Rozdział 1
1
Rok 1928 przyniósł upalne, duszne lato nie tylko na Polesiu, ale i na całych rozległych terenach Wołynia i Podola. Ta noc nad Bugiem, jak wiele poprzednich, nie dawała najmniejszego wytchnienia. W brzeskim porcie rzecznym panowała pozorna cisza, przerywana jedynie cichym popiskiwaniem naprężonych lin i miarowymi uderzeniami fal o nabrzeża. Nie było tu już starej spuścizny prowincji. Nowiutkie, surowe nabrzeża ze zbrojonego betonu gwałtownie wgryzały się w nurt rzeki, tylko gdzieniegdzie ustępując miejsca potężnym, grubym balom z modrzewiowego drewna, pachnącym jeszcze świeżą impregnacją. Dopiero na skraju toru wodnego wciąż trwały stare drewniane pomosty, przy których kołysały się miejscowe barki, łodzie rybackie i niewielkie kutry.
Port, będący głównym węzłem przeładunkowym na szlaku prowadzącym ku Bałtykowi, nawet nocą nie zasypiał do końca. W półmroku migotały światła latarni odbijające się w czarnej tafli Bugu, z oddali dobiegało stłumione dudnienie pracujących dźwigów i stukot przeładowywanych skrzyń, a gdzieś pomiędzy magazynami i torami kolejowymi raz po raz rozlegały się krótkie okrzyki robotników kończących nocną zmianę. Nad wodą unosił się ciężki zapach smoły, mokrego drewna, rzecznego mułu i węgla, zmieszany z wonią olejów oraz dymem parowców cierpliwie oczekujących na swoją kolej przy nabrzeżach.
Komisarz Marek Hrynicki szedł w stronę portu, nie spiesząc się ani trochę. Potrzebował kilku minut samotności, zanim usiądzie przy piwie i zanim dołączy do niego większość kolegów z Pierwszego Komisariatu.
Powietrze niosło tu ze sobą całą paletę zapachów a nawet barw, jaka mieszała się w tych miejscach. Wystarczyło przymknąć oczy aby zobaczyć obrazy tego co można było poczuć. Wydobywająca się z głębin, mokra, nieco stęchła woń mułu pomieszana z gryzącym nozdrza dymem parowozów, tłustym zapachem spalonego oleju i ciężkimi spalinami automobili, których z roku na rok przybywało na brukowanych ulicach miasta. Brześć nad Bugiem zmieniał się szybciej, niż większość jego mieszkańców potrafiła to dostrzec. Od otwarcia wielkiego portu rzecznego na wiosnę 1928 roku Bug przestał być jedynie rzeką. Stał się arterią, którą płynęły pieniądze, ludzie i towary z Bałtyku ku Morzu Czarnemu i z powrotem, a równocześnie szlakiem patrolowym Flotylli Pińskiej, strzegącej bezpieczeństwa całego handlowego traktu.
Hrynicki odruchowo spojrzał w stronę Twierdzy Brzeskiej, która nawet po zmroku dominowała nad miastem. Potężne ceglane mury odbijały się w czarnej tafli Bugu i Muchawca, a reflektory wydobywały z bastionów ich surowe piękno. Twierdza, symbol zwycięstwa i narodowej dumy, trwała niezmiennie na straży witając turystów, dyplomatów i dziesiątki innych gości, a hotel urządzony w dawnych koszarach uchodził za jeden z najbardziej eleganckich w całej Rzeczypospolitej Narodów. Komisarz nieraz myślał, że trudno o lepszy znak nowych czasów.
Minął szerokie bulwary wyłożone bazaltową kostką, połyskującą w świetle latarni niczym mokry grafit. Nad nabrzeżem pracowały elektryczne żurawie, których jednostajny pomruk mieszał się z syrenami barek i stukotem wagonów wtaczanych na bocznice. Wysokie magazyny na przeciwległym brzegu, wyglądały niczym twierdze nowej epoki, zbudowane z betonu, stali i szkła, a tam, gdzie jeszcze kilkanaście lat wcześniej stały drewniane budy i cuchnące składy, teraz wyrastały równe szeregi hal, których ściany odbijały światło reflektorów niczym kadłuby wielkich okrętów. Trudno było uwierzyć, że jeszcze niedawno pomiędzy błotnistymi placami rosły chwasty, a zamiast elektrycznych dźwigów pracowały tu skrzypiące ręczne żurawie i zmęczeni tragarze.
Komisarz szedł dalej spokojnym krokiem, wsłuchując się w odgłosy portu, który żył własnym rytmem niezależnie od pory dnia i nocy. Z daleka dobiegł przeciągły głos syreny jednej z barek, dłuższy niż wymagały tego portowe zwyczaje, po czym nad wodą znów zapadła cisza, jakby Bug na krótką chwilę wstrzymał oddech.
Hrynicki wiedział jednak, że wystarczy skręcić w pierwszą ciemną uliczkę, by cały ten nowoczesny obraz rozsypał się jak dekoracja teatralna. Kilka kroków od promenady, między modernistycznymi kamienicami, nadal kwitł stary świat, w bramach przesiadywali rusińscy flisacy, chachłacy z podbrzeskich wsi i żydowscy tragarze, a trefny tytoń, bimber i kradzione towary zmieniały właścicieli równie sprawnie i niezmiennie od lat. Beton zastąpił błoto, elektryczne światło wyparło lampy naftowe, lecz ludzie pozostali dokładnie tacy sami.
Poprawił kołnierz płaszcza i skręcił w boczną ulicę prowadzącą ku portowej gospodzie, z której dobiegała muzyka, stukot kufli i gwar rozmów marynarzy. Wszedł i rozejrzał się — większość kolegów z pracy miała ten sam pomysł co on i przyszła już wcześniej — usiadł w kącie knajpy „Pod Kotwicą”, patrząc na bąbelki uciekające z małego kufla jasnego piwa; tylko tyle, jedna trzecia litra na cały wieczór.
— Marek, ty nie pijesz, ty celebrację uprawiasz — fuknął podkomisarz Janiak, wycierając wąsy umazane pianą po trzeciej porządnej setce czystej monopolowej. — Przecież od tego się nie umiera; chachły piją, Polacy piją, nawet ten żydowski gach od pasmanterii na rogu wczoraj zalał robaka, jak mu weksle pękły, a ty co, jak panienka na pensji.
Hrynicki nie odpowiedział od razu, tylko poprawił nogę pod stołem — lewe kolano, pamiątka po meczu z Pogonią Lwów, rwało na zmianę pogody jak wściekłe, a ten tępy ból był jak natrętny zegar, który co kilkanaście minut cofał go o trzy lata. Odruchowo dotknął palcami krawędzi szklanki, mierząc wzrokiem odległość do drzwi — bramkarski nawyk — widział przestrzeń w ułamkach sekund i dzielił ją na strefy zagrożenia.
Przecież miał już wszystko na wyciągnięcie ręki, w szufladzie jego brzeskiego mieszkania wciąż leżał, dziś już pożółkły, gruby papier z nagłówkiem „Klub Sportowy Pogoń Lwów”, kontrakt na niebotyczną sumę z gwarancją mieszkania w luksusowej dzielnicy i premiami za każdy wygrany mecz. Miesiąc wcześniej przyszedł oficjalny, biały list z Warszawy z gwiaździstym orłem — powołanie do reprezentacji Rzeczypospolitej — i choć podczas zgrupowania w stolicy dwa mecze przesiedział przy linii, marznąc w dresie na ławce rezerwowych i patrząc na plecy pierwszego bramkarza, był drugi w całym kraju, czekał na swoją kolej i miał dwadzieścia cztery lata i cały świat u stóp.
