszystkiego po kolei. Szukałem punktów zaczepienia. Jedno nazwisko powracało częściej niż inne:


Arthur Bell

Adres: Whitechapel

Krótka notatka: „zbyt dużo wie — milczy”

Whitechapel. Dzielnica, w której ludzie nauczyli się nie zadawać pytań. Idealne miejsce, żeby zniknąć w tłumie.

Nie zabrałem ze sobą dziennika. Zostawiłem go w mieszkaniu, schowanego w szufladzie pod stertą starych dokumentów. Ojciec byłby zadowolony — nie nosi się dowodów przy sobie, zanim nie wiesz, kto patrzy.

Ulice Whitechapel były wąskie i wilgotne. Zapach tłuszczu z tanich barów mieszał się z dymem papierosowym i odorem kanałów. Ludzie poruszali się szybko, z opuszczonym wzrokiem. Każdy miał swoje sprawy. Każdy coś ukrywał.

Arthur Bell mieszkał nad zakładem szewskim. Stare, obdrapane drzwi, brudna klatka schodowa, jedno okno wychodzące na ulicę. Stanąłem po drugiej stronie drogi, udając, że czytam gazetę.

Po pół godzinie drzwi się otworzyły.

Bell był niższy, niż się spodziewałem. Szczupły, lekko przygarbiony, w zbyt dużym płaszczu. Rozejrzał się, zanim wyszedł — nie nerwowo, raczej odruchowo, jak ktoś, kto robi to od lat. Zamknął drzwi i ruszył w stronę targu.

Nie poszedłem za nim. Jeszcze nie.

Chciałem tylko zobaczyć, jak żyje.

Wracając, zaznaczyłem w myślach: ostrożny, przyzwyczajony do obserwacji. Taki człowiek nie milczy bez powodu.

Drugie nazwisko przyciągnęło mnie tego samego wieczoru:


Margaret O’Neill

Adres: Camden

Notatka: „kontakt pośredni — mówi więcej, niż powinna”

Camden było inne. Głośniejsze. Kolorowe, choć brudne. Pub na rogu, do którego trafiłem, pachniał piwem i wilgocią. Margaret siedziała przy barze. Wiedziałem, że to ona — ojciec miał zwyczaj zaznaczać w dzienniku drobne szczegóły. „Ruda. Zawsze papieros. Lewa ręka.”

Zamówiłem whisky i usiadłem kilka miejsc dalej. Nie patrzyłem na nią bezpośrednio. Obserwowałem odbicie w lustrze za barem. Śmiała się głośno, gestykulowała, opowiadała coś mężczyźnie obok. Ale kiedy myślała, że nikt nie patrzy, jej twarz tężała. Jakby nagle przypominała sobie, że mówi za dużo.

Ojciec miał rację.

Ta kobieta wiedziała rzeczy, których nie powinna.

Wyszedłem wcześniej. Nie chciałem, żeby mnie zapamiętała. Jeszcze nie.


Trzeciego dnia wybrałem nazwisko, przy którym nie było żadnej notatki. Tylko jedno słowo zapisane innym charakterem pisma:

„Nie ufam.”

Adres prowadził do biurowca niedaleko City. Stałem naprzeciwko wejścia, obserwując ludzi wchodzących i wychodzących. Mężczyzna, którego szukałem, pojawił się punktualnie. Garnitur, teczka, pewny krok. Taki, który nigdy nie ogląda się za siebie — bo jest przekonany, że nie musi.

I wtedy zrozumiałem coś, co uderzyło mnie mocniej niż wszystkie listy ojca.

On nie prowadził jednego śledztwa.

On poruszał się między ludźmi.

Zbierał fragmenty.

A ja właśnie wchodziłem na tę samą drogę.

Wieczorem wróciłem do mieszkania wyczerpany, choć nie zrobiłem niczego, co wyglądałoby jak praca detektywa. A jednak czułem się inaczej. Uczyłem się miasta. Uczyłem się ludzi. Uczyłem się milczenia.

Usiadłem przy stole i zapisałem pierwszą własną notatkę:

„Nie zadawaj pytań. Najpierw patrz.”

To było coś, czego nauczył mnie ojciec — nawet jeśli nigdy nie powiedział tego wprost.

Londyn za oknem pulsował nocnym życiem. Światła odbijały się w mokrym asfalcie. A ja wiedziałem, że każdy z tych ludzi, każdy cień i każdy adres w dzienniku to kawałek większej układanki.

I że prędzej czy później ktoś zauważy, że patrzę.

Czwarte nazwisko z dziennika nie miało adresu. Tylko miejsce.


