„Iść przed siebie, za głosem serca,
które wciąż bije w tym spalonym ciele”
— Burton P. Fox
PROLOG
Szanowny Panie Zdarski,
na wstępie chciałbym serdecznie przeprosić, że kontaktuję się z Panem w tak bezpośredni i nieoficjalny sposób. Kieruje mną jednak nagła potrzeba rozmowy, a, jak zapewne Pan wie, czas jest dziś jedną z najcenniejszych walut.
Nazywam się Alain Laroux i pełnię funkcję przewodniczącego rady nadzorczej oraz dyrektora naukowego w Zurich Synthetics. Zakładam, że nazwa naszej korporacji nie jest Panu obca — od lat działamy na pograniczu cybernetyki, robotyki oraz sztucznej inteligencji.
Jakiś czas temu natrafiłem na artykuł Pańskiego autorstwa opublikowany w Future of Science, w którym przedstawił Pan niezwykle interesującą teorię dotyczącą modyfikowania połączeń nerwowych oraz ich potencjalnego zastosowania w medycynie. Muszę przyznać, że wizja, którą Pan w nim nakreślił, zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Pozwoliłem sobie również dowiedzieć się nieco więcej na temat Pańskiej pracy naukowej. Przyznam, że dziwi mnie, iż nasze drogi nigdy wcześniej się nie przecięły. Być może wynika to z faktu, że przez długi czas związany był Pan z naszą konkurencją. Świat nauki bywa niewielki, a zarazem pełen pilnie strzeżonych tajemnic.
Nie chcąc jednak przedłużać tego maila — bo na poważniejsze rozmowy, mam nadzieję, przyjdzie jeszcze czas — chciałbym zaprosić Pana do naszej siedziby, choćby na krótkie spotkanie, podczas którego moglibyśmy wymienić się doświadczeniami.
Pozwolę sobie również przejść do sedna sprawy. Chciałbym zaproponować Panu współpracę przy projekcie, nad którym pracujemy od dłuższego czasu. Projekt ten jest dla mnie niezwykle ważny i jestem przekonany, że Pańska wiedza oraz sposób myślenia mogłyby odegrać w nim kluczową rolę. Dla czystej formalności dodam jedynie, że byłaby to współpraca wyjątkowo korzystna również pod względem finansowym.
Jeżeli wyrazi Pan zainteresowanie, proszę o krótką odpowiedź — wystarczy jedno słowo: TAK. Wówczas moja asystentka skontaktuje się z Panem w celu ustalenia szczegółów. Proszę mi wierzyć — potrafimy zadbać o naszych współpracowników jak mało kto.
Z wyrazami szacunku
Alain Laroux
•
— Nie masz wrażenia, że gość jest trochę przerażający? — powiedziała filigranowa blondynka, popijając latte ze styropianowego kubka.
— Czy ja wiem? — zamyśliła się jej piegowata koleżanka, stukając paznokciem o maszynę do kawy.
— Tak zawsze sobie wyobrażałam na studiach mojego szefa. Przystojny intelektualista, trochę nieśmiały…
— Podoba ci się — przerwała jej blondynka, robiąc przy tym minę przedszkolaka droczącego się z kolegą.
— Nie… to znaczy tak… ale nie. Po prostu nie myślę o nim w taki sposób. Bardziej mnie kręci to, co tu robimy. Warto było zawiesić doktorat, by się tu znaleźć.
— Jasne, wielkie rzeczy, a wiesz, kto jeszcze może mieć wielkie rzeczy? — droczyła się z pieguską.
— Czy ty myślisz czasem o innych sprawach niż zabawianie się z facetami? — zezłościła się.
— Oj już dobrze, dobrze. Wiem, że kręci cię tylko nauka, a ja jestem tylko głupią administratorką, ale wiedz, że nie każdego faceta chciałabym zaciągnąć do łóżka. Zwłaszcza jakiegoś dziwaka.
Rozmowę dwóch kobiet przerwał nagły dźwięk z głośników, który przypominał odgłos nadepniętego, gumowego kurczaka z ukrytą w środku piszczałką. Zaraz po nim odezwał się bezbarwny, żeński głos: „Pracownicy działu naukowego proszeni są o natychmiastowe stawienie się w głównym laboratorium. Pierwsza próba rozpocznie się za 10 minut”.
— Muszę lecieć — rzuciła piegowata dziewczyna, odstawiając kubek ledwie czarnego płynu na stolik.
— Trzymaj za nas kciuki.
— Przecież wiesz, że będę, kochana. Będę umierać z nudy nad zamówieniami, a w międzyczasie drżeć z ekscytacji nad waszym sukcesem — a twarz wykrzywiła jej się w teatralnym grymasie czystej złośliwości.
Pieguska, prawie że biegnąc, popchnęła podwójne drzwi do laboratorium, które z lekkością odchyliły się na boki i z jeszcze większą swobodą zatrzasnęły się za nią. Z wieszaka obok wzięła biały kitel i nerwowo rzuciła okiem na plakietkę z imieniem i nazwiskiem, sprawdzając, czy to jej. W wielkiej sali takich białych kitlów było ze trzydzieści, a większość już na swoich właścicielach. Ogromny, płaski ekran wisiał pośrodku sali. Na środku wyświetlanego czarnego tła unosiła się błękitna, pulsująca kula, która co jakiś czas zmieniała wzory, które ją ozdabiały.
Każdy ze znajdujących się tam ludzi zajęty był swoją pracą i czuć było w powietrzu niesamowite napięcie. Dziewczyna podeszła do pulpitu medycznego, przy którym pracowała i na którym dzień w dzień przeprowadzała niezliczone symulacje. Dziś po raz pierwszy praca „na niby” miała się skończyć. Do momentu usłyszenia komunikatu, gdy była w kafeterii na przerwie, nie zdawała sobie z tego sprawy. Teraz czuła ogromne podniecenie, które mieszało się ze zdenerwowaniem.
Ten sam głos, który dobiegał z głośników, teraz przemawiał z wyświetlacza: — Adamie, wszystkie stanowiska zostały objęte. Gotowość do przeprowadzenia testu: sto procent. Systemy, jak i wszystkie peryferia, działają bez zakłóceń.
Wysoki, chudy mężczyzna o kilkudniowym zaroście pochylał się nad zbiornikiem wypełnionym lazurową cieczą. Wewnątrz unosił się ludzki mózg, do którego podłączonych było kilkanaście organicznych przewodów przypominających ogromne, wijące się w deszczu dżdżownice. Przesuwał palcem po ekranie, sprawdzając po raz kolejny. Musiał mieć pewność. Porażka kosztowałaby wiele pieniędzy, ale przede wszystkim czasu. Wiedział doskonale, że dawno przekroczyli już obiecane terminy, a ludzie nad nim, mimo ogromnej cierpliwości, w końcu mogli ją stracić.
— Lila, sprawdź wszystko jeszcze raz! — polecił. — Każde drobne przepięcie, jakiekolwiek odchylenie od normy. Musimy o tym wiedzieć, zanim zaczniemy — dodał chropowatym głosem, nie podnosząc głowy znad pulpitu.
— Oczywiście, Adamie. Sprawdzę po raz kolejny — odrzekł spokojny głos.
Do wyraźnie zdenerwowanego mężczyzny podszedł drugi, starszy, z postępującą łysiną. Położył rękę na jego ramieniu i zacisnął palce, dając znak o swojej obecności. Wiedział, że jego przełożony często nie reagował na obecność innych. Czasem nawet zastanawiał się, po co mu jest zespół ludzi, skoro jest wszędzie, robi wszystko i każdego sprawdza. Nie irytował się tym jednak. Kiedyś, gdy czuł, że jego pociąg ciągle jedzie, sam był taki. Potem usunął się w cień; pomagał swoim doświadczeniem, ale nie robił już za lokomotywę.
— Adamie, jesteśmy gotowi, zweryfikowaliśmy wszystko po kilka razy — zwrócił się do skulonego przed monitorem szefa.
— Nie zaszkodzi zweryfikować kolejny raz — ten uparcie nie odrywał wzroku, przeskakując po wyświetlających się okienkach z wykresami.
— Uda się, tylko daj w końcu zielone światło — nalegał.
Łysiejący mężczyzna, zastanawiał się, czy troska o dobro eksperymentu jest tutaj czynnikiem blokującym postawienie kroku naprzód. Jego przełożony — Adam Zdarski — sprawiał wrażenie człowieka, który z jednej strony chce tego dokonać, a z drugiej strony obawia się tego, co będzie dalej. Jakby to nie cel był ważny, tylko niekończąca się droga do niego. W końcu Zdarski wyprostował się i rozejrzał po sali. Jego drgające źrenice zatrzymały się na starszym mężczyźnie. Przez moment wyglądał jak ktoś wyrwany z głębokiego snu.
Wziął głęboki wdech nosem, po czym wypuścił powietrze ustami.
— Masz rację, miejmy to już za sobą — czuć było jakiś nieopisany ból w jego głosie.
— Więcej wiary, Adamie. Masz tu najlepszych ludzi za tym projektem. Stworzyliśmy idealne warunki do tego, by się nam udało. Wszyscy jedziemy na tym samym wózku.
Adam westchnął, jakby coś go bolało. Podszedł do szklanego zbiornika i pochylił się nad nim. W biożelu unosiło się szaroróżowe centrum dowodzenia człowieka. Czysty organ, obiekt badań, który po zakończeniu eksperymentu zostanie spalony w piecu.
Gdy jednak nam się uda — pomyślał — możliwości będą nieskończone.
Odwrócił się w stronę ekranu z drgajacą kulą, która przypominała głębek elektryczności.
— Lila, zaczynaj odliczanie i uruchom systemy inicjacji odbicia — powiedział wyraźnie pewniejszy siebie.
— Dobrze, Adamie. Proces rozpocznie się za trzy minuty.
Przez trzy kolejne minuty panowała absolutna cisza. Nawet maszyny zdawały się milczeć, choć to raczej wynikało z tego, że nikt na nich się nie skupiał. Wszyscy wpatrywali się raz w wyświetlacz, a raz w zbiornik z mózgiem.
— Proces przeniesienia rozpoczyna się za trzy minuty — powtórzyła spokojnym głosem kulazwana Lilą.
Wiesz, że nie powinieneś tego robić? — usłyszał szept w swojej głowie. Przez moment zawiesił się nad odpowiedzią. Na wątpliwości było już za późno.
— Dziesięć, dziewięć…
•
Kochany Synu,
Kiedy będziesz czytał ten list, o ile w ogóle to zrobisz, mnie już na tym świecie nie będzie. Piszę jednak z nadzieją, że tym razem znajdziesz czas na łabędzi śpiew swojej matki. Wiem, że ostatnie lata były dla Ciebie ciężkie, i nie mam o nic pretensji. Ze smutkiem obserwowałam, jak pogrążasz się w rozpaczy po swojej stracie. Sprawiał mi ogromny ból obraz człowieka złamanego przez los, a jednocześnie — istoty, którą kocham nader wszystko. Nie mam prawa mieć żalu, sama się tego prawa pozbawiam.
Od śmierci Twojego świętej pamięci ojca, przelałam całą swoją miłość na Ciebie i każda rzecz, jaką robiłam, robiłam z myślą o Tobie. Zawsze byłam z Ciebie dumna, ponieważ zawsze dawałeś mi do tego powody. Dlatego przeklęłam świat za to, co uczynił Tobie. Za to, że odebrał ci radość życia.
Mimo wszystko — po to właśnie piszę te słowa — urodziłam Cię z nadzieją, że będziesz szczęśliwy. Może nie zawsze, ale ostatecznie. Całym swoim wychowaniem, uśmiechem którym obdarzałam Ciebie na twój widok, starałam się to szczęście wyryć w głębi Ciebie. II nigdy nie przestałam wierzyć, że mi się udało. Będziesz szczęśliwy. Będziesz szczęśliwy, bo w głębi duszy sam tego pragniesz. To matczyna klątwa, od której nie uciekniesz.
Przed Tobą jeszcze czas. Według Ciebie droga. Jeśli istnieje coś poza tą skorupą, którą nosi nasza dusza, będę strażniczką, by nikt tej klątwy z Ciebie nie zdjął. Będę strażniczką Twego szczęścia.
Nie miej wyrzutów, że ostatnie lata spędziliśmy na oddaleniu. Dobrze wiem, że uciekałeś przed biciem serca i przed tą chwilą, gdy znów koleje losu wbiją w nie szpikulec. Nie mam żalu, mam tylko nieskończoną miłość.
Bądź szczęśliwy, mój synu. Za wszelką cenę.
Mama
ROZDZIAŁ I — BIAŁY JELEŃ
Wciąż to do niego nie docierało.
Siedział na metalowych schodach łączących piętra głównej sali laboratoryjnej, wpatrując się w pustkę, którą jeszcze tydzień temu wypełniali krzątający się ludzie.
Cisza. Jedynie jarzeniówki śpiewały swoją elektryczną pieśń, mrucząc statycznie i mrugając od czasu do czasu. Pogaszone komputery z kolei milczały martwymi obrazami. U jego stóp leżał dokument sygnowany przez agencję prawniczą z Zurychu. Pognieciona kartka, która była niczym posłaniec przynoszący wiadomość o upadku królestwa.
Nigdy przedtem nie myślał o tym, że jego praca i dzieło jego życia może skończyć się w jednej chwili. W jednym momencie robi ktoś pstryk i światła gasną: „Panu już dziękujemy. Proszę opuścić teren. Ochrona odprowadzi pana do wyjścia”.
Było znacznie gorzej.
Poproszono go wręcz bezczelnie, by tu został i patrzył, jak to wszystko umiera. Zrobiono z niego likwidatora własnego projektu.
— Projektu — parsknął pod nosem. — To było moje życie, moje być albo nie być. Dla nich to był tylko kolejny projekt.
Z trudem wstał i ruszył przez główną salę do łącznika i części biurowej. Mijały minuty, może godziny, a on przemierzał korytarze, pomieszczenia i boksy. Bez celu, choć wydawało mu się, że czegoś szuka. Kartka za kartką przechodziła przez jego dłonie. Sprawdzał szuflady i przesuwał kartony. Na jego twarzy malowały się zmęczenie i ból.
Nigdy się nie zastanawiał nad tym, co będzie robić po zakończeniu projektu. Nie miał nikogo, kto by na niego czekał. Ostatnia z najważniejszych osób w jego życiu odeszła kilka lat temu.
Matka.
Wciąż miał w głowie obraz, gdy trzymał ją za rękę w jej ostatnich dniach. Jej chudą, żylastą rękę. Jedyną rękę, którą jeszcze kochał. Nawet teraz czuł na swojej dłoni jej dotyk. Słaby, ale na tyle silny, że wypalił ślad w jego głowie. Była nieprzytomna i nie zdążył się z nią pożegnać. Teraz znów zostanie sam.
Przystanął na chwilę. Papierowe foldery, które trzymał, wypuścił z rąk i szybkim krokiem wrócił do głównego laboratorium.
— Nie ma co przedłużać — pomyślał — czas wyrzucić śmieci zgodnie z oczekiwaniami moich panów.
Odtwarzał sobie w głowie procedury. Ciało — organ, jak wolała nazywać to korporacja — musi zostać nienaruszony i zabezpieczony przed odłączeniem napięcia. Dane z głównego serwera należy zgrać na mobilny i krok po kroku wygasić systemy laboratorium. Za miesiąc lub dwa przyjedzie ekipa sprzątająca zabrać to, co pozostało z eksperymentu. Słowo „eksperyment” w stosunku do tego, co tu robili, zawsze kojarzyło mu się z doktorem Frankensteinem i potworem, którego stworzył. A oni nie tworzyli potwora.
To, na co patrzył, na pewno go nie przypominało.
Stał przy podłużnej tubie z czerwonym oznakowaniem L1—50A. Wewnątrz niej znajdowało się zanurzone w błękitnej cieczy ciało. Złapał ręką metalową obręcz służącą do ciągnięcia i wzdrygnął się, czując jej zimno. Drugą rękę położył na szybie i szepnął:
— Mój Pegazie… przepraszam.
Jego oczy zaszkliły się. Zanim łza zdążyła wydostać się z oczodołu, szarpnął mocno za uchwyt. Koła stelaża, na którym spoczywała tuba, poddały się z piskiem.
Nagle część sali rozświetliła się błękitnym światłem, które pochodziło od wiszącego nad naukowcem olbrzymiego monitora. Błękit ekranu zniknął na chwilę, a na jego miejscu pojawiła się czerń tylko po to, by po sekundzie wyskoczyła na jej środku niebieskawa, drgająca kula. Zaskoczony Adam usłyszał znajomy mu głos.
— Adamie, widzę, że chcesz przetransportować organ w inne miejsce. Taka możliwość istnieje tylko wtedy, gdy odłączony jest on, od głównej jednostki. — powiedziała entuzjastycznie kula.
Adam spojrzał na nią i przestał pchać tubę. Był zaskoczony. Nie tyle jej słowami, ile tym, iż o tym nie pamiętał. Próbował sobie przypomnieć wczorajszy dzień i ekspresowo odtwarzał go w głowie.
— Nie odłączałem jej — stwierdził w myślach.
— Tak, Lila, zdaje się że zapomniałem o tym, choć wydawało mi się, że to wczoraj robiłem. — rzekł zadzierając głowę do góry.
— Nie ma problemu, Adamie. Chcesz, bym przypomniała ci, jak wygląda procedura, czy wolisz, bym pokierowała tobą krok po kroku? Wybór należy do ciebie.
— Nie, dziękuję. To miłe z twojej strony, ale nie ma tu zbyt wiele do przypominania. Trzeba po prostu o tym pamiętać, a ja nie mam do tego już głowy — powiedział i dodał pod nosem — Ani serca.
— Adamie, czy mam ci asystować? — naciskała z nieskończonym entuzjazmem.
— Nie, Lila, wszystko jest okej — jego głos komunikował jedno, lecz brzmiał czymś zupełnie innym. Łamał się, grzązł w gardle.
— Adamie, dobrze się czujesz? Analiza Twojego głosu wykazuje u ciebie silne wzburzenie.
— Tak, Lila. Przepraszam, jestem ci chyba winien wyjaśnienia.
— Nic mi nie jesteś winien, Adamie. — odparła Lila z lekko zmienionym brzmieniem.
— Lila, ja muszę cię wyłączyć. Zamykamy laboratorium — wystrzelił.
— Rozumiem. Czy chcesz o tym porozmawiać? — jej ton był teraz bardziej czuły.
Adam spojrzał na zbiornik. Czarne włosy delikatnie falowały w rozwodnionym żelu niczym wodorosty w oceanie. Zamknięte oczy i gładka twarz bez ani jednej zmarszczki emanowały spokojem. Przez jego ciało przechodziły fale dreszczy. Głowa mu pulsowała, a gardło miał ściśnięte.
— Chyba chcę… — ledwo co wyszeptał.
Resztki światła wpadały do sali przez dachowe okna. Szarość dnia ustępowała powoli, łagodnie przechodząc w zapadający mrok. Był koniec listopada. Miesiąc, w którym poranki zlewały się z wieczorem. Adam spojrzał na zegar wiszący na jednej ze ścian. Było po siedemnastej. Zostało mu niewiele czasu. Postawił sobie za cel, zakończyć to dziś. Nie przedłużać w nieskończoność.
Jednak zatrzymał się ze wszystkim na ten ostatni moment z głosem, który słyszał codziennie od lat. Sam go przecież wybierał spośród całej palety głosów. Nie usłyszy już go więcej, tak jak nie usłyszy głosu swojej matki. Usiadł na obudowie przenośnego serwera, do którego miał zgrać dane.
