E-book
10.92
drukowana A5
21.15
Chronos

Bezpłatny fragment - Chronos


Objętość:
43 str.
ISBN:
978-83-8126-051-0
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 21.15

Prolog

Lokomotywa sapała miarowo. Jej potężne bebechy pracowały na jałowym biegu. Była mgła. Peron spowijał tuman pary i wilgotnego osadu. Wojsko odcięło dostęp do dworca i stacja Breslau wyglądała tego dnia dość niecodziennie. Na peronach, gdzie na co dzień eleganccy podróżni wsiadali i wysiadali ze składów ciągniętych przez wymuskane parowozy, stały skrzynie i kontenery. Zamiast wózków bagażowych, krążyły opancerzone ciężarówki. Miejsca kontrolerów ruchu, konduktorów i zawiadowców, zajęli żołnierze w mundurach SS. Pozorny chaos biegającego wojska. Pozorny. Ludzie, którzy tego kwietniowego poranka przebywali na dworcu, doskonale znali swoje role. Albo tak im się przynajmniej wydawało…

Lokomotywa pracowała coraz głośniej. Czas odjazdu był bliski. Wagony umieszczone z przodu składu były już zaplombowane. Na platformach kontrolnych żołnierze sprawdzali działka przeciwlotnicze, uzupełniali amunicję. Wagony z tyłu, pozostawały jednak nadal otwarte.

Z mgły wyłonił się konwój. Kilka potężnych ciężarówek zatrzymało się na peronie. Żołnierze sprawnie opuścili budy i bez słowa rozpoczęli wyładunek. Drzwi szoferki otworzyły się wolno, leniwie. Człowiek w mundurze i skórzanym płaszczu z gracją stanął na płytach wrocławskiego dworca. Nonszalanckim ruchem sięgnął po papierośnicę ozdobioną symbolem miecza otoczonego starożytnymi runami. Z zadowoleniem patrzył na swoich ludzi, sprawnie radzących sobie z ładunkiem samochodów.

— Można zamykać panie generale? — oficer nadzorujący pociąg wyprężył się służbiście przed przybyłym.

— Jeszcze nie — nazwany generałem zaciągnął się mocno — został ostatni wagon.

Wojskowi kończyli załadunek. Do wagonów za lokomotywą trafiały ołowiane skrzynie opatrzone symbolami swastyki, miecza i księgi. Były różnych rozmiarów i kształtów ale wszystkie wyglądały jak odlane z jednej sztancy. Szczelnie zamknięte przypominały sarkofagi średniowiecznych władców. Kiedy większość ciężarówek była już pusta, a wagony zostały zamknięte i ostemplowane, żołnierze ruszyli do ostatniego auta. To było mocniej opancerzone od pozostałych, obłożone grubymi płytami, cięższe. Wojskowi jak na niewypowiedziany rozkaz utworzyli szpaler pomiędzy autem a ostatnim wagonem. Z pancernej budy zniesiono dwa ołowiane pudła. Pierwsze, ponad dwumetrowe, z trudem transportowano do wagonu. Na jego ścianach nie było żadnych symboli a jedynie dwa rzędy napisów wyrysowanych charakterystycznym gotykiem. „Ludwigsdorf” głosił pierwszy, a zaraz poniżej „Projekt Chronos”. Z ogromną uwagą, w całkowitym milczeniu, żołnierze umieścili pakunek w opancerzonym wagonie. Druga skrzynia była mniejsza, przypominała trumnę. Ta także nie miała typowych symboli a jedynie napis: „Hirschberg”. Niczym w kondukcie pogrzebowym, żołnierze przenieśli ładunek do wagonu. Po zabezpieczeniu, szybko opuścili skład i drzwi zostały zamknięte.

— Można ruszać — rzucił lakonicznie generał gasząc papierosa.

