E-book
6.83
drukowana A5
48.17
Chciałam cię uwolnić

Bezpłatny fragment - Chciałam cię uwolnić


Objętość:
320 str.
ISBN:
978-83-8155-289-9
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 48.17

Rozdział 1
Na gorącym uczynku

To był szósty raz tego dnia, kiedy Mikołaj pomyślał, że zaczyna fiksować. Przekonanie to powstało na bazie subtelnych niezgodności, jakie spotkały go w minionych dniach. Na początku chłopak nie przywiązywał do nich większej wagi, tłumacząc się roztargnieniem. Przecież nikt nie jest nieomylny.

Mikołaj uważał tak przez dość długi czas. Aż do dziś, kiedy to ubytki w jego lodówce stały się aż nazbyt zauważalne. W końcu kupował jedzenie wczoraj. Jak to możliwe, że dzisiaj wszystko było już w połowie zjedzone? Fakt, że piwo pozostało nietknięte, myślał Mikołaj, częściowo się uspokajając. Nie na długo jednak.

Od kilku dni różne rzeczy z jego domu po prostu… znikały. Co dziwne, cenne przedmioty, takie jak laptop, czy telefon pozostawały nienaruszone. Może lunatykował? Bo jak inaczej wytłumaczyć te ubytki w jego żywności? Włamaniem głodnego niedźwiedzia?

Tymczasowy dom Mikołaja znajdował się w kompletnej dziczy, przezornie ukryty w środku gęstego lasu, do którego przecięta osoba nie miałabym determinacji się zapuszczać. Rozsądniej byłoby nazwać dom schronieniem… Swojego rodzaju kryjówką. Istniało małe prawdopodobieństwo, że kręcił się tu jakiś człowiek.

Chodziło przecież o izolację. Natrafienie na dom bez znajomości jego dokładnej lokalizacji i bez samochodu, który Mikołaj od razu usłyszałby w tej ciszy, było niemożliwe. Prowadząca tu ścieżka odgałęziała się od istnego labiryntu równie małych polnych dróżek. Poprzednie pokolenia doskonale wiedziały co robią, budując go w centrum nigdzie. Pewne złe nawyki niezmiennie pozostają w rodzinie i nawyki te prędzej czy później zmuszają człowieka do ucieczki przed równie złymi ludźmi.

Może ta izolacja sprawiała, że zaczął świrować? Całkowite odseparowanie od ludzi jest niczym zaproszenie dla jakiegoś psychicznego zaburzenia. Życie w ciągłej ciszy nie może nikomu wyjść na dobre.

Mikołaj nie miał innego wyjścia. Mieszkanie z dala od cywilizacji miało uratować mu życie. To było kilkutygodniowe rozwiązanie. Dopóki sprawy się nie ustabilizują, a jego rodzice ochłoną, tracąc zapał do kolejnego działania, które w najlepszym wypadku znów mogłoby zrujnować mu życie.

Tutaj był bezpieczny.

Do czasu, gdy jedzenie z jego domu zaczęło znikać w niewyjaśnionych okolicznościach. To mogło oznaczać tylko jedno.

Nie był sam.

A zważywszy na sytuację, w której się znajdował, nie zwiastowało to niczego dobrego.


Śladami żywności szybko poszły ubrania. Nie wszystkie, oczywiście. Jedynie niektóre grube bluzy i swetry z jego i tak wąskiego zasobu ubrań. Osoba, która go okradała wcale nie była subtelna w swoich działaniach i posuwała się w nich coraz dalej i odważniej. Wkrótce Mikołajowi miała pozostać tylko para dżinsów i kilka koszulek na zmianę. Będzie musiał przejechać się do miasta po nowe ubrania. Było to bardzo ryzykowne, ale w tej sytuacji nie miał innego wyjścia.

Albo po prostu przyłapie złodzieja na gorącym uczynku. To był całkiem niegłupi pomysł, dzięki któremu Mikołaj zaoszczędziłby trochę pieniędzy.

Był jednak pewien mały problem. Osoba, która go okradała nie należała do tych najgłupszych. W przeciwnym razie już dawno by ją schwytał. To musiało się dziać, kiedy Mikołaj jeździł na peryferia po jedzenie. Jedzenie, które chłopak w coraz mniejszym stopniu kupował dla siebie, a w coraz większym dla tajemniczego współtowarzysza.

Znaleźli go, a może to była część ich chorej gry mającej na celu go nastraszyć i uświadomić, że nigdy i nigdzie nie jest bezpieczny. Nawet tam, gdzie zasięg telefonu komórkowego się kończył, nie mówiąc już o niestabilnym internecie.

A może to był zwykły bezdomny, który zbłądził w lesie i wybrał chłopaka jako swojego wygodnego żywiciela?

Nie, to musiał być ktoś doświadczony w kradzieży. Przeciętna osoba nie zacierałaby śladów za sobą tak skrupulatnie, znikając bez okruszka chleba na podłodze.

Któregoś dnia Mikołaj poznał odpowiedzi na swoje pytania. Dociekanie do prawdy zaczęło się od rozmazanych śladów krwi na drewnianej podłodze w kuchni, które miały doprowadzić chłopaka prosto do celu.

Wiedział, że tym razem złodziej mu nie ucieknie.


To było tylko kilka wsiąkniętych w drewno plam. Czyżby złodziej zrobił się na tyle pewny siebie, iż przestał kłopotać się zacieraniem śladów? Jak ciężko był ranny? Czy w ogóle wciąż żył? Co, jeśli chłopak natrafi na zwłoki tuż pod swoim domem?

To nie byłby pierwszy raz, kiedy zobaczy martwego człowieka. Jego oczy były przyzwyczajone do naprawdę drastycznych obrazów.

Tylko że tamte drastyczne sceny nie miały miejsca w środku lasu. W dodatku zaczynało zmierzchać. Każdy w takiej sytuacji byłby przerażony, a przynajmniej nie potrafiłby opanować gęsiej skórki wstępującej na ramiona.

Jednak Mikołaj zdusił strach głęboko w sobie i pozwolił, by kontrolę nad jego działaniami przejęła ciekawość popychająca go do przodu, prosto w gęstniejący mrok lasu.

Ślady krwi na podłodze prowadziły do tylniego wyjścia z domu. Na trawie krew nie była już równie dobrze widoczna, jak na tle zmurszałych desek imitujących podłogę. Spora jej część wsiąknęła w leśne podszycie i dało się ją zauważyć jedynie w postaci rdzawych smug na pojedynczych gołych kamieniach i gałązkach, które pękały pod ciężkimi butami chłopaka niczym drobne kosteczki.

Mikołaj szedł przez las. Cisza dookoła była wręcz nienaturalna. Żadnych ptasich treