E-book
20.48
drukowana A5
49.4
Chłopak bez pamięci

Bezpłatny fragment - Chłopak bez pamięci

Objętość:
340 str.
ISBN:
978-83-8155-738-2
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 49.4

Dla Doroty


„Z naprawdę wielkich, posiadamy tylko jednego wroga — czas.”

— Joseph Conrad

Od autora

Sam fakt, że trzymasz w rękach moją książkę, jest dla mnie ogromną radością. Spędziłem nad tworzeniem historii Dawida Miłego grubo ponad rok i mam nadzieję, że po przebrnięciu przez każdą ze stron książki i czytając już ostatnią, będziesz równie szczęśliwy jak ja, gdy ją pisałem. Książki powinny nieść ze sobą jakieś przesłanie. Owszem, powinny też bawić, rozśmieszać, intrygować, zmuszać do myślenia, a czasami nawet przestraszyć. Ale moim zdaniem powinny przede wszystkim skupiać myśl czytelnika na konkretnych wartościach i prowadzić go ku zrozumieniu pewnych prawd. „Chłopak bez pamięci” jest książką mówiącą o wartości jaką mają nasze wspomnienia i pamięć. Zadaje pytanie, kim bylibyśmy, gdyby ktoś ich nas pozbawił? Choroba alzheimera czy demencja są przykładem tego, że człowiek może utracić wszystko, nawet świadomość bycia sobą. Wyobraźcie sobie, utratę wszystkich wspomnień, wszystkiego co było częścią was samych i częścią wielkiej całości o nazwie tożsamość. Przestajecie poznawać ludzi, miejsca i samych siebie, patrząc w lustro. Rzeczywistość, która was otacza, nagle staje się czymś zupełnie nierealnym. Nie wiem, czy osoby, których dotknęły podobne choroby myślą o otaczającym ich świecie i życiu, ale my możemy zadać sobie to pytanie. Czy otaczająca nas rzeczywistość jest tak naprawdę rzeczywista? Czy każdy uciekający dzień, nie jest tylko snem, który kończy się i pozostawia po sobie tylko pustkę? Pytań jest wiele, a tak mało odpowiedzi. Religia ukazuje nam swoje spojrzenie, nauka swoje, lecz gdzie mamy patrzeć, aby ujrzeć prawdę? Widzicie? Znowu kolejne pytanie. Czy niniejsza książka da wam odpowiedzi, tego nie wiem. Ale mam nadzieję, że będziecie się dobrze bawić czytając ją, jak ja podczas jej pisania. Na zakończenie tego wstępu, który nie pozwala wam rozpocząć pierwszego rozdziału, pragnę wspomnieć o jednej bardzo istotnej rzeczy, która towarzyszyła mi podczas pisania. Jest to „upór maniaka”. To stwierdzanie usłyszałem u jednego ze współczesnych pisarzy. Nie poddawać się nawet, gdy nie będzie łatwo spełniać swoich marzeń. Brnąć przez mieliznę ludzi, którzy nie pozwalają Ci rozwinąć swych skrzydeł. Pamiętaj, że nadejdzie dzień, w którym wyrwiesz się z gęstego bagna i oczyścisz skrzydła, by móc wzbić się jak najwyżej i odlecieć tam, dokąd tylko zechcesz.

Prolog

Kiedyś usłyszałem słowa, które poruszyły mnie do tego stopnia, że każdą wolną chwilę poświęcałem by je zrozumieć i wprowadzić w życie. Co nie okazało się takie proste jak się wydawało. Słowa ubrane w barwę głosu starego dziadka siedzącego przed sklepem i pijącego któreś z kolei piwo były słowami, których nie usłyszałem od nikogo innego i nie przeczytałem w żadnej z książek.


„Gdy nie otworzysz oczu serca i nie będziesz patrzeć na świat przez nie, to umrzesz mimo tego, że będziesz oddychać powietrzem, którym oddycha każdy. Wiesz kto mi to powiedział? Mój ojciec, gdy byłem w Twoim wieku. Nie otworzyłem oczu serca i zobacz gdzie teraz siedzę.”


