E-book
31.5
drukowana A5
51.49
Cicha Woda

Bezpłatny fragment - Cicha Woda

Komisarz Tomasz Wiśniewski


Objętość:
245 str.
ISBN:
978-83-8455-541-5
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 51.49

„Cicha woda brzegi rwie.”

— przysłowie polskie

„Przenieśli mnie tu za karę.

Nie wiedzieli, że kara potrafi boleć inaczej niż zbrodnia.”


— Komisarz Tomasz Wiśniewski, notatnik służbowy, marzec 2010


Rok — niby nie długo, nie krótko.

Dla wyjątkowych osób, którzy byli przez ten rok

Dziękuje, chociaż te słowo wydaje się zbyt małe.


Hubert

ROZDZIAŁ 1

WYGNANIE

* * *

Są dwa rodzaje przeniesień służbowych w polskiej policji.

Pierwszy: awans. Komenda Stołeczna, Centralne Biuro Śledcze, Agencja Bezpieczeństwa — miejsca, gdzie trafiasz, kiedy jesteś dobry i kiedy masz właściwych znajomych albo jedno i drugie, bo sam talent bez protekcji w tej branży jest jak dobry silnik bez skrzyni biegów: działa, kręci się, tylko nigdzie nie jedzie.

Drugi: kara. I drugi to Morąg.

Morąg, miasto powiatowe, województwo warmińsko-mazurskie, dwadzieścia dwa tysiące mieszkańców. Oddalony od Olsztyna o pięćdziesiąt kilometrów, od Elbląga o czterdzieści, od cywilizacji — to zależy, jak mierzysz. Ja mierzę w kawiarniach. W Morągu jest jedna kawiarnia, która nie jest barem z automatem do kawy przy ladzie, i ta kawiarnia zamyka się o osiemnastej. W Warszawie moje ulubione miejsce — Karma na Szpitalnej — otwierało się o siódmej rano i pracowało do drugiej w nocy, a kawa smakowała jak powód, żeby żyć.

Teraz mam kawę z automatu w komendzie przy ulicy Wojska Polskiego i mam widok na parking, na którym stoi siedem samochodów służbowych, z czego trzy mają sprawny silnik.

Nazywam się Tomasz Wiśniewski. Komisarz policji, Wydział Kryminalny. Czterdzieści siedem lat, wzrost metr osiemdziesiąt dwa, waga za duża, żeby o niej mówić, siwe skronie i twarz, którą żona — ex-żona, choć formalnie jeszcze żona, bo papierów nie złożyliśmy — opisała kiedyś jako „twarz człowieka, który widział za dużo i za mało z tego zapomniał.” Miała rację. Marta zawsze miała rację. Być może dlatego tak dobrze rozumiała się z prokuratorem Kowalskim, który też zawsze miał rację i który był o dziesięć lat młodszy, o pięć centymetrów wyższy i o jedną skargę dyscyplinarną skuteczniejszy ode mnie.

Skarga. Muszę o niej powiedzieć, bo bez niej nie rozumiesz, dlaczego stój tutaj przy tym oknie i patrzę na ten parking zamiast na Krakowskie Przedmieście.

Marcin Kowalski, prokurator rejonowy, Warszawa-Śródmieście, lat trzydzieści siedem, żonaty, dzieci dwoje — co mu nie przeszkadzało sypiać z moją żoną przez rok i osiem miesięcy, jak mi potem powiedziała Marta, precyzyjnie, z datami, bo Marta jest dziennikarką i ma nawyk precyzji nawet przy wyznaniach, które wolałbym usłyszeć mniej precyzyjnie. Kowalski dowiedział się, że wiem. I zanim zdążyłem zrobić cokolwiek — bo co miałem zrobić, uderzyć go? Jestem policjantem, mam opanowanie zawodowe wbudowane jak wtyczka USB — złożył skargę. Na mnie. Że podczas wspólnej sprawy przekazałem informacje procesowe osobie nieupoważnionej. Że naraziłem śledztwo. Że działałem na szkodę postępowania.

Kłamstwo. Taktyczne, precyzyjne, od człowieka, który przez całe zawodowe życie budował skargi jak architektoniczne konstrukcje — żeby stały, żeby było trudno je obalić, żeby trwały wystarczająco długo, żeby zrobiły swoje.

Komisja wewnętrzna badała trzy tygodnie. Wynik: brak podstaw do zwolnienia, ale „wskazane przeniesienie w celu wyeliminowania konfliktu środowiskowego.” Prawnik by się śmiał z tego sformułowania. Ja się nie śmiałem, bo prawnik nie miałby przeniesienia do Morąga, a ja miałem.

Przyjechałem czternastego marca dwa tysiące dziesiątego roku. Niedziela, szósta rano, droga krajowa siedemnastka, potem trójka, potem nic szczególnego przez pola i lasy i jeziora, których nie widziałem, bo była ciemno. Morąg przywitał mnie deszczem i zamkniętą bramą wjazdową na parking komendy, bo ochroniarz miał mnie w systemie od poniedziałku, nie od niedzieli.

Siedziałem w samochodzie przez dwadzieścia minut i słuchałem radia. Grali Kulę — „Niedziela będzie dla nas” — co uznałem za ironię losu niewymagającą komentarza.

O wpół do siódmej ochroniarz zmienił się i nowy miał mnie już w systemie. Wszedłem. Komenda przy Wojska Polskiego pachniała tak, jak pachną wszystkie komendy w Polsce: środek czyszczący, papier, kawa z automatu i coś nieuchwytnego, co można by nazwać „instytucjonalną beznadzieją”, gdyby pisało się reportaże, a nie raporty.

Moje biuro — bo dostałem biuro, to był pierwszy pozytywny znak — znajdowało się na pierwszym piętrze, narożne, z dwoma oknami. Jedno na parking. Drugie na Rynek. Na Rynku był kościół, ratusz i fontanna nieczynna od listopada do maja. W marcu fontanna stała sucha i szara jak wszystko inne.

Na biurku: kartka od poprzednika. „Raporty kwartalne w lewej szufladzie. Automat do kawy na korytarzu — nie pij z drugiego z lewej, bo smakuje jak asfalt. Dobrej roboty. — Porucznik Krzyżanowski.”

Porucznik Krzyżanowski dostał Gdańsk. To był awans. Ja dostałem jego biurko.

Usiadłem. Otworzyłem laptop. I przez pierwszą godzinę czytałem akta regionu, które ściągnąłem sobie przed wyjazdem, bo nie znoszę przychodzić gdziekolwiek nieprzygotowany. Nawet do własnej kary.

* * *

Komenda Powiatowa Policji w Morągu podlegała pod Komendę Wojewódzką w Olsztynie, co na co dzień oznaczało głównie raporty, spotkania i okazjonalne wizyty wizytatorów, którzy wyglądali jak ludzie przekonani, że Morąg jest miejscem, do którego przyjeżdża się sprawdzać, nie żeby rozmawiać.

Komendant Zygmunt Wróbel czekał na mnie o ósmej. Nie w sensie: siedział i czekał z kawą. W sensie: jego sekretarka — Halina Piernik, sześćdziesiąt lat, włosy jak stalowa wełna, spojrzenie osoby, która przeżyła czterech komendantów i żadnego nie żałuje — powiedziała mi, że komendant „jest gotów” przyjąć mnie o ósmej.

Zygmunt Wróbel miał pięćdziesiąt osiem lat i sylwetkę człowieka, który przez całe życie jadał obiady służbowe: okrągły, solidny, z rumieńcem zdrowia albo ciśnienia, trudno powiedzieć. Twarz spokojną, urzędniczą, z oczami, które przyzwyczaiły się do czytania dokumentów zanim spojrzą na ludzi. Mundur odprasowany perfekcyjnie. Na biurku: zdjęcie żony i dwóch córek, statuetka z jakichś zawodów strzeleckich i fotografia z jakimś politykiem, którego nie rozpoznałem.

— Komisarz Wiśniewski — powiedział, wstając i podając rękę. Uścisk pewny, krótki. Mężczyzna, który ćwiczył uścisk dłoni.

— Panie komendancie.

— Proszę, niech pan siada. — Usiedliśmy. Wróbel otworzył teczkę. Moja teczka, oczywiście. Czytał przez chwilę, choć podejrzewałem, że znał ją na pamięć. — Ma pan imponujące CV. Wydział Kryminalny Komendy Stołecznej, jedenaście lat. Zanim to — Gdańsk, cztery lata. Zanim Gdańsk — Łódź, trzy lata. Osiemnaście lat na poważnych sprawach.

— Dwadzieścia jeden — powiedziałem.

— Słucham?

— Dwadzieścia jeden lat w policji. Pan powiedział osiemnaście.

Wróbel spojrzał na mnie ponad teczką. W tym spojrzeniu było coś, co można było czytać różnie: „poprawiasz mnie?” albo „sprawdzasz, czy byłem uważny?” Uznałem, że lepiej niech sobie wybierze interpretację.

— Dwadzieścia jeden — poprawił bez mrugnięcia. — Imponujące. — Zamknął teczkę. — Muszę być z panem szczery, komisarzu. Dostałem pana z Warszawy w trybie, który nie pozostawia wątpliwości co do okoliczności. Nie pytam o te okoliczności, bo to nie moja sprawa. Moja sprawa jest taka: mam wydział kryminalny złożony z ośmiu funkcjonariuszy, z których dwóch jest na długotrwałym zwolnieniu, jeden odchodzi na emeryturę w czerwcu, a czterech pozostałych ma kompetencje, które są… wystarczające do przeciętnych spraw. Nie wystarczające do spraw wymagających.

— A ma pan sprawy wymagające?

— Na razie nie. Ale jest region — powiedział, trochę za ostrożnie jak na kogoś, kto mówi o braku problemów — który wymaga uwagi. Gmina Małdyty, okolice Morąga, teren nadjeziorny. Dużo turystyki, dużo transakcji nieruchomościami, dużo ludzi z zewnątrz w ostatnich latach. I pewne… zjawiska, które wolałbym mieć pod obserwacją kogoś z doświadczeniem.

„Zjawiska.” Polub słowo. Zjawiska to jest coś, czego nie chcesz nazywać wprost.

— Jakie zjawiska konkretnie? — zapytałem.

Wróbel złożył ręce na blacie. Gest człowieka, który waży słowa.

— Zaginięcia — powiedział. — Trzy w ciągu ostatnich dwóch lat. Wszystkie umorzone z braku dowodów przestępstwa. Dwie kobiety i jeden mężczyzna. Różne miejscowości, różny wiek, żadnych oczywistych powiązań. I dwa zgony uznane oficjalnie za wypadki, które pewien starszy emeryt z Małdyt — były policjant, Henryk Czaja, pan go pewnie pozna — uważa za coś więcej.

— A pan?

— Ja — powiedział Wróbel i uśmiechnął się tym uśmiechem, który mówi: jestem komendantem, nie śledczym, i nie zamierzam zajmować publicznego stanowiska w sprawie, w której nie ma protokołu — ja mam otwarte akta i funkcjonariusza z Wydziału Kryminalnego Komendy Stołecznej. I mam nadzieję, że to połączenie przyniesie jakiś wynik.

Rozumiałem. Dał mi wolną rękę, ale bez formalnego polecenia. Jeśli znajdę coś — jego sukces. Jeśli nie znajdę — przeniesiony funkcjonariusz prowadził własną inicjatywę.

Klasyczna policja.

— Kiedy mogę zobaczyć akta zaginięć?

— Halina je przygotuje. Dziś po południu.

— I Henryk Czaja — gdzie go znajdę?

— Na Rynku w Małdytach, w mieszkaniu nad apteką. Codziennie rano pije kawę w barze Zbyszka Orłowskiego przy ulicy Zamkowej w Morągu. Można by powiedzieć, że Zbyszek Orłowski jest czymś w rodzaju nieoficjalnego centrum informacji tego regionu. — Wróbel urwał. — To ostatnie to nieoficjalnie, rozumie pan.

— Oczywiście — powiedziałem i wstałem. — Jedno jeszcze pytanie.

— Proszę.

— Posterunek w Małdytach. Kto tam pracuje?

— Sierżant Jarosław Nowicki. Dobry chłopak. Trochę małomówny, ale solidny jak ziemia pod nogami. Zna okolicę jak własną kieszeń. — Wróbel wstał też i podał rękę. — Proszę mu nie rozkazywać. Proszę z nim rozmawiać. Tutaj ludzie nie lubią rozkazów.

„Tutaj ludzie nie lubią rozkazów.” Pierwszy lokalny przepis. Zanotowałem.

* * *

Bar Zbyszka Orłowskiego przy ulicy Zamkowej w Morągu nie miał żadnego szyldu. Albo raczej: miał tabliczkę, na której kiedyś był napis, ale lakier spłowiał tak dawno temu, że zostały z niego tylko białe zarysy liter na zielonym tle, i z tej odległości można było odczytać może „B r” i może „O w.” Reszta to była kwestia wyobraźni i znajomości okolicy.

Wewnątrz pachniało tak, jak powinno pachnieć poranne miejsce w mieście powiatowym: kawą, smażonym chlebem, papierosowym dymem, który wisiał w powietrzu choć zakaz obowiązywał już od dawna — i czymś czwartym, nieuchwytnym, co można by nazwać „zapachem lokalnych spraw.” Każde takie miejsce ma ten zapach. Warszawa miała go w barach przy targowiskach i w kawiarniach przy sądach. Tutaj był gęstszy, bardziej zadomowiony.

Zbyszek Orłowski stał za barem i wycierał szklanki z miną człowieka, który wyciera szklanki od trzydziestu lat i rozwinął w sobie w tym czasie zdolność obserwowania wszystkiego bez patrzenia na nic. Pięćdziesiąt pięć lat, może sześćdziesiąt, gruby, ale nie ociężały, z rękami pracownika fizycznego i oczami kogoś, kto bardzo dużo słyszał i bardzo mało z tego powtarzał. Broda kilkudniowa. Flanelowa koszula, krótkie rękawy mimo marca.

Wszedłem. Dwie osoby przy oknie — mężczyźni, pięćdziesiąt plus, kawa i gazety, spojrzenie w moją stronę i z powrotem w gazetę. Jeden starszy przy barze — siwy, chudy, z plecakiem i filiżanką — który odwrócił się i zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów, po czym powrócił do kawy. Nie z obojętnością. Z oceną.

Podszedłem do baru.

— Komisarz Tomasz Wiśniewski — powiedziałem do Zbyszka. — Nowy w komendzie.

— Wiem — powiedział Zbyszek, nie przerywając wycierania szklanki. — Przyjechał pan w niedzielę. Biały volkswagen, rejestracja WA.

— Śledzi pan przyjezdnych?

— Obserwuję. Jest różnica. — Postawił szklankę, wziął następną. — Kawa?

— Proszę. I może coś do jedzenia.

— Jajecznica, kanapki z szynką, bigos z wczoraj.

— Jajecznica.

Zbyszek skinął głową i obrócił się do kuchenki, która stała za nim za przepierzeniem. Stary człowiek przy barze odchrząknął.

— Henryk Czaja — powiedział, nie patrząc na mnie. — Komisarz pewnie chce pogadać.

— Skąd wiadomo?

— Bo Wróbel każdemu nowemu mówi, że Czaja jest nieoficjalnym centrum informacji okolicy. A Wróbel ma rację, tyle że mówi to o Zbyszku, a powinien mówić o mnie. — Odwrócił się. Twarz ostra, pomarszczona, nos, który był łamany przynajmniej raz. Oczy jasnoszare, z tymi drobnymi żyłkami czerwieni, które mówią o człowieku: śpię mało i od dawna się z tym pogodziłem. — Henryk Czaja, posterunkowy w stanie spoczynku, Komenda Rejonowa Małdyty, lata od sześćdziesiątego ósmego do dwa tysiące piątego.

Trzydzieści siedem lat. Na jednym posterunku.

— Pan nie odchodził nigdy z Małdyt? — zapytałem.

— Raz. Na rok do Olsztyna, żona chciała bliżej rodziny. Wróciłem. Tutaj jest moje miejsce. — Wziął łyk kawy. — Pan nie ma swojego miejsca. Widać to.

— Widać?

— Człowiek z miejscem ma inaczej ustawione plecy. Pan ma plecy kogoś, kto przyszedł i zaraz wyjdzie.

Usiadłem na stołku obok niego. Zbyszek postawił przede mną kawę — czarna, bez pytania, co zaakceptowałem jako dobry znak — i wrócił do kuchenki.

— Wróbel mówił mi o zaginięciach — powiedziałem.

— Wróbel mówił albo sugerował?

— Sugerował.

— Wróbel jest dobrym człowiekiem — powiedział Czaja spokojnie. — I dlatego nie jest dobrym komendantem. Dobry komendant w tym regionie musi umieć nie widzieć pewnych rzeczy. Wróbel jest za uczciwy, żeby nie widzieć, i za ostrożny, żeby mówić. Więc żyje w środku i wysyła komisarzy z Warszawy, żeby robili to, czego on sam nie może.

— A co konkretnie nie może?

Czaja spojrzał na mnie. Powoli, oceniająco.

— Najpierw niech pan zje śniadanie — powiedział. — I niech pan posłucha przez kilka dni. Tutaj się nie pyta za szybko. Tu się słucha i czeka, aż samo przyjdzie.

Zbyszek postawił przede mną jajecznicę. Trzy jajka, na maśle, z szczypiorkiem. W Warszawie ostatnio jadałem lunch w samochodzie i kolację przy biurku. Jajecznica u Zbyszka była pierwszym prawdziwym posiłkiem od tygodnia.

Zjadłem w milczeniu. Czaja pił kawę. Zbyszek wycierał szklanki. Za oknem Morąg wstawał do życia — wolniej niż Warszawa, ale własnym rytmem.

— Dobra jajecznica — powiedziałem w końcu.

— Wiem — powiedział Zbyszek.

— Jutro rano pan tu będzie? — zapytałem Czaję.

— Każdego ranka od piętnastego roku. — Wstał, wziął plecak. — I pojutrze. I przez cały tydzień. I przez następny. — Ruszył do wyjścia, zatrzymał się przy drzwiach. — Komisarzu. Jak pan będzie jeździł po okolicy, niech pan się zatrzyma przy starej stacji kolejowej w Budwitach. Tam, przy tej drewnianej z cesarzem. Niech pan stoi i patrzy. I niech pan zobaczy, co się wokół dzieje. Bo co się dzieje wokół — to jest zwykle ważniejsze niż to, co dzieje się w środku.

Wyszedł.

Zbyszek dolał mi kawy bez pytania.

— Czaja zawsze tak mówi? — zapytałem.

— Czaja mówi dużo mniej niż widzi — powiedział Zbyszek. — To go odróżnia od większości.

Zostałem jeszcze pół godziny. Zbyszek opowiadał mi o Morągu — nie historię z przewodnika, ale historię miasta, które widzi bar: kto z kim, kto skąd, kto tu nie pasuje, kto pasuje za bardzo. Słuchałem. Zapamiętywałem. Nie zapisywałem, bo notatnik przy barze zmienia rozmowę w przesłuchanie.

Kiedy wychodzi­łem, Zbyszek powiedział jedno zdanie bez podnoszenia głowy od szklanki:

— Komisarzu. W tym regionie jest jedna zasada, którą warto znać od początku. Woda tu jest głębsza niż wygląda. Wszędzie.

Na zewnątrz padał deszcz. Cichy, równy, mazurski. Wsiadłem do samochodu i przez chwilę siedziałem nieruchomo.

Wróbel dał mi sprawę bez sprawy. Czaja dał mi wskazówkę bez wyjaśnienia. Zbyszek dał mi zasadę bez kontekstu.

To był mój pierwszy dzień w Morągu.

Myślałem wtedy, że to będzie najdłuższy rok mojego życia.

Byłem w połowie prawdy.

* * *

Posterunek w Małdytach znalazłem bez problemu, bo Małdyty są miejscem, gdzie wszystko jest bez problemu do znalezienia: pięć ulic, jeden rynek, jeden sklep, jedna apteka, nad apteką mieszkanie Henryka Czai i przy rynku posterunek policji w budynku, który przez pięćdziesiąt lat pełnił kolejno funkcje: biura gminnego, ośrodka zdrowia, punkt skupu złomu i wreszcie policji — i każda z tych funkcji zostawiła po sobie jakiś ślad w tynku lub w zapachu.

Sierżant Jarosław Nowicki stał przy wejściu i palił papierosa, kiedy zaparkowałem. Papieros mówił mi więcej niż akta: człowiek, który pali na zewnątrz o dziewiątej rano, to człowiek, który albo jest spokojny, albo udaje spokój. Nowicki wyglądał jak ktoś, kto naprawdę jest spokojny i nie ma z tym żadnego problemu.

Trzydzieści cztery lata. Wzrost metr osiemdziesiąt, budowa jak z reklamy ubezpieczeń: solidny, kwadratowy, z rękami, które mogą podnosić ciężary i reperować silniki, i prawdopodobnie robią jedno i drugie regularnie. Twarz bez wyrazu — nie głupia, po prostu zarezerwowana, jak człowiek, który nauczył się, że wyraz twarzy kosztuje.

— Komisarz Wiśniewski — powiedziałem, wychodząc z samochodu.

— Wiem. — Niedopałek, pięta, do kieszeni. — Wróbel dzwonił.

— I co powiedział?

— Żebym pana traktował z szacunkiem.

— A pan?

— Szanuje pan do póki nie ma powodu inaczej. Wejdzie pan?

Posterunek w środku: biurko Nowickiego, moje biurko — mniejsze, przy oknie wychodzącym na boczną ścianę apteki — kopiarka przy wejściu, szafa na akta, czajnik elektryczny na stoliku pod oknem, zdjęcie drużyny piłkarskiej z 1987 roku na ścianie i rozkład jazdy autobusów przyklejony taśmą do drzwi.

— Rozkład jazdy? — zapytałem.

— Mieszkańcy pytają. Autobusy odjeżdżają z rynku. — Nowicki usiadł za biurkiem. — Mam dla pana akta. Trzy zaginięcia, które komendant pewnie wspomniał. I dwa wypadki, które Czaja uznaje za nie wypadki.

— Czaja mówił panu?

— Czaja mówi wszystkim. To jego metoda. Mówi każdemu po kawałku, liczy, że ktoś złoży całość. Dotychczas nikt nie złożył.

— Pan złożył?

Nowicki spojrzał na mnie. Po raz pierwszy z czymś, co można by nazwać zainteresowaniem.

— Złożyłem — powiedział. — Ale nie mam dowodów. I nie mam komendanta, który uwierzy bez dowodów. — Pauza. — Pan ma inne kompetencje niż ja. Pan może szukać szerzej.

— Więc mnie pan potrzebuje.

— Każdy kogoś potrzebuje — powiedział Nowicki i wzruszył ramionami tak, jakby to zdanie go nic nie kosztowało. — Herbata?

— Poproszę.

Nowicki wstał do czajnika. Ja wziąłem akta i zacząłem czytać.

Pierwsze zaginięcie: Krystyna Majewska, lat pięćdziesiąt dwa, wdowa, Stare Jabłonki. Zaginęła we wrześniu 2008. Znaleziono jej samochód przy drodze do lasu, telefon w samochodzie, torebkę w samochodzie, kluczyki w stacyjce. Jej — nie. Śledztwo sześć miesięcy, umorzenie.

Drugie: Piotr Grabowski, lat czterdzieści jeden, mechanik, Zalewo. Zaginął w marcu 2009. Wyszedł z domu rano, miał jechać do pracy w Morągu. Do pracy nie dotarł. Samochodu nie znaleziono. Telefon aktywny przez dwie godziny, potem cisza. Śledztwo osiem miesięcy, umorzenie.

Trzecie: Małgorzata Szymańska, lat dwadzieścia osiem, studentka, przyjeżdżała do regionu regularnie na badania do pracy magisterskiej z historii lokalnej. Zaginęła w sierpniu 2009. Ostatnie logowanie telefonu: okolice Budwit.

Budwity.

Podniosłem głowę.

— Nowicki — powiedziałem — to trzecie zaginięcie. Szymańska. Budwity.

— Tak.

— Co badała?

— Historia lokalna — powiedział Nowicki, stawiając przede mną herbatę. — Ale konkretnie? Jeździła do archiwum w Morągu. Do biblioteki w Elblągu. I kilka razy byłem przy jej samochodzie koło pałacu von Eben.

Pałac von Eben w Budwitach. Czajnik zagwizdał w głowie.

— Pałac von Eben — powtórzyłem.

— Pan zna historię?

— Czytałem materiały przed przyjazdem. Pałac z dziewiętnastego wieku, po wojnie przejął gmina, w 2003 sprzedany pewnemu Dąbrowskiemu z Gdańska.

— Dąbrowski zniknął rok temu — powiedział Nowicki spokojnie.

— Wiem. Akta ze sprawy zaginięcia Dąbrowskiego mam w folderze?

— Nie. To jest sprawa gdańskiej komendy. Ale — mam swoje notatki.

Nowicki otworzył szufladę i wyciągnął zeszyt. Zwykły, w kratkę, taki jaki kupuje się w Biedronce za trzy złote. Ale zapisany gęsto, obu stronach.

— Pan prowadzi własne notatki — powiedziałem.

— Od siedmiu lat. Odkąd zauważyłem, że rzeczy, które powinienem zgłaszać do komendy, wracają do mnie umorzone zanim je zdążę zgłosić.

To zdanie miało w sobie więcej niż powinno mieć zdanie z ust sierżanta małomiasteczkowego posterunku. Usłyszałem w nim coś, co brzmiało jak: tu są rzeczy, o których ktoś nie chce, żeby było głośno.

— Kto decyduje o umorzeniach?

— Prokurator rejonowy. Ostróda.

— Jabłońska?

— Przed Jabłońską — Jabłońska jest od pół roku — był Marek Wierski. Wierski odszedł na emeryturę w październiku. Szybko i cicho.

Szybko i cicho. Kolejne dwa słowa, które lubię widzieć w tej samej ros frazie.

— Dobra — powiedziałem. — Zaczynam od Budwit. Dziś po południu jadę zobaczyć teren. Jutro rano — tu akta. — Wstałem. — I Nowicki.

— Tak?

— Ten zeszyt. Nikomu nie mówić, że go mam.

Nowicki spojrzał na mnie z tym samym spokojem, co zawsze.

— Nikt nie pyta — powiedział.

— Właśnie o to chodzi — powiedziałem i wyszedłem.

* * *

Budwity po raz pierwszy zobaczyłem z okna samochodu o piętnastej trzydzieści czternastego marca. Droga z Małdyt zajęła siedem minut, co wydawało mi się niemożliwe, bo siedem minut to nic, a mimo to przez te siedem minut krajobraz zmienił się z prowincjonalnego miasteczka w coś, co można by nazwać inną przestrzenią.

Pola szerokie, płaskie, marcowe — brązowe jeszcze, bez zieleni, ale z tym specyficznym odcieniem ciemnej ziemi, który obiecuje coś pod spodem. Lasy po bokach, sosnowe i bukowe naprzemiennie. Jezioro migające przez drzewa po lewej — ciemne, bez fal, nieruchome jak tafla metalu. I potem droga w górę — łagodne wzgórze — i Budwity.

Trzysta osób. Jeden sklep na rynku — właściwie sklepik, okno z cenówkami ręcznie pisanymi. Świetlica wiejska, zamknięta. Kilka domów przy głównej ulicy, kilka głębiej, między drzewami. I nad wszystkim — na wzgórzu, za aleją lip — zarys dachu pałacu.

Zatrzymałem się przy sklepie. Wysiadłem.

Wiatr od jeziora, jak mi Zbyszek mówił, ma tu specyficzny smak. Nie morski — morze jest za daleko — ale wodny, chłodny, z nutą rozkładającej się trzciny i czegoś głębszego, mineralnego. Torfowiskowy. Wciągasz to i czujesz, że powietrze ma tu historię.

Stałem przez chwilę i patrzyłem.

Czaja mówił: stań przy starej stacji i patrz, co się dzieje wokół. Stacja była po drugiej stronie wsi — wiedziałem z mapy — przy zarośniętych torach. Ruszyłem pieszo.

Droga przez Budwity zajęła mi dziesięć minut. W tym czasie: spotkałem dwie starsze kobiety niosące siatkę z zakupami, które zatrzymały się i patrzyły za mną w sposób, który dawał do rozumienia, że nowych twarzy tu nie ma zbyt wiele. Minąłem mężczyznę przy ogrodzeniu, który naprawiał furtkę i który skinął mi głową bez pytania, kim jestem. I przy ostatnim domu przed stacją — zobaczyłem kobietę.

Stała przy oknie. Pierwsze piętro, firana odsunięta, patrzyła na ulicę. Czterdzieści może czterdzieści pięć lat. Ciemne włosy, ścięte krótko. Twarz, której nie widziałem szczegółowo z tej odległości, ale coś w postawie — coś w tym, jak stała, jak trzymała ramiona, jak patrzyła — było inne niż reszta. Nie był to wyraz ciekawości sąsiadki. Był to wyraz kogoś, kto obserwuje zawodowo.

Kiedy nasze spojrzenia się spotkały — odsunęła firanę z powrotem.

Zanotowałem w pamięci: dom przy ulicy Lipowej, numer czternasty, kobieta na piętrze. Sprawdzić, kto tam mieszka.

Stacja kolejowa w Budwitach była dokładnie tym, czym opisywały ją materiały: drewnianym budynkiem o skonstruowanym z niezwykłą starannością dla jednego człowieka, który miał tu przyjeżdżać kilka razy w roku i który od ponad stu lat już nie przyjeżdżał. Smocze głowy na okapach, trójzębne deski, stary norweski styl, który w mazurskim krajobrazie wyglądał jak zdanie wypowiedziane w złym języku — a mimo to po chwili zaczynałeś rozumieć, że właśnie o to chodziło.

Stanąłem przed wejściem.

Patrzyłem.

Tory — zarośnięte, jak mówił reporter, który tu był kilka lat temu. Trawa wysoka, suchawa, marcowa. Po lewej: słup elektryczny, na nim bocian w gnieździe — pierwszy bocian roku, pewnie — który patrzył na mnie z miną wyraźnie obojętną. Po prawej: droga prowadząca dalej, w kierunku pałacu. Za stacją: fragment lasu, gęsty, sosnowy.

I przy stacji — samochód.

Zaparkowany bokiem, niedbale, jakby kierowca wyskoczył na chwilę. Srebrny opel, rejestracja olsztyńska. W środku — nikogo. Na tylnym siedzeniu: plecak, aparat fotograficzny w futerale.

Ktoś tu był. Ktoś wyszedł i zostawił aparat.

Dziennikarz? Turysta? Za zimno na turystów. Za mało tu atrakcji turystycznych na zwykłego przechodnia.

Odszedłem od auta. Obszedłem stację dookoła. Za budynkiem — z tyłu, gdzie deski były starsze i ciemniejsze — zobaczyłem coś, na co Czaja kazał mi patrzeć.

Za stacją, przy samym lesie, ziemia była nieregularna. Nie tak jak zwykły teren — z wybojami od deszczu i przemarzania — ale inaczej. Regularnie nieregularna. Jakby pod powierzchnią były wgłębienia. Długie, wąskie.

Przykucnąłem.

Dotknąłem ziemi. Twardy marzec, ale pod warstwą mrozu — inny opór niż wokół. Miękkość, którą mróz przykrył, ale nie zmienił.

Wstałem. Zapamiętałem miejsce.

I wtedy usłyszałem kroki za plecami.

Odwróciłem się gwałtownie.

Kobieta. Trzydzieści może trzydzieści pięć lat. Jasne włosy w nieładzie, kurtka dziennikarska z dużymi kieszeniami, dyktafon w dłoni wycelowany w ziemię, jakby właśnie wyciszała nagranie. Patrzyła na mnie z mieszaniną zaskoczenia i czegoś, co w zawodowym dziennikarzu wygląda jak natychmiastowa kalkulacja: kim jesteś i jak mogę cię wykorzystać.

— Kim pani jest? — zapytałem.

— Ewa Sękowska, Gazeta Warmińska. — Nie pytała odwrotnie, tylko czekała.

— Komisarz Tomasz Wiśniewski, Komenda w Morągu.

— Nowy? — zapytała, i w tym pytaniu było coś, co mówiło: wiedziałam, że ktoś nowy przyjedzie.

— Od dziś.

— Co pan tu robi?

— Moje pytanie pierwsze — powiedziałem.

— Reportaż o opuszczonych nieruchomościach w regionie — powiedziała bez mrugnięcia. Za szybko. — Stacja jest zabytkowa, interesująca architektonicznie.

— A aparat zostawiła pani w samochodzie, bo zdjęcia robi pani telefonem?

Przez sekundę — tylko sekundę — coś przemknęło przez jej twarz. Potem wróciła do neutralności.

— Akumulator padł. Zostawiłam ładować w aucie.

— Rozumiem. — Nie rozumiałem, ale nie było sensu naciskać. — Pani Sękowska — co pani wie o tej wsi?

— Tyle co każdy. Pałac, stacja, torfowisko, jezioro.

— A czego nie wie każdy?

Patrzyła na mnie przez chwilę. Oceniała, czy mogę być użyteczny, czy ryzykowny, czy jedno i drugie.

— Może się spotkamy na kawie w Morągu — powiedziała. — Jak pan będzie miał pytania.

— Chętnie — powiedziałem. — Jak pani będzie miała odpowiedzi.

Odeszła w stronę samochodu. Wsiadła. Odjechała.

Zostałem sam przy stacji z nieregularną ziemią za plecami i z pytaniem, które zostawiła Czaja i które od tej chwili zaczęło mnie naprawdę niepokoić:

Co jest pod ziemią przy stacji kolejowej w Budwitach?

I dlaczego ktoś — kto jeździ tu regularnie, parkuje przy stacji i nagrywa — nie chce mi powiedzieć co wie?

ROZDZIAŁ 2

MARTWA

* * *

Agnieszka Krawczyk miała dwadzieścia trzy lata, jasne włosy, tatuaż jaskółki na lewym nadgarstku i notatnik, w którym prowadziła od września swoją własną, nieoficjalną, niepolicyjną i zakończoną tragicznie próbę odpowiedzenia na pytania, na które ani policja w Małdytach, ani prokuratura w Ostródzie, ani żaden urząd w całym powiecie ostródzkim nie kwapił się odpowiedzieć.

Znaleziono ją rankiem szesnastego marca — dwa dni po moim przyjeździe — przy północnym brzegu jeziora Budwity. Pływała twarzą w dół, w odległości trzech metrów od brzegu, z rękami ułożonymi wzdłuż ciała. Woda miała cztery stopnie Celsjusza. Niebo było szare.

To był mój drugi tydzień w tym regionie i pierwsza sprawa, która miała mi pokazać, że Morąg i okolice to nie jest miejsce, do którego się trafia za karę. To jest miejsce, do którego się trafia, żeby zobaczyć, czego normalnie nie widać.

Nowicki zadzwonił o szóstej trzydzieści.

— Jest ciało — powiedział.

Nie „może być ciało” ani „coś znaleziono.” Jest ciało. Człowiek, który przez siedem lat pilnuje posterunku w Małdytach, umie rozróżnić pewność od podejrzenia.

— Gdzie? — zapytałem. Byłem już na nogach, szukałem kurtki.

— Brzeg północny jeziora Budwity. Wejście do lasu przy kamienistej ławicy.

— Kto znalazł?

— Kalinowski. Stanisław. Emeryt, chodził z psem.

— Zabezpiecz miejsce. Jadę.

Droga z Morąga do Budwit — przez Małdyty — zajęła mi w sumie dwadzieścia minut. Marzec, ciemno jeszcze, boczne drogi mokre po nocnym przymrozku, który stopniał przed świtem. Niebo siwiało od wschodu, powoli, bez entuzjazmu, jak człowiek, który musi wstać, ale nie chce.

Myślałem w samochodzie o ziemi za stacją. O regularnych wgłębieniach. O Ewie Sękowskiej z dyktafonem. O Henryku Czai, który mówił: patrz, co się dzieje wokół. I o tym, że dwa dni po moim przyjeździe w jeziorze jest ciało.

Przypadki istnieją. Ale w tej pracy uczysz się, że przypadek to jest hipoteza, której używasz do momentu, kiedy przestaje pasować.

* * *

Brzeg północny jeziora Budwity jest miejscem o specyficznej urodzie, która w marcu, o świcie, przy martwym ciele, robi szczególne wrażenie.

Wysoki, jak mówią materiały topograficzne: brzeg wznosi się tu metr pięćdziesiąt nad poziom wody, uformowany przez lodowiec tysiące lat temu w formę, która teraz wygląda jak krawędź świata — stoisz na górze i widzisz ciemną wodę, i las po drugiej stronie, i niebo, które zaczyna być niebem dopiero wysoko, a nisko jest jeszcze nocą. Korzenie drzew wchodzą w wodę jak palce giganta, który chciał sięgnąć dna i zastygł w połowie gestu.

Nowicki stał przy słupkach taśmy, którą rozpiął między drzewami. Kalinowski siedział kilkadziesiąt metrów dalej na pieńku z psem przy nodze — duży, śpiący owczarek, który wyglądał, jakby cała ta sytuacja go nudziła. Kalinowski sam wyglądał na bardziej skupionego: osiemdziesiąt może osiemdziesiąt pięć lat, twarz człowieka, który przeżył wojnę i kilka zimnych zim, ręce cierpliwe, oczy przyzwyczajone do patrzenia na rzeczy, które są i których nie ma.

Doktor Marian Frankowski stał przy samochodzie i palił papierosa. Siedemdziesiąt lat, siwa broda, płaszcz zimowy, okulary w grubych oprawkach. Lekarz gminny, który od trzydziestu lat zbierał medyczne okruchy całego powiatu i który z racji braku kogokolwiek lepszego pełnił też funkcje lekarza sądowego przy miejscowych nagłych zgonach.

— Doktor Frankowski — powiedziałem, podchodząc.

Spojrzał na mnie ponad okularami.

— Pan jest nowy — powiedział. Nie pytając.

— Komisarz Wiśniewski. Kiedy pan przyjechał?

— Pół godziny temu. Nowicki dzwonił. — Wyciągnął niedopałek, spojrzał na niego z niezadowoleniem i schował do kieszeni. — Woda w płucach jest, co sugeruje utonięcie jako bezpośrednią przyczynę. Ale jest coś tutaj. — Dotknął tyłu swojej głowy. — Co nie wygląda jak przypadkowy uraz. Wygląda jak zadany.

— Cios?

— Nie jestem biegłym sądowym — powiedział Frankowski z miną kogoś, kto jest czymś więcej, tylko nie lubi się chwalić. — Ale przez trzydzieści lat widziałem dużo głów po różnych zdarzeniach. Ta głowa — jest uraz tylny, niezbyt rozległy, ale głęboki. Typ urazu, który widać przy kontakcie z twardym, równym przedmiotem. Nie przy upadku na kamień.

— Więc ktoś ją uderzył, a potem wrzucił do wody.

— Mówię, co widzę. Wnioski należą do pana. — Odszedł do auta, wziął torbę. — Zadzwonię do Ostródy po protokół.

Podszedłem do taśmy.

Agnieszka Krawczyk leżała twarzą w wodzie, przy brzegu, gdzie korzenie dębów tworzyły naturalny próg. Była ubrana w kurtkę zimową — granatową, markową, nową — dżinsy, trampki. Blond włosy rozłożone przez wodę wokół głowy. Lewa ręka — ta z jaskółką na nadgarstku — wyciągnięta, dotykała korzenia. Prawa ręka przy ciele.

Ręce.

Zatrzymałem się na tym.

Kiedy człowiek tonie — szczególnie jeśli tonie wbrew własnej woli, w zimnej wodzie, w panice — ręce nie są przy ciele. Ręce szukają. Łapią powietrze, wodę, wszystko co mogą. To jest odruch fizjologiczny silniejszy niż jakakolwiek kontrola wolicjonalna. Ciało chce żyć i ręce pracują dla tego ciała do ostatniej chwili.

Ręce Agnieszki Krawczyk nie pracowały. Leżały spokojnie.

Ktoś je ułożył.

— Nowicki — powiedziałem.

Sierżant podszedł.

— Znasz ją?

— Krawczyk. Agnieszka. Córka Marii Krawczyk, ulica Lipowa siedem. — Zatrzymał się. — Pracowała dorywczo. Sprzątała, pomagała sąsiadom. I jeszcze coś robiła, czego matce nie mówiła.

— Skąd wiesz?

— Mała wieś — powiedział Nowicki. — Tutaj wiadomo, kiedy ktoś ma więcej pieniędzy niż powinien z tego, co robi.

— Ile więcej?

— Na nową kurtkę. Na nowe buty. Na kogoś, kto regularnie płaci.

Spojrzałem na kurtkę. Marki, którą w Morągu raczej się nie kupuje. Sezon ten lub ubiegły.

— Ktoś ją widział ostatnio?

— Kalinowski mówi, że wczoraj wieczorem — zatrzymałem wzrokiem na starszym mężczyźnie przy pieńku — widział ją przy drodze do pałacu. Około osiemnastej. Szła szybko.

— Do pałacu albo od pałacu?

Nowicki pomyślał.

— Tego nie sprecyzował. Ale kierunek był — w górę. W stronę pałacu.

Pałac von Eben. Trzecia wzmianka w ciągu dwóch dni.

— Jest jeszcze coś — powiedział Nowicki, ściszając głos choć nikogo wokół nie było prócz śpiącego psa. — Kalinowski mówi, że wieczorem, gdzieś przed dwudziestą drugą, widział z okna samochód. Stał przy wjeździe na drogę do pałacu. Ciemny, duży.

— Numer?

— Za ciemno.

— Marka?

— Kalinowski mówi: może SUV. — Nowicki wzruszył ramionami. — Osiemdziesiąt dwa lata. Nie można wymagać.

— Można wymagać — powiedziałem. — Tylko precyzji dostosowanej do możliwości. Co jeszcze widział?

— Po godzinie samochód zniknął.

