E-book
3.94
drukowana A5
50.94
Cichy dreszcz liścia

Bezpłatny fragment - Cichy dreszcz liścia


Objętość:
291 str.
ISBN:
978-83-8431-673-3
E-book
za 3.94
drukowana A5
za 50.94

Rozdział 1

Mały karateka w białym kimono przemierzał ciemne zakamarki Tokio. Nie wiedział, że w mroku kryje się zło. Szedł wąskim korytarzem, pomiędzy barakami magazynów a budynkami gastronomii. Liche światło będące jedynym w okolicy, migało co rusz, świadcząc o złym stanie żarówki. Otóż światło padało na mały placyk, który pojawił się wówczas, gdy wspomniany mały karateka wyszedł z ciasnego przejścia.

To wszystko miało miejsce w tak zwanym mgnieniu oka. Otóż prawdopodobnie to celnie rzucony szuriken sprawił, iż światło zgasło. Z mroku wyskoczyli napastnicy; mały karateka doliczył się ich trzech. Odziani w chyba czarne uniformy musieli przynależeć do mafijnego zgrupowania. I stało się oto tak:

Pierwszy ziomuś nacierał razem z drugim, na co nasz bohaterski malec zareagował kopniakiem z półobrotu: efekt był piorunujący: dwóch napastników leżało kwiląc żałośnie, zlizując krew z warg.

Trzeci drab uderzył dzieciaka w oko, po czym otrzymał od tegoż cios wymienny w nos. Dzieciak w momencie zszedł do parteru i w stylu taneczno-breakdance’owym podciął mu nogi. Gdy gość upadł na plecy, brzdąc skoczył mu na głowę, unieszkodliwiając go totalnie.

Zorientowawszy się, że nikogo więcej nie ma, czmychnął niczym cichociemny; cicho i taktownie.

Do domu wrócił po północy. Wchodząc na paluszkach do mieszkania, poszedł najpierw do kuchni i wyciągnął z lodówki sok. Nalał sobie do szklanki i wypił duszkiem. Już chciał pójść do łazienki, gdy ujrzał swego ojca.

Surowe oblicze karateki (ojciec nosił kimono również, nawet podczas snu) wzbudziło w synowskim sercu strach.

— Kto ci to zrobił? — zapytał wskazując na podbite oko.

Mały Hoi, bo tak na imię miał dzieciak, chciał wtrynić tacie jakąś fejkową wiadomość, lecz w porę się zmiarkował i powiedział:

— Napadli mnie w zaułku.

— Ilu ich było?

— Trzech.

Matowy głos ojca przypominał Małemu Hoiowi o macie i codziennych męczących ćwiczeniach.

— Czy wiesz, kto to mógł być?

— Nie mam pojęcia, tato.

John Bandana, bo tak z kolei nazywał się ojciec, zacisnął pięść, co nie uszło uwadze synkowi.

Tata dziś w nocy zrobi zadymę — pomyślał i poszedł grzecznie do swego pokoju.

Bandana nałożył na czoło czerwoną opaskę, przemył twarz zimną wodą i przed wyjściem z domu zajrzał do sypialni, gdzie leżała jego żona.

— Wychodzę na chwilę. Nie martw się, Mały Hoi już wrócił — rzekł, po czym dało się słyszeć odgłos zatrzaskiwanych drzwi.

Johnny od razu za cel obrał metro. Kiedy znalazł się w podziemiach miasta, poczuł coś w rodzaju dziwnej ulgi. Tokio, miasto niesamowicie zatłoczone, po północy stanowiło swoją odwrotność; otóż prócz dwóch studentów, którzy chodzili tam i siam czekając na przyjazd pociągu, nie było nikogo. Bandana dobrze wiedział kto i gdzie.

Po jakimś czasie zajął miejsce w pustym wagonie i patrzył w swoje odbicie na czarnonocnej szybie.

Nikt nie będzie lał mego syna — pomyślał, chociaż dobrze wiedział, iż Mały Hoi pokonał tych bęcwałów.

Tymczasem na dzielni Harajuku, w drogim hotelu na czwartym piętrze, na oranżowej sofie siedział sobie w towarzystwie trzech kolegów oraz pięciu dziwek — Dżudża. Był to niski i gruby facet, który miał w zwyczaju leczyć swe kompleksy niespodziewanymi akcjami w stylu: wynająć drabów by sklepali syna legendy Tokio.

— Polej mi Sake, kumplu — rzucił do jednego z nich Dżudża.

— Moja żona powiedziała mi wczoraj, że jeśli dalej będę spędzał noce poza domem, to wywali moje rzeczy i pośle mnie do dwustu diabłów — rzekł Mały Lucek, nalewając Dżudżowi sake.

— Dobrze, ża ja nie mam żony, bo bym zwariował od tej permanentnej kontroli — powiedział Dżudża, co wzbudziło dziki, ordynarny śmiech jego kolegów.

— No i z czego się śmiejecie, pajace? — zapytał wkurzony.

— Przepraszamy — wydukał Pikantny Dzik.

Nagle jedna z pięknych pań wstała i kołysząc biodrami podeszła do Dżudży. Kiedy siadła mu na kolana, zapytała:

— Co mogę dla ciebie zrobić?

— Fellatio — odparł bez namysłu ten.

Zapanowała totalna cisza. Prostytutka zaczęła ściągać bieliznę i szykować się do zejścia w parter. Pozostałe dziewczęta zbliżały się do mężczyzn i całowały ich zasznurowane ze wstydu usta.

Po skończonej robocie, Dżudża powiedział do przedstawicielek płci pięknej, żeby sobie już poszły. Zardzewiały Pręt oświadczył wówczas, że jeszcze nigdy nie widział takich piękności, jak u Dżudży właśnie. Oblany rumieńcem dumy Dżudża uśmiechnął się szczerze, pokazując swe białe, duże zęby.

— Pamiętajcie, że kobiety są tylko dodatkiem do życia mężczyzn. Dodatkiem miłym i ważnym, ale jednak dodatkiem — rzekł rozparty w fotelu, który jakby specjalnie został skrojony pod jego tłustą dupę.

— A co jest w życiu najważniejsze? — zapytał dopijając drinka Mały Lucek.

Dżudża zapadł w pewnego rodzaju zadumę, po czym rzekł:

— Najważniejsza jest walka. Myślicie, że po co wysłałem was dziś wieczorem, byście sklepali buźkę Małemu Hoiowi? Wysłałem was po to, by poczuć ten dreszczyk emocji, i mimo że osobiście nie brałem udziału w owym pojedynku, to uważam, iż był on potrzebny. Ojciec Hoia, John Bandana to bez wątpienia człowiek, dla którego bitki są esencją życia. Zapytacie pewnie, dlaczego więc kazałem wam napaść syna Johna, a nie samego Johna. Otóż Mały Hoi nie jest jeszcze pełnoprawnym człowiekiem walki, on jest dopiero chłystkiem, smarkaczem, gówniarzem, gołowąsem, nie zaś bitnikiem na chwałę Brusa Li. Mały Hoi myśli, że jest nie wiadomo kim, a jest karakanem i niczym więcej, dlatego kazałem wam zrobić mu mały łomocik. Niestety rzeczywistość zweryfikowała mój tok myślenia, bowiem to wy dostaliście srogi wpierdol. No cóż, bywa i tak, prawda — tu Dżudża zrobił przerwę na wzięcie łyka drinka.

Pikantny Dzik kichnął, aż musiał chusteczką zlikwidować brud, jaki przyniosło nieoczekiwane wypuszczenie zawartości nosowej.

— Mnie z kolei walka kojarzy się z tarciem. Dwa ciała mężczyzn trą o siebie podczas pojedynku, a wynikiem tegoż może być gloria lub sromota — powiedział Pikantny Dzik.

— Dla mnie walka to danie w mordę przeciwnikowi, to krew, to pot, to łzy — oświadczył Mały Lucek.

I w tej chwili wybrzmiało pukanie do drzwi.

— Co jest, przecież niczego nie zamawialiśmy — rzekł zdezorientowany Dżudża.

Pukanie stawało się głośniejsze.

— Proszę nie przeszkadzać, my niczego nie chcemy — krzyknął Pikantny Dzik.

Teraz zamiast pukania zaistniał łomot.

— Co to za podły hotel, nie dadzą człowiekowi spokojnie odpoczywać — rzekł wzburzony Dżudża, zbliżając się do drzwi.

Kiedy je otworzył, ujrzał, ku swemu zdumieniu, Johna Bandanę.

— Dzień dobry łachudry — rzekł ten.

Na początek poczęstował Dżudżę ciężkim lewym sierpem, który momentalnie położył faceta. Pikantny Dzik skoczył, i z wyciągniętą nogą leciał w kierunku głowy Bandany. John uczynił unik, po czym błyskawicznie chwycił za ową wyciągniętą nogę, i kręcąc napastnikiem, wyrzucił go gdzieś daleko. Mały Lucek natomiast zaszedł Bandanę od tyłu, i zaciskając na szyi przedramię, dusił go niemiłosiernie.

John poczerwieniał na twarzy, lecz bez większego problemu przerzucił duszącego przez plecy. Mały Lucek prędko się podniósł i ruszył z furią na przeciwnika. John powalił go kopem z półobrotu. Tymczasem Zardzewiały Pręt uderzył Bandanę kijem w brzuch. John schylił się z bólu, co Zardzewiały Pręt wykorzystał natychmiast, kopiąc go w głowę. Kopnięty zrobił do tyłu salto w powietrzu i upadł na brzuch. Pręt miał właśnie oddać śmiertelny cios kijem, lecz zwinny John poturlał się w bok, momentalnie odzyskał pion i kopnął Zardzewiałego w łydkę. Ten stracił równowagę, John zaś błyskawicznie złapał go za głowę i walnął nią o ścianę.

Dżudża w tym czasie dotarł do okna i zastanawiał się jak tu skoczyć, nie zabijając się przy okazji na śmierć. John poklepał go po ramieniu, ten odwrócił głowę i dostał strzała w nos. Pod wpływem siły ciosu zapewne wypadłby przez okno hotelowego pokoju, lecz Bandana przytrzymał go za pasek od spodni, po czym wciągnął do środka.

— Nigdy nie zadzieraj z moim synem, zrozumiano? — wysyczał John.

Dżudża z zakrwawioną gębą zdołał jedynie coś wybełkotać, lecz nikt nie zrozumiał o co mu chodziło.

Rozdział 2

Kiedy John Bandana wrócił do domu, zaczęło już świtać. Ruch w mieście przybrał na masie, ludzie pędzili do prac, do biurowców, do tych mordowni, gdzie trzeba było tyrać sześć dni w tygodniu. Oto Tokijskie realia.

Bandana delikatnie wszedł do sypialni swej małżonki i postawił na jej lśniącym licu równie delikatnego całusa, co wybudziło panią Bandanę z morskiej głębiny snu.

— Która godzina? — zapytała jakże mruczącym i kocim głosem obudzonej kotki.

— Dochodzi siódma, kochanie.

— Trzeba obudzić Małego Hoia — powiedziała jakby ze smutkiem, że musi pożegnać się ze słodkimi realiami snu, pani Bandana.

John wszedł do pokoju syna. Ten spał i chrapał niczym tłusta świnia, chociaż gruby nie był.

— Budź się, Hoiu.

Syn zamruczał, zniechęcony wizją wstania.

— No już już, śniadanie czeka.

John skłamał, żadne śniadanie nie czekało. Musiał je dopiero zrobić, lecz zalanie płatków zimnym mlekiem to kwestia sekund. Gdy to zrobił, znowu zajrzał do pokoju. Tym razem zastał syna odzianego w strój karateki.

— Jedz — rzekł Bandana do siedzącego przy stole Małego Hoia. Po chwili w drzwiach kuchni stanęła mama Hoia i żona Johna w jednej osobie.

— Dziś ja zawiozę małego do szkoły, bo mam za chwilę trening — oświadczyła niewiasta.

— To dobrze się składa, jestem bowiem deczko zmęczony — rzekł facet.

— Tato? — zagaił Mały Hoi z ustami pełnymi mleka, aż mu się to mleko wylało z ust, brudząc koszulę.

— Co?

— Gdzie byłeś w nocy?

— Ja?

— No.

— Musiałem załatwić jedną ważną sprawę.

— To ty gdzieś po nocy jeździłeś? — zapytała nieprzyjemnym głosem Żona.

— Tak. Jak już mówiłem, miałem ważną sprawę.

Po krótkim czasie John zniknął, zamykając się w łazience. Musiał zmyć pod prysznicem krew, która została po ostatnim pojedynku z drabami.

Tymczasem w dość okazałym wieżowcu na ostatnim piętrze, w dzielnicy Chyoda, za swym biurkiem siedział Różowy Floyd. Ów człowiek był amerykaninem, a w Japonii już od dawna, bo od lat dwudziestu zajmował się reżyserią. Ktoś z tak zwanej branży zaproponował mu, aby nakręcił film miłosny z wybitnie dobrym scenariuszem, który został napisany na podstawie książki pana Georga Penna, zatytułowanej: Grochem o ścianę: czyli mózg i krew.

Różowy Floyd miał już obsadzone role, prócz głównej. Popijając kawę, kminił i szukał w pamięci nazwiska aktorów, którzy posiadali sylwetki atlety.

Nagle znieruchomiał: jego oczy rozszerzyły się do granic możliwości, a usta wykrzywiły w grymasie szelmowskiego uśmieszku. „Mam cię” — pomyślał i nawet powiedział to szeptem.

Sięgnął po leżącego na blacie ajfona i wystukał numer, który znał na pamięć.

— No witam — krzyknął kordialnie, gdy w telefonie wybrzmiał znajomy głos. — Mam sprawę do omówienia, z tym że nie na telefon. Musiałbyś przyjechać do mnie, do biura. Na kiedy mógłbym cię wpisać do notesu? Na dziś? Fantastycznie, czekam więc z niecierpliwością!

Po dwóch kwadransach rozległ się nieznośny dzwonek telefonu.

— Tak? Już jest? Zatem wpuść go, Helen.

Sekretarka Różowego Floyda wprowadziła gościa do pokoju. Mężczyźni padli sobie w ramiona. Cmoków, śmiechów i komplementów nie było końca. Przynajmniej z jednej strony.

Otóż gościem pana Floyda był nie kto inny, jak sam John Bandana.

— Nieczęsto zdarza się, że przybywasz do mnie w niecałe pół godziny — rzekł Różowy Floyd.

— Dziś miałem farta, bo żona postanowiła odwieźć syna do szkoły. Inaczej sterczałbym teraz w korkach i klął pod nosem na pieprzonych kierowców.

— Wspaniale. Napijesz się czegoś?

— Może coli z lodem i odrobiną fanty.

Gospodarz biura chwycił za słuchawkę i powiedział sekretarce, by przyniosła colę z lodem i odrobiną fanty. Na szczęście sekretarką była ogarnięta babka, więc szybko poradziła sobie z zadaniem. Wymyślny napój stał przed Johnem na stole. Rożowy Floyd natomiast nalał sobie łiskacza.

— Pewnieś ciekaw co takiego mam tym razem dla ciebie?

— Powiem szczerze, żem nawet się nad tym nie zastanawiał — odrzekł sucho Bandana.

— Nic, zupełnie?

— Nic. Mam dużo spraw na głowie, wiesz.

— No cóż. Powiem ci, że biorę się za nowy film. Scenariusz już jest, aktorzy są, wszystko jest, nie ma tylko osoby, która zagrałaby główną rolę.

— Masz więc spory problem.

— Otóż to.

— Problem na miarę Czomolungmy.

— Czomo co?

— Nie ważne. Chciałem tylko porównać twój problem do dużej góry.

— Acha. No więc myślałem dziś rano, myślałem, myślałem i myślałem.

— Ciekawie…

— I nagle jak nie pieprznie coś w mózgowiu mym!

— Wylew masz!

— Nie! To pomysł! Wpadł mi do głowy pomysł z hukiem armatnim.

— Co było dalej?

— Chwytam za słuchawkę i dzwonię do ciebie.

— Ja przyjeżdżam.

— Ty przyjeżdżasz, zamawiasz picie i… właściwie o czym my tu pitolimy…

— Nie wiem…

— Dobra, konkrety: otóż pomyślałem sobie, że główną rolę zagrasz ty. Co ty na to, John?

— Karwasz twarz. Wiesz, że to może nie wypalić?

— Czemu?

— Jak wiesz mam dużo wrogów. Choćby pierwszy z brzegu, Dżokiro. To też gość, który umie w karate, co więcej, ma poparcie środowiska filmowego, wybierz go.

— Sram na środowisko! A Dżokiro jest tak pewnym siebie gagatkiem, że nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Zresztą ten palant zagrał już w tylu filmach, że uważam, że powinien godnie zejść ze sceny.

— Coś mi mówi, że kiedy wyjdzie w świat informacja, że zagram u ciebie główną rolę, Dżokiro będzie chciał cię zniszczyć. I przy okazji mnie też. Ubzdurał sobie kiedyś, że jestem jakimś jego rywalem, i że musi udowodnić światu, że jest lepszy.

— A pies z nim! A tak w ogóle to drugim plusem wynikającym z tego, że ciebie zatrudnię, to, oczywiście prócz faktu, że w ogóle zagrasz, to jeszcze mógłbyś ochraniać mnie przed tym łajdakiem.

— Hmm. Muszę ochłonąć. Przemyśleć.

— Ale co tu jest do myślenia? Johnny, znamy się przecież kawał czasu, wiesz, że zawsze mogłeś na mnie liczyć. Proszę, zgódź się i zagraj w tym filmie. Gdzie ja znajdę aktora, który potrafi walczyć, który nie boi się brać udziału w scenach, w których nawet najbardziej doświadczony kaskader czasami wymięka, no i przede wszystkim gdzie znajdę aktora z taką charyzmą?

— Okej. Masz mnie.

— Juhu!!! — wrzasnął Różowy Floyd tak głośno, że nawet sekretarka zajrzała z pytaniem, czy wszystko jest w porządku.

