E-book
20.48
drukowana A5
53.26
Chłopak bez pamięci

Bezpłatny fragment - Chłopak bez pamięci

Objętość:
340 str.
ISBN:
978-83-8155-738-2
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 53.26

Dla Doroty


„Z naprawdę wielkich, posiadamy tylko jednego wroga — czas.”

— Joseph Conrad

Od autora

Sam fakt, że trzymasz w rękach moją książkę, jest dla mnie ogromną radością. Spędziłem nad tworzeniem historii Dawida Miłego grubo ponad rok i mam nadzieję, że po przebrnięciu przez każdą ze stron książki i czytając już ostatnią, będziesz równie szczęśliwy jak ja, gdy ją pisałem. Książki powinny nieść ze sobą jakieś przesłanie. Owszem, powinny też bawić, rozśmieszać, intrygować, zmuszać do myślenia, a czasami nawet przestraszyć. Ale moim zdaniem powinny przede wszystkim skupiać myśl czytelnika na konkretnych wartościach i prowadzić go ku zrozumieniu pewnych prawd. „Chłopak bez pamięci” jest książką mówiącą o wartości jaką mają nasze wspomnienia i pamięć. Zadaje pytanie, kim bylibyśmy, gdyby ktoś ich nas pozbawił? Choroba alzheimera czy demencja są przykładem tego, że człowiek może utracić wszystko, nawet świadomość bycia sobą. Wyobraźcie sobie, utratę wszystkich wspomnień, wszystkiego co było częścią was samych i częścią wielkiej całości o nazwie tożsamość. Przestajecie poznawać ludzi, miejsca i samych siebie, patrząc w lustro. Rzeczywistość, która was otacza, nagle staje się czymś zupełnie nierealnym. Nie wiem, czy osoby, których dotknęły podobne choroby myślą o otaczającym ich świecie i życiu, ale my możemy zadać sobie to pytanie. Czy otaczająca nas rzeczywistość jest tak naprawdę rzeczywista? Czy każdy uciekający dzień, nie jest tylko snem, który kończy się i pozostawia po sobie tylko pustkę? Pytań jest wiele, a tak mało odpowiedzi. Religia ukazuje nam swoje spojrzenie, nauka swoje, lecz gdzie mamy patrzeć, aby ujrzeć prawdę? Widzicie? Znowu kolejne pytanie. Czy niniejsza książka da wam odpowiedzi, tego nie wiem. Ale mam nadzieję, że będziecie się dobrze bawić czytając ją, jak ja podczas jej pisania. Na zakończenie tego wstępu, który nie pozwala wam rozpocząć pierwszego rozdziału, pragnę wspomnieć o jednej bardzo istotnej rzeczy, która towarzyszyła mi podczas pisania. Jest to „upór maniaka”. To stwierdzanie usłyszałem u jednego ze współczesnych pisarzy. Nie poddawać się nawet, gdy nie będzie łatwo spełniać swoich marzeń. Brnąć przez mieliznę ludzi, którzy nie pozwalają Ci rozwinąć swych skrzydeł. Pamiętaj, że nadejdzie dzień, w którym wyrwiesz się z gęstego bagna i oczyścisz skrzydła, by móc wzbić się jak najwyżej i odlecieć tam, dokąd tylko zechcesz.

Prolog

Kiedyś usłyszałem słowa, które poruszyły mnie do tego stopnia, że każdą wolną chwilę poświęcałem by je zrozumieć i wprowadzić w życie. Co nie okazało się takie proste jak się wydawało. Słowa ubrane w barwę głosu starego dziadka siedzącego przed sklepem i pijącego któreś z kolei piwo były słowami, których nie usłyszałem od nikogo innego i nie przeczytałem w żadnej z książek.


„Gdy nie otworzysz oczu serca i nie będziesz patrzeć na świat przez nie, to umrzesz mimo tego, że będziesz oddychać powietrzem, którym oddycha każdy. Wiesz kto mi to powiedział? Mój ojciec, gdy byłem w Twoim wieku. Nie otworzyłem oczu serca i zobacz gdzie teraz siedzę.”


Ktoś inny może minąłby tego starszego pana, którego jedni nazywali Szamanem, a inni po prostu żulem i nie zwróciłby uwagi na jego słowa, które mamrotał pod nosem. Ja jednak dziś się zatrzymałem i wysłuchałem tego co chciał mi powiedzieć. Byłem w szoku, gdy skończył już mówić i usiadł z powrotem na ławkę przed sklepem. Nie sądziłem, że ludzie takiego pokroju jak Szaman mają taką mądrość życiową pozyskaną od swoich rodziców. Co prawda nie kierują się nią tak jak prosili ich o to, gdy byli jeszcze młodzi, ale przekazują ją tym, przed którymi życie dopiero rozwinęło swój dywan. Ciekawe jest to, że mimo świadomości wyboru jaki podjął Szaman i świadomości tego, że wybór ten okazał się zrujnować mu życie, to nadal pozostaje w tym stanie, w jakim tkwi od wielu lat. Pytanie tylko dlaczego, dlaczego nie poszedł za słowami, które przekazał mu jego ojciec? Był młody, głupi, chwytał życie takim jakie jest i nie przejmował się tym co będzie jutro?


Zamyślony nad słowami, które usłyszałem, udałem się do domu, by usiąść przy biurku i zapisać sobie to, co powiedział do mnie Szaman. Gdy odkładałem już długopis do wysuniętej szuflady zobaczyłem w niej coś czego kompletnie się nie spodziewałem. Był to list zaadresowany do mnie, lecz nie posiadający nadawcy. Wyjąłem go i położyłem na biurko, po czym sięgnąłem po nożyk do szuflady i zacząłem rozcinać powoli kopertę, by nie uszkodzić zawartości. Wyjąłem list i rozszerzyłem kopertę, by sprawdzić czy jest w niej coś jeszcze oprócz listu. Było w niej zdjęcie, na którym zatrzymana została chwila, gdy ja i dziewczyna której imienia nie pamiętałem piliśmy piwo ze swoich kubków przez różowe słomki. Wpatrywałem się w to zdjęcie nie umiejąc sobie przypomnieć, kiedy, gdzie i z kim to się wydarzyło. Nie pamiętałem jej imienia, nie rozpoznałem jej twarzy, oczu, uśmiechu, nie umiałem przypomnieć sobie jej barwy głosu i dotyku dłoni. Moja twarz po chwili zaczęła wydawać się inna, niż ta, którą widzę codziennie w lustrze. Odłożyłem zdjęcie do szuflady zamykając ją gwałtownie, by kompletnie nie zwariować. Z biurka patrzyła na mnie biała złożona kartka, przez którą przebijały się małe kontury literek ciągnących się po same brzegi, tak jakby chciały się z niej wydostać. Z lękiem, niepewnością i dozą podniecenia sięgnąłem po list i rozłożyłem go trzymając w drżących dłoniach. Po przeczytaniu pierwszych zdań list wypadł mi z rąk spadając na podłogę, a przed oczami rozlała się ciemność. Po krótkiej chwili, która w rzeczywistości trwała kilkanaście godzin ocuciła mnie zimna dłoń mojej mamy uderzająca mnie w policzek.


Drogi Dawidzie


To, że za Tobą tęsknię wiesz na pewno. Ale tego, że Cię kocham nie zdążyłam Ci powiedzieć, gdyż wyjechałeś. Wiem, że musi być Ci ciężko w szpitalu. Chciałam Cię odwiedzić, ale studia mi nie pozwoliły. Upewniłam się, że nic ci nie jest po wypadku…

Rozdział 1
Pobudka

Samochód ruszył powoli z piaszczystego podjazdu. Siedziałem za kierownicą patrząc w lusterko wsteczne, w którym odbijała się postać Oliwii machającej do mnie na pożegnanie. Jestem, co prawda wrażliwym chłopakiem czego przed nikim nie ukrywam, ale w tym momencie powstrzymałem się od łez. Włączyłem prawy kierunkowskaz wciąż nie odrywając wzroku od lusterka. Po minięciu bramy wyjechałem na mokry od październikowego deszczu asfalt ruszając w długą drogę do domu. Wnętrze samochodu rozgrzewało się w nieskończoność przez co musiałem jechać w kurtce. Po kilkunastu kilometrach w samochodzie zrobiło się wystarczająco ciepło, bym mógł już się rozebrać. Nie zatrzymałem się na przystanku, który minąłem, ale jechałem dalej trzymając jedną ręką kierownice, a drugą starając się rozpiąć zamek kurtki. Na to wszystko zaczął dzwonić telefon.

— Nie. No może jeszcze niech opona pęknie to będzie już w ogóle wspaniale — powiedziałem sam do siebie.

— Tak? Słucham?

— Wyjechałeś już? — Zapytała mama.

— Tak. Zaraz powinienem być w połowie drogi. A coś się stało?

Przytrzymałem kierownicę kolanem, telefon ramieniem i w końcu rozpiąłem kurtkę. Teraz zostało mi tylko ją zdjąć i rzucić na siedzenie.

— Nic. Ale mógłbyś mi kupić dwa chleby i masło ze sklepu?

— Dobrze. Kupię w supermarkecie po drodze. Muszę już kończyć, prowadzę.

Rozłączyłem się i odłożyłem telefon na siedzenie pasażera. Gdy wróciłem do zdejmowania kurtki, kolano, którym trzymałem kierownicę omsknęło się i samochód gwałtownie skręcił w lewo zjeżdżając na przeciwległy pas ruchu, po którym na szczęście nie jechał żaden samochód. Drzewo zaś po drugiej stronie zatrzymało mój samochód, a ja wylądowałem na mokrej trawie jakieś sześć metrów dalej przelatując przez przednią szybę, łamiąc sobie rękę, trzy żebra, a wszystko to doprawione wstrząśnieniem mózgu. Ocknąłem się w szpitalnym łóżku, przy którym stał stary facet z burzą włosów, nie na głowie, bo był łysy, tylko na twarzy. Broda czarna jak węgiel sięgała mu do połowy klatki piersiowej i odbijała się na białym lekarskim fartuchu, jakby nie była brodą tylko czarną dziurą w jego klatce. Spróbowałem poprawić się na łóżku, lecz ból w prawej ręce i klatce piersiowej był na tyle mocny, że nie mogłem się ruszyć.


— Co się stało? — Zapytałem cichym głosem, gdyż nawet mowa sprawiała mi trudności.

— Cud — odpowiedział brodaty lekarz, którego imienia nie poznałem przez jego brodę, która zasłaniała identyfikator.

— Że co? — Zapytałem zdziwiony jego odpowiedzią.

— Przeżyłeś. To jest cud, który się wydarzył. Miałeś wypadek panie…

Lekarz spojrzał na kartę i dokończył.

— Panie Dawidzie.

— Szkoda, że nie zginąłem — wymamrotałem.

— A miał pan taki zamiar? — Zapytał lekarz poprawiając okulary i przyglądając się mi jeszcze uważniej.

Przerwał nam mój ojciec wbiegający do sali razem z matką.

— O mój Boże! — wykrzyknęła mama. — Jak się czujesz?

— Nie za fajnie mamo.

— Synu jak to się stało? Ktoś ci wyjechał? Jakiś świr? — Zapytał ojciec gotowy do wymierzenia sprawiedliwości.

— Nie tato. To moja wina. Opowiem Ci o tym później. Teraz chcę odpocząć. Fatalnie się czuję. Wybaczcie.

— Dobrze. Mama zostaje na noc u ciotki. Będzie cię codziennie odwiedzać. Ja muszę wracać do firmy. Ludzie sami nie umieją pracować.

Ojciec uścisnął mi dłoń i pocałował w czoło co uczyniła również mama wychodząc z sali. Lekarz zajął się w tym czasie innymi pacjentami, lecz gdy tylko spostrzegł, że moi rodzice wyszli, wrócił do mnie ten brodaty koleś, który już na sam widok odpychał od siebie ludzi. Jak dla mnie to robił jeszcze na boku dla policji wypytując o potrzebne szczegóły.

— Nie odpowiedział mi pan. Przeszkodzili nam pańscy rodzice, którzy zadziwiająco szybko opuścili salę.

Boże jak ja już go miałem dość. Budzi się człowiek po wypadku, a uparty brodacz zasypuje cię pytaniami. Nic nie odpowiedziałem. Odwróciłem głowę w drugą stronę zamykając oczy i zasypiając szybciej niż znikająca gwiazda spadająca na niebie.

Całowałem ją, trzymałem by nie uciekła tam gdzie nie mógłbym jej znaleźć. Puste szklanki po whisky z colą stały na szklanym stoliku obok. W powietrzu czułem zapach jej perfum, a smak jej ust przypominał mi smak wypitej whisky i cytryny. Czułem każdy jej dotyk, oddech i widziałem jak się uśmiecha gdy odsunęła ode mnie swoje usta. Słyszałem jak mówiła.

— Dawid. Co mam z tobą zrobić, gdy nie mogę się oprzeć by cię nie pocałować?

Wiedziałem, że mogę jej odpowiedzieć i chciałem, lecz obudził mnie krzyk jednego z pacjentów leżącego w mojej sali.

— Czyli to był sen. — Wyszeptałem sam do siebie.

Dwóch lekarzy i jedna pielęgniarka wbiegli do sali, by sprawdzić co się dzieje ze starszym panem, który darł się głośniej od mojej wkurzonej matki. Pielęgniarka odblokowała kółka w łóżku, na którym leżał starszy pan i razem z lekarzami wyjechali z nim opuszczając salę.

Z korytarza dochodził jeszcze krzyk, który milkł z każdą sekundą, aż w końcu nastała głęboka szpitalna cisza, którą przerywały pikania niektórych z maszyn podtrzymujących lub monitorujących życie pacjentów sali numer 9. Nie mogłem zasnąć. Zegarek na białej jak prześcieradło ścianie wskazywał 22:27. Zamknąłem oczy próbując wrócić do momentu ze snu, aby odpowiedzieć tej dziewczynie i zobaczyć co wydarzy się dalej. Nie znałem jej, nie wiedziałem czy to było moje wspomnienie, czy po prostu sen. Próbowałem sobie przypomnieć cokolwiek. Ale jedyne co pamiętam to moment wypadku i pobudkę w szpitalu.

Brodacz pojawił się o 8:30. Wszedł do sali uśmiechając się do mnie, jakby chciał mi powiedzieć, że wracam do domu. Ale nawet ta informacja nie poprawiłaby mojego samopoczucia i zdania na jego temat.

— Jak się czujesz Dawidzie? Dobrze spałeś?

— Nie spałem prawie wcale. Co się stało z tym starszym panem, którego zabrali wczoraj w nocy?

Brodacz zamilkł na moment wyjmując ręce z kieszeni białego fartucha.

— Niestety zmarł. Był w naszym szpitalu już od roku. To była tylko kwestia czasu.

— Kwestia czasu? — Zapytałem próbując poprawić się na łóżku, co nadal uniemożliwiał mi przeszywający moje ciało ból.

— Rak z przerzutami. Znałeś pana Macieja?

— Nie. Mogę zapytać ile miał lat?

— Siedemdziesiąt dziewięć. Skończył jakieś trzy tygodnie temu. Miał paru znajomych w tym szpitalu. Pamiętam, że przyszło kilku pacjentów do sali numer dziewięć na jego urodziny. Dobrze, że spędził je wśród znajomych i przyjaciół.


Przez chwilę pomyślałem, że brodacz ma jednak serce. I chyba polubiłem z nim rozmawiać. Odniosłem też wrażenie, że nie jest bezdusznym lekarzem, który jest tu tylko dla kasy, ale jest dla niego priorytetem zdrowie pacjentów.

— Nie wiem czemu, ale jest mi smutno z powodu pana Maćka. Nie znałem go, a jednak wieść o jego śmierci dziwnie mnie przytłoczyła.

— Był człowiekiem posiadającym krystalicznie czyste serce, którym dzielił się z innymi.

— Chyba mówi się złote — poprawiłem brodacza.

— Ja znam inne porównanie. Światło przechodzące przez kryształ rozdziela się na wiązki kolorowych promieni. Pan Maciej dzielił się tym radosnym i kolorowym światłem z innymi. Rozsiewając radość z życia i dobro wokół siebie. Mimo choroby, która powoli go zabijała.

— Zapamiętam sobie to porównanie. Jest zdecydowanie lepsze od złota.

Brodacz odpowiedział mi uśmiechem i odwrócił się chcąc odejść.

— Panie doktorze.

— Tak?

— Wczoraj zadał mi pan pytanie, na które nie odpowiedziałem.

— Nie musisz na nie odpowiadać jeśli nie chcesz — uspokoił mnie.

— Ale chcę.

Brodacz przysunął metalowe krzesło i usiadł na nim przy moim łóżku. Nabrałem powietrza i spróbowałem poprawić się na łóżku, które stało się dla mnie strasznie nie wygodne, gdy leżę w jednej pozycji.

