E-book
13.65
drukowana A5
33.39
CHCIWOŚĆ

Bezpłatny fragment - CHCIWOŚĆ


5
Objętość:
154 str.
ISBN:
978-83-8155-557-9
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 33.39
Niektóre wydarzenia zawarte w książce faktycznie miały miejsce. Jednak wszystkie postacie, ich imiona, nazwiska i pseudonimy, ich rola we wspomnianych wydarzeniach oraz cała fabuła są jedynie fikcją literacką. Opisana tu historia nie ma na celu propagowania przemocy. Prawdziwe wydarzenia stanowią jedynie tło tej opowieści. W rzeczywistości napad na restaurację McDonald’s w Płocku miał miejsce w nocy z 1 na 2 listopada 1999 roku.


Wstęp

Bułgaria, Słoneczny Brzeg, rok 2014

Przepiękny widok. Srebrzyste od słońca Morze Czarne mieni się kolorami odbijając jego promienie. Woda jest tak czysta, że widać pływające w wodzie meduzy wielkości arbuza. Na piasku niezliczona ilość opalonych na mahoń turystów. Przy plaży szeroka ulica ciągnąca się wzdłuż linii brzegu. Wzdłuż drogi rosną równo rozmieszczone palmy. Na promenadzie równoległej do ulicy dziewczyny w bikini jeżdżą na rolkach. Szosą wzdłuż plaży sunie leniwie błękitny Mercedes klasy S. Za kierownicą siedzi śniady mężczyzna w wieku około trzydziestu pięciu lat. Zerka na złoty zegarek, włącza prawy kierunkowskaz i zjeżdża na parking. Wysiada z auta i zapala papierosa. Ten wytatuowany barczysty brunet o ciemnej karnacji wyróżnia się elegancją. Ma na sobie białe spodnie, czarna koszulę i ciemne skórzane półbuty.

Opiera się o samochód i patrzy z zachwytem na morze. To Patryk Wiśniewski pseudonim Bystry. Dotarł tu wczoraj i jest umówiony z przedstawicielem agencji nieruchomości na oglądanie apartamentu z widokiem na morze. Ma zamiar go kupić i zamieszkać w nim. Pozostałe cztery, o których myśli zamierza wynająć zapewniając sobie w ten sposób stały dochód. Przyjechał tu z trzema milionami złotych na koncie, w szwajcarskim banku. Nie jest to może kwota pozwalająca na leżenie do góry brzuchem do końca życia, ale na pewno pozwala na spokojną egzystencję i rozsądne inwestowanie. Nie. Bystry nie wygrał tych pieniędzy w totolotka. Nie jest też biznesmenem. Doszedł do tych pieniędzy w sześć lat zaczynając od zera…

Rozdział I

Płock rok 1999.

Niebo spowijają ciemne chmury. Powietrze jest rześkie. Na parkingu należącym do Szkoły Wyższej im. Pawła Włodkowica, oddzielonego od restauracji McDonald żywopłotem, stoi bordowy Chrysler Voyager na niemieckich tablicach rejestracyjnych. Silnik pracuje, a boczne drzwi są odsunięte. Od strony restauracji nadbiega trzech zamaskowanych mężczyzn z reklamówką pełną pieniędzy. Wskakują do auta. Zasuwają drzwi, a samochód rusza powoli kierując się w stronę ulicy Lachmana. Kierowca jedzie powoli z dozwoloną prędkością. Mężczyźni zdejmują kominiarki i zadowoleni wydają dzikie okrzyki radości. Każdy z nich ma dziś dobry dzień. Zezun — to on wymyślił skok na McDonald’s. Ma dwadzieścia pięć lat i pięć lat odsiadki za sobą. Wyszedł zaledwie pół roku temu. Niewysoki blondyn zawsze ulizany gumą do włosów, niezależnie czy ma na sobie garnitur czy swój codzienny uniform czyli dżinsy, koszule, czarna skórzana kurtkę i świecące od połysku półbuty. Komar — wysoki, prawie dwa metry wzrostu brunet o porowatej, suchej cerze. Rówieśnik i najlepszy przyjaciel Zezuna. Znają się od podstawówki. Razem dostali wyrok za przemyt narkotyków. Komar nie przywiązuje dużej wagi do wyglądu. Często chodzi w zwykłych dresach. Galon — otyły brunet o kręconych włosach. Złodziej samochodów, również koleżka Zezuna. Za kierownicą siedzi Zgred. Średniego wzrostu mężczyzna w wieku około sześćdziesięciu pięciu lat o zniszczonej wysuszonej twarzy. Zawsze w znoszonej skórzanej kurtce, wypastowanych półbutach i czarnym kapeluszu. Zawsze zgarbiony i z papierosem w ręku. To stary recydywista, który jest winien Zezunowi dwadzieścia tysięcy złotych. Nie jest w stanie ich oddać więc je odpracowuje, głównie popełniając przestępstwa. Jest dla Zezuna bezcenny. Nie boi się więzienia, nie wsypie go i zarabia dla niego pieniądze, nie zdając sobie nawet sprawy, że zarobił już trzy razy tyle ile był winien. Samochód wjeżdża między osiedlowe garaże. Zezun otwiera jeden z nich i wyjeżdża Oplem Omegą. Galon i Komar wsiadają do niego i ruszają w kierunku ZOO. Zgred wjeżdża Chryslerem do garażu, zamyka go i idzie na przystanek autobusowy.