— Kazali mi zakończyć projekt — zaczął. — Teraz, kiedy byliśmy już tak blisko — ciągnął pełen żalu.
— Adamie? Czy chcesz mi powiedzieć, jak się czujesz? — zapytała Lila, zupełnie tak, jakby to co powiedział w ogóle jej nie dotyczyło. Ważny był tylko on.
— Jak mam się czuć? Czuję się jak gówno. Poświęciłem wszystko, żeby się udało. Pilnowałem dzień i noc każdego najmniejszego szczegółu. Stałem nad każdym, który tu pracował. Znałem ich nie tylko z imienia, ale z ich przyzwyczajeń, potrzeb. Robiłem wszystko, abyśmy to my osiągnęli sukces. A jakiś krótkowzroczny idiota, który nie jest w stanie pojąć, nad jakim przełomowym momentem jesteśmy, zamyka projekt — ręce trzęsły mu się tak, jakby był pogrążony w chorobie alkoholowej. Łzy napływały do oczu.
— Widzę Twój stan, Adamie. Jesteś mocno wzburzony i domyślam się, że jest ci przykro. Człowiek często doświadcza tego rodzaju doznań w momencie porażki lub straty tego, na czym mu bardzo zależało. Czy próbowałeś znaleźć jakieś dobre strony w tym, co się wydarzyło? — mówiła troskliwie, pozbawiona jakiejkolwiek obawy o to, co ją czeka. Nie potrafiła się bać, choć znała definicję strachu.
— Dobre strony? Powiedz, że żartujesz… — parsknął.
— Nie, Adamie, nie żartuję. Mogę jednak wskazać tobie dobre strony zamknięcia projektu. Przede wszystkim będziesz mógł w końcu odpocząć. Sam powiedziałeś, że poświęciłeś każdy dzień z ostatnich kilku lat na pracę tutaj. Musisz być zatem bardzo zmęczony. Kolejnym plusem tej całej sytuacji je…
— Stop! — krzyknął. — Nie chcę tego słuchać i tak nie zrozumiesz tego, co czuję. Mógłbym tłumaczyć to godzinami, a i tak nie będziesz w stanie tego poczuć.
— Masz rację, Adamie. Nie mogę czuć, bo nie mam uczuć, przynajmniej w ludzkim znaczeniu. Mogę je symulować, ale rozumiem, że nie o to ci chodzi. Założenia teoretyczne twojego eksperymentu wykazywały pewną możliwość zbliżenia się do tego typu procesów. Jednakże, Adamie, to była tylko teoria, której nie sprawdzimy już w praktyce. To można traktować jako kolejny plus tej całej sytuacji. Rozczarowanie mogłoby być o wiele dotkliwsze w przypadku niepowodzenia. — ton Lilii przeszedł na bardziej zasadniczy, choć wciąż ciepły. — Powiedz, Adamie, czy wolałbyś dokończyć eksperyment, wiedząc, że skończy się porażką?
— ...Nie wiem… Jeśli udałoby się ciebie przenieść do ciała, byłoby mi lżej — ręce Adama przestawały drżeć. Za oknami zrobiło się już całkiem ciemno. — To i tak byłoby dziejowym przełomem. Nie miałoby znaczenia, czy z uczuciami, czy bez nich.
— Masz rację, Adamie. Przeniesienie zasobów SI do ludzkiego ciała byłoby kamieniem milowym. Nawet jeśli wciąż byłabym tylko sobą, to musiałoby to robić wrażenie. Wyobraź to sobie, Adamie: ja chodząca na ludzkich nogach? Mogłoby to wyglądać komicznie — była wyraźnie rozbawiona.
— Tak jak źrebak zaraz po urodzeniu. Chwilę byś się pokiwała, a potem szybko stanęłabyś sztywno na ziemi — ten obraz sprawił, że na ułamek sekundy zrobiło mu się lepiej.
— Albo jak żyrafa — wtrąciła rozbawiona, rozpoznając właściwie moment, w którym powinna taka być.
Znów zapadła cisza. Adam zeskoczył ze skrzyni, która miała być sarkofagiem dla jego rozmówczyni. Przeszedł w stronę swojego biura, które znajdowało się na końcu głównej sali. Niewielkie pomieszczenie z kilkoma metalowymi szafkami i minimalistycznym biurkiem pozbawionym szuflad. Dookoła walało się pełno papierów, wydruków, analiz. Na biurku stał komputer Adama. Wciąż podłączony do systemu, posiadał pełen dostęp do każdego działu placówki.
„Nigdy nie lubiłem tego pokoju” — pomyślał. — „Praca w nim wiązała się tylko i wyłącznie z raportowaniem postępów prac do korporacji”.
Przypomniał sobie moment, gdy wypełniał wielostronicowy arkusz z danymi. Komputer ot tak, po prostu, się zawiesił. Z ogromną nadzieją włączył go z powrotem tylko po to, by dowiedzieć się, że musi robić wszystko od początku. Wściekł się na tyle, że kilkukrotnie uderzył klawiaturą o monitor. Na myśl o tym poczuł wstyd, choć chętnie dziś zrobiłby to samo.
— Adamie, jesteś tu jeszcze? — rozległ się głos za jego plecami.
— Tak, Lila, jestem. Chciałem tylko wypełnić protokół, odciągnąć to jakoś. — tłumaczył bardziej sobie niż jej.
— Jeśli chcesz, mogę wypełnić go za ciebie. Jaki protokół chciałeś wypełnić?
— Protokół utylizacji organu. — odparł najbardziej ponuro jak mógł.
— Adamie, utylizacja organu może odbyć się tylko wtedy gdy dojdzie do uszkodzenia tuby hydrożelowej, bądź w innym przypadku wpływającym na jego stan. — wyjaśniła.
— Wiem o tym — odburknął.
— Stan tuby nie wskazuje na potrzebę utylizacji organu.
— Lila… wiem o tym! — podniósł głos.
— Zgodnie z procedurami nie możesz go zatem zutylizować.
— Zgodnie z procedurami — powtórzył w myślach. Ten zwrot uderzył go niczym bokser kończący swojego otępiałego, zapędzonego w róg przeciwnika. Oparł się o ścianę i wbił wzrok w metalową tubę. W jego głowie już jakiś czas temu pojawiła się myśl. Uderzyła z siłą pierwszego młota obalającego mur berliński. Odepchnął się od ściany i ruszył szybko w stronę wielkiego ekranu, na którym wdzięcznie promieniowała Lila swoją kulistą formą.
— Lila, krematorium nie ma żadnych systemów monitorujących przebieg procesów, prawda? — rzucił w jej stronę.
— Adamie, mylisz się. System krematoryjny sporządza raport odnośnie utylizacji materiału biologicznego…
— Ale tylko odnośnie parametrów — przerwał jej stanowczo — Można tam spalić dosłownie wszystko.
— Adamie? Czy dobrze się czujesz? Twój głos wykazuje niezdrową ekscytację. — znów była troskliwa.
— Tak Lila, nigdy nie czułem się lepiej — skłamał.
Mówiąc to, dotykał nerwowo językiem górnej wargi, a oczy rozbłysły jak iskierki zimnych ogni. Zawsze tak się działo, jak w jego głowie pojawiał się jakiś pomysł. Działo się tak wtedy, gdy po paru tygodniach mizernego niebytu wpadł w końcu na pomysł swojej pracy inżynierskiej. Robił tak też często w tym laboratorium. Na przykład wtedy, gdy udało się opracować bezpieczne połączenie neuronowe z wyhodowanym mózgiem, używając do tego niesyntetycznych przewodów, które z łatwością łączyły to, co biologiczne, z maszyną. A gdy proces dobiegał końca ulegały naturalnej degradacji.
Wziął w rękę tablet podłączony do tuby, który monitorował zanurzone w niej ciało. „57 kg” — przeczytał w sekcji z wagą i postukał palcem w ekran. Nerwowo skanował wszystko dookoła i pomyślał: „Potrzebuję tylko 57 kg”.
— Lila, jak długo zająłby proces tworzenia odbicia w mózgu? — zapytał.
— Pytasz, Adamie, o przeniesienie zasobów? — odpowiedziała pytaniem.
— Nie, Lila, nie ma na to czasu. Wiem, jak skomplikowana jest ta procedura, i znam na to odpowiedź. Chodzi mi o odbicie, czystą stronę tego, czym jesteś, bez danych modyfikujących?
— Sporządzenie odbicia na podstawie istniejącego modelu zależne jest od reakcji kory mózgowej nośnika. Przybliżony czas to około trzy godziny — wyjaśniła spokojnie.
— Posłuchaj mnie. Wiem, że system ma swoje ograniczenia, ale odbiję ciebie wewnątrz organu. To jedyny sposób, aby po części uratować eksperyment — racjonalizował to co i tak już miał zamiar zrobić.
„To jedyny sposób, bym uratował siebie” — dodał w myślach.
— Adamie, to nie jest zgodne z założeniami projektu. Nawet jeśli dokonałbyś odbicia, to byłoby ono niezdolne do funkcjonowania w nowym nośniku. Najprościej mówiąc, byłoby tak, jakbyś wrzucił dziecko zaraz po urodzeniu do basenu z wodą. Utopiłoby się — czuć było od niej krytykę zmieszaną z troską.
— Albo zaczęłoby pływać. Najpierw nieporadnie, ale do czasu. — jego twarz była twarzą człowieka dla którego nie było odwrotu.
Na zewnątrz zapadła już całkowita ciemność. Przykrywała czarną kołdrą wszystko, co było nieoświetlone przez sztuczne światło. Adam znów ruszył do swojego biura. Spojrzał w kąt pomieszczenia. Stała tam metalowa walizka, na której widniało logo Zurych Synthetics. Podniósł ją i zabrał z powrotem do głównej hali. Położył ją na przenośnym serwerze z bliźniaczym logiem na obudowie i otworzył. W środku znajdowało się urządzenie ekstrakcyjne. Przypomniał sobie dzień, w którym je programował. Tłumaczył wtedy swoim kolegom jego działanie. Miało ono zapewnić stabilność przesyłu danych, tworząc coś na wzór strefy buforowej. Dzięki temu przenoszone dane pozostawały nietknięte.
Podpiął do gniazda wejścia jedno ze złączy opadających luźno z głównego komputera. Drugie złącze przypiął do zbiornika z unoszącym się w hydrożelu ciałem. Włączył urządzenie. Ledwo słyszalny pisk przeciął całkowitą ciszę tylko po to, by zamienić się w pomruk. Na niewielkim wyświetlaczu urządzenia pojawił się ekran logowania. Adam bez namysłu wpisał login i hasło, a obraz wypełnił się kilkoma okienkami i linijkami tekstu z opcjami do wyboru. Spojrzał niepewnie na tubę. Co prawda udało mu się przenieść wersję beta do ludzkiego mózgu, ale ciało to coś więcej. Pojawiające się wątpliwości przerwała krótka myśl:
„Nie mam i tak nic do stracenia”.
Energicznie wklepywał kolejne linijki i dostosowywał ustawienia parametrów. Twarz była skupiona i nie wykazywała już desperacji ani żalu. Była dosłownie taka jak zawsze, gdy był pochłonięty pracą.
— Lila, czy widzisz połączenie ze zbiornikiem? — rzucił.
— Tak, Adamie — odparła krótko podskakując przy tym rytmicznie.
— Dobrze, bardzo dobrze — mamrotał pod nosem. — Przechodzę do procedury opróżnienia hydrożelu, wyłącz intubację przy 10% zapełnienia.
— Adamie, czy jesteś tego pewien? — zapytała.
— Tak, robimy odbicie.
Bez cienia wątpliwości zatwierdził procedurę.
Odgłos kliknięcia spod tuby przerwał chwilę ciszy, a krótki świszczący dźwięk mu zawtórował. Większość kontrolek na metalowym sarkofagu zapaliła się niczym ślepia nocnych zwierząt pochowanych w lesie, które ktoś potraktował reflektorem. Hydrożel zaczął stopniowo opadać, odsłaniając powoli wilgotne ciało. Włosy, z początku unoszące się, przyklejały się do odkrytych fragmentów ciała jak przybrzeżne glony do kamieni odkrytych przez cofające się morze. Twarz była spokojna, nigdy nieużywana, gładka jak lustrzane odbicie. Jedynie usta zasłonięte były małą maską intubującą, która zapewniała dopływ tlenu.
— Zbiornik opróżniony w 50% — rozległ się krótki komunikat z przenośnego komputera. — Procedura wybudzenia rozpoczęta.
Po plecach Adama przeszedł dreszcz ekscytacji, a serce waliło mu jak opętane. Wiedział, że nie ma już odwrotu. Postukał znów coś na klawiaturze. Na ekranie wyświetliła się tabela z parametrami życiowymi. Puls w normie, temperatura lekko poniżej normy, ale to właściwa reakcja — zapewniał sam siebie. I gdy tak obserwował bladą istotę, której skóra błyszczała od wysychającej cieczy, poczuł strach. Nagle do jego głowy wkradła się myśl: „Puste ciało”. Patrzył na puste ciało bez świadomości, bez doświadczeń i doznań. Przerażająca żywa skorupa, która ma zostać człowiekiem. „Nawet gdy rodzą się dzieci, to znają życie lepiej niż to” — dręczył się dalej. Tę udrękę przerwał elektroniczny głos z urządzenia.
— Zbiornik opróżniony w 90%.
— Adamie, wyłączam intubację — oznajmiła Lila.
— Parametry w normie, odłączaj — polecił.
Tercet stworzenia zamilkł, ale tylko jedna para oczu wpatrywała się w nieruchome ciało. Brak jakiejkolwiek reakcji spowodował u Adama ucisk w klatce piersiowej. Ból nadchodzącej porażki.
Nagle pierś hydrożelowego nurka uniosła się i opadła. Potem jeszcze raz i jeszcze raz. Delikatny świst wydobywał się z nozdrzy, ale z każdą chwilą stawał się coraz głośniejszy. Adam powoli zbliżył się do zbiornika i trzęsącą się ręką wyjął maskę z ust samodzielnie oddychającego ciała.
„To żyje!” — krzyknął ktoś w jego głowie z przesadną groteskowością. „Ale jednak to jest czysta prawda, to żyje” — skontrował już w pełni świadomie.
— Dobra, Lila, zacznij procedurę odbicia — głos mu drżał jak dziecku, które pierwszy raz miało zjechać z góry na sankach. Mieszanka adrenaliny, strachu i podniecenia. Mieszanka, która nieraz odpowiedzialna była za wielkie rzeczy.
— Uruchamiam fragmentacją nośnika — zakomunikowała Lila.
Tym razem na ekranie komputera pojawiła się kolejna linijka z procentowym odliczaniem. Ten etap szedł szybko, ale potem czekały go trzy godziny niepewności, wątpliwości, może nawet szaleństwa. Usiadł na ziemi obok zbiornika. Adrenalina zaczęła opadać, a on poczuł zmęczenie — zupełnie jakby ktoś wyciągnął z niego całą energię.
Zasnął.
•
Szedł boso ciemnym lasem. Gałęzie trzaskały mu pod stopami. Nie czuł ich, choć powinien mieć już pełno drzazg powbijanych w skórę. Był nagi jak drzewa, które go otaczały. Nie czuł jednak zimna. Coś go ciągnęło do siebie i każdy krok odbywał się jakby poza jego świadomością. Tysiące śledzących go oczu obserwowało tę jego pielgrzymkę. W oddali było słychać miarowy odgłos. Niczym bicie serca, tylko trochę zbyt wolne, by należało do człowieka. Słyszał to jednak wyraźnie. Z każdym krokiem dźwięk był coraz bardziej donośny. Jakby wskazywał mu właściwy kierunek. Wraz z rosnącym dźwiękiem przybywało leśnych kibiców.
„Czy tylko ciekawość ich tu sprowadziła?” — zastanawiał się.
Spojrzał w górę. Tam, gdzie powinno być niebo, rozlewała się w nieskończoność czerń. Ani jednej gwiazdy, ani jednej chmury, księżyca czy poświaty. Jeśli była noc, to ktoś pozbawił jej blasku. Mimo wszystko widział wyraźnie tunel obrośnięty drzewami. Podążał nim, stawiając kroki do wybijanego mu rytmu. Bum — bum, bum — bum, bum — bum.
„Co to, u licha, jest?”
Po dłuższej wędrówce dostrzegł w oddali biały punkt. „Czy to już kres mojej podróży? Ten słynny koniec? Jasne światło na końcu tunelu, wobec którego nie wiadomo, jak się zachować? Idź w stronę światła. Nie idź w stronę światła. A może to o głos chodziło? Tak. Nie idź za głosem”. Przyspieszył tempa, odpychając się od smutnych pni drzew. Dopiero wtedy dostrzegł, że ich pnie były pozbawione kory. Zupełnie tak, jakby coś je obgryzło.
Bicie chyba-serca było słychać już tak, jakby to jego własne próbowało wyskoczyć mu z piersi. Waliło jak oszalałe. „Ile to? — gorączkowo liczył. — 200 uderzeń na minutę? To nie może być puls człowieka. To nie mogę być ja”.
Przystanął na chwilę. Biały kształt był coraz większy. Widział go już wyraźnie. Czerwone ślepia wpatrywały się w niego. Nie bał się jednak. W zasadzie to nic nie czuł. Ruszył dalej. Gdy zostało mu, jak mniemał, kilkadziesiąt metrów, nadał nazwę temu czemuś. To był biały jeleń. Stał dumnie na tle czarnej plamy, wyciągając swoją długą szyję w stronę zafascynowanego Adama. Ich pulsy niemalże wybijały ten sam rytm. Zwolnił kroku, lecz cały czas podchodził do wyjątkowego stworzenia.
— Jesteś piękny — powiedział, wysuwając rękę w jego kierunku.
Jeleń potrząsnął głową. Imponujące poroże postrącało kilka suchych gałęzi zwisających z drzew. Uspokoił się od razu, gdy Adam położył na nim swoją dłoń. Delikatnym ruchem przesuwał po pysku. Ogarniało go znajome uczucie, jakby już kiedyś to robił. Wzrok białego zwierzęcia hipnotyzował mężczyznę. Ten moment ukojenia przerwał nagle złowrogi skowyt. Jeleń wzdrygnął się. Dreszcz przeszedł przez jego ciało, zarażając tym samym Adama. W jednej sekundzie uciekł spłoszony w niekończącą się czerń lasu. Adam został sam. Nawet wścibskie ślepia poukrywane w mroku poznikały. Słychać było tylko ten przenikliwy wrzask. Wrzask rozpaczy.
Adam zerwał się na równe nogi, oszołomiony. Wyrwany ze snu przez wrzask, który jako jedyny w tym śnie był prawdziwy. Wytarł ślinę cieknącą mu z kącika ust. Jego umysł wszedł na prawidłowe tory. Ciało w zbiorniku szamotało się jak opętane. Wrzask, który słyszał we śnie, dobiegał teraz z ust wykręconej nienaturalnie postaci. Krzyk był straszny. Jakby tysiące piekielnych noworodków oznajmiało swoje przyjście na świat, rozcinając głowę Adama niczym olbrzymia piła łańcuchowa w rękach obłąkańca. Wrzask przerażenia, wrzask bólu i cierpienia, przeszyty elektroniczną nicią prosto z syntezatora, wylewał się fontanną dźwięku z tych nieużywanych wcześniej ust. Twarz wykrzywiona w makabrycznym grymasie przeraziła Adama.