A potem nadszedł ten przeklęty listopadowy wieczór — ostatni mecz w barwach brzeskiego „Sokoła”, zanim miał spakować walizki do Lwowa — stadion pękał w szwach, kibice ryczeli jego nazwisko, aż w osiemdziesiątej minucie poszła prostopadła piłka na pole karne. Marek wyszedł ostro, szczupakiem, prosto pod nogi szarżującego napastnika gości, zdążył sparować piłkę, lecz ułamek sekundy później poczuł potworne, głuche chrupnięcie, gdy korki rywala wbiły się centralnie w jego lewe kolano.
Potem wszystko potoczyło się w koszmarnym, rwanym rytmie, krzyk tłumu, który nagle ucichł, nosze, zapach jodoformu i eteru w brzeskim szpitalu wojskowym, a warszawski profesor sprowadzony za ostatnie oszczędności „Sokoła” tylko pokręcił głową nad otwartym stawem. Operacja trwała trzy godziny, a metalowe klamry, które zostawiły na skórze grubą, siną bliznę, miały jedynie uratować nogę przed kalectwem, nie przywrócić jej na boisko.
Miesiące rekonwalescencji były najgorsze — samotne godziny na szpitalnym łóżku, ból przy każdej próbie zgięcia nogi i upokarzająca prawda, która z każdym tygodniem docierała do niego coraz wyraźniej. Pogoń Lwów szybko przysłała lakoniczne pismo anulujące kontrakt, reprezentacja zapomniała o nim już w kolejnym miesiącu, a Olina… Olina uznała, że kulejący, zgorzkniały eksbramkarz bez grosza przy duszy nie pasuje do jej marzeń o wielkim świecie.
— Organizm to maszyna, Janiak — rzucił krótko Marek, jego głos miał suchy, pozbawiony emocji ton człowieka, który dawno przestał tłumaczyć ludziom oczywiste rzeczy. — Wlałbyś chrzczoną naftę do nowego CWS-a? Nie wlałbyś, więc czemu lejesz ten spirytus w siebie?
— Bo to Brześć, a nie Warszawa, panie komisarzu — zaszydził Janiak, ale bez jadu, szanował Hrynickiego, wszyscy go tu szanowali, nawet jeśli uważali za dziwaka i gbura. — Tu bez znieczulenia człowiek od tego błota i rusińskich pyskówek dostaje pomieszania zmysłów, no ale ty byłeś gwiazdą, „Sokół” Brześć, całe województwo stało na trybunach.
Marek upił mikroskopijny łyk — piwo było zimne i gorzkie, dokładnie takie jak wspomnienia o brawurowych paradach robionych pod dyktando ryczącego tłumu — tamto życie umarło na murawie trzy lata temu, razem z więzadłami w kolanie i z pewną bezużyteczną, piękną dziewczyną, która wolała lwowskie dancingi od brzeskiego policyjnego potu. Dzisiejszy Marek Hrynicki nie potrzebował alkoholu, żeby uciekać od rzeczywistości, jego narkotykiem były akta spraw, suche fakty, logiczne ciągi i ślady linii papilarnych, w których nie było miejsca na babskie kłamstwa ani ludzką słabość.
2
Zanim Janiak zdążył zamówić kolejną kolejkę, drzwi knajpy otworzyły się z impetem, wpuszczając do środka chłód nadrzecznej mgły i młodego, zasapanego posterunkowego. Chłopak rozejrzał się po sali, sparaliżowany dymem tytoniowym, dopóki jego wzrok nie natrafił na lodowate, jasne oczy Hrynickiego.
— Aspirant Rogalski prosi pana komisarza na drugie nabrzeże. Sprawa pilna, o zabójstwo się rozchodzi — wyrzucił z siebie posterunkowy, stojąc w postawie zasadniczej.
— Zabójstwo — powtórzył komisarz. — Lepsze to od tego piwa tutaj — rzekł, podnosząc się z krzesła.
Wszedł po drewnianym, chybotliwym trapie ze zbitych desek na pokład dużej, a jednocześnie całkiem zwyczajnej barki towarowej. Ciszę mąciło jedynie głuche uderzanie fal o kadłub i natrętny zapach wilgoci. Napis na burcie informował, że to „Świtezianka”. Niewielka nadbudówka chroniła koło sterowe krypy i wyglądała dokładnie tak, jakby to była jej jedyna rola.
— Dobrze, że pan jest, komisarzu — bąknął aspirant Rogalski, salutując nerwowo. — Było anonimowe zgłoszenie. Już wszystko zabezpieczone, oględziny wstępne wykonane, ciała na pokładzie i w ładowni, miejsce zabezpieczone, załoga spisana według dokumentów. To nie wygląda na zwykłą bójkę — szybkie, czyste.
— Raportuj — powiedział krótko Hrynicki.
— Pierwsze zwłoki przy relingu, na pokładzie głównym. Mężczyzna lat około czterdziestu, w ubraniu cywilnem. Jedno głębokie pchnięcie narzędziem ostrem pod potylicę, u nasady czaszki, przecięcie rdzenia — śmierć nastąpiła na miejscu. Z dokumentów wynika, jakoby to był Jan Kaczmarek, kapitan jednostki.
— Mówcie dalej.
— W ładowni kolejne dwa trupy, obaj z poderżniętemi gardłami; jeden miał przy boku kaburę, lecz broni dobyć nie zdążył, drugi takoż. Śladów dłuższej utarczki brak — robota szybka, nader precyzyjna.
— A reszta załogi?
— Wedle listów przewozowych załoga liczy czterech ludzi, trzej nie żyją, czwarty nieobecny. Ale… — Rogalski zawahał się. — Ci dwaj w ładowni to nie są ludzie z tej barki, odzienie nietypowe dla tego rodzaju zajęcia, brak śladów pracy portowej, nie posiadają nawet osobistego rynsztunku należnego załodze. Nie pasują ani do statku, ani do przewożonego frachtu. I jeszcze coś — na ściankach nadbudówki widać rykoszety po kulach, nigdzie jednak nie znaleźliśmy ani owych, ani łusek, trudno też ocenić, czy ślady są świeże, czy kilkudniowe.
Hrynicki wszedł na pokład „Świtezianki”. Barka była duża, handlowa, przystosowana do dalekich kursów rzecznych i morskich, załadowana równomiernie, bez śladów chaosu przy ładunku, a zgodnie z dokumentami zmierzała w kierunku Gdańska. Komisarz przeszedł przez pokład i zszedł do ładowni, powietrze było ciężkie i gęste, Rogalski i funkcjonariusze czekali w milczeniu.
— Dwaj w ładowni nie mają dokumentów, pobieżnie wnoszę, że nie są członkami załogi.
Hrynicki spojrzał na ciała, nie podchodząc bliżej niż trzeba.
— Zabezpieczyć wszystko — powiedział. — I sprawdzić ponownie listę ładunku.
— Tak jest.
Komisarz odwrócił się lekko w stronę ułożonych beczek i skrzyń transportowych.
— I nie ruszać niczego dalej bez mnie.
Rogalski skinął głową.
— Czekaliśmy właśnie na pana, komisarzu.
Wydał krótkie polecenia i dwóch funkcjonariuszy zeszło do ładowni z narzędziami. Skrzynie i worki zboża pozostawały nietknięte, ale uwagę Hrynickiego od początku przyciągały stojące przy ścianie rzędy dużych, dębowych beczek zabezpieczonych żelaznymi obręczami.