Ciemny SUV przy wjeździe do pałacu, między osiemnastą a dwudziestą drugą. Agnieszka idzie w stronę pałacu o osiemnastej. W jeziorze ląduje między dwudziestą drugą a pierwszą — tak oceniał Frankowski na podstawie temperatury ciała i wody.

Sześć godzin.

Sześć godzin między ostatnim widzeniem żywej a pierwszym widzeniem martwej. I w tym oknie — pałac, ciemny SUV i ktoś, kto układa ręce wzdłuż ciała.

* * *

Maria Krawczyk otworzyła mi drzwi o ósmej rano. Wiedziała. Widać to w ludziach natychmiast — istnieje specyficzny wyraz twarzy, który pojawia się, kiedy ktoś czeka na złą wiadomość i już wie, że ona przyszła, tylko czeka, żeby ktoś ją wypowiedział oficjalnie. Jakby słowa policjanta na progu robiły to, co stało się za jeziorem, bardziej prawdziwym.

Miała na sobie szlafrok i trzymała w dłoni kubek z kawą. Kawa była zimna — widać było po parze, której nie było. Albo raczej: kubek był pretekstem do trzymania czegoś w rękach.

— Komisarz Wiśniewski — powiedziałem. — Mogę wejść?

Wszedłem bez odpowiedzi, bo pytanie było retoryczne.

Mieszkanie małe, zadbane, z tą specyficzną starannością, którą mają kobiety samotnie wychowujące dzieci: wszystko na miejscu, wszystko czyste, żadnych zbędnych rzeczy, bo zbędne rzeczy to luksus dla tych, którzy mają czas i energię na nieporządek. Na ścianie: zdjęcia Agnieszki. Dziecko, nastolatka, dorosła. Na jednym z nich — jaskółka na nadgarstku widoczna wyraźnie. Letnie zdjęcie, gdzieś przy wodzie, uśmiechnięta.

Usiedliśmy przy stole w kuchni.

Nowicki miał pójść powiedzieć matce przed moim przyjazdem. Poszedł. Siedziała teraz z tym cichym wyrazem twarzy, który jest po płakaniu, nie w trakcie — twarz po płaczu jest jaśniejsza, jakby odarta z warstwy czegoś.

— Kiedy widziała pani Agnieszkę ostatnio? — zapytałem.

— Rano, wczoraj. Wyszła o siódmej trzydzieści. Powiedziała, że idzie do pracy.

— Gdzie pracowała?

— Oficjalnie? Doraźnie, tu i tam. — Maria Krawczyk patrzyła na kubek. — Przez ostatnie dwa miesiące mówiła, że sprząta w pałacu.

— W pałacu von Eben?

— Tak. — Pauza. — Ale Agnieszka nigdy nie była typem do sprzątania. To znaczy: robiła to, co trzeba było robić, ale nie szukała takiej pracy. Lubił myśleć.

— Co lubiła?

Matka podniosła wzrok. Pierwszy raz od początku rozmowy spojrzała mi prosto w oczy.

— Czytać. I pisać. Pisała od dziecka — pamiętniki, opowiadania, potem zaczęła zbierać dokumenty. Historia regionu ją interesowała. Mówiła, że tu jest tyle historii, której nikt nie spisał, że można by na tym zbudować całe życie.

— Historia regionu — powtórzyłem. — Co konkretnie?

— Nie wiem wszystkiego. Ale jeździła do bibliotek. Do archiwum w Morągu. Raz pojechała do Elbląga, raz do Gdańska. Kserowała dokumenty, nosiła do domu, siedziała i czytała.

— Czy mówiła o czymś konkretnym? O jakimś odkryciu?

Maria Krawczyk zawahała się. Widać było, że waży coś w środku — czy to ważne, czy to bezpieczne mówić.

— Kilka tygodni temu powiedziała jedno zdanie — powiedziała powoli. — Powiedziała: „mamo, jak znajdę dowód, to będzie duża sprawa.” Zapytałam jakiego dowodu. Powiedziała: „nie teraz, jak będę gotowa.” — Odłożyła kubek. — Nie była gotowa.

Siedziałem chwilę.

— Czy mogę zobaczyć jej pokój?

Pokój Agnieszki był mały, z oknem na ogród. Łóżko zasłane, biurko przy oknie, na biurku laptop i stos papierów. Półka z książkami — kryminały, reportaże, kilka albumów historycznych o Warmii i Mazurach. I na podłodze, przy biurku, stos kserokopii nieuporządkowanych, jakby zostawiono je w połowie pracy.

Wziąłem laptopa. Stary Dell, może osiem lat. Ciężki jak przeszłość.

Wziąłem kserokopie.

I kiedy brałem ostatni stos z podłogi — coś wypadło. Mała kartka, złożona w czworo, wciśnięta między strony jednej z kserokopii.

Rozłożyłem.

Pismo Agnieszki — znałem je już z kilku kartek ze studia — drobne, staranne, niebieskie. Jedno zdanie:

„Piwnica zachodnia pałacu. Zamurowana po wojnie. Dlaczego? Kto?”

I pod spodem, ołówkiem, jakby dodane później:

„Jeśli mnie nie ma — szukaj w folderze TC_BUDWITY.”

Jeśli mnie nie ma.

Agnieszka Krawczyk zostawiła instrukcję dla kogoś, kto przyjdzie po niej.

— Pani Krawczyk — powiedziałem, wracając do kuchni — muszę zabrać laptop i dokumenty córki. Dostanie je pani z powrotem, ale najpierw muszę przejrzeć.

— To ważne?

— Tak.

Matka skinęła głową. Coś w tej zgodzie było za spokojne, za szybkie — jakby wiedziała, że tak będzie, że w końcu ktoś przyjdzie i weźmie rzeczy Agnieszki, i to będzie przejście z jednej fazy do innej.

— Komisarzu — powiedziała, kiedy byłem już przy drzwiach.

— Tak?

— Ona wiedziała, że to jest niebezpieczne. Nie mówiła tego wprost, ale matka czuje. Bałam się. Mówiłam jej — nie wiem czego, bo nie wiedziałam o czym — że niech uważa. — Pauza. — Powiedziała: „mamo, ktoś musi pytać.” Tak powiedziała.

Wyszedłem z laptopem i stosem papierów.

Na zewnątrz wiatr od jeziora. Bocian na słupie elektrycznym, ten sam, który był tu w niedzielę i który będzie tu przez całe lato. Patrzył na mnie z miną, która — gdybym był bardziej poetycki — powiedziałbym, że mówi: witaj z powrotem. Ale nie jestem poetycki, więc po prostu wsiadłem do samochodu.

Folder TC_BUDWITY czekał.

* * *

Folder TC_BUDWITY na laptopie Agnieszki Krawczyk zawierał sześćdziesiąt jeden plików. Otworzyłem go w posterunku w Małdytach, przy kawie, którą Nowicki postawił przede mną bez słowa — dobry sierżant rozumie, kiedy trzeba kawy.

Sześćdziesiąt jeden plików. Podzielone na pod foldery: PAŁAC, TORFOWISKO, JEZIORO, STACJA, KONTAKT, ZAGINIĘCIA.

Zaczął od KONTAKT, bo to był folder, który nazywał się jednocześnie najbardziej i najmniej oczywi­ście.

W folderze KONTAKT: sześć plików tekstowych, w każdym transkrypcja rozmowy. Rozmowy mailowe. Agnieszka i ktoś bez imienia, bez adresu, przez anonimowy serwis pocztowy.

Pierwsza wiadomość przychodząca: 12 listopada 2009.

„Czytam pani artykuły na lokalnym forum. Jest pani bardzo blisko czegoś ważnego. Proszę o kontakt.”

Agnieszka nie pisała artykułów na żadnym lokalnym forum — przynajmniej nie pod własnym imieniem. Ale ktoś śledził jej aktywność wystarczająco uważnie, żeby wiedzieć, gdzie szukała informacji. Może pytania zadawane na forach historycznych. Może wiadomości do lokalnych archiwistów.

Ktoś ją obserwował.

Odpowiedź Agnieszki: „Kim pan jest?”

Odpowiedź z anonimowego konta: „Kimś, kto wie, że w pałacu von Eben w Budwitach jest piwnica zachodnia, która została zamurowana w 1946 roku przez polską administrację przejmującą majątek. I kimś, kto wie, dlaczego to zrobiono.”

Przez kolejne tygodnie korespondencja. Anonimowy rozmówca dawkował informacje — nigdy za dużo naraz, zawsze wystarczająco, żeby Agnieszka chciała więcej. Podawał dokumenty, których jej brakowało. Sugerował miejsca w archiwach, gdzie mogła szukać. I stopniowo, powoli, budował obraz, który Agnieszka już sama zaczęła widzieć.

Robotnicy przymusowi. Folwark von Eben. Lata 1942—1944. Ludzie, którzy znikali.

A potem, w grudniu, anonimowy rozmówca napisał:

„Jest pani gotowa na spotkanie? Wynagrodzenie za materiały i za udostępnienie terenu. Wynagrodzenie znaczące.”

Agnieszka zgodziła się.

I od stycznia zaczęła „sprzątać” w pałacu.

Zamknąłem plik. Otworzyłem PAŁAC.

W folderze PAŁAC: dokumenty historyczne, skanowane i fotografowane. Korespondencja rodziny von Eben z lat 1940—1944, fragmentaryczna, zebrana z różnych archiwów. Rejestry pracowników folwarku z trzech lat. I coś, co Agnieszka oznaczyła czerwonym wykrzyknikiem: kopia listu z 1943 roku, po niemiecku, od Karla von Ebena do brata w Berlinie.

List po niemiecku. Potrzebowałem tłumaczenia.

— Nowicki — powiedziałem.

— Panie komisarzu.

— Ktoś w okolicy czyta po niemiecku. Biegle, dokumenty historyczne.

— Ksiądz Wierzbicki. Przy parafii w Małdytach. Studiował w Monachium.

— Dzwonił już dziś rano?

— Nie.

— To zadzwoń teraz. Proszę pana księdza na popołudnie.

Nowicki dzwonił. Ja wróciłem do laptopa.

Folder ZAGINIĘCIA zawierał trzy pliki. Trzy nazwiska. Trzy twarze zdjęte z profili społecznościowych lub z archiwów lokalnej prasy. I przy każdym — notatki Agnieszki, jej analizy, jej pytania.

Krystyna Majewska. Piotr Grabowski. Małgorzata Szymańska.

Te same trzy nazwiska, które miałem w aktach z Morąga.

Ale przy nazwisku Szymańskiej — Agnieszka dopisała coś, czego nie było w aktach policyjnych.

„Szymańska badała historię folwarku von Eben. Byłyśmy w tym samym archiwum w lutym. Nie wiem, czy się spotkałyśmy — nie znam jej twarzy. Ale szukałyśmy tego samego.”

Szymańska zaginęła w sierpniu 2009.

Agnieszka pisała to — sądząc z daty pliku — w grudniu 2009.

Trzy miesiące po zaginięciu Szymańskiej. I Agnieszka łączyła jej zaginięcie z pałacem.

— Nowicki — powiedziałem głośniej.

— Tak?

— Szymańska Małgorzata, zaginiona sierpień 2009. Masz cokolwiek więcej niż to, co jest w aktach?

Nowicki przez chwilę milczał. Słyszałem szuflady.

— Mam zdjęcie — powiedział. — Robiłem zdjęcia jej samochodu, jak parkowała przy pałacu. W czerwcu i lipcu. Trzy razy.

— Robiłeś zdjęcia?

— Miałem przeczucie — powiedział Nowicki z taką miną, jakby to było coś normalnego. — Nikomu nie zgłaszałem, bo przeczucie to nie jest podstawa do raportu.

— Ale masz zdjęcia.

— Tak.

Sierżant z małomiasteczkowego posterunku, który robił zdjęcia z przeczucia, prowadził własny zeszyt od siedmiu lat i wiedział o lokalnym układzie więcej niż jakikolwiek raport — to był człowiek, którego Wróbel mi nie opisał dokładnie. Albo Wróbel też nie wiedział.

— Nowicki — powiedziałem — masz jutro wolne?

— Powinienem być na posterunku.

— Zapomnij o posterunku. Jutro jedziemy do archiwum w Morągu razem. I chcę, żebyś mi opowiedział wszystko, co masz w tym zeszycie. Wszystko.

Nowicki patrzył na mnie przez chwilę.

— Kawy nastawię — powiedział.

— Nastawiaj.

* * *

Ksiądz Marian Wierzbicki mieszkał w plebanii przy kościele w Małdytach, który sam w sobie był historią: osiemnastowieczna cegła, wieża z osiemnastego wieku, nagrobki w murze z napisami w kilku językach — polskim, niemieckim, łacinie — które świadczyły o tym, że ta ziemia zmieniała właścicieli i języki tyle razy, że nawet kamienie straciły poczucie stałości.

Ksiądz miał sześćdziesiąt osiem lat, wysoką sylwetkę, ręce z artretyzmem i umysł, który — sądząc po bibliotece, którą zobaczyłem przez otwarte drzwi jego gabinetu — był aktywny przez siedem dekad i nie zamierzał zwalniać.

Podałem mu list von Ebena. Usiadł przy biurku, wziął okulary, czytał.

Czytał długo. Raz, potem jeszcze raz. Potem złożył list i przez chwilę patrzył przez okno.

— Kiedy znaleziono ten dokument? — zapytał.

— Zebrała go młoda kobieta, która badała historię regionu. Ta kobieta nie żyje.

Ksiądz spojrzał na mnie.

— Rozumiem. — Wziął list z powrotem. — Przetłumaczę dokładnie. Karl von Eben pisze do brata w Berlinie w sierpniu 1943 roku. Pisze o majątku — o zbiorach, o pracownikach. I potem jest akapit, który mnie zatrzymał.

— Jaki?

— Pisze o „robotnikach wschodnich.” To był oficjalny nazistowski termin dla robotników przymusowych ze Wschodu — głównie Polaków, Ukraińców, Białorusinów. Mówi, że „kilku z nich wykazało nieposłuszeństwo i skontaktowało się z polską ludnością cywilną wbrew regulaminom.” I że „podjął konieczne środki we współpracy z jednostką żandarmerii w Morągu.” — Ksiądz odłożył list. — To zdanie ma konkretne znaczenie w kontekście 1943 roku. „Konieczne środki” wobec robotników przymusowych przy udziale żandarmerii — to nie było przeniesienie do innego majątku.