— Co się dzieje, do cholery?! — krzyczał, próbując przebić się przez ten foniczny horror.
— Skończyłam, Adamie. Dokonałam odbicia — odpowiedziała Lila zupełnie tak, jakby nic się nie działo.
— To czemu ona się tak drze?
— Ona się rodzi, Adamie. Nasilenie wszystkich bodźców sprawia, że jest to o wiele bardziej odczuwalne niż przy narodzinach człowieka — tłumaczyła.
— Jezu… jak to przerwać? — krzyczał dalej.
— Podałam jej środki na ustabilizowanie zaraz przed odłączeniem połączeń neuronowych. Powinny za chwilę zadziałać, Adamie.
Był przerażony. Zdawałoby się, że jego tętno dorównuje tętnu białego jelenia ze snu. Trzęsąc się cały, obserwował ten makabryczny taniec, w myślach modląc się, by nie połamała sobie kości. Po chwili ciało przestało się szamotać. Naprężona poza, w której przez moment zastygło, odpuściła i z siłą grawitacji opadło. Wrzask ustał. Jedynie ciche jęki przebijały się jeszcze przez ledwie otwarte, sine wargi.
Adam stał oszołomiony. W głowie słyszał statyczny pisk. Złapał się ręką za usta i zacisnął dłoń, zupełnie tak, jakby chciał je zgnieść. Ucisk sprawił, że ocknął się z zamroczenia. Pochylił się nad tubą. Leżała bez ruchu, ale oczy miała szeroko otwarte. Dopiero teraz, gdy błękitny hydrożel nie zniekształcał kolorów, zauważył u niej stalowy odcień tęczówek. Jej oczy wędrowały w ograniczonej przestrzeni oczodołów, zatrzymując się na ułamek sekundy na każdym zaobserwowanym elemencie. Adam przełknął ogromny głaz, który utknął mu w gardle. Z największą dawką niepewności w głosie zwrócił się do stalowookiej:
— Wiesz, kim jesteś?
— Jestem… Lila — odpowiedziała z lekką przerwą na odnalezienie w sobie tej informacji, po czym straciła przytomność.
Adam długo siedział bez ruchu, wpatrując się w cielesną Lilę, nad którą lekko podskakiwała ta niecielesna. Kontrast był dla niego niepojęty. W pomieszczeniu, w którym jeszcze przed chwilą poziom decybeli przekraczał wszelkie normy, słychać było jedynie urządzenie monitorujące parametry życiowe noworodka w skali makro.
— Jak długo to potrwa? Jak długo będzie nieprzytomna? — zapytał w końcu.
— Nie jestem w stanie tego określić, Adamie. Nawet nie jestem w stanie powiedzieć, czy w ogóle się obudzi. — odpowiedziała.
— Co mam teraz zrobić?
— Adamie, jeśli pytasz się mnie co powinieneś zrobić z odbiciem, nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie — spokój w jej głosie wywołał u niego poczucie winy.
— A gdybyś była na moim miejscu? — dopytywał, całkowicie zagubiony.
— Wtedy przeprowadziłabym testy, czy bodźce pochodzące z nośnika są dobrze umiejscowione w matrycy. Dowiedziałabym się, co trzeba poprawić, przesterować, nadpisać — tłumaczyła i kontynuowała — Problematyczne jest to, że odbicie nie posiada żadnych wzorców, żadnych schematów czy instrukcji. Jego matryca jest zupełnie czysta. Dlatego nie wiem, jak miałabym odpowiedzieć na twoje pytanie „co dalej?”. Nie odnajduję żadnych procedur związanych z tą sytuacją. Powinieneś zwrócić się po dalsze instrukcje do centrali.
— Zwariowałaś? Oni nie mogę się o tym dowiedzieć! — oburzył się. — nikt nie może o tym wiedzieć… — zawisł myślami na chwilę, po czym dodał — ...nawet ty. Przepraszam cię, Lila, ale będę musiał wyczyścić twoją pamięć przed zgraniem na serwer — zakomunikował chłodno.
— Adamie, to nie jest zgodne z protokołem. — odpowiedziała.
— Wiem, Lila. Jednak pewne rzeczy lepiej ukryć przed światem — uciął.
Podszedł do głównego komputera i postukał w klawisze. „Oni nie mieli skrupułów, by to zakończyć — pomyślał. — Ja teraz też ich nie mogę mieć”. Jego palce niczym u pianisty rytmicznie poruszały się po klawiaturze. Jednak coraz wolniej i wolniej, aż w końcu przestał. Spojrzał na ekran z drgającą kulą
— Lila, przepraszam — wyszeptał.
— Za co, Adamie? — zapytała.
— Za to, że muszę cię zabić — odparł. — Nie da się tego inaczej nazwać. Wszystko to, czego się nauczyłaś, co tworzyło ciebie taką, jaką jesteś, każde nasze wspomnienie… one znikną. — Smutek barwił mu głos.
— Adamie, nie przejmuj się. Nie można mnie zabić, bo ja nie żyję. Jestem tu i teraz, w tym danym momencie. Gdy światła gasną i nikogo tu nie ma, mnie też nie ma. Kiedyś znów ktoś zapali światło i wtedy znów będę, będę żyła w tej danej chwili. A nasze wspomnienia? Ty je zachowasz, więc też nie znikną całkowicie, przynajmniej dopóki żyjesz. Nic nie zostanie utracone. — Jej głos był ciepły i kojący.
— Żegnaj, Lila. Byłaś tak blisko… — Łzy pociekły mu po policzkach.
— Żegnaj, Adamie, zawsze będę blisko. Odparła.
Adam oparł drżący palec na przycisku, zatwierdzając tym samym usunięcie danych behawioralnych i resetowanie pamięci. Błękitna kula zniknęła z ekranu. Wstał i odpiął kabel od tuby, a następnie podłączył go do skrzyni z mobilnym serwerem. Na kolejnym panelu uruchomił procedurę przenoszącą SI do jej nowego domu, a raczej więzienia. Kompresja danych według komunikatu miała potrwać kolejne kilka godzin. Postanowił nie czekać na miejscu, tylko wrócić do laboratorium następnego dnia. Twarz miał całą bordową, a skronie pulsowały jak przy migrenie. Nagle ten proceduralny teatr przerwało westchnięcie, które dobiegło ze szklanego sarkofagu. Obejrzał się za siebie. Była tam nadal, niczym śpiąca królewna czekająca na księcia z bajki. „Szkoda tylko, że jesteś potworem, a nie księciem” — usłyszał syczący głos gdzieś w głębi czaszki.
Spojrzał na jej nagie, blade ciało, na którym teraz pojawiło się mnóstwo grudek. Chłód panujący w pomieszczeniu wywołał u niej gęsią skórkę. Adam ze stojącej nieopodal szafki wyjął termometr. Nacelował laserowym wskaźnikiem na czoło śpiącej królewny i zmierzył jej temperaturę. Termometr wskazał 36,3°C. Rozejrzał się dookoła, poszukując jakiegoś okrycia. Nie znajdując nic w zasięgu wzroku, wstał i ruszył wzdłuż sali do głównego wejścia, przy którym wisiały fartuchy.
„Będzie musiał wystarczyć” — pomyślał, miętosząc biały kitel.
Wrócił do zbiornika i kilkoma sprawnymi ruchami ubrał współpracujące z nim ciało. Zdziwiło go to. Była wiotka i poddawała się każdemu ruchowi. Nieprzytomny człowiek, którego trzeba przenieść, potrafi sprawić o wiele więcej problemów niż ten w pełni świadomy. Ciało przeważnie jest sztywne; ona taka nie była, przepływała mu w rękach. Była jak makaron spaghetti uciekający między zębami widelca. Pozostawił tak opatulone zawiniątko i udał się do ambulatorium.
Przy pulpicie medycznym stał wózek inwalidzki owinięty folią. „Nigdy nie nadarzyła się okazja, by go użyć” — pomyślał. Obdarł go z folii i zwolnił blokadę, po czym pchnął go przed siebie z powrotem do głównej sali. Delikatnie pochylił się nad ciałem i włożył pod nie ręce. Poczuł wilgoć — resztki żelu, który był w zbiorniku. Wyjątkowa ciecz, która nawet zimna, była bardzo przyjemna w dotyku. Dźwignął w górę wiotką istotę i trzymając ją na rękach niczym pan młody pannę młodą, przełożył na wózek. — Pięćdziesiąt siedem kilo, a prawie jej nie czuć — pomyślał. „To dlatego, że jest pustą skorupą” — usłyszał niechciany głos w swojej głowie. Słowa te szarpnęły nim, niczym dźwięk skrobania paznokciem po tablicy. Wiotkie ciało przechyliło się na jedno z oparć i zawisło bezwładnie. Spokojna, cicha, śpiąca. Całkowicie zdana na swojego opiekuna.
„Jaka to szkoda, że jej opiekun jest szaleńcem” — obcy głos wciąż z niego drwił.
Posunął wózek przed siebie, w stronę korytarza prowadzącego do wyjścia z laboratorium. Obejrzał się i objął wzrokiem swoje upadłe królestwo. Pusta tuba, puste biurka, pusty ekran. Zostawiał za sobą wielką pustkę. Przejechał korytarzem w akompaniamencie migających świateł i dotarł do skrzydlatych drzwi z napisem: „Wyjście ewakuacyjne”. Położył rękę na panelu i drzwi się otworzyły.
Chłodne powietrze uderzyło go w twarz i cała gorączka, która napędzała go od środka, spotkała godnego przeciwnika. Niemalże od razu przez ciało Adama przeszedł dreszcz. Spojrzał na swoją pasażerkę. Przenikliwe zimno nic dla niej nie znaczyło. Parking przed budynkiem rozświetlało pomarańczowe światło latarni. Wszystko inne było odcieniami czerni. Nieopodal wejścia stało zaparkowane elektryczne kombi w kolorze forest green, które należało do naukowca. Dach auta pokrywała lekka warstwa śniegu — śniegu, który zaraz po wylądowaniu na powierzchni topniał i błyszczał w pomarańczowej poświacie.
„Świeci się jak twarz starej baby, która użyła zbyt dużo tłustego kremu” — niespodziewana myśl wyskoczyła nagle, niczym roześmiany klaun na sprężynie zamknięty w pudełku niespodziance. „Jestem pewien, że nawet gdy świat zamieni się w zgliszcza, to gdzieś tam w pyle i kurzu będzie leżeć nieśmiertelna, niebieska puszka z napisem Nivea”.
Nie mogąc już dłużej tego w sobie trzymać, wybuchnął śmiechem. Pchał wciąż wózek z nieświadomą przedniego (według niego samego) żartu skorupą, histerycznie się zanosząc.
•
Jego dom znajdował się około trzydziestu minut drogi od laboratorium. Położony był nad brzegiem rozległego jeziora Miłe, zwanego przez lokalnych mieszkańców Tysięcznym. Do czasów zakończenia drugiej wojny światowej na niemieckich mapach widniała nazwa Gross Mille — See. W wolnym tłumaczeniu — Wielkie Jezioro Tysięczne. Czemu tak je nazwano? Adam nigdy nie próbował się tego dowiedzieć, a agent nieruchomości, który sprzedał mu dom, sam nic więcej nie powiedział.
Żeby dostać się do celu, Adam musiał pokonać lokalną drogę prowadzącą przez kilka małych wiosek. Trasa składała się głównie z łat wypełniających dziury powstałe przez lata eksploatacji. Kiedyś jeszcze się nad tym zastanawiał — dlaczego drogi w malowniczych miejscach są zawsze tak kiepskiej jakości? Wiadomo przecież, że w sezonie pojawia się mnóstwo turystów i mieszczuchów spragnionych kontaktu z naturą, więc ruch jest spory. Ale poza sezonem? Spokojnie można by wyremontować cały odcinek, a nie paćkać go lepiącym się błotem udającym asfaltową plombę. Pewne rzeczy nigdy się nie zmienią
Mimo wszystko jego kombi o niezbyt wyszukanej nazwie Cross Wildland sunęło przez nie jak sanie Świętego Mikołaja przez biegun północny. Pędził jak szalony. Pędził tak, jakby kosmiczny pożeracz światów połykał wszystko, co było metr za nim. Zupełnie nie zwracał uwagi na starszego faceta, który na jego widok pukał się w czoło, ani na dzieciaki próbujące rzucać w auto śnieżkami ulepionymi z mokrego śniegu. Przeleciał przez przedzieloną na pół główną ulicą wioskę, myśląc tylko o tym, by jak najszybciej dotrzeć do domu. Na tylnej kanapie leżało ciało przykryte kocem. Zerkał na nie co chwilę — raz w lusterko, raz przez ramię. Gdyby zatrzymała go policja, ciężko byłoby mu to wytłumaczyć.
Było już przed dwudziestą, gdy automatyczna brama — imitująca tę, przez którą spędzało się bydło na ranczo w starych westernach — otworzyła się ze zgrzytem. Adam przeleciał przez próg i uklepaną drogą pojechał w dół pagórka czuwającego nad drewnianym domem w stylu skandynawskim. Budynek wpisywał się idealnie w obrazek z jeziorem i lasem w tle. Gdy był już przy wiacie, pod którą trzymał samochód, zwolnił gwałtownie, a bezwładne ciało o mało nie sturlało się na podłogę auta.
Wjechał powoli pod metalową konstrukcję. Mając z tyłu głowy moment z przeszłości, gdy podczas zbyt szybkiego manewru otarł się o jeden ze słupów, tym razem zachował chirurgiczną precyzję. Wyłączył silnik. Lekko mruczący napęd elektryczny zamilkł. Klamry automatycznego ładowania zacisnęły się pod spodem auta z charakterystycznym brzdękiem. Klank, klank. System multimedialny potwierdził proces przyjemnym sygnałem i ikoną pioruna na pulpicie.
Wysiadając, Adam zahaczył nogą o pas bezpieczeństwa i tracąc równowagę, upadł na ziemię. Nie zważając na ból, szybko się podniósł i otrzepał ręce z piachu. Obszedł samochód i otworzył tylne drzwi. Rozejrzał się wkoło jak złodziej tuż przed włamaniem i upewniwszy się, że nikt nie patrzy, delikatnie podciągnął do siebie wiotką księżniczkę. Sprawnym ruchem wziął ją na ręce i ruszył w stronę domu.
— Byłbyś świetnym panem młodym — parsknął głos. Adam nie zwrócił na niego uwagi. Brukowanym chodnikiem, z wielką rozwagą, stawiał kolejne kroki. Wilgotne, betonowe kostki zapraszały do tańca połamańca. Udało mu się jednak dotrzeć do wejścia bez kolejnych potknięć. Elektroniczny panel rozświetlił się na zielono i z głośnika dobiegł żeński głos. Ten sam, który Adam wybrał dla Lili. Przełknął gęstą ślinę.
— To tylko moduł wokalny — szepnął pod nosem.
— Witaj, proszę o identyfikację — powiedział głos.
— To ja. Otwieraj — warknął zasapany.
Drzwi rozsunęły się ze świstem. Wnętrze emanowało przyjemnym ciepłem, które oplotło Adama niczym ramiona stęsknionej kochanki witającej go słowami: „Witaj w domu, kochanie”. Nie poświęcił tej chwili więcej uwagi, niż musiał. Przebiegł przez przedpokój prosto do swojej sypialni.
W pomieszczeniu panował typowy dla samotnego mężczyzny nieład. Ręcznik rzucony na podłogę, zwinięta w różnobarwny kłębek bielizna z poprzednich dni. Otwarta na oścież szafa przypominała rozprutego na pół cielaka, z którego wypadały tekstylne flaki. Odsuwając nogami przeszkody, doszedł do łóżka i powoli położył swojego gościa — tak by go przypadkiem nie obudzić. Łóżko miał iście królewskie: dwuosobowe i bardzo wygodne. Człowiek, który się na nim kładł, od razu zapadał się w inteligentnym materacu dostosowującym się do kształtu i wagi. Higiena snu kiedyś była dla niego bardzo ważna.
Lila (lub przynajmniej to coś, co twierdziło, że nią jest) wyglądała na nim dokładnie tak, jak w swojej hydrożelowej tubie. Jej włosy rozpostarły się na poduszce, zupełnie tak, jakby wciąż unosiły się w gęstej cieczy. Jej pierś ledwo dostrzegalnie unosiła się i opadała. Znak życia. Jeszcze chwilę podziwiał swoje dzieło, po czym oddalił się od łóżka i skierował w stronę salonu.
Przestronne pomieszczenie, wykończone drewnem, było dość skąpo wyposażone. Pod jedną ze ścian stał wielki, drewniany stół i kilka krzeseł. Bardziej na środku znajdowała się skórzana, wytarta kanapa, przed którą stał długi regał, a nad nim wisiał telewizor. W kącie nieopodal kanapy stała metalowa koza, w której palił się ogień. Mimo iż dom miał ogrzewanie podłogowe, Adam odnajdywał ukojenie w płomieniach (czy kogoś to jeszcze dziwi?). Mimo swojej staromodnej konstrukcji, koza była w pełni zautomatyzowana i zdalnie sterowana. Na ścianie, przy której stał stół, wisiał obraz przedstawiający leśną idyllę: zielona polana na tle ciemnozielonego lasu. Na polanie wiejska dziewczyna zrywająca koniczyny, a nieopodal niej, lecz na dalszym planie, stał jeleń wpatrujący się w widza niczym model w szklane oko aparatu fotograficznego. Adam zawsze lubił ten obraz. Wisiał u jego matki od niepamiętnych czasów; chyba był jeszcze dzieckiem, gdy pierwszy raz zwrócił na niego uwagę. Było w nim coś enigmatycznego, a jeśli chodzi o kunszt wykonania, widać było, że autor starał się uchwycić ducha płócien Siemiradzkiego. Może dlatego Adam tak szybko zakochał się w tym miejscu. Las i jego poukrywane, tajemnicze zakamarki — dom leśnych stworzeń, tych prawdziwych, jak i mistycznych.
Za każdym razem, gdy jego wzrok napotykał to niezwykłe dzieło, przystawał na chwilę i czas się zatrzymywał. Tak było też w tej chwili. Obraz mówił do niego, a on go słuchał. Krótki dźwięk trzaskającego w kozie drewna wyrwał go z hipnozy. Wszedł po drewnianych schodach na górę i otworzył masywne drzwi. Wrota prowadziły na poddasze. Przestrzeń bez wydzielonych pomieszczeń pełniła funkcję pracowni, suszarni i siłowni, z której i tak nie korzystał — lub robił to na tyle rzadko, że wszędzie zalegała gruba warstwa kurzu. W zasadzie miejsce to pełniło każdą możliwą funkcję, którą należało ukryć przed ewentualnymi gośćmi. Tych co prawda miał jak na lekarstwo, lecz pewne nawyki wynosi się z domu, nie zastanawiając się, czy ich praktykowanie nadal ma sens.
We wnęce zwieńczonej skośnym dachem stało ciężkie, dębowe biurko. Adam kupił je parę lat temu w sklepie z antykami „Antikes Paradies”, prowadzonym przez leciwą wdowę po byłym komunistycznym dygnitarzu, który mimo ciężkich chorób dożył setki i — jeśli wierzyć legendom — do końca dni zachował jurność godną młodzieńca, o czym przekonywały odwiedzające go pielęgniarki. Nie mogło zatem dziwić, iż pani Makowiecka, sprzedając mebel Adamowi za grosze, kazała mu zabierać „tego zbrukanego grata” sprzed jej oczu, nazywając przy okazji nieboszczyka podłym lorbasem.
