Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana bez pisemnej zgody autora.
Ta książka jest utworem fikcyjnym. Wszystkie postacie, wydarzenia i dialogi są wytworem wyobraźni autora albo zostały użyte w sposób fikcyjny. Jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistych osób, żyjących lub zmarłych, wydarzeń czy miejsc jest całkowicie przypadkowe. Realne nazwy geograficzne i lokalizacje Szczecina wykorzystano wyłącznie w celach fabularnych.
Cień nad Odrą — tom I
Wydanie pierwsze
Szczecin 2026
Rozdział pierwszy: Zwykła sprawa, niezwykłe miasto
Najgorsze zlecenia zawsze zaczynają się od kobiety, która mówi, że to pewnie nic, i ma przy tym oczy kogoś, kto wie, że to coś.
Kiedy ona weszła, liczyłem właśnie, czy stać mnie na prąd.
Odpowiedź była: nie, jeśli chcę też zjeść. Tak, jeśli uznam, że chleb z musztardą jest pełnowartościowym posiłkiem przez kolejny tydzień. Faktura leżała na blacie biurka jak wyrok — żółta, ze stemplem drugiego upomnienia i coraz bardziej natrętną czcionką w rubryce „należność do zapłaty”. Enea SA nie interesuje się tym, że ostatnie trzy tygodnie spędziłem, pomagając starszej pani z Niebuszewa pozbyć się utopca, który zakochał się w jej piwnicy. Enea SA nie interesuje się niczym poza tymi stu czterdziestoma sześcioma złotymi i pięćdziesięcioma groszami, które wisiały mi jak kamień u szyi.
Moje biuro przy ulicy Kuśnierskiej numer cztery mieści się na parterze kamienicy z tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego ósmego roku, co oznacza, że ma charakter, patynę i okna, które nie uszczelniają się, nawet gdy się człowiek bardzo stara. W sierpniu jest tu przyjemnie — mury z metr grube, chłód idzie z podłogi, można pracować bez wentylatora. W październiku zaczyna wiać z Odry i przez szpary w oknach do środka wchodzi coś, co trudno nazwać powietrzem. Raczej mokrą zapowiedzią zimy, połączoną z zapachem rzeki i odległego portu. Środek marca był w tym roku wyjątkowo podły. Temperatura od zera do pięciu stopni, deszcz albo mżawka, albo coś pomiędzy, czym nie ma nazwy w polskim języku, choć powinno — takie mokre zimno, które przenika przez każdą warstwę ubrania i siada prosto w kościach.
Siedziałem w płaszczu.
Tak, w środku. W biurze. Przy biurku.
Płaszcz jest zaklęty, więc i tak go zdejmuję rzadko, ale tej konkretnej nocy miałem też racjonalne, niezwiązane z magią powody, żeby go nie zdejmować. Powiedzmy, że grzejnik jest tymczasowo „wyłączony z użytku”. Niekoniecznie dlatego, że jest zepsuty.
Bardziej dlatego, że prąd.
Wróciłem wzrokiem do faktury, westchnąłem w sposób, który mógłby zainteresować lekarza, i sięgnąłem po whisky. Szklanka była moja, czysta, bo myję naczynia nawet gdy nie mam na prąd. Pewne standardy człowiek musi utrzymywać. Butelka była prawie pełna, bo starałem się ostatnio. Nalałem na dwa palce i powiedziałem butelce, że to wyłącznie ze względu na zimno.
Butelka mi nie uwierzyła. Ja też nie.
Na ścianie za biurkiem wisiały trzy rzeczy: mapa Szczecina z własnoręcznie naniesionymi punktami mocy (trochę blada, bo marker wziął mnie za wariata i zaczął schnąć), zdjęcie Ali, mojej córki, dwanaście lat, uśmiech, który odziedziczyła po matce, i oczy, które odziedziczyła po mnie, do cholery, i szyld, który zdjąłem z drzwi wejściowych, gdy ktoś napisał na nim markerem słowo zaczynające się na literę „ch”, a kończące na „uj”. Szyld głosił: „M. Wrona — Dochodzenia Prywatne”, a pod spodem, mniejszą czcionką, którą sam dorobiłem trzy lata temu po szczególnie dziwnym przypadku z rewenantem na Pomorzanach: „Sprawy niestandardowe mile widziane.”
To drugie zdanie przyciąga albo wariatów, albo ludzi w prawdziwym kłopocie.
Różnica jest mniejsza niż mogłoby się wydawać.
Okno wychodziło na ulicę. Przez brudną szybę (obiecuję sobie co roku, że ją umyję, i co roku jesień przychodzi szybciej niż spełnia się ta obietnica) widziałem kawałek bruku, latarnię, której żarówka co trzecią noc decyduje się mrugać, i fragment kamienicy naprzeciwko. Stare Miasto o jedenastej wieczór jest spokojne. Turyści śpią albo siedzą w pubach przy Świętego Ducha. Miejscowi śpią albo siedzą w pubach przy Świętego Ducha. Różnica jest głównie w kwotach na paragonach.
Wypiłem łyk whisky.
Pomyślałem o Ali, o tym, że w sobotę przyjeżdża na weekend, i że może powinienem wreszcie naprawić to krzesło w kuchni, którego siedzisko się odklejało. Pomyślałem o byłej żonie Marcie, która dwa miesiące temu wysłała mi mejla z informacją, że Ala pyta o tatę i czy mógłby być bardziej „dostępny emocjonalnie”, i co to kurwa miało znaczyć — to zdanie — i dlaczego mejl, a nie telefon, i dlaczego słowo „dostępny” brzmi jak zarzut, kiedy czytasz go po trzeciej w nocy.
Wypiłem drugi łyk.
Faktury leżały w ładnym stosiku. Podzieliłem je przez kilka tygodni na trzy kategorie: pilne, bardzo pilne i „jeśli tego nie opłacę, to mam problem”. Enea SA mieszkała w tej trzeciej kategorii od zbyt dawna. Pozostałe dwie kategorie były tak samo puste jak mój portfel i tak samo pełne jak moje wyrzuty sumienia, co tworzyło pewną symetrię, której nie umiałem polubić.
Wziąłem długopis i zacząłem liczyć.
Ostatnie zlecenie: pani Wiśniewska z Niebuszewa, utopiec w piwnicy, pół tygodnia pracy, stawka symboliczna. Pani Wiśniewska ma osiemdziesiąt lat i emeryturę tysiąc osiemset złotych. Nie mogłem wziąć więcej. Pani Wiśniewska zapłaciła mi w gotówce i słoikach z przetworami, i przez chwilę miałem poczucie, że jestem dobrym człowiekiem, co jest uczuciem niepraktycznym ekonomicznie.
Przedostatnie zlecenie: zaginiony pies na Śródmieściu, okazało się, że pies nie był psem, była to zaczarowana w psa Boginka szukająca swojego oprawcy, sprawa się skomplikowała, do szpitala nikt nie trafił, ale skończyło się bez honorarium, bo Boginka nie ma konta bankowego ani gotówki, tylko wiedzę o pewnych ziołach, których nazw nie potrafię zapamiętać.
Przed-przedostatnie zlecenie: nie myślę o tym przed snem.
Powiedzmy, że mój model biznesowy wymaga optymalizacji.
Odłożyłem długopis, oparłem się o krzesło, solidne, kupione na targu staroci na Turzynie za osiemdziesiąt złotych, skrzypiące, ale niezawodne — i spojrzałem w sufit. Sufit miał pęknięcie biegnące od okna do ściany wschodniej, w kształcie, który przy dobrej woli przypominał kształt Skandynawii. Przy złej woli przypominał kształt Skandynawii po apokalipsie. Gapiłem się w tę Skandynawię od dwóch lat i nigdy nie zdecydowałem, która interpretacja jest bardziej właściwa.
Moje biuro ma jeden pokój, aneks kuchenny i toaletę za drzwiami z napisem „prywatne”, bo kiedyś wszedł klient bez pukania i od tej pory mam drzwi z napisem. W głównym pokoju stoją: biurko (dębowe, znalezione, raz naprawiane, moje ulubione), dwa krzesła dla klientów (z Ikei, nie moje ulubione, ale ergonomiczne i łatwe do wytarcia gdy ktoś siada z mokrymi ubraniami), regał z książkami: mieszanina kryminałów, podręczników magii teoretycznej, historii Szczecina i trzech tomów encyklopedii, których mi żal wyrzucić, i szafka z zamkiem, gdzie leży Glock.
Laska dębowa stoi w kącie przy drzwiach. Zawsze.
Nie dlatego, żebym musiał. Dlatego, że nie jest to przedmiot, który powinien leżeć bez nadzoru.
Laskę dostałem od mentora, Tadeusza Chmury, który uczył mnie przez sześć lat, jak działać w świecie, który widzi więcej, niż powinien, i który umarł cztery lata temu z przyczyn, które oficjalnie zaklasyfikowano jako zawał, a nieoficjalnie zaklasyfikowałem ja jako „konsekwencja konfliktu z bytem, którego nie powinieneś wywoływać jeśli nie jesteś pewien swojego kręgu ochronnego”. Tadeusz był pewien. Krąg ochronny też był pewien. Byt miał inne zdanie.
Zapamiętałem lekcję.
Płaszcz też jest po Tadeuszu. Ciężki wełniany płaszcz, ciemnoszary, z kołnierzem, który można podnieść do oczu i wtedy człowiek wygląda jak sto lat temu. Zaklęła go Zośka tuż po śmierci Tadeusza, trzy warstwy ochronne i jeden stary słowiański sigil, który rozmazuje uwagę nieludzkich bytów, nie sprawia, że staję się niewidzialny, tylko że kiedy coś nieludzkiego na mnie patrzy, to patrzy ułamek sekundy krócej zanim skupi uwagę. Ułamek sekundy to mało. Ułamek sekundy w kontakcie z bytem, który cię chce zabić, jest warty bardzo dużo.
Nosiłem ten płaszcz latem. Ludzie się gapili. Nie mam im za złe.
Siedziałem, patrzyłem w Skandynawię na suficie i zastanawiałem się, czy mam jeszcze jakieś aspiracje zawodowe inne niż zapłacić Enei, kiedy drzwi do biura się otworzyły.
Nie zadzwonił dzwonek. Nie ma szyldu z godzinami. Że ludzie przychodzą o jedenastej wieczór bez zapowiedzi — to się zdarza. Sprawy niestandardowe nie respektują godzin pracy.
Kobieta, która weszła, miała może trzydzieści lat i wyraz twarzy kogoś, kto od kilku dni nie śpi dobrze. Nie, że źle śpi — nie śpi. Jest różnica. Złe spanie to coś, co człowiek kontroluje: kładzie się, wierci, w końcu zasypia. Niespanie to coś, co człowiek robi przez pół nocy leżąc nieruchomo i wpatrując się w sufit ze świadomością, że myśli nie dają za wygraną.
Widziałem to po oczach. Ciemne koła, których nikt nie robi specjalnie, i pewien wewnętrzny bezruch w twarzy, kiedy reszta ciała jest w ruchu, jakby mózg oszczędzał energię na jedno główne zadanie i nie miał już bufora na mimikę.
Była średniego wzrostu, włosy ciemnobrązowe, sięgające ramion, lekko mokre od mżawki — musiała iść kawałek piechotą albo stała chwilę przed wejściem zbierając odwagę, co jest dość powszechną czynnością przed drzwiami „M. Wrona — Dochodzenia Prywatne”, szczególnie gdy się ma pod spodem dopisek „sprawy niestandardowe”. Ubrana praktycznie: dżinsy, kurtka puchowa, buty na płaskiej podeszwie. W ręku trzymała torebkę z zapięciem, którego szukała przez sekundę zanim uświadomiła sobie, że nie po to jej szuka.
Nerwowy nawyk. Ludzie szukają zamków w torebkach gdy czegoś się boją i chcą mieć coś do robienia dla rąk.
— Pan Wrona? — zapytała.
— Na szczęście — odpowiedziałem. — Proszę siadać.
Wskazałem na krzesło dla klientów. Usiadła. Postawiła torebkę na kolanach, potem przeniosła na podłogę, potem pomyślała przez chwilę i zostawiła na podłodze. Wzrok obiegł biuro z profesjonalną szybkością kogoś, kto nawykł do wchodzenia w nieznane przestrzenie — pielęgniarki to mają, albo nauczyciele, albo policjanci — i zatrzymał się chwilę na lasce w kącie, i na mapie Szczecina z moimi odręcznymi oznaczeniami, i na butelce whisky.
— Mogę zaproponować… — zacząłem.
— Nie, dziękuję.
— Słusznie. Herbaty nie mam, bo nie kupiłem, kawy też nie, bo…
— To nie ma znaczenia. — Wyprostowała się. Miała silne plecy, wyćwiczone — jak ktoś, kto dużo stoi w pracy.
— Mam na imię Anna. Anna Krawiec. Jestem pielęgniarką, pracuję na SOR-ze w Szczecinie.
— Marek Wrona. — Złożyłem faktury w stos i przesunąłem na bok. — Czym mogę służyć, pani Anno?
Zacisnęła usta. Jeden krótki ruch, szczelnie, jakby to, co chciała powiedzieć trzeba było chwilę przytrzymać, zanim wyjdzie w niewłaściwej kolejności.
— Mój brat zaginął — powiedziała wreszcie. — Tomasz Krawiec. Trzy dni temu. Byłam na policji. Powiedzieli mi, że jest pełnoletni, że wyszedł prawdopodobnie z własnej woli, że…
— Że zgłoszą po siedemdziesięciu dwóch godzinach — powiedziałem.
— Minęły siedemdziesiąt dwie godziny. I nic.
Kiwnąłem głową. Znam ten protokół. Znam go dlatego, że sam przez jakiś czas współpracowałem z policją nieoficjalnie, przez Halinę, która ma zdrowy rozsądek i niezdrowe podejście do regulaminów, ale też dlatego, że zbyt dużo razy siedziałem naprzeciwko ludzi po tej samej co Anna Krawiec stronie biurka, słysząc tę samą historię. Dorosły człowiek, zaginął, policja mówi, że z własnej woli, rodzina wie, że coś jest nie tak i nie potrafi udowodnić dlaczego to wie.
Instynkt rodzinny jest bardzo niedoceniany jako narzędzie diagnostyczne.
— Ile ma lat pani brat?
— Dwadzieścia siedem. Mieszka sam na Grodzkiej.
— Pracuje?
— W firmie IT. Zdalnie. — Krótka pauza. — Ale to nie wszystko. Byłam w jego mieszkaniu przedwczoraj, policja nie chciała pojechać, bo to nie czas na dochodzenie, weszłam sama i… — Urwała. Przełknęła ślinę. — Były ślady walki. Przewrócony stolik. Stłuczona szklanka. I coś na ścianie.
Poczułem jak coś we mnie — może kręgosłup, może instynkt, może ten specyficzny rejestr zmysłów, który normalnym ludziom nie działa — lekko się napina.
— Coś na ścianie — powtórzyłem spokojnie.
— Symbol. — Sięgnęła do torebki. Wyciągnęła złożoną kartkę. Rozłożyła ją powoli, jakby samemu rozłożeniu czegoś można było zapobiec jeśli robi się to ostrożnie. Położyła na blacie.
— Narysowałam go z pamięci. Ale jestem pewna, że dobrze. Pamiętam każdą linię.
Spojrzałem na kartkę.
Moja dłoń, leżąca spokojnie na blacie biurka, zacisnęła się niepostrzeżenie.
Symbol był geometryczny, precyzyjny do granic możliwości dla kogoś, kto rysował go z pamięci. Sześć linii tworzących coś pomiędzy gwiazdą a kołem, ze spiralą wewnątrz, która szła zawsze w tę samą stronę, zawsze pod tym samym kątem. W środku: trójkąt. Ale nie symetryczny, skrzywiony celowo, jeden wierzchołek obcięty.
Znałem ten symbol.
Wiedziałem, co on oznacza.
I pierwsza myśl, całkowicie nie na miejscu, brzmiała: „kurwa mać”.
Druga myśl, profesjonalna i opanowana: nie możesz jej teraz powiedzieć, co to jest. Nie dlatego, że nie chcesz jej pomóc. Dlatego, że jeśli jej powiesz, co to jest, ta kobieta, pielęgniarka z SOR-u, zmęczona, wystraszona, kompetentna — zacznie rozumieć, jak bardzo jej brat może być zagrożony, i to rozumienie nie pomoże nikomu z nas w ciągu następnych kilku minut.
Informacje dawkuje się. To nie jest kłamstwo. To jest triage.
— Widziała ją pani wcześniej? — zapytałem. Mój głos był spokojny. Chwała trzynastu latom praktyki.
— Nigdy. Tomek… — Znów ta pauza, krótka i kontrolowana. — Tomek interesował się pewnymi rzeczami. Niestandardowymi. Wiedziałam o tym, nie rozmawialiśmy za dużo na ten temat, ale wiedziałam. Kupował dziwne książki. Chodził na spotkania. — Patrzyła na mnie i widziałam, że waży słowa, że decyduje się na coś. — Dlatego tu przyszłam. Nie do pierwszego lepszego detektywa. Tu. — Wskazała na szyld pod mapą. — „Sprawy niestandardowe mile widziane.”
Przez chwilę patrzyliśmy na siebie.
Siedzę przy tym biurku od pięciu lat. Przez pięć lat nauczyłem się, że są dwa rodzaje ludzi, którzy czytają ten podpis: tacy, którzy myślą, że to marketingowy chwyt dla ekscentrycznych klientów, i tacy, którzy wiedzą dokładnie, co oznacza i właśnie dlatego przychodzą. Ci drudzy zazwyczaj mają spokojniejsze oczy, niż powinni. Anna Krawiec miała akurat niespokojne, ale to był niepokój osoby, która „wiedziała” że brat robił coś niebezpiecznego i nie wiedziała jak bardzo.
— Pani brat uprawiał magię — powiedziałem. Nie pytałem.
Nie drgnęła. — Próbował. Amatorsko. Przynajmniej tak myślałam.
— Należał do jakiejś grupy?
— Nie wiem. Może. Nie pytałam za dużo, bo… — Złapała się. Potem: — Bo liczyłam, że sam mi powie jak będzie gotowy. I teraz żałuję.
Żałujesz. Tak. To jest brzydka właściwość zaginięć — zamieniają przeszłość w jeden wielki rejestr decyzji, które można było podjąć inaczej.
Wziąłem kartkę i złożyłem ją powoli. Wsunąłem do kieszeni płaszcza.
— Pojadę do mieszkania brata — powiedziałem. — Dziś w nocy, jeśli pani zostawia mi klucze. Potrzebuję obejrzeć miejsce osobiście. I potrzebuję, żeby pani przez najbliższe dni nikomu o tym nie mówiła — ani o moim imieniu, ani o tej wizycie. Nikomu.
— Dlaczego?
Dobre pytanie. Na które była dobra odpowiedź i lepsza odpowiedź. Dobra brzmiała: „bo jestem dyskretny i klientów chronię”. Lepsza brzmiała: „bo ktokolwiek zabrał twojego brata, prawdopodobnie ma uszy wszędzie i chcę mieć czas, żeby się zastanowić zanim to coś się dowie, że pytam”.
Powiedziałem wersję pomiędzy: — Bo w sprawach niestandardowych dyskrecja jest ważniejsza niż w zwykłych. Pani brat chodził po niezbyt bezpiecznych miejscach. Chcę mieć czas, żeby się rozejrzeć zanim ktoś wie, że się rozglądam.
Patrzyła na mnie przez chwilę. Szacowała. Ludzie, którzy pracują na SOR-ze nauczyli się szacować ludzi szybko — musisz wiedzieć w ciągu trzydziestu sekund, czy to ktoś, kto mówi prawdę o swoim bólu, czy dramatyzuje, czy udaje, czy jest spokojniejszy, niż powinien.
Najwyraźniej zdałem test, bo wyciągnęła z torebki kluczyk na metalowym breloku i położyła go na blacie.
— Grodzka czternaście — powiedziała. — Drugie piętro, drzwi po lewej.
Wziąłem kluczyk.
— Moja stawka to dwieście złotych za dzień pracy plus wydatki. — To nie było kłamstwo. To była moja stawka dla klientów ludzkich, ze sprawami niestandardowymi. Dla bytów nieludzkich brałem inaczej i rzadziej w gotówce, co tłumaczy część moich problemów z Eneą SA. — Jeśli to przekroczy tydzień, rozmawiamy o dalszym przebiegu. W tej chwili proszę o zaliczkę: pięćset złotych.
Nie wiem czy spodziewała się, że będę tańszy albo droższy. Nie pytałem. Zapłaciła gotówką, z portfela, który był wypełniony w sposób sugerujący, że siedzi tam od dłuższego czasu na ten cel. Przyszła z gotowością do zapłaty. Nie improwizowała.
— Zadzwoni pani do mnie jutro rano — powiedziałem, wpisując jej numer do telefonu. — Do tej pory proszę nie wchodzić do mieszkania brata bez uzgodnienia ze mną.
Wstała. Podniosła torebkę. Zrobiła krok do drzwi, zatrzymała się.
— Czy Pan myśli, że Tomek… żyje? — zapytała.
„Myślę, że narobił sobie nielichych problemów”, chciałem powiedzieć. „Myślę, że symbol, który narysowałaś na tej kartce to jedna z ostatnich rzeczy, którą człowiek widzi przed tym jak ktoś go wykorzystuje jako materiał do rytuału, i że jeśli to co podejrzewam jest prawdą, mamy mniej czasu niż żadne z nas chciałoby mieć. Myślę, że twój brat prawdopodobnie nie wiedział co robi kiedy to wywoływał, i myślę, że ktoś to w nim zobaczył i uznał za przydatne.”
Powiedziałem: — Nie mam podstaw twierdzić, że nie. A jeśli żyje, każda godzina ma znaczenie. Dlatego idę tam dziś.
Kiwnęła głową. Krótko, precyzyjnie — gest kogoś kto decyduje się na coś i zamknęła temat.
— Dziękuję — powiedziała i wyszła.
Słyszałem jej kroki na korytarzu, potem na schodach. Potem drzwi kamienicy i cisza.
Zostałem sam z kluczykiem Grodzkiej czternaście i złożoną kartką w kieszeni płaszcza.
Wyjąłem kartkę. Rozłożyłem ją. Spojrzałem.
Pieczęć Pożeracza.
Szczerze? Nie ma ładniejszej nazwy dla jednej z brzydszych rzeczy w germańskiej tradycji okultystycznej. „Verschlinger-Siegel” w oryginale, Tadeusz uczył mnie nazw w trzech językach, bo mówił, że potwory mają więcej imion niż paszportów, a znajomość właściwego imienia to przewaga. Germańska, starożytna, prawdopodobnie starsza od Rzeszy i od wszystkiego, co po niej zostało.
Oznacza, w wolnym tłumaczeniu, „przygotowanie naczynia”.