Ktoś inny może minąłby tego starszego pana, którego jedni nazywali Szamanem, a inni po prostu żulem i nie zwróciłby uwagi na jego słowa, które mamrotał pod nosem. Ja jednak dziś się zatrzymałem i wysłuchałem tego co chciał mi powiedzieć. Byłem w szoku, gdy skończył już mówić i usiadł z powrotem na ławkę przed sklepem. Nie sądziłem, że ludzie takiego pokroju jak Szaman mają taką mądrość życiową pozyskaną od swoich rodziców. Co prawda nie kierują się nią tak jak prosili ich o to, gdy byli jeszcze młodzi, ale przekazują ją tym, przed którymi życie dopiero rozwinęło swój dywan. Ciekawe jest to, że mimo świadomości wyboru jaki podjął Szaman i świadomości tego, że wybór ten okazał się zrujnować mu życie, to nadal pozostaje w tym stanie, w jakim tkwi od wielu lat. Pytanie tylko dlaczego, dlaczego nie poszedł za słowami, które przekazał mu jego ojciec? Był młody, głupi, chwytał życie takim jakie jest i nie przejmował się tym co będzie jutro?


Zamyślony nad słowami, które usłyszałem, udałem się do domu, by usiąść przy biurku i zapisać sobie to, co powiedział do mnie Szaman. Gdy odkładałem już długopis do wysuniętej szuflady zobaczyłem w niej coś czego kompletnie się nie spodziewałem. Był to list zaadresowany do mnie, lecz nie posiadający nadawcy. Wyjąłem go i położyłem na biurko, po czym sięgnąłem po nożyk do szuflady i zacząłem rozcinać powoli kopertę, by nie uszkodzić zawartości. Wyjąłem list i rozszerzyłem kopertę, by sprawdzić czy jest w niej coś jeszcze oprócz listu. Było w niej zdjęcie, na którym zatrzymana została chwila, gdy ja i dziewczyna której imienia nie pamiętałem piliśmy piwo ze swoich kubków przez różowe słomki. Wpatrywałem się w to zdjęcie nie umiejąc sobie przypomnieć, kiedy, gdzie i z kim to się wydarzyło. Nie pamiętałem jej imienia, nie rozpoznałem jej twarzy, oczu, uśmiechu, nie umiałem przypomnieć sobie jej barwy głosu i dotyku dłoni. Moja twarz po chwili zaczęła wydawać się inna, niż ta, którą widzę codziennie w lustrze. Odłożyłem zdjęcie do szuflady zamykając ją gwałtownie, by kompletnie nie zwariować. Z biurka patrzyła na mnie biała złożona kartka, przez którą przebijały się małe kontury literek ciągnących się po same brzegi, tak jakby chciały się z niej wydostać. Z lękiem, niepewnością i dozą podniecenia sięgnąłem po list i rozłożyłem go trzymając w drżących dłoniach. Po przeczytaniu pierwszych zdań list wypadł mi z rąk spadając na podłogę, a przed oczami rozlała się ciemność. Po krótkiej chwili, która w rzeczywistości trwała kilkanaście godzin ocuciła mnie zimna dłoń mojej mamy uderzająca mnie w policzek.


Drogi Dawidzie


To, że za Tobą tęsknię wiesz na pewno. Ale tego, że Cię kocham nie zdążyłam Ci powiedzieć, gdyż wyjechałeś. Wiem, że musi być Ci ciężko w szpitalu. Chciałam Cię odwiedzić, ale studia mi nie pozwoliły. Upewniłam się, że nic ci nie jest po wypadku…

Rozdział 1
Pobudka

Samochód ruszył powoli z piaszczystego podjazdu. Siedziałem za kierownicą patrząc w lusterko wsteczne, w którym odbijała się postać Oliwii machającej do mnie na pożegnanie. Jestem, co prawda wrażliwym chłopakiem czego przed nikim nie ukrywam, ale w tym momencie powstrzymałem się od łez. Włączyłem prawy kierunkowskaz wciąż nie odrywając wzroku od lusterka. Po minięciu bramy wyjechałem na mokry od październikowego deszczu asfalt ruszając w długą drogę do domu. Wnętrze samochodu rozgrzewało się w nieskończoność przez co musiałem jechać w kurtce. Po kilkunastu kilometrach w samochodzie zrobiło się wystarczająco ciepło, bym mógł już się rozebrać. Nie zatrzymałem się na przystanku, który minąłem, ale jechałem dalej trzymając jedną ręką kierownice, a drugą starając się rozpiąć zamek kurtki. Na to wszystko zaczął dzwonić telefon.

