E-book
Bezpłatnie
drukowana A5
21.5
drukowana A5
kolorowa
48.77
Cienie

Bezpłatny fragment - Cienie


5
Objętość:
155 str.
ISBN:
978-83-8155-312-4
E-book
Bezpłatnie
drukowana A5
za 21.5
drukowana A5
kolorowa
za 48.77

Pobierz bezpłatnie

Babci i Dziadkowi

*

Kiedy na oknie pojawiły się pierwsze krople deszczu, zrozumiałem, że ta noc będzie wyjątkowo niespokojna. Przenikliwy chłód od dłuższego czasu rysował na popękanej szybie kryształowe kwiaty, a wiatr, niczym woda w rynnie, swobodnie przepływał przez szczeliny w ścianach. Choć okryłem się trzema kocami, przez moje ciało co chwila przebiegały dreszcze. Chciałem usnąć, aby przynajmniej na moment zapomnieć o wszystkich dręczących mnie zmartwieniach. Wiatr jednak wzmagał się z każdą chwilą, a rytm wybijany przez krople deszczu znacznie przyspieszał.

Z mroku w pomieszczeniu wyłaniała się cała armia niepokojących kształtów, które stwarzały w mojej głowie koszmarne wyobrażenia. Za dnia na półkach drewnianego regału leżały tutaj jedynie narzędzia ogrodnicze. Nocą dostrzegałem coś zupełnie innego. Zastygłe cienie nagle budziły się ze snu i zaczynały przemierzać ściany w poszukiwaniu swojego pożywania — strachu. W składziku było nas dwóch, ale chyba tylko ja stanowiłem dla tych kreatur pełnowartościowy posiłek. Metaliczny stukot, dochodzący z drugiego końca pomieszczenia, mroził mi krew w żyłach. Naga żarówka huśtała się na czarnym kablu, sprawiając wrażenie, jakby zaraz miała upaść i rozbić się na tysiące szklanych odłamków, które zadałyby mi tysiące bolesnych zadrapań. Stęchlizna mieszała się w powietrzu z intensywnym zapachem benzyny, a dziwne kształty nieustannie spoglądały na mnie niczym drapieżnik obserwujący swoją ofiarę tuż przed zabójczym atakiem. Próbowałem wmówić sobie, że moje myśli są irracjonalne. To tylko wybujała wyobraźnia, która zafundowała mi istnie przerażający spektakl. Przecież duchy nie istnieją.

Ciągle próbowałem poukładać sobie w głowie wszystko, do czego doszło na przestrzeni ostatniego tygodnia. W całym kraju działo się coś niedobrego. Ojciec zawsze powtarzał, że „nadeszły niespokojne czasy”, lecz nigdy nie wiedziałem, co dokładnie miał na myśli. Kiedy leżałem w tej starej drewnianej komórce, w objęciach zimnego wiatru, powoli zaczynałem rozumieć sens jego słów.

To stało się dokładnie w pierwszy dzień nowego roku. Uzbrojeni funkcjonariusze z samego rana wtargnęli do wielu bogatych rezydencji, grożąc wszystkim domownikom lśniącymi w świetle luksusowych lamp karabinami. Wciąż nie jestem do końca pewien, czy to rzeczywiście byli policjanci, ponieważ mieli na sobie niespotykane dotąd krucze mundury opatrzone na plecach białym konturem w kształcie trójkąta. Najdziwniejsze jednak były czarne maski zakrywające ich twarze. Przypominali żołnierzy z przyszłości w jednym z komiksów, które czytałem u mojego kolegi, Bena.

Stary Jones, który zajmował w pobliskim komisariacie jakieś wysokie stanowisko, również został bezpodstawnie wyrzucony z własnego domu. Widziałem to na własne oczy. Wykrzykując liczne obelgi i uparcie szarpiąc się w żelaznym uścisku policjantów, otrzymał od nich kilka potężnych uderzeń półmetrową pałką. Swoje przekleństwa co chwila przeplatał pełnymi bólu okrzykami. Później Jones został wrzucony do pancernej furgonetki jak worek ziemniaków.

Mimo że w filmach widziałem już wiele równie wstrząsających scen, ta była dla mnie prawdziwym szokiem. Z niedowierzaniem patrzyłem, jak uzbrojeni policjanci wpadają do prywatnych domów, a po chwili wyprowadzają z nich zaspanych i śmiertelnie przerażonych ludzi. Dziwny, zmasowany atak nastąpił nagle. Niczym sztorm, który w ciągu kilkunastu minut zamienia największy okręt w ruinę.

Tego ranka miałem szczęście. Z okazji zabawy sylwestrowej rodzice pozwolili mi na nieco dłuższe niż zwykle oglądanie telewizji. Kiedy jednak mama zdecydowanie nakazała mi iść spać, postanowiłem, wbrew jej woli, spędzić najbliższą godzinę nad moim projektem monumentalnego drapacza chmur, który miał kiedyś powstać w centrum Nowego Jorku. Tak przynajmniej obiecał mi ojciec, nazywany przez światowe media „dyktatorem światowej architektury”. Sam nigdy o sobie tak nie mówił. Kiedy wracał do domu, odkładał pracę na bok, poświęcając czas którejś ze swoich licznych pasji.

Mój dziecinny projekt przedstawiał najwyższy na świecie budynek zakończony potężną iglicą, której ostatnie piętro służyło ludziom do obserwacji całej Anglii. Już wtedy dzięki swej wyobraźni miewałem dosyć abstrakcyjne pomysły.

Kiedy w końcu ukończyłem swój projekt, na zegarze wybiła 5:00. Pierwszy raz miałem okazję do tak długiej i beztroskiej zabawy. Moje dłonie mieniły się we wszystkich kolorach tęczy, dlatego postanowiłem umyć je przed snem. Gdybym wybrudził pościel, mama z całą pewnością załamałaby nade mną ręce i zrobiła jedną ze swoich zrezygnowanych min.

Najciszej jak tylko mogłem, zbiegłem po schodach. W ostatniej chwili instynktownie zatrzymałem się przed stopniem, który jako jedyny mógł wydać z siebie skrzypliwy dźwięk. Ostrożnie nad nim przeskoczyłem i pobiegłem w stronę łazienki. Kiedy mijałem kuchnię, gwałtownie się zatrzymałem, ponieważ niespodziewanie ujrzałem tam rodziców, którzy z uwagą wyglądali przez okno. Kilka sekund później zapadła najgłębsza w całym moim życiu cisza. Niezmącona żadnym najdrobniejszym szumem, świstem oddechu czy nawet biciem serca. Właśnie wtedy na zewnątrz nastąpiła cała seria wybuchów. Byłem przerażony. Potężne odgłosy rozbrzmiewały jeden za drugim, począwszy od pierwszego domu na tej ulicy. Najpierw eksplozje były nieco cichsze ze względu na odległość, jednak im bardziej się zbliżały, tym większy odczuwałem strach. Kiedy enigmatyczne detonacje dotarły do przeciwległych posiadłości, kątem oka dostrzegłem, jak drzwi Clarków z potężną siłą wylatują z zawiasów. Oni wysadzają wejścia do rezydencji, pomyślałem. Chcą wedrzeć się do tych najbogatszych w całym mieście ludzi. Tylko w jakim celu?