Harold Finch

„dok — wschód. Krótko. Zawsze sam.”

Dok przy Tamizie wyglądał jak rana, która nigdy się nie goi. Stare magazyny, zardzewiałe barierki, zapach wilgoci i oleju unoszący się nad wodą. Przyszedłem tam wczesnym rankiem, kiedy miasto dopiero budziło się do życia, a robotnicy zmieniali nocną zmianę.

Finch pojawił się punktualnie. Wysoki, w płaszczu przesiąkniętym zapachem rzeki. Nie patrzył na wodę, nie palił. Stał oparty o barierkę, jakby czekał — ale nie na człowieka. Raczej na moment.

Po piętnastu minutach podszedł do niego inny mężczyzna. Krótka wymiana spojrzeń. Bez słów. Finch przekazał mu coś małego, zawiniętego w papier. Sekunda. Może dwie.

I już było po wszystkim.

Żaden z nich się nie obejrzał. To było najbardziej niepokojące. Ludzie niewinni zawsze się oglądają.

Zapisałem w pamięci każdy szczegół: sposób chodzenia, tempo, gest dłoni. Ojciec pisał „krótko”. Miał rację. Finch zniknął, jakby nigdy go tam nie było.

Piąte nazwisko było inne. Przy nim ojciec postawił tylko jeden znak — krzyżyk.


Eleanor Price

Adres: Richmond

Brak notatek.

Richmond było spokojniejsze. Zbyt spokojne. Dom Eleanor stał w rzędzie identycznych budynków z ogródkami, które wyglądały, jakby nikt ich nie dotykał od lat. Idealne miejsce, żeby się ukryć… albo udawać, że nie ma się nic do ukrycia.

Usiadłem na ławce po drugiej stronie ulicy, udając, że czytam gazetę. Eleanor wyszła po południu. Elegancka. Opanowana. Za bardzo.

Zatrzymała się przy furtce, poprawiła rękawiczki i spojrzała w moją stronę.

Na ułamek sekundy nasze spojrzenia się spotkały.

Nie było w nim zaskoczenia.

Było rozpoznanie.

Odwróciła wzrok i poszła dalej, jakby nic się nie stało. Ale ja wiedziałem już jedno — ojciec nie postawił krzyżyka bez powodu.

To właśnie wtedy popełniłem swój pierwszy prawie-błąd.

Wracałem pieszo, zbyt zamyślony, zbyt skupiony na tym, co widziałem. Skręciłem w boczną ulicę, skracając drogę do mieszkania. Dopiero po chwili poczułem, że coś jest nie tak. Kroki za mną. Nie blisko. Ale regularne.

Przyspieszyłem. Kroki też.

Zatrzymałem się nagle, udając, że poprawiam but. Kroki stanęły.

Serce waliło mi w piersi. Przez krótką chwilę chciałem się odwrócić. Zapytać. Zrobić cokolwiek głupiego.

Ojciec nigdy by tego nie zrobił.

Ruszyłem dalej, ale już spokojnie. Skręciłem w kolejną ulicę, potem jeszcze jedną, wszedłem do zatłoczonego sklepu i wyszedłem innym wyjściem. Dopiero wtedy odważyłem się obejrzeć.

Nikogo.

Może to była tylko paranoja.

A może pierwszy sygnał ostrzegawczy.


Wieczorem długo siedziałem w mieszkaniu ojca, wpatrując się w dziennik. Zrozumiałem coś bardzo ważnego: obserwować to jedno, ale zniknąć w tłumie — to drugie. Zapisałem kolejną notatkę, tym razem drżącą ręką: „Miasto nie wybacza błędów. Następnym razem mogę nie mieć szczęścia.”

Londyn spał niespokojnie. A ja razem z nim. Było już po północy, kiedy usłyszałem pukanie do drzwi.

Nie głośne. Nie natarczywe.

Trzy spokojne uderzenia, jakby ktoś dokładnie wiedział, że je usłyszę.

Zamarłem.

Zegar na ścianie tykał zbyt głośno. Londyn za oknem ucichł, jakby miasto wstrzymało oddech razem ze mną. Nie spodziewałem się nikogo. Nikt nie powinien wiedzieć, że tu jestem. A jednak ktoś stał po drugiej stronie drzwi.

Wstałem powoli, starając się nie wydać żadnego dźwięku. Każdy krok wydawał się zbyt głośny. Zatrzymałem się przy framudze, nasłuchując. Cisza.

Pukanie powtórzyło się. Tym razem tylko dwa razy.


