Rozdział 1
Ostatnia gwiazda
Antek miał dziesięć lat i mieszkał z mamą w niewielkiej wiosce, w której każdy znał każdego, a przynajmniej tak mu się wydawało. Stało tam kilkadziesiąt domów, mały sklep, przystanek autobusowy z ławką, na której zwykle siedziało więcej ludzi niż mieściło się pod daszkiem, oraz stara szkoła z czerwonym dachem. Za ostatnimi zabudowaniami zaczynały się pola, dalej ciągnęły się łąki, a jeszcze dalej ciemniała linia lasu. Wieczorami robiło się tu bardzo cicho. Słychać było szczekanie psów, świerszcze ukryte w trawie i czasami samochód przejeżdżający główną drogą. Antek lubił tę ciszę. W mieście, które znał głównie z wyjazdów z mamą, zawsze coś hałasowało. Tutaj można było usiąść przed domem i przez długi czas nie słyszeć niczego poza wiatrem.
Ich dom stał prawie na końcu wioski. Był niewielki, pomalowany na jasnożółty kolor i miał ogród, o który mama dbała bardziej niż o cokolwiek innego. Rosły w nim pomidory, marchew, pietruszka, kilka krzaków porzeczek i stara jabłoń, która każdego roku dawała tak dużo owoców, że część z nich trzeba było rozdawać sąsiadom. Antek pomagał w ogrodzie wtedy, kiedy musiał. Zdecydowanie bardziej lubił leżeć na trawie pod jabłonią i obserwować chmury albo budować z desek rzeczy, których przeznaczenia czasami nawet sam nie potrafił wyjaśnić.
Mama twierdziła, że jest ciekawski.
Antek uważał, że po prostu lubi wiedzieć, dlaczego coś wygląda tak, a nie inaczej.
— To jest dokładnie to samo — powiedziała kiedyś mama.
— Nieprawda.
— A czym się różni?
Antek długo się zastanawiał.
— Ciekawski zagląda tam, gdzie nie powinien. A ja tylko sprawdzam.
Mama roześmiała się wtedy tak głośno, że aż musiała oprzeć się o kuchenny blat.
— Dobrze. W takim razie bardzo często sprawdzasz rzeczy, których nie powinieneś.
Antek nie odpowiedział, ponieważ w głębi duszy wiedział, że tym razem mama może mieć trochę racji.
Najbardziej lubił jednak obserwować niebo. Latem potrafił siedzieć przed domem do późna, dopóki mama nie zawołała go do środka. Znał Wielki Wóz, potrafił znaleźć Gwiazdę Polarną i wiedział, że jasny punkt, który czasami pojawiał się nisko nad horyzontem, wcale nie musiał być gwiazdą. Lubił patrzeć na nocne niebo właśnie dlatego, że nigdy nie wyglądało dokładnie tak samo.
Kilka dni wcześniej zauważył jednak coś dziwnego.
Pierwszego wieczoru nie był jeszcze pewien, czy rzeczywiście coś się zmieniło. Niebo było ciemne, ale gwiazd wydawało się jakby mniej. Antek uznał, że może rzeczywiście nadciągnęły jakieś cienkie chmury, których z ziemi prawie nie widać. Następnego dnia zapomniał o całej sprawie. Biegał z kolegami, pomagał mamie przynieść zakupy ze sklepu, a potem przez pół godziny szukał śrubki, która wypadła mu podczas naprawiania starego roweru.
Wieczorem znowu spojrzał w niebo.
Tym razem był pewien.
Gwiazd było mniej.
Nie kilka mniej. Nie chodziło też o jedną część nieba. Po prostu wszędzie zrobiło się dziwnie pusto.
Antek wyszedł wtedy przed dom i długo stał z głową zadartą do góry. Mama właśnie zbierała z suszarki pranie.
— Mamo?
— Słucham?
— Nie wydaje ci się, że jest mało gwiazd?
Mama spojrzała w górę, trzymając w rękach dwa ręczniki i jedną skarpetkę.
— Pewnie są chmury.
— Nie ma.
— Są wysoko.
— Ale ja ich nie widzę.
— Wysokich chmur często nie widać.
Antek zmarszczył brwi.
— Wczoraj też było mało gwiazd.
— To może jutro będzie więcej.
— Gwiazdy chyba tak nie działają.
Mama popatrzyła na niego i uśmiechnęła się.
— Gwiazdy są tam, gdzie były. Idź lepiej umyć zęby.
— Ale naprawdę jest ich mniej.
— Antek.
Po sposobie, w jaki wypowiedziała jego imię, zrozumiał, że dalsza dyskusja nie ma większego sensu.
