Rozdział 1
Wzięłam pierwszą lepszą szczotkę z wiklinowego koszyczka, który leżał na jednej z drewnianych półek. Przeczesałam swoje suche, zniszczone i złamane włosy, które farbuję co miesiąc na kolor blond. Zawsze kupuję przecenioną emulsję w jednej z moich ulubionych galerii. Mimo że powinnam była coś z nimi zrobić, jakoś mi się do tego nie spieszyło. Na przykład mogłam wybrać się na keratynową terapię, jakże modną w tym sezonie jesienno-zimowym. Albo skorzystać chociażby z porad fryzjerki, która zaleciłaby mi odpowiednie kosmetyki. Ewentualnie sama mogłabym poczytać coś na ich temat w Internecie. Nieważne. Po prostu zwyczajnie nie miałam na to czasu. Chociaż śliczne, lśniące, gładkie i połyskujące włosy są z pewnością atrybutem każdej kobiety, obojętnie w jakim jest wieku.
Psiknęłam olejek na włosy, rozprowadzając go delikatnie szczotką po całej ich długości. Niestety moje włosy w dotyku przypominały istne siano. Kosmetyk z dodatkiem olejku rycynowego połączonego z czterema innymi substancjami tego typu — olejku ze słodkich migdałów, kokosowego, arganowego i jojoba — mimo że działały przez krótki okres czasu, to przynajmniej chwilowo moja fryzura wyglądała zwyczajnie dobrze. Patrzyłam prosto w ogromne, łazienkowe lustro. Moja czupryna pod wpływem cudotwórczego kosmetyku robiła się pomału zdrowsza, ładniejsza, bardziej połyskliwa.
Zerknęłam na zegarek. Dochodziła godzina dziewiąta rano. Miałam jednak wakacje, między klasą drugą a trzecią liceum. Mogłam więc przez te dwa miesiące słodko leniuchować i robić, co tylko mi się żywnie podobało. Był początek lipca, a słońce od dwóch tygodni bardzo mocno grzało, powodując gdzieniegdzie lokalną suszę. Jednak ja cieszyłam się z takiej pogody. Uwielbiałam, kiedy na zewnątrz było upalnie; wręcz kochałam taką pogodę. W ogóle zaczęłam cieszyć się jeszcze w czerwcu z nadchodzących wakacji. Moi rodzice przebywali obecnie za granicą. Tata pracował we Francji od wielu, wielu lat, praktycznie odkąd pamiętam. Rzadko przyjeżdżał do nas, do Polski, jedynie na święta i czasami w wakacje. W wielkanocne, na wiosnę, na dwa tygodnie, na wakacjach na tydzień i na grudniowe święta Bożego Narodzenia na cały miesiąc. Był inżynierem i nadzorował plany budowy różnych obiektów. Moja mama nie wytrzymywała takiej rozłąki i zawsze w porze wakacji wyjeżdżała do mojego taty. Przy okazji zwiedzała urokliwy Paryż i okoliczne miejscowości. Tam było naprawdę przepięknie. Byłam tam kilka, może nawet kilkanaście razy, co roku w wakacje. Jednak w tym roku nie pojechałam. Dlaczego? Postanowiłam, że te wakacje po raz pierwszy spędzę w swoim własnym domu. Jakoś nie chciało mi się wsiadać w samolot i lecieć przez kilka godzin do stolicy tego kraju. Wolałam zostać w domu, mimo tego, że mogłam się cholernie nudzić i nie znaleźć dla siebie zajęcia. Poza tym w przyszłym roku zdaje maturę. Jako prymuska i wzorowa uczennica VIII Liceum w Tarnobrzegach chciałam poczytać kilka lektur, które będą obowiązywać na maturze.
Wyszłam z dosyć luksusowej łazienki. Moi rodzice byli bogaci i mogli sobie pozwolić na to, aby wystrój pomieszczeń odzwierciedlał ich status. Mój tata, Przemysław Kownacki, zarabiał jakieś kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie. Moja mama z kolei pracowała jako kosmetyczka w jednym z bardziej renomowanych gabinetów medycyny estetycznej. Ukończyła kosmetologię i uwielbiała swoją pracę. Zawsze miała mnóstwo klientek oraz klientów. Panowie, którzy się do niej zgłaszają, zwykle zmagają się albo z widoczną siwizną, albo z nadmiernym wypadaniem włosów. Chcą w końcu dobrze zakamuflować swoje wszystkie mankamenty. Moja mama — Beata — skończyła studia nie tak dawno temu. Do tej pory była bibliotekarką. Kosmetyka jednak od zawsze była jej wielką i ogromną pasją. Świeżo po studiach, mając smykałkę do interesów, postanowiła otworzyć własny salon kosmetyczny i gabinet medycyny estetycznej w jednym. Ludzie nie tylko przychodzili tam na manicure, ale też pozbyć się większych mankamentów. Dobrym przykładem były tu starsze panie. Gabinet „Kownacka — Centrum Kosmetyki” znajdował się w niedaleko naszej wsi, w większym miasteczku. Mama zatrudniała w niej kilka innych kosmetyczek, także jak ona, wykształconych. Młodych i może bez większego doświadczenia, ale za to bardzo zdolnych. Ja sama kilka lat temu nie miałam pojęcia, czym jest mezoterapia albo mikrodermabrazja. Laser frakcyjny albo karboksyterapia. Te wszystkie pojęcia znam dzisiaj na pamięć. Moja mama czasami opowiadała o swojej pracy, o klientkach oraz o tym, jakie przeszły metamorfozy.. To bardzo wciągające i interesujące historie.
Po długim ogarnianiu się w łazience, a dokładniej umyciu twarzy płynem do twarzy, nałożyłam na twarz maseczkę z algami, która idealnie nawilżyła oraz odświeżyła moją cerę. Po drodze, znając moje szczęście albo też nieszczęście, zadzwonił do drzwi listonosz. Musiałam wyjść w takiej zielonkawej maseczce i podpisać list polecony do mojej mamy, którego nawet nie zamierzałam otwierać. Zamierzałam jej o nim wspomnieć podczas naszej następnej rozmowy. Jak będzie chciała, to go otworzę. Kiedy po piętnastu minutach zmyłam z siebie dobroczynną maseczkę z całej twarzy oraz okolic dekoltu, śmiałam się do siebie i przypominałam sobie minę naszego pana listonosza, Wiesia, który na mój widok zląkł się tak, jakby co najmniej zobaczył UFO. Po dokładnym oczyszczeniu twarzy oraz ogarnięciu niesfornych kudłów, na których znajdowały się widoczne ciemne, wręcz czarne odrosty, wklepałam tylko w moją supersuchą cerę krem nawilżający, nałożyłam delikatny makijaż, wykorzystując to co miałam akurat pod ręką w wielkiej kosmetyczce.
Po wyjściu z łazienki i zgaszeniu światła (zawsze było w niej ciemno, bo nie posiadała okien), przebrałam się z jasnoróżowej, bawełnianej piżamy w żółtą albo piaskową — jak kto woli — króciutką sukienkę, ledwo zakrywającą uda. Pomalowałam jeszcze usta na czerwono i byłam gotowa, żeby nagrywać kolejny filmik. Byłam vlogerką z prawdziwego zdarzenia, zajmowałam się tym już od kilku ładnych lat. Miałam swój kanał na YouTube, na który wrzucałam filmiki o mnie i moim trybie życia. O tym, co jadłam, dokąd się wybierałam, z kim się spotykałam, o czym myślałam, jak również o tym, co udało mi się ostatnio kupić. Co kilka tygodni, parę razy w miesiącu, odpowiadałam na pytania, które zadawali mi moi widzowie, którzy zasubskrybowali mój kanał i śledzili moje poczynania w Internecie. Miałam też założony profil na Instagramie, który obserwowało ponad tysiąc użytkowników. Do tego byłam także blogerką i wrzucałam na swojego bloga różne wpisy odnośnie zdrowego stylu życia. Mimo że nie posiadałam zbyt dużych kwalifikacji oraz odpowiedniej wiedzy, bo w końcu skończyłam jak na razie tylko drugą klasę liceum, to i tak bardzo się tym interesowałam i pasjonowałam. Moją misją było promowanie siebie, zdrowego stylu życia i zachęcanie innych, wszystkich moich widzów, obojętnie, w jakim byli wieku, do zrobienia czegoś konkretnego ze swoim życiem, i propagowałam ją na wszystkich dostępnych mediach społecznościowych.
Wzięłam głęboki oddech i chwyciłam za swój aparat cyfrowy. Ustawiłam urządzenie na górnej szafce kuchennej, natomiast obiektyw w odpowiedniej odległości. Sprawdziłam jednocześnie, czy dobrze mnie widać, włączyłam drogi sprzęt — moją najdroższą do tej pory inwestycję, która kosztowała mnie nieco ponad dwa tysiące złotych — i zaczęłam nagrywać. Oprócz tego, że nagrywałam, każdy taki filmik przerabiałam w specjalnie zaprojektowanym do tego programie, tak, by wszystkim moim widzom przyjemnie się go oglądało i by był w miarę spójny. Wycinałam błędy, łączyłam ze sobą kadry, dodawałam muzykę w tle, a czasem także jakieś dodatkowe efekty. Tym razem postanowiłam, że zaproszę swoich widzów do obejrzenia tego, co pichcę na śniadanie, obiad oraz kolację. Filmik ten nagrywałam na prośbę mojej obserwatorki, niejakiej KasiSK3, która dodała kilka dni temu komentarz, w którym napisała, że bardzo chciałaby poznać moją codzienną, wakacyjną dietę.
— Witajcie kochani — zaczęłam — w dzisiejszym filmiku pokażę wam, co jem na śniadanie, obiad i kolację. Filmik nagrywam na prośbę mojej fanki, KasiSK3. Z tego miejsca pozdrawiam cię, Kasiu, serdecznie. Wpadłaś na genialny plan z tym moim jadłospisem. Dodam, że są to bardzo zdrowe posiłki, które każdy bez problemu przygotuje w kilka minut. Natomiast wszystkie produkty, które wykorzystuję, kupiłam w jednym supermarkecie. Nie będą więc to jakieś wyszukane potrawy. Są to bardzo łatwe przepisy, a przygotowanie każdego zajmuje nie więcej niż piętnaście minut. No dobrze, bez zbędnego, większego przedłużania — zaczynajmy!
Upewniłam się, że moja kamera nagrywa. W trakcie wykonywania pierwszego posiłku zgromadziłam na jednym stole, znajdującym się w przestronnej kuchni, wszystkie składniki, jakie będą mi potrzebne do wykonania pysznego, smacznego śniadania. W głowie zaświtał mi plan, by cały moment, w którym to robię, później, już na komputerze, nieco przyspieszyć. Po tym, jak mleko roślinne, płatki owsiane, daktyle w małej paczce, kiwi i dwa banany oraz orzechy włoskie znalazły się na stole, zabrałam się do robienia z tego wszystkiego pysznej, energetycznej owsianki, która stanowiła istną bombę witaminową. Pomyślałam, że nie będę mówić podczas nagrywania moich czynności, ale w zamian w tle wrzucę jakąś chwytliwą muzykę. Najpierw sięgnęłam po szklankę o pojemności 250 mililitrów, a potem odmierzyłam odpowiednią ilość mleka kokosowego i wlałam je do przeźroczystego naczynia. Przelałam w miarę szybko mleko do białego garnuszka, wsypałam do niego około pięć kopiatych łyżek błyskawicznych płatków owsianych i włączyłam kuchenkę indukcyjną.
Podczas gdy mleko pomału się gotowało, od czasu do czasu mieszałam moje płatki owsiane, sprawdzając, czy się czasem nie przypalają, a płyn nie kipi. W miarę sprawnie i szybko (w osobnej misce, która była czerwona oraz w białe, drobne serduszka, a na dodatek z wygrawerowanym, słodkim napisem „kocham cię Pola”) połączyłam łyżką owoce, które chwilę temu obrałam ze skórki i skroiłam. Do tego na drewnianej desce przekroiłam na pół daktyle, z kolei orzechy włoskie posiekałam na drobno. Kiedy owsianka się ugotowała, przelałam ją, ubierając wcześniej ciemnozielone, grube rękawice kuchenne, do naczynia, które dostałam od mojego byłego chłopaka, jeszcze z czasów szkoły podstawowej. Wracałam z wielkim sentymentem do tamtego okresu, gdy byliśmy oboje w sobie zakochani. Był ode mnie dwa lata starszy i wybrał się na prestiżowy uniwersytet na studia, który mieścił się za granicą, a dokładniej w Wielkiej Brytanii, gdzie chłopak miał swoją rodzinę. Musieliśmy się rozstać. On nie miał dla mnie czasu. Poza tym irytowało go to, że nagrywam filmiki. Długie rozmowy przez Skype i inne programy do komunikacji nie wystarczyły. Brakowało nam swojej obecności, pocałunków, śmiechów i rozmów przeprowadzanych w żywe oczy. Dlatego każde z nas poszło w swoją stronę. Jednak ja nadal często robiłam sobie śniadania w swojej misce, którą łatwo stłuc, więc obchodziłam się z nią bardzo delikatnie i ostrożnie.