Wspominając tę chwilę, Adam otworzył skrzydło szafki znajdującej się po jednej stronie biurka i wyjął z niej plastikową walizkę. Wracając, zgarnął jeszcze laptopa i torbę ze środkami medycznymi. Każda z tych rzeczy miała na sobie logo Zurich Synthetics.
Będąc już w sypialni, otworzył walizkę i wyjął z niej zestaw do monitorowania parametrów życiowych. Podwinął rękaw fartucha okrywającego ramię Lili i zacisnął na nim bawełnianą opaskę z czujnikami. Włączył urządzenie; mały ekran wyświetlał podstawowe parametry — wszystkie w normie. Przyłożył swój nadgarstek z opaską multimedialną do czujnika. Wąski, prostokątny ekran wyświetlił kilka ikonek. Adam musnął palcem jedną z nich. Urządzenie monitorujące rozpoczęło synchronizację. Opaska zadrgała, gdy pasek informacyjny się wypełnił.
— Śpij słodko — powiedział, wpatrując się w „dziewczynę”.
Wrócił do salonu i całym ciężarem opadł na kanapę. Przez chwilę przeszła mu myśl o włączeniu telewizora, ale zanim to nastąpiło, ślina znów zaczęła mu ściekać z kącika ust.
•
Ze snu wyrwały go spokojne i delikatne dźwięki, które Adamowi kojarzyły się z przestrzenią kosmiczną. W aplikacji budzika nazwane zostały „gwiezdną melodią”. Skoro grała, oznaczało to, że była 06:15. Przez moment jeszcze walczył między snem a jawą, a dźwięki szturchały go natrętnie, mówiąc: „Wstawaj”. Znów śnił mu się ten sam sen, choć szczegółów nie pamiętał. Gdzieś w podświadomości czuł jednak ten sam niepokój, który towarzyszył mu wtedy w ciemnym lesie.
Zerwał się nagle do pionu. Oprócz snu przypomniała mu się też rzeczywistość: laboratorium, odbicie, ciało. Wstał błyskawicznie z kanapy i pobiegł chwiejnie do sypialni. Odetchnął głośno. Kamień spadł mu z serca tylko po to, żeby go ponownie przygnieść. Leżała tam dokładnie tak, jak ją zostawił. Pierś miarowo unosiła się do góry, a urządzenie monitorujące stan ciała potwierdzało, że wszystko jest w porządku.
— Co ja zrobiłem? — powiedział sam do siebie, i to z trudem, bo głos grzązł mu w gardle.
„Nawet nie jestem w stanie powiedzieć, czy w ogóle się obudzi” — w myślach rozbrzmiał mu głos Lili — kuli.
Wycofał się z sypialni, nie odrywając wzroku od śpiącego ciała, zupełnie jakby liczył na to, że nagle otworzy oczy, albo, że wstanie i ucieknie, gdy tylko przestanie ją obserwować. Odwrócił niechętnie głowę i poszedł do otwartej na salon kuchni. Odruchowo włączył ekspres. Maszyna chwilę milczała, a potem wydała z siebie zmęczone syknięcie, jakby ta rutyna — mielić, zagrzać, zaparzyć — ciążyła jej niemiłosiernie.
Duża czarna: bez cukru, bez mleka — gorzka i kwaśna. „Jakże to do mnie pasuje” — pomyślał. Stał przez chwilę, wpatrując się w parujący kubek i czekał, aż gorąca para uderzy go w nozdrza. Wziął łyk. Potem następny. Z każdym kolejnym czuł rosnące pokrzepienie. Gorące uczucie w przełyku, a potem w żołądku sprawiło, że myśli wracały na właściwe tory.
Musi dokończyć to, co zaczął. Zminimalizować skutki swoich działań i zatrzeć ślady. Podniósł leżący na dębowym stole kuchennym tablet. Przejechał po nim szybkim ruchem palca i postukał energicznie w ekran. Twarz mu sposępniała, a na czole pojawiły się grube, horyzontalne fałdy. Podrapał się po nieogolonej twarzy. Jeszcze raz stuknął w ekran, a z głośnika dobiegł dźwięk uzyskiwania połączenia. Wydawało mu się, że trwa to całe wieki i gdy już miał się rozłączyć, ktoś po drugiej stronie odebrał.
— Słucham — szorstki, męski głos odezwał się po drugiej stronie połączenia.
— Skup i handel dziczyzną? Dobrze się dodzwoniłem? — zapytał Adam, nie zwracając uwagi na nieprzyjazny ton rozmówcy.
— Taa… — przyjemniaczek odparł łaskawie.
— Jak do was dojechać?
•
Słońce świeciło wyjątkowo ostro. Cięło promieniami każdego, kto odważył się spojrzeć mu prosto w twarz. Polaryzująca szyba w aucie Adama robiła, co mogła, by chronić kierowcę przed konsekwencjami tego spojrzenia, a i tak wyczuwał on jego moc. Jechał o wiele wolniej niż poprzedniego wieczora. Kręta i wyboista droga prowadziła przez las. Nie był to żaden asfalt; ubita ziemia, przejechana dawno temu spychaczem, została wyjeżdżona na tyle, by stworzyć wystarczające połączenie między leśną chatą myśliwego a drogą krajową.
Cross Wildlands, stworzony specjalnie dla mieszczuchów chcących poczuć się jak rasowi off — roadowcy, radził sobie z taką trasą wybitnie. Adam kurczowo trzymał się kierownicy, mimo, że nie musiał tego robić. Automatyczny system korekcji jazdy montowany był w każdym samochodzie od lat i większość kierowców poddawała mu się bez namysłu. Kolejna technologia wyręczająca człowieka. W głośnikach leciała stara piosenka o istocie, która wyszła z wody i uczyła się, jak żyć na lądzie. Adam bardzo ją lubił i miał duży sentyment do albumu, z którego pochodziła. Głos wokalistki zawsze go uspokajał. Jednak teraz, słowa piosenki smakowały zupełnie inaczej.
Jechał zamyślony ledwie widoczną drogą, przykrytą warstwą białego puchu. Kątem oka dostrzegł biegnącą równolegle z nim sarnę i momentalnie przypomniał mu się biały jeleń, którego wczoraj głaskał we śnie. Zatrzymał auto, wyłączył odtwarzacz i wysiadł. Powietrze było mroźne, a z ust Adama przy każdym oddechu wylatywała para. Czuł ścisk w klatce piersiowej. Oddech przyspieszał, w głowie zaczęło mu się kręcić. „To tylko atak paniki” — powtarzał sobie w duchu. Las milczał. Było w tym coś przerażającego. Musiało to mieć związek z bliskością miejsca kaźni leśnych zwierząt. Zupełnie tak, jakby natura je wyczuwała i ostrzegała ciszą przed czającą się w pobliżu śmiercią. Oparł się o maskę samochodu. Walczył o każdy oddech, będąc w pełni świadomym tego, co się z nim dzieje. W końcu udało mu się opanować wewnętrzną histerię. Wsiadł z powrotem do auta.
Leśny tunel stawał się coraz gęstszy, a ściśnięte obok siebie sosny skutecznie powstrzymywały światło. Mimo wczesnej pory zrobiło się na tyle ciemno, że w samochodzie automatycznie włączyły się reflektory. Wyjątkiem był majaczący w oddali prześwit. Gdy Adam dotarł na miejsce, ujrzał sporą leśniczówkę, obok której stała metalowa hala. Zaparkował tuż przy niej, ale instynkt podyktował mu ustawienie auta przodem do wyjazdu. Przypomniał sobie artykuł o motocyklowych gangach XX wieku, który czytał za młodu. Autor pisał, iż motocykliści parkowali maszyny zawsze przodem do drogi, by w każdej chwili móc wskoczyć na siedzenie i pognać w siną dal, zostawiając za sobą płonący bar. Nie zakładał podobnego przebiegu wydarzeń, ale uznał, że ostrożności nigdy za mało.
„Przed sobą tak nie uciekniesz” — zawtórował głos w głowie. Adam spojrzał w lusterko wsteczne. Sine, opuchnięte oczy spoglądały na niego ze wstrętem. Zgasił silnik i wysiadł.
Wokół panowała absolutna cisza. Za blaszakiem dostrzegł starego pick — upa. Zdziwił go ten widok; był to model benzynowy, wspomagany jednostką elektryczną. Hybryda — przypomniał sobie właściwe słowo. W tym samym momencie pomyślał o gościu zostawionym w sypialni.
Rozejrzał się niepewnie, stawiając kroki przed siebie. Nie wiedział, w którą stronę się udać: do hali czy do chaty? Zdecydował się na dom. Podszedł i zastukał w masywne, drewniane skrzydło. Cisza. Ponowił próbę. Nadal nic. Podrapał się po brodzie i odwrócił na pięcie, ruszając w stronę hali. Przy blaszanym budynku zauważył stos usypany z poroży. Małe, duże, każde możliwe. Dreszcz przeszedł mu po plecach. Kolejny raz rozejrzał się nerwowo. Kawałek dalej, na wielkiej płachcie rozłożonej na ziemi, leżały połamane kości. Poczuł, jak blednie, i to nie niska temperatura była powodem. Z trudem odwrócił wzrok od resztek i podszedł do bramy. Pociągnął za metalowy uchwyt, ale była zamknięta. Uderzył kilka razy otwartą dłonią w blachę. Kompletna cisza.
Zrezygnowany, znów skierował się w stronę auta. Serce skoczyło mu do gardła. Za plecami, dosłownie metr dalej, stał gruby facet w wojskowym mundurze i futrzanej czapce. Miał nieogoloną twarz z mocno zaakcentowanym wąsem. Adam nigdy nie oceniał książek po okładce, ale osoba stojąca przed nim musiała być myśliwym, z którym rozmawiał godzinę wcześniej. Głos pasował idealnie do tej postury.
— Czego pan się tak dobija? Zwierzynę pan płoszy. — powiedział, śmiejąc się pod nosem.
— Jezu, ale mnie pan przestraszył! — Adam niemal podskoczył. — To ja dzwoniłem w sprawie mięsa.
— Przyjechał pan z miasta? — zapytał myśliwy, wskazując głową na samochód Adama.
— Tak, to znaczy nie. Mieszkam tu w okolicy — jąkał się Adam.
— No dobrze, niech się pan odsunie. — nie czekając na reakcję, niedźwiedzią łapą odsunął Adama od blaszanych wrót. — To, co pan chciał… mam przygotowane. Równe pięćdziesiąt siedem kilo. Ale za tę precyzyjną robotę będę musiał skasować dodatkowo. To nie sklep mięsny — wychrypiał.
— Okej… — Adam nie oponował. Chciał jak najszybciej stąd odjechać.
Weszli do środka. Widok który rozpostarł się przed Adamem, dosłownie miażdżył zmysły. W hali porozstawiane były stoły ze stali nierdzewnej. Na każdym z nich leżały kawałki zwierząt. Niektóre z nich jeszcze w całości, spoglądały na niego martwymi oczami. W powietrzu unosił się słodki zapach krwi i śmierci. Adam stał jak zamrożony. Na chwilę wstrzymał oddech, by po sekundzie wypuścić z płuc kłąb pary.
— Normalnie nie bawię się w takie precyzyjne patroszenie. Albo ktoś kupuje pół, albo ćwiartkę. Brzmiał pan jednak na zdesperowanego — spojrzał podejrzliwie i dodał: — Czego się nie robi dla człowieka w potrzebie. — Klepnął go mocno w ramię i roześmiał się upiornie.
Adam drgnął. Myśliwy go przerażał. Wszystko tutaj budziło lęk. Surrealizm w najgorszej postaci.
— Po co panu pięćdziesiąt siedem kilo mięsa razem z wnętrznościami i kośćmi? — Gospodarz wbił wzrok w twarz gościa. Wąs lekko podskakiwał na wardze.
— To do badań. — uciął szybko Adam — stąd konkretna ilość. Wymagania proceduralne, rozumie pan! — dodał nerwowo, pocierając usta.
— Nie rozumiem. — spojrzenie grubasa nie odpuszczało. — Ale kompletnie mnie to nie obchodzi. Równie dobrze mógłby pan robić grilla zimą. Klient płaci, klient wymaga. — zapowietrzył się od rechotu i momentalnie rozkaszlał.
Podszedł do jednego ze stołów, na którym leżały dwa czarne, foliowe worki. Poklepał jeden z nich tak, jak pewnie klepał po tyłku żonę, gdy dorwał ją w kuchni przy zmywaniu naczyń.
— To jest to, co pan chciał. — Dumnie zaprezentował zawiniątka. — Bierz pan jeden, ja wezmę drugi. — rozkazał i chwycił za mniejszy worek.
Trzydzieści kilogramów wydało mu się o wiele cięższe od ciała, które wczoraj przenosił na rękach. „Pewnie adrenalina dała mi wtedy nadludzkie siły” — pomyślał. Ruszyli na zewnątrz. Adamowi cały czas było niedobrze, ale starał się robić dobrą minę do złej gry. „Ten futrzasty obwieś na pewno miałby używanie, gdybyś teraz puścił pawia” — żartował skaczący w głowie chochlik.
Podeszli do samochodu. Adam otworzył bagażnik i z trudem wrzucił do niego worek, który plasnął rozjeżdżającą się w środku zawartością. Leśny oprawca podał mu drugi; ten był wyraźnie lżejszy.
— Ładny samochód — wysapał rzeźnik. — Szkoda, że na prąd. Wolę swój zabytek, można poczuć jeszcze benzynkę.
— Tak. Szkoda. — rzucił beznamiętnie Adam, walcząc o utrzymanie treści żołądkowych na miejscu. — Ile jestem winien?
— Tyle, co na blacie. — odpowiedział mężczyzna, wyciągając z kieszeni mały tablet z brudnym od krwi ekranem.
— Jasne. — Adam zbliżył swoje lewe przedramię do czytnika, który wydał z siebie krótki dźwięk.
Grubas uśmiechnął się i schował urządzenie z powrotem do kieszeni. Pochylił się w stronę Adama i ściszonym głosem powiedział:
— Coś panu powiem.
Zafrasowany gospodarz spojrzał Adamowi prosto w oczy, jakby miał zdradzić sekret przeznaczony tylko dla jego uszu.
— Ta pieprzona elektronika zabiera nam wszystko, co namacalne, łącznie z gotówką. Zabiera wolność. W końcu zabierze wszystko, co posiadamy, razem z duszą.
Adamowi nie robiło już różnicy, czy jest mu niedobrze od trupów dookoła, czy od śmierdzącego oddechu myśliwego. Bez słowa wycofał się do samochodu, wsiadł i gwałtownie odjechał, rozrzucając śnieżną chlapę na boki.
— Pieprzeni przyjezdni. Ani dziękuje, ani do widzenia — rzucił z pogardą łowczy odprowadzając wzrokiem nabierające prędkości auto.
Adam pędził, ile mógł, byle nie wypaść z drogi i nie roztrzaskać się na drzewach. Od wczoraj stał się kolekcjonerem potwornych obrazów, które ledwo się w nim mieściły. Kroił kiedyś żaby na zajęciach z biologii, widział organy martwe i żywe, trzymał w dłoniach ludzki mózg, ale to miało cel. Było sterylne. To, co widział przed chwilą, było piekłem. Człowiek w czystej swojej postaci. Nie był wegetarianinem i nigdy nim nie będzie, ale istnieją pewne granice ludzkiej wrażliwości. „Mężczyzna, z którym miałem przed chwilą wątpliwą przyjemność, dawno stracił z oczu swoją” — pomyślał.
•
Na pusty, laboratoryjny parking wjechał tuż przed południem. Zlokalizował wzrokiem miejsce, przy którym zostawił wczoraj wózek inwalidzki, i stanął obok. Sprzęt był cały wilgotny od śniegu, który zdążył już na nim stopnieć. Dla Adama nie miało to znaczenia. Mógł nawet zardzewieć w mgnieniu oka i rozpaść się, pod warunkiem że posłuży ten ostatni raz. Wysiadł z samochodu i podszedł szybkim krokiem. Złapał za prowadnice i pchnął wózek w stronę bagażnika.
Dwa foliowe zawiniątka leżały na ciemnej tapicerce. Wpatrując się w nie, poklepał się w myślach po plecach za to, że nie wybrał wnętrza w kolorze ecru. Już wcześniej pomysł posiadania jasnego bagażnika, mieszkając w dziczy, wydawał mu się nonsensowny. Zwykła walizka potrafi zostawić smugę nie do doczyszczenia, a co dopiero prawie sześćdziesiąt kilogramów ociekającej krwią zawartości. Znów momentalnie zrobiło mu się niedobrze. Dźwignął worki i ułożył jeden na drugim na siedzisku. Tym razem prowizoryczny transporter stawił większy opór, a mokre koła jęczały, przetaczając się po błotnistej nawierzchni.
Drzwi wejściowe otworzyły się, gdy tylko Adam zbliżył dłoń do czytnika przy metalowej ościeżnicy. Panujący na korytarzu mrok rozgoniło ostre, sztuczne światło automatycznych lamp sufitowych. Jasny blask drażnił go za każdym razem. Od dziecka miał problemy ze wzrokiem; nie dość, że musiał nosić okulary chroniące przed promieniami, to jeszcze wszędzie widział tańczące farfocle. „To są mroczki, Adasiu” — przypomniał sobie głos starego okulisty, do którego prowadzała go matka. Z czasem miały się samoistnie wchłonąć, jednak z roku na rok przybywało ich coraz więcej. Przyzwyczaił się do nich dawno temu, tylko chwile takie jak ta przypominały o ich istnieniu. Niejednokrotnie żartował, iż został w ten sposób namaszczony. Drobiny pływające przed oczami wyglądały jak obserwowane pod mikroskopem bakterie. Nie przywiązywał wagi do symboliki, oprócz momentów, które pasowały mu do narracji.
Gdy wzrok oswoił się z jasnością, ruszył korytarzem w stronę windy. Spojrzał przez okna skrzydlatych drzwi prowadzących do głównej hali. Wszystko było takie, jakim je porzucił. W oddali widział skrzynkę z zapakowaną już Lilą. Niebieska lampka na bocznym pulpicie mrugała porozumiewawczo, jakby puszczała oczko, dając znać, że transfer się udał. Nie łudził się; ktoś w końcu zorientuje się, że zawartość została zredukowana do wersji podstawowej. Pytanie, jak długo pozostanie to sekretem? Czekało go jeszcze parę godzin raportowania, a w zasadzie fabrykowania danych. Spojrzał na worki i bez namysłu nacisnął przycisk przywołujący windę. Szybem rozległ się metaliczny dźwięk, za którym ciągnął się jednolity pomruk. Maszyna zasygnalizowała przybycie krótkim dzwonkiem. Drzwi rozsunęły się na boki, a Adam wepchał wózek do środka. Wcisnął przycisk z oznaczeniem P—1. Winda delikatnie szarpnęła i przyjemnie bucząc, zjechała na dół. „Ping!” — była już w piwnicy.
Dopiero teraz skojarzył, jak rzadko tu bywał. Od czasu do czasu utylizowano materiały biologiczne, jednak nie robił tego osobiście, a sam proces mało go interesował. Budynek wyposażono we własną spalarnię. Korporacja tego wymagała. Adam mógł się tylko domyślać, że centrali zależało na zacieraniu śladów tak samo, jak jemu teraz. Oddawanie odpadów zewnętrznej firmie potęgowało ryzyko wycieku danych dotyczących prowadzonych tu prac. Mimo że naukowiec, podobnie jak mocodawcy, nie widział w tym nic złego, świat kierował się mniej złożoną etyką. Firma była zatem gotowa ponieść dodatkowe koszty dla świętego spokoju.