Wojskowi zajęli miejsca. Generał wspiął się sprawnie na stopnie pancernej lokomotywy. Krótki gwizd i skład wyrzucając ogromne kłęby pary majestatycznie ruszył z miejsca. Tego kwietniowego ranka 1945 roku rozpoczął się ostatni rozdział historii mającej swoje korzenie dobrych parę lat wcześniej. Historii, która się jeszcze nie skończyła…


17.01.1939 — m.s. Schwabenland — wybrzeże Ziemi Królowej Maud

Kamler był wkurzony. Mgła przysłaniała cały horyzont. Załoga schodził mu z drogi, bo choć nie on oficjalnie dowodził wyprawą, wszyscy wiedzieli, kto ma osobiste prerogatywy Goeringa. Stał na mostku i palił. Papieros skwierczał w zimnym powietrzu.

— Hans, możemy pogadać? — Ritscher oparł się o reling

Kamler zgasił niedopałek, sięgnął po papierośnicę

— Alfred, ile to jeszcze potrwa?! Powiesz mi?! — nie podniósł głosu. Nie musiał. Ritchter westchnął głęboko.

— Dwa, może trzy dni. Powiedz mi, czemu Aż tak ci się spieszy? Ludzie się denerwują…

— Jak zejdziemy na ląd, sam się przekonasz — Kamler odpalił kolejnego papierosa, wyciągnął papierośnicę, Alfred odmówił kręcąc głową.

— Tymczasem możemy tylko wysłać samoloty — powiedział nie patrząc na rozmówcę — Za duże niebezpieczeństwo dla desantu.

— Musimy zejść! — Kamler wypuścił dym przez nos — Nie zrozumiesz tego, ale musimy!

— Jesteśmy misją badawczą Hans. Nie piechotą morską. Mamy zrobić pomiary…

— Gówno nie pomiary! Zejdziemy na ten cholerny ląd nawet jak będę musiał osobiście trzymać załogę na muszce. Mam nadzieję, że to jest dla ciebie jasne Alfred!

Ritschter pokiwał zrezygnowany.

— Wyślemy samoloty. Jak tylko zejdzie mgła. Potem zobaczymy. Jak będzie możliwość, zejdziemy. Czego Ty tam szukasz Hans? Powiesz mi?

— Ja to już znalazłem Alfred. Dawno temu. Teraz potrzebuję tylko potwierdzenia. Zresztą, dowiesz się wkrótce. Obiecuję.

— Daj tego papierosa…

Palili w milczeniu. Mgła przysłaniająca ląd nabrała sinawego odcienia.


20.01.1939. Wybrzeże Ziemi Królowej Maud


Samolot Dornier, z wymalowanym na burcie imieniem „Passat”, wolno krążył nad białą pustynią. Pilot nie meldował niczego ciekawego. Zrzucono flagi i tabliczki oznajmiające, że odtąd Tysiącletnia Rzesza bierze we władanie ten rejon nadając mu nazwę Nowej Szwabii. Tyle. Żadnych rewelacji.

Drugi Dornier, „Boreas”, wracał już w kierunku statku. Nagle ożyło radio.

— Widzę masyw górski na północ od naszej pozycji — zameldował obserwator — wyjątkowo regularny.

Kamler zacisnął mocniej dłoń na mikrofonie.

— Oznacz teren — powiedział głucho — Zapisz współrzędne.

— Robi się — rzucił lakonicznie tamten.

Kamler wstał. To mogło być tam. Regularny masyw w tych warunkach klimatycznych.

— Jutro wyślemy ekspedycję — powiedział nie odwracając się — Idziesz ze mną Alfred.


02.02.1939 — Tybet


Ernst klął jak szewc. I trwało to już kilkanaście minut. Takiej wiązanki sam bym nie wymyślił pomyślał Berger, mimo, ze znam kulturę wielu ludów. Szef grupy chodził po pokoju machając rękami. Wymyślał dosłownie wszystkim, z władzami Trzeciej Rzeszy włącznie. W końcu stanął.

— I co ja im teraz Bruno powiem? — zapytał Bergera żałosnym głosem tak różnym od tego sprzed chwili — co im powiem? Zabiją mnie jak nic!