Pomieszałam łyżką cały gorący posiłek, z którego wychodziła jeszcze para, i odczekałam chwilę, aż moje śniadanko wystygnie. Pomyślałam, że będzie idealnie wyglądało — oczywiście w kamerze — jak zjem je na swoim balkonie, na którym znajdowała się wiklinowa huśtawka dla jednej osoby. Ustawiłam kamerę na parapecie okna, pozwalając, by nagrała mnie w idealnym momencie, czyli wtedy, gdy objadałam się owsianką. Kiedy skończyłam ją jeść, po jakichś dziesięciu minutach, wyłączyłam kamerę. Pomyślałam zadowolona, że wszystko, całe śniadaniowe przygotowania, wspaniale się nagrały. Ze względu na to, że miałam spotkać się o dwunastej ze swoją przyjaciółką, postanowiłam już teraz zmontować to, co udało mi się do tej pory nagrać. Jeśli z koleżanką spotkanie trochę się przedłuży, nie będę miała na to czasu. Nie chciałam do tego dopuścić, bo obiecałam już swoim widzom w ostatnim filmiku, że jeszcze dzisiaj wieczorem ukażą się wszystkie filmiki, w których główną rolę odgrywają moje dzisiejsze posiłki.
Usiadłam przed komputerem, na który zgrałam filmik, podłączając aparat kablem USB, i zaczęłam go odpowiednio skracać, dodawać w tle muzykę, przyspieszać oraz zwalniać sceny, czyli jednym słowem pracowałam nad tym, by później opublikować go na swoim kanale.
— Pola? — Odebrałam telefon od Nadii, która nagle zadzwoniła do mnie, trochę mnie tym zaskakując.
Spojrzałam mimochodem na zegarek w swojej sypialni, w której siedziałam przy otwartym laptopie. Dochodziła godzina dziewiąta. Po moim śniadanku miałam mnóstwo energii, by dalej działać. W jednej chwili pomyślałam, że może moja najlepsza przyjaciółka chce przełożyć dzisiejsze spotkanie.
— Tak, słucham? Nie mów, że chcesz przełożyć spotkanie?
— Absolutnie nie. W zasadzie, to mogłybyśmy się spotkać godzinę wcześniej, czyli o jedenastej. Co ty na to? Miałybyśmy więcej czasu dla siebie. — Na szczęście, myliłam się.
— Jasne, ja… trochę mnie tym zaskoczyłaś, ale postaram się przyjechać o jedenastej. Miejsce się nie zmienia? Studnia przy restauracji Eliksir Młodości?
— Tak, kochanie.
— W takim razie do zobaczenia.
— Dokładnie tak, skarbie.
Mieszkałam na wsi, ale można również powiedzieć, że przedmieściach Tarnobrzegów. Z kolei Tarnobrzegi stanowiły średniej wielkości miasteczko, z kilkunastoma blokami i ośrodkami kultury, kościołami, jak również z kilkoma zabytkami. Znajdowały się tam też siłownia, basen, szkoły, sklepy, centra handlowe, galerie oraz parkami. Miasto ulokowane w środkowo-południowej części Polski, zamieszkiwało kilkanaście tysięcy ludzi. Aby do niego dotrzeć autem, zajmowało mi to jakieś dziesięć, piętnaście minut drogi, jeśli wziąć pod uwagę korki. Natomiast autobusów do Tarnobrzegów kursowało mnóstwo. Jeździły co dziesięć minut, więc kiedy nie zdążyłam na jeden — zawsze mogłam zaczekać na kolejny. Przeważnie mało kiedy się spóźniałam na spotkania czy do szkoły.
Spojrzałam jeszcze raz na zegar, minęło już dziesięć minut. Obliczyłam sobie, że aby zdążyć na przystanek, muszę wyjść z domu około dziesiątej trzydzieści. Autobus MPK zatrzymywał się na przystanku tuż koło mojego domu, dokładnie pięć minut później. Jednak czasem zdarzało mu się przyjechać nieco wcześniej, dlatego też zawsze wyczekiwałam na niego te parę minut.
Kiedy skończyłam przerabiać swój poranny film, nagle na komputerze, wyświetliła się reklama obozu dla cheerleaderek. Tak, to takie superseksowne dziewczynki, ubrane zwykle w kuse kostiumy, machające pomponami na wszystkie strony. Sama byłam w swoim liceum cheerleaderką. I może niejednemu mogłoby się wydawać, że takie wygibasy do muzyki techno jest bardzo proste i łatwe, jednak wyskoki, szpagaty i piruety wymagały nie lada kondycji, nie mówiąc już o tym, że należało być nieźle rozciągniętym, by to wszystko wyglądało naprawdę dobrze.
Kliknęłam w reklamę, zaciekawiona i zainteresowana. Otworzyła się od razu i pojawiła się strona obozu dla cheerleaderek. Miałam jeszcze trochę czasu, około godzinki, by zapoznać się z całą ofertą wycieczki. Jak się dowiedziałam, obóz odbywał się nad morzem, pod Gdańskiem, w maleńkiej wsi, dosłownie dziesięć minut drogi pieszo do plaży i Bałtyckiego Morza. W jednej chwili pomyślałam, że to coś dla mnie. Kochałam wodę, mimo że nie umiałam pływać, uwielbiałam się kąpać, szczególnie w upały. Miałam kupionych kilka kostiumów kąpielowych, w które idealnie wchodziłam. Byłam szczupła, ale zapracowałam sobie na to. Częste treningi w trakcie roku szkolnego, sprawiły, że miałam naprawdę wyćwiczone ciało. Mimo tego, że pani instruktorka zrobiła nam na wakacjach przerwę od ćwiczeń, to ja sama o siebie dbałam, szczególnie latem, by ładnie prezentować się w krótkich szortach, sukienkach czy spódnicy mini. Ćwiczyłam, biegałam i chodziłam na siłownię. Jak przeczytałam, na stronie internetowej, obóz niestety nie był darmowy. Kosztował dwa tysiące złotych. Termin zapisów upływał za dwa tygodnie. Obóz planowano w okresie 1—14 sierpnia. Pomyślałam sobie, że mama na pewno mi nie da ot tak, z dnia na dzień, pieniędzy, że muszę sama sobie na obóz zarobić. Moja mama nigdy nie pochwalała moich tańców. Byłam wręcz bardziej niż pewna, że nie da mi pieniędzy. Tylko jak? Bardzo chciałam gdzieś pojechać i coś przeżyć. Musiałam więc pójść na te dwa tygodnie do jakiejś pracy. Ale kto, do jasnej cholery, zatrudni siedemnastolatkę? W pewnym momencie pomyślałam sobie Nadii, która kiedyś wspomniała, że jej tata szukał rąk do pracy. Prowadził olbrzymi sad, w którym trzeba zrywać jabłka, truskawki, gruszki i czereśnie. Był producentem zdrowych soków bez konserwantów. Kiedy Nadka mówiła o tym, uznałam, że to nie dla mnie. Zresztą, chciałam mieć prawdziwe wakacje i cieszyć się młodością. Wychodziłam z założenia, że jeszcze się w życiu napracuję. To wspaniałe, że miałam się z nią dzisiaj spotkać. Na pewno ta oferta pracy była jeszcze aktualna. A ja byłam bardzo chętna, tylko, czy zarobię w ciągu tych dwóch tygodni te cholerne dwa tysiące? Jeśli będę pracować po dwanaście godzin dziennie i będę sumiennym pracownikiem, przede wszystkim szybkim, może da się liczyć na to, że zarobię nieco więcej pieniędzy…
Czytałam ogłoszenie dalej. Trzeba było nagrać filmik z przedstawieniem się oraz zaprezentowaniem swoich umiejętności tanecznych. Jednym słowem — należało coś zatańczyć. Pomyślałam, że to bardzo proste zadanie i złapałam bakcyla. Na co dzień kręciłam o sobie filmiki, więc powiedzenie kilku słów na własny temat zdawało się wręcz dziecinnie proste, podobnie jak zaprezentowanie układu tanecznego, który miał trwać około minutę. Do tego należało spisać swoją historię, szczególnie o rozpoczęciu przygody z tańcem. To także było dla mnie proste jak bułka z masłem. Miałam dobre oceny z polskiego. W ogóle byłam bardzo dobra w szkole. Napisanie więc czegoś takiego budziło we mnie ogromny entuzjazm.
No dobrze, odetchnęłam trochę. Miałam dwa tygodnie na zgłoszenie się na ten obóz, na który bardzo mnie ciągnęło, po trafieniu na jego reklamę. Dziękowałam za to Bogu. Nie wierzyłam w przypadki, więc jeśli znalazłam coś takiego, musiała być to sprawka Wszechmogącego. Miałam zamiar pojechać tam i koniec. I nie zamierzałam nic powiedzieć rodzicom. Podrobienie ich podpisów wydawało się dobrym pomysłem. Wątpiłam, by ktokolwiek się dowiedział, że oszukiwałam.
Pozostałam w tej piaskowej, bawełnianej sukience. Zrobiłam tylko bardziej wyrazistszy makijaż i ułożyłam swoje blond włosy. Nawet nie wiem, jak zleciała ostatnia godzina.
Prawie wybiegłam z domu w tym samym czasie, w którym niemal nadjeżdżał autobus. Wsiadłam i zajęłam wolne miejsce — było ich bardzo mało. I już po chwili jechałam. Na drodze o tej porze, bo były wakacje i było przed południem nie było kompletnie korków, w porównaniu do porannej pory, gdzie zawsze trzeba stać w nich jakieś piętnaście minut, szczególnie kiedy jest szkoła.
Kiedy wysiadłam w centrum miasteczka, zmierzałam już po chwili w kierunku parku. Obok niego znajdowała się restauracja pod ciekawą i oryginalną nazwą „Eliksir Młodości”. Wtem zaczepił mnie w pewnym momencie pewien żebrak. Dałam mu całą piątkę i dzięki temu dał mi spokój. Na widok monety bardzo się ucieszył. Może był głodny. Miałam nadzieję, że w końcu kupi sobie za zebrane pieniądze ciepły posiłek.
— Nadka?
— Pola? — Obie znalazłyśmy się w olbrzymim parku. Nadka siedziała na jednej z drewnianych ławek. Kiedy zawołałam do niej, ona odwróciła się o sto osiemdziesiąt i rozpoznając mnie i mój miękki głos, wstała i mnie objęła.
— To gdzie idziemy? — spytałam.
— „Eliksir Młodości”? — Obie porozumiewawczo się do siebie uśmiechnęłyśmy.
— No to „Eliksir Młodości”. Nie chce mi się zbyt daleko chodzić. Mam okres i boli mnie brzuch.
— Jasne, rozumiem. — Nagle ja również pomyślałam o swojej miesiączce i o tym, że na obozie, całe szczęście, będzie już po nim. Okres zwykle zaczynał się u mnie pod koniec miesiąca. To był fart, że nie na jego początku, kiedy to startował obóz.
— Muszę ci coś powiedzieć — zaczęłam nieco tajemniczo. Poczułam, że Nadia zauważyła moje podekscytowanie i sama była ciekawa o co chodzi. Siedziałyśmy już w restauracji i zamówiłyśmy po kubeczku lodów pod nazwą „borówkowy sorbet”, robionego na bazie owoców. Bardzo uważałyśmy, aby nie przytyć.
— No dobrze, zamieniam się w słuch, w takim razie. — Nadka poprawiła swoje okulary, bez których ledwo widziała. Oparła głowę o ręce i czekała na to, co za chwilę jej powiem.
— Nie uwierzysz. Znalazłam ofertę w Internecie, i to całkowicie przez przypadek, z obozem dla cheerleaderek, który startuje pierwszego sierpnia! To dwutygodniowy turnus, obóz będzie niedaleko morza.
— Ykhm… — Nadka zakrztusiła się nagle lodami, które w międzyczasie kelner przyniósł nam na srebrnej, metalowej tacy i życzył nam smacznego. — Obóz cheerleaderek? Wiem, że uwielbiasz tańczyć, ale… jedziesz tam sama? O ile dobrze zrozumiałam, z tego co mi powiedziałaś?
— Tak, sama. Co z tego? Chcę coś przeżyć, mieć niezapomniane, wspaniałe wakacje. Nie uśmiecha mi się spędzić ich w całości w domu.
— A co na to twoi rodzice? Przecież nie pochwalają twoich tańców. I musisz ukrywać się z treningami i okłamywać ich, że spotykasz się ze mną, w czasie, gdy tak naprawdę tańczysz. To znaczy tańczycie, razem z zespołem.
— Mojej mamy nie ma, jest teraz u taty, we Francji. Pojechała tam na dwa miesiące. Wróci więc pod koniec sierpnia. O niczym się kompletnie nie dowie.