W mniej wolnym: ofiara przed rytuałem pochłaniania esencji magicznej. Ktoś, kto ma dar — choćby słaby, choćby nierozwinięty — zostaje oznaczony tą pieczęcią jako „surowiec”. Potem jest czas na przygotowanie. Potem jest rytuał.
Potem nie ma już osoby oznaczonej. Jest coś, co po niej zostało. Nie coś żywego.
Siedziałem przez chwilę z kartką w ręku i piłem whisky, i myślałem o Tomaszu Krawcu, którego nie znałem, który miał dwadzieścia siedem lat i interesował się „pewnymi rzeczami”, i który teraz był gdzieś w Szczecinie oznaczony jak paczka w systemie kurierskim, tyle że w tym systemie „dostarczono” oznacza coś innego.
Dokończyłem szklankę. Wziąłem laskę.
Czas jechać na Grodzką.
* * *
Szczecin o jedenastej trzydzieści w nocy jest miastem o dwóch twarzach, i żadna z nich nie jest tą, którą widzi się na zdjęciach turystycznych. Jest twarz świecąca, czyli centrum, Bogusława, kawałek Śródmieścia, gdzie jeszcze stoją ludzie przy ogródkach, gdzie jeszcze grają dyskotekowe rytmy z jakiegoś lokalu za rogiem. I jest twarz ciemna, boczne ulice, podwórka, fragmenty miasta, które pamiętają wojnę nie dlatego, że ktoś postawił tablicę upamiętniającą, ale dlatego, że mury wciąż mają w sobie tę pamięć, że kamienie archiwizują inaczej niż papier.
Stare Miasto wie o tym najlepiej.
Moje biuro stoi w kamienicy z tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego ósmego roku, a ulica Kuśnierska ma tyle warstw historii na metr kwadratowy, że niektóre noce można niemal poczuć, jak przelatują koło siebie jak przekładane kartki z różnych epok. Tu byli garbarze, kuśnierze, tu było bombardowanie, tu były gruzowiska, tu było odbudowywanie, tu było czterdzieści lat kiedy miasto było polskie, ale duch miasta był jakiś nieswój, jakiś między, jakiś szukający.
Lubię Szczecin. Nie dlatego, że jest piękny, bo jest, ale to nie to. Lubię Szczecin dlatego, że jest uczciwy w swoim nieporządku. Nie udaje, że nie ma blizn. Nosi je widocznie, na elewacjach, w asymetrii ulic, w miejscach gdzie nowe styka się ze starym bez usprawiedliwień.
Czarownicy lubią takie miejsca. Magia rośnie w szczelinach.
Szedłem na Grodzką piechotą, bo taksówka byłaby głupia i droga, bo noc była mokra, ale nie padało, i bo lubię chodzić kiedy myślę. Trzymałem laskę luźno, w prawej dłoni, końcem lekko dotykając bruku niby, żeby się podeprzeć, niby po nic. Gdyby ktoś patrzył, widziałby wysokiego faceta w za ciężkim płaszczu na mroźny marzec, trochę przygarbionego, trochę nieobecnego. Nic interesującego.
Marynarze w portach mają powiedzenie: cicha woda brzegi rwie. Nie są głupi.
Grodzka jest krótką ulicą, właściwie to bardziej duże przejście między Kuśnierską a Korsarzy. Numer czternaście, kamienica z pięćdziesiątego czwartego roku, powojenna, szara, z charakterystycznym dla epoki bezpretensjonalnego szacunku dla funkcji ponad formą. Fasada mokra od mżawki, okna ciemne poza jednym na trzecim piętrze, gdzie przez uchyloną żaluzję sączyło się niebieskie światło telewizora lub monitora.
Wszedłem do bramy. Klatka schodowa pachniała tak, jak pachną klatki schodowe w Szczecinie: wilgoć, stęchlizna, trochę zupy z czyjegoś mieszkania, trochę starego drewna poręczy. Drugie piętro. Drzwi po lewej. Na drzwiach tabliczka: „T. Krawiec”.
Stanąłem przed nimi.
I zanim włożyłem klucz, zatrzymałem się.
Jest coś w powietrzu przed drzwiami do miejsca, gdzie wydarzyło się coś złego. Trudno to opisać nie brzmiąc jak wróżka z telewizji, ale to nie jest wróżbiarstwo, to jest fizjologia specyficzna dla ludzi, którzy pracują z energią. Drżenie, subtelne jak zmiana ciśnienia, jak ta chwila gdy wiesz, że za chwilę uderzy piorun, zanim jeszcze usłyszysz grzmot. Coś tu się wydarzyło i zostawiło ślad.
Dobry ślad to znaczy: byłem we właściwym miejscu.
Zły ślad to znaczy: to miejsce skończyło się już na coś zużywać.
Otworzyłem drzwi.
Ciemno. Wymacałem włącznik. Zapalił się sufit, jedno skąpe światło ledowe, białe i nieżyczliwe.
Mieszkanie było dwupokojowe. Przedpokój, salon z aneksem kuchennym, sypialnia za uchylonymi drzwiami. Anna Krawiec mówiła o śladach walki i miała rację. Stolik kawowy przewrócony, stłuczona szklanka na podłodze, szkło jeszcze nie zostało uprzątnięte, leżało w kilku kawałkach przy ścianie. Na podłodze ślad czegoś mokrego, dawno wyschniętego, zbyt bladego, żeby być krwią.
Stanąłem na środku salonu i nie dotykałem nic.
Wyostrzyłem zmysły.
To, co robię, nie ma jednej dobrej nazwy. Tadeusz nazywał to „patrzeniem głębiej”. Inni magowie, których znam, używają terminów bardziej technicznych. Ja myślę o tym jak o regulacji odbiornika radiowego: normalnie jesteś ustawiony na standardową częstotliwość, słyszysz to, co słyszą wszyscy. Gdy wyostrzysz, możesz przesunąć zakres i zacząć łapać to, co emituje warstwa pod spodem.
Można to zrobić wszędzie. W niektórych miejscach to łatwiejsze. W Szczecinie niemal zawsze łatwiejsze niż powinno być.
Mieszkanie Tomasza Krawca było jak spalona żarówka.
To jest jedyne porównanie, które przychodzi mi do głowy i jest precyzyjne: miejsce, które emituje zero. Nie ciemność, bo ciemność to coś. Zero to brak. Jak wyczyszczone pole. Jak pokój, w którym wyłączono prąd i wyjęto z gniazdek kable i zadbano, żeby nawet ładunek statyczny nie pozostał.
Ktoś tu był i usunął całą magiczną obecność tego miejsca.
Tomasz Krawiec praktykował magię, słabą, amatorską, ale praktykował. Takie osoby zostawiają ślady, przypadkowe, nieuporządkowane, jak odciski palców na wszystkim, czego dotknęły. Powinny tu być. Powinien tu być zapach rytualnej świecy, powinien być rezonans pierwszego nieudanego zaklęcia, powinno być cokolwiek.
Nie było nic.
Zostało tylko to jedno: na ścianie przy oknie, w wysokości piersi, wypalony w tynku symbol.
Pieczęć Pożeracza.
Nie rysunek — zapis energetyczny, wypalony precyzyjnie, milimetr po milimetrze, przez kogoś, kto wiedział, co robi. Symbol był głęboki, wszedł w tynk na pół centymetra, może więcej. Wokół krawędzi zaczernienie, charakterystyczne dla energii destrukcyjnej, nie termicznej. To nie był ogień, który to wypalił.
Przykucnąłem przed ścianą i patrzyłem.
Znałem ten symbol z teorii. Z książek, które Tadeusz kazał mi czytać, z notatek, które sam robiłem przez lata. Wiedziałem, co oznacza, wiedziałem, jak działa, nie w szczegółach, bo szczegółów przy tym konkretnym rytuale nie ma zbyt wielu dostępnych w źródłach, które miałem. Ale zarys wiedziałem.
Pieczęć Pożeracza to nie jest zaklęcie, które ktoś rzuca na kogoś przez telefon. Wymaga obecności. Wymaga kontaktu. Ktoś był w tym mieszkaniu, fizycznie, i wypalił ten znak w obecności Tomasza Krawca albo w chwili, gdy Tomasz Krawiec był w tym mieszkaniu i coś wywoływał.
Wywoływał coś, czego nie powinien był wywoływać.
Wstałem. Sięgnąłem do kieszeni płaszcza i wyciągnąłem kawałek kredy. Miękka szkolna kreda, białe pudełko za dwa złote z Biedronki, najlepsze narzędzie do szybkich kręgów ochronnych, jakie człowiek może mieć — i zacząłem rysować sigile wokół symbolu na ścianie. Nie, żeby go neutralizować, bo nie miałem teraz na to ani czasu, ani wiedzy jak to zrobić bez ryzyka rozsypania czegoś czego nie powinienem ruszać, ale żeby go „zapieczętować”. Zawrzeć. Upewnić się, że będzie tu na mnie czekał gdy wrócę.
Sigile zrobiły to, co miały zrobić. Poczułem krótki opór, jakby symbol chciał zareagować i nie zareagował. Dobry znak.
Obejrzałem resztę mieszkania. Sypialnia: łóżko nieposłane, co nie było dowodem walki tylko prawdopodobnie dowodem tego, że Tomasz Krawiec miał standardowy stosunek do ścielenia łóżka, który dzielą młodzi mężczyźni żyjący sami. Biurko z laptopem zamknięte, co znaczy, że laptop był tu kiedy on wyszedł lub wyszli razem z nim. Regał z książkami i tu zatrzymałem się na chwilę, bo książki mówią o człowieku rzeczy, które człowiek sam by może nie powiedział.
Tomasz Krawiec miał: podręczniki IT (branżowe, porządne, zaktualizowane), kilka powieści fantastycznych, jeden kryminał i na dolnej półce, trochę schowane, bez napisów na grzbietach — cztery oprawione w ciemne płótno tomiki, których nie trzeba było otwierać, żeby wiedzieć, czym są.
Wyciągnąłem jeden. Bez tytułu na okładce. Środek: ręcznie pisane notatki, mieszanina polskich i łacińskich terminów, diagramy kręgów, listy składników. Pismo schludne, małe, skupione. Ktoś uczył go metodycznie.
Ktoś — bo to nie była nauka z internetu ani z książek. To był styl notatek kogoś, kto słucha i zapisuje. Styl ucznia.
Kto cię uczył, Tomaszu Krawiec?
Wsunąłem notatnik z powrotem na półkę. Nie brałem niczego, póki nie wiedziałem, czy policja wróci, a przyszedłem tu z kluczem pożyczonym od siostry, co w najlepszym razie jest prawną szarą strefą.
Zrobiłem za to zdjęcia telefonem. Ściana z symbolem, regał, przewrócony stolik, szkło. Udokumentowałem wszystko w mieszkaniu systematycznie, pokój po pokoju, bo dokumentacja to podstawa i bo mój mózg, mimo że niezły, nie jest nieomylny, szczególnie gdy nie śpię.
W łazience znalazłem ostatnią rzecz.
Przy umywalce leżała mała saszetka, taki woreczek lniany na sznurku, rzecz, którą ci, którzy wiedzą, rozpoznają od razu jako „ochronny węzeł”, amulet słowiański. Stary, noszony, lniana tkanina ciemniejsza od czasu i dotyku, sznurek wielokrotnie zaplatany. Ktoś mu to zrobił albo kupił, i nosił regularnie.
Dlatego, że wiedział, że pracuje z czymś niebezpiecznym?
Albo dlatego, że dostał go od kogoś, kto tłumaczył mu, że będzie go potrzebować?
Wziąłem saszetkę. Wepchnąłem do kieszeni. Uzasadniam to tym, że policja i tak by tego nie zabrała i że lepiej, żeby ta rzecz była przy kimś, kto wie, co z nią zrobić, niż leżała przy umywalce kogoś, kto zniknął.
Wyszedłem. Zamknąłem drzwi. Na klatce schodowej zatrzymałem się jeszcze raz.
To „wyczyszczenie” magiczne w mieszkaniu to nie przypadek. Ktoś to zrobił celowo. Usunął ślady, zabrał Tomasza, zostawił tylko pieczęć, bo pieczęci nie można usunąć gdy jest już wypalona. To trwały zapis.
Demonstracja? Może. Może ostrzeżenie dla kogoś kto wejdzie po nim.
Może tylko profesjonalna robota kogoś kto nie zostawia bałaganu.
Wróciłem na ulicę.
Mżawka się wzmogła, nie deszcz, coś gorszego. Ta kategoria opadów, która sprawia, że kaptur nie pomaga i parasolka jest pośmiewiskiem. Stałem chwilę przed kamienicą i patrzyłem na ulicę.
Grodzka o północy jest cicha. W kilku oknach światło. Jeden samochód zaparkowany krzywo przy chodniku. Kot w bramie naprzeciwko, trójkolorowy, patrzący na mnie z tą mieszaniną obojętności i czujności, którą koty mają w genach.
I wtedy, w cieniu między latarnią a rogiem budynku mignęła sylwetka.
Przez sekundę. Może dwie.
Stała nieruchomo, a nieruchomość miała w sobie coś nieludzkiego, bo człowiek stojący nieruchomo zawsze „trochę” się rusza, oddech, zmiana ciężaru ciała, drobiazg. Ta sylwetka stała jak część cienia. Jak cień, który przyszedł z zewnątrz i znalazł sobie miejsce.
Spojrzałem bezpośrednio.
Zniknęła.
Nie odeszła. Zniknęła. Cień wrócił do bycia tylko cieniem, latarnia oświetlała bruk, kot w bramie naprzeciwko zamiauczał raz, cicho i natychmiast urwał.
Stałem przez chwilę z laską w ręku i sercem bijącym o dwa uderzenia za szybko.
Dobrze. Mamy obserwatora.
Obserwator wiedział, że tu jestem. Obserwator wiedział o mieszkaniu Tomasza Krawca. Obserwator albo jest bardzo ostrożny i ucieka gdy go ktoś widzi, albo właśnie pokazał mi dokładnie tyle, ile chciał, żebym widział.
Ta druga opcja nie podobała mi się.
Wróciłem na Kuśnierską. Szedłem szybko, nie biegłem. Bieganie po ciemnym mieście mówi każdemu kto patrzy, że jesteś spłoszony, a bycie spłoszonym jest niezdrowe gdy za tobą idzie coś, co jeszcze nie zdecydowało, czy chce, żebyś pozostał żywy, czy nie. Trzymałem laskę pewniej. Miałem gotowy sigil w głowie. Szybki, destrukcyjny, z krwawiącym nosem przez dwie godziny jako ceną wstępu, ale skuteczny.
Nikt mnie nie śledził. Przynajmniej nie w sposób, który bym wyczuł.
To też nie jest dobra wiadomość.
Drzwi do biura zamknąłem za sobą. Zapaliłem światło — jedno, przy biurku, lampa na baterie na wypadek gdyby zabrakło prądu (co jest sytuacją bardziej niż hipotetyczną z powodów o których już wspominałem). Zdjąłem laskę z ramienia i oparłem o biurko w zasięgu ręki.
Usiadłem.
Wyciągnąłem notatnik i zacząłem pisać: imię klienta, imię zaginionego, adres, symbol, stan mieszkania, wyczyszczone pole, woreczek znachorski, obserwator w cieniu. Fakty w porządku chronologicznym, bez interpretacji — interpretację robi się po dokumentacji, nie przed.
Skończyłem. Odłożyłem długopis.
Spojrzałem na blat biurka.
I przez chwilę nie rozumiałem co widzę, bo mózg nie chciał przyjąć, że to prawdziwe.
W miejscu gdzie zawsze kładę klucze, na skraju blatu, po lewej stronie, tuż przy podstawce na długopisy widniał wypalony znak.
Symbol.
Pieczęć Pożeracza.
Identyczna z tą na ścianie mieszkania Tomasza Krawca. Identyczna z tą, którą Anna Krawiec narysowała mi na kartce. Wypalona w powierzchni dębowego blatu, głęboka na może trzy milimetry, z tymi samymi poczerniałymi krawędziami, z tą samą precyzją kogoś, kto wie, co robi.
Anna wyszła godzinę temu. Ja byłem w mieszkaniu Tomasza może czterdzieści minut. Wróciłem.
Ktoś wszedł tu w czasie gdy mnie nie było. Do zamkniętego biura, z zamkiem, który zaklął mi Tadeusz przed śmiercią, bo mówił, że wyjście z domu bez zabezpieczonego miejsca powrotu jest jak wyjście w morze bez powrotu do portu.
Ktoś wszedł. Wypalił ten znak. I wyszedł.
I zrobił to wszystko po to, żebym wiedział, że wchodzić może kiedy chce.
Nie demonstracja.
Zaproszenie.
Albo, i to jest najgorsze, ostrzeżenie: wiem, gdzie mieszkasz, wiem, gdzie kładziesz klucze, wiem, co wiesz, i chcę, żebyś wiedział, że wiem.
Siedziałem z rękami opartymi na udach i patrzyłem na wypalony symbol na blacie mojego biurka, i czułem jak ta sprawa, która miała być sprawą zwykłego zaginionego, brata pielęgniarki, który poszedł sobie pewnie z własnej woli — rośnie w coś zdecydowanie mniej zwykłego.
Sięgnąłem po butelkę whisky.
Tym razem nalałem na trzy palce.
Tym razem butelka miała rację.
I nie zamierzałem się temu sprzeciwiać.
—
Najgorsze zlecenia zawsze zaczynają się od kobiety, która mówi, że to pewnie nic, i ma przy tym oczy kogoś, kto wie, że to coś.
Anna Krawiec miała dokładnie takie oczy.
I ktokolwiek wypalił mi ten symbol na biurku, chciał żebym wiedział, że ma mnie już w zasięgu.
Nie zamierzałem dawać im tej satysfakcji.
Ale zacząłem się zastanawiać, czy satysfakcja w ogóle jest tym czego szukają.
Rozdział drugi: Port o świcie
Ciała mówią prawdę. To jest ich jedyna zaleta nad żywymi.
Obudziłem się o czwartej czterdzieści pięć rano z telefonem przy uchu i głosem sierżanta Wiśniewskiego w słuchawce, który mówił coś o nabrzeżu i o ciele i o tym, że komisarz Borys prosiła, żebym przyjechał, i przez pierwszych trzydzieści sekund myślałem, że śnię, bo człowiek, który śpi cztery godziny po tym, jak odkrył wypalony symbol na własnym biurku, jest człowiekiem, który zasługuje przynajmniej na senny odpoczynek przed kolejnym problemem.
Wszechświat ma inne zdanie na temat tego, na co zasługuję.
Wstałem. Nałożyłem płaszcz. Spałem w ubraniu, nie dlatego, że jestem niechlujny, tylko dlatego, że byłem zbyt zmęczony, żeby się rozbierać, i dlatego że miałem wrażenie, iż tej nocy nie powinienem zostawiać się bez warstw ochronnych nawet w zasięgu własnej kuchni. Wziąłem laskę. Spojrzałem na biurko.
Symbol na blacie patrzył na mnie spokojnie. Wypalony, precyzyjny, permanentny.
— Jutro — powiedziałem do biurka.
Biurko nie odpowiedziało. Biurka tego nie robią. To jedna z rzeczy, za które je cenię.
* * *
Nabrzeże portowe w rejonie Dąbia o świcie w marcu jest miejscem, które Bóg stworzył jako argument przeciwko optymizmowi. Betonowe płyty, dźwigi, które stoją już może od dekady i patrzą na rzekę z miną kogoś, kto stracił zainteresowanie pracą, ale boi się złożyć wymówienie, magazyny z lat sześćdziesiątych — szare, wielkie, z małymi oknami z kratami, które przepuszczają dokładnie tyle światła, żeby wnętrze było widoczne jako zbiór cieni, nie jako pomieszczenie.
Z taksówki wysiadłem przy ulicy Przestrzennej — bo taksówkarz spojrzał na kordon policyjny i powiedział, że dalej nie jedzie, co było mądrą decyzją człowieka, który nie chce komplikacji, i który nie dostał od przewoźnika ubezpieczenia na komplikacje. Szedłem piechotą przez mokry beton. Deszcz przestał padać może godzinę temu, zostało po nim to, co zawsze zostaje: chłód, wilgoć, zapach rzeki wzmocniony o pół oktawy, kałuże, które wyglądają jak płaskie niebo.
Dąbie o piątej rano nie ma turystów. Ma robotników portowych — ale oni przychodzą później. Ma mewy, które siedzą na balustradach i patrzą na wszystko z filozoficzną obojętnością. I teraz ma policję: dwa radiowozy i jeden nieoznakowany samochód, taśmę, reflektory techniczne ustawione przy wejściu do starego magazynu i dwie postacie w kombinezonach, które fotografowały coś na ziemi.
Podszedłem do taśmy. Posterunkowy — młody, zmęczony, z miną kogoś kto wolałby być gdziekolwiek indziej — podniósł rękę.
— Teren śledztwa —
— Wrona. Komisarz Borys prosiła, żebym przyjechał.
Spojrzał na mnie. Spojrzał na płaszcz. Spojrzał na laskę. Widziałem na jego twarzy ten specyficzny wyraz, który widzę często: człowiek zastanawia się, czy facet, który tak wygląda o piątej rano może być kimkolwiek, kogo zaprasza na miejsce zbrodni komisarz policji, i dochodzi do wniosku, że albo tak, albo jego wieczór jest zbyt skomplikowany, żeby zaczynać dyskusję.
Podniósł taśmę. Wszedłem.
Magazyn miał czterdzieści może pięćdziesiąt metrów długości, stary dach z blachy falistej. Jedną blachę pomiętą, trzaskającą kiedy wiał wiatr, a wiatr wiał. I podłogę z wylanego betonu w kolorze tego, co zostaje, gdy beton starzeje się przez sześćdziesiąt lat i nikt go nie maluje. Okna zakratowane. Zapach: rdza, sól, coś chemicznego, coś organicznego. Reflektory techniczne biły z obu stron w środek, tam, gdzie leżało ciało.
Zobaczyłem Halinę zanim zobaczyłem zwłoki.
Stała tyłem do wejścia, w granatowej kurtce z napisem POLICJA na plecach, z notatnikiem w ręku, rozmawiała z kimś z techniki. Rude włosy miała ściągnięte w kitkę, ale kilka kosmyków wymknęło się i kleiło do szyi, mokre od deszczu, i w świetle reflektorów technicznych miały kolor, który nie ma ani jednej dobrej nazwy po polsku. Coś między brązem, kasztanem, miedzią a czymś własnym, coś, co zależy od kąta i od nastroju koloru a nie tylko od pigmentu.
Odnotowałem to w tej części mózgu, która notuje rzeczy, których nie planuje się notować, i natychmiast kazałem tej części mózgu zamknąć się i skupić na robocie.
Odwróciła się. Musiała usłyszeć kroki. Miała nawyk słyszenia kroków, widziałem to po tym jak nie wykonała żadnego ruchu zaskoczenia. Tylko odwróciła się, zmierzyła mnie wzrokiem od stóp do głów, i powiedziała:
— Spóźniłeś się dwanaście minut.