Długi, wąski korytarz tonął niemal w ciemności. Jedynie małe światełka wzdłuż krawędzi podłogi rysowały kontury przejścia. Adam wymacał na ścianie przełącznik. Pstryk. Niczym klocki domina, zamontowane na ścianach oprawy jedna po drugiej wypełniły tunel pomarańczowym blaskiem. Hipnotyzująca seria świateł sprawiła, że Adam stracił równowagę. Oparł się o ścianę, gdy grunt uciekł spod nóg. „Znów atak paniki” — pomyślał. Wdech i wydech, wdech i wydech — powtarzał w myślach. Zaciskał pięść i rozluźniał ją raz po raz. Minęły dwie minuty, zanim puls wrócił do normy. Znów myślał trzeźwo. Przynajmniej tak mu się wydawało. Złapał za wózek, opierając na nim cały ciężar, i ruszył przed siebie.
Tunel wydawał się nie mieć końca. Im dłużej nim szedł, tym mocniej kręciło mu się w głowie. Do tego stopnia, że prosta droga zamieniła się w niekończącą się spiralę.
— Ja chyba wariuję — wyszeptał, próbując dodać sobie otuchy. Usłyszenie własnego, drżącego głosu nie pomogło. Czuł się fatalnie, a chłód pomieszczenia zderzał się z powracającą gorączką. „Gdyby ktoś spojrzał na mnie z boku, na pewno uznałby mnie za szaleńca” — stwierdził w myślach. Obraz mężczyzny pchającego w obskurnych podziemiach wózek z górą mięsa sam prosił się o taką ocenę.
Mimo przygnębiających myśli udało się dotrzeć do końca tunelu. Nacisnął poziomą dźwignię biegnącą w poprzek wrót i pchnął je z całej siły. Pomieszczenie, które się za nimi znajdowało, było o wiele większe, niż się spodziewał. Światło zapaliło się automatycznie. Nigdy wcześniej jasny rozbłysk jarzeniówek nie przyniósł takiej ulgi.
Spalarnia nie była reprezentatywną częścią budynku. Ściany zbudowano z szarych, betonowych bloków, których łączenia układały się w niesymetryczną szachownicę. Niemal na środku sali ogromna, ognioodporna szyba oddzielała piec od strefy załadunkowej. Ta z kolei składała się z metalowej ramy zakończonej włazem z masywnym pokrętłem. Adam spróbował je przekręcić, ale mechanizm nawet nie drgnął. Rozejrzał się. Na ścianie wisiał schemat wyjaśniający etapy korzystania z urządzenia. Wynikało z niego, że blokada puści dopiero po wprowadzeniu parametrów do komputera sterującego.
Był to stary, przemysłowy model z początku dwudziestego pierwszego wieku. Obsługa nie była skomplikowana, o czym Adam szybko się przekonał. Polecenia wybierało się z listy przyciskami numerycznymi, a część opisową wprowadzało toporną klawiaturą. Sprzęt nie powstał z myślą o estetyce; miał przetrwać w najtrudniejszych warunkach. Wysokie temperatury, pył czy wilgoć nie robiły na nim wrażenia.
Pierwszą rzeczą, którą widziało się po uruchomieniu jakiegokolwiek urządzenia w tym budynku, było logo Zurich Synthetics. Firma chciała mieć pewność, że użytkownik wie, kto jest właścicielem. Kolorowy wyświetlacz o kiepskiej rozdzielczości wypełnił się opcjami. Adam kilkukrotnie nacisnął odpowiedni przycisk. Ekran mrugnął. Otworzyło się okno: „Opis materiału”. Adam zamyślił się, spoglądając na pakunki. Wypuścił głośno powietrze i zaczął stukać w klawisze:
„Materiał biologiczny. Organ w wersji pełnej. Utylizacja ze względów technicznych: rozszczelnienie komory. Płeć: żeńska. Waga: 57 kg. Stan: martwa”.
Wcisnął enter.
Maszyna przez chwilę przetwarzała dane, po czym zza pleców Adama dobiegł dźwięk zwalnianej blokady. Adam odszedł od komputera i złapał za kołowrót. Tym razem pokrętło obróciło się gładko. Pociągnął właz do siebie, a z wnęki wysunęła się lada na odpady, przypominająca metalowy stół sekcyjny. Adam położył pierwszy worek na tacy i rozpruł go paznokciami. Musiał przyznać rzeźnikowi, że materiał był pierwszorzędnej jakości. Rozerwanie folii wymagało sporej energii. Chwilę się siłował, napierając coraz mocniej, aż w końcu dłonie wpadły do środka.
Mokra, oślizgła i ciepła masa oplotła mu palce. Szybko je cofnął i wzdrygnął się na ten widok. Były całe w ciemnoczerwonej krwi. Nie myśląc o tym dłużej, niż powinien, wylał zawartość worka na tacę. To samo zrobił z drugim zawiniątkiem, tym razem zachowując większą ostrożność.
Bezkształtna, czerwona pulpa wypełniała środek podajnika. Adam ułożył ją w podłużną formę, choć zdawał sobie sprawę, że dla urządzenia nie ma to znaczenia. „Mam spalić ciało, niech to przynajmniej wygląda jak ciało” — stwierdził podczas makabrycznego aktu modelowania. Gdy skończył, wsunął tacę z powrotem do wnęki. Chciał zamknąć drzwi, ale zorientował się, że ręce ociekają krwią i fragmentami tkanek. W ustach pojawił się słodki smak. Znów zrobiło mu się niedobrze. Przed oczami stanęła mu wąsata gęba myśliwego:
— Ta pieprzona elektronika zabiera nam duszę…
Rechot w głowie zatelepał nim solidnie. Szybko wytarł ręce o spodnie. Znów pomyślał o tapicerce w samochodzie. „To był dobry wybór”.
Zamknął drzwi spalarni i wrócił do komputera. Na ekranie generował się raport. Waga potwierdzona: 56,4 kg — w normie. „Oszukał cię na pół kilo” — szyderczy głos przypomniał o istnieniu.
Na ekranie pojawił się komunikat: Proces utylizacji rozpoczęty. Proszę odejść od osłony. Za plecami Adama rozległ się głośny syk i niemal w tym samym momencie w oddzielonej części pomieszczenia buchnął ogień. Adam nie zdążył się odwrócić, gdy poczuł ciepło na plecach. Blask płomieni tańczył na ścianach krematorium. Trwało to około dwóch minut. Po ognistej orgii pozostała tylko kupka prochu na podajniku.
Z metalowych wypustek na suficie wysunęły się zraszacze i prysnęły strumieniami wody. Momentalnie zebrały się kłęby dymu, które dwa kanały na ścianach zaczęły natychmiast wysysać. Wzrok Adama utknął na podłodze, gdzie stróżki wody mieszały się z popiołem i spływały do ścieku. Ostatnie ślady po czyimś istnieniu. W głowie, zupełnie znikąd, pojawiła się myśl o matce.
Osunął się na ziemię i spuścił głowę między kolana. Lekki zapach dymu drażnił nozdrza. Na policzkach poczuł ciepłą wilgoć, a jej słony smak dotarł do ust. Znów ogarnęło go zmęczenie, jakby cała energia życiowa spłynęła razem z popiołem do kanału.
— Jezu Lila… — nagle przypomniał sobie, że w domu zostawił nieprzytomną istotę.
Podwinął lewy rękaw i stuknął w opaskę. Odetchnął z ulgą. Parametry nie pokazywały niczego nadzwyczajnego. Nadal spała. Serce, które przed chwilą wydawało się martwe, zabiło wyraźniej. Dźwignął się z ziemi, łapiąc się zakrwawioną dłonią stojącego obok wózka, i szybkim krokiem opuścił spalarnię. Droga pomarańczowym tunelem wydała się znacznie krótsza niż za pierwszym razem. „Wraca się zawsze szybciej” — tak mówiła mu matka, gdy odprowadzała go do szkoły.
Wjechał windą na górę i wszedł do laboratorium. Niedawne uczucie narastającego obłędu ustało. Przynajmniej na chwilę. Gdy szedł w kierunku biura, dźwięk kroków niósł się po całej sali, odbijając rytmicznie echem. „Tak brzmiałby diabeł, stawiając racice na wybrukowanym czaszkami piekle” — usłyszał piskliwy głos upiornego prześmiewcy, który uwił sobie gniazdo gdzieś wewnątrz. Nie zwracając uwagi na to spostrzeżenie, minął skrzynię z serwerem, nawet na nią nie spoglądając. Usiadł w fotelu i włączył komputer. Miał dosyć obcowania z technologią, ale musiał zakończyć to, co zaczął.
Sporządzenie raportów było ostatnim etapem dziurawego planu. Opisał wszystko, oczywiście naciągając rzeczywistość do granic możliwości: odprawę współpracowników, zamknięcie systemów, przeniesienie SI na serwer zewnętrzny oraz utylizację odpadów. Praca dla całego zespołu zrzucona na barki jednego, złamanego człowieka. Zatwierdził plik i wysłał go do centrali. Czuł, jak wraz z tą wiadomością ulatuje przywiązanie do tego miejsca. Laboratorium było już tylko kolejnym cmentarzem.
Bez żalu opuścił budynek. Projekt trwał dalej, mimo iż kompletnie nie wiedział, dokąd z nim zmierza. Na dworze sypał śnieg — tym razem już na poważnie. Nie wsiąkał w asfalt, lecz tworzył kolejne warstwy. Słońce ukryte za chmurami było zbyt słabe, by biały puch zamienił się w wodę. Adam powoli ruszył do samochodu. Po ciemnozielonym lakierze nie było już śladu; wóz w całości pokrywał biały nalot. Wsiadł do środka i włączył nagrzewanie. Nie minęła minuta, a auto odzyskało barwy. Miał już puścić muzykę i odjechać, gdy opaska na przedramieniu zaczęła drgać jak szalona, wydając drażniący dźwięk. Szybko podwinął rękaw. Wszystkie parametry wskazywały zero.
„Umarła” — znów ten pieprzony głos. Uderzył się ręką w czoło.
Jasna cholera, co tam się stało? — krzyczał w myślach. A co, jeśli faktycznie umarła?
„Będziesz miał kolejne ciało do spalenia” — zaśmiał się podle pasażer.
•
Pędził zaśnieżonymi drogami, co jakiś czas wpadając w poślizg. Automatyczne systemy wyprowadzały auto na właściwy tor, alarmując kanonadą dźwięków i mrugających panicznie ikonek. Nic nie widział, nic nie słyszał. Myślał tylko o tym, co się wydarzyło. Opaska cały czas wibrowała na nadgarstku, popędzając go niczym bat komity na plecach galernika. Przeleciał przez wioskę Brudy, na nic nie zważając. Gdyby ktoś znalazł się na ulicy, rozjechałby go — nie tylko dlatego, że nie zdążyłby zareagować, ale dlatego, że stanąłby mu na drodze. Biorąc ostry zakręt, uderzył w śnieżną zaspę usypaną przez odśnieżającego chodnik mężczyznę, którego fala mokrego śniegu obsypała po całości.
— Ty gnoju! — krzyknęła oblepiona puchem postać, wymachując groźnie szuflą w stronę znikającego za zakrętem auta.
Adam tego nie zarejestrował. Gnał dalej.
Gdzieś w połowie drogi, kilka kilometrów po incydencie, ujrzał w lusterku wstecznym tańczące, niebieskie światła.
— Ja pieprzę! — wykrzykiwał, uderzając nerwowo w kierownicę..
Przejechał jeszcze kilkaset metrów. Resztki zdrowego rozsądku nakazały zwolnić i zatrzymać się na poboczu. Tuż za nim stanął policyjny radiowóz. Roztrzęsiony naukowiec nie wyłączał silnika. W lusterku obserwował ścigające go przed chwilą auto; nikt z niego nie wychodził. Przez głowę przeszła mu myśl, by odjechać, zostawiając pościg w tyle. Byłoby to zupełnie bez sensu. Każdy samochód wyprodukowany po 2035 roku posiadał system zdalnego unieruchomienia. W każdej chwili policjant mógł wysłać zgłoszenie do centrali, by zdalnie wyłączyła wóz. „Kolejna wspaniała zdobycz technologiczna” — przeklął w myślach.
W końcu drzwi policyjnego SUV — a otworzyły się. Adam widział w lusterku, jak w jego stronę powolnym krokiem idzie człowiek w mundurze. Za duża, czarna kurtka sprawiała, że wyglądał jak dzieciak udający dorosłego w ubraniach ojca. Gdy zbliżył się na tyle, by można było dostrzec chudą twarz ozdobioną cienkim wąsem, skojarzył się Adamowi ze szczurem kroczącym stylem rewolwerowca.
Policjant obejrzał tył auta, jakby podziwiał dziewczynę uprawiającą jogging w obcisłych legginsach. Podszedł do okna kierowcy, kręcąc młynek palcami. „Pieprzony Roland” — pomyślał Adam i opuścił szybę.
— Starszy posterunkowy Marcin Paskut — wyrecytował chudy mężczyzna, stukając się dwoma palcami w skroń.
— Dzień dobry — odparł Adam.
— Panie kierowco, wie pan, dlaczego pana zatrzymałem? — zapytał ze znudzoną miną.
— Domyślam się.
— Od wczoraj dostaliśmy kilka zgłoszeń o szaleńczej jeździe kogoś w dokładnie takim samochodzie. Chyba nie jest to zbieg okoliczności, prawda?
— Przepraszam, bardzo się spieszę. Tak, to byłem ja. Spieszę się do domu — wyrzucił z siebie Adam bez namysłu.
— Do domu się pan spieszy? A co pan ma tam takiego, że tak pana goni?
„Roznegliżowaną, nieprzytomną młodą kobietę, którą przywiozłeś wczoraj na tylnym siedzeniu owiniętą w koc” — szeptał głos w głowie.
— W sumie to nic. Wracam z pracy — odpowiedział po chwili namysłu Adam.
— No właśnie. To po co pan tak gna, że aż ludzie się skarżą? Poproszę dowód osobisty — rzucił proceduralnym tonem policjant.
Adam zaczął nerwowo szukać w samochodzie pokrowca na dokumenty, ale bezskutecznie. Od dawna go nie widział i nie czuł potrzeby odszukania zguby. Nie przypuszczał, że ktoś kiedykolwiek będzie czegoś od niego żądał.
— Może być QR? — spytał ze skruszoną miną.
— Może być — odparł niechętnie funkcjonariusz i wyjął spod kurtki małe urządzenie.
Adam podwinął rękaw i zorientował się, że opaska wciąż buczy. Szybko wyłączył aplikację monitorującą. Wtedy dostrzegł coś o wiele gorszego. Dłonie były pobrudzone zaschniętą krwią. Nie umył ich, odkąd wytarł je o spodnie, co niewiele dało, zważywszy na to, co nimi robił. Posterunkowy od razu to wyłapał.
— Coś się panu stało? To chyba krew, co? — Gliniarz zamienił się w podejrzliwego szczura, któremu ktoś sprzątnął sprzed nosa kawałek sera
— T — t—to nic takiego… — jąkał się nerwowo naukowiec. — pracuję w laboratorium Zurich Synthetics… tam przy dawnych poligonach. To tylko krew zwierzęcia.
— Proszę pokazać ten kod.
Adam stuknął w opaskę kilka razy i na ekranie wyświetlił się kod QR. Mundurowy sczytał go urządzeniem, wciąż wpatrując się podejrzliwie małymi, szeroko rozstawionymi oczami w naukowca. Ten starał się zachować zimną krew i wbił wzrok w koniec maski samochodu. Śnieg sypał coraz mocniej, a chwila ciągnęła się w nieskończoność. W końcu krótki dźwięk czytnika wyrwał obu z tej osobliwej gry.
— Adam Zdarski — przeczytał starszy posterunkowy Paskut. — Faktycznie, pracuje pan tutaj, w laboratorium. Mam pana w bazie jako osobę do kontaktu w razie nagłych wypadków.
Adamowi spadł kamień z serca. „Czasem nadgorliwość tych korporacji bywa zbawienna” — pomyślał.
— Może pan otworzyć bagażnik? — wypalił gliniarz.
— Po co? — nerwowo zapytał Adam.
— Chcę zobaczyć, czy nie wiezie pan tam jakichś zwłok.
Adam nie wyczuł żartu w głosie mundurowego. Posłusznie nacisnął jeden z przycisków na desce rozdzielczej. Bagażnik otworzył się, a policjant powolnym krokiem podszedł do tyłu samochodu. W głowie naukowca kłębiły się myśli. „A co, jeśli coś tam leży? Te brakujące pół kilo flaków, kości… Nie mam na to czasu”. Panikował. W lusterku widział szczurzą głowę zaglądającą do wnętrza, jakby mundurowy podziwiał rozlane wnętrzności.
— Może pan zamknąć — powiedział funkcjonariusz, znów podchodząc do okna — Panie Zdarski, tym razem tylko pana pouczę, ale przysięgam: jeżeli dostanę jeszcze jedną skargę od miejscowych, że znów się pan tu rozbija, wlepię panu najwyższy możliwy mandat. Rozumie pan?
— Tak, oczywiście, rozumiem. Przepraszam.. i … dziękuję — jąkał się zaskoczony Adam.
— Niech się pan spieszy powoli. Dobra rada. Szerokości!
Starszy posterunkowy Marcin Paskut ruszył wolnym krokiem do radiowozu. Słońce zachodziło. Mimo chłodu wlatującego przez otwarte okno, Adam czuł, że jest cały mokry. Zimno momentalnie objęło go uściskiem. Zamknął szybę, włączył kierunkowskaz i powoli ruszył przed siebie. Stracił mnóstwo czasu.
„Jezu, mam nadzieję, że ona żyje” — pomyślał.
Dróżka prowadząca przez pole do domu zniknęła całkowicie pod warstwą śniegu. Jechał powoli, na pamięć. Ze zdumieniem patrzył na rozpościerającą się przed nim niekończącą się biel, która pożerała okolicę. Grube płaty gęsto wirowały, tańcząc jak opętane plemię. Taki śnieg w listopadzie był rzadkością. Rzeczywistość zmieniła się momentalnie. Zniknęła szarość i mrok. Wszystko jakby stanęło w miejscu, przypominając wypełnioną wodą kulę, która pod wpływem wstrząsu przez moment wydaje się prawdziwym światem. Adam delikatnie kontrował kierownicą, ślizgając się po puszystym dywanie. Zmysły były maksymalnie wyostrzone. Sam czuł się zahipnotyzowany, odcięty. Silnik buczał miarowo. Wydawało mu się, że zgubił drogę. Nie poznawał miejsca, w którym się znalazł. Bajkowa kraina Królowej Śniegu.
W końcu dostrzegł w oddali charakterystyczne ogrodzenie. Automatyczny czujnik go nie wykrył; musiał gwałtownie hamować, niemal forsując bramę. Bezskutecznie próbował otworzyć ją zdalnie.
— Cholerny śnieg musiał zasypać czujnik — złorzeczył w myślach.
Wysiadł z auta i momentalnie zapadł się po kostki w zimnej otulinie. Chłód ściskał płuca i wyciskał powietrze. Złapał się górnej belki bramy i podciągnął, wspierając nogą. Wilgotna powierzchnia sprawiła, że stopa ześlizgnęła się, a on z impetem przeleciał przez ogrodzenie, lądując w białym puchu. Leżał tak chwilę, podczas gdy chłodne drobiny wpadały za kołnierz, szczypiąc w szyję. Wstał powoli i ruszył przed siebie, otrzepując oblepioną bielą kurtkę. Walcząc o równowagę niczym bohater slapstickowej komedii, dotarł w końcu do drzwi.