— Na pewno chcesz ją oszukiwać? Czy to rozsądne? Poza tym, jak zdobędziesz zgodę? Jesteś nieletnia, na pewno…
— Zgodę podrobię, to znaczy podrobię podpis, ale jest jeden mały problem, a raczej kłopot, który stoi na mojej drodze…
— Jaki? — Nadka patrzyła się na mnie jak na wariatkę. Jak na kogoś, kto totalnie oszalał.
— Nie mam na to kompletnie pieniędzy.
— Ja ci nie pożyczę, jeśli chodzi ci o mnie.
— Wiem, ale… ale pamiętam, jak kilka tygodni temu mówiłaś, że szukasz kogoś chętnego do pracy w sadzie twojego ojca? Czy ta oferta jest nadal aktualna?
— Tak, aktualna, ale… ile potrzebujesz pieniędzy?
— Mogę pracować nawet po dwanaście godzin dziennie. Potrzebuję dwa tysiące.
— Hm… zapytam go, czy jeszcze kogoś szuka. — Nadka wyciągnęła z kieszeni telefon komórkowy. Wystukała na klawiaturze numer do swojego ojca. Przy mnie konsultowali to, czy mogę przyjść i się zatrudnić. Tymczasem jak kończyłam jeść pyszne i orzeźwiające lody, które były delikatnie kwaśne. Na zewnątrz było upalnie, zresztą — w ogóle było upalnie, nawet w środku, wewnątrz „Eliksiru Młodości”. Kiedy przyjaciółka skończyła rozmowę, zwróciła się do mnie:
— Jesteś zatrudniona.
— Naprawdę?
— Tak, w końcu od czego ma się przyjaciół?
— Dziękuję. Nawet nie wiesz jak bardzo zależy mi na tym, by pojechać na ten obóz!
— Nie ma sprawy. Zarobisz w ciągu tych dwóch tygodni te dwa tysiące. Tylko będziesz musiała faktycznie pracować dwanaście godzin dziennie.
— Nie wiem, jak mogę ci się odwdzięczyć.
— Nie musisz. Mój ojciec bardzo się ucieszył, jak dowiedział się, że będzie miał dodatkowego pracownika. W końcu, wiesz, wszyscy na wakacjach biorą urlopy, a rąk do pracy potrzeba, szczególnie w tym sezonie letnim, który się rozpoczął pod koniec czerwca.
— Jeszcze raz ci dziękuję. I obiecuję, będę dobrym pracownikiem!
Nadka się tylko uśmiechnęła. Dojadłyśmy lody, ale zanim zniknęły całkiem, zrobiłam kilka zdjęć mojemu deserowi. Dodałam jedną fotkę na Instagrama. Moja przyjaciółka nie bardzo chciała znaleźć się w kadrze i bym robiła jej zdjęcia. Rozstałyśmy się chwilę później.
Nadka dała mi namiary do firmy swojego taty i powiedziała, że miał zadzwonić do mnie dzisiaj popołudniu, żeby ustalić szczegóły. Wróciłam do domu i byłam szczęśliwa jak nigdy. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Otworzyłam jeszcze raz stronę internetową obozu. Uśmiechnęłam się i pomyślałam, że zrobię wszystko, by tylko na niego wyjechać. Do końca dnia, tak jak obiecałam internautce Kasi, dzisiaj jeszcze miałam wrzucić filmik na swój kanał.
Na obiad zjadłam sałatkę z ciecierzycą, sałatą zieloną z paczki, pomidorkami koktajlowymi oraz dwoma kromkami grzanek upieczonych w tosterze. Na podwieczorek nagrałam filmik, jak robię dietetyczne, fit gofry na bazie ciemnej mąki, z bitą śmietaną o niższej zawartości kalorii oraz z dżemem wiśniowym bez cukru. Na kolację zjadłam zupę krem z batatów, które w smaku łudząco przypominały ziemniaki połączone z gotowaną na miękko marchewką.
O szesnastej zadzwonił do mnie tata Nadki, pan Jacek. Podczas rozmowy ustaliliśmy szczegóły mojej pracy i… od jutra mogłam zaczynać. Powiedział, żebym przyjechała na wieś, do Marchewek. Wiem, ta nazwa była naprawdę bardzo ciekawa. Słyszałam o niej wielokrotnie. Wystarczyło, że przeszłam na drugą stronę ulicy i wsiadłam w ten sam autobus, który prowadził mnie do miasteczka, tylko że tym razem jechałam w drugą stronę. Marchewki to była malutka wieś. Ale właśnie to ona słynęła z tych olbrzymich sadów, które posiadał pan Jacek. Dogadałam z nim, że jeden z jego pracowników będzie czekał na mnie już jutro, we wtorek, na ostatnim przystanku trzynastki, i zaprowadzi mnie do sadów. Miałam pracować po dwanaście godzin z małą, półgodzinną przerwą. W ciągu dwóch tygodni, oprócz oczywiście niedziel, uda mi się zarobić sumę, jaką potrzebowałam, aby pojechać na obóz. Nie widziałam lepszego wyjścia w tej sytuacji. W końcu nie miałam pojęcia, jak inaczej mogłabym zdobyć tę cholerną kasę. Oferta taty mojej przyjaciółki była trafiona w dziesiątkę.
Rozdział 2
Rano budzik obudził mnie punktualnie o szóstej. Wiedziałam dobrze, że nie mogę sobie poleniuchować i muszę wstawać. Wczoraj wieczorem dodałam zmontowany filmik z moimi wszystkimi poniedziałkowymi posiłkami. Pragnęłam inspirować inne dziewczyny, ale też oczywiście chłopaków, do prowadzenia zdrowego stylu życia. Do samodzielnego wykonywania i spożywania zdrowszych posiłków, do zmuszenia się w końcu, by wstać z kanapy czy fotela, odłożyć na bok wszelkie urządzenia mobilne i rozpocząć ćwiczenia.
Mój kanał na YouTube, profile na Tik Toku, Instagramie, a także strona oraz grupa na Facebooku, miały nazwę „Pola lubi zdrowe życie”. Na Facebooku stworzyłam nie tylko swoją stronę reklamową, na której dodaję zdjęcia i przepisy zdrowych posiłków, ale również swoją codzienność. Na tym samym portalu prowadziłam też grupę dla moich fanek, aby mogły się dzielić z resztą użytkowników tym, co udało się im zrobić w kierunku zdrowego stylu życia. Zdjęcia metamorfoz sylwetek są postami, które lubię najbardziej. To takie motywujące, kiedy dzięki twoim wysiłkom i staraniom możesz komuś pomóc schudnąć, zainspirować do pójścia na siłownię albo sprawić, żeby wyszedł na spacer lub pobiegał. Na wczorajszym filmiku, który dodałam przed północą, wspomniałam, że przez dwa tygodnie prawdopodobnie nie będę nagrywała filmików. Wiem, że moja mama od czasu do czasu je oglądała. Jeśli dowiedziałaby się z nich, że pracuję, na pewno by do mnie zadzwoniła, pytając, na co chciałam uskładać pieniądze. Jeżeli poznałaby prawdę, nie chciałam nawet myśleć, co by się stało. Dlatego też byłam bardzo ostrożna we wrzucaniu treści na swoje portale. A to, że robiłam sobie wakacyjną przerwę od social mediów, na pewno zrozumie. Kiedy by ewentualnie zadzwoniła, odpowiem jej, że chcę się oderwać od tego wszystkiego i odpocząć, bo w końcu miałam wakacje, a słodkie dwutygodniowe „lenistwo” w końcu mi się jak najbardziej należało.
Wyciszyłam budzik, który miał zadzwonić jeszcze za pięć minut. Niestety, tworząc wczorajsze filmiki, przez które zasnęłam po północy, kompletnie się nie wyspałam. Jednak myśl, że musiałam wstać, by zarobić na ten obóz cheerleaderek, dodała mi takiej motywacji, że w końcu zwaliłam się z łóżka. Miałam dokładnie czterdzieści minut do przyjazdu autobusu. Praca zaczynała się w Marchewkach punktualnie o siódmej. Dojazd do miejsca docelowego, plus krótki spacer na ogromne sady, zajmował ogółem dokładnie dwadzieścia minut. Wszystko było już idealnie zaplanowane. Nadka napisała mi dzisiaj SMS-a, że czasem zdarzy się, że będzie pracować razem ze mną. Ona też chciała sobie na coś zarobić, chociaż nie byłam pewna, na co. Kiedyś mówiła o tym, że chce mieć aparat ortodontyczny.
Ubrałam się na dzisiejsze zbieranie owoców w wygodne, elastyczne ogrodniczki i biały T-shirt. Spięłam włosy w niechlujny kok, wciągnęłam jeszcze przez głowę sweter, bo ranki, taki jak ten, bywały zimne. Wsiadłam do autobusu, który przyjechał punktualnie o szóstej czterdzieści. Wcześniej zjadłam w domu zdrowe śniadanie w postaci jajek ugotowanych na twardo razem z warzywną sałatką i dwoma tostami, posmarowanymi odrobiną ketchupu. Jechałam w autobusie i myślałam sobie o tych intensywnych dwóch tygodniach. Czy poradzę sobie i przepracuję te jedenaście godzin dziennie — z małą przerwą na lunch albo obiad, który będę miała zapewniony już tam, na miejscu? Czy będzie mi ciężko, a może z łatwością będę zrywała owoce?
Zapłacę te cholerne dwa tysiące, zgłoszę się, przejdę ich „casting” i zakwalifikuję się do obozu. Przeżyję niezapomnianą przygodę i to jeszcze nad polskim morzem, nad którym jeszcze nigdy nie byłam. Miałam wspaniały plan, że dostanę się tam pociągiem. Nie lubiłam latać samolotami. Ta odległość maszyny od ziemi przyprawiała mnie zawsze o szybsze bicie serca. Wysokie ciśnienie i problemy z oddychaniem i przede wszystkim ogromny, ale to ogromny lęk wysokości także stanowiły dla mnie wyzwanie. Byłyśmy w któreś wakacje z mamą we Francji, odwiedzić tatę. Oprócz olbrzymiej traumy, której nabawiłam się podczas lotu, pamiętałam tylko, że jest to bardzo piękny kraj. Nie żałowałam tamtego wyjazdu, ale wiedziałam doskonale, że samolot nie jest dla mnie. Pociąg był z pewnością najlepszą opcją. W busie zmęczyłabym się kilkunastogodzinną jazdą. A w pociągu było i wygodnie, i przy szczęściu, że nikt cię nie okradnie, można było nawet pospać, rozłożyć się wygodnie i na chwilkę zdrzemnąć.
— To ty, Pola? — Mężczyzna w średnim wieku, prawdopodobnie pracownik zakładu, odezwał się w moim kierunku, kiedy wysiadłam z autobusu i porozglądałam się po okolicy w poszukiwaniu kogoś, kto miał po mnie wyjść na ostatni bądź pierwszy przystanek — jak kto woli — wsi pod nazwą Marchewki.
„Czy może aktualnie jest tutaj gdzieś ukryta plantacja marchewek?”. — Tak miałam się odezwać do chłopaka ubranego w roboczy kombinezon, żeby rozładować napięcie i czymś zagłuszyć niezręczną ciszę, która się nagle między nami utworzyła. Zadałam mu w zamian kilka pytań, po tym, jak potwierdziłam swoją tożsamość. Chłopak był bardzo nieśmiały. Pomyślałam, że przyjdzie mi z nim pracować, więc tak czy siak byliśmy na siebie skazani. Pomyślałam również, że mogłam wykorzystać to, że mogliśmy sobie na luzie pogadać i przy okazji podpytam, jak się tutaj pracowało.
— A ty w zasadzie jak masz na imię?
— Ja? Jestem Piotrek. — Podaliśmy sobie ręce, przez szybki marsz, delikatnie oboje dysząc.
— Może zwolnimy to tempo?
— Niestety, pracę zaczynamy punktualnie. Musimy zacząć zrywać owoce na czas. Szef nie jest zadowolony, kiedy ktoś się spóźnia, tak samo, jeśli wychodzi za wcześnie.
— Pan Jacek?
— Tak, pan Jacek. Właściwie, skąd się tutaj znalazłaś? Jesteś młoda i pracujesz. Pewnie potrzebujesz kasy? Niewiele jest tutaj młodziaków, takich jak ty. Niech zgadnę, ile masz lat? Siedemnaście?
— Brawo — Spuściłam głowę.
— Każdy jej dzisiaj potrzebuje, takie są czasy. Nawet młodzież taka jak ty.
— Dokładnie tak jest.
— A czym się na co dzień interesujesz? — Chłopak, to znaczy Piotrek, nieco się rozkręcił i nawet sam zadawał mi swoje własne pytania.
— Bloguję i vloguję. Prowadzę konta na różnych mediach społecznościowych.
— To z ciebie taka gwiazda jest?
— Ha, ha. Ja bym tak tego nie nazwała. Gwiazda kojarzy mi się z kimś znanym.
— To nie jesteś znana?
— Mam co prawda tysiąc obserwatorów na Instagramie…
— O proszę, i nie gwiazda z ciebie?