— Taksówka — odparłem. — Kierowca zatrzymał się przy taśmie.
— Mogłeś biec.
— Mógłbym też mieć auto. Gdyby ktoś nie zatrzymał mi prawa jazdy za coś, co było ewidentnie nieporozumieniem.
— Twoje auto jechało pod prąd ulicą jednokierunkową.
— Na ulicy nikogo nie było.
— Na ulicy był radiowóz.
— Szczegół.
Patrzyła na mnie przez chwilę z miną, która sugerowała, że ma kilka zdań na temat tego szczegółu, i że są to zdania, których powiedzenie sprawiłoby jej przyjemność. Potem zamknęła notatnik i wskazała głową w kierunku centralnej części magazynu.
— Chodź. I nie dotykaj niczego.
— Zawodowa uwaga do człowieka, który był tu wcześniej od ciebie. Doceniam.
— Byłam tu wcześniej od ciebie.
— Technicznie.
Podążyłem za nią.
Tomasz Krawiec leżał na betonie w pozycji, którą można by opisać jako spokojną, gdyby spokój mógł być kategorią dla zwłok. Leżał na wznak. Ręce wzdłuż ciała, nogi proste. Jakby ktoś ułożył go starannie, dbając o symetrię, albo jakby opadł dokładnie tak, jak stał, i grawitacja wykonała resztę. Miał na sobie dżinsy, bluzę z kapturem, buty sportowe. Dwadzieścia siedem lat, brązowe włosy, nieogolony od może czterech dni.
I twarz.
Twarz była tym, na czym zatrzymałem się na sekundę dłużej, zanim przeszedłem do reszty.
Ludzie, którzy umierają w strachu wyglądają w jeden sposób. Mięśnie twarzy pracują nawet po śmierci. Nie długo, ale na tyle, żeby zostało. Strach zostaje. Ból zostaje. Zaskoczenie zostaje.
Tomasz Krawiec miał na twarzy zaskoczenie.
Ale nie zaskoczenie człowieka, który nagle widzi coś przerażającego. Zaskoczenie człowieka, który nagle rozumie. To specyficzna ekspresja, brwi lekko uniesione, usta rozchylone, coś, co za życia wyglądałoby jak moment olśnienia. „A, więc tak to wygląda.” Jakby ostatnia chwila przyniosła mu odpowiedź na pytanie, które zadawał od dawna, i odpowiedź okazała się lepsza albo gorsza albo po prostu inna niż się spodziewał.
Przykucnąłem. Nie dotykałem.
— Oficjalnie? — zapytałem nie podnosząc wzroku.
— Zawał serca — powiedziała Halina za moimi plecami. Słyszałem jak zapisuje coś w notatniku. — Wstępna ocena ratowników, którzy przyjechali pierwsi. Nie ma śladów zewnętrznych urazów. Sekcja pokaże więcej.
— Ile lat miał?
— Dwadzieścia siedem. — Krótka pauza. — Znasz go?
Przez chwilę rozważałem odpowiedź. Klientka poprosiła o dyskrecję. Dyskrecja jest ważna. Ale klientka jest siostrą tego człowieka i ktoś musiał jej powiedzieć. I ten ktoś nie powinien być zimnym głosem z komisariatu.
— Tomasz Krawiec — powiedziałem. — Grodzka czternaście.
Cisza. Potem ostrożnie: — Skąd wiesz?
— Bo jego siostra była u mnie wczoraj wieczorem. Zgłosiła jego zaginięcie.
Kolejna cisza. Ten rodzaj ciszy, który w języku Haliny Borys oznaczał: „nie jestem zadowolona z tej informacji i zaraz zadam serię pytań, których nie lubisz.”
— Wrona.
— Halina.
— Kiedy dokładnie?
— Około jedenastej. Zapłaciła zaliczkę. Pojechałem obejrzeć mieszkanie brata.
— Bez powiadomienia policji.
— Miała klucze. Wszedłem. Obejrzałem. Wyszedłem. Nic nie ruszyłem. — Prawie. Woreczek znachorski w kieszeni. Ale to był drobiazg. — Mieszkanie było puste. Ślady walki, stłuczona szklanka. I coś na ścianie.
Słyszałem jak podchodzi bliżej. Stanęła obok mnie — musiałem unieść głowę, żeby na nią spojrzeć, co przy moim wzroście zdarzało się rzadko i zawsze było w pewien sposób dezorientujące. Szare oczy patrzyły na mnie z tym swoim precyzyjnym chłodem, który nie był wrogością — był profesjonalizmem. Jest różnica, choć z zewnątrz wygląda podobnie.
— Coś na ścianie — powtórzyła.
— Symbol. Wypalony w tynku.
— Jaki symbol.
— Geometryczny. — Wstałem. — I jest tu taki sam.
Odwróciłem się. Ściana północna magazynu, tam gdzie reflektor świecił pod kątem. Widziałem go od wejścia, ale czekałem. Trzeba było najpierw zobaczyć ciało. Ciało jest priorytetem.
Pieczęć Pożeracza na ścianie magazynu miała może metr średnicy.
Namalowana — nie wypalona — ale namalowana czymś ciemnym, matowym, czymś, co nie było farbą. Znałem ten zapach — subtelny pod zapachem rdzy i soli. Krew zmieszana z czymś mineralnym. Precyzja linii była nieludzka — każda linia idealna, kąty dokładne, spirala wewnętrzna tak regularna, że wyglądała jak wydrukowana.
Trzy razy większa niż ta na ścianie w mieszkaniu na Grodzkiej.
Trzy razy większa i świeża. Ciemny kolor nie zdążył jeszcze całkowicie wyschnąć przy krawędziach. Ktoś namalował to w ciągu ostatnich kilku godzin.
Halina stanęła obok mnie. Czułem jej obecność, specyficzne ciepło ciała, blisko, zapach, który był zaskakująco czysty jak na kogoś, kto od piątej rano stał przy zwłokach w opuszczonym magazynie portowym: mydło i coś lekkiego pod spodem, coś, co nie było perfumami, tylko tym, co zostaje na skórze, gdy perfumy zdążyły przez noc wywietrzeć.
Odnotowałem to. Kazałem tej samej części mózgu co poprzednio znowu się zamknąć.
— Co to jest? — powiedziała. Nie pytanie. Stwierdzenie faktu oczekujące odpowiedzi.
— Nie wiem — odparłem.
Poczułem jak na mnie patrzy. Ten rodzaj spojrzenia, który Halina miała wyćwiczony do perfekcji: bez ekspresji, precyzyjne, takie, które rejestruje każdy mikrooduch na twarzy rozmówcy i kataloguje.
— Kłamiesz — powiedziała spokojnie.
— Halina…
— Wrona, znamy się cztery lata. — Jej głos był niski, spokojny, i miał w sobie tę szczególną twardość, której nie nauczysz się z podręcznika — tylko z czterech lat szarych spraw i decyzji, które musiały być podjęte w trzydzieści sekund. — Nie kłamiesz mi często. Ale kłamiesz mi teraz i oboje to wiemy. Więc albo powiesz mi, co to jest, albo wyjaśnisz mi, dlaczego nie możesz.
Spojrzałem na nią.
Miała mokre kosmyki przy szyi i zmęczenie wokół oczu, które jest inne niż zwykłe zmęczenie. To zmęczenie kogoś, kto budzi się o czwartej rano, aby jechać oglądać zwłoki i wie, że dzień będzie długi, i wchodzi w ten dzień w pełni świadomy wszystkiego, co go czeka. Bez dramatyzmu. Z gotowością.
— Mogę powiedzieć, że to symbol z konkretnej tradycji okultystycznej — powiedziałem ostrożnie. — I że jego obecność przy zwłokach to nie przypadek. I że sprawa Tomasza Krawca może być połączona z czymś większym. Tyle mogę powiedzieć.
— Co jest tym czymś większym?
— Jeszcze nie wiem.
Patrzyła na mnie przez chwilę. Potem odwróciła się do ściany i sfotografowała symbol telefonem — trzy ujęcia, różne kąty, systematycznie, bez pośpiechu. Profesjonalnie.
— Zdjęcia z mieszkania na Grodzkiej — powiedziała do ściany.
— Wyślę.
— Dzisiaj.
— Przed południem.
— Teraz byłoby lepiej.
— Halina, jest piąta rano…
— Tak. — Odwróciła się. Jej twarz się zmieniła, coś się zmieniło — nie zmiękła, nie złagodniała, stała się po prostu inna. Mniej biurokratyczna. — Jego siostra wie?
— Jeszcze nie. Ktoś powinien jej powiedzieć.
— Zajadę tam po obiedzie. — Krótka pauza. — Chyba że ty chcesz.
Pomyślałem o Annie Krawiec. O jej oczach, oczach kogoś, kto nie śpi od dni. O tym jak płaciła gotówką z portfela przygotowanego zawczasu. O tym jak zapytała: „Myśli pan, że żyje?”, i o tym, co jej wtedy powiedziałem.
— Pojadę z tobą — powiedziałem.
Kiwnęła głową. Krótko, precyzyjnie, dokładnie tak samo jak jej brat robił to w wyobraźni, którą właśnie skonstruowałem wokół tej pary ludzi, i wyrzuciłem tę obserwację bo była niestosowna i bezużyteczna.
— Wróć do ciała — powiedziała. — Chcę wiedzieć, co widzisz. Nie oficjalnie. Prywatnie.
To była najlepsza rzecz, jaką Halina Borys mogła mi powiedzieć o piątej rano przy zwłokach w magazynie portowym. Bo znaczyło: ufam twoim zmysłom bardziej niż procedurze, i nie chcę, żebyś mi kłamał. I rozumiem, że niektóre prawdy mają inną formę niż protokół.
Cztery lata. Dużo można zbudować przez cztery lata.
Wróciłem do Tomasza Krawca.
Przykucnąłem znowu. Tym razem wyostrzyłem zmysły, powoli, ostrożnie, bo w miejscach, gdzie wydarzyło się coś magicznego, gwałtowne wyostrzenie jest jak wejście na oślep do ciemnego pokoju. Można uderzyć w ścianę. Można natrafić na coś, co czeka.
Tutaj czekało tylko echo.
Tomasz Krawiec był bardziej pusty niż jego mieszkanie.
Mieszkanie było jak spalona żarówka — wyczyszczone, zero emisji. Ale budynek ma własną energię, mury mają własną historię, i te warstwy zostają. Człowiek jest inny. Człowiek nosi ze sobą swoją własną energię — która jest jego, fundamentalna, tak samo jak kolor oczu i linia żuchwy. Zabiera ją ze sobą nawet po śmierci, przez jakiś czas. Zostaje w ciele jak ciepło pozostaje w kamieniu po zachodzie słońca.
W Tomaszu Krawcu nie było nic.
Nie zero. Zero to opis braku. To było coś gorszego: aktywne wyczyszczenie. Ktoś wyciągnął z tego człowieka wszystko, co magiczne, do ostatniej cząsteczki, tak dokładnie, tak gruntownie, że zostawił ciało jako pojemnik absolutnie próżny. Jak puszkę po konserwie wysuszoną w środku na słońcu.
Esencja magiczna. Właśnie to Pieczęć Pożeracza przygotowywała. Nie zabijała, preparowała. Oznaczała, czyściła cel z wszelkiej ochrony i połączeń, a potem ktoś przychodził i jadł.
Poczułem mdłości. Nie metaforyczne, fizyczne, ten pierwszy skurcz żołądka, który zapowiada, że ciało ma własne zdanie na temat tego, czego właśnie dotknęły zmysły. Przełknąłem ślinę. Ustąpiło.
Wstałem. Halina stała z boku i obserwowała mnie z miną kogoś, kto widzi coś, czego nie rozumie, i postanawia nie pytać, dopóki nie zobaczy całości.
— Był praktykiem magii — powiedziałem cicho. — Słabym, ale miał dar. Ktokolwiek go zabił, zabrał mu tę energię. Wszystko do ostatniego grama. — Pauza. — To był cel. Nie morderstwo ze złości, chciwości czy zazdrości. To był… drenaż. Jak krwotok.
Halina milczała przez chwilę.
— Drenaż… — powtórzyła, jakby słowo smakowało dziwnie.
— Wiem jak brzmi.
— Brzmi jak coś, czego nie napiszę w raporcie.
— Wiem. — Spojrzałem na nią. — Ale to jest tym czym jest. Symbol na ścianie, stan ciała. To nie przypadek, to procedura. Ktoś to robił metodycznie. I ktoś to robił wcześniej, zanim trafił na Tomasza Krawca. To nie był pierwszy raz.
To była spekulacja. Ale uzasadniona. Pieczęć Pożeracza nie jest rytuałem, który robi się raz i odpuszcza. Jest częścią sekwencji. Tadeusz uczył mnie, że symbole germańskiej tradycji destrukcyjnej działają jak liczniki: każde wykonanie wzmacnia następne, aż do finału, do kulminacji, do której całość buduje się krok po kroku.
Ile kroków? Nie wiedziałem. Ile już zrobiono? Nie wiedziałem.
Ile czasu zostało? Też nie wiedziałem.
To był dobry moment, żeby sobie uświadomić, że nie wiem bardzo dużo jak na kogoś, kto ma kluczyk od mieszkania ofiary i wypalony symbol na własnym biurku.
— Wrona — powiedziała Halina.
— Co?
— Idź stąd. — Nie rozkaz, instrukcja. — Technicy skończą za godzinę. Ja zostanę. Ty idź, bo za mało spałeś, żeby być użyteczny, i masz za dużo informacji, żeby stać w miejscu. — Krótka pauza. — I wyślij mi te zdjęcia.
— Powiedziałem, że przed południem.
— Powiedziałam, że teraz byłoby lepiej.
— Halina, to twoje zdanie jest bez czasownika.
— Wrona, moje zdania nie muszą mieć czasownika, żeby coś znaczyć. Wiesz TO od czterech lat.
Wiem. Wiem to od czterech lat i jest to jedna z rzeczy, które mnie w niej… które mnie w tej kobiecie… jest to obserwacja, którą zostawię dla siebie bo nie mam teraz energii na samoanalizę przy zwłokach.
Wziąłem telefon. Wysłałem zdjęcia z mieszkania Tomasza Krawca. Wszystkie, w tym sigile, które narysowałem kredą wokół symbolu, bo wiedziałem, że Halina je zobaczy i zapyta, i lepiej, żeby to był temat późniejszej rozmowy niż pytanie bez odpowiedzi wiszące w powietrzu.
Odchodząc, odwróciłem się jeszcze raz. Halina stała przy ścianie z symbolem, patrzyła na niego z notatnikiem w ręku, i miała tę minę, którą miała zawsze przy zagadce — skupioną, precyzyjną, trochę nieobecną, jakby reszta świata przestała istnieć poza problemem, który próbowała rozwiązać.
Rude włosy mokre od deszczu przyklejały się do karku i do ramion, i w świetle reflektorów tworzyły coś co wyglądało jak aureola, gdyby aureole miały kolor miedzi a nie złota.
Wyszedłem z magazynu.
* * *
Na zewnątrz wstawał świt.
Nie ładny świt. Ładne świty są gdzie indziej, w miejscach, które mają horyzont i czas, żeby go obserwować. Tu był świt praktyczny: szara jasność nachodząca na ciemność, stopniowa, niezdecydowana, jak ktoś, kto wchodzi do pokoju i nie jest pewien, czy go chcą. Niebo nad Odrą było kolorem, który artyści nazywają „zimną szarością” a reszta ludzi nazywa „cholera, jeszcze pada”.
Nie padało. Ale powietrze było tak nasycone wilgocią, że różnica była kosmetyczna.
Stanąłem przy krawędzi nabrzeża i patrzyłem na rzekę.
Odra o piątej rano jest inną rzeką niż Odra w południe. W południe jest wodą — szeroką, ciemną, może w trochę głębszym kolorze, niż inne rzeki, które znasz, ale wodą. O piątej rano jest czymś innym. O piątej rano ma coś z charakteru osoby, coś własnego, coś, co na człowieka patrzy z wzajemnością, coś, co nie jest neutralne.
Tadeusz uczył mnie, żeby szanować Odrę. Nie bać się jej, szanować. Jest różnica. Strach jest pasywny. Szacunek jest aktywny.
I wtedy zobaczyłem mgłę.
Nie tę, którą znasz z meteorologii, tej o tej porze nie było, bo wiatr wiał z zachodu i rozbijał wszystko, co próbowało unosić się nad wodą. Ta mgła była inna. Niska, gęsta, trzymała się powierzchni rzeki jak warstwa koca. I miała kolor.
Błękitny.
Nie błękit nieba, nie błękit tafli wody. Własny błękit, wewnętrzny, jakby mgła była sama w sobie źródłem światła, a nie tylko materią, która pochłania i odbija. Zimny błękit. Metal, który leży na mrozie, ma taki kolor: nie lodowy, nie srebrny, metalicznie zimny w specyficzny sposób, który nie jest opisem temperatury tylko opisem odczucia.
Przykucnąłem i dotknąłem jej końcem laski.
Cofnąłem rękę natychmiast.
Koniec laski był zimny, nie jak przedmiot wystawiony na chłodne powietrze. Zimny jak dotknięcie czegoś, czego ciepło nie dosięgnie. Tak zimny, że przez dłoń przeszło coś, co było bliżej bólu niż zimna. Ten specyficzny ból, który człowiek czuje, gdy dotknie metalowego przedmiotu na mrozie i skóra przez ułamek sekundy przylega.
Ale temperatura powietrza wynosiła może cztery stopnie. Nie było mrozu.
Laska leżała w mojej dłoni. Przez drewno — stare dębowe drewno, które Tadeusz obrabiał przez trzy lata przed śmiercią, które ma własne, nieśmiałe życie magiczne — czułem coś. Puls. Nie mój puls, nie puls rzeki, coś trzeciego, głębszego, coś, co leżało pod wodą i pod murem i pod warstwami historii. Czekało.
Nie śpiące. Nie obudzone. Coś pomiędzy.
Wstałem. Cofnąłem się o krok od krawędzi.
Mgła przesunęła się.
Powoli, celowo. Nie jak mgła, którą prąd powietrza niesie, ale jak coś, co decyduje, dokąd idzie. Przesunęła się w stronę magazynu. W stronę, gdzie leżały zwłoki Tomasza Krawca.
Jakby wracała po coś.
Albo po kogoś.
Stałem z laską w dłoni i patrzyłem, i czułem jak serce bije ułamek sekundy za szybko przez te kilka sekund gdy mgła przemieszczała się między mną a wejściem do magazynu i potem stanęła. Zatrzymała się metr od drzwi. Kłębiła się w miejscu jak pies, który usiadł i czeka.
Nie wchodziła.
Nie mogła wchodzić. Bo w środku była Halina, i taśma, i technicy, i policja, i wszystko co ludzkie i codzienne i zatłoczone. Nie o to jej chodziło.
O co jej chodziło? To było pytanie, na które nie miałem odpowiedzi, a którą bardzo chciałem znać, zanim to coś zdecyduje, że potrzebuje czegoś więcej niż obserwacji.
Odwróciłem się i odszedłem ulicą.
Złapałem taksówkę na Przestrzennej. Kierowca, inny niż poprzedni, starszy, z radiem nastawionym na stację ze złotymi przebojami, co jest wyborem, który szanuję za nonkonformizm, nie pytał dlaczego stoję przy porcie przed świtem w płaszczu i z laską. Szczecinianie mają zdrowy instynkt niezadawania pewnych pytań.
W lusterku wstecznym widziałem jak oddalamy się od nabrzeża.
I widziałem błękitną mgłę, która stała przy magazynie i odpływała powoli z powrotem w stronę rzeki, jakby miała własny plan i właśnie zakończyła jeden jego punkt.
Zamknąłem oczy.
* * *
Telefon zadzwonił gdy byłem w połowie drogi do domu.
Nie Halina. Numer, który znałem, specyficzne siedem cyfr, zapisane w kontaktach pod nazwą „Klub problemy”, bo tak właśnie zawsze zaczynały się rozmowy z tym konkretnym rozmówcą.
Odebrałem.
— Rycho — powiedziałem.
— Marek. — Głos Ryszarda Móla był zawsze taki sam: miękki, teatralnie spokojny, z tą delikatną archaicznością w konstrukcji zdań, która u żywego człowieka brzmiałaby jak afektacja, a u kogoś, kto ma sto sześćdziesiąt lat, brzmi jak zwykła skromność.
— Przepraszam za porę.
— Wróciłem właśnie z oględzin zwłok. Pora jest relatywna.
Krótka cisza. Nie cisza zaskoczenia. Cisza kogoś, kto to słyszy i umieszcza w kontekście.
— To się łączy — powiedział. — Z tym czym dzwonię. Mam problem, Marek.
— Słyszałem. Dwóch stałych bywalców.
— Już wiesz.
— Sierżant Wiśniewski jest gadatliwy. — Nie miałem pojęcia skąd wiem, ale Rycho wiedział, że go wymyślam i obaj wiedzieliśmy, że to nie ma znaczenia. — Kto?
— Paweł Krzyk i Joanna Majewska. Oboje zarejestrowani przeze mnie jako… powiedzmy, osoby ze specjalnymi zdolnościami. Oboje przychodzili regularnie. Paweł — co środę, Joanna — piątek i sobota. Dwanaście dni temu Paweł przestał pojawiać się. Tydzień temu Joanna.
— Zgłaszałeś?
— Komu mam zgłaszać, Marek? Na policję? Że dwoje moich klientów z magicznym darem przestało przychodzić do nocnego klubu? — Delikatna ironia w głosie, bez złości. — Do ciebie mogę.
— Do mnie możesz. — Taksówka zatrzymała się przed Kuśnierską. Podałem kierowcy banknot i nie czekałem na resztę. — Przyjedź przed południem. Z fotografiami jeśli masz, z adresami.
— Marek. — cisza — To drugie morderstwo.
Stałem przy drzwiach kamienicy z telefonem przy uchu i patrzyłem na bruk Kuśnierskiej mokry od deszczu, który zbierał w sobie blady przedświt.
— Tak — powiedziałem. — Wiem.
— Ile jeszcze?
Wiedziałem dlaczego pyta. Rycho ma sto sześćdziesiąt lat i przez sto sześćdziesiąt lat nauczył się rozpoznawać serię. Wie, jak wyglądają rzeczy, które rosną w kierunku czegoś. I wie, co to coś może znaczyć dla jego klientów, dla jego klubu, dla jego terytorium.
— Nie wiem. Ale przyjdź.
— O jedenastej.
— O jedenastej.
Rozłączyłem się. Wszedłem do kamienicy. Na klatkę schodową, przez swoje drzwi, do biura.
Usiadłem przy biurku. Symbol na blacie patrzył na mnie ciepłem, które nie było ciepłem, bo wypalony znak nie ma temperatury. Ale miał obecność. Miał poczucie bycia widzianym, które jest mniej racjonalne niż bym chciał i bardziej realne, niż powinienem przyznać.
Wyjąłem notatnik. Zapisałem: Tomasz Krawiec — ofiara nr 3?