— Nie. No może jeszcze niech opona pęknie to będzie już w ogóle wspaniale — powiedziałem sam do siebie.

— Tak? Słucham?

— Wyjechałeś już? — Zapytała mama.

— Tak. Zaraz powinienem być w połowie drogi. A coś się stało?

Przytrzymałem kierownicę kolanem, telefon ramieniem i w końcu rozpiąłem kurtkę. Teraz zostało mi tylko ją zdjąć i rzucić na siedzenie.

— Nic. Ale mógłbyś mi kupić dwa chleby i masło ze sklepu?

— Dobrze. Kupię w supermarkecie po drodze. Muszę już kończyć, prowadzę.

Rozłączyłem się i odłożyłem telefon na siedzenie pasażera. Gdy wróciłem do zdejmowania kurtki, kolano, którym trzymałem kierownicę omsknęło się i samochód gwałtownie skręcił w lewo zjeżdżając na przeciwległy pas ruchu, po którym na szczęście nie jechał żaden samochód. Drzewo zaś po drugiej stronie zatrzymało mój samochód, a ja wylądowałem na mokrej trawie jakieś sześć metrów dalej przelatując przez przednią szybę, łamiąc sobie rękę, trzy żebra, a wszystko to doprawione wstrząśnieniem mózgu. Ocknąłem się w szpitalnym łóżku, przy którym stał stary facet z burzą włosów, nie na głowie, bo był łysy, tylko na twarzy. Broda czarna jak węgiel sięgała mu do połowy klatki piersiowej i odbijała się na białym lekarskim fartuchu, jakby nie była brodą tylko czarną dziurą w jego klatce. Spróbowałem poprawić się na łóżku, lecz ból w prawej ręce i klatce piersiowej był na tyle mocny, że nie mogłem się ruszyć.


— Co się stało? — Zapytałem cichym głosem, gdyż nawet mowa sprawiała mi trudności.

— Cud — odpowiedział brodaty lekarz, którego imienia nie poznałem przez jego brodę, która zasłaniała identyfikator.

— Że co? — Zapytałem zdziwiony jego odpowiedzią.

— Przeżyłeś. To jest cud, który się wydarzył. Miałeś wypadek panie…

Lekarz spojrzał na kartę i dokończył.

— Panie Dawidzie.

— Szkoda, że nie zginąłem — wymamrotałem.

— A miał pan taki zamiar? — Zapytał lekarz poprawiając okulary i przyglądając się mi jeszcze uważniej.

Przerwał nam mój ojciec wbiegający do sali razem z matką.

— O mój Boże! — wykrzyknęła mama. — Jak się czujesz?

— Nie za fajnie mamo.

— Synu jak to się stało? Ktoś ci wyjechał? Jakiś świr? — Zapytał ojciec gotowy do wymierzenia sprawiedliwości.

— Nie tato. To moja wina. Opowiem Ci o tym później. Teraz chcę odpocząć. Fatalnie się czuję. Wybaczcie.

— Dobrze. Mama zostaje na noc u ciotki. Będzie cię codziennie odwiedzać. Ja muszę wracać do firmy. Ludzie sami nie umieją pracować.

Ojciec uścisnął mi dłoń i pocałował w czoło co uczyniła również mama wychodząc z sali. Lekarz zajął się w tym czasie innymi pacjentami, lecz gdy tylko spostrzegł, że moi rodzice wyszli, wrócił do mnie ten brodaty koleś, który już na sam widok odpychał od siebie ludzi. Jak dla mnie to robił jeszcze na boku dla policji wypytując o potrzebne szczegóły.

— Nie odpowiedział mi pan. Przeszkodzili nam pańscy rodzice, którzy zadziwiająco szybko opuścili salę.

Boże jak ja już go miałem dość. Budzi się człowiek po wypadku, a uparty brodacz zasypuje cię pytaniami. Nic nie odpowiedziałem. Odwróciłem głowę w drugą stronę zamykając oczy i zasypiając szybciej niż znikająca gwiazda spadająca na niebie.