Poszedł więc do łazienki, ale przed snem jeszcze raz podszedł do okna. Gwiazd nadal było mniej.
Następnego dnia zapytał o to pana Romana, który mieszkał dwa domy dalej i prawie każdego popołudnia siedział na ławce przed swoją bramą. Pan Roman wiedział dużo o pogodzie, ponieważ — jak sam mówił — kolano przepowiadało mu deszcz lepiej niż wszystkie prognozy w telewizji.
— Panie Romanie, czemu ostatnio nie widać gwiazd?
Starszy mężczyzna poprawił czapkę i spojrzał w niebo, chociaż był środek dnia i nie dało się zobaczyć ani jednej gwiazdy.
— Mgły jakieś.
— Ale wieczorem nie ma mgły.
— To wilgoć.
— A jak nie wilgoć?
Pan Roman zastanowił się.
— To chmury.
— A jak nie ma chmur?
Pan Roman spojrzał na chłopca.
— To za dużo patrzysz w niebo.
Antek uznał, że nie była to odpowiedź na jego pytanie.
Później zapytał jeszcze panią Halinę w sklepie. Powiedziała, że pewnie przez pogodę. Jeden z klientów stwierdził, że kiedyś noce były jaśniejsze, ale zaraz potem zaczął opowiadać o zimach sprzed czterdziestu lat i Antek nie dowiedział się już niczego więcej.
Każdego kolejnego wieczoru gwiazd ubywało.
Najpierw były ich dziesiątki.
Potem kilkanaście.
Później Antek naliczył tylko siedem.
Następnego wieczoru zostały cztery.
Wtedy zaczął się naprawdę niepokoić.
— Mamo, teraz są tylko cztery.
Mama siedziała przy kuchennym stole i przeglądała rachunki. Podniosła głowę.
— Cztery co?
— Gwiazdy.
— Antek, gwiazd są miliardy.
— Wiem. Ale widzę cztery.
— To znaczy, że reszty nie widać.
— Dlaczego?
— Nie wiem. Może coś jest w powietrzu. Może chmury. Może światła z wioski.
— Jakie światła? Przecież tutaj prawie nie ma latarni.
Mama odłożyła długopis.
— Chodź tutaj.
Antek podszedł niechętnie.
Mama objęła go i pogładziła po włosach.
— Martwisz się?
— Trochę.
— Gwiazdy nie znikają tak po prostu.
— Skąd wiesz?
Mama otworzyła usta, ale przez chwilę nie odpowiedziała.
— Bo są ogromne i bardzo daleko. To, że ich nie widzimy, nie znaczy, że ich nie ma.
Antek spojrzał w stronę okna.
— A jeśli jednak ich nie ma?
Mama uśmiechnęła się.
— Jutro pewnie znowu będą.
Chciał jej uwierzyć.
Naprawdę chciał.
Następnego wieczoru zostały dwie.
Antek nie powiedział już nic mamie. Sam siedział na parapecie i obserwował oba punkty światła. Jeden znajdował się wysoko nad lasem, drugi prawie nad dachem domu pana Romana. Patrzył długo. W pewnym momencie mrugnął.
Jedna gwiazda zniknęła.
Antek natychmiast przetarł oczy.
Spojrzał ponownie.
Nie było jej.
Podszedł tak blisko szyby, że dotknął jej nosem. Przesunął wzrokiem po całym niebie.
Tylko jedna.
W całej ogromnej ciemności została jedna jedyna gwiazda.
Serce zaczęło mu bić szybciej.
Zbiegł na dół.
— Mamo!
Mama wyszła z kuchni.
— Co się stało?
— Została jedna!
— Jaka jedna?
— Gwiazda!
Mama westchnęła, ale kiedy zobaczyła jego minę, nie zaczęła się śmiać. Wyszła razem z nim przed dom.
Noc była ciepła i spokojna. Nad wioską nie było widać żadnych chmur. Księżyca również nie było. Niebo wyglądało jak ogromna czarna płachta rozciągnięta od jednego krańca świata do drugiego.
I rzeczywiście świecił na nim tylko jeden mały punkt.
Mama przez chwilę nic nie mówiła.
— Widzisz? — powiedział Antek.
— Widzę.
— I co?
Mama zmarszczyła brwi.
— Dziwne.
To jedno słowo wystarczyło, żeby Antek poczuł się jeszcze bardziej niespokojny.
Jeśli nawet mama mówiła, że coś jest dziwne, to naprawdę musiało takie być.
— Może jutro poczytamy o tym w internecie — powiedziała po chwili. — Teraz jest późno.
— A jeśli ta też zniknie?
— Nie zniknie.