— Zaczekaj. — Odezwał się Brodacz i chwycił pilot, którym ustawił oparcie łóżka nieco wyżej.

— I nikt mi o tym nie powiedział? Że istnieje coś takiego jak pilot do ustawiania łóżka? — Zaśmiałem się i podrapałem się po szyi.

— Niby jest dwudziesty pierwszy wiek, a jednak potrafi zaskoczyć nawet młodzież. — Odparł Brodacz odwzajemniając śmiech.

— Nie chciałem się zabić — zacząłem niepewnie. — Wracałem skądś, ale…

„Nie pamiętam skąd” — pomyślałem.

— Ale? — zapytał Brodacz.

— Nie pamiętam nic, co wydarzyło się przed wypadkiem.

— Nic? To znaczy, że nie pamiętasz dosłownie nic? Nie pamiętasz swoich rodziców, rodzeństwa i innych istotnych dla twojego życia szczegółów?

— Nie. Pamiętam wszystko. Ale jest pewna luka której nie umiem zapełnić… Dziewczyna przyśniła mi się tej nocy, w której zmarł pan Maciej. Nie pamiętam jej imienia i niczego co jest z nią związane.

— Może to od niej wracałeś? Wie ktoś o tym gdzie pojechałeś? — Zapytał brodacz wyraźnie zainteresowany tą zagadką.

— Nie wiem… nie pamiętam.

— Wstrząs mózgu jakiego doznałeś może nieść ze sobą utratę pamięci. Niektórzy zapominają o wiele więcej od ciebie. Myślę, że pamięć wróci. Jest to tylko kwestia czasu. Czasami trwa to dłużej, a czasami krócej. Bądź cierpliwy. Może sny pomogą ci ją odzyskać.

— Myśli doktor, że sny to wspomnienia realnych wydarzeń?

— Znałem kilku pacjentów, którzy odzyskiwali pamięć po każdej przespanej nocy, w której śniły im się wydarzenia, o których zapomnieli.

— Może i mi one pomogą?

— Miejmy nadzieję, że tak. Niestety muszę już iść. Inni pacjenci czekają. Do zobaczenia Dawidzie.

— Do zobaczenia panie…

— Cóż za brak kultury z mojej strony, że nie przedstawiłem się wcześniej.

— Identyfikator zasłania pańska broda. — Powiedziałem z uśmiechem.

— Tak. Chyba będę musiał zaczepić go nie pod brodą, ale na brodzie.

Lekarz roześmiał się i przedstawił poprawiając identyfikator tak, żeby był widoczny.

— Artur Broda. Wiem, że zabawne nazwisko, ale tak się złożyło.


Zaśmiałem się razem z Arturem. Który odstawił metalowe krzesło na miejsce.


— Dawid Niepamiętny. Taki żart. Tak naprawdę to Miły. Dawid Miły.

— Dobrze, że trzyma się ciebie humor. To bardzo pomaga w takim miejscu jak to. Masz bardzo fajne nazwisko. Trzymaj się go jak drogowskazu. Bycie miłym zawsze do nas wraca.

— Dziękuję za rozmowę doktorze. I za pomoc.

— Artur. Mów mi Artur. I nie ma za co.

*

Obudziłem się po uderzeniu mamy w policzek. Obejrzałem się wokół siebie spostrzegając, że nie jestem w szpitalnej sali, ale w swoim pokoju. Po prawej leżał przewrócony fotel, z którego musiałem spaść. Podniosłem się z trudem i ustawiłem fotel na swoim miejscu. Czułem się oszołomiony i odrętwiały.

— Co się stało? Gdzie jestem?

— Spadłeś z fotela i leżałeś tak parę godzin. Ocuciłam cię gdy wróciłam z zakupów. Jak to, gidzie? W swoim pokoju. — Odpowiedziała mama, której oddech powoli się uspokajał.

Sam już niczego nie rozumiałem. Czułem się jakby ktoś mieszał mi myśli ze snami. Moja świadomość przebywania w jakimś miejscu i czasie była niszczona za każdym razem, gdy zasypiałem lub traciłem przytomność. Nawet teraz nie byłem pewny czy jestem w swoim pokoju, czy jest to kolejną fikcją, snem, czy po prostu moim wyobrażeniem, albo nie wiem już sam jak to nazywać. Czas i przestrzeń zaczęły wykrzywiać się przed moimi oczami i w mojej głowie. Nie wiedziałem już co jest rzeczywistością…

Zasnąłem po 22:00 wcześniej jedząc kolację z rodzicami. Ciemność rozlała się przede mną jakby ktoś wyłączył film wyświetlany w kinie, a ekran zalał się ciemnością. Czekałem na nową projekcje, która miała się okazać rzeczywistością, snem, wspomnieniem?


— Pan Maciej? Przecież pan… — Powiedziałem przerażony tym co widzę.

— Co ja? — Zapytał z miną niezrozumienia.

— Nic, nic. Musiałem pana z kimś pomylić.


Jestem w niebie? Przecież Pan Maciej zmarł w szpitalu.


— Co u ciebie słychać Dawidzie? Jak zdrowie rodziców?

— Dobrze wszystko jest dobrze. Wybaczy mi pan, ale spieszę się do… do sklepu.

Zacząłem biec ile miałem sił w nogach. Mijałem ludzi, którzy szli po chodniku nie zwracając uwagi na otaczający ich świat wpatrując się tylko w swoje telefony. Omijałem ich jak plastikowe pachołki. Poczułem pot spływający mi po plecach i napięte mięśnie nóg, które powoli zaczęły odmawiać posłuszeństwa. Dobiegłem do piaszczystej plaży w Sopocie oddychając ciężko, chwytając powietrze głębokimi wdechami. Czyste morskie powietrze orzeźwiało mnie po każdym jego zaczerpnięciu. Wszystko było prawdziwe. Piasek, morze, słońce i latające mewy po niebie. Ludzie, którzy spacerowali po plaży też byli prawdziwi. Więc to może ja nie istniałem?

Zdjąłem buty i skarpetki stając na ciepłym piasku w którym zanurzyłem swoje nagie stopy czując jego szorstkość i zarazem delikatność. Zrobiłem pierwszy krok a po nim kolejne w stronę brzegu morza, którego fale oblewały brzeg.


„Co przyniesie kolejny przypływ?” — Pomyślałem wpatrując się w bezkresne morze, w którym widziałem swoje życie pełne tajemnic i niezbadanych miejsc, które każdego dnia przynosi mi w raz z każdym przypływem coś innego.


Szedłem wzdłuż brzegu, aż do zmroku. Zachodzące słońce ściągało na świat ciemną kurtynę, na której powoli zapalały się gwiazdy. Zostałem sam na coraz chłodniejszym piasku i wśród wiatru, który przybierał na sile z każda minutą. Sam pośród świata, w którym nie potrafiłem się odnaleźć. Zgubiłem gdzieś po drodze samego siebie i nie wiem jak mam się odnaleźć.

Rozdział 2
Gdzieś między światami

Doktor Herman High wszedł do sali nr 9 pewnym krokiem jakim chodzą chyba wszyscy ważni lekarze w szpitalu. Moi rodzice przywitali się z nim patrząc błagalnym wzrokiem prosząc o jakieś informację, które pomogą im w zrozumieniu mojego stanu zdrowia. Jak później się dowiedziałem od Artura, doktor High jest światowej sławy specjalistą od zaników pamięci i chorób z tym związanych. Po rozmowie z rodzicami podszedł do mojego łóżka i sięgnął po kartę zawieszoną na poręczy.

— Pan Dawid Miły — zaczął grubym głosem z amerykańskim akcentem jakby nie wyleczył sobie kaszlu. — Nazywam się Herman High. Czy boli pana głowa?

„Co to za pytanie? — pomyślałem. Cudem uniknąłem wypadku i wyszedłem ze wstrząsu mózgu, a on pyta czy boli mnie głowa.

Wpatrywał się w kartę czekając na moją odpowiedź.

— Nie. Przestała jakiś czas temu, nie umiem powiedzieć kiedy dokładnie.

— Y hmmm… — zaburczał.

— Może mi pan powiedzieć ile ma pan lat?

— A czy ta informacja nie znajduje się na karcie? — zapytałem wpatrując się w jego skupiony wyraz twarzy.

— Owszem. Ale czy pan wie ile ma pan lat?

Zapadła chwila ciszy podczas której uświadomiłem sobie, że nie wiem ile mam lat. Nie wiedziałem tylko dlaczego. Pamiętam przecież moich rodziców i niektóre z wydarzeń przed wyjazdem z domu. Więc skąd ta pustka? Brak pamięci się pogłębiał?

— Nie wiem. Nie… nie pamiętam.

Dr High nie podniósł wzroku znad karty jakby odpowiedź jaką usłyszał była tą, której oczekiwał. Przeglądał przez dłuższą chwilę kartę, po czym odwiesił ją na poręcz łóżka i spojrzał na mnie.

— Wie pan panie Dawidzie gdzie się pan znajduje? — zaczął.

— W szpitalu. sala nr 9. I zgaduje, że w moim rodzinnym mieście Warszawie.

— Tak. Zgadza się. Czy może pan powiedzieć jakie wydarzenie pamięta pan jako ostatnie?

Zastanowiłem się przez chwilę i poczułem mętlik w głowie próbując wrócić pamięcią dalej niż pięć minut temu.

— Chyba… kolacja w domu przy stole z rodzicami. Ale nie jestem tego pewien w stu procentach.

— Rozumiem. Czy miał pan problemy z pamięcią przed wypadkiem?

— Nie pamiętam — odpowiedziałem i poczułem w sobie tak głęboki lęk przed zapomnieniem wszystkiego ze swojego życia, że chciałem uciec już z tej sali i nie wrócić tu nigdy.

— To może być ciężki przypadek utraty pamięci po wypadku. Amnezja, choroba Picka lub otępienie czołowe. Po bardziej szczegółowych badaniach będziemy mogli stwierdzić co dokładnie panu dolega. Niech pan odpoczywa i wraca do pełni sił fizycznych.

Dr High wyszedł z sali, do której po kilku minutach weszli moi rodzice.

— I co ci powiedział? Wyjdziesz z tego? — Zapytała mama wyraźnie roztrzęsiona.

— Tak. Wszystko powinno wrócić do normy. To tylko kwestia czasu.

Wolałem skłamać, niż mówić prawdę, która mogłaby ich tylko zaboleć.

O 20:45 na trzecim kanale zaczął się film o młodym chłopaku, który w ułamek sekundy mógł skakać z jednego na drugi koniec świata. To coś nazywa się teleportacją, która oczywiście jest możliwa tylko w filmach. Ale dało mi to do myślenia. Może ja właśnie tak robię gdy pojawiam się w innym miejscu, gdy tylko zasnę lub stracę przytomność? Było tyle pytań, niejasności i lęku, a żadnych odpowiedzi mogących wyjaśnić to co mi dolega. Spróbowałem nawet zamknąć oczy i skupić się na jakimś miejscu, podobnie jak David z filmu, lecz po otwarciu oczu nie znalazłem się w swoim pokoju, nadal byłem przykuty do łóżka w szpitalnej sali nr 9.

*

Dziwne, ale ten dzień zaczął się normalnie. Nawet przez chwilę zapomniałem o tym, że jestem w szpitalu. Noc również minęła bez skoków w inne miejsca. Nie pamiętam, kiedy tak dobrze spałem jak dziś. Na serio, poczułem się zupełnie zdrowy na ciele i umyśle, tak jakby ktoś zabrał ode mnie ciężki plecak dzięki czemu mogłem iść już swobodniej bez ogromnego ciężaru. Wpatrywałem się w biały sufit szpitalnej sali, który wydał mi się być bielszym od śniegu. Zacząłem próbować wrócić pamięcią do tych momentów, które zniknęły z moich wspomnień niczym wyspa zasłonięta przez mgłę, lecz nie pamiętałem niczego. Pustka jaka wypełniała mój umysł była tak przerażająca, że zacząłem tracić rozum i sens wszystkiego co mnie otacza. Zgubiłem się gdzieś między światami. Nie zdajecie sobie sprawy jak czuje się człowiek pozbawiony pamięci. Zapominacie kluczyków do samochodu, telefonu czy daty urodzin najlepszego przyjaciela. Ale wiecie jak czuje się ktoś kto nie pamięta kim jest, ile ma lat, skąd pochodzi, i co robił przez ostatni tydzień, miesiąc albo nawet rok?

— Właśnie! — pomyślałem. — Jak długo jestem w tym szpitalu? Rany są co prawda świeże, ale skąd mam wiedzie czy to nie jest jedna z projekcji w mojej głowie? Jeden ze światów? Wiem tylko jedno… że nic nie wiem. Jedyne czego w życiu możesz być pewien to tego, że nie możesz być pewien niczego. Teraz, gdy utraciłem pamięć zrozumiałem to dogłębnie. Gdy funkcjonowałem jak każdy, wszystko co mnie otaczało było po prostu czymś normalnym, naturalnym, zwyczajnym. Teraz zaś, gdy to co kiedyś było, zniknęło, stało się dla mnie czymś wyjątkowym i niepowtarzalnym. Wszystkie wspomnienia, przeżyte chwile te dobre i złe, te które chce się pamiętać przez całe życie, i te o których chciałoby się zapomnieć, teraz zniknęły niczym statek za mgłą, który chociaż w niektórych miejscach podziurawiony, zardzewiały i skrzypiący to jednak zawierający w sobie tę iskrę piękna, którą każdy, a przynajmniej większość umie podziwiać i docenić. Każdy skrawek najdrobniejszego wspomnienia, które niczym kawałek puzzla, składa się na cały obraz mojego minionego życia, teraz wyparował, zniknął jak zdmuchnięty płomień świecy…

— Właśnie! Puzzle! — Pomyślałem — Idealne porównanie. Wyobraźcie sobie, że układacie bardzo, ale to bardzo małe puzzle i jesteście już prawie przy zakończeniu układania gdy nagle ktoś podbiega i niszczy waszą pracę, nad którą spędziliście wszystkie lata swojego życia i musicie zacząć od nowa. Jak byście się poczuli…? No właśnie, tak ja teraz się czuję. Jak bym zaczynał od nowa układać swoje życie.

Po obiedzie, który składał się zupy warzywnej i drugiego dania, którego niestety nie potrafię opisać, ale nie zjadłem z niego nawet kęsa, bo sam widok by was odstraszył przed zanurzeniem w tym czymś widelca, oczy zamknęły mi się tak nagle, że nie potrafiłem zatrzymać opadających powiek. Przez dłuższą chwilę trwałem w tym dziwnym stanie nagłego zamknięcia się oczu, które w pierwszym momencie mnie nie przeraziło lecz teraz, gdy zachowując pełną świadomość nie potrafiłem otworzyć oczu, pojawił się lęk. Przewracałem nerwowo oczami pod zamkniętymi powiekami, lewą ręką sięgnąłem do oczu próbując unieść powieki, lecz nie mogłem, czułem jakby ważyły tonę.

— Nie ma się pan czego obawiać — słyszę nagle głos doktora Hermana. — To kolejny z etapów naszych testów. Musi się pan odprężyć i spróbować zasnąć, my zaś będziemy wszystko monitorować.

„Testów? Monitorować?” — Pomyślałem wciąż przestraszony.

— Co tu się dzieje? Gdzie ja jestem?!

— Spokojnie Dawidzie. Nic ci nie będzie, jesteś bezpieczny. — Usłyszałem głos, którego nie potrafiłem już rozpoznać zapadając w głęboki sen.

— Dobrze, zasnął. Możemy przejść do zabiegu. Gdzie jest Dr Artur? — Odezwał się Dr Herman stojący przy łóżku Dawida.

— Powinien tu być lada chwila doktorze. — Odpowiedziała pielęgniarka podająca fartuch doktorowi.

Artur spóźniony wbiegł na salę operacyjną, w której na metalowym stole leżał Dawid przykryty prześcieradłem. Gdy go zobaczył, zatrzymał się nagle i wpatrując się w uśpioną twarz Dawida nagle skierował wzrok na dr Hermana.

— Mówiłeś o ważnym zabiegu! Ale nie mówiłeś, że właśnie na nim! — Wykrzyknął oburzony.

— Nie będę wdawał się z tobą w dyskusję na temat moralności naszych poczynać. Wiedziałeś na co się decydujesz przekraczając próg tej placówki, więc albo zabieramy się do pracy, albo opuść to pomieszczenie.

Dr Herman był surowy i stanowczy, a Artur podlegał pod jego jurysdykcje, więc sprzeciwienie się decyzji dr High’a mogło poskutkować tylko jednym, wyrzuceniem na bruk i trafieniem na czarną listę, z której żaden szpital nie przyjmie takiego lekarza.