Siedziałem.

— Ile osób? — zapytałem.

— List tego nie precyzuje. Ale jest jedno zdanie na końcu, które jest, powiedziałbym, ujawniające. Karl von Eben pisze do brata: „Ziemia jest tu spokojna i głęboka. Nikt nie szuka, nikt nie pyta.”

Nikt nie szuka, nikt nie pyta.

Siedemdziesiąt lat później dziewczyna z jaskółką na nadgarstku zaczęła szukać.

I ktoś ją uciszył.

— Ojcze — powiedziałem — czy jest tu gdzieś stary cmentarz. Nie parafialny. Folwarczny.

— Przy każdym większym majątku był osobny teren pochówków dla służby — powiedział ksiądz spokojnie. — W tym regionie większość z nich po wojnie zarośła. Ale przy pałacu von Eben… — urwał.

— Co?

— Jest w archiwum parafialnym rejestr pochówków z lat wojennych. Prowadziło go poprzednie duchowieństwo — niemieccy pastorzy, zanim przyszło katolickie. Przeglądałem raz, dawno. Pamiętam, że były wpisy, które wyglądały inaczej niż normalny rejestr. Bez pełnych nazwisk. Z notą: „teren folwarku.” — Wstał. — Mogę pan ten rejestr pokazać.

— Proszę.

Rejestr był w archiwum przy kościele — drewniana szafa, teczkowe dokumenty, stare zapachy kurzu i drewna i czegoś, co można by nazwać zapachem czasu. Ksiądz szukał przez pięć minut.

— Tutaj — powiedział, wyciągając cienką teczkę. — Lata 1940 do 1945.

Strony 47 do 63: siedemnaście wpisów. Inicjały zamiast pełnych imion i nazwisk. Numery zamiast adresów. Przyczyna śmierci: lub „niepodana” lub „wypadek.” Miejsce pochówku: „teren folwarku” każdorazowo.

I przy każdym wpisie — podpis. Ten sam. Czerwony atrament. Wyraźny charakter.

— Kto to podpisał? — zapytałem.

Ksiądz pochylił się.

— E. Brenner — przeczytał. — Ernst Brenner. Był tu zarządcą majątku von Eben od 1942 roku.

Ernst Brenner. Nowe nazwisko. Nowy człowiek. Ktoś, kto podpisywał pochówki bez nazwisk czerwonym atramentem.

— Co pan wie o Brennerze?

— Nic. Znikąd nie ma o nim informacji po 1945 roku. — Ksiądz zamknął rejestr. — Co jest normalne dla tych czasów. Wielu ludzi zmieniało w 1945 roku tożsamości. Przede wszystkim ci, którzy mieli powód.

Ci, którzy mieli powód.

Siedemnaście pochówków bez nazwisk. Ernst Brenner, który zniknął.

I piwnica zachodnia pałacu, którą zamurowano po wojnie.

Wróciłem do samochodu i zadzwoniłem do Jabłońskiej.

— Prokurator Jabłońska.

— Wiśniewski. Mam dla pani sprawę, która zaczyna być większa niż wygląda.

Pauza.

— Jak duża?

— Zbrodnia wojenna, współczesne zabójstwo i prawdopodobnie seria zaginięć. — Pauza. — I piwnica, do której nikt nie wchodził od sześćdziesięciu pięciu lat.

Jabłońska milczała przez kilka sekund.

— Przyjeżdżam jutro rano — powiedziała.

— Dziękuję.

— Nie dziękuj pan za wcześnie. Jak piwnica okaże się pusta, to pana przeniosę jeszcze dalej niż Morąg.

— Piwnica nie jest pusta — powiedziałem.

— Skąd pan wie?

Przez chwilę milczałem. Myślałem o ziemi za stacją kolejową. O regularnych wgłębieniach. O liście von Ebena. O siedemnastu wpisach bez nazwisk. O dziewczynie, która leżała w jeziorze z rękami ułożonymi wzdłuż ciała.

— Bo ktoś kazał ją zamurować — powiedziałem. — A rzeczy, które murują ludzie, zawsze mają powód.

ROZDZIAŁ 3

POD KOMENDĄ

* * *

Prokurator Monika Jabłońska przyjechała do Małdyt o dziewiątej rano siedemnastego marca. Biały ford Focus, rejestracja ostródzka, jazda bez zbędnych gestów — wjechała na parking przy posterunku, zaparkowała prostopadle, wysiadła z aktówką i spojrzała na budynek z miną kogoś, kto widuje różne komisariaty i rzadko jest zaskoczony.

Trzydzieści osiem lat. Ciemne włosy splecione w węzeł, okulary w ciemnych oprawkach, które były albo modne, albo stare — trudno powiedzieć, bo Jabłońska nosiła je tak, jakby oprawki nie miały żadnego znaczenia. Garsonka pod kurtką. Wyglądała na kobietę, która robi trzy rzeczy jednocześnie i żadnej z nich nie zostawia niedokończonej.

— Komisarz Wiśniewski — powiedziała, ściskając mi rękę na tyle mocno, żeby nie być niegrzeczną i na tyle krótko, żeby dać do rozumienia, że mamy co robić. — Jabłońska. Mam aktówkę pełną papierów i trzy godziny.

— Pani prokurator — powiedziałem — może cztery.

— Zobaczymy. — Weszła do środka.

Nowicki stał przy biurku z wyrazem twarzy kogoś, kto jest przyzwyczajony do tego, że przełożeni przychodzą i oceniają. Jabłońska skinęła mu głową — profesjonalnie, bez przesady — i usiadła przy moim biurku, które było jedynym biurkiem z krzesłem dla gości.

— Opowiedz pan od początku — powiedziała. — Chronologicznie. Bez teorii. Fakty.

Lubię prokuratorów, którzy mówią: fakty. To jest mój język.

Mówiłem przez czterdzieści minut. Chronologicznie, jak prosiła. Od telefonu Nowickiego o szóstej trzydzieści, przez jezioro, przez pokój Agnieszki, przez laptop i folder TC_BUDWITY, przez list von Ebena, przez rejestr pochówków u księdza Wierzbickiego. Jabłońska słuchała, nie przerywała, robiła notatki drobnym pismem w zeszycie — nie w notebooku, w papierowym zeszycie, co mnie pozytywnie zaskoczyło.

Kiedy skończyłem, zamknęła zeszyt.

— Mam kilka pytań — powiedziała.

— Proszę.

— Anonimowy rozmówca z emalii. Agnieszka Krawczyk korespondowała z kimś, kto wiedział o piwnicy przed nią. Kim jest ten ktoś?

— Nie wiem. Adres anonimowy, serwis zagraniczny, nie mam narzędzi, żeby to rozgryźć bez Internetu i czasu.

— Dam panu techniczne wsparcie z Olsztyna. — Zanotowała. — Drugie pytanie: kto wiedział o badaniach Agnieszki?

— Matka wiedziała, że badała historię. Nie wiedziała co konkretnie. Nowicki wiedział o jej wizytach przy pałacu. — Spojrzałem na Nowickiego, który kiwnął głową. — I ktokolwiek obserwował archiwum w Morągu lub fora historyczne, gdzie pytała o dokumenty.

— Trzecie pytanie: pałac. Kto ma teraz dostęp do pałacu?

— Adwokat z Gdańska — Radosław Piotrowski — zarządza nim jako pełnomocnik Henryka Dąbrowskiego, który kupił nieruchomość w 2003 i zaginął rok temu. Sołtys gminy — Danuta Pilarska — ma klucze zapasowe na wypadek awarii.

Jabłońska uniosła brew.

— Dąbrowski jest zaginiony?

— Gdańsk prowadził sprawę. Umorzyli po sześciu miesiącach.

— Chcę te akta. Dzisiaj. — Zanotowała. — I chcę dostęp do pałacu. Mam prawo do inspekcji jako prokurator w toku postępowania przygotowawczego w sprawie zabójstwa. Wystawię nakaz, jeśli adwokat nie zgodzi się dobrowolnie. — Zamknęła notatnik. — Komisarz Wiśniewski. Muszę panu powiedzieć jedną rzecz.

— Proszę.

— Poprzedni prokurator w Ostródzie — Marek Wierski — umorzył wszystkie trzy zaginięcia z tego rejonu. Wierski odszedł na emeryturę w październiku. Jego odejście było… nieoczekiwane.

— Jak nieoczekiwane?

— Złożył wniosek w sierpniu. Decyzja we wrześniu. Odszedł w październiku. Siedemdziesiąt dwa lata, więc emerytura jest możliwa — ale jego poprzednie zachowanie nie wskazywało na to, że planuje odejść. Rozmawiałam z asystentką. Mówi, że w sierpniu Wierski był „inny” — nerwowy, zamknięty. — Jabłońska patrzyła na mnie. — Nie mówię tego jako element śledztwa. Mówię to, żeby pan wiedział, w jakim kontekście pan pracuje.

— Rozumiem kontekst — powiedziałem.

— I jeszcze jedno — dodała, wstając. — Komendant Wróbel jest dobrym człowiekiem. Ale niektóre decyzje, które były podejmowane w tej komendzie przez ostatnie dwa lata — dotyczące priorytetu spraw, dotyczące zasobów kierowanych do poszczególnych śledztw — są dla mnie niejasne. Nie mówię, że coś jest nie tak. Mówię: niech pan będzie ostrożny z tym, co i kiedy zgłasza pan komendantowi.

Wyszła.

Nowicki i ja patrzyliśmy za nią przez okno.

— Dobra prokurator — powiedział Nowicki.

— Tak — powiedziałem. — I pewnie wie więcej, niż nam powiedziała.

— U prokuratorów to normalne — powiedział Nowicki i nastawił wodę na herbatę.

* * *

Danuta Pilarska, sołtys gminy Małdyty — bo Budwity są częścią gminy Małdyty — przywitała mnie w drzwiach swojego domu o jedenastej z miną kogoś, kto wiedział, że komisarz przyjdzie, i ma już gotową wersję tego, co zamierza powiedzieć.

Pięćdziesiąt trzy lata. Solidna budowa, krótkie ciemne włosy, oczy ciemnobrązowe z tą specyficzną zdolnością do uważnej obserwacji, którą mają ludzie, którzy przez lata musieli czytać innych — sołtysi, negocjatorzy, nauczyciele. Ręce pracownika: nie delikatne, ale zadbane. Dom przy głównej drodze, duży ogród, w marcu jeszcze bez kolor, ale widać, że latem będzie pełen.

— Komisarzu — powiedziała. — Wiedziałam, że pan przyjdzie.

— Wszyscy tu tak mówią — odpowiedziałem.

Uśmiechnęła się. Pierwszy autentyczny uśmiech od kogoś dorosłego, który mi tu okazano.

— Bo tu ludzie patrzą — powiedziała. — Wejdzie pan?

Dom Pilarskiej: przestronny, z dużą kuchnią i stołem, przy którym wyraźnie odbywało się wiele rozmów. Na ścianie: mapa gminy z odręcznymi adnotacjami. Zdjęcia: wieś w różnych porach roku, uroczystości lokalne, kilka z ważnymi osobami, których nie rozpoznałem.

Usiedliśmy. Nastawiła wodę.

— Zna pani Agnieszkę Krawczyk? — zapytałem.

— Znałam ją od urodzenia. Mała wieś. — Pauza. — Była mądra. Może trochę za odważna.

— Za odważna w jakim sensie?

— W sensie: robiła rzeczy, które młody inteligentny człowiek w małej wsi powinien może przemyśleć dwa razy. — Nalała wody do kubków. — Pytała o rzeczy, o które tu się nie pyta.

— O jakie rzeczy?

Pilarska usiadła naprzeciw mnie. Patrzyła na kubek przez chwilę.

— Moja matka urodziła się w 1926 roku — powiedziała. — Przeżyła tu wojnę, całą. I opowiadała mi rzeczy — rzeczy, których nie opowiadała nikomu innemu, bo nie było komu opowiadać. Bo ludzie, którym powinno się opowiadać, albo nie rozumieli, albo nie chcieli wiedzieć, albo bali się, że wiedza ich skrzywdzi. — Pauza. — Opowiadała mi o 1943 roku. O tym, co działo się na folwarku von Eben latem tego roku.

— Mówi pani teraz dobrowolnie, czy dlatego że Agnieszka nie żyje?

Pilarska spojrzała na mnie.

— Dlatego że Agnieszka nie żyje. I dlatego że przyjechał ktoś, kto słucha inaczej niż ci, którzy tu byli przede mną. — Wzięła herbatę. — Matka miała siedemnaście lat. Pracowała przy folwarku jako pomoc kuchenna. Widziała, co się dzieje. Widziała, jak żandarmeria przyjeżdżała nocami. Jak mężczyźni znikali. Jak rano znajdowali ślady przy studni. Jak Brenner — zarządca — chodził rano z tą miną, którą mają ludzie, którzy zrobili coś i nie żałują.

— Czy matka zgłaszała to komukolwiek po wojnie?

— Raz. Przyszedł ktoś z UB w pięćdziesiątym roku, zbierał zeznania. Matka powiedziała. Człowiek zapisał. I nic.

I nic. Dwie te słowa, które w historii tej ziemi powtarzały się jak refren.

— Gdzie jest pani matka teraz?

— Umarła dwa lata temu. Osiemdziesiąt trzy lata. Żyła dostatecznie długo, żeby zobaczyć, że ziemia nigdy nie zwróciła tych ludzi. — Pilarska odstawiła kubek. — Ale żyła też dostatecznie długo, żeby zobaczyć, że ktoś ich szuka. Agnieszka rozmawiała z nią. Kilka razy, przed śmiercią matki.

— Agnieszka rozmawiała z pani matką.

— Tak. Przychodziła z dyktafonem — za pozwoleniem — i nagrywała. Matka opowiadała. — Pauza. — Powiedziała mi, że Agnieszka jest pierwszą osobą z zewnątrz, która jej uwierzyła. Pierwszą w pięćdziesięciu pięciu latach.

Siedziałem przez chwilę.