Zdezorientowany przeniosłem spojrzenie na twarz mojego ojca. Patrzył na mnie i coś krzyczał, ale dopiero po chwili usłyszałem jego głos. Wszystko działo się w zwolnionym tempie.

— William! Ocknij się! — Potrząsnął mnie za ramiona.

— Co się dzieje?

— Nie mamy czasu, Will. Mogą w każdej chwili przenieść się na tę stronę ulicy. Zakładaj buty, kurtkę i ile sił w nogach biegnij do ciotki Debbie. Powiedz jej, że zaczęło się…

Jak słup soli trwałem w miejscu z rozchylonymi ustami. To nie mogło się dziać naprawdę. Może to sen? Może to tylko jeden z wielu koszmarów, jakie jeszcze nawiedzą mnie w życiu?

— Will! — krzyknął ojciec.

Obróciłem się na pięcie i czym prędzej ruszyłem do stojącego przy drzwiach wieszaka. Niedbale zarzuciłem szalik, kurtkę, nałożyłem czapkę i buty. Nawet nie zawracałem sobie głowy wiązaniem sznurowadeł.

— Musisz uciekać tylnym wyjściem — nakazała mama. Podbiegła do mnie, po czym objęła z taką czułością, jakby chciała przekazać mi wszystkie swoje pokłady matczynej miłości. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że to nasz ostatni uścisk. Ucałowała mnie w czoło, po czym zdecydowanym ruchem nakazała wyruszyć z domu.

— Will, uważaj na siebie, synu.

W oczach ojca dostrzegłem niewyobrażalny ból. Coś jakby brzemię niespełnionego obowiązku, widmo nadciągającego koszmaru, kładącego swój cień na spokojniej do tej pory rodzinie. Skinąłem głową, a następnie ruszyłem do wyjścia.

Na zewnątrz było dosyć ciemno. Ze zmartwieniem zauważyłem, że każdy mój ślad konsekwentnie odznaczał się na śniegu. Mimo to musiałem iść dalej. Nie wiedziałem, co się dzieje, ale z łatwością odnotowałem, że to coś bardzo niedobrego. Nie bez trudu dotarłem na szczyt tonącego w białym puchu wzgórza, które górowało za moim domem. Prowadziło ono do leśnej dróżki pozwalającej na szybkie obejście najbardziej ruchliwych ulic, zupełnie jakby była przygotowana na możliwość ucieczki.

Ciemności rozrzedzone niewyraźnym porannym światłem przyprawiały mnie o szybsze bicie serca. Rosnące po obu stronach rzędy starych świerków jakby kłaniały się przede mną, roznosząc w powietrzu charakterystyczny dla nich zapach. Za każdym razem, kiedy w odgłos śniegu twardniejącego pod ciężarem moich stóp wkradał się jeszcze inny, tajemniczy dźwięk, trwożliwie lustrowałem wszystko wokół, poszukując skradających się za drzewami potworów. Na całe szczęście żadnego nie spotkałem, choć moje niepohamowane wyobrażenia kazały sądzić, że tylko cudem uniknąłem spotkania z jakąś infernalną bestią.

W pamięci już chciałem odtworzyć następne wydarzenia, lecz dokładnie w tej chwili złowieszczo czarne niebo przeszyła postrzępiona biała błyskawica, a rytm uderzających o drewniany dach kropel przybrał szaleńcze tempo. Zauważyłem, że zimno powoli daje mi się we znaki. Z grymasem na twarzy rozmasowałem moje zdrętwiałe nogi. W tamtym momencie dałbym naprawdę dużo, aby tylko ta upiorna noc wreszcie minęła.

Wśród huku burzowych grzmotów, szumu wiatru przedzierającego się przez otwory w ścianach komórki i dudnienia straszliwej ulewy nagle usłyszałem cichy jęk. Przetarłem oczy i spojrzałem w stronę leżącego kilka metrów obok kuzyna. Cedric był młodszy ode mnie o dwa lata, dlatego dałem mu cztery koce i jedyną poduszkę, jaką znalazłem. Miałem nadzieję, że mimo młodego wieku poradzi sobie z warunkami, w jakich przyszło nam spać, lecz szybko uzmysłowiłem sobie, że raczej tak się nie stanie.

— Cedric — szepnąłem.

Mój cichy głos niczym ostrze noża przeszył osiadłe w powietrzu ciemności. Poczułem się trochę nieswojo, aczkolwiek musiałem powtórzyć próbę, ponieważ nie otrzymałem żadnej odpowiedzi.

— Cedric — powtórzyłem nieco głośniej.

Kolejne trzy próby okazały się bezskuteczne, dlatego z dużym oporem opuściłem swoje miejsce do spania. Powoli odrzuciłem wszystkie koce i wtedy poczułem, czym tak naprawdę jest chłód. Trzęsąc się z zimna, podszedłem do Cedrica. Wpadający do schowka wiatr kąsał mój prawy bok, przenikając przez grubą kurtkę, dwie bluzy oraz koszulkę. Pochyliłem się nad kuzynem i wtedy ogarnął mnie paniczny strach. W mroku jego twarz przybrała ponury, trupio blady odcień. Na czole połyskiwały niewielkie kropelki potu, a pod oczami rozciągały się sine cienie. Cedric cały czas spał, choć po krótkiej chwili zrozumiałem, że to nie był sen. To coś jak hipnoza, która bezlitośnie więziła go w korytarzu jego ponurych myśli. Cedric nerwowo kręcił głową, mamrocząc przy tym niezrozumiałe prośby.

— Cedric, obudź się! — krzyczałem kompletnie przerażony.

