E-book
20
drukowana A5
63.36
Cień Latarni

Bezpłatny fragment - Cień Latarni

Książka została utworzona przy pomocy AI


Objętość:
302 str.
ISBN:
978-83-8467-752-0
E-book
za 20
drukowana A5
za 63.36

ROZDZIAŁ 1

Mam na imię Maja, mam trzydzieści lat i przez długi czas byłam święcie przekonana, że całkiem dobrze wiem, czego chcę od życia. Nie potrzebowałam do szczęścia dramatycznych zwrotów akcji ani życia, które wymagałoby ciągłego improwizowania. Lubiłam po prostu mieć to kojące poczucie, że rzeczy wokół mnie układają się w logiczną całość. Jeśli umawiałam się z kimś na dziewiętnastą, pojawiałam się na miejscu zawsze kilka minut wcześniej. Gdy planowałam weekendowy wyjazd, najpierw skrupulatnie sprawdzałam prognozę pogody, trasę i opinie o kawiarniach, w których można było dobrze zjeść. Moja przyjaciółka, Zosia, mawiała, że jestem jedynym człowiekiem na świecie, który potrafi z góry zaplanować własną spontaniczność. Możliwe, że miała rację. Przyzwyczaiłam się do tego porządku. Dawał mi poczucie kontroli nad własnym losem.

Jutro miałam wyjść za mąż. I w tamtej chwili wydawało mi się to najnormalniejszą rzeczą pod słońcem.

— Powiesz mi jeszcze raz, dlaczego właściwie zgodziłaś się na ten ślub, skoro od dwudziestu minut poprawiasz w lustrze tę samą spinkę? — zapytała Zosia, siedząc na podłodze przed moją otwartą szafą.

Przeglądała bezwiednie moje letnie sukienki, które nie miały absolutnie żadnego związku z tym, czego przed chwilą tam szukała.

— Bo ta spinka jest krzywo — odpowiedziałam, nawet nie odwracając głowy.

Wbiłam wzrok w swoje odbicie w lustrze sypialni. Miałam kobiece, krągłe kształty, do których przez lata uczyłam się mieć dystans. Bywały dni, kiedy patrzyłam na siebie i myślałam, że wyglądam naprawdę dobrze. Bywały też takie, kiedy potrafiłam przebierać się trzy razy przed wyjściem z domu, bo nagle każda rzecz wydawała mi się zbyt obcisła, zbyt krótka albo zwyczajnie nie dla mnie. Michał zawsze twierdził, że przesadzam. Byliśmy razem od ośmiu lat i znał każdy kształt mojego ciała, każdą moją wadę i każdy humor.

— Maja, ona jest tak samo krzywo od dwudziestu minut — Zosia westchnęła ciężko, odkładając na łóżko czarną bluzkę. — Naprawdę jesteś pewna, że jutro chcesz wyjść za Michała? Pytam jako świadek. Mam prawny i moralny obowiązek upewnić się, że nie popełniasz właśnie największego błędu swojego życia.

Odwróciłam się od lustra i spojrzałam na nią z lekkim niedowierzaniem, choć na moich ustach błąkał się ciepły uśmiech.

— Zosiu, naprawdę? Dopytujesz o to na kilkanaście godzin przed ceremonią?

— No co? Muszę — wzruszyła ramionami, ale jej oczy przestały się śmiać. Stały się poważne. — Kochasz go?

— Kocham go — odpowiedziałam bez wahania. Bo nie musiałam się nad tym zastanawiać. Michał był spokojnym człowiekiem. Nie należał do mężczyzn, którzy musieli być w centrum uwagi, nie flirtował z każdą napotkaną kobietą i nie znikał na całe noce z kolegami. Przy nim czułam się bezpiecznie. A przynajmniej przez osiem lat byłam głęboko przekonana, że właśnie to jest definicją prawdziwej miłości.

Podeszłam do łóżka i usiadłam obok niej. Pokrowiec z suknią ślubną wisiał tuż przy drzwiach sypialni. Co chwilę zerkałam w tamtą stronę, jakbym chciała się upewnić, że ten śnieżnobiały tiul naprawdę tam jest.

— Dziwnie się czuję — przyznałam, splatając palce.

Zosia spoważniała. Przesunęła się bliżej, kładąc dłoń na moim ramieniu.

— Dziwnie jak? Boisz się czegoś?

— Trochę. Ale nie samego ślubu ani wesela. Raczej tego, że od jutra wszystko będzie już tak… ostatecznie. Wiesz, że nie będzie można już powiedzieć „kiedyś się pobierzemy”, tylko będzie „mój mąż”. To brzmi tak poważnie. Jak zupełnie nowa kategoria życia.

— Przecież to nadal będzie ten sam Michał — Zosia uśmiechnęła się łagodnie, chcąc rozgonić moje lęki. — Ten sam facet, który zostawia brudne skarpetki pod łóżkiem, wypija twoją ulubioną kawę, a potem udaje przed tobą, że nie ma pojęcia, gdzie zniknęło mleko z lodówki.

— To z mlekiem akurat jest jego najbardziej irytującą wadą — roześmiałam się, czując, jak narastające napięcie powoli ze mnie schodzi.

W tej samej chwili mój telefon zawibrował krótko. Wyciągnęłam rękę i zerknęłam na ekran. Zobaczyłam wiadomość od Michała.

„Jak się ma moja piękna, przyszła żona?”

Uśmiechnęłam się do wyświetlacza, zanim jeszcze zdążyłam odpisać. Szybko wystukałam odpowiedź.

„Przyszła żona jest potwornie głodna.”

Odpowiedź od niego pojawiła się niemal natychmiast, jakby trzymał telefon w dłoni, czekając na mój znak.

„To znaczy, że wszystko jest w absolutnej normie. Co chcesz zjeść, kochanie?”

„Ciebie.”

Zosia zajrzała mi bezczelnie przez ramię, parskając śmiechem.

— Obrzydliwi jesteście z tym słodzeniem na noc. Niedobrze mi się robi.

— Po prostu zazdrościsz — szturchnęłam ją lekko łokciem w bok.

— Dobra, trochę tak — przyznała, kręcąc głową.

Kolejna wiadomość od Michała przyszła chwilę później, ale jej treść sprawiła, że mój uśmiech odrobinę przygasł.

„Będę później. Muszę jeszcze załatwić kilka ważnych rzeczy z tatą odnośnie jutrzejszych rozliczeń z salą. Nie czekaj na mnie z kolacją, kochanie. Odpocznij.”

Odpisałam mu krótkie „Dobrze, powodzenia”, po czym odłożyłam telefon ekranem do dołu.

— Później wraca? — zapytała Zosia.

— Tak. Ma jeszcze coś zrobić z ojcem przy dokumentach — westchnęłam, wygładzając materiał spódnicy. — Ciągle coś wyskakuje na ostatnią chwilę.

— W takim razie zostanę z tobą, dopóki nie wróci — oznajmiła Zosia tonem, który nie znosił sprzeciwu. Wstała z podłogi i ruszyła w stronę kuchni. — Nie masz nic do gadania. Zamawiamy pizzę.

Tak wyglądała nasza przyjaźń. Zosia nigdy nie pytała, czy jej potrzebuję. Po prostu pojawiała się dokładnie wtedy, kiedy uznawała, że powinnam mieć kogoś obok siebie. Przez następne dwie godziny rozmawiałyśmy o wszystkim i o niczym. Śmiałyśmy się z mojej mamy, która prawdopodobnie zacznie płakać ze wzruszenia jeszcze przed wejściem do kościoła, i z kuzynki Michała, która zamierzała przyjechać na wesele w butach wyglądających jak wyrafinowane narzędzie tortur.

Zjadłyśmy prawie całą pizzę, pijąc ciepłą herbatę i udając, że jutrzejszy dzień wcale nas nie stresuje. To był zwyczajny i ciepły wieczór. Ostatni, którego nic jeszcze nie zdążyło popsuć.

Około dwudziestej pierwszej Zosia w końcu zaczęła zbierać swoje rzeczy z kanapy.

— Dobra Maja, jadę. Rano mam być u ciebie o siódmej i nie chcę słyszeć, że nie możesz znaleźć tuszu do rzęs albo spinki.

— Wszystko mam spakowane i poukładane, nie panikuj — uśmiechnęłam się, odprowadzając ją do przedpokoju.

— To samo mówiłaś przed wyjazdem do Hiszpanii, a potem dzwoniłaś do mnie z lotniska, pytając, czy przypadkiem nie widziałam twojej walizki — przypomniała mi złośliwie, zakładając kurtkę.

— Bo tamta walizka była łudząco podobna do innej!

— Była w bagażniku twojego własnego samochodu, Maja.

— Szczegóły — machnęłam ręką, śmiejąc się głośno.

Zosia pokręciła z pobłażaniem głową, uścisnęła mnie mocno na pożegnanie i wyszła, rzucając na odchodnym ciche:

— Do jutra, pani mężatko.

Gdy drzwi wejściowe zamknęły się, w mieszkaniu zapadła cisza. Podeszłam do okna w salonie, patrząc na miasto. W powietrzu nad blokami zawisł już zapach nadchodzącej burzy — to ciężkie i wilgotne powietrze, które zwiastowało załamanie pogody. Poczułam niepokój, który zaczął pulsować w moim żołądku. Spojrzałam na telefon. Od wiadomości Michała minęły ponad dwie godziny.

Coś w środku podpowiadało mi, że muszę wyjść. Że muszę zaczerpnąć świeżego powietrza, bo ściany sypialni nagle zaczęły mnie za bardzo naciskać. Wzięłam torebkę, narzuciłam na ramiona kurtkę i zeszłam na dół, na parking pod blokiem.

Asfaltowy plac był słabo oświetlony, skąpany w żółtym świetle ulicznych latarni. W najbardziej odizolowanym kącie parkingu, tuż pod rozłożystym kasztanowcem, stał zaparkowany samochód Michała.

Moje serce uderzyło o żebra tak mocno, że aż zakłuło mnie w klatce piersiowej. Reflektory auta były zgaszone, ale wnętrze co kilka sekund rozświetlał blask ulicznej latarni, której światło przedzierało się przez liście drzewa. Silnik wciąż cicho mruczał, a tył samochodu rytmicznie kołysał się pod wpływem ruchów, które znałam aż za dobrze. Ruchów, które przez osiem lat narzeczeństwa kojarzyły mi się wyłącznie z nami.

Michał nie był z ojcem. Michał był z Leną. Naszą sąsiadką z tego samego piętra, tą samą dziewczyną, która jeszcze tydzień temu z szerokim uśmiechem na ustach piła kawę w naszej kuchni i pomagała mi wybierać pastelowe kwiaty na wesele.

Poczułam, jak całe powietrze uchodzi mi z płuc. Mój żołądek skręcił się w bolesny supeł, a w uszach pojawił się pulsujący szum krwi, który zagłuszył odgłosy całego świata. Jutro miałam mieć na sobie śnieżnobiałą suknię. Jutro miałam stać przed ołtarzem, patrzeć temu człowiekowi w oczy i przysięgać mu miłość, wierność oraz uczciwość aż do śmierci.

Zamiast łez, które powinny zalać moje policzki, w moim podbrzuszu eksplodowała wściekłość. Krew w moich żyłach przyspieszyła swój bieg, zmieniając się w płynny ogień. Zrobiłam pierwszy krok do przodu. Moje buty precyzyjnie uderzały o popękany asfalt parkingu.

Podeszłam do drzwi od strony kierowcy. Szarpnęłam za klamkę. Była zablokowana od środka. Nie zastanawiając się ani chwili, uniosłam trzymaną w ręku torebkę i z całej siły uderzyłam metalowym okuciem paska w szybę samochodu. Dźwięk był głośny, brutalnie rozrywający ciszę nocy.

W środku pojazdu wszystko momentalnie zamarło. Zza przyciemnianego szkła zobaczyłam rozdzielające się sylwetki, chaotyczny ruch ubrań i panikę. Sekundę później boczna szyba powoli zjechała w dół, a w moją twarz uderzył zapach tytoniu, jej słodkie perfumy i zapach seksu.

Michał patrzył na mnie z przerażonymi oczami. Jego biała koszula była rozpięta, wisząc bezwładnie na ramionach, a na szyi wyraźnie odznaczał się czerwony ślad po szmince. Lena, skulona nisko na siedzeniu pasażera, gorączkowo naciągała na piersi ramiączko czarnej bluzki — tej samej, którą jeszcze po południu oglądała w mojej szafie.

— Maja… — wykrztusił Michał, a jego głos drżał tak żałośnie, że poczułam jedynie wstręt. — To nie tak… Ja… Daj mi wyjaśnić…

— Zamilcz — syknęłam, a mój głos był tak pozbawiony jakichkolwiek ludzkich emocji, że aż sama poczułam ciarki na plecach. Nie było w nim ani miligrama tej potulnej dziewczyny, którą Michał tresował przez osiem lat. — Ani słowa więcej, Michał. Jeśli otworzysz te usta, przysięgam, że pożałujesz.

Lena próbowała coś wtrącić, uniosła rękę z przepraszającą miną. — Maja, ja naprawdę przepraszam, to się po prostu stało, on…

Uciszyłam ją jednym spojrzeniem, które sprawiło, że wtuliła się z powrotem w fotel, kurczowo zaciskając usta.

— A ty się ubierz i znikaj z mojego pola widzenia, zanim zrobię coś, czego naprawdę nie będę żałować.

Nie czekałam na ich reakcję. Nie miałam zamiaru patrzeć, jak Michał w popłochu wciąga spodnie, jak skomli, czy jak Lena próbuje naciągać ubranie na trzęsące się ciało. Odwróciłam się na pięcie. Każdy mój krok na drodze powrotnej do klatki schodowej był podszyty wściekłością. Świat wokół mnie zwolnił. Słyszałam bicie własnego serca, niczym tykanie zegara odliczającego sekundy do ostatecznego wybuchu.

Weszłam do windy. Lustrzana ściana kabiny odbiła moją twarz — i po raz pierwszy od tylu lat nie rozpoznałam samej siebie. Moje oczy, zazwyczaj łagodne i pełne spokoju, teraz były dwiema lodowatymi tarczami. Policzki płonęły żywym ogniem, a dłonie wciąż drżały od nadmiaru adrenaliny.

Gdy przekroczyłam próg naszego wspólnego mieszkania, uderzyła mnie panująca w nim cisza. Wszystko było idealne. Na komodzie w przedpokoju leżały równo poukładane winietki dla gości weselnych, które jeszcze po południu Zosia pomagała mi sortować. W salonie wciąż było czuć zapach pizzy, którą zjadłyśmy zaledwie dwie godziny temu. A na drzwiach sypialni, zamknięta w eleganckim, przezroczystym pokrowcu, wisiała moja suknia ślubna. Śnieżnobiały tiul lśnił w blasku światła, wyglądając w tej chwili jak makabryczny trup moich wszystkich nadziei. Ponury żart, z którego los śmiał mi się prosto w twarz.

Krew w moich żyłach wrzała. Podeszłam do szafy Michała, szarpnęłam za przesuwne drzwi z taką siłą, że aż pękł jeden z zawiasów i zaczęłam wywalać jego rzeczy na środek pokoju. Garnitury, koszule, buty, krawaty. Wszystko przygotowane na jutro lądowało na stercie w absolutnym chaosie. Nie płakałam. Moje oczy były suche, a dłonie wciąż drżały.

Dokładnie dziesięć minut później usłyszałam dźwięk przekręcanego klucza w zamku. Drzwi wejściowe otworzyły się i zamknęły z cichym kliknięciem. Michał wszedł do środka.

Gdy stanął w progu sypialni, zobaczył dwie rzeczy: stertę swoich rzeczy rzuconych niedbale na podłogę oraz mnie, stojącą na środku pokoju z wielkimi nożyczkami w dłoni. Jego twarz była blada, włosy wciąż w kompletnym nieładzie, a koszula — pospiesznie zapięta na krzywe guziki — miała na kołnierzyku rozmazany ślad po szmince. Wyglądał żałośnie. Tak potwornie i nędznie, że poczułam jedynie wstręt.

— Maja, na miłość boską, wysłuchaj mnie… — zaczął gorączkowo, robiąc krok w moją stronę i wyciągając dłonie, jakby chciał mnie dotknąć. — To był błąd. Jednorazowe szaleństwo. Stres przedślubny, przysięgam! Ja kocham tylko ciebie, ślub jest przecież jutro, wszystko jest gotowe… Wszystko zaplanowane! Co powiesz gościom? Co powiesz swojej matce?!

— Podejdź o jeden pieprzony krok, a przysięgam, że pożałujesz — powiedziałam, unosząc nożyczki na wysokość jego klatki piersiowej.

Michał zamarł. Mój wzrok spotkał się z jego i po raz pierwszy przez te wszystkie lata zobaczyłam w jego oczach strach. Zobaczył we mnie kobietę, której zupełnie nie znał. Przez osiem lat nauczył mnie, że spokój jest ważniejszy od wszystkiego. Teraz sama nie wiedziałam jeszcze, co obudziło się we mnie tamtej nocy.

— Ślubu nie będzie, Michał — rzuciłam prosto w jego bladą twarz, a każde słowo ważyło tonę.

Zrobiłam krok w stronę wiszącej sukni. Michał otworzył usta, by coś krzyknąć, ale zanim zdążył wydać z siebie jakikolwiek dźwięk, z całej siły wbiłam ostrze nożyczek w delikatny tiul. Bez wahania rozdarłam suknię jednym pewnym ruchem od samego dekoltu aż po dolną krawędź, niszcząc ją bezpowrotnie. Śnieżnobiałe płatki materiału opadły na podłogę niczym zdeptany śnieg.

Michał aż zasłonił usta, cofając się w stronę przedpokoju. Wyglądał, jakby to jego własna skóra została przed chwilą rozcięta. W jego oczach przerażenie mieszało się z niedowierzaniem.

— Maja… ty oszalałaś?! Co ty wyprawiasz?! — wrzasnął, a jego głos się załamał. — Przecież rezerwacji domku nad morzem na miesiąc miodowy już nie anulujemy! Wszystko jest zapłacone, stracimy mnóstwo pieniędzy! Czy ty w ogóle myślisz logicznie?!

Uśmiechnęłam się do niego — ale to był uśmiech pełen jadu, który nawet mnie samą zmroził. Nożyczki w mojej dłoni wciąż lśniły w blasku żyrandola.

— Wiem, że jest zapłacone, Michał. Dlatego ja tam jadę. Sama. A ty w tym momencie zabierasz te swoje pieprzone szmaty i spadaj do Leny. Masz dokładnie trzy minuty, zanim zadzwonię po ochronę naszego bloku i powiem im, że agresywny facet wtargnął do mojego mieszkania i mnie zastrasza.

— Maja, osiem lat! Słyszysz mnie?! Osiem pieprzonych lat wspólnego życia! — wrzasnął, a w jego głosie pojawiła się nuta desperackiej furii. Cała maska spokojnego, ułożonego misia, którą tak pieczołowicie nosił przez lata, pękła na moich oczach. — Nie możesz przekreślić wszystkiego z powodu jednej nocy! Zginiesz tam sama, rozumiesz?! Nie poradzisz sobie w świecie, gdzie nikt nie rozpisze ci życia w tabelkach!

— Popatrz na tę suknię, Michał — wskazałam głową. — Dokładnie tyle znaczy dla mnie twoje osiem lat kłamstw. A teraz wynoś się z mojego mieszkania.

Zrozumiał, że przegrał. Nerwowym ruchem złapał z ziemi swoje ubrania, z których bezwładnie wywalały się krawaty i pogniecione koszule. Jego twarz wykrzywiła się w pełnym nienawiści grymasie, którego nigdy wcześniej u niego nie widziałam.

— Pożałujesz tego, Maja — syknął jadowicie tuż przed wyjściem, a w jego oczach błysnęło coś skrajnie niebezpiecznego. — Jeszcze będziesz przede mną klękać i skomleć, żebym pozwolił ci do mnie wrócić.

Trzasnął drzwiami wejściowymi z siłą, która zatrzęsła ścianami przedpokoju. Echo tego trzasku niosło się po mieszkaniu przez długie sekundy, ustępując miejsca absolutnej ciszy. Zostałam sama.

Przez kilka minut stałam nieruchomo na środku pokoju, próbując uspokoić oddech. Potem sięgnęłam po telefon i zadzwoniłam do Zosi. Była jedyną osobą, której mogłam teraz zaufać.