— Skąd wiesz?
Mama spojrzała na niego.
Tym razem nie odpowiedziała od razu.
— Chodź do domu.
Antek jeszcze przez moment patrzył na samotną gwiazdę.
Świeciła jasno, jakby próbowała zastąpić wszystkie pozostałe.
Tej nocy długo nie mógł zasnąć.
Leżał w łóżku, przewracał się z boku na bok i co kilka minut zerkał w stronę okna. Z miejsca, w którym leżał, widział kawałek nieba. Gwiazda wciąż tam była.
Po jakimś czasie usiadł.
Dom był cichy. Mama spała w pokoju po drugiej stronie korytarza. Z kuchni dochodziło jednostajne tykanie zegara.
Antek podszedł do okna.
Gwiazda świeciła dokładnie w tym samym miejscu.
Odetchnął.
I wtedy jej światło zadrżało.
Chłopiec znieruchomiał.
Początkowo pomyślał, że tylko mu się wydawało.
Gwiazda zadrżała ponownie.
Raz.
Drugi.
Trzeci.
Jej blask przygasał i wracał, jak płomień świecy poruszany niewidocznym podmuchem. Antek przycisnął dłonie do szyby.
— Nie… — szepnął.
Światło stało się słabsze.
Potem znowu jaśniejsze.
I znowu słabsze.
Antek poczuł nieprzyjemny ucisk w brzuchu. Wyglądało to tak, jakby gdzieś bardzo daleko ktoś próbował zgasić ostatnią gwiazdę.
Przez kilka sekund świeciła jeszcze bardzo słabo.
Nagle odzyskała dawny blask.
Antek wypuścił powietrze, którego nawet nie wiedział, że wstrzymywał.
Gwiazda nadal była na swoim miejscu.
Wtedy zauważył coś jeszcze.
Na dole.
W ogrodzie.
Pomiędzy jabłonią a drewnianym płotem przemknęło srebrzyste światło.
Antek odsunął się od okna.
Przez moment niczego nie widział.
Podszedł ponownie i spojrzał w dół.
Trawa była ciemna. Jabłoń nieruchoma. Przy płocie leżało kilka desek, które zostawił tam poprzedniego dnia.
Nic więcej.
Już miał uznać, że to tylko odbicie w szybie, gdy w ciemności pojawiły się dwa punkty.
Oczy.
Małe, jasne i nieruchome.
Patrzyły prosto na jego okno.
Antek nie ruszał się.
Oczy również.
Po chwili obok nich mignęło coś srebrnego, jak fragment futra oświetlony światłem, którego przecież nigdzie w ogrodzie nie było.
A potem zniknęło.
Antek stał przy oknie jeszcze długo.
Nie wiedział, co zobaczył.
Wiedział tylko jedno.
Następnego wieczoru zamierzał czekać.
Rozdział 2
Srebrny lis
Następnego dnia Antek od rana myślał tylko o tym, co zobaczył w ogrodzie. Przy śniadaniu kilka razy chciał powiedzieć mamie o srebrzystym błysku i parze oczu, ale za każdym razem rezygnował. Sam nie był pewien, czy rzeczywiście widział jakieś zwierzę, czy może tylko odbicie w szybie. Gdyby powiedział, że coś patrzyło na niego z ogrodu, mama pewnie wyszłaby sprawdzić ślady, a kiedy niczego by nie znalazła, uznałaby, że Antek znowu za długo patrzył w nocne niebo.
Po szkole pobiegł więc prosto do ogrodu.
Najpierw obejrzał miejsce przy jabłoni, potem trawę obok płotu. Szukał odciśniętych łap, połamanych źdźbeł, kawałków sierści albo czegokolwiek, co mogłoby potwierdzić, że nocny gość nie był tylko snem. Trawa była jednak mokra od rosy i poza śladami jego własnych butów nie było na niej niczego.
Antek przykucnął przy płocie.
— Byłeś tu — mruknął do siebie. — Widziałem cię.
Odpowiedziała mu cisza.
Przez chwilę przyglądał się deskom i krzakom rosnącym przy granicy ogrodu, a potem westchnął i wrócił do domu.
Wieczorem zachowywał się trochę dziwnie. Jadł kolację szybciej niż zwykle, co od razu zauważyła mama.
— Dokąd się tak spieszysz? — zapytała.
— Nigdzie.
— To czemu jesz jak przed wyścigiem?
Antek zwolnił i zaczął bardzo dokładnie żuć kawałek chleba.
— Nie jem szybko.
Mama uniosła brwi.
— Oczywiście.
Chłopiec spojrzał w stronę okna.
Niebo było już ciemne.