— Nieważne, pogadajmy o pracy
— Słucham cię, księżniczko.
— Jak się tutaj pracuje? Trzeba się wyrabiać? Jakie jest tempo pracy?
— Pracuje się bardzo dobrze. Firma pana Jacka jest dobrze rozpoznawalna na rynku soków. To marka „Nasze Soki”, która wyróżnia się wśród innych tego typu wytworów. Panuje tutaj miła atmosfera, ale wiesz, trzeba się trochę uwijać z robotą. Nie ma stania, rozglądania się, gwiazdorzenia. Wiesz o co mi chodzi. Jest praca i trzeba ją wykonać. Tyle.
Właśnie doszliśmy do ogromnego sadu, który miał kilka hektarów powierzchni, z tego co powiedział pan Jacek. Spotkałam się z nim jeszcze przed rozpoczęciem pracy. Podaliśmy sobie ręce i to nic, że na czarno, zaczęłam pracę. Na początku było ciężko. Trzeba było zbierać truskawki, potem jabłka, na koniec porzeczki. Sad pana Jacka był naprawdę rozległy. Jak się zdążyłam zorientować, u producenta markowych soków pracowało około dwudziestu pracowników.
Słońce na szczęście nie grzało tak mocno. Nie było upałów ani deszczów. Na całe szczęście, pogoda była idealna. Po trzech dniach takiej pracy wparowała do nas Nadka.
— I jak ci idzie? — Od razu poznałam jej cichy głos.
— Nadka? No, wreszcie jesteś. Mam nadzieję, że dotrzymasz mi tutaj chociaż na chwilę towarzystwa.
— No właśnie po to tutaj przyszłam, moja droga przyjaciółko. Ile już zebrałaś w sumie truskawek? Jeszcze są borówki do zerwania z tych trzech olbrzymich krzaków. Pomogę ci. Może uda mi się zebrać pieniądze na nowego laptopa. Tamten już dawno się zepsuł, a ja nie mam pieniędzy, żeby kupić sobie nowy.
— W takim razie zapraszam cię do wspólnego zrywania owoców. Będzie mi bardzo miło, jeśli zostaniesz tutaj ze mną chociaż jeszcze kilka godzin.
— Jasne. — Nadka była ubrana na sportowo, podobnie jak ja. Na głowach natomiast miałyśmy czapki z daszkiem, żeby chociaż trochę schronić się przed słońcem.
Zaczęłyśmy zbierać owoce z pobliskich krzaków, drzewek, drzew. Oczywiście cały czas ze sobą gadałyśmy. Dzięki temu praca do godziny dziewiętnastej jakoś nam się nie dłużyła, a wręcz odwrotnie — bardzo szybko upływała.
— Może na tym obozie kogoś poznasz?
— Myślisz o chłopaku?
— Tak.
— Nie sądzę. To obóz dla dziewczyn. Najprawdopodobniej będą tam same laski.
— I ty.
— Twierdzisz, że ja nie jestem laską?
— Czy ja tak powiedziałam? — Po chwilce ciszy, Nadka kontynuowała: — Wiesz już, co tam będziecie robić, na tym obozie? Cholera, mimo że nie jestem cheerleaderką, zazdroszczę ci tego wyjazdu, i to cholernie. Ja pewnie resztę wakacji spędzę, jak zwykle, w ogrodzie swojego ojca.
— Nie mów tak.
— Ale taka jest prawda.
— To może… może jeszcze przed moim wyjazdem zorganizujemy imprezę, jakiej jeszcze nigdy nie było?
— Co masz na myśli?
— Zaprosimy znajomych z liceum do mojego domu. Zorganizujemy prowiant i w ogóle. Będzie śmiesznie. Co ty na to, żeby być razem ze mną współorganizatorką tej imprezy?
— To naprawdę dobry pomysł. Może kogoś poznam wreszcie? Poza tym, już dawno nie byłam na jakiejkolwiek parapetówce. Taka impreza dobrze zrobi nam obu. Tylko… co, jeśli twoi rodzice się o tym dowiedzą?
— Spokojnie, nie dowiedzą się. Już raz robiłam taką imprezę.
— Pamiętam, to było chyba… zakończenie podstawówki?
— Dokładnie tak.
— Pamiętasz Olka? Który przyniósł wino od babci?
— Pamiętam, mieliśmy po… piętnaście lat. Byliśmy jeszcze dzieciakami.
— Dobrze, że twoi sąsiedzi nie zadzwonili na policję.
— Pamiętasz przecież, jak pani Wiesia z domu obok zapukała do naszych drzwi, że jeśli nie ściszymy muzyki, zadzwoni po odpowiednie służby.
— Ha, ha, była dwudziesta trzecia, pamiętam. W końcu miała do tego powód. A my byliśmy upici tym winem. Olek przyniósł kilka butelek. Wszyscy byli upici.
— Jakby to widziała moja mama…
— Dobrze, że była w tym czasie we Francji, z twoim tatą.
— Dobrze, że pani Wiesia nie pisnęła nic moim rodzicom.
— Pamiętasz? Trzeba było ją przekupywać sokami prosto z ogrodu mojego taty.
— I udało się.
— Mimo że mój tata kręcił nosem, to tak, udało się.
Rozdział 3
Na całe szczęście udało mi się zebrać okrągłe dwa tysiące złotych. Dosłownie zasłużyłam sobie na ten wyjątkowy wyjazd.
Po otrzymaniu gotówki do rąk — nie posiadałam jeszcze konta bankowego — weszłam czym prędzej na stronę internetową organizatora obozu. Dziś do północy upływał czas do tego, by zapłacić całą kwotę, czyli dwa tysiące, podać w specjalnym formularzu swoje dane razem z połączonym podrobionym przeze mnie podpisem moich obojgu rodziców. To ostatnie nie było oczywiście takie łatwe. Udało mi się wypełnić cały formularz, łącznie z zamieszczonym krótkim filmem o sobie. Zawarłam w nim całą swoją historię, włączając w nią także to, jak zaczęłam i jak rozwijałam przygodę z tańcem. Do tego w swoim pokoju nagrałam krótki układ w pełnym, cheerleaderowym stroju razem z pomponami. Wymyśliłam go w międzyczasie, pracując przy zbiorach owoców. Niemalże natychmiast po zgłoszeniu się na obóz, zanim w ogóle wpłaciłam na konto pieniądze, dostałam odpowiedź, że zostałam przyjęta. Jechałam nad morze, by w końcu przeżyć prawdopodobnie najlepszą przygodę życia.
Byłam cheerleaderką jeszcze w podstawówce, kiedy to pani Aurelia Baca założyła nasz pomponiarski zespół. Występowałyśmy wielokrotnie — na meczach piłki nożnej, siatkowej albo ręcznej; na konkursach i przeglądach, na festynach i dożynkach. Dzięki temu w całych Tarnobrzegach nasz zespół był dobrze znany. Do tej pory zdobyłyśmy kilkanaście medali oraz kilkadziesiąt nagród. Od tamtej pory nasza drużyna nadal funkcjonowała, niemal w tym samym składzie. W ciągu tych, przeszło sześciu lat, zmieniała się za to kilkakrotnie nasza instruktorka. Pani Aurelia, mimo że była bardzo dobrą nauczycielką tańca, wyjechała za granicę robić karierę jako tancerka baletowa — o ile mnie pamięć nie myli, do Rzymu. Kolejną panią choreograf, od mojej szóstej klasy podstawówki do ósmej, była pani Joanna Konieczna. Ona dawała nam zawsze mocny wycisk i nie było u niej żadnych wymówek, kiedy kogoś coś bolało albo miał drobną, chwilową kontuzję. Pani Asia była bezwzględna. Nikt u niej nie mógł wymigać się z treningu. Całe szczęście, że tak nas wychowała. Nauczyła nas tak pięknie tańczyć, ale też mocno się rozciągać i gimnastykować, tak że dziś śmiało mogłyśmy powiedzieć, że cała nasza ósemka była tancerkami wysokich lotów.
Kiedy dostałam maila z odpowiedzią zwrotną, niemal nie posiadałam się ze szczęścia. Cały dzień chodziłam radosna i nie potrafiłam przestać tańczyć, przemieszczając się po domu, między kuchnią, salonem a tarasem. Śpiewałam sobie coś pod nosem, mimo że kompletnie nie potrafiłam śpiewać, i śmiałam się ze wszystkiego. Nic, nawet najgorsza wiadomość, wtedy nie pogorszyłaby mojego wspaniałego humoru, który dopisywał mi przez cały dzień. Założyłam ulubioną, różową sukienkę w kwiatki, sięgającą mi do kolan, i pomalowałam policzki na mocny róż. Do mojej karnacji róż pasował najlepiej. Pomyślałam w jednej chwili, że zadzwonię do Nadki i obwieszczę jej tę wspaniałą nowinę. Przy okazji, kiedy zdzwoniłyśmy się, umówiłyśmy się na to, że w ramach wakacji dzisiaj wybierzemy się na basen otwarty, który znajdował się pod Tarnobrzegami, przy ulicy Miodowej trzynaście. W to miejsce dotrzeć można było jedynie piechotą, ponieważ, niestety, żaden autobus się tam nie zatrzymywał.
Ja, jak głupia, jeszcze w domu założyłam biały strój kąpielowy w zielone kwiatki. Na to lekką, zwiewną sukienkę we wszystkich możliwych kolorach, w drobne kwiatuszki. Na nogi włożyłam niewygodne klapki, które co rusz spadały mi ze stóp. Pomyślałam w końcu, że przejdę się na bosaka. W tym samym czasie, kiedy szłyśmy już jakieś dziesięć minut, zatrzymało się koło nas auto. Zza odsuwanego okna wychyliła się głowa przystojnego mężczyzny.
— Podrzucić was gdzieś, aniołeczki? — zaczął nieznajomy i śmiał się, patrząc odważnie prosto w nasze twarze. Był wyjątkowo radosny. Może nie miał aktualnie dziewczyny albo rozstał się z kimś parę miesięcy temu — naprawdę nie wiedziałam — może jego dziewczyna siedziała w domu i nie wiedziała nic o jego wybrykach. Albo właśnie do niej zmierzał.
— Właściwie, to chcemy pojechać na basen…
— Nie ma żadnego problemu, kochaneczki. Właśnie jadę w tamtym kierunku, wsiadajcie. –Mrugnął do nas porozumiewawczo, a my tylko pisnęłyśmy z radości i bez chwili zastanowienia wsiadłyśmy do czerwonego mercedesa. Nie bałyśmy się, bo mężczyzna był znajomym Nadki.
Kiedy byłyśmy na miejscu, chłopak zatrzymał auto pod samym basenem. Na terenie obiektu znajdowały się trzy zbiorniki o różnej głębokości, w których kąpało się mnóstwo ludzi. Inna część siedziała na ręcznikach plażowych i opalała się albo jadła lody w waflach, które można było dostać w pobliskiej budce. Spojrzałyśmy na siebie, wysiadłyśmy z samochodu i podziękowałyśmy radośnie chłopakowi. Otworzyłyśmy bramkę wstępu, wsuwając do automatu dwadzieścia złotych. Na placu, koło kąpielisk, kilka osób grało w siatkówkę plażową. Nogi mi się rwały do tego, żeby powygłupiać się i potańczyć cheerleaderkowe ruchy. Tak naprawdę, to tylko mnie się chciało tańczyć. Nie zrobiłam żadnych głupstw. Nie poszłam i nie zaczęłam machać rękami na wszystkie strony i podskakiwać. Byłam zdrowa psychicznie.
Usadowiłyśmy się zaraz pod drzewem, w cieniu. Akurat, kiedy przyszłyśmy, miejsce zrobiła nam jedna rodzina z małymi dziećmi. A raczej dwojgiem urwisów, które chciały za wszelką cenę tutaj jeszcze zostać. Ich rodzice siłą je ciągnęli i darli, by tylko zapakować je do auta. Wrzaski i krzyki na nic nie pomagały. Rodzice odjechali, a my usadowiłyśmy się i rozłożyłyśmy się w najlepsze na trawie, na kocu z Myszką Miki, który trzymałam w swojej szafie na takie okazje jak ta. Miałam go jeszcze z czasów dzieciństwa.
— Ale jest błogo. Potrzebowałam tego — zaczęłam do Nadki, leżąc i nie otwierając oczu, gdyż słońce przechodziło przez promienie drzewa i od czasu do czasu obie nas raziło.
— Chcesz wskoczyć do basenu? Idź, popilnuję ci rzeczy.
— Nie chcę. Chcę tak sobie leżeć w tym cieniu. Jest cudownie. Wybrałyśmy idealną miejscówkę do tego, by się tutaj rozłożyć. Słońce nie spiecze nas tak bardzo, jak innych. Drzewko idealnie ochroni nas przed rażącymi promieniami. Moja skóra na całe szczęście nie będzie czerwona, szczególnie kiedy pojadę na ten obóz, którego nie mogę się już doczekać.