Berger wstał. Powolnym, kocim krokiem podszedł do Ernsta Schäfera. Stanął tak, żeby spojrzeć mu w oczy. Uśmiechnął się szeroko, a następnie grzmotnął szefa ekipy w pysk. Mocno. Schäfer zatoczył się na stojącą pod ścianą kanapę, padł na nią, ale zaraz się zerwał. Spojrzał na Bergera nadal stojącego z uśmiechem na twarzy. Usiadł.

— Dzięki — powiedział tylko — pomogło.

— Nie ma za co — Bruno wrócił na swoje miejsce — A teraz z łaski swojej powiedz mi, czego tu właściwie szukamy, bo moje antropologiczne pomiary czaszek raczej nie są podstawowym priorytetem naszej wyprawy, ale tego, to już się sam domyśliłem.

Ernst odetchnął głęboko. Podszedł do stojącego w rogu pokoju stolika i z wysokiej karafki nalał koniaku. Potrzymał kieliszek przez chwilę, a następnie szybkim ruchem opróżnił. Bruno aż przełknął.

— Też mi nalej. Ale ja tak szybko nie zamierzam wypić.

Schäfer kiwnął głową. Napełnił szkło. Usiedli naprzeciwko siebie.

— Jak Ci powiem, że szukamy Agarthy to mnie wyśmiejesz?

— Bram do Szambali? — Berger przyjrzał się podejrzliwie płynowi w kieliszku — Szukamy bajki?

— Nie do końca — Ernst musiał już mówić. Wiedział, że tylko tak przekona przyjaciela. A tylko Bruno mógł mu w tej chwili pomóc ocalić głowę — Pamiętasz jak studiowałeś Wedy?

— Oczywiście. Pamiętam tez mitologie grecką, skandynawską i celtycką.

— Wedy — Schäfer pokręcił głową — o nie mi głównie chodzi. Pamiętasz?

Berger odstawił opróżniony do połowy kieliszek. Spojrzał na Ernsta z dużym zaniepokojeniem.

— Przysłano nas tutaj, żebyśmy badali mity? To chcesz mi powiedzieć? Od początku wydawało mi się, że badanie aryjskiego pochodzenia ludów Tybetu jest trochę nie tegez, ale teraz…?

— Szukamy technologii Bruno — Schäfer po raz kolejny napełnił swój kieliszek. Ilość koniaku w karafce poważnie zmalała — Technologii.

— W mitach?

— W przekazach.

Berger wstał. Ruszył w kierunku drzwi.

— Bruno…

Zatrzymał się w połowie kroku, nie odwrócił.

— Pomóż mi…

Berger westchnął, w dalszym ciągu stał tyłem do Ernsta

— Mam ci pomóc ośmieszyć się? I mnie przy okazji? Zrobić z poważnych naukowców szarlatanów poszukujących taniej sensacji? Tak Ernst. Mogę ci pomóc. Pożyczę Ci pistolet. Palnij sobie w łeb.

— Bruno, oni mnie zabiją…

— Jeśli to był pomysł Himlera, to cały sens istnienia Ahnenerbe właśnie poszedł się walić — Bruno odwrócił się i spojrzał na żałośnie wyglądającego Schäfera — Myślałem, że bierzemy udział w czymś poważnym…

— Rzuć na to okiem — Schäfer wyciągnął z wewnętrznej kieszeni marynarki zwitek — Na tym mieliśmy bazować.

Berger bardzo powoli wyciągnął rękę. Końcówkami palców ujął zwinięty kawałek manuskryptu. Nie odrywając oczu od Ernsta rozwinął go i dopiero wtedy spojrzał.

— Znam ten fragment — powiedział po chwili — VI wiek przed naszą erą o ile się nie mylę. Bitwa Bogów.

— Oni uważają, że to jest prawdziwy opis. Te statki, wiesz, te, w których oni siedzą…

— Jacy oni!?

— No Ci bogowie…

— Nie! Kto wierzy!?