Opowiedziałam jej wszystko. O zdradzie Michała. O tym, jak odkryłam prawdę i o wyjeździe nad morzem.

Zosia słuchała w ciszy, a kiedy skończyłam, przez chwilę żadna z nas się nie odzywała.

— Maja… — powiedziała w końcu cicho. — Wiesz, że możesz do mnie zadzwonić o każdej porze, prawda? I obiecaj mi, że będziesz uważać.

Obiecałam, choć wtedy jeszcze nie miałam pojęcia, jak bardzo przydadzą mi się jej słowa.


Dokładnie dwie godziny później siedziałam już za kierownicą swojego samochodu, wyjeżdżając z podziemnego garażu prosto na zalaną deszczem autostradę. Nawałnica, która wisiała nad miastem, wreszcie pękła. Wycieraczki na pełnych obrotach próbowały nadążyć ze zbieraniem fal wody, które wściekle siekły o przednią szybę, idealnie oddając chaos szalejący w moim wnętrzu. Trzymałam dłonie na kierownicy tak mocno, że aż zbielały mi palce, a ryk silnika zagłuszał mój własny oddech.

Jechałam na północ, w stronę morza. Uciekałam w nieznane, napędzana rozrywającym bólem i nowo odkrytym pragnieniem buntu. Nie miałam pojęcia, że ta deszczowa droga doprowadzi mnie prosto w ramiona faceta, który spali resztki mojego dawnego świata na popiół.

ROZDZIAŁ 2

Droga ucieczki miała trzysta kilometrów. Cztery godziny sam na sam z rykiem silnika, deszczem uderzającym o szyby i myślami, które wciąż wracały do jednego obrazu: Michała dociskającego naszą sąsiadkę do fotela samochodu. Z każdym kolejnym kilometrem ból powoli ustępował miejsca obrzydzeniu. Zostawiłam za sobą całe dotychczasowe życie. Nie miałam pojęcia, co powiem matce ani gościom weselnym, którzy pewnie lada moment zaczną dzwonić z pytaniami. W tamtej chwili nie potrafiłam się tym przejmować. Liczył się tylko asfalt uciekający pod kołami i kolejne kilometry dzielące mnie od Poznania.

Kiedy minęłam połowę drogi, ulewa uderzyła ze zdwojoną siłą. Kurczowo zaciskałam palce na kierownicy i nagle wróciło do mnie wspomnienie z zeszłego lata. To było jedno z tych wspomnień, które przez długi czas spychałam w najgłębsze zakamarki pamięci, próbując wmówić sobie, że wszystko jest w porządku.

Byliśmy wtedy na obiedzie u jego rodziców. Miałam na sobie nową, czerwoną sukienkę, którą kupiłam za własne pieniądze, zarobione w korporacji. Kiedy sięgnęłam po dokładkę ciasta, Michał stanowczo położył dłoń na moim nadgarstku. Spojrzał na mnie z tym swoim ułożonym uśmiechem, który wtedy uważałam za troskę.

— Maju, kochanie, może już wystarczy? — zapytał cicho, zniżając głos tak, by jego ojciec nie usłyszał, ale jego matka i tak posłała mi wymowne spojrzenie. — Ta sukienka i tak leży na tobie dość… ciasno. Pamiętaj o naszych planach i tabelkach na ten rok. Musimy trzymać formę na ślub.

Poczułam wtedy, jak krew uderza mi do policzków, a gardło ściska fala wstydu. Posłusznie cofnęłam rękę, udając, że nic się nie stało. Przez osiem lat Michał powoli odbierał mi spontaniczność i pewność siebie. Kontrolował to, co jadłam, jak się ubierałam i jak zarządzałam swoim czasem. Z czasem coraz mniej przypominałam samą siebie.

Wbiłam gaz głębiej w podłogę, a z moich ust wyrwało się warknięcie, które zatonęło w szumie opon. Koniec z klatką. Koniec z jego chorym porządkiem.


Zaparkowałam pod drewnianym domkiem letniskowym chwilę po czwartej nad ranem, gdy ulewa wreszcie zaczęła słabnąć. Rzuciłam walizkę na podłogę w korytarzu, nawet jej nie rozpakowując. Nie miałam siły. Padłam na łóżko w ubraniu, pozwalając, by ryk wzburzonego morza za oknem w końcu zagłuszył moje myśli.

Gdy obudziłam się późnym popołudniem, w dole mojego brzucha wciąż tlił się supeł wściekłości. Byłam cholernie głodna.

Głód i dławiąca samotność wygnały mnie z domku przed osiemnastą. Właścicielka posesji wspominała o jedynej otwartej restauracji w okolicy — Latarnia.


Kiedy pchnęłam ciężkie drzwi lokalu, uderzyło we mnie przyjemne ciepło. Wnętrze Latarni urządzone było w surowym, industrialnym stylu — ciemne, postarzane drewno łączyło się z odsłoniętą czerwoną cegłą, a z sufitu zwisały metalowe lampy rzucające ciepłe światło. W powietrzu unosił się zapach pieczonego czosnku, rozmarynu, topionego masła i cierpkiego wina. Gwar rozmów i śmiechu mieszał się z odległym szumem morza. Restauracja pękała w szwach.

Zrobiłam zaledwie jeden krok za próg i nagle całe moje ciało zamarło.

Przy samym końcu dębowego baru, nieco w cieniu industrialnej lampy, stał on. Rozmawiał o czymś z barmanem, opierając się o blat. Nie wyglądał jak zwyczajny pracownik nadmorskiego lokalu. Miał na sobie czarną, dopasowaną koszulę z podwiniętymi rękawami, które odsłaniały silne, pokryte ciemnymi tatuażami przedramiona. Był wysoki, cholernie dobrze zbudowany, a jego ciemne włosy były w lekkim nieładzie. Miał w sobie coś surowego i niebezpiecznego. Nie sposób było go przeoczyć.

Przerwał rozmowę i odwrócił głowę, jakby wyczuł moje wejście. Nasze spojrzenia zderzyły się na środku zatłoczonej sali.

Jego oczy były ciemne i uważne. Przesunął po mnie wzrokiem od stóp do głów tak bezczelnie, że na moment zapomniałam, co chciałam powiedzieć. Poczułam dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa. Nie znałam tego mężczyzny, a mimo to jego spojrzenie sprawiło, że nagle cała moja uwaga skupiła się wyłącznie na nim. Uniósł lekko podbródek, nie odrywając ode mnie wzroku. Na jego ustach pojawił się ledwo widoczny uśmiech.

Zmusiłam się do ruchu i szybko odwróciłam wzrok. Mimo to, kiedy usiadłam przy stoliku, skóra w miejscu, na które przed chwilą patrzył, dziwnie mnie mrowiła. Próbowałam skupić się na kelnerce i zamówieniu, ale świadomość jego obecności gdzieś w głębi sali nie chciała zniknąć.

— Jedna, kluczowa rzecz, którą musi pani zapisać z wykrzyknikiem — powiedziałam, bębniąc palcami o blat. — Mam silną, śmiertelną alergię na orzechy laskowe. Jeśli znajdą się w moim daniu, w sosie albo chociaż dotkną talerza, wyląduję na OIOM-ie. Rozumiemy się?

— O-oczywiście, pani… to znaczy, przekażę szefowi kuchni — wykrztusiła dziewczyna, wyraźnie speszona i onieśmielona moim tonem. Jej policzki oblał rumieniec, gdy gorączkowo zaczęła zapisywać coś w swoim notesie.

Nie miałam teraz głowy do jej zmieszania. Wyjęłam telefon i położyłam go na obrusie. Żadnych wiadomości od Michała. Tylko cisza, która po raz kolejny przypomniała mi, że osiem lat mojego związku właśnie przestało istnieć.

Danie pojawiło się na moim stole zaledwie dziesięć minut później. Musiałam przyznać, że wyglądało obłędnie — delikatne, soczyste mięso kaczki ułożone na puszystym purée. Chwyciłam za widelec, pragnąc zatopić go w jedzeniu i choć na chwilę zagłuszyć ssanie w żołądku. I nagle zamarłam z ręką zawieszoną w powietrzu.

Na samym wierzchu potrawy, tuż obok błyszczącego sosu, lśniła posypka z drobno posiekanych orzechów laskowych.

Momentalnie wróciło do mnie wszystko, co wydarzyło się przez ostatnie dwadzieścia cztery godziny. Dłoń Michała na moim nadgarstku. Jego uwagi. Lata, podczas których pozwalałam mu decydować za mnie. Ta mała posypka z orzechów nagle stała się czymś więcej niż błędem kuchni. Była kolejnym przekroczeniem granicy.

Odłożyłam widelec z głośnym stukotem, aż goście przy sąsiednim stoliku odwrócili głowy.

— Przepraszam! — zawołałam.

Młoda kelnerka podbiegła do mnie natychmiast. Gdy jej wzrok padł na talerz, dziewczyna zbladła, a jej usta zaczęły drżeć.

— O Boże, ja… ja bardzo przepraszam, kuchnia dostała informację na kartce, ja nie wiem, jak to się…

— Przepraszam? — wstałam od stolika, odsuwając krzesło z głośnym zgrzytem. Czując, jak tętno rozsadza mi skronie, oparłam dłonie o krawędź blatu i pochyliłam się w jej stronę. — Wyraźnie pani powiedziałam, że ten jeden składnik może mnie zabić! Czy wasz kucharz jest analfabetą, czy po prostu macie w głębokim nosie życie swoich klientów?!

Mówiłam ostro, wylewając z siebie cały nagromadzony żal i ból. Wokół nas zapadła cisza. Kelnerka wyglądała, jakby za chwilę miała wybuchnąć płaczem. I właśnie wtedy zza wahadłowych drzwi prowadzących na zaplecze kuchni wyszedł on. Szedł powoli, z chłodnym spokojem, który sprawił, że moja wściekłość na moment osłabła.

— Dobry wieczór. Jestem Aleksander, właściciel tego lokalu — powiedział. Jego głos był niski i głęboki, a jednocześnie twardy. Kiedy go usłyszałam, poczułam lekki dreszcz wzdłuż kręgosłupa.

— To świetnie — fuknęłam, krzyżując ramiona na piersi i bezczelnie muskając go wzrokiem od góry do dołu. — Bo wasza kuchnia właśnie próbowała wysłać mnie na tamten świat. Zgłaszałam pani śmiertelną alergię na orzechy. Co jest na moim talerzu, szefie?

Aleksander podszedł bliżej. O wiele za blisko. Naruszył moją przestrzeń osobistą na tyle, że poczułam intensywny zapach jego perfum — dym, skóra, coś męskiego, surowego i cierpkiego. Spojrzał na talerz, po czym uniósł głowę i przeniósł swój wzrok na mnie. Jego oczy nie wyrażały strachu ani zakłopotania. Były obezwładniająco uważne.

— Ma pani absolutną rację — odpowiedział krótko, nie mrugnąwszy okiem. — Ktoś na mojej kuchni zachował się jak kompletny idiota. Nie będę pani bzdurnie przepraszał i udawał, że nic się nie stało. To się nie miało prawa wydarzyć w moim lokalu.

Zaskoczył mnie. Spodziewałam się tanich kłamstw, wymówek i kelnerskiego skamlenia, a dostałam surową szczerość właściciela, który najwyraźniej nie nawykł do tolerowania czyichś błędów. Mimo to nie zamierzałam odpuścić. Napięcie między nami stało się wyraźnie wyczuwalne. Nie wiedziałam, dlaczego jego obecność tak bardzo wytrąca mnie z równowagi.

— I to wszystko? „Ma pani rację”? Traktujecie alergie jak głupi kaprys! Mogłam umrzeć! — mój głos zadrżał, a do oczu, wbrew mojej woli, napłynęły łzy.

Wściekłość nagle zaczęła pękać pod wpływem jego bliskości, odsłaniając to całe upokorzenie, ból i samotność, które przywiozłam ze sobą z Poznania. Czułam się tak cholernie bezsilna.

Aleksander zauważył tę zmianę. Jego wyraz twarzy stwardniał. Zniknął chłodny, biznesowy dystans, a w jego oczach pojawiło się coś władczego i dziwnie zaborczego. Zrobił kolejny krok w moją stronę, niemal dotykając swoim torsem moich ramion.

— Proszę usiąść — rozkazał cicho, a w jego głosie pojawiła się nuta dominacji, od której aż przeszły mnie ciarki.

— Nie będę siadać, wychodzę…

— Powiedziałem: proszę usiąść — powtórzył wolniej.

W jego głosie było coś, co sprawiło, że zanim zdążyłam zaprotestować, usiadłam. Sama byłam tym zaskoczona. Opadłam bezwładnie na krzesło. Aleksander oparł dłonie o krawędź mojego stołu, pochylając się nade mną tak blisko, że zobaczyłam małą bliznę tuż nad jego lewą brwią. Patrzył mi prosto w oczy, jakby zupełnie zapomniał o reszcie sali.

— Nie wygląda pani na kobietę, która płacze z powodu zepsutej kolacji — powiedział cicho, a jego wzrok zsunął się na moje drżące wargi. — Kuchnia zaraz przygotuje dla pani nowe danie. Osobiście dopilnuję, żeby kucharze zrobili to perfekcyjnie. A pani tu posiedzi, uspokoi oddech i zje kolację. Na mój koszt.

Odwrócił się i ruszył w stronę zaplecza, a ja zostałam przy stoliku, trzęsąc się na całym ciele. Ale tym razem to nie była wściekłość na Michała. To było napięcie, którego zupełnie się po sobie nie spodziewałam.

Minęło dokładnie dziesięć minut. Siedziałam sztywno, wpatrując się w ciemniejące za oknem morze i próbując zapanować nad szalejącym tętnem. Nagle drzwi kuchni znowu się otworzyły. Aleksander szedł przez salę, niosąc w dłoni parujący talerz. Postawił potrawę przede mną — kaczka lśniła w idealnym, malinowym sosie, a zapach ziół drażnił moje zmysły. Żadnych orzechów. Czysta perfekcja.

Zamiast jednak odejść, chwycił za oparcie krzesła naprzeciwko mnie, odsunął je i bez pytania usiadł. Jego sylwetka odcięła mnie od reszty gwarnego lokalu. Oparł przedramiona o stół, nachylając się ku mnie.

— Proszę zjeść, zrobione pod moim osobistym nadzorem — wymruczał, a jego oczy uwięziły mój wzrok.

Chwyciłam za widelec. Pod jego uważnym spojrzeniem każdy kęs wydawał się bardziej intymny, niż powinien. Jedzenie było doskonałe, ale napięcie między nami sprawiało, że ledwo mogłam przełykać. Kiedy skończyłam, kelnerka szybko sprzątnęła naczynia, a Aleksander skinął na nią głową. Minutę później na stole pojawiła się mała, porcelanowa filiżanka.

— Czarna. Gorzka. Mocna. Bez zbędnych oszukiwaczy smaku — powiedział cicho, przesuwając filiżankę w moją stronę.

Uniosłam brew, przyjmując wyzwanie.

— Skąd pan wie, jaką piję kawę? Znowu pan zgaduje?

— Nie muszę zgadywać — uśmiechnął się lekko, a jego wzrok zatrzymał się na moich ustach. — Masz w sobie zbyt dużo buntu, żeby rozwadniać rzeczywistość mlekiem. Przyjechałaś z daleka, prawda? Rejestracja twojego auta na moim parkingu mówi jasno: Poznań. Poza tym wyglądasz jak ktoś, kto przed czymś ucieka. Głupio mi jednak rozmawiać z kobietą, której imienia wciąż nie znam. Jak się nazywasz?

Bliskość jego ciała i dymny zapach perfum sprawiały, że trudno było mi zebrać myśli. Spojrzałam mu prosto w oczy, zrzucając ostatnie maski obronne.

— Maja — wypowiedziałam miękko.

Aleksander posmakował mojego imienia na ustach, a jego uśmiech stał się niebezpiecznie zmysłowy.

— Maja — wymruczał chropowatym szeptem. — Pięknie. A teraz powiedz mi, Maja… co tak poukładanego i grzecznego w tobie pękło, że postanowiłaś uciec na sam koniec świata tuż przed weekendem?

Upuściłam kostkę cukru z powrotem do cukiernicy, choć i tak nie miałam zamiaru słodzić. Uniosłam filiżankę, pozwalając, by gorący napar parował prosto w moją twarz. Zapach kawy na moment zagłuszył woń jego perfum, ale bliskość Aleksandra wciąż działała na moje zmysły jak trucizna.

— Osiem lat — powiedziałam cicho, patrząc na ciemny płyn w porcelanie, a potem przenosząc wzrok prosto na jego twarz. — Osiem lat budowania idealnego, poukładanego świata, w którym każdy dzień był rozpisany co do minuty. Korporacja w Poznaniu, bezpieczny narzeczony, winietki dla gości posortowane od linijki i suknia ślubna, która jutro miała stać się ostatecznym przypieczętowaniem tego wszystkiego.

Aleksander słuchał mnie w absolutnym skupieniu, a jego sylwetka nachyliła się tak bardzo, że niemal dotykał piersią krawędzi stołu. Widziałam, jak mięsień na jego szczęce mocno drgnął.

— I co się stało, Maja? — jego głos obniżył się o oktawę, stając się chropowatym szeptem, który przeszedł wibracją prosto do mojego podbrzusza. — Klatka okazała się za ciasna?

— Klatka była idealna — uśmiechnęłam się słabo, czując narastającą wściekłość. — Dopóki wczoraj wieczorem, na kilkanaście godzin przed wejściem do kościoła, nie odkryłam, że mój nieskazitelny narzeczony woli… testować elastyczność siedzeń w swoim samochodzie z naszą sąsiadką.

Wokół nas, na zatłoczonej sali restauracyjnej, wciąż tętniło życie, ale przy naszym stoliku panowała naelektryzowana cisza. Aleksander powoli przeniósł wzrok z moich oczu na moje usta, a w jego źrenicach błysnęła bezwzględność.

— Żałosny skurwiel — warknął cicho, a jego dłoń powoli przesunęła się po obrusie.

Jego palce zatrzymały się zaledwie milimetr od moich, ale nie dotknął mnie. Ta bliskość działała na mnie bardziej niż jakikolwiek gest.

— Więc rozdarłam suknię nożyczkami, kazałam mu spierdalać i wsiadłam w auto — dokończyłam, a mój oddech stał się płytszy. — Nie opowiedziałam o tym nawet własnej matce. A teraz siedzę na końcu świata i spowiadam się facetowi, którego znam od dwudziestu minut. Satysfakcjonuje pana ta odpowiedź, szefie?

Aleksander milczał przez chwilę. Jego wzrok przesunął się po mojej twarzy, zatrzymał na ustach, a potem wrócił do oczu.

— Nie satysfakcjonuje mnie, Maja.

Jego dłoń wreszcie się poruszyła. Długie palce oplotły mój nadgarstek, a kciuk zatrzymał się tuż nad pulsującą żyłą.

Dreszcz przeszedł mi po plecach.

— Bo widzę, że pod tym lodem i wściekłością kryje się kobieta, która od ośmiu lat nie miała pojęcia, co to znaczy naprawdę płonąć — powiedział cicho. — I chyba właśnie dlatego tu uciekłaś.

Przez chwilę nie potrafiłam się poruszyć. Chciałam zabrać rękę, ale jego spojrzenie skutecznie mnie zatrzymało. Jego kciuk przesunął się po wewnętrznej stronie mojego nadgarstka. Ten prosty gest wystarczył, żeby całe moje ciało zareagowało.

— Puść mnie — szepnęłam.

— Nie chcę — odpowiedział bez wahania.

Nachylił się jeszcze bliżej. Jego druga dłoń uniosła się i delikatnie dotknęła mojego podbródka.

— Przez osiem lat pozwalałaś, żeby jakiś tchórz mówił ci, co masz jeść, co nosić i jak żyć — wyszeptał. — Ale oboje wiemy, że nie przyjechałaś tutaj po to, żeby znowu być grzeczną dziewczynką.

Jego palce przesunęły się w dół, zatrzymując na moment przy moim obojczyku. To było za dużo. Gwałtownie szarpnęłam nadgarstkiem i wyrwałam się z jego uścisku. Zsunęłam się z krzesła i wstałam na równe nogi. Moje kolana były jak z waty, a serce tłukło się o żebra z siłą tsunami.