Całowałem ją, trzymałem by nie uciekła tam gdzie nie mógłbym jej znaleźć. Puste szklanki po whisky z colą stały na szklanym stoliku obok. W powietrzu czułem zapach jej perfum, a smak jej ust przypominał mi smak wypitej whisky i cytryny. Czułem każdy jej dotyk, oddech i widziałem jak się uśmiecha gdy odsunęła ode mnie swoje usta. Słyszałem jak mówiła.

— Dawid. Co mam z tobą zrobić, gdy nie mogę się oprzeć by cię nie pocałować?

Wiedziałem, że mogę jej odpowiedzieć i chciałem, lecz obudził mnie krzyk jednego z pacjentów leżącego w mojej sali.

— Czyli to był sen. — Wyszeptałem sam do siebie.

Dwóch lekarzy i jedna pielęgniarka wbiegli do sali, by sprawdzić co się dzieje ze starszym panem, który darł się głośniej od mojej wkurzonej matki. Pielęgniarka odblokowała kółka w łóżku, na którym leżał starszy pan i razem z lekarzami wyjechali z nim opuszczając salę.

Z korytarza dochodził jeszcze krzyk, który milkł z każdą sekundą, aż w końcu nastała głęboka szpitalna cisza, którą przerywały pikania niektórych z maszyn podtrzymujących lub monitorujących życie pacjentów sali numer 9. Nie mogłem zasnąć. Zegarek na białej jak prześcieradło ścianie wskazywał 22:27. Zamknąłem oczy próbując wrócić do momentu ze snu, aby odpowiedzieć tej dziewczynie i zobaczyć co wydarzy się dalej. Nie znałem jej, nie wiedziałem czy to było moje wspomnienie, czy po prostu sen. Próbowałem sobie przypomnieć cokolwiek. Ale jedyne co pamiętam to moment wypadku i pobudkę w szpitalu.

Brodacz pojawił się o 8:30. Wszedł do sali uśmiechając się do mnie, jakby chciał mi powiedzieć, że wracam do domu. Ale nawet ta informacja nie poprawiłaby mojego samopoczucia i zdania na jego temat.

— Jak się czujesz Dawidzie? Dobrze spałeś?

— Nie spałem prawie wcale. Co się stało z tym starszym panem, którego zabrali wczoraj w nocy?

Brodacz zamilkł na moment wyjmując ręce z kieszeni białego fartucha.

— Niestety zmarł. Był w naszym szpitalu już od roku. To była tylko kwestia czasu.

— Kwestia czasu? — Zapytałem próbując poprawić się na łóżku, co nadal uniemożliwiał mi przeszywający moje ciało ból.

— Rak z przerzutami. Znałeś pana Macieja?

— Nie. Mogę zapytać ile miał lat?

— Siedemdziesiąt dziewięć. Skończył jakieś trzy tygodnie temu. Miał paru znajomych w tym szpitalu. Pamiętam, że przyszło kilku pacjentów do sali numer dziewięć na jego urodziny. Dobrze, że spędził je wśród znajomych i przyjaciół.


Przez chwilę pomyślałem, że brodacz ma jednak serce. I chyba polubiłem z nim rozmawiać. Odniosłem też wrażenie, że nie jest bezdusznym lekarzem, który jest tu tylko dla kasy, ale jest dla niego priorytetem zdrowie pacjentów.

— Nie wiem czemu, ale jest mi smutno z powodu pana Maćka. Nie znałem go, a jednak wieść o jego śmierci dziwnie mnie przytłoczyła.

— Był człowiekiem posiadającym krystalicznie czyste serce, którym dzielił się z innymi.

— Chyba mówi się złote — poprawiłem brodacza.

— Ja znam inne porównanie. Światło przechodzące przez kryształ rozdziela się na wiązki kolorowych promieni. Pan Maciej dzielił się tym radosnym i kolorowym światłem z innymi. Rozsiewając radość z życia i dobro wokół siebie. Mimo choroby, która powoli go zabijała.

— Zapamiętam sobie to porównanie. Jest zdecydowanie lepsze od złota.