— Wiem. Jak mówisz o obozie, momentalnie robisz się straszenie podekscytowana. Co jak co, ale ja też nie chcę się opalić na czerwono, ale mam ochotę trochę popływać. Idziemy razem? Czy masz zamiar się tutaj wylegiwać?
Nadka wstała z plażowego kocyka i ruszyła w kierunku jednego z basenów. Obejrzałam się za nią. W tym różowym, jednoczęściowym, wykrojonym na brzuchu stroju kąpielowym wyglądała naprawdę obłędnie. Spojrzałam do tyłu na innych ludzi, a szczególnie na przystojnych chłopaków, którzy wodzili wzrokiem za moją koleżanką i nie mogli się przestać gapić. Zaśmiałam się głośno do siebie samej. Czyżby moja przyjaciółka spodobała się wszystkim obecnym tu facetom? Owszem, była ładna, a nawet piękna. Miała niebieskie jak ocean oczy, jasnobrązowe, krótkie do ramion włosy, które spinała w niezdarny kok kilkoma wsuwkami i gumką. Nie była za wysoka, mierzyła nieco ponad metr sześćdziesiąt. Nie miała wcale jakiegoś superwysportowanego ciałka. Nie spędzała godzin na ćwiczeniach i nie lubiła jakoś specjalnie wychowania fizycznego. Po prostu była szczuplutka, mimo że bardzo lubiła sobie pojeść. Przyciągała wzrok chłopaków, bo była taka… można powiedzieć, że naturalnie ładna. Pomyślałam sobie, że jeszcze kogoś tutaj pozna. A intuicja mnie zwykle nigdy nie zawodziła. Obejrzałam się jeszcze jeden raz, kierując wzrok w kierunku basenów. Nadka gdzieś tam sobie pływała, a przede mną jakaś grupka ludzi zaczęła grać w siatkówkę na wypełnionej piaskiem plaży. Chciałam przyłączyć się do gry. Wręcz uwielbiałam sport.
Wstałam, otrzepałam się i ruszyłam w kierunku młodzieży z pytaniem, czy mogę się przyłączyć do gry. Całą pięcioosobowa grupka zgodziła się od razu chętnie. Szczerze, to ostatnio grałam w siatkówkę jeszcze w szkole, jakiś miesiąc temu, w czerwcu. Gra bardzo dobrze mi szła, i w szkole, i teraz.. W ogóle byłam dobra ze sportu, jak przystało na cheerleaderkę. Miałam umięśnione uda i brzuch. W końcu, w kusym stroju, w których występowałam razem z innymi dziewczynami, trzymając w rękach mosiężne pompony, musiałam się dobrze prezentować. Po kilkunastu minutach udanej gry, kiedy nasza drużyna najczęściej wygrywała, spojrzałam w bok, na nasze zostawione rzeczy. Nagle zauważyłam moją przyjaciółkę w towarzystwie chłopaka. Dziewczyna śmiała się i uśmiechała w najlepsze. Gołym okiem widać było, że podobała się chłopakowi. Usiedli oboje na naszym plażowym kocu i rozmawiali. Wreszcie spotkałyśmy się z Nadką wzrokiem i pomachałyśmy do siebie. Widziałam, że dziewczyna poczuła wyraźną ulgę. Pewnie bała się, że gdzieś zniknęłam i przepadłam, zostawiając telefon przy naszym całym ekwipunku. Oboje oglądali nasze siatkówkowe zmagania. Obserwowałam ich od czasu do czasu. Stwierdziłam, że gadali też o mnie. Patrzyli się przez chwilkę na mnie i coś sobie tam opowiadali. Ale nie obchodził mnie temat ich rozmowy, a raczej to, że się w ogóle zeszli. Wiedziałam, że z Nadki była kokietka, ale nie miałam pojęcia, że aż taka! Że w ciągu dosłownie kilkunastu minut znajdzie sobie kogoś na tym basenie, możliwe, że nawet miłość swojego życia. Nadka uśmiechała się słodko i widać, że chłopak mocno się jej spodobał. Nie chciałam im przeszkadzać w rozmowie, a byłam już trochę zmęczona grą. Pomyślałam, że opuszczę grupkę graczy i wybiorę się do budki z lodami, która znajdowała się kilkanaście metrów od naszego miejsca. Musiałam wziąć portfel, a nie chciałam przeszkadzać za bardzo parze, która dopiero co się poznawała. Trudno. Podeszłam więc do miejsca, gdzie były zostawione nasze rzeczy.
— Cześć — zaczęłam pierwsza — Ja tylko chciałam yyy… aaa… zabrać portfel. Nie chcę wam przeszkadzać, już zaraz mnie nie będzie.
— Ej, co ty, nie przeszkadzasz nam. Idziesz na lody?
— Bingo, kochanie.
— Ja też zjadłabym lody. A tak w ogóle, to poznajcie się. To jest Sebastian.
— Pola. — Podaliśmy sobie ręce. Chłopak miał na sobie same kąpielówki, co sprawiło, że poczułam się trochę niezręcznie. — No to wspaniale, cieszę się, że się poznaliśmy.
— Sebastian mieszka niedaleko stąd, ale niestety na północ, a nie na południe od Tarnobrzegów, tak jak my.
— Rozumiem. — Chciałam stamtąd najlepiej uciec, bo znalazłam się w bardzo niekomfortowej sytuacji. Nie miałam pojęcia, czy dotrzymywać im towarzystwa, czy pójść się trochę pokąpać, w końcu zjeść te cholerne lody, czy z powrotem dołączyć do grupki osób grających w siatkówkę. — Ja chyba muszę iść do toalety — wycedziłam pierwsze lepsze zdanie, które przyszło mi na myśl. — Zabieram portfel i już mnie nie ma.
— Ej, Pola. Na co ci portfel? — Nadka była kompletnie zdezorientowana moim zachowaniem.
— Potem zjem lody albo frytki. Jeszcze nie wiem. No, gadajcie sobie dalej. Nie chcę wam przeszkadzać.
— Pola, no co ty. — Nadka także była zdezorientowana.
W końcu opuściłam miejsce pod drzewem, gdzie zakochańcy się poznawali. Najpierw poszłam faktycznie do toalety. Była potworna kolejka. Musiałam odczekać jakieś dziesięć minut, żeby w ogóle z niej skorzystać. Potem pomyślałam sobie, że wybiorę się na frytki i lody, następnie pójdę się pokąpać, a jeszcze później pójdę ponownie pograć w siatkę. Przynajmniej taki był plan. Nie miałam pojęcia, kiedy Nadka będzie chciała wracać do domu. Nie umówiłyśmy się ani nie obgadałyśmy tego. No trudno. Najpierw, tak jak planowałam wcześniej, zamówiłam sobie w jednej budce porcję frytek. Gdy stałam w kolejce, ustawił się za mną jakiś mężczyzna, któremu źle patrzyło z oczu. Gadał coś do siebie, ale nie patrzył nikomu w oczy. Czy ja zawsze muszę mieć takie szczęście, a raczej nieszczęście, spotykać takich ludzi na swojej drodze? Zaczepił mnie, kiedy stałam odwrócona do niego tyłem w kolejce.
— Przepraszam panią, czy pani czasem nie zasponsoruje mi tych frytek?
— Nie mam tyle pieniędzy. Mam tylko pieniądze na swoją porcję frytek. Nie będę nikomu nic sponsorować. — Oburzyłam się i powiedziałam to stanowczym głosem, tak, żeby raz na zawsze ten biedak albo ktoś inny się ode mnie odczepił.
Chłopak liczył, widać, że od kogoś skubnie pieniądze na jedzenie. Ode mnie nie dostanie ani grosza, niestety.
Kiedy zamówiłam frytki, usiadłam na piasku, blisko kąpielisk i pomyślałam, że zjem je, obserwując przy okazji ludzi kąpiących się w wodzie. Było mnóstwo przystojnych chłopaków. Nie dziwiłam się, że Nadka sobie kogoś tutaj znalazła. Nie wiedziałam tylko, jak wybrnąć z tej głupiej sytuacji? Miałam wracać do naszego punktu pod drzewem? A może poczekać jeszcze parę minut, godzin? Iść po porcję lodów czy wskoczyć do basenu i mimo że nie umiałam pływać, trochę się pokąpać?
W końcu zrobiłam tak, jak pomyślałam. Poszłam po lody. Stojąc w kolejce, obejrzałam się za siebie. Nadka? Bez swojej miłości? Czyżby chłopak już poszedł do domu? A może moja przyjaciółka przyszła sama, zamawiając mrożone słodkości nie tylko sobie, ale też dla Sebastiana?
— Nadka, kochanie, i jak tam? Opowiedz mi wszystko, zanim wrócisz do swojego kolegi.
— On już sobie poszedł.
— Serio? — Nie wiedziałam czy cieszyć się, czy smucić. — Ale zostawił swój numer…?
— Tak, zostawił.
— To czemu jesteś smutna?
— Bo chciałam spędzić z nim więcej czasu. Powiedział, że umówił się z kolegą, że go zabierze do domu, punkt trzynasta. Myślisz, że to prawda? Czy zwyczajnie mnie oszukał? Bo może jednak mu się nie podobam?
— Słońce, jeśli zostawił swój numer to musisz się mu podobać.
— Serio?
— Absolutnie. Jestem tego całkowicie pewna.
— No dobrze.
— Jakie chce pani lody? — Młoda dziewczyna sprawiła, że się ocknęłam. — Aaa… niech będą czekoladowe. — Kobietka, ubrana w krótki, biały, obcisły top i czarne leginsy, podarowała mi jedną gałkę lodów.
Poczekałam na Nadkę i razem spacerkiem powędrowałyśmy do naszego punktu postoju, gdzie w dużej torbie znajdowały się ręczniki, telefony i ubrania, w których przyjechałyśmy.
— Opowiadaj, jaki on jest. — Usadowiłyśmy się na naszym kocu pod drzewem, upewniając się, że nikt nas nie okradł.
— Kto? Sebastian?
— A kto inny?
— Zakochałam się w nim, jednym słowem.
— On też wyglądał, jakbyś się jemu bardzo, ale to bardzo podobała.
— Naprawdę?
— Tak, moja droga siostro.
— Co tak patrzysz?
— No, chcę usłyszeć coś więcej.
— Nie ma co gadać. Na razie się dopiero poznaliśmy.
— No dobrze, jak będziesz chciała, to mi powiesz.
— Ojejku, Sebastian jest superfacetem. Ale więcej ci nie powiem. Dopiero, jak się bliżej poznamy. — Nadka skończyła jeść lody i wytarła się serwetką, którą dostała zestawie z mrożoną słodkością.
— No dobra, o więcej nie pytam.
Nadka odetchnęła z ulgą. Nie chciałam naciskać i głupio jej wypytywać. W końcu wyczułam, że jest to sprawa delikatna i świeża. W ogóle, Nadka była taką osobą, która za bardzo nie lubiła opowiadać o sobie, a tym bardziej już o chłopaku, w którym jest zakochana, i to z wzajemnością.
Tamtego popołudnia weszłyśmy do wody — Nadka jeszcze raz, a ja pierwszy. Wybrałyśmy basen numer dwa, czyli ten ze średnią głębokością. Woda sięgała mi prawie do brody, ale nie panikowałam. Nadka próbowała mnie nauczyć pływać. Niestety mimo tego, że spędziłyśmy w wodzie jakieś pół godziny, nie poznałam tego kunsztu. To nic. Może to nie jest dla mnie albo po prostu kiedyś się jeszcze tego nauczę.
W końcu wyszłyśmy z wody, bo obie byłyśmy już trochę zmęczone. Sprawdziłam komórkę. Dochodziła godzina piętnasta. Uzgodniłyśmy, że najwyższy czas się stąd zwijać. Wysuszyłyśmy się porządnie ręcznikami, założyłyśmy na stroje kąpielowe nasze normalne ubrania. Włożyłyśmy buty, zwinęłyśmy koc, spakowałyśmy wszystko do dwóch toreb i ruszyłyśmy w kierunku wyjścia. Pani, która siedziała przy wejściu przepuściła nas od razu. Tak naprawdę dopiero teraz schodzili się ludzie, a szczególnie dorośli ze swoimi dziećmi. Może rodzice kończyli dopiero wtedy pracę. I dlatego o tej porze było mnóstwo ludzi. W każdym razie cieszyłam się, że stamtąd już poszłyśmy.
To był długi, wspaniały dzień, szczególnie wspaniały dla Nadki, która poznała tam faceta. Miałam cichą nadzieję, że na długo, nawet na całe życie. Tego dnia nie nagrywałam filmików. Obie chciałyśmy, aby ten dzień był tylko nasz.
Rozdział 4
Postanowiłam, że nie będę marnowała wakacji na nic nierobienie. Obiecałam także — zarówno sobie, jak i swoim widzom — że nie będą się nudzić podczas oglądania moich filmów.