— Przekracza pan granice, szefie — rzuciłam, próbując nadać głosowi pewność, której wcale nie czułam. — Dziękuję za kolację. Ale na tym kończymy tę rozmowę.

Aleksander nie ruszył się z krzesła. Obserwował mnie spokojnie.

— Do zobaczenia, Maja — powiedział.

Nie odpowiedziałam. Chwyciłam torebkę i wybiegłam z restauracji. Pchnęłam szklane drzwi i wypadłam z ciepłego wnętrza Latarni prosto w deszcz i chłodny wiatr. Nadmorska ulewa ochłodziła mi twarz. Wsiadłam do samochodu, zatrzasnęłam drzwi i przekręciłam kluczyk. Kiedy ruszyłam, spojrzałam na swój nadgarstek. Miejsce, w którym dotykał mnie Aleksander, wciąż było dziwnie rozgrzane. Uciekłam przed nim do samotnego domku. Ale gdzieś głęboko wiedziałam, że to jeszcze nie koniec.

ROZDZIAŁ 3

Trzasnęłam drzwiami domku letniskowego z taką siłą, że aż brzęknęły szyby w bocznych okienkach przedpokoju. Przekręciłam klucz w zamku dwa razy, jakbym chciała ostatecznie odgrodzić się od nocy, nawałnicy i przede wszystkim od faceta, który wytrącił mnie z równowagi.

— Co za bezczelny, arogancki dupek! — warknęłam w pustą przestrzeń salonu, rzucając torebkę na kanapę.

Nadgarstek wciąż pamiętał jego dotyk. Próbowałam wyrzucić z głowy zarówno jego słowa, jak i spojrzenie, którym śledził każdy mój ruch. Przez całą drogę powrotną wmawiałam sobie, że ten dreszcz to wynik burzy, ale oszukiwanie samej siebie wychodziło mi dziś wyjątkowo marnie. Aleksander przekroczył wszelkie granice. Wszedł w moją przestrzeń z butami, dotknął mnie bez pytania i bawił się mną. Miałam wrażenie, że od pierwszej sekundy wiedział, że pod moim uporządkowanym życiem kryje się coś, czego sama jeszcze nie potrafiłam nazwać. Musiałam się zresetować. Zmyć z siebie zapach jego perfum, posmak kaczki i to uczucie, że tracę kontrolę nad własnym ciałem.

Odkręciłam kran w łazience, napełniając wannę po same brzegi. Zrzuciłam ubrania i zanurzyłam się w gorącej kąpieli, zamykając oczy. Próbowałam myśleć o Michale, próbowałam zmusić się do płaczu z powodu odwołanego ślubu, ale zamiast twarzy mojego byłego narzeczonego, pod powiekami wciąż stawał mi ten sam profil właściciela Latarni.

Nagle z błogiego otępienia wyrwał mnie miarowy dźwięk. Kap… kap… kap…

Otworzyłam oczy i spojrzałam w górę. Duże krople wody leniwie spadały z gipsowego sufitu prosto na moje kolana. Wokół lampy zdążył się już utworzyć żółtawy zaciek, który powiększał się z każdą sekundą. Woda zaczynała ciurkiem spływać na kafelki.

— No nie, po prostu genialnie — syknęłam, wyskakując z wanny.

Owinęłam się pospiesznie ręcznikiem, podtrzymując go nad piersiami i z mokrymi stopami pobiegłam do salonu po telefon. Bez namysłu wybrałam numer do starszej właścicielki posesji, pani Marii. Telefon odebrała po trzech sygnałach.

— Pani Mario, bardzo przepraszam, że dzwonię o tej porze — zaczęłam gorączkowo, przecierając twarz dłonią. — Ale w domku leci mi woda z sufitu w łazience. Boję się, że zaraz zaleje całą instalację elektryczną.

— Ojej, dziecko, tak mi przykro! — w słuchawce rozległ się przejęty, starszy głos. — Ta burza musiała coś naruszyć na dachu albo spowodować przeciek. Spokojnie, mój syn akurat jest w pobliżu, zajmuje się konserwacją tych budynków. Zadzwonię do niego, podjedzie do pani z narzędziami w ciągu dziesięciu minut i to sprawdzi, dobrze?

— Dobrze, dziękuję bardzo. Będę czekać — odetchnęłam z ulgą i rozłączyłam się.

Wróciłam do sypialni, zamierzając wciągnąć na siebie dres, ale nie zdążyłam nawet otworzyć walizki, gdy ciszę nocy rozdarło głośne pukanie do drzwi wejściowych. Skoro miał być za dziesięć minut, chyba mieszka na sąsiedniej działce. — pomyślałam, ruszając w stronę korytarza. Wciąż byłam owinięta jedynie ręcznikiem, ale sytuacja była awaryjna, a woda w łazience kapała coraz głośniej.

Nacisnęłam klamkę i szarpnęłam drzwi do siebie.

Słowa powitania zamarły, a serce podeszło pod same gardło. Na progu domku, skąpany w smugach deszczu, trzymając w jednej ręce skrzynkę z narzędziami, stał Aleksander.

Miał na sobie tę samą czarną koszulę, teraz lekko wilgotną od deszczu, a na jego twarzy malował nieznośnie pewny siebie uśmiech.

— Dobry wieczór ponownie, Maja — wymruczał niskim głosem, który sprawił, że moje bose stopy niemal wbiły się w podłogę.

— Ty… co ty tu robisz?! — wykrztusiłam, cofając się o krok z szoku. Moje dłonie odruchowo zacisnęły się mocniej na krawędzi ręcznika, który ledwo zakrywał moje nagie ciało. — Śledzisz mnie?! Skąd wiedziałeś, gdzie mieszkam?! Zadzwonię po policję, przysięgam!

Aleksander wszedł do przedpokoju bez zaproszenia, zamykając za sobą drzwi. Postawił skrzynkę na podłodze, po czym wyprostował się, górując nade mną swoją sylwetką.

— Przestań panikować, mała — powiedział spokojnie, a jego oczy zjechały w dół, taksując moje nagie ramiona, dekolt i bose nogi wystające spod ręcznika. W jego źrenicach rozpalił się ogień. — Pani Maria to moja matka. Zadzwoniła, że u nowej lokatorki jest przeciek z sufitu, więc przyjechałem. Choć muszę przyznać, że nie spodziewałem się zastać tutaj ciebie i w dodatku w tak… oszczędnym stroju.

— Wyjdź stąd — syknęłam, czując, jak krew uderza mi do policzków, a wściekłość miesza się z podnieceniem. — Nie chcę twojej pomocy. Poradzę sobie sama.

— Taa, jasne — parsknął śmiechem, zbliżając się do mnie na odległość jednego kroku. Naruszył moją przestrzeń tak gwałtownie, że poczułam bicie ciepła od jego ciała. — Poradzisz sobie z instalacją wodną za pomocą tego ręcznika? Gdzie cieknie?

— W łazience — warknęłam przez zaciśnięte zęby, wskazując ręką odpowiednie drzwi, bo uświadomiłam sobie, że plama na suficie za chwilę doprowadzi do zwarcia. — Napraw to i spieprzaj stąd.

Aleksander uniósł lekko brwi, jakby bawił go mój opór, podniósł skrzynkę i wszedł do łazienki. Ruszyłam za nim, stając w progu i pilnując każdego jego ruchu.

Lokalizacja usterki zajęła mu kilka sekund. Postawił skrzynkę na kafelkach, podszedł do głównego zaworu pod umywalką i chwycił za klucz francuski. Jego ramiona napięły się pod materiałem koszuli, gdy spróbował dokręcić obluzowaną nakrętkę starej rury prowadzącej do sufitu.

— Ktoś tu odstawił niezłą fuszerkę — mruknął pod nosem, napierając na klucz z całej siły.

I wtedy wszystko potoczyło się błyskawicznie. Stare, skorodowane metalowe łączenie nie wytrzymało nacisku. Usłyszałam tylko trzask, a rura pękła.

Strumień wody wystrzelił pod ciśnieniem, uderzając prosto w sufit i zalewając łazienkę. Aleksander zareagował natychmiast. Dopadł do korytarza, a sekundę później zgrzyt zakręcanego zaworu odciął dopływ. Gdy wrócił, całe pomieszczenie ociekało wodą, a on stał na środku mokrej posadzki, przemoczony od stóp do głów.

Przemoczony materiał koszuli oblepiał jego ciało, podkreślając szerokie ramiona i mocno zarysowaną klatkę piersiową. Zaklął pod nosem, złapał za jej krawędź i jednym ruchem ściągnął ją przez głowę i wrzucił do wanny.

Przez chwilę stałam bez ruchu.

Teraz wyglądał jeszcze bardziej imponująco. Na ramionach i piersi ciągnęły się ciemne tatuaże, których wzór znikał częściowo pod mokrą skórą. Odwrócił się w moją stronę i przeczesał dłonią mokre włosy. Oczywiście, że zauważył mój wzrok.

— Masz jakiś ręcznik, Maja? — zapytał spokojnie.

Moje serce tłukło się o żebra w tak szaleńczym rytmie, że aż brakowało mi tchu. Jego wzrok palił moją skórę, a widok ociekającej wodą klatki piersiowej sprawiał, że mój świat ostatecznie legł w gruzach. Stałam, kurczowo trzymając krawędź ręcznika, który był moją jedyną linią obrony.

— Ręcznik… tak, zaraz — wykrztusiłam, próbując odzyskać choć odrobinę godności.

Odwróciłam się, chwytając za duży ręcznik wiszący na haczyku przy drzwiach. Moje dłonie tak mocno się trzęsły, że omal go nie upuściłam. Zrobiłam krok do przodu, wyciągając rękę w stronę Aleksandra, byle tylko zachować między nami bezpieczny dystans.

To był błąd. Kompletny, idiotyczny błąd.

Zapomniałam, że cała podłoga łazienki zamieniła się w małe jezioro. Moja bosa stopa niefortunnie trafiła na mokre kafelki. Poczułam, jak tracę przyczepność. Moje ciało bezwładnie poleciało w przód, a z gardła wyrwał się krzyk.

Nie uderzyłam o twardą podłogę. Wpadłam z impetem prosto na jego nagą klatkę piersiową. Jego dłoń wbiła się w moją talię, przygniatając moje ciało do swojego torsu, by uratować mnie przed upadkiem. Siła uderzenia sprawiła, że ręcznik, którym byłam owinięta, poluzował się i zsunął niebezpiecznie nisko, odsłaniając moje nagie piersi, które teraz mocno dociskały się do jego skóry.

Zabrakło mi tchu. Ciepło bijące od jego ciała ogarnęło mnie falą ekstazy. Byliśmy tak blisko, że czułam uderzenia jego serca tuż pod swoim policzkiem. Woda z jego mokrych włosów kapała mi na ramiona, a w powietrzu unosił się ten obłędny zapach jego perfum.

Aleksander uniósł moją twarz, chwytając za podbródek. Jego źrenice rozszerzyły się tak bardzo, że niemal przysłoniły tęczówki. Patrzył na moje rozchylone wargi z taką żądzą, że aż zakręciło mi się w głowie.

— Mówiłem ci, Maja… — wychrypiał, a jego gorący oddech musnął moją skórę, przyprawiając mnie o dreszcz. — Pod tym lodem ukrywasz ogień. I oboje wiemy, że zaraz spłoniesz.

Pochylił głowę, zamierzając władczo zatopić swoje usta w moich. Pożądanie sparaliżowało moje mięśnie, ale w głowie odpalił się instynkt obronny. Przypomniałam sobie Michała. Przypomniałam sobie to obrzydliwe poczucie, że znowu ktoś traktuje mnie jak zdobycz, jak posłuszną lalkę, która nie ma prawa głosu. Nie będę kolejną łatwą nagrodą dla pewnego siebie faceta.

Zanim jego usta dotknęły moich, uniosłam dłoń i z całej siły uderzyłam go w twarz. Głośne uderzenie rozniosło się echem po łazience, przecinając szum kapiącej wody. Siła mojego ciosu sprawiła, że głowa Aleksandra odskoczyła w bok, a na jego pokrytym zarostem policzku zaczął wykwitać czerwony ślad.

— Puść mnie, ty chamski dupku! — wrzasnęłam, oddychając ciężko. Szarpnęłam się w tył, próbując wyrwać się z jego uścisku, kurczowo naciągając zsuwający się ręcznik z powrotem na piersi. — Kim ty w ogóle jesteś, żeby tak mnie traktować?! Wynoś się z mojego domku!

Próbowałam odwrócić się i uciec do sypialni, ale on nie należał do mężczyzn, których można było tak po prostu odprawić.

Aleksander nie cofnął się ani o milimetr. Cios w twarz nie wywołał w nim wściekłości — wywołał coś o wiele bardziej niebezpiecznego. Na jego ustach pojawił się uśmiech, a w oczach rozpalił się zachwyt. Mój opór, zamiast go zniechęcić, rozpalał go do granic możliwości.

Zanim zdążyłam zrobić choć jeden krok w stronę korytarza, jego dłoń znowu wbiła się w mój nadgarstek. Szarpnął mną z bezkompromisową siłą, obracając moje ciało i z impetem dociskając moje plecy do mokrej ściany łazienki.

Jęknęłam cicho z zaskoczenia, gdy zimne kafelki zderzyły się z moją nagą skórą. Aleksander naparł na mnie całym swoim ciężarem, więżąc moje nogi między swoimi udami. Jego wzrok przewiercił moją duszę na wskroś.

— Myślisz, że możesz mnie uderzyć i tak po prostu odejść, mała? — warknął chropowatym głosem, od którego całe moje podbrzusze zalała fala wilgoci. — Źle trafiłaś.

I zanim zdążyłam nabrać powietrza, by znowu na niego nakrzyczeć, pochylił się i zatopił swoje usta w moich.

Pocałunek Aleksandra był atakiem na moje zmysły. Jego usta, gorące i twarde, wdarły się głęboko, dyktując szaleńcze warunki, a jego szorstki zarost przyjemnie drażnił moją skórę. Poczułam, jak cała moja dotychczasowa duma zaczyna topić się pod wpływem tego żaru. Moje ciało, wbrew mojej woli, wygięło się w łuk, dociskając nagie piersi do jego torsu.

Ale wściekłość w moim sercu wciąż była silniejsza niż rodząca się rozkosz. Nie mogłam pozwolić, by kolejny mężczyzna po prostu wziął to, na co miał ochotę, ignorując moje zdanie.

Wykorzystując moment, w którym jego uścisk na moim nadgarstku minimalnie zelżał, szarpnęłam głową w bok, wyrywając usta z tego zachłannego pocałunku. Złapałam głęboki oddech i zanim zdążył zorientować się, co planuję, uderzyłam go w ten sam rozpalony policzek.

Znowu zamarłam, oddychając szybko i płytko. Spodziewałam się, że teraz naprawdę straci panowanie nad sobą. Że wścieknie się albo odpowie brutalną siłą.

Tymczasem stało się coś, co mnie zszokowało.

Aleksander powoli odwrócił głowę w moją stronę. W miejsce gniewu, na jego ustach pojawił się uśmiech, a w oczach palił się zachwyt. Mój bunt, zamiast go zniechęcić, rozpala go do granic możliwości.

Zamiast znowu mnie pocałować, jego uścisk wokół mojego ciała stał się dziwnie pewny i opiekuńczy. Przeniósł swoje dłonie na moje plecy, mocno dociskając mnie do siebie, by ręcznik znowu się nie zsunął.

— Masz charakter, mała. Cholernie to w tobie lubię — wymruczał. Uniósł głowę, patrząc na wciąż ciurkającą z sufitu wodę, która powoli zalewała całe pomieszczenie. — Ale jeśli zaraz nie ogarniemy tej łazienki, to woda zaleje cały domek i zniszczy instalację. A ja nie mam zamiaru pozwolić, żebyś spędziła tę noc w basenie.

— Więc co zamierzasz zrobić? — wykrztusiłam, starając się, by mój głos brzmiał twardo, choć cała drżałam.

— Zamierzam przenieść cię w bezpieczne miejsce — odpowiedział spokojnie. Zanim zdążyłam choćby pomyśleć o proteście, pochylił się, wsunął swoje prawe ramię pod moje pośladki, a lewe pod plecy i płynnym ruchem uniósł mnie w górę.

Znalazłam się nad ziemią, niesiona w jego ramionach. Instynktownie oplotłam rękami jego kark, a mój poluzowany ręcznik ledwo zakrywał moje nagie ciało. Aleksander wyszedł ze mną z łazienki, bez problemu minął korytarz i kopnięciem otworzył drzwi wyjściowe, wychodząc prosto w deszczową noc.

Chłodne krople nawałnicy uderzyły w moją skórę, sprawiając, że aż syknęłam z zimna. Aleksander jednak szedł przez ciemny las niezwykle pewnie, ignorując fakt, że sam był boso i miał na sobie tylko mokre spodnie. Trzymał mnie tak mocno i bezpiecznie, że po raz pierwszy od ucieczki z Poznania poczułam, jak cały ten paraliżujący strach zaczyna powoli ulatniać się z mojego ciała.

Minęliśmy gęstą ścianę drzew i po kilkudziesięciu metrach dotarliśmy do kolejnego, ukrytego w głębi lasu drewnianego domku. Aleksander bez problemu otworzył drzwi łokciem, wszedł do ciepłego przedpokoju i zatrzasnął za nami burzę.

W tym nowym miejscu panował błogi spokój. Wniósł mnie na górę do sypialni i delikatnie położył na miękkim łóżku, pachnącym świeżą pościelą.

Stanął nad materacem, ociekając wodą, a jego sylwetka w półmroku pokoju wyglądała niesamowicie dominująco.

— Tutaj jesteś bezpieczna, Maja — powiedział cicho. — Zostawię cię samą, żebyś mogła odpocząć. Twoją walizkę przyniosę rano. Śpij dobrze.

Odwrócił się na pięcie, zamierzając odejść, a ja zostałam na środku wielkiego łóżka, trzymając ręcznik i wpatrując się w jego plecy. Coraz częściej łapałam się na tym, że robię dokładnie to, czego przez całe życie sobie odmawiałam — przestawałam wszystko kontrolować. Uciekłam przed klatką Michała, a zostałam uwięziona w nowej grze, z której wcale nie miałam ochoty uciekać.

ROZDZIAŁ 4

Obudził mnie szum morza. Nie był to jednak ten sam ryk wzburzonych fal, który towarzyszył mi w drodze z Poznania. Bałtyk brzmiał teraz spokojnie, przetaczając wodę po brzegu. Otworzyłam oczy, mrużąc je przed promieniami porannego słońca, które wdzierały się przez okno sypialni.

Przez chwilę nie miałam pojęcia, gdzie się znajduję. Leżałam na środku łóżka, zatopiona w pachnącej wiatrem i czystością pościeli. Dopiero gdy poruszyłam ramieniem, wszystkie obrazy wróciły z siłą wodospadu. Pęknięta rura. Łazienka zamieniona w basen. Dwa siarczyste policzki, które wymierzyłam Aleksandrowi i te ramiona, które w środku nocy przeniosły mnie przez las prosto do tego łóżka.

Zadrżałam na samo wspomnienie dotyku jego palców na mojej szyi.

Usiadłam na materacu, a mój wzrok padł na szafkę nocną. Stała na niej taca z obłędnie pachnącym śniadaniem z Latarni — chrupiące croissanty, miseczka ze świeżymi owocami i kubek czarnej kawy. Dokładnie takiej, jaką lubiłam. W rogu pokoju dostrzegłam moją walizkę, którą musiał przynieść tu o świcie. Ale to, co leżało tuż obok tacy, sprawiło, że mój oddech na moment zamarł.

Czysta, idealnie wyprasowana, wielka czarna męska koszula Aleksandra. Na jej materiale spoczywał mały pasek papieru z napisanym twardym pismem liścikiem: „Twoje ubrania wciąż schną w suszarce. Załóż to i zjedz. A.”

— Bezczelny typ — mruknęłam pod nosem, ale na moich ustach pojawił się uśmiech.

Zsunęłam się z łóżka. Byłam naga, więc bez dłuższego zastanawiania się chwyciłam za jego koszulę i wciągnęłam ją przez głowę. Materiał był tak duży, że sięgał mi niemal do połowy ud, a rękawy musiałam podwinąć kilka razy, by w ogóle odsłonić dłonie. Koszula pachniała nim — tym intensywnym aromatem dymu, skóry i gorzkich perfum, który powoli stawał się moim nowym uzależnieniem. Świadomość, że pod spodem nie mam na sobie absolutnie nic, sprawiała, że dotyk chłodnej satyny na mojej skórze wywoływał falę dreszczy.