— Pani Pilarska — powiedziałem. — Klucze do pałacu. Piotrowski mówi, że ma pani zapasowe.

— Mam.

— Dlaczego je pani ma? To nie jest standardowa praktyka.

— Piotrowski zostawił mi je trzy miesiące temu. Powiedział, że „na wypadek awarii.” — Lekki nacisk na „awarii”, jakby słowo miało cudzysłów. — Ale myślę, że miał inny powód. Myślę, że wiedział, że gdy pałac zacznie być używany przez kogokolwiek nieoficjalnie — a zaczął być, od stycznia — to ja jako sołtys będę pierwsza, która zauważy. I wolał, żebym miała klucze i mogła wejść bez konieczności łamania zamków. Żebym była, powiedzmy, neutralizowana przez dostęp.

— Czy wchodziła pani do pałacu od stycznia?

— Raz. W lutym. Chciałam zobaczyć, co się dzieje. — Urwała.

— I co zobaczyła pani?

— Ślady zamieszkania. Kuchnia używana, sypialnia na piętrze. Czyjaś walizka — pusta, ale była. I przy korytarzu przy zachodniej ścianie — nowe ślady na podłodze. Takie, jak się robi, kiedy ktoś systematycznie wraca w to samo miejsce. Wdeptana ścieżka.

— Zachodnia ściana — powtórzyłem.

— Tak.

Piwnica zachodnia. Ktoś chodził do zachodniej ściany. Regularnie.

— Komu pani powiedziała o tym, co widziała?

— Nikomu. — Pauza. — Agnieszce. Następnego dnia ją spotkałam i powiedziałam. Agnieszka powiedziała, że już wie. Że szuka wejścia do piwnicy.

Agnieszka wiedziała. I ktoś wiedział, że Agnieszka wie.

— Oddałaby mi pani klucze? — zapytałem.

Pilarska wstała, otworzyła szufladę w komodzie i wyjęła pęk. Trzy klucze — główny, do garażu, do furty w ogrodzeniu.

— Proszę — powiedziała. — I komisarzu.

— Tak?

— To, co jest w tym pałacu — jeśli jest to, co myślę, że jest — to nie jest historia małej wioski. To jest historia, która trwa. Bo ktoś żywy w 2010 roku chce, żeby tamto zostało martwe. A żeby tamto zostało martwe — musi też pozostać martwa Agnieszka. I każdy inny, który zapyta.

Wyszedłem z kluczami.

Przy samochodzie zadzwoniłem do Jabłońskiej.

— Mam klucze. Kiedy idziemy do pałacu?

— Jutro rano. Ekipa techniczna z Olsztyna będzie o ósmej.

— I georadar?

Cisza przez sekundę.

— Skąd pan wie, że potrzebujemy georadar? — zapytała.

— Bo piwnica zachodnia nie pojawiła się w żadnym powojennym planie budynku — powiedziałem. — A nie pojawia się dlatego, że ktoś ją wykreślił. I żeby sprawdzić, co jest za ścianą zanim ją zburzymy — potrzebujemy georadar.

Jabłońska przez chwilę milczała.

— Zamówiłam georadar przed rozmową z panem — powiedziała. — Przyjedzie razem z ekipą.

— Dobra prokurator.

— Dobry komisarz — odparła bez ironii. I rozłączyła się.

* * *

Bar Zbyszka Orłowskiego, wtorek wieczór, godzina dwudziesta.

Wróciłem tu po dniu, który zaczął się od jeziora z martwą dziewczyną i skończył się na kluczach do pałacu i prokurator, która zamówiła georadar bez pytania. To był dobry dzień, jeśli mierzyć postęp w sprawie. Kiepski, jeśli mierzyć poziom komfortu psychicznego.

Zbyszek był za barem. Przy oknie: trzech mężczyzn z piwem, rozmawiali o czymś, co brzmiało jak skarga na radę gminy. Przy barze: Henryk Czaja, filiżanka, gazeta rozłożona, ale nieczytana.

Usiadłem obok.

— Byłem przy stacji — powiedziałem.

— Wiem — powiedział Czaja.

— Skąd?

— Kalinowski mnie dzwonił. Widział pański samochód. — Złożył gazetę. — I widział też ten srebrny opel.

— Sękowska. Dziennikarka z Warmińskiej.

— Ewa Sękowska. — Czaja powiedział to spokojnie, ale coś w tonie miało ten specyficzny odcień człowieka, który wie o tej osobie więcej niż jedno zdanie. — Przyjeżdża tu od sześciu miesięcy. Regularnie. Parkuje w różnych miejscach — przy stacji, przy drodze do torfowiska, raz przy pałacu. Zawsze z dyktafonem.

— Prowadzi śledztwo?

— Prowadzi coś. Gazetę Warmińską pytałem — nikt nie wie o żadnym jej reportażu z tego rejonu. Nie ma nic opublikowanego.

— Więc robi to prywatnie.

— Albo dla kogoś innego niż Warmińska — powiedział Czaja.

Zbyszek postawił przede mną piwo. Nie pytałem o piwo. Ale Zbyszek rozumiał, że po takim dniu jest się na piwo.

— Henryk — powiedziałem — ziemia za stacją. Te wgłębienia. Wiedziałeś o nich?

Stary posterunkowy przez chwilę milczał.

— Wiedziałem — powiedział. — Od 2001 roku. Znalazłem przypadkowo, jak szukałem zaginionego psa. — Pauza. — Zgłosiłem do komendy. Krzyżanowski — ten przed tobą — powiedział, że to naturalne osiadanie gruntu. Że w tym rejonie takie rzeczy są normalne, bo torfowisko blisko.

— Ale ty nie wierzyłeś w naturalne osiadanie.

— Naturalne osiadanie nie jest regularne — powiedział Czaja. — Wiem, jak wygląda grunt po torfowisku. To nie był taki grunt.

— Co zrobiłeś?

— Nic. Bo co miałem zrobić? Krzyżanowski mnie zgasił, sprawy nie otworzyłem, nie mam narzędzi, żeby badać ziemię samemu. — Wziął filiżankę. — I czekałem. Wiedziałem, że w końcu ktoś przyjdzie.

— A tymczasem zaginęły trzy osoby.

Czaja spojrzał na mnie. W oczach było coś ciężkiego.

— Tak. I to ze mną żyję.

Siedziałem przez chwilę.

— Nie twoja wina — powiedziałem.

— Nie moja. Ale mój obowiązek był szukać i nie szukałem dostatecznie mocno.

Zbyszek dolał mi piwa bez pytania. Za barem zagrało radio — coś spokojnego, mazurskie. Przy oknie trzej mężczyźni nadal dyskutowali o radzie gminy.

— Jest jeszcze jeden człowiek — powiedział Czaja po chwili.

— Kto?

— Kobieta. Mieszka na Lipowej w Budwitach, numer czternaście. Przyjechała z siedem lat temu, kupiła dom, żyje cicho. Tutejsi mówią, że „od wschodu” — co znaczy albo z Kresów albo z Ukrainy, albo gdzieś pomiędzy. Mówi po polsku bez akcentu, ale zna ukraiński na tyle, że rozmawia z tymi z Ukrainy, co tu przyjeżdżają do pracy sezonowej.

Kobieta na Lipowej czternaście. Dom, przy którym się zatrzymałem. Firanę odsunięta, potem z powrotem.

— Jak się nazywa?

— W dowodzie: Irena Mazurkiewicz. Ale Zbyszek mówi… — Czaja spojrzał na barmana.

Zbyszek odwrócił się od szklanek.

— Mówię, że to nie jest jej nazwisko od urodzenia — powiedział spokojnie. — Kobiety, które zmieniają nazwisko, noszą je inaczej niż te, którym je nadano przy urodzeniu. Drobna różnica, ale widać. — Wrócił do szklanki. — I mówię, że przyjeżdżała do pałacu. Jeszcze przed Dąbrowskim. W 2002 roku, jak pałac stał pusty przed sprzedażą. Przyjeżdżała i chodziła wokół. Kilka razy.

— Szukała czegoś.

— Może szukała — powiedział Zbyszek. — A może sprawdzała, czy to, czego szukała, jeszcze jest.

Wróciłem do domu — służbowe mieszkanie nad posterunkiem w Małdytach, dwa pokoje, okno na rynek, cisza taka, że słyszałem własne myśli zbyt wyraźnie — i przez godzinę siedziałem przy stole i myślałem.

Agnieszka Krawczyk — martwa.

Trzej zaginionych — nieodnalezieni.

Pałac von Eben — z tajemnicą w zachodniej ścianie.

Ernst Brenner — zarządca, podpisywał pochówki bez nazwisk, zniknął w 1945.

Adwokat Piotrowski — zarządzał majątkiem, miał klucze, wiedział kto mieszka.

Anonimowy rozmówca z emaila — ktoś, kto wiedział o piwnicy przed Agnieszką.

Ewa Sękowska — dziennikarka, która prowadzi własne, nieoficjalne śledztwo.

Irena Mazurkiewicz — kobieta z Lipowej, z innym nazwiskiem i historią, która chodzi wokół pałacu od 2002 roku.

I gdzieś w tym wszystkim — Henryk Dąbrowski, który kupił pałac, wyremontował go i zniknął.

Za dużo linii, za mało węzłów.

Wziąłem notatnik i narysowałem schemat. Kółka i strzałki, jak uczą w akademii. Połączyłem to, co wiedziałem. Popatrzyłem.

Centrum schematu: pałac von Eben.

Wszystko do niego zmierzało lub od niego uciekało.

Jutro otworzymy piwnicę.

I zobaczymy, co nas obudzi.

Bo jedną rzeczą uczą cię w pracy śledczej, której nie uczą w żadnym podręczniku: kiedy otwierasz zamknięte miejsce, które ktoś chciał trzymać zamkniętym — budzisz nie tylko historię. Budzisz też tych, którzy tej historii pilnują.

I ci są żywi.

I mają swoje powody.

— Otwarcie piwnicy zachodniej pałacu von Eben i to, co znajdzie ekipa Kamińskiego

— Kim jest naprawdę Irena Mazurkiewicz z Lipowej czternaście

— Ewa Sękowska i jej prawdziwe zlecenie — dla kogo zbiera materiały

— Adwokat Piotrowski i jego połączenie z siecią prania pieniędzy przez nieruchomości zabytkowe

— Henryk Dąbrowski — gdzie jest naprawdę i dlaczego uciekł

— Zaginiona Małgorzata Szymańska i jej badania

— Ernst Brenner i jego potomkowie — ślad, który prowadzi przez siedemdziesiąt lat

— I sprawa z 1987 roku, o której napisał tajemniczy inicjał K.

ROZDZIAŁ 4

PIWNICA

* * *

Osiemnastego marca ekipa techniczna z Olsztyna przyjechała o ósmej rano i zaparkowała przy bramie pałacu trzy samochody, z czego jeden ciągnął przyczepę z georadarem, urządzeniem, które wygląda jak trochę za duży odkurzacz i które za pomocą fal elektromagnetycznych widzi to, co ziemia chciałaby zachować dla siebie.

Stałem przy bramie i patrzyłem, jak wyładowują sprzęt. Zimny poranek, bezchmurne niebo, jedno z tych mazurskich przedwiośni, kiedy słońce jest już za wysokie, żeby ignorować, ale za słabe, żeby ogrzać. Oddech parował. Bocian na słupie przy stacji — widziałem go z tej odległości jako ciemną kreskę na tle nieba — siedział nieruchomo i obserwował.

Jabłońska stała obok mnie w szarym płaszczu z kołnierzem podniesionym pod brodę i piła kawę z termosu. Nowicki był po mojej drugiej stronie, w mundurze, z tym swoim niezmiennym wyrazem twarzy, który dawał do rozumienia, że jest gotowy na wszystko i nie zamierza okazywać ani podniecenia, ani lęku.

— Piotrowski zgodził się dobrowolnie? — zapytałem Jabłońską.

— Nie miał wyjścia. Nakaz był wystawiony wczoraj wieczorem. Dzwonił do mnie o dwudziestej drugiej, żeby zaprotestować. Powiedziałam mu, że protest może złożyć na piśmie do sądu okręgowego i że sąd prawdopodobnie rozpatrzy go w ciągu dwóch tygodni. — Wzięła łyk kawy. — Po tym przestał dzwonić.

— Wie pan, że on tu będzie? — odezwał się Nowicki.

Spojrzałem na niego.

— Piotrowski?

— Przyjechał wcześniej. Siedzi w samochodzie przy drodze, sto metrów za bramą. Srebrne BMW, rejestracja GD.

Nie odwróciłem się. Nie ma sensu pokazywać komuś obserwującemu, że wiesz, że obserwuje.

— Obserwuje — powiedziałem.

— Tak. I dzwonił przed chwilą — Nowicki wyjął telefon. — Do kogo, nie wiem, ale rozmawiał przez dziesięć minut.

Piotrowski dzwonił. Komuś o tym, co się tu dzieje. Komuś, kto chciał wiedzieć.

— Zostawcie go — powiedziałem. — Na razie.

Ekipa weszła do pałacu. Doktor Piotr Kamiński — archeolog sądowy z Olsztyna, którego Jabłońska sprowadzała za każdym razem, kiedy sprawa dotyczyła szczątków lub pochówków — był już w środku od pół godziny. Wysoki, łysy, z brodą, którą nosił jakby ktoś ją przykleił do jego twarzy bez pytania. Ręce jak laborant, precyzyjne i spokojne. Mówił mało, ale kiedy mówił, warto było słuchać.

Znaleźliśmy go przy korytarzu prowadzącym do zachodniej ściany. Klęczał i badał podłogę z lupą — dosłownie, z lupą, co w XXI wieku wyglądało jak anachronizm, ale Kamiński miał swoje metody i nie przepraszał za nie.

— Co pan widzi? — zapytałem.

Podniósł głowę.

— Wdeptana ścieżka. Regularnie używana przez kogoś przez ostatnie kilka miesięcy. I — tu, przy listwie przypodłogowej — ślady narzędzia. Ktoś próbował dostać się za ścianę od strony podłogi. Nieudolnie, ale próbował.

— Szukał wejścia.

— Szukał wejścia — potwierdził. — I nie znalazł, bo wejście jest wyżej.