Natychmiast przed moimi oczyma pojawiła się sytuacja sprzed roku, kiedy to Oscar Watson nieszczęśliwie udławił się dużą truskawkową landrynką. Do tego nieszczęśliwego wydarzenia doszło w szkole podczas lekcji języka angielskiego. Wielkimi krokami zbliżał się koniec roku szkolnego, co dla wszystkich uczniów było wystarczającym pretekstem do odpoczynku od ciężkiej pracy. Pani Dixon, nauczycielka angielskiego, wyraziła zgodę na wolną lekcję, podczas której dzieciaki mogły robić wszystko, co nie było związane z nauką i oczywiście nie łamało zasad regulaminu. Nikt nie spodziewał się, że pyszne, owocowe cukierki, którymi poczęstował nas Fred, mogą komuś zaszkodzić. Oscar, co prawda, zawsze miał pecha, ale tamtym razem przez własne lekceważące podejście mógł doprowadzić do prawdziwej tragedii. Beztrosko wrzucił do buzi czerwoną landrynkę, po czym zaczął bujać się na krześle. Wszystko było w porządku, dopóki Oscar nie odchylił się nieco za mocno. Stracił kontrolę i w mgnieniu oka wylądował plecami na podłodze. Wyglądało to dosyć niesfornie, dlatego dziecięcy śmiech wnet wypełnił całą klasę, lecz wszelkie chichoty szybko ustąpiły miejsca okrzykom przerażenia. Oscar zaczął się dusić. Jego twarz nagle poczerwieniała, a świszczący, nieregularny oddech przyprawiał o gęsią skórkę. Wszyscy byli pewni, że chłopak się udusi, ale wtedy do akcji wkroczyła Pani Dixon. Podniosła zlanego potem Oscara, stanęła za nim, objęła go, łącząc dłonie w charakterystyczny sposób gdzieś w okolicy mostka. Wystarczyło jedno zdecydowane uciśnięcie. Oscar wypluł landrynkę, po czym z trudem opadł na krzesło. Wtedy skończyło się na strachu.

Miałem głęboką nadzieję, że tym razem również tak będzie. Kilkukrotnie potrząsnąłem Cedrica za ramiona, lecz dopiero po chwili jego oczy rozchyliły się z niemałym wysiłkiem. Wystarczyło tylko na niego spojrzeć, żeby zrozumieć, jak wiele kosztowały go ostatnie dwie godziny snu.

— Miałem koszmar — wyszeptał.

— Już dobrze — odparłem, obejmując go.

Szybkim ruchem potarłem jego zlodowaciałe dłonie. Po kilku minutach twarz kuzyna nabrała koloru, a głębokie cienie pod oczami nieco się rozjaśniły.

— Jak się czujesz? — zapytałem.

— Znacznie lepiej. Dziękuję.

Posiedziałem przez chwilę przy Cedricu, po czym postanowiłem, że tę noc prześpimy obok siebie — tylko w ten sposób nie zamarzlibyśmy na kształt lodowych sopli. Z ulgą zauważyłem, że pod siedmioma kocami nawet nie jest aż tak źle. Jednocześnie skarciłem się, że wcześniej o tym nie pomyślałem.

Przez najbliższe pół godziny leżeliśmy w ciszy przerywanej co jakiś czas silnymi powiewami wiatru. Choć deszcz i burza już prawie ustały, nadal nie potrafiłem zasnąć. Za każdym razem, gdy zamykałem oczy, widziałem trwogę na twarzach rodziców, starego Jonesa i innych zaatakowanych osób. Pragnąłem pozbyć się tego wspomnienia, lecz w jakiś tajemniczy sposób stało się ono częścią mnie — zostawiło w mojej pamięci wyraziste znamię, niczym niechciany, lecz trwały tatuaż.

— Nie możesz zasnąć? — usłyszałem.

— Nie. A ty?

— Ja też.

Cedric leżał cicho jak mysz pod miotłą, co było dla mnie dosyć zrozumiałe — został wrzucony na głęboką wodę w bardzo młodym wieku. Znalazł się w takiej samej sytuacji jak wielu dorosłych ludzi, którzy nie potrafili wyjść naprzeciw trudnościom, a mimo to nadal doskonale sobie radził.

Po chwili ponownie dobiegł mnie jego szept.

— Powiem ci coś, ale nie możesz się śmiać.

— To nie jest dobre miejsce ani pora na śmiech — odparłem. — Mów śmiało.

— Miałem koszmar — powiedział z zawahaniem. — Śnił mi się mężczyzna w czarnym mundurze.

— Pewnie masz na myśli tych policjantów, którzy zaatakowali miasto — zauważyłem.

— Tak. Ale to chyba nie byli policjanci, Will. Prawdziwi policjanci nie strzelają do niewinnych ludzi. A oni tak robili, pamiętasz?

— Masz rację. Może nazywajmy ich „obcymi”? Co o tym sądzisz?

— Okej. Więc ten obcy, który śnił mi się przed chwilą, gonił mnie w jakimś dziwnym labiryncie — wyjaśnił. — Początkowo biegłem po korytarzach naszej szkoły, ale zanim zdążyłem się zorientować, uderzyłem w wysoką, ciągnącą się aż ku samemu niebu, ścianę. Rozejrzałem się i wtedy zrozumiałem, że nie jestem już w szkole. Otaczały mnie mury wzniesione z czerwonych cegieł. Nagle usłyszałem echo czyichś kroków. Od razu zrozumiałem, że to obcy. Ruszyłem przed siebie i biegłem wiele godzin, aż poczułem ból w lewym kolanie. Kiedy byłem pewien, że zagrożenie minęło, dziesięć metrów obok zobaczyłem nieruchomą postać. Obcy wyglądał jak żywy posąg. Mimowolnie podszedłem do niego, a on nawet nie drgnął. Gdy był na wyciągnięcie ręki, nagle odżył. Błyskawicznie zamachnął się karabinem, po czym zadał mi silny cios. Kiedy znowu otworzyłem oczy, zobaczyłem, jak mnie obserwuje i…

— I co?

— I wtedy zdjął maskę. To… To było straszne, Will. W tym momencie obudziłeś mnie, ale przez ułamek sekundy widziałem jego twarz… Wyglądał jak kosmita. Straszny kosmita z najstraszniejszego horroru — tłumaczył.

— Nie myśl już o tym, to tylko sen.

— Próbuję, ale to wcale nie jest takie łatwe.

Doskonale go rozumiałem. W życiu każdego człowieka zdarzają się sytuacje, które pozostawiają w jego pamięci głębokie rany smutku, żalu albo strachu. Co gorsza, nikt jeszcze nie znalazł na to recepty, a przecież przyszłość od zawsze przedstawiano jako epokę kontroli nad ludzkim umysłem. Kiedy ta przyszłość nadejdzie? Czy ona w ogóle nastąpi? Pytania mnożyły się z prędkością światła, a zdecydowane odpowiedzi tak naprawdę nie istniały.

— Jest coś jeszcze — wyszeptał.

— Co takiego?

— Tajemnica. Mama zabroniła mi komukolwiek o niej mówić, ale tobie chyba będę mógł ją zdradzić.

— Pewnie, wiesz, że umiem trzymać język za zębami — stwierdziłem.

— Okej, ale opowiem ci o niej jutro. Teraz nie mam na to siły.

— W porządku, zaczekam.

Enigmatyczny ton Cedrica wzbudził we mnie nie lada ciekawość, ale uznałem, że muszę pozwolić mu na odrobinę odpoczynku, a samemu uzbroić się w cierpliwość.