Serce waliło mi w piersi. Przez moment pomyślałem o policji. O sąsiadach. O zwykłej pomyłce. Ale wiedziałem, że to nie to. Ktoś nie puka w ten sposób przez pomyłkę. Otworzyłem drzwi. Klatka schodowa była pusta. Żadnych kroków. Żadnego cienia. Tylko słabe światło żarówki i zapach wilgoci unoszący się w powietrzu. Spojrzałem w dół.


Na wycieraczce leżała koperta.

Podniosłem ją ostrożnie, jakby mogła wybuchnąć w dłoniach. Bez adresu. Bez znaczka. Bez nazwiska. Tylko moje imię zapisane prostym, zdecydowanym pismem.

Zamknąłem drzwi i oparłem się o nie plecami. Przez chwilę tylko patrzyłem na kopertę. Potem ją otworzyłem.

W środku była jedna kartka.

“Zostałeś zauważony. Przestań robić to, co robisz.

Zajmij się swoim życiem. Jeśli nie — będziesz miał problemy.”

Nie było podpisu.

Nie było wyjaśnień. Nie było czasu. Kartka wypadła mi z dłoni i opadła na podłogę. Patrzyłem na nią długo, zbyt długo, aż litery zaczęły się rozmazywać. Ojciec miał rację.To nie była gra.

To nie było zwykłe śledztwo. Ktoś mnie obserwował. Ktoś wiedział, gdzie jestem.

I ktoś nie chciał, żebym szedł dalej. Podniosłem kartkę i złożyłem ją starannie, chowając do kieszeni płaszcza. Strach był realny. Ciężki. Ale obok niego pojawiło się coś jeszcze.

Upór.

Zgasiłem światło i spojrzałem na drzwi raz jeszcze, jakby spodziewając się, że zaraz znów ktoś zapuka.


Nie zapukał.

A ja wiedziałem już jedno:

nie było odwrotu. Nie spałem tej nocy. Leżałem na kanapie w mieszkaniu ojca, ubrany, z płaszczem przerzuconym przez oparcie krzesła. Każdy dźwięk z klatki schodowej sprawiał, że serce przyspieszało. Kroki sąsiada, trzask drzwi na parterze, echo rozmowy z ulicy — wszystko brzmiało jak zapowiedź kolejnego pukania. List leżał na stole, złożony, ale nie schowany. Chciałem go widzieć. Chciałem pamiętać, że to nie była paranoja. Ktoś mnie zauważył. Rano Londyn wyglądał tak samo jak zawsze, co było w tym najgorsze. Ludzie pili kawę, czytali gazety, kłócili się o drobiazgi. Świat się nie zatrzymał tylko dlatego, że ktoś mi groził. I właśnie to uświadomiło mi, że jeśli teraz się cofnę, wszystko, co znalazłem, straci sens.


Zacząłem działać ostrożnie. Zmieniałem trasy. Nie wracałem tą samą drogą. Przestawałem obserwować, gdy czułem, że zostałem zbyt długo w jednym miejscu. Ojciec pisał o cierpliwości — dopiero teraz zrozumiałem, co miał na myśli.

Z dziennika wybrałem kolejne nazwisko. Nie wiedziałem czy robię dobrze, ale ciekawość wygrała. Musiałem dowiedzieć się czegoś o swoim ojcu, nawet jeżeli groziło mi niebezpieczeństwo.


Thomas Reed

Adres: Brixton

Notatka: „pośrednik — lubi mówić, gdy czuje się bezpieczny”

Brixton było głośne, chaotyczne, idealne do znikania. Reed pracował w niewielkim lombardzie. Przez dwa dni tylko patrzyłem. Zauważyłem, że rozmawia z policjantami zbyt swobodnie. Zauważyłem też, że po zamknięciu sklepu zawsze sprawdzał, czy ktoś nie idzie za nim.

Trzeciego dnia ktoś inny sprawdzał jego.

Mężczyzna w ciemnym płaszczu stał po drugiej stronie ulicy. Udawał, że pali papierosa, ale ogień dawno zgasł. Patrzył tylko wtedy, gdy Reed wychodził z lombardu.

To był moment, w którym poczułem prawdziwy strach — nie o siebie, ale o to, jak głęboko wchodzę w coś, czego jeszcze nie rozumiem.

Wycofałem się.

Wieczorem wróciłem do mieszkania i zamknąłem drzwi na dwa zamki. Usiadłem przy stole i rozłożyłem dziennik, listy i kartkę z pogróżką. Po raz pierwszy spróbowałem spojrzeć na to wszystko jak na całość, a nie zbiór pojedynczych zagadek.

Ojciec znał tych ludzi. Ojciec ich obserwował.

Ojciec kogoś zdenerwował.

I zapłacił za to cenę.

Zrozumiałem też coś jeszcze — list nie był ostrzeżeniem. Był testem. Sprawdzeniem, czy się wystraszę, czy przestanę patrzeć.

Nie przestałem.

Następnego dnia postanowiłem zrobić coś, czego ojciec by nie zrobił. Coś ryzykownego.

Wybrałem nazwisko, przy którym w dzienniku widniało tylko jedno słowo, zapisane mocniej niż reszta:

„Klucz.”


Adres prowadził do starej kamienicy niedaleko King’s Cross.

Stałem przed budynkiem długo, zanim wszedłem do środka. Klatka schodowa pachniała kurzem i wilgocią. Każdy stopień skrzypiał. Zatrzymałem się przed drzwiami mieszkania na trzecim piętrze.

Podniosłem rękę.

I zawahałem się.


To był moment, w którym wiedziałem, że granica została przekroczona. Od obserwowania do działania. Od cieni do światła.

Nie zapukałem. Jeszcze nie. Odszedłem powoli, ale z jedną myślą, która była głośniejsza niż strach: ktoś tu zna prawdę. A ja byłem coraz bliżej.


Leo wrócił do mieszkania późnym wieczorem. Zamknął drzwi powoli, przekręcając klucz ciszej, niż było to konieczne. Zrzucił płaszcz na oparcie krzesła i przez chwilę stał w korytarzu, jakby nasłuchiwał, czy cisza naprawdę jest ciszą. Nic. Tylko stare mury i ich wieczne skrzypienie. Usiadł przy kominku. Ogień jeszcze się tlił — resztki ciepła, jakby dom nie chciał całkiem wystygnąć. Leo dorzucił drewna i patrzył, jak płomienie powoli nabierają siły. Ich światło tańczyło na ścianach, oświetlając znajome przedmioty: zegar ojca, półkę z książkami, ramkę ze starym zdjęciem znad jeziora. Sięgnął po butelkę wina, którą znalazł wcześniej w kuchennej szafce. Otworzył ją bez pośpiechu. Korek wysunął się cicho, niemal nie na miejscu w tej ciszy. Nalał sobie do szklanki i wziął pierwszy łyk. Wino było cierpkie, ciężkie — dokładnie takie, jakie lubił ojciec.


Rozłożył na stole wszystko, co miał: dziennik, listy, kartkę z pogróżką. Ogień rzucał na papier nieregularne cienie, sprawiając, że słowa wyglądały, jakby się poruszały. Zaczął analizować. Nazwiska. Adresy. Krótkie notatki. Ostrzeżenia. Ludzie, którzy się bali. Ludzie, którzy milczeli. Ludzie, którzy obserwowali innych. Pierwsza myśl była najprostsza — mafia. Pieniądze w skrzyni. Tajemnicze kontakty. Spotkania w dokach. Ostrzeżenia, by nie ufać policji. Jeśli ojciec wplątał się w coś takiego, mógł chcieć się wycofać. A ktoś mógł na to nie pozwolić.


Ale coś się nie zgadzało. Ojciec nie zachowywał się jak człowiek, który pracuje dla pieniędzy. Zostawił je synowi, jak zabezpieczenie. Jak plan awaryjny. Nie jak łup.


Druga możliwość była bardziej niepokojąca — tajny agent. Ktoś działający w cieniu, między strukturami, z dala od oficjalnych raportów. Ktoś, kto wiedział za dużo i przestał być wygodny. To tłumaczyłoby milczenie, brak szczegółów, strach zapisany między wierszami listów. Ale wtedy dlaczego nikt nie przyszedł po dokumenty? Dlaczego wszystko zostało tu, dla niego?

Trzecia myśl wracała najczęściej.

Detektyw. Niepolicyjny. Samotny. Taki, który nie ufał systemowi. Ktoś, kto obserwował ludzi latami, zbierał informacje, łączył fakty. Ktoś, kto wszedł na trop czegoś większego — i zapłacił za to najwyższą cenę. Leo spojrzał na ogień i poczuł ciężar tej myśli. Jeśli ojciec był detektywem…

To on właśnie przejął jego sprawę. Dopił wino i odłożył szklankę. Cisza była gęsta, ale już nie pusta. Była pełna pytań, które czekały na odpowiedzi. Jedno było pewne — ojciec nie był zwykłym człowiekiem.

A jego śmierć nie była przypadkiem.