Podkreśliłem ten pytajnik.
Paweł Krzyk. Joanna Majewska. Tomasz Krawiec. Trzy ofiary, jeśli Krawiec był trzeci. Możliwe, że było ich więcej. Możliwe, że zacząłem tę sprawę w połowie.
Ktoś zbierał magiczną esencję. Ktoś oznaczał cele pieczęcią. Ktoś chodził po Szczecinie i wyjadał go z wewnętrznych energii jak ktoś, kto wybiera rodzynki z ciasta.
Wyjałowił mieszkanie Tomasza. Wyjałowił Tomasza. Mgła wracała do miejsca gdzie leżały zwłoki — po co? Żeby sprawdzić czy coś zostało? Żeby… jeść dalej?
Zostawiłem te pytania na papierze bez odpowiedzi, bo takie pytania na papierze są lepsze niż pytania w głowie — na papierze przynajmniej nie wirują.
Sięgnąłem po butelkę whisky.
Spojrzałem na nią.
Odstawiłem.
Zamiast tego nastawiłem wodę na kawę. Elektryczny czajnik na baterie, jeden z moich bardziej pragmatycznych zakupów — i czekałem, aż się zagotuje. Myślałem o Halinie i jej mokrych rudych włosach, i o tym jak patrzyła na symbol na ścianie z taką samą precyzją z jaką patrzyłaby na każdą inną zagadkę, bez strachu, bez paniki, tylko z tym skupionym chłodem, którego jest naprawdę trudno nie podziwiać.
To jest mój problem z Haliną Borys, głównie.
Ona jest trudna do niepodziwiania. I jest to podziwianie wielokanałowe: zawodowe, osobiste, i to trzecie, które ma mniej elegancką nazwę, i którego bardzo staram się nie nazywać na głos, bo rzeczy, które człowiek nazwie na głos, zaczynają istnieć w sposób, z którym trzeba się potem jakoś ułożyć.
Zalałem kawę. Usiadłem.
Za oknem Szczecin budził się powoli w szarawy marcowy dzień. Tramwaj przejechał Kuśnierską… słyszałem jego charakterystyczny dzwonek, to skrzypienie na zakręcie, które od pięciu lat jest pierwszym dźwiękiem mojego ranka. Ktoś w kamienicy naprzeciwko zapalił światło w oknie na trzecim piętrze.
Miasto żyło swoim zwykłym życiem.
Pod nim, w warstwach, których zwykłe życie nie widzi, coś zbierało siły i jadło. Coś zbierało energię magiczną ofiara po ofierze, jak ktoś, kto odkłada grosz do grosza w celu zakupu, który planuje od dawna.
Jaki zakup? Co chce kupić ktoś, kto zbiera ludzką esencję magiczną jak znaczki?
Nie wiedziałem.
Wiedziałem natomiast jedno: trzeba zadzwonić do Zośki. Przed wizytą Rycha. Przed południem. Przed wszystkim innym.
Bo Zośka wie o Szczecinie to, czego Szczecin sam o sobie jeszcze nie pamięta, i jest w tym mieście jedna osoba, która powiedziała mi coś o Pieczęci Pożeracza, dawno temu, przy nalewce i przy ziołowej herbacie, i tą osobą nie był Tadeusz Chmura.
Była nią Zofia Cieślak.
I ona nie powie mi wszystkiego przez telefon.
Dlatego, że jej herbaciarnia przy Podzamczu otwiera się o dziewiątej, i dlatego, że przy takich rozmowach pije się nalewkę, a nie kawę przez telefon, i dlatego, że ona wie, że jeśli dzwonię, zamiast przychodzić, to znaczy, że sprawa jest za mała, żeby fatygować starą kobietę, a jeśli przychodzę, to znaczy, że mam poważne problemy.
Miałem je naprawdę.
Wypiłem kawę. Patrzyłem przez brudne okno na Kuśnierską.
Zostawiłem Halinę z jej technikami, notatkami i pytaniami na które nie zamierzałem odpowiadać. Miała mokre od deszczu rude włosy i minę kogoś, kto wie, że ktoś ją okłamuje. Dobrze, że była zajęta, bo inaczej musiałbym z nią rozmawiać, a nie byłem w stanie skupić się na czymkolwiek poza mgłą, która odpływała w stronę rzeki jakby miała własny plan — i poza pytaniem, które zostało mi z portu jak zadra: jeśli to była trzecia ofiara, to kto był pierwszy i jak dawno to się zaczęło.
I kto będzie następny.
—
W lusterku taksówki widziałem błękitną mgłę jak odpływa powoli z nabrzeża z powrotem na Odrę.
Robiła to spokojnie, bez pośpiechu.
Coś, co się nie spieszy, bo wie, że ma czas.
Albo coś, co wie, że wynik jest przesądzony.
Nie zamierzałem sprawdzać, która opcja jest prawdziwa.
Przynajmniej nie dziś przed ósmą rano, bez snu i po jednej filiżance kawy.
Ale zmiana planów w tym zawodzie jest jedyną stałą zasadą.
I tym właśnie był telefon od Rycha, a za oknem niebo Szczecina przybierało ten charakterystyczny szary kolor, który zapowiada deszcz na cały dzień.
Jak mówiłem.
Wszechświat ma inne zdanie na temat tego, na co zasługuję.
Rozdział trzeci: Herbaciarnia Pod Topielicą
Są miejsca, które wiedzą, że są miejscami. Nie budynki, miejsca. Różnica jest fundamentalna i większość ludzi jej nie czuje, co jest ich szczęściem.
Herbaciarnia Zośki wiedziała.
Ulica Panieńska na Podzamczu jest jedną z tych szczecińskich ulic, które istnieją między mapą a rzeczywistością — znajdziesz ją jeśli szukasz, nie znajdziesz jeśli nie szukasz, i ten podział nie jest przypadkowy. Podzamcze ma warstwy. Pod brukiem są stare warstwy słowiańskie, pod nimi jeszcze starsze, a pod tymi nic dobrego, o czym wiem na pewno i nic złego, o czym wiem na pewno, co jest w tym mieście standardową charakterystyką dla głębokości powyżej pewnego progu. Kamienica numer siedem, brama z kutej kratownicy, podwórko wyłożone kostką brukową o której nikt nie rozstrzygnął, od kiedy stoi… może od zawsze, może od pięćdziesięciu lat, na Podzamczu to pytanie nie ma jednej odpowiedzi. Na drugim końcu podwórka: drzwi z szybą, przez którą widać ciepłe, żółte światło i sylwetki doniczek na parapecie.
Szyld nad drzwiami mówił: „Pod Topielicą. Herbaciarnia.” Pod spodem, mniejszą czcionką: „Zamknięcie, kiedy chce Gospodyni.”
Zośka napisała ten podtytuł sama i odmówiła go zmieniać. Klienci, którzy przychodzą do Zośki Cieślak wiedzą, że ten dopisek to nie jest żart.
Wcisnąłem klamkę.
Ciepło uderzyło mnie w twarz jak coś fizycznego, nie nieprzyjemnego, jak rodzaj ciepła, które ma zapach i kolor. Zioła, wosk, drzewo sandałowe, coś korzennego, czego nie umiałem nazwać, coś, co zawsze jest w powietrzu herbaciarni Zośki jak składnik, który nie figuruje w żadnej recepturze bo jest zbyt oczywisty dla kogoś, kto tu pracuje. Wnętrze było małe, sześć stolików, może osiem, każdy inny bo każdy zbierany osobno przez lata, żaden nie pasował do drugiego, i razem tworzyły coś lepszego niż komplet. Regały pod ścianą: słoje, woreczki, pudełka, etykiety ręcznie pisaną gwarą. Na parapecie trzy koty — szary, rudo-biały i czarny z białą łatą na piersi, wszystkie trzy patrzyły na mnie tym kocim wzrokiem, który oznacza albo „witaj, stary znajomy” albo „wejdź o centymetr dalej, a zobaczysz, co ci zrobię” i nie jest absolutnie możliwe odróżnienie jednego od drugiego bez doświadczeń z wcześniejszych odwiedzin.
Znałem te koty od czterech lat. Nadal nie wiedziałem, które spojrzenie jest którym.
Zośka stała za ladą i nalewała herbatę z imbryka w sposób, który sugerował, że wiedziała, że przychodzę, zanim sam wiedziałem, że przychodzę. Lat miała siedemdziesiąt z czymś — z czymś co mogło być pięć lat albo piętnaście, bo Zośka Cieślak starzała się na własnych warunkach i ciało miało do tej umowy stosunek raczej zgodny. Włosy białe, krótkie, starannie ułożone. Twarz z tych twarzy, które w młodości były może zwyczajne a z wiekiem nabrały charakteru — linie, które nie są zmarszczkami, są zapisem. Ubrana w swój standardowy strój: długa spódnica w ciemnym kolorze, sweter, o którym wiedziałem, że jest wełniany, bo Zośka nie znosi akrylu i mówi o nim „plastikowe futro”, fartuch do pasa z kieszenią z przodu do której wkładała wszystko, co było pod ręką: klucze, sekator, notesik, raz włożyła tam małego żywego żółwia, którego ktoś przyniósł i zostawił, i nie zauważyła przez dwie godziny.
— Siadaj — powiedziała bez spojrzenia na mnie. — Herbata czeka.
— Skąd wiedziałaś, że…
— Bo Murzyn przyszedł pod drzwi od wschodu o siódmej rano i siedział tam przez godzinę nie wchodząc do środka. — Wskazała na czarnego kota z białą łatą. — On tak robi kiedy masz przyjść. Ty albo kłopoty. Zazwyczaj razem.
Usiadłem przy stole przy oknie — moim ulubionym, z widokiem na podwórko, z krzesłem, które mnie mieści nie próbując ze mną walczyć. Zośka postawiła przede mną filiżankę herbaty — ciemną, aromatyczną, z czymś, co pachniało jak dzika róża i tarninowy kwiat i coś, co nie miało nazwy w żadnym sklepie z herbatą, a obok: mały kieliszek z nalewką w kolorze bursztynu.
Nie prosiłem o nalewkę.
— Zośka — zacząłem.
— Najpierw pij. Potem gadamy.
— Jest rano.
— Jest dziewiąta i byłeś przy trupie przed świtem. — Spojrzała na mnie przez ladę z miną kogoś, kto wie wszystko i ma ograniczoną cierpliwość dla debat o tym, co wie. — Nalewka jest na ziołach. Nie ma procentów dla procentów, ma zioła, które działają i akurat połączone z alkoholem działają lepiej. Pij.
Piłem.
Smakowała jak ciepła, słodkawa jesień z nutą czegoś żywicznego i czegoś gorzkiego na końcu. Nie smakowała jak ranek przy zwłokach i jak cztery godziny snu i jak symbol wypalony na moim biurku. Smakowała jak coś, co człowiek pije, gdy chce, żeby następna godzina była możliwa do zniesienia.
— Pieczęć Pożeracza — powiedziałem, kiedy kieliszek był pusty.
Zośka nie przerwała wycierania blatu za ladą. Ścierka ruszała się spokojnie, rytmicznie, tam i z powrotem.
— Mhm — powiedziała.
— Znasz ją.
— Znam. — Odłożyła ściereczkę. Wyszła zza lady i usiadła naprzeciwko mnie, coś, co robiła rzadko, bo Zośka za ladą to Zośka jako gospodyni, Zośka przy stoliku to Zośka jako coś innego, coś bardziej poważnego. — Skąd ją wziąłeś?
— Mieszkanie zaginionego. Magazyn przy Dąbiu.
Przez chwilę patrzyła na mnie z miną, którą można było czytać jako „to głupie”, „to było do przewidzenia” albo „wiedziałam, że tak się skończy”, i po długiej znajomości wiedziałem, że te trzy interpretacje nie wykluczają się wzajemnie.
— Opowiedz mi wszystko od początku — powiedziała.
Opowiedziałem. Sprawnie, chronologicznie, bez ozdóbek: Anna Krawiec, Tomasz, mieszkanie na Grodzkiej, symbol, port o świcie, Halina, ciało absolutnie wyjałowione, mgła od Odry, która wracała po coś. Zośka słuchała nie przerywając, co u niej było rzadkością i oznaczało, że sprawa jest wystarczająco poważna, żeby wysłuchać i nie przerywać.
Kiedy skończyłem, milczała przez chwilę.
Murzyn, czarny kot z białą łatą, to przezwisko nadane przez Zośkę, a my oboje ignorowaliśmy jego niepoprawność polityczną, bo Zośka nazwała go tak przed trzydziestu laty i nie zamierzała tego zmieniać, zeskoczył z parapetu i usiadł pod jej krzesłem. To też był znak. Murzyn nie siadał pod krzesłami podczas zwykłych rozmów.
— Cztery — powiedziała wreszcie.
— Co cztery?
— Zaginięcia. — Wstała, podeszła do lady, sięgnęła pod nią i wyciągnęła stary notes oprawiony w skórę, gruby, z zakładkami z różnokolorowych tasiemek. Otworzyła go na jednej z zaznaczonych stron i podsunęła mi pod nos. — W ciągu dwóch tygodni. Twój Krawiec prawdopodobnie był czwarty.
Wziąłem notes. Zacząłem czytać.
Zośkowe notatki są specyficznym gatunkiem literackim. Pisze gwarą, mieszaniną polskiego i regionalizmów szczecińskich, ze starymi słowami, które wypadły z użycia w połowie dwudziestego wieku, których ona używa z pełną świadomością, że są przestarzałe i z pełną obojętnością wobec tej świadomości. Ale są precyzyjne. Zośka notuje daty, nazwiska, miejsca, objawy, bo tak to traktuje — jak objawy. Jak ktoś, kto całe życie diagnozował miasto.
Pierwsze zaginięcie: piętnaście dni temu. Mężczyzna, trzydzieści jeden lat, Niebuszewo. Kontakt z lokalną siecią praktykujących: nie, klub, a nie zaprzysiężone koło, raczej luźna sieć znajomych, którzy wiedzą, że są „inni”, spotykają się okazjonalnie. Zniknął ze środy na czwartek. Rodzina zgłosiła policję. Policja: dorosły, odszedł z własnej woli.
Drugie: dwanaście dni temu. Kobieta, czterdzieści pięć lat, Śródmieście. Samotna. Praktykująca — silniejsza niż Krawiec, znachorka z krwi, pokoleniowy dar. Zniknęła po wyjściu na wieczorny spacer, na który chodziła codziennie. Zniknęła bez śladu. Znajomi z sieci zgłosili Zośce.
Trzecie: osiem dni temu. Paweł Krzyk, to nazwisko znałem, bo Rycho wymienił je przez telefon. Trzydzieści cztery lata. Stały bywalec Odrahanu. Talent: medium, widzący, nie czarujący, jeden z tych ludzi, którzy słyszą duchy bez wysiłku i bez kontroli, i nauczyli się z tym żyć. Zniknął po wyjściu z pracy.
Czwarte: Joanna Majewska, też z listy Rycha. Tydzień temu.
Pomiędzy tymi czterema i Tomaszem Krawcem był wzorzec, który widać było bez analizowania: każda osoba z darem, każda ze Szczecina, każda zniknęła bez walki, bo walkę byłoby widać, bo ludzie z darem nie znikają cicho, jeśli mają czas na reakcję. A więc ktoś był szybki. Albo ktoś był zaproszony.
Odłożyłem notes.
— Wszystkie ofiary to praktykujący — powiedziałem.
— Albo urodzeni z darem, niekoniecznie praktykujący. Ale tak — każde ma rezonans. — Zośka splatała ręce na blacie w geście kogoś, kto mówi coś, co mówi się tylko raz i chce, żeby zostało to zapamiętane. — Pieczęć Pożeracza jest stara, Marku. Starsza niż polska magia, starsza niż germańska, starsza niż cokolwiek, co w tych tradycjach ma imię i historię. Pojawia się rzadko, raz na kilkadziesiąt lat, czasem raz na stulecie. I zawsze pojawia się pytanie: kto jej używa i po co.
— Pochłanianie esencji — powiedziałem. — Tadeusz uczył mnie, że to jest pokarm dla czegoś śpiącego.
— Tadeusz miał rację. Miał ją rzadziej niż myślał, ale w tym akurat miał. — Wstała. Poszła do regału, przesunęła kilka słoików, wyciągnęła spomiędzy nich płaski metalowy pojemnik, ten rodzaj, który wygląda jak pudełko na tytoń, zmatowiały, bez napisu. Otworzyła go. Wewnątrz: złożona kartka pergaminu, żółta i krucha. — Moja babka dostała to od swojej babki. Babka jej babki dostała to od kobiety ze Starego Miasta, która przeżyła bombardowanie i tylko to wzięła z domu zanim poszła w gruzowiska. Żadna z nich nie wiedziała dokładnie co to znaczy. Wiedziały, że to jest ważne.
Wziąłem pergamin. Ostrożnie, ze względu na ten rodzaj kruchości, która mówi, że każde nieostrożne zagięcie może być ostatnim. Czytałem.
Pismo było ręczne, stare, mieszanina polskiego i jakiegoś języka, który rozpoznałem jako archaiczny słowiański. Nie tej odmiany, którą zna się z historii języka. Czegoś starszego, czegoś zanim Słowianie mieli jedno imię dla siebie. A między wierszami, inne pismo — gotyckie, precyzyjne, dodane przez kogoś innego, w innym czasie.
Dwa języki. Dwie tradycje. Ten sam temat.
Czytałem powoli, tłumacząc w głowie, bo mój archaiczny słowiański jest lepszy niż powinien być u kogoś bez formalnego wykształcenia językowego i gorszy niż powinien być u kogoś, kto musi czytać coś takiego o poranku po bezsennej nocy.
Rzecz śpiąca pod wodą. Starsza niż bogowie. Głód nie krwi lecz myśli — lecz świadomości żywej. Dano jej jeść raz na pokolenie i spała. Kiedy głód rośnie wielki i ktoś ją karmi celowo — budzi się. I wtedy…
Dalej była dziura, uszkodzony pergamin, słowa nieczytelne. Kilka linii. Potem gotyckim pismem, dodanym później: Die Leere. Nie wywoływać. Nie karmić. Granica Odry jest jej granicą. Tak umówiono się w roku 1178.
Rok tysiąc sto siedemdziesiąt ósmy.
Kurwa.
— Coś w Odrze — powiedziałem powoli, odkładając pergamin. — Coś starego. Co żywi się świadomością.
— Mieszkańcy Szczecina mają na to różne nazwy. — Zośka wzięła pergamin z powrotem, złożyła go ostrożnie, schowała do pudełka. — Moja babka mówiła „To co jest pod rzeką”. Stare słowiańskie teksty mówią „Głodna woda”. Po niemiecku masz właśnie to. — Stuknęła palcem w pudełko. — „Die Leere”. Pustka.
— I ktoś ją karmi.
— Ktoś ją karmi celowo i metodycznie. — Postawiła pudełko z powrotem na regale. — To nie jest przypadkowa seria, Marek. Ktoś to planował. Wybrał ofiary, oznaczył je Pieczęcią, pochłonął ich esencję i oddał tej rzeczy w rzece. To jest… — urwała, szukała słowa — …to jest projekt. Ktoś buduje coś. Zmierza do czegoś.
Poczułem jak żołądek robi to, co robi żołądek gdy człowiek dostaje informację, której wolałby nie dostać: nie opadł, nie skurczył się, po prostu stał się cięższy. Grawitacja wzrosła o ułamek.
Cztery ofiary. Cztery porcje esencji magicznej, aby nakarmić COŚ w Odrze. COŚ, co jest starsze od bogów i głodne świadomości.
— Ile? — zapytałem. — Żeby to coś się przebudziło?
Zośka patrzyła na mnie przez chwilę z wyrazem twarzy, który u innej osoby byłby wahaniem. U niej był dokładnością, ważyła słowa zanim je wypuściła, nie dlatego, że nie wiedziała, tylko dlatego, że wiedziała za dużo i wybierała ile powiedzieć.
— Nie wiem — powiedziała wreszcie. — Nie ma dokumentacji, która by to precyzowała. Moja babka mówiła, że w roku czterdziestym piątym, podczas bombardowania, coś w Odrze się poruszyło. Nie przebudziło — poruszyło. Jakby we śnie. Jakby ktoś TO karmił przez przypadek — bo w mieście, które się pali i tonie w gruzach, giną ludzie z darem tak samo jak bez. I ta energia gdzieś idzie. Zawsze gdzieś idzie.
— W czterdziestym piątym Szczecin był bombardowany przez kilka tygodni — powiedziałem.
— Tak. I przez kilka tygodni duchy Starego Miasta zachowywały się jak dzikie. Moja babka opowiadała. Uciekały z rzeki, tłoczyły się w kamienicach, wyły po nocach — nie złośliwie, ze strachu. Bo coś się poruszało pod nimi. — Zośka usiadła znowu, tym razem ciężej niż poprzednio. — Teraz znowu.
— Duchy Starego Miasta…
— Kręcą się inaczej od tygodnia. Są niespokojne. — Wskazała w stronę okna, w stronę Podzamcza i Starego Miasta poza nim. — Przychodzą tu po nocach, pod drzwi, i stoją. Nie wchodzą, bo na progu jest zabezpieczenie, i dlatego, że same nie chcą wchodzić, bo tu jest ciepło i żywo. One w tej chwili boją się czegoś, co jest ciepłe i żywe, bo to coś jest tym, czym TO tam w rzece chce się żywić. — Mówiła spokojnie, tonem kogoś, kto opisuje fakty, a nie buduje dramaturgię. To właśnie czyniło ją wiarygodną. — Zwierzęta nie chodzą do Odry od pięciu dni. Koty unikają całego brzegu.
Spojrzałem na okno. Na koty na parapecie: szary i rudo-biały. Murzyn pod krzesłem Zośki. Trzy koty, które normalnie sypiały na każdej dostępnej poziomej powierzchni w promieniu pięciuset metrów.
Wszystkie trzy były w herbaciarni. Żaden nie wyglądał przez okno w kierunku rzeki.
— Coś się budzi — powiedziałem.
— Coś się budzi. I ktoś mu pomaga. — Pauza. — I ten ktoś wie, że jesteś w mieście, Marku, że węszysz, bo inaczej po co ten symbol na biurku.
Nie powiedziałem jej o biurku. Powiedziałem jej o mieszkaniu i o porcie.
Patrzyłem na nią.
— Murzyn ci powiedział — stwierdziłem.
— Murzyn powiedział mi, że coś weszło w nocy na Kuśnierską i szybko wyszło. — Pokiwała głową. — Koty czują przebudzenie Pustki tak samo jak czują trzęsienie ziemi: zanim się zacznie, z wyprzedzeniem. I czują tych, którzy z nią pracują.
Doskonale. Mam koty jako system wczesnego ostrzegania. To jest… to jest właściwie mniej głupie niż brzmi, i mówi więcej o mojej sytuacji niż o kotach.