Kiedy pogoda na zewnątrz nieco się uspokoiła, a barykada z kilku koców rozciągnęła wokół nas strefę względnego ciepła, poczułem, jak ogarnia mnie sen. Nadchodził powoli, lecz był już bardzo blisko. W pewnym momencie zauważyłem, że moja świadomość, która od pewnego czasu tliła się niczym nieśmiały płomień na małej świeczce urodzinowej, ostrożnie zanurza się w strumieniu upragnionego wypoczynku, kompletnie oddając się jego nurtowi. Nagle straciłem kontakt z całym światem z nadzieją na długi i udany wypoczynek.

Sen jednak nie trwał długo.

Najpierw usłyszałem krzyki. Kilku mężczyzn wołało coś do siebie, ale z plątaniny słów nie zdołałem wyłowić ani jednego. Oślepiające światła latarek tańczyły w całym pomieszczeniu, a neonowa czerwień laserów przeszywała powietrze jak szpilka. Początkowo dostrzegłem otaczające nas niewyraźne czarne kształty, lecz po chwili przybrały one postać ludzi, których obawiałem się najbardziej. Obcy wpadli na nasz trop. To koniec, pomyślałem.

Zanim zdążyłem cokolwiek zrobić, poczułem na ramionach żelazny uścisk jednego z mundurowych. Chłód jego dłoni przenikał moje ubrania na wskroś. Wtedy też usłyszałem krzyk Cedrica, który nagle zaczął energicznie się szarpać. Walczył ze wszystkich sił niczym lew. Kiedy jakimś cudem w końcu wyrwałem się z dłoni mężczyzny, co zresztą okupiłem niewyobrażalnym bólem, ruszyłem kuzynowi na pomoc. Wspólnymi siłami odepchnęliśmy dwóch obcych i już miałem nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Wówczas jeden z nich, stojący za naszymi plecami, przyłożył coś do mojego karku. Dwie lodowate igły wbiły się w moją skórę, a po chwili obezwładniający wstrząs odebrał mi całe resztki sił. Upadłem na ziemię jak długi. Wszystko, co widziałem, zaczęły zacierać ciemne plamy. Traciłem przytomność. Zmagający się z obcymi Cedric był ostatnim wspomnieniem tamtej nocy. Gdy zamknąłem oczy, jeszcze przez kilka sekund słyszałem jego krzyki. Po chwili cisza i ciemność zagłuszyły wszystko.

***

Pełne podejrzeń szepty mieszały się tam z nerwowymi wybuchami śmiechów, konspiracyjnymi rozmowami i dźwiękiem tłuczonego szkła. Bar u Stanleya pękał w szwach, a jego klienci cały czas stali w kolejce po alkohol. Pomimo panującego w całym kraju kryzysu gospodarczego i biedy zbierającej coraz większe żniwo wśród głodujących i bezdomnych, pieniądze na wysokoprocentowe napoje zawsze gdzieś się znajdowały. Ludzie wybierają zbyt łatwą drogę, by zagłuszać dręczący głos własnego sumienia.

Pomimo niezbyt przyjemnego towarzystwa, lubiłem to miejsce. Tutaj, w przeciwieństwie do (prawdopodobnie) reszty całego świata, nieustannie coś się działo. Oczywiście pomijam fakt, że zwykle po prostu dochodziło tu do bójek, zawodów w piciu na czas czy kreatywnym słowotwórstwie, mającym na celu obrazić wszystkich wokół. Chodzi o to, że ludzie w Barze u Stanleya jakby nie myśleli o tym, co czeka ich po przebudzeniu się we własnym łóżku, z dala od swoich ulubionych drinków. Mieli do siebie dystans. Może nie do końca poprawny, ale jakiś mieli, a to w dzisiejszych czasach jest na wagę złota.

Balansując między krzywymi stolikami i bujającymi się na krzesłach klientami, rozglądałem się w poszukiwaniu mojego „źródła”. Miałem go znaleźć w najspokojniejszym zakątku baru, choć takie określenie raczej nie miało nic wspólnego z rzeczywistością. Kiedy zaczynałem odczuwać coraz większe zdenerwowanie, w oddali dostrzegłem podniesioną do góry rękę. To musi być on, pomyślałem. Czym prędzej podszedłem do stolika ustawionego w samym kącie pomieszczenia. Twarz mojego rozmówcy zakrywała nieprzenikniona ciemność. W świetle kołyszącej się u sufitu lampy leżały tylko jego zniszczone dłonie. Pełne zadrapań, brudne, z postrzępionymi paznokciami. Norma.

— Strażnik W.? — zapytał z wyczuwalną ironią.

— Jeżeli ty jesteś Austin, to tak — odparłem chłodno.

Rozciągający się na jego twarzy uśmiech przyprawił mnie o nieco szybsze bicie serca. Było w nim coś przerażającego.

— Jesteś tutaj prywatnie czy służbowo?

— Dzisiaj już nie ma czegoś takiego jak służba. Są tylko pozory, więc nie zwracaj uwagi na mój mundur. Gdybym chciał, już dawno siedziałbyś w więzieniu razem ze swoimi kolegami po fachu.

— Odważny jesteś, żeby tak tutaj przychodzić i rzucać groźbami, chłopcze.

— Nie mam zbyt wiele czasu — ostrzegłem.

Do stolika niespodziewanie podeszła jakaś postać. Odwróciłem głowę i natychmiast rozpoznałem właściciela baru. Stanley wyglądał jak zawsze. Śnieżny zarost okalający jego twarz mocno kontrastował z tonącym w mroku otoczeniem, a światło z lampy pod sufitem odbijało się na jego łysej głowie. Na starym i zniszczonym fartuchu przybyło kilka nowych plam, choć przy takiej ilości zabrudzeń nie robiły one już wielkiej różnicy.

— Zamawiacie coś, panowie? — zapytał, wyciągając swój postrzępiony notes i połamany długopis. — Dzisiaj, oprócz tego co zawsze, dobrze schodzi woda z cytryną i miętą. Jedyna w całej okolicy.

— Nie kłam, Stan. Wczoraj padał deszcz, więc to nie jedyna woda w okolicy. Ludzie chyba nie pozwolili upaść na ziemię żadnej kropli, wszystko wyłapali do misek i zbiorników — rzucił oschle Austin.

— Tak, bardzo się cieszę, że w końcu trochę pokropiło. Deszcz, co prawda, przelotny, ale dobre i to. Wracając do tematu, miałem na myśli cytrynę i miętę. Teraz nie dostaniesz tego tak łatwo.

— Wczoraj widziałem, jak trzech kolesi biło się o kawałek czerstwej bułki, a ty mi mówisz o cytrynie…

Stanley zrobił zrezygnowaną minę i przeniósł na mnie swój wzrok, mając nadzieję, że chociaż ja zamówię jego rarytas.

— Poproszę samą wodę.

Właściciel skinął głową i po chwili zniknął między zatłoczonymi stolikami.

— Dobrze, chyba możemy…

— Po co to wszystko? — przerwał mi.

— To znaczy?