— Ta gwiazda jeszcze jest? — zapytał.
Mama również zerknęła za szybę.
— Chyba tak.
Antek natychmiast wstał od stołu.
— Skończyłeś?
Spojrzał na talerz. Zostało na nim jeszcze pół kanapki.
— Prawie.
— Prawie to nie znaczy skończyłem.
Niechętnie usiadł z powrotem.
Dopiero kiedy zjadł wszystko i zaniósł talerz do zlewu, pobiegł do swojego pokoju. Podszedł do okna.
Ostatnia gwiazda nadal świeciła.
Była słaba, ale widoczna.
Antek długo obserwował ogród.
Nic się nie działo.
Minęło kilka minut.
Potem kilkanaście.
Usiadł na parapecie i oparł czoło o szybę. Zaczynał już myśleć, że poprzedniej nocy rzeczywiście coś mu się przywidziało.
Wtedy przy płocie pojawił się srebrzysty błysk.
Antek natychmiast się wyprostował.
Między krzakami coś się poruszyło.
Tym razem widział wyraźnie.
To był lis.
Nie wyglądał jednak jak żaden lis, którego Antek widział wcześniej w książkach, telewizji albo podczas wycieczek do lasu. Jego futro było jasne, niemal srebrne, a kiedy zwierzę poruszało się w ciemności, zdawało się lekko odbijać światło gwiazdy.
Lis wyszedł spod krzaków i stanął na środku ogrodu.
Popatrzył prosto w okno Antka.
Chłopiec przez chwilę nie wiedział, co zrobić.
Lis przechylił głowę.
Potem odwrócił się i zrobił kilka kroków w stronę furtki.
Zatrzymał się.
Spojrzał za siebie.
Antek zmarszczył brwi.
— Chcesz, żebym za tobą poszedł? — szepnął.
Lis ruszył jeszcze kilka kroków.
Znów się zatrzymał.
Nie było już wątpliwości.
Antek poczuł jednocześnie ciekawość i strach.
Podszedł do drzwi swojego pokoju i nasłuchiwał. Z dołu dochodził cichy dźwięk telewizora. Mama oglądała jakiś program.
Wrócił do okna.
Lis nadal czekał.
Antek założył bluzę i cicho zszedł po schodach.
— Dokąd idziesz? — dobiegł go głos mamy.
Zatrzymał się.
— Do ogrodu.
— Teraz?
— Tylko na chwilę.
— Jest ciemno.
— Wiem.
Mama wychyliła się z pokoju.
— Nie wychodź poza ogrodzenie.
Antek zawahał się.
— Dobrze.
Nie spodobało mu się, że powiedział to tak szybko.
Otworzył drzwi i wyszedł na zewnątrz.
Powietrze było chłodne i pachniało mokrą trawą. Nad wioską wisiała niemal całkowita ciemność. Tylko ostatnia gwiazda nadal świeciła wysoko nad domami.
Lis stał przy furtce.
Kiedy Antek zrobił kilka kroków w jego stronę, zwierzę odwróciło się i przecisnęło przez niewielką szczelinę pod płotem.
— Świetnie — mruknął chłopiec. — Mama powiedziała, żebym nie wychodził.
Lis pojawił się po drugiej stronie furtki.
Spojrzał na niego.
— Tylko kawałek — powiedział Antek.
Sam nie wiedział, czy tłumaczy się lisowi, czy sobie.
Otworzył furtkę.
Zwierzę natychmiast ruszyło polną drogą prowadzącą za ostatnie domy. Nie biegło szybko. Co kilka chwil oglądało się za siebie, jakby sprawdzało, czy chłopiec nadal idzie.
Antek podążał za nim.
Minęli dom pana Romana, stary przystanek i niewielką kapliczkę przy rozwidleniu dróg. Dalej zaczynały się pola.
Antek zatrzymał się.
— Dalej nie idę.
Lis stanął kilkanaście kroków przed nim.
Patrzył.
— Serio. To już jest poza wioską.
Lis odwrócił się.
Zrobił dwa kroki.
Antek został w miejscu.
Zwierzę ponownie spojrzało za siebie.
— Jesteś okropnie uparty — powiedział chłopiec.
Po chwili dodał:
— Ja podobno też.
Ruszył dalej.
Nie szli długo. Po kilku minutach lis skręcił z drogi w wysoką trawę rosnącą między polem a niewielkim zagajnikiem.
Antek zwolnił.
— Co tam jest?
Lis zniknął między źdźbłami.
Chłopiec został sam.
Nagle poczuł, że cały pomysł z wychodzeniem z domu był bardzo głupi.
Rozejrzał się.
Wioskę nadal było widać, ale domy wyglądały stąd na małe i odległe. W kilku oknach świeciły żółte światła.
— Wracam — powiedział głośno.
W trawie przed nim coś zamigotało.
Antek znieruchomiał.
Najpierw pomyślał, że to świetlik.
Potem zobaczył lisie uszy.
Srebrny lis siedział kilka kroków dalej.
Przed nim, między źdźbłami trawy, świeciło coś jeszcze.
Antek powoli podszedł bliżej.
— Co to jest?
Na ziemi leżał maleńki punkt światła.
Nie był większy od pestki wiśni, ale świecił wyraźnie, jakby ktoś położył w trawie małą lampkę. Blask był biały, lekko srebrzysty i spokojny.
Antek przykucnął.
— To jakiś robak?
Lis patrzył na niego nieruchomo.
— Kamień?
Brak reakcji.
Chłopiec wyciągnął palec, ale w ostatniej chwili cofnął rękę.
— A jak parzy?
Lis nadal milczał.
— Bardzo pomocny jesteś.
Antek zerwał długie źdźbło trawy i dotknął nim świecącego punktu.
Nic się nie stało.
Spróbował ponownie.
Światło lekko zadrżało.
Chłopiec nabrał odwagi i wyciągnął rękę.
Dotknął iskry końcem palca.
Była ciepła.
Nie gorąca.
Ciepła tak jak kamień, który przez cały dzień leżał na słońcu.
Antek ostrożnie podniósł ją z ziemi.
Iskra spoczęła na jego dłoni.
— Ale dziwne.
Przyjrzał jej się z bliska. Nie potrafił powiedzieć, z czego była zrobiona. Nie wyglądała jak kamień, szkło ani metal. Po prostu świeciła.
— Skąd się tu wzięła?
— Spadła.
Antek zesztywniał.
Powoli odwrócił głowę.
Nikogo za nim nie było.
Spojrzał w stronę wioski.
Pusto.
— Kto to powiedział?
— Ja.
Antek podskoczył tak gwałtownie, że prawie wypuścił iskrę.
Lis siedział przed nim.
Chłopiec wpatrywał się w zwierzę z otwartymi ustami.
— Ty?
— Tak.
Antek zrobił krok do tyłu.
— Ty mówisz.
— Jak widzisz.
— Lisy nie mówią.
— Zwykle nie.
Antek popatrzył na niego podejrzliwie.
— Śnię?
— Nie.
— Skąd wiesz?
Lis zamrugał.
— Gdybyś śnił, raczej nie pytałbyś mnie, skąd wiem.
Antek przez chwilę próbował zrozumieć tę odpowiedź.
Nie udało mu się.
Spojrzał ponownie na iskrę.
— Powiedziałeś, że spadła.
— Tak.
— Skąd?
Lis uniósł pysk.
Antek również spojrzał w górę.
Na czarnym niebie świeciła samotna gwiazda.
Chłopiec powoli opuścił wzrok.
— Z nieba?
— Z nieba.
— To jest kawałek gwiazdy?
Lis nie odpowiedział od razu.
— To światło, które nie powinno leżeć tutaj.
Antek zacisnął dłoń, ale natychmiast ją otworzył, bo bał się, że zgniecie iskrę.
— Czy dlatego gwiazdy znikają?
Lis spojrzał na niego.
— Nie mogę ci jeszcze wszystkiego powiedzieć.
— Dlaczego?
— Bo najpierw sam musisz zobaczyć kilka rzeczy.
Antek skrzywił się.
— Dorośli też tak mówią, kiedy nie chcą czegoś powiedzieć.
Lis przez chwilę wyglądał tak, jakby zastanawiał się nad odpowiedzią.
— Możliwe, że czasami mają powód.
— A ty masz?
— Mam.
Antek westchnął.
Popatrzył jeszcze raz na gwiazdę.
Jej światło było bardzo słabe.
— Co mam zrobić z tą iskrą?
— Zatrzymaj ją.
— Po co?
— Przyda ci się.
— Do czego?
Lis nie odpowiedział.
— Znowu tajemnica?
— Tak.
Antek pokręcił głową.
— Strasznie dużo masz tajemnic.
Tym razem lis jakby się uśmiechnął, chociaż Antek nie był pewien, czy lisy w ogóle potrafią się uśmiechać.
Po chwili zwierzę spojrzało w stronę nieba.
— Zostało mało czasu.
Antek natychmiast spoważniał.
— Ile?
— Nie wiem.
— Dzień?
— Może.
— Dwa?
Lis milczał.
— Co się stanie?
Srebrne zwierzę spojrzało na ostatnią gwiazdę.