Artur przygotował się do zabiegu i wrócił na salę po trzech minutach. Wszystko było gotowe, aby mogli rozpocząć. Dawid zaś znajdował się już w innym miejscu.

— Gdzie ja jestem? — pomyślał głośno.

— Jak to gdzie. Na lekcjach fizyki panie Miły. I prosiłbym o skupienie podczas zajęć. — Odezwał się barowy głos nauczyciela fizyki pana Grzegorza.

„Sam już głupieje. Przecież sekundę temu leżałem w szpitalu. — pomyślałem. — Muszę porozmawiać z panem od fizyki może on poda mi jakąś wskazówkę?”

Poczułem wibrację w prawej kieszeni dżinsów, włożyłem rękę i wyjąłem telefon, na którego ekranie wyświetlił się komunikat:


„łyknąć tabletkę. 13:30!!!”


— Jaką tabletkę? — pomyślał głośno Dawid.

— Jednak muszę dziś pana ocucić jakimś zadaniem panie Miły. Zapraszam do tablicy. — Odezwał się nauczyciel wpatrując się w zamyślonego Dawida, który wciąż trzymał w ręku telefon.

Gdy podchodziłem do tablicy w mojej głowie pojawiła się myśl, że tabletki mam w małej przegródce w plecaku po prawej stronie. Oczywiście nie wykonałem poprawnie zadanie i gdy wróciłem do ławki okazało się, że tabletki rzeczywiście tam były. Miały tylko dziwny niespotykany kolor, były czarne. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie miałem zielonego pojęcia na co mam je brać i z czego mają mnie wyleczyć. Gdy zabrzmiał dzwonek na przerwę nie odważyłem się podejść do pana Grzegorza, nie zrozumiałby mnie i uznał za stukniętego czubka. Poszedłem do łazienki, aby łyknąć tabletkę, którą trzymałem w zaciśniętej dłoni.

— Dokąd to Miły?! — usłyszałem z za swoich pleców. — Nie jesteś mi winien kasy? Już zapomniałeś?

Marek Hiller z 3C, który nigdy nie daje mi spokoju.

— Tak wiem, ale kompletnie zapomniałem — odparłem stojąc na środku korytarza wypełnionego uczniami i patrząc na jego brzydką gębę usłaną masą pryszczy.

— Nie moja wina, że masz problemy z pamięcią cioto. Dziś do końca zajęć chcę widzieć moją kasę. Rozumiesz? Bo pogadamy inaczej. — Ruszył popychając mnie ramieniem i znikając w tłumie.

— Co za palant. Nic ci nie zrobił? — Odezwał się Mark Johanson mój najlepszy kumpel, którego starzy przeprowadzili się ze Stanów, gdy on był jeszcze dzieckiem. Znamy się od lat. Chyba tylko jemu mogę zaufać.

— Nie, wszystko ok. Mark mam sprawę, choć za mną.

Ruszyłem w stronę łazienek przeciskając się przez zatłoczony korytarz. Poczułem, że kręci mi się w głowie i że zaraz zemdleję.

„Nie! Tylko nie teraz.”

Na szczęście zawroty w głowie minęły i doszliśmy do łazienki, w której pokazałem Markowi tabletkę.

— Co to jest? — zapytał lekko zaskoczony ściągając plecak z ramienia i kładąc go na białych kafelkach męskiej łazienki.

— Nie mam pojęcia — odparłem.

— Skoro ty nie wiesz co to za tabletki, a znajdowały się w twoim plecaku, to kto ma wiedzieć? Może ktoś ci to podrzucił?

— A ten komunikat w telefonie? — wyciągnąłem telefon przed twarz Marka — Przypominający o tym abym wziął tabletkę?

— Stary. Dziś włamać się do kogoś telefonu to żadna sztuka. Albo po prostu go zwinąć.

— Dlaczego zaraz myślisz jak agent FBI?

— Bo mój stary jest policjantem? — Zaśmiał się Mark.

— Całe szczęście, że ciebie pamiętam — powiedziałem chowając tabletkę do kieszeni spodni.

— A dlaczego miałbyś mnie nie pamiętać?

— Powiedz tylko, że nie uznasz mnie za świra i wysłuchaj do końca. Ok?

— Okej? — odparł zdezorientowany Mark.

— Nie wiem, gdzie jestem, kim jestem, nie pamiętam większości mojego życia i leżę teraz w szpitalu ze złamaną ręką, żebrami i zabrali mnie na jakieś testy. Później straciłem przytomność i obudziłem się tutaj. Na lekcji fizyki. Ostatnio byłem w sklepie, później w domu, później zemdlałem i obudziłem się w szpitalu, po jakimś czasie zasnąłem i ocknąłem się w Sopocie na plaży, na której spotkałem dziadka, który zmarł w szpitalu, a tam na plaży żył. Nie wiem co się dzieje Mark. Jak bym stracił świadomość przebywania w jednej rzeczywistości i krążył miedzy światami. Nie wiem nic. Nie wiem, kiedy jest teraz, a kiedy jest kiedyś. Nie wiem czy teraz jestem tutaj, czy tak na prawdę jestem gdzieś indziej.

— Ok. Powoli. Kiedy możemy być pewni naszego przebywania w określonej rzeczywistości? Wtedy gdy mamy świadomość naszego w niej przebywania. A jesteś chyba teraz świadomy tego, że mnie widzisz, rozmawiasz ze mną i że stoimy w łazience, do której weszliśmy nie po to, aby się odlać?

— Tak. Ale ja jestem świadomy tego za każdym razem gdziekolwiek jestem. Byłem w pełni świadomy, gdy byłem w sklepie, pokoju, szpitalu i na plaży. Tutaj tkwi haczyk. Nie mam pojęcia co się ze mną dzieje.

— To ty mówisz poważnie? Myślałem, że gadasz mi o snach. Stary! Ty serio przenosisz się w czasie? — Wykrzyknął Mark nie ukrywając zaskoczenia.

— Zamiast krzyczeć może od razu idź do sekretariatu i ogłoś to przez szkolne radio? I nie przenoszę się w czasie… chyba. Boże nie wiem co się dzieje Mark… kręci mi się w głowie…

— Może weź tą tab… kę.

Dawid upadł na białe kafelki w łazience tracąc przytomność. Mark wybiegł i wezwał na pomoc dyżurującego na korytarzu nauczyciela, który powiadomił dyrektora i wezwał pogotowie. Dawid przewieziony do szpitala ocknął się w łóżku podłączony do kroplówki i przykryty białym prześcieradłem. W pierwszej chwili pomyślał, że znowu jest w sali nr 9. Ale po chwili spostrzegł, że nie ma złamanej ręki i nie czuje bólu w klatce piersiowej więc na pewno nie jest to sala nr 9.

— Widzę, że już się ocknąłeś Dawidzie — usłyszał głos, lecz nie wiedział skąd dochodzi. Rozejrzał się po sali, aż wreszcie spostrzegł pana Macieja.

— Pan… pan żyje? O Boże przepraszam, nie powinienem tego mówić — odezwał się przestraszony do szpiku kości.

— Nic nie szkodzi. Wiem, że ta sala to już ostatnie miejsce, które będzie dane mi odwiedzić.

— Jaka to sala? — zapytał mimo tego, że domyślał się jaki ma numer.

— Sala numer dziewięć. Leżę już tutaj od siedmiu miesięcy. — odparł staruszek.


„Czyli zostało mu pięć” — pomyślał Dawid odwracając wzrok od pana Macieja i kierując go na biały sufit. Myśli były plątaniną różnokolorowych kabli w głowie Dawida niczym komputer, który potrzebuje naprawy i podłączenia każdego z kabelków w odpowiednie gniazdo. Leżąc na łóżku i wpatrując się w sufit zastanawiał się czy jest nadal w tym czasie, w którym spotkał się z Markiem czy przeniósł się już w inny świat, czas lub rzeczywistość. Pamiętał, że gdy był małym dzieckiem ojciec poprzyklejał na suficie jego pokoju srebrne gwiazdki, które naświetlone świeciły w ciemnościach i gdy mały Dawid zasypiał, czuł się jakby był w kosmosie. Może to właśnie robi? Może znika z jednego świata, a pojawia się w innym? Wszystkie są podobne do siebie, ale jednak czymś się różnią. Nie wiedział już co o tym wszystkim myśleć. W głowie miał jeden wielki mętlik, którego żadnym sposobem nie umiał poukładać. Musiał zacząć coś robić, szukać, pytać, próbować znaleźć odpowiedzi na pytanie co się z nim dzieje.

Minęło kilkanaście minut i chrapanie śpiącego pana Macieja uśpiło Dawida niczym kołysanka. Był chyba jedynym człowiekiem na ziemi, którego chrapanie nie denerwowało i nie pozwalało zasnąć, tylko działało niczym leki usypiające. Tym razem nie przeniósł się w inne miejsce lecz śnił o dziewczynie, której nie potrafił sobie przypomnieć. We śnie wrócił do dnia, w którym całowali się w parku przy placu zabaw. Oliwia siedząca na huśtawce i ubrana w jeansy, białą koszulkę z logiem zespołu Coldplay całowała stojącego przed nią i lekko nachylonego Dawida trzymając obie dłonie na jego karku, a Dawid trzymał się dwóch metalowych rurek, które po chwili odepchnął od siebie sprawiając, że huśtawka na której siedziała Oliwia zaczęła się bujać. Popychając ją coraz mocniej i mocniej huśtawka nabrała prędkości, a siedząca na niej Oliwia z rozpuszczonymi włosami i głową odchyloną do tyłu nabierała głębokie chełsty powietrza i z zamkniętymi oczami odpływała w inny świat, uciekając myślami od tego co ją bolało i co sprawiało, że każdego dnia musiała zmagać się z tymi samymi demonami. Gdy huśtawka zatrzymała się, a Dawid podszedł, aby znowu pocałować Oliwię, ta nagle zatrzymała go kładąc dłoń na jego klatce piersiowej i powiedziała;


„Znajdź mnie.”


Dawid obudził się zlany potem i przestraszony, rozejrzał się po sali nr 9. Nic się nie zmieniło. Pan Maciej nadal chrapał, a zegar wskazywał 2:49. Za oknem padał rzęsisty deszcz uderzając o metalowy parapet szpitalnego okna i spływając wąskimi strugami po szybie. Salę wypełniała ciemność, którą rozjaśniało słabe światło bijące z korytarza. Dawid nie miał z kim porozmawiać, czuł się samotny i opuszczony, zagubiony w ogromnym świecie, który może okazać się jednym z wielu światów. Wskazówki podświetlonego zegara posuwały się swoim utartym szlakiem wybijając swój wieczny rytm, tik-tak, tik-tak, tik-tak… przeszłość wyliczona nieskończoną liczbą tik-tak zegara, teraźniejszość obliczana w rytmie tik-tak i przyszłość, do której prowadzi każdy pojedynczy tik-tak. Dawid nie wiedział, w którym z czasów znajduje się on, ten prawdziwy Dawid, ten który wie wszystko, pamięta wszystko… ten, który nie pojawia się i nie znika gdzieś między światami.

Rozdział 3
Jestem

Mark był przyjacielem Dawida od najmłodszych lat więc, nie mógł nie odwiedzić swojego najlepszego kumpla w szpitalu. Pojechał tam metrem następnego dnia, zrywając się z ostatnich zajęć w szkole. Gdy znalazł się w korytarzu poczuł specyficzny zapach szpitalnych leków i sterylnie wypranych ciuchów. Ruszył w kierunku recepcji, w której dyżur miała najbardziej niemiła pielęgniarka, jaką Mark miał spotkać w swoim życiu.

— Dzień dobry — przywitał się Mark.

— Dla kogo dobry, dla tego dobry. Co pana boli? — Odparła oschle pani Halina.

— Nic. Przyszedłem odwiedzić mojego kolegę, który trafił tutaj wczoraj.

— Myśli pan, że mam wgląd do takich informacji? Ja tutaj przyjmuję pacjentów, którym coś dolega. Nie jestem SIT.

— SIT? — zapytał zaciekawiony i poddenerwowany Mark.

— Szpitalną Informacją Turystyczną. Wymyśliłam ten skrót na takich ludzi jak pan.

Mark poczuł w sobie niespotykany przypływ adrenaliny. Patrząc na szyderczo uśmiechającą się do niego panią Halinę prezentującą swoje pożółkłe zęby, nie wytrzymał i wybuchnął, odsuwając od siebie daleko myśl o tym, aby poszukać informacji gdzieś indziej.

— Pani… Halino!! Nie przyszedłem tutaj, aby kłócić się z recepcjonistką tylko po to, by odwiedzić mojego najlepszego kumpla, który pewnie teraz leży i nie czuje się specjalnie szczęśliwy. Wręcz przeciwnie jest zagubiony i samotny. Jeśli w tej chwili nie wskaże mi pani drogi do jego pokoju to zrobię tutaj pani niezłą awanturę. Zrozumiała pani?!!

Recepcjonistka zatkała się jakby łyk kawy zatrzymał się w jej przełyku i sprawił, że oczy wyszły jej na wierzch, a twarz poczerwieniała z braku powietrza. Po raz pierwszy ktoś poczęstował ją tak ciętą ripostą. Pani Halina poprawiła się na swoim skórzanym obracanym fotelu i spojrzawszy na stojącego niczym betonowy słup przy jej okienku Marka wskazała mu drogę do sali nr 9.

Winda zatrzymała się na piątym piętrze i gdy drzwi rozsunęły się przed Markiem ujrzał przed sobą Dr High’a, który wszedł do windy i zamienił się miejscem z Markiem, który wysiadł na piątym piętrze i biegiem ruszył w poszukiwaniu dziewiątki. Po zapytaniu o drogę do sali pielęgniarki idącej z metalową tacką, na której ułożone miała strzykawki i małe szklane buteleczki, trafił do leżącego na łóżku Dawida, który wpatrzony był w ogromne okno, którego widok sięgał szczytów najbliższych bloków i skrawka błękitnego nieba. Mark w pierwszej chwili nie zobaczył jego twarzy odwróconej w stronę okna, lecz gdy podszedł bliżej i Dawid zwrócił na niego swój wzrok, Mark zobaczył prawdziwego Dawida, jakby coś w jego twarzy się zmieniło. Nie wierzył na samym początku w utratę pamięci i podróże w czasie lecz z każdą chwilą był coraz bliżej przekroczenia granicy między zdrowym rozsądkiem a wiarą.

— Jak się trzymasz? — to było pierwsze pytanie jakie przyszło do głowy Markowi.

— Zdecydowanie lepiej. Mógłbym już stąd wyjść. Nie wiesz jak długo tutaj jeszcze będę?

Zdziwił się Mark. Dawid wyglądał i zachowywał się całkowicie normalnie. Jakby nigdy nic się nie stało, a to, że jest w szpitalu to coś normalnego.

— Nie wiem. Ale nie mam zamiaru rozmawiać już z żadną pielęgniarką. Są strasznie wredne.

Dawid wrócił na chwilę wzrokiem na okno sali nr 9, jakby szukał za nim wszystkiego co zgubił, każdego chociaż najmniej znaczącego wspomnienia, które pomogłoby mu poukładać rozrzucone puzzle myśli. Po chwili dziwnego milczenia, które skrywało w sobie napięcie trzymające Marka, ciekawego każdej nowej informacji o stanie zdrowia swojego przyjaciela, Dawid podniósł się na łóżku z łatwością, wspominając jednocześnie uczucie bólu, które czuł parę dni, miesięcy albo godzin temu, gdy leżał w tej samej sali po wypadku. Wstał z łóżka i podszedł do okna wpatrując się w rozpościerający się przed nim krajobraz najbliższego osiedla, krótkiego odcinka drogi, na której pojawiały się i znikały samochody oraz błękitnego nieba górującego nad ziemią niczym kulisy świata, za którymi znajdują się odpowiedzi na wszystkie pytania. W głowie nadal miał mętlik, chociaż teraz zdołał uspokoić swoje myśli i przerażenie ustąpiło skupieniu, nadal czuł się pusty w środku, pozbawiony swojego JA. Mark podszedł do niego po chwili. Wpatrując się w obraz za oknem razem z nim, spostrzegł, że z prawej strony nadciąga ciemna chmura, która może być tylko zwiastunem ulewy. Znalazł dzięki temu temat do rozpoczęcia rozmowy, do której Dawid nie był chyba zbyt chętny.

— Nie długo zacznie padać — zaczął Mark.

— Tak. Też widzę tą ogromną chmurę — odparł Dawid nie odrywając wzroku od okna i wskazując palcem chmurę.

— Możesz mi do cholery coś powiedzieć? Jesteś chory, umierający co się dzieje? Muszę coś wiedzieć stary! Inaczej zwariuję, a co gorsze w niczym Ci nie pomogę jeśli nie zaczniesz mówić.

Mark przez ostatnie 25 minut nie poznaje samego siebie. Spokojny, opanowany i wiecznie cichy Mark, zmienia się w chłopaka, stawiającego warunki pielęgniarce i podnoszącego głos na przyjaciela.