— Lista ładunku? — zapytał krótko.
— Łój i dziegdź z Kijowa, sto czterdzieści dębowych beczek — odpowiedział Rogalski.
Hrynicki podszedł bliżej beczek i przesunął dłonią po jednej z nich, drewno było lekko wilgotne, ale miejscami miało inną fakturę, jakby obrabiano je niedawno.
— Otworzyć mi tu jedną — polecił.
Funkcjonariusze wybrali beczkę z bocznego rzędu; obręcze puściły z cichym zgrzytem metalu, wieko odchyliło się powoli, a w środku znajdowała się gęsta, ciemna masa o ciężkim, tłustym zapachu — mieszanka zwierzęcego łoju i smołowego dziegciu, konsystencja jednolita, zgodna z dokumentami.
— Łój z dziegciem — potwierdził ostrożnie Rogalski.
Hrynicki nie odpowiedział od razu, przeszedł do kolejnej beczki, stojącej bliżej środka ładowni.
— Tę.
Druga beczka otworzyła się trudniej, drewno stawiało opór, jakby było niedawno ponownie osadzane. Zapach ten sam, ilość też się zgadzała.
— To też powinno być to samo — mruknął Rogalski.
Hrynicki nachylił się nad otworem, nie dotknął zawartości od razu, coś mu w tym „tym samym” nie grało.
Przeszli do trzeciej beczki, obręcze nosiły świeże ślady narzędzia, lecz po otwarciu nic nie wskazywało, że zawartość jest inna — to samo, co w poprzednich.
— Ta beczka była ruszana po drodze — stwierdził Rogalski.
Komisarz popatrzył chwilę, po czym zamknął wieko.
— Nie tylko ruszana.
Przeszedł powoli wzdłuż rzędu.
— Sprawdźcie wszystkie. Nie losowo. Każdą.
Funkcjonariusze zaczęli pracę metodycznie, kolejne beczki otwierano jedna po drugiej, a wynik był jednolity — wszystkie zawierały zwykłą mieszankę łoju i dziegciu zgodną z manifestem. Jednak niektóre były otwierane, wieka osadzone niedbale, miały wyraźne ślady ingerencji, miejscami naruszone dna lub świeżo wzmacniane obręcze.
Rogalski w końcu zamknął notatnik.
— Ktoś wyraźnie sprawdzał zawartość, albo czegoś w nich szukał. Ale czego?
Hrynicki stał chwilę w milczeniu, patrząc na rząd dębowych zbiorników.
— Albo tylko część jest tym, czym powinna być — odpowiedział. — Wezwijcie tu fachowców od tego, niech ustalą ile tego jest, co to jest i wszystko, co się da.
Wyszedł na pokład „Świtezianki” wpatrując się w czarną pustkę przed sobą.
— Z Kijowa, więc płynęli Prypecią do Mozyrza, potem Rzeczpospolita i Kanał Królewski, stop!
Odwrócił się do aspiranta.
— Gdzieś w okolicach Mozyrza barkę przejęli ci ludzie — wskazał w nieokreślone miejsce, gdzie znaleźli trupy. — Sprawdź odprawę celną z Mozyrza.
— Sprawdziłem, komisarzu — odparł Rogalski. — Sto czterdzieści beczek…
— Czyli potrafią tam liczyć do stu czterdziestu — mruknął Hrynicki. — Nie spodziewałem się…
— Na kanał wpłynęli i co? Jakaś jednostka z Pińska tam teren patroluje przecież — rzucił aspirant.
— Dlatego barkę przejęli na Prypeci, bo tam za bardzo nikt nie patroluje, dzika rzeka graniczna. Dlaczego zostawili kapitana na pokładzie? Był w zmowie czy też nie mieli pojęcia, jak płynąć taką krypą?
Hrynicki spojrzał na rząd beczek.
— Na barce była kontrabanda, sporo warta, i ktoś o niej wiedział, ale nie wiadomo, czy znalazł.
Obrócił się, a jego głos stwardniał, nabierając oficjalnego, urzędowego tonu.
— Panie aspirancie, koniec dumania, bierzemy się do roboty. Sprawa ma charakter gardłowy, mordercy są w mieście albo właśnie próbują dać dyla lądem lub wodą. Zarządzam alarm pościgowy. Oto moje rozkazy.
Zastanowił się chwilę, ubierając w słowa to, co miał już w głowie.
— Po pierwsze: telegram alarmowy do wszystkich ościennych posterunków: pełna blokada dróg wylotowych, każda podwoda, wóz, samochód i bicykl do kontroli — interesują nas uzbrojeni, bez meldunku, z trefnymi papierami.
— Po drugie: powiadomić Flotyllę w Pińsku, niech zamkną szlak wodny i sprawdzają każdą jednostkę, ustalić natychmiast, czy mają w pobliżu monitor pod parą — jeśli tak, ma odciąć drogę odwrotu na rzece.
— Po trzecie: lotne patrole piesze i cywilne; przeczesać spelunki, tanie hotele, noclegownie i przytułki w rewirze portowym, wywiadowcy w cywilu mają wejść w knajpy i posłuchać, co szepcze miejscowy element.
— Po czwarte: obsadzić śluzy i przewozy promowe, każdą krypę, bata i motorówkę zatrzymywać do rewizji kadłuba i ładowni — nikt nie odbija od brzegu bez zgody policji.
— Po piąte: sprowadzić fotografa i lekarza sądowego do oględzin zwłok i zabezpieczenia śladów.
— Po szóste: spisać rysopisy zamordowanych i rozesłać je gońcami do urzędów parafialnych i meldunkowych — musimy ustalić, kim byli i z kim w mieście mieli kontakt.
Hrynicki zmierzył aspiranta twardym spojrzeniem.
— Wszystko jasne? Wykonać z najwyższą gorliwością. Za godzinę chcę pierwszy raport na biurku. Ruszajcie.
3
Słońce wschodziło nad Brześciem bez cienia poezji — brudnożółta plama przeciskała się przez rzeczną mgłę, barwiąc dachy Nowego Portu na kolor starej, zardzewiałej blachy. Marek Hrynicki szedł pustoszejącymi ulicami, czując w kościach każdy rok swojej policyjnej służby, w powietrzu wisiał zapach portowego mułu, tytoniu i tej szczególnej, mdłej woni, która zostaje po krwi wsiąkniętej w drewno, jakby sama ziemia nie chciała przyznać, że była świadkiem ludzkiego nieszczęścia.
Kiedy przekroczył próg swojego mieszkania na piętrze starej kamienicy przy ulicy Szerokiej na Przedmieściu Kijowskim, w sieni panował jeszcze półmrok. Ściągnął ciężkie, ubłocone buty, rzucił kapelusz na komodę i marzył tylko o kubku mocnej, czarnej kawy oraz chwili ciszy, aby poukładać w głowie ten galimatias z obrazami morderstwa, prawdopodobnie kontrabandy i być może jeszcze czegoś innego.
Cisza była gęsta, niemal lepka. Dom pusty.
A jednak, gdy wszedł do kuchni, ujrzał ją tak wyraźnie, jakby naprawdę tam stała — boso, z grubym, wełnianym chustem zarzuconym na ramiona. Olina, nauczycielka z Krzemieńca, ale w duchu wciąż Rusinka z okolicznych miejscowości, o twarzy surowej i oczach ciemnych, w których rzadko tliła się refleksja głębsza nad codzienność, lecz zawsze pulsowała uparta, chłopska stanowczość, która najpierw pomogła jej podnieść status społeczny a potem skutecznie utrudniała małżeńskie współistnienie.