— Jeśli zniknie również ona, noc będzie zupełnie inna niż ta, którą znasz.
Antek poczuł chłód, choć powietrze nie zrobiło się zimniejsze.
— Ona też może zniknąć?
— Tak.
Chłopiec ścisnął iskrę ostrożnie w dłoni.
— A można ją uratować?
Lis przeniósł wzrok na Antka.
— Można spróbować.
Przez chwilę stali w ciszy.
Antek patrzył raz na lisa, raz na światło spoczywające w jego dłoni, a potem na ostatnią gwiazdę.
Jeszcze poprzedniego dnia martwił się tylko tym, że gwiazd jest coraz mniej. Teraz obok niego siedział mówiący srebrny lis, a on sam trzymał w ręku światło, które spadło z nieba.
Powinien był się przestraszyć.
Trochę się bał.
Ale jeszcze bardziej chciał wiedzieć, co naprawdę się dzieje.
Lis wstał.
— Wracaj teraz do domu.
Antek spojrzał na niego zaskoczony.
— To wszystko?
— Na dzisiaj.
— A ty?
— Spotkamy się jutro.
— Gdzie?
Lis ruszył w stronę zagajnika.
— Będę wiedział, gdzie cię znaleźć.
— Zaczekaj!
Zwierzę zatrzymało się.
— Jak masz na imię?
Lis spojrzał na chłopca.
Przez chwilę nic nie mówił.
— Na razie wystarczy ci, że jestem lisem.
— To głupie.
— Możliwe.
Po tych słowach zniknął między krzakami.
Antek został sam.
Spojrzał na swoją dłoń.
Iskra nadal świeciła spokojnym, srebrzystym światłem.
Schował ją ostrożnie do kieszeni bluzy.
Światło nie zgasło.
Przez materiał przebijał delikatny blask.
Antek ruszył w stronę domu.
Kiedy dochodził do pierwszych zabudowań, jeszcze raz spojrzał w niebo.
Ostatnia gwiazda nadal tam była.
Ale tym razem Antek już wiedział, że nie ma pewności, czy zobaczy ją następnego wieczoru.
Rozdział 3
Wiadomość w starym drzewie
Następnego dnia Antek co chwilę sprawdzał kieszeń bluzy, chociaż dobrze wiedział, że iskra nadal tam jest. Przez cienki materiał czuł jej delikatne ciepło. Nie parzyła i nie świeciła już tak mocno jak poprzedniej nocy, ale wystarczyło, że wsunął rękę do kieszeni, żeby upewnić się, że jej nie zgubił.
W szkole prawie nie słuchał, co mówi nauczycielka. Myślami wracał do srebrnego lisa i do ostatniej gwiazdy. Kilka razy spojrzał przez okno, choć było jeszcze jasno i niebo wyglądało zupełnie zwyczajnie. To było chyba najdziwniejsze ze wszystkiego. W dzień świat wydawał się taki jak zawsze. Samochody jeździły po drodze, ludzie rozmawiali przed sklepem, psy szczekały za płotami, a dzieci wracały ze szkoły. Tylko Antek wiedział, że kiedy zrobi się ciemno, na niebie może nie być już prawie nic.
Po powrocie do domu mama od razu zauważyła, że jest zamyślony.
— Coś się stało? — zapytała, stawiając na stole talerz z obiadem.
— Nie.
— Na pewno?
— Tak.
Mama przyjrzała mu się uważnie.
— Jesteś dziś wyjątkowo cichy.
Antek wzruszył ramionami.
— Zmęczony jestem.
Nie podobało mu się, że nie mówi jej prawdy. Z drugiej strony nie wiedział, jak miałby zacząć.
„Mamo, poznałem srebrnego lisa, który mówi ludzkim głosem, a w kieszeni mam kawałek światła z nieba.”
Brzmiało to źle nawet w jego własnej głowie.
Zjadł więc obiad, pomógł wynieść śmieci i zrobił wszystko, żeby zachowywać się zwyczajnie. Dopiero pod wieczór wszedł do swojego pokoju i wyjął iskrę.
Leżała na jego dłoni i świeciła słabym, mlecznym blaskiem.
— No dobrze — powiedział cicho. — I co teraz?
Oczywiście nie odpowiedziała.
Antek usiadł na parapecie.
Czekał.
Minęło kilka minut.
Potem następne.
W końcu przy płocie coś się poruszyło.
Srebrny lis wyszedł z cienia i stanął dokładnie w tym samym miejscu co poprzedniej nocy.
Antek natychmiast wstał.
Tym razem nie czekał długo. Założył bluzę, schował iskrę i zszedł na dół.