Dawid odwrócił się od okna i usiadł na łóżku kładąc obie dłonie na miękkiej pościeli blisko bioder i wpatrywał się w swoje stopy, na których miał ulubione granatowe skarpetki w kolorowe kropki. Po krótkiej chwili uniósł wzrok i spojrzał na Marka opierającego się o parapet i stojącego z założonymi rękami jakby czekał i oznajmiał, że nie ruszy się stąd dopóki nie dowie się wszystkiego.

— Powiesz mi co się wczoraj wydarzyło? Od początku? — zaczął Dawid patrząc wciąż na Marka.

— W sensie od rozpoczęcia zajęć?

— Tak. Powiedz mi co się wczoraj wydarzyło.

— Spotkaliśmy się jak zwykle rano przy szafkach na korytarzu, pogadaliśmy o wczorajszej akcji jaką odstawiłeś na ostatnim dostępnym dla nas serwerze gry War on the World dzięki której musimy szukać nowej gry na necie. Później powiedziałeś, że musisz skoczyć do sklepu po jakiś napój i kanapkę bo nie zabrałeś nic z domu. Wróciłeś spóźniony na lekcje jakieś pięć minut za co pani Karbowska znowu musiała prawić Ci swoje standardowe kazanie o punktualności i odpowiedzialności. Minęły kolejne godziny lekcyjne i krótkie przerwy podczas których albo szukaliśmy gry, albo pisaliśmy z kimś na portalu. Ja starałem się uprosić administratora gry WOTW aby nas przywrócił na serwer, ale nawet nie odpisywał na moje wiadomości. Później o 13:00 zaczęła się fizyka, na której zacząłeś się zachowywać jak jakiś czubek, sorki ale tak pomyślałem; „odbiło mu”. Na przerwie ruszyłeś jak szalony do łazienki, a po drodze zaczepił cię ten debil Hiller, później podszedłem do ciebie i powiedziałeś, że mam iść za tobą. Pokazałeś mi jakąś dziwną tabletkę, była cała czarna. Mówiłeś, że straciłeś pamięć, nie wiesz kim jesteś, gdzie jesteś i że przenosisz się w czasie. To znaczy ja tak pomyślałem, gdy powiedziałeś, że traciłeś przytomność lub zasypiałeś, po czym budziłeś się w innych miejscach. Z początku myślałem, że mówisz coś o snach, później, że zwariowałeś, albo, że gadasz mi o jakiejś nowej grze czy coś. Ale gdy teraz cię zobaczyłem, zacząłem ci powoli wierzyć.

Mark zatrzymał się i czekał na to co odpowie mu Dawid, który ponownie zwiesił wzrok zatrzymując go na swoich stopach. Po dłuższej chwili, podczas której Dawid starał się poukładać w głowie to co wie do tej pory Mark podszedł do niego i usiadł razem z nim na szpitalnym łóżku czekając na odpowiedź od przyjaciela.

— Nie wiem — odparł Dawid. — Nic nie wiem Mark.

— Ok — odezwał się Mark — to już jakiś trop. Co masz na myśli mówiąc nic nie wiem?

— To, że nic nie wiem.

— Jakieś szczegóły? Co w ogóle pamiętasz?

— To, że miałem wypadek, bo tak wynika z listu i z tego co powiedział mi Dr Artur, to że nie pamiętam nic oprócz tego co przeżyłem w przeciągu ostatnich kilku dni, ale wszystko i tak jest ze sobą pomieszane…

— Zmywajmy się stąd stary. Poukładamy to wszystko u mnie — przerwał mu Mark wstając z łóżka gotowy do opuszczenia szpitala.

— Ale nikt nas nie wypuści. Myślisz, że tak po prostu sobie stąd wyjdziemy?

— No raczej — odparł Mark lekko się uśmiechając i czując narastającą adrenalinę i podniecenie tym co się dzieje. Przez chwilę pomyślał, że jest w jakiejś ukrytej kamerze, a Dawid jest aktorem w nowym filmie sci-fi.

— Załóż moją bluzę i zarzuć kaptur na głowę zakrywając jak największą część swojej twarzy ok?

— Ok — odparł Dawid zgadzając się bez zastanowienia, chcąc w końcu odnaleźć samego siebie.

Ruszyli powoli, Mark zatrzymał się i wyjrzał zza rogu drzwi rozglądając się po korytarzu szpitala.

— Jak tak będziemy wymykać się ze szpitala to myślisz, że nikt nas nie zauważy i nie zorientuje się, że uciekamy? — Zapytał sarkastycznie Dawid stojąc za plecami przyjaciela.

— Racja, cóż za żałosne niewykorzystanie porad mojego ojca policjanta. — Odparł Mark, śmiejąc się pod nosem. — Wyjdziemy stąd jak gdyby nigdy nic.

Cofnęli się o krok i ruszyli z sali nr 9 wychodząc na długi korytarz usłany rzędami krzeseł, które ustępowały miejsca łóżkom ze śpiącymi pacjentami, dla których nie było miejsca na żadnej z sal. Minęli pielęgniarkę wpatrzoną w kartę pacjenta, następnie starszą panią idącą powoli długim korytarzem ciągnąc za sobą stojak z kroplówką. Po przejściu przez główne drzwi oddziału ratunkowego, wyszli na mały korytarz i spostrzegli windę, która czekała otwarta jak na ich zamówienie. Ruszyli w jej stronę szybszym krokiem i zatrzymali się jak sparaliżowani na widok pielęgniarki, która była ostatnio w sali nr 9.

Zrobili dwa kroki w stronę windy gdy rozległ się strzał i głośne głuche uderzenie kuli pistoletu w zamykające się powoli drzwi windy, do której Dawid i Mark wskoczyli w ostatnim momencie. Drzwi windy zamknęły się. Dawid wcisnął przycisk z cyfrą 0, po czym rozległy się jeszcze trzy strzały, które odznaczyły się na drzwiach na które patrzyli stojąc w windzie z kłębkiem myśli i ciarkami na całym ciele. Winda powoli zmierzała coraz niżej i niżej, a powietrze stało się tak gęste, że każdy oddech wypełniony strachem przychodził im z wielkim trudem.

— Co to było Dawid?! Wpakowałeś się w jakieś bagno z tą Oliwią?!! — Wykrzyknął Mark mierząc zimnym wzrokiem w stojącego obok Dawida.

— Nie wiem, i jaką Oliwią?

— Dobra, spadamy stąd i to migiem! — odparł Mark gdy drzwi windy otworzyły się przed nimi powoli, odsłaniając korytarz przed głównym wejściem do szpitala i okienko recepcji po prawej stronie, przez które można było dostrzec twarz pani Haliny.

Spokojne wyjście ze szpitala nie okazało się być dobrym pomysłem. Teraz nie rozglądali się na boki tylko gdy drzwi windy do końca się otworzyły, wybiegli ze szpitala głównym wyjściem tak szybko, że nie spostrzegła ich nawet pani Halina, popijając kolejny łyk czarnej kawy.

Deszcz spadał z nieba delikatną mżawką mocząc stopy Dawida osłonięte tylko przez skarpetki, a szare chmury przesuwały się w wolnym tempie. Przebiegli przez ulicę i dobiegli do parkingu taksówek zatrzymując się przy najbliższej głośno dysząc. Wtargnęli do środka zamykając za sobą drzwi mocnym trzaśnięciem.

— Ej, co jest! — wykrzyknął taksówkarz wpatrując się w dwóch chłopców, przemoczonych i dygoczących z zimna i strachu.

— Mocniej nie dało się trzasnąć drzwiami?! Gówniarze?!

— Przepraszamy. Możemy prosić na ulice Rymerską? — odezwał się ściszonym głosem Mark, kierując wzrok na swoje przemoczone buty, gdyż wytatuowana twarz taksówkarza przerażała go i wprawiała w dziwne zakłopotanie.

— Będzie pięćdziesiąt złotych. Macie tyle kasy? — odezwał się taksówkarz nie spuszczając wzroku z przestraszonych dzieciaków.

— Tak. Możemy dać nawet sto tylko musi pan już ruszać.

Dawid nie odzywał się słowem wpatrując się w szybę taksówki, po której spływały strugi deszczu, ujrzał postać idącą w ich stronę. Widział tylko ciemny podłużny punkt zdeformowany przez wodne plącze deszczu wijące się po szybie.

— Dobra — odburknął taksówkarz, odpalił silnik, włączył światła i ruszył powoli wycofując z parkingu.

Postać zaczęła biec i Dawid dostrzegł jej twarz, lecz nie umiał jej rozpoznać. Taksówka ruszyła rozpędzając się po mokrej ulicy przecinając deszcz coraz silniej padający z nieba. Dawid i Mark obejrzeli się za siebie, dostrzegając stojącą postać na środku drogi, która z każdym metrem stawała się coraz mniejsza i mniejsza, aż zniknęła zupełnie, gdy skręcili w pierwszy zakręt.

Nie zamienili słowa przez dalszą część drogi. To co ich spotkało dosłownie zatkało im gardła. Obaj czuli się, jak gdyby grali w filmie akcji i zaraz zza rogu wyskoczy Jason Bourne strzelając do wszystkich. Przeciskali się czarną taksówką przez wiecznie zatłoczoną Warszawę, która teraz w strugach deszczu wyglądała tak przerażająco, że obaj odwrócili wzrok od szyby i starali się wyobrazić sobie coś bardziej miłego. Kawałki puzzli nadal pozostawały rozsypane w głowie Dawida, który z każdą zbliżającą się minutą tracił nadzieję odzyskania swojej pamięci. Wiedział tylko, że jest teraz tutaj, że nie zmienia miejsc i czasu lecz zatrzymał się w tej rzeczywistości, w której będzie chciał odnaleźć odpowiedzi na wiele pytań.

Taksówka zatrzymała się przed blokiem przy ulicy Rymerskiej. Mark zapłacił taksówkarzowi sto złotych tak jak się umówili.

— Gdybyście nie trzaskali drzwiami nie wziąłbym od was takiej kasy — skomentował taksówkarz zabierając zielony banknot z ręki Marka, który po wyjściu z samochodu trzasnął z całej siły drzwiami i pobiegł w stronę klatki schodowej słysząc za sobą wyzwiska taksówkarza zmieszane z dźwiękiem uderzającego o ziemię deszczu.

— Co za pacan — powiedział Mark wchodząc po schodach i zaczesując mokre włosy, które opadały mu na oczy.

Mark mieszkał na osiedlu, które przez większość osób nazywane jest niebieskim. Bo mieszka tutaj co najmniej dziesięciu gliniarzy. Nie spotkacie tutaj dilerów, prostytutek na chodnikach, kiboli czy gangów. Jedno z najspokojniejszych osiedli w całej Warszawie. Gdy wdrapali się już na ostatnie czwarte piętro i otworzyli drzwi zobaczyli coś czego się nie spodziewali, to znaczy najpierw usłyszeli, a dopiero później zobaczyli. Mark miał zawsze swoje oddzielne klucze od mieszkania w razie gdyby rodziców nie było w domu więc gdy otworzył drzwi i wszedł do korytarza, usłyszał ciche sapanie, a między nim pojękiwania, co mogło kojarzyć się tylko z jednym. Odgłosy dochodziły z kuchni więc Mark kazał zaczekać Dawidowi i sam powoli skierował się w stronę, z której dochodziły odgłosy. Wyjrzał zza drzwi i zobaczył jak jakiś facet uprawia seks z jego matką na stole, przy którym jeszcze dziś rano jadł kanapki z dżemem na śniadanie. Pierwsza myśl jaka przyszła wtedy mu do głowy to ta, że już nigdy nie zje przy tym stole żadnego posiłku, druga to krzyk w jego głowie „co tutaj się kurwa dzieje!”, trzecia to nie była myśl, ale uzewnętrznienie myśli drugiej.

— Co tutaj się kurwa dzieje!!!

Rosły mężczyzna, który był co najmniej dwa razy większy w barach od jego ojca wyszedł gwałtownie z jego matki i odwrócił się z trudem zasłaniając olbrzymie przyrodzenie. Matka natomiast, patrzyła na swojego syna mając w swoich oczach przerażenie i smutek zarazem. Zsunęła się ze stołu i zasłoniła prawą ręką biust a lewą krocze. Stali tak w kuchni, sami się obejmując, oblani potem i wstydem.

— Nie miałeś wrócić później synku? — odezwała się mama tak, jakby nic się nie stało.

— Aaaaa!!! — wykrzyknął Mark i podszedł bliżej, aby spojrzeć w oczy swojej matce.

— Jak mogłaś mamo? Co jest nie tak między tobą i tatą, że musiałaś coś takiego zrobić?

— Synku…

— Nie przerywaj mi. Nie zobaczysz już mnie na oczy. Znikam stąd, a ty powiedz ojcu dlaczego.

— Znikasz? Jak to znikasz? Dokąd pójdziesz dziecko! — odezwała się zaciągając nosem i hamując napływające do oczu łzy.

Mark nie odezwał się już ani słowem i wyszedł z kuchni. Matka krzyczała za nim lecz on niewzruszenie szedł w stronę Dawida, a oczy napełniały mu się łzami, z którymi przyszła ciemność, gdy zemdlał na środku korytarza. Po kilku minutach odzyskał przytomność i zobaczył, że leży w swoim pokoju, a przy nim siedzi matka podając szklankę wody. Przez chwilę pomyślał, że był to zły sen, że z Dawidem wszystko jest w porządku a jego matka nie bzykała się na kuchennym stole. Lecz zaraz po tej myśli do pokoju wszedł Dawid, a za nim ujrzał przechodzącego przez korytarz mężczyznę, do którego podbiegła jego matka ubrana w szlafrok i zaczęła z nim rozmawiać.

— Jak tam stary? Czujesz się już lepiej? — zapytał Dawid zajmując miejsce jego matki.

— Tak. Czyli to nie był sen? Moja matka zdradziła ojca?

Dawid wstrzymał oddech i odwracając wzrok w stronę korytarza, na którym matka Marka nadal rozmawiała z nieznanym mężczyzną, wrócił wzrokiem na przyjaciela.

— Tak.

— Zabieramy się stąd stary. Nie wysiedzę w tym domu ani minuty dłużej.

— I dokąd pójdziemy? — zapytał Dawid podając Markowi szklankę wody.

— Dzięki — odparł i wziął dwa duże łyki. — Jak to gdzie, do ciebie. Tam musimy wszystko poukładać.

— Mówiłeś mi w szpitalu coś o jakiejś Oliwii pamiętasz?

— Tak pamiętam. To…

— Mój synku! Jak się czujesz. Już lepiej? — odezwała się nagle matka Marka wbiegająca do pokoju zaraz po tym jak nieznany mężczyzna opuścił mieszkanie.

— Dobrze. Pytasz jakby cię to interesowało.

— Jak może mnie to nie interesować kochanie? Jesteś moim dzieckiem. A matka troszczy się…

— Gówno! — krzyknął Mark — Gdybyś troszczyła się o mnie to nie zrobiłabyś czegoś tak ohydnego. Troszcząc się o mnie troszczysz się o całą rodzinę. Dziś pokazałaś swoją ogromną troskę. Nie zamienię z tobą ani jednego słowa. Siedzisz w szlafroku jak gdyby nigdy nic. Byłaś moją matką a teraz stałaś się kimś zupełnie obcym. Zejdź mi z oczu. Zniknij póki jestem spokojny.

— Ale ty zawsze byłeś spokojny synku.

— Ale już kurwa nie jestem! Ja znikam, a ty rozmawiaj z ojcem — odparł Mark wstając z łóżka.

Iwona wiedziała, że ta rozmowa powiększy tylko awanturę więc wyszła z pokoju zamykając za sobą drzwi. Mark wyciągnął siwą torbę podróżną spod łóżka, wytrzepał ją z kurzu i rozpiął zamek zaczynając pakować do niej najważniejsze rzeczy. Deszcz za oknem zniknął zupełnie pozostawiając po sobie mokry świat, z którego zmył wszystkie śmieci i oczyścił powietrze. Dawid patrząc przez okno prosił w myślach, aby taki sam deszcz wyczyścił jego umysł i odsłonił jego prawdziwe JA.

Opuścili mieszkanie Marka wychodząc na mokre ulice świecące pustkami po ulewnym deszczu. Powietrze okazało się nie być tak rześkie i chłodne jak myślał Mark. Okazało się być mętne i duszne tak samo jak powietrze w jego domu, w którym zobaczył koniec jego rodziny. Jeszcze nie dawno byli razem na filmie w kinie, a po seansie poszli na pizzę do ulubionej restauracji rodziców i wszystko było idealne. Mark starał przypomnieć sobie coś złego, jakąś kłótnie coś co mogłoby zostawić znak, zapalić czerwoną lampkę, że między jego rodzicami dzieje się coś nie dobrego ale nic nie przychodziło mu do głowy. Mijali ulicę za ulicą w milczeniu. Dawid rozglądał się tak, jakby wyjechał na szkolną wycieczkę za granicę do kraju, który widzi pierwszy raz na oczy. Po dłuższej chwili Mark zauważył zachowanie Dawida.