Brodacz odpowiedział mi uśmiechem i odwrócił się chcąc odejść.

— Panie doktorze.

— Tak?

— Wczoraj zadał mi pan pytanie, na które nie odpowiedziałem.

— Nie musisz na nie odpowiadać jeśli nie chcesz — uspokoił mnie.

— Ale chcę.

Brodacz przysunął metalowe krzesło i usiadł na nim przy moim łóżku. Nabrałem powietrza i spróbowałem poprawić się na łóżku, które stało się dla mnie strasznie nie wygodne, gdy leżę w jednej pozycji.

— Zaczekaj. — Odezwał się Brodacz i chwycił pilot, którym ustawił oparcie łóżka nieco wyżej.

— I nikt mi o tym nie powiedział? Że istnieje coś takiego jak pilot do ustawiania łóżka? — Zaśmiałem się i podrapałem się po szyi.

— Niby jest dwudziesty pierwszy wiek, a jednak potrafi zaskoczyć nawet młodzież. — Odparł Brodacz odwzajemniając śmiech.

— Nie chciałem się zabić — zacząłem niepewnie. — Wracałem skądś, ale…

„Nie pamiętam skąd” — pomyślałem.

— Ale? — zapytał Brodacz.

— Nie pamiętam nic, co wydarzyło się przed wypadkiem.

— Nic? To znaczy, że nie pamiętasz dosłownie nic? Nie pamiętasz swoich rodziców, rodzeństwa i innych istotnych dla twojego życia szczegółów?

— Nie. Pamiętam wszystko. Ale jest pewna luka której nie umiem zapełnić… Dziewczyna przyśniła mi się tej nocy, w której zmarł pan Maciej. Nie pamiętam jej imienia i niczego co jest z nią związane.

— Może to od niej wracałeś? Wie ktoś o tym gdzie pojechałeś? — Zapytał brodacz wyraźnie zainteresowany tą zagadką.

— Nie wiem… nie pamiętam.

— Wstrząs mózgu jakiego doznałeś może nieść ze sobą utratę pamięci. Niektórzy zapominają o wiele więcej od ciebie. Myślę, że pamięć wróci. Jest to tylko kwestia czasu. Czasami trwa to dłużej, a czasami krócej. Bądź cierpliwy. Może sny pomogą ci ją odzyskać.

— Myśli doktor, że sny to wspomnienia realnych wydarzeń?

— Znałem kilku pacjentów, którzy odzyskiwali pamięć po każdej przespanej nocy, w której śniły im się wydarzenia, o których zapomnieli.

— Może i mi one pomogą?

— Miejmy nadzieję, że tak. Niestety muszę już iść. Inni pacjenci czekają. Do zobaczenia Dawidzie.

— Do zobaczenia panie…

— Cóż za brak kultury z mojej strony, że nie przedstawiłem się wcześniej.

— Identyfikator zasłania pańska broda. — Powiedziałem z uśmiechem.

— Tak. Chyba będę musiał zaczepić go nie pod brodą, ale na brodzie.

Lekarz roześmiał się i przedstawił poprawiając identyfikator tak, żeby był widoczny.

— Artur Broda. Wiem, że zabawne nazwisko, ale tak się złożyło.


Zaśmiałem się razem z Arturem. Który odstawił metalowe krzesło na miejsce.


— Dawid Niepamiętny. Taki żart. Tak naprawdę to Miły. Dawid Miły.

— Dobrze, że trzyma się ciebie humor. To bardzo pomaga w takim miejscu jak to. Masz bardzo fajne nazwisko. Trzymaj się go jak drogowskazu. Bycie miłym zawsze do nas wraca.

— Dziękuję za rozmowę doktorze. I za pomoc.

— Artur. Mów mi Artur. I nie ma za co.

*

Obudziłem się po uderzeniu mamy w policzek. Obejrzałem się wokół siebie spostrzegając, że nie jestem w szpitalnej sali, ale w swoim pokoju. Po prawej leżał przewrócony fotel, z którego musiałem spaść. Podniosłem się z trudem i ustawiłem fotel na swoim miejscu. Czułem się oszołomiony i odrętwiały.

— Co się stało? Gdzie jestem?