— Już latają.

Zezun skomentował wyprzedzający ich na sygnale radiowóz. Pracownicy zostali skrępowani i nie mieli jak wezwać policji. Dokonali napadu przed otwarciem lokalu dla klientów. Weszli przez dziurę w dachu. Dzięki temu zyskali na czasie. Teraz, gdy radiowozy zjeżdżały się pod McDonald’s, oni parkowali właśnie na parkingu pod ZOO. Tam czekał już na nich młody chłopak. Utalentowany fałszerz banknotów. Sprzedawał setki po pięćdziesiąt złotych. Przy tak dużym zamówieniu schodził poniżej trzydziestu. Wziął reklamówkę z trzydziestoma tysiącami zrabowanymi z McDonalda, a w zamian przekazał torbę zawierającą sto tysięcy złotych w fałszywych stuzłotowych banknotach. Co najciekawsze fałszerza dwadzieścia minut później z reklamówką pełną zrabowanych pieniędzy złapała policja. On jednak nie był w ciemię bity i zeznał później, że reklamówkę znalazł na śmietniku. Ponieważ żadnych dowodów ani śladów nie znaleziono, dostał jedynie wyrok za przywłaszczenie gotówki.

Fałszywki były na bardzo wysokim poziomie. Zezun już wcześniej testował je w kantorach i kasynie. Nikt się nie zorientował. Dwa dni po skoku, Zezun i Komar ruszyli z gotówką do Utrechtu po samochody. Proponowali to Galonowi, lecz on miał już sprecyzowane plany odnośnie zainwestowania swojej działki. Przed granicą w trzech różnych kantorach pozbyli się fałszywek kupując za nie euro. Następnego dnia o piątej rano byli już na giełdzie w Utrehtcie. W tych czasach była to największa giełda samochodowa w Europie. Kupili pięć BMW, które zapakowali na lawetę i wrócili do Płocka z przystankiem na korektę licznika. W weekend auta sprzedali na giełdzie w Słomczynie. Na każdym aucie byli cztery tysiące do przodu. Od tej pory co tydzień byli w Utrechcie. Samochody schodziły jak ciepłe bułeczki. Był na nie prawdziwy boom. Wkrótce otworzyli komis, który miał szansę być ich legalnym dochodowym biznesem. Jednak niedługo stał się zwykłą przykrywką. Zarabiali po dziesięć tysięcy złotych miesięcznie z samego handlu samochodami. To mniej więcej dwa razy tyle co ówczesny kierownik wydziału w orlenowskiej spółce. Jednak wciąż było im mało. Długo nie wytrzymali w legalnym biznesie, a że sprowadzali auta z Holandii nie byliby sobą gdyby nie skorzystali z okazji. Każdy sprowadzony przez nich samochód jako opłacony i wyrejestrowany w Holandii przejeżdżał przez granicę praktycznie bez kontroli. Aut sprowadzanych było wówczas tyle, że strażnicy przepuszczali jednego za drugim, rzucając tylko okiem czy są dokumenty. Nie chcieli tamować ruchu. Zdarzały się wyrywkowe kontrole, ale przeważnie dotyczyły one Rosjan, Litwinów i Ukraińców. Wykorzystując ten fakt zaczęli piec dwie pieczenie przy jednym ogniu. Najpierw jeden samochód na próbę, potem dwa, trzy, a po miesiącu każdy sprowadzony przez nich samochód wracał napchany holenderską marihuana, która po drodze w Luboniu pod Poznaniem była sprzedawana. Kupowali ją zaprzyjaźnieni z Zezunem Cyganie, którzy wywozili ją do Anglii jadąc przez Holandię. Co najśmieszniejsze, jechali przez dokładnie tę samą miejscowość, w której kupowali chłopacy. Mieli na nią duży popyt. Romska grupa bardzo dobrze odnajdywała się w Wielkiej Brytanii. Handlowali tam narkotykami na bardzo dużą skalę, wyłudzali