Potem rozmowa zeszła, jak to się popularnie mawia, na psy. Mężczyźni zaczęli gadać o wszystkim i o niczym, a czas leciał i leciał. Tak na przykład wyglądała ta radosna rozhowora:

— … no i wyobraź ty sobie, że przychodzi do mnie laleczka, kręci tyłkiem i mówi tak: a może pójdziemy popływać w basenie na golasa. Ja jej na to, że ja za stary na takie figle, a ona nie słucha, tylko mi z łapami za bokserki hyc, i pac. Stoję, proszę ja ciebie, jak goły święty turecki, a ona w śmiech. No i z czego ty się tak brechtasz, ty taka i owaka. A ona wskazuje palcem na mój bęben i rży, rozumiesz, jak ogier do kobyły. Nie wytrzymałem i w momencie zadzwoniłem do mojego adwokata. Mówię mu, a że wrzuciłem calla na wideo, to widział wszystko co i jak. Mówi mnie: za molestowanie starca może dostać do trzech lat. Ja mu, że ja żaden starzec, że jeszcze ostatniego słowa nie powiedziałem. Na to adwokat się, rozumiesz, wściekł, rozłączył calla, i zostawił mnie z problemem samiutkiego. A babsztyl dalej zaśmiewa się do przysłowiowego rozpuku. Mnie, wyobraź ty sobie, strzelił chuj. Wnerwiony na maksa podbiegłem do babki i ją boksłem, rozumiesz, aż krew chlusła. W momencie wyrzuty sumienia, rozumiesz, żal, rozumiesz, skrucha. Mówię jej: walnij mnie, proszę, zrób to natychmiast. Ona że nie. Ja błagam. Ta nie i nie. No to żem wziął z garażu siekierę, i wbiłem ją sobie w głowę. O, popatrz, tu mam ślad. Słuchaj, zamroczyło mnie, jak jasny gwint. No i z tą siekierą w cymbale musiałem pójść na pogotowie. Ale na szczęście babeczka się rozchmurzyła, foch jej minął całkowicie. Nawet mnie smartfonem nagrała, jak idę z tą siekierą we łbie do szpitala. Takie czasy, Johnny, nastały, że miłość dziś prędzej przypomina front wojenny, niźli romantyzm.

— Ten świat jest chory.

— To z pewnością. A co u ciebie, Johnny?

— Miałem parę tygodni temu taką niemiłą przygodę w supermarkecie.

— Opowiadaj.

— No więc słuchaj: idę do sklepu po kefir.

— No tak.

— Wchodzę w kefirową alejkę i patrzę jakie tam mają te…

— Kefiry.

— Otóż to. Patrzę, no i finalnie wybrałem kefir marki Siamdziu. Wróciłem do domu, wypakowałem zakupy, a syn mnie się pyta, czy może wziąć sobie kefir. Ja mówię, że nie. Bo to dla mnie był kefir.

— Zrozumiała rzecz.

— Potem rozsiadłem się wygodnie na kanapie i zacząłem czytać, co też tam producent napisał na plastikowym opakowaniu kefiru. Czytam i oczom nie wierzę. Wyobraź sobie, lub też nie wyobrażaj sobie, że wyczytałem, iż mój kefir ma dodatek w postaci miodowej zalewy. W sekundzie otworzyłem sreberkowe wieczko i za pomocą łyżeczki, wprowadziłem do ust kefirowy kęs. Moje kubki smakowe dostały kręćka. W pierwszych sekundach nie wiedziałem, czy wymiotować będę, czy raczej smakować, wzbijając się na wyżyny smakowstwa. Minęła minuta i dwadzieścia cztery sekundy, gdym doszedł do porozumienia z własnym mózgiem, gdzie doszedłem do wniosku, że ów kefir nie smakuje mi. A musisz wiedzieć, żem zapłacił całe trzy jeny japońskie. Czy to nie wania skandalem?

— Jeśli mam być szczery, to to koło skandalu nie leżało. Twoja kefirowa afera to taka fanaberia twoja. Przepraszam, ale tak myślę.

— I dobrze myślisz, Różowy Floydzie. Ja nie pcham się w skandal. Zdecydowanie preferuję ciszę i zachody słońca oglądane razem z rodziną. Ale, wracając do kefiru, to było tak. Następnego dnia poszedłem do tego samego sklepu i zaczepiłem ekspedientkę. Mówię jej tak: szanowna pani, przepraszam, że zakłócam pani pracę, lecz zmuszony jestem do swoistej interwencji. Otóż zakupiłem wczoraj kefir firmy Siamdziu. Na etykiecie, zresztą bardzo gustownej, stało jak byk: kefir. Więc nie namyślając się zbytnio, wziąłem go, bo lubię kefiry. Dopiero w domu kiedym wczytał się w skład, bo musi szanowna pani wiedzieć, że jestem zwolennikiem eko, zobaczyłem, a było to napisane maczkiem drobniejszym od bakteryjki, iż kefir ma dodatek w postaci miodowej zalewy. Kefir nie zasmakował mi. Dlaczego informacja o dodatku jest tak niepozorna? Przecież to robienie klientów w przysłowiowe bambuko! Ona mi mówi, że powinienem skontaktować się z firmą Siamdziu. Była tak miła, że podała mi telefon do owej firmy. Zadzwoniłem i miałem chyba szczęście, gdyż od razu odebrał ktoś. Ktoś o męskim, grubym głosie przekierował mnie do kogoś, a ten zaś ktoś przekierował mnie do jeszcze tam kogoś innego. Dopiero po paru takich przerzucaniach, dotarłem do właściwej osoby. Osoba przedstawiła się i zapytała, o co mi, do cholery, chodzi. Wyłożyłem więc sprawę z jej niezbyt kolorowym finałem. Kobiecy głos oświadczył, że zadba o to, by w następnych partiach informacja o dodatkach była wielkimi literami. Takim to sposobem doszliśmy do porozumienia.

— No cóż. Cieszę się — powiedział Różowy Floyd, trzymając w ustach kubańskie cygaro.

Rozdział 3

Nocą, w porcie miasta Kobe, zamaskowani faceci czatowali na dachu hali, wypatrując masowca z cennym ładunkiem. Problem leżał w tym, iż odbiorcami nadpływającego ładunku byli ludzie z yakuzy. Goście z dachu mieli chytry plan, by zwinąć im sprzed nosa ich własność. Szefem tych — bądź co bądź — szaleńców, był nie kto inny jak Liść. Potężna postać w Japońskim półświatku, mająca gdzieś yakuzę i innych gangusów. Był tam osobiście, i, odziany w kominiarkę i czarną skórzaną kurtkę, patrzył przez noktowizor w stronę morza.

Dokowanie szło całkiem sprawnie, dlatego już po godzinie odbył się rozładunek, i, kiedy niebieski kontener z napisem Nordsea został umieszczony w hali, natychmiast zjawili się ludzie z yakuzy. Było ich sześciu. Jeden z nich otworzył kontener i za pomocą wózka widłowego wyciągnął drewnianą skrzynię. Pewien mały facet z tatuażem na łysej glacy wziął łom i otworzył ową skrzynię. Rozerwał folię, i nabrał na dłoń proszek. Powąchał, zbadał jego proszkowatość, po czym miał już zażądać, by pozostali przenieśli skrzynię do białego furgonu, lecz właśnie do hali wszedł Liść. Łysol z tatuażem odwrócił się. Włożył całą moc w to, by nie okazać lęku, bądź zaskoczenia.

— Słuchajcie — rzekł silnym głosem Liść. — Albo oddacie mi całą zawartość kontenera i odjedziecie w pokoju, albo rozleje się tutaj krew. Dużo krwi.

Łysy, prawdopodobnie przywódca, ryknął przeraźliwym śmiechem.

— Nie oddamy ci nawet jednego zasranego okruszka tego dragu, rozumiesz, szara eminencjo?

Nagle zza pleców Liścia wyskoczyli jego ludzie, którzy zaczęli strzelać do zaskoczonych yakuzoli.

Akcja zdawała się rozgrywać w trybie slow mo: pierwszy oberwał serią w szyję: fontanna krwi wystrzeliła z niebywałą siłą. Amunicja należała do zbyt ostrych, a głowa finalnie odpadła od tułowia. Drugi dostał najpierw w nogę, potem w brzuch. Trzeciego walnął pocisk z shotguna: człowiek odleciał na parę ładnych metrów. Czwarty przyjął w oko z thompsona: pocisk wyleciał z drugiej strony czaszki. Piąty został przecięty serią w pół. Wybebeszyło go momentalnie. Łysol został oszczędzony. Liść podbił do niego tanecznym krokiem i z humorkiem godnym Jokera, zapytał:

— Jak się czujesz?

— Zginiesz… wkrótce… marnie… — wybełkotał Łysy.

Strzał poniósł się echem po hali. Mężczyzna upadł, natomiast Liść schował gnata za spodnie.

— Do roboty panowie, zanim zjawią się tu gliny! — zawołał podniecony.

Potem Liść i jego ludzie pod płaszczem nocy schowali zawartość kontenera do starego domu na obrzeżach miasta, po czym udali się do Tokio jakby nigdy nic.

Oficjalnie Liść funkcjonował pod nazwiskiem Koti, i zajmował się szeroko pojętym biznesem. Znał wszystkie ważne osoby w kraju i poza nim, parę lat temu startował nawet do rządu, lecz z marnym skutkiem. Koti chciał mieć władzę totalną i z każdym rokiem był coraz bliżej celu. Według Forbesa był najbogatszym facetem w Japonii w roku 2023. Jedną z fanaberii Liścia była chęć, by najważniejsze postacie w kraju były jemu podporządkowane. Przynajmniej w sensie ekonomicznym.

Tak więc Koti z dwójką najwierniejszych przyjaciół świętował przejęcie towaru w pewnej podejrzanej spelunie, gdzie kręcili się przeważnie gagatki o niejasnej proweniencji.

W pomieszczeniu panował półmrok, a godzina druga w nocy wymiotła już co niektórych niedobitków. Pokój w którym mężczyźni spożywali sake nie był całkiem zadaszony: otóż światło księżyca zalewało część stołu. Tę część, gdzie leżała kupka pieniędzy.

— To wasze, do podziału — rzekł srogo już podpity Liść.

Suzuki zagarnął forsę pewnym gestem i zapakował ja do samary.

— Miało być do podziału! — warknął wkurzony Makaczi.

— Ach tak, zapomniałem — powiedział Suzuki ze sztucznym uśmiechem, po czym zaczął gmerać w torbie. Wyciągnął z niej spluwę i błyskawicznie nacisnął na spust. Głowa Makacziego eksplodowała, chlapiąc mózgiem na wszystkie strony.

Pobrudzony Koti rzekł:

— Uprzedził byś chociaż.

— Przepraszam. Od dawna wnerwiał mnie ten typ. Kurde, lać mi się chce. Zaraz przyjdę.

Suzuki wstał ociężale i zniknął w mrocznych czeluściach budynku. Liść wykorzystał nieobecność wspólasa następująco: wyciągnął z kieszeni coś co przypominało łuskę od naboju i wrzucił ją do drinka Suzukiego.

Kiedy otyły facet wrócił z łazienki, wziął dużego łyka. Tak dużego, że wypił całą zawartość szklanki. Wówczas Liść rzekł:

— Żegnam cię, Suzuki, sprawiłeś się dobrze.

— Że co? — zdążył powiedzieć kolo.

Koti odpalił w smartfonie apkę, łącząc się z mini granatem, który był w żołądku faceta.

Wybuch Suzukiego sprawił, że pomieszczenie w momencie zamieniło się w krwawą łaźnię. Liść miał na sobie czerwień i resztki byłego kumpla. Z lampy natomiast zwisały jelita, a krew kapała na stół.

— Trzeba się stąd zmywać — mruknął Liść i chwycił wór z kasą.

Szedł chodnikiem nocnego Tokio, mając w sobie totalny luz. Czuł się tak dobrze i tak bezpiecznie, że nie zwracał uwagi na otoczenie, a powinien, przecież miał w samarze tyle pieniędzy, że mógłby za nie kupić parę najbardziej znanych biurowców.

Nagle z piskiem opon zatrzymał się czarny wóz, i wyskoczyli z niego zamaskowani bandyci. Yakuza — pomyślał Liść i na początku spanikował. Kiedy zerknął na ulicę zauważył częściowo otwarty właz do kanałów. Wskoczył więc tam i zaczął uciekać. Czuł się, jak w ciemnym i wilgotnym labiryncie.

Żołnierze yakuzy takoż wskoczyli na dół i gonili Liścia niczym psy gończe. Akcja zaczęła przypominać polowanie na kaczki, z tym że tutaj kaczka była uzbrojona w shotguna.

Liść uciekał napełniony lękiem, lecz w pewnej chwili nastąpiło coś dziwnego. Koti stanął, i, jakby nawiedzony przez ducha dezynwoltury, i ducha samobójstwa, odwrócił się, przeładował broń i zaczął biec prosto na bandę wojaków.

Kulę, widziane w slow mo, jakimś cudem omijały Liścia, natomiast on, Liść, strzelał celnie. Ludzie trafieni kulą Kotiego odlatywali do tyłu, jakby przypięci linami, które w pewnym momencie naprężenia, pociągały ich z ogromną siłą. W taki sposób załatwił czterech. Potem jeszcze jednego, i jeszcze jednego. Finalnie został jeden yakuzanin. Który wciąż biegł w kierunku Liścia, który też biegł… by ostatnią kulą rozwalić tamtemu łeb.

Liść oparł się o ścianę tunelu kanalizacyjnego i dyszał ciężko.

Po tygodniu szaleństwa klubowego w Tokio, Liść postanowił pojechać do Kobe, do ruin, gdzie zostawione zostały skrzynie z kokainą.

Gargantuicznych rozmiarów szok nastąpił, gdy nigdzie nie znalazł ani jednej skrzyni. Dostrzegł natomiast kartkę papieru, przygniecioną sporawym kamieniem. Gdy wziął do ręki ów zwitek i przeczytał to, co tam stało, krew zalała jego chłodną głowę.

Na kartce widniał napis: „Narkotyki zostały przekazane Japońskiej policji”, a pod spodem podpis: John Bandana.

Wściekły Liść podarł kartkę i pognał gdzieś, by wzbierającą w nim złość zmęczyć wysiłkiem.

Rozdział 4

Dzieciak Boo szykował się do szkoły. Zgarnął do tornistra kanapki, wziął potrzebne zeszyty, książki i wychodząc, krzyknął do mamy: cześć! Ayaka Kura, matka Dzieciaka Boo, akurat wstała z łóżka i przez okno obserwowała, jak jej pociecha idzie zdecydowanym krokiem na przystanek.

Potem, tak na rozbudzenie, rzuciła ostrym nożem w sam środek twarzy Johna Bandany.

Na ścianie w pokoju wisiał plakat z wizerunkiem Bandany. Plakat był w dość marnym stanie, gdyż codziennie rano ciskała weń nożem, bądź szurikenem, by pamiętać o swoim wrogu numer jeden i podsycać nienawiść.

Ayaka Kura pielęgnowała w sobie nienawiść, ponieważ Mały Hoi, syn Johna Bandany nazwał Dzieciaka Boo upośledzonym, kiedy ten nie potrafił rozwiązać działania z ułamkami na matematyce. Ayaka Kura dowiedziała się od syna o owym incydencie i poszła odwiedzić Bandanów, aby Mały Hoi wytłumaczył się przed nią ze swego zachowania. Niestety Mały Hoi olał Ayaka Kurę, natomiast John Bandana stanął dumnie w drzwiach, biorąc na klatę obelgi jakimi Ayaka Kura obrzucała Małego Hoia, po czym John rzekł, że Dzieciak Boo może nie jest upośledzony, ale zły to na pewno. Ayaka Kura powiedziała podówczas, iż: w tym momencie jesteś moim wrogiem numer jeden. Koniec cytatu. Między dzieciakami zaś zła krew też nie wyschła, co więcej, wyglądało na to, iż konflikt przybierał na sile.

Na przerwie, w korytarzu prowadzącym do sali gimnastycznej, Mały Hoi, otoczony wianuszkiem dziewcząt oraz ciekawskich chłopców, opowiadał o nocy, kiedy to został napadnięty. Wielkie wrażenie robił Mały Hoi, ponieważ po pierwsze był synem Johna Bandany, a po drugie umiał walczyć i kłaść na glebę trzy razy starszych i większych od siebie. Akurat przypadkiem przechodził tamtędy Dzieciak Boo, który, gdy usłyszał podniesiony głos Małego Hoia, zatrzymał się, i z oddali chłonął z obrzydzeniem słowa syna Bandany. W pewnym momencie jego pięść zacisnęła się mocno.

Tymczasem Mały Hoi przemawiał:

— Mówię wam, gruchotałem kości tym drabom, aż słychać było ten specyficzny dźwięk pękających gnatów.

— Jakie to uczucie być tak silnym i odważnym? — zapytała jedna z dziewczyn, wpatrzona w Małego Hoia jak w obrazek, do tego naturalna blondynka.

Twarz Małego Hoia przybrała odcień buraczany, i nim odpowiedział, musiał przełamać w sobie pewną nieśmiałość, bowiem nie przywykł do tego, by rozmawiać z takimi pięknościami.

— Wiesz, to jest normalna rzecz, po prostu to mam, tak jak niektórzy mają piękną urodę, jak na przykład ty…

Dziewczyna również wpadła twarzą w kolor będący mieszanką buraczaności i czerwieni. Mały Hoi zaś uśmiechnął się pod nosem, widząc, jakie wrażenie zrobił na przedstawicielce płci przeciwnej.

Po chwili wybrzmiało kolejne pytanie:

— Kto nauczył cię walki? — zapytał tym razem pewien chłopak.

— Tata. Od maleńkości uczył mnie ciosów, a już w wieku dwóch latek umiałem łamać łbem dechy.

— Jakie sztuki walki najbardziej lubisz używać? — zapiał następny rudowłosy gostek.

— Kung fu i brazylijskie jiu — jitsu, ale często używam też karate.

— Dlaczego chodzisz non-stop w stroju karate? — zapytała dziewczynka w okularach.

— Bo jest mega wygodny; nie trzeba zakładać majtek i tym podobne.

— Czy dostałeś kiedyś łomot? — zaskrzeczał grubas z blond lokami.

— Łomot? Łomot to robię ja, he he he.

— Zabiłeś kiedyś kogoś? — zapytał niski i drobny chłoptaś.

— Nie, ale jak ktoś nadepnie mi na odcisk, to… nigdy tego nie wiesz…

— Masz dziewczynę? — tym razem głos zabrała kolejna szkolna piękność o szatynkowym blasku włosowym.

— Nieee, ale jak bym chciał, to bym miał.

— A czemu nie chcesz mieć? — ciągnęła temat ta sama dziunia.

— Ponieważ ciągle muszę sprawiać łomot, he he he.

— Pokonasz swego ojca? — wybełkotał szczerbaty koleś w szelkach.

— Nie. To jedyna osoba, której nie dam rady pokonać w żaden sposób.

— Mały Hoi to frajer!

Cisza nastała w korytarzu, jakby co najmniej dyrektor szkoły się zjawił. Wszystkie spojrzenia powędrowały w stronę tego, kto wypowiedział tak bezczelne słowa.

Dzieciak Boo stał dumny, wyprostowany, z podniesioną głową, patrząc w oczy Małego Hoia.

Po minucie ciężkiego jak młot milczenia, głos zabrał syn Bandany:

— Nie chcę wchodzić z tobą w kolejny konflikt. Przecież dobrze wiemy, że nie chcesz stanąć twarzą w twarz ze śmiercią.