Napiłam się łyka kawy i boso wyszłam na zewnątrz przez tarasowe drzwi.

Gdy tylko przekroczyłam próg, z moich ust wyrwał się zachwyt. Ten nowy domek był położony w miejscu o niebo piękniejszym niż poprzedni. Nie stał w głębi gęstego lasu, ale na samym skraju wydm, osłonięty przed okiem postronnych osób ścianą dzikich róż i sosen. Z drewnianego tarasu schodziło się bezpośrednio na małą, prywatną plażę. Biały piasek lśnił w porannym słońcu, a woda obmywała brzeg zaledwie trzydzieści metrów od miejsca, w którym stałam. To był prywatny raj. Ukryty kawałek świata, o którym istnieniu nie miałam pojęcia.

Oparłam się o barierkę tarasu, przymykając oczy i chłonąc ciepło poranka. Przez osiem lat mojego życia każdy dzień zaczynał się od budzika, sprawdzania korporacyjnych e-mail i słuchania Michała, który od rana rozplanowywał nasz budżet. Tutaj, w koszuli obcego faceta, patrząc na szumiący Bałtyk, po raz pierwszy poczułam, że naprawdę oddycham.

Nagle tę błogą ciszę i moje rozmyślania przerwał rytmiczny trzask dobiegający z tyłu domku. Łup. Łup. Łup. Dźwięk uderzania metalu o twarde drewno niósł się echem po wydmach.

Przygryzłam wargę. Poprawiłam kołnierz koszuli i boso ruszyłam po rozgrzanych deskach tarasu na tyły posesji. Minęłam róg budynku i zamarłam, ukrywając się lekko w cieniu rozłożystej sosny.

Na małej leśnej polance, tuż obok wielkiego pieńka, stał Aleksander.

Był bez koszulki i miał na sobie jedynie znoszone spodnie robocze. Trzymał w dłoniach siekierę. Uniósł ją wysoko nad głowę, po czym jednym ruchem rozłupał pień na dwie części.

Przez chwilę patrzyłam na niego bez słowa.

Ciemny tusz tatuaży poruszał się wraz z pracującymi mięśniami jego pleców i ramion. Rąbał drewno do kominka, jakby było to najzwyklejsze zadanie na świecie. Najwyraźniej naprawdę zamierzał zadbać o to, żebym wieczorem nie zmarzła.

Nadepnęłam niefortunnie na suchą gałązkę, która pękła pod moją bosą stopą. Aleksander od razu zamarł z uniesioną siekierą. Opuścił ją powoli, wbił ostrze w pień drzewa i odwrócił się w moją stronę. Przetarł spocone czoło przedramieniem, a jego oczy momentalnie ściemniały, gdy zauważył, jak stoję przed nim boso, w samej jego koszuli sięgającej połowy ud.

Na jego ustach pojawił się uśmiech, który tak bardzo mnie drażnił i jednocześnie fascynował.

— Widzę, że nowa lokatorka wreszcie raczyła wstać — wymruczał, taksując wzrokiem moje nogi. — I muszę przyznać, że moja koszula leży na tobie o niebo lepiej niż na mnie.

Uniosłam podbródek, starając się zignorować fakt, że poranny wiatr podwiewał dół koszuli, chłodząc moje nagie uda. Zrobiłam kilka kroków naprzód, idąc po miękkim mchu, dopóki nie stanęłam dwa metry od wielkiego pieńka.

— Nie przyzwyczajaj się do tego widoku, szefie — rzuciłam, krzyżując ramiona na piersi i muskając go wzrokiem od góry do dołu z taką samą bezczelnością, z jaką on patrzył na mnie. — Twoja koszula wróci do szafy, jak tylko odzyskam swoje ubrania. Swoją drogą, nie sądziłam, że zamożny właściciel restauracji spędza poranki z siekierą w ręku. Co ty właściwie robisz?

Aleksander oparł dłoń na trzonku siekiery, a jego klatka piersiowa uniosła się w głębokim oddechu.

— Przygotowuję drewno do twojego kominka, Maja. Noce nad morzem bywają cholernie zimne, a po tym, co odstawiłaś w tamtej łazience, wolę mieć pewność, że niczego mi tu dzisiaj nie zamrozisz. No i liczyłem na to, że przyjdziesz mi podziękować za ratunek z potopu.

— Podziękować? — parsknęłam cicho, a w moich oczach błysnął upór. Zrobiłam krok bliżej, patrząc prosto na jego lewy policzek, na którym wciąż widać było lekko różowe ślady po moich wczorajszych ciosach. — Przeniosłeś mnie do innego domu bez mojej zgody, a teraz oczekujesz oklasków? Powiedz mi lepiej… boli cię twarz? Bo z tego, co pamiętam, oberwałeś dwa razy. I to całkiem solidnie.

Kącik ust Aleksandra uniósł się w zmysłowym uśmiechu. Nie odwrócił wzroku ani na sekundę. Wręcz przeciwnie — skrócił dystans między nami, omijając pieniek, i stanął tak blisko, że poczułam bijący od niego zapach lasu, potu i rozgrzanej skóry.

— Twarz mnie nie boli, mała — wymruczał. Pochylił się ku mnie, zniżając głos o oktawę. — Twój cios… to była dla mnie czysta przyjemność. Świadomość, że ten twój lód pękł na tyle, że straciłaś nad sobą kontrolę, była warta każdego uderzenia. Ale musisz popracować nad techniką, bo twoje dłonie strasznie drżały, kiedy mnie dotykałaś.

— To było z wściekłości! — fuknęłam, czując, jak krew uderza mi do policzków, a w dole brzucha eksploduje fala gorąca.

— Jesteś pewna, że tylko z wściekłości? — prowokował mnie dalej, patrząc na kołnierzyk koszuli, który zsunął się z mojego ramienia. — Bo kiedy niosłem cię przez las, trzymałaś się mojego karku tak mocno, jakby zależało od tego twoje życie. I wcale nie miałaś ochoty, żebym cię puszczał.

Wbiłam palce we własne przedramiona, walcząc z szaleńczym tętnem, które uderzało mi w skroniach. Ten facet był niemożliwy. Odwracał każdą moją obronę na swoją korzyść, a ta słowna przepychanka kręciła mnie bardziej niż jakikolwiek komplement, który usłyszałam w życiu.

— Jesteś niesamowicie pewny siebie, Aleksander — syknęłam, cofając się o pół kroku, by nie dać mu satysfakcji z tego, jak bardzo na mnie działa. — Ale zapominasz o jednej, kluczowej rzeczy.

— O jakiej? — uniósł brew.

— O tym, że wciąż trzymam w ręku następny cios. I tym razem mogę celować o wiele niżej.

Aleksander zaśmiał się głośno, wywołując u mnie gęsią skórkę. Wyciągnął rękę, łapiąc za kołnierz na moim ramieniu i delikatnie go poprawił, by zakryć moje ramię. Jego palce musnęły mój obojczyk.

— Przyjmuję wyzwanie, Maja — szepnął, nachylając się prosto do mojego ucha. — Ale teraz wracaj na taras i zjedz śniadanie, zanim wystygnie. Bo jeśli chcesz ze mną walczyć, będziesz potrzebować mnóstwo siły.

— Wal się, szefie — rzuciłam krótko, posyłając mu zadziorne spojrzenie.

Odwróciłam się i dumnie, nie oglądając się za siebie, ruszyłam z powrotem w stronę tarasu. Słyszałam za plecami jego rozbawiony śmiech, który sprawił, że moje serce znowu potknęło się o własny puls. Wróciłam do salonu, usiadłam na kanapie i z satysfakcją zjadłam jeszcze ciepłego croissanta, popijając go kawą. Musiałam przyznać, że śniadanie było obłędne, ale zapach jego koszuli, nie pozwalał mi zapomnieć o parzącym dotyku jego rąk.

Zaledwie dwadzieścia minut później, gdy odkładałam pustą tacę, w przedpokoju rozległ się dźwięk otwieranych drzwi. Chwilę później w progu stanął Aleksander. Przebrał się już w czystą koszulkę, która opinała jego ramiona, a w dłoni niósł stertę moich suchych i pachnących ubrań. Wszedł do środka z tym swoim spokojem.

— Hola, hola! — zerwałam się, krzyżując ramiona na piersi i stając tuż przed nim. Koszula podwinęła się, odsłaniając moje udo. — A ty gdzie wchodzisz bez pozwolenia? Bez pukania? Naruszasz moją prywatność, szefie!

Aleksander rzucił moje ubrania na fotel w rogu pokoju, po czym odwrócił się i zrobił krok w moją stronę. Zbliżył się na tyle, że znowu musiałam zadrzeć głowę, żeby spojrzeć mu w oczy.

— Po pierwsze, mała, w ogóle nie muszę pytać cię o pozwolenie — powiedział spokojnie. — Ten domek nie jest na wynajem. To moje prywatne schronienie. Moja odskocznia od rzeczywistości, do której nie ma wstępu nikt z zewnątrz. Przeprowadziłem cię tu w nocy tylko dlatego, że w tamtym domku pękła rura, a w całym kompleksie nie było ani jednego wolnego miejsca. Więc to ty naruszasz mój azyl.

Spojrzałam na niego, czując, jak między nami znowu przeskakuje złośliwa iskra. — Ach tak? To może powinnam spakować walizkę i spać na plaży, żeby szanowny właściciel nie musiał dzielić się swoim cennym schronieniem?

— Mogłabyś. — Kącik jego ust uniósł się lekko. — Ale podejrzewam, że piasek w majtkach szybko by ci zbrzydł. Zresztą… lubię patrzeć, jak nosisz moje rzeczy. Wyglądasz w nich znacznie lepiej niż ja.

— Jesteś niemożliwy. — warknęłam, ale zanim zdążyłam się odsunąć, Aleksander wykonał ruch, którego kompletnie się nie spodziewałam.

Skrócił dystans do zera. Jego ramiona owinęły się wokół mojej talii, unosząc mnie. Znalazłam się na jego ramieniu, a z mojego gardła wyrwał się pisk.

— Aleksander, puszczaj mnie! Co ty robisz, wariacie?! — krzyczałam, wściekle uderzając pięściami w jego plecy.

Nie odpowiedział. Ruszył dynamicznym krokiem przez salon, wypadł na taras i zaczął biec w stronę szumiącego morza. Moje nogi bezradnie machały w powietrzu, a za duża koszula podwiewała na wietrze, odsłaniając moje nagie, krągłe pośladki. Piana morskich fal była coraz bliżej.

— Nie, nie, nie! Aleksander, stój! Ja nie umiem pływać! — wrzeszczałam w panice, ale on tylko zaśmiał się głośno.

Wbiegł prosto w lodowatą wodę Bałtyku, dotarł do miejsca, gdzie sięgała mu do pasa i bez najmniejszego wahania rozluźnił uścisk, wrzucając mnie prosto w spienioną głębinę.

Zimna woda uderzyła w moje ciało, oblepiając satynową koszulę wokół moich piersi i brzucha. Wpadłam pod powierzchnię, tracąc grunt pod nogami. Gdy wynurzyłam się, krztusząc się i plując słoną wodą, zobaczyłam Aleksandra. Stał kilka metrów dalej, brodząc w wodzie i przyglądał mi się z tym swoim cholernym triumfem.

— Aleksander! — wrzasnęłam, a w moim głosie zamiast wściekłości pojawił się strach. — Ja… ja nie umiem pływać! Pomocy!

Moje stopy bezskutecznie próbowały dotknąć dna, które uciekało pod wpływem prądu morskiego. Kolejna fala uderzyła mnie prosto w twarz, wpychając wodę do gardła i nosa. Zaczęłam chaotycznie machać rękami, idąc pod wodę po raz drugi. Świat wokół mnie zalała szara gęstwina, a w uszach pojawił się wysoki szum. Adrenalina i skrajne wycieńczenie zrobiły swoje — moje ciało po prostu odmówiło posłuszeństwa. Zanim straciłam resztki świadomości, poczułam jedynie, że jego ramię chwyta mnie pod wodą i ciągnie w górę.

Kiedy otworzyłam oczy, leżałam na plecach na rozgrzanym słońcem piasku. Pierwsze, co poczułam, to ból w klatce piersiowej i pieczenie w gardle. Gwałtownie kaszlnęłam, wypluwając resztki słonej wody.

Świat wokół mnie wciąż lekko wirował, ale nad moją twarzą znajdował się Aleksander. Był cały przemoczony, a włosy oblepiały mu czoło. W jego oczach pojawiła się ulga. Jego usta wciąż były dociśnięte do moich, a jego gorący oddech wtłaczał powietrze prosto w moje płuca.

Mój zamglony umysł zareagował natychmiast, wracając do trybu obronnego. On znowu to robi. Znowu wykorzystuje moją bezbronność, żeby mnie bezczelnie całować!

Zgromadziłam w sobie resztki sił i z całej siły uderzyłam go w twarz po raz trzeci w ciągu ostatnich dwunastu godzin.

— Ty… ty potworze! — wykrztusiłam, próbując się odsunąć na piasku i poprawiając mokrą koszulę, która odsłaniała moje ciało. — Znowu to robisz! Wykorzystujesz to, że omal nie utonęłam, żeby mnie… żeby mnie całować?!

Aleksander zamarł. Przez długie sekundy patrzył na mnie w milczeniu, a mięsień na jego szczęce pulsował od emocji. Otarł dłonią policzek, po czym westchnął ciężko, a w jego oczach błysnęła szczerość.

— Oszalałaś, mała? — wychrypiał. — Nie całowałem cię. Robiłem ci reanimację usta-usta, bo przestałaś oddychać pod wodą. Gdybym nie wyciągnął cię w ostatniej chwili, leżałabyś tu teraz martwa. Myślałem, że po prostu żartujesz z tym brakiem umiejętności pływania, Maja. Przestraszyłaś mnie na śmierć.

Słowa Aleksandra uderzyły we mnie jak obuchem. Spojrzałam na jego twarz i poczułam, jak fala wstydu i poczucia winy zalewa moje serce. On mnie ratował. A ja, w swoim chorym amoku obronnym, uderzyłam go po raz trzeci. Było mi tak głupio, że aż zakręciło mi się w głowie.

— Aleksander… ja… — mój głos załamał się całkowicie, a do oczu napłynęły łzy. — O Boże, tak strasznie cię przepraszam… Ja nie wiedziałam, myślałam że…

Nie skończyłam. Podciągnęłam się na piasku i rzuciłam się do przodu. Złapałam jego twarz w obie dłonie. Moje palce wbiły się w jego mokry zarost, a ja pochyliłam się i z czułością dotknęłam ustami jego lewy policzek.

Cmok. Za pierwszy cios z łazienki.

Cmok. Za drugi cios na mokrych kafelkach.

Cmok. Najdłuższy i najbardziej czuły, za trzeci cios, który dostał za niewinność.

Moje wargi wibrowały na jego skórze, a w dole mojego brzucha eksplodowała fala pożądania, że aż zabrakło mi tchu. Aleksander zesztywniał pod wpływem tego czułego ataku. Jego dłoń wbiła się w moje mokre włosy. Spojrzał mi głęboko w oczy — w jego źrenicach nie było już ani grama chłodu. Palił się w nich ogień drapieżnika, który właśnie otrzymał najpiękniejszą nagrodę za swoją walkę.

— Trzy pocałunki za trzy ciosy, Maja? — wychrypiał prosto w moje usta, a jego gorący oddech zalał moją twarz. — Uczciwy układ. Ale teraz… teraz zamierzam odebrać resztę długu.

W jego oczach błysnęła tak zaborcza żądza, że od razu zrozumiałam, co się święci. Aleksander zamierzał przejąć nade mną kontrolę na tym rozgrzanym piasku. Adrenalina wciąż szalała w moich żyłach, a w głowie zakiełkował mi ryzykowny plan. Zamiast znowu z nim walczyć słowami, postanowiłam odpłacić mu pięknym za nadobne.

Zanim jego usta zdołały dotknąć moich, rozluźniłam wszystkie mięśnie. Moje dłonie bezwładnie zsunęły się z jego twarzy, głowa opadła ciężko na bok, a ja zamknęłam oczy, odcinając się od świata. Przestałam się ruszać. Idealnie udawałam, że znowu straciłam przytomność przez to całe topienie i nadmiar emocji.

Poczułam, jak ciało Aleksandra sztywnieje nade mną.

— Maja? — w jego głosie, dotąd tak pewnym siebie, zatliła się panika. Podciągnął mnie wyżej, a jego dłoń zaczęła z drżącą czułością gładzić mój mokry policzek. — Maja, nie wygłupiaj się. Otwórz oczy. Słyszysz mnie, mała?! Obudź się!

Leżałam nieruchomo, walcząc z całych sił, by nie parsknąć śmiechem i nie zdradzić się ani jednym drgnięciem powiek. Dotyk jego palców na mojej skórze był teraz tak troskliwy, że aż serce mi rosło. Ten wielki mocarz, który przed chwilą rąbał drwa i wrzucał mnie do morza, trząsł się teraz nade mną jak nad kruchym szkłem.

— Kurwa! Ta kobieta kiedyś mnie wykończy… — warknął do samego siebie, a ja ledwo wytrzymywałam.

Aleksander przycisnął swoje czoło do mojego, a jego oddech parzył moją skórę. Ścisnął moje ramiona i wyszeptał prosto w moją twarz słowa, których absolutnie nie miał prawa wypowiedzieć na głos:

— Nie możesz mi teraz zgasnąć, Maja… Słyszysz mnie? Nie po to czekałem na kogoś takiego jak ty przez całe swoje pieprzone życie, żebyś teraz umarła na mojej plaży. Obudź się, bo bez ciebie ten cały świat znowu zamieni się w gówno.

Słowa uderzyły we mnie z siłą fali uderzeniowej. Całe rozbawienie wyparowało z mojego umysłu. Moje serce potknęło się o szaleńczy puls, a w brzuchu eksplodował gejzer emocji. Co on przed chwilą powiedział?!

Zapominając o swojej uroczej gierce, otworzyłam oczy. Mój wzrok spotkał się z jego spojrzeniem. Wbiłam palce w jego przedramiona i wypaliłam prosto w jego twarz:

— Co ty, kurwa, powiedziałeś?!

ROZDZIAŁ 5

Aleksander zamarł. Na jego twarzy pojawiło się tak wyraźne zdezorientowanie i zakłopotanie, że niemal usłyszałam, jak w jego głowie wszystko się zatrzymuje.

Zrozumiał.

Dotarło do niego, że ta cała bezbronna dziewczyna, która przed chwilą leżała na piasku, bezczelnie go rozegrała. A on dał się podejść jak amator i powiedział jej znacznie więcej, niż zamierzał.

Napięcie między nami zmieniło kierunek. Strach w jego oczach ustąpił miejsca urażonej dumie.

Gwałtownym ruchem zerwał się z kolan, aż piasek sypnął się na moje mokre nogi. Stanął nade mną, ciężko oddychając. Spojrzał z góry z taką wściekłością, jakby przez moment naprawdę rozważał wrzucenie mnie z powrotem do morza.

— Jesteś jebnięta, mała — warknął.

Odwrócił się i bez słowa ruszył w stronę lasu. Szedł szybkim krokiem, nawet raz nie oglądając się za siebie, a jego plecy lśniły w porannym słońcu.

Zostałam na piasku sama, z szeroko otwartymi oczami i sercem, które biło jak szalone. Siedziałam tam przez dobre kilka minut, zbierając do kupy własne myśli. „Nie po to czekałem na kogoś takiego jak ty przez całe swoje pieprzone życie”. Te słowa wciąż dudniły mi w uszach. Odwrócił sytuację, zostawił mnie z tym wszystkim i po prostu zwiał, uciekając przed własnymi emocjami. Co za dumny dupek!

Podniosłam się z piasku, kurczowo trzymając mokry materiał koszuli i wróciłam do domku. Moje ubrania były już idealnie suche, więc zrzuciłam z siebie satynę, starając się nie myśleć o tym, jak bardzo pachniała jego skórą. Wciągnęłam na siebie zwykłe dżinsy i luźny sweter. Musiałam stąd wyjść. Musiałam uciec z tego domku, bo ściany jego prywatnego azylu zaczynały mnie potwornie naciskać.