— No Ahnenerbe. I Himler. No i Hitler też…

Bruno sapnął gniewnie. Odłożył zwitek na stół.

— Nie będę się zżymał. Zapytam tylko, na jakiej podstawie ci oni wierzą w łatające dyski i wojny jakiś starożytnych niebieskich bożków. Powiesz mi?

— Himler powiedział mi tylko…

— No?

— Że już takie mają, tylko nie wiedzą do końca jak działają. A chcą robić własne. Dlatego tu jesteśmy Bruno. Żeby się dowiedzieć.

— Że co maja? Takie dyski? A skąd niby? Z nieba spadły?

— Nie pytaj mnie Bruno. Nie wiem. Himlerowi chodzi o zasadę działania. Konstrukcję już zna. Tyle wiem.

— Rozumiem, że nawet jak cokolwiek znajdziemy, to efekty naszej pracy nie ujrzą światła dziennego?

— Twoje antropologiczne i moje zoologiczne jak najbardziej, ale musimy im to znaleźć. Inaczej ani nasze badania ani my słońca już nie zobaczymy.

— Dobrze, że mi to mówisz Ernst. Teraz…


21.01.1939. — Nowa Szwabia.


Rozbili obozowisko. Na ląd zeszło dwudziestu ludzi. W ciągu godziny na śniegu stały namioty a ekipa była gotowa do drogi. Dwa zespoły po pięć osób. Reszta została.

Szybko zidentyfikowali masyw. Wyglądał przedziwnie wśród lodowych pustkowi. Przykryty grubą warstwą śniegu kawał lodu.

— Do roboty — rzucił Kamler — odkopać mi to.

Alfred Ritschter z niepokojem patrzył, jak załoga m.s. Schwabenland zaczyna odgarniać śnieżną pokrywę. Nie wiedział o co chodzi, ale czuł, że to co robią jest po prostu złe. Że jest nie na miejscu. Jako doświadczony badacz zdawał sobie sprawę z fenomenu tego dziwnego pagórka w takim miejscu. Ale to go nie uspokoiło. Wręcz przeciwnie, czuł się jeszcze bardziej nieswojo.

Łopaty zagrzechotały o lód. Śnieg powoli opadał z ogromnego lodowego bloku odsłaniając go coraz bardziej. Ludzie cofnęli się nagle. Kamler przepchnął się pomiędzy nimi, podszedł do lodowej bryły. Gwałtownymi ruchami zaczął odgarniać pozostały na tym fragmencie śnieg. Odsłonili zaledwie dwa metry kwadratowe, ale i to wystarczyło, żeby zobaczyć co jest pod spodem. W lodzie coś połyskiwało. Coś metalicznego.

— Co to jest? — zapytał ktoś — Jakiś samolot? Statek?

— Kopać! — Kamler sam złapał za łopatę — Kopać wszyscy! Macie mi to odsłonić!

Rzucili się do pracy. Nawet Alfred.


Tego dnia udało im się odkopać mały fragment. Wieczorem w namiocie, kiedy woda na herbatę właśnie zaczynała bulgotać w czajniku, Alfred odważył się zadać pytanie.

— Co tam jest Hans?

— To, po co przypłynęliśmy. Miedzy innymi…

— Ale co to jest to To?

— Rodzaj samolotu. Tylko szczególnego. Pozwól, że coś Ci opowiem Alfredzie.

— Mów. I tak niewiele z tego pewnie pojmę.

— Wiesz, czym się zajmuje moja organizacja? Ahenerbe?

— Szukacie korzeni ludów aryjskich.

— Tak. Ale nie tylko. Szukamy wiedzy. Często wiedzy nie z tego świata.

— Słyszałem. Thule, okultyzm, bawisz się w czary Hans?

— A czy to, co widziałeś w tym lodzie ma cos wspólnego z czarami? To maszyna! Powiem więcej, to broń! I to broń o niesamowitych właściwościach i sile rażenia! Broń, której nic się nie przeciwstawi!