Mama była w kuchni.
— Wychodzę do ogrodu — powiedział.
— Znowu?
— Tylko na chwilę.
— Nie włócz się po ciemku.
Antek skinął głową.
Przez sekundę chciał jej powiedzieć wszystko.
Naprawdę chciał.
Ale coś go zatrzymało.
Może dlatego, że sam jeszcze nie wiedział, co się właściwie dzieje.
Wyszedł na zewnątrz.
Lis czekał przy furtce.
— Wiedziałem, że przyjdziesz — powiedział Antek.
— A ja wiedziałem, że wyjdziesz.
— To gdzie idziemy?
Lis ruszył bez odpowiedzi.
Antek westchnął.
— Widzę, że dalej lubisz tajemnice.
— Nie wszystko trzeba mówić od razu.
— Ty chyba lubisz mówić jak staruszek.
Lis spojrzał na niego z boku.
— A ty lubisz zadawać dużo pytań.
— Bo nikt mi nie odpowiada.
— To też możliwe.
Poszli tą samą drogą co poprzedniej nocy, ale tym razem lis skręcił wcześniej. Minęli ostatnie domy i weszli na wąską ścieżkę biegnącą między polami.
Antek znał tę okolicę, ale tylko za dnia. Nocą wszystko wyglądało inaczej. Krzaki wydawały się większe, drzewa ciemniejsze, a znajome pagórki miały obce kształty. Mimo to nie czuł się już tak nieswojo jak poprzednio. Obecność lisa pomagała.
Po kilku minutach dotarli do starego drzewa.
Antek znał je dobrze.
Rosło samotnie na skraju pola i było tak szerokie, że dwóch dorosłych ledwo objęłoby pień ramionami. Jedna z grubych gałęzi była złamana od wielu lat, a kora miała głębokie pęknięcia. Dzieci z wioski czasami przychodziły tu latem, ale nikt nie interesował się samym drzewem. Było po prostu stare.
Lis zatrzymał się przed pniem.
— To tutaj.
Antek rozejrzał się.
— Tutaj co?
— Wyjmij iskrę.
Chłopiec wsunął rękę do kieszeni.
— Po co?
— Zobaczysz.
— Znowu ta sama odpowiedź.
Mimo to wyjął mały świetlny punkt i trzymał go na otwartej dłoni.
Iskra rozjaśniła korę.
Antek zrobił krok bliżej.
— I co teraz?
Lis wskazał nosem środek pnia.
Antek nachylił się.
Dopiero wtedy zauważył niewielką szczelinę. Była wąska i niemal zupełnie ukryta między fałdami kory.
— Tego wcześniej tu nie widziałem.
— Bo nie wiedziałeś, czego szukać.
Antek przykucnął.
Przybliżył iskrę do szczeliny.
Światło nagle zadrżało.
— O!
Lis milczał.
Antek przesunął dłoń jeszcze bliżej.
Iskra zaczęła świecić mocniej.
Szczelina również rozbłysła.
Chłopiec odruchowo cofnął rękę.
— Co się dzieje?
— Spróbuj jeszcze raz.
— A jak drzewo wybuchnie?
Lis spojrzał na niego spokojnie.
— Nie wybuchnie.
— Skąd wiesz?
— Bo nie wybucha.
Antek zmarszczył brwi.
— Bardzo przekonujące.
Powoli zbliżył iskrę ponownie.
Tym razem nie cofnął ręki.
Kiedy światło dotknęło szczeliny, po korze przebiegła cienka srebrzysta linia. Potem druga. Obie zaczęły układać się w prosty znak.
Antek patrzył szeroko otwartymi oczami.
Na pniu pojawiły się słowa.
Nie były wyryte ani namalowane. Po prostu świeciły.
Chłopiec przeczytał je powoli.
— „Światło zabrano. Niosą je na północ. Za Górę Cienia.”
Zapadła cisza.
Antek przeczytał wiadomość jeszcze raz.
— Kto je zabrał?
Lis nie odpowiedział.
— Wiesz?
— Nie wszystko.
— Ale coś wiesz.
— Wiem, dokąd prowadzi ślad.
Antek wskazał napis.
— Za Górę Cienia.
— Tak.
— Daleko stąd?
Lis przez chwilę milczał.
— Wystarczająco daleko.
— To bardzo zła odpowiedź.
— Ale prawdziwa.
Antek spojrzał na słowa.
Po chwili litery zaczęły blednąć. Srebrne linie znikały jedna po drugiej, aż pień znowu wyglądał zupełnie zwyczajnie.
Chłopiec przyjrzał się szczelinie.
— I tyle?
— Tyle.