— Po co odstawiasz całą tę szopkę? Gdybyś chciał informacji, po prostu aresztowałbyś mnie, zabrał na komisariat, trochę się poznęcał i już. A ty proponujesz mi spotkania w zapchlonym barze, gdzie stary facet zbija fortunę na cholernej cytrynie.

— Przypomnieć ci, jak kiedyś ty zbijałeś swoją fortunę?

— To było kiedyś — rzucił ostro. — Od tamtej pory wiele się zmieniło, włącznie ze mną samym. I nie rób ze mnie gangstera, bo sam nie jesteś lepszy. Skrywacie się pod tymi maskami, mundurkami i mówicie, że działacie zgodnie z prawem. Tylko że prawa nie ma już od kilkunastu lat. Sam powiedziałeś — są tylko pozory.

— Ty też nie masz prawa mnie oceniać, bo nic o mnie nie wiesz. Dlatego proponuję, żebyśmy odłożyli na bok wygłaszanie opinii o sobie nawzajem.

— Znalazł się…

— Pańska woda. — Potłuczona i pełna rys szklanka pojawiła się przede mną na stole. Jej brzegi pokrywała lekka mgiełka, co znaczyło, że napój był dobrze schłodzony.

— Dziękuję — odparłem.

Austin niespokojnie skrzyżował ręce na piersiach. Przez dłuższą chwilę rozglądał się wokół, próbując zawiesić na czymś wzrok. Nie zamierzałem go popędzać. Uznałem, że lepiej zaczekać chwilę, aby nieco się uspokoił. Rozmowy w nerwach nigdy nie prowadzą do celu, a mogą jedynie zwieść człowieka na kompletnie inny kurs.

Po kilku minutach mężczyzna ponownie położył swoje dłonie na stoliku. Wlepił we mnie wzrok, po czym zapytał bez cienia jakichkolwiek emocji:

— Odpowiesz na moje pytanie? Dlaczego nie zrobiłeś tego, co uczyniłby każdy inny stróż?

Upiłem łyk orzeźwiającej wody ze szklanki i nieznacznie nachyliłem się do rozmówcy. Najspokojniej jak tylko potrafiłem, odpowiedziałem:

— Nie jestem taki jak inni, Austin. Chcę od ciebie informacji, ale nie za darmo. Mam coś, co może ci się spodobać, a już na pewno będzie sprawiedliwą zapłatą za dosłownie kilka moich pytań. I jeszcze jedno — dodałem. — Jestem tutaj prywatnie.

Choć w całym pomieszczeniu rozlegał się istny gwar napędzany alkoholem, pomiędzy mną a moim źródłem panowała grobowa cisza. Nie wiedziałem, co myśleć. Mogłem postąpić tak, jak powiedział Austin. Strach i ból to mieszanka skłaniająca człowieka do wszelkich zwierzeń, nawet jeśli wydaje mu się, że oddałby dosłownie wszystko za zachowanie pewnych rzeczy tylko dla siebie. To jednak nie w moim stylu. Nie po to wstąpiłem w szeregi obcych, aby stać się kolejnym bezlitosnym potworem. Przyświecały mi inne cele.

— Okej — powiedział nagle. — Nie mam pojęcia, co planujesz i szczerze mówiąc, bardzo mnie to niepokoi. Ale wiem, że nie kłamiesz.

— Nie kłamię. Gdybym mógł szczegółowo wyjaśnić ci, do czego tak uparcie dążę, na pewno byś mnie za to nie zganił. Gwarantuję, ale musisz uwierzyć mi na słowo.

Austin westchnął przeciągle i przesunął się na krześle. Teraz na jego twarz padało światło nagiej żarówki wiszącej kilka metrów obok. Dopiero wówczas zauważyłem bliznę biegnącą od jego lewej skroni aż do podbródka.

— Co chcesz wiedzieć, strażniku W.?

— Trzydzieści jeden lat temu sąd skazał cię na karę więzienia za przemyt narkotyków przez granicę. Zgadza się?

— Ehh… Myślałem, że nie będziemy do tego wracać, ale tak, zgadza się.

— Trafiłeś do zakładu karnego na obrzeżach San Diego.

Austin pokiwał twierdząco głową. Był wyraźnie zbity z tropu, gdyż najprawdopodobniej nie spodziewał się takiego kierunku rozmowy.

— Sąd skazał cię na karę 14 lat pozbawienia wolności, a jednak wyszedłeś zza krat zaledwie po dwóch latach. Tak było?

— Tak.

— Tu pojawia się pewna luka. Nie wiem, co robiłeś zaraz po wyjściu z więzienia, Austin. Rok później zostałeś prywatnym ochroniarzem, ale te 12 miesięcy to dla mnie jedna wielka zagadka.

Mój rozmówca dosyć nerwowo podrapał się po głowie. Nawet gdyby chciał brnąć w zaparte i wmawiać mi, że to kompletnie nieistotny epizod w jego życiu, mowa ciała była dla mnie doskonałym wskaźnikiem prawdomówności. Austin chyba nie zdawał sobie z tego sprawy.

— Dlaczego chcesz to wiedzieć?

— Nie taka była umowa. Teraz to ja zadaję pytania. Dlaczego wyszedłeś z więzienia tak wcześnie i co robiłeś przez cały rok?

— To nie jest takie proste…

— Ależ jest, Austin! Wystarczy wydusić z siebie kilka składnych zdań. Chcesz mi powiedzieć, że nie pamiętasz?

Wyraz twarzy mężczyzny kazał mi sądzić, że ponownie go rozdrażniłem. Być może trochę za bardzo na niego naciskałem, ale musiałem wiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi.

— Wciąż obowiązuje mnie tajemnica rządowa.

Po tych słowach gwałtownie odchyliłem się na krześle. Gdzieś za moimi plecami znowu rozległ się dźwięk tłuczonych szklanek, ale w tym momencie nie miało to dla mnie absolutnie żadnego znaczenia. To, co powiedział Austin… Tajemnica rządowa? Coraz bardziej byłem pewien, że sprawa wcale nie jest tak przejrzysta, na jaką wyglądała.

— O czym ty mówisz?

— Zostałem zwolniony na polecenie kogoś z „góry”. Nie wiem kogo. Może jakiegoś gubernatora. W każdym razie nie byłem przypadkową osobą — podkreślił.

— Dlaczego tak uważasz?

— Umowa…

Z rozgoryczeniem uderzyłem pięścią w stół. Cały bar natychmiast ogarnęła głucha cisza, a oczy klienteli wlepione były w naszą dwójkę. Na szczęście ludzie szybko znaleźli sobie nowe zajęcie. Wziąłem głęboki oddech i spróbowałem doprowadzić się do porządku. Nerwami niczego bym nie zdziałał.

— Austin, doceniam twoje oddanie danemu słowu, ale ono jest już nieważne — stwierdziłem.

— Czyżby?