Godzinę później błąkałam się między półkami dużego supermarketu, ale robiłam zakupy zupełnie mechanicznie. Wrzucałam do koszyka chleb, wodę, jabłka i kilka przypadkowych rzeczy, nawet nie zastanawiając się, po co właściwie je kupuję. Myślami wciąż byłam na tamtej plaży. Nie potrafiłam przestać analizować jego słów. Byłam wściekła, że odszedł, a jednocześnie coraz bardziej ciekawa, kim naprawdę jest ten facet.

Dławiący niepokój utrzymał się we mnie przez cały dzień. Kiedy nastał wieczór, a słońce zaczęło chować się za horyzontem, duma ostatecznie przegrała walkę z tęsknotą i czystą ciekawością. Nie wytrzymałam. Restauracja znajdowała się zaledwie piętnaście minut spacerem od domku, więc ruszyłam pieszo, pozwalając sobie po drodze uporządkować myśli i zebrać odwagę na to, co mogło mnie czekać.

O dziewiętnastej pchnęłam drzwi restauracji Latarnia. Lokal, dokładnie tak jak poprzedniego dnia, pękał w szwach. W powietrzu unosił się zapach pieczonych mięs, ziół i drogiego wina, a gwar głośnych rozmów i brzęk porcelany uderzyły w moje zmysły. Nie chciałam stolika. Nie chciałam nic zamawiać. Wślizgnęłam się do środka po cichu, stając w cieniu przy masywnym filarze blisko wejścia, byle tylko rozejrzeć się po sali. Szukałam jego czarnych włosów i sylwetki.

I znalazłam go. Ale widok, który zastałam, sprawił, że całe powietrze uciekło mi z płuc, a w moim żołądku zwinął się supeł.

Aleksander siedział przy małym stoliku w samym rogu restauracji, tuż pod oknem wychodzącym na klif. Nie był sam. Naprzeciwko niego siedziała przepiękna, elegancka kobieta o długich, ciemnych włosach i nienagannej figurze, ubrana w obcisłą, czarną sukienkę. Aleksander był odwrócony do mnie tyłem, więc widziałam jedynie jego plecy, ale cała jego postawa emanowała skupieniem. Nachylał się ku niej przez stół, słuchając jej uważnie, a kobieta uśmiechała się do niego zmysłowo, bawiąc się nóżką kieliszka z czerwonym winem.

Uderzyła we mnie fala zazdrości, tak nagła, że aż zakręciło mi się w głowie. Moje dłonie zacisnęły się w pięści. Więc to tak? Rano ucieka przede mną, rzuca chamskim hasłem, bo rzekomo wyjawił zbyt wiele, a wieczorem bez najmniejszego problemu czaruje inną kobietę w swoim lokalu?! Może to kolejna dziewczyna, którą zamierza ratować i wnosić nagą do swojego prywatnego domku?!

Czułam, jak krew uderza mi do głowy. Stałam tam, nie potrafiąc oderwać od nich oczu, a mój wzrok musiał być tak natarczywy i pełen wściekłości, że w pewnym momencie kobieta uniosła brew. Przerwała rozmowę, spojrzała prosto na mnie, a potem nachyliła się do Aleksandra, mówiąc coś cicho.

Zauważyłam, jak jego ciało zesztywniało. Niespiesznie odwrócił głowę przez ramię. Nasze spojrzenia zderzyły się na środku gwarnej sali z siłą uderzenia pioruna. W jego oczach zgasł cały spokój, ustępując miejsca wyraźnemu zaskoczeniu.

W panice, nie myśląc o żadnych konsekwencjach, odwróciłam się na pięcie i biegiem wypadłam z restauracji, pchając szklane drzwi i uciekając w wieczorne nadmorskie powietrze.

Biegłam przez parking, a chłodny wiatr palił moje płuca przy każdym wdechu. Słyszałam za sobą szybkie kroki.

Zanim zdążyłam dotrzeć do skraju lasu, dłoń Aleksandra zacisnęła się na moim ramieniu. Obrócił mnie w swoją stronę i zatrzymał przy pniu starej sosny.

— Oszalałaś, Maja?! — warknął. — Wbiegasz do mojej restauracji, gapisz się na mnie jak psychopatka, a potem uciekasz?! O co ci, kurwa, chodzi?

Cała zazdrość, którą tłumiłam od momentu wejścia do Latarni, nagle wybuchła.

— O co mi chodzi?! — wrzasnęłam, uderzając dłońmi w jego klatkę piersiową. — To ja ciebie pytam, o co tu chodzi, szefie! Rano uciekasz z plaży jak tchórz, rzucasz chamskim tekstem, bo wygadałeś o kilka słów za dużo, a wieczorem czarujesz kolejną kobietę przy stoliku?! Powiedz mi, Aleksander… co to za jedna?! Kolejna klientka, która miała nagłą alergię w twoim lokalu?! Może ty po prostu co wieczór czekasz na takie wspaniałe okazje, bo szukasz jakiejkolwiek idiotki do pieprzenia się?!

Aleksander zesztywniał. Mięsień na jego szczęce napiął się, a jego wzrok stał się zimny.

— Co ty pieprzysz, mała… — wychrypiał.

— Nie udawaj świętego! — fuknęłam, a z mojego gardła wyrwał się histeryczny śmiech. — Widziałam, jak się do niej nachylasz! Widziałam, jak zmysłowo się do ciebie uśmiechała! Przenosisz dziewczyny przez las, zgrywasz wielkiego obrońcę, opowiadasz bajeczki o swoim życiu i o tym, jak to na mnie czekałeś, a potem idziesz bzykać pierwszą lepszą laskę w obcisłej kiecce! Jesteś obrzydliwym, zadufanym w sobie, aroganckim manipulatorem!

Wokół nas szumiały sosny, a nadmorski wiatr targał moimi włosami. Między nami aż iskrzyło. Wykrzyczałam mu wszystko, co leżało mi na sercu, całe to upokorzenie i strach, że znowu zostałam oszukana.

Aleksander milczał przez długie sekundy. Patrzył na moje drżące usta, na moje rozpalone policzki i nagle cała ta wściekłość w jego oczach ustąpiła miejsca czemuś… zupełnie innemu. Na jego twarzy powoli pojawił uśmiech. Moja awantura była dla niego wystarczającym dowodem na to, jak bardzo na mnie działa.

Skrócił dystans do absolutnego zera i przycisnął mnie do drzewa. Uniósł moją twarz, chwytając mnie władczo za podbródek i nachylił się tak blisko, że jego usta niemal musnęły moje wargi. Czułam zapach jego perfum i ciepło jego skóry. Byłam święcie przekonana, że po prostu mnie pocałuje, żeby uciszyć mój krzyk. Moje serce zamarło w oczekiwaniu.

Tymczasem on tego nie zrobił.

Zatrzymał się milimetr przed moimi ustami. Jego oczy zjechały na moje wargi z chłodną prowokacją, po czym powoli wyprostował się, wypuszczając mój podbródek z uścisku.

— Jesteś małą, drażniącą suką, Maja — wymruczał niskim głosem, w którym wibrował triumf. — I nie masz zielonego pojęcia, o czym mówisz.

Odwrócił się i spokojnie zaczął iść z powrotem w stronę restauracji, zostawiając mnie w kompletnym szoku.

Moja duma spłonęła na popiół, ustępując miejsca wściekłości. On mnie znowu tak po prostu zostawił?! Nazwał mnie suką i odszedł po tym wszystkim?!

Nie myśląc ani chwili, ruszyłam za nim, wrzeszcząc ze wściekłości. Rozpędziłam się i z całym impetem wskoczyłam mu prosto na plecy, owijając nogi wokół jego bioder. Aleksander aż zatoczył się pod wpływem uderzenia, ale jego ramiona odruchowo złapały moje uda, żeby uratować mnie przed upadkiem.

— Nienawidzę cię! Słyszysz mnie, ty potworze?! — wrzeszczałam histerycznie, okładając go pięściami po barkach. — Jesteś wstrętnym, zadufanym w sobie, aroganckim dupkiem! Nienawidzę cię, puszczaj mnie!

— Maja, kurwa, uspokój się! — Aleksander warczał, próbując zapanować nad moim atakiem, a jego śmiech doprowadzał mnie do jeszcze większego szału.

Nagle drzwi Latarni otworzyły się, a ze środka lokalu wyszła ta sama piękna, elegancka kobieta w czarnej sukience. Zatrzymała się na schodach, poprawiła włosy i gdy zobaczyła nas — mnie wiszącą na plecach Aleksandra i tłukącą go pięściami — zamarła z szeroko otwartymi ustami.

— Aleks? — zawołała głośno, a w jej głosie zamiast gniewu pojawiła się ogromna rozrywka. — Szukałam cię w środku. Wszystko w porządku? Co wy właściwie wyprawiacie na tym parkingu?

Oniemiałam z uniesioną pięścią nad barkiem Aleksandra. Cała moja odwaga wyparowała, ustępując miejsca panice. Spojrzałam na kobietę, a potem zsunęłam wzrok na profil Aleksandra. Moja zazdrość znowu przejęła kontrolę nad moim głosem.

— No proszę! — syknęłam jadowicie prosto do jego ucha, wciąż kurczowo trzymając się jego karku. — Twoja laska właśnie wyszła cię szukać! Pędź do niej, szefie, w końcu możecie już oficjalnie iść się bzykać! Nie będę wam marnować cennego czasu na pieprzenie się!

I stało się coś, czego mój umysł kompletnie nie był w stanie przetworzyć.

Aleksander i kobieta jednocześnie wpadli w głośny śmiech. Kobieta aż schowała twarz w dłoniach, a on cały trząsł się ze śmiechu.

Aleksander poluzował uścisk, pozwalając, by moje nogi zsunęły się na ziemię. Odwrócił się w moją stronę i złapał mnie mocno za talię, bym znowu nie uciekła i przyciągnął tę piękną nieznajomą do drugiego boku, czule owijając ramię wokół jej barków. Kobieta wtuliła się w niego z szerokim uśmiechem.

— Maja, na miłość boską, opanuj te swoje rozszalałe hormony — wymruczał Aleksander, ocierając łzę rozbawienia z kącika oka. Jego wzrok palił mnie z taką czułością, że aż zapomniałam, jak się nazywam. — Poznaj moją rodzoną siostrę, Karolinę. Przyjechała, żeby pomóc mi z dokumentami restauracji. Karolina, to Maja. Kobieta, która wczoraj omal nie rozniosła mojego lokalu, w nocy urządziła mi małe piekło, a przed chwilą oskarżyła nas o to, że planujemy iść się bzykać za restauracją.

Poczułam, jak policzki oblewa mi gorąco. Chciałam, żeby ziemia się pode mną rozstąpiła i pochłonęła mnie razem z tą nieszczęsną zazdrością i wspomnieniem mojego skoku na plecy faceta, którego znałam od doby. Stałam jak skamieniała, wciąż uwięziona w uścisku Aleksandra, a jego siostra przyglądała mi się z taką dawką rozrywki, że miałam ochotę zapaść się pod ziemię.

— Ja… ja bardzo przepraszam — wykrztusiłam w końcu, nerwowo wygładzając materiał swojego swetra i próbując cofnąć się o krok. — Ja nie wiedziałam, po prostu… źle zinterpretowałam sytuację. Naprawdę panią przepraszam.

Karolina machnęła lekko dłonią, a jej śmiech rozniósł się po parkingu. Spojrzała na mnie z niesamowitym ciepłem.

— Maja, błagam cię, nie przepraszaj! To było najwspanialsze widowisko, jakie widziałam od lat. Poza tym Aleks opowiadał mi już o tobie przez telefon. Słyszałam, że jesteś niesamowicie zadziorna i masz ognisty charakterek, ale to, co tu przed chwilą odstawiłaś… to przerosło moje najśmielsze oczekiwania.

Gwałtownie odwróciłam głowę w stronę Aleksandra, mrużąc oczy. Napięcie między nami ustąpiło miejsca zaskoczeniu.

— Opowiadałeś o mnie swojej siostrze? — rzuciłam, unosząc brew. — Ty? Wielki, tajemniczy właściciel, który nie rozmawia o emocjach i rzuca hasłami, że jestem jebnięta?

I wtedy wydarzyło się coś, czego nie spodziewałabym się po nim w najgłębszych snach.

Aleksander po raz pierwszy, odkąd go poznałam, zawstydził się. Odwrócił na moment wzrok, przeczesując dłonią wilgotne od nadmorskiej bryzy włosy, a na jego policzku pojawił się delikatny rumieniec. Chrząknął głośno, wyraźnie zmieszany i rzucił Karolinie mordercze spojrzenie.

— Karolina, zamknij się wreszcie — warknął cicho, ale w jego głosie nie było złości, tylko zakłopotanie. Przeniósł swój wzrok z powrotem na mnie, a jego spojrzenie znowu stało się intensywne. — Maja, poczekasz na mnie chwilę przy wejściu na plażę? Pożegnam się tylko z siostrą, zamknę biuro w restauracji i pójdziemy na spacer. Chcę ci coś pokazać.

Karolina uśmiechnęła się szeroko, ucałowała brata w policzek i mrugnęła do mnie porozumiewawczo.

— Idź już, braciszku i bądź grzeczny. Miło cię było poznać, Maja! Trzymam kciuki za dalsze okiełznywanie tej bestii! — rzuciła rozbawiona, po czym obróciła się i poszła do swojego samochodu.

Zostałam sama na skraju parkingu. Moje serce wciąż biło jak szalone, ale ta cała wściekłość i zazdrość uleciały ze mnie, zostawiając w środku przyjemne ciepło. Poczekałam na niego na drewnianym podeście prowadzącym prosto na plażę. Burza z poprzedniej nocy ostatecznie oczyściła powietrze — wieczór był rześki, a szum morza brzmiał kojąco.

Piętnaście minut później Aleksander pojawił się obok mnie. Szedł z rękoma wciśniętymi w kieszenie ciemnych dżinsów. Nie miał już na sobie tej roboczej aury. Poruszał się spokojnie i pewnie.

— Idziemy? — zapytał cicho.

Skinęłam tylko głową. Ruszyliśmy wzdłuż brzegu, boso po wilgotnym piasku. Szliśmy w milczeniu przez dobre kilkanaście minut, pozwalając, by odgłosy restauracji i miasteczka powoli cichły w oddali. Nagle, gdy minęliśmy pas wydm, moim oczom ukazał się niezwykły widok.

Kawałek dalej, tuż przy samej wodzie, płonęło wielkie ognisko. Wokół niego, na porozrzucanych kocach i drewnianych skrzynkach, siedziała grupka ludzi. Jakiś facet z brodą siedział na pniu i grał na gitarze akustycznej, a z głośnika sączyła się spokojna, chwytająca za serce piosenka. Ciepły blask ognia oświetlał twarze zgromadzonych, tworząc wokół nich magiczną otoczkę.

Aleksander zatrzymał się. Spojrzał na mnie z góry, a ja zobaczyłam faceta, przy którym poczułam się naprawdę bezpieczna. Nie powiedział ani słowa. Wyciągnął w moją stronę swoją dłoń. To było nieme zaproszenie do tańca.

Moje dotychczasowe hamulce, ten cały bunt i duma, którymi zasłaniałam się od rana, ostatecznie pękły i spłonęły w blasku tamtego ogniska. Zrobiłam krok w jego stronę i położyłam swoją dłoń na jego.

Aleksander przyciągnął mnie do siebie. Jego ręka mocno oplotła moją talię, a ja wtuliłam się w jego klatkę piersiową, kładąc głowę tuż pod jego obojczykiem, dokładnie tam, gdzie pod skórą biło jego serce. Zaczęliśmy kołysać się w rytm spokojnej muzyki. Zamknęłam oczy, wdychając zapach jego koszulki wymieszany z dymem ogniska i morską bryzą. Przez osiem lat z Michałem uczyłam się sztywności i wiecznej kontroli. Przy Aleksandrze poczułam, że mogę po prostu odpuścić. Że mogę oprzeć cały swój ciężar na jego ramionach, a on mnie nie upuści. Płakałam w duchu z czystej ulgi.

— Dlaczego jesteś sam, Aleksander? — zapytałam cicho, nie unosząc głowy z jego piersi. Muzyka w tle idealnie zagłuszała mój szept. — Facet taki jak ty… właściciel restauracji, z taką posturą, przystojny, z charakterem. Dlaczego żyjesz w tej samotności na klifie?

Aleksander zacieśnił uścisk wokół moich pleców, a jego dłoń przesunęła się po moim swetrze, uspokajając mój oddech. Westchnął ciężko, a ta wibracja w jego piersi rozeszła się po moim ciele.

— Bo moje dawne życie nie pozostawiało miejsca na nikogo bliskiego, Maja — odpowiedział, a jego głos brzmiał teraz poważnie, wręcz smutno. — Zanim otworzyłem Latarnię, żyłem w świecie, w którym ludzie strzelali do siebie z powodu interesów i pieniędzy. Byłem facetem od brudnej roboty. Widziałem zbyt wiele zła, żeby wierzyć, że zasługuję na coś normalnego. Kiedy dwa lata temu postanowiłem to rzucić, przysiągłem sobie, że będę sam. Nie chciałem nikogo wciągać w ten mój mrok. Myślałem, że w tej samotności udało mi się zostawić tamtego człowieka za sobą… Dopóki nie weszłaś do mojej restauracji i nie zaczęłaś na mnie wrzeszczeć o te orzechy. Wtedy wszystko szlag trafił.

Uniosłam głowę i spojrzałam w jego oczy. Paliła się w nich bolesna szczerość, która mnie rozbroiła. Zrozumiałam, dlaczego ta restauracja i ten domek były dla niego tak ważne — to były jego twierdze przed demonami z przeszłości.

— Ja też uciekłam przed klatką — szepnęłam, a łza powoli spłynęła mi po policzku. — Michał kontrolował każdy mój krok, ale woda… woda to zupełnie inna historia. Pytałeś na plaży, dlaczego nie umiem pływać.

Aleksander uniósł dłoń i bardzo delikatnie zmazał łzę z mojego policzka. — Opowiedz mi.

— Kiedy miałam siedem lat, pojechaliśmy z rodzicami nad jezioro — zaczęłam, a mój głos zadrżał na samo wspomnienie tamtej paniki. — Mój starszy kuzyn dla żartu zepchnął mnie z pomostu na głęboką wodę. Myślał, że to zabawne. Pamiętam tylko ten lodowaty uścisk wody, ciemność i to dławiące uczucie, że nie mogę nabrać powietrza. Zanim ojciec mnie wyciągnął, straciłam przytomność. Od tamtego dnia woda wywołuje we mnie paraliżujący strach. Kiedy dzisiaj wrzuciłeś mnie do morza, ten cały horror z dzieciństwa wrócił natychmiast. Moje ciało po prostu zdrętwiało. Dlatego zaczęłam się topić.

Aleksander zatrzymał się w tańcu. Poczułam, jak policzki oblewa mi gorąco. Chciałam, żeby ziemia po prostu mnie pochłonęła — razem z tą zazdrością i wspomnieniem, że jeszcze wczoraj praktycznie nie znałam faceta, na którego dziś bez najmniejszego wstydu wskoczyłam. Złapał moją twarz w obie dłonie, zmuszając mnie, bym patrzyła tylko na niego.

— Przepraszam, mała — wyszeptał, a jego głos drżał od emocji, których nie potrafił już stłumić. — Przysięgam, że gdybym wiedział, nigdy bym ci tego nie zrobił. Przestraszyłaś mnie na śmierć, kiedy przestałaś oddychać. Nie pozwolę, żeby ten strach znowu tobą rządził. Słyszysz mnie? Naprawię to.

Wbiłam palce w jego ramiona. Jeszcze kilka godzin temu byliśmy dla siebie dwojgiem ludzi, którzy potrafili doprowadzić się nawzajem do szału. Teraz staliśmy na plaży i po raz pierwszy pokazaliśmy sobie coś, czego nie pokazywaliśmy nikomu. Swoje rany. I chyba właśnie dlatego nagle poczułam się przy nim inaczej.

Staliśmy na piasku w blasku dogasającego ogniska, a szum morza powoli kołysał moje rozszalałe przez cały dzień emocje. Po raz pierwszy od ucieczki od Michała czułam, że z mojego serca opadł ten potworny ciężar. Nie było już między nami złości ani złośliwych dogryzek. Została bliskość, której żadne z nas jeszcze nie umiało nazwać.