— Żadnej mapy?
— Nie.
— Żadnej strzałki?
— Nie.
— Świetnie.
Schował iskrę do kieszeni.
Spojrzał na północ, choć w ciemności nie potrafił powiedzieć, gdzie dokładnie kończą się pola.
— Jeśli nic nie zrobimy, ostatnia gwiazda też zniknie?
Lis popatrzył na niebo.
Antek zrobił to samo.
Samotny punkt nadal świecił.
Słabo.
Bardzo słabo.
— Tak — odpowiedział lis.
Chłopiec poczuł, że robi mu się ciężko w brzuchu.
— A jeśli pójdziemy tam, gdzie zabrali światło?
— Może dowiemy się więcej.
— I może je odzyskamy?
Lis spojrzał na niego.
— Może.
Antek stał przez chwilę bez ruchu.
Jeszcze kilka dni temu jego największym problemem było to, że poluzował mu się łańcuch w rowerze. Teraz patrzył na ostatnią gwiazdę i wiedział, że gdzieś daleko ktoś zabiera światło z nieba.
— Muszę iść do domu — powiedział.
Lis skinął głową.
— Wrócisz?
Antek spojrzał na niego.
— Tak.
Tym razem wracał szybciej.
Wioska była cicha. W kilku domach gasły już światła. Antek wszedł przez furtkę i zatrzymał się przed drzwiami.
Przez chwilę stał bez ruchu.
Wiedział, co zamierza zrobić.
I właśnie dlatego nagle poczuł strach.
Wszedł do domu.
Mama spała.
Antek cicho zdjął buty i wszedł po schodach. Najpierw poszedł do swojego pokoju. Wyciągnął niewielki plecak. Włożył do niego butelkę wody, dwie kanapki, bluzę i małą latarkę.
Potem zatrzymał się.
Nie wiedział, jak długo go nie będzie.
To była myśl, której wcześniej próbował unikać.
Wyszedł na korytarz.
Drzwi do pokoju mamy były uchylone.
Podszedł cicho.
Mama spała, zwrócona twarzą w stronę okna.
Antek patrzył na nią przez dłuższą chwilę.
Nagle całe to wychodzenie wydało mu się bardzo złym pomysłem.
Mógł przecież zostać.
Mógł rano powiedzieć mamie o lisie, o iskrze i o drzewie.
Tylko co wtedy?
Czy uwierzyłaby mu?
A nawet jeśli tak, czy pozwoliłaby mu iść?
Pewnie nie.
Antek cofnął się do swojego pokoju.
Wziął kartkę i ołówek.
Długo nie wiedział, co napisać.
W końcu nabazgrał kilka zdań.
„Mamo. Muszę coś sprawdzić. Wrócę. Nie martw się. Antek.”
Przeczytał wiadomość.
Brzmiała źle.
„Nie martw się” na pewno sprawi, że mama właśnie zacznie się martwić.
Dopisał:
„Naprawdę wrócę.”
To wcale nie wyglądało lepiej.
Westchnął.
Położył kartkę na stole w kuchni, tam gdzie mama na pewno ją zobaczy.
Jeszcze raz rozejrzał się po domu.
Nagle wszystko wydawało mu się ważne. Kubek stojący przy zlewie. Kurtka mamy wisząca przy drzwiach. Jego buty. Zegar na ścianie.
Nie wiedział, dlaczego dopiero teraz zauważył, jak bardzo lubi zwyczajne rzeczy.
Założył plecak.
Wyszedł.
Srebrny lis czekał za furtką.
— Gotowy? — zapytał.
Antek spojrzał na dom.
W oknach było ciemno.
— Nie.
Lis przechylił głowę.
— Ale idziesz?
Antek odetchnął głęboko.
— Idę.
Ruszyli polną drogą.
Po kilku krokach chłopiec obejrzał się jeszcze raz.
Potem spojrzał w niebo.
Ostatnia gwiazda wciąż świeciła.
Bardzo słabo.
Antek zacisnął dłoń na pasku plecaka i poszedł za lisem.
Na północ.
W stronę Góry Cienia.
Rozdział 4
Las Szeptów
Droga prowadząca na północ była początkowo łatwa. Antek znał jeszcze pola rozciągające się za wioską, rozpoznawał niektóre ścieżki i pagórki, a nawet kilka samotnych drzew, pod którymi nieraz chował się przed deszczem. Im dalej jednak szli, tym mniej znajome stawało się wszystko dookoła. Domy zniknęły za wzgórzami, droga zwęziła się i zaczęła przypominać zwykłą polną ścieżkę, a na horyzoncie coraz wyraźniej rysowała się ciemna ściana lasu.