Kolejnego dnia chciałam nakręcić filmik o mnie, czyli odpowiedzieć na pytania zadane przez moich fanów. Te pytania widzowie zadawali mi na bieżąco w komentarzach pod filmikami umieszczonymi na moim kanale YouTube oraz pod postami, które pojawiały się na moich social mediach. Wcześniej zebrałam wszystkie te pytania z kilku ostatnich miesięcy. Nie miałam czasu na to, by nakręcić taki film w ostatnich miesiącach. Szkoła, lektury, egzaminy, zawody cheerleaderek kompletnie nie pozwalały, by do tego przysiąść. Teraz — na wakacjach — był na to najlepszy czas. Nie ukrywałam, że okres do rozpoczęcia obozu cheerleaderek bardzo mi się dłużył, a to z kolei powodowało, że byłam znudzona.
Pomalowałam się ładnie, by pięknie prezentować się przed kamerą. Założyłam T-shirt z jakimś chwytliwym napisem i spodenki. Na jednej z miększych i większych poduszek z różową, miękką poszewką ulokowałam, a potem włączyłam kamerę. Siedząc przed obiektywem w swojej sypialni, planowałam odpowiedzieć na wszystkie pytania, jakie spisałam sobie na kartce, tak aby zmieścić się w jednej godzinie. W końcu pytań było sporo, więc z odpowiedziami musiałam się bardzo sprężyć.
Przywitałam się do kamery i zaczęłam — najpierw czytałam pytanie, a potem na nie odpowiadałam, mimo że kompletnie nie przygotowałam sobie wcześniej tego, co chciałam powiedzieć.
— Czy masz chłopaka? Miałam chłopaka dawno temu, jeszcze w podstawówce, w ostatniej klasie. Mimo że od naszego rozstania upłynęło kilka lat, dla mnie jest to wieczność. Nie byłam i czuję, że nadal nie jestem gotowa na tego, by związać się z kimś na dłużej niż rok. Oczywiście w moim życiu pojawiało się wielu chłopaków, z którymi coś tam kręciłam. Ale były to krótkie znajomości. Nie mogę narzekać na brak powodzenia. Ale… zawsze coś było nie tak. Nie dogadywaliśmy się, coś mnie w nich wkurzało, albo ja wkurzałam innych. Na razie czekam na swojego księcia z bajki i wierzę, ze kiedyś w końcu nadejdzie ten dzień i poznam kogoś, kto będzie mi pasował w stu procentach. Myślę, że wyczerpałam ten temat. Przechodzę do kolejnego.
— Od kiedy tańczysz? Tańczę odkąd pamiętam. Jako mała dziewczynka kochałam przebierać się w różne stroje siostry mojej najlepszej przyjaciółki wtedy. Ona później razem z rodziną przeprowadziła się do większego miasta i niestety nie miałyśmy ze sobą więcej kontaktu. Jeśli nie liczyć, że po latach odnalazłyśmy się w mediach społecznościowych i piszemy do siebie do od czasu do czasu. Razem, jak małe, pięcioletnie dziewczynki, tańczyłyśmy do piosenek, które grały wtedy w radiu, albo które mama włączała nam z płyt CD. A tak profesjonalnie, pierwszy raz zapisałam się do zespołu zupełnie przypadkiem, jeszcze jak chodziłam do trzeciej klasy podstawówki. Nauczycielka powiedziała, że dziewczyny, które należą do zespołu, nie muszą tamtego dnia pisać kartkówki. I tak oto, tańczę do dzisiaj w jednym i tym samym zespole oraz w tym samym składzie od podstawówki. Zajęcia odbywają się w naszej miejscowości bardzo często. Instruktorka dała nam na wakacjach wolne od treningu. Tańczę w sumie już od przeszło siedmiu lat. Kocham to najmocniej na świecie.
— Jakie sporty lubisz uprawiać jeszcze? Kocham, oprócz oczywiście cheerleadingu grać w siatkówkę. Ostatnio nawet miałam wspaniałą okazję pograć chwilę w siatkę plażową, kiedy wybrałam się ze swoją przyjaciółką na basen. Mogłam poczuć się, jakbym była nad prawdziwą wodą, nad morzem, nad jeziorem. Oprócz siatkówki na świeżym powietrzu, uwielbiam jazdę na rowerze, jeśli jest ładna pogoda, na przykład w wakacje. Może nie umiem jeździć idealnie na łyżwach, ale to także lubię robić. Co jeszcze? Kocham też inne tańce, nie tylko sam cheerleading. W ramach zajęć tańców z pomponami mamy także gimnastykę, jazz, lekcje z baletu, disco, taniec nowoczesny czy hip-hop.
— Jaki powinien być według ciebie idealny facet? Nie mam jakiegoś jednego typu facetów, w których się kocham. Może się powtórzę po wielu dziewczynach, ale po prostu musi mieć „to coś”. Podobają mi się wysocy bruneci z brązowymi oczami, ale też wysortowani, niscy blondyni z niebieskimi oczami. Poza tym, idealny kandydat na chłopaka dla mnie musi umieć o siebie dbać. Kocham się w takich elegancikach, którzy muszą mieć wokół siebie porządek i którzy lubią prostotę. Jeśli chodzi o cechy idealnego chłopaka, mój książę z bajki dobrze, gdyby był opiekuńczy, tolerancyjny, by mnie kochał, nawet bez makijażu, z rozczochranymi włosami. By robił kawę o poranku, czasem też coś ugotował, lubił wyjścia do restauracji albo do kina czy teatru. Jakoś niespecjalnie podobają mi się informatycy. Wolałabym, żeby kochał kulturę i często czytał książki. Żebym mogła z nim oglądać filmy wieczorami. Może być ode mnie starszy, tak do pięciu lat. Chciałabym też, żeby ubierał się modnie, miał swój niepowtarzalny styl i żeby pachniało od niego drogimi perfumami.
— Czy masz albo miałaś, lub planujesz mieć w domu jakiegoś zwierzaczka? Tak, jakiś czas temu miałam dwa koty — jeden Rudolf, a drugi z kolei nazywał się jak z tej bajki — Bonifacy. Niestety oba koty potrąciło auto, gdy w tym samym czasie przechodziły przez ulicę. Mieszkam zaraz koło drogi, gdzie jeżdżą samochody i jest bardzo duży ruch, bo to przedmieścia większego miasteczka. Ciężko było te dwa koty chronić, szczególnie przed wyjściem na drogę. Były bardzo energiczne i trzymałam je w domu, ale czasem pozwoliłam im wychodzić na podwórko, puszczając je na trawę, by trochę sobie pobiegały. Rudolf był białorudym, ślicznym kotkiem, a kolei Bonifacy był szarobiały, w cętki. Do dzisiaj smutno mi jest z tego powodu, że ich już nie ma. Miałam je jakieś cztery lata, a zginęły pod kołami auta dokładnie rok temu. Do tej pory mam ich zdjęcia w ramkach i trzymam w swoim pokoju na jednej z szafek. To mi naprawdę pomaga!
— Jak idzie ci nauka w szkole? Jakie masz oceny? Który przedmiot lubisz najbardziej? To tak. Mam dwa ulubione przedmioty w szkole i wcale nie jest to wychowanie fizyczne! Uwielbiam języki, szczególnie język angielski, a także geografię. Uważam, że jeśli nie wyjdzie mi w przyszłości z tańcami, a bardzo chciałabym zostać zawodową tancerką, niekoniecznie cheerleaderką, ale też tańczyć inne style taneczne, to mogłabym spokojnie wybrać się na filologię angielską albo na filologię francuską. Najlepiej by było, jeśli znalazłabym taki kierunek studiów, który będzie dawał możliwość nauki obu tych języków jednocześnie. Bardzo bym się z tego cieszyła. Kiedyś chciałam też być pogodynką. Teraz już nie mam takich marzeń. Ale, mimo wszystko, wybrałam liceum o profilu językowo-geograficznym. Uczę się dobrze. Lubię zaglądać do książek, mimo tego, że większość wolnego czasu spędzam na zajęciach tanecznych. Kiedy nie jestem bardzo zmęczona, wieczorami siadam do nauki nowych słówek albo do innych lekcji. Zwykle uczę się po dwie, trzy godziny dziennie. Jakoś gospodaruję sobie czas, by nie zaniedbywać szkoły i też nie zaniedbywać zespołu cheerleaderek.
— Masz jakąś przyjaciółkę albo koleżankę? Tak, mam kochaną Nadkę — moją najlepszą przyjaciółkę, z którą możemy razem koniec kraść. W trakcie nauki szkolnej piszemy i dzwonimy do siebie. W weekendy spotykamy się i chodzimy do kina albo na miasto. Traktowałyśmy się jak siostry, mimo że obie nie miałyśmy rodzeństwa. I to nawet jak siostry bliźniaczki. Rozumiałyśmy się bez słów i zawsze się wspaniale dogadywałyśmy. Poznałyśmy się na początku liceum, kiedy trzeba było usiąść z nieznajomymi w jednej ławce. Jakoś tak poczułyśmy już od początku, że jesteśmy obie bratnimi duszami. Odkąd do niej podeszłam i się przywitałam i zaproponowałam jej, żebyśmy razem siedziały w jednej ławce, przyjaźnimy się do tej pory, czyli już dwa lata. Obecnie jestem po drugiej klasie liceum i przede mną klasa maturalna. Po niej matura, a co będzie dalej, zobaczymy. Czy uda mi się w ogóle pozdawać wszystkie egzaminy i wybrać się dalej na studia.
— Jakie miałaś dzieciństwo? Miałam beztroskie dzieciństwo. Kiedy byłam małym dzieckiem, mama zabierała mnie do kina na bajki, do teatru na spektakle przeznaczone dla dzieciaków, na wszystkie możliwe place zabaw, które znajdowały się nieco dalej od naszego domu. Wychodziłam do parku albo do parku trampolin. Do różnych miejsc, gdzie można było zjeść pyszne jedzenie albo na urodziny, czy inne imprezy do moich koleżanek mieszkających po sąsiedzku. W domu bawiłam się z dziewczynami lalkami, a z chłopakami grałam w piłkę na wielkim stadionie albo w koszykówkę na betonowym placu. Z koleżankami przebierałyśmy się w księżniczki i już wtedy nagrywałyśmy filmiki, skacząc po łóżku do naszych ulubionych piosenek, ale na szczęście nikomu nie przesyłaliśmy ich i nie publikowałyśmy nigdzie w Internecie. Co jeszcze robiłyśmy? Przychodziliśmy do siebie i graliśmy w planszówki albo wspólnie oglądaliśmy bajki, zawsze z czterema paczkami żelek, które od razu wszystkie zjadali chłopcy, nie zostawiając nam — dziewczynom — ani jednego, małego kolorowego misia z galaretki. To chyba wszystko.
— Czy kiedykolwiek zapaliłaś papierosa albo napiłaś się alkoholu? Czy czekasz z tym, aż będziesz pełnoletnia? Mam siedemnaście lat, ale za jeden, cały tydzień, skończę osiemnaście. Planuję coś zorganizować i powinnam się z tego względu trochę pospieszyć. Z tego wszystkiego na śmierć zapomniałam o… o swojej osiemnastce!
Wyłączyłam na chwilę kamerę. Przypomniałam sobie o tym, że dokładnie za tydzień będę miała osiemnaście lat. Dobrze, że podrobiłam ten cholerny podpis. Zgłoszenia przyjmowane były kilka dni temu. Miałam małe urwanie głowy, bo nie dość, że jechałam na obóz, to jeszcze przypomniałam sobie o tym, że miałam urodziny. I to osiemnaste. Czy nikt mi aby nie szykuje niespodzianki? Na przykład moje kumpele z liceum, a szczególnie Nadka? Powinnam była za tydzień, czyli tydzień do obozu, zorganizować jakąś imprezę. Odetchnęłam głęboko. Pomyślałam o swojej mamie, o moich rodzicach. Moja mama na pewno po przyjeździe do domu, końcem sierpnia, kupi mi coś drogiego we Francji. Albo wyśle pocztą. Albo zadzwoni, żeby złożyć życzenia. Albo chociaż przyśle cholerną kartkę. No nic. Postanowiłam część z moich wypowiedzi zwyczajnie wyciąć, tak że uda się nakręcić jeszcze ten cholerny filmik.
Napisałam do Nadki z zapytaniem, czy szykowała dla mnie jakiś prezent. Oddzwoniła w jednej chwili.
— Hej, właściwie to… miałam ci nic nie mówić. Ale jeśli już pytasz, planowałyśmy z kilkoma dziewczynami z twoich tańców i jeszcze z kilkoma innymi z liceum, że kupimy ci prezent i przyjedziemy z tortem dwudziestego sierpnia, w twoje urodziny. Miała być niespodzianka, wszystkie dziewczyny na pewno mnie za to uduszą, że się wygadałam. Ale chciałam być z tobą szczera.
— Wiesz co, skoro już coś zaplanowałyście, to wpadajcie. Tylko że zaprosiłabym jeszcze kilka innych osób. W ogóle, to może zrobimy wydarzenie na Facebooku? Oczywiście tylko dostępne dla moich znajomych.
— Wiesz co, to jest naprawdę wspaniały pomysł.
— A tak poza tym. Odzywał się do ciebie Sebastian?