— Spadłeś z fotela i leżałeś tak parę godzin. Ocuciłam cię gdy wróciłam z zakupów. Jak to, gidzie? W swoim pokoju. — Odpowiedziała mama, której oddech powoli się uspokajał.

Sam już niczego nie rozumiałem. Czułem się jakby ktoś mieszał mi myśli ze snami. Moja świadomość przebywania w jakimś miejscu i czasie była niszczona za każdym razem, gdy zasypiałem lub traciłem przytomność. Nawet teraz nie byłem pewny czy jestem w swoim pokoju, czy jest to kolejną fikcją, snem, czy po prostu moim wyobrażeniem, albo nie wiem już sam jak to nazywać. Czas i przestrzeń zaczęły wykrzywiać się przed moimi oczami i w mojej głowie. Nie wiedziałem już co jest rzeczywistością…

Zasnąłem po 22:00 wcześniej jedząc kolację z rodzicami. Ciemność rozlała się przede mną jakby ktoś wyłączył film wyświetlany w kinie, a ekran zalał się ciemnością. Czekałem na nową projekcje, która miała się okazać rzeczywistością, snem, wspomnieniem?


— Pan Maciej? Przecież pan… — Powiedziałem przerażony tym co widzę.

— Co ja? — Zapytał z miną niezrozumienia.

— Nic, nic. Musiałem pana z kimś pomylić.


Jestem w niebie? Przecież Pan Maciej zmarł w szpitalu.


— Co u ciebie słychać Dawidzie? Jak zdrowie rodziców?

— Dobrze wszystko jest dobrze. Wybaczy mi pan, ale spieszę się do… do sklepu.

Zacząłem biec ile miałem sił w nogach. Mijałem ludzi, którzy szli po chodniku nie zwracając uwagi na otaczający ich świat wpatrując się tylko w swoje telefony. Omijałem ich jak plastikowe pachołki. Poczułem pot spływający mi po plecach i napięte mięśnie nóg, które powoli zaczęły odmawiać posłuszeństwa. Dobiegłem do piaszczystej plaży w Sopocie oddychając ciężko, chwytając powietrze głębokimi wdechami. Czyste morskie powietrze orzeźwiało mnie po każdym jego zaczerpnięciu. Wszystko było prawdziwe. Piasek, morze, słońce i latające mewy po niebie. Ludzie, którzy spacerowali po plaży też byli prawdziwi. Więc to może ja nie istniałem?

Zdjąłem buty i skarpetki stając na ciepłym piasku w którym zanurzyłem swoje nagie stopy czując jego szorstkość i zarazem delikatność. Zrobiłem pierwszy krok a po nim kolejne w stronę brzegu morza, którego fale oblewały brzeg.


„Co przyniesie kolejny przypływ?” — Pomyślałem wpatrując się w bezkresne morze, w którym widziałem swoje życie pełne tajemnic i niezbadanych miejsc, które każdego dnia przynosi mi w raz z każdym przypływem coś innego.


Szedłem wzdłuż brzegu, aż do zmroku. Zachodzące słońce ściągało na świat ciemną kurtynę, na której powoli zapalały się gwiazdy. Zostałem sam na coraz chłodniejszym piasku i wśród wiatru, który przybierał na sile z każda minutą. Sam pośród świata, w którym nie potrafiłem się odnaleźć. Zgubiłem gdzieś po drodze samego siebie i nie wiem jak mam się odnaleźć.

Rozdział 2
Gdzieś między światami

Doktor Herman High wszedł do sali nr 9 pewnym krokiem jakim chodzą chyba wszyscy ważni lekarze w szpitalu. Moi rodzice przywitali się z nim patrząc błagalnym wzrokiem prosząc o jakieś informację, które pomogą im w zrozumieniu mojego stanu zdrowia. Jak później się dowiedziałem od Artura, doktor High jest światowej sławy specjalistą od zaników pamięci i chorób z tym związanych. Po rozmowie z rodzicami podszedł do mojego łóżka i sięgnął po kartę zawieszoną na poręczy.

— Pan Dawid Miły — zaczął grubym głosem z amerykańskim akcentem jakby nie wyleczył sobie kaszlu. — Nazywam się Herman High. Czy boli pana głowa?