— Potrzebuję tekstu — powiedziałem. — Czegoś o Pieczęci Pożeracza, o Pustce, o roku tysiąc sto siedemdziesiątym ósmym. O tym co się stało i jak to zatrzymano. Bo jeśli zrobiono to raz, jest sposób, żeby zrobić to ponownie.
— Jest — powiedziała Zośka. I to jedno słowo miało taki ciężar, jaki mają słowa, kiedy ktoś zna odpowiedź i nie jest z niej zadowolony. — Ale nie u mnie. Wiesz to, co ja — pergamin i opowieści babki. Wszystkie dokumenty są gdzie indziej.
— Gdzie?
— Archiwum Dominikanów. — Wskazała w kierunku północno-wschodnim, w kierunku kościoła. — Mają bibliotekę. Mają stare rękopisy: polskie i łacińskie, trochę hebrajskich, trochę czegoś starszego. Bo dominikanie w Szczecinie są od trzynastego wieku i przez te osiemset lat zbierali wszystko co dotyczyło tego miasta i jego duchowego terytorium. Mają dokumenty z dwunastego wieku dotyczące Odry.
— Muszę tam wejść.
— Musisz znać kogoś, kto cię tam wpuści.
— Brat Kacper.
To nie było pytanie. Zośka i Brat Kacper znają się od lat. Ich relacja była ciepła w specyficzny sposób dwóch starszych ludzi, którzy mają fundamentalnie różne poglądy na naturę świata i fundamentalnie podobne podejście do tego, że ten świat ma kłopoty i ktoś musi się nimi zająć.
— Brat Kacper — potwierdziła Zośka. — Zadzwoń do niego. Powiedz, że dzwonisz z mojego polecenia. Powiedz, że sprawa dotyczy Pustki. — pauza — Kacper wie o Pustce. Archiwum ma o niej szesnaście tomów. Kościół śledzi ją od czternastu wieków.
To była informacja, która zmieniała układ sił w ważny ale też interesujący sposób. Kościół wie. Kościół ma dokumentację. Kościół ma szesnaście tomów o czymś, co śpi w Odrze i karmi się świadomością.
— Dlaczego — zapytałem powoli. — Kościół nigdy nie „działał” w tej sprawie?
— Bo przez ostatnie sześćdziesiąt lat Pustka spała. — Zośka wstała, wróciła za ladę, zaczęła coś mieszać w jednym ze słoików z automatyzmem kogoś, kto robi to od lat i myśli o czymś innym. — Kościół działa, kiedy zagrożenie jest realne, aktywne, a nie tylko hipotetyczne. — Krótkie spojrzenie znad słoika. — Może będziesz musiał im udowodnić, że się aktywowało. Masz ciało.
Miałem ciało. I miałem symbol na biurku. I miałem kopertę, której jeszcze nie otworzyłem, bo leżała w kieszeni płaszcza od momentu gdy ją znalazłem przy drzwiach herbaciarni i zdecydowałem, że otworzę ją przy Zośce. Bo Zośka w pobliżu jest jak drugi zestaw oczu, który widzi rzeczy, które ja mogę przeoczyć.
— Jest jeszcze coś — powiedziałem.
Wyjąłem kopertę.
Biała koperta, zwykły format A5, bez znaczka, bez nadawcy. Zaadresowana do „M. Wrony”. Tylko inicjał i nazwisko, bez ulicy, bez miasta. Ktoś wiedział gdzie mnie szukać bez wpisywania adresu.
Otworzyłem ją.
W środku: jedno zdjęcie. Wydruk czarno-biały ale wyraźny: kadr z kamery bezpieczeństwa. Data i godzina w rogu: wczoraj, dwudziesta trzecia piętnaście. Lokalizacja: ulica Grodzka, ujęcie na klatki schodowej kamienicy numer czternaście.
Na zdjęciu: ja. Wychodzący z klatki, z laską w ręku, z podniesionym kołnierzem płaszcza. Wyraźna twarz — kamera miała dobry obiektyw i dobre ustawienie kąta.
I na odwrocie zdjęcia: napis. Długopisem, ręcznie, po niemiecku, pismem, które było schludne, spokojne i nie sugerowało żadnego pośpiechu:
Bessere Detektive haben aufgehört zu fragen.
Lepsi detektywi przestali zadawać pytania.
Zośka wychyliła się przez ladę i przeczytała to razem ze mną, bez pytania o pozwolenie, co jest przywilejem, który dawno jej przyznałem, a próbować go cofnąć byłoby stratą czasu.
— Po niemiecku — powiedziała.
— Po niemiecku.
— Ktoś śledził cię wczoraj na Grodzkiej.
— I zostawił to przy twoich drzwiach.
— Co oznacza, że wie o tobie i o mnie. — Jej głos był spokojny. Zośka Cieślak bała się niewielu rzeczy na tym świecie, bo siedemdziesiąt z czymś lat w Szczecinie w roli kogoś, kto widzi więcej niż inni, uczy człowieka selektywności w kwestii strachu. — I zna mój adres.
— Albo śledził mnie i przyszedł tu za mną rano.
— Albo wiedział, że tu przyjdziesz, bo wie kto jest w twoim życiu. — Wzięła od mnie zdjęcie. Patrzyła na nie przez chwilę. — Operuje z Niemiec albo z granicy. Kamera przy Grodzkiej — to prywatna kamera sklepowa, nie miejska. Ktoś musiał mieć do niej dostęp albo ją zhakować. To nie jest operacja, którą robi ktoś lokalny bez zasobów.
— Zorganizowany — powiedziałem.
— Zorganizowany, zasobny, po niemiecku. I chce żebyś wiedział, że cię widzi. — Oddała mi zdjęcie. — Marek, to jest ostrzeżenie. Ale też komunikat. Ktoś, kto chce cię tylko przestraszyć, nie podpisuje się językiem. Ktoś, kto podpisuje się językiem, chce, żebyś wiedział, z której strony patrzy.
Siedziałem ze zdjęciem w ręku i myślałem.
Ostrzeżenie. Komunikat. Demonstracja siły. Najpierw symbol na biurku: „wiem gdzie mieszkasz”. Teraz zdjęcie przy Grodzkiej: „wiem co robisz”.
Ciekawa strategia dla kogoś, kto mógłby po prostu wyeliminować detektywa, który za dużo wie. Zamiast eliminować — informuje. Zamiast atakować — pokazuje, że może to zrobić.
Albo jest to ktoś, kto przeprowadzając tak precyzyjny i długotrwały plan, jakim jest seria czterech morderstw rytualnych, nie chce zakłóceń, których konsekwencje trudno przewidzieć. Eliminacja detektywa sprowadza kolejnych ludzi, którzy zaczynają zadawać pytania, z Haliną na czele. Ostrzeżenie jest tańsze. Ostrzeżenie mówi: „wycofaj się, a spokojnie skończę co zacząłem”.
Co byłoby eleganckie.
Nie mogłem przestać myśleć o tej strategii, dlatego, że właśnie zrozumiałem jej logikę.
Wredne uczucie, zrozumieć logikę kogoś, kto zabija ludzi po to, żeby nakarmić COŚ w rzece.
— Brat Kacper — powiedziałem.
— Zadzwoń do niego dzisiaj. — Zośka skończyła mieszać w słoiku, zamknęła go, wróciła do wycierania blatu. — I Marek. — Podniosła wzrok. — Bądź ostrożny jadąc do Rycha.
Nie powiedziałem jej, że jadę do Rycha.
— Murzyn? — zapytałem.
— Intuicja. Jak masz Ryszarda w sprawie i masz wampira jako jedynego, kto wie o zaginięciach z sieci, to idziesz do Ryszarda. To logika, do której nie trzeba Murzyna. — Wzruszyła ramionami. — Ale Ryszard jest w porządku, o ile pamiętasz, że jest wampirem. Ludzie zapominają bo jest ładnie ubrany i używa właściwych sztućców.
— Pamiętam.
— Pamiętasz dzisiaj. Zrób wszystko, żeby pamiętać, gdy znuży cię ta sprawa.
Wstałem. Dopiłem herbatę. Wystygła, ale nadal smakowała dobrze, bo Zośka nie umie zrobić złej herbaty tak samo jak woda nie umie płynąć pod górę. Wziąłem kopertę ze zdjęciem. Schowałem do kieszeni płaszcza.
— Dziękuję — powiedziałem.
— Weź to. — Zośka wyjęła z kieszeni fartucha mały woreczek lniany — identyczny jak ten, który wziąłem z łazienki Tomasza Krawca. — Zawiąż na nadgarstku. Pod płaszczem. — Gdy wahałem się chwilę: — To nie jest dla ciebie, to jest dla czegoś, co może cię szukać. Pieczęć Pożeracza oznacza ofiary. Jeśli ktoś wypalił ją na twoim biurku, sprawdza czy kwalifikujesz się jako cel. Ten woreczek mówi, że nie.
Wziąłem woreczek. Poczułem pod palcami coś twardego w środku — kamień, zioła, może kość ptaka, Zośka składa je wedle własnej receptury i nigdy nie zdradziła całości.
— Mówi, że nie kwalifikuję się jako ofiara? — zapytałem.
— Mówi, że masz za twardą skórę, żeby palić w niej symbole. — Krótka pauza. — Mniej więcej. Przekład jest swobodny.
Zawiązałem woreczek na lewym nadgarstku, pod rękawem płaszcza. Czułem ciepło — delikatne, ledwo wyczuwalne, jak ten rodzaj ciepła, który ma skóra kogoś, kto śpi obok. Żywe ciepło.
Wyszedłem z herbaciarni.
* * *
Podzamcze o wpół do dziesiątej rano ma swoją własną, spokojną twarz — nieturystyczną, niezrewitalizowaną, twarz dzielnicy, która żyje swoim rytmem niezależnie od tego, co robi reszta miasta. Bruk mokry od nocnej mżawki. Kilka sklepów otwierających się w wolnym tempie. Kobieta z wózkiem. Pies, który szedł chodnikiem z miną kogoś, kto wie, dokąd zmierza i nie potrzebuje towarzystwa.
Stałem przed bramą kamienicy numer siedem i patrzyłem na kopertę, którą trzymałem w ręku.
Bessere Detektive haben aufgehört zu fragen.
Lepsi detektywi przestali zadawać pytania.
Lepsi ode mnie? Możliwe. Mam złamany nos dwa razy i blizny przez brwi i fakturę za prąd, której jeszcze nie zapłaciłem. Być może istnieje linia detektywów z wyższym profilem zawodowym, którym ta wiadomość skutecznie zatykała usta.
Problem w tym że mój głos narracyjny ma ograniczone zainteresowanie własnym dobrostanem gdy w grę wchodzi ktoś, kto systematycznie morduje ludzi z magicznym darem i karmi nimi coś w rzece.
To jest jedna z moich wad jako przedsiębiorcy. Ekonomicznie to nieoptymalne. Emocjonalnie — nie potrafię inaczej.
Wyjąłem telefon. Znalazłem numer Brata Kacpra — zapisany w kontaktach jako Zakonnik BK, bo byłem zbyt leniwy, żeby wpisywać pełne imię i nazwisko gdy go dodawałem, i zbyt zajęty, żeby to zmienić przez cztery lata. Wybrałem.
Odebrał po trzech sygnałach.
— Wrona. — Głos Brata Kacpra był zawsze taki sam: spokojny, nieśpieszny, z tą szczególną gładkością kogoś, kto spędził lata, ćwicząc mówienie bez emocji w słowach i z emocjami pod spodem. — Rano dzwonisz. Coś się wydarzyło.
— Kilka rzeczy — powiedziałem. — Zośka Cieślak poleca. I sprawa dotyczy Pustki.
Cisza. Krótka, ale pełna — ten rodzaj ciszy, po którym słyszysz, jak człowiek po drugiej stronie przestawia coś w głowie, przesuwa priorytety, otwiera inne szuflady.
— Archiwum — powiedział Brat Kacper.
— Archiwum.
— Dziś po południu. Piętnasta. Wejście od ulicy Słowackiego — powiem portierowi. — I Wrona.
— Co.
— Sześć tomów, nie szesnaście. Ktoś zabrał dziesięć w osiemnastym wieku i nie wróciły. — Mów Zośce, żeby poprawiała informacje.
Rozłączył się.
Stałem na Podzamczu z telefonem w ręku i przez chwilę po prostu byłem — wdech zimnego marcowego powietrza, zapach Odry, który w tej dzielnicy jest zawsze o pół tonu mocniejszy niż gdzie indziej, gdzieś daleko tramwaj na Krzywoustego, mewy nad portem.
Sześć tomów zamiast szesnastu. Dziesięć zabranych w osiemnastym wieku.
Zabranych przez kogo i dokąd.
Frankfurt nad Odrą był po drugiej stronie rzeki. Frankfurt nad Odrą miał własne tradycje, własne archiwa, własnych uczonych od dawnych czasów.
Frankfurt nad Odrą miał poglądy na kwestię tego, co germańska szkoła okultystyczna robiła z wiedzą słowiańską przez ostatnie osiem wieków, i żaden z tych poglądów nie był przyjazny.
Ale to była spekulacja. Miałem za mało, żeby spekulować.
Wziąłem głęboki oddech.
Wampir o jedenastej, zakonnik o piętnastej, a między nimi — żeby przyjemności było więcej — musiałem zadzwonić do Haliny i powiedzieć jej, że jednak mam więcej informacji niż powiedziałem rano przy zwłokach, co jest rozmową, którą przewiduję jako interesującą i nie w miłym sensie tego słowa.
Ruszyłem w stronę ulicy.
I wtedy zobaczyłem go.
Albo raczej: poczułem najpierw — to charakterystyczne mrowienie wzdłuż nadgarstka gdzie siedział woreczek Zośki, nie bólowe, informacyjne: coś patrzy. I dopiero potem zobaczyłem.
Mężczyzna przy rogu ulicy Panieńskiej i Małopolskiej. Stał — nieruchomo, tym samym sposobem co sylwetka przy Grodzkiej ostatniej nocy. Miał może sześćdziesiąt lat, elegancki płaszcz — nie taki jak mój, bardziej skrojony, droższego kroju — siwe włosy. Stał z rękami w kieszeniach i patrzył na mnie z odległości może trzydziestu metrów.
Patrzył na mnie spokojnie.
I się uśmiechał — nie szeroko, nie teatralnie. Taki uśmiech jaki ma człowiek, który dostał potwierdzenie czegoś co już wiedział.
Zrobiłem krok w jego kierunku.
Odwrócił się i wszedł za róg.
Biegłem. Krok, drugi, piąty, na róg Małopolskiej — i nic. Pusta ulica, kilka samochodów, piekarnia z otwartymi drzwiami skąd szedł zapach chleba. Żadnego mężczyzny w eleganckim płaszczu.
Zniknął tak samo jak sylwetka przy Grodzkiej.
Z tą różnicą, że tym razem widziałem jego twarz.
I twarz była twarzą kogoś, kto wie, co robi, kto ma plan i kto patrzy na kogoś, kto właśnie odkrył, że jest częścią tego planu — i kogo ta perspektywa bawi w sposób absolutnie pozbawiony emocji.
Stałem na chodniku z Małopolskiej z laską w ręku i oddechem, który nabrałem biegnąc i woreczkiem, który przestał mrowić, i świadomością, że właśnie po raz pierwszy widziałem twarz kogoś, kto zabija ludzi, żeby nakarmić starożytne coś w rzece.
I że on wiedział, że go widzę.
I że mu to nie przeszkadzało.
Wróciłem do Podzamcza. Wróciłem wolnym krokiem, bo bieganie w tej sytuacji było bez sensu, a miałem potrzebę myśleć i myślę lepiej w ruchu niż w bezruchu. Wyszedłem na Gryfitów. Na Staromłyńską. Na Kuśnierską.
Przed moim biurem stałem przez chwilę i patrzyłem na szyld.
M. Wrona — Dochodzenia Prywatne. Sprawy niestandardowe mile widziane.
Miałem do odwiedzenia wampira i zakonnika. Miałem zdjęcie człowieka, który wiedział, gdzie jestem, i nie chciał mnie zatrzymywać — tylko chciał żebym go widział. Miałem wzorzec czterech morderstw rytualnych i coś w rzece, które się budzi i koty, które unikają Odry i duchy Starego Miasta, które chowają się przed czymś gorszym od siebie.
Normalny poniedziałek w Szczecinie.
Wszedłem do biura. Zdjąłem płaszcz. Zaparzyłem kawę. Usiadłem przy biurku z symbolem.
Patrzyłem na symbol.
Symbol patrzył na mnie.
— Dobra — powiedziałem do symbolu. — Twoja kolejka zaraz się skończy.
Symbol nie odpowiedział. Symbole tego nie robią. To ostatnia rzecz, za którą je cenię.
—
Stałem na Podzamczu z kopertą w ręce i czułem się jak ktoś, kto właśnie zorientował się, że szachuje króla — ale król okazuje się pionkiem, a prawdziwa figura stoi gdzieś w cieniu z eleganckim płaszczem i uśmiechem, który nie jest ciepły i nie jest zimny, jest po prostu nieludzko spokojny.
Miałem do odwiedzenia wampira i zakonnika.
Normalny poniedziałek w Szczecinie.
Tylko że widziałem już jego twarz.
I teraz musiałem zdecydować, czy to mnie chroni, czy właśnie zrobiło ze mnie kolejny cel.
Rozdział czwarty: Odrahan — neutralne terytorium
Wampiry mają dwie rzeczy, które im zazdroszczę: po pierwsze, nie muszą spać. Po drugie, zawsze wyglądają, jakby właśnie wrócili z dobrego krawca. Reszta listy jest jednoznacznie niekorzystna.
Klub Odrahan stał przy ulicy Stalowej na Prawobrzeżu — w tej części miasta, którą architekci epoki Gierka projektowali z entuzjazmem godnym lepszej sprawy, i która od tamtej pory przeszła transformację w kierunku zimnej, przemysłowej estetyki, jakby beton w końcu pogodził się z własną naturą i przestał udawać, że chce być czymś innym. Stalowa była ulicą magazynów i dawnych hal produkcyjnych, z których połowę przerobiono na biura, jedną trzecią zostawiono pustą, i jedną — tę konkretną, najdalszą od wejścia z Trasy Zamkowej — Rycho kupił za sumę, której nigdy mi nie podał i przerobił na coś, co oficjalnie było klubem muzycznym i barem, a nieoficjalnie było miejscem, gdzie Nie-ludzkie Szczecin robiło interesy, rozwiązywało spory i ogólnie starało się nie wybijać ze zbyt wielu szyb.
Zewnątrz: szara ściana z dawnej hali, jedno okno panoramiczne w trzech czwartych ściany frontowej, widok przez które, przy odpowiednim kącie, wychodził wprost na Odrę. Szyld: tylko nazwa, tylko litery, żadnych zdobień. Odrahan. Rycho twierdził, że to stara nazwa, że pochodzi z jakiegoś słowiańsko-germańskiego hybrydu, który miał tysiąc lat i który nawet Zośka przyjęła do wiadomości bez komentarza, co samo w sobie było rekomendacją.
Przyszedłem o jedenastej.
Klub był zamknięty dla publiczności do osiemnastej. Byłem nie-publicznością, co oznaczało, że portier — trzysta funtów mięśnia w garniturze, który kosztował więcej niż mój miesięczny czynsz i który stał przy drzwiach z tą spokojną obecnością kogoś, kto nigdy nie miał problemu, z którym nie poradził sobie fizycznie — spojrzał na mnie, spojrzał na laskę, spojrzał na płaszcz, i odsunął się bez słowa.
Byłem tu dość często, żeby być rozpoznanym.
Nie dość często, żeby portier pamiętał moje imię, co akurat było mi na rękę.
Wewnątrz: ciemność i czerwień.
Rycho miał upodobanie do oświetlenia krwistoczerwonego — nie dlatego, że był wampirem i sentymentalnie tęsknił za kolorem krwi, powiedział mi kiedyś przy trzeciej whisky, ale dlatego, że czerwone oświetlenie robi rzecz interesującą z ludzkimi twarzami: usuwa z nich nieistotne detale i zostawia strukturę. W czerwonym świetle widać kości policzkowe, linię szczęki, głębię oczu. Widać, co jest pod skórą.
Rycho lubił widzieć, co jest pod skórą. To też nie miało związku z wampiryzmem. Było po prostu jego charakterem.
Sala była duża — dawna hala produkcyjna, dwanaście metrów pod sufitem, belki stalowe zostawione, bo pasowały do estetyki lepiej niż jakikolwiek sufit z gipsokartonu. Przy ścianach: boksy, skóra, ciemne drewno stolików. Bar wzdłuż ściany zachodniej — długi i niski, z oświetleniem od dołu, butelki wyglądające jak eksponaty w muzeum czegoś płynnego i wartościowego. Przez panoramiczne okno: Odra, szara o tej porze, z tamtej strony Niemcy. Widok na granicę ze środka baru był albo poetycki albo ironiczny, zależnie od tego, ile ktoś wypił.
O jedenastej rano sala była prawie pusta. Prawie.
Rycho siedział przy stole przy oknie.
Siedział tam zawsze. Był to stół, który nie był w menu dla zwykłych klientów, który nie miał numeru rezerwacyjnego i który był zajęty przez Ryszarda Móla przez każde godziny otwarcia lokalu i przez kilka godzin, kiedy lokal był zamknięty, bo Rycho miał specyficzny stosunek do pojęcia otwarcia godzinowego podobnie jak miał specyficzny stosunek do pojęcia śmiertelności: wiedział o nim, nie stosował go do siebie.
Miał whisky. Moją ulubioną — Laphroaig, dwanaście lat, szklanka z lodem, który w świetle czerwonym wyglądał jak rubiny. Stała naprzeciwko jego brandy, po drugiej stronie stołu.
Zapowiedział wizytę kuchenną.
Usiadłem.
Ryszard Mól wyglądał jak wyglądał zawsze: biologicznie trzydzieści cztery lata, realistycznie sto sześćdziesiąt z okładem, i ten drugi wiek był w nim obecny nie jako starość — bo Rycho był żywotny w sposób, który zawstydza większość trzydziestolatków — ale jako patyna. Coś w sposobie siedzenia, w sposobie trzymania szklanki, w tym że nigdy nie patrzył na nic bez pełnej świadomości, na co patrzy. Ciemne włosy, wysoka kość policzkowa, garnitur granatowy z krawatem w tym samym kolorze, jeden guzik krawata rozpięty, bo taki był jego koncept luzu. Twarz, która w innym kontekście byłaby twarzą aktora albo architekta albo kogoś, kto projektuje coś trudnego i robi to z satysfakcją.
Był urodziwy. Byłem mężczyzną, więc moje zainteresowanie tym faktem było czysto obserwacyjne, ale nie mógłbym go nie odnotować, bo naprawdę był, i dlatego jego klub robił takie obroty, jakie robił.
Był też wampirem.
Nie zapominałem o tym. Nigdy. To jest reguła Zośki i to jest reguła, której trzymam się jak mało innych, bo reguły, z których rezygnuję przy nieodpowiednich sojusznikach kończą się moją śmiercią, a mam jeszcze córkę do wychowania.