Kolejny dzień przywitał Leo bladym światłem poranka. Deszcz padał od wczesnych godzin, drobny i uporczywy, jakby Londyn nie potrafił przestać płakać. Leo obudził się zmęczony, z ciężką głową i uczuciem, że noc nie przyniosła mu żadnego odpoczynku. Myśli wciąż krążyły wokół nazwisk, listów i ostrzeżeń. Zrozumiał, że jeśli nie zwolni, jeśli nie pozwoli sobie choć na chwilę spokoju, zacznie popełniać błędy. Nie mógł pozwolić sobie na błędy, wiedział że może to go kosztować więcej niż tylko nerwy.

Zaparzył kawę i usiadł przy kuchennym stole, wpatrując się w parę unoszącą się nad kubkiem. Przez chwilę myślał o ojcu. O tym, ile takich poranków musiał spędzić w samotności, układając w głowie fakty, których nikomu nie mógł zdradzić.

Wtedy przyszła mu do głowy jedna myśl — William! — on może coś wiedzieć w tej sprawie i pomóc mi rozwiązać zagadkę śmierci ojca.

Wujek był jedyną osobą, która znała ojca od lat. Widział go w chwilach, gdy nie nosił tej maski milczącego, zamkniętego w sobie człowieka. Jeśli ktoś mógł pomóc Leo zrozumieć choć część prawdy, to właśnie on. Podróż do domu Williama zajęła mu ponad godzinę. Wysiadł kilka ulic wcześniej i przeszedł resztę drogi pieszo, pozwalając deszczowi ochłodzić myśli. Dom wuja stał na uboczu, spokojny, niemal oderwany od reszty miasta. Miejsce, które nie zadawało pytań.


William otworzył drzwi niemal natychmiast jakby spodziewał się gościa. — Leo! — powiedział głośno, a w jego głosie była ulga.

Usiedli w salonie. Zapach herbaty i starego tytoniu unosił się w powietrzu. Rozejrzał się po domu. Na ścianach wisiały piękne obrazy, wielkie ciężkie zasłony zakrywały okna ograniczając dostęp światła, a w tle było słychać tlący się kominek. Był to wielki piękny dom, w którym Leo nie spędzał dużo czasu gdy był dzieckiem. Leo przez chwilę milczał, zbierając myśli. Potem zaczął mówić. Opowiedział o liście z piwnicy. O skrzyni. O dzienniku. O nazwiskach i adresach. O obserwacjach. O liście zostawionym pod drzwiami. William słuchał uważnie, nie przerywając ani razu. Jego twarz z każdą minutą stawała się coraz poważniejsza. Widać było w jego spojrzeniu –strach, zaniepokojenie, zdziwienie. Gdy Leo skończył, w pokoju zapadła cisza. — Bałem się, że to kiedyś wyjdzie — powiedział w końcu William drżącym głosem. Leo spojrzał na niego uważnie — wiedziałeś? — zapytał z wyraźnie wściekłą miną. Z miną za którą krył się gniew i rozczarowanie. Rozumiał wujka, chciał go chronić, ale chciał też znać całą prawdę a w szczególności nawet tą najgorszą.


William westchnął ciężko i potarł dłonie, jakby próbował się rozgrzać. Na jego twarzy było widać zakłopotanie. W pierwszej chwili nie wiedział co ma odpowiedzieć. Nie chciał więcej oszukiwać bratanka. — Nie wszystko — odpowiedział głosem który się łamał — Ale wiedziałem, że twój ojciec nie był tylko… zwykłym człowiekiem. Czasem znikał na dni. Wracał zmęczony. I zawsze mówił mi jedno: żebym nie pytał.


Leo poczuł jak ściska go w żołądku, z trudem wymawiał kolejne zdania. — Myślisz, że był w to zamieszany… naprawdę? William spojrzał mu prosto w oczy — Myślę, że próbował coś zakończyć. A takie rzeczy rzadko kończą się spokojnie.

Za oknem pojawiło się słońce. Leo postanowił wpuścić trochę słońca do domu wujka. Stał chwilę przy oknie w ciszy. Z kieszeni wyjął papierosa. — Nie wiedziałem że palisz — powiedział William przerywając ciszę

— pomaga mi to się skupić i zrozumieć całą historię — odpowiedział strzepując kawałek popiołu z koszuli.

Siedzieli w ciszy. William i Leo zbierali myśli — żaden nie wiedział co ma powiedzieć. William wpatrywał się w kubek herbaty. Opary pomogły się mu otrząsnąć. Podniósł wzrok, spojrzał w stronę Leo — Było coś jeszcze? — zapytał cicho. — Coś, czego mi nie powiedziałeś?