„Co to za pytanie? — pomyślałem. Cudem uniknąłem wypadku i wyszedłem ze wstrząsu mózgu, a on pyta czy boli mnie głowa.

Wpatrywał się w kartę czekając na moją odpowiedź.

— Nie. Przestała jakiś czas temu, nie umiem powiedzieć kiedy dokładnie.

— Y hmmm… — zaburczał.

— Może mi pan powiedzieć ile ma pan lat?

— A czy ta informacja nie znajduje się na karcie? — zapytałem wpatrując się w jego skupiony wyraz twarzy.

— Owszem. Ale czy pan wie ile ma pan lat?

Zapadła chwila ciszy podczas której uświadomiłem sobie, że nie wiem ile mam lat. Nie wiedziałem tylko dlaczego. Pamiętam przecież moich rodziców i niektóre z wydarzeń przed wyjazdem z domu. Więc skąd ta pustka? Brak pamięci się pogłębiał?

— Nie wiem. Nie… nie pamiętam.

Dr High nie podniósł wzroku znad karty jakby odpowiedź jaką usłyszał była tą, której oczekiwał. Przeglądał przez dłuższą chwilę kartę, po czym odwiesił ją na poręcz łóżka i spojrzał na mnie.

— Wie pan panie Dawidzie gdzie się pan znajduje? — zaczął.

— W szpitalu. sala nr 9. I zgaduje, że w moim rodzinnym mieście Warszawie.

— Tak. Zgadza się. Czy może pan powiedzieć jakie wydarzenie pamięta pan jako ostatnie?

Zastanowiłem się przez chwilę i poczułem mętlik w głowie próbując wrócić pamięcią dalej niż pięć minut temu.

— Chyba… kolacja w domu przy stole z rodzicami. Ale nie jestem tego pewien w stu procentach.

— Rozumiem. Czy miał pan problemy z pamięcią przed wypadkiem?

— Nie pamiętam — odpowiedziałem i poczułem w sobie tak głęboki lęk przed zapomnieniem wszystkiego ze swojego życia, że chciałem uciec już z tej sali i nie wrócić tu nigdy.

— To może być ciężki przypadek utraty pamięci po wypadku. Amnezja, choroba Picka lub otępienie czołowe. Po bardziej szczegółowych badaniach będziemy mogli stwierdzić co dokładnie panu dolega. Niech pan odpoczywa i wraca do pełni sił fizycznych.

Dr High wyszedł z sali, do której po kilku minutach weszli moi rodzice.

— I co ci powiedział? Wyjdziesz z tego? — Zapytała mama wyraźnie roztrzęsiona.

— Tak. Wszystko powinno wrócić do normy. To tylko kwestia czasu.

Wolałem skłamać, niż mówić prawdę, która mogłaby ich tylko zaboleć.

O 20:45 na trzecim kanale zaczął się film o młodym chłopaku, który w ułamek sekundy mógł skakać z jednego na drugi koniec świata. To coś nazywa się teleportacją, która oczywiście jest możliwa tylko w filmach. Ale dało mi to do myślenia. Może ja właśnie tak robię gdy pojawiam się w innym miejscu, gdy tylko zasnę lub stracę przytomność? Było tyle pytań, niejasności i lęku, a żadnych odpowiedzi mogących wyjaśnić to co mi dolega. Spróbowałem nawet zamknąć oczy i skupić się na jakimś miejscu, podobnie jak David z filmu, lecz po otwarciu oczu nie znalazłem się w swoim pokoju, nadal byłem przykuty do łóżka w szpitalnej sali nr 9.