— Mylisz się, Mały Hoiu. Ja bardzo, ale to bardzo pragnę skrzyżować z tobą rękawice, których nie mamy.

Dzieciaki otaczające swego idola zrobiły miejsce, aby nikt nie stał na linii Dzieciak Boo — Mały Hoi. Przez otwarte okno wpadł jesienny wiatr, a leżące na podłodze śmieci poszły w tak zwany delikatny ruch.

Dzieciak Boo pokiwał palcem. Syn Bandany wziął potężny rozpęd i skoczył.

Z wyprostowaną piętą zmierzał w powietrzu w stronę lica wroga. Ale wróg przeczuwał taki obrót sprawy, więc sprytnie uniknął ciosu, turlając się w lewo. Tym razem Dzieciak Boo zaatakował, wyprowadzając niespodziewanie podbródkowego.

Otóż Mały Hoi oberwał, aż odgięło go do tyłu, lecz nie upadł, a odbijając się od ściany, uczynił wślizg, podcinając zaskoczonego przeciwnika. Gdy Dzieciak Boo zaliczył przysłowiową glebę, błyskawicznie wstał, i wykonał kop półobrotowy, ale zwinny Hoi uczynił pochył, a kop nie trafił celu a kolumny, w której powstała żywa dziura. Prawy prosty wyprowadzony przez syna Johna trafł rywala w oko. Nieco zamroczony Dzieciak Boo doznał zachwiania, ale musiał szybko dojść do siebie, bowiem leciał następny prawy prosty. Dzieciak Boo w ostatniej chwili uniknął bomby.

Mały Hoi był w sztosie. Naparzał jak najęty. Raz trafiał, raz nie, ale wszystko wskazywało na to, iż wygra ten pojedynek. Krew wystąpiła na twarzy Dzieciaka Boo.

I wówczas z cienia wyłoniła się Ayaka Kura. Co wzbudziło powszechną ekscytację, to fakt, iż kobieta owa odziana była w lateksowe wdzianko. Otóż dzięki obcisłości materiału, można było podziwiać figurę matki Dzieciaka Boo. Do tego lśniące od lakieru włosy, przypominające fryzurę, jaką ponoć nosiła Kleopatra. Ayaka Kura, pomimo nazwiska brzmiącego japońsko, nie była Japonką, a Włoszką, która przyjechała do Japonii jedenaście lat temu i wyszła za Japońskiego pracownika fabryki czekolady, o którym nie będziemy tu wspominać. Bo nie ma o czym.

Stała teraz niczym bogini, niczym strażniczka pokoju i spokoju.

— Dość! — krzyknęła, kiedy Dzieciak Boo, wykorzystując zapatrzenie rywala, ruszył w celu obalenia go.

Zwinnym ruchem zawinęła syna za siebie, i szła przez korytarz zrobiony z osłupiałych dzieciaków, szła tam gdzie stał Mały Hoi. Ten natomiast udawał, że nie pęka, chociaż w rzeczywistości był w tym momencie przerażony jak nigdy.

— Od tej pory zawsze, kiedy podniesiesz rękę na moje dziecko, przyjdę, i wymierzę ci karę. Rozumiesz?

— Tak — rzekł nie patrząc jej w oczy Mały Hoi.

— Grzeczny chłopak.

Ayaka Kura odwróciła się plecami do chłopca, i szła krokiem pewnej siebie damy, gdy nagle skoczyła w górę, i odbiwszy się nogami od sufitu, leciała z wyprostowaną pięścią w stronę Hoia.

Krach! Czump! Bump!

Wzięty z zaskoczenia Mały Hoi stracił równowagę i padł na podłogę. Po chwili pod jego okiem powstało limo.

— Dość tej błazenady! — huknął wysoki mężczyzna odziany w gustowną marynarkę, dżinsy oraz błyszczące buty. Był to dyrektor szkoły.

— Z wami jeszcze porozmawiam — powiedział, patrząc na Dzieciaka Boo i Hoia. — Panią natomiast zapraszam do mego gabinetu już teraz.

W gabinecie pana Osaka królował minimalizm. Prócz komputera, biurka na którym stał monitor, szafki, krzeseł i zegara na kremowej ścianie — nie było niczego.

— Proszę usiąść — rzekł miękkim tonem dyrektor.

Kobieta usiadła, a lateks wydał specyficzny dźwięk.

— Mam na sobie trochę dolarsów — powiedział dyrektor. — Proszę nie sądzić, że ma pani do czynienia z kimś z niższych sfer. Choćby ta marynarka. Klasa sama w sobie.

— Rozumiem, że mam teraz odegrać rolę osóbki niebywale zaskoczonej, mam, być może wydać z siebie jakąś onomatopeję w rodzaju kocim?

Mężczyzna odpina guziczki koszuli przy samej szyi, widać, że głos niewiasty wyzwala w nim… co? Fale gorąca?

— Nie ważne. Ja mam co robić, to nie tak, że wezwałem panią z nudów, by udawać, że pracuję. Pani przekroczyła granicę, której przekraczać nigdy nie wolno: uderzyła pani dziecko, i to nie swoje, a cudze.

— Proszę pana, tak się akurat składa, że jestem samotną matką i to matką na sto procent. Ja chcę bardzo być matką na sto procent. Ja chcę bardzo być w ogóle. A kiedy widzę, że mojemu synowi dzieje się jakaś krzywda, wówczas wkraczam niczym lwica, którą jestem i walczę. A wszystko co robię, robię na sto. W dodatku ten, kto pobił mego syna należy do moich arcywrogów. Mojego syna pobił syn Johna Bandany. Zna pan?

— Johna Bandanę? Oczywiście, że znam, kto go nie zna, przecież to guru, że tak powiem, wzór do naśladowania.

— Co proszę?

— Widzi pani: wspomniany facet ma rodzinę, dziecko o które dba, współpracuje z policją, tropi bandytów, gra w filmach, jest wzorem dla japońskiej młodzieży, a mam wrażenie, że jest idolem dla wszystkich nastolatków świata! Jednak nie o tym chcę z panią rozmawiać.

— To bardzo dobrze, bo na samą myśl o Bandanie i jego rodzince mam mdłości.

— Pani zaatakowała chłopaka na terenie szkoły, dając zły przykład młodzieży, która światkowała owej sytuacji. Złamany regulamin wytwarza atmosferę gniewu i frustracji. Moja interwencja musi być podbita nerwem, który pulsuje mi w skroni. Pani wie, o co generalnie chodzi.

— Pan mnie chce aktywować. To wielce ryzykowne, wie pan? Ale z drugiej strony żyję po to, by zostać aktywowana.

— Czy kobieta bijąca cudze dziecko w szkole może być nieaktywna?

— Tak. Bo to dopiero przedsmak. Cisza przed cholerną burzą letnią. Gra ciał, lub wstępna, jak kto woli. Kiedy natomiast napięcie osiągnie wartość krytyczną, wtedy właśnie zostanę zaktywowana.

— Myślę, że to co pani mówi mało ma wspólnego z rzeczywistością. Pani porównuje intensywność bycia do seksu, dobrze kombinuję?

— Co w tym złego?

— Bo widzi pani, to nie tak, że tylko pani chce żyć na sto procent. Żyjemy w czasach, w których każdy człowiek chce być pępkiem tego świata, to znaczy chce żyć i daje wszystkim do zrozumienia, że oto właśnie ma miejsce kolejna ważna eksplozja czy to twórczości, czy to szaleństwa, agresji, hedonistycznej gonitwy króliczka, i tym podobne. Ja też, jako dyrektor owej placówki pragnę być najbardziej dyrektorski, najbardziej sprawczy i tym podobne. I, gdy to mówię, we mnie aż wrze woda sodowa, która już dawno uderzyła mnie od wewnątrz w czoło.

— Pańska mowa wywołała dreszcze na moim ciele. Niech pan spojrzy, jak stoją mi włoski na rękach. Czyli pan rozumie, pan jest częścią tego wrzenia człowieczego, ludzkiego, humanistycznego, więc dlaczego pan stawia mnie w sytuacji takiej a nie innej? Pan stawia mi zarzuty, pan się dziwi nie dziwiąc się, czy tak?

— Owszem, ale taka jest moja rola, przecież to zrozumiałe i logiczne. Jakim byłbym dyrektorem, gdybym, za przeproszeniem, olał dzisiejszą sytuację z Małym Hoiem i panią w rolach głównych? Przecież sam bym musiał odejść, lub, co byłoby lepszym rozwiązaniem, dokonać harakiri na oczach wszystkich uczniów!

— Czyli, jak rozumiem tworzymy dwie ogniste kule, które robiąc swoje spalają się do cna, do białej kości śmierci. To szalone, ale piękne.

— Proszę nie mydlić mi oczu mydłem słów.

— Tak? Dobrze, zatem jeśli chce pan dostać się do mego wnętrza i wydusić ze mnie coś, nie wiem, słowa prawdy, wytłumaczenia, żalu, musi pan przejść przez zasieki. Uwaga, stawiam zasieki: pierwsza do przejścia jest komoda.

— Proszę nie żartować w ten sposób, pani Ayaka Kura, dobrze?

— Zasieki stoją.

— No dobrze, przechodzę więc komodę. Obchodzę ją.

— Obchodzi pana mój los?

— Przed sobą widzę pole ryżowe. Przy okazji odczuwam ból, ponieważ moja matka zmarła na polu ryżowym. Zapracowała się na śmierć. Nie, spokojnie, nie mam zamiaru wylewać łez z powodu czegoś co wybrzmiało już dawno i pociągnęło za sobą warkocze łez męskich. Ryż. Jem ryż.

— Smaczny ryż, pożywny ryż. Kaloryczny, o tyle, o ile. Pola tarasowe, za nimi wioska wojowników.

— Wchodzę bez trudu w ichniejsze struktury, jestem stanowczy, milczący. Wieś jest za plecami. Odczuwam głód seksualny.

— Katana. Jeśli tylko, to katana. Pamiętaj. Katana jako kolejny zasiek.

— Mam to rozumieć w taki sposób, że jeśli tylko wyciągnę instrument na wierzch, zostanie on od…

— Si. Bene. Jaki to instrument? Nie nie nie, tego pytania nie było, cofam je. Co pan robi z kataną?

— Biorę ją ze sobą. Może będzie jeszcze potrzebna do wyrąbywania sobie drogi w dżungli, jeśli do takowej zajdę. A że gdzieś zajdę to pewnik. Aksjomat.

— Na drogę wyskakuje naga kobieta lat czterdziestu.

— Macham jej ręką. Pytam, czy czegoś potrzebuje, czy czegoś się lęka. Jeśli nie, zapraszam ją do mego uniwersum. Proponuję jej wspólną wędrówkę przez droża i bezdroża.

— Za kobietą jest zaraza. Śmierć jest blisko.

— Jak blisko?

— Za blisko.

— Odsuwam kobietę na bok, obmyślam plan, lecz nie, przecież już mam wirusa w sobie. Padam. Tadam!

— Tchórz. Kurz.

— Proszę pani, proponuję dać kres tej zabawie, chociaż nie powiem, dużo mi do myślenia o pani dała ta cała gierka. Na przykład wysuwam tezę, że jest pani nimfetką.

— Ha ha, serio, ma pan mnie za młodą suczkę, która ma wybujałe owoce i ślini się na widok lemona w kokosowym gniazdku?

— Być to nie znaczy łączyć w sobie postulaty emeryckiej braci z manifestem punków. Być to znaczy umieć przyznać się do na przykład tego, że jest się fanką seksu.

— Pan mi wkłada do ust cudzość.

— Wolałbym, aby to zdanie kończyło się po słowie ust.

— Kutas.

— Dokładnie, pani czyta mi w myślach, pani dobrze mi robi, kiedy tak rozmawiamy o czymś, podczas gdy dokonujemy śmiałego zbliżania na niwie cielesności. Ogólnopojętej. Rozumie pani? Podwójność.

— Pan mnie robi z własnych pomysłów na mnie, tymczasem pan mnie zupełnie nie zna, myśląc, że jest odwrotnie.

— Jestem dyrektorem i proszę o tym pamiętać. To wiele ułatwi, wbrew pozorom, wie pani?

— No tak, pan jest określony jednoznacznością, a ja? Tak wiele słów, a przecież chodzi mi w zasadzie o seks. Ta redukcja mojej osobowości zasługuje na karę. Coraz bardziej utwierdza mnie pan w przekonaniu.

— Jestem mężczyzną i to już samo w sobie dużo mówi.

— O czym?

— O sposobie myślenia chociażby. Pani mi tu z komodami wylatuje, z rzeczami wziętymi z surrealizmu. Paplanina, w którą wszedłem z grzeczności, bo polubiłem panią.

— Pan wciąż coś antycypuje z żelazną konsekwencją, jak zresztą przystało na alfę spod znaku samca.

— Chyba na odwrót.

— Na odwrót byłoby wtedy, gdybym to ja przyciskała pana do ściany i obiecywała przyszłość oświetloną przebłyskiem zmazy. Mój syn, zwany Dzieciakiem Boo, jest całym moim światem. Kiedy ta rzeczywistość ulega jakimś sejsmicznym wstrząsom, wtedy na scenę dramatu wchodzę ja, matka na sto cholernych procent, i zwykle w takich chwilach nie odczuwam strachu, lęku, niepewności. Od lat funkcjonuję na granicy życia i śmierci, a pan insynuuje mi tu jakieś formy z zony farmazonu, i niech pan nie czeka aż wskaźnik słodyczy pokaże maksa, u mnie to nie przejdzie, a musi pan również wiedzieć, a zaobserwowałam to przez ostatnie lata, iż samotne matki opiekujące się swymi pociesznymi pociechami, są mega wrażliwe na punkcie rodzin, jakie tworzą. Pan mnie wezwał do swego gabinetu, aby mnie ukarać. Ja kary się nie boję, ponieważ karą największą jest dla mnie życie w permanentnym napięciu. To ma dwie strony, żeby nie było, iż pokazuję tylko jedną. Choćby te poranki, kiedy na twoje powieki spada tona, bo tyle waży dzień samotnie wychowującej matki. Rano, zaraz po przebudzeniu, przeczuwałam, że dziś nastąpi zonk, i to w szkole, dlatego poszłam zaraz za nim, za synem. Śledziłam go całą drogę do szkoły i prócz tego, że pali papierosy, odkryłam, że spotyka się z czerwonowłosą dziewczyną. To był dla mnie cios. Coś jak zdrada, jak oderwanie jakiegoś członka z ciała, lub, żeby zabrzmiało to jakoś lepiej, niczym spuszczenie ze smyczy wszystkich Chartów Żalu. No i szłam za Dzieciakiem Boo, gdy leniwie przechodził przez szkolny korytarz z jakąś taką dezynwolturą, u jego boku sunęła ona, mała diablica taka. I wie pan co? Zapragnęłam poznać ją, zaprosić do domu na kolację. Chciałam poszukać w niej cech będących odpowiednikami moich. Zrobiłam wówczas facepalma. Przecież mój syn nigdy nie zgodzi się na wspólną kolację. Co ze mnie za matka — pomyślałam. I wtedy usłyszałam tego gagatka, syna Johna Bandany, Małego Hoia. Zaczął durną przechwałkę: co to nie on, jaki z niego siłacz, łamacz szczęk, czaszek i tym podobne. Przez sekundę zrobiło mi się go żal, bo przecież taki publiczny onanizm jest wynikiem braku czegoś. Ten mały jest wybrakowany w środku — pomyślałam, lecz zaraz zaczęłam się wkurzać, bo ujrzałam zaciśniętą dłoń Dzieciaka Boo i to co musiał wówczas przeżywać. Natomiast ta jego dziunia śmiała się z żartów Małego Hoia. Co prawda zakrywała usta, starając się pozostać w zblazowaniu i ponurości, lecz tego było dla mnie za wiele. Myślałam, że nie wytrzymam! Lecz pierwszy nie wytrzymał mój syn. Poszedł na całość, tak jak ja bym poszła, na rozbicie sobie łba o ścianę. To moja krew, geny, wytrzymałość, głód krwi i walki. Brawo, Dzieciak Boo, do boju. Nim objawiłam tam swoją obecność, podbiegłam do tej suki i uszczypnęłam ją w rękę. Ta zasyczała, lecz chyba nawet nie skumała, że to ja ją… Ta walka była czymś ekstra, czymś wyjątkowym, czymś, co wzbudza do teraz moją wielką miłość połączoną z szaleństwem. Bo ja kocham szaleństwem, wie pan?

— Zauważyłem. I powiem więcej; pani jest w spektrum.

— Moja płeć tkwi we włosach.

— Myślałem, że droga między matkowaniem a seksem jest dużo dłuższa.

— Niech pan się raczy rozwinąć…

— Uuu, widzę, że lubimy to. Otóż ja również mam swoje upodobania, swoje fetysze, swoje zwoje tajemne, na których filmy erotyczne o treściach bdsm. Filmy filmami, ale to praktyka czyni mistrza, czyż nie?

— Stawiam królową.

— Ha ha, czyli zabawa w zasieki kapryśnej panienki. Otóż pstrykam w królową palcami, a królowa turla się turla i spada ze stołu. Jest teraz na dole. Żeby pozostać w klimacie, to mogę i chcę zostać ukarany przez kobietę w lateksie, pragnę zostać upokorzony, a potem sobie, no wie pani, pozwolić sobie. To nie typ wiecznego sługi, dla którego stopa to szczyt. Lubię dostać po mordzie bo to mnie kręci, ale nie ograniczam się do nadstawiania.

— Pan konsekwentnie maluje portret tej, o której być może śni nocami bezsennymi, na jawie przy oczach zmęczonych przetwarzaniem danych. Pan na tacy ma ciacha, cacy te ciacha, a lubieżność to tylko skrawek. Dostrzegam pańską bezsenność, która istnieje pomimo faktu, iż od paru i nastu minut rozbiera mnie wzrokiem.

— Samo mówienie o tym w pełnym komforcie daje mi podstawę do śmielszych jeszcze poczynań.

— Jakich?

— Sikanie, te sprawy. I proszę nie karmić mnie naiwnościami w stylu: on nie ma pojęcia, że mogę nagrywać rozmowę. Inne nagrywały całą sesje, rozumie pani? Wszak pojęcie to ja mam nad wyraz rozbudowane, a świadomość osiadła bardzo wysoko dzięki wielu, wielu levelom, które musiałem przejść by zdobyć cenne doświadczenie.

— Kwitnąca wiśnia.