— Powinniśmy już wracać, mała — odezwał się cicho Aleksander, gładząc kciukiem mój policzek. — Robi się naprawdę chłodno, a twój sweter jest zdecydowanie za cienki na nadmorską noc.

Skinęłam tylko głową, nie potrafiłam wykrztusić ani słowa. Ruszyliśmy w drogę powrotną, idąc wolno wzdłuż brzegu, tym razem trzymając się mocno za ręce. Jego dłoń idealnie pasowała do mojej, a ciepło jego ciała przenikało przez materiał rękawa. Gdy dotarliśmy pod ukryty między wydmami domek, nad brzegiem morza unosiła się już mleczna mgła.

Zatrzymałam się na pierwszym stopniu tarasu i odwróciłam w jego stronę. Aleksander stanął tuż przede mną, wbijając we mnie swoje piękne oczy, w których blasku gwiazd odbijał się niesamowity spokój.

— Dziękuję za ten wieczór, Aleksander — szepnęłam, a mój głos zadrżał lekko z nadmiaru emocji. — I… jeszcze raz przepraszam za tę scenę z twoją siostrą. Karolina pewnie do końca życia będzie się ze mnie śmiać.

Kącik jego ust uniósł się w ciepłym uśmiechu.

— Karolina ma to po mnie, więc nie przejmuj się nią za bardzo, Maja. A teraz idź spać i porządnie odpocznij.

Zrobił krok w moją stronę, zamykając mnie w swojej przestrzeni, a jego zapach podrażnił moje zmysły. Pochylił się lekko, ujął moją dłoń i powoli uniósł do swoich ust. Jego miękkie wargi docisnęły się do jej wierzchu, a jego szorstki zarost musnął moją skórę, wywołując delikatny dreszcz. Trzymał moje palce z taką czułością, jakby trzymał największy skarb na ziemi.

— Bądź gotowa jutro rano o dziesiątej, Maja — wymruczał, nie odrywając oczu od moich ust. — Mam dla ciebie niespodziankę. I przysięgam, że nie przyjmuję żadnej odmowy.

Puścił moją dłoń, odwrócił się i ruszył w stronę lasu, ginąc w gęstej mgle, a ja zostałam na tarasie, patrząc za nim z uśmiechem i zastanawiając się, co takiego przygotował.

ROZDZIAŁ 6

Punktualnie o dziesiątej rano pod mój taras zajechał czarny SUV Aleksandra. Gdy usłyszałam ryk silnika, w moim żołądku załopotało stado spanikowanych motyli. Wybiegłam z domku, zapinając naprędce guziki zwiewnej sukienki w drobne kwiatki. Nie miałam pojęcia, dokąd mnie zabiera, ani co kryje się pod hasłem „niespodzianka”. Wcisnęłam na nos okulary przeciwsłoneczne, zamknęłam drzwi i zbiegłam po deskach tarasu prosto w stronę otwartych drzwi pasażera.

Aleksander siedział za kierownicą, opierając jedną rękę o okno. Miał na sobie prostą, białą koszulkę, która idealnie podkreślała jego opaleniznę i ramiona, a w jego oczach lśniły rozbawione iskierki.

— Wskakuj, mała. Spóźniłaś się całe trzydzieści sekund — wymruczał, a na jego ustach pojawił się uśmiech, który tak bardzo mnie pociągał.

— Bardzo śmieszne — fuknęłam, zajmując miejsce obok niego i zatrzaskując drzwi. — Zamożny właściciel restauracji ucierpi z powodu pół minuty? Gdzie my w ogóle jedziemy?

— Zobaczysz na miejscu. Nie bądź taka niecierpliwa, Maja. To psuje całą zabawę — skontrował natychmiast, wrzucając bieg i ruszając przed siebie.

Droga minęła nam w miłej atmosferze, która mnie zaskoczyła. Przez całą godzinę przekomarzaliśmy się i żartowaliśmy, a z głośników samochodu sączyła się energetyczna muzyka. Aleksander potrafił rzucić tak złośliwym, a jednocześnie inteligentnym tekstem, że co chwilę parskałam śmiechem.

— Przestań się tak szczerzyć, szefie, bo od tego twojego uśmiechu pęknie ci szczęka — zauważyłam rozbawiona, poprawiając okulary.

— Moja szczęka ma się świetnie, mała — zaśmiał się gardłowo, rzucając mi roziskrzone spojrzenie. — Bardziej martwiłbym się o twoje mięśnie brzucha, bo widzę, że zaraz pękniesz ze śmiechu. A jeszcze nawet nie dotarliśmy na miejsce.

— Bo twoje żarty o kelnerach i prowadzeniu restauracji są tak absurdalne, że nie da się zachować powagi. Naprawdę kazałeś kiedyś facetowi zjeść całą miskę cytryn, bo narzekał na kwaśną lemoniadę?

— Sam chciał bardziej wyrazistego smaku. Klient nasz pan. — odparł z kamienną twarzą, choć w kącikach jego ust drżała rozrywka.

Nagle zjechaliśmy z głównej drogi w wąską leśną ścieżkę. Samochodem zaczęło gwałtownie rzucać na boki, a ja kurczowo złapałam się uchwytu nad drzwiami, piszcząc cicho.

— Aleksander, na miłość boską, jeśli chcesz mnie zakopać w tym lesie, to powiedz od razu!

— Spokojnie, mała, nie zostawię śladów — zażartował.

Zatrzymaliśmy się na małej polanie otoczonej gęstą ścianą starych sosen. Gdy spojrzałam przez przednią szybę, z moich ust wyrwał się okrzyk zaskoczenia. Przed nami rozciągało się małe, ukryte głęboko w lesie dzikie jezioro. Woda była tak czysta, że w promieniach słońca widać było pojedyncze kamienie na dnie, a tafla była idealnie gładka niczym lustro. Nie było tu żywej duszy. W mojej głowie zapaliła się czerwona lampka, a poranna wesołość ustąpiła miejsca znajomemu lękowi.

— Jezioro? — odwróciłam się do niego, a mój głos nagle drastycznie obniżył ton. — Aleksander, oszalałeś? Mówiłam ci wczoraj, że panicznie boję się wody i nie umiem pływać!

— Wiem, co mówiłaś — odpowiedział cicho, a jego głos nagle stał się ciepły. Wysiadł z auta, obszedł maskę i otworzył drzwi, wyciągając do mnie rękę. — I właśnie dlatego tu jesteśmy, Maja. Dzisiaj nauczysz się pływać. Na twoich warunkach, powoli. Ta woda jest ciepła i spokojna. Nie ma tu fal. Zaufaj mi.

Przełknęłam ślinę, patrząc na jego otwartą dłoń. Coś w jego spojrzeniu sprawiło, że znowu uległam jego spokojnej pewności. Wysiadłam na miękki leśny mech.

— No dobrze, szefie. Jest tylko jeden, dość istotny problem — powiedziałam, a na moich ustach pojawił się zadziorny uśmiech, gdy uświadomiłam sobie komizm tej sytuacji. — Skoro nie wiedziałam, dokąd jedziemy… to nie wzięłam ze sobą żadnego stroju kąpielowego. Nie mam go przy sobie. Więc twoja lekcja właśnie legła w gruzach.

Aleksander oparł się o drzwi samochodu, skrzyżował ramiona na piersi i zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów z taką satysfakcją, że aż całe moje podbrzusze zalała fala żaru.

— Kto powiedział, że potrzebujesz stroju, Maja? — wymruczał szeptem, a jego oczy ściemniały z pożądania. — Zrzucaj tę sukienkę. Bielizna w zupełności wystarczy. I tak nikt nas tu nie zobaczy.

Moje policzki zapłonęły purpurą.

— Oszalałeś! Mam wejść do jeziora w samej bieliźnie?! Przed tobą?!

— A co ty tam masz pod spodem, czego jeszcze nie widziałem w zalanej łazience albo na plaży? — parsknął śmiechem, podchodząc do mnie na odległość jednego kroku. — No już, mała, nie bądź mięczakiem. Chyba nie boisz się faceta, który uratował Ci życie?

Wyzwanie zostało rzucone. Ta słowna przepychanka rozgrzała mnie bardziej niż słońce nad polaną. Spojrzał mi prosto w oczy, zaczęłam powoli rozpinać guziki i zsunęłam sukienkę w dół, pozwalając, by opadła na trawę.

Zostałam przed nim w niezwykle odważnym, czarnym koronkowym komplecie bielizny. Koronka była półprzezroczysta, idealnie opinała moje kobiece kształty, a sutki pod wpływem chłodnego powiewu wiatru stwardniały, odznaczając się pod cienkim materiałem.

Aleksander zamarł. Jego wzrok, dotąd tak rozbawiony, stał się ciężki i zaborczy. Przejechał spojrzeniem po moich piersiach, talii i nagich udach, a mięsień na jego szczęce pulsował tak mocno, że aż pobielała mu skóra. Cały jego humor wyparował, ustępując miejsca czystej żądzy.

— Kurwa, Maja… — wychrypiał tak cicho, że jego głos niemal zatonął w szumie drzew. — Jeśli ta lekcja pływania ma się udać, to musisz wejść do tej wody, bo przysięgam, że zaraz stracę panowanie nad sobą.

Roześmiałam się głośno rozbawiona tym, jak łatwo udało mi się zniszczyć ten jego spokój.

Jednak gdy tylko odwróciłam głowę w stronę jeziora, cała moja brawura zniknęła. Moje ciało zesztywniało. Widok wody rozciągającej się tuż przede mną sprawił, że uścisk paniki z dzieciństwa zacisnął się na moim gardle. Cofnęłam się o krok, drżąc na całym ciele i kurczowo krzyżując ramiona na piersi.

Aleksander od razu to zauważył. Zrzucił z siebie koszulkę i dżinsy, zostając w samych bokserkach, po czym podszedł do mnie. Ujął moje drżące dłonie w swoje rozgrzane ręce.

— Spójrz na mnie, Maja — rozkazał cicho, a jego władczy głos przebił się przez moją panikę. — Nie patrz na wodę. Patrz tylko w moje oczy. Idziemy tam razem. Krok po kroku. Przysięgam, że nie pozwolę ci zatonąć. Wejdź ze mną.

Zanim zdążyłam zaprotestować albo cofnąć się o kolejny krok, Aleksander bez słowa ostrzeżenia zrobił coś, co odebrało mi dech. Pochylił się i uniósł mnie wysoko w górę.

— Aleksander! Co ty znowu wyprawiasz, wariacie?! — pisnęłam, automatycznie zarzucając mu ręce na kark i wbijając paznokcie w jego barki.

— Skoro sama nie chcesz zrobić kroku, to ja zrobię go za ciebie, mała — zaśmiał się głośno, ruszając prosto w stronę brzegu.

Poczułam chłód wody obmywającej jego łydki. Moje serce tłukło się o żebra jak oszalałe, a całe ciało zesztywniało w oczekiwaniu na głębinę. Aleksander wszedł na tyle głęboko, że woda sięgała mu do połowy ud, po czym bardzo powoli zaczął opuszczać mnie na nogi.

— Nie puszczaj mnie, utonę! — wrzasnęłam, wczepiając się w jego ramiona i próbując wręcz wdrapać się na jego klatkę piersiową.

— Maja, otwórz te swoje piękne oczy i popatrz w dół — wymruczał rozbawiony, trzymając mnie mocno za talię, żebym nie straciła równowagi. — Zobacz, gdzie masz wodę.

Otworzyłam powoli jedno oko, a potem drugie. Przyjemnie ciepła woda sięgała mi zaledwie do bioder. Dno było idealnie piaszczyste, stabilne i bezpieczne.

— Widzisz? Potwór z Loch Ness musiałby się nieźle nagimnastykować, żeby cię stąd porwać — zażartował, a jego śmiech rozładował lód w moich żyłach.

— Bardzo śmieszne, szefie — fuknęłam, uderzając go lekko pięścią w ramię, choć na moich ustach wreszcie pojawił się szeroki uśmiech. Moje serce powoli zwalniało swój szaleńczy bieg. — Przełamaliśmy pierwszą falę paniki, ale to jeszcze nie oznacza, że umiem pływać.

— Do tego właśnie przechodzimy. Połóż się na plecach — nakazał cicho, a w jego oczach znowu pojawiło się to pewne siebie spojrzenie. — Ja cię trzymam. Cały czas. Masz się po prostu rozluźnić i zaufać moim rękom.

Przełknęłam ślinę. Położenie się na wodzie wymagało ode mnie przełamania ogromnej bariery, ale bliskość jego ciała dodawała mi skrzydeł. Pozwoliłam, by Aleksander wsunął swoje dłonie pod moje plecy. Powoli odchyliłam głowę w tył, unosząc biodra w górę, aż całe moje ciało rozciągnęło się na gładkiej tafli jeziora. Uszy zanurzyły się w wodzie, odcinając mnie od szumu lasu. Słyszałam tylko swój własny oddech i jego spokojny głos:

— Doskonale, mała… Dokładnie tak. Oddychaj głęboko. Trzymam cię.

Jego dłonie stabilnie podtrzymywały mnie od spodu, chroniąc przed pójściem na dno. Słodka woda obmywała mój koronkowy komplet bielizny, sprawiając, że mokry materiał stał się przezroczysty, idealnie eksponując moje nagie piersi i krągłe biodra. Aleksander stał nade mną, a jego wzrok skanował każdy milimetr mojego unoszącego się na wodzie ciała. W jego źrenicach palił się niszczycielski ogień żądzy.

Nagle, gdy lekki prąd wody delikatnie poruszył moim ciałem, jedna z jego dłoni, jakby przypadkiem, zsunęła się z moich pleców niżej… i mocno zacisnęła się na moim pośladku.

Jęknęłam cicho, a przez całe moje podbrzusze przetoczyła się fala żaru.

— Aleksander… — upomniałam go z piskliwym śmiechem, gwałtownie machając nogami. — Twoja ręka zjechała o wiele za nisko! Czy to jest element oficjalnego kursu pływania?!

— To profesjonalna asekuracja bioder, Maja — skontrował bez mrugnięcia okiem, choć w kącikach jego ust błąkał się ten bezczelny uśmiech. — Bez tego twoja technika leży. Ruchy nóg, mała, pracuj nogami!

Zaczęłam rytmicznie uderzać stopami o taflę wody, wywołując fontanny spienionych kropel. Śmialiśmy się głośno, przekomarzając się w najlepsze. Aleksander zaczął robić głupoty — pod wodą zaczął delikatnie łaskotać mnie w stopę, udając, że atakuje mnie jakiś potwór rzeczny, przez co wyłam ze śmiechu, zapominając o jakiejkolwiek traumie czy strachu z dzieciństwa. Byłam bezpieczna. Byłam szczęśliwa.

W momencie, gdy Aleksander kazał mi obrócić się na brzuch, bym spróbowała samodzielnie utrzymać się na wodzie za pomocą ruchów rąk, straciłam panowanie nad ciałem. Moje nogi opadły w dół, a ja, szukając jakiegokolwiek punktu podparcia, machnęłam ręką pod wodą.

Moje palce z impetem natrafiły na coś niesamowicie twardego i pulsującego tuż pod wodą. Moja dłoń odruchowo zacisnęła się na jego ogromnym penisie, który pod cienkim materiałem bokserek stał na baczność, lśniąc pod wodą.

Serce mi stanęło. Cały nasz głośny śmiech i żarty w jednej chwili uleciały w powietrze, ustępując miejsca napięciu seksualnemu. Spojrzałam na Aleksandra z szeroko otwartymi oczami. On stał nieruchomo, a jego klatka piersiowa falowała w szaleńczym rytmie. Mięsień na jego szczęce pulsował jak szalony, a w oczach paliła się tak niszczycielska dawka żądzy, że poczułam gęstą wilgoć między swoimi udami.

— Maja… — wychrypiał, zbliżając się do mnie na odległość jednego centymetra. — Jeśli natychmiast nie zabierzesz stamtąd ręki, to ta lekcja skończy się w ciągu trzech sekund.

Cofnęłam dłoń, a na moje usta wypłynął niegrzeczny uśmiech, z którego tak bardzo uczył mnie rezygnować Michał.

— Przepraszam, szefie — szepnęłam, czując, że czas na mój ruch. — Szukałam tylko stabilnego punktu oparcia. Ale spójrz… utrzymałam się sama na wodzie przez dobre kilkanaście sekund. Zrobiłam ten pierwszy, najważniejszy krok.

Przysunęłam się do niego. Woda obmywała nasze złączone ciała. Spojrzałam na jego twarz i poczułam nagły przypływ wdzięczności i zaufania. On pomógł mi pokonać potwora, który paraliżował mnie od siódmego roku życia.

Uniosłam się lekko na palcach stóp, ignorując fakt, że woda jeziora obmywa nasze złączone ciała. Oparłam dłonie na jego barkach i przyciągnęłam jego głowę w dół.

Zatopiłam się w jego ustach w niesamowicie głębokim i namiętnym pocałunku.

To nie był pośpieszny atak — to było moje podziękowanie za ratunek, za pierwszy krok w pokonaniu lęku i za to, że przy nim po raz pierwszy od bardzo dawna mogłam normalnie oddychać. Aleksander wydał z siebie mruk zatracenia. Jego ramię wbiło się w moją talię, unosząc mnie lekko w górę i bezwzględnie dociskając moje mokre ciało do siebie. Jego język wdarł się głęboko, przejmując nade mną absolutną władzę. Wpiłam się paznokciami w jego skórę, oddając mu kontrolę.

Gdy po długich minutach wreszcie oderwał swoje usta od moich, oboje dyszeliśmy ciężko. Aleksander oparł swoje czoło o moje, a jego oczy paliły się tak niszczycielską żądzą, że aż zakręciło mi się w głowie.

— Koniec lekcji, mała — wychrypiał. — Przełamałaś swój lód. A teraz chodź na brzeg, zanim stracę panowanie nad sobą w tej wodzie.

Wyszedł ze mną z jeziora, niosąc mnie na rękach z taką łatwością, jakby moje ciało nic nie ważyło. Postawił mnie na nogi na leśnym mchu i poszedł po koc do samochodu. Słońce przedzierające się przez korony drzew oświetlało jego ociekającą wodą sylwetkę, uwypuklając każdy pracujący mięsień.

Napięcie między nami stało się tak gęste, że aż parzyło. Żadne z nas nie chciało jednak zrobić tego kroku zbyt szybko. Aleksander podszedł bliżej, łapiąc za zapięcie mojego mokrego biustonosza. Jeden ruch i przezroczysta koronka ustąpiła, odsłaniając moje nabrzmiałe piersi. Aleksander jęknął nisko na ten widok, a jego wzrok dosłownie spalił moją skórę.

Pochylił się, zmuszając mnie, bym położyła się na kocu. Sam uklęknął między moimi rozchylonymi udami, ale wciąż trzymał żądze na wodzy. Chciał mnie torturować tym wyczekiwaniem. Jego dłonie powędrowały w górę moich nóg, gładząc delikatną skórę po wewnętrznej stronie ud, sprawiając, że drżałam na całym ciele. Bezwzględnym ruchem zsunął ze mnie majtki, zostawiając mnie nagą i bezbronną.

Jednak w jego spojrzeniu błysnął niepokój. Mięsień na jego szczęce drgnął, a on zamarł, walcząc z własnymi myślami.

— Mała… — wychrypiał. — Przecież my się znamy zaledwie dwie pieprzone doby. Dwa dni temu uciekłaś od narzeczonego, a ja jestem tylko facetem, który stanął na twojej drodze w restauracji.

Spojrzałam na jego napięty tors, czując, jak serce tłucze mi się o żebra. — Aleksander… — szepnęłam, ale nie pozwolił mi dokończyć.

— Nie, posłuchaj mnie, Maja. Nie potrafię kontrolować tego, co się ze mną dzieje, kiedy jesteś blisko. W ciągu dwóch dni rozwaliłaś cały mój poukładany świat. Przez całe życie trzymałem ludzi na dystans. Ciebie też powinienem. Bo jeśli teraz przestanę się hamować, to… — Zacisnął szczękę. — Masz jeszcze czas, żeby wstać z tego koca i odejść.

Nie spodziewałam się po nim tych słów. Uderzyły we mnie mocniej niż cokolwiek, co mógł zrobić swoim dotykiem. Nie był facetem, który szukał okazji na jedną noc.