Wspomnienie przyszło ostro, niemal boleśnie.
Odwraca się gwałtownie na skrzypnięcie podłogi, jej twarz ściągnięta gniewem, usta zaciśnięte, ten jej sposób patrzenia — najpierw na twarz, potem na ręce, a na końcu ostentacyjne pociągnięcie nosem, jakby węchem mierzyła jego winę i zmęczenie.
— No i wrócił pan komisarz — fuknęła kiedyś, stojąc dokładnie w tym miejscu. — Nad ranem. Słońce już nad rzeką, a ten we drzwi puka.
„Miałem robotę w porcie, Olina.” — odpowiedział jej wtedy zmęczonym głosem, siadając przy tym samym stole, przy którym teraz stała tylko jego samotna filiżanka.
I znów wracał obraz, jakby pamięć odmawiała posłuszeństwa teraźniejszości, jej śmiech — głośny, twardy, kpiący. Jej logika prosta jak cios. Jej przekonanie, że mężczyzna wraca nad ranem tylko z dwóch powodów — z rowu, gdzie trzeźwiał, albo od kobiety.
— Akurat! — krzyczała wtedy. — Chłop jak trzeźwy nad ranem do chałupy idzie, to tylko od kochanki!
Hrynicki zamknął oczy; przez chwilę zdawało mu się, że słyszy ją jeszcze, krzątającą się po kuchni, uderzającą garnkami, mówiącą do siebie półgłosem, jak to czyniły kobiety przy pracy, kiedy dom był jedynym światem, jaki znały.
Lecz gdy otworzył oczy, ujrzał tylko zimny piec, pusty blat i własne dłonie drżące lekko ze zmęczenia.
Dom był pusty. Olina odeszła dawno temu.
Spojrzał na jej nieistniejącą już postać, która powoli rozpływała się w porannym świetle, i poczuł w sobie mieszaninę ulgi i żalu, jaką daje utrata czegoś, co jednocześnie więziło i dawało oparcie. Ten jej prosty, domowy świat był niegdyś przeciwwagą dla mrocznej, splątanej sieci spraw, w które wciągnęła go służba w wydziale zabójstw — tam ważyły się losy granic i kontrabandy, tu sprawy znacznie mniejsze i zarazem nieodwołalne: codzienność, milczenie i samotność.
— Ciszej, Olina… — wyszeptał do pustego pomieszczenia, choć nie było już komu odpowiedzieć.
4
W komisariacie pojawił się bladym świtem. Ani miniona noc, ani zapowiadający się poranek nie należały do tych, które lubił najbardziej — czyli mnóstwa kawy przy stercie gazet i braku jakichkolwiek ważnych spraw do roboty. Starosta brzeski, jego wierny kibic i przyjaciel, osobiście przepchnął go z roli stróża prawa w starościńskiej policji, gdzie się po prostu marnował, do Policji Państwowej, bo tam jego talenta mogły, a wręcz powinny były się rozwinąć — i rozwijały się nader pomyślnie.
— Pan komisarz już na stanowisku? — Zdziwił się szczerze dyżurny, widząc go w drzwiach. Niezmiennie bawiło to Hrynickiego, jako że niemal zawsze pojawiał się o tak wczesnej porze, a na twarzy dyżurnego widział ten sam wyraz autentycznego zdziwienia.
— Jak widać — odparł. — Jest już co dla mnie?
— A ten tu chachar — rzekł dyżurny przodownik, wskazując na siedzącego w kącie, przykutego do poręczy ławki człowieka w jakimś nieokreślonym łachu.
— Cóż z nim?
— Ano ujednał w szynku jednego berlinkarza z Prus. Niby to w obronie własnej, tak baje, ale świadkowie z przesłuchu mówią wprost, że oba zalały robaka, poszli w pijaną ochotę i na majchry się wzieli.
— To po co on tu sterczy? Protokół skreślić, sędziego śledczego zawiadomić, a mnie głowy nie bałamucić takimi bzdurami. O co innego pytałem.
— Nic osobliwego w sprawie wczorajszej nie ma. — odparł dyżurny. — Jest tylko zgłoszenie o włamaniu do sklepu z militariami pod samą twierdzą.
— A to nie moja sprawa będzie — skwitował komisarz.
— Aspirant Nocoń wziął to już w obrót — potwierdził dyżurny. — Kazał jednakowoż przekazać panu komisarzowi, że czas owego włamania zbiega się z wczorajszem zajściem w porcie i jakiś związek rzecz mieć może.
— Rozumiem. Dajcie mi tu dzisiejszą gazetę, będę u siebie. Wszystkie rozmowy łączcie bezpośrednio na mój aparat.
Kawa w komisariacie była z gatunku podlejszych, dlatego pierwszą rzeczą, jaką komisarz zrobił po wejściu do gabinetu, był telefon do kawiarni naprzeciwko, poprosił o dużą kawę i bajgla tak szybko, jak to możliwe. Potem zwykle przeglądał prasę, żeby sprawdzić, czy dziennikarze nie wywęszyli czegoś szybciej niż policja.
„Monitor Polski” w Brześciu, z redakcją niemal drzwi w drzwi z biurem burmistrza, jako organ poważny, a nie plotkarski, miał tę zaletę, że publikował jedynie sprawdzone informacje i nie rozwodził się w gdybaniach oraz wykrzyknikach tylko po to, żeby przyciągnąć uwagę. Miał też, niestety propagandowe akcenty, ale cóż, Na pierwszej stronie w formie niby publicystycznej wyczytał:
Brześć nad Bugiem: GŁÓWNA MAGISTRALA TWOICH KAPITAŁÓW!
Sfery Gospodarcze! Przedsiębiorcy i Syndykaty! Brześć to dziś najtwardsze i najbardziej obiecujące miasto żywego interesu na mapie Rzeczypospolitej. Jako potężne emporjum handlowo-finansowe, oferujemy niebywałe możliwości lokaty kapitału oraz rozwoju spedycji.
Nasz Centralny Węzeł Dróg Żelaznych ekspediuje pociągi towarowe we wszystkich kierunkach kontynentu, a monumentalna Dzielnica Portowa — serce największego portu śródlądowego — zapewnia bezkonkurencyjny przeładunek na strategicznej linii wodnej Bałtyk–Morze Czarne.
A nie latamy czasem aeroplanami na Hawaje albo przynajmniej na Krym? Zirytował się porzucając dalsze czytanie i trafiając niemal od razu w odpowiedź na pytanie, które zadał w myślach: NADZWYCZAJNY LOT NA MADAGASKAR! W tydzień na Riwierze Rzeczypospolitej Narodów! Luksusowe aeroplany pasażerskie do Maroantsetra. Szybkość — Komfort — Egzotyka.
Jednak latamy — Hrynicki nawet się uśmiechnął na myśl o ewentualnej swojej podróży w tak egzotyczne miejsce. Wzrok zawiesił jednak na znacznie większym ogłoszeniu wydrukowanym obok: CHROŃ ZDROWIE I KULTURĘ DOMU! NOWOCZESNY PAPIER TOALETOWY „HIGIEA”. Medycznie rekomendowany, jedwabisty i wolny od drzazg. Odrzuć szorstkie, zadrukowane gazety! „Higiea” to szczyt wielkomiejskiego luksusu i europejskiej czystości. Żądajcie w aptekach i składach aptecznych!
Przerzucił stronę Monitora.
ODKRYJ BRZEŚĆ — ŚWIATOWY SZYK NA RUBIEŻACH PAŃSTWA!