— Patrzę, wącham, być może też dotykam delikatnie. Słucham. Smakuję. Wie pani, nasz kraj jest bardziej poetycki niż sądzą ci co traktują Japonię jak wyspę robotów. Zresztą każdy szanujący się Japończyk nigdy nie zastanowi się kto co o nim myśli, mówi. Wolność, droga pani, ma kolor orientu. A ja przedstawiam mentalność wschodzącego słońca. To oznacza, że moimi braćmi mniejszymi są ptaszki ranne — przeciwieństwo nocnych marków. Zauważyła pani, że słońce wstające to zupełnie inne słońce, niż chociażby te świecące w południe? Popołudnie to już inna bajka. Popołudniami źle się czuję, gdyż to nie moja baza mentalna, wieczory też są do luftu. Noce natomiast traktuję jako zjawisko do resetowania chorych części dnia. Wiadomo; każdy bierze z życia to co chce. A że życie mało daje, trzeba czasem wyrwać coś, jak na przykład płeć piękną, którą akurat pani ma we włosach, prawda?

— Tak. Dotykam swoją płeć, bo jest moja i tylko moja.

— Bariera jako rekwizyt wzmagający podnietę, czy…

— Pan żartuje.

— Tak, lubię żartować ze świata w którym przyszło mi żyć. A moje żarty są na sto procent, są krwiste, mięsiste, zarazem suche jak wiór. Kiedy żartuję, nie myślę o tym, że kogoś urażę, obrażę. Tak jak już wspomniałem, zresztą pani również, żyjemy na najwyższym możliwym levelu, jeśli chodzi o intensywność istnienia. Moje ciśnienie krwi to zwykle sto osiemdziesiąt na dziewięćdziesiąt i czuję się bardzo dobrze, ponieważ od dawna mam w sobie napędliwość, którą niektórzy mylą z upierdliwością. Już w chwili obecnej, kiedy rozmawiam z panią, czuję, że mnie nosi, że już bym robił co innego, wkładając w to maksimum siebie, ale w końcu rozmowa z panią to też istotna kwestia. Pragnę ową kwestię rozpracować do spodu. Jest na przykład taki pisarz ze Stanów Zjednoczonych Ameryki, o nazwisku Johny Penn. Ten bądź co bądź mądry człowiek napisał książkę: „Onanista”. Opisuje tam mężczyznę, który z pewnych powodów, i między innymi z nieśmiałości, nie potrafi nawiązać kontaktów z kobietami. Trzeba też nadmienić, iż bohater owej powieści to facet o cholernie rozbujanej seksualności. Dlatego pozostaje mu onanizm, który doprowadza go na kraj przepaści. Dlaczego o tym mówię? Gdyż odnoszę wrażenie, iż podobnie sprawa wygląda w naszym przypadku…

— Naszym?

— No tak, przecież ustalone zostało już, że łączy nas ta stuprocentowość bycia, sposób życia nie uznający kompromisów, czy dobrze mówię?

— Wie pan, nie posunęłabym się aż tak daleko, spinając nas jedną klamrą. Moja stuprocentowość ma swe źródła w walce, pana natomiast w seksie. Chociaż między walką a seksem jest całkiem mała przestrzeń, którą można przeskoczyć jednym susem. W moim rozumieniu walka to nienawiść do kogoś, nienawiść tak bardzo nienawidząca, że aż pragnie się wejść fizycznie w tego człowieka, w sensie rozpruć mu brzuch i zajrzeć do wnętrzności, umazać się jego krwią. To ma wiele wspólnego z szaloną miłością, i w zasadzie czasami te granice są przekraczane. Przykładowo, miałam kiedyś walkę z kobietą i o dziwo nie chodziło o żadnego chłopaka. Wspomniana niewiasta opluła moją nieżyjącą już matkę, a jak wiadomo, tego typu zniewagi wymagają co najmniej krwi. Byłam oburzona do granic możliwości, fale wzburzonego oceanu szalały w mej głowie, obijając się o wnętrza czaszki. Kiedy doszło do pierwszego zwarcia poczułam coś, co przełamało czarnobiałość tamtej sytuacji, i dostałam wtedy w nos. Przewróciłam się, tamta siadła mi na piersiach, i zaczęła okładać pięściami, a ja… śmiałam się, potrafiąc dostrzec, a nie należało to do trudności, jej seksapil, i uznałam, że dalsza konfrontacja nie ma sensu, więc odklepałam. Teraz natomiast widzę w pana oczach zaślinienie, a to nie ma nic wspólnego z tym o czym przed chwilą opowiedziałam, to nie ten typ podniety, panie Osaka.

— W moich oczach zobaczyła pani zaślinienie. Pięknie powiedziane, a jednocześnie śmiesznie. Pani mnie uwodzi tymi włosami, czy…

— Pan prosi się o łomot.

— Przepraszam? Pani mnie kusi: ja owszem, poczekam do chwili zagotowania, do chwili kulminacji, i wtedy zobaczymy. Nie wiedziałem, że w tej rozmowie tak mało będzie Dzieciaka Boo, a tak dużo wdzięków, które jakby same pchają się na środek mojego patrzenia.

— Mistrzostwo manipulacji, panie Osaka. I byłabym wdzięczna, gdyby powoli przechodził pan do konkretu, bo ja także mam kalendarz, a w nim zapiski dotyczące zadań wypełniających mój dzień.

— Naturalnie. Otóż fetysz. Każdy ma jakiś. Moim fetyszem jest świadomość, że mam do czynienia z kobietą inteligentną i tak wyzwoloną, że aż chce się jej uszczknąć deczko emancypacji. Czy moje uszczypliwości nie trafiają w sedno?

— Czym jest sedno?

— Sedno to miejsce gdzie jest na pewno mokro, kwaśno, ciasno, ciemno, wilgotno, mlaskająco, przystojnie. Właśnie. Czy srom może być przystojny? Bo wie pani, ja uważam, że tak.

— Pan jesteś człowiek-orkiestra. Po co zadaje pytania, skoro sam na nie odpowiada?

— Bo lubię. W ogóle kocham kobiety. A jeśli je kocham to na sto procent. Moja gadanina takoż jest stuprocentową, jeśli podmiot jest giętki. Niech pani spojrzy na zegar. Ile to już czasu minęło, odkąd zaprosiłem panią do mego gabinetu. Świadczy to o chemii, która między nami. Owa chemia to nic innego, jak serotonina. Hydroksylowa pochodna tryptamin. Otóż serotonina przylepiana do naszych języków, zostaje wchłaniana: czujemy podówczas cukrową kwaśność, którą można porównać do ciągutka. A że serotoniny jest wszędzie od groma, mamy permanentny zespół serotoninowy, o, proszę zobaczyć jak drży mi dłoń, i cała ręka. To nie jest zdrowe, ale seks wszystko wyrównuje, to cudowny wynalazek. Ciało czyli ziemia, i drugie ciało, czyli pracownik. Uprawa roli w pocie czoła.

— Kocham tę wizję, w której kobiece ciało przyrównane jest do ziemi, zaś mężczyzna to rolnik uwijający się na niej jak jakiś robaczek.

— Pani oczy przywołują mi wygasłe wulkany. Z tym, że te wulkany nagle ożywają i zalewają pobliża lawą nasienia.

— Widzę że pan jako robaczek średnio się odnalazł, więc stworzył wulkan, który nagle ożywa i zatapia wszechświat w ożywczej spermie.

— Pani to lubi, wiem. Lubieżność z panią.

— Bzdura.

— Pani ciało mówi co innego.

— A czy pan jest psychoanalitykiem, czy dyrektorem szkoły? Jeśli tym drugim, to wszystkie jego interpretacje należy skanselować. W końcu żyjemy w cancel culture, więc proszę się szykować, bo od jakichś paru minut rozwija się we mnie silne pragnienie by pana skasować fizycznie.

— Czekam i antycypuję.

— Archipelagi mojej świadomości skłaniają mnie ku wycofywaniu się z matni. Czy mogę…

— Najpierw pani straszy, potem mówi, że sobie pójdzie. Gdzie tu drapieżność stuprocentowej kobiety? Gdzie jej nienawiść posuwająca ją do rozrywania tkanek łącznych?

— Pomiędzy stuprocentową niewiastą a czystym szaleństwem jest spora przestrzeń wypełniona banałami. Natężenie tych bredni jest tak duże, iż nie sposób przejść na drugą stronę, bez naruszenia integralności jednostki. Na razie robi pan wszystko, by ową integralność odkształcić, bądź nagiąć tak, bym łykała pański farmazon uznając go za pewnik. Jednak istnieją w dyskursach takie wątki, przez które w osobie interlokutora kiełkuje przeświadczenie, że jego tak zwane dotychczasowe zręczne rozumowanie jest w gruncie rzeczy sofizmatem. Bardzo często ludzie wymykają się z dialogu, bądź robią dobrą minę do złej gry. Lecz gdy wejdziemy w rzeczywistość nieco głębiej, tak aby umieć dostrzec co takiego znajduje się po drugiej stronie kartki, zobaczymy, że tkwimy po uszy w iluzji, na przykład, że jeden plus jeden nie równa się dwa, i tym podobne. Żyjemy zatem w błędzie, i co za tym idzie cała nasza paplanina jest nic nie warta i można ją wyrzucić do kibla. Zmierzam do tego, że owa dyskusja zajęła już pół godziny, a my, a przynajmniej ja wciąż nie wiem na czym stoję i boję się, że się nie dowiem.

— Proszę pani, po co szuka pani prawdy? Kim pani jest z zawodu, że tak zapytam?

— Sprzątam biurowce.

— Uuu, mocne. Czyli kobieta sprzątająca dba o sens ludzkiej kondycji psychiczno-mentalnej, czy jakiejś tam, no brawo, wielkie brawo dla tej biednej zagubionej dziewczyny z Italii, która sprząta w Japonii pokoje biznesmenów, a w wolnych chwilach tłucze cudze dzieci w szkole, w której uczy się jej syn.

— Czy pan chce przez to powiedzieć, że zbłaźniłam się?

— A jak pani to widzi?

— Już mówiłam. Jestem liczbą sto.

— Następny błąd…

— Niech pan mi tu nie mówi o błędach, dobrze? Wie pan co to są porównania?

— Nie!

— Dobrze, zbieram się, widzę, że dalsza rozmowa z panem wiedzie na totalne manowce.

— Zaraz zaraz, proszę czekać, jeszcze nie skończyłem, a obiecuję, że przejdę do meritum tak szybko, jak będzie to możliwe. A zatem, droga lejdi, czy wszystkie nasze rozmowy o seksie to były jedynie takie intelektualne wygibasy, w stylu: hej, zobacz jaka jestem sophisticated? Ale właściwie po co? Chodzi tylko o wywołanie u samca podniety, czy tak? Wprawić go w stan erekcyjny i dać dyla? Toż to skandal, droga pani, tak się nie godzi, tak robią tylko te nieopierzone dziunie z koledżu, lub inne wieśniaczki. Chociaż nie, wieśniaczki przechodzą do konkretu dość szybko, wiem to z autopsji… tak, hmm, trochę się zagalopowałem. O czym my tu…

— O pańskiej erekcji, panie dyrektorze.

— Ciii, ciszej, po co od razu tak gadać, na Boga. No dobrze, myślę, że powinna pani zapłacić cztery tysiące jenów w ramach kary. Rozumiemy się?

— Nie.

— Czego pani nie zrozumiała?

— Tego, że przez cały ten czas próbował pan skręcać w stronę pornografi, i mnie w niej umieszczać. Ja tego nie puszczę płazem.

— Proszę posłuchać. Przychodzi pani do szkoły w lateksowym wdzianku, które kojarzy się z bdsm, więc to pani pierwsza swym strojem wysunęła wątek seksualny na plan pierwszy.

— Nie moja wina, że lateks kojarzy się panu. Poza tym wzywam pana do walki.

— Co, proszę?

— Stawaj pan do walki.

Pan Osaka miał spory dylemat. Wychowany w kulturze, gdzie walka jest jedyną obowiązującą religią, jednak wstał, zdjął drogą marynarkę, rozpiął guziki koszuli, podwinął rękawy i przybrał pozycję bojową. Ayaka Kura skuliła się, by po chwili wyskoczyć pod sam sufit. Opadając uderzyła dyrektora piętą w głowę. Ten upadł na dywan, lecz szybko się podniósł, i korzystając z tego, że niewiasta jest za jego plecami, przerzucił ją przez ramię. Leżąca kobieta chwyciła jego głowę pomiędzy nogi i zaczęła duszenie, z którego facet zręcznie wyszedł. Błyskawicznie skoczył, chcąc pewnie zadać jej śmiertelny cios, lecz tamta poturlała się prawie pod biurko, i kiedy facet spadał, ona wykonała tak zwany lot lisa: lecąc na wroga z wyciągniętą nogą, trafiła go w bok. Po tym ciosie dyrektor stracił przytomność i nie podnosił się przez czas jakiś.

Ayaka Kura opuściła gabinet pana Osaki jak gdyby nigdy nic, i podeszła do syna, który czekał na nią sam na korytarzu.

— Synku, czeka nas kolejna zmiana szkoły — rzekła ze smutkiem w oczach i objęła Dzieciaka Boo ręką.

Opuściwszy budynek matka jak i jej dziecko poczuli dziwną ulgę. Jakby jakiś nieopisany ciężar spadł im z serc.

Ayaka Kura wzięła syna na pizzę do włoskiej dzielnicy Tokio, w której lubiła spędzać piątkowe wieczory. Czasem chodziła do klubów w dzielnicy Szibuja, z nadzieją, iż spotka tam partnera. Niestety jaja, jakie miała matka Dzieciaka Boo były większe, od jaj przeciętnych facetów, dlatego w sferze miłosnej ponosiła klęskę za klęską. Cóż, kobiety o wyraźnych charyzmach mają trudno w tym świecie.

Rozdział 5

Na planie filmowym zapanowała bezwzględna cisza. John Bandana odgrywał właśnie rolę zakochanego rzezimieszka, który mając w objęciach piękną dziewczynę, szeptał jej do ucha słodkie słówka. Scenerią były ruiny jakiejś mieściny, dlatego reżyser na miejsce akcji wybrał słoneczną Sycylię, gdzie dużo jest starych, zrujnowanych, lecz mających w sobie szczyptę uroku miejscówek. Zresztą akcja w filmie miała dziać się w większości we Włoszech.

— Jesteś dla mnie jak owca — szeptał do ucha blondynki John, który w filmie nazywał się Barry Moon.

— Stop! — huknął dosyć mocno zdenerwowany reżyser Różowy Floyd. — Ile razy mówiłem, że masz ją nazywać swoim barankiem!

— Przepraszam, Flo, zapamiętam.

— Dobra, zaczynamy od nowa. Uwaga, akcja start!

— Kocham cię, odkąd zobaczyłem, jak wchodzisz kołysząc biodrami do living roomu. Jesteś dla mnie jak… koza.

— Stoooop! Do ciężkiej cholery, czy ty jesteś ułomkiem, Johnny?

— Nie sądzę, Flo, w końcu skończyłem siedem klas podstawówki.

— Dobra, ogłaszam godzinę przerwy! Za godzinę mają wszyscy być na stanowiskach, zrozumiano?

Reżyser Różowy Floyd, do którego aktorzy zwracali się per Flo, był tego dnia w podłym nastroju. Pogoda nie dopisywała, aktorzy zapominali słów, a oświetleniowiec poprzedniego dnia popił i nie potrafił odpowiednio ustawić światła.

Bandana poszedł do swej prywatnej garderoby, którą stanowiła przyczepa campingowa. Walnął się na kanapę i marzył o zimnym piwie, lecz w czasie zdjęć, picie alkoholu było surowo wzbronione. Popuścić pasa można było dopiero wieczorem w pobliskim pubie w mieście.

Po chwili ktoś zapukał do drzwi.

— Wejść — rzekł John.

Do garderoby wszedł Różowy Floyd z kratą piwa.

— Pomyślałem, że z racji paskudnej pogody zrobimy sobie dziś przerwę w zdjęciach. Napijmy się.

Zaczęli więc spożywać czipsy i popijać je browarami.

— Czemu wczoraj spóźniłeś się na zdjęcia? — zapytał reżyser.

— No cóż, musiałem pewnej bardzo znanej w Japonii personie pokrzyżować plany.

— Komu, jeśli to nie tajemnica?

— Liściowi.

Różowy Floyd aż wypluł piwo z wrażenia.

— Temu Liściowi?

— Tak.

— A co takiego mu zrobiłeś?

— Ukradłem mu dziesięć ton koksu. A dokładniej przekazałem to wszystko policji.

— John, co ty, na miłość boską, wyprawiasz? Czy chcesz dostać kulkę? Przecież już pal licho, że kręcimy film i że jesteś mi potrzebny, ja po prostu tak normalnie się o ciebie martwię.

— Nie potrzebnie. A tak w ogóle to nie zapominaj, że aktorstwo to moje hobby, jeśli mogę tak rzec, natomiast mym głównym zajęciem jest pilnowanie porządku.

I tak upływał im czas. Dopiero wieczorem, kiedy trochę odpoczęli od rannej popijawy, poszli w trójkę do miasta, żeby zażyć towarzystwa.

Przodem szła młoda blondwłosa piękność, którą parę godzin temu John porównał do owcy. Owa dziewczyna nazywała się Susan Deporton. Odziana była w krótkie dżinsy, oraz bluzkę odsłaniająca jej brzuch, na nogach zaś miała trampki. John natomiast ubrany był w strój karateki, a na czole przewiązaną czerwoną opaskę. Różowy Floyd założył różową koszulę w czarne palmy. Jego króciaki w kolorze black były deczko za małe jak na tak wielki zad.

Kiedy doszli do klubu, Bandana szybko zlustrował bramkarza, a w środku obrzucił wzrokiem wszystkie bawiące tam osoby. Na pierwszy rzut było git.

Pili gin.

Pili go.

Do ich stolika dosiadł się pewien mężczyzna średniego wzrostu i z dwudniowym zarostem.

— Jestem Benny. Czy zainteresowani jesteście zabawą na sto dwa?

John Bandana patrzył na faceta z nieufnością, ale Różowy Floyd, już srogo podpity, oświadczył, że jak najbardziej. I zaczął namawiać Susan.

— Nie jestem przekonana — mówiła trochę przestraszona ona. — Może nie dziś?

— Ale ten pan gwarantuje nam zabawę na sto dwa, prawda, panie Benny? — krzyczał reżyser.

— Otóż to!

— Nie namawiaj jej, przecież mówi, że nie chce — rzekł Bandana.

— Wcale tak nie powiedziała — huczał Różowy Floyd. — Bo nie powiedziałaś tak, słodka?

— No dobrze, namówiłeś mnie — powiedziała z niewyraźnym uśmiechem Susan.

— Zatem zapraszam, proszę za mną — rzekł Benny.

— Zaraz zaraz, idę z wami — rzucił John.

Benemu zniknął szeroki uśmieszek szelmy, i Bandana zauważył to.