*

Dziwne, ale ten dzień zaczął się normalnie. Nawet przez chwilę zapomniałem o tym, że jestem w szpitalu. Noc również minęła bez skoków w inne miejsca. Nie pamiętam, kiedy tak dobrze spałem jak dziś. Na serio, poczułem się zupełnie zdrowy na ciele i umyśle, tak jakby ktoś zabrał ode mnie ciężki plecak dzięki czemu mogłem iść już swobodniej bez ogromnego ciężaru. Wpatrywałem się w biały sufit szpitalnej sali, który wydał mi się być bielszym od śniegu. Zacząłem próbować wrócić pamięcią do tych momentów, które zniknęły z moich wspomnień niczym wyspa zasłonięta przez mgłę, lecz nie pamiętałem niczego. Pustka jaka wypełniała mój umysł była tak przerażająca, że zacząłem tracić rozum i sens wszystkiego co mnie otacza. Zgubiłem się gdzieś między światami. Nie zdajecie sobie sprawy jak czuje się człowiek pozbawiony pamięci. Zapominacie kluczyków do samochodu, telefonu czy daty urodzin najlepszego przyjaciela. Ale wiecie jak czuje się ktoś kto nie pamięta kim jest, ile ma lat, skąd pochodzi, i co robił przez ostatni tydzień, miesiąc albo nawet rok?

— Właśnie! — pomyślałem. — Jak długo jestem w tym szpitalu? Rany są co prawda świeże, ale skąd mam wiedzie czy to nie jest jedna z projekcji w mojej głowie? Jeden ze światów? Wiem tylko jedno… że nic nie wiem. Jedyne czego w życiu możesz być pewien to tego, że nie możesz być pewien niczego. Teraz, gdy utraciłem pamięć zrozumiałem to dogłębnie. Gdy funkcjonowałem jak każdy, wszystko co mnie otaczało było po prostu czymś normalnym, naturalnym, zwyczajnym. Teraz zaś, gdy to co kiedyś było, zniknęło, stało się dla mnie czymś wyjątkowym i niepowtarzalnym. Wszystkie wspomnienia, przeżyte chwile te dobre i złe, te które chce się pamiętać przez całe życie, i te o których chciałoby się zapomnieć, teraz zniknęły niczym statek za mgłą, który chociaż w niektórych miejscach podziurawiony, zardzewiały i skrzypiący to jednak zawierający w sobie tę iskrę piękna, którą każdy, a przynajmniej większość umie podziwiać i docenić. Każdy skrawek najdrobniejszego wspomnienia, które niczym kawałek puzzla, składa się na cały obraz mojego minionego życia, teraz wyparował, zniknął jak zdmuchnięty płomień świecy…

— Właśnie! Puzzle! — Pomyślałem — Idealne porównanie. Wyobraźcie sobie, że układacie bardzo, ale to bardzo małe puzzle i jesteście już prawie przy zakończeniu układania gdy nagle ktoś podbiega i niszczy waszą pracę, nad którą spędziliście wszystkie lata swojego życia i musicie zacząć od nowa. Jak byście się poczuli…? No właśnie, tak ja teraz się czuję. Jak bym zaczynał od nowa układać swoje życie.

Po obiedzie, który składał się zupy warzywnej i drugiego dania, którego niestety nie potrafię opisać, ale nie zjadłem z niego nawet kęsa, bo sam widok by was odstraszył przed zanurzeniem w tym czymś widelca, oczy zamknęły mi się tak nagle, że nie potrafiłem zatrzymać opadających powiek. Przez dłuższą chwilę trwałem w tym dziwnym stanie nagłego zamknięcia się oczu, które w pierwszym momencie mnie nie przeraziło lecz teraz, gdy zachowując pełną świadomość nie potrafiłem otworzyć oczu, pojawił się lęk. Przewracałem nerwowo oczami pod zamkniętymi powiekami, lewą ręką sięgnąłem do oczu próbując unieść powieki, lecz nie mogłem, czułem jakby ważyły tonę.

— Nie ma się pan czego obawiać — słyszę nagle głos doktora Hermana. — To kolejny z etapów naszych testów. Musi się pan odprężyć i spróbować zasnąć, my zaś będziemy wszystko monitorować.

„Testów? Monitorować?” — Pomyślałem wciąż przestraszony.

— Co tu się dzieje? Gdzie ja jestem?!

— Spokojnie Dawidzie. Nic ci nie będzie, jesteś bezpieczny. — Usłyszałem głos, którego nie potrafiłem już rozpoznać zapadając w głęboki sen.

— Dobrze, zasnął. Możemy przejść do zabiegu. Gdzie jest Dr Artur? — Odezwał się Dr Herman stojący przy łóżku Dawida.

— Powinien tu być lada chwila doktorze. — Odpowiedziała pielęgniarka podająca fartuch doktorowi.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 49.4