zasiłki socjalne oraz trudnili się tzw. ustawianiem dzwonów czyli upozorowywaniem stłuczek i wyłudzaniem pieniędzy z angielskich firm ubezpieczeniowych. Z pewnością zakres ich działalności był dużo szerszy. Zezun wiedział o nich tyle ile chcieli, żeby wiedział. Z pewnością dobrze prosperowali. Przyjeżdżali nowymi Mercedesami, przeważnie AMG bądź Brabus. Lubowali się w tej marce. Po trzecim transporcie dogadali się z Zezunem, bo zawsze tylko z nim rozmawiali, na wygodniejsze i bezpieczniejsze dla wszystkich rozwiązanie. Od tamtej pory odbierali towar w Niemczech. Dzięki temu odchodził problem i potencjalne ryzyko kontroli na polskiej granicy. Między Niemcami, Belgią, Holandią i Francją kontroli nie było — strefa Shengen. Jedynie przy wjeździe do Wielkiej Brytanii było ryzyko, ale jakoś i z tym sobie radzili. Po jakimś czasie jeszcze bardziej uprościli sobie robotę. Doszli z Cyganami do porozumienia i zaczęli oni odbierać narkotyki razem z samochodami. Nie było potrzeby przepakowywania i zmniejszało się ryzyko. Kierowcą lawety mianowali Zgreda. Taki transport szedł przeważnie raz w miesiącu. Zezun zdobył uznanie Cyganów. Pewnego razu został zaproszony przez szefa ich grupy na wystawne przyjęcie w jego posiadłości w Niemczech. Był to niesamowicie masywny mężczyzna o typowej romskiej urodzie. Z powodu swoich gabarytów wszyscy mówili na niego po prostu grubas. Mieszkał w Niemczech, a kierował przynajmniej trzema takimi grupami, z których każda działała w innym kraju. Docenił Zezuna nazywając go nowym przyjacielem. Poinformował, że to on zarabia na kupowanych od nich narkotykach i zapowiedział, że liczy na długą współpracę. Zapewnił o swojej przyjaźni. Określił to specyficznym zwrotem: “Od teraz Twój wróg jest moim wrogiem”. To zwiększyło pozycję Zezuna w kontaktach z Cyganami. Od teraz nie był już zwykłym dostawcą. Był znajomym Grubasa, a to naprawdę znaczyło wiele. Chłopacy po roku jeżdżenia do Holandii stali się majętnymi ludźmi. Zaczęli wchodzić w inne biznesy. Najpierw niepewnie. Zezun otworzył siłownię na swojego kuzyna, a Komar studio tatuażu na sąsiada. Po dwóch latach nabrali większej pewności i jako spółka z ograniczoną odpowiedzialnością, otworzyli stację benzynową i dwie myjnie. Każdy z nich kupił również po kilka mieszkań na wynajem. Wszystko robili zgodnie z opracowanym wcześniej planem. Założyli legalną firmę. Na swoje przedsięwzięcia biznesowe brali kredyty w bankach i spłacali je z odsetkami. W ten sposób legalizowali pieniądze pochodzące z typowej działalności przestępczej. W marcu 2003 roku otworzyli nowy komis. Stary zamknęli. Galon, który swoją działkę z McDonald’s roztrwonił w trzy miesiące, zaczął mieć żal do kolegów, że nie wzięli go do spółki.

Rozdział II

Październik 2003

Zezun spał w jednym ze swoich mieszkań na Starym Mieście, kiedy obudził go dźwięk telefonu. Była godzina szósta rano. Spojrzał na dzwoniącą komórkę. To Komar.

— Opierdolili nam dwa Mercedesy, a w pozostałych powybijali szyby, pocięli opony i jakimś gwoździem wszystkie porysowali.

— Ale kto?

— Kto? Kurwa jakieś chuje, nie wiem kto. Policja tu jest. Przyjeżdżaj bo jeszcze my musimy kurwa wyjaśnienia składać. Tu panowie policjanci bardzo są dociekliwi!