Wyszli z pubu i załadowali się do wozu Bennego. Ten ruszył z piskiem opon i wbił się w drogę szybkiego ruchu. Jechali, a reżyser sypał dowcipami, chociaż wolałby sypać czymś innym. „Wszystko w swoim czasie” — pomyślał wbity w podnietę.

Po kwadransie dynamicznej jazdy dojechali do celu.

Kiedy wysiadali z wozu, Bandana nie wyczuł żadnych niebezpieczeństw i to go jeszcze bardziej wyczuliło.

Miejscówka należała do mega wypasionych. Dom na skale nad samym morzem oświetlony był kolorowymi żarówkami, a ze środka dobiegała głośna muzyka i śmiechy tańczących osób.

Benny szerokim gestem zaprosił wszystkich do środka.

— Kochani, uwaga, proszę o ciszę! Właśnie odwiedził nas nie kto inny jak reżyser, pan Różowy Floyd, wraz z cudowną i słodką aktorką Susan Deporton i Johnnym Bandaną! Brawo dla nich! — zagrzmiał Benny. Ludzie zaczęli kwiczeć, huczeć, ryczeć jak dzikie zwierzęta.

Goście wmieszali się w tłum z niebywałą łatwością; oczywiście reżyser od razu odnalazł blat służący do aplikowania sobie donosowych treści. Wciągnął, i zachęcał Susan, mówiąc:

— No, spróbuj, to jest miód, kochana!

Kochana wciągnęła. John natomiast usiadł gdzieś z boku i tankował browary. Obserwowanie otoczenia szło mu coraz trudniej, dlatego po piątym piwku odpuścił, i zaczął nawet tańczyć z przypadkowymi dziewczętami.

John Bandana był bardzo popularny w Italii, a dziewczyny marzyły o zdjęciu z nim, chociaż wówczas marzenie to uchodziło za najłatwiejsze do zrealizowania. Do smartfonowych foci ustawiła się kolejka, a cierpliwy John obejmował każdą i robił słodkie miny.

W pewnym momencie Bandana poczuł, iż rzeczywistość dziwnie mu faluje, i że na bank nie jest to spowodowane nadmiarem alkoholu. Wyszedł więc na zewnątrz, by zaczerpnąc świeżego powietrza. Gdy wrócił, usiadł na sofie i zasnął.

Następnego dnia John obudził się z umiarkowanym kacem. Pierwsze co zrobił po przebudzeniu, to wtrąbił dwa litry wody mineralnej. Potem odnalazł Różowego Floyda, który przykryty dwiema nagimi paniami, spał niczym bóbr europejski w trawie puszczy.

John strącił z przyjaciela kobiecy nadmiar, a uczynił to nad wyraz delikatnie.

Kiedy zlokalizowali kawowy automat, zrobili sobie po latte i usiedli przy stole.

— Patrz, jakaś kartka — zwrócił uwagę John.

— Rzeczywiście — rzekł reżyser. — To od Susan.

— Co ona tam napisała?

— Hej kochani, nie czekajcie na mnie, pojechałam z Bennym. Jest mega imprezka, auuu!

— A to ci numer wywinęła, przecież dzisiaj są zdjęcia, co nie?

— Cholera, faktycznie — huknął Floyd. — Będę musiał cofnąć jej wypłatę.

— Masz kogoś na jej miejsce?

— Niby mam, ale to trzeba będzie wszystkie sceny od nowa kręcić. Szlag!

Kiedy wypili raczej słabej jakości coffe, poszli na autostradę, by łapać okazję. Na ich szczęście po paru minutach zatrzymała się jakaś śliczna brunetka i podwiozła ich we wskazane miejsce.

— Arigato — rzucił Bandana, i ukłonił się grzecznie kobiecie. Gdy odjechała, oni weszli na teren planu filmowego, co wzbudziło sensację. Musieli więc wytłumaczyć ekipie jak i gdzie spędzili noc, oraz zarysować kontekst zniknięcia Susan Deporton.

— Potrzebna będzie zmiana aktorki — powiedział przez tube reżyser. — Czy rezerwowa aktorka jest obecna?

John pomyślał wówczas, że zachowanie Susan jest strasznie nieodpowiedzialne, i że w ogóle cała sytuacja pachnie mu podstępem. Podszedł więc do siedzącego na składanym zydelku Różowego Floyda, i tak mu wypalił prosto z mostu:

— Sądzę, że Susan wpadła w tarapaty.

— Oj tak, nie będzie mogła kupić sobie trzeciego porszaka, bo cofnę jej całą forsę!

— Ale ja nie o tym, Różowy Floydzie. Sądzę, że Susan została porwana przez tego całego Bennego.

— Zaraz zaraz, czyli chcesz mi powiedzieć, że zamiast grać w moim filmie, pójdziesz szukać panny Susan? Jeśli tak, to wiedz, iż nie wyrażam na to zgody, jasne? Nie mogę sobie pozwolić na stratę dwóch aktorów.

— No dobra, szefie, w końcu szef tu rządzi.

Na planie powstało spore zamieszanie, ponieważ rezerwowa aktorka pojechała do najbliższego miasta do galerii, i trzeba było czekać aż wróci.

Gdy wróciła, John czekał, gotowy do odegrania łóżkowej sceny z nową partnerką przy boku. Różowy Floyd huknął: akcja, start!

W łóżku przykryci aż po piersi jakimś kocem, leżał John i nowa aktorka — Julia von Sztraus. Była zupełnie inna od Susan, przede wszystkim nie należała do ultra piękności, i co za tym idzie John mógł bardziej skupić się na tekście.

— Przypominasz mi stare dobre czasy, kiedy kobiety były kobietami, a mężczyźni mężczyznami — rzekł Bandana.

— Och, Frank, jesteś taki bystry!

— Wiem, kobieto, lepiej daj mi swe usto — i zaczął namiętnie całować, a raczej ślimaczyć z Julią, która z taką samą pasją oddawała pocałunki.

— Kochaj mnie — jęknęła Julia.

John dał nura pod koc, i w tym czasie reżyser krzyknął:

— Akcja stop! Bardzo dobrze poszło. Zaraz kręcimy ujęcie z ruin, więc przygotować mi się tam!

Dzień był niesamowicie pracowity; udało się nakręcić prawie wszystkie sycylijskie sceny, dlatego Różowy Floyd kipiał humorem.

Kiedy wieczorem wpadł do garderoby Bandany, powiedział:

— To co, wybieramy się na miasto, tak jak wczoraj?

— Nie widzę przeciwskazań!

Klub znajdował się blisko planu filmowego, dlatego wybór akurat tego konkretnie, był zupełnie oczywisty.

Nie zdążyli jeszcze przystosować swoich pośladków do klubowych krzeseł, gdy dosiadł się do nich Bill Kovalsky.

Bill Kovalsky był to stary, dobry znajomy Johna Bandany. Wpadli na siebie parę lat temu na jakimś planie filmowym, a że Bill miał nosa do ludzi, od razu wyczuł w Johnie bratnią duszyczkę. Niestety Bill nie miał talentu do aktorstwa, reżyserzy nie chcieli go zatrudniać, ponieważ nie posiadał, jak to parę razy usłyszał, filmowego fejsa, oraz notorycznie zapominał tekstu. Biedował przeto robiąc jako pomocnik typu: podaj kamerę, potrzymaj te kable, wykop dół na kupki dla pieska Joan Collins.

Na szczęście w tym roku uśmiechnęło się do niego szczęście, lub po prostu spotkał właściwego człowieka w postaci Różowego Floyda. Flo dał Billowi szansę, zatrudniając go w nowym filmie. Bill miał być czarnym charakterem, wrogiem Bandany numer jeden, gagatkiem pragnącym odbić głównemu bohaterowi jego dziewczynę, w tym przypadku Julię von Sztraus.

Popijając piwko żyli sprawami związanymi z filmem. Rozmawiali, wybuchali śmiechem, żartowali.

— Jak ci się gra z tą nową aktorką? — zapytał Bill Kovalsky.

— Całkiem dobrze. Jest deko brzydsza od Susan, więc nie mam problemu z zapamiętywaniem tekstu. Przy Susan było tak, że jej piękność odbierała mi rozum i popełniałem dużo błędów. Zresztą niech się wypowie sam reżyser.

— No tak, rzeczywiście zmiana aktorki przyniosła pewne korzyści, natomiast to, że Julia jest brzydsza stanowi swoisty kłopot, bo z badań wynika, że ludzie chodzą częściej na filmy, w których występują ponadprzeciętne piękności. Myślę jednak, że zatrudnienie Johna Bandany przyćmi niedostatki związane z urodą aktorki.

Bandana zaczerwienił się, lecz nic nie powiedział na słowa Różowego Floyda.

— Panie Różowy Floydzie, mam pytanie — bąknął nieśmiało Bill Kovalsky.

— Nawijaj waść — rzekł reżyser.

— Czy mogę dostać od pana gwarancję, że zagram także w następnych produkcjach?

— Człowieku, jeszcze nie skończyliśmy zdjęć do tego filmu, a ty już wybiegasz w przyszłość?

— No cóż, znasz pan moją sytuację, reżyserzy raczej mnie nie biorą pod uwagę.

— Zobaczymy Bill. Ale raczej bądź spokojny, będzie dobrze.

Koledzy wypili po browcu na gębę i zamówili tak zwaną drugą piwną kolejkę. Różowy Floyd chlał wprost ordynarnie. Piwsko ściekało mu po brodzie, po szyi, bekał przy tym głośno, jakby żubrem był, nie zaś dostojnym reżyserem filmowym.

Bill również tankował równo, był jednak jakby mniej świński. John jak zwykle obserwował otoczenie, popijał z kulturką, rozmyślał.

— O czym tak myślisz? — zapytał przenikliwy Floyd.

— O Susan Deporton — odparł krótko John.

— Że niby co?

— Dziwi mnie, dlaczego tak długo nie daje znaku życia.

— Człowieku, a ty jak pójdziesz w balet, to dajesz znak życia swej żonie, czy synkowi?

— Nie, ponieważ rzadko uczęszczam na balety. Moja żona ma zawsze ze mną kontakt, wystarczy, że zadzwoni, a ja odbieram.

I w tej chwili dzwonek smartfona Johna zaświergotał ptasim trelem.

— Halo? Tak kochanie, jestem teraz w barze razem z Różowym Floydem i Billim Kovalskym. Właśnie spożywam drugie piwko. Okej, pa kochanie!

— Co za pantofel zasrany — rzucił Floyd.

— Eee tam, ja bym chciał mieć kogoś kto o mnie czasem pomyśli — rozmarzył się Bill.

— Ja o tobie czasem myślę — rzekł Bandana.

Tymczasem na główną scenę klubu wskoczyły dwie striptizerki i zaczęły tańczyć na rurkach, a ich piersi skakały w rytm muzy. Billowi aż oczy z orbit wyszły, tak się facet podniecił. Podszedł aż pod samą scenę i zaczął buraczyć na maksa: zdjął żonobijkę i wywijając nią, gwizdał i wył niczym wilkowy do księżyca. Babki natomiast wypinały zady i dawaly się klepać. W końcu Kovalsky wskoczył na scenę i zaczął tańcować z paniami. Oczywiście co zmacał to jego. Spektakl ten trwałby w nieskończoność, gdyby nie organizator owego przedsięwzięcia, który silnymi dłońmi ochrony zdjął podchmielonego Billa ze sceny.

— Już zapomniałem, że jesteś aż takim burakiem — rzekł zniesmaczony John, kiedy Bill wrócił na miejsce.

— Oj tam, po prostu tak reaguję na kształtne, pełne kobiety.

— Daj mu spokój, John, kto nie ślinił się nigdy na widok kobiety, niech pierwszy rzuci kamieniem — powiedział Różowy Floyd.

— Daj kamienia! — krzyknął Bandana.

Pozostali wytrzeszczyli oczy ze zdziwienia.

— Jednak dziwny z ciebie typ — burknął reżyser.

Zamówili jeszcze po piwku na łebka, gdy Johnowi mignęła jakby znana twarz. Szturchnął Floyda w bok, mówiąc:

— Ty, zobacz, toż to ten cały Benny.

Reżyser spojrzał i aż poczerwieniał.

— Ej panie, podejdź no pan tu — huknął na cały regulator.

Benny podszedł z tym samym dosyć podejrzanym uśmiechem.

— W czym mogę państwu pomóc? — zapytał usłużnie.

— No co, nie poznajesz nas? — ciągnął Floyd.

— Niestety nie.

— Jak to, przecież zeszłej nocy zabrał nas pan, i jeszcze naszą przyjaciółkę o imieniu Susan, do domku na plaży, na imprezę — tłumaczył John.

— Nic takiego nie było.

— Ale ponoć Susan poszła z panem balować, taką przynajmniej zostawiła nam informację na karteczce, gdyśmy się obudzili — nie wytrzymał reżyser.

— Przepraszam, państwo pomylili mnie z kimś innym — powiedział ten niby nie-Benny i odszedł.

— Halo, jeszcze nie skończyliśmy — zawołał Różowy, po czym wyskoczył na stół i rzucił kuflem tamtemu w łeb.

Jatka, która wisiała w powietrzu, nagle stała się faktem.

Floyd wpakował się za bar i zaczął ciskać w ludzi Bennego talerzami. Otóż okazało się, iż ten cwany Benny obsadził prawie cały klub swoimi podwładnymi. John walił pięścią na prawo i lewo, kładąc ich jednym ciosem. Bill Kovalsky, chcąc skraść całe show, wykonał salto w tył, i spadając na przeciwnika zgniótł go ciężarem ciała.

Benny z krwawiącą głową chciał dać przysłowiowego dyla, ale czujny Bandana zauważył jego poczynania, zagrodził więc mu drogę ucieczki i rzekł:

— A ty gdzie się wybierasz, robaczku?

— A gówno cię to obchodzi — odpowiedział tamten i skoczył z furią na Johna, ale John nie byłby Johnem, gdyby nie usadził napastnika wspaniałym kopem z półobrotu. Benny był prawie odłączony od świadomości.

— Gdzie jest Susan Deporton? — huknął Bandana.

— Na wyspie — wybełkotał mężczyzna i padł bez ducha na posadzkę.

Tymczasem Bill Kovalsky gruchotał kości tym co zostali przy życiu, a Różowy Floyd zamierzał wykonać jakąś widowiskową ewolucję w powietrzu, zakończoną ciosem nożnym, ale coś mu nie wyszło, i runął na plecy. Przeciwnik wykorzystał to, i już miał wbić mu nóż w serce, lecz Bill Kovalsky z zaskoczenia podciął owego gościa, który momentalnie zaliczył glebę. Wówczas Kovalsky dokończył dzieła, waląc go pięścią po gębie do nieprzytomności.

— No to posprzątane — rzekł wesoło Bill, wycierając ociekające krwią dłonie.

— A kto zapłaci mi za szkody! — darł gębę właściciel klubu.

— Bez przesadyzmu, to zaledwie parę talerzy, stołów i krzeseł, no i automat vendingowy — powiedział Różowy reżyser.

— Chodźmy stąd — zaproponował John.

Bandana poinformował kolegów, że usłyszał od Bennego, iż Susan jest na jakiejś wyspie.

— Cholera, przecież wysp na tym świecie jest od groma, jak znajdziemy właściwą? — rzekł Floyd.

Po tygodniu intensywnej pracy nad filmem, reżyser uznał, że zdjęcia na Sycylii są zakończone. Bandana nie mylił tekstu, Julia von Sztraus niedostatki urodowe nadrabiała talentem, a Kovalsky, jako że uratował reżyserowi życie podczas ostatniej klubowej potyczki, traktowany był ulgowo, i to pomimo dosyć licznych wpadek na planie.

Do Japonii wróciła prawie cała ekipa. Prawie, ponieważ od Susan Deporton wciąż nie było żadnych wieści.

Gdy Bandana wszedł rano do swego mieszkania, żona i syn nie spali. Rzucili mu się na szyję. Był szczęśliwy jak nigdy. To właśnie powroty po długiej nieobecności stanowiły dla niego bardzo ważny punkt na mentalnej mapie.

— W kuchni czeka na ciebie ryż! — oświadczyła żona.

John usiadł na ziemi, tak jak to się robi w Japonii, i za pomocą pałeczek wcinał ryż, aż przysłowiowe wióry leciały, chociaż tak naprawdę nie leciały.

— No jak tu było, jak mnie nie było? — zapytał z ustami pełnymi jadła John.

— Niech Mały Hoi opowie — powiedziała żona Johna.

— No to niech tatko sobie wyobrazi, że biłem się w szkole z Dzieciakiem Boo. Normalnie sprałem go na tak zwane kwaśne… Ale potem przyszła jego mama, Ayaka Kura. Pouczyła mnie, żebym nigdy nie bił jej syna. I kiedy odchodziła, nagle wykonała powietrzną ewolucję i dostałem od niej w papę. O, zobacz, nawet jeszcze widać ślad.

Bandana przestał na minutę jeść. Potem rzekł:

— Ayaka Kura to moja wrogini. Nasz konflikt sięga czasów dawnych, tak dawnych, że kury latały podówczas wyżej niźli mewy. Ale do rzeczy. To, że Ayaka Kura pouczyła cię, żebyś nigdy nie tłukł jej syna, to dobrze. Ale że sama postanowiła wymierzyć ci sprawiedliwość, to już gruba przesada wymagająca krwi i potu. Albo odwrotnie. Czy to, com powiedział jest równoznaczne z czymś zrozumiałym?

— Tak jest — odpowiedzieli unisono matka oraz syn.

Bandana powrócił do pałaszowania ryżu. A że zawsze jadł bardzo zachłannie, kawałki ryżowe znajdowały się w całym pomieszczeniu. Jeśliby ktoś wszedł i zastał taki bałagan, rzekłby: to jest chlewnia jaka!

Następnego dnia John musiał pojechać do telewizji, ponieważ Usiko Naiwny zaprosił go do swojego programu. Kiedy żona Johna ubrała go w najlepsze ciuchy i wypachniła go swoimi perfumami, rzekła:

— Jedź, kochanie. — Bandana dał jej soczystego całusa w policzek i wybył z domu.

Do pomieszczenia, w którym mieli nagrywać odcinek z Bandaną, zaprowadził go pewien miły, starszy facet. Panie od malowania wymalowały Johnowi lico, wypomadowały mu twarz perfekcyjnie. Natomiast białe kimono było niezbyt białe przez te całe pudry. Pies z tym, pomyślał John, i z ciekawością rozglądał się po hali.

Miejsca na widowni zapełniono na maxa. Bo to taka formuła programu; muszą być klakierzy, którzy będą bić brawa będące reakcją na suchary prowadzącego.