— Umowa została zawarta między tobą a kimś pełniącym ważną funkcję polityczną. Nie wiemy z kim, ale to nie ma żadnego znaczenia. Zapanowała anarchia, Austin. Trzeba to powiedzieć sobie wprost.

— Bredzisz.

— A jak nazwiesz to, co teraz dzieje się na świecie?

Mężczyzna zaczął się wahać. Na początku rozmowy powiedział, że zmienił się i nie jest już tym człowiekiem, jakim był niegdyś. Nie miałem co do tego wątpliwości. Przed spotkaniem dokładnie go „prześwietliłem” i szybko wysnułem wniosek, że to osoba czyniąca wiele dobra. Interesował się losem słabszych, walczył o prawa dzieci. Doskonale wiedział, dokąd zmierza nasza szara rzeczywistość.

Każdy ocenia normalność świata własną miarą. Obecnie tylko nieliczni potrafią spojrzeć z nieco szerszej perspektywy.

— Okej — wydusił w końcu. — Co dokładnie chcesz wiedzieć?

— Co robiłeś przez rok po opuszczeniu więzienia? — zapytałem z rosnącym zniecierpliwieniem.

Austin złożył dłonie w piramidkę, spojrzał na mnie niepewnie, po czym rozpoczął wyjaśnienia:

— Nie spodziewałem się tego. Rozkaz przyszedł z dnia na dzień, podobnie jak ja wyszedłem z więzienia. Nikt nawet nie pytał mnie o zdanie. Po prostu otrzymałem polecenie i musiałem się mu podporządkować. Po opuszczeniu placówki w San Diego zostałem natychmiast wysłany do stanu Kolorado.

— A dokładniej?

— Nie wiem, nie mam pojęcia. Być może znalazłem się w Wielkim Kanionie, ale na miejsce dotarłem z opaską na oczach.

— Co tam robiłeś?

Austin spojrzał na mnie tajemniczo.

— Trenowałem.

— Słucham?!

— Przez cały rok przechodziłem intensywne szkolenie obronne. Uczyłem się strzelać, walczyć, dowodzić, układać strategię i wiele innych, podobnych rzeczy.

— Przez dwanaście miesięcy szkolili cię na żołnierza? — pytałem z niedowierzaniem.

— Nie do końca. Jak sam wiesz, zostałem tylko ochroniarzem.

Przez dłuższą chwilę próbowałem poradzić sobie jakoś z tą informacją, ale w życiu nie spodziewałbym się takiego obrotu sprawy.

— Rozumiem. Wspominałeś coś, że wybór ciebie na to stanowisko nie był dziełem przypadku — dodałem.

— Miałem na myśli szkolenie. To, że przydzielili mnie do ochrony pewnej rodzinki, wcale nie musiało być celowe.

— Dobrze, a dlaczego akurat ty?

— Ponieważ miałem najbogatsze doświadczenie w użyciu broni — odparł.

Wieści Austina były jak puszka Pandory, która nagle eksplodowała w mojej głowie, zatruwając wszystkie gnębiące myśli. Sądziłem, że wbrew pozorom czeka mnie łatwe zadanie, a jak się okazało, stopień komplikacji wszedł na wyższy poziom. Nie miałem ochoty bawić się w Sherlocka Holmesa, lecz widocznie wszystko do tego zmierzało.

— Życzy pan sobie dolewkę?

Stanley wyrósł jak spod ziemi. Łysy mężczyzna obserwował mnie z niepokojem i dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, z jak wielką siłą ściskam popękaną szklankę. Szybko odstawiłem szkło, które wyglądało, jakby miało zaraz rozpaść się niczym domek z kart.

— Nie, dziękuję — odparłem.

Barman zabrał szklankę, po czym zniknął w tłumie awanturniczych gości. Trzeba się stąd zbierać, pomyślałem.

— Jeszcze jakieś pytania?

— Kilka. Naprawdę uważasz, że przydzielono cię do ochrony tej rodziny zupełnie przypadkowo? Dla mnie na kilometr śmierdzi to jakimś spiskiem. Najpierw wychodzisz z więzienia na polecenie „góry”, a później jedziesz na szkolenie obronne. I to wszystko, abyś na koniec został zwykłym ochroniarzem?

— Tak jak wspominałem, nie wiem, dlaczego tak postąpili. Co prawda, oficjalnie byłem tylko ochroniarzem, ale jako jedyny mogłem w każdej chwili wezwać wojsko na strzeżoną posesję.

— Wojsko?

— Zgadza się. Takich kompetencji nie ma raczej zwykły ochroniarz, prawda? Myślę, że w tym domu było coś bardzo cennego. Wówczas całe to zamieszanie nabrałoby sensu i logiki. Szukają gościa, który nie ma nic do stracenia, ale potrafi dobrze strzelać, doszkalają go i wrzucają na dobrą posadę do ochrony czegoś, na czym im zależy. Proste.

— Chroniłeś coś cennego i nie wiesz co?

— Na to wygląda. — Austin uśmiechnął się nieznacznie. W tym momencie trudno było pomyśleć, że kiedyś należał do amerykańskiej elity gangsterskiej. Ludzie się zmieniają i chyba dotyczy to każdego. Najważniejsze jest, aby podczas takiej przemiany podążać we właściwym kierunku.

— Załóżmy, że rozumiem. Powiedz mi teraz wszystko, co wiesz, na temat chłopaka mieszkającego w domu, który chroniłeś.

Austin wydawał się zaskoczony takim pytaniem.

— No cóż… Nie wiem o nim zbyt wiele. Jedyny nasz kontakt ograniczał się do ciekawskich spojrzeń. Nazywał się chyba…

— Cedric — uzupełniłem.

— Tak jest. Cedric. Matka wychowywała go samotnie, nie wiem, co z ojcem. Rzadko wychodził z domu. Widywałem go głównie wtedy, kiedy jechał do szkoły.

— A tego dnia, gdy doszło do puczu? Nie przypilnowałeś go.

Mężczyzna tajemniczo otaksował mnie wzrokiem.

— Faktycznie, dzieciak gdzieś zniknął razem ze swoim kolegą. Następnego dnia straciłem pracę.

— Sam wpuściłeś tego kolegę do domu — uzupełniłem.

— To był jakiś kuzyn, nie wydawał się groźny. Na pewno… — Oczy Austina nagle otworzyły się szeroko. — Ty… To byłeś ty!

— Brawo. Tego dnia przyszedłem do ciotki Debbie, żeby powiedzieć jej, co się stało. Nie miałem w planach ucieczki, wyszło jakoś spontanicznie. W każdym razie Cedric został porwany przez obcych po miesiącu naszej tułaczki. Próbuję go odnaleźć i to jest mój cel. Teraz wiesz, dlaczego ze mną rozmawiasz.

— Po tylu latach?

— Nie wydaje ci się podejrzane, że Strażnicy zabrali ze sobą tylko Cedrica? Może to on był tym, kogo miałeś chronić i dlatego straciłeś pracę — zauważyłem.