— Wyżej?

— Georadar pokaże. Ale moje przeczucie — powiedział Kamiński, stając i otrzepując kolana — jest takie, że wejście do piwnicy zachodniej zostało zamurowane na poziomie pierwszego piętra. Co by tłumaczyło, dlaczego przy przejmowaniu budynku po wojnie nie znaleziono go od razu. Ktoś, kto murował, wiedział, co robi.

— Ktoś, kto chciał, żeby tego nie znaleziono.

— Dokładnie.

Georadar pracował przez dwie godziny. Operator — młoda kobieta o nazwisku Wierzbicka, co mnie na chwilę zmyliło, bo miałem już księdza Wierzbickiego — prowadziła urządzenie systematycznie przez każde pomieszczenie na parterze i pierwszym piętrze, jej laptop wyświetlał obraz w czasie rzeczywistym: kolorowe warstwy gruntu i murów, i przestrzenie, i — tam, gdzie były — anomalie.

Pierwsza anomalia: za ścianą zachodnią na poziomie pierwszego piętra. Duże pomieszczenie, osiemnaście do dwudziestu metrów kwadratowych, sklepione. Wejście — zamurowane, dokładnie jak mówił Kamiński — na wysokości metra osiemdziesięciu od podłogi. Ktoś zamurował drzwi.

Druga anomalia: w gruncie pod piwnicą zachodnią. Regularne wgłębienia. Wierzbicka liczyła, przesuwając kursor po ekranie.

— Siedem — powiedziała. — Może osiem. Przy tej rozdzielczości ciężko powiedzieć jednoznacznie.

— Co to są te anomalie?

— W gruncie pod pomieszczeniem. — Patrzyła na ekran. — Kształt, głębokość, regularność rozmieszczenia. — Przez chwilę milczała. — To nie są pęknięcia gruntu ani korzenie. To są zagłębienia organiczne. Pochówki.

Jabłońska stała za moimi plecami i milczała. Nowicki milczał. Kamiński patrzył na ekran z miną człowieka, który widzi potwierdzenie tego, czego się spodziewał, i który z tym potwierdzeniem bierze na siebie cały ciężar kolejnych kroków.

— Ile? — powiedział w końcu.

— Siedem pewnych — powiedziała Wierzbicka. — Ósmego nie wiem.

Siedem pochówków za zamurowaną ścianą pałacu von Eben w Budwitach. Siedem ludzi, których ktoś złożył za murem i zamurował wejście, i wykreślił z planów, i zostawił na siedemdziesiąt lat.

— Kamiński — odwróciłem się do archeologa. — Kiedy możemy wejść?

— Mur trzeba rozebrać ostrożnie. Cegła po cegle. Żeby nie zniszczyć niczego po drugiej stronie. — Spojrzał na zegarek. — Jutro rano. Potrzebuję dziś popołudnia na przygotowanie sprzętu i na wstępną dokumentację ściany.

— Dobrze. — Spojrzałem na Jabłońską.

— Zgoda — powiedziała. — Mam nakaz sądowy obejmujący przeszukanie budynku i terenu. Jutro rano. I chcę obecność prokuratury przy każdym etapie.

— Oczywiście.

Wyszedłem na zewnątrz. Srebrne BMW Piotrowskiego stało przy drodze — widziałem je teraz, sto metrów, jak mówił Nowicki. Sylwetka w środku. Nieruchoma.

Patrzyłem przez chwilę.

Piotrowski wiedział, co jest w piwnicy. Albo wiedział, że jest coś — bo inaczej po co tu był, po co dzwonił, po co obserwował. Adwokat, który zarządza majątkiem od roku, który przez rok płacił rachunki i „utrzymywał nieruchomość” — i który w ciągu tygodnia od mojego przyjazdu jest już przy bramie o ósmej rano w środę.

Coś go tu trzymało.

Albo coś go tu przyciągało.

— Nowicki — powiedziałem.

Sierżant podszedł.

— Jedź do Piotrowskiego. Przedstaw się. Powiedz, że prowadzimy standardowe czynności w sprawie zabójstwa. Bądź uprzejmy. I patrz na jego ręce.

— Na ręce?

— Kiedy człowiek się boi, ręce mu drżą albo je ukrywa. Kiedy kłamie — dotyka twarzy. A kiedy jest winny — stara się wyglądać tak, jakby się nie starał.

Nowicki kiwnął głową i ruszył w stronę BMW.

Ja wróciłem do pałacu.

Kamiński stał przy zachodniej ścianie na piętrze i robił notatki. Ołówkiem, w zeszycie. Stary sposób.

— Doktorze — powiedziałem, stając obok. — Co pan wie o zbrodniach wojennych na terenie folwarków w tym regionie?

Kamiński pisał przez chwilę, zanim odpowiedział.

— Wiem tyle, co jest w literaturze. — Nie przerywał pisania. — Robotnicy przymusowi w Prusach Wschodnich. Szacuje się kilkadziesiąt tysięcy osób w szczytowym momencie. Większość przeżyła. Część nie. Część — nie wiadomo.

— Ta część „nie wiadomo.”

— To jest właśnie ta część, którą moja praca próbuje zamienić z „nie wiadomo” na „wiemy.” — Zamknął zeszyt. — Zajmuje to czas. I wymaga, żeby ktoś zapytał.

— Agnieszka Krawczyk zapytała.

Kamiński spojrzał na mnie.

— I straciła życie za to pytanie — powiedział.

— Tak.

— Wtedy moja praca tutaj jest też po to, żeby to pytanie nie zostało zadane na próżno. — Wziął teczkę z dokumentami. — Jutro rano, komisarzu. O ósmej.

* * *

Wróciłem do komendy w Morągu na czternastą. Wróbel czekał.

Nie w sensie dosłownym — nie siedział przy drzwiach. Ale Halina Piernik, sekretarka z włosami jak stalowa wełna, powiedziała mi od progu: „Komendant prosi” z tonem, który dawał do rozumienia, że to nie jest zaproszenie na kawę.

Wróbel siedział za biurkiem z miną kogoś, kto dostał informację, której nie chciał, i teraz musi zdecydować, co z nią zrobić.

— Siadaj — powiedział, co było odejściem od „proszę” z poprzednich rozmów.

Usiadłem.

— Dostałem telefon z Olsztyna — powiedział. — Z Komendy Wojewódzkiej. Pytali o czynności przy pałacu von Eben.

— Kto konkretnie dzwonił?

— Podinspektor Zając, Wydział ds. Przestępczości Zorganizowanej. — Wróbel złożył ręce na blacie. — Pytał, czy mam świadomość, że nieruchomość jest powiązana z aktywnym śledztwem ABW.

ABW. Drugi raz w ciągu kilku dni ten skrót wchodził do tej sprawy.

— Ma pan tę świadomość?

— Nie miałem. Do tej pory. — Wróbel patrzył na mnie spokojnie. — Co pan wie?

— Tyle, że adwokat zarządzający nieruchomością — Piotrowski z Gdańska — jest powiązany ze spółkami, które ABW obserwuje w kontekście prania pieniędzy. Nieruchomości zabytkowe, dotacje na renowację, transfer środków.

— I wchodzisz pan w tę nieruchomość z ekipą techniczną.

— Prowadzę śledztwo w sprawie zabójstwa — powiedziałem. — Zabójstwo jest powiązane z tą nieruchomością. Mam nakaz prokuratorski.

Wróbel przez chwilę milczał. Wyglądał jak człowiek, który ma dwie drogi i obie mu się nie podobają.

— Wiśniewski — powiedział w końcu — ja nie będę panu mówić, żeby pan spowolnił lub zmienił kierunek. Zrozumie pan?

— Rozumiem.

— Ale mówię panu, że wchodzi pan w obszar, gdzie są gracze więksi niż komenda powiatowa w Morągu. I że jeśli wejdzie pan za głęboko bez właściwego wsparcia — to ja nie będę w stanie pana osłonić.

To zdanie było uczciwe. Bardziej uczciwe niż się spodziewałem po człowieku, którego Jabłońska mi opisała jako ostrożnego.

— Doceniam szczerość — powiedziałem.

— Nie ma za co. — Wróbel wstał. — I jeszcze jedno. Zając z Olsztyna pytał też o pana. O to, skąd pan pochodzi, jaka jest historia pana przeniesienia.

— Co mu pan powiedział?

— Powiedziałem, że jest pan doświadczonym funkcjonariuszem przeniesionym w ramach reorganizacji. — Wróbel podszedł do okna. — Nie powiedziałem o skardze Kowalskiego. Bo to nie jego sprawa.

Komendant Wróbel, który chroni mnie przed pytaniami ABW o skargę Kowalskiego. To był wariant, którego nie przewidywałem.

— Dziękuję — powiedziałem.

— Proszę mi przynosić raporty — powiedział Wróbel, nie odwracając się od okna. — Regularne, szczegółowe. Chcę wiedzieć, co pan odkrywa. Nie po to, żeby kontrolować — po to, żeby w razie potrzeby móc stanąć po pana stronie z pełną znajomością materiału.

Wyszedłem z jego gabinetu i przez korytarz do mojego biura.

Usiadłem. Myślałem o tym, że Wróbel jest bardziej złożony niż mi się wydawało. I że złożoność, gdy jest uczciwa, jest zaletą.

Na biurku czekał SMS od Nowickiego.

„Piotrowski mówił mało. Ręce chował w kieszeniach przez całą rozmowę. Powiedział, że przyjechał, żeby sprawdzić stan nieruchomości. Kłamie.””

Kłamie. Nowicki pisał to bez ogródek, bez „wydaje mi się” ani „możliwe, że.” Siedem lat na posterunku w Małdytach nauczyło go, kiedy człowiek kłamie.

Napisałem odpowiedź: „Sprawdź jego historię. Rodzina, przeszłość, skąd pochodzi. Wszystko.””

Odpowiedź przyszła po minucie: „Już sprawdzam od wczoraj.””

Uśmiechnąłem się do ekranu. Sierżant Jarosław Nowicki, małomówny, spokojny, z zeszytem i instynktami.

Miałem szczęście z tym człowiekiem.

* * *

Wieczorem pojechałem do Budwit jeszcze raz. Nie służbowo — nie miałem powodu formalnego. Ale jest taki moment w każdym śledztwie, kiedy musisz wrócić do miejsca i po prostu stać, i patrzeć, i czekać, aż coś, co przeoczyłeś, samo się pokaże. Detektywi z książek mają olśnienia przy biurku. Ja miałem olśnienia przy miejscu.

Zaparkowałem przy sklepie. Sklep był zamknięty, ale widziałem światło w oknie mieszkania na piętrze — ktoś mieszkał nad sklepem. Poszedłem pieszo przez wieś.

Budwity o zmroku wyglądały inaczej niż w dzień. Domy ciemniejsze, kilka okien z żółtym światłem, cisza gęstsza. Gdzieś dalej szczekał pies — spokojnie, rytmicznie, jak ktoś, kto zaznacza swoją obecność, nie alarmuje.

Przy ulicy Lipowej zwolniłem.

Numer czternaście. Dom z ciemną fasadą, jedno okno na parterze z zasuniętą zasłoną, przez którą przebijało blade światło. Kobieta, którą widziałem przy firanie dwa dni temu. Irena Mazurkiewicz, dane z dowodu osobistego, ale — jak mówił Zbyszek — nie jej prawdziwe nazwisko.

Stanąłem przy furtce.

Normalnie nie chodzę tak po zmroku bez powodu formalnego. Normalnie mam nakaz, mam protokół, mam cokolwiek, co rozmowę czyni legalną, a nie tylko słuszną. Ale czasem słuszność jest szybsza od legalności.

Wszedłem na ścieżkę i zapukałem.

Przez chwilę: cisza. Potem kroki, ciche, ostrożne — kroki kogoś, kto podchodzi do drzwi bez pośpiechu i bez strachu, ale z koncentracją.

Drzwi otworzyły się na łańcuszku.

Zobaczyłem oko — ciemne, spokojne — i kawałek twarzy.

— Komisarz Wiśniewski, Komenda w Morągu — powiedziałem. — Przepraszam za późną porę. Mam kilka pytań.

Przez chwilę oko patrzyło na mnie bez ruchu.

Potem łańcuszek opadł.

Drzwi się otworzyły.

Irena Mazurkiewicz miała czterdzieści dwa, może czterdzieści pięć lat — trudno powiedzieć, bo miała twarz, która nie zdradzała wieku, tylko historię. Ciemne włosy krótko ścięte, jak widziałem z odległości. Oczy ciemnobrązowe, głęboko osadzone. Twarz o regularnych rysach z czymś, co można by nazwać ostrożną uważnością — jakby każde spojrzenie było kalkulacją, każde słowo ważone zanim wypowiedziane.

Na sobie: sweter, spodnie, bose stopy na drewnianej podłodze. Wnętrze domu za nią: skromne, czyste, z minimalną ilością mebli. Na stole: książka otwarta twarzą w dół, filiżanka, lampka. Na ścianie: jedna mapa — duża, szczegółowa, okolice Budwit i jeziora. Z ołówkowymi adnotacjami.

— Proszę wejść — powiedziała.

Polszczyzna bez akcentu. Absolutnie czysta. Ale — Zbyszek miał rację — noszona jak kostium, nie jak skóra.

Usiedliśmy przy stole. Zamknęła książkę. Zobaczyłem tytuł: ukraiński, cyrylica, coś historycznego — nie rozumiałem.

— Zna pani język ukraiński — powiedziałem.

— Znam — powiedziała.

— I polska pani nazwa brzmi — powiedziałem ostrożnie, obserwując jej twarz — jakby była późniejsza niż ukraińska tożsamość.

Nie mrugnęła.

— Komisarzu — powiedziała — przyjechał pan z pytaniem czy z obserwacją?

— Z obydwoma.

— To niech pan pyta.

— Co pani szuka w Budwitach?

Przez chwilę milczała. Nie z zakłopotania — z decyzji.

— Mojego dziadka — powiedziała w końcu.

Siedziałem.

— Dziadek zaginął podczas wojny?

— Dziadek zaginął w 1943 roku. Był robotnikiem przymusowym na folwarku von Eben. W sierpniu 1943 roku przestał pisać listy do rodziny. Ostatni list datowany jest na lipiec. Potem — cisza.