P.T. Podróżni! Poszukujecie niezapomnianych wrażeń, komfortu i wielkomiejskiego tętna? Brześć zaprasza w swoje gościnne progi! Przybywajcie komfortowemi liniami kolejowemi prosto na nasz nowoczesny Dworzec Centralny, skąd luksusowe automobile taksówkowe zabiorą Was ku niesamowitym osobliwościom miasta.
Czy pragniecie ujrzeć gigantyczny ruch statków parowych w Dzielnicy Portowej, czy poczuć historycznego ducha potężnej Twierdzy Brzeskiej — Brześć zachwyci Was na każdym kroku…
Nie dość, ze ci kapitaliści nas zalewają, to jeszcze na spółkę z turystami i z papierem toaletowwym. Może ci komuniści u Niemców mieli jednak trochę racji goniąc to towarzystwo? Komisarz nadal był poirytowany.
Uważnie przestudiował nagłówki najpierw na pierwszej stronie, potem na drugiej i kolejnych, nie znajdując nic, co byłoby istotne w jego sprawie. „Nic osobliwego — pomyślał — skoro wszystko wydarzyło się w nocy. Nawet jeśli już coś wiedzą, nie było czasu na druk. Zobaczymy jutro.” Wrócił więc do zwykłego przeglądania różnych informacji ze szczególnym uwzględnieniem kolumny sportowej.
W najbliższą niedzielę Sokół brzeski miał podejmować u siebie lwowską Pogoń — coroczne wydarzenie nie tylko sportowe, ale i społeczne oraz kulturalne, najważniejsze dla wszystkich mieszkańców. Brześć nad Bugiem miał swojego Sokoła, który zdążył już rozsławić imię miasta nie tylko w Rzeczpospolitej, ale i w Europie, bo dwukrotnie grał w Pucharze Federacji.
Hrynicki był o to nawet trochę zazdrosny, gdy on przez pięć lat bronił bramki Sokoła, wpuszczając łącznie zaledwie dziewiętnaście goli, nikt tu nawet nie marzył, że drużyna może walczyć w europejskich pucharach. Zwycięstwa nad lwowską Pogonią czy warszawską Polonią były podówczas najwyższym szczytem ich możliwości.
— Z kawiarni przyniesiono — usłyszał nagle głos dyżurnego, który wniósł tacę z kawą i bajglem bezceremonialnie do gabinetu, nawet nie pukając.
— Dziękuję za fatygę — rzekł komisarz.
Dyżurny, zachęcony tą odzywką, wskazał palcem na tytuł w „Monitorze”, nawiązujący do meczu.
— A co pan komisarz uważa? — zapytał z ożywieniem. — Damy radę baciarom w tym roku?
— Postawiłem u Buchholza dwadzieścia złotych na naszych, to wolałbym ich nie stracić — odpowiedział Hrynicki.
— No, dziwne by to było, jakby pan komisarz na baciarów stawiał, niepatriotycznie by rzecz wyglądała. Ale chyba pan jednakowoż te pieniądze stracisz.
— A to dlaczego? Mają tam teraz kogoś nowego, kto nam boisko pozamiata?
— Zgniłkiem nie są, zawsze kogoś mają. Jak pan komisarz bramki bronił, to było pewne, że rady nie dadzą, ale teraz sam pan wie, jak się sprawy mają.
— Pójdziemy, popatrzymy, będziemy wiedzieć.
— O! Aparat dzwoni! — rzekł dyżurny, odwracając się gwałtownie do drzwi. — Trza się śpieszyć, bo jak to pan komendant…
Dzwonił aspirant Nocoń.
— Panie komisarzu — rzekł nieco zbyt niepewnie, jak na wprawne ucho Hrynickiego. — Dziwna sprawa wynikła z tym rzekomem włamaniem, co to je obsługuję. Może by się pan pofatygował pod bramę Chełmską? W wolnym czasie, rzecz jasna?
— Nocoń, mówcie, coście tam ujawnili i co jest dziwne. Wtedy się zastanowię.
— No dobrze… — W słuchawce odezwał się nieco zawiedziony głos Noconia. — Włamanie zgłosili sąsiedzi z kamienicy, pono strzały słychać było nad ranem. Pojechałem na miejsce, faktycznie, drzwi od zaplecza rozbite, kraty tam żadnej nie było, więc do czynności urzędowych przystępuję. A tu nagle pojawia się właściciel i stwierdza, że to pomyłka, włamania żadnego nie było, nic nie zginęło i w ogóle za fatygę przeprasza i takie tam…
— Aspirancie, to po co mnie i sobie głowę zawracacie?
— Ano dlatego, że zanim tenże właściciel się pojawił, pierwsze czynności zdążyliśmy wykonać i odkryliśmy dwie rzeczy. A mianowicie: we framudze owych tylnych drzwi tkwiły dwa pociski z naszej popularnej Radomki, co to gołym okiem było widać, pociski wyjęliśmy ale ci z UOR kazali oddać, ze to niby do ekspertyzy dadzą. Ujawniliśmy też ślady krwawe, w nader sporej ilości, zaraz przy tych drzwiach.
— I cóż na to właściciel?
— Nic. Nadal się upiera, że włamania nie było, a krew to ponoć z rzeźni obok, czy insza bzdura.
— Faktycznie, zastanawiające.
— Jest jeszcze coś. W sieni tuż obok drzwi rozlana maź się znajduje w dość dużej ilości, jakby kto wiadro przewrócił. Niby to łój jest, co gołym okiem widać, ale w nim było coś innego, jakby żwir jaki albo kamyki połupane, dziwne, aleśmy nie zdążyli tematu pogłębić. Mamy się wynieść jak ci rządowi każą i sprawę porzucić?
— Czekajcie, niebawem tam będę.
5
Komisarz Marek Hrynicki z wydziału zabójstw pierwszego komisariatu Policji Państwowej w Brześciu nad Bugiem bardzo nie lubił opuszczać biura w czasie przeznaczonym na poranną kawę i bajgla. Zazwyczaj tak ustawiał sobie robotę, aby mieć święty spokój przynajmniej do południa. Zwykle jednak nie było w Brześciu zabójstw codziennie — ba, nawet raz w miesiącu to był swego rodzaju rarytas dochodzeniowy, który przeważnie kończył się na drugi dzień, bo sprawcą był ktoś z rodziny czy najdalej sąsiad, a narzędziem zbrodni młotek, siekiera albo zwykła sztacheta. Ot, życie.
Sporo zmieniło się jednak, odkąd miasto awansowało na tranzytowej mapie przepływu towarów z południa, od Kijowa do Bałtyku. Rosja, która po wielkiej wojnie straciła swoje główne zaplecze portowe na Krymie, musiała znaleźć inne możliwości transportowe, pozostawał Dunaj albo szlak przez Kanał Królewski do portów Rzeczypospolitej. Porty Prus cesarskich liczyły sobie bowiem tak absurdalne myto, że sprzedaż za pośrednictwem Królewca czy Elbląga stawała się całkowicie nieopłacalna.
Hrynicki nie zastanawiał się jednak nad polityką tranzytową Cesarstwa — myślał jedynie o ludziach, których znalazł martwych wczorajszej nocy i próbował przypasować ich do któregoś z ościennych krajów. Pod Bramę Chełmską dotarł szybko, nawet nie spiesząc się zbytnio. Zastał stojących przed sklepem z militariami kilku niebieskich policjantów i aspiranta Noconia, wyraźnie zdegustowanego czymś, czego komisarz jeszcze nie umiał określić. Wtedy zauważył, że w towarzystwie aspiranta drepcze niepozorny cywil, którego niemal natychmiast zaszufladkował jako tajniaka — nie był to jednak jego tajniak.