— Tak, gadamy od rana. Prawie cały czas. Dopiero przed chwilką skończyliśmy ze sobą rozmawiać.
— No dobra. Cieszę się. Może z tej znajomości coś dobrego wyniknie.
— Wiesz, nawet nie myślałam, że spotkam kogoś takiego i to w dodatku na basenie.
— Gratuluję jeszcze raz. Muszę skończyć nagrywać mojego vloga. Masz jakieś plany na dzisiaj? Przyjedź do mnie po południu, po piętnastej.
— Jasne. Nie mam innych panów.
— Obmyślimy, jak będzie wyglądała moja osiemnastka.
— No dobra, w takim razie do zobaczenia. Muszę posprzątać trochę w domu.
— A ja wracam do kręcenia vloga.
Skończyłam rozmawiać moją najlepszą przyjaciółką. Kiedy do mnie przyjedzie, wspólnie omówimy wszystko, co będzie się wiązało z imprezą. Tymczasem wróciłam do nagrywania. Na czym to ja skończyłam? Kolejne pytanie… ach, tak. Mówiłam o swoich urodzinach. Szczerze, to byłam tak zaganiana, że kompletnie zapomniałam o tym, że będę kończyć osiemnaście lat w tym miesiącu. Ciągłe występy i próby cheerleaderek, a do tego teraz ten obóz, presja, żeby dobrze się uczyć, szczególnie do matury, sprawiła, że na śmierć o tym wszystkim zapomniałam. Nadka swoje urodziny będzie miała za prawie miesiąc, szesnastego września. Na pewno, podobnie jak ja, będzie organizowała jakąś imprezę.
Ustawiłam kamerę, włączyłam i nagrywałam dalej. Wyszukałam na kartce kolejne pytanie.
— Czy chcesz mieć w przyszłości dzieci i założyć rodzinę? Yy… jasne.
Cały czas moją uwagę zajęła osiemnastka. Nie potrafiłam się skupić na mówieniu, na sensownym odpowiadaniu na pytania. Spojrzałam jeszcze raz na przygotowaną kartkę z wydrukowanymi pytaniami, nad którymi siedziałam pół nocy, żeby je wszystkie jakoś zebrać w całość z różnych swoich portali społecznościowych. „Skup się” — mówiłam do siebie w myślach. — Pola, co jest z tobą?”.
Pomyślałam, że zaparzę sobie kawę, którą na co dzień piła zawsze rankiem i popołudniami moja kochana mama. Wyszłam z sypialni po drewnianych schodach, na dół do kuchni. Nastawiałam czajnik elektryczny, wlewając wcześniej do niego wodę z kranu i włączając go jednym przyciskiem. W czasie, kiedy woda się gotowała, wyjęłam z szafki ulubiony kubek w różowe smoki — kupiłam go kilka lat temu — i zaczęłam poszukiwania puszki, do której była przesypana kawa.
— Gdzie jesteś puszeczko? Zawsze tutaj… byłaś. — Otworzyłam górną szafkę po prawej stronie — Jest — zatriumfowałam.
Nasypałam z eukaliptusowej puszki w liście dwie płaskie łyżeczki kawy rozpuszczalnej, którą czasem, w razie potrzeby, podbierałam mamie i chowałam dokładnie w tym samym miejscu, by nie widziała, że ktokolwiek ją ruszał. Mama, co prawda, nie zabraniała mi picia kawy, ale zawsze mówiła, że w moim wieku nie powinnam jej pić. Teraz kończę osiemnaście lat. Chyba wolno mi już pić kawę, palić papierosy i spożywać alkohol? Oczywiście żartowałam. Wszystko z umiarem.
Woda się zagotowała, a ja zalałam wrzącą wodą przygotowany kubek z kawą. Pomieszałam napój, wsypując do niego dwie łyżeczki brązowego cukru. Zaniosłam jeszcze gorącą kawę do sypialni. Postawiłam ją na parapecie, obok mojej kamery, by od czasu do czasu, zwłaszcza kiedy nieco wystygnie, brać duże łyki i poczuć się tym samym lepiej. Bardziej i mocniej się skoncentrować. Myśleć lepiej i przede wszystkim odpowiadać na pytania trochę dłużej niż tylko „tak” albo „nie”, albo ewentualnie „nie wiem”. Przed ponownym włączeniem kamery wzięłam dwa duże łyki kofeiny. Może teraz zdołam się jakoś skupić? Może nie zawiodę swoich widzów i uda mi się nakręcić ten cholerny filmik. W końcu w swoim ostatnim vlogu obiecałam to swoim widzom. Wzięłam jeszcze głębszy oddech i otworzyłam okno. Nagle uznałam, że zrobię montaż, i przeniosę się na werandę z kartką z pytaniami, kawą i aparatem cyfrowym. Był to wspaniały pomysł, bo na dworze wiał leciutki wiatr. Było bardzo ciepło, idealnie wręcz. Ustawiłam odpowiednio obiektyw, postawiłam na stole kawusię, wzięłam do ręki kartkę i myśli jakoś same zaczęły mi przypływać do głowy. Może pod wpływem dotlenienia, a może jeszcze z innego względu. Na zewnątrz było przyjemnie, wspaniale. Szum pobliskich drzew i śpiew ptaszków odprężał, relaksował i powodował, że mój umysł lepiej pracował. Jeszcze raz powtórzyłam głośno pytanie, włączając kamerę.
— Czy chcesz mieć w przyszłości dzieci i założyć rodzinę? No pewnie, że chcę. Kocham i uwielbiam dzieci. Ale mam na razie dopiero siedemnaście, a właściwie osiemnaście lat. — Ugryzłam się w język. — Przy okazji mojej osiemnastki organizuję konkurs. Wiem, że to trochę egoistyczne, ale ten, kto napisze najciekawsze życzenia dla mnie, mogą być pisane wierszem, dostanie ode mnie jakąś rzecz z mojego domu. Wyślę ją najbardziej kreatywnemu widzowi. Ślijcie pod tym filmikiem życzenia, a ja wybiorę najlepszą, powiedzmy piątkę, która zgarnie ode mnie nagrody. Z kolei w następnym filmie postaram się rozstrzygnąć cały konkurs. A tymczasem wracam do waszego pytania. Marzy mi się ślub z księciem z bajki, a potem oczywiście gromadka dzieci. Kiedy? Jeszcze tego nie wiem. Ale wiem jedno na pewno, że jeszcze nie teraz. Chcę wybrać się na studia i znaleźć dobrze płatną pracę zaraz po nich, a miłość i dziecko mogą poczekać nawet do mojej trzydziestki. Nie jestem osobą, która będzie czekała na zrobienie sobie dzieciaka do czterdziestki. Uważam jednak, że na wszystko przyjdzie czas. Mam na myśli imprezy, maturę, studia — później, a dalej pracę i poznanie jakiegoś faceta. Z niczym nie chcę się spieszyć. Ale w dalekiej przyszłości oczywiście nie wykluczam założenia rodziny.
— Jakiej muzyki słuchasz na co dzień? Uwielbiam słuchać wiele zespołów i nie mam jakiegoś jednego ulubionego gatunku muzycznego czy ulubionego artysty. Po prostu słucham wielu utworów, które akurat wpadną mi w ucho. Lubię Ellę Davis, która nagrała całą chwytliwą, romantyczną płytę ze skrzypcami w tle. Lubię też Gokob, który bardziej w swoich piosenkach nawiązuje do elektroniki, trochę disco i trochę techno. Kocham Magic Midnight, którzy wykonują muzykę bardziej jazzową. Teraz jeszcze mam w pamięci zespół Trzy Dwa Razy. To polscy wykonawcy, robiący obecnie furorę za granicą, szczególnie w Czechach i na Słowacji. To trochę słowiańskie rytmy, a na większości teledysków do ich piosenek występują dziewczyny ubrane w stroje ludowe. Jeśli miałabym podać najbardziej ulubiony gatunek muzyczny, to jest nim rock połączony z soulem. Tak, te dwa gatunki są mi najbardziej bliskie. A czy często słucham muzyki? Tej w radiu prawie cały czas. Tej w swoim odtwarzaczu w telefonie — jakieś dwie godzinki dziennie. Zakładam słuchawki i odpływam w inną krainę, do innego świata. Bez muzyki, i to tej ulubionej, nie wyobrażam sobie życia.
— Jakie są twoje największe marzenia? Mam mnóstwo marzeń. Pamiętam nawet, że kiedyś na zajęciach z panią psycholog, które mieliśmy w szkole, trzeba było wypisać dziesięć swoich największych celów — marzeń, do których chce się dążyć. Nawet specjalnie dla was przygotowałam sobie całą taką listę. I chciałabym ją teraz oficjalnie odczytać. Jeden: zdobyć mistrzostwo Polski podczas zawodów cheerleaderek. Dwa: pojechać do Wenecji (bardzo mi się podoba tamto miasteczko). Trzy: Oczywiście zdać maturę. Cztery: dostać się na filologię z językiem angielskim i francuskim. Pięć: w dalekiej przyszłości założyć swój zespół cheerleaderek, uczyć innych i wymyślać taneczne choreografie. Sześć: zorganizować dużą, wystawną osiemnastkę. Siedem: zdać egzamin na prawo jazdy. Osiem: przeczytać pięćdziesiąt książek w ciągu roku (to takie małe wyzwanie, moje i Nadki). Dziewięć: wybrać się na prawdziwą sesję zdjęciową z profesjonalnym fotografem, może być w plenerze. Dziesięć: zatańczyć na dużej scenie, a dokładnie na dużym stadionie, podczas mistrzostw Polski w siatkówce. Mogę nawet skomentować tą moją listę, którą robiłam dokładnie rok temu, i która niezbyt się od tamtego czasu zmieniła. Bardzo chciałabym tańczyć na stadionach albo najlepiej zdobyć mistrzostwo Polski w tańcach z pomponami. Poza tym kocham Wenecję i mam nawet w jednym pokoju obraz powieszony na ścianie przedstawiający właśnie to miasteczko. Jest tam tak romantycznie i chciałabym móc pojechać tam ze swoim chłopakiem. Pocałować się na tratwie i najlepiej jakby on oświadczył mi się w takiej bardzo klimatycznej scenerii. Może się powtarzam, ale chciałabym też, żeby moja dalsza edukacja nie skończyła się na liceum. Chcę zdać maturę i dostać się na wymarzone studia. Umówiłyśmy się z moją przyjaciółką, że przeczytamy mnóstwo książek od nowego roku szkolnego. I będą to lektury, ale nie tylko — także nasze ulubione pozycje. Konkurs, kto przeczyta więcej, zostanie zwieńczony końcem czerwca nowego roku. Już od momentu naszego małego zakładu, planuję, co by tutaj przeczytać. Na szczęście niedaleko mojej miejscowości znajduje się biblioteka. Mogę chodzić do niej nawet codziennie, byle tylko wygrać zakład. Co prawda, założyłyśmy się rok temu, ale temat jest nadal świeży i aktualny. W tamtym roku zakład nam się nie udał, bo żadna z nas nie przeczytała tylu książek. Może w tym roku się uda. Nie jestem modelką, ale chciałabym się także wybrać na profesjonalną sesję zdjęciową do jakiegoś fotografa. I może na sesję wpadnie także moja przyjaciółka i razem zapozujemy. No dobrze. Aaaj! Zostało jeszcze prawko. Planuję je zrobić, ale jak będę miała odłożoną większą sumę pieniędzy. Chyba że mama, w ramach urodzin, podaruje mi na to pieniądze.
Spojrzałam na zegarek. Dochodziła dwunasta. Ale się rozgadałam. Musiałam się troszkę sprężać. Wypiłam kolejny łyk, tym razem już trochę schłodzonej kawy, i kontynuowałam nagrywanie.
— Jeśli to byłby ostatni miesiąc swojego życia, to jak byś go spędziła? Oj, tego pytania bałam się chyba najbardziej. Myślę, że zwiedziałabym cały świat i codziennie byłabym w innym kraju, innej miejscowości, innym miasteczku. Oprócz zwiedzania, stołowałabym się w najlepszych restauracjach na świecie, a wieczorem oglądałabym najbardziej kultowe filmy w objęciach swojego chłopaka. Jadłabym też wszystko, na co mam ochotę. Spróbowałabym w międzyczasie wszystkich możliwych sportów i wybrałabym się na koncerty największych gwiazd, a potem bym się z nimi spotkała za kulisami. Poszłabym na pokaz mody, przejechałabym się gokartem, wybrałabym się na kręgle i zadzwoniła do mamy i taty, i powiedziałbym im, że bardzo ich kocham. Spróbowałabym jazdy na nartach, snowboardingu, łyżew jeszcze raz. Wybrałabym się na wycieczkę rowerową, na kilkadziesiąt kilometrów. Pojechałabym na Morze Bałtyckie się pokąpać i w góry pochodzić i być może zdobyć jakiś szczyt. Całowałabym chłopaka przez kilka godzin i zobaczyłabym piramidy w Egipcie, zupełnie na żywo. Przejechałabym się pustynią na grzbiecie wielbłąda. I zobaczyłabym widowisko baletowe. Zatańczyłabym ze swoją drużyną na mundialu. Kupiłabym prenumeratę najdroższych magazynów modowych. Na razie tylko, a raczej aż tyle, przychodzi mi do głowy.