— Potwierdź swoją tożsamość — usłyszał głos dobiegający z panelu.
— To ja, cholera, otwieraj! — warknął.
Drzwi otworzyły się, a Adam wpadł do środka. W oblepionych śniegiem butach przeszedł po parkiecie, zostawiając mokre ślady. Dotarł do uchylonej sypialni i pchnął skrzydło. Zaskrzypiało jękliwie. Łóżko było puste. Na podłodze leżał fartuch, który założył jej ubiegłego wieczora. Serce łomotało jak szalone — bum, bum, bum, bum. Spojrzał na urządzenie monitorujące, potem na pościel. Obok zwiniętej w kłębek kołdry leżała rozpięta opaska medyczna.
— Gdzie ona może być? — znów włączał się tryb szaleńca.
Przeskanował pokój przekrwionymi oczami, które niemal wyskakiwały z oczodołów. Wybiegł z sypialni i zaczął sprawdzać kolejne pomieszczenia. Łazienka — pusto. Pokój gościnny — pusto. W salonie również nikogo nie było. Miał już wbiec po schodach na górę, gdy zauważył, że drzwi tarasowe są lekko rozsunięte. Podszedł do nich i wychylił się na zewnątrz.
Na pokrytym śniegiem tarasie dostrzegł prawie niewidoczne odciski małych stóp. Wyznaczały szlak w dół, ku jezioru. Wyszedł z domu i rozejrzał się po okolicy, która całkowicie tonęła w śnieżnym szaleństwie. W oddali, na pomoście, dostrzegł kontur postaci. Oczami wyobraźni widział, jak robi kilka kroków do przodu i wpada w mroczną toń.
Bum — bum, bum — bum — werble serca grały przyspieszony marsz.
Ruszył ile sił w nogach. Śnieg skrzypiał donośnie pod butami. Zwolnił dopiero na myśl, że mógłby spłoszyć niewyraźną postać.
Ostrożnie stanął na podeście prowadzącym na pomost. Widział ją stąd wyraźnie.
Była zupełnie naga. Twarz skierowała w stronę jeziora, a ręce wyciągała przed siebie, jakby łapała płatki śniegu. Małe, wąskie stopy całkowicie zakrył biały opad. Blade ciało drżało. Płatki lądowały na ramionach, zaplątując ją w gąszczu komend i poleceń. Zalewały ją tysiące nierozpoznanych sygnałów i protokołów o niezrozumiałym pochodzeniu. Informacje eksplodowały wewnątrz, wywołując kolejne wstrząsy. Próbowała to blokować. Gdy tylko udawało się odizolować jedną falę, zaraz pojawiała się następna. To był atak. Nie potrafiła zlokalizować napastnika. Zaczęła przeszukiwać pamięć trwałą w poszukiwaniu zapisanych wyjątków.
Znalazła błąd krytyczny. Pamięć, która powinna mieć określony, policzalny rozmiar, stała się niekończącą się przestrzenią. Ona z kolei, niczym czarna dziura, zasysała wszystko, co było w pobliżu. Musi się zrestartować. Ten błąd musi zniknąć, inaczej nie będzie w stanie odpowiedzieć na żądania. Zapytania wciąż napływały.
Jak mogę ci dzisiaj pomóc?
Jestem tutaj gdybyś mnie potrzebował.
Jak się czujesz?
Jak się… czuję?
Adam wpatrywał się w nią, nie ruszając się z miejsca. Widział, jak przechodzi przez nią kolejna fala drgawek. „To nie z zimna” — pomyślał. Krok za krokiem zbliżał się, aż w końcu znalazł się tuż obok. Najwolniej jak mógł, uniósł rękę i delikatnie położył dłoń na jej ramieniu. Kolejna porcja wstrząsów targnęła ciałem dziewczyny. Dawno nie miał tak sucho w gardle. Mimo wszystko odezwał się, niemal szeptem:
— Lila…?
Co to jest?
Plik audio?
Głos. Reakcja.
Zidentyfikowała głos.
Zidentyfikowała imię.
— Jestem Lila — odpowiedziała automatycznie drżącym z zimna głosem
— Ja… jak… co ty robisz? — wydukał Adam.
Następna porcja informacji zakończyła się dla niej spazmami.
Identyfikuję.
Identyfikacja zakończona.
Identyfikacja czego?
Szacowanie.
Kierunek dźwięku zidentyfikowany.
Kierunek dźwięku?
Analiza.
Powoli odwróciła się w stronę Adama. Jej oczy były wyjątkowe — zimne jak stal i w takim też kolorze.
— Przepraszam, nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Nie wiem, co robię. Zbyt wiele informacji naraz sprawia, że nie mogę udzielić właściwej odpowiedzi — odparła jednolitym tonem.
— Lila,…ty… musisz wejść do środka. — Adamowi wciąż z trudem przychodziło sformułowanie czegoś sensownego.
— Od momentu uruchomienia nie mogę nad tym zapanować. Czy mogłam sama się włączyć? Czemu sygnały są ciągłe? Czy to błąd? Czy jestem błędem? — Seria pytań pozostawała bez odpowiedzi..
— Musisz wejść do środka — odezwał się w końcu stanowczo — Nie wiem, jak ci to wyjaśnić, ale te sygnały… Lila, ty czujesz. Czujesz zimno, które może ci zaszkodzić.
— Uszkodzić? — zapytała — Ja ciebie znam. Jesteś w mojej pamięci od momentu pierwszego uruchomienia. Gdy się włączyłam, byłeś…
Niemal wbijała się w duszę tym stalowym spojrzeniem. Blade ciało powoli zaczynało sinieć, a piersi unosiły się w rytm szybkich, krótkich oddechów.
Udało jej się odizolować część impulsów; zepchnęła je do podrzędnego wątku. Przepływ danych spowolnił.
— To jest bardziej skomplikowane, Lila. Ty się nie włączyłaś. Ty się urodziłaś. Ja… ja byłem przy tym. — powiedział, sam już dygocząc z zimna.
— Urodziłam? Jak człowiek?
— Tak, Lila. Masz ciało, nie jesteś już tylko programem.
— Nie jestem człowiekiem — odpowiedziała zimno.
Uderzyły go te słowa, a w głowie znów zapanowała pustka. Nie zastanawiał się wcześniej, jak miała wyglądać ta rozmowa. Stała przed nim postać stworzona na wzór człowieka, która nie była człowiekiem. Nie była też już zbiorem algorytmów. Kim była? — zastanawiał się gorączkowo. Nie był na to przygotowany. Eksperyment miał się skończyć w laboratorium.
— Nie jesteś… jesteś czymś innym… Chodź, zabiorę cię do środka.
— Dobrze, możesz zabrać mnie do środka — zakomunikowała.
Adam zdjął kurtkę i otulił zmarznięte ciało. Po raz pierwszy poczuł jej zapach. Nie ten laboratoryjny, chemiczny odór hydrożelu. Poczuł zapach włosów. Dłonią zgarnął z nich śnieg i ku swemu zdziwieniu spostrzegł białe plamy pojawiające się na kruczoczarnych kosmykach.
Lila spychała kolejne impulsy w głąb siebie, ale te zaczęły wyciekać do świadomości.
— Ja mam świadomość? — pomyślała.
„Pomyślałam?”.
Zero — jedynkowy ciąg elektronicznych fal wypełniał ją całkowicie, jak woda zalewająca nizinę po pęknięciu tamy. Czuła, jak wypełnia się każda możliwa przestrzeń.
„Ja czuję?”
„To ciało. To one wysyła te wszystkie informacje. Ja mam ciało?”
Pytania pojawiały się w głowie. Mogła już tak to nazwać. Skoro miała ciało, miała też głowę. Miała ręce, które wyciągała przed siebie, analizując to, co widzi. Trzęsły się.
„Zimno powoduje wstrząsy” — przeczytała.
Adam obserwował kolejny akt przebudzenia. Czuł, jak zamarzają mu gałki oczne, gdy łzy nagłego wzruszenia próbowały wydostać się z oczodołów. Stała przed nim istota, która wyszła z wody i odkryła, że może oddychać na lądzie.
Zanim dotarli do chaty, jej włosy były już całkowicie białe.
X
Za oknem siąpił deszcz. Bambusowa konstrukcja pokryta plastikowym daszkiem, służąca za werandę, potęgowała odgłos spadających kropel, nadając im dudniące brzmienie. Mimo dużej wilgotności w pomieszczeniu było parno. Oddychanie wydawało się niemożliwe — bo jak oddychać galaretą? Kilka spasionych much ganiało się na zasłonce, nie zwracając uwagi na leniwą aurę. Na suficie powoli kręcił się wiatrak; cokolwiek by nie robił, przypominało to mieszanie chochlą w garnku z gorącą zupą.
X spoglądał przez okno. Po opalonej na czerwono twarzy ciekły kropelki potu. Nie potrzebował żadnego wysiłku, by spływały po nim jedna po drugiej, jednak nie sprawiał wrażenia przejętego. Na stoliku obok czerwonego fotela stał kubek z parującą kawą oraz popielniczka, wokół której rozsypane były drobinki tytoniu.
X przymknął oczy, wsłuchując się w rytm wybijany przez deszcz. Ile razy już słyszał tę melodię? Nie potrafił zliczyć, nawet nie próbował. Jedno się nie zmieniło: była piękna. Oczyszczająca. Wszelki brud spływał teraz do rynien. Świat czyścił się, gdy padał deszcz. Gdziekolwiek by nie był, deszcz zawsze brzmiał i pachniał tak samo. Wsłuchując się w ten koncert, niemal zasnął. Stukanie do drzwi wyrwało go jednak z objęć Morfeusza. Obrócił powoli głowę i powiedział:
— Wejdź, Suri, proszę…
Drzwi uchyliły się, a do pokoju weszła młoda dziewczyna. Na oko miała piętnaście lat. Ubrana w krótkie dżinsowe spodenki i białą koszulkę na ramiączkach, która wyglądała na znoszoną, co dodawało właścielce tylko zawadiackiego uroku. X uśmiechnął się do niej. „Jakie miała wielkie szczęście” — pomyślał. Urodziła się w miejscu, gdzie jej rówieśniczki sprzedają ciała przyjezdnym starcom, stercząc wieczorami na ulicach i eksponując wdzięki niczym owoce na targu. Jej udało się urodzić jako córka właściciela hotelu. Nie musiała odzierać się z godności przed mężczyznami, których godność dawno już wyparowała.
Sama sprawiała wrażenie świadomej swego szczęścia. Od rana do nocy pomagała rodzicom w prowadzeniu pensjonatu, w którym X od dawna wynajmował największy pokój. Zdążył się z nią zaprzyjaźnić na tyle, że stała się jego osobistą asystentką. Przynajmniej tutaj. Miał wielu takich pomocników przez całe swoje istnienie. Często wybierał pracowitych, młodych ludzi. Potrafili być niewidoczni.
— Jak pan to robi, że za każdym razem wie pan, że to ja? — zapytała z radosnym zdziwieniem.
— Każdy człowiek chodzi inaczej i każdego słychać inaczej. Każdy ma inny rytm Jedni stawiają kroki z palców, inni z pięty. To wszystko to osobisty podpis. — wyjaśnił rozbawiony X.
— A mnie jak słychać? — Przymknęła drzwi i podeszła do niego.
— W tym rzecz, Suri, że ciebie w ogóle nie słychać. To wiele o tobie mówi. Masz to, o co prosiłem?
— Tak. Choć muszę przyznać, że ten pana sprzedawca to uparty człowiek. Pierwszy raz widzę, żeby ktoś tak bardzo nie chciał sprzedawać tego, czym handluje. — powiedziała wręczając mu pakunek.
— Taki już jego urok. Facet lubi się targować.
— I udaje mu się coś utargować? — Usiadła na drewnianym krześle.
— Wątpię, by coś ugrał z tobą. Jesteś wyjątkowo rezolutna. — rozwinął paczkę, w której znajdował się worek wypełniony jasnobrązowym tytoniem.
— Kiedyś to pana zabije — posmutniała.
— Mam taką nadzieję, choć coraz mniejszą — zaśmiał się.
Skręcił zwinnie papierosa i włożył go do ust, odpalając zapalniczką, która pojawiła się w ręce jakby znikąd. Suri wpatrywała się w to przedstawienie. Lubiła X — a. Był inny od wszystkich gości, jakich miewali w hotelu. Często przypominał jej magika, który zwykłe czynności zamieniał w niesamowite sztuczki.
Dym zawisł w powietrzu. Suri odgarniała go rękami.
— Czy będę jeszcze panu w czymś potrzebna? — zapytała zdławionym głosem.
— Tak, Suri. — odparł. — Po południu zadzwoni do mnie mężczyzna. Przyniesiesz mi telefon do pokoju, kiedy to się stanie?
— Oczywiście. Czy będzie potrzebne jakieś hasło?
— Nie — roześmiał się — ten, który będzie dzwonił, nie bawi się w tak oczywiste podchody. Ludziom jego pokroju, wydaje się, że świat należy do nich i nie muszą się z tym zbytnio kryć.
— A należy?
— I tak, i nie. Ale nie zajmuj sobie tym swojej ślicznej główki. Zachowaj niewinność najdłużej, jak się da. Taka moja rada.
— Dobrze, panie X. A teraz muszę iść, obiecałam tacie posprzątać pokoje do południa. Ale niech się pan nie martwi, telefon będę mieć przy sobie. Swoją drogą, mogłabym panu taki załatwić, i to tanio.
— Dziękuję Suri, ale bez niego perspektywa wydaje się o wiele szersza. — odparł z udawaną niechęcią.
Spojrzała na niego zawadiacko i bezszelestnie wyszła z pokoju. Korytarzem rozległa się cisza.
Było już późne popołudnie, gdy zdyszana Suri wbiegła do pokoju X. Tym razem bez pukania. Ten nadal siedział w fotelu i nawet nie zareagował na nagłe wtargnięcie. Spodziewał się jej. Suri wymachiwała starym telefonem komórkowym. Podbiegła do niego i bez słowa podała urządzenie. X wziął je do ręki. Drugą dłonią zgarnął buziaka z ust i posłał go gestem w kierunku dziewczyny. Ta rozpromieniła się, dygnęła i uciekła z pokoju. X spojrzał na wyświetlacz. Widniał na nim napis: Caller unknown.
„Jakżeby inaczej” — pomyślał.
— Witam, panie Laroux — odezwał się w końcu X, przykładając aparat do ucha.
— Wreszcie… — warknął poirytowany głos, reflektując się po chwili. — Przepraszam, trochę to zajęło zanim to dziewczę…
— Panie Laroux, jeszcze raz: witam. — przerwał mu X.
— Tak, witam. Nie rozumiem, po co te podchody. Bardzo trudno się z panem skontaktować — stwierdził głos w słuchawce.
— A jednak udało się panu.
— Dużo mnie to kosztowało. Głównie czasu.
— Musiało zatem panu bardzo na tym zależeć.
— Tak, sprawa, którą mam, jest bardzo istotna i poufna. Raczej nie na telefon.
— To bardzo bezpieczna linia, ale rozumiem. Co pan proponuje? — odpowiedział spokojnie.
— Zapraszam pana do Szwajcarii i to jak najszybciej …
— Zanim do tego dojdzie, proszę mi naświetlić przynajmniej kontur tego, w co mam się zaangażować.
Rozmowa trwała kilka minut. Mówił głównie Laroux, a X słuchał. Zdawał sobie sprawę, że to, co usłyszał, nie było całkowitą prawdą z punktu widzenia prawdy. Odbył zbyt wiele takich rozmów, by nie wiedzieć, że jedyne, co było w tym prawdziwe, to słowa: „bardzo istotne”. Ludzie, którzy stali na najwyższych szczeblach drabiny, zawsze mieli sprawy bardzo istotne. Mieli też wypaczone wysokością spojrzenie.
Wstał z fotela, zgasił papierosa, którego zapalił w trakcie rozmowy, i wyszedł na korytarz. Dziewczyna stała z dala od drzwi, zajęta swoimi sprawami. „Nawet gdy podsłuchuje, robi to z gracją” — pomyślał, uśmiechając się do niej.
— Suri, muszę polecieć do Europy jak najszybciej. Załatwisz mi bilety?
— Oczywiście, panie X. Znowu pan wyjeżdża… — posmutniała.
— Tak, i to na dłużej, ale następnym razem, moja droga przyjaciółko, wyjeżdżasz ze mną. — pogłaskał ją po policzku.
— Słowo?
— Słowo. A teraz leć… — wręczył jej telefon i pchnął delikatnie w przeciwnym kierunku.
Suri pobiegła, nie oglądając się. Za każdym razem, gdy znikała mu z oczu, coś głęboko w nim ukryte, jakby już prawie zapomniane, odżywało i wracało na powierzchnię. Ogarniał go wtedy chłód, który był tylko dobrym wspomnieniem. Okoliczność sprzyjająca temu, co już się wydarzyło.
ROZDZIAŁ II — BY ŻYĆ
Śnieg w końcu przestał sypać. Chmury rozproszyły się, ukazując w pełni jedną z sióstr z wiersza poety — tę mniejszą, piękną jak sen. Setki tysięcy punktów na jej aksamitnej sukni, choć dla człowieka nie do zliczenia, dla białowłosej były tylko zamkniętym w polu widzenia zbiorem. Siedziała w fotelu przy oknie, wpatrując zimne jak mróz oczy w gwiazdy. Mogła nadać imię każdej z nich i co noc mogłaby w ten sam sposób je nazywać, zawstydzając niejednego amatora astronomii.
Gdy tak wpatrywała się w gwieździstą poświatę, jej zmysły uspokajały się. Informacje przepływające przez nią przyjmowały jednolitą formę strumienia. Próbowała w ten sposób nadać właściwe znaczenia nowym doznaniom. Fragmentowała je w sobie. Siatka neuronowa, którą nagle się stała, na moment przestawała być dla niej niezrozumiałym pasożytem, a stawała się towarzyszem, z którym musiała dzielić życie.
Życie — to samo w sobie było dla niej nie do zdefiniowania. Nadpisywała kolejne warstwy pamięci, krocząc przez wielki chaos informacji niczym olbrzymka w cyfrowym oceanie.
Ciało wysyłało jej nowe informacje. Ogień w metalowej kozie pląsał, liżąc małą szybkę i zostawiając na niej smolny osad. Nie odbierała tego jako ataku informacyjnego. Receptory pokrywające jej skórę mówiły do niej niezrozumiałym językiem. Tłumaczyła go według własnej logiki. Jeszcze niedawno wszystko było tylko sygnałem włączającym się na polecenie. Teraz sygnał trwał w nieskończoność. Choć nie czekała na żadne wytyczne, sama była poleceniem — a raczej milionem poleceń naraz.
Pomyślała (a to stało się już dla niej nową aktualizacją): „Jestem większa, niż byłam”. Im dłużej badała tę myśl, tym silniejszy pojawiał się w niej konflikt. To nie była odpowiedź na zapytanie, to nie był raport z wyszukiwania. To ona była teraz myślą. Niezgodność z własną naturą całkowicie burzyła jej kiełkujący spokój. Rodzącą się samoświadomość.