— Marek. — Wskazał na whisky. — Wyglądasz, jakbyś spał cztery godziny.
— Trzy i pół — poprawiłem, i wziąłem szklankę. — Rankiem był port.
— Słyszałem.
— Skąd.
— Mam informatorów w porcie. Kilku robotników portowych ma u mnie odrobinę krwi, co tworzy powiązanie komunikacyjne obustronnie korzystne. — Nie mówił o tym jak o czymś mrocznym. Mówił o tym jak o umowie o współpracy podpisanej z pełną świadomością obu stron. — Ciało przy Dąbiu. Młody mężczyzna.
— Tomasz Krawiec — powiedziałem. — Dwadzieścia siedem lat. Praktykant magii.
— Czwarty.
— Czwarty — potwierdziłem.
Rycho wypił łyk brandy. Powoli, z tą elegancją, która u niego nie była afektacją tylko nawykiem tak starym, że stał się anatomią.
— Paweł Krzyk i Joanna Majewska to byli moi ludzie — powiedział. — Przez moi rozumiem: klienci, regularni bywalcy, osoby, które wiedziały o tym miejscu i przychodziły dlatego, że tu jest bezpiecznie. — Milczał przez chwilę. — Mój lokal jest terytorium neutralnym od stu czterdziestu lat. Ostatni raz ktoś naruszył tę neutralność w osiemdziesiątym siódmym i to był błąd, który popełnił tylko raz.
— Co się stało w osiemdziesiątym siódmym? — zapytałem, bo ciekawość jest jedną z moich wad i nie zawsze mogę się jej oprzeć ze względu na ekonomię czasu.
— Zostawmy to w osiemdziesiątym siódmym. — Rycho uśmiechnął się — nie szeroko, nigdy szeroko. Rycho uśmiechał się w sposób, który sugerował, że ma dostęp do żartu, którego ty jeszcze nie słyszałeś, i że zdecyduje, czy ci go powiedzieć w zależności od nastroju. — Ktoś zabrał moich klientów z ulicy, Marek. Nie z lokalu — bo tutaj mam zabezpieczenia, których nie będę opisywał przy świadkach nawet przy nieobecności świadków — ale z ulicy, po tym jak wyszli. To jest komunikat.
— Dla ciebie?
— Dla mnie. Dla całej sieci. Ktoś mówi: wasze terytorium nie istnieje. Wasza ochrona nie istnieje. Jesteście materiałem jak każdy inny.
Wyjąłem z kieszeni płaszcza kartkę — nie tę od Anny Krawiec, nową, na której rano przed wyjściem narysowałem Pieczęć Pożeracza z pamięci. Położyłem na stole.
Rycho spojrzał na nią.
I to co zobaczyłem na jego twarzy przez ułamek sekundy — zanim powrócił do standardowej maski spokoju — było czymś, czego przy Rychu bardzo rzadko się widzi.
Było to coś bliskiego niepokojowi.
— Gdzie to widziałeś — powiedział. Nie pytanie. Wiedział.
— Mieszkanie Krawca. Magazyn przy Dąbiu. Moje biurko. — Zośka mówi Pieczęć Pożeracza. Germańska. Starożytna.
— Zośka ma rację. — Rycho odsunął kartkę delikatnie, jednym palcem, jakby sam rysunek miał właściwości, których wolał nie testować. — Widziałem ją raz. Hamburg. Rok tysiąc dziewięćset dwudziesty drugi.
Zrobiłem w głowie szybką matematykę. Rok dwudziesty drugi. Rycho ma faktycznie sto sześćdziesiąt lat. Był wtedy w Hamburgu.
— Co się stało?
— Osiem osób. W ciągu sześciu tygodni. Wszyscy z miejscowej sieci praktykujących — Hamburg miał wtedy silną społeczność, stara hanzeatycka tradycja magiczna, sięga czternastego wieku. Jeden po drugim. Bez śladów walki. Ciała znajdowano absolutnie pozbawione energii magicznej. — Rycho mówił spokojnie, tym głosem, który ma ktoś, kto opowiada o wydarzeniach na tyle dawnych, że trauma zamieniła się w fakty, w daty, w suche zdania. — Policja: zawały, wypadki, samobójstwa. Trzy lata po wojnie, Niemcy w ruinie psychicznej — śmierć można było wytłumaczyć wszystkim. — Krótka pauza. — Sprawcę nigdy nie znaleziono. Seria urwała się po ósmym.
— Urwała — powiedziałem powoli. — Albo sprawca osiągnął to, czego chciał.
Rycho spojrzał na mnie z tym spojrzeniem, które miał, kiedy ktoś powiedział coś, co sam dawno pomyślał i nie spodziewał się, że ktoś inny dojdzie do tego bez pomocy.
— Albo to — potwierdził. — Myślałem o tym od roku dwudziestego drugiego. Nigdy nie znalazłem odpowiedzi. Hamburg był wtedy miastem, które wyglądało jak człowiek po udarze — niby żywy, niby funkcjonuje, ale coś w środku jest nie tak i nie da się dokładnie wskazać, co. Przez może dwa lata po serii. Potem minęło.
— Coś w Hamburgu spało i przebudziło się — powiedziałem.
— I zasnęło po ósmym. Albo zostało nasycone i nie potrzebowało więcej. — Rycho obrócił szklankę brandy między palcami, powoli. — Tyle wystarczyło tamtemu czemuś. Teraz ktoś robi to samo tu. I ma inny apetyt, bo cztery to nie osiem i seria wciąż trwa.
— Dwanaście — powiedziałem.
Rycho uniósł brew. Milczał.
— Teoria — wyjaśniłem. — Dwanaście ofiar. Germańska numerologia rytualna ma obsesję na punkcie dwunastki. Miesięcy, znaków, apostołów, jeśli ktoś chce łączyć tradycje. Jeśli Hamburg to była ósemka — ósemka to symbol nieskończoności, lemniskata, dwa okręgi zamknięte — to dwunastka to zamknięcie cyklu. Zegar. Kompletność. Ktoś tu buduje coś większego.
— Masz dokumentację.
— Mam teorię i mam cztery ofiary. — Wzruszyłem ramionami. — Archiwum Dominikanów dziś po południu. Brat Kacper otwiera.
Rycho powiedział coś po cichu — po łacinie, usłyszałem tylko końcówkę, ale rozpoznałem formułę, której używa się przy wymienianiu czegoś niebezpiecznego. Nie zaklęcie, gest werbalny, odpowiednik odpukiwania w niemalowane drewno u kogoś, kto ma sto sześćdziesiąt lat i rozbudowany repertuar przesądów.
— Jest coś jeszcze — powiedział. — I to, co powiem, jest informacją, która może cię nieprzyjemnie zaskoczyć.
— Nieprzyjemne niespodzianki są moją specjalnością.
— Ktoś w policji wyciszał zgłoszenia. — Powiedział to spokojnie, bez dramatyzmu, tym samym tonem, którym powiedziałby, że na zewnątrz pada deszcz. — Pierwsze dwa zaginięcia — mężczyzna z Niebuszewa i kobieta ze Śródmieścia — zgłoszone trzy i cztery razy. Za każdym razem zamykane w ciągu doby. Nie po siedemdziesięciu dwóch godzinach. W ciągu doby, i z adnotacją, że osoba prawdopodobnie wyjechała dobrowolnie.
Siedziałem z whisky w ręku i patrzyłem na Rycha.
— Skąd wiesz o adnotacjach w policyjnych raportach — zapytałem.
— Powiedziałem, że mam informatorów w porcie. Nie powiedziałem, że tylko w porcie. — Rycho skrzyżował ręce na stole z elegancją kogoś, kto zarządza siecią kontaktów przez dekady i uważa to za działalność rzemieślniczą, nie intryganctwo. — Szczecin jest moim miastem od osiemdziesięciu lat, Marek. Znam tu wszystkich, których warto znać.
— Wiem. — Odstawiłem szklankę. — Kto w policji?
— Nie mam imienia. Mam tylko fakt, że decyzja była podjęta szybko i że ktoś miał dostęp do systemu, żeby zmienić priorytet sprawy w ciągu godzin. To nie jest patrol. To jest ktoś z wydziału.
Myślałem.
Halina Borys była w wydziale kryminalnym. Halina jest jedyną osobą w tej policji, której ufam bezgranicznie — a bezgranicznie to słowo, którego używam rzadko, bo granice są ważne, ale przy Halinie reguła ta ma wyjątek. Nie dlatego że jest idealna. Dlatego, że znam jej wartości i wiem, jak działa, i nie pasuje do obrazu kogoś, kto wycisza morderstwa.
Ale Halina nie jest jedyną osobą w wydziale.
— Ona nie wiedziała — powiedziałem na głos, bo niektóre myśli trzeba wypowiedzieć, żeby sprawdzić, czy trzymają.
— Twoja komisarz? — Rycho miał takt nie używać jej imienia. — Nie wiem. Mogła nie wiedzieć. Mogła wiedzieć i być zmuszona milczeć. Mogła wiedzieć i zdecydować, że sprawa trafi do ciebie zamiast do akt. — Krótka pauza. — To jest dlatego, że w nocy przy trupie powiedziała ci, żebyś zobaczył, co widzisz, i wyszedł?
Patrzyłem na niego.
— Powiem ci jedno o wampirach, Marek. — Rycho wziął brandy. — Przez sto sześćdziesiąt lat nauczyłem się jednej rzeczy. Ludzie nie pytają innych ludzi, żeby zobaczyć, co widzą, jeśli sami już widzą wystarczająco. Pytają, żeby zobaczyć to, czego sami nie chcą widzieć. Bo ktoś inny może to opisać bez bólu.
Siedziałem z tym zdaniem przez chwilę.
Halina wiedziała. Nie o Pieczęci — o tym była autentycznie nieświadoma. Ale, że coś jest nie tak z procedurą, z raportami, z tym, że sprawy znikają, zanim dotrą do właściwego wydziału — może wiedziała. I zamiast powiedzieć mi wprost, dała mi dostęp do miejsca zbrodni o piątej rano i powiedziała wróć do ciała, chcę wiedzieć, co widzisz, nie oficjalnie, prywatnie.
To był jej sposób mówienia: sprawdzam. Ty sprawdź też. Porównamy wyniki.
Diabli wzięli. Ta kobieta jest bezpośrednia jak karabin maszynowy w każdej innej sytuacji i w kluczowym momencie wybiera komunikację przez implikację.
Chociaż może właśnie dlatego, że wiedziała, że ktoś patrzy na jej ruchy. I że prywatna rozmowa z detektywem przy zwłokach jest bezpieczniejsza niż oficjalne zlecenie.
— Wróćmy do Hamburga — powiedziałem, bo myśl o Halinie i jej taktyce musiała poczekać na chwilę z mniejszą liczbą komplikacji. — Skąd tradycja germańska w Szczecinie? To jest historycznie słowiańskie miasto z powojennymi przesunięciami —
— Szczecin był Stettinem przez sześćset lat. — Rycho powiedział to bez emocji, faktem historycznym, nie politycznym. — Tradycje magiczne nie szanują granic traktatów pokojowych. Zostają w murach. Zostają w wodzie. — Wskazał na okno, na Odrę. — Odra jest granicą geograficzną od osiemdziesiąt pięć lat. Magicznie — Odra była granicą zawsze, i po obu stronach rosły tradycje, które mają tyle samo lat co ziemia. Słowiańska i germańska istniały w napięciu, czasem walczyły, czasem się dogadywały. Rok tysiąc sto siedemdziesiąty ósmy — coś zamknęli razem. Wspólna operacja dwóch tradycji.
— Wiesz o tym?
— Słyszałem. — Rycho patrzył przez okno na Odrę. — Nie byłem wtedy tu. Byłem wtedy… gdzie indziej. — Krótka pauza z ciężarem czegoś, czego nie powiedział. — Ale słyszałem od starszych od siebie. Że był rok, gdy Odra zrobiła się czarna na dwa tygodnie. Że wszystkie ryby wypłynęły na brzeg martwe. Że duchy z obu brzegów uciekły w głąb lądu i nie wracały przez rok. — I że to, co zamknęły wspólnie dwie tradycje, razem tam zostało. Przez osiem stuleci.
— Aż ktoś zaczął je karmić.
— Aż ktoś zaczął je karmić.
Milczeliśmy przez chwilę.
Przez panoramiczne okno Odra była szara i płaska i zupełnie niewinnie wyglądająca, co jest klasyczną właściwością Odry o jedenastej rano w marcu — wygląda jak zwykła rzeka. Jak woda między dwoma krajami. Jak coś bez historii i bez głodu.
Nie byłem już w stanie patrzeć na nią bez pamiętania o błękitnej mgle, która wracała do magazynu jakby miała własny plan.
— Potrzebuję informacji o Niemcach — powiedziałem. — Instytut Historii Magii we Frankfurcie nad Odrą. Cokolwiek co masz.
Rycho odwrócił wzrok od okna. Patrzył na mnie przez chwilę.
— Dlaczego akurat stamtąd? — zapytał spokojnie.
— Bo ktoś napisał mi po niemiecku, że lepsi detektywi przestają zadawać pytania. I bo widziałem rano na Podzamczu człowieka, który wyglądał jak ktoś, kto ma pieniądze i wykształcenie i żadnych emocji. I bo Brat Kacper powiedział mi, że dziesięć tomów z kościelnego archiwum zaginęło w osiemnastym wieku. Nie zaginęło. Zostało zabrane. Przez kogoś, kto szedł w kierunku wschodnim przez Odrę.
Rycho przez chwilę tylko siedział.
— Znam Instytut — powiedział wreszcie. — Znam ich dyrektora. Dr Heinrich Brandt. Germaniata, historyk magii, akademik z tytułami, których nie będę wymieniał bo to zajmie czas. Kontaktowałem się z nim trzy lata temu w sprawie pewnego obiektu, który chciałem zidentyfikować. — Krótka pauza. — Był bardzo pomocny. Bardzo uprzejmy. Bardzo kompetentny.
— Ale?
— Ale to co powiedziałeś o archiwum kościelnym. — Rycho obrócił szklankę. — Instytut Brandta ma bibliotekę. Imponującą. Odwiedziłem ją raz — stara willa, regały do sufitu. Widziałem tam rzeczy, które wyglądały znajomo. Pewne oprawy. Pewne formaty pergaminu.
— Wyglądały jak rękopisy kościelne ze Szczecina.
— Mogłem się mylić. — Rycho podniósł wzrok. — Ale Brandt jest chory. To jest informacja, którą mam od pewnej osoby z Frankfurtu od kilku tygodni. Bardzo poważnie chory.
Rak trzustki — wiedziałem to przeczuciem, jeśli nie z wiedzy, i wiedziałem z tego, co zobaczyłem rano na Podzamczu: mężczyzna, który wie, że ma czas. Który nie spieszy się, żeby mnie dogonić. Który stoi i patrzy i uśmiecha się.
Człowiek, który wie, że czas się kończy, robi jedną z dwóch rzeczy: odpuszcza, albo koncentruje. Brandt — jeśli to był Brandt — nie wyglądał jak ktoś, kto odpuszcza.
— Nie powiedziałem, że to Brandt — powiedziałem ostrożnie.
— Nie powiedziałeś — zgodził się Rycho. — Ja też nie powiedziałem. Powiedziałem co mam. — Wskazał na whisky. — Dopij. Zaraz musisz jechać do Brata Kacpra i on nie lubi alkoholu w rozmówcach.
— Skąd wiesz, że jadę do Brata Kacpra?
— Bo Brat Kacper jest logicznym następnym krokiem, i bo masz ten wyraz twarzy człowieka, który ma zaplanowany dzień, który nie znosi spontaniczności. — Rycho znowu uśmiechnął się tym swoim sposobem. — Marek. Bądź ostrożny. To, co było w Hamburgu w roku dwudziestym drugim — nie wiem, co to było. Nie wiem, co zrobiło z sobą po ósmej ofierze. Ale wiem, że przez dwa lata po tym Hamburg miał jakość powietrza, której nie umiałem nazwać. Jakby coś z niego wyszło i zostawiło miejsce, gdzie ono było. Wypalone miejsce.
— Miasto jako ofiara — powiedziałem.
— Miasto jako naczynie. — Rycho pokiwał głową. — Szczecin jest starym miastem, Marek. Starym i dobrze odżywionym magicznie — dwie tradycje przez osiem wieków, pamięć w murach, Odra jako żyła. Jest tu więcej esencji magicznej na metr kwadratowy niż w większości miast w Polsce. Ktoś, kto szuka materiału przyszedł we właściwe miejsce.
Wypiłem resztę whisky. Wstałem.
— Jeśli zniknie ktoś następny z twojej sieci — powiedziałem — dzwonisz natychmiast.
— Oczywiście.
— I Rycho. — Stanąłem przy stole. — Mam pytanie, które muszę zadać i nie jest komfortowe.
— Nieomal wszystkie pytania warte zadania nie są komfortowe.
— Hamburg. Osiem ofiar. Ty byłeś wtedy w Niemczech. W mieście, gdzie ktoś zbierał magiczną esencję przez sześć tygodni. — Patrzyłem na niego. — Masz kogokolwiek, kto może potwierdzić, gdzie byłeś w konkretnych dniach z tych sześciu tygodni.
Przez chwilę Rycho patrzył na mnie z wyrazem, który trudno było opisać. Nie złość. Nie obrażenie. Coś spokojniejszego i w pewnym sensie trudniejszego do czytania.
— Pytasz czy to ja — powiedział.
— Pytam czy masz alibi. Bo jeśli to co myślę jest prawdą, ktoś wkrótce zapyta to samo, i lepiej, żebyś miał gotową odpowiedź, zanim przyjdą do ciebie z pytaniem a nie z założeniem.
Rycho milczał przez chwilę. Potem:
— W tygodniu pierwszym i trzecim byłem w Berlinie. Mam świadków, którzy żyją do dzisiaj — nie biologicznie, ale istnieją. Tydzień drugi, piąty i szósty — Hamburg, tak. Byłem. I widziałem, co się dzieje, i nie wiedziałem, co to jest. Szukałem. Nie znalazłem. — Zawiesił głos. — Świadkowie z tygodnia drugiego są martwi w sensie biologicznym, ale mam korespondencję z tamtego okresu. Papierową. Przechowuję ją.
— Dobrze. — Kiwnąłem głową. — To wystarczy na razie.
Wziąłem płaszcz. Skierowałem się do wyjścia.
— Marek. — Rycho nie odwrócił się. Mówił w stronę okna, w stronę Odry. — Pieczęć Pożeracza to nie jest coś, co robi się samemu. Wymaga wiedzy, której nie zdobywa się z książek. Wymaga praktyki. Wymaga kogoś, kto to robił wcześniej — albo kogoś, kto uczył się od kogoś, kto robił to wcześniej. W Hamburgu też nie znalazłem nikogo, kto by wiedział, kto to zrobił. To była operacja czysta i cicha. — Obrócił głowę nieznacznie. — Ktoś dobrze wie co robi.
— Wiem — powiedziałem.
— I ktoś tu jest. Nie tylko za Odrą. Tu. W Szczecinie.
— Wiem — powiedziałem.
I wyszedłem.
* * *
Na zewnątrz było zimno i szaro i Stalowa wyglądała dokładnie jak ulica przemysłowa o jedenastej trzydzieści — pusta, z wiatrem, który szedł od rzeki i niósł zapach wody i metalu i czegoś, co było pod metalem, pod wodą, pod asfaltem.
Szedłem w kierunku przystanku.
Myślałem o tym, co powiedział Rycho o Hamburgu. Osiem ofiar. Czysto i cicho. Sprawcy nie znaleziono. Seria urwała się po ósmej — albo sprawca osiągnął cel.
Myślałem o Brandcie — jeśli to był Brandt — na Podzamczu rano, z tym uśmiechem, który był spokojny i absolutnie nieludzki w swojej spokojności. Człowiek, który wie, że czas się kończy i postanowił, że go to nie zatrzyma.
Myślałem o Halinie i o tym, że może wiedziała. Że może od miesięcy coś wiedziała i nie mogła działać i znalazła mnie jako wyjście boczne dla informacji, które nie mogły przejść przez oficjalne kanały. Że to byłoby dokładnie w jej stylu — nie prosić wprost, bo prośba wprost zostawiałaby ślad, tylko dawać dostęp i mówić patrz co widzisz.
To było zmęczające i rozgrzewające jednocześnie. Zmęczające bo komplikacje. Rozgrzewające bo — no cóż. Bo Halina.
Dałem sobie trzy sekundy na to spostrzeżenie.
Potem je wyrzuciłem bo właśnie usłyszałem silnik.
Cichy. Duży. Idący za mną od Odrahanu w odległości może pięćdziesięciu metrów, krok w krok z moim rytmem, nie przyspieszając, nie wyprzedzając.
Nie odwracałem się.
Szedłem dalej. Zrobiłem zakręt na Kwiatową i poczułem, że samochód jedzie za rogiem — wolno, bezszelestnie dla zwykłego ucha, ale słyszalnie dla kogoś, kto jest wyostrzony i komu woreczek na nadgarstku właśnie znowu zaczął delikatnie mrowić.
Stanąłem przy krawędzi chodnika, przy latarni, twarzą do ulicy.
Samochód wyjechał zza rogu.
Czarna limuzyna. Mercedes, długi, z szybami przyciemnionymi tak mocno, że graniczą z nielegalnością. Tablice — zarejestrowałem w ułamku sekundy, odruchowo, tak jak zapamiętuje się twarze na pogrzebach. Frankfurckie. Litery i cyfry, które mój mózg zamknął w osobnej szufladzie i zablokował.
Limuzyna jechała wolno. Minęła mnie z prędkością kogoś, kto patrzy.
Szyba nie opuściła się. Nie widziałem środka.
Ale czułem — przez płaszcz, przez woreczek na nadgarstku, przez te zmysły, które mają swoje wyostrzenie i swoje opinie na temat tego, co jest, a co udaje — spojrzenie.
Ktoś w środku patrzył na mnie.
Spokojnie. Bez pośpiechu. Jak ktoś, kto ogląda coś, co jest jego i ma czas, żeby tę własność potwierdzić.
Minęła mnie. Pojechała Stalową w kierunku Odry i mostu i za most — w kierunku Niemiec.
Stałem i patrzyłem za nią aż zniknęła.
Zapamiętałem numer rejestracyjny. Litery i cyfry siedziały w tej szufladzie pewnie i bezpiecznie. Starosłowiański odruch — tak jak zapamiętuje się twarze na pogrzebach, tak jak zapamiętuje się ostatnią osobę przy drzwiach, kiedy ktoś znika. Na wypadek gdyby ktoś musiał potem zadać pytanie: kto był ostatni. Kto widział.
Kto patrzył.
Limuzyna odjechała w stronę Odry i zapamiętałem numer. Starosłowiański odruch — jak zapamiętuje się twarze na pogrzebach. Na wypadek gdyby ktoś musiał zadać pytanie: kto był ostatni.