— Możliwe. Chociaż wciąż wydaje mi się to bardzo nieprawdopodobne.

— Potrzebuję wskazówek. Możliwie jak najwięcej. Spróbuj sobie przypomnieć, czy Cedric i jego matka gdzieś nie wyjeżdżali. Może dalsza rodzina? Przyjaciele? Liczy się każde spostrzeżenie, Austin.

— Jak już mówiłem, nie skupiałem się na tych ludziach, tylko… Zaczekaj chwilę. Raz faktycznie wyjechaliśmy na kilka dni. Otrzymałem rozkaz, aby ich pilnować.

— Dokąd? — dociekałem.

— Do Dallas. Pod miastem leżała całkiem duża rezydencja zamieszkiwana przez samotną kobietę. Była bogata, ale nie aż tak bardzo jak Debbie Morgan.

— Nie wiesz, w jakim celu udała się tam moja ciotka?

Mężczyzna pokręcił głową.

— Otrzymywałem tylko rozkazy, żadnych wyjaśnień. Napiszę jej adres, może to w czymś ci pomoże. Stanley!

Postać barmana znów pojawiła się obok naszego stolika.

— Zdecydowałeś się na wodę z cytryną?

— Tym razem poproszę kartkę i coś do pisania.

Właściciel baru posłusznie wyjął notesik wraz z połamanym długopisem, mimo że wyglądał na dosyć skołowanego taką prośbą.

— Dziękuję, Stan. Możesz już iść, później oddam ci twoją własność — odparł Austin, zapisując na poplamionej karteczce adres.

— Znasz na pamięć wszystkie adresy?

— Tylko te, które są tego warte. Bogata właścicielka myślała, że jestem szoferem i dostałem od niej wyjątkowo sowity napiwek.

— Ode mnie też dostaniesz nagrodę — odparłem, kładąc przed nim niewielką kopertę. — Doszły mnie słuchy, że już kilka razy próbowałeś uciec za granicę.

— Na próbach się skończyło. Stróże zawsze łapali mnie w najmniej oczekiwanym momencie — odpowiedział. — Co to jest?

— To namiary na mojego znajomego, który pomoże ci wyjechać daleko stąd.

— Jak daleko?

— Przekonasz się — odpowiedziałem tajemniczo, po czym wstałem od stolika.

Gdy kierowałem się do wyjścia, czułem na sobie ukradkowe spojrzenia zaskoczonych osób, które chyba dawno nie widziały trzeźwego klienta opuszczającego ich świątynię. Skinąłem głową w stronę Stanleya, po czym wyszedłem na zewnątrz. Głęboko odetchnąłem, ponieważ czekała mnie teraz wyjątkowo długa droga do Dallas.

***

Widok oblodzonej żelaznej bramy jeszcze nigdy nie sprawił mi tak ogromnej radości. Po około dwudziestominutowym marszu, który dla mnie trwał całą wieczność, nareszcie dotarłem pod dom ciotki Debbie. Cały czas mając oczy dookoła głowy, obszedłem posesję w poszukiwaniu tajnego bocznego wejścia. Kiedy wraz z rodzicami przyjeżdżaliśmy z wizytą do Morganów, Cedric zawsze oprowadzał mnie po swoim ogromnym podwórku. Pełno tam było fontann, krętych żywopłotów i ścieżek prowadzących w najdalsze zakątki. Pewnego razu pokazał mi niewielką, dobrze ukrytą furtkę. Powiedział, że to na wszelki wypadek, lecz jeszcze wtedy nie miałem pojęcia, co kryło się pod tymi słowami.

Każdy mój nieśmiały krok wieńczył dźwięk twardniejącego pod stopami śniegu. Może byłem przewrażliwiony, ale czułem, że ten dzień jest początkiem czegoś bardzo złego. Jako dziecko nie wiedziałem jeszcze wtedy o zawirowaniach w amerykańskim rządzie ani kryzysie dotykającym praktycznie cały świat. Nawet jeśli coś obiło mi się o uszy, nie zwracałem na to szczególnej uwagi, koncentrując się raczej na opowieściach zawartych w książkach dla najmłodszych.

Po kilku minutach powolnego marszu wzdłuż czarnej bramy, po której spływały krystaliczne łzy topniejącego lodu, w końcu znalazłem furtkę. Rozejrzałem się wokół, a następnie pociągnąłem za klamkę. Oczywiście metalowe drzwiczki nie ustąpiły. Spróbowałem jeszcze raz, lecz skutek był ten sam. Już miałem zrezygnować i wybrać bardziej niebezpieczne rozwiązanie wspinaczki po ogrodzeniu, ale nagle dostrzegłem, w czym tkwił cały problem. Furtka nie chciała ustąpić ze względu na lód, który przytwierdził ją do podłoża. Kilka mocnych kopnięć załatwiło sprawę. Tym razem bez problemu dostałem się na teren podwórka. Wtedy też dopadła mnie zastanawiająca myśl: dlaczego furtka nie była zamknięta na klucz? Zignorowałem ją jednak, po czym ruszyłem przed siebie.

Zupełnie znienacka ktoś energicznym ruchem popchnął mnie na ścianę domu. Nie zdążyłem się otrząsnąć, a brutalna siła skrępowała mi dłonie, na dobre przytwierdzając do budynku.

— Co tu robisz, dzieciaku?!

— Ja tylko przyszedłem do kuzyna! Ja nic nie zrobiłem! Naprawdę! — tłumaczyłem się przez łzy.

Mężczyzna w końcu ustąpił. Odwrócił mnie twarzą do siebie i dokładnie się przyjrzał. Jego popielate oczy jakby analizowały każdy mikroruch na moim obliczu. Kątem oka dostrzegłem niewielką plakietkę na lewej piersi ochroniarza. Austin Lloyd. Widziałem go już kilka razy, kiedy wizytowałem u Morganów.

— Pamięta mnie pan? Nazywam się William Logan.

— Kojarzę — odparł chłodno.

Mężczyzna wyjął z kieszeni krótkofalówkę i wyszeptał jakieś niezrozumiałe polecenia. Nie wyglądał na gościa, z którym warto zadzierać.

— Idziemy — powiedział, łapiąc mnie za ramię.

Z ulgą stwierdziłem, że zmierzamy w stronę głównego wejścia. Po drodze zauważyłem, że co kilka metrów w niewielkiej odległości od ogrodzenia stoją uzbrojeni ochroniarze. Jak mogłem być tak głupi, pomyślałem. Oni zapewne wiedzieli o mojej obecności, odkąd tylko zatrzymałem się przy żelaznej bramie.

Austin Lloyd podprowadził mnie do ogromnych dębowych drzwi. Przez kilka minut w ciszy oczekiwaliśmy, aż ktoś się w nich pojawi. Cały ten czas wykorzystałem na dyskretną obserwację otoczenia. Choć byłem w tym miejscu już wiele razy, nigdy jeszcze nie odczułem tutaj tak przejmującej pustki. Wiadomo, było jeszcze wcześnie i okropnie zimno, ale miałem wrażenie, że moje odczucie nie zależało od warunków pogodowych.