Słychać było, że jest zdenerwowany i co najgorsze swoje nerwy próbuje wyładowywać na policjantach, a to z pewnością nie było mądre posunięcie. Wykonywali swoją pracę. Nic dziwnego, że mieli do nich pytania, zwłaszcza że obaj gościli przecież w policyjnej kartotece.

Zezun poderwał się z łóżka, założył dżinsy, sweter, buty i wybiegł na dwór. Szybko wskoczył do samochodu. Chciał być na miejscu zanim Komar zrobi coś głupiego. Kiedy się denerwował często postępował nierozważnie. Zostawianie go samego w nerwach było niebezpieczne. Mogły być z tego kolejne kłopoty. Nie było na co czekać. Każda minuta miała tu znaczenie. Włączył sportowy tryb jazdy i za piętnaście minut parkował już pod bramą komisu. Wysiadł z auta i podszedł do policjantów rozmawiających z Komarem.

— Nie no kurwa, sam je sobie rozwaliłem, a dwa to w ogóle sam sobie ukradłem.

Kpił Komar.

— Musimy to sprawdzić. Takie sytuacje się zdarzają.

Odparł jeden z funkcjonariuszy.

— Ale to nie jest taka sytuacja.

Wtrącił się spokojnym głosem Zezun.

— Co ma Pan na myśli? Spytał policjant.

— Te samochody nie były ubezpieczone. Posiadały tylko O.C. Były jeszcze nie zarejestrowane. Nie miałoby to sensu bo nie da się na tym zarobić. Za to jesteśmy ostro w plecy.

— A kto mógł to zrobić?

— Nie mam pojęcia. Odsiedzieliśmy swoje. Teraz prowadzimy zwykły komis. Nie mamy żadnych wrogów.

— Aha. Czyli zrobili to Wasi przyjaciele?

Zakpił policjant.

— Proszę Pana, celem bandziora jest nie dać się złapać. Celem policjanta jest go zatrzymać. To jest sprawa między wami. Ja mogę tylko złożyć zeznania, a że nic nie wiem, to jedyne co mogę panom powiedzieć to, że nic nie wiem.

Rozmowa nie trwała długo. Spisali zeznania, zapewnili, że zajmą się sprawą i pojechali.

— Ciekawe kto to.

Zagaił Zezun.

— Nie mam pojęcia. Może jacyś handlarze. Jest trochę tych komisów.

— No nie wiem. Zobaczymy co będzie dalej. Chodź, przejedziemy się do Zgreda.

— Dobra.

Wsiedli do auta i ruszyli ulicą Bielską w stronę ratusza. Światła im nie sprzyjały. Na każdym skrzyżowaniu stali na czerwonym świetle. Byli tak zdenerwowani sytuacją w komisie, że od momentu kiedy ruszyli nie odzywali się do siebie. Mijając skrzyżowanie z ulicą Sienkiewicza Zezun, zatrzymał się na środku skrzyżowania.

— A to kurwa co?

Wypalił patrząc w lewo. Ulica była zamknięta. Pełno Policji z długą bronią. Kilka radiowozów, nieoznakowane wozy policyjne i karetka. Na chodniku stali ludzie w piżamach.

— Coś grubego.

— Co za dzień. Nam komis przeorali teraz tu jakieś oblężenie. Mają co robić dzisiaj chłopaki.

Podsumował patrząc na policjantów. Ruszył bo auta za nim zaczęły trąbić. Skręcił w ulicę Kolegialną i za chwilę zaparkował wzdłuż jezdni. Weszli w bramę i przeszli na podwórko. Tam czekał już na nich Zgred.

— Ty, a co tam się dzieje na Sienkiewicza?

Powitał go pytaniem Zezun.

— A, to nie ma z nami nic wspólnego.

Machnął ręką.

— No, ale co tam się stało?

Dopytywał Komar.

— A, taki tam… chciał chyba odjebać sąsiada.

— Co?

— No wyszedł do kolesia rano w szlafroku, wyciągnął spod niego obrzyna i wyjebał prosto w niego, tak że tam mu mało ręki nie urwało. No a potem się zabarykadował i tam chyba negocjują z nim teraz.

— Ostro, a nie uwierzysz co się u nas stało.

Zmienił temat Komar.

— To znaczy gdzie?

— W komisie. Ukradli dwa samochody, a resztę porozwalali.

— Ale kto?