Leo zawahał się. Poczuł znajome napięcie w klatce piersiowej, to samo, które wracało za każdym razem, gdy myślał o tamtym dniu. Odpalił kolejnego papierosa, tym razem odszedł od okna i postanowił usiąść obok Williama. — Była rozmowa… — powiedział w końcu — ostatnia… William uniósł brwi, ale nie ponaglał go. Wiedział że musi czekać, wiedział, że Leo sam mu o tym opowie. Leo oparł się wygodniej o stół i przez chwilę patrzył w okno, jakby tam, w promieniach słońca, kryła się odpowiedź na wszystkie jego pytania. Szukał też tam podpowiedzi, co ma robić dalej. Jak postępować, żeby odkryć całą prawdę. — Spotkaliśmy się przypadkiem — zaczął. — Nad jeziorem. Pamiętasz? Tam, gdzie zawsze łowił ryby.

William skinął głową. Znał to miejsce dobrze. Spotykał się tam z ojcem Leo. Wspólnie przesiadywali tam w ciszy rozmyślając nad życiem.

— Wyglądał inaczej niż zwykle. Zmęczony. Jakby nie spał od kilku dni. Pamiętam, że zapytałem, czy wszystko w porządku — Leo przerwał na moment, wspomnienie wróciło z całą ostrością. Potrzebował chwile na ułożenie wszystkiego w głowie. Na analizę.

Ojciec siedział na ławce, wpatrując się w wodę. Nie uśmiechnął się, gdy mnie zobaczył. Tylko przesunął się, robiąc mi miejsce. — Leo… — powiedział wtedy, wolno, jakby każde słowo ważyło zbyt wiele. — Jeśli kiedykolwiek będziesz musiał wybierać między prawdą a spokojem… wybierz spokój. Wtedy Leo nie rozumiał o co chodziło ojcu. — Brzmiało to dziwnie — ciągnął Leo, wracając myślami do salonu Williama. — Nigdy wcześniej tak nie mówił. Jakby… żegnał się, chociaż nie chciał tego przyznać. — Co jeszcze powiedział? — zapytał William.


Leo przełknął ślinę, wziął łyk herbaty i zamilkł na chwilę gubiąc się wzrokiem po ścianach — Bardzo ładne obrazy wujku — unikał odpowiedzi Leo — Leo przestań! — krzyknął William — do cholery, powiedz mi co ci powiedział twój ojciec — William był wyraźnie zdenerwowany zachowaniem bratanka. — Żebym uważał na ludzi. Żebym nie ufał tym, którzy za szybko oferują pomoc. I żebym… nie wierzył policji, jeśli coś mu się stanie.

William zamknął oczy. Na krótką chwilę wyglądał na starszego niż był.

— A ty? — zapytał. — Co mu odpowiedziałeś? — Że przesadza. Że brzmi, jakby oglądał za dużo sensacyjnych wiadomości. Zaśmiałem się. — Leo urwał i spuścił wzrok. — A on nawet się nie uśmiechnął.

Leo spuścił wzrok. Wspomnienie wróciło, jeszcze wyraźniejsze niż wcześniej. Ojciec wstał wtedy, położył mi rękę na ramieniu i spojrzał prosto w oczy.

— Cokolwiek się stanie, pamiętaj, że zrobiłem wszystko, żeby cię chronić.

— I odszedł — dodał Leo cicho. — Po prostu odszedł. To był ostatni raz, kiedy go widziałem żywego.

W salonie zapadła cisza.

William powoli odstawił kubek. Patrzył jeszcze chwilę w jego stronę.

— Twój ojciec wiedział, że jest w niebezpieczeństwie — powiedział w końcu. — I wiedział, że nie może ci powiedzieć dlaczego.

Leo skinął głową. Teraz wszystko zaczynało do siebie pasować. Listy. Ostrzeżenia. Milczenie.

— Dlatego teraz nie mogę przestać — powiedział. — Bo jeśli przestanę, to znaczy, że miał rację. Że prawda była zbyt groźna, by ją poznać.

William spojrzał na niego długo, uważnie.

— Jeśli pójdziesz dalej — powiedział w końcu — musisz być mądrzejszy niż on. Ostrożniejszy.

Leo wstał powoli.

— Spróbuję — odpowiedział. — Ale nie obiecuję, że się zatrzymam.

W tym momencie wróciło wspomnienie — wspomnienie jak Leo dowiedział się o śmierci ojca…

Nie pamiętam dokładnie, co robiłem tamtego dnia.