— Porucznik Sobiszewski — jak na zawołanie Nocoń przedstawił mu cywila. — On tu teraz dowodzi.
— Że jak? — Hrynicki raczej udawał zdziwienie, bo domyślał się wszystkiego.
— Urząd Ochrony Rzeczypospolitej, porucznik Sobiszewski — rzekł cywil, pokazując legitymację służbową z daleka. — Na mocy uprawnień o nadzwyczajnych środkach zapobiegania przejmuję dochodzenie w sprawie tutejszego włamania.
— Jasne, poruczniku — zgodził się gładko Hrynicki. — W kwestii formalnej zaś: znalezione fanty zostają na razie u nas.
— Niepodobna… — zaoponował urzędnik.
— Podobna — uciął Hrynicki. — Odbierze je pan w pierwszym komisariacie w dowolnej chwili. — Wyjaśnił z uśmiechem. — Popołudniowej chwili.
— To są jawne próby przeszkadzania w dochodzeniu! — obruszył się Sobiszewski.
— Panie poruczniku — znowu wszedł mu w słowo Hrynicki. — Teraz to pan mi utrudnia zamknięcie i formalne przekazanie sprawy dla UOR-u, a ja nie mam na to czasu. Miłego dnia życzę.
Komisarz dość ostentacyjnie odwrócił się od młodego porucznika biorąc jednak niepostrzeżenie pod rękę swojego młodego aspiranta Noconia i odciągając go na stronę wystarczająco daleko od postronnych uszu, zapytał cicho:
— Nazwisko właściciela?
— Stern, panie komisarzu. Alojzy Stern z Warszawy, bywa tu tylko okazjonalnie.
— Co z tymi kulami we framudze dzwi?
— No, tu się akurat nie udało. Tamci położyli łapę najpierw na drzwiach.
— Rozumiem. Próbki krwi?
— Wzięliśmy. Sprawdzi się w laboratorium, czy w ogóle ludzka.
— Zatem wszystko, aspirancie. Zbierzcie ludzi i fajrant.
Policjanci niespiesznie kończyli oględziny, nie zdążyli nawet rozciągnąć sznurów ani odgrodzić miejsca włamania, więc po prostu odwrócili się na pięcie i odeszli.
Pustka pod sklepem militarnym nie trwała jednak długo. Chwilę później czarny CWS zahamował z głośnym piskiem opon, omal nie potrącając komisarza, z wnętrza limuzyny wysypało się czterech smutnych facetów, jednakowo ubranych w jasne prochowce i znacznie ciemniejsze kapelusze. Nie zamierzali obstawiać terenu, rozmawiać z gapiami ani robić innych widowiskowych rzeczy — bez słowa, zwartą grupą, od razu zniknęli się we wnętrzu sklepu. Nie zwrócili najmniejszej uwagi na rzekomo dowodzącego akcją porucznika Sobiszewskiego, a Hrynicki skwitował to jedynie szerokim, szyderczym uśmiechem.
Podszedł bliżej, prosto do mocno zdezorientowanego sytuacją oficera UOR-u, i zagadnął swobodnie:
— Właściciela pan porucznik przesłuchał już, czy też czeka, aż trop całkiem ostygnie?
Tamten spojrzał na niego z góry, jakby kompletnie nie rozumiał ordynarnego, policyjnego pytania, w końcu żachnął się i odparł lodowato:
— To już nie jest sprawa policji. Pan się oddali i zajmie swoimi obowiązkami, komisarzu.
— Rozumiem. Czyli nie przesłuchał pan — skwitował krótko Hrynicki. — Ofiar na miejscu nie ma, zatem faktycznie to nie jest moja sprawa. Żegnam uprzejmie.
Odszedł niespiesznie w stronę portu. Dochodziło południe, więc spodziewał się sporego ruchu na rzecznych nabrzeżach — tradycyjnego tłumu tragarzy, portowej mieszanki narodów, przekrzykiwania się flisaków i ogólnego, głośnego harmidru. Dzień znowu zapowiadał się duszny i upalny.
6
Już z daleka dostrzegł niską sylwetkę monitora z pińskiej flotylli. Szerokie kominy jednostki były tak wysokie, że nie sposób było pomylić jej z żadną inną łajbą pływającą po Bugu. Hrynicki zmarszczył brwi — monitor powinien przecież patrolować rzekę gdzieś wyżej toru wodnego albo robić rewizje na rurach, zgodnie z rozkazami, które komisarz posłał do flotylli jeszcze wczorajszej nocy.
Skierował się wprost do jednostki cumującej przy drewnianym pomoście. Biały, wymalowany od szablonu napis „Polesiuk” na burtowym pancerzu odcinał się wyjątkowo wyraźnie. Albo nowy, albo cała ta łajba dopiero co przeszła remont w stoczni — pomyślał Marek, po czym złapał się na tym, że zupełnie niepotrzebnie analizuje przypadkowe szczegóły. Takie już miał zawodowe przyzwyczajenie — w ich fachu warto było zapamiętać każdy drobiazg.
— Komisarz Hrynicki, Policja Państwowa — rzucił krótko do stojącego na pokładzie marynarza z karabinem. — Do kapitana.
Nie czekając na oficjalne zaproszenie, przeskoczył wyjątkowo niską, okutą żelazem burtę okrętu. A może raczej barki? Sam w duchu nie umiał precyzyjnie zdefiniować, na pokładzie czego właściwie się znalazł.
Z pancernej nadbudówki, wystającej nad pokład niewiele ponad metr, wyszedł po ciasnych schodkach młody mężczyzna w granatowym mundurze flotylli. Hrynicki zanotował w pamięci, że to chyba jedyna służba mundurowa w kraju nosząca sorty w kolorze innym niż błękitny.
— Kapitan Marasarczyk — usłyszał śpiewny, miękki głos młodego oficera.
Miejscowy, jak dwa plus dwa — pomyślał natychmiast Marek, wyczuwając poleską nutę.
— Komisarz Hrynicki, wydział zabójstw policji w Brześciu.
— A, to zapraszam, zapraszam. Mam dla pana informacje — ożywił się kapitan. — Może przejdziemy tutaj? W sterówce straszna duszność, a i miejsca tam dla dwóch chłopa za mało.
Oparli się ciężko o metalowe relingi.
— Mam już dla pana gotowy stenogram, sporządzony z nocnych poszukiwań. Dużo tego wyszło, ale wniosek jest krótki: nikogo podejrzanego na wodzie nie było, żadnej nielegalnej kontrabandy w szuwarach nie znaleźliśmy, od strony rzeki nikt w popłochu przed nami nie uciekał.
— I na tym zakończyliście poszukiwania? — Hrynicki uniósł brew.
— A broń Panie Boże! Flota monitoruje teraz szlak ze zdwojoną uwagą, całą dobę. Nikt żywy się nie przemknie niezauważony przez nasze posterunki.
— Ten stenogram… Ma go pan przy sobie?
— A nie. Stenogram już u pana szanownego komisarza w biurze zapewne oczekuje. Będzie ze dwie godziny, jakem go gońcem posłał.
Komisarz rozejrzał się po pokładzie monitora. Uznał, że być może to jedyna okazja, by z bliska poznać tak niezwykłą jednostkę. Kto wie, kiedy podobna wiedza może się przydać?