— Tylko mi nie mów, że nie pamiętasz Warszawy.

— Nie do końca… w sensie mam pewne przebłyski, ale to tylko migawki miejsc w których byłem. Mark, ja mam wrażenie, że zapominam o wszystkim jeszcze bardziej — odpowiedział Dawid kierując wzrok na Marka.

— Dawaj stary, łapiemy taksówkę i jedziemy do ciebie — odparł Mark, nie chcąc wdawać się w dyskusje na chodniku.

Taksówkarz okazał się być kobietą, bardzo sympatyczną i uśmiechniętą, która za dłuższą trasę niż ze szpitala do mieszkania Marka, wzięła tylko 25 zł. Gdy mijali pałac kultury i nauki Dawid przez chwilę poczuł się, jakby stał pod tym ogromnym budynkiem i trzymał za rękę jakąś dziewczynę, lecz gdy w myślach odwrócił wzrok w lewą stronę, wyobrażenie zniknęło i przed oczami zobaczył Marka, siedzącego obok niego w taksówce i patrzącego w szybę samochodu, za którą starał się dostrzec sens swojego życia i poukładać sam swoje puzzle. Gdy zatrzymali się przy ulicy Wołodyjowskiego, Mark zapłacił z pieniędzy, które wyciągnął od matki, a miła pani taksówkarz uśmiechnęła się do niego i życzyła miłego dnia.

„Dzięki kobieto, ale nie ma szans na miły dzień, tydzień, ani nawet resztę życia.” — pomyślał Mark, a taksówka ruszyła po mokrym asfalcie.

Dawid mieszkał w domu jednorodzinnym. Jego ojciec miał dużą firmę zajmującą się transportem międzynarodowym, więc mieszkanie w bloku było mu kompletnie obce, nie licząc jedynie spotkań u Marka. Dawid nie poznał swojego domu, gdyby nie Mark nie wiedziałby jak do niego trafić.

— Pamiętasz swój dom? — zapytał zaciekawiony Mark.

— Nie — odparł od razu Dawid, czując się jak dryfujący statek bez kapitana.

— Masakra. Musimy to ogarnąć stary bo sam jestem ciekaw o co tutaj chodzi.

Mark otworzył bramkę, z której patrzyły na niego oczy lwa z metalowego pyska przymocowanego do bramki. Ruszyli dalej ścieżką prowadzącą do schodów, a dalej do głównych drzwi domu. Dwa sygnały dzwonka i po dwóch minutach drzwi się otworzyły.

— Dzień dobry pani Ewo — przywitał się Mark wyciągając dłoń, którą uścisnęła piękna brunetka z zaczesanymi włosami do tyłu i spiętymi srebrną spinką. Mimo 54 lat wyglądała olśniewająco. Mark zawsze myślał, że pani Ewa musi brać jakieś specjalne leki albo odbyła masę operacji plastycznych, żeby tak wyglądać.

— Dzień dobry Mark. Dziękuję, że pomogłeś przyprowadzić Dawida ze szpitala. Byłam bardzo zajęta i niestety nie mogłam się urwać nawet na chwilę. Jak się czujesz kochanie? Już lepiej?

— Więc wiedziałaś o tym, że mogę już opuścić szpital? — odezwał się Dawid, zaskoczony tym co usłyszał.

— Tak. Gdy trafiłeś do szpitala, zaraz zjawiliśmy się tam razem z ojcem. Lekarze przekazali nam, że to nic poważnego, i że jutro możemy cię odebrać. Miałam dziś jechać po ciebie ale najwidoczniej twój przyjaciel mnie ubiegł — odparła pani Ewa uśmiechając się i zapraszając chłopców do środka.

— Musicie być głodni prawda? Możecie iść na górę, zaraz wam coś przyniosę — powiedziała odchodząc i znikając w kuchni.

Mark szedł pierwszy, ponieważ znał drogę do pokoju Dawida. Otworzył drzwi i wszedł do środka rzucając torbę na podłogę, a sam rzucił się na łóżko ciężko oddychając.

— Ale my mamy pokręconych rodziców co nie? — odezwał się Mark wpatrując się w sufit, na którym wisiał ogromny plakat przedstawiający wszechświat, a bardziej jego malutką część mieszczącą się na suficie. — Nawet nie zapytała po co mi ta wielka torba podróżna. Mógłbym wejść tutaj z ogromną bombą, a ona o niczym by nie wiedziała.

— Musiałeś już u mnie nocować, więc dlatego nie zapytała — odezwał się Dawid, który zajął miejsce przy biurku, na dużym czarnym obracanym fotelu.

— No fakt. Racja, kilkanaście razy zarywaliśmy nocki w WOTW. Ale fakt, że nie odebrała własnego syna ze szpitala, to nie mieści mi się w głowie.

— Nie mam jej tego za złe, ledwo co ją pamiętam, a nie długo możliwe, że zapomnę o niej i o wszystkim już na zawsze.

— Nie mów tak. Na pewno coś wymyślimy — odparł Mark podnosząc się na łóżku i opierając się o ścianę. — Zacznijmy od tego gościa w szpitalu. O mały włos nie zostaliśmy tam na zawsze. Winda zawiozłaby nas od razu na poziom -1 do kostnicy.

— Nie wiem kto to był. Nie zdążyłem zauważyć jego lub jej twarzy. Czarny kaptur ściągnięty mocno na twarz zasłaniał ją całkowicie — odparł Dawid.

— Ale kto i dlaczego chciał nas zabić? Ej! Włącz laptopa i telewizję online. Na pewno mówią o tym w wiadomościach — powiedział Mark zeskakując z łóżka i siadając na fotelu obok Dawida, który podniósł ekran laptopa i wcisnął przycisk.

Zanim włączył się komputer, a Dawid znalazł odpowiednią stronę, na której mogliby obejrzeć wiadomości w pokoju pojawiła się pani Ewa.

— Trzymajcie chłopcy. Zrobiłam wam herbatę i kanapki z masłem orzechowym, z serkiem i szynką. Ahh, i z ulubionym dżemem Marka — uśmiechnęła się pani Ewa stawiając tacę na stoliku. — Smacznego.

„Strzelanina w szpitalu im. Ks. Jerzego Popiełuszki. Jest ze mną dyrektor tego szpitala pan Roman Węgiel. Panie doktorze, może pan powiedzieć nam do czego doszło w pańskim szpitalu dziś w godzinach popołudniowych?”

— Przecież… Dawidzie, ty leżałeś w tym szpitalu! — krzyknęła odruchowo pani Ewa.

— Mamo. To wydarzyło się jak my byliśmy już u Marka — odpowiedział kłamstwem Dawid, aby uspokoić Matkę.

— Ufff… — pani Ewa wypuściła powietrze i poczuła ogromną ulgę, że jej syna nie było w szpitalu podczas tego wydarzenia. — Zjedzcie tylko wszystko do końca. Będę w dużym pokoju kochanie.

— Ok. Dzięki mamo.

Mark wcisnął play, aby otworzyć dalszą część wywiadu ze szpitala.

„Ciężko mi cokolwiek powiedzieć. Z relacji pielęgniarki, która była blisko tego zdarzenia wynika, że zamaskowany sprawca strzelał do dwóch młodych chłopców, którzy opuszczali nasz szpital. Sprawca bądź sprawczyni nie został rozpoznany, ponieważ twarz miał zasłoniętą całkowicie kapturem i szalikiem, tak wynika z relacji pielęgniarki i kilu osób, które widziały zdarzenie. Zamaskowany osobnik zbiegł z miejsca zdarzenia terroryzując mijające osoby, niestety nie został schwytany.”

— Czyli koleś jest nadal na wolności — odezwał się Dawid.

— Cicho. Słuchaj dalej — uciszył go Mark podgłaśniając komputer.

„Jest z nami znany chirurg i doktor Herman High oraz specjalista od zaników pamięci, światowej sławy lekarz, który przybył do nas, aż ze Stanów Zjednoczonych. Czy w zagranicznych szpitalach, w których dane było panu pracować, dochodziło do podobnych sytuacji?”

„Witam panią. Owszem, zdarzały się różne sytuacje, ale nie przypominam sobie, aby dochodziło do użycia broni palnej na terenie szpitala. Przynajmniej nie w tych placówkach w których pracowałem.”

„Rozumiem. Czy nie sądzi pan, że to zdarzenie może być związane z którymś z lekarzy bądź pacjentów? Była mowa o dwóch młodzieńcach do których rzekomo strzelał zamaskowany napastnik.”

„Nic mi na ten temat nie wiadomo. Do zdarzenia doszło, gdy byłem w swoim gabinecie więc nie byłem naocznym świadkiem. Ale kto wie, możliwe, że jest to związane z którymś z pacjentów. Nie wiemy kogo przyjmujemy do szpitala, a ludzkie historie są różne. Na przykład, ktoś mógł mieć zatargi z gangami lub mafią. Oczywiście to tylko moje hipotezy i domysły. Proszę nie brać ich za rzetelne informacje.”

„Oczywiście rozumiem. Nasza stacja podaje tylko sprawdzone informacje. Dziękuję panu panie doktorze.”

„Dziękuję również.”

„Do strzelaniny w Warszawskim szpitalu jeszcze wrócimy. Na tą chwilę to wszystko co przygotowaliśmy dla państwa. Magdalena Kropka Info TV.”

Mark wyłączył stronę i oparł się o fotel przechylając głowę do tłu. Poczuł jeszcze większy lęk. Dawid zaś siedział spokojny, nie odczuwając praktycznie żadnych emocji.

— Nie wyjdę teraz na ulicę przez miesiąc — odparł Mark wyraźnie przerażony.

— Wyjdziesz szybciej, gdy twój ojciec po Ciebie przyjedzie.

— No fakt, ale z ojcem nie będzie tak strasznie jak miałbym wyjść samemu. Nie myślmy teraz o tym stary. Pomyślmy o tobie, i o tym co ci dolega. Zacznijmy od początku.

— A gdzie tego początku szukać? — Zapytał Dawid. — Zjedzmy coś bo umieram z głodu.

— Ok. Ale ja kanapek z dżemem nie ruszam. Biorę te z szynką.

Wciągnęli wszystkie kanapki jakie przygotowała dla nich pani Ewa. Zabrali się więc za układanie puzzli, które rozrzucone były w głowie Dawida. Nie posiadając własnego ja, swojej pamięci, wspomnień i tożsamości Dawid czuł się pusty niczym opróżniona butelka drogocennego wina, która teraz do niczego się nie nadaje. Przeanalizowali wszystko co Dawid pamiętał, każde miejsce w którym był i starali się dopasować je do siebie, aby stworzyć logiczną całość i znaleźć odpowiedź na pytanie, „Dlaczego nic nie pamięta?” Czy to na skutek wypadku, czy z innego niewiadomego powodu?

— Dobra. Jedyne co wiemy to, że miałeś wypadek i trafiłeś do szpitala, w którym wszystko zaczęło ci się mieszać?

— Wychodzi na to, że tak. Chociaż nie jestem tego do końca pewien. Wszystko przez te skoki z miejsca w miejsce. Nie wiem gdzie tak na prawdę się znajduje — miał już dosyć rozmawiania o tym. Chciał wiedzieć, jego wnętrze rozdarte na miliony kawałków krzyczało, błagało o odpowiedzi.

— Chodźmy już spać. Zmęczeni niewiele zdziałamy — powiedział Mark, wstając z fotela — Mam nadzieję, że jutro tu będziesz, że nie znikniesz przenosząc się w czasie — dodał Mark ze skrytym uśmiechem.

— Nie wiem. Ja nic nie wiem Mark — odpowiedział Dawid głosem wydobywającym się z pustki jego wnętrza.

— Obiecuję ci stary, że jutro coś wymyślimy. Musi być na to wszystko logiczna odpowiedź.

— Dzięki Mark. Gdyby nie ty, nie wiem, co bym ze sobą zrobił.

— Tylko nie myśl o jakiś totalnych głupotach.

— Jeszcze raz dzięki — odparł Dawid.

— Mówię serio. Nawet o tym nie myśl. To nie rozwiąże sytuacji tylko jeszcze bardziej ją skomplikuje.

— Wiem, wiem. Nie, nie myślę o tym, żeby się zabić. Chcę żyć, ale normalnie, tak jak każdy. Mieć swoje wspomnienia, pamiętać całe moje życie. Teraz nie wiem kim jestem Mark. Jestem jak puste naczynie, martwy przedmiot. Jestem człowiekiem, który żyje, oddycha, ale tak na prawdę jakbym nie żył — w głowie Dawida obudziła się pewna myśl, która była jednak tak ukryta dla jego umysłu, że pojawiła się jakby za mgłą, nie pozwalając do końca się zobaczyć.

— Domyślam się stary o co ci chodzi. Ale teraz nie wiem jak ci pomóc. Myślę, że jedynym wyjściem będzie pójście jutro do jakiegoś lekarza. Hej! Ten doktor z wiadomości! Herman… Herman… Herman High specjalista od zaników pamięci. To on! Strzał w dychę stary. Jutro do niego pójdziemy. — Mark poczuł przypływ pozytywnych emocji i nadziei, że pomoże swojemu najlepszemu przyjacielowi odnaleźć samego siebie.

— Pomyślimy jutro Mark. Rzeczywiście czuje się już zmęczony.

— Ok, ok. To gdzie mogę się położyć? Ahh… sorki, nie pamiętasz co gdzie jest. Zejdę na dół na kanapę. Widzimy się jutro. Narka.

Mark zabrał swoją torbę i wskazał Dawidowi łazienkę na piętrze, gdzie może się wykąpać. Zszedł po drewnianych schodach, a Dawid wrócił do pokoju. Wszystko co w nim się znajdowało było dla niego kompletnie obce. Po prawej stronie stoi łóżko, nad którym wisi plakat wszechświata. Przy biurku na półkach stoją książki, a wyżej puchary za wygrane biegi w maratonach, wszystkie za zajęcie pierwszego miejsca. Pierwsza myśl, która przyszła mu do głowy to biurko. Podszedł, otworzył szufladę i… ani śladu listu. Myślał, że go tam znajdzie, ten który rozpoczął czytać lecz go nie dokończył. Pamiętał tylko początek…

„Oliwia! — pomyślał — Mark mówił coś o jakiejś Oliwii.”

Doszedł jednak do wniosku, że nie będzie schodził teraz do Marka i pytał go o tę dziewczynę. Rozmowa przerodziłaby się w dłuższą debatę, a on czuje się tak bardzo...bardzo zmęczony. Oczy zaczęły zamykać się podobnie jak w szpitalu, nie potrafił powstrzymać ich przed opadaniem jakby ważyły tonę. Położył się na łóżko i zdążył zobaczyć jeszcze skrawek wszechświata zawieszony na swoim suficie.

— Jednak czuję, że jestem… jestem u siebie — wyszeptał do gwiazd i galaktyk zapadając w głęboki sen.

Rozdział 4
Zagubiony

Część nocy, podczas której Dawid spał snem niezbyt głębokim, lecz wystarczającym, aby jego ciało nabrało sił i wypoczęło, minęło spokojnie i bez snów, które mogłyby dołożyć kolejne puzzle do układanki. Obudził się o 5:45, taką godzinę wskazywał jego zegarek wiszący na ścianie. Nadal czuł się tak samo pusty i zagubiony jak wczoraj. Obudził się… we własnym łóżku. Nie przeniósł się w inne miejsce, nie obudził się w szpitalu, w Sopocie albo na lekcji fizyki. Jest wciąż w swoim pokoju.

„Może to już koniec? Może to był tylko bardzo długi i zły sen?” pomyślał wpatrując się w plakat nad łóżkiem.

Podniósł się i usiadł na łóżku próbując przez chwile zebrać myśli, lecz nie potrafił przypomnieć sobie niczego prócz tych wydarzeń, które do tej pory miały miejsce. Wstał z łóżka i zaczął przeszukiwać swój pokój w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby pobudzić jego pamięć. Przejrzał puchary na półce, wszystkie szuflady w biurku, w których nie znalazł niczego prócz szkolnych podręczników, kilku długopisów oraz papierków po batonach i puszkach po napojach energetycznych, których miał zakaz picia od rodziców przez problemy żołądkowe. Podszedł więc do dużej szafy z ubraniami, tam natrafił na torbę podobną wielkością do torby Marka. Była pusta więc zaczął się do niej pakować wkładając kilka koszulek, dwie pary spodni, kilka par skarpetek oraz bielizny. Zdjął z wieszaka zapinaną na zamek bluzę z kapturem i wrzucił do torby zapinając jej zamek i łącząc obie rączki uchwytem na rzepy. Miał nadzieję, że uda mu się wymknąć z domu niepostrzeżenie, i że Mark i mama nadal śpią. Nie chciał narażać swoich bliskich na niebezpieczeństwo. Sytuacja która miała miejsce w szpitalu wystarczy. To jego zagadka, którą musi rozwiązać sam, a Oliwia? Jeśli jest kimś dla niego ważnym, na pewno ją odnajdzie albo to ona szybciej odnajdzie jego.