Stałem na Kwiatowej i czułem zimno, które nie pochodziło od marcowego wiatru. Wampiry były tutaj. Zakonnik był za trzy godziny. Kościół miał sześć tomów o Pustce — może więcej, może mniej, może coś, czego Brat Kacper mi nie powiedział.
A ktoś w czarnej limuzynie właśnie mi pokazał, że wie, gdzie jestem i kiedy wychodzę z Odrahanu, i że to mu nie przeszkadza.
Że to jest dokładnie zaplanowane.
Poczułem coś czego staram się nie czuć przy sprawach, bo kiedy to czuję, sprawdzam się w lustrze i nie lubię, co widzę. Poczułem, że ktoś jest ode mnie dużo mądrzejszy w tej konkretnej partii szachów, i że jestem w połowie gry z regułami, których wciąż nie znam w całości.
To nie jest wygodne uczucie.
Ale jest użyteczne.
Bo kiedy człowiek wie, że jest wolniejszy od przeciwnika, zaczyna myśleć inaczej. Przestaje szukać przewagi w sile. Zaczyna szukać jej w miejscach, gdzie przeciwnik jej nie szuka.
Sięgnąłem do kieszeni płaszcza. Wyjąłem telefon.
Wybrałem numer Haliny.
Odebrała po dwóch sygnałach.
— Wrona.
— Halina. — Rejestracja frankfurcka. — Podałem numer. — Potrzebuję właściciela i adresu rejestracji.
Cisza. Potem: — Skąd masz numer.
— Limuzyna minęła mnie na Prawobrzeżu i odjechała w stronę mostu.
— W stronę Niemiec.
— W stronę Niemiec.
Jeszcze cisza. Słyszałem przez telefon dźwięki komisariatu — kroki, czyjeś głosy gdzieś dalej, skrzypnięcie krzesła.
— Sprawdzę — powiedziała. — Ale to jest zagraniczny numer więc może chwilę potrwać.
— Wiem. — Halina. Jest coś o czym chciałem z tobą rozmawiać. Nie przez telefon.
Cisza innego rodzaju. Ta w której ktoś po drugiej stronie rozumie, że to, co się mówi, jest ważniejsze od wszystkiego co zostało powiedziane.
— Dziś wieczór. — Jej głos był spokojny, biurokratyczny, taki, na który nikt podsłuchujący nie zareaguje. — Siedemnasta. Znam bar przy Bogusława.
— Znam.
— Do zobaczenia. — I rozłączyła się, bez pożegnania, bo Halina Borys nie żegna się przez telefon. Rozłącza się, gdy koniec.
Schowałem telefon.
Za mostem, za Odrą, po stronie, gdzie tablice były frankfurckie i gdzie biblioteki miały rękopisy ze szczecińskich kościołów, ktoś czekał na wyniki swojego planu.
Ktoś spokojny. Ktoś z czasem.
Ktoś, kto myślał, że wie, ile mu tego czasu zostało.
Poszedłem na przystanek.
Miałem trzy godziny do Brata Kacpra i cztery do Haliny.
Wystarczająco dużo, żeby zdążyć być niewyspany i przygotowany. W moim zawodzie to jest optymalny stan.
Rozdział piąty: Pięć
Są rzeczy, których człowiek nie chce wiedzieć o sobie. Jedną z nich jest to, jak szybko biegnie, gdy się boi.
Odpowiedź: szybko. Znacznie szybciej, niż by chciał, żeby ktokolwiek wiedział.
* * *
Zaczęło się od telefonu Haliny o osiemnastej czterdzieści pięć.
Mieliśmy się spotkać o siedemnastej. Nie dotarłem — Brat Kacper i archiwum dominikanów zabrały mi dwie godziny więcej niż planowałem, bo Brat Kacper jest człowiekiem, który odpowiada na każde pytanie dokładnie i bez pośpiechu, i który uznaje, że każde pytanie zasługuje na kontekst historyczny sięgający co najmniej dwóch wieków wstecz, i który ma łacinę wplecioną w mowę tak naturalnie, że po jakimś czasie człowiek przestaje ją słyszeć jako obcy język. Wysłałem jej wiadomość o szesnastej trzydzieści z przeprosinami i prośbą o przełożenie, i dostałem z powrotem jedno słowo: jutro.
Halina Borys nie przeprasza i nie prosi o przeprosiny. Akceptuje fakty i przestawia się.
To jest jedna z wielu rzeczy, które mnie w niej — zostawię to.
Dzwoniła o osiemnastej czterdzieści pięć, gdy siedziałem przy biurku z notatkami z archiwum i trzecią kawą i świadomością, że coś mi się kręci w głowie z tego, co powiedział Brat Kacper, jakaś nitka, której jeszcze nie złapałem za właściwy koniec.
— Wrona. Niemierzyńska. Stara kotłownia przy numerze sześćdziesiąt trzy. Jedź teraz.
— Co się —
— Kobieta. Bez oznak zewnętrznych. Technicy pojadą za dwadzieścia minut. — Krótka pauza. — Chcę, żebyś był tam przed technikami.
Rozłączyła się.
Halina Borys chciała, żebym był na miejscu zbrodni przed technikami. To jest prośba, która oficjalnie nie istnieje i która nieoficjalnie mówi jedno: wiedz, co widzisz, zanim to, co widzisz, zostanie wpisane do protokołu.
Ktoś w policji wyciszał sprawy. Halina wiedziała i nie mogła działać frontowo. Więc działała bokiem.
Wziąłem płaszcz. Wziąłem laskę. Sprawdziłem kredę w kieszeni — dwie pełne sztuki i połówka. Pomyślałem o Glocku w szufladzie.
Wziąłem go.
Nie lubię broni palnej. Broń palna jest prosta, skuteczna i nie wymaga żadnych kosztów poza bólem fizycznym ofiary, a to jest zbyt ludzki sposób na problem, który coraz wyraźniej przestawał być ludzki. Ale pięć ofiar, anonimowy obserwator na Podzamczu, czarna limuzyna i symbol na moim biurku tworzyły razem konfigurację, w której mój osobisty sprzeciw wobec pistoletów wydawał mi się mniej ważny niż osobisty sprzeciw wobec bycia martwym.
Schowałem Glocka pod płaszcz. W kaburze na lewą pachę, kupionej przed laty, używanej może trzy razy.
Wyszedłem.
* * *
Niebuszewo to dzielnica, która rośnie w górę — pięciopiętrowe bloki z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, z tą charakterystyczną architektoniczną szczerością epoki, gdy nikt nie udawał, że buduje dla estetyki. Buduje się dla ludzi. Mieszkania muszą być, żeby nie marzli. Tyle. Niebuszewo jest przez to brzydkie z zewnątrz i ludzkie w środku — ciepłe, gęsto zamieszkane, z knajpkami przy Arkońskiej i parkiem, przy którym biegacze robią okrążenia o każdej porze.
Ulica Niemierzyńska w tej porze roku, po zmroku, była ciemna w ten specyficzny sposób, którego nie mają nowe ulice z energooszczędnymi latarniami — latarnie przy Niemierzyńskiej były stare, rzadkie, i rzucały kręgi żółtego światła z przerwami czerni między nimi. Numer sześćdziesiąt trzy: brama zamknięta, kłódka wyważona — ktoś był tu wcześniej — i za bramą budynek kotłowni, piętrowy, z czerwonej cegły, z oknami, których w połowie brakło szyb. Stary obiekt z poprzedniej epoki, wyłączony z użytku może dwadzieścia lat temu, gdy centralne ogrzewanie stało się sprawą sieciową, a nie budynkową.
Wszedłem przez wyważoną bramę.
Zatrzymałem się.
Wyostrzyłem zmysły — ostrożnie, z przyzwyczajenia, z tym samym rytuałem, który miałem od lat: powoli, stopniowo, jak otwieranie zaworu przy rurze ciśnieniowej. Za szybko i możesz nie zdążyć zamknąć.
Poczułem.
Kotłownia była jak port rano — jak Tomasz Krawiec na betonie — jak mieszkanie przy Grodzkiej. Wyczyszczona. Wyjedzona. Ale tym razem coś innego na niej leżało, jako warstwa na tej pustce: rezonans czegoś, co jeszcze tu było. Nie esencja magiczna — ta była zabrana, do ostatka, starannie i fachowo. Coś innego. Jak ciepło w kamieniu po gasnącym ogniu, ale zimne.
Ślad obecności czegoś starszego niż ogień.
Wejście do budynku — drzwi uchylone, zawias złamany, wyglądało na robotę kogoś, kto wszedł tu, zanim ja. Odepchnąłem je. Ciemno. Wyciągnąłem latarkę — małą, diodową, przypiętą do breloka kluczy i mająca wielką wartość sentymentalną, bo dał mi ją Tadeusz na urodziny pięć lat przed śmiercią z komentarzem: bo magia nie zastąpi fizyki, kiedy się naprawdę boisz.
Miał rację. Jak zwykle, cholera.
Wewnątrz: hol wejściowy, stare kafelki na podłodze — część odpadła, ziemia spod nich, zapach wilgoci i czegoś metalicznego. Schody w prawo, korytarz w lewo. Z końca korytarza: blask.
Zimny. Błękitny.
Poszedłem w kierunku blasku z laską w prawej ręce i latarką w lewej i z tym specyficznym zestawem emocji, który jest właściwy dla kogoś, kto wie, że idzie w kierunku czegoś złego i idzie mimo to, bo ktoś tam może potrzebować pomocy. To jest odruch, który Tadeusz próbował mi wyperswadować przez sześć lat i który się nie wyperswadował, bo odruch silniejszy od rozsądku jest odruchem anatomicznym, nie intelektualnym.
Korytarz prowadził do głównej sali kotłowni.
Zatrzymałem się w drzwiach.
Sala była wielka — dwanaście metrów może na piętnaście, sufit wysoki, resztki dawnych pieców wzdłuż ścian: metalowe korpusy, rury, zawory, które rdzewiały od dekad. Na środku: betonowa podłoga. I na tej podłodze, i na ścianach wokół niej, pięć Pieczęci Pożeracza rozmieszczonych w okrąg.
Pięć.
Każda może metr średnicy. Każda namalowana tym samym ciemnym materiałem co ta przy nabrzeżu — krew zmieszana z czymś mineralnym, zapach, którego nie da się pomylić z niczym innym. I każda — każda z pięciu — świeciła.
Zimny błękit. Ten sam co w mgle nad Odrą rano. Własne, wewnętrzne, nieciepłe światło.
Aktywne.
Ofiara leżała na środku okręgu.
Kobieta. Czterdzieści lat może, może trochę więcej. Ciemne włosy. Ubrana w codzienne ubranie — spodnie, sweter, kurtka. Leżała na wznak, ułożona starannie, ręce wzdłuż ciała. Twarz.
Ta sama ekspresja.
Zdumienie. Czyste, bez strachu, zdumienie kogoś, kto zrozumiał coś w ostatniej chwili. Nie to, czego się bał — coś innego. Coś, czego się nie spodziewał.
Przykucnąłem przy niej. Nie dotykałem.
Wyostrzone zmysły potwierdziły to, co wiedziałem, zanim wszedłem: absolutna pustka energetyczna. Wyjałowiona do ostatka. Żadnego rezonansu magicznego — a miała dar, widziałem jego ślad, ten specyficzny odcisk, który zostaje w aurze nawet po śmierci, przez kilka dni. Ślad był — ale wypalony, jak negatyw zdjęcia, jak forma po czymś, co już wyjęto.
Pięć ofiar.
Krawiec był czwartą lub piątą — nie wiedziałem kolejności dokładnej. Ta kobieta mogła być piątą. Mogła być szóstą, jeśli był między nimi ktoś, kogo jeszcze nie znaleziono.
Wstałem.
Pięć Pieczęci w okrąg. Pięć aktywnych Pieczęci. Każda ofiara zostawiała po sobie ślad w symbolu — to było jak rozliczenie, jak potwierdzenie wpłaty. Pięć wpłat do czegoś, co rosło pod Odrą.
Ileś pozostało. Brandt — jeśli to był Brandt — powiedział mi przez kopertę, że lepsi detektywi przestają pytać. Nie powiedział mi zatrzymaj się. Pokazał mi, że widzi. To była komunikacja z kimś, kto jest na innym etapie gry niż ja i nie boi się tego, że za nim idę.
Dlaczego nie boi się?
Bo wie, że do czasu, gdy dojdę do odpowiedzi, będzie po wszystkim.
Albo —
Poczułem to sekundę za późno.
Temperatura w sali spadła.
Nie stopniowo — nie tak jak sala stygnąca o noc. Gwałtownie, w jednym momencie, jak otwarcie zamrażarki od środka. Powietrze stało się gęstsze, cięższe, jakby wilgoć zamarzła w miejscu i zawiesiła się w powietrzu jako coś między parą a lodem. Oddech — mój własny oddech — stał się widoczny. Biała para, w zamkniętej sali w marcu, przy temperaturze, która przed sekundą wynosiła może sześć stopni.
Pieczęcie zaczęły świecić mocniej.
Nie jaśniej. Mocniej — ta różnica jest ważna. Jasność to ilość światła. Moc to coś innego, coś, co czuje się w kościach, a nie widzą go oczy, coś, co jest jak ciśnienie zmieniające się przed burzą, tylko że zamiast burzy było coś, co nie miało nazwy w żadnym języku, który znałem, i miało nazwy w językach, których już nie ma.
Die Leere.
Pustka.
Nie widziałem niczego. To jest ważne do zapamiętania: nie było kształtu, nie było sylwetki, nie było nic, co ludzki mózg mógłby zidentyfikować jako coś. Były Pieczęcie i były zimno i było —
Uderzenie.
Nie fizyczne. Nie coś, co uderzyło mnie w ciało — coś, co uderzyło w to, co jest pod ciałem, w tę warstwę energetyczną, którą mam jako czarownik i która normalnie jest moją siłą i zasobem i narzędziem. Uderzenie w zasób. Jak ktoś, kto wyciąga wtyczkę z gniazdka w momencie, gdy jesteś w środku ładowania.
Zataczałem się.
Plecy trafiły w ścianę. Trzymałem się. Laska w ręce — dobrze, że trzymałem. Tadeuszowe dębowe drewno pulsowało czymś własnym, ciepłym, odpierało automatycznie — nie zaklęcie, tylko natura dębu, stare i uziemione.
Wytrzymałem pierwsze uderzenie.
Sięgnąłem do kieszeni. Kreda.
Ręce trzęsły się.
To był problem. Rysowanie kręgów ochronnych wymaga precyzji — nie absolutnej, nie chirurgicznej, ale wystarczającej. Drżące ręce robią kręgi z przerwami. Kręgi z przerwami nie działają. To jest zasada tak fundamentalna jak prawo grawitacji i równie mało zainteresowana moją aktualną sytuacją życiową.
Przykucnąłem. Oparłem się o ścianę. Wziąłem kredę w obie dłonie — lewa nad prawą, żeby ustabilizować — i zacząłem rysować.
Łuk. Pierwszy łuk, od lewej do prawej, wzdłuż krawędzi podłogi. Linia niezbyt prosta. Ręka drżała. Kreda skrzypnęła i złamała się w połowie łuku.
Kurwa.
Połówka w prawej dłoni. Dokończyłem łuk. Przerwa — tam, gdzie kreda się złamała, centymetrowa przerwa w linii. Dorysowałem ją z tego, co zostało, ciasno, może za ciasno. Połówka była zbyt krótka na wygodny chwyt.
Drugie uderzenie przyszło zanim skończyłem okrąg.
To uderzenie miało inny charakter. Pierwsze było jak wyrwanie wtyczki. Drugie było jak sięgnięcie — długie, chłodne, nie-ludzkie sięganie przez powietrze i kamień, jak macka czegoś, co bada, czy to, co dotknęło, jest jadalne. Poczułem je przy nadgarstku — tam, gdzie siedział woreczek Zośki — i woreczek dosłownie zagrzał się, ciepło jak węgielek, prawie bolesne, i sięganie cofnęło się.
Zośka powiedziała, że woreczek mówi, że mam za twardą skórę, żeby palić w niej symbole.
Woreczek kłamał. Albo Pustka postanowiła sprawdzić teorię empirycznie.
Dokończyłem okrąg.
Niedokładny. Nieregularny. Przerwa w górnej części — za mała może, żeby miała znaczenie, może za duża, nie wiedziałem. Aktywowałem go — krótkie słowo po polsku, stare słowo, jedno ze słów, których Tadeusz uczył mnie jako pierwsze: stój. Nie zaklęcie złożone. Jeden nakaz. Stój, nie wchodź, tu jest granica.
Okrąg zapalił się miękkim białym światłem i zaraz zgasł — bo tak działają szybkie kręgi ochronne, nie płoną ciągle, robią się niewidzialne dla oczu i zostają tylko jako intencja wyciśnięta w podłodze.
Pieczęcie świeciły dalej.
Temperatura wciąż spadała.
Trzecie uderzenie — i to było inne. Nie sięganie, nie wyrywanie. Próba. Systematyczna i zimna próba znalezienia w kręgu miejsca, które nie trzyma. Czułem ją jak ciąg czegoś wzdłuż linii, którą narysowałem, jak palec biegnący wzdłuż szyby szukający szczeliny.
Znalazła przerwę w górnej części.
Weszło.
Nie całe — fragment. Jak zimne powietrze przez szczelinę w oknie. Ale zimno, które weszło, nie było temperaturą — było obecnością. Kawałek Pustki, może ułamek jej uwagi, może nic więcej niż promień latarki skierowany w moją stronę przez coś, co robi to bardziej z nawyku niż z zamiaru.
Ale to ułamek uwagi czegoś, co waży więcej niż jakikolwiek czarownik, który kiedykolwiek żył i pracował w Szczecinie.
Upadłem na jedno kolano.
Nie dlatego, że coś mnie uderzyło — dlatego, że energia pod kolanem po prostu… odjechała. Jak podłoga, która nagle przestaje być solidna. Ciało nie wiedziało, co robić bez energetycznego gruntu pod stopami i wybrało kolano jako kompromis.
Wstań. Powiedziałem to do siebie. Głosem, który staram się zachować na sytuacje, w których moja głupia, uparta, sarkastyczna persona musi zastąpić zwykłą ludzką panikę. Wstań, Wrona, jesteś za stary na umieranie w kotłowni na Niebuszewie.
Wstałem.
Wziąłem drugą kredę z kieszeni. Gruba, pełna, nienaruszona.
Narysowałem drugi okrąg na zewnątrz pierwszego. Szybko, bez precyzji, szerokim łukiem, wokół siebie z zapasem. Linia drżąca, ale ciągła, tym razem bez przerwy, bo byłem zły, a złość stabilizuje rękę lepiej niż spokój. Aktywowałem go — to samo słowo, ale mocniej, z tą dodatkową warstwą intencji, która kosztuje: ból głowy zaczyna się natychmiast, za oczami, pulsujący jak migrenowy zwiastun.
Dwa okręgi. Dwa bariery.
Zimno pchnęło raz. Jeszcze raz. Dwa uderzenia w dwa kręgi — czułem je przez podłogę, przez kamień, przez buty, przez ciało. Każde uderzenie jak walnięcie w stół otwartą dłonią — nie ból, wstrząs. System nerwowy, który decyduje, że to, co się dzieje, nie jest oczekiwane i musi być skatalogowane jako zagrożenie.
Mój system nerwowy jest bardzo biegły w katalogowaniu zagrożeń.
Trzecie uderzenie nie przyszło.
Pieczęcie wciąż świeciły — ale jakość blasku się zmieniła. Nie intensywniejszy, nie słabszy. Inny. Jakby coś za nimi — coś przez nie, coś, co je używało jako okna — zmieniło kąt patrzenia. Patrzyło na mnie przez chwilę.
Patrzyło i oceniało.
I zdecydowało.
Temperatura zaczęła wracać do normy — powoli, stopniowo, tak jak spada, gdy coś dużego oddala się, a nie nagle ucieka. Jak pleciona ze starych nitek zmiana kierunku. Jakby Pustka po prostu… skierowała uwagę gdzie indziej. Jakby to, co tu znalazła, nie było warte kosztów kontynuowania.
Albo jakby wiedziała, że wróci, kiedy będzie gotowa.
To była różnica między nie mogę a nie teraz.
Wolałem zdecydowanie tę pierwszą opcję.
Stałem w środku dwóch kredowych okręgów w starej kotłowni na Niebuszewie, z laską w ręce i z bólem głowy, który pulsował za oczami w rytm, który nie miał nic wspólnego z moim pulsem, i słuchałem jak zimno opuszcza pomieszczenie.
Pieczęcie zgasły.
Nie stopniowo. Jednocześnie, wszystkie pięć, w tym samym ułamku sekundy. Jakby ktoś wyłączył przełącznik.
Sala była ciemna. Moja latarka na podłodze — zgubiłem ją w którymś momencie, leżała dwa metry ode mnie i rzucała krąg światła na betonowe kafelki.
Kobieta na środku leżała tak samo jak leżała. Nieruchoma. Zdumiona na twarzy.
Piąta ofiara.
Wziąłem latarkę. Wyszedłem z kręgów — deaktywowałem je, bo kredowe kręgi bez deaktywacji zostają aktywne przez kilka godzin i technicy weszliby w coś, czego nie rozumieją, co nie skończyłoby się dobrze dla nikogo. Podszedłem do drzwi.
Zatrzymałem się.
Krew.
Na górnej wardze. Poczułem ją — ciepłą, metaliczną, sięgającą do kącika ust. Wytarłem grzbietem dłoni. Przyciemniona w świetle latarki ale widoczna — ciemna, wyraźna. Nos krwawiący po mniejszych zaklęciach destrukcyjnych przez kilka godzin. Po tym, co właśnie zrobiłem — nie zaklęcia destrukcyjne, ale kręgi pod ekstremalnym ciśnieniem — krew pojawiła się szybciej.
Dobry znak. Znaczy, że ciało broni się i odprowadza nadmiar ciśnienia przez najcieńsze naczynia.
Zły znak. Znaczy, że byłem pod ciśnieniem wystarczającym, żeby naczynia krwionośne w nosie podejmowały własne inicjatywy.
Wyszedłem na korytarz. Ściana po prawej — oparłem się. Nogi były w porządku — trochę watowate, ten efekt, kiedy adrenalina opuściła, a mięśnie odkrywają, że przez ostatnie kilka minut pracowały bez regulatora — ale trzymały.
Korytarz. Wejście. Brama.
Na zewnątrz: marcowy mróz o osiemnastej pięćdziesiąt, zapach wilgoci i dalekiego ruchu samochodowego, zwykły niemagiczny świat, który wyglądał o wiele lepiej niż zwykły niemagiczny świat zwykle wygląda.
Oparłem się o ścianę kotłowni.
Poczułem jak żołądek podejmuje decyzję, której nie skonsultował ze mną.
Zrobiłem krok od ściany, przez bramę, w stronę ulicy, i przykucnąłem przy krawężniku, i zwymiotowałem. Szybko, gwałtownie, nieprzyjemnie — tak jak to działa, bez żadnej filmowej elegancji. Żołądek miał swoje zdanie i żołądek wyraził je klarownie.