Już pierwszy rzut oka wystarczył, by zburzyć wyobrażenia o okrętach, jakie nosił w pamięci. Nie było tu nic z elegancji morskich krążowników ani smukłości wojennych niszczycieli. Kadłub monitora leżał niemal na samej wodzie. Był nieprzyzwoicie płaski, jakby silniejsza fala mogła w każdej chwili przelać się przez pokład. Okręt sprawiał wrażenie, że nie tyle płynie rzeką, ile wrasta w jej nurt.
Stalowe płyty pancerza, połączone tysiącami nitów, tworzyły surową, ciężką bryłę. Hrynicki podszedł bliżej potężnych konstrukcji dominujących nad niskim kadłubem. To one decydowały o sile tej niepozornej jednostki. Trudno było uwierzyć, że właśnie taka niezgrabna łajba mogła podporządkować sobie całe kilometry bagnistych brzegów Polesia.
Na dziobie i rufie wznosiły się obłe, nitowane wieże artyleryjskie. Z przedniej, niczym dwa ślepe oczy stalowego olbrzyma, wystawały krótkie, grube lufy francuskich armat kalibru siedemdziesięciu pięciu milimetrów wzoru 1897. Komisarz wyciągnął rękę i dotknął chłodnej, matowej stali jednej z nich.
— A co? — odezwał się za jego plecami śpiewnym kresowym akcentem kapitan. — Czuć siłę, ha?
Hrynicki uśmiechnął się tylko.
W tylnej wieży spoczywała jeszcze potężniejsza broń — krótka haubica kalibru stu milimetrów, zdolna jednym celnym pociskiem rozbić umocnione stanowisko na brzegu. Po obu burtach i w środkowej części okrętu wyrastały mniejsze, opancerzone kopuły. Z ich wąskich strzelnic wystawały grube, chłodzone wodą lufy ciężkich karabinów maszynowych Maxim. Wyglądały niczym nienaturalne narośla wyrastające z grzbietu stalowego potwora.
— Z bliska rzeczywiście wygląda groźnie — przyznał komisarz. — Nie spodziewałem się…
Im dłużej przyglądał się monitorowi, tym wyraźniej dostrzegał, że wszystko podporządkowano tu jednemu celowi. Nie było miejsca na wygodę ani ozdoby.
Pośrodku pokładu wznosiła się niewielka, kanciasta sterówka przypominająca betonowy bunkier. Nie miała ani jednego okna. Świat zewnętrzny można było obserwować jedynie przez wąskie szczeliny zabezpieczone grubym szkłem pancernym.
Tuż za nią sterczał krótki, ukośny komin. Choć silniki pracowały jedynie na biegu jałowym, z jego gardzieli sączyły się leniwe, błękitnawe smugi spalin o gryzącym zapachu ropy i przepalonego oleju. Techniczny fetor mieszał się z wilgocią rzeki i wonią tataraku.
Komisarz musiał uważnie patrzeć pod nogi. Dla człowieka w cywilnym ubraniu pokład był prawdziwym torem przeszkód. Wszędzie leżały grube, mokre liny manilowe, stalowe cumy oplecione wokół masywnych polerów oraz ciężkie łańcuchy kotwiczne, których ogniwa miały wielkość ludzkiej dłoni. Wszystko prowadziło ku dziobowej windzie kotwicznej.
Co kilka kroków w stalowym pokładzie otwierały się kwadratowe włazy. Z ich wnętrza dobiegał jednostajny szum wentylatorów, brzęk naczyń z kambuza i niski pomruk maszyn pomocniczych. Hrynicki zajrzał do jednego z otworów. Niemal pionowa żelazna drabinka ginęła w półmroku, gdzie majaczyły ciasne przejścia i niskie przedziały mieszkalne. Tam, pod grubym pancerzem, w dusznych warunkach żyła cała załoga.
Na rufie, na niskim maszcie, gwałtownie trzepotała na wietrze błękitno — złota bandera Flotylli Rzecznej.
Komisarz cofnął się o krok, poprawił kapelusz i raz jeszcze ogarnął wzrokiem całą jednostkę. Kapitan z ledwie dostrzegalnym uśmiechem obserwował jego skupienie.
Monitor nie miał w sobie nic z morskich okrętów. Był ordynarnym, stalowym narzędziem wojny — zbudowanym nie po to, by zachwycać, lecz by budzić respekt. Na płytkich, zdradliwych wodach Polesia nie potrzebował wdzięku. Wystarczała mu siła.
7
Odwieczne pytanie, niemal egzystencjalne komisarza, od kiedy porzuciła go żona, było nadzwyczaj proste: obiad w portowej knajpie czy bardziej luksusowo, gdzieś w mieście? Powiódł wzrokiem po nabrzeżu. Śmierdziało rybą, bryza to pojęcie tu obce, tłum ludzi i wrzaski. „Przecież Olina nie miała pojęcia o gotowaniu, co ja sobie wmawiam, zjem w Hetmańskim, mam po drodze”.
Restauracja Hotelu Hetmańskiego świeciła pustkami. Na obiad było za wcześnie, więc oficerowie z garnizonu nie ruszyli jeszcze na popołudniowy odpoczynek przy czymś mocniejszym. Panienki nawet jeszcze nie szykowały się do pracy, bo dyżurnych alfonsów Hrynicki za barkiem nie dostrzegł.
Wziął jak zwykle danie dnia i pół kufla piwa, którego widok pomagał mu się skupić, choć do wypicia go, jak zwykle, nie był przekonany.
Jadł i myślał.
UOR wlazł na zwykłe włamanie w podrzędnym sklepiku. Trzy trupy na barce ich nie zainteresowały — wydarzenia z tej samej nocy. Ciekawe. UOR nie zajmuje się byle czym, to sprawa wywiadowcza być musi. Zatem poukładajmy to… Załoga barki, ta oryginalna, nic o niej nie wiadomo. Gdyby były trupy, to nawet w Mozyrzu już powinni na nie trafić. Może to jednak ci zabici byli oryginalną załogą? Wynajęli barkę z samym kapitanem, gdzieś w Kijowie. To możliwe. Ale jaka kontrabanda jest warta życia trzech ludzi? Co można ukryć w beczkach z dziegciem i łojem? A może to zupełnie co innego było i nie w beczkach? To po co je otwierano? Szukali, bo nie wiedzieli, gdzie to ukryte. Agenci — to nawet pasuje. Potem tamtych wyeliminowali następni, żeby kontrabandę przejąć…
— Można się dosiąść?
Tok myśli przerwał zgrzyt pytania. Spojrzał na właścicielkę słów — piękną blondynkę, której jasne loki wymykały się spod niewielkiego toczka.
— Miejsc jest dużo, szanowna pani — odparł Marek.
— Ale ja konkretnie do pana mam słówko — rzekła z uśmiechem i usiadła bez pytania.
— Julia Wejchert, „Nowiny Lwowskie” i brzeskie zarazem.
— Ach, to… — Hrynicki pokiwał głową. — W sprawie meczu to jutro na trybunach możemy porozmawiać.
— A to będzie pan? Nie jest pan aby zajęty morderstwami?
— Będę, łaskawa pani, a teraz jednak wybaczy pani, ale jestem trochę zajęty.
— Tymi morderstwami, rzecz jasna?
— Pani Julio, o ile dobrze zapamiętałem — rzekł z uśmiechem. — Nie rozmawiam z prasą o pracy, jeśli nie mam nic do powiedzenia. Jak mam coś do powiedzenia, też nie rozmawiam.
— A ja to wiem. Wszyscy to wiedzą. Ale ja nie jestem prasą. Ja chcę wiedzieć, czy znalazł pan to, co było na barce.
— Ha… — uśmiechnął się Marek. — Nic nie zginęło, z tego co mi wiadomo.