W końcu, kiedy kamery zostały włączone, z garderoby wyskoczył gospodarz programu, i nim się przywitał z Johnem, zaczął sypać żartami:

— Witam was kochani! Rym cym cym, z dupy dym!

Na widowni wybuchł śmiech i oklaski. Jedno z drugim wymieszane jak sałatka jarzynowa dla ubogich.

— Ram pam pam, fiuta mam! — znów ryk śmiechu i klaskanie.

Gdzie ja jestem — pomyślał Bandana, który siedział z oczyma wychodzącymi z orbit. Nie wiedział bowiem chłopaczyna, czy śmiać się ma, czy jednak pozostać sobą i nie okazywać żadnych uczuć.

Po paru suchych jak wyschnięte majtki dowcipach, gospodarz programu usiadł przy Johnie i powiedział:

— Dzisiejszym gościem jest dobrze wszystkim znany John Bandana, brawo!

— Witam — powiedział, zagłuszany przez oklaski, Bandana.

— Jak się pan czuje w moim show?

— Świetnie!

— Zacznę może od tego, iż nie jest tajemnicą, że gra pan w filmie Różowego Floyda, prawda?

— Tak.

— Jaki tytuł będzie nosił ten film?

— Na razie nie wolno mi o tym mówić, wie pan, tajemnica zawodowa.

— Ooo, co za tajemniczy facet, ho ho! — Publiczność ryknęła śmiechem ordynarno-zwierzęcym.

— Kochają pana — dodał Usiko Naiwny.

— No cóż — rzekł speszony John.

— Ale żeby nie było tak słodko i różowo, to wsadzę deczko goryczki, he he he — znowu ryk ergo śmiech audytorium. — Czy nie ma pan wrażenia, że jest pana za dużo? Bo wie pan, jest pan w telewizji, jest pan w filmie, jednocześnie zajmuje się pan sztukami walk, współpracuje pan z policją, ostatnio wydał pan płytę w styl rap, jednym słowem, czy nie ma pan wrażenia, że ludzie mogą mieć przesyt, jeśli chodzi o pana osobę?

— Nie.

— Brawo, oto facet z jajami — huknął Usiko Naiwny. — A czy jest w takim razie rzecz, z której jest pan wybitnie dumny?

— Tak — powiedział John.

Prowadzący zaczął okazywać oznaki zdenerwowania spowodowanego oszczędnością słowną gościa, więc szepnął mu na ucho:

— Rozwijaj żesz te swoje wypowiedzi, tłuczku!

— A więc ostatnio ukradłem pewnemu bandycie dużą ilość kokainy i oddałem w policyjne ręce — rzekł John.

— Brawo dla japońskiego strażnika teksasu! — krzyknął Usiko. — A czy możesz wyjawić, komu ukradłeś rzeczoną kokainę?

— Nie wiem czy to można…

— U mnie w programie wszystko można, prawda?

Publiczność zaryczała dziko a wulgarnie.

— No więc kokę ukradłem Liściowi.

Na sali zapanowała bezwzględna cisza. Prowadzący miał rosę potu na czole, a jego mina świadczyła o zakłopotaniu oraz o strachu. To był program na żywo i nie można było tego fragmentu po prostu wyciąć.

— Mówi pan o tym Liściu?

— Tak, o gościu, który kumpluje się z wieloma politykami.

Usiko Naiwny dostawał właśnie burę na ucho od producenta programu.

— Przepraszam państwa, ale z pewnych względów muszę na chwilkę opuścić was, no i pana Johna, przepraszam raz jeszcze, zaraz wrócę.

Gospodarz programu zniknął za winklem. Na widowni zawrzało, a niczego nieświadomy

Bandana siedział i marzył tylko o tym, że jak wróci do domu to sobie zje ryż ze smalcem.

Nagle wpadł Usiko, a raczej wbiegł na scenę, i z miną zbesztanego uczniaka, który ma łzy na podorędziu, wybełkotał drżącym głosem:

— Z pewnych zaistniałych powodów kończymy program.

To co zadziało się wówczas, gdy zgasły kamery, można by opisać w dramacie jednoaktowym, bądź nawet w horrorze. Producent darł gębę na gospodarza programu, ten wydzierał się na nieobecnego już Johna, który skorzystał z sytuacji, i po prostu wybył w stylu anglosaskim.

Rozdział 6

W mediach zawrzało. Bandana odkrył sekret Liścia, Kolejny sukces policji, Bandana scancelował najpotężniejszą personę w Japonii — nagłówki gazet zdawały się krzyczeć.

Ci co mieli wiedzieć o nielegalnych działaniach Liścia, wiedzieli, lecz nikt nigdy o tym głośno nie mówił i nie zamierzał. Nikt nie chciał narażać się na niebezpieczeństwo, bo prócz faktu, że Liść był wręcz celebrytą znającym całe tak zwane środowisko, i że fajnie było się czasem zabawić przy jego boku, to jednak świadomość, że jest to niebezpieczny gość zawsze wygrywała z głupimi pomysłami.

Znani i bogaci ludzie, którzy oficjalnie przyznawali się do znajomości z Liściem stanęli na rozdrożu. Było pewnikiem, iż wybiorą drogę zakończenia relacji, gdyż pozostanie w niej świadczyło, że jest się biernym uczestnikiem w Liścia nielegalnych biznesach. Tak więc z dnia na dzień Liść został sam jak palec. Co więcej, za Liściem wysłano list gończy; łuski momentalnie spadły z oczu policji i organów ścigania, więc zaczęto robić to, co powinno zostać zrobione już dawno dawno temu.

Koti spakował w trybie express potrzebne rzeczy i wsiadł do swojego prywatnego samolotu. Samolot był niedużą, lecz porządną i niezawodną maszyną. W środku, prócz Kotiego Liścia i rzecz jasna pilota, siedział związany Różowy Floyd, żona Bandany i jej syn — Mały Hoi. Liść porwał ich zaraz po emisji programu na żywo, podczas którego Bandana, trochę podpuszczany przez prowadzącego, obnażył prawdę związaną z Liściem, pogrążając typa totalnie.

Samolot wystartował z miejscowości niedaleko Tokio.

Kiedy maszyna osiągnęła odpowiednią wysokość, łaskawy Koti zdjął kneble związanym.

— Może nam przynajmniej powiesz, dokąd lecimy? — zapytała żona Johna.

— Jest taka wyspa na Pacyfiku utworzona całkiem niedawno z pływających śmieci. Znajduje się ona dosłownie w środku, między Kalifornią a Hawajami. Byłem już na owej wyspie, by przygotować ją na obecność człowieka, czyli posprzątałem o ile możliwym jest sprzątanie wysypiska. By można było tam w miarę dobrze funkcjonować, nie przejmując się smrodem, dziadostwem i bezhołowiem, podzieliłem wyspę na trzy sektory: pierwszy to sektor wypoczynkowy, drugi to sektor militarny a w trzecim znajduje się góra śmieci — powiedział całkiem spokojnie Liść.

— Czy ktoś jest na tej wyspie? — zapytał Mały Hoi.

— Prócz paru moich, jak ja ich nazywam: żołnierzy, jest jeszcze pewna kobieta o nazwisku Susan Deporton. Znana gwiazda filmowa.

— Pan ją porwał! — połączył kropki młody chłopak.

— A tak, porwałem, bo już wtedy przeczuwałem, że będę miał kłopoty związane z tym twoim szalonym ojczulkiem. Będzie miała Susan towarzystwo, he he.

Różowy Floyd jeszcze parę dni temu szalał w barowej jatce z przyjaciółmi, teraz tkwił w niewoli. Potworne emocje targały tym człowiekiem. Ciążyło mu to, że leciał w nieznane, i nie potrafił przewidzieć swojej przyszłości, prócz tego zostawił film, nad którym ciężko pracował i nie zdążył go ukończyć. Jedyna radość, jaką odczuwał, wynikała z perspektywy spotkania się z Susan Deporton. Jeśli oczywiście ten bydlak, Liść, na to zezwoli.

Lot z Japonii na wyspę trwał dwadzieścia pieć godzin, z międzylądowaniem na Hawajach w celu zatankowania machiny.

Na Hawajach właśnie Różowy Floyd zdołał przeciąć linę, która go krępowała; nabrał przeto odwagi oraz męstwa i postanowił wyzwolić się, wyswobodzić, uciec spektakularnie. Już miał wyskakiwać z samolotu, już widział oczyma wyobraźni, jak krzyczy, że to porwanie, i policja hawajska rusza na ratunek, jednak ręka jakaś pociągnęła go za pasek od spodni do tyłu, aż się nieborak przewrócił.

— I co żeś narobił? Będę musiał cię związać podwójnie, bo wychodzi na to, że jesteś pan sprytny i cwany, a takich ja nie lubię — rzekł maskując podenerwowanie Liść.

Wyspa Śmieci pozytywnie zaskoczyła porwanych. O dziwo, rosły na niej nawet palmy (w sektorze rekreacyjnym) i w ogóle dużo było zieleni. Wyspa ta odznaczała się głównie tym, że pływała. Według obserwacji Liścia, wyspa poruszała się dziennie parę metrów na zachód, chociaż ostatnio zauważył, że od paru tygodni kurs niezmiennie wskazywał południe, co zbliżało ją do równika.

Gdy rzeczy związane z przylotem zostały jakoś ogarnięte, Liść tak rzekł do swoich trzech więźniów:

— Kochani, witam was na Wyspie Śmieci! Nie podoba mi się ta nazwa, sami widzicie, że nie jest tu brudno, czyż nie? Jak więc chcecie nazwać ową wyspę?

Mały Hoi, jego matka oraz Różowy Floyd milczeli.

— Dobrze, nazewnictwem zajmiemy się potem. Teraz ważne informacje, więc słuchajcie uważnie: jak sami widzicie jest to wyspa, więc nie potrzebne są tutaj więzienne cele. Z wyspy nie da się uciec, bo jeśli nawet uda wam się skonstruować prowizoryczną łódź, to wiedzcie, że wyspa otoczona jest siecią wieżyczek strzelniczych, na których dyżury pełnią moi żołnierze — snajperzy. Tak więc nie radzę. Co do reszty, to w dupie mam jak będziecie spędzać ten czas. Jesteście tu jako zakładnicy, i jeśli Johny Bandana zechce współpracować ze mną, wypuszczę was, jeśli nie — nie wypuszczę. Śmierć będzie grozić wam tylko wtedy, gdy zobaczę, że Bandana jedzie po bandzie, czyli przegina pałę. Jasne?

— A co będziemy jeść, pić? — zapytał Różowy Floyd.

— Spokojnie, pomyślałem o wszystkim: dostępny będzie szwedzki stół, poza tym na wyspie jest pizzeria, burgerownia i knajpa z japońskim żarciem. Prócz tego będzie dostępny barek prowadzony przez mego przyjaciela barmana, a barek będzie czynny dwadzieścia cztery na dobę. Dla dzieciaka otworzę lodziarnię, żeby nam się tu nie zanudził na śmierć.

— Wspaniale — huknął Floyd. — A gdzie jest Susan Deporton?

— Nie wiem. Chyba leży pijana w barze.

Potem Liść zaszył się z paroma najwierniejszymi ludźmi w chacie skleconej z bambusa.

— Co chcesz dalej czynić, szefie? — zapytał łysy potężny facet.

— Po pierwsze trzeba zabić Johna Bandanę. Nie mam dla niego litości. Ten gość przegiął totalnie. Potem pozbędziemy się więźniów. Myślę też o tym, żeby zjednoczyć wszystkich wrogów Johna, a tych ma dużo. Trzeba tylko do nich zatelefonować. Jeśli ktoś go kropnie, dostanie ode mnie dwa miliony dolarsów.

— Jeśli mamy go i tak zabić, to po co nam zakładnicy? — zapytał inny niższy facet.

— Żeby poczuł to co ja. On zabrał mi swobodę i wolność, ja zabrałem mu rodzinę i przyjaciół. Chyba logiczne.

— Szefie, jest jeden problem — burknął gruby Sumo-killer.

— Co znowu?

— Nie mamy telefonu.

— Co? Ani jednego zasranego smartfona?

— Znaczy jest jeden smartfon, ale właśnie zasrany — ciągnął temat Sumo-killer.

— Jakże to?

— Normalnie. Jest on całkowicie obesrany.

— Kto to uczynił?

Cisza zapanowała w szałasiku bambusowym.

— Czy jest on obesrany w sposób uniemożliwiający jego użytkowanie? — ciągnął temat niezłomny Liść.

— Znaczy się działać działa, ale capi — tłumaczył Sumo-killer.

— A, no to jak działa, to dawać mi go.

— Ale jak przynieść, jak cały obsrany jest? — włączył się w rozmowę chudy i długi Japon.

— A czy wiecie, że istnieje coś takiego jak mydło?

— Próbowaliśmy, ale mydło się ubrudziło.

— Jasna cholera, czy nie ma tu mężczyzny, który jest w stanie przezwyciężyć strach przed gównem i przynieść ten zasrany telefon?

— Próbowaliśmy, ale każdy poniósł klęskę — rzekł ten łysy i potężny.

— Dobra, w takim razie kto nasrał na telefon? — tracił resztki cierpliwości Koti.

— To Sumo-killer — powiedział chudy i długi Japon.

— Dlaczego to zrobiłeś? — zwrócił się Liść do Sumo-killera.

— Naparło mnie, a że do ustępu było z piętnaście metrów, to nawaliłem na trawę, a że akurat tam ktoś położył telefon, to już nie moja broszka.

— Kto położył tam telefon?

— To chudy Japon — odparł Summo-killer.

— Dlaczego położyłeś na trawie swój telefon?

— Bo chciałem się wykąpać w morzu, więc położyłem telefon w bezpiecznym miejscu, na trawce — tłumaczył się rozpaczliwie chudy Japon.

— Dobra. Macie dziesięć minut na wymycie tego cholernego smartfona. Jeśli tego nie zrobicie, przejadę się po was serią z kałacha. Zrozumiano? — huknął Liść.

— Tak jest! — huknęli jego podwładni.

Tymczasem Liść razem z Ponurym Samurajem poszli do zony militarnej. Kiedy weszli do drewnianego domku, Liść od razu wyciągnął z szafki butelkę łiski, i nalał do szklanek. Usiedli na sofie i odetchnęli. Alkohol dobrze im zrobił. Osiągnąwszy chillout, rozmarzyli się.

— A gdyby tak zamontować silnik do wyspy, moglibyśmy wtedy mieszkać na statko-wyspie — powiedział Ponury Samuraj.

— Mnie chodzi po głowie coś innego. Wyspa, jak sam wiesz, nie jest przymocowana do dna; ona sobie po prostu dryfuje po oceanie. Moglibyśmy zrobić od spodu sekretne wejście na wyspę, które pełniłoby wówczas funkcję wyjścia. Trzeba wykuć w tej śmieciowej bryle tunel, który prowadziłby na górę, na powierzchnię wyspy. Rozwiązanie takie przyniosłoby takie korzyści, że w razie napadu, lub ataku, moglibyśmy wszyscy wejść do owego tunelu i pójść nim pod poziom morza, a u wylotu owego tunelu czekałaby na nas łódź podwodna.

— Wspaniały pomysł, Liściu!

— W takim razie od jutra bierzemy się ostro do roboty.

— Melduję, iż telefon został wymyty i wysuszony — rzekł chudy Japon, który wpadł do pokoju, niczym bomba jądrowa.

Liść rozkazał Ponuremu Samurajowi, aby zadzwonił najpierw do Starca Jokofaka. Połączenie odbywało się na głośniku, aby nie trzeba było trzymać smartfona przy uchu.

— Halo — rozległo się, rozlewająco trzaskliwe, mrukliwe głosisko.

— Czy wiesz, z kim rozmawiasz? — zapytał Liść.

— A niby skąd mam to wiedzieć, jak żeś się nie przedstawił? — zgromił go Starzec.

— Nazywam się Liść aka Koti. Dzwonię do ciebie z nietypową, albo może właśnie typową prośbą. Jak wiesz, lub też nie wiesz, John Bandana ostatnio mocno mnie pogrążył w telewizji japońskiej. Musiałem wiać z kraju na zbity pysk. Organizuję więc koalicję antybandanową, której celem będzie zabicie, lub przynajmniej uprzykrzanie życia temu gagatkowi. Z moich informacji wynika, iż John ma również sporo przyjaciół, którzy będą bronić go do ostatniej kropli. Dlatego pytam otwarcie: czy przystąpisz do koalicji?

Przez chwilę Starzec Jokofaka milczał. Liść pomyślał, że dziadzia nie zrozumiał, więc już miał ponowić pytanie, kiedy telefon zabrzęczał jego specyficznym, charkotliwym głosem:

— Oczywiście, że przystąpię do ko-alicji. Z wielką chęcią, pomimo że mam już dziewięćdziesiąt trzy lata, sprawię łomot temu zuchwałemu facecikowi.

— A więc bądźmy in touch, a póki co, daję ci wolną rękę: możesz gnębić naszego gołąbeczka na wszelkie możliwe sposoby. Jedno ale: na razie nie zabijamy. Bądź też w kontakcie z innymi członkami koalicji, wiadomo, co dwie głowy to nie jedna.

Liść był zadowolony z rozmowy ze Starcem Jokofaka, więc postanowił nagrodzić się kolejną szklanką łychy.

Następne połączenie było w deskę, chociaż osoba z którą prowadził rozhoworę Liść, stanowiła żywy przykład antydeskowatości. Mowa oczywiście o pięknej dziewczynie o ksywie: Ayaka Kura.

— Witam panią bardzo serdecznie. Krótka piłka: czy przystąpi pani do koalicji antybandanowej?

— Przez tego łajdaka, a dokładniej przez jego syneczka, moje dziecko musi znowu zmieniać szkołę. Moja odpowiedź brzmi: tak. Mam dość wywyższania się Małego Hoia, mam dość jego ojca, którego pełno w telewizji, w gazetach, w internecie, wszędzie!

— Może ucieszy panią informacja, że Mały Hoi jest teraz w moich rękach. Zresztą jego mama także. Myślę, że John jest załamany, ergo łatwy do pokonania.

— Wow, nie wiedziałam, że tak się sprawy mają. To wszystko brzmi fantastycznie!

— Jeszcze jedna ważna rzecz: proponuję, aby działała pani razem z innymi wrogami Bandany. Dam pani namiary na Starca Jokofaka, Wojownika Dżudżę, i Dżokiro. Oczywiście i ja będę robił wszystko co w mojej mocy, aby uprzykrzyć życie temu patałachowi, lecz wy macie taką przewagę, że jesteście w Japonii, ja natomiast musiałem wybyć, ale spokojnie, wkrótce nadejdzie czas mego powrotu, a wtedy, jeśli Bandana będzie żyw, niech ma się na baczności, bo nie daruję mu tego co uczynił.