Uniosłam dłonie i położyłam je na jego barkach, mocno wbijając palce w jego skórę. Spojrzałam mu w oczy.

— Nie chcę nigdzie odejść, Aleksander — powiedziałam spokojnie. — I nie obchodzi mnie, ile czasu minęło od naszego pierwszego spotkania. Mój dawny świat był jednym wielkim kłamstwem. Przy tobie po raz pierwszy czuję, że żyję. Więc powiedz mi wreszcie, żebym przestała… albo zrób to, o czym oboje myślimy od tamtej pierwszej sekundy w Latarni.

Aleksander wydał z siebie zduszony pomruk. Moje słowa ostatecznie rozwiały jego wątpliwości.

Wtedy zaczął się prawdziwy, zmysłowy ogień. Aleksander pochylił głowę, zaczął powoli, z wielką precyzją przesuwać językiem po moim ciele. Zaczął od zagłębienia między obojczykami, schodząc niżej, muskając czubkiem języka moje stwardniałe sutki, co wywołało z mojego gardła bezwstydny jęk. Przesuwał się coraz niżej, znacząc wilgotną ścieżkę na moim brzuchu, aż jego dłonie rozsunęły moje kolana jeszcze szerzej.

Był głodny i niecierpliwy. Jakbyśmy oboje od dawna czekali właśnie na ten moment, choć żadne z nas nie miało prawa tego czuć.

— Powiedz mi, żebym przestał — mruknął.

Spojrzałam mu w oczy. — Nie zamierzam.

Zanurzył głowę między moje uda. Gdy poczułam jego gorący oddech na swojej płonącej skórze, wbiłam palce w koc. Aleksander zaczął pieścić moją nabrzmiałą kobiecość, badając ją językiem z taką zmysłową bezwzględnością, że aż zakręciło mi się w głowie. Każdy ruch jego ust wywoływał we mnie elektryzujące skurcze rozkoszy. Wygięłam ciało w łuk, pojękując głośno w pustej przestrzeni lasu, a moje dłonie wczepiły się w jego włosy, pragnąc docisnąć go do siebie jeszcze mocniej. Byłam na samej krawędzi. Całe moje ciało płonęło, pragnąc, by wreszcie skończył tę słodką torturę i wypełnił mnie sobą. Aleksander uniósł się nade mną, a jego męskość pulsowała tuż przy moim podbrzuszu. Całowaliśmy się zachłannie, topiąc usta w rwanym oddechu, podczas gdy on naparł na mnie swoim ciężarem, naelektryzowując atmosferę do granic wytrzymałości…

Nagle ciszę polany brutalnie przerwał głośny dźwięk. Bzzzz. Bzzzz. Bzzzz.

Mój telefon, który zostawiłam na desce rozdzielczej wewnątrz SUV-a, zaczął natarczywie wibrować. Dźwięk poniósł się po spokojnej tafli jeziora, natychmiast rozrywając panującą wokół ciszę.

Aleksander zesztywniał. Jego ramię zacisnęło się wokół moich pleców, a cała lekkość, która jeszcze przed chwilą była w jego spojrzeniu, zniknęła.

— Ktoś wie, że tu jesteś? — zapytał.

— Tylko Zosia, moja przyjaciółka — odpowiedziałam, a w moim sercu znowu zagościł ten niepokojący supeł strachu.

Zsunęłam się z koca, narzuciłam na siebie sukienkę i boso pobiegłam w stronę samochodu. Otworzyłam drzwi pasażera i chwyciłam telefon. Na ekranie jarzyło się imię mojej przyjaciółki.

Nacisnęłam zieloną słuchawkę i przyłożyłam telefon do ucha.

— Zosia? Coś się stało?

— Maja! O Boże, Maja, dziękuję, że w końcu odbierasz! — Z głośnika wyrwał się zapłakany i roztrzęsiony głos mojej przyjaciółki. — Michał… Michał oszalał!

Krew momentalnie odpłynęła mi z twarzy.

— Zosiu, spokojnie, oddychaj. Co on zrobił? Przerażasz mnie.

— On dziś rano wrócił do waszego mieszkania, Maja. Jakieś trzy godziny temu zadzwoniła do mnie jego matka. Szukała cię, myślała, że wiem, gdzie jesteś. I Maja… kiedy z nią rozmawiałam, w tle, w jej słuchawce, było słychać makabryczny ryk. Michał wpadł w jakiś chory szał! Krzyczał na całe gardło, demolował meble, roztrzaskał ten wasz wazon z przedpokoju… Jego matka aż trzęsła się do telefonu ze strachu, a on w tym amoku całą winę zrzucił na ciebie! Ryczał, że zniszczyłaś mu życie, że zrobiłaś z niego idiotę przed całą rodziną i gośćmi, a o swojej zdradzie z Leną nawet nie pisnął słowem! Słyszałam, jak mówił jej, że wie, gdzie jesteś, i tam jedzie.

Złapałam się kurczowo ramy drzwi samochodu, czując, jak grunt pod stopami zaczyna mi uciekać.

Oczywiście, że wyjechał. Przecież doskonale wiedział, dokąd uciekam. Sam krzyczał o zapłaconym domku na miodowy miesiąc.

— Zosiu… on jedzie tutaj? — wykrztusiłam, a mój głos zamienił się w cichy pisk.

— Tak! Jedzie prosto na północ, do tego domku letniskowego! — wrzasnęła Zosia w panice. — Powiedział jeszcze, że odnajdzie cię i nie obchodzi go, co zrobisz, ale masz z nim wrócić i odkręcić to wszystko przed ludźmi. A jeśli z nim nie wrócisz po dobroci, to popamiętasz go do końca swojego pieprzonego życia! Maja! On nie jedzie cię przepraszać. On jedzie cię ukarać i zmusić do posłuszeństwa! Uciekaj stamtąd, błagam cię! On jedzie cię dorwać!

ROZDZIAŁ 7

Odepchnęłam telefon od ucha, a moja dłoń drżała tak mocno, że omal nie wysunął mi się z palców. Nagle zabrakło mi powietrza. Poczułam, jak ogarnia mnie znajomy atak paniki. Moje ciało zaczęło drżeć, oddech stał się płytki, a w uszach zaszumiała krew.

Zanim zdążyłam osunąć się na ziemię, Aleksander był już przy mnie. Wybiegł z polanki i złapał mnie za ramiona, obrócił w swoją stronę i zmusił, żebym spojrzała mu prosto w oczy.

— Maja! Spójrz na mnie! — rozkazał twardym głosem, próbując przebić się przez moją panikę. — Oddychaj, mała. Słyszysz mnie? Co ci powiedziała?

— On… on jedzie tutaj, Aleksander — wykrztusiłam, a łzy popłynęły po moich policzkach. Wbiłam paznokcie w jego przedramiona. — Michał wie o domku nad morzem, bo miał być naszą podróżą poślubną. Zosia dzwoniła… On oszalał przez odwołany ślub i wesele. Spakował rzeczy, zdemolował mieszkanie i wyjechał z Poznania trzy godziny temu. Jedzie mnie ukarać i siłą zmusić do powrotu. Ma obłęd w oczach, Aleksander! On mnie dorwie…

Aleksander nie mrugnął okiem. Gdy usłyszał imię mojego byłego narzeczonego i jego groźby, jego twarz stężała. Zniknęło z niej całe wcześniejsze rozluźnienie. Został tylko spokój.

— Nie dorwie cię, Maja. Słyszysz mnie? — powiedział, gładząc kciukami moje trzęsące się policzki. Na jego ustach pojawił się ledwo widoczny uśmiech. — Zapomniałaś o jednej rzeczy, mała. Tamten stary domek, na który mieliście rezerwację, jest zalany. Michał pojedzie pod zupełnie zły adres, pocałuje klamkę i zastanie puste ściany. Jesteś bezpieczna w moim prywatnym azylu, o którym on nie ma pieprzonego pojęcia. Ochronię cię. Rozszarpię każdego, kto spróbuje podnieść na ciebie rękę. A teraz wsiadaj. Wracamy.

Zabrał mnie z powrotem do swojego ukrytego na wydmach domku. Przez całą drogę milczeliśmy, ale gdy tylko przekroczyliśmy próg sypialni, mój atak paniki wcale nie chciał odpuścić. Stałam na środku pokoju, kurczowo ściskając materiał sukienki, a moje ciało wciąż drżało od wyrzutu adrenaliny.

Aleksander podszedł do mnie. Złapał moje dłonie i z niesamowitą czułością złożył miękki pocałunek prosto na moich ustach.

— Jestem tutaj, Maja — szepnął tuż przed moją twarzą.

Oderwał się na milimetr, by zaraz pocałować mnie po raz drugi, tym razem dłużej, niemal zaborczo. Jego język musnął moje wargi, rozlewając po moim ciele falę zmysłowości.

— Przy mnie nie musisz się już niczego bać. Słyszysz? Nic ci nie grozi. Zaufaj mi.

Te czułe słowa i bliskość jego ciała ostatecznie rozbiły moje ostatnie tamy obronne. Strach przemieszał się z pragnieniem życia i zapomnienia. Uległam mu całkowicie. Pragnęłam tego faceta w każdej komórce swojego zatrutego paniką ciała.

Zdecydowanym ruchem położyłam dłonie na jego biodrach, rozpinając guzik jego spodni i zsuwając je w dół wraz z bokserkami. Aleksander został przede mną całkowicie nagi, a jego męskość pulsowała z pożądania.

Przejęłam inicjatywę, zaczynając tę obustronną grę wstępną. Pchnęłam go mocno w tył, zmuszając, by położył się plecami na dywanie przed łóżkiem. Sama zrzuciłam sukienkę, zostając naga. Jednak zamiast klasycznego układu, postanowiłam odebrać mu zmysły i odgrodzić nas od całego świata. Obróciłam swoje ciało i uklęknęłam okrakiem nad jego twarzą, jednocześnie opuszczając swoje usta prosto na jego członka.

To było całkowite zatracenie na tym dywanie. Nasze usta i języki pracowały jednocześnie w zmysłowym rytmie. Smakowałam jego gorącą męskość zachłannie, podczas gdy jego język zaczął rytmicznie pieścić najczulszy punkt mojego ciała. Wygięłam się, pojękując głośno, a całe moje podbrzusze zalała fala skurczów czystej ekstazy. Byliśmy doszczętnie odcięci od rzeczywistości, spalając się w tym zakazanym ogniu. I właśnie w tym najlepszym momencie ciszę domku rozdarło wściekłe uderzenie. BUM! BUM! BUM! Głośne walenie pięścią w drewno drzwi wejściowych zatrzęsło ścianami sypialni.

— Maja! Otwieraj te pieprzone drzwi! Wiem, że tam jesteś, ty suko! — z przedpokoju dobiegł wściekły i doskonale mi znany ryk Michała.

Zamarliśmy, spleceni w jedno ciało. Całe pożądanie wyparowało z mojego brzucha, pozostawiając jedynie poczucie śmiertelnego zagrożenia. Michał był tuż za drzwiami.

Skąd wiedział? Nie miałam pojęcia, że po przyjechaniu pod tamten adres i zastaniu zalanego sufitu zadzwonił do właścicielki, pani Marii. Przedstawił się jako zmartwiony narzeczony, skłamał, że nie odbieram telefonu, a starsza pani, przekonana, że pomaga w dobrej wierze, dała mu adres prywatnego domku syna. Pętla zacisnęła się ostatecznie.

Aleksander zareagował z prędkością błyskawicy. W jego oczach nie było już ani śladu wcześniejszego spokoju. On po prostu przełączył się w tryb walki. Wstał i jednym szarpnięciem postawił mnie na nogi.

— Zamknij się w sypialni od środka i nie wychodź, dopóki po ciebie nie wrócę — wycedził, wciągając spodnie.

— Aleksander, on… on ma łom w aucie — wykrztusiłam, a moje ciało zaczęło drżeć.

— Zrób to, co mówię. Natychmiast — uciął krótko, a jego spojrzenie było tak twarde, że nie śmiałam dyskutować.

Chwyciłam z krzesła jego koszulę, wciągnęłam ją przez głowę i zostałam w sypialni, zatrzaskując drzwi i przekręcając kluczyk w zamku. Oparłam się plecami o chłodne drewno. Serce waliło mi w klatce piersiowej tak mocno, że niemal rozrywało żebra.

BUM! BUM! BUM!

— Maja! Otwieraj te pieprzone drzwi, ty suko! — wściekły ryk Michała z korytarza stawał się coraz bardziej obłąkańczy.

Przez szparę pod drzwiami słyszałam ciężkie kroki Aleksandra schodzącego po schodach. Chwilę później rozległ się zgrzyt otwieranego zamka. Drzwi wejściowe zostały otwarte.

— O co, kurwa, chodzi? — głos Aleksandra rozciął pełną napięcia ciszę. Brzmiał tak lodowato, że aż sama poczułam ciarki na plecach.

W odpowiedzi usłyszałam ciężki oddech Michała. Mój były narzeczony musiał na moment zamrzeć, zderzając się z nagą od pasa w górę sylwetką właściciela domku. Jednak urażona duma szybko wzięła w nim górę.

— Gdzie ona jest?! — wrzasnął Michał, a z jego ust niemal toczyła się piana. W dłoniach ściskał ciężki łom, który wyciągnął ze swojego bagażnika. — Gdzie ukrywasz moją przyszłą żonę, ty kłamliwy śmieciu?! Starsza baba z biura mi wszystko wygadała! Odsuniesz się z tej drogi po dobroci, czy mam ci rozłupać tę twoją pustą czaszkę?!

— Jesteś na moim prywatnym terenie, kolego — wycedził Aleksander spokojnie. Nawet nie drgnął. — Jestem tu sam. A teraz zabierasz ten złom i wypierdalasz stąd, zanim sam cię stąd wyniosę.

— Gówno prawda! Widziałem jej samochód zaparkowany za drzewami! Znam te blachy! — Michał wpadł w całkowity szał. — Myślicie, że zrobicie ze mnie idiotę przed całą moją rodziną?! Odwołaliście wesele, zrobiliście ze mnie pośmiewisko! Ona jest moja! Słyszysz mnie?! Moja!

Ostra wymiana zdań zamieniła się w fizyczne starcie. Michał, zaślepiony żądzą odwetu i desperackiej kontroli, uniósł łom wysoko nad głowę i z całej siły zamachnął się, celując prosto w głowę Aleksandra.

Aleksander zrobił szybki unik w bok i próbował zablokować cios, ale wąska przestrzeń przedpokoju ograniczała jego ruchy. Metalowy łom uderzył w jego lewe ramię, rozcinając skórę. Krew trysnęła na ścianę, spływając po jego tatuażach i klatce piersiowej.

— Nieee! Michał, stój! — mój wrzask rozdarł ściany domku, gdy w panice zbiegłam na dół. Zobaczyłam krew cieknącą po ramieniu Aleksandra i straciłam nad sobą kontrolę.

Michał zamarł, a jego wzrok przeniósł się na mnie. Gdy zauważył, jak stoję w przedpokoju owinięta jedynie w za dużą koszulkę Aleksandra, z rozczochranymi włosami i ustami spuchniętymi od zmysłowych pocałunków, jego twarz wykrzywiła się w obrzydliwym, pełnym pogardy grymasie.

— A jednak! — zaryczał Michał, spluwając na podłogę. — Patrzcie na tę świętą Majeczkę! Uciekła sprzed ołtarza, udawała wielce pokrzywdzoną, a przyjechała na koniec świata tylko po to, żeby pieprzyć się z pierwszym lepszym facetem, który napatoczył jej się pod nogi! Jesteś zwykłą, tanią dziwką, Maja! Suka, która daje każdemu, kto ma trochę więcej mięśni! Ale nie myśl sobie, że ten twój ruchacz cię uratuje! Ślub jest odwołany, ale ty i tak jesteś moja! Spakujesz walizkę i wracasz ze mną do Poznania, chociażbym miał cię tam ciągnąć za te twoje kręcone włosy po asfalcie!

Aleksander powoli uniósł prawą dłoń i dotknął swojego zakrwawionego ramienia. Spojrzał na palce pokryte krwią, a potem przeniósł wzrok na Michała.

Coś w jego twarzy się zmieniło.

Zniknęła złość. Zniknęło napięcie. Został tylko chłodny spokój. Przez chwilę patrzył na Michała bez słowa, jakby właśnie wróciło do niego coś, co przez lata próbował zostawić za sobą.

— Powiedziałeś o jedno słowo za dużo, śmieciu — wymruczał cicho.

I zanim Michał zdążył chociażby ponownie unieść łom, Aleksander zrobił jeden krok w przód, złapał go za gardło i wbił jego plecy w ścianę przedpokoju, aż zatrzeszczały wszystkie belki konstrukcyjne.

Michał charczał głośno, desperacko próbując złapać powietrze, gdy dłoń Aleksandra zaciskała się na jego krtani, niemal odrywając jego stopy od podłogi. Łom uderzył o deski, wypadając z bezsilnych palców mojego byłego narzeczonego. Michał był bezsilny w jego uścisku…

Aleksander nie uderzył go. Zamiast tego nachylił się nad jego siniejącą twarzą, a jego głos brzmiał tak cicho, że aż zamarłam w progu.

— Miałeś przy sobie najwspanialszą, najczystszą i najbardziej niesamowitą kobietę, jaką ten pieprzony świat nosił, śmieciu — wycedził Aleksander prosto w jego oczy, a każde słowo ważyło tonę. — Kobietę, która była gotowa oddać ci całe swoje życie. A ty, zamiast nosić ją na rękach, ruchałeś się na boku z jakąś sąsiadką w samochodzie, a teraz masz czelność nazywać ją dziwką? Jesteś żałosnym, chorym z zazdrości gnojkiem, który potrafi kontrolować innych tylko wtedy, gdy trzyma w ręku metalowy pręt. Nie jesteś godzien nawet wymówić jej imienia.

Michał gwałtownie machał nogami, próbując wykrztusić choć jedno słowo przez zaciśnięte gardło.

— Ona… ona jest moja… — wycharczał resztkami sił, a na jego czole nabrzmiały fioletowe żyły. — I tak… i tak wróci ze mną… do Poznania…

Uścisk Aleksandra zacisnął się jeszcze mocniej. Widziałam, że w jego oczach zgasły już jakiekolwiek ludzkie odruchy. W jego oczach nie było już niczego, co przypominałoby wcześniejszego Aleksandra. Wiedziałam, że jeśli go teraz nie zatrzymam, może posunąć się za daleko.

— Aleksander, nie! Błagam cię, przestań! — wrzasnęłam ze strachu. Złapałam go dłońmi, szarpiąc w tył. — Nie rób tego! Nie zabijaj go! Nie bądź taki jak oni, błagam cię, puść go!

Moje słowa i dotyk zadziałały na niego natychmiast. Aleksander drgnął. Mroczny trans w jego oczach na chwilę ustąpił miejsca zaborczej trosce o mnie. Spojrzał na moje zapłakane oczy i rozluźnił uścisk. Michał z dławiącym kaszlem osunął się bezwładnie na kolana, chwytając się za szyję i łapczywie łapiąc powietrze. Aleksander odwrócił się do niego tyłem, ignorując go i zrobił krok w moją stronę. Wyciągnął prawą dłoń, chcąc schować mnie za swoimi plecami i upewnić się, czy nic mi nie jest. To była sekunda. Jeden ułamek sekundy, w którym stracił czujność przez troskę o mnie. Michał, napędzany czystą wściekłością i instynktem rannego zwierzęcia, wykorzystał ten moment. Złapał z podłogi łom, zerwał się na równe nogi i z całym impetem uderzył Aleksandra prosto w skroń.

Głuchy odgłos uderzenia metalu o kość był makabryczny.

Aleksander nawet nie zdążył się odwrócić. Jego ciało zwiotczało, a w jego oczach zgasła jakakolwiek świadomość. Osunął się bezwładnie na podłogę, uderzając głową o kafelki. Gęsta, ciemna krew zaczęła rozlewać się wokół jego głowy, barwiąc biały dywan. Leżał nieprzytomny.

— Aleksander!!! Nieee!!! — mój rozdzierający wrzask rozdarł ściany domku. Rzuciłam się na kolana, chcąc dopaść do jego ciała, sprawdzić puls, cokolwiek, ale nie zdążyłam nawet dotknąć jego skóry. Spocone ramię Michała wbiło się w moją talię od tyłu, brutalnie wyrywając mnie w górę. — Puszczaj mnie, ty psychopato! Co ty mu zrobiłeś?! Zabiłeś go!!! — wrzeszczałam, wierzgając nogami, gryząc jego dłonie i wściekle okładając go pięściami po twarzy, ale Michał stracił kontrolę.