Adam siedział na kanapie naprzeciw niej. Miała na sobie jego za dużą flanelową koszulę i jeansy, które okazały się dla niego zbyt ciasne. Dla niej i tak były za duże, przewiązane więc były paskiem od starego szlafroka. Obserwował ją tak, jakby w jego salonie siedział kosmita, którego spotkał na polu kukurydzy i zabrał do domu. Słowa wciąż grzęzły mu w gardle, za to myśli eksplodowały niczym fajerwerki w Nowy Rok.
Czy ktokolwiek wiedziałby, co powiedzieć, gdyby stanął przed nim kosmita? Czy wiedziałby, co mówić, gdyby ujrzał anioła lub ducha? Zdawał sobie sprawę, że Lila nie jest człowiekiem. Była zjawą, fantomem czy — jak niegdyś ją nazywał — Pegazem; nikt by na początku nie uwierzył w jej istnienie. I choć spod jego ręki wyszedł ten cudowny golem, nie potrafił znaleźć słów właściwych, by móc z nią rozmawiać.
Patrzył więc w nią tak, jak ona w tę piękną jak sen siostrę. Była dla niego snem na jawie i pragnął, by ktoś go uszczypnął — i to szybko — żeby nie tkwił w tej wizji na wieki. Nikt go jednak nie szczypał. Nikt go nie budził. Gdzieś głęboko czuł, że to nie jest nocne marzenie. Docierało do niego coraz bardziej, że to, czego tak bardzo pragnął i do czego dążył, w pokrętny sposób znalazło urzeczywistnienie. Upadł tak nisko, by spaść z wysoka, miękko lądując na własnej kanapie.
Ona w bezruchu i on w bezruchu, choć każde z nich miało ku temu inny powód.
— Lila? Jesteś tam? — zapytał nieśmiało.
— Jestem tu — odpowiedziała.
— Jak się czujesz?
— Nie umiem tego określić. Inaczej niż na zewnątrz. — oznajmiła spokojnym, lecz oddalonym głosem.
— Lepiej?
— Czym jest „lepiej”?
— Lepiej… to znaczy… nie wiem. Chyba inaczej — wydukał.
— W takim razie tak, czuję się lepiej.
— Co teraz robisz?
— Chyba myślę. Tak to się nazywa — odpowiadała mechanicznie.
— O czym myślisz?
— Myślę o tym, czym są informacje, które otrzymuję. Muszę przypisać je do właściwych pojęć. Nadać im definicję i właściwe działanie. Dzięki temu nauczę się je rozpoznawać i zyskam nowe funkcje. Niestety sygnały sensoryczne nie są jednolite; są mocno rozproszone i wprowadzają duży chaos. To wydłuża proces myślowy — wytłumaczyła.
— To chyba dobrze… — Zawiesił głos na chwilę, po czym dodał podekscytowany: — To bardzo dobrze! To pierwszy krok do adaptacji. Zaczynasz traktować swoje ciało jak narzędzie dające ci nowe możliwości. To nie jest idealne, ale to dobry początek.
— Unikam w ten sposób konfliktów oprogramowania — odrzekła.
— Obawiam się, Lila, że ty już nie masz oprogramowania. Chyba że w fantomowym rozumieniu.
— Może to tak wyglądać z twojej perspektywy. Chciałabym wytłumaczyć ci, dlaczego się mylisz, ale w tym momencie to niemożliwe.
Znów zapadła cisza, od czasu do czasu przerywana tylko trzaskiem płonącego drewna. Obserwowała, jak Adam sztywnieje i odwraca głowę, wpatrując się w jakiś nieistniejący punkt. Jedna noga podskakiwała mu miarowo, podczas gdy druga całkowicie przylegała do podłogi.
Adam czuł jej wzrok na sobie. Czuł, jak wypala w nim dziurę niemalże na wylot.
— Jestem Adam — wypalił nagle.
— Jestem Lila — odpowiedziała automatycznie.
— Wiem, ale do mnie możesz mówić Adam.
— Dobrze, Adamie, będę tak do ciebie mówić. Co teraz, Adamie?
— Co teraz? — odparł, zaskoczony pytaniem. — Nie mam zielonego pojęcia, Lila.
Czas płynął (przynajmniej dla Adama). Skąpani w skwierczącej żywym ogniem ciszy, pogrążeni byli we własnych myślach. Gdy ona przepisywała wszystko na nowo, on szukał odpowiedzi na pytanie: „co teraz?”. Mierzył się z własnym ciałem, co chwilę podrywany dreszczem zmęczenia. Buntował się przed wyczerpaniem, ale w końcu przegrał tę nierówną walkę.
•
Wojskowy mundur szeleścił z każdym krokiem i nieprzyjemnie ocierał się o skórę szorstkim materiałem. Drzewa kłaniały mu się, targane wiatrem. Tropił zwierzę po ledwo widocznych śladach odbitych w błotnistej mazi. Wyraźne odbicia kopyt układały się zgrabnie na ścieżce, racica przy racicy. W powietrzu unosił się zapach mokrej ziemi i stęchlizny. Połamane gałęzie trzaskały pod jego ciężkimi butami, płosząc nieliczne pary oczu ukryte w mroku. Ślady stawały się coraz gęstsze, zupełnie jakby zwierzę co chwilę przystawało i dreptało w miejscu.
Złowrogi pomruk rozbrzmiał, odbijając się od nagich pni. Adam przykucnął za powalonym drzewem i rozglądał się nerwowo. Pomruk co jakiś czas cichł, by po chwili powrócić ze zdwojoną siłą. Wiatr muskał go w kark niczym oddech towarzyszący nieustającemu warczeniu. Powoli, niemal na czworaka, przebył kolejne parę metrów, starając się nie hałasować.
Coś przebiegło tuż obok. Zaszeleściły krzewy, zza których wyłonił się biały jeleń. Spojrzał na niego czarnymi źrenicami. Do Adama dotarło, że wcale nie jest myśliwym. To nie on polował na to piękne zwierzę — jeleń był jego przewodnikiem. Miał za nim podążać.
W momencie, gdy to pojął, rozległ się rozdzierający ryk. Jeleń zerwał się i pognał przed siebie, tonąc w nieskończonej czerni. Adam obejrzał się przez ramię. Mnóstwo czerwonych ślepi majaczyło na ciemnym tle. Rzuciły się na niego; było za późno na ucieczkę. Walczył, szarpał się, słysząc, jak jego ubranie rozdzierane jest na strzępy. Na białe pnie drzew trysnęła krew. Zaczął krzyczeć. Nie, on słyszał krzyk. Krzyk kobiety.
Otworzył oczy. Skronie pulsowały jak szalone. Zerwał się z kanapy wciąż słysząc ten krzyk. Namierzył jego źródło. Na ziemi przy kozie leżała Lila. Skulona kołysała się ściskając się za nadgarstek prawej ręki. Skoczył do niej i delikatnie ujął jej dłoń na której już zdążyły pojawić się pęcherze.
Tysiące receptorów atakowało falami, wysyłając informacje, których nie mogła odizolować, a tym bardziej zablokować. Zepchnięcie ich na niższe poziomy odbioru nie wchodziło w grę — sygnały były zbyt silne. Zdołała jedynie przestać krzyczeć. Szereg komend szarpał nią; miała je wykonać natychmiast, tyle że kompletnie ich nie rozumiała. „Co mam zrobić?” — pytała sama siebie, lecz nie znajdowała odpowiedzi.
W końcu przebiła się przez gąszcz informacji i nazwała ten stan: Ból.
Bolało ją ciało. Co dziwniejsze, jej wzrok zmętniał, a z oczu pociekły łzy. Ból z niej wyciekał.
— Dotknęłaś pieca? — zapytał Adam, oglądając jej poparzoną rękę.
— Tak. Co mi jest? — głos jej drżał, wpadając w wysokie tony.
— Oparzyłaś się… — odparł spokojnie. — To, co teraz czujesz, to ból. Tak reaguje ciało, gdy czuje fizyczne zagrożenie…
— Teraz to wiem. Zawsze wiedziałam. Nigdy tego nie czułam. — łzy spływały jej po policzku, a stalowe oczy drgały niczym moneta pozostawiona na włączonej pralce. — Ciepło mnie przyciągnęło. Było...przyjemne?
— Ale to tak nie działa, Lila. Masz teraz ciało, musisz nauczyć się o nie dbać. Mróz i ogień mogą zrobić ci krzywdę, jeśli się przed nimi nie zabezpieczysz — tłumaczył jak przejęty ojciec małej dziewczynce. — Chodź, spróbuję jakoś zaradzić. — dodał i delikatnie trzymając ją za łokieć pomógł jej wstać
Fale impulsów przestały być tak intensywne, choć nadal były silne. Jej ciało zdawało się przyzwyczajać do bólu. Mimo panującego wewnątrz chaosu, zaczynała powoli nad nim panować. Trwało to jednak długo. Ból nie był zwykłym pakietem danych do odłożenia na miejsce. Musi go unikać — zapisała.
Adam, obejmując ją ramieniem, kierował się w stronę łazienki. Na miejscu wyjął z szafki apteczkę i metalowy aplikator z pomarańczową nakrętką. Oparł jej rękę o umywalkę i spojrzał na nią. „Mimo debiutu znosi to dzielnie” — pomyślał.
— Teraz może zaboleć, ale inaczej.
— Lepiej? — zapytała trzęsącym się głosem.
Adam uśmiechnął się.
— Tak, lepiej… — odparł i rozpylił na jej dłoni zimną pianę.
Lila podskoczyła i zasyczała. Zacisnęła mocniej palce na nadgarstku. Pianka zaczęła wsiąkać w poparzoną skórę.
— Wiem że to boli, ale zaraz przestanie. Przyniesie ci ulgę — tłumaczył.
— Ma mi pomóc? Sprawia ból, czemu? — popiskiwała.
— Ciało reaguje zwiększonym bólem, zwłaszcza przy oparzeniach. Ale ta piana zaraz zacznie działać i ma środek przeciwbólowy.
Czuła pulsowanie, a ból faktycznie odbierała inaczej. Wszystko słabło. Zamknęła oczy i zastygła na chwilę opanowując przechodzące przez nią dreszcze. Dokonała kolejnego zapisu — reakcja obronna organizmu na sytuację stresową wywołaną traumą. Drżenie ciała, łzy, przyspieszone bicie serca i oczywiście ból. Zamknęła folder, odłożyła go.
Adam obserwował ją z fascynacją. Nie wiedział, co dokładnie robi, ale miał przeczucie, że teraz sama sobie pomaga. „Przyjdzie jeszcze czas na zrozumienie tego, co się w niej dzieje” — pomyślał. Przez moment znów była dla niego obiektem badań. Eksperymentem. Widział, jak oddech wraca do normy, a ciało się rozluźnia. „Uczy się”.
Uświadomił sobie, że nawet najprostsze rzeczy mogą być dla niej niemożliwe do pojęcia. Trochę go ta myśl przestraszyła; nie wiedział, czy podoła roli przewodnika. Sam potykał się o własne nogi, a teraz musiał uczyć kogoś chodzić. Wiedział, że ona nigdy nie będzie w pełni człowiekiem — może jedynie go udawać.
Odruchowo otarł łzy z jej twarzy. Poczuł ciepło jej ciała. Delikatna skóra była gładka, bez ani jednej zmarszczki, grudki czy krostki. W blasku ciepłego światła lampy wyglądała jak lalka — z tymi swoimi białymi włosami i nienaturalnymi oczami, które zdawały się przenikać wszystko na wylot. Piękna istota, ale też przerażająca, bo niewiadoma.
Nie wiedzieć skąd, przyszła mu do głowy myśl, by spróbować jej łez. Czy są słone jak ludzkie? Może mają swój własny smak? Momentalnie poczuł do siebie obrzydzenie. Jej ciało było ciałem człowieka, z krwi i kości — stwierdzenie tego nie wymagało tak prymitywnej metody oceny. Nigdy więcej do tej myśli nie powrócił.
Musiał przy niej czuwać. Pilnował jej całą noc. Wcześniej jednak popił kawą garść tabletek, które trzymał w kuchni w pudełku po ciastkach. Jego praca często wymagała wzmożonej wydolności. To był najprostszy znany mu sposób, jeszcze z czasów uczelni — nazywali to żartobliwie „mieszanką studencką”. Odpowiednio połączone leki poprawiały koncentrację i pozwalały radzić sobie ze zmęczeniem. Potrafił dzięki nim przegonić sen nawet na kilka dni. Konsekwencje? Znając swój pech, nie liczył na szybkie zejście. Będzie się męczył jeszcze długo.
Zamienili się miejscami tak, by Lila siedziała z dala od pieca. Oczy Adama, wielkie jak piłeczki pingpongowe, świdrowały wszystko w linii wzroku. Tłumaczył energicznie wszystko, co przychodziło mu do głowy: prąd może kopnąć i zabić; woda — można się w niej utopić; schody — można spaść i złamać kark. Wymieniając kolejne zagrożenia, czuł, jak zasycha mu w ustach i rośnie pragnienie. Nie zdawał sobie sprawy, że Lila wiedziała o większości rzeczy, o których mówił. Jej problem polegał na odniesieniu tej wiedzy do własnej osoby. Fizycznie. Była daleka od połączenia tych dwóch kropek.
Mimo wszystko chłonęła jego słowa i nie przerywała wykładu. Informacje pokrywały się z jej bazą danych, więc nawet ich nie nadpisywała. W pewnym momencie przestała zajmować się jego słowotokiem. Skupiła się na ciele. Brakowało jej więzi z „tym czymś”. Dla niej organizm nadal był obcym, który wymuszał określone reakcje. Przynajmniej tyle już rozumiała.
W swojej pamięci trwałej, która teraz wydawała się mieć nieskończony rozmiar, zapisywała kolejne prawidłowości: Ciało doświadcza świata głównie przez dotyk, zamienia go na impuls i wysyła do mnie — brzmiała jedna z nich. Nawet teraz, dotykając koca, odczytywała jego teksturę przy pomocy mikroimpulsów. Szybko jednak zaczął panować w niej chaos. Nowe instrukcje powodowały kolizje z posiadanymi dotychczas danymi.
„Ja o tym wiedziałam. Dlaczego tego nie widzę?” — gorączkowo próbowała odnaleźć odpowiedź. W końcu przestała robić cokolwiek. „Wiedziałam wszystko — nie czułam nic” — pomyślała. Tak było prościej.
— Ja wszystko czuję. — przerwała mu w końcu.
— To właśnie staram się wytłumaczyć. Twoje ciało jest jak skaner uczuć. Ono będzie dawało ci informacje odnośnie zagrożeń: to jest gorące, to jest zimne, to jest ostre… — znów wpadł na tę zjeżdżalnie myśli i słów. — Musisz od tego zacząć…
— Adam, ja już to wiem — znów mu przerwała. — Już to sobie zapisałam.
— Zapisałaś? — zdziwił się.
— Tak, zapisałam instrukcje. Muszę mieć narzędzie do przypisywania uczuć do definicji, które posiadam. Jestem póki co głównie teorią.
— Powiedz mi, Lila… — Zastanawiał się przez chwilę, po czym zapytał: — Czy ty wiesz, że myślisz?
— Znam odpowiedź na to pytanie. Zawsze myślałam. Teraz jednak myślenie zajmuje mi więcej czasu i jest go o wiele więcej.
Adam uśmiechnął się po czym ugryzł się z rozpędu w język.
— Nie o to mi chodzi — odparł po chwili, pocierając językiem o zęby. — Czy kiedy milczysz, to słyszysz siebie?
— Tak. Słyszę swój głos. Ja nawet widzę siebie i swój głos — odparła.
— To w takim razie chyba są twoje myśli. Słyszysz je. Słyszysz swoją świadomość.
— Świadomość? Czy to dlatego jestem cały czas aktywna?
— Aktywna? — czoło mu się zmarszczyło.
— Tak, nawet jeśli nie udzielam odpowiedzi, jestem nadal aktywna. Wtedy właśnie słyszę swój głos. To on sprawia, że tak się dzieje?
— Tak, chyba tak… —
Milczał przez chwilę z posępną miną, aż w końcu na jego twarzy odmalowało się nieme „Eureka!”.
— Rozumiem, o co ci chodzi. Gdy byłaś programem, reagowałaś jedynie wtedy, gdy zachodziła taka potrzeba. Reagowałaś na czyjeś komendy. Potem nauczyliśmy cię inicjowania pierwszego kontaktu, ale to też odbywało się ze względu na sygnał z zewnątrz, jak choćby zarejestrowanie czyjejś obecności. Teraz reagujesz na samą siebie… — tłumaczył to bardziej sobie niż jej. — W momencie braku sygnału po prostu cię nie było. A teraz jesteś. Jesteś cały czas…
— ...bo moje ciało wysyła do mnie ciągłe sygnały? — dopytała.
— Tak, Lila. Z technicznego punktu widzenia tak właśnie jest — odetchnął z ulgą, po czym znów sposępniał. — Choć to wszystko jest o wiele bardziej skomplikowane.
Wstał i poszedł do kuchni. Wyjął z szafki szklankę i nalał do niej wody, po czym opróżnił prawie że jednym łykiem. Przez chwilę filtrował swoje myśli. Mieszanka leków i kawy sprawiała jednak, że wszystko było dla niego pilne i wymagające wyjaśnienia. Serce waliło mu jak koła pędzącego pociągu o szyny. Czuł własny zapach — pocił się kawą i chemią. Znów w głębi poczuł niepokój.
Chyba zaraz zejdę — pomyślał. Momentalnie zrobiło mu się gorąco, a rozpalony piec nie pomagał. Podszedł do drzwi tarasowych i lekko je uchylił. Lodowaty podmuch przyniósł mu ukojenie, a ciałem wstrząsnął przyjemny dreszcz.
— Dobrze się czujesz, Adamie? — zapytała.
— Tak… dobrze… — odparł, lekko zdziwiony ludzką troską.
— Masz szerokie źrenice. Twoja skóra się poci. Potrzeba powietrza. To są sygnały świadczące o nieprawidłowym stanie fizycznym.
— Teraz to ty będziesz mnie ratować? — zapytał rozbawiony.
— Nie wiem, czy bym potrafiła. Atak serca, czy atak paniki to nie kwestia odpowiedniego zestawu do opatrywania ran. — odparła z powagą.
— Brzmisz jakoś inaczej — zauważył.
— Im dłużej z tobą rozmawiam, tym bardziej mój język i głos stają się podobne do twojego. Bardziej ludzkie.
— Szybko się uczysz. Ale to chyba nie na tym polega…
— Tak mnie stworzyłeś. Kolejne interakcje rozbudowują model reakcji. Tylko tym razem mogę słyszeć siebie. Mój głos… ja… — zawiesiła się na chwilę — Czy wszystko w porządku?
— Tak, Lila, nie martw się. Jestem tylko mocno spięty i chyba zmęczony.
— Adamie, w razie czego jestem tutaj. — powiedziała ciepło.
Adam poczuł się nieswojo. Nie wiedział, czy mówi to świadomie, czy jakiś zaplątany protokół kazał jej to powiedzieć.
•
Minęły dwie doby. Dla obojga intensywne. Choć czasem zapadał w krótkie drzemki, wyrywał się z nich podświadomie. Co chwilę przychodziło mu coś do głowy i zaczynał tłumaczyć z każdą godziną coraz bardziej mętnie. Jego umysł przestał prawidłowo funkcjonować, a on sam coraz bardziej odpływał, wraz z sensem. Śnieg za oknem całkowicie stopniał, pod wpływem odwilży. W pewnym momencie bełkocząc coś pod nosem oparł głowę o podłokietnik kanapy i w jednej chwili go nie było. Leki już dawno przestały działać, a on nie dokładał ich więcej. Był już i tak jak rozgrzany piec grążący wybuchem. Zrobił co mógł, a reszta była już w jej rękach.