Chwycił za klamkę, aby otworzyć drzwi i wyjść z pokoju, gdy nagle przypomniał sobie o telefonie, który leży na biurku razem z ładowarką. Cofnął się i schował telefon do bocznej kieszeni torby. Powoli szedł korytarzem czując się jak włamywacz, który zapakował całą torbę kosztownościami i teraz musi wymknąć się z domu. Dwa drewniane stopnie zaskrzypiały pod nogami Dawida, który zatrzymał się czekając, aż ktoś odezwie się wołając jego imię, lecz nikt nie zareagował na skrzypnięcie. Znalazł się w korytarzu, z którego widział kuchnię i drzwi do pokoju gościnnego, w którym spał Mark. Odwrócił się w stronę drzwi prowadzących do werandy i nacisnął na klamkę powoli je otwierając. Wszystko poszło jak po maśle. Ubrał buty, zabrał czapkę z wieszaka, aby powstrzymać spadające mu na oczy włosy i wyszedł ze swojego domu nie myśląc nawet o tym, że kiedykolwiek ma do niego wrócić. To uczucie, a raczej jego brak, że to nie jest jego dom ściskało go w dołku.

Krocząc ulicą, która otoczona swoim codziennym zgiełkiem wielkiego miasta wydawała się być siedliskiem biegających bezcelowo ludzkich mrówek, nie czuł się jak wolny człowiek, lecz jak sterowana przez kogoś postać z gry, nie posiadająca własnej tożsamości, wolności i wolnej woli umożliwiającej decydowanie o każdym ze swoich ruchów, które dla Dawida były uzależnione od decyzji kierownika siedzącego w jego głowie. Nie czuł się nawet zwykłym człowiekiem, nie czuł nic co mogłoby uratować jego świadomość bycia wolnym i posiadającym swoje własne wspomnienia, dzięki którym mógłby zbudować swoje JA. Wszystko zniknęło w niespodziewanym momencie, a odzyskanie tego wydaje się niemożliwe.

Ucieczka z domu wydawała się jedyną dobrą decyzją, aby uratować swoich przyjaciół przed kolejnym niebezpieczeństwem, z którego mogliby już tak łatwo się nie wykaraskać.

„Nie mogę narażać życia innych” — myślał przechodząc na zielonym świetle przez przejście dla pieszych przy pałacu kultury i nauki, przy którym jeszcze nie dawno popijał drinki z Oliwią, której nie pamiętał i nie potrafił wygrzebać najmniejszej rzeczy kojarzącej się właśnie z nią. Sny ukazywały mu jej oblicze i przenosiły go do miejsc i sytuacji, w których był razem z nią, ale nie potrafił poukładać w całość tego, co zostało rozsypane na drobne kawałki.

„O co tu chodzi do jasnej cholery!!!” — krzyczał w myślach podchodząc coraz bliżej do wielkiej budowli patrzącej na niego z góry niczym betonowy olbrzym górujący nad nim jak Bóg i ściskający w swoich ogromnych dłoniach jego życie.

Wpatrując się w Pałac Kultury spostrzegł pogniecioną ulotkę fruwającą na placu przed Pałacem. Podbiegł do niej przygniatając ją stopą, aby nie odleciała. Schylił się i wyciągnął ją spod buta i rozłożył tak, aby móc z niej coś przeczytać. Ulotka była już wygnieciona i mało czytelna lecz dostrzegł na niej postać mężczyzny w długich włosach z rozłożonymi rękami i sercem po środku otoczonym cierniami. Pod nim widniał napis:


„CZUJESZ SIĘ ZAGUBIONY? PRZYJDŹ DO MNIE.”


Na ulotce nie widniał żaden adres. Był tylko obraz mężczyzny, napis oraz na odwrocie modlitwa do serca Pana Jezusa, z której mógł odczytać tylko dwa zdania:

„Ty jesteś moją jedyną drogą.”

„Tyś jest Pośrednikiem między Bogiem a ludźmi.”

Przez chodnik przetaczały się tysiące osób w ciągu całego dnia, a to właśnie on znalazł się akurat tutaj i to on sięgnął po ulotkę targaną przez wiatr. To może być jakaś wskazówka tylko nie wiedział gdzie ma go ona doprowadzić.

— Przepraszam — zagadnął przechodzącą kobietę — czy wie pani skąd jest ta ulotka?

— Przykro mi, ale nie mam pojęcia. Wypacz mi chłopcze, ale się spieszę — odparła i ruszyła dalej wtapiając się w tłum ludzi na przejściu dla pieszych.

Zapytał jeszcze pięć osób, z których ostatnia okazała się być tą, która wskazała mu drogę. Starszy mężczyzna ciągnący za sobą walizkę i palący papierosa, który powoli już się wypalał, więc rzucił go na chodnik i przydeptał. Wtedy Dawid go zagadnął.

— W czym mogę ci pomóc chłopcze?

— Czy wie pan skąd jest ta ulotka?

— Oczywiście. To ulotka z Centrum Opatrzności Bożej.

— A wie pan gdzie to jest?

— Tak, jest na ulicy Prymasa Augusta Hlonda. Często chodzę tam na nabożeństwa i msze.

— Dziękuję panu bardzo — odpowiedział Dawid zrywając się biegiem w kierunku taksówek stojących na parkingu, słysząc za sobą odpowiedź starszego pana.

— Nie ma za co!

Wsiadając do taksówki, której kierowcą okazał się bardzo miły facet Dawid przypomniał sobie, że nie ma przecież żadnych pieniędzy. Przeszukał całą torbę wyrzucając rzeczy na tylne siedzenie taksówki, lecz nie znalazł ani grosza.

— Nie musisz szukać pieniędzy chłopcze. Widzę, że bardzo Ci zależy na dotarciu do kościoła. Spakuj rzeczy z powrotem i wsiadaj. Zawiozę Cię za darmo.

— Naprawdę?

— Wsiadaj zanim się rozmyślę — odparł kierowca z lekkim uśmiechem.

— Dobrze. Dziękuję panu.

Ruszyli zostawiając za sobą Pałac Kultury, złote tarasy, całe centrum warszawskiego mrowiska ludzi. Zatrzymując się na czerwonym świetle taksówkarz zagadnął do Dawida.

— Pewnie wesele, chrzciny, albo inna uroczystość?

— Nie rozumiem? — odparł Dawid czując się, jakby ktoś zadał mu najtrudniejsze pytanie świata.

— Pytam dlaczego tak się śpieszysz? Masz jakąś imprezę rodzinną?

Nie wiedział co odpowiedzieć, aby zakończyć tą rozmowę, w której każde jakiekolwiek pytanie było dla Dawida zbyt skomplikowane.

— Tak rodzinna impreza.

Zielone światło pojawiło się na sygnalizatorze i taksówka ruszyła dojeżdżając w milczeniu do celu. Zatrzymali się na parkingu przed kościołem, gdy zadzwonił telefon schowany w torbie Dawida.

— Pewnie już po ciebie dzwonią chłopcze. Uciekaj bo się spóźnisz.

— Dobrze. Jeszcze raz dziękuję panu za podwózkę.

— Nie ma sprawy, ale następnym razem nie zapominaj portfela.

— Dobrze będę pamiętał. Do widzenia.

„Tak. Będę pamiętał — pomyślał Dawid wychodząc z taksówki i przewieszając torbę przez ramię. — Nawet nie wie pan jak bardzo chciałbym wszystko pamiętać.”

Telefon przestał dzwonić zanim Dawid zdążył go wyciągnąć. Nacisnął środkowy przycisk iPhona i zobaczył nieodebrane połączenie od Marka. Wyciszył telefon i wrzucił go z powrotem do bocznej kieszeni torby. Ruszył powoli chodnikiem przed budowlą, która z każdym kolejnym krokiem stawała się coraz większa. Doszedł do szerokiego chodnika ciągnącego się wokół kościoła i skierował się w prawą stronę wypatrując wejścia do środka.

Okrążył cały kwadratowy budynek stojący na ogromnych filarach, aż w końcu doszedł do głównego wejścia. Otworzył metalowe drzwi, za którymi rozpościerała się ogromna sala z dużą ilością drewnianych ławek i ołtarzem stojącym na samym końcu pod krzyżem wiszącym na ścianie. Ogromna okrągła sala wsparta była na kilkunastu filarach schodzących się u samego szczytu i oświetlonych niebieskimi światłami. Dawid trafił na moment, w którym kapłan odprawiał poranną mszę świętą. Usiadł więc w ostatniej ławce podziwiając piękno budynku, w którym się znajduje. Gdy kapłan podszedł do ołtarza, aby zakończyć mszę świętą powiedział do mikrofonu kilka słów do zgromadzonych wiernych.

— Życzę wam kochani, aby dzisiejszy dzień był dniem pełnym pokoju, radości z wiary oraz miłości do bliźniego. Abyście w tym codziennym zabieganiu znajdywali czas, aby się zatrzymać, aby nie zabłądzić nie zgubić się w szalonym świecie. Niech pokój, który daje wam Chrystus będzie z wami, a jego błogosławieństwo, którego za moment wam udzielę, towarzyszy wam na każdy dzień.

„To on jest tym facetem z ulotki? — pomyślał Dawid wyciągając zgniecioną kartkę z kieszeni i starając się porównać postać z ulotki z kapłanem oddalonym od niego jakieś sto metrów przez co nie mógł dostrzec jego twarzy.

Msza święta dobiegła końca, a kapłan po przebraniu się w zakrystii wrócił do kościoła i uklęknął w pierwszej ławce, by pomodlić się po zakończonej eucharystii. Dawid wstał, zabrał ze sobą torbę i ruszył powoli w kierunku ołtarza siadając w ławce zaraz za księdzem, który okazał się wyglądać zupełnie inaczej niż mężczyzna na ulotce. Ksiądz nie zauważył Dawida będąc pogrążonym w modlitwie, dopiero gdy skończył dostrzegł młodzieńca siedzącego zaraz za nim i wpatrującego się w ołtarz.

— Szczęść Boże młodzieńcze — przywitał się ksiądz podając dłoń Dawidowi.

— Dzień dobry. Mam pytanie. Czy to pana ulotka? — odparł wyciągając pognieciony papier w stronę kapłana, który przyjrzał się uważnie ulotce i po chwili oddał ją Dawidowi.

— Tak. Drukowaliśmy je jakiś rok temu. Teraz mamy nowe. Co cię tutaj sprowadza. Widzę, że natrafiłeś na naszą świątynie przez ulotkę, ale może chcesz o czymś porozmawiać? — ksiądz okazał się być bardzo sympatyczny i miły.

— Jestem zagubiony. Dlatego tutaj przyszedłem. Tak pisze na ulotce; „Czujesz się zagubiony? Przyjdź do mnie” — odpowiedział Dawid ponownie pokazując ulotkę w stronę kapłana.

— Pozwolisz, że się przysiądę?

— Tak proszę — odparł Dawid przekładając torbę na ławkę za siebie.

— Mógłbyś sprecyzować jakiego rodzaju jest to zagubienie? — zapytał kapłan patrząc w oczy Dawida jakby chciał z nich wszystko wyczytać.

— Nie wiem od czego zacząć i jak to opisać, aby pan mnie zrozumiał.

— Najprościej jak umiesz — odparł ksiądz lekko się uśmiechając wyczuwając zarazem, że ma do czynienia z osobą niewierzącą, albo totalnie nie znającą kościoła katolickiego.

— Nic nie pamiętam, nie wiem kim jestem. Straciłem pamięć i nie wiem jak ją odzyskać. Gdy zasypiam lub tracę przytomność budzę się w innych miejscach. Czuje jakby ktoś mną manipulował. Jakby w mojej głowie siedział jakiś potwór, który skasował wszystko co do tej pory wiedziałem o sobie. — Dawid przerwał czekając na odpowiedź człowieka w czerni.

— Jak masz na imię? — zapytał niespodziewanie ksiądz.

— Dawid.

— Czyli wszystkiego nie zapomniałeś.

— Niektórych rzeczy dowiedziałem się w ciągu ostatnich kilku dni.

— Rozumiem. Ja mam na imię Rafał. Twoje imię oznacza; Dowódca, opiekun lub ukochany. Pochodzi z języka hebrajskiego i nosił je Król Dawid, który pokonał ogromnego Goliata. Na pewno znasz tę historię.

— Niestety, ale nie. — Odpowiedział Dawid wsłuchując się coraz bardziej w to co chce mu przekazać człowiek w czerni.

— Cóż, Dawid był Królem Izraela najmłodszym synem Jessego z Betlejem i ojcem Salomona. Nie będę zanudzać Cię opowieściami ze starego testamentu, ale powiem ci tylko, że nosisz imię o wielkiej mocy. To nie jest moc, którą możesz zobaczyć tak, jak pokazują w filmach. To wewnętrzna siła, którą daje ci Bóg i dzięki której jesteś w stanie przezwyciężyć każde przeciwności i przeskoczyć każdy mur jaki stanie ci na drodze. Wiem, że jest ci ciężko i możliwe, że będzie jeszcze gorzej, ale z mojego doświadczenia spotykania osób bardzo pokrzywdzonych przez los, myślę, że w Twoim przypadku wszystko jakoś się ułoży.

— Dlaczego pan tak myśli? — zapytał zaciekawiony.

— Nie których kwestii nie da się tak po prostu wytłumaczyć podobnie jak z wiarą. Po prostu mam takie przeczucie — ksiądz obdarzył go uśmiechem, który wydał się Dawidowi dziwny, jakby podarowany na siłę.

Przez chwilę trwali w milczeniu. Dawid wpatrzony w ołtarz i w wiszący nad nim krzyż, a ksiądz pogrążył się w modlitwie. Trwali w takim zawieszeniu słów kilka, bądź kilkanaście minut do momentu, gdy nie wyrwała ich z milczenia wibracja telefonu w torbie Dawida, którą ten zignorował.

— Nie odbierzesz? — zagadnął ksiądz, przerwawszy modlitwę.

— To mój kolega, którego nie chcę narażać. Lepiej będzie jak sam stawię temu czoła — odparł Dawid sięgając po torbę.

— Już odchodzisz? — zapytał kapłan.

— Muszę. Czuję, że mam mało czasu. Dziękuję za wszystko — odparł Dawid wstając z ławki.

— Pamiętaj Dawidzie tylko o jednym. Nigdy nie jesteś sam, zawsze jest z Tobą Pan.

— Dziękuję. Muszę już iść — odparł nie wiedząc o czym tak na prawdę mówił do niego kapłan. Przerażony swą niewiedzą i brakiem pamięci pchnął metalowe drzwi kościoła wychodząc na zewnątrz i nabierając głęboko powietrza. Telefon zaczął wibrować ponownie, sięgnął do bocznej kieszeni i wyciągnął iphona, na którym wyświetlał się komunikat „Dzwoni Mark”.

Dawid zdecydował się odebrać i przystawił telefon do ucha.

— Gdzie jesteś? — zapytał Mark.

— Nie mogę Ci powiedzieć.

— Dlaczego? — w jego głosie słychać było narastającą frustrację.

— Mark. Proszę nie dzwoń do mnie. Nie chcę narażać cię na niebezpieczeństwo. Wystarczy że w szpitalu…

— Pierdolenie! Mów gdzie jesteś i razem to ogarniemy — przerwał Mark.

— Nie! — krzyknął Dawid — W niczym nie jesteś w stanie mi pomóc. Niby jak? Za jakiś nieokreślony czas znowu skoczę w inne miejsce i czas, w którym albo nie będę cię pamiętał, albo ty nie będziesz wtajemniczony w to, co ze mną się dzieje. Więc jaki to ma sens? Muszę sam spróbować znaleźć odpowiedź.

— Spotkamy się w szpitalu. Dr High będzie wiedział co robić. Spróbujmy tam, jeśli nam nie wyjdzie… to zostawię cię w spokoju. Ok?

— Nie pomyślałeś o tym, że uciekliśmy z tamtego szpitala? Jak nas dorwą to po nas i ta postać, która do nas strzelała? Może tam się czai?

— Fuck! Masz rację. Zrobimy inaczej. Ja nie byłem na liście pacjentów. Spróbuję tam wejść i spotkać się z doktorem. Odezwę się do ciebie jeśli zdobędę jakieś informacje. Ok?