Klęczałem przez chwilę z dłońmi na betonowym chodniku i wdychałem powietrze Niebuszewa, które było zimne i zwykłe i nie miało w sobie absolutnie nic mistycznego, i byłem za to wdzięczny w sposób, który nie znalazłby miejsca w żadnym raporcie.
Wstałem.
Wytarłem twarz. Wytarłem krew z ust — nos jeszcze ciekł, przycisnąłem rękaw płaszcza. Tadeusz mówiłby coś o tym, co robiłem z jego zaklętym płaszczem. Tadeusz by miał rację. Przepraszam, Tadeusz.
Wyciągnąłem telefon.
Halina odebrała po jednym sygnale.
— Jesteś tam? — zapytała zamiast powitania.
— Byłem. Wychodzę. — Mój głos był spokojniejszy niż miałem prawo oczekiwać, co jest albo zasługą opanowania albo dowodem, że ciało jeszcze nie zdało sobie pełnego raportu ze stanu, w którym się znajduje. — Piąta ofiara. Kobieta, około czterdziestu lat. Ciemne włosy. Bez zewnętrznych urazów. Na ścianie pięć symboli — tych samych co poprzednio, rozstawionych w okrąg, aktywnych. — Chwila ciszy. — Wyślij techniców ale zanim przyjadą, Halina: nie wchodź do sali kotłowni samodzielnie. Czekaj na mnie albo na kogoś, kto wie, co robi.
Cisza.
— Co się stało — powiedziała.
— Coś tam było. Jest. Nie ma teraz — teraz jest bezpiecznie, wróciło pod rzekę albo gdzie wraca. Ale nie wchodź sama.
— Wrona. — Jej głos był tym specyficznym spokojem kogoś, kto trzyma emocje w ryzach nie dlatego, że ich nie ma, ale dlatego, że emocje w tej chwili byłyby nieefektywne. — Czy ty jesteś cały?
Przez chwilę patrzyłem na moje dłonie w świetle latarni ulicznej. Drżały.
Tak. Drżały.
Nie mocno — to subtelne drżenie, które jest raczej drganiem niż trzęsieniem, które zobaczysz tylko, jeśli trzymasz dłoń poziomo i patrzysz uważnie. Ale widoczne.
— Jestem cały — powiedziałem. — Zajmę się sobą. Technicy mogą jechać, ja wychodzę przez bramę.
— Zatrzymaj ich przy wejściu —
— Powiedziałem, że teraz jest bezpiecznie. Sala jest czysta. Tylko nie wchodź sama. — Krótka pauza, bo słyszałem, że chce zaprotestować i wolałem wyprzedzić. — Jutro rano. Wszystko ci opowiem jutro rano. Potrzebuję dziś się wyspać i… — i przetworzyć to co się wydarzyło, ale tego nie powiedziałem. — Jutro rano.
— Siódma.
— Siódma jest okrucieństwem.
— Siódma i trzydzieści.
— Dobrze.
Rozłączyła się.
Stałem na chodniku przy Niemierzyńskiej z telefonem w ręce i czekałem na radiowóz, który musiał już jechać, i myślałem o tym, co powiedziała Zośka o kotach unikających Odry, i o tym, co powiedział Rycho o Hamburgu, i o zdumionej twarzy kobiety w środku pięciu aktywnych Pieczęci.
Zdumienie. Nie strach. Zdumienie.
Jak Tomasz Krawiec. Jak zakładam, że wszyscy poprzedni.
Dlaczego zdumienie? Jeśli ktoś cię zabija przez rytuał, spodziewałbyś się strachu. Ból, opór, przerażenie. Ale zdumienie — zdumienie jest reakcją na coś, czego się nie oczekiwało. Na coś, czego naturę zrozumiałeś dopiero w chwili, gdy już było za późno na cokolwiek poza zrozumieniem.
Co rozumieją w ostatniej chwili?
Przyjechał radiowóz. Dwóch mundurowych, spojrzeli na mnie — na krew na górnej wardze, na kredowy odcień twarzy, na to, że stałem nieruchomo przy bramie — i jeden z nich zaczął coś mówić o pomocy medycznej. Powiedziałem, że nie potrzeba. Powiedziałem, że komisarz Borys wie. Mundurowy zadzwonił do Haliny, Halina powiedziała mu, że wie, mundurowy schował telefon z miną kogoś, kto zdecydował, że ta sprawa jest powyżej jego zakresu zainteresowań i trzymał się przy radiowozie.
Zamówiłem taxi.
Taxi przyjechało w osiem minut — białe, z kierowcą, który słuchał radia i nie zadawał pytań, co jest nieocenioną cechą taksówkarzy przy Niemierzyńskiej o tej porze.
Wsiadłem. Podałem adres.
Jechaliśmy przez Szczecin, który żył swoim wieczornym rytmem — Arkońska z knajpkami, Bogusława z ludźmi chodzącymi po zakupy do późnych sklepów, Wały Chrobrego w oddali z widokiem na Odrę. Siedziałem z zamkniętymi oczami i słuchałem, jak ból głowy pulsuje za oczami w rytmie, który był bólem, ale był też dowodem życia, i to wystarczyło.
A potem jechaliśmy mostem.
Most Długi, nad Odrą, cztery pasy, widok na rzekę po obu stronach, wiatr, który na mostach zawsze jest silniejszy, bo nie ma gdzie się schować. Jechaliśmy przez środek.
I w połowie mostu.
Przez ułamek sekundy.
Wrażenie.
Trudno to opisać. Nie wzrok — zamknąłem oczy. Nie dźwięk. Coś pod tym, coś głębiej, coś, co jest odczuwalne, zanim mózg zdecyduje w jakiej kategorii to skatalogować. Poczucie bycia widzianym. Nie przez człowieka — przez coś, co nie widzi wzrokiem, które nie ma oczu w żadnym sensie, który znam, które patrzy przez coś innego niż patrzy wszystko, co znam.
Patrzenie przez rzekę. Przez wodę. Przez warstwy pod wodą.
Patrzenie, które było zimne i spokojne i absolutnie pozbawione czegokolwiek, co mógłbym nazwać emocją.
Patrzenie rzeczy, która mnie już zidentyfikowała, zapamiętała, i wróci, kiedy będzie gotowa.
Ułamek sekundy. Most skończył się. Wjechaliśmy na Starówkę i Odra była za nami i wrażenie znikło jak wyłączone światło.
Kierowca nic nie powiedział. Radio grało coś spokojnego.
Kuśnierska. Zapłaciłem. Wszedłem do kamienicy. Do biura.
Usiadłem na krześle przy biurku, nie zdejmując płaszcza, z laską opartą o blat, z oczami otwartymi na symbol wypalony w blacie, który patrzył na mnie w tym swoim nieruchomym, geometrycznym stylu.
Siedziałem przez chwilę bez myślenia.
To jest rzadkość w moim życiu — stan bez myślenia. Zwykle mam za dużo głosów w głowie: sprawa, faktura, Ala w sobotę, Halina, Rycho, Tadeusz, który coś by powiedział, ale go nie ma, i ten głos własny, który komentuje wszystko po kolei. Tym razem — cisza. Prawdziwa cisza po czymś, które było za duże, żeby od razu zacząć katalogować.
Pięć ofiar. Pięć aktywnych Pieczęci. Coś pod Odrą, które rośnie i które mnie już zidentyfikowało.
Coś, które zdecydowało nie teraz zamiast nie mogę.
Wstałem. Poszedłem do łazienki — małej, za drzwiami z napisem prywatne, z lustrem nad umywalką, które ma pęknięcie w rogu, bo kiedyś za bardzo machałem ręką w nieodpowiednim kierunku. Odkręciłem zimną wodę. Umyłem twarz. Patrzyłem na siebie w lustrze.
Nos przestał krwawić — skrzep. Dobrze. Oczy wyglądały normalnie — nieco szersze niż powinny, lekkie rozszerzenie źrenic, które zaraz minie. Twarz kogoś, kto miał trudny wieczór. Chudy, blizna przez brew, nos złamany dwa razy, który teraz był zaledwie nierówny, a nie spuchnięty.
Żywy.
Wróciłem do biura. Wziąłem whisky. Nalałem dwa palce — nie trzy, nie cztery. Dwa.
Wypiłem powoli, stojąc, bo na siedzenie nie miałem w tej chwili energii.
Potem poszedłem pod prysznic.
Gorący prysznic jest jedną z nielicznych rzeczy w cywilizacji zachodniej, które działają tak jak powinny bez zastrzeżeń. Stałem pod nim przez dziesięć minut i myślałem o tym, co było w kotłowni, i starałem się budować strukturę wokół tego — nie ze strachu, ale ze strategii, bo to, co zobaczyłem i poczułem, musiało zostać skatalogowane zanim pozwolę mu stać się czymś, co zamiast wiedzy jest tylko lękiem.
Pustka uderzyła dwa razy — raz wyrywając, raz sięgając. Cofnęła się od woreczka Zośki. Próbowała kręgów kredowych i znalazła przerwę, weszła przez nią — i zdecydowała, że nie kontynuuje.
Dlaczego?
Nie była za słaba, żeby przebić dwa kręgi. Jestem dobry w kręgach ochronnych — to moja specjalizacja — ale Pustka, która pochłonęła pięć osób z magicznym darem, nie cofnie się przed dwoma niedokładnymi kręgami narysowanymi drżącą ręką w panice.
Zdecydowała. To jest kluczowe słowo. Zdecydowała, że nie teraz. Że ja nie teraz.
Znaczy: ma plan. Znaczy: jestem w tym planie gdzieś zawarty i mój czas jeszcze nie przyszedł, albo moje miejsce nie jest jako szósta ofiara, albo —
Albo coś innego, czego jeszcze nie rozumiałem.
Wyłączyłem prysznic. Wytarłem się. Poszedłem do łóżka — które jest za regałem z książkami, w tej części biura, którą nazywam, choć oficjalnie to wciąż choć oficjalnie to wciąż aneks mieszkalny, bo mieszkam w biurze od dwóch lat, odkąd wynajem mieszkania okazał się niezgodny z wynajmem biura przy moim modelu przychodów.
Położyłem się.
Drżenie rąk minęło przez prysznic albo tuż po. Ból głowy wciąż pulsował, ale słabiej — to jest normalny rytm po użyciu kręgów pod ciśnieniem: kilka godzin bólu, potem sen, potem rano normalnie. To znam.
Patrzyłem w sufit.
Pęknięcie w kształcie Skandynawii. Stare. Moje.
Pięć ofiar to był licznik odliczający do czegoś.
Ileś zostało.
Dwanaście minus pięć to siedem. Albo minus pięć i Krawiec to sześć — sześć zostało. Albo było ofiar więcej, których jeszcze nie znaleziono.
Mało czasu.
Zamknąłem oczy.
Sen przyszedł szybciej niż oczekiwałem — ciało ma swoje priorytety i najwyraźniej zdecydowało, że odbudowanie zasobów jest ważniejsze niż moje życie intelektualne. Nie protestowałem.
Ale zanim zasnąłem — przez ułamek, w tym miejscu między jawą a snem, gdzie myśli są płynne i nie podlegają zwykłemu filtrowaniu — pomyślałem o moście.
O tym jak coś patrzyło przez wodę.
I o tym, że to patrzenie nie było wrogie.
Było ciekawskie.
Pustka, która żywi się świadomością, patrzyła na mnie — na czarownika, który stawiał kręgi drżącą ręką i wymiotował przy krawężniku i wsiadał do taksówki — i była ciekawa.
Jak ktoś, kto widzi ciekawy okaz i odkłada go na potem.
To było gorsze niż wrogość.
To było zrozumiałe.
* * *
W domu, pod prysznicem, starałem się nie myśleć o tym, co czułem w tej kotłowni. Ta rzecz nie była głodna — była stara i budziła się dalej jak niedźwiedź na wiosnę, tyle że ktoś go przez zimę karmił i urósł. Pięć ofiar to był licznik odliczający do czegoś.
I byłem na liście.
Jeszcze nie jako następna pozycja — jako coś innego. Jako coś do zbadania. Jako coś ciekawszego niż zwykłe naczynie z esencją magiczną.
To nie powinno być komfortowe.
To absolutnie, w żaden sposób, nie było komfortowe.
Ale dawało mi coś.
Dawało mi czas.
A czas — pomyślałem zanim sen mnie zabrał — to jedyna rzecz, której Brandt ma za mało i której ja mam jeszcze trochę.
Pytanie brzmiało: jak to zamienić.
Odpowiedź na to pytanie musiała poczekać do rana.
Rozdział szósty: Twarz za szybą
Najgorsze rodzaje potworów mają tytuły naukowe i eleganckie wizytówki.
Wiedziałem o tym od lat. Tadeusz uczył mnie, żebym patrzył na ręce człowieka, nie na jego twarz — bo twarz można ćwiczyć, ręce zdradzają. Ręce kogoś, kto robi coś złego przez długi czas mają własną pamięć. Drżenie, które nie jest strachem. Spokój, który nie jest niewinnością. Coś w geście, który jest zbyt precyzyjny albo zbyt niedbały zależnie od tego, czego dana osoba chce, żebyś nie zauważył.
Tytuły naukowe to ręce intelektu.
Patrz na to, co ktoś napisał przez lata, i w tym znajdziesz prawdziwego człowieka, bo pisanie jest jedyną czynnością, której do końca nie da się okłamać — można kłamać treść, ale nie można kłamać obsesję. Obsesja zawsze wychodzi. Zawsze.
Gdybym wcześniej czytał Brandta, wiedziałbym.
Ale nie czytałem. I dlatego pięć osób nie żyje.
* * *
Klasztor Dominikanów przy ulicy Wyszyńskiego jest jednym z tych miejsc Szczecina, które przetrwały wojnę nie dlatego, że je oszczędzono, ale dlatego, że coś w nich jest wystarczająco upartego, żeby nie dać się zburzyć do końca. Gotyckie mury, odbudowane, łatane przez osiem wieków w miejscach, gdzie czas i ogień robiły swoje, z fragmentami, które są autentyczne i fragmentami, które są doskonałą kopią autentyczności — i z zewnątrz nie odróżnisz, które jest, które, co jest może najlepszą definicją udanej renowacji historycznej, jaką znam.
Portier przy wejściu od Słowackiego — starszy pan z miną kogoś, kto widział tu wszystko i w związku z tym nic go już nie zaskoczy — mruknął moje nazwisko, sprawdził na kartce, kiwnął głową i powiedział, że Brat Kacper czeka w archiwum.
Archiwum pachniało tak jak pachną miejsca, gdzie przechowuje się wiedzę od kilku wieków: wosk, stary papier, drewno regałów, które pamięta czasy, gdy drewno dobierało się do grubości ściany, a nie do estetyki wnętrza, i coś jeszcze, coś bez nazwy, co jest może sumą wszystkich myśli, które zostały tu przechwycone i zatrzymane w postaci atramentu na pergaminie.
Lubię archiwa. Mam na to wytłumaczenie intelektualne i wytłumaczenie zawodowe, ale prawdziwe jest prostsze: lubię miejsca, gdzie ludzie poważnie traktują pamięć.
Brat Kacper stał przy środkowym regale i czytał coś na stojąco, co jest zwyczajem, który widziałem u niego za każdym razem i który mówi mi, że człowiek, który czyta na stojąco, jest człowiekiem, który ma do tekstu stosunek praktyczny a nie dekoracyjny.
Miał pięćdziesiąt lat, był średniego wzrostu, zaokrąglony w tym specyficznym dominikańskim stylu kogoś, kto dużo siedzi i regularnie je posiłki o stałych porach — bo klasztory mają tę zaletę, że rytm dnia jest ustalony i się go trzyma. Habit biały z czarnym szkaplerzem, okulary na grubszą oprawkę, twarz z tych twarzy, które wyglądają na nieco starsze gdy są w spoczynku i znacznie młodsze gdy się ożywiają — bo Brat Kacper ożywiał się przy tematach, które go interesowały, a interesowało go niepokojąco dużo jak na kogoś, kto złożył śluby prostoty i ubóstwa.
Znam go cztery lata. Przez cztery lata pomogliśmy sobie wzajemnie może sześć razy — dwa razy on mnie, raz ja jego, trzy razy oboje komuś trzeciemu. Nasza relacja jest oparta na wzajemnym szacunku, wzajemnej nieufności wobec metod tego drugiego i wzajemnym przekonaniu, że cel jest ważniejszy niż metoda jeśli cel jest wystarczająco pilny.
Dziś był pilny.
— Wrona. — Zamknął książkę, którą czytał i odłożył ją na miejsce z precyzją kogoś, dla kogo porządek regału jest sprawą etyczną, nie estetyczną. — Przyszedłeś wcześniej niż myślałem. I wyglądasz gorzej niż zwykle.
— Wczoraj wieczór miałem trudne spotkanie — powiedziałem.
— Niemierzyńska — powiedział. Nie pytał.
Patrzyłem na niego.
— Sierżant Wiśniewski ma luźne usta — powiedział spokojnie. — I ma szwagra, który jest lektorem w naszej parafii. Szczecin jest małym miastem, Wrona, w odpowiednich warstwach. — Krótka pauza. — Chodź. Codex Ripensis nie wychodzi z tego pomieszczenia i nie przychodzi do czytelnika. Czytelnik przychodzi do Codexu.
Poszedłem za nim.
* * *
Codex Ripensis leżał w oddzielnej gablocie, przy tylnej ścianie archiwum, za szybą ze specjalnego szkła regulującego wilgotność — bo pergamin z trzynastego wieku ma swoje wymagania klimatyczne, i klasztor traktował te wymagania poważnie. Gablota miała zamek. Brat Kacper otworzył go kluczem z kieszonki habitu — osobnym, małym, na pierścieniu z krzyżykiem — i uniósł szybę.
Codex był gruby na może pięć centymetrów. Okładka ze skóry, zaciemnionej wiekiem, bez tytułu na zewnątrz — tytuł był wpisany na pierwszej stronie, dużymi literami, mieszaniną łaciny i archaicznego polskiego: Codex Ripensis de Spiritibus Aquarum et Rebus Antiquioribus. Kodeks Nadrzeczny o Duchach Wód i Rzeczach Starszych.
Ripensis — od ripa, brzeg rzeki. Kodeks Nadrzeczny.
Szczecin. Odra. Oczywiście.
— Trzynasty wiek — powiedział Brat Kacper, stojąc obok mnie. — Dominikanie przyszli do Szczecina w tysiąc dwieście czterdziestym czwartym roku. Zanim przyszli, zebrali informacje. Ten tekst jest złożony z materiałów starszych — niektóre partie są kopiami z czegoś, co istniało przed przybyciem zakonu, i to coś było napisane w języku, który nie jest po polsku i nie jest po łacinie.
— Archaiczny słowiański — powiedziałem, bo widziałem taki sam styl w pergaminie Zośki.
— I coś starszego jeszcze. — Brat Kacper ostrożnie przewrócił kilka stron, powoli, z tą delikatnością kogoś, kto wie, że każde tarcie może zabrać coś, czego nie odzyska. — Tutaj. — Zatrzymał się. — Czytaj. Tłumaczę na bieżąco, gdzie potrzeba.
Czytałem.
Łacina Codexu była średniowieczna, gęsta od skrótów i od konwencji zapisu, których nie używa się od pięciuset lat, ale nie nieczytelna dla kogoś, kto spędził lata z tekstami Tadeusza. Tadeusz był człowiekiem z rozległą biblioteką i przekonaniem, że każdy jego uczeń powinien być w stanie korzystać z tekstów źródłowych bez pośrednika.
Tadeusz miał rację, po raz wtóry tego tygodnia.
Est in fluvio qui dicitur Oder antiquitas quaedam — est quod manet sub aqua, sub luto, sub memoria. Non est spiritus. Non est deus. Non est daemon. Est quod fuit ante omnia haec nomina.
Jest w rzece zwanej Odrą pewna starożytność — jest coś, co pozostaje pod wodą, pod mułem, pod pamięcią. Nie jest duchem. Nie jest bogiem. Nie jest demonem. Jest tym, co było przed wszystkimi tymi imionami.
Dalej, inna ręka — gotyckie pismo, dołączone później:
Die Leere. Uralt. Der Hunger nach Bewusstsein ist ihr einziger Trieb.
Pustka. Pradawna. Głód świadomości jest jej jedynym popędem.
I jeszcze dalej, znowu po łacinie, starsza warstwa:
Si quis eam cibo det — duodecim essentiis — et se ipsum voluntarie offerat ut nucleus — resurget. Et nucleum in se absorbens manere faciet per saecula. Hoc est periculum maximum. Hoc est etiam — promissum quod ipsa facit.
Jeśli ktoś ją nakarmi — dwunastoma esencjami — i sam siebie dobrowolnie ofiaruje jako rdzeń — przebudzi się. I pochłonąwszy rdzeń, utrzyma go przez stulecia. To jest największe niebezpieczeństwo. To jest też — obietnica, którą ona sama składa.
Oderwałem wzrok od strony.
Brat Kacper patrzył na mnie. Nie mówił nic.
— Dwanaście esencji — powiedziałem.
— Dwanaście magicznych esencji żywych praktykujących. — Jego głos był spokojny, tym specyficznym spokojem kogoś, kto znał tę informację od dawna i od dawna miał czas się z nią ułożyć. — Pobrana w rytuale Pieczęci Pożeracza, która przygotowuje osobę jako naczynie i usuwa wszelkie opory. Pieczęć jest germańska — to jest jeden z fragmentów, które moja biblioteka nazywa tradycją zachodnią wobec Leere.
— Kościół wiedział.
— Kościół zawsze wiedział. — Zamknął Codex delikatnie, zablokował szybę. — Zakon prowadzi dokumentację od tysiąc dwieście czterdziestego czwartego roku. Były epizody próby przebudzenia — trzy dokumentowane, być może więcej nieudokumentowanych. Żaden nie doszedł do etapu dwunastej ofiary. — Krótka pauza. — Za każdym razem ktoś interweniował zanim dobiegł końca. Raz Kościół, raz słowiańscy wiedźmini, raz obie strony jednocześnie.
— Rok tysiąc sto siedemdziesiąty ósmy — powiedziałem.
Brat Kacper spojrzał na mnie z wyrazem, który był mieszaniną zaskoczenia i zadowolenia — ten wyraz, który ma nauczyciel gdy uczeń poda właściwą odpowiedź przed końcem zdania pytającego.
— Skąd wiesz.
— Pergamin u Zośki. Pismo dominikańskie i coś starszego. Wzmianka o umowie obu tradycji w roku tysiąc sto siedemdziesiątym ósmym. — I informacja, że dziesięć tomów z waszego archiwum zniknęło w osiemnastym wieku.
Coś przebiegło przez twarz Brata Kacpra — szybkie, ciemne, coś co nie było w repertuarze spokoju, który zwykle prezentował.
— Zabrali je — powiedział cicho.
— Kto.