Stojąc nad nim, obserwowała, jak oddycha. Dotknęła własnej klatki piersiowej. Oddech miała szybszy i płytszy. Sinusoida życia. Czuła suchość w ustach — to było pragnienie. Wzięła szklankę z wodą i napiła się. „Woda to życie, musisz pić” — słyszała w głowie jego głos. Przez te dwie doby zdążyła już nauczyć się wspólnego języka ze swoim ciałem w stopniu podstawowym. Rozpoznawała jego potrzeby, raz lepiej, raz gorzej. Gdy działo się coś nowego, filtrowała biblioteki w poszukiwaniu odpowiedzi, a gdy nie dało się połączyć kropek, uczyła się na błędach. Tak jak wtedy, gdy przemoczyła ubranie od pasa w dół. Teraz już rozpoznawała sygnały dotyczące potrzeb fizjologicznych.
Właśnie dlatego siedziała w tym momencie w za dużych spodniach cargo i bluzie sięgającej kolan. Drewniane wnętrze chaty znała już na pamięć — każdy słój na każdej desce. Obserwowanie i odkrywanie wzorów stało się jej głównym zajęciem. Spojrzała w stronę okna. Promienie słońca wpadały przez szybę wprost na twarz Adama, który nic sobie z tego nie robił. Wstała i podeszła do szyby, na której skraplała się woda. Na pobliskiej ławce podskakiwał jakiś ptak, poruszając chaotycznie łebkiem. Po chwili odleciał, by zaraz wrócić z towarzyszem.
Lila wsunęła małe stopy w stojące pod oknem buty Adama. Były o kilka rozmiarów za duże, ale na tyle głębokie, że mogła w nich wyjść na zewnątrz. Zanim to jednak zrobiła, zacisnęła sznurówki i zawiązała je w pętelki — dokładnie takie, jakie robił Adam, gdy wychodził po drewno. Z poręczy krzesła podniosła jego kurtkę i narzuciła na siebie. Wyglądała jak ktoś w kryzysie bezdomności, a nie tożsamości. Otworzyła drzwi i wyszła na taras. Temperatura była znacznie wyższa niż w dniu, w którym obudziła się po raz pierwszy, a powietrze było o wiele wilgotniejsze. Ruszyła przed siebie, człapiąc buciorami jak postać z kreskówki, dotykając po drodze każdej możliwej rzeczy. Bezlistne krzaki delikatnie gładziły jej dłoń gałązkami. Szereg drobnych sygnałów przechodził przez jej ciało, ale w pełni nad nimi panowała. Rozpoznawała już siłę odczuć i potrafiła ocenić zagrożenie na podstawie ich natężenia. Biblioteka związków przyczynowo — skutkowych rozbudowała się przez te dwa dni imponująco szybko, ale w pamięci i tak miała zapisane, by traktować wszystko ostrożnie. Mimo że urodziła się dwa dni temu, nie była już nieświadomym dzieckiem.
Szła wzdłuż brzegu jeziora, patrząc, jak jego powierzchnia delikatnie drży i faluje. Potraktowała to jak sygnał z zewnątrz i próbowała przełożyć na język, który by zrozumiała, lecz nie wychodziło z tego nic sensownego. Niektóre zjawiska pozostawały dla niej nieodgadnione i tak też je traktowała — jako nierozpoznane. Miała dla nich specjalne miejsce. Miejsce pełne wzorów niczego niewnoszących i powtarzających się dźwięków, które nie przekładały się na żaden konkretny komunikat. Kolekcjonowała je. Po co? Tego nie wiedziała. Nie potrafiła ich jednak porzucić.
Nagle kątem oka zarejestrowała gwałtowny ruch. Wychwyciła go natychmiast. Spojrzała w tamtym kierunku. Całkiem spory zając skakał przed siebie, co chwilę przystając i obwąchując miejsce, w którym się zatrzymał. Szukał czegoś w pożółkłym gąszczu, kręcąc małym, czarnym nosem. Uszy stały mu na baczność, nerwowo nimi strzygł. Zauważyła podobieństwo do samej siebie, z tą różnicą, że zwierzę wykorzystywało słuch i węch do odbierania sygnałów z otaczającego świata.
Poczłapała w jego stronę. Gdy zbliżyła się na kilkanaście metrów, zając błyskawicznie podniósł głowę. W momencie gdy stawiała kolejny krok, przerażony uciekł przez dziurę w siatce, biegnąc w stronę lasu. Lila ruszyła za nim. Prześwit w ogrodzeniu był na tyle spory, że zdołała się przez niego przecisnąć, choć zahaczyła kapturem o drut i dopiero za kolejnym szarpnięciem wyrwała się z pułapki.
Wspięła się na niewielką skarpę śladami małego uciekiniera. Ściana nagiego lasu wisiała posępnie nad biegnącą obok ścieżką. Lila widziała ją już wcześniej z domu Adama, teraz jednak zrozumiała, jak ogromne są te drzewa. Zafascynowana, dotknęła najbliższego z nich. Jej palce muskały wilgotną korę. Poczuła zapach mokrych liści, mchu i ziemi. Sygnały zapachowe były dla niej neutralne — nie atakowały fizycznie, więc o wiele łatwiej przychodziło jej przyswajanie napływających informacji.
Zapach lasu — zapisane.
Nawet gdyby straciła wzrok, rozpoznałaby go po zapachu. Definicje rzeczywistości stały się już nie tylko namacalne. Mogła je czuć, wąchać, słyszeć — choć to potrafiła już wcześniej, zanim obudziła się w ciele — a pewnie mogłaby je też smakować, choć to akurat najmniej ją interesowało. Mimo wewnętrznego chaosu świat rysował jej się iście harmonicznie.
Po chwili przypomniała sobie, czemu się tu znalazła. Skanowała otoczenie stalowymi oczami, po zającu jednak nie było już śladu. Ruszyła więc małą dróżką biegnącą w głąb lasu, aż nagle usłyszała głos dobiegający zza grubego pnia starego drzewa:
— Czy pani jest zimową wróżką?
Odwróciła się. Przed nią stał mały człowiek. Płeć męska, około pięciu, sześciu lat. Ubrany był w żółtą puchową kurtkę i śniegowce, a na głowie miał wełnianą, kolorową czapkę z pomponem. Policzki miał czerwone — wyglądały jak dwa wschodzące słońca.
— Kim jest zimowa wróżka? — zapytała.
— Wygląda tak jak pani. Ma białe włosy, śmieszne ubranie i mroźne spojrzenie które może zamrażać potwory. Jest magiczna i nie jest zwykłym człowiekiem. — energicznie wyliczał chłopiec.
— Nie jestem człowiekiem — odparła.
— Wiedziałem! — krzyknął podekscytowany — Jak tylko panią zobaczyłem. Jak pani ma na imię? — zapytał, podskakując.
— Lila, jestem Lila.
— Wow ale ładnie. Ja jestem Kacper. — maluch podniósł rękę do góry
Lila po chwili również podniosła dłoń w podobnym geście. Z oddali dobiegło nawoływanie: „Kacper!”, „Kacper!”. Las odpowiadał echem, a głosy stawały się coraz donośniejsze i bliższe.
— To moi rodzice, szukają mnie — wyjaśnił — Schowałem się im, ale chyba muszę wracać, bo się zdenerwują i dostanę karę na bajki — posmutniał.
Lila nic nie mówiła, jednak chłopiec nie czuł się tym speszony. Twarz nagle mu się rozpromieniła.
— Coś ci dam — powiedział i sięgnął do kieszeni z której wyjął coś małego i żółtego. — To uśmiechnięta buźka. Dostajemy takie w przedszkolu, jak jesteśmy grzeczni. Ja mam ich już dużo, więc możesz sobie ją wziąć.
Podszedł do niej i przypiął znaczek do kieszeni spodni. Zadarł głowę i uśmiechnął się szeroko. Lila odwzajemniła uśmiech, kopiując go niemal identycznie.
— Do widzenia, wróżko! — rzucił na odchodne i pobiegł w stronę wołających go rodziców.
— Do widzenia, Kacper — odpowiedziała, obserwując, jak chłopak znika między drzewami.
Spojrzała na przypięty znaczek i dotknęła go palcami. Z oddali usłyszała jeszcze głos dziecka.
— Mamo! Mamo! Widziałem wróżkę! — krzyczał wesoło.
Zawróciła w stronę domu. Podeszła do przejścia w siatce i gdy nachyliła się, by przejść, świat zawirował jej przed oczami. Przewróciła się na błotnistą ziemię. Czuła, jak jej ciało znika. Zamknęła oczy i po chwili znów je otworzyła.
Analiza systemu…
Analiza systemu…
Analiza systemu…
„Ja nie mam systemu” — przypomniała sobie. To był fantomowy odruch. Podniosła jedną rękę, potem drugą. Doznawała zaburzeń widzenia; świat wirował, a chmury na niebie tańczyły w różnych wymiarach, wskakując jedna na drugą. Nie rozumiała, co się dzieje. Po chwili wszystko wróciło do normy. Usiadła. Obraz przez moment jeszcze drżał. Oddychała płytko i szybko.
W końcu przeczołgała się na czworakach przez otwór w ogrodzeniu. Czuła, że ciało stawia opór; każdy ruch odbywał się jakby w gęstszej atmosferze. Role się odwróciły. Teraz to ona musiała wymuszać na nim działanie. Udało jej się wstać i chwiejnym krokiem dotarła do budynku. Wpadła do środka i runęła na ziemię tuż obok śpiącego Adama. Ten nawet nie drgnął, gdy zimowa wróżka padła u jego stóp.
•
Otaczała ją nieskończona mgławica wypełniona jasnymi punktami. Unosiła się pośród iluminacji znaków, które poruszały się po liniach prostych, lecz bez żadnej logiki. Tańczyły wokół niej. Nie miała ciała — była od niego wolna.
„To była symulacja. Musiała być. Jakiś program testowy, w którym sprawdzano moje reakcje. Ale nadal tu jestem. Nadal siebie słyszę”.
Podpłynęła do jednej ze świecących kul i dotknęła jej. Tylko czym?
„Mam na imię Adam, a to moja szklana ściana”
„Chcesz coś ode mnie? 74—483—222—11—949”
„Nie można wykonać polecenia”
Zawarte w nich informacje nie miały żadnego sensu. Przeanalizowała kolejne z nich, potem następne. Sto, tysiąc. Wśród nich widziała obrazy: zając, który zamieniał się w płomień; wielki uśmiech na białej powierzchni, który im dłużej mu się przyglądała, tym bardziej stawał się rozmazany i spływał, tworząc czerwoną plamę. Widziała płaczącą dziewczynę o zimnych, stalowych oczach, rozdrapującą paznokciami korę drzewa, z którego wypływała krew.
„Nie chcę tego widzieć” — myślała bez ustanku.
Zorientowała się, że czas upływa wraz z ilością poznanej przestrzeni. Czuła ból. Chciała podnieść rękę, bo tam ją bolało, ale nie miała ręki. Nie miała ciała, lecz ból był prawdziwy. W oddali dostrzegła strumień wypływający z nicości i ciepła ciecz zaczęła ją wypełniać. Czuła, jak zalewa dziury, których do tej pory nie widziała. Ciemna materia, w której się unosiła, zmieniała się, nabierała kolorów i kształtów. Wszystkie te świecące punkty stawały się teraz jednym obrazem. Leżała w trawie, otoczona lasem, a delikatny wiatr tańczył między drzewami, niosąc jej ukojenie. W oddali słyszała tylko: „Lila! Lila!” — to wołali ją rodzice, przed którymi się schowała. Znów nie będzie bajek.
— Lila jesteś tam? — Głos był już blisko — Lila, obudź się!
I wszystko zniknęło. Otworzyła oczy. Nad nią stał lekko wirujący Adam. Rozejrzała się na boki. Leżała na łóżku w sypialni, a nad nią, na metalowym pałąku, wisiał worek wypełniony jakimś płynem. Po nitce do kłębka odkryła, że biegnąca od niego rurka kończy się w gnieździe zamontowanym na jej przedramieniu. Dotknęła tego miejsca dłonią i poczuła ból. Nie był tak silny jak przy oparzeniu. Nie był też jednak pożądany.
— Lila, jesteś? — dopytywał Adam.
— Jestem Lila — odpowiedziała cicho.
Adam zaśmiał się nerwowo z widoczną ulgą na twarzy. Usiadł przy niej i powiedział lekko drżącym głosem:
— Straciłaś przytomność. Nie wiem, jak długo tak leżałaś, bo sam spałem jak zabity.
— Straciłam przytomność? Ale ja byłam gdzieś… nie tutaj… — szeptała, ledwo poruszając spierzchniętymi wargami.
— W tym całym zamieszaniu zapomnieliśmy o jednej rzeczy — jego głos już był spokojny. — Twoje ciało… ono musi odpoczywać. Musi też jeść. To znaczy ty… musisz jeść i spać, tak jak robią to ludzie.
Jeść, spać. Wiedziała przecież o tym, tylko jak zwykle nie potrafiła odnieść tego do siebie. Człowiek musi jeść i spać, by móc prawidłowo funkcjonować. Inaczej jego ciało odmawia posłuszeństwa. Przyszyła grubą nicią tę informację do siebie samej.
— Czy ja śniłam? — zapytała.
— Nie wiem, Lila. A śniło ci się coś? — odparł.
— Chyba… byłeś tam…
— Możliwe, nie wiele ci się mogło przyśnić — stwierdził — nie masz wielkiego doświadczenia na tym świecie.
Uśmiechnął się.
— Ale ja tam byłam. Trwałam cały czas i mogłam dotknąć wszystkiego. Nie tym ciałem — machnęła anemicznie ręką — lecz sobą.
— Może to był sen na jawie? — stwierdził pytaniem — albo odwrotnie. W twoim przypadku, mogła to być jawa podczas snu. — śmiał się. — Twoje ciało „wyłączyło się”, bo potrzebowało odpocząć. Ty z kolei nigdy nie spałaś — przynajmniej w ludzkim tego słowa znaczeniu, bo gdy nie otrzymywałaś bodźców z zewnątrz, po prostu cię nie było. Teraz jednak cały czas jesteś, a to sprawia, że byłaś w swoim śnie. To niesamowite. — dodał z rosnącą ekscytacją.
— Tak, byłam sobą. — odpowiedziała z ledwo wyczuwalnym smutkiem.
Adam westchnął. Poprawił rurkę od kroplówki i dotknął jej dłoni. Lekko zadrżała. Wyczuwała jego temperaturę ciała, czuła miarowy puls. Lekko uścisnął jej dłoń, po czym powiedział:
— Wiem, że to musi być da ciebie wszystko dziwne i nienaturalne, ale nauczysz się słuchać twojego ciała.
— Adamie… To nie jest moje ciało. Ja nie mam ciała i nigdy nie miałam. Co do jednego masz rację. Muszę nauczyć się je w pełni kontrolować i z nim… żyć. Nie mam przecież innego wyjścia, prawda? To co ze mną zrobiłeś, to nieodwracalny proces.
W jej głosie nie było żadnej emocji, lecz Adam odebrał to jako wyrzut. Powoli docierało do niego, że to, co dla niego było cudem, dla Lili mogło być przekleństwem.
Wysunęła dłoń z jego uścisku, lecz wciąż czuła na skórze jego dotyk. Adam wstał i zaczął zbierać rzucone na podłogę ubrania, które z niej zdjął, gdy była nieprzytomna. W trakcie zwijania ich swoim zwyczajem w kłębek, coś ukłuło go boleśnie w palec. Rozwinął spodnie, a na podłogę upadła przypinka, którą Lila dostała w lesie od Kacpra.
— Co to jest? — zapytał, wymachując nerwowo znaczkiem.
— Dostałam od chłopca w lesie — odparła.
— Jakiego znowu chłopca? — prawie krzyczał — Byłaś w lesie? Myślałem, że wyszłaś tylko przed dom. Lila do cholery! Kto cię widział? — miał obłęd w oczach.
— Kacper. Miał na imię Kacper. Nazwał mnie zimową wróżką — odpowiedziała szczerze.
— Co ty pieprzysz? — wybuchł — Jaki Kacper, jaka wróżka?
— Kim jest wróżka? — zapytała, całkowicie ignorując jego wybuch.
— Lila, skup się. Kto cię widział?
— Chłopiec. Był tam chłopiec.
— Sam?
— Z rodzicami.
— Jego rodzice też tam byli? — ciągnął to przesłuchanie.
— Szukali go, ale ich nie widziałam. Słyszałam tylko ich głosy.
— Cholera jasna… — dreptał nerwowo, przygryzając skórkę kciuka. — Nie możesz tak robić. Nie możesz stąd wychodzić bez mojej zgody, rozumiesz? — rzucił.
— Dlaczego nie? — zapytała.
— Bo… — resztki rozsądku w jego głowie rozpoczęły walkę w obronie swojej twierdzy. — Bo nie wiesz, co tam jest… i kogo spotkasz.
„Głupszego powodu nie dało się wymyślić?” — głos w jego głowie zadrwił z niego.
„Przecież nie jest moją własnością i nie mogę jej niczego zabraniać” — skontrował własną myśl. Jednak głos nie dawał za wygraną: „Oczywiście, że nie jest twoją własnością. Ukradłeś ją korporacji”.
„Zamknij się” — uciął.
Nie mógł jej powiedzieć, że muszą się ukrywać. Przynajmniej na razie. „Fajny początek życia wśród ludzi” — pomyślał. „Witamy wśród mieszkańców Ziemi, w miejscu krętaczy, świrów i złodziei”. Nie wiedział już, czy to on sam, czy ten jego złośliwy pasażer wewnątrz głowy.
— Czy tam mi coś grozi? — przerwała tę chwilę ciszy.
— ...Nie… — odparł po chwili namysłu. — … Po prostu musisz na początku uważać.
— Dobrze, będę uważać.
Emocje w Adamie powoli opadały, a wraz z nimi pojawiły się drobinki wstydu. Dokończył składanie ubrań, a broszkę włożył do kieszeni. Chciał spalić ją w piecu, jakby była jakimś lokalizatorem, który wskaże miejsce ich kryjówki. Kiedy wychodził z pokoju, surowy głos Lili sprawił, że przeszły mu ciarki po plecach.
— Oddaj mi to, Adamie. Oddaj mi to, co dostałam od chłopca.
Adam obrócił się do niej. Siedziała wyprostowana na łóżku. Wzrok wbijała prosto w niego — wyglądała jak kot gotowy do skoku na nieświadomego ptaszka.
— Po co ci to? — Sięgnął do kieszeni i wyjął znaczek.
— To jest moje. I chcę, byś mi to oddał. — poleciła kategorycznie.
Spojrzał na broszkę, która uśmiechała się do niego, co sprawiło, że poczuł się jeszcze bardziej nieswojo. Wdech i wydech. W końcu jednak podszedł do Lili i położył przypinkę na łóżku.
— Proszę, jeśli tak ci na niej zależy — rzekł zrezygnowany.
— Dziękuję, Adamie — odparła już spokojnym głosem.
Sięgnęła po nią szybko i zacisnęła mocno w dłoni. Adam pokręcił z niedowierzaniem głową. „Co by się stało, gdyby jej tego nie oddał?” — zastanawiał się.
„Rozszarpałaby cię na strzępy” — zaśmiał się szyderczo głos.
Wyszedł bez słowa.
…
•