Kiedy zamek w drzwiach wydał z siebie charakterystyczny dźwięk, spadł mi kamień z serca. Przed nami pojawiła się Debbie Morgan.

— William! Dziecko, co tu robisz? — zapytała, chwytając mnie w swoje objęcia.

— Ciociu, dzisiaj rano stało się coś dziwnego…

— Opowiesz mi w domu — przerwała, nieufnie spoglądając na Austina.

W środku jak zwykle przywitał mnie przyjemny zapach kwiatów, których u ciotki Debbie było całe mnóstwo. Największe jednak ukojenie niewątpliwie przyniosło mi panujące wewnątrz ciepło.

— Zdejmij kurtkę, a ja w tym czasie zaparzę ci gorącej herbaty — powiedziała.

Choć zwykle z przyzwyczajenia odmawiałem poczęstunku, tym razem przyjąłem propozycję ciotki z dużą radością. Wówczas nie istniało dla mnie nic bardziej kuszącego niż ciepły napój i coś słodkiego.

W drodze do kuchni poczułem niezwykły zapach świeżej szarlotki. Czym prędzej usiadłem na krześle i zająłem się swoją porcją ciasta i herbaty. Debbie Morgan cierpliwie czekała, aż najem się do syta, lecz widać było po niej diabelską ciekawość zmieszaną z poczuciem obawy.

— Masz ochotę na jeszcze trochę herbaty? — zapytała, kiedy odstawiłem pusty kubek.

— Nie, dziękuję. Już wystarczy.

— Will, co się stało? — zapytała po chwili milczenia.

Westchnąłem przeciągle i dokładnie zrelacjonowałem cały koszmarny poranek. Nie pomijałem żadnego szczegółu, ponieważ sądziłem, że wszystko ma teraz znaczenie. Opowiedziałem nawet o moim projekcie wieżowca, który miał ozdobić centrum Nowego Jorku.

— Wtedy tata kazał mi przekazać cioci, że „zaczęło się”…

Debbie Morgan w jednej chwili zrobiła się blada na twarzy. Cokolwiek znaczyła tajemnicza wiadomość mojego ojca, musiała mieć dla niej ogromną wartość.

— Jesteś pewien, że to były wybuchy, Will?

— Tak, ciociu. Ktoś z samego rana wysadził drzwi u wszystkich naszych sąsiadów mieszkających naprzeciwko. Tata kiedyś mi mówił, że to bardzo bogaci i wpływowi ludzie.

— Politycy… — wyszeptała.

— Słucham?

Ciotka spojrzała na mnie nieobecnym wzrokiem, po czym szybko otrząsnęła się z szoku.

— Will, będziesz musiał mi pomóc — powiedziała. — Mogę na ciebie liczyć?

— Oczywiście — odparłem bez wahania. Gdybym wiedział, czego oczekiwała ode mnie ciotka Debbie, pewnie zaprzeczyłbym z niespotykaną dla mnie stanowczością.

— Świetnie. Zaczekaj tutaj, obudzę Cedrica i zaraz wrócę. Okej?

— Jasne.

Kobieta błyskawicznie wstała od stołu, po czym zniknęła za rogiem. Kilka sekund później dobiegły mnie jej ciężkie kroki stawiane na drewnianych schodach.

Czekałem cierpliwie, spoglądając co chwila na bogato zdobiony zegar. Minęło dziesięć minut, a jej wciąż jeszcze nie było. Zastanawiałem się, co tak długo robi. Cedric raczej należał do energicznych dzieci, więc obudzenie go nie powinno zająć aż tyle czasu. Wtedy też dopadły mnie pierwsze pesymistyczne przemyślenia dotyczące jej prośby. Czego ode mnie chciała? Było już trochę późno, aby się wycofać, ale perspektywa jakiegoś szaleńczego pomysłu cały czas siedziała mi gdzieś z tyłu głowy.

Dopiero po kwadransie dobiegły mnie jej kroki. Zbiegła po schodach jak wysportowana sprinterka, niosąc ze sobą dwa duże plecaki.

— Cedric, nie ociągaj się! — krzyknęła przez ramię.

Widząc przygotowane bagaże, miałem coraz bardziej złowróżbne przeczucia.

— Will, wszystko w porządku?

— Tak — szybko odparowałem.

Do kuchni zaspanym krokiem wszedł Cedric. Pierwszy raz zobaczyłem go w takim stanie. Zawsze miał doskonale ułożone włosy, nienaganny ubiór, czyste buty i uśmiech przyklejony do twarzy. Tym razem wyglądał, jakby przebył jakąś wyczerpującą grypę.

— Cześć, Will.

— Cześć, Cedric.

Zdenerwowanie wymalowane na twarzy ciotki Debbie przebijało się przez jej mocny makijaż. To nie był dobry znak.

— Dobrze, chłopcy, skupcie się teraz. To bardzo ważne, rozumiecie?

Obaj zgodnie pokiwaliśmy głowami. Zagadkowy błysk w oczach kobiety przyprawił mnie o gęsią skórkę. Na pewno nie będzie mi kazała skakać w ogień, pomyślałem z rozbawieniem.

— Musicie stąd uciekać — oznajmiła. — W plecakach macie tablety, na których zaznaczyłam trasę do mojego przyjaciela, Douglasa. To spory kawałek stąd, ale wierzę, że dacie sobie radę. Kiedy dotrzecie na miejsce, opowiecie o wszystkim, co się stało i przekażecie list, który schowałam w małej kieszeni plecaka Cedrica. To trudne zadanie, lecz nie mamy innego wyjścia. Will, jesteś starszy, więc będziesz musiał nad wszystkim czuwać — zauważyła.

A jednak, każe mi skakać w ogień.

— Poradzimy sobie — zapewniłem ją, samemu nie wierząc we własną deklarację.

— Musicie być bardzo ostrożni. Z nikim nie rozmawiajcie bez potrzeby, unikajcie obcych i pod żadnym pozorem nie traćcie czasu na głupoty.

— Ale dlaczego mamy uciekać? — zapytał Cedric.

Debbie Morgan zmarszczyła brwi. Zrozumiałem, że coś przed nami ukrywała. Coś bardzo istotnego.

— To nie najlepsza chwila na pytania — ucięła.

— Jeżeli nie teraz, to kiedy? — nie odpuszczał Cedric.

Przez cały czas milczałem, nie chcąc tracić czasu, lecz uznałem, że kuzyn zadaje trafne pytania. Sam zastanawiałem się nad celem naszej ucieczki.

— Cedric! Nie ma na to czasu — tłumaczyła.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
Bezpłatnie
drukowana A5
za 21.5
drukowana A5
kolorowa
za 48.77

Pobierz bezpłatnie