— Dokąd zabrałabyś swojego chłopaka na randkę, jeśli to ty miałabyś o tym decydować? Oj, muszę przez chwilę pomyśleć. Może byłaby to droga restauracja albo kino? Nie mam jakiegoś takiego idealnego, wymarzonego miejsca na randkę. Uważam, że jeśli się kogoś kocha, to każde miejsce na spotkanie będzie dobre. No, może prawie każde. Najważniejsza jest w końcu ta osoba, z którą się człowiek spotyka. Nieistotna jest cała ta otoczka. Może to być koncert, a równie dobrze basen. Może to być też romantyczny spacer po parku albo teatr. Kręgle albo wspólna wycieczka rowerowa.
— Lubisz czytać? Jeśli tak, to co ostatnio przeczytałaś i kiedy? Jeśli chodzi o czytanie, nie jestem w tym jakąś pionierką. Po prostu przeczytam coś od czasu do czasu, co wpadnie mi w ręce. Do biblioteki chodzę maksimum dwa razy w miesiącu. Nie potrzebuję więcej, bo i tak na ogół mało czytam. Zdarza się, że dziennie przeczytam coś ze dwie, trzy, cztery godziny albo ani jednej. Lubię historie, które w jakiś sposób mnie ujmują. Nie wszystkie książki mi się spodobają. Kiedy tak się dzieje, zostawiam taką powieść niedokończoną i oddaję ją do biblioteki. Nie ma co na siłę czytać i wierzyć, że akurat uda mi się ją dokończyć. Już wiem z doświadczenia, że jak coś mi nie podejdzie, to wcale nie muszę jej czytać. A ostatnio, z tego co pamiętam, przeczytałam książkę Joanny Radomskiej pod tytułem Chwila prawdy. Jest to opowieść o małej dziewczynce, która od zawsze miała marzenie, by tańczyć. Jej rodzice niestety nie pochwalali tej pasji, a ona sama, po kryjomu przed nimi, chodziła na lekcje tańca. To bardzo ujmująca i przepiękna historia, przy której nie ukrywam, że uroniłam niejedną łzę.
— Jakie są twoje ulubione filmy? Lubię, jak to baba, komedie romantyczne. Często się przy nich wzruszam. Poza tym, może was to zdziwić, ale podobają mi się animacje, czyli bajki dla dzieci. Kocham też filmy dokumentalne z ciekawą historią oraz biografie, szczególnie artystów muzycznych. Lubię też oglądać seriale, na przykład „Ta epoka”, która jest ostatnio taka modna, albo „Romans stulecia”. Ich twórcy, jak się ostatnio dowiedziałam, planują nagrać więcej sezonów. Ta informacja bardzo mnie ucieszyła. Nowe odcinki będzie można obejrzeć już końcem sierpnia. To moment, w którym przyjadę z obozu… Cholerka. — Ugryzłam się w język. Miałam w końcu nikomu nie wspominać o tym, że planowałam wybrać się na ten obóz. A co, jeśli film zobaczy moja mama? No nic. Trzeba będzie wyciąć i ten fragment.
— Czy stosowałaś w swoim życiu jakąś dietę albo możesz stosujesz teraz? Jak już wspominałam, obecnie jestem na zdrowej diecie. Jem wszystkie produkty, ale w ich niskokalorycznej wersji. Odchudzam się już od kilku ładnych lat. Zaczęłam jeszcze w końcowej klasie podstawówki, to była może siódma, a może ósma klasa. Nigdy jednak nie miałam zaburzeń związanych z jedzeniem, i całe szczęście. A dieta, i to przypominam, zdrowa i dobrze i zbilansowana, towarzyszyła mi przez większość nastoletniego życia. Aby utrzymać ładną sylwetkę, uwierzcie mi, wystarczy zdrowo się odżywiać.
— Czy jesteś od czegoś uzależniona? Oczywiście, że tak. Jak każdy. Ale mówię to z przymrużeniem oka. Jestem uzależniona od treningów tanecznych, od picia czerwonej herbaty, którą mogłabym wypijać litrami każdego dnia, bo zwyczajnie kocham ten smak. Nie wyobrażam sobie życia bez nagrywania dla was filmów. Uwielbiam oglądać wieczorami seriale i filmy. Uzależniłam się też od swojego telefonu i od nauki. Nie mogę sobie teraz nic więcej przypomnieć, ale na pewno coś by się tutaj jeszcze znalazło. O, mam! Od kupowania ubrań i lakierów do paznokci. Mam ich całą kolekcję, chyba ze trzydzieści. Zawsze rano gapię się w lustro i wyszukuję zmarszczki albo krostki. Codziennie smaruję ciało tym sam oliwkowym balsamem i nie mogę się obejść bez kredki do oczu. Nigdy nie chcę mi się wstawać rano do szkoły i w związku z tym jestem uzależniona od ociągania się rano i ustawiania budzika w taki sposób, by zadzwonił za następne pięć minut. Tak, jestem też kujonką i jestem uzależniona od wkuwania, ale to jest chyba akurat na plus.
— Jeśli mogłabyś zaplanować swoje życie, jak byś je przeżyła? Hmmm… na razie nie wiem za bardzo, jak odpowiedzieć na to pytanie. Po prostu żyję z dnia na dzień, nie robię dalekosiężnych planów. W ogóle, tak naprawdę nic nie planuję. Nie znaczy to, że żyję jakoś chaotycznie i że moje życie wymyka się spod kontroli, bo tak nie jest. Ale lubię wszystko robić spontanicznie. Zwykle, kiedy coś planuję, to nic się nie udaje. Dlatego też najlepsze wypady gdzieś, jak wyjazdy, spotkania, imprezy czy dyskoteki, zdarzają się trochę z przypadku, bez wcześniejszego zaplanowania. Życie samo przynosi niespodzianki. I są one najlepsze tylko wtedy, gdy dzieją się mimochodem. Jestem bardzo szczęśliwym człowiekiem. Nie ma w moim życiu żadnej rutyny, która, jak wiem doskonale, może być często szkodliwa. Warto być od czasu do czasu nieco zwariowanym, mieć głupie pomysły, sporą energię, a przede wszystkim warto kochać ludzi i przebywać z nimi. Nie ma co planować życia, bo najczęściej to nie wyjdzie i nie ma co być zbytnio poważnym, a życia brać zbyt serio. Dobrze mieć do wszystkiego pewien dystans. No i oczywiście się dużo śmiać i bawić!
— Czy żałujesz czegoś, czego nie zrobiłaś? Jasne! Żałuję, że nie byłam do tej pory na koncercie moich ulubionych artystów. Ja wtedy nie mogłam pojechać, bo miałam ważny egzamin w szkole i musiałam się do niego uczyć. Na pewno żałuję, że nie nauczyłam się do tej pory pływać, ale to jeszcze przede mną. Żałuję też, że nie tańczę dłużej niż od dziewiątego roku życia. Dziś byłabym istną gwiazdą. Byłabym bardziej rozciągnięta, na pewno miałabym lepszą technikę, no i również byłabym obyta ze sceną. Poza tym żałuję, że nie przyszłam na casting do roli Augustyny do spektaklu teatralnego w naszym miasteczku, bo byłam przeziębiona. Że nie przyszłam na warsztaty taneczne z gwiazdą Miką Lubasik, bo zwyczajnie wtedy zaspałam. Żałuję też, że nasz zespół nie wystartował w wojewódzkich mistrzostwach cheerleaders, bo kiedy przyjechałyśmy na miejsce, okazało się, że panie instruktorki zapomniały zabrać naszych strojów i już było za późno, żeby po nie jechać. I żałuję, że nie było mnie w szkole, kiedy przyjechały do nas gwiazdy siatkówki — cały zespół, który wygrał aktualne mistrzostwa Polski. No nic, tego jest bardzo dużo. Mogłabym wymieniać i wymieniać, ale niestety czas mnie nieco nagli. Zakończę więc własnym pytaniem do was — moi drodzy widzowie — dajcie znać i podzielcie się waszymi historiami. Dziesięć najlepszych historii, dotyczących tego, czego żałujecie, przeczytam na głos. Obserwuje mnie na kanale YouTube ponad pięć tysięcy ludzi. Piszcie do mnie wiadomości na Instagramie, tak będzie najszybciej.
— Jakie są twoje zainteresowania i pasje? Oprócz tańczenia w zespole cheerleaderek, lubię także inne sporty, na przykład siatkówkę, szczególnie tę plażową. Chcę sobie sprawić małego pieska, jeszcze w tym roku, może adoptuję jakiegoś ze schroniska. Będę miała motywację, żeby wychodzić z domu na spacery. Poza tym lubię układać puzzle, grać w przeróżne planszówki, do tego pichcić zdrowe posiłki, chodzić na zakupy, zwłaszcza te ubraniowe, lubię stroić się i robić sobie zdjęcia w różnych stylizacjach, a potem wrzucać je na bloga. Uwielbiam nagrywać dla was filmiki o różnej tematyce. No i także kocham planować posiłki, wyszukiwać inspirujące przepisy w Internecie albo w książkach kucharskich, wypróbowywać je i potem dzielić się wszystkimi na swoim kulinarnym blogu. Oprócz tego lubię chodzić na siłownię, a moimi ulubionymi zajęciami jest cardio, step i pilates. Cóż i lubię też mieszkać w Tarnobrzegach. Nie zmieniłabym swojego miejsca zamieszkania nawet dla ukochanej osoby.
— Jaki byłby twój wymarzony prezent? Hmmm… mam wiele pomysłów na prezent, który chciałabym dostać na swoją osiemnastkę albo pod choinkę na święta. Jest to książka ulubionej pisarki — podróżniczki i felietonistki, Faustyny Boberek. Dalej, chciałabym dostać film „Miłość i szacunek”. To historia o tancerce, która pewnego dnia nabawiła się kontuzji. Niestety, musiała zrezygnować na zawsze z tańców. Okazało się, że los przyciągnął do niej miłość i gdyby nie kontuzja, jej historia pewnie potoczyłaby się zupełnie inaczej i nigdy nie byłaby tak szczęśliwa. Poza tym zawsze marzyłam o tiulowej, fioletowej spódnicy, a także o drewnianej skrzynce na swoje bibeloty. No i zbieram wszystkie kartki świąteczne, urodzinowe czy imieninowe, które otrzymuję. Mam ich już sporą kolekcję. Nie liczyłam, ale wydaje mi się, że będzie ich nawet kilkadziesiąt.
— Czy chodzisz do kościoła? Tak, chodzę, czasem tylko opuszczam niedzielne msze, bo albo mamy próbę lub występ taneczny, albo jestem chora, albo zwyczajnie mi się nie chce i nie mam ochoty. Wolę wtedy spotkać się z Nadką albo połazić po mieście, lub też słodko wylegiwać się w łóżku, oglądając ulubione filmy i seriale. Robić gofry z bitą śmietaną i polewą wiśniową albo dżemem borówkowym, a potem bezkarnie je wszystkie zjadać i się obijać. Jestem osobą wierzącą i praktykującą. Wierzę, że Bóg nam zawsze pomoże, jeśli będziemy w Niego mocno wierzyć. On cały czas tutaj gdzieś jest. Uważam, że należy przestrzegać Dziesięciu Przykazań i być wobec Boga posłusznym.
— Jakie nagrody otrzymałyście razem z zespołem cheerleaderek? Ojjj, było tego mnóstwo. Nie będę wymieniać wszystkich, bo zwyczajnie tyle ich było, że kompletnie nie pamiętam szczegółowych wyróżnień. Zjeździłyśmy pobliskie miasteczka i wsie, dając wakacyjne występy tańca, na przykład podczas letnich festynów. Nawet kilkukrotnie startowałyśmy w mistrzostwach naszego województwa i zajęłyśmy drugie miejsce. To z pewnością było naszym największym osiągnięciem. Poza tym, medali w domu mam około dwunastu. Tak, mogę się pomylić o dwa albo trzy, ale na pewno jest ich dwanaście. Nie mówiąc już o statuetkach, które znajdują się w naszej szkole podstawowej i w szafce naszej pani choreograf.
— Jesteś bardziej imprezową dziewczyną czy na odwrót — cichą kujonką? Hmmm, odpowiem i to, i to. Nie jestem ani jedną, ani drugą w zupełności. Jestem imprezową osobą, uwielbiam parapetówki, domówki czy kluby, a z drugiej strony jestem skromna i lubię się dużo uczyć. Stosunkowo łatwo idzie mi zapamiętywanie. Dlatego też nauka idzie mi jak z płatka. W godzinę jestem w stanie ogarnąć jeden rozdział z geografii na kartkówkę. Albo w pół godziny przygotować się do odpowiedzi ustnej z biologii.