— Panie komisarzu kochany… — Julia wyjęła z torebki kilka kartek papieru i położyła je na stole. — To są zdjęcia od mojego… współpracownika, rzecz by można. Widać na nich dwie rzeczy, nieprawdaż?
Hrynicki pochylił się nad pierwszą fotografią.
— Na co patrzę wobec tego?
— Nie widać nazwy barki, fakt, ale łatwo tę ze zdjęcia porównać z oryginałem na miejscowym nabrzeżu.
Rozpoznał barkę od razu — po olinowaniu i węzłach, które identycznie zwisały z relingów. Wiedział, że takiego układu nie da się łatwo powtórzyć na innej łajbie.
— Dwóch ludzi przy barce, tych rozpoznać łatwo, prawda?
Kapitan barki — niski, przysadzisty — zapadał w pamięć nawet jako nieboszczyk. Drugi mężczyzna nie był mu znany.
— Gdzie to jest zrobione?
— Dwunaste nabrzeże portu rzecznego w Kijowie. Trzy tygodnie temu.
Hrynicki obejrzał kolejne zdjęcie — ten sam nieznany mężczyzna, tym razem w innym porcie.
— Czengele Skele — wyjaśniła Julia. — Port rybacki koło Burgas, po tureckiej stronie.
Trzecie zdjęcie pokazywało tę samą okolicę bez ludzi.
— Ładne widoczki, tylko obraz mało ostry — rzucił Marek. — Pani współpracownik jest słabym fotografem.
— Proszę porównać twarze z tymi zabitymi, jeśli jeszcze pan nie widzi podobieństwa.
— Pani Julio — powiedział powoli komisarz. — Pani przyszła tu jako dziennikarka brukowca, a chce wyjść jako, nie wiem, agent wywiadu? Ja jestem z policji kryminalnej, nie z tajnych służb.
— Tajne służby często posługują się innymi, kiedy same nie mogą działać jawnie.
Wyszedł z restauracji, próbując nie oglądać się zbyt ostentacyjnie za zgrabną dziennikarką, która mimo wykonywania nielubianego przez komisarza zawodu wydała mu się niezwykle atrakcyjną kobietą. Do tego jeszcze ewidentne koneksje z wywiadem. Dlaczego podsyłają mu zdjęcia?
Hrynicki zwyczajnie potrzebował umysł oczyścić, jak to miał w zwyczaju, więc nie myśląc wiele, postanowił przez Zielony Rynek na Kijowskim Przedmieściu do domu się udać, by po prostu dogłębnie sprawę przemyśleć. Ale co tu było do przemyśleń? Ot, posłużyć się chcą policją, żeby za bardzo nie wychylać się i nie ujawniać. Pewnie sam by tak zrobił na ich miejscu. Służby szemrane, niejawne i ukryte po to takie były właśnie, aby tymi jawnymi, na widoku, móc się czasem posłużyć. „A co mi tam. Zdjęcia są, rysopisy się wykona, na punkty roześle i jeszcze pochwała się trafi, jak na którego trafimy”.
Minął już niemal Zielony Rynek, który — jak sam zauważył — kurczyć się począł niemal z miesiąca na miesiąc, od kiedy magistrat Kijowskie Przedmieście najpierw na Wołyńskie Przedmieście przemianował, potem zrobił z przedmieścia dzielnicę miejską, a na końcu włączył w ramy śródmieścia jak, nie przymierzając, do metropolii jakiej. Tam, gdzie jeszcze zeszłego lata baby z wsi okolicznych stragany miały z zielonym wyrobem — tak z przednówka, jak i późniejszym — teraz już teren ogrodzony, pod kolejną budowę wyznaczony był. Kolejna spedycja, transport rzeczny czy filia zamorskiej agendy, miejsca nie mogąc już znaleźć w ścisłym i zatłoczonym starym mieście, budowała swe królestwo jak najbliżej Bugu i rzeki Muchawiec. „Za rok, dwa, trzeba się będzie gdzie dalej wyprowadzić, bo tu już tych wież nabudują jak w Warszawie samej”, pomyślał komisarz, oceniając na nowo rozmiar skurczonego Rynku Zielonego.
— Łapajcie złodzieja! Bodaj ci te kradzione ręce uschły i odpanuły! — wrzask kobiecy osadził go w miejscu, każąc rozejrzeć się po okolicy. — Żebyś ty skapiał, padalcu, na tym miejscu! Żeby cię czubaty diabeł po muchawieckich bagnach całą noc gonił, ty nasieniu przeklęte! — zlokalizował zamęt. Kobieta, stojąc w rozkroku z rękami na biodrach, raz po raz wymachując nimi w pogróżce, typowe małdrzyki składała miejscowemu chłopczynie, który zaułkami przez bazarek uciekał. — Żeby tobie i całemu twojemu rodowi kołtun z głowy nie schodził, chachle zatracony! Bodajbyś ty te pieniądze na własny pogrzeb wydał! — Kobieta nie ustawała w słowotwórstwie miejscowym, na pohybel ogólnie się nadającym, ale i pewnie złość miała niemałą, skoro aż tak długo złorzeczyć jej się chciało.
Chłopczyna już ryneczek ominął i zadowolony z siebie odwrócił się w stronę kobiety z uśmiechem szelmowskim, wała na rękach pokazując, wpadając w tym samym ruchu plecami wprost na komisarza, który zgrabnie za kołnierz go pochwycił i do pionu jedną ręką ustawił.
— I cóż, mój ty biegunie sportowy? — rzekł Hrynicki niemal wprost w ucho złodziejaszka. — Nie lepiej to na stadion pójść, na torach pobiegać, może na jakie zawody do Pińska czy Warszawy pojechać, zamiast baby na targu obrabiać?
Chłopak próbował się uwolnić, ale chwyt Marka był iście stalowy, prędzej by szwy w tym tanim ancugu młodego puściły, niżby ten zdołał się wyrwać. Po chwili jednak baciar przestał się szamotać, gdy dotarło do niego, w czyim ręku się znalazł. Hrynicki, choć lata mijały, nadal trzymał fason, wyglądał młodo i był powszechnie rozpoznawalny — zwłaszcza wśród tych, co na mecze i pokazy „Sokoła” chadzali. A chłopak, jak widać, chadzał.
— Panie Hrynicki… — wyseplenił tylko, blednąc na twarzy. — Jażem tylko tak, dla hecy… Nic takiego…
— No, chyba żeś zieleniny ani jajek kobiecie nie podprowadził? — zapytał komisarz, potrząsając chłopakiem tak długo, aż spod pachy czy innego zakamarka w łachmanach posypały się grosze, jabłka i parę papierowych złotówek, które łagodnie spływały na wietrze ku ziemi.
Hrynicki dojrzał też kobietę, która — widząc, co się stało — zdecydowanym krokiem zbliżała się do nich, gotowa tym razem dobrze życzyć temu, kto złodzieja pochwycił.
— Panie komisarzu, niech mnie pan ostawi, ja nie winien za bardzo… — skamlał chłopak.
— Za bardzo? — powtórzył Marek. — Wiesz, łapserdaku, że za te parę miedziaków i tych parę dziesiątek mogę cię do kryminału na rok przynajmniej kazać przymknąć?
— E tam, co by pan od razu musiał kazać… — bąknął chłopak, spuszczając wzrok.
— Zjeżdżaj stąd i żeby cię moje oczy na tym rynku więcej nie oglądały! — syknął komisarz, rozluźniając uchwyt akurat na chwilę przed tym, jak okradziona kobieta podeszła bliżej.