— Zamknij mordę, suko! — warknął, a jego twarz była wykrzywiona szaleństwem. Przerzucił mnie przez ramię niczym worek ziemniaków. Wybiegł ze mną z domku, trzaskając drzwiami i ruszył w stronę zaparkowanego za drzewami samochodu. Moje krzyki i płacz tonęły w szumie lasu. Michał otworzył tylne drzwi auta, brutalnie wrzucił mnie na siedzenie i zatrzasnął je, przekręcając blokadę.

Zostałam uwięziona. Spojrzałam przez szybę, zalewając się łzami, gdy Michał wsiadał za kierownicę i z piskiem opon ruszył przed siebie, porywając mnie z powrotem w stronę mojego dawnego koszmaru. A w domku na wydmach, w kałuży krwi, leżał facet, który przed chwilą oddał mi swoje serce.

ROZDZIAŁ 8

ALEKSANDER

Ciemność wokół mnie rozpadła się hukiem, który wydał się rozrywać moją czaszkę od środka. Gdy otworzyłem oczy, pierwsze, co poczułem, to ciepła krew spływająca po lewej brwi i policzku. Rozejrzałem się oszołomiony, a ból w skroniach niemal zwalił mnie z powrotem na podłogę.

W mgnieniu oka cała świadomość wróciła z siłą uderzenia tarana. Michał. Łom. Maja.

Samo jej imię wystarczyło, żebym poczuł, jak coś zaciska mi się w piersi. Nie powinienem był pozwolić, żeby stała się dla mnie kimś ważnym. Znałem ją tak krótko, a już myśl o tym, że mogłem ją stracić, rozrywała mnie od środka.

Nie wiedziałem jeszcze, czym właściwie dla mnie była. Wiedziałem tylko jedno: nie mogłem pozwolić, żeby Michał ją skrzywdził.

— Maja! — wychrypiałem, zrywając się na równe nogi.

Błędnik oszalał, a ja musiałem podeprzeć się ściany, zostawiając na białym tynku krwawy ślad dłoni. Wokół panowała przerażająca cisza. Drzwi wejściowe wisiały szeroko otwarte, a na podjeździe za drzewami nie było już śladu po samochodzie tego psychopaty. Porwał ją. Zabrał ją z mojego azylu, trzęsącą się ze strachu i bezbronną.

Ból fizyczny przestał mieć znaczenie. Została tylko furia i instynkt, który przez dwa lata próbowałem trzymać pod kontrolą. Otarłem przedramieniem twarz z krwi, chwyciłem z komody kluczyki do SUV-a i wybiegłem na zewnątrz. Ryk silnika mojego auta rozdarł leśną ciszę, gdy z impetem wrzuciłem bieg i ruszyłem w pościg za śladami opon Michała.

MAJA

Kilka kilometrów dalej jechałam prosto w głąb koszmaru. Droga samochodem z Michałem była ciągiem czystego koszmaru. Mój były narzeczony stracił kontakt z rzeczywistością. Pędził wąską drogą z prędkością 120 km/h, a jego dłonie tak mocno zaciskały się na kierownicy, że aż pobielały mu kłykcie.

Wpadł w chory atak paranoi. Wydawało mu się, że czarny SUV Aleksandra już siedzi mu na ogonie, że za każdym zakrętem czają się niebieskie światła policji. Wrzeszczał na mnie, plując na przednią szybę, wyzywał mnie od najgorszych dziwek, a jego oczy były puste.

— Myślicie, że ze mnie zadrwicie?! Że oddam cię jakiemuś nadmorskiemu śmieciowi?! — krzyczał, wciskając gaz jeszcze głębiej w podłogę.

Gdy spróbowałam szarpnąć za klamkę drzwi, Michał dostał obłąkańczego szału. Odwrócił się w moją stronę, by mnie uderzyć i właśnie w tym momencie stracił panowanie nad pojazdem. Wjechaliśmy w ostry zakręt z prędkością, która zdecydowanie przekraczała bezpieczną granicę. Pamiętałam tylko przerażający pisk opon, boczny poślizg i huk, gdy auto z impetem wbiło się w olbrzymi dąb. Wszystko zalała ciemność.

Gdy otworzyłam oczy, wokół unosił się zapach spalonej gumy i dymu z rozbitej chłodnicy. Ostry, rozrywający ból w klatce piersiowej momentalnie odebrał mi dech. Moja twarz była zalana krwią z rozciętego łuku brwiowego. Spojrzałam nieprzytomnie na fotel kierowcy. Michał przeżył uderzenie. Poduszka po jego stronie była wystrzelona, a jego fotel został częściowo osłonięty przez konstrukcję samochodu. Mimo obrażeń zdołał wydostać się z auta. Zamiast mi pomóc, spanikował i uciekł, zostawiając mnie samą w rozbitym wraku.

W oddali, przez rozbitą przednią szybę, zaczęły przebiegać rytmiczne, niebieskie błyski. Syreny pogotowia i policji niosły się echem po okolicy.

ALEKSANDER

Zredukowałem bieg do minimum. Na leśnym zakręcie, tuż przed wielkim dębem, wyłoniła się cała masa migających, niebieskich świateł. Droga była zablokowana przez wozy strażackie i radiowozy.

Prowadziłem SUV-a, zaciskając zęby ze wściekłości, a moje ciało zesztywniało, gdy powoli zacząłem przejeżdżać obok doszczętnie zmiażdżonego wraku. Moje serce w tamtej sekundzie dosłownie rozpadło się na kawałki, a w oczach rozpalił się potworny horror.

Przez boczną szybę samochodu zobaczyłem ratowników medycznych. Czterech mężczyzn w jaskrawych kombinezonach wynosiło na pomarańczowych noszach bezwładną dziewczynę.

To była Maja. Blada jak śmierć, z twarzą zalaną szkarłatną krwią, z zamkniętymi powiekami i w mojej koszuli. Ratownicy gorączkowo zakładali jej maskę tlenową, ładując nosze prosto do wnętrza ryczącej syrenami karetki pogotowia. Patrzyłem na to przez szybę, zaciskając dłonie na kierownicy tak mocno, że aż zatrzeszczała skóra, a fala gniewu i rozpaczy rozrywała moją klatkę piersiową. Kobieta, którą pokochałem nad tym jeziorem, właśnie odjeżdżała do szpitala, walcząc o życie.

Gdy tylko tylne drzwi karetki zatrzasnęły się, a pojazd ruszył na sygnale w stronę miasta, wcisnąłem gaz do dechy. Mój SUV ryczał na najwyższych obrotach, omijając radiowozy i straż poboczem, prosto w ślad za migającymi światłami pogotowia. Lewa strona mojej twarzy była sztywna od zasychającej krwi, a ramię pulsowało rozrywającym bólem, ale w tamtej chwili byłem tylko maszyną napędzaną adrenaliną. Musiałem tam być. Musiałem dopilnować, żeby przeżyła.

Dwadzieścia minut później z piskiem opon zaparkowałem tuż pod drzwiami Szpitalnego Oddziału Ratunkowego. Wybiegłem z auta, zatrzaskując drzwi, i wpadłem przez przesuwne wrota prosto w sterylny, chłodny korytarz SOR-u.

— Gdzie ona jest?! — mój ryk rozciął pełną napięcia, szpitalną ciszę, sprawiając, że siedzący na poczekalni ludzie zamarli.

Dopadłem do wysokiej lady recepcji. Starsza pielęgniarka w zielonym fartuchu uniosła głowę, a na widok mojej nagiej od pasa w górę, zakrwawionej i pokrytej tatuażami sylwetki, w jej oczach pojawił się strach. Odsunęła się z krzesłem o pół metra w tył.

Z bocznego korytarza wybiegło dwóch postawnych ochroniarzy z pałkami przy pasie. Ruszyli na mnie bojowo, ale wystarczyło, że odwróciłem głowę i posłałem im lodowate spojrzenie faceta od brudnej roboty, w którym palił się instynkt mordercy, obaj momentalnie zwolnili krok, zamierając trzy metry ode mnie. Zrozumieli, że jeśli spróbują mnie dotknąć, to skończy się dla nich tragicznie.

Zza wahadłowych drzwi wyszedł wysoki lekarz w masce chirurgicznej, rozmawiając ze starszym policjantem. Dopadłem do niego, ignorując strażników.

— Co z Mają? Żyje?! — wycedziłem przez zaciśnięte zęby, a mój oddech był głęboki.

Lekarz zmierzył wzrokiem moją zakrwawioną głowę i ramię, po czym poprawił okulary i westchnął ciężko z urzędowym dystansem.

— Kim pan jest dla pacjentki? — zapytał bezdusznie.

— To moja… — słowo uwięzło mi w gardle. Nie byłem jej mężem. Nie byłem narzeczonym. Nie znaliśmy się przecież dłużej niż dwa dni, od kiedy jej życie splotło się z moim. — Jestem jej partnerem. Przywiozła ją tu karetka z wypadku. Co z nią?!

— Przykro mi, ale w systemie jako osoba upoważniona do kontaktu widnieje pan Michał Borowski — uciął lekarz, krzyżując ramiona na piersi i odsuwając się o krok. — Nie jest pan rodziną pacjentki, więc ze względu na ochronę danych osobowych nie mogę udzielić panu informacji o jej stanie zdrowia. Proszę opuścić oddział i zgłosić się na izbę przyjęć w celu opatrzenia własnych ran.

Słysząc nazwisko tego żałosnego skurwiela, poczułem, jak trafia mnie wściekłość. Cały mój chłodny dystans szlag trafił. Zrobiłem krok w przód, łapiąc lekarza za kołnierz fartucha i przyciągając go do swojej twarzy, ignorując spanikowane krzyki pielęgniarki.

— Ten wasz pieprzony narzeczony z systemu, Borowski, zrobił mi to, co mam na głowie! — wydarłem się prosto w jego zszokowaną twarz, a mój głos niemal zatrząsł szybami SOR-u. — To ten psychopata ją porwał! Napadł na nas w moim własnym domku, wsadził ją siłą do auta i spowodował ten pieprzony wypadek! Rozumiesz to, człowieku?!

Mundurowy odciągnął mnie od lekarza, kładąc dłoń na kaburze pistoletu i stając między nami.

— Obywatelu, uspokójcie się! Słyszeliście lekarza. Nie jesteście rodziną, nic wam nie powiemy. Opuśćcie SOR albo lądujecie na dołku za napaść i zakłócanie porządku.

Moje dłonie zacisnęły się w pięści. Ochroniarze i policjant napięli się, gotowi do starcia. Spojrzałem mundurowemu prosto w oczy, a w moim umyśle wściekłość ustąpiła miejsca bezwzględnej kalkulacji. Skoro chcieli grać oficjalnie, pora była wyciągnąć kartę z czasów, gdy budziłem strach w całym podziemiu. Ten gliniarz musiał pamiętać tamte lata.

Nachyliłem się do niego i niesamowicie cichym szeptem wypowiedziałem jedno słowo, moją ksywkę z mrocznej przeszłości:

— Cień.

Policjant zamarł. Widziałem, jak z jego twarzy odpływa cała krew, a źrenice rozszerzają się z przerażenia. Jego dłoń spadła z kabury pistoletu. Ochroniarze spojrzeli po sobie, kompletnie nie rozumiejąc, co się właśnie wydarzyło. Policjant zerknął na lekarza, przełknął ciężko ślinę i nagle jego ton zmienił się o sto osiemdziesiąt stopni. Stał się wręcz potulny, a w jego oczach pojawił się respekt.

— Dobrze… Rozumiem — wykrztusił mundurowy, dając szybki znak dłonią strażnikom, by się odsunęli. Odwrócił się do lekarza. — Doktorze… proszę mu powiedzieć wszystko. Ja biorę za to pełną odpowiedzialność.

Lekarz spojrzał na roztrzęsionego policjanta w kompletnym szoku, po czym przeniósł wzrok na mnie, poprawiając nerwowo maseczkę. Cały jego urzędowy dystans pękł.

— Pacjentka miała ogromne szczęście w nieszczęściu — zaczął szybko lekarz, a jego głos wyraźnie drżał. — Uderzenie poszło głównie na stronę kierowcy, która była pusta. Kobieta ma jedynie głęboko rozcięty łuk brwiowy, który już zaopatrzyliśmy plastycznie. Odłamki rozbitej szyby poraniły jej kończyny, więc założyliśmy parę szwów na prawej ręce i lewej nodze. Poza ogólnymi potłuczeniami i silnym wstrząsem, jej życiu nie zagraża żadne niebezpieczeństwo. Śpi teraz na sali pod wpływem leków uspokajających.

Ciężki kamień spadł z mojej klatki piersiowej. Żyła. Była cała. Tylko łuk brwiowy i parę szwów.

— Gdzie jest ta sala? — spytałem.

— Drugie piętro, pokój dwieście cztery — odpowiedział pospiesznie lekarz. — Może pan tam wejść. Osobiście dopilnuję, żeby nikt pana nie niepokoił.

Odszedłem bez słowa podziękowania, kierując się prosto w stronę windy. Moje ramię wciąż krwawiło, a głowa pulsowała bólem, ale to nie miało żadnego znaczenia. Policjant wiedział już, z kim ma do czynienia. Gdy winda ruszyła w górę, w moich oczach znowu rozpalił się ten mroczny ogień. Michał wciąż krążył gdzieś, szukając okazji, by znowu dorwać Maję, ale teraz… teraz to ja zamierzałem polować na niego.

Drzwi windy otworzyły się, a ja wyszedłem na korytarz drugiego piętra, zostawiając za sobą roztrzęsionego policjanta i przerażonych moją ksywką ochroniarzy. Szpitalny oddział tonął w półmroku. Jedyne światło sączyło się z sufitowych lamp oraz jarzeniówek nad stanowiskiem pielęgniarek, które na mój widok spuściły wzrok, udając, że gorączkowo wertują dokumentację medyczną. Wieść o tym, kto właśnie krwawi na ich korytarzu, musiała dotrzeć tu szybciej niż winda.

Moje rany pulsowały potwornym bólem przy każdym uderzeniu szalejącego tętna. Skóra na moim torsie była twarda od zaschniętej szkarłatnej mazi, ale kompletnie nic z tego nie rejestrowałem. Liczył się tylko numer na białych drzwiach. Dwieście cztery.

Pchnąłem je delikatnie, wchodząc do jednoosobowej sali. W powietrzu unosił się sterylny zapach antyseptyków wymieszany z chłodem wpadającym przez uchylone okna. I wtedy całe powietrze uwięzło mi w płucach.

Maja leżała na środku szpitalnego łóżka, przykryta białą pościelą. Nad jej prawą brwią był założony opatrunek skrywający rozcięcie z wypadku, a jej prawa ręka i lewa noga, wysunięte spod kołdry, były gęsto owinięte bandażami, pod którymi kryły się świeże szwy po rozbitej szybie. Aparatura medyczna stojąca obok łóżka miarowo pikała, odmierzając rytm jej spokojnego oddechu po lekach uspokajających. Żyła. To było dla mnie najważniejsze.

Podszedłem do łóżka bezszelestnie. Moje zakrwawione ciało wydawało się wręcz makabrycznym kontrastem dla jej bladości. Odsunąłem metalowe krzesło i usiadłem tuż obok niej. Bardzo ostrożnie, jakbym dotykał najdroższego szkła, wyciągnąłem swoją prawą dłoń i delikatnie oplotłem jej ciepłe palce. Bicie jej pulsu pod moją skórą było teraz jedynym powodem, dla którego sam jeszcze oddychałem.

Drzwi do sali otworzyły się cicho i do środka weszła młoda lekarka dyżurna, niosąc na tacy sterylne nici i gaziki.

— Panie… to znaczy, panie Cień — wykrztusiła drżącym głosem, nie śmiąc spojrzeć mi prosto w oczy. — Policja przekazała, że… pozwoli nam pan opatrzyć to ramię i głowę. Proszę przejść do gabinetu zabiegowego. Traci pan zbyt dużo krwi.

Lekarka spojrzała na mnie znacząco. — Poza szyciem muszę jeszcze sprawdzić, czy nie ma pan wstrząśnienia mózgu.

— Nie ruszę się stąd — wycedziłem lodowatym warknięciem, od którego dziewczyna zesztywniała, a taca w jej dłoniach lekko brzęknęła. — Przynieś to tutaj i zaszyj mnie przy tym łóżku. Albo wyjdź i nie marnuj mojego czasu.

Lekarka przełknęła ciężko ślinę, skinęła gorączkowo głową i zaczęła rozkładać narzędzia na małym stoliku.

Nagle poczułem delikatne drżenie palców w mojej dłoni. Maja poruszyła lekko głową na poduszce, a jej długie rzęsy zatrzepotały w blasku księżyca przedzierającego się przez chmury. Leki uspokajające powoli zaczynały puszczać. Wydała z siebie cichy jęk bólu, po czym z potwornym wysiłkiem uniosła powieki.

Jej zamglone spojrzenie błądziło po suficie, po aparaturze, aż w końcu… aż w końcu skupiło się na mojej twarzy. Pierwsze, co rozpoznała, to znajomy zapach mojego ciała. W jej oczach zgasło całe zdezorientowanie, a na jej blade usta, pokryte drobnymi spękaniami, wypłynął najpiękniejszy uśmiech, jaki w życiu widziałem.

— Aleksander… — jej szept był tak cichy, tak szorstki od leków i snu, że niemal zatonął w pikaniu monitorów. Zacisnęła swoje palce na mojej dłoni ze wszystkich sił, jakby chciała się upewnić, że to nie jest sen. — Ty żyjesz… Myślałam, że już nigdy więcej cię nie zobaczę. Myślałam, że Michał cię zabił… O Boże, ty krwawisz… On cię uderzył…

— Ciii, mała — szepnąłem, nachylając się nad nią tak blisko, że mój oddech omiatał jej rozpalony policzek. Moja dłoń z niesamowitą czułością pogłaskała ją po szyi, uspokajając ją. — Jestem tutaj. Przy mnie jesteś bezpieczna. Nic ci już nie grozi, słyszysz? Borowski podpisał na siebie wyrok, gdy tylko podniósł na ciebie rękę. Odnajdę go i zniszczę tak, że świat o nim zapomni. Ale teraz masz odpoczywać.

Maja spojrzała na moje lewe ramię, z którego pod wpływem mojego ruchu znowu zaczęła sączyć się gęsta krew, kapiąc prosto na posadzkę, a potem na stojącą w rogu lekarkę z igłą w dłoni. W jej oczach, dotąd tak miękkich, nagle błysnął ten sam zadziorny charakterek, który tak potwornie mnie w niej kręcił.

— Aleksander, do cholery… — syknęła cicho, a w jej głosie pojawił się upór. — Masz dać się im opatrzyć. Słyszysz mnie, szefie? Bo przysięgam ci, że jeśli nie usiądziesz prosto i nie pozwolisz jej założyć tych szwów, to sama zerwę te wszystkie kroplówki, wstanę z tego łóżka i zrobię to za nią!

Zatkało mnie. Spojrzałem na tę moją małą, poturbowaną Maję i po raz pierwszy od tamtego koszmarnego wypadku, z moich ust wyrwał się cichy śmiech. Ten mroczny Cień, który przed chwilą terroryzował cały SOR, pod wpływem groźby jednej dziewczyny w łóżku momentalnie zmiękł i stracił swoją niszczycielską twardość. — Dobrze, mała. Już dobrze. Nie denerwuj się, bo ci te szwy pękną — wymruczałem z rozbawieniem, odwracając się bokiem do lekarki i napinając mięśnie zakrwawionego ramienia. — Rób swoją robotę. Byle szybko. Bo moja kobieta zaczyna tracić cierpliwość.

Lekarka pospiesznie podeszła bliżej, a Maja, trzymając mnie za prawą dłoń i nie odrywając swoich oczu od moich, patrzyła, jak metalowa igła wbija się w moją skórę. Napięcie i strach po ucieczce Michała powoli ustępowały. W tej szpitalnej sali zostało tylko dwoje ludzi, którzy tej nocy, na skraju życia i śmierci, odnaleźli w sobie nawzajem bezpieczne schronienie.

ROZDZIAŁ 9

ALEKSANDER

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20
drukowana A5
za 63.36