Pamiętam tylko, że był zwyczajny. Zbyt zwyczajny, żeby kończył się śmiercią. Ktoś zapukał do drzwi. Nie spodziewałem się nikogo. Otworzyłem niemal od razu. Na progu stało dwóch policjantów.


Jeden z nich zapytał, czy jestem Leo Smith. Kiedy potwierdziłem, wymienili imię mojego ojca. Już wtedy poczułem, że coś jest nie tak. W powietrzu było to charakterystyczne napięcie — takie, które pojawia się tylko wtedy, gdy ktoś przynosi wiadomości, których nie da się cofnąć. Powiedzieli, że mój ojciec nie żyje. Słuchałem, ale nie rozumiałem. Słowa docierały do mnie jak przez grubą ścianę. Wypadek. Autobus. Boczna ulica w Londynie. Nieszczęśliwe zdarzenie. Mówili spokojnie, rzeczowo. Jakby opisywali coś, co zdarza się codziennie. Jakby śmierć mojego ojca była tylko kolejną notatką w raporcie. Zapytali, czy wiedziałem, dokąd szedł tamtego wieczoru. Powiedziałem że nie — to była prawda, przynajmniej ta część prawdy którą wtedy znałem. Gdy wyszli, zamknąłem drzwi i oparłem się o nie plecami. Nogi nagle przestały mnie słuchać. Osunąłem się na podłogę i siedziałem tak długo, wpatrując się w pustą ścianę. — ojciec zginął w wypadku? Niemożliwe! Ojciec był ostrożny. Zawsze patrzył, zanim wszedł na ulicę. Ta myśl wracała do mnie uporczywie, jak ból, którego nie da się uciszyć. Później poszedłem tam, gdzie powiedzieli, że to się stało. Ulica była wąska, niemal pusta. Nic szczególnego. Żadnych kwiatów. Żadnych śladów. Jakby nic się nigdy nie wydarzyło. Stałem tam długo, próbując sobie wyobrazić ostatnie sekundy jego życia. Czy się spieszył? Czy ktoś go wołał? Czy wiedział, że to koniec? Do dziś nie wiem. Wiem tylko, że tamtego dnia coś we mnie pękło. Nie tylko straciłem ojca. Straciłem spokój.


Leo usiadł w fotelu Williama, wpatrując się w kominek. Ogień trzaskał cicho, a cienie tańczyły po ścianach, jakby chciały opowiedzieć historię, której nie mógł jeszcze zrozumieć.

Czuł ciężar listów, klucza i dziennika, który wciąż trzymał w torbie. Wiedział, że każda strona, każde nazwisko, każdy adres to fragment układanki, którą ojciec zostawił dla niego — jakby chciał, żeby Leo dokończył to, czego sam nie zdążył.

Wspomnienie ostatniej rozmowy z ojcem wciąż było żywe w jego głowie. Ostrzeżenia, ciche porady, milczenie między słowami… wszystko to teraz miało znaczenie. I nagle stało się jasne, że nie ma już odwrotu.

— Nie mogę się cofnąć — szepnął do siebie, zaciskając dłonie na dzienniku. — Jeśli chcę dowiedzieć się prawdy, muszę iść dalej.

William spojrzał na niego z cichym zrozumieniem, ale Leo wiedział, że to on teraz niesie ciężar. To on będzie krok po kroku odkrywał, co krył ojciec.


Na zewnątrz Londyn był szary, a deszcz padał nieprzerwanie, odbijając się w kałużach i ulicznych latarniach. Ale w Leo wstawało coś nowego — poczucie celu. Wiedział, że każdy kolejny ruch będzie ryzykowny, że każdy krok może przybliżyć go do niebezpieczeństwa, ale też do prawdy.

Z ostatnim spojrzeniem na kominek i listy, które pachniały papierem i przeszłością, Leo wstał. Sprawy ojca nie można było już zostawić w spokoju. Czekała na niego ulica, miasta i cienie ludzi, którzy nie chcieli być odnalezieni. I on był gotów żeby ich szukać.

ROZDZIAŁ 3

Decyzja

Poranek był ponury, a Londyn wciąż spływał deszczem, jakby samo miasto próbowało zrozumieć ciężar ostatnich dni. Leo wstał wcześniej niż zwykle, z ciężkim sercem i głową pełną myśli. Przeszedł kilka razy przez mieszkanie ojca, dotykając przedmiotów, które były już teraz tylko wspomnieniami: zegara, książek, starych fotografii. Każdy drobiazg przypominał mu, że dotychczasowe życie się skończyło.