— Mark. Nie musisz tego robić. To na prawdę nie jest bezpieczne. Siedź w domu i nigdzie się nie ruszaj.

— Tak robią prawdziwi przyjaciele Dawid. Miej telefon blisko, odezwę się za jakiś czas. Cześć.

Mark rozłączył się, a Dawid nie wiedział, w którą stronę postawić kolejny krok aby doprowadził go do wskazówki lub odpowiedzi na tyle pytań. Usiadł na ławce stojącej przed kościołem i zatopił się w myślach, które błądziły po jego głowie w jednym wielkim nieładzie. Nie zorientował się kiedy zapadł w sen.

*

Przed szpitalem stało kilka radiowozów, a wejścia pilnowali funkcjonariusze policji. Przez chwilę Mark zwątpił, że uda mu się dostać do środka. Ruszył pewnym krokiem zbliżając się do wejścia.

— Mark. Co tutaj robisz? — odezwał się jego ojciec stojący przed wejściem do szpitala.

— Tato? Przyszedłem odwiedzić Dawida. Trafił tutaj dwa dni temu.

— Nikogo nie wpuszczają do środka. Wracaj do domu. Jak tylko sprawa się wyjaśni na pewno odwiedzisz swojego przyjaciela.

— Ale ja muszę tam wejść. Nie dasz rady mnie tam wprowadzić?

— Synu. Wracaj do domu.

— A jeśli ktoś jest śmiertelnie ranny i potrzebuje pomocy? Też go nie wpuścicie?

— To inna sytuacja. Ty jesteś zdrowy. Więc wracaj do domu.

Mark myślał nad innym sposobem dostania się do szpitala. Wpadł na pewien pomysł, ale nie był pewny czy ten wypali.

— Dobra, dobra. Idę już — odparł Mark odwracając się od swego ojca i odchodząc.

— Do zobaczenia w domu synu!

Mark szedł wzdłuż chodnika ciągnącego się dookoła szpitala. Gdy znalazł się na tyłach spostrzegł drzwi, które były lekko uchylone i na których widniał napis;


„NIEUPOWAŻNIONYM WSTĘP WZBRONIONY”


Podszedł bliżej, aby zobaczyć, czy nikt nie stoi zaraz za tymi drzwiami i nie przyłapie go na włamaniu. Okazało się, że nikogo nie było więc droga wolna. Przeszedł przez korytarz, na którego końcu znajdowały się drzwi prowadzące na szeroki korytarz szpitalny. Przez chwilę błądził poszukując osoby, która mogłaby wskazać mu drogę do gabinetu Dr High’a, aż w końcu spotkał pielęgniarkę, która pokierowała go do gabinetu doktora na piątym piętrze. Winda była nieczynna, więc musiał skorzystać ze schodów. Piąte piętro zdobył po kilku minutach i oddychając nieco szybciej ze zmęczenia ruszył korytarzem, następnie skręcił w prawo i drzwi po prawej stronie prowadziły do gabinetu doktora.

— Tak, proszę wejść — odezwał się ochrypły głos z amerykańskim akcentem zaraz po dwóch stuknięciach w drzwi przez Marka.

Nacisnął na klamkę i wszedł do gabinetu zamykając za sobą drzwi. Pierwsze co uderzyło Marka to maski wiszące na ścianach, drewniane maski różnych kształtów i kolorów, było ich około dwudziestu, może trzydziestu. Przeraziło to trochę Marka, lecz podszedł spokojnym krokiem do biurka doktora i usiadł na krześle. Starszy mężczyzna przeglądał dokumenty i dopiero po chwili skierował wzrok na młodzieńca, który rozglądał się po gabinecie kręcąc głową to w prawo to w lewo.

— Podobają Ci się maski? — zagadnął doktor.

— Są… ciekawe. Skąd je pan ma?

— Swego czasu dużo podróżowałem. A maski przypominają mi o ludzkiej przemianie — odpowiedział zagadkowo doktor.

— Rozumiem.

— W czym mogę Ci pomóc młody chłopcze?

— Mój kolega stracił pamięć i nie wiem jak mogę mu pomóc. W telewizji usłyszałem, że jest pan specjalistą od zaników pamięci więc przyszedłem do pana.

Dr High skupił wzrok na Marku wsłuchując się uważniej w to co do niego mówi.

— Bardzo pana proszę o pomoc.

— Musiałbym spotkać się z twoim przyjacielem. Wtedy będę mógł go zbadać i powiedzieć coś więcej. Są różne rodzaje utraty pamięci.

— On nie pamięta prawie nic. I gdy traci przytomność lub zasypia…

— Przenosi się w inne miejsca — przerwał doktor kończąc wypowiedź Marka.

— Wie pan coś o takich przypadkach? On nie jest pierwszy?

— Pracuję nad ludzką pamięcią przez całe moje życie. Odkryłem, że ludzki mózg jest miejscem nieskończonych informacji i możliwości. Chodź, coś ci pokaże.

Dr High wstał od biurka i skierował się w stronę wyjścia, aby zakluczyć drzwi. Podszedł następnie do jednej z masek i przekręcił ją do góry nogami. Połowa ściany wsunęła się, jakby głębiej i przesunęła w prawo, odsłaniając drzwi windy, które po naciśnięciu przycisku otworzyły się przed doktorem i przerażonym Markiem.

— Dokąd prowadzi ta winda? — zapytał wystraszony Mark. Teraz dopiero czuł się jak wrzucony w film sci-fi.

— To stara winda towarowa. Prosiłem, aby przygotowali mi gabinet właśnie tutaj i odnowili windę. Niżej znajduje się moja pracownia. Chodź, pokażę ci.

Mark nie był pewny czy zrobić kolejny krok w stronę windy czy w stronę drzwi wyjściowych. Kątem oka spostrzegł, że kluczyk z drzwi został wyjęty, więc nawet jeśli rzuciłby się biegiem do drzwi, nie zdołałby się wydostać. Ruszył więc za doktorem wchodząc z nim do windy, której drzwi zamknęły się przed nimi i zaczęła powoli zjeżdżać niżej po naciśnięciu jednego z dwóch przycisków na panelu. Mark wyczuł, że zjechali bardzo nisko, nawet poza najniższy poziom szpitala. Drzwi windy otworzyły się ukazując długi korytarz oświetlony przez podłużne lampy wiszące na ścianach. Gdy przechodzili przez korytarz mijali białe metalowe drzwi pozbawione najmniejszego okienka, przez które Mark mógłby zobaczyć co kryje się za nimi. Przeszli już spory kawałek długiego korytarza, gdy odezwał się Dr High.

— To moja pracownia. W każdym z tych pomieszczeń mieści się oddzielny przypadek pacjenta. Każdy z nich ma swoją oddzielną salę, w której prowadzimy testy i badania.

— Badania nad czym? — zapytał Mark.

— Nad ludzką podświadomością. Chcemy dowiedzieć się jak działa i czy można nią sterować. Wiele przypadków pacjentów nie ukończyło badań pozytywnie i traciliśmy ich. Ale jeden przypadek się uratował. Nie wiem czy to twój kolega, ale przypuszczam, że tak… Dawid Miły jak się nie mylę, prawda?

Marka przeszedł lodowaty dreszcz, ręce zaczęły się trząść, a serce bić szybciej i szybciej, poczuł tak bardzo przeszywający go strach, że w pierwszym momencie myślał, że to jakiś koszmar i zaraz się obudzi, ale nic takiego się nie stało, to było rzeczywiste, Dawid, szpital, strzelanina, utrata pamięci, pokręcony doktorek, wszystko jest prawdą. Stał blady i z oczami tak szeroko otwartymi jakby miały wyskoczyć z orbit.

— Nie musisz niczego się obawiać Mark — powiedział doktor kładąc dłoń na jego prawym ramieniu.

— Tak… to mój przyjaciel, Dawid Miły. Skąd zna pan moje imię i co oznacza to, że traciliście pacjentów?

— Zadajesz dużo pytań Mark. Nie na wszystkie udzielę ci teraz odpowiedzi, ale dowiesz się wszystkiego… wkrótce.

Mark poczuł delikatne ukucie w ramię, za które wciąż trzymał go doktor i po chwili jego powieki zaczęły same opadać, aż do momentu, gdy rozlała się przed nim ciemność i wszystkie mięśnie odmówiły mu posłuszeństwa.

— Zabierzcie go do wolnej sali. Zaraz się nim zajmę. Wyślijcie wędrowców niech szukają Dawida. Musi jeszcze być w tym czasie.

Posłuszni pracownicy placówki ruszyli, zabierając Marka do sali i posyłając czarnych wędrowców, aby odnaleźli jedynego BWM-a.

*

— Dawidzie. Coś się stało? Dobrze się czujesz?

Otworzył oczy widząc stojącego przy nim człowieka w czerni. W pierwszej chwili wzdrygnął się ze strachu, myśląc, że to postać która strzelała do niego i Marka w szpitalu lecz po chwili rozpoznał twarz księdza, z którym rozmawiał w kościele.

— Może przyniosę ci wody, albo jesteś głodny? — zagadnął ksiądz kładąc dłoń na lewym ramieniu Dawida.

— Wszystko jest ok. Jaki dziś dzień i który rok? — zapytał Dawid upewniając się, że nie skoczył w inny czas.

— Środa dwudziesty czwarty maja 2017 roku godzina 11:16. Jak dobrze pamiętam wyszedłeś z kościoła około 8:30. Więc musiałeś spędzić tutaj prawie cztery godziny. Na pewno jesteś obolały i głodny. Pozwól sobie pomóc.

— Dziękuję, ale muszę już iść — odpowiedział wstając z ławki i zabierając swoją torbę. Nie czuł się obolały, no może trochę. Bardziej czuł się wypoczęty, ponieważ sen nie przyniósł mu żadnych koszmarów ani wskazówek. Drzemka okazała się być bardzo pomocna. Odzyskał siły i mógł iść dalej.

— Dlaczego młodzi muszą być tak uparci. Poczekaj chwilę, przyniosę ci chociaż kanapki, żebyś nie wędrował o pustym żołądku.

— Dobrze, zaczekam — odparł Dawid siadając z powrotem na ławkę.

Do głowy wróciła mu myśl o Oliwii. Mark nie zdążył powiedzieć mu o niej nic, co w jakimś stopniu mogłoby pomóc mu w rozwikłaniu chociaż jednej zagadki związanej właśnie z tą dziewczyną. Zastanawiał się przez chwilę jak do niej dotrzeć i gdzie rozpocząć poszukiwania. Po dłuższej chwili, podczas której błądził myślami gdzieś daleko, odezwała się krótka wibracja telefonu w bocznej kieszeni torby. Wyciągnął iphona i po naciśnięciu przycisku ukazało się małe okienko z wiadomością od… Oliwii.

„Słyszałam co się stało. Nic ci nie jest? Jak się czujesz? Zadzwoń jeśli możesz. Martwię się.”

Dawid poczuł przez chwile dziwne dreszcze, które niczym miliony małych rączek muskały jego ciało. Odblokował telefon i wyszukał numer w kontaktach.

„To będzie takie proste?” — pomyślał.

Po trzech sygnałach usłyszał jej delikatny i cienki głos, który gdzieś w zakamarkach jego umysłu pozostał zapamiętany jak echo odbijające się od lasu i wracające do adresata stojącego na łące rozpościerającej się we wszystkie strony.

— Dawid, wszystko ok? Co się stało?

— Oliwia… ja…

Ksiądz szedł już z kanapkami zapakowanymi w zieloną reklamówkę, gdy zobaczył jak Dawid osuwa się na ławkę uderzając głową o leżącą torbę i upuszczając telefon na chodnik.

Rozdział 5
W czasie

Sala nr 9 ukazała się przed oczami Dawida niczym powracający obraz z najgorszego koszmaru jaki przeżywał wciąż, i wciąż na nowo. Puste łóżko pana Macieja, gips na jego prawej ręce i bolące żebra wskazywały na to, że wrócił do szpitala, do którego trafił po wypadku. Myślał, co musi dziać się z nim teraz w innych miejscach? Zniknął sprzed kościoła, zniknął z plaży w Sopocie, zniknął z pokoju. Gdzie jest jego prawdziwe ja? Gdzie jest ten prawdziwy czas, w którym rzeczywiście przebywa? A jeśli tych czasów rzeczywiście jest więcej, to jak nad tym zapanować, aby nie zmieniać ich bez kontroli? Na te pytania nie potrafił odpowiedzieć i na wiele innych również. Pogodził się już z myślą, że utracił pamięć i wędruje w czasie. Nie było to dla niego zaskoczeniem, tak jak na samym początku, lecz chciał za wszelką cenę wrócić do normalności, jeśli była na to jeszcze jakaś szansa.

Zegarek wskazywał 12:34, a za oknem dostrzegał delikatne promienie słońca przebijające się przez leniwe chmury. Gdy odwrócił wzrok od okna spostrzegł idącego w jego stronę dr Artura, którego miał wrażenie, jakby nie widział od miesięcy.

— Witaj Dawidzie. Jak dziś się czujesz? Pamięć wraca?

— Niestety nie. Wręcz przeciwnie, czuje, że zapominam coraz więcej. Gdy cofam się myślami gdzieś dalej, dalej w przeszłość, natrafiam na mur tak wysoki, że nie jestem w stanie przeskoczyć na drugą stronę, aby poznać to, co za nim ukryte.

— Rozumiem. Mieliśmy nadzieję, że po zabiegu poczujesz się lepiej, ale dajmy sobie jeszcze trochę czasu.

— Arturze, muszę o coś cię zapytać. Czy to możliwe, że przemieszczam się w czasie?

Doktor spojrzał na Dawida zastanawiając się czy rzeczywiście udało się osiągnąć Hermanowi to nad czym od lat pracuje, czy to tylko sen, o którym opowiada mu Dawid. Po krótkiej chwili, podczas której Dawid czekał na odpowiedź ze strony Artura, do sali wbiegła pielęgniarka prosząc jak najszybciej dr Artura do sali nr 24.

— Wrócimy do tej rozmowy Dawidzie. — powiedział Artur wybiegając z sali na korytarz.

Dawid został sam w pustej sali, z której zabrano innych dwóch pacjentów, którzy albo odeszli już w inny czas i przestrzeń, albo zabrani zostali do innych sal na badania. Tego co stało się z innymi pacjentami nie wiedział, wiedział tylko, że on wciąż przebywa w tej klatce, sam na sam, patrząc w biały sufit i zerkając na duże okno po prawej stronie, ukazujące mu skrawek ogromnego świata, w którym on, zagubiony próbuje odnaleźć odpowiedzi na cały stos pytań. Myślał o Marku, czy dowiedział się czegoś od doktora, o Oliwii próbując wyobrazić ją sobie i przywołać wspomnienia, które do tej pory pojawiły się w jego głowie. Czuł, że spada… spada w coraz głębszą otchłań niepamięci, w której przestaje wiedzieć cokolwiek i zostaje pozbawiony kontroli nad samym sobą. W tej rzeczywistości, w której teraz się znajduje, nie może nic zrobić, będąc przykuty do szpitalnego łóżka. Musi więc zmienić czas, wrócić tam skąd przybył. Tylko jak to zrobić? Próbował już zamykać oczy starając wyobrazić sobie konkretne miejsce i czas, tak jak bohater filmu o teleportacji, ale nie przyniosło to żadnych efektów. Jedynym wyjściem będzie zaśnięcie i liczenie na to, że pojawi się w czasie, w którym razem z Markiem uciekli ze szpitala. To tam spędził najdłuższy czas w jednej rzeczywistości, więc tylko tam ma szanse aby znaleźć odpowiedzi. Przynajmniej tak mu się wydaje.

*

Zimne światło wiszących lamp oślepiło Marka budzącego się ze snu, w który wprowadziła go substancja wstrzyknięta przez dr High’a. Poruszył się na łóżku starając się przetrzeć oczy, by móc zobaczyć więcej prócz białej przestrzeni przed sobą. Nie został przywiązany do metalowego łóżka, ani pozbawiony organów, te dwie myśli przeszły mu przez głowę po ocknięciu się. Gdy wzrok wrócił do swojego prawidłowego działania Mark rozejrzał się po sali. Zobaczył metalowe szafki z lekami, aparaturę, monitory i białe metalowe drzwi. Poruszył się na łóżku próbując wstać, lecz poczuł lekki paraliż obejmujący jego ciało od pasa w dół. Przez dłuższy czas leżał wpatrując się w otaczające go pomieszczenie, aż do momentu, w którym uspokoił się wystarczająco, aby pomyśleć o telefonie, który miał w plecaku. Rozejrzał się po sali poszukując wzrokiem swojego plecaka, lecz nie mógł nigdzie go namierzyć. Po kolejnych minutach, które dłużyły się w nieskończoność Mark poczuł jak paraliż powoli ustępuje i znika zupełnie. Wstał z łóżka uderzając nogami o plecak leżący na białych kafelkach, którymi wyłożone są wszystkie sale ukrytej pracowni doktora. Sięgnął po niego, położył na łóżku i wyjął telefon z najmniejszej kieszonki. Brak zasięgu, mógł się tego spodziewać. Znajduje się przecież jeszcze niżej niż ostatni poziom budynku szpitala. Wrzucił telefon z powrotem do plecaka i ruszył w stronę metalowych drzwi chwytając za klamkę, która nawet nie drgnęła.