— Skąd to niby wiesz? To może być zamarznięty przed laty okręt…

— Wiem, bo to nie pierwszy raz. Znaleźliśmy już kilka takich. Dwa udało się zestrzelić. Przypadkiem co prawda…

— Macie takie!? Czemu zatem nikt ich jeszcze nie widział!? Czemu nasza armia ich nie ma!?

— Bo nie działają Alfred. Proste. Wszystkie dyski jakie mamy są uszkodzone. Załogi nie żyją. Nie wiemy jak to działa. Są próby, doktor Schauberger prawie to rozgryzł, ale właśnie. Prawie. Potrzebny jest działający egzemplarz. Rozumiesz?

— Dyski? Załogi? To ma załogę!? Kto tym steruje!?

— Istoty podobne do nas. Sam się pewnie przekonasz jak wyciągniemy to z lodu.

— Boże Wszechmogący — jęknął Ritschter.

— Boga nie ma Alfred. Ale twórcy tych pojazdów tego pewnie nie wiedzą, bo sami często stawali się Bogami…


05.02.1939 — Tybet


Schäfer siedział długo. Dawno minęła północ, litery sanskrytu latały mu przed zmęczonymi oczami. Obłożony manuskryptami nawet nie zauważył, że nie jest w pokoju sam. Kiedy Bruno położył na biurku złożoną kartkę, podskoczył jak oparzony.

— Musisz się tak zakradać? — warknął gniewnie.

— Szyfrogram do Ciebie — Berger był w piżamie, oczy miał zapuchnięte — z Berlina.

Ernst spojrzał na kartkę. Przeczuwał najgorsze. Kiedy, po dłuższej chwili zdecydował się ją podnieść i rozłożyć, w pierwszej chwili nie był w stanie nic przeczytać. Umysł zaprogramowany przez ostatnie długie godziny na sanskryt nie odbierał niemieckich liter.

— I co? — Berger podrapał się po potarganej głowie — Już nie żyjemy?

— Nieprawdopodobne — wyszeptał Schäfer kiedy dotarła do niego treść przekazu.

— Ale co? — zniecierpliwił się Bruno — Powiesz coś, czy tylko będziesz się gapił na tą kartkę?

— Nasi ludzie na Antarktydzie coś znaleźli — Ernst nie odrywał wzroku od zaszyfrowanych liter którymi gęsto pokryta była kartka — Daj mi chwilę, muszę to dokładnie odszyfrować.

Berger ciężko usiadł na kanapie. Machinalnie wyciągnął rękę w kierunku stolika po prawej stronie. Jego palce natrafiły na karafkę.

— Jeśli dobrze rozumiem — podjął po chwili Schäfer — znaleziono działający egzemplarz dysku! I coś jeszcze! Ale co, nie napisali!

— Znaleźli Rydwan Bogów?! — oczy Bruna otworzyły się szerzej — Działający?!

— Tak piszą… Mamy jak najszybciej dostarczyć instrukcję. Boją się coś uszkodzić…

— A skąd my niby mamy ją wziąć?! Ernst! Jeżeli to prawda, to cała znana historia jest diabła warta! Wierzysz w to? Naprawdę w to wierzysz?!

— Szyfrogram podpisał Himler Bruno. Nie sądzę, żeby szef SS miał powody nas oszukiwać… z drugiej strony, może chcą nas w ten sposób zdyscyplinować, pośpieszyć? Kiedy to przyszło?

— Godzinę temu. Ernst wybacz. Ale naprawdę ciężko mi w to uwierzyć. Przekopaliśmy się przez te wszystkie pisma, owszem, są tam opisane jakieś schematy, jakieś urządzenia, ale to brednie! Legendy! Nie wierzę w niebieskich bogów w latających dyskach!

— Ja też nie wierzyłem Bruno. Do niedawna. Rzuć okiem na to…

Schäfer wyciągnął rękę z pojedynczym arkuszem, na którym oprócz gęstego zapisu sanskryckiego pisma znajdowało się parę rysunków.

