E-book
2.73
drukowana A5
15.18
Chłonę, jestem przestrzenią

Bezpłatny fragment - Chłonę, jestem przestrzenią

Undulatus Asperatus z cyklu: Podniebny Eter


5
Objętość:
57 str.
ISBN:
978-83-8221-569-4
E-book
za 2.73
drukowana A5
za 15.18

miło że wróciłaś

długo cię nie było

gdybym to czuła bardziej

niż wiedziała

pewnie bym tęskniła

ktoś jednak pisał wiersze

za ciebie

z nich płynął spokój

jak krystaliczna łza

z oczyszczonego wnętrza

wprost do tunelu

o wielu twarzach

do którego doleciałaś


zostawiając puszysty balast

na progu

tego samego świata

o innej gęstości

gdzie lekkie skrzydło narodzin

i ciężkie prawe śmierci

unieść cię chciały

w przeciwnych kierunkach


zatrzymana na siatce

pod własnym napięciem

gubiłaś ciągle pióra

w oceanie wyschniętego atramentu


stąd wyglądały jeszcze piękniej

niczym oprószone śniegiem

gołębie

rozcieńczające ciemne niebo

nad wszystkim z czego

wszechświat cię namalował

czekając na autumn leaves

zakwitła zgodnie z naturą

przytulona odgłosami

rozwijającej skrzydła

wiosny

uwiła gniazdo

zbyt blisko gwiazd

by nas pomieścić


była silna jak orzeł

czujna jak sowa

taka o jakich tylko wcześniej

w książkach czytałam


gdy chmury z oczu przetarłam

byłam przez chwilę nią

ornamentalną wiśnią

tai haku od zawsze

wypatrującą

ciebie

przez okno z dala od domu


rzucającą białe jak

śnieg płatki


pod rozpędzony

wiatr niepewności

który gral na saksofonie

znany fragment


wspomnieniem

będziesz nazwana

częstotliwość w której

żyjesz nie uniosła kolejnej

duszy

zacieki miejskie

zachody słońca

nic nie zmienią kiedy

wciska się między nimi

wydeptana uliczna zebra


niegasnących

czerwonych świateł


niezarejestrowane poranki

zostawiają wiadomości

na zimnej rosie wtulonej

w skromny posag


nasiąknięty jak gąbka

osusza się na wietrze

w rękach natury


 jedynej matki

uzależnienie nie do wyleczenia

zanim

lekki podmuch liczby froude’a zrzucił

cię z wysokiego c najwyższego komfortu

na samo dno zagadki życia pośród

zranionych od tępych uderzeń łabędzi

ze sklejonymi bezradnością skrzydłami

trzymającymi smutne głowy w zaroślach

wspomnień byłeś kropką nad i w definicji

o marzeniach


wyniesionych poza legowisko

żmij powoli wsuwających się w gniazdo

okoliczności łagodzących w relacjach pomiędzy

kochankami za cenę kompromisu zawieszenia snu

przed zamknięciem oczu po ciężkim dniu

na nie twojej grani z cementu


byłeś i pozostaniesz


okrętem pośród skłębionych fal

podświadomie szukającym burzy z dala

od srebrzystych pajęczyn z migoczącą latarnią

śniegiem gaszącym pragnienie

skałą lecącą między milczącymi głowami


z najpiękniejszym uśmiechem odbitym

na miękkiej poduszce zbierającej twój zapach i smak

do kolejnej wyprawy


zostawiając ślady szaleństwa nad ranem

zabierałeś część drugą opowieści o postaci

w oknie dialogowym z księżycem wspólnym

negocjatorem niedomkniętych drzwi


niedopitą kawą

z wiarą w cuda

stary rozkład jazdy

noc minęła

bez wyjścia ewakuacyjnego

przez wiatr przepędzona

po długim czuwaniu nad miastem dogorywa

z butelką przy łóżku łzawi deszcz


wychudzone żebra zawisły nad centrum

filtry zawodzą brunatnym ściekiem

spływają do kanałów podziemnych armii

wyrażających odmienny pogląd na następne

dwadzieścia cztery godziny


boli odwrócony krwiobieg ulic

niegdyś beztroskie lata dzieciństwa

potem pokoiki hotelowych usług

cisza i spokój zostawiły na nich swój podpis

by nad ranem w cudownych okolicznościach

wyjąć publiczną przestrzeń spod boskich paragrafów


wykradziony będzie dzień następny

z dala od głodnych zombie

wciągających przez otwarte drzwi opary z historii

znanych tylko z sitcomu

chłonących sproszkowane życie

pozwalających miastu zająć się sobotnim

rozkładem jazdy


jej okres jak najbardziej zimowy

w tym gorącym zakątku pół

świata

dopuszczone do głosu

w ciszy między wierszami

ukryłam nasze myśli

pod wierzbą płacząca ze śmiechu

nad samotnością skłóconą

z sumieniem zajętym

szorstkim głosem

rozumu i woli


pośród upartej natury

maluję nas na niebie

w splocie krystalicznym

rozgrzanymi opuszkami

wyciągamy miękkie ciernie


uwolnione ciała

wypełniają jaskrawe barwy

blednie łąka

wierzba nie moczy listowia

strumień milknie


jestem gliną w nie swoich rękach

z sercem płynącym pod prąd

owoc zbuntowanych aniołów

w połowie drogi pomiędzy

rozlaną na talerzu czerwienią

malinowego poranka

a cytrynową lemoniadą

gaszącą pragnienie

kwitniemy i owocujemy

jednocześnie

spragnieni siebie

jak gwiazdy papirusu

kołyszące biodrami

na czystej kartce

patrząc


w nieprzytomne oczy

pomarańczowego słońca

rozpalonego jak

pełna pasji papaja

stajemy się jej

soczystymi połówkami

przytulonymi by chronić

to co mamy najcenniejsze

czarne perły

oszlifowane słowem

jak diamenty morskie

patrzące na świat


przez wszystkie odcienie

bezsennych głębin

gasnące świeczki

to gorzkie spojrzenie

miało kiedyś smak

słodkich bakalii

kołysało krople szczęścia

z egzotycznych podroży

pomiędzy światami


nocą wysadzaną świeczkami

a zdjęciami z księżycem w tle

na błękitnym projektorze

płynącym z chmurami

za wzrokiem


rozjaśniającym przyszłość

jak święte łzy apacza

wyciągające na światło dzienne

to co trwać mogło wiecznie

gdyby nie


teraźniejszość

martwa sucha i łatwopalna

i to spojrzenie które

jest teraz tylko brązowe

jak skorupy

pozostałe po wyłuskaniu

wnętrza świętego owocu

a noc wygrzebana żywcem

z pamięci jest na długość


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 2.73
drukowana A5
za 15.18