— No właśnie nie wiadomo kto.

— To się trzeba dowiedzieć. Nie można tego tak zostawić.

Widać, że i Zgreda to zdenerwowało. Zezun poklepał go po ramieniu.

— Dowiemy się prędzej czy później. Słuchaj. Podjedź jutro o dziesiątej lawetą to się to wywiezie wszystko na złom.

— Dobra. Jasne.

— Pare kursów będzie trzeba zrobić.

Zaśmiał się Komar.

— Dobra, dawajcie. Jedziemy na jakieś żarcie.

Zaproponował Zezun.

— Dobra, tylko powiem Żonie.

Zaznaczył Zgred, co rozbawiło pozostałych.

— Bardzo, kurwa śmieszne.

Odparł podenerwowany zachrypniętym głosem.

— Powiedziałem, że idę zapalić. To co? Mam zniknąć na dwie godziny bez słowa?!

— No już dobrze Andrzejku, poczekamy.

Zaśmiali się obaj.

Zgred poszedł zameldować się żonie, a Zezun z Komarem nadal z niego żartowlai.

— Skąd on ma opinie takiego sztywnego gościa?

Śmiali się, ale tak na prawdę podobało im się, że szanuje żonę. Kiedy wyszedł z powrotem nie poruszali już tematu bo widzieli, że jego to nie śmieszy. Pojechali coś zjeść i rozładować atmosferę.

W poniedziałek wywieźli uszkodzone auta i do weekendu plac był pusty. W sumie nie martwiło ich to zbytnio bo to nie auta były źródłem głównego zarobku, ale przysporzyło im to sporo dodatkowej roboty. Ani im ani Policji nie udało się ustalić kto stał za tą demolką. Zezun był pewien, że była to próba zastraszenia, i że wkrótce ktoś zgłosi się z propozycją ochrony. Nic takiego jednak nie nastąpiło.

Okazał się to jednorazowy incydent. Komis ponownie się zapełnił. Mijały lata, kursy do Holandii odbywały się regularnie, a pieniądze płynęły grubym strumieniem.

Rozdział III

Maj 2008

Piękne przedpołudnie. Czuć już było nadchodzące lato. Bezchmurne niebo i brak wiatru sprawiały, że temperatura poszybowała do góry. Zezun właśnie skończył trening.

— Kaziu? Zrobisz mi Mega Masa?

Zwrócił się do kuzyna, który nadal trzymał pieczę nad siłownią.

— Jasne.

Odparł przyrządzając odżywkę wysokobiałkową.

Zawsze przed wyjściem z siłowni Zezun wypijał taką samą porcję. Opróżnił shaker i odstawił na ladę.

— Dobra lecę, trzymaj się.

— No na razie. Do jutra.

Zezun wsiadł do auta i ruszył do komisu. Byli umówieni z przedstawicielką banku. Mieli zawrzeć umowę o współpracy, dzięki której auta mogłyby być oferowane w sprzedaży na raty. Bank udziela kredytu kupującemu. On wyjeżdża z komisu wymarzonym autem i spłaca je sobie w dogodnych ratach. Zezun i Komar dostają gotówkę z banku i otrzymują dodatkowo prowizję, za każdą zawartą umowę kredytową na sprzedane auto. Super sprawa. Spotkanie nie trwało długo. Podpisali bez wahania. Gdy pracownica banku opuściła komis, Komar pojechał po kebaby. Często tak się żywili. Zawsze dzwonił przed wyjazdem. Informował co zamawia i kiedy wchodził, kebaby już czekały.

Kiedy jedząc omawiali korzyści płynące z podpisanej umowy, zadzwonił telefon. Zezun odebrał z pełną buzią i wybełkotał.

— Słucham?

— Zezun?

— No

— To ja Kaziu.

— Co tam?

— Sikora zostawiłeś.

— Co?

Zezun własnym mlaskaniem zagłuszał rozmowę i słyszał co drugie słowo.

— Zegarek zostawiłeś.

— A, dobra, to przy okazji se odbiorę.

— Ale ja będę do ZUSu jechał to Ci mogę podrzucić. Tylko chciałem sprawdzić czy będziesz.

— No dziś będę siedział do osiemnastej. Nigdzie się nie ruszam.

— No to zajrzę.

— Lux. Dzięki.

Kaziu wziął z biurka teczkę z dokumentami do ZUSu. Machnął ręką koleżance, zastępującej go na recepcji.

— Za godzinkę będę.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 33.39