W końcu stanął przed lustrem. Twarz w nim była napięta, oczy nieco zapadnięte, a w spojrzeniu mieszkała determinacja. Długo milczał, jakby przeglądał się nie tylko w lustrze, ale i w linii życia ojca, w tym, co zostawił i czego nie zdążył powiedzieć.

Rozpoczął dzień spokojnie, lecz z głową pełną myśli. Zaparzył herbatę, zapalił papierosa jak to robił jego ojciec. Wyszedł na ponure ulice Londynu. Przechadzając się ulicami spotykał ludzi którzy składali mu kondolencje. — Leo odpowiadał jednym słowem — dziękuję. Nic więcej nie wydobywało się z jego ust.

Mijał zmęczone, zapracowane twarze. Każdy wyglądał tak samo. Po porannym spacerze i ochłonięciu Leo wrócił do mieszkania ojca. Zdjął przemoczone ubrania i założył ubrania ojca. Suche i czyste.


Leo wiedział, że nie może już dłużej odkładać decyzji. Musiał iść swoją drogą, nawet jeśli była pełna niebezpieczeństw. Postanowił coś zmienić. Na przykładzie sprawy ojca, chciał rozwiązywać niewyjaśnione zaginięcia, zabójstwa — uważał, że zna się na tym dobrze, w końcu po notatkach ojca potrafił trafić do celu. Wyszedł z mieszkania i skierował się w stronę komisariatu, który pamiętał jeszcze z czasów, gdy jako młody człowiek marzył o pracy w policji. Wtedy jeszcze nie wiedział, że nie jest to tylko marzenie a konieczność.

Leo stał przed komisariatem, dłonie wciąż lekko drżały. Zwykłe drzwi, zwykły budynek, a jednak w tej chwili wydawały się bramą do całkiem nowego życia — życia, które sam sobie wybrał. Dotychczasowe dni wypełniały wspomnienia i listy ojca, ale teraz trzeba było zrobić pierwszy krok.

Wziął głęboki oddech i wszedł do środka. Za biurkiem recepcji siedziała młoda policjantka, która spojrzała na niego z lekkim zdziwieniem.

— Dzień dobry — powiedział Leo, starając się, by głos brzmiał pewnie, choć serce waliło mu jak młot. — Chcę… chcę wstąpić do policji.

Policjantka uniosła brew.

— Pan Smith? — zapytała ostrożnie. — Nie słyszałam, żeby pan wcześniej tu pracował.

— Nigdy — przyznał Leo. — Ale… muszę to zrobić. To jedyny sposób, żeby legalnie zająć się sprawą mojego ojca. Zginął w wypadku, ale ja wiem, że było coś więcej. Chcę… muszę dowiedzieć się prawdy.

W jej oczach pojawiło się ciche zrozumienie, ale też cień wątpliwości. Zawołała kogoś z przełożonych. Leo poczuł, jak adrenalina miesza się ze strachem. W tej chwili każdy ruch, każdy oddech był decyzją, która mogła zmienić całe jego życie.


Gdy stanął przed biurkiem komendanta, poczuł dziwne połączenie misji i lęku. Wiedział, że musi się dostać do policji, ale bał się że sobie nie poradzi — w jednym momencie jego pewność siebie zmalała, wręcz zanikła. Już nie był tak pewny siebie jak dziesięć minut wcześniej.

Jest już za późno — pomyślał — jestem już u komendanta i złożę te papiery, zostanę policjantem!

— Nigdy pan tu nie pracował — powiedział spokojnie komendant. — A sprawa pana ojca… to prywatna sprawa. Nie mogę pana w nią angażować.

Leo spojrzał mu w oczy. Nie było tu miejsca na lęk ani na kompromisy.

— Wiem — powiedział spokojnie, choć w głosie brzmiała determinacja. — Ale jeśli chcę odkryć prawdę, muszę zacząć od początku. Od policji. Od legalnego dostępu do dokumentów, raportów, informacji. Nie mogę inaczej.

Komendant milczał przez chwilę, jakby oceniał jego postawę i determinację. W końcu kiwnął głową. — Dobrze. Zacznie pan od podstaw. Szkolenie, biuro, patrol. Ale niech pan pamięta: nie wolno wchodzić w prywatną sprawę ojca. To oficjalny rozkaz. Leo przytaknął. W głębi serca wiedział, że złamie ten zakaz, kiedy nadejdzie odpowiedni moment. Teraz jednak liczyło się coś innego — pierwszy krok. Pierwsze wciągnięcie powietrza w nowe życie. Pierwszy dzień, w którym stał się częścią świata, który mógł go w końcu doprowadzić do prawdy.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 36
drukowana A5
za 50.95