— Znalazłem to dzisiaj. Było dołączone do Atharwawedy. Wyrwane z kontekstu, dlatego wcześniej nie zwróciłem na to uwagi.

— W księdze zaklęć magicznych — mruknął kwaśno Berger — Jakże by inaczej…

Wziął kartę od Ernsta. Im dłużej się wczytywał, tym bardziej zmieniał się na twarzy.

— Co to jest zjonizowana para rtęci?

— Pojęcia nie mam — Ernst wzruszył ramionami — Nie jestem fizykiem, ale z tego wynika, że była używana jako paliwo do tego czegoś.

Berger kiwnął głową. Na obrazku który właśnie oglądał, niebieska postać w czymś w rodzaju hełmu do nurkowania, siedziała w pojeździe przypominającym cygaro (przynajmniej z tej perspektywy pomyślał Bruno), unoszące się nad lasem. Drzewa poniżej statku zakrzywiały się, jakby pod wpływem niesamowitej prędkości lecącego obiektu. Całość otaczała niesamowita błękitna aura.

— Paliwo — mruknął — możliwe, choć jak dla mnie to nadal mało prawdopodobne…

— Przetłumaczę to do rana. Trzeba to będzie wysłać do Berlina. Mam wrażenie, że to może być brakujący element.

— Ja tu widzę więcej ciekawych rzeczy — Bruno stuknął dłonią w manuskrypt — jeżeli to faktycznie nie jest chory wymysł jakiegoś starożytnego skryby, a, z całym szacunkiem dla starożytnych, na taki na pierwszy rzut oka wygląda, to zacznę wierzyć w duchy, potwory i niebieskich bogów w latających spodkach. Tłumacz to Ernst. Może to faktycznie jest to, czego szukałeś…


13.11.1938 Hamburg


— Bardzo miło mi pana poznać Byrd — okularnik w czarnym mundurze uśmiechał się szeroko. Richard, od początku sceptycznie nastawiony do tego spotkania, trochę się odprężył.

Usiedli w głębokich klubowych fotelach. Wyprostowany adiutant sztywnym ruchem napełnił kieliszki.

— Zapewne domyśla się pan, po co zaprosiliśmy pana do siebie?

— Planujecie eksploracje Bieguna Północnego panie Himler i brakuje wam doświadczonych polarników. To akurat nie było trudne do odgadnięcia.

— Otóż nie — Himler uśmiechnął się jeszcze szerzej (o ile to w ogóle było możliwe pomyślał Richard) — Nie Biegun Północny jest tym razem naszym celem.

Byrd odstawił kieliszek. Przyjrzał się uważniej rozmówcy. Pod tym idealnie skrojonym mundurem widział małego pokurcza, który władzą nad największą organizacją policyjną świata leczył własne kompleksy. Ten uśmiech był tak samo szczery jak rozmowy pokojowe.

— Czyli gdzie tym razem?

— Antarktyda panie Byrd! Ląd dziewiczy i niezbadany!

— Pan wybaczy Himler, ale do kiego grzyba wam Antarktyda? Będziecie wprowadzać narodowy socjalizm wśród pingwinów cesarskich? One już z własnej nazwy mają więcej wspólnego z Kaiserem niż waszą Rzeszą…

— Przedni żart pani Byrd. Przedni — twarz Himlera nawet nie drgnęła — Program badawczy jaki prowadzimy, jest ściśle tajny. Dopiero, jeśli wyrazi pan chęć przyłączenia się do naszej misji, będę mógł zdradzić szczegóły.

— Obawiam się, że jako Amerykanin, nie mogę brać udziału w podobnych przedsięwzięciach panie Himler. Zwłaszcza nie znając waszych celów — Richard dopił resztkę koniaku — Można prosić o dolewkę tej pysznej brandy?

Tym razem Himler zauważalnie się skrzywił. Dał znać milczącemu adiutantowi, ten sięgnął po karafkę.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 21.15