Ayaka Kura wywarła turbo dobre wrażenie na Liściu, i gdyby był teraz w Japonii, podbiłby do niej, ponieważ podobała mu się również fizycznie. Pociągała go niezmiernie.

Wykonując połączenie do Dżudży, Liść nie był do końca przekonany o skuteczności tego gościa. W końcu dobrze wiedział, że parę tygodni temu Dżudża srogo oberwał od Johna. Był jednak Dżudża, mimo rozlazłości, dobrym strategiem, potrafił zaplanować napad i wykonać go (z różnym skutkiem). Sam co prawda był słabym wojownikiem, ale posiadał ludzi. Oprócz tego będąc w kolektywie miał szansę wykazać się.

— Zgadzam się! — huknął entuzjastycznie Dżudża.

Ostatnim na liście był Dżokiro. Facet ten miał ostatnio zły czas. Non-stop przegrywał castingi z Bandaną, przez co popadał w obłęd. Jako wojownik był fenomenem, na równi z Johnem. Dawniej, jako król życia, brylował na salonach, grał w filmach, reklamach, zapraszano go do różnego rodzaju show, prowadził nawet program śniadaniowy w pewnej dużej telewizji. Niestety nadszedł moment, że ludzie mieli go dość. Dżokiro się przejadł, a ludzie woleli naturalnego Bandanę, niż sterydowca z twarzą amanta i duszą bandziora.

Rozmowa wyglądała tak:

— Witam pana, panie Dżokiro, jestem Liść aka Koti, poznajesz mnie pan?

— Tak — rzekł krótko Dżokiro.

— Mam propozycję. Wiem dobrze, że nie przepada pan za Johnem Bandaną. Czy chciałby pan dołączyć do koalicji antybandanowej?

— Nie.

— Ale panie Dżokiro, niech pan pomyśli. Jeśli utrudnimy życie temu chłystkowi, przed panem na powrót otworzą się wrota do sławy, którą pan i tak już ma, no i pieniędzy. Jest jedna ważna rzecz: na razie nie zabijamy. Można gościa pobić, schwytać, pojmać, torturować, ale nie zabijać. Na śmierć przyjdzie jeszcze czas.

— Mów pan dalej.

— Bandana ma paru wielkich wrogów, wśród nich jestem ja. Dobrze by było, gdyby zaistniała współpraca między przeciwnikami Bandany.

— Jestem samotnym wilkiem, nie potrzebuję wspólasów.

— Czy mam zatem rozumieć, iż przystąpi pan do organizacji zwalczania Bandany?

Przez chwile nie było żadnej odpowiedzi.

— Tak — burknął, przecinając ciszę Dżokiro.

— A więc bingo! — huknął Liść, kiedy nacisnął czerwoną słuchawkę.

Rozdział 7

John Bandana zmierzał do swojego mieszkanka położonego w dzielnicy Yanaka. Jego kawałek podłogi był w starym domu, który razem z innymi tworzył coś na kształt mieszkalnego muru, ciągnącego się na parę kilometrów. Wąskimi uliczkami, przypominającymi obskurny labirynt szedł mężczyzna, który ożywiał krajobraz śnieżną bielą swego nieodłącznego stroju karateki.

Już był na właściwym piętrze, już miał nacisnąć klamkę drzwi, gdy zadzwonił Bill Kovalsky.

— Johnie, Johnie, słyszysz mnie Johnie! — darł się facet.

— No pewnie, że tak, o co cho?

— Porwali Różowego Floyda, powtarzam: porwali Różowego Floyda!

— Kto, gdzie, kiedy?

— Nie wiem, ale w jego garderobie na planie filmowym znaleziono liścik, w którym napisano, że Floyd porwany, i że prędko nie wróci do świata.

— Jasny gwint — zaklął John, po czym zerwał połączenie, tknięty nagłym palcem strachu.

Otóż gdy wszedł do mieszkania, pierwszym co zrobił, było głośne zawołanie:

— Kochanie, wróciłem do domu! Synu, I’m back — lecz zamiast radosnych okrzyków zadowolenia buczała złowroga cisza.

Bandana niczym wichura zaglądał do wszystkich pomieszczeń, aż znalazł na sofie w pokoju gościnnym karteczkę. Wziął ją do ręki. Na kremowym papierowym prostokąciku ktoś napisał długopisem: „Twoja żona i twój dzieciak są porwani. Spokojnie, Johnny, jeszcze żyją i mają się dobrze”.

Wnerwiony do granic możliwości John, stojący akurat przed swoim stu calowym telewizorem lcd, przepołowił go dłonią, wołając głośno:

— Aja!

To i tak nie rozładowało jego narastających emocji. Ale myśl, która wpadła mu do głowy, była z tych, co rozsiadają się wygodnie w głowie delikwenta i wzorem nieproszonego, aczkolwiek intrygującego gościa, wywołują coś na kształt eureki.

Wyskoczę z okna! — brzmiała ta olśniewająca myśl. John już miał wziąć rozpęd i wylecieć przez zamknięte okno, ale zabrzęczał telefon. „Kto u diabła?” — pomyślał i nacisnął zieloną słuchawkę.

— Halo — rozległ się głos w telefonie.

— No co — odparł zniecierpliwiony Bandana.

— Nie poznajesz? — powiedziało tajemnicze ktosidło.

— Ni chuja pana — rzucił wulgaryzmem John, co mu się wybitnie rzadko zdarzało.

— Ochłoń — rozkazał głos w smartfonie.

John co prawda nie miał zielonego pojęcia, z kim rozmawia, ale zrobił tak, jak mu poradził ten tajemniczy niby-obcy.

— Ochłonąłeś już? — zagrzmiał głos.

— Nie.

— Uuu, poważna sprawa. Nigdy nie byłeś aż tak pobudzony.

— Czy my się znamy? — zapytał tknięty jakimś czymś John Bandana.

— Tak, i to bardzo dobrze, mój uczniu.

— Kwaśna Kaczka? — huknął John.

— W rzeczy samej. Opowiadaj, co ci się takiego przydarzyło, że jesteś aż tak rozemocjonowany.

John wyłożył kawę na ławę, prosto z mostu, tak jak robią to proste i prostackie chłopy.

— Ajajaj, a to się porobiło — westchnął Kwaśna Kaczka. — Przyjedź do mnie na Okinawę, jak najszybciej.

— Dobrze, ale mam pewne zobowiązania. Na przykład jutro rano mam pojawić się w programie śniadaniowym jako gość.

— W takim razie odwołaj to.

— Nie mogę. Facet, któremu obiecałem przyjść, bardzo na mnie liczy, i jeśli go zawiodę, popełnię niemożliwy do wybaczenia błąd.

— John, twoja kobieta i syn są porwani a ty sobie po programach… — John nie usłyszał całości wypowiedzi Kwaśnej Kaczki, ponieważ rozłączył połączenie.

Był tak rozbity wewnętrznie, iż postanowił obejrzeć sobie program o kosmosie. Ale nie w telewizorze, który był przepołowiony, a na komputerze.

Oglądał, a jego oczy dęba stanąwszy, chłonęły treści kosmiczne.

Nazajutrz z samego rana ruszył metrem do telewizji. Nie miał bladego o czym będzie rozmowa, ale nie przeszkadzało mu to.

Kiedy w końcu wszedł do studia, na wyraźne zaproszenie gospodarzy programu, podał dłoń kobiecie i mężczyźnie i usiadł na kanapie. Dookoła kamery, kable, mikrofony, a w samym centrum on i para prowadząca.

— Witamy serdecznie pana Johna Bandanę — mówiła mała Japonka. — Porozmawiajmy o nowym filmie Różowego Floyda, w którym gra pan główną rolę.

John nie przemyślał pewnej sprawy: mianowicie czy mówić o zniknięciu reżysera, o zniknięciu jego żony i syna, czy jednak milczeć jak grób na te tematy. Wybrał milczenie podszyte grubą warstwą fejku.

— Tak, gram silnego faceta, który jest w stanie zrobić wszystko, by zdobyć a potem obronić przed innymi kobietę marzeń.

— Rozumiem, że ową kobietę gra pani Julia von Sztraus — zapytał szczupły mężczyzna, z kupą żelu na czarnych włosach.

— Tak, w rzeczy samej — odparł John.

— Jak się panu współpracuje z Różowym Floydem oraz z innymi aktorami, typu Bill Kovalsky? — rzuciła kobieta.

Cholera, oni nic nie wiedzą o porwaniach, może jednak powiedzieć prawdę — rozkminiał Bandana.

— Halo, czy usłyszał pan pytanie? — zaniepokoił się nażelowany facet.

— Tak tak, słyszę. No cóż, współpraca idzie, że tak powiem znakomicie. Wszyscy aktorzy są wspaniali i tym podobne.

Po minach prowadzących znać było, że nie takich płytkich odpowiedzi oczekiwali.

— A może opowie nam pan, co lubi robić w tak zwanym wolnym czasie? — zaszczebiotała kobieta.

— A więc w wolnym czasie jeżdżę na Alaskę i poluję na baribale. Lubię też oglądać programy o kosmosie. Co jeszcze… lubię tańczyć…

— Zostańmy na chwilę przy baribalach. Dlaczego akurat baribale? — zapytał wyżelowany.

— Bo to złośliwe miśki. Poza tym zeżarły mi kolegę. Świeć samuraju nad jego ściętym łbem.

— Co czuje pan, gdy strzela do baribala?

— Radość, przyjemność, wesołość, zabawę.

Dalsza część rozhowory zalatywała nudą, dlatego pominiemy ją, dbamy bowiem o zdrowie psychiczne naszych czytelników.

Wróciwszy do domu, John Bandana spakował do ogromnego plecaka górskiego potrzebne rzeczy, typu: czapkę, trzy pary stroju karateckiego, opaski na czoło: jedna czerwona, druga niebieska, nunczako, pięć szurikenów, katanę, kij, kałacha oraz amunicję.

Błyskawicznie zakupił w internecie bilet lotniczy na Okinawę, i wybył z domu, zamykając go na klucz.

Podczas lotu, John siedział obok biznesmena, który miał chorobę wysokościową. Jego strach zwiększał się wraz z upływem czasu. W końcu osiągnął poziom paranoi i żądał, aby mu otworzono drzwi samolotowe. Na szczęście stewardessy były dobrze przeszkolone, i potrafiły poradzić sobie z takimi osobnikami. Facet został unieszkodliwiony, kiedy jedna z dziewczyn usiadła na jego szyi, ściskając głowę wariata udami. Kiedy tak leżał unieruchomiony, druga ze stewardess zapodała biznesmenowi końską dawkę uspokajacza. Śpiącego zanieśli do fotela i zapięły pasami. Brawa rozległy się w samolocie, brawa zasłużone i konieczne. John puścił oko do bohaterki dnia, na co ta zareagowała podrzuceniem mu karteczki z numerem telefonu.

Bandana lubił kobiety, ale jeszcze nigdy nie zdradził swojej żony, chociaż miał ku temu mnóstwo okazji. Teraz robił wszystko, by nie myśleć o Małym Hoiu i małżonce, bo inaczej rozkleiłby się momentalnie, popuszczając potoki łez i moczu.

Bandana od dziecka walczył z problemem nietrzymania moczu. Zwłaszcza podczas suto zakrapianych imprez, zdarzało mu się wracać do domu z wielką plamą w okolicach krocza. Dlatego dostał pewnego dnia od żony nakaz, by na zabawy chadzał w ciemnych spodniach, ponieważ na takich nie widać plam.

Problemy zaistniały również w łóżku. Budzenie się w wielkiej plamie moczu przestało bawić żonę Johna, która kupiła sobie swoje prywatne łóżko. Zonk wybrzmiał w momencie, kiedy obudziła się któregoś ranka, chlupocząc w żołtej kałuży. Oto wyszło na jaw iż ona jak i on mają ten sam problem. Czy on zaraził ją, czy ona zaraziła jego? Tego typu pytania pojawiały się i znikały, pojawiały i znikały, aż zaczęli pić tyle, ile kot napłakał. To rzeczywiście przynosiło pożądane skutki, lecz organizm ludzki potrzebuje nawadniania! Japoński urolog, doktor Mocio Wood zaproponował im kurację grzybem o krótkiej nazwie kit.

Rzucili się na owego grzyba jakby na skarb jakiś; zajadali się tylko kitem, i, uwaga, po tygodniu grzybowej kuracji John i jego żona wrócili do wspólnego łoża.

Długo namawiali Bandanę, by wystąpił w reklamie specyfiku, o wdzięcznej nazwie: Mociumpanie. W końcu, po tygodniach namawiań, John wyraził zgodę. Reklama wyglądała tak:

w pierwszym akcie, w scenie nocnej, leżący w łóżku Bandana zaczyna sikać, a z jego sikawki leci jakby ze szlaufa ogrodowego: całe łoże zalane jest moczem, aż obudzona żona z mokrymi włosami, mówi: kochanie, musisz coś z tym zrobić. Z tym że żonę Johna grała inna kobieta. John bierze do ust Mociumpana a kiedy budzi się następnego ranka, maca pościel i krzyczy: jest sucha, jest sucha jak wiór! Żona wraca i zaczyna całować męża, płacząc ze wzruszenia.

Reklama owa była swego czasu bardzo popularna w Japonii, na szczęście ludzie o niej zapomnieli.

Niestety, podczas pakowania był zbyt pochłonięty myślowo, by wziąć Mociumpana, dlatego często gęsto odwiedzał toaletę.

Lot dłużył się Johnowi, więc po wylądowaniu, odetchnął, a kiedy wysiadł z samolotu, wziął głęboki wdech okinawskiego powietrza. Dużo miłych wspomnień przechowywał w pamięci, a Okinawa generowała tyle cudownych chwil, że trudno było pomieścić je wszystkie w wąskim schowku odpowiedzialnym za pamięć.

Po opuszczeniu lotniska skierował swe kroki do ubera, a kierowca zawiózł go do miasta Naha. John znalazł na obrzeżach tani motel i postanowił zainstalować się tam na co najmniej tydzień.

— Halo, panie Kwaśna Kaczko, melduję, że właśnie wylądowałem na Okinawie. Siedzę obecnie w motelu, czekając na dalsze instrukcje — mówił do telefonu Bandana.

— Świetnie — zaskrzeczał starzec — musimy więc uświetnić twój przyjazd małą imprezką z sake w tle.

— Tak jest! — krzyknął John.

— Przyjdź dziś do Styranego Makaka o godzinie dziewiętnastej trzydzieści. Pasi?

— Pasi jak krowie trawa na pastwisku za stodołą — huknął John.

Rozłączyli się.

John Bandana cenił niezmiernie Kwaśną Kaczkę za dowcip ostry jak kutwa, za siłę ducha, oraz siłę fizyczną, za charyzmę, za niepowtarzalną zdolność do rozkminania najtrudniejszych zagadnień z natury biologii, geografii, matematyki, chemii i historii. Cenił go przede wszystkim za to, że był jego trenerem, od dawnych czasów. John jeszcze smoczek kurczowo trzymał w dziąsłach, kiedy zaczął uczęszczać na karate do Kwaśnej Kaczki. Kwaśna za swych młodych lat składał największych zabijaków, a walkę opanował do perfekcji, mieszając style, dodając do nich swoje autorskie rozwiązania.

Kwaśna Kaczka polubił Johna za to, że ten nie przejmował się trudnościami. Bo z początku wspomniane tak zwane kłody turlały się co rusz w stronę nóg naszego bohatera, ten natomiast, nawet gdy upadał, zaciskał zęby i brnął do przodu po zwycięstwo.

Niestety, lub stety, w tym przypadku uczeń nie przerósł mistrza. Kwaśna Kaczka mimo stu lat dalej dominował na macie, czy w ringu i składał Johna z łatwością pierdnięcia.

Godzina dziewiętnasta nadchodziła. John włożył nowe, bielutkie niczym śniegi Alp Japońskich kimono, czarny pas z czaszkami i czerwoną opaskę na czoło w stylu Rambo.

Przemierzał ulice pieszo ponieważ uznał, że deczko ruchu dobrze zrobi mu na zdrowie psychiczne, które leżało rozszarpane, jakby przez dzikie zwierzę. Tak, psychika Johna była w opłakanym stanie, a to przez brak żony i syna przy boku. Cholerny Liść — pomyślał Bandana — chociaż z drugiej strony ukradłem mu kokę, za przyczyną której przy dobrych wiatrach mógłby stać się najbogatszym człowiekiem na globie. Musiałem jednak to zrobić, przecież od lat współpracuję z policją, i moją powinnością jest tropienie przestępców i przeszkadzanie im w ichniejszych działaniach.

Tak rozmyślając dotarł do Styranego Makaka. Kwaśna Kaczka pierwszy zauważył swego wychowanka, więc wyskoczył z krzesła i rzucił się na szyję Johnowi. Serdeczność eksplodowała wonczas jak islandzki gejzer, zaś cmokań, przytulasów i klepań po plecach końca nie było.

— No, siadaj, siadaj, Johnie, mój najdroższy — zachęcał Kwaśna Kaczka.

Prócz Kwaśnej Kaczki i Bandany, były tam jeszcze cztery piękne dziewczęta z pobliskiego burdelu, które Kwaśna Kaczka wynajął, by potowarzyszyły im w tej wytwornej kolacji.

Świeczki na stole dodawały klimatu oraz swoistej intymności, natomiast trunki podane w butelkach z ciemnego szkła miały dać świadectwo wypasu, bo przyjęcie o którym mowa, kosztowało Kwaśną Kaczkę sporo jenów, za które mógłby sobie z powodzeniem kupić wakacje w Tajlandii na tydzień.

— No co tam, mój miły? — zagaił trener Johna.

— Dobrze, aczkolwiek odczuwam smutek związany z porwaniem mojej żony i Małego Hoia.

— No cóż, po to cię wezwałem do mnie, abyśmy zaradzili tej sprawie, ale póki co pijmy i jedzmy, aby smutki choć na chwilę poszły się, za przeproszeniem, pierdolić.

— Ejmen — dodał po angielsku John i wychylił szklankę brandy. Trunek wykrzywił mu fejsa, ale w momencie odzyskał pokerową machę.

— Kurczaczka spróbuj, Johny, kurczaczka! — namawiał trener. Bandana posłuchał, i nałożył sobie na talerz dość duży kawałek kury.

Jedli a dziwki patrzały i nic nie mówiły. Zauważył to Kwaśna Kaczka i tak rzekł:

— Dlaczego nie jecie tylko patrzycie jak cielaki na wrota? Jedzcie, pijcie, moje słodkie dziewczęta, po to żem was zawołał, do cholery!

Dziwki zaczęły żreć, jakby od tygodnia nic w ustach nie miały, prócz pewnych męskich zwisów, o których, zwłaszcza przy jedzeniu mówić nie wypada.