— Jak się nazywał?

— Michajłow Kovalenko. Po polsku: Michał Kovalenko.

Michajłow Kovalenko. Ukraińskie imię i nazwisko. Robotnik przymusowy. Sierpień 1943.

W rejestrze pochówków księdza Wierzbickiego był wpis z lipca 1943. M.K. numer 12. Pochówek: teren folwarku.

M.K. Michajłow Kovalenko.

— Skąd pani wie o tym miejscu? — zapytałem, starając się, żeby głos brzmiał tak samo jak chwilę temu.

— Rodzina przekazywała przez pokolenia. Ostatnie miejsce, z którego pisał: Budwity, folwark von Eben. Moja babcia — żona Mychajła — nigdy się nie dowiedziała, co się z nim stało. Umarła nie wiedząc. Moja matka też. Ja — przyjechałam sprawdzić.

— Siedem lat temu.

— Myślałam, że to chwila. — Lekki, gorzki cień uśmiechu. — Okazało się, że chwila trwa.

— Dlaczego nie zgłosiła się pani na policję?

— Z czym? Z historią rodzinną? Z imieniem dziadka? — Spojrzała na mnie. — Próbowałam. W 2004 roku byłam w komendzie w Morągu. Powiedziano mi, że bez dokumentów nie ma podstaw do działania. Że zaginięcia z okresu wojennego są poza kompetencjami bieżącej policji. Że powinnam się zwrócić do IPN.

— I zwróciła się pani do IPN?

— Zwróciłam. Dostałam odpowiedź po roku: brak danych w archiwum. — Pauza. — Więc zostałam. I szukałam sama.

— Wie pani o piwnicy zachodniej?

Tym razem mrugnęła. Jeden raz, szybko. Pierwszy raz od początku rozmowy.

— Słyszałam plotki — powiedziała. — Od starszych mieszkańców. Że jest coś w pałacu, co zamurowano po wojnie.

— Jutro rano otwieramy tę piwnicę — powiedziałem.

Przez kilka sekund patrzyła na mnie bez ruchu.

— I co pan sądzi, że tam znajdzie?

— Nie wiem — powiedziałem. — Ale jeśli georadar się nie myli — nie będę sam.

Irena Mazurkiewicz zamknęła oczy na chwilę. Tylko na chwilę. Kiedy je otworzyła, było w nich coś, czego wcześniej nie było — nie ulga, nie radość, coś bardziej skomplikowanego. Coś, co wyglądało jak koniec długiego czekania.

— Jak pan znajdzie cokolwiek — powiedziała — proszę mi powiedzieć. Zanim komukolwiek innemu.

— Nie mogę obiecywać procedury — powiedziałem.

— Nie proszę o procedurę. Proszę o jedno zdanie. Że jest. Że go znaleziono.

Siedziałem przez chwilę.

— Obiecuję jedno zdanie — powiedziałem.

Wyszedłem. Na zewnątrz zimno, ciemno, gwiazdy. Wróciłem do samochodu i przez długą chwilę siedziałem bez zapalania silnika.

Irena Mazurkiewicz, właściwie Iryna Kovalenko albo cokolwiek było jej prawdziwym nazwiskiem — wnuczka robotnika przymusowego, który zaginął w 1943 roku. Siedem lat w Budwitach. Mapa z adnotacjami. Wizyta przy pałacu w 2002 roku.

I jutro rano otworzymy ścianę.

Myślałem o tym, co Kamiński powiedział: żeby to pytanie nie zostało zadane na próżno.

Agnieszka pytała.

Iryna czekała.

Jutro zobaczymy, co odpowie ziemia.

ROZDZIAŁ 5

CO KRYJE ŚCIANA

* * *

Dziewiętnasty marca, osiem rano.

Pałac von Eben w zimnym porannym świetle wyglądał jak każdy stary budynek, który przeżył więcej niż powinien: solidny, z tą upartą godnością starych murów, które stoją nie dlatego, że ktoś się o nie troszczy, ale dlatego, że nauczyły się stać same. Elewacja odnowiona przez Dąbrowskiego, dach nowy, park zadbany. A w środku — za tynkiem i za murowaną ścianą — coś, co czekało od 1943 lub 1946 roku, zależnie od tego, kiedy dokładnie ktoś zdecydował, że lepiej to zamurować.

Kamiński przyjechał o siódmej trzydzieści i spędził pół godziny na przygotowaniu miejsca pracy. Obszedł ścianę z miarką, zrobił zdjęcia, narysował schemat w swoim zeszycie. Potem wyjął narzędzia — nie wiertarki, nie młoty — ale dłuta i małe packi murarskie. Praca z cegłą historyczną, mówił, wymaga cierpliwości. Gwałt na murze jest gwałtem na dowodzie.

Jabłońska stała z protokołem w ręku. Nowicki z boku. Wierzbicka z kamerą dokumentacyjną — każda cegła, każdy ruch miał być nagrany.

Ja stałem przy oknie korytarza na pierwszym piętrze i patrzyłem na aleję lipową przez szybę. Przy bramie — znowu srebrne BMW Piotrowskiego. Adwokat z Gdańska nie wyjechał. Siedział i czekał.

— Komisarzu — powiedział Kamiński za moimi plecami — możemy zaczynać.

Odwróciłem się.

— Zaczynajmy.

Kamiński pracował powoli. Cegła po cegle, od góry otworu. Pierwsza cegła zajęła mu piętnaście minut — ostrożne dłutowanie fugi, sprawdzenie stabilności, wyciągnięcie. Tynk posypał się na podłogę. Za pierwszą cegłą — ciemność i zapach.

Zapach był nieoczekiwany. Nie gnilny — nie to. Coś mineralnego, głębokiego, z nutą wilgoci i ziemi, i tego specyficznego chłodu, który mają przestrzenie zamknięte przez dekady. Jakby otworzyło się okno na inny czas.

— Temperatura w środku niższa o jakieś cztery stopnie — powiedział Kamiński, trzymając przy otworze termometr. — Dobra wentylacja przez pęknięcia gruntu. To zachowuje. — Zawiesił głos.

— Mówi pan to jak ostrzeżenie — powiedziałem.

— Mówię to jak informację. — Wrócił do dłutowania.

Przez następne dwie godziny Kamiński rozbierał mur. Cegła po cegle, rząd po rzędzie. Nowicki stał bez ruchu — miałem wrażenie, że sierżant potrafiłby stać bez ruchu przez dwanaście godzin, jeśli trzeba. Jabłońska robiła notatki. Wierzbicka nagrywała.

O dziesiątej trzydzieści otwór miał metr dwadzieścia wysokości i siedemdziesiąt centymetrów szerokości. Kamiński oświetlił wnętrze latarką.

— Wchodzę — powiedział.

Wszedł.

Przez minutę: cisza. Tylko Wierzbicka nagrywała.

Potem głos Kamińskiego, spokojny i rzeczowy jak lekarz przy stole operacyjnym:

— Jest pomieszczenie. Około osiemnastu metrów kwadratowych. Sklepione, kamienne ściany. Posadzka ziemna. I są — powiedział, i w tym pauza, krótka, ale była — wgłębienia. Wzdłuż zachodniej ściany. Regularne.

— Ile? — zapytała Jabłońska.

— Liczę… siedem. Może osiem — jeden może być podwójny.

Jabłońska kiwnęła głową i zadzwoniła.

— IPN Olsztyn — powiedziała do słuchawki. — Jabłońska, prokuratura Ostróda. Mamy odkrycie, które wymaga natychmiastowej koordynacji.

Wszedłem do piwnicy za Kamińskim.

Przestrzeń była mniejsza niż sugerował opis — ale to efekt ciemności i niskiego sklepienia. Kamiński oświetlał kolejne fragmenty latarką. Ściany suche, z wykwitami wapiennymi. Posadzka — ziemna, ugnieciona, z tą ciemną barwą gleby, która przez lata wchłaniała wilgoć z murów.

Wzdłuż zachodniej ściany: siedem zagłębień. Równoległe, odległe od siebie o mniej więcej pół metra. Długość każdego: około metra osiemdziesięciu. Szerokość: pięćdziesiąt, sześćdziesiąt centymetrów.

Kształt był jednoznaczny.

Nie musiałem być archeologiem, żeby wiedzieć.

— Pochówki — powiedział Kamiński za moimi plecami.

— Tak.

— Muszę to zbadać metodycznie. To zajmie kilka dni. Będę potrzebował ekipy i pełnego sprzętu.

— Wie pan, czego szukamy.

— Wiem, czego szukamy — powiedział Kamiński. — Ale wiem też, że to, co znajdziemy, jest poważniejsze niż szukanie. To co znajdziemy to są ludzie. I należy im się metodyczna, szanująca ich godność praca.

Stałem przez chwilę w tym miejscu i myślałem o Irinie Kovalenko na ulicy Lipowej. O jej matce, która nigdy się nie dowiedziała. O babci, która czekała całe życie.

Wyszedłem z piwnicy.

Na korytarzu Jabłońska rozmawiała przez telefon. Nowicki stał przy oknie i patrzył na bramę. Piotrowski w BMW — nadal tam.

— Nowicki — powiedziałem cicho.

— Panie komisarzu.

— Jedź teraz do Piotrowskiego. Poproś go do środka. Na rozmowę. Uprzejmie.

— Może odmówić.

— Może. Ale wtedy muszę wystawić wezwanie i wtedy jest protokół i adwokat i całe przedstawienie. Jeśli przyjdzie dobrowolnie — mam rozmowę, a nie przesłuchanie. — Pauza. — W rozmowie ludzie mówią więcej.

Nowicki wziął czapkę i wyszedł.

Jabłońska skończyła rozmowę i podeszła do mnie.

— IPN przyjmuje sprawę pochówków jako potencjalną zbrodnię wojenną — powiedziała. — Przyjeżdżają jutro.

— I sprawa Agnieszki?

— Zostaje moja. I pana. — Spojrzała na mnie. — Jak powiązane są te dwie sprawy?

— Agnieszka odkryła piwnicę. Ktoś wiedział, że odkryła. Ktoś chciał, żeby tego nie powiedziała.

— Kto wiedział?

— Na pewno anonimowy rozmówca z emalii. Może Piotrowski — bo Piotrowski wiedział, że Agnieszka pracuje w pałacu.

— Piotrowski — powtórzyła.

— Nowicki idzie go teraz zaprosić.

— Dobrze. — Jabłońska wzięła notes. — A ja muszę wyjaśnić pewną rzecz. Piotrowski jest adwokatem. Nie zarzucamy mu nic formalnie — jeszcze. Rozmowa musi być miękka.

— Wiem, jak prowadzić miękkie rozmowy.

— Wiem, że pan wie — powiedziała. — I wiem, że miękka rozmowa z człowiekiem winnym idzie inaczej niż z niewinnym. Niech pan to zobaczy w jego twarzy zanim otworzy usta.

Spojrzałem na nią.

— Myślimy podobnie — powiedziałem.

— Dlatego nam się dobrze pracuje — powiedziała i wróciła do telefonu.

* * *

Piotrowski wszedł do pałacu o jedenastej czterdzieści pięć.

Radosław Piotrowski miał czterdzieści siedem lat, wzrost metr siedemdziesiąt pięć, ciemny garnitur pod otwartym płaszczem, włosy siwo-czarne, twarz prawnika: zamkniętą, kontrolowaną, z oczami, które patrzyły na ciebie i liczyły jednocześnie. Teczka skórzana w dłoni. Buty drogie.

Nowicki wprowadził go do salonu na parterze — największego pomieszczenia, które służyło teraz jako nieformalny punkt dowodzenia. Na stole: moje notatki, laptop, mapa terenu. Jabłońska siedziała przy oknie.

— Panie Piotrowski — powiedziałem, wstając i podając rękę. Uścisk normalny, kontrolowany. Ręce mu nie drżały. — Dziękuję, że pan przyszedł.

— Nie miałem wyjścia — powiedział.

— Miał pan — powiedziałem. — Mógł pan zostać w samochodzie.

Krótka pauza. Coś w jego twarzy przesunęło się — tylko trochę.

— Co chce pan wiedzieć?

— Proszę usiąść. — Usiedliśmy. — Jak długo pan zarządza tą nieruchomością?

— Od lutego 2009 roku. Po tym, jak pan Dąbrowski udzielił mi pełnomocnictwa.

— Kiedy ostatni raz rozmawiał pan z Dąbrowskim?

— W lutym 2009. Przez telefon. Powiedział, że wyjeżdża, że przekazuje mi zarządzanie nieruchomością i że skontaktuje się, jak będzie gotowy wrócić.

— I nie skontaktował się.

— Nie.

— Nie zaniepokoi­ło to pana?

Piotrowski spojrzał na mnie.

— Dąbrowski był — jest — człowiekiem, który podejmuje gwałtowne decyzje. Wyjazd bez zapowiedzi nie był dla niego wyjątkowy. — Pauza. — Poza tym — finansowo wszystko działało. Rachunki płacone, nieruchomość utrzymana. Nie miałem podstaw do niepokoju.

— Wie pan, co znaleźliśmy dziś rano w zachodniej części budynku?

— Słyszałem o piwni­cy — powiedział.

— Od kogo?

Mały błąd. Powiedział „słyszałem” zamiast „nie wiem.” Słyszałem — oznaczało, że ktoś mu powiedział. Pytanie: kiedy i kto.

— Od kogoś w gminie — powiedział. — Plotki chodzą.

— Plotki o piwnicy chodziły zanim ją otworzyliśmy?

— W małych miejscowościach plotki wyprzedzają fakty.

To zdanie było zbyt gładkie. Zbyt gotowe. Człowiek, który je przygotował, ćwiczył je lub czegoś podobnego.

— Pan Piotrowski — odezwała się Jabłońska od okna — proszę mi powiedzieć o spółkach, które pan reprezentuje w kwestii nieruchomości zabytkowych w tym regionie.

Piotrowski spojrzał na nią. Pierwszy raz od wejścia coś się w nim wyraźnie zmieniło. Nie strach — coś chłodniejszego. Kalkulacja.

— Reprezentuję różnych klientów — powiedział.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 51.49