„Muszę ostrzec Dawida” — pomyślał stojąc przed drzwiami sali siłując się z upartą klamką.

Nagle ustąpiła i drzwi się otworzyły, a pojawił się w nich sam dr High. Wszedł do środka i zamyknął za sobą ciężkie metalowe drzwi.

— Witaj Mark — przywitał się swoim zachrypniętym głosem.

— Niech mnie pan wypuści i to natychmiast. Jest pan obłąkany! — wykrzyknął Mark stojąc cztery kroki od doktora.

— O nie chłopcze. To ludzie są obłąkani żyjąc w swoich klatkach, nie wiedząc tak naprawdę co mieści się po za nimi. Ja to wszystko chcę odkryć i każdemu ukazać, by ich życie nabrało prawdziwego sensu.

— Chce pan zabrać wszystkim wspomnienia, pamięć i sterować ich podświadomością? To jest według pana normalne? Chce pan wyzwolić ludzi, ale tak naprawdę pakuje ich pan w klatki zniewalając ich na zawsze.

— Jesteś zbyt młody, aby to zrozumieć. Ale już nie długo wszystkiego się dowiesz.

— Gdzie jest Dawid? Gdzie jest mój przyjaciel!!!

— Dawid jest tym, na którego czekałem całe swoje życie i to właśnie dla niego poświęciłem lata pracy nad ludzkim rozumem i pamięcią. Teraz jest w jednym z wielu czasów, w których znajduje się dzięki moim eksperymentom. Tylko on przeszedł przez wszystkie badania wychodząc z nich odmienionym. To dzięki niemu będę mógł uzdrowić świat i skierować go na właściwą ścieżkę. Ludzie błądzili od wieków i nic przez wszystkie ery tego świata nie nauczyło ich porządku. Teraz moja kolej, aby ustanowić porządek wszystkich rzeczy.

Mark słuchał doktora i ogarniał go coraz większy lęk a paraliż strachu blokował jego logiczne myślenie. Ucieczka nie wchodziła w grę i była po prostu nierealna. Nawet jeśli wydostanie się na długi korytarz to nie będzie wiedział, w którą stronę iść, aby dojść do windy, a szybciej zatrzymają go strażnicy. Drzwi w gabinecie są zamknięte, więc jest w pułapce, z której nie ma wyjścia.

— Co stanie się ze mną? — zapytał Mark pozbawiony nadziei na ratunek.

— Ohh Mark. Jesteś moim zakładnikiem. Dzięki tobie sprowadzę tutaj Dawida. Za jakiś czas strażnik przyniesie ci jedzenie. To teraz twój pokój, czuj się jak u siebie — odpowiedział doktor wychodząc z sali żegnając się z Markiem uśmiechem, który Mark widywał do tej pory tylko w filmach u złych postaci.

Dr High skierował się korytarzem w stronę sali, która jako jedyna nosiła nazwę SKP (Sala Kontroli Podświadomości). Metalowe drzwi zatrzasnęły się za doktorem, który usiadł w czarnym fotelu, umieszczonym na środku pomieszczenia. Znajdował się w niej tylko czarny fotel i stolik, z którego dr Herman sięgnął metalowy hełm, do którego poprowadzone zostały różnego koloru kable ciągnące się po ziemi niczym jadowite węże i podłączone do aparatury stojącej przy ścianie. Doktor rozsiadł się wygodnie, zamknął oczy i czekał, aż w swojej głowie usłyszy głos Dawida.

*

Ocknął się i zobaczył przed sobą księdza stojącego nad nim z zieloną reklamówką, w której miał dwie kanapki, widząc je poczuł głód, ale zrozumiał również, że przeniósł się tam gdzie chciał. Podniósł się i oparł plecami na ławce przecierając oczy, i poprawiając rozczochrane włosy. Sięgnął po czapkę leżącą na ziemi, którą otrzepał i założył na głowę.

— Dobrze się czujesz Dawidzie? Może zabiorę Cię do lekarza? — zagadnął ksiądz podając reklamówkę z kanapkami.

— To dla mnie? Dziękuję — odparł — nie nic mi nie jest, muszę już iść, dziękuję za pomoc.

— Przed momentem straciłeś przytomność. Na pewno wszystko w porządku?

— Tak. Śpieszę się naprawdę. Jeszcze raz dziękuję za kanapki.

Pożegnawszy się z księdzem ruszył przed siebie z torbą przewieszoną przez ramię i reklamówką, w której została już tylko jedna kanapka. Po zjedzeniu drugiej odezwał się jego telefon, który zaczął dzwonić w bocznej kieszeni torby. Zatrzymał się przy pierwszej napotkanej ławce, na której położył torbę i wyciągnął telefon.


„Dzwoni Oliwia”


Przeciągnął zieloną słuchawkę i odebrał.

— Dawid? — usłyszał cienki kobiecy głos, który rozbudził uśpione wspomnienia.

— Oliwia? — zapytał nie wierząc w to, że rozmawia właśnie z nią.

— Nic ci nie jest? Wszystko w porządku?

— Tak, tak… to znaczy nie do końca.

— Gdzie teraz jesteś i co się stało?

— Jestem w Warszawie, a to co się stało to zbyt długa i skomplikowana historia, abym mógł ci ją opowiedzieć przez telefon. Możemy się spotkać?

— Oczywiście. Powiedz tylko gdzie i o której.

— Pod Pałacem Kultury i Nauki o 14:00.

— Dobrze. Do zobaczenia kochanie — odparła Oliwia.

— Do zobaczenia — odpowiedział rozłączając się.

Poczuł się dziwnie słysząc z ust obcej dla niego dziewczyny słowo „kochanie”. Zabrał torbę przewieszając ją przez prawe ramię i ruszył dalej mijając ludzi, bloki, ulice i samochody zaparkowane przy krawędziach jezdni. Miał poczucie odcięcia się od rzeczywistości, ciągłą i pogłębiającą się pustkę, w której przestawał być coraz bardziej sobą, a oddawał kontrolę na swoim umysłem komuś innemu… i właśnie wtedy usłyszał znajomy mu głos.

— Dawidzie. Odpowiedz jeśli mnie słyszysz.

Dawid zatrzymał się na środku chodnika i rozejrzał się nerwowo wokół siebie starając się dojrzeć osoby, która go wołała, lecz nikt nie był tak blisko niego, aby mógł go usłyszeć tak wyraźnie. W budynku obok okna były pozamykane, więc nikt nie krzyknął na niego z wysokości. Po chwili znowu usłyszał ten sam głos.

— Dawidzie. Odpowiedz.

Teraz już wiedział, że głos pochodzi z jego głowy, to tam go słyszy.

„Do reszty zwariowałem?” — pomyślał i usłyszał odpowiedź na swoją myśl.

— Nie, nie zwariowałeś. Jestem dr Herman High powinieneś pamiętać mnie ze szpitala. Nie musisz odpowiadać na głos. Wystarczy, że użyjesz myśli.

„Co się dzieje? Co dzieje się ze mną?”

— Nie mam zamiaru cię okłamywać Dawidzie. Spotkajmy się w szpitalu, do którego trafiłeś po wypadku. Tam wszystkiego się dowiesz.

„Stamtąd uciekłem z przyjacielem przed człowiekiem, który chciał nas zabić. Nie mam zamiaru tam wracać.”

— Nie wracaj do tego szpitala w tym czasie. Wróć tam w czasie twojego wypadku, gdy leżysz w sali ze złamanymi żebrami i ręką. Tam nic ci nie grozi.

„Czyli to wszystko jest związane z tym doktorkiem. Skoro wie o mojej niepamięci i skokach w czasie to na pewno pomoże mi się z tego wyleczyć” — pomyślał Dawid zapominając o tym, że doktor przysłuchuje się każdej jego myśli.

— Tak. Wszystko ci wyjaśnię i we wszystkim ci pomogę.

„Ale jak mam przenieść się w inny czas? Nie potrafię tego kontrolować.”

— Będąc w szpitalu zasnąłeś z myślą o tym, aby znaleźć się z powrotem w czasie, w którym obecnie się znajdujesz. Teraz zrób tak samo i pomyśl o dowolnym czasie w przeszłości lub przyszłości, a znajdziesz się w nim. Nie przenoś się tylko poza rok 2012 ponieważ wtedy nie zastaniesz mnie w tym szpitalu, w którym jeszcze nie pracowałem.

„Dobrze. Postaram się.”

Po tych słowach poczuł jak z jego głowy zniknął dr High. Było to uczucie porównywalne do momentu, w którym opuszczają twoje wnętrze złe emocje i nastaje w nim spokój i cisza. Dawid stojący na chodniku niczym kamienny komik, który po wrzuceniu monety zaczyna się poruszać zrobił pierwszy krok, a po nim kolejny i kolejny w stronę Pałacu kultury, przed którym ma spotkać się z Oliwią. Odsunął na bok myśl o przenoszeniu się w czasie, aby spotkać się z doktorem. Ważniejszą osobą wydała mu się Oliwia, dzięki której ma nadzieję przypomnieć sobie zdecydowanie więcej. Złe emocje jakie towarzyszyły mu podczas rozmowy z doktorem, przeraziły go bardziej, niż sama rozmowa w jego głowie. Zaczął myśleć i podejrzewać, że za wszystko co spotkało Dawida w ostatnim czasie jest odpowiedzialny dr High. Ale z drugiej strony gdzie ma szukać odpowiedzi jak nie u niego? Musi zaryzykować jeśli chce wrócić do normalności i odzyskać pamięć.

Betonowa dżungla, tak ludzie nazywają wielkie miasta, w których nie ma drzew, bo wszystkie zastąpiły wieżowce, ulice, galerie handlowe i blokowiska. Przez tą właśnie dżunglę wędruje, przedziera się młody chłopak szukający samego siebie. Ludzie, których mija na chodnikach przypominają mu biegające bez celu mrówki, które nie wiedzą czym tak naprawdę jest życie. Czym staje się ono bez wspomnień i bez pamięci. Przestaje istnieć, gdy nie mamy tego, co definiuje nas jako ludzi. Ma już dosyć pustki, z którą musi się zmagać. Chce poznać odpowiedzi, musi je poznać jak najszybciej.

Plac przed pałacem jak w każdy nawet powszedni dzień pękał w szwach, tłumy ludzi wędrujących w różnych kierunkach i zmierzających do różnych celów. Dawid miał nadzieję, że Oliwia czeka na niego i wypatruje go w tłumie. Nie potrafiłby jej rozpoznać, więc to zadanie należy do niej. Stojąc przed pałacem rozglądał się po wszystkich stronach czekając, aż któraś z dziewczyn zawoła jego imię lub po prostu zbliży się do niego. Minęło piętnaście minut zanim usłyszał swoje imię i powędrował wzrokiem w stronę, z której dochodził jej głos. Zobaczył ją zbiegającą ze schodów prowadzących do głównego wejścia pałacu. Była ubrana w podziurawione dżinsy, żółtą koszulkę zakrywającą jej małe piersi i czapkę ubraną daszkiem do tyłu zastępując gumkę do jej długich rozpuszczonych blond włosów. Dawid zrobił kilka kroków w jej stronę, po czym spotkali się w objęciach stojąc przed pałacem, przed którym wiele razy spotykali się w czasie, który był ich czasem, czasem prawdziwego Dawida.

— Boże. Mam wrażenie jakbym nie widziała cię wieki — odezwała się dysząc głośno ze zmęczenia, a może z podniecenia?

— Ja mam inne wrażenie — odpowiedział zagadkowo Dawid wydostając się z jej objęć i patrząc na jej twarz, która była dla niego kompletnie obca.

— Jakie? — zapytała.

— Usiądźmy lepiej — odpowiedział i skierował się w stronę pustej ławki po prawej stronie, nad którą opadały gałązki krzewu usłanego malutkimi listkami.

— Powiedz mi co się dzieje. Wydajesz się być dziwnie nieobecny jakby oddalony gdzieś daleko — zaczęła rozmowę siadając na ławce bokiem i patrząc na Dawida.

— Musisz znać mnie naprawdę dobrze skoro potrafisz wyczytać z mojej twarzy wszystko. Szkoda tylko, że ja nie potrafię czytać z Twojej.

— Możesz przestać mówić zagadkami? Co się stało? — odparła, a w jej głosie słychać było lekki niepokój.

Wpatrywał się w betonowe płyty pod swoimi stopami, z których wyłożony był plac przed pałacem. Błądził wzrokiem szukając na nich tekstu, który pomógłby mu wyjaśnić wszystko tej, która była… jest jego miłością. Po krótkiej chwili spojrzał na nią i wpatrywał się przez chwilę w jej smukłą twarz, na której nie widniała najmniejsza oznaka mówiąca o tym, że ma problemy z narkotykami. Oczy delikatnie podkreślone czarną kredką, a usta nawilżone pomadką. Świat wokół niego zmniejszył się w jednej chwili do rozmiarów tego placu. Nic nie interesowało go bardziej niż poznanie siedzącej przed nim dziewczyny, która ma odpowiedzi na część pytań dławiących jego wnętrze niczym rosnący w nim kaktus.

— Straciłem pamięć, przenoszę się w czasie, albo kompletnie zwariowałem i tak naprawdę leżę w szpitalu psychiatrycznym, a to co mnie spotyka jest tylko moim urojeniem — wyszło to z niego jak z maszyny.

Przez chwile Oliwia czuła się jakby ktoś uderzył ją w twarz.

— Że co? O czym ty do cholery mówisz? — odezwała się już głosem pełnym lęku.

— Oliwia… nie pamiętam Cię. Nie pamiętam nic. Wszystko w mojej głowie jest rozmazane, rozsypane jak puzzle. Wszystkie wspomnienia zniknęły. Pamiętam tylko te wydarzenia, które miały ostatnio miejsce.

— Mój Boże. Mówisz poważnie czy to jakiś żart?

— A wyglądam jakbym żartował?

Oliwia wstała z ławki i odeszła dwa kroki zakładając obie ręce za głowę przyjmując pozycję podobną do rozciągania się przed biegiem. Odwróciła się po chwili w stronę Dawida.

— Skoro nie jest to żart i naprawdę nic nie pamiętasz to skąd wiesz jak mam na imię?

— Mark mi powiedział, gdy uciekliśmy ze szpitala.

— Fuck!!! To byliście wy? Matka oglądała wiadomości i usłyszałam o dwóch młodych chłopakach, którzy uciekli ze szpitala. Doszło tam do strzelaniny. W co wyście się wpakowali Dejv? Z Markiem wszystko ok? — Zaczęła mówić nerwowo i tak szybko, że omal nie poplątał się jej język.

— Wrócił do szpitala, aby dowiedzieć się czegoś od doktora High’a na temat zaników pamięci. Chciał mi pomóc mimo, że mu zabroniłem. Później straciłem przytomność i wróciłem do czasu, w którym leżę w szpitalu przykuty do łóżka po wypadku. Następnie wróciłem tutaj i nie dostałem od niego żadnego sygnału. Gdy szedłem na spotkanie z Tobą, usłyszałem głos w mojej głowie… to był głos High’a. Mówił, abym przeniósł się w inny czas i spotkał się z nim w szpitalu…

— STOP! — wykrzyknęła dygocząc na całym ciele i czując się tak jakby miała zaraz zwymiotować — Jaki wypadek?! Jaki doktor High? Przecież ty nie miałeś żadnego wypadku.

— Czyli wychodzi na to, że jestem w przeszłości, a wypadek nie miał jeszcze miejsca — odparł Dawid zamyślając się nad tym.

— To jest mega pojebane. Jak jest to jakiś żart i za chwile wyskoczy zza rogu Mark śmiejąc się ze mnie to dostanie Ci się Dejv i to bardzo.

— Przysięgam Oliwia. To nie jest żart. Mówię całkowicie poważnie. Musisz mi pomóc.

Wróciła na ławkę siadając obok chłopaka, który patrzył na nią inaczej niż ten, jakiego do tej pory znała. Milczeli przez chwile, która zdawała się przeciągać w nieskończoność. Zgiełk wielkiego miasta idealnie odzwierciedlał to, co dzieje się w ich głowach. Wpadli w ten wir całą trójką, Mark uwięziony w placówce doktora, Oliwia wplątana w zawiłą sieć czasu i Dawid pozbawiony pamięci i nie mający zielonego pojęcia, gdzie postawić kolejny krok w celu odnalezienia odpowiedzi i samego siebie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 53.26