Po trzeciej szklaneczce brandy John poczuł luz w kościach i ten niebezpieczny zew, co to może być zapalnikiem, lub czymś w tym stylu. Jednakowoż należało się chłopakowi, w końcu porwano mu rodzinę, a facet bez rodziny to jak kot bez ogona: bez sensu.

Barman puścił nastrojową muzyczkę, dziewczęta ciągnęły do tańca, natomiast ucztujący panowie jeszcze nie byli na tyle ululani, żeby wyskakiwać na parkiet.

— Pamiętasz cios dziobaka? — zapytał nagle trener.

Bandana przestał na chwilę mielić mordą, znieruchomiał, i szukał w pamięci rzeczy na temat ciosu dziobaka. Po dwóch minutach powiedział:

— Nie.

— A cios ośmiornicy?

— Też nie.

— A kopnięcie końskie?

— A to to akurat umiem.

— Mimo wszystko musisz sobie dużo rzeczy przypomnieć, i ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć. Od jutra zaczynamy na ostro.

— Tak jest Kwaśna Kaczko.

— Możesz mówić do mnie skrótem: Kwaśna Kacz.

— Okej — krzyknął John.

Jedli i jedli i jedli, prostytutki też wsuwały, aż stały się nieco otyłe.

Barman tymczasem zmienił muzykę na bardziej dziką: panie wyskoczyły na parkiet ciągnąc za sobą Bandanę. Zaczęły się tany jakich mało.

— Trzęś tym, trzęś tym, trzęś tym! — huczał John do obtańcowywującej go dziuni, a dziunia trzęsła zadem jak zawodowa szejkerka. Słowem: działo się. Kwaśna Kacz również darł przysłowiową paszczę:

— Więcej seksu, more seks, more seks!

Kobiety wzięły sobie do serca komendy Kwaśnej, więc zrzucając z siebie odzieżowy nadmiar, wzbudzały w tańczącym dzikie żądze. Tak dzikie, jak sam dzik z boru tucholskiego.

Bandana w pewnym momencie tak się roztańczył, że otoczyły go inne tańczące w klubie pary i stojąc, podziwiali jego umiejętności, skille i tym podobne.

A tańczył raz solo, raz w parze, raz solo, raz w parze.

Gdy tańczył w parze, to z jedną z tych dziwek, co to je Kwaśna Kacz przyprowadził. Ciała ich splecione dopasowały się, a trzeba wiedzieć, iż John podpity to John o wyjątkowo wiotkich członkach, które dopasowywują się do okoliczności, tworząc harmonijną całość o przyjemnym dla oka charakterze. W końcu zmęczony musiał opuścić parkiet, a ludzie bili mu brawo.

— Tańczysz, jakbyś nic tylko całe życie spędził w szkole tańca — oświadczył z dumą trener.

— Dziękuję trenerze, ale fakty są takie, że ja w ogóle nigdy tańca nie ćwiczyłem. To wychodzi mnie całkiem naturalnie, tak jak oddychanie, czy wydalanie, za przeproszeniem oczywiście.

— Wydaje się, że z perspektywy tańca można dostrzec elementy, które występują też w walce, a do takich należą bez wątpienia zwinność, świadomość ciała, gibkość a nawet skłonność ciała do zachowywania dystansu w stosunku do drugiego — prawił Kwaśna Kaczka.

— A no — rzekł John.

Podbił kelner i zaserwował kolejną flaszkę zacnego trunku.

— To podlejemy! — wrzasnął Kwaśna Kacz tak, że aż prostytutka się wystraszyła.

Golnęli.

— Powiedz mnie, zacny trenerze mój, bo krążą plotki o tobie, żeś jest chodzącym omnibusem, dlaczego kosmos jest taki duży?

— Kosmos — zaczął poważnie trener — to potężna rzecz. To rzecz tak duża, że gdy porównasz do niej na przykład mrówkę, to tak, jakbyś do pralki porównał mikroba. Albo jakbyś porównał bakterię do człowieka. No kurcze, aż mnie dreszcze przechodzą, jak o tym mówię.

— Faktycznie — rzekł Bandana z wybałuszonymi oczami.

— A jaki jest największy obiekt w kosmosie?

— W kosmosie?

— Tak, w kosmosie.

— No to w kosmosie największym obiektem jest księżyc, do którego dotarli w dawniejszych nieco latach Ruskie, i wbiwszy swą flagę w księżycową glebę, rzekli: to jest ogromny krok dla człowieka, ale cholernie mały dla ludzkości. I to poszło potem wiralem na cały internet.

— A ja myślałem, że największą planetą jest Mars — powiedział w zamyśleniu John.

— Mars — powtórzył beznamiętnie Kacz — no tak, Mars także jest duży.

— A czy możliwym jest, że gdzieś w kosmicznych zakamarkach czają się ufoludki?

— Ufoludek jest bardzo rzadko spotykany w kosmosie.

— I co, i tyle? — John był srogo zawiedziony lakoniczną odpowiedzią trenera.

— Tak.

— Ale panie trenerze, myślałem, że jako omnibus, dysponuje pan ogromnymi zasobami wiedzy, tymczasem pcha mi pan jakieś okrojone wersje!

Kwaśna Kaczka wyprostował się momentalnie w krześle, wypiął pierś i powiedział z dumą i kulturą osobistą:

— Bardzo dobrze powiedziałeś, Johnie. Faktycznie jestem w posiadaniu wiedzy, która wykracza poza mózgi innych ludzi.

— No to co z tymi ufoludkami?

— Ufoludki są zielonawi, i mają te… czułki… ale pies z nimi, napijmy się!

Flaszka bardzo szybko ujawniła swe dno.

— Kelner, ty stary durniu — darł facjatę Kwaśna Kacz — dawaj nam tu następną butelczynę!

Jako że panie dziwki takoż spożywały alkohol, butle prędziutko były „robione”.

Kelner natomiast biegał wzorem maratończyka.

— Dziękuję ci, mój trenerze, że taką mi zrobiłeś niespodziankę z tym przyjęciem.

— Ale to jeszcze nie koniec! — huknął trener.

Nagle zza kurtyny wyskoczyły dziewczęta z okinawskiej grupy tanecznej Anseru, i zaczęły tańczyć kankana. To był finał tej wspaniałej nocy spędzonej z kolegą, trenerem i ojcem w jednym.

Lecz noc jeszcze nie dobiegła końca. Kiedy opuścili lokal, skierowali swe kroki w stronę motelu, w którym zatrzymał się Bandana. Trener miał plan, aby jedna z prostytutek została razem z Johnem na noc. I wcale nie w celu seksualnym, a terapeutycznym, aby utulić jego skołatane nerwy.

Szli grupką śmiejącą się i zataczającą się. Czasem jakieś cierpiące na bezsenność babcie otwierały okna i krzyczały na cały regulator:

— Jest trzecia w nocy, zamknąć mi się tu, albo zadzwonię na policję!

— A dzwoń sobie ruro — huczał Kwaśna Kacz, a towarzystwo w śmiech.

W końcu dotarli do motelu. Uściskali się na dobranoc, John podał dłoń każdej dziwce, i już miał pójść, kiedy trener powiedział:

— Hola hola, najpierw wybierz sobie panią, która spędzi z tobą noc.

Bandana popatrzył na dziewczyny. Były jednakowo piękne, więc wziął pierwszą z brzegu o imieniu Misaki.

Po pożegnaniu migiem dotarli do motelowego pokoju. John zaparzył wodę na zieloną herbatę. Usiadł potem na ziemi i podał koleżance kubek. On sam w tym czasie poszedł do łazienki i wziął szybki prysznic. Gdy wrócił, zachęcił do tego samego Misaki.

Resztę nocy spędzili oglądając jakiś horror klasy ce.

— Jak spotkałeś swoją żonę? — zapytała Misaki.

— Spotkaliśmy się na cmentarzu. Ona wykopywała szczątki jakiegoś człowieka, a ja przyszedłem na grób babci. Była noc. Zwróciłem jej uwagę, na co ona: „nie wtrącaj się w cudze sprawy”, i dalej wykopywała szczątki człowieka. Na początku chciałem nie zwracać na nią uwagi, ale nie dało się. Zresztą to co robiła wzbudzało we mnie sprzeciw i obrzydzenie. Rzekłem: albo przestaniesz, albo dzwonię na policję. Wtedy coś w niej pękło i opowiedziała mi swą historię. Że facet, którego szczątki wykopuje, to gwałciciel, który skrzywdził ją oraz jej najlepszą koleżankę. Uważała, że dla takiego bydlaka nie powinno być miejsca na cmentarzu. Po zastanowieniu przyznałem jej rację i skończyło się na tym, że razem wykopywaliśmy szczątki owego drania. Potem poszliśmy z nimi na wysypisko śmieci i tam je zostawiliśmy. W samym sercu cuchnących resztek. Nazajutrz w gazecie lokalnej pojawił się artykuł o tytule: sataniści profanują groby na cmentarzach Japonii.

— Z małej chmury duży deszcz — rzekła Misaki.

— Co? — nie zrozumiał John.

— Opowiadaj dalej — powiedziała dziewczyna o twarzy anioła.

— A dalej poszło już z górki. Poprosiłem ją o numer buta i kupiłem jej prześliczne buciki na koturnach. Ona zaś, gdy przymierzyła owe buciki, rzekła: twoją będę na zawsze.

— Cudowna historia.

— Czy mogłabyś coś dla mnie zrobić? — zapytał John po paru minutach milczenia.

— A co takiego?

— Czy mogłabyś przynieść mi z łazienki nocnik?

Misaki chciała dopytać, po co, na co, lecz poszła bez słowa i przyniosła mężczyźnie rzeczony nocnik koloru zielonego.

Bandana rozpiął rozporek i nasikał do nocnika.

— Także tak — rzekł, kiedy zapiął rozporek i przesunąwszy pełny nocnik nieco na bok, usiadł wygodnie na ziemi.

Cisza wyrosła między nimi niczym syntetyczny, industrialny kwiat.

Misaki milczała, i milczała, aż nie wytrzymała:

— Dlaczego nasikałeś do nocnika, zamiast pójść do łazienki i tam dokonać mikcji?

— To jest świetne pytanie. Otóż nasikałem do nocnika po to, aby zobaczyć twoją reakcję.

— I jak? Co zauważyłeś?

— Niepokój. Skrytość. Wstyd, ale też bunt.

— Aaa, czyli to był taki eksperyment?

— Nie. To było coś innego.

Znowu milczenie zakwitło między nimi. Za oknem szarzało, a ptaki zaczynały swój koncert na cztery dzioby.

— To ja już może pójdę? — Misaki mimo zewnętrznego chłodu, polubiła Johna.

Bandana pokiwał głową, a po chwili zapadł w głęboki sen.

Obudził go natrętny dźwięk smartfona.

— Halo? — rzucił zdenerwowany.

— Za godzinę na polanie — zabrzmiał głos trenera.

Bandana zmienił kimono na nowe, zmienił też opaskę, i tak umundurowany szedł na polanę. Ale tak naprawdę nie wiedział gdzie znajduje się polana, dlatego pytał napotkanych ludzi, a ci wskazali mu którędy ma iść.

W końcu zlokalizował polanę, ale nie dostrzegł tam Kwaśnej Kaczki. Co jest, do cholery? — pomyślał John i oparł się o pień. Nagle jakieś ręce chwyciły go za ramiona i wciągnęły w koronę drzewa. Musiało trochę czasu minąć, nim John doszedł do siebie.

— Aaa, to pan, panie Kwaśna Kacz, dzień dobry panu — rzekł otumaniony mężczyzna.

— A co ci tłukłem latami do głowy? Że nie można stawać pod drzewami! Masz właśnie skutek takiego opierania się o drzewko — zgromił ucznia master.

Przebywanie w koronie drzewa przedłużyło się niemożebnie. Kwaśny Kaczka oparł się wygodnie o gęstość listowia, John natomiast siedział okrakiem na gałęzi drzewa, majtając nogami.

— Bo tobie potrzeba przede wszystkim odnowić mental. Fizycznie jesteś dalej sprawny, ale mentalnie osiadłeś na mieliźnie. Prawdopodobnie stało się tak przez to całe porwanie. Straciłeś chęć do życia, a to jest fatalna rzecz, kiedy karateka traci chęć do życia. To tak, jakby nurek stracił płetwy, albo kolarz rower. Obudź się, Johnie Bandana, powstań! Wiedz, że jeszcze nic nie jest stracone. Liść będzie chciał cię szantażować, zmuszać do różnych działań, ale póki co twoja rodzina jest bezpieczna. Facet by sobie strzelił w kolano, gdyby już na samym początku zlikwidował twego syna i żonę. Także uszy do góry, chłopak, weź pięć głębokich oddechów i wdychając powietrze wiedz, że wdychasz siłę, moc i pogodę ducha. Zrób to teraz.

Rozdział 8

Kwaśna Kaczka jako wytrawny wojownik przewidział, że Liść połączy ze sobą wrogów Johna i że będą atakować znienacka. Zadzwonił przeto do najwierniejszych przyjaciół Bandany, aby ci, oczywiście w tajemnicy przed samym Johnem, ochraniali go, mieli go na oku, a jak trzeba będzie, to interweniowali.

Pierwsza poinformowana została Lisa Su. Ta cichociemna morderczyni należąca do półświatka była niesamowicie wdzięczna Johnowi za to, co dla niej kiedyś zrobił.

Było to dziesięć lat temu. Nocne Tokio, niebezpieczne dzielnice miasta, ciasne uliczki zalane mrokiem. Szła sama, wracając z imprezy, na której świętowała ze znajomymi swoje osiemnaste urodziny. Nagle uzmysłowiła sobie, że od ładnych parunastu minut ktoś za nią idzie. Specjalnie zaczęła skręcać raz w prawą, raz w lewą, sprawdzając czy on też skręci. Kiedy dyskretnie odwróciła głowę, ujrzała mężczyznę z czarną chustą zasłaniającą nos i usta. Pech chciał, że dziewczyna zabłądziła przez chęć zgubienia tajemniczego kogoś, i dotarła do ślepej uliczki. Facet stanął za nią w rozkroku, blokując sobą drogę ewentualnej ucieczki.

Lisa zdecydowała, że nie będzie czekać na atak. Po prostu ruszyła w jego stronę, mając jeszcze resztki nadziei, że typ się usunie, robiąc jej miejsce. Ale tak nie było.

Mężczyzna uderzył ją w twarz tak mocno, że ta upadła na plecy. Szybko do niej podbił i w szarpaninie zaczął zdejmować jej spodnie. Dziewczyna walczyła niczym lwica, ale silny gość znowu wypłacił jej chleba.

Gwałt wisiał w powietrzu, ale w pewnym momencie napastnik zawył, znieruchomiał, i osunął się na bok. Lisa ujrzała nóż wbity w jego plecy. Z mroku wyłonił się John. Brutalnie wyszarpnął ostrze z bandziora, odwrócił go nogą na plecy, nachylił się i poderżnął mu gardło. Tak na wszelki, żeby mieć pewność, że bydlę wyzionie ducha.

Dziewczyna była w szoku. Krew tego gościa tryskała na wszystkie strony, nawet na jej twarz. Bandana pomógł jej wstać, i powiedział, że odprowadzi do domu. Szli w totalnym milczeniu.

Potem wiele razy przecinali się na mieście, zawsze bez słowa, ale pewnego razu Lisa pomyślała, że dobrym rozwiązaniem będzie nauczenie się walki w celu samoobrony. Podeszła zatem do Johna i poprosiła go o to. Ten wyraził zgodę, i od tamtego czasu zostali dobrymi przyjaciółmi. Lisa zeszła niestety na złą drogę, wykorzystując swe umiejętności do tępienia gangsterskiej konkurencji. Jej plusem, i to przyczyniło się do tego, iż John przymykał oko na jej działalność, było to, że nie znosiła wszelkiej maści przestępców seksualnych i mordowała ich bez litości, nawet gdy taki ktoś znajdował się w szeregach jej bandy.

Kiedy otrzymała telefon od Kwaśnej Kaczki, właśnie wieszała w lesie pedofila. Kopnęła pień, na którym stał ów zwyrol i patrzyła z przyjemnością, jak ten wywija nogami, granatowiejąc na twarzy i oddając mocz.

Lisa Su działała akurat poza Tokio, i zastanawiała się, jak ma rozpoznać wrogów Johna, przecież ci będą zamaskowani i udawali, że ich w ogóle nie ma. Rozkminiła, że najlepszym rozwiązaniem będzie śledzenie samego Johna. Pojechała więc na Okinawę, bo według słów Kwaśnej Kaczki, tam John miał przez jakiś czas być, i wynajęła pokój w motelu, niecałe dwieście metrów od motelu Bandany.

Jej dzień uzależniony był od dnia Johna. Jeśli John ćwiczył biegając, ona biegła za nim. Jeśli John miał dzień odpoczynku i wałęsał się po klubach, ona wałęsała się po tych samych klubach, z tym że musiała uważać, aby nie popłynąć, bo to zdarzało jej się nazbyt często. Zamawiała przeto jedno, max dwa piwka, i piła je najdłużej jak tylko potrafiła.

Lisa miała europejskie rysy twarzy, ponieważ jej ojcem był Anglik. Nosiła dość zapuszczone i długie dredy, do tego ciemne okulary i dresowe spodnie. Jej luzacki styl przyciągał wzrok mężczyzn, dlatego często zmagała się z amatorami jej dresiarstwa, ale zwykle szybko spławiała napalonych gości.

Raz, kiedy wiedziała, że John śpi i że nie zagraża mu żadne niebezpieczeństwo, poszła do miasta w celu zabawienia się (w końcu ona też miała swoje potrzeby). Usiadła przy barze, zamówiła krwawą merry i powoli delektowała się drinkiem. Różni ludzie siedzieli obok niej, ale przy czwartym drinku usiadł pewien młodziak z twarzą cherubinka i posturą wojownika. Od słowa do słowa wyszło, że facet jest szarmancko-głupkowato-śmieszny i to bardzo się Lisie w nim spodobało.

— Mam na chacie trochę weedu — rzekł uśmiechnięty od ucha do ucha Jim.

Z baru wyszli po pierwszej w nocy i zmierzali na chatę młodzieńca. Noc była ciepła i księżycowa.

— Albo mam lepszy pomysł — krzyknął Jim.- Pójdziemy najpierw po zielsko, a potem na plażę, co ty na to?

— Prowadź zatem młody byku!

Dom Jima wciśnięty między inne domy, był bardziej długi niż szeroki, wszędzie panował klaustrofobiczny klimat, dlatego dobrym rozwiązaniem była wspomniana plaża.

Morze szumiało usypiająco a trawka smakowała wybornie.

— Fajnie, żeśmy się spiknęli, co nie? — cieszył japę Jim.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 3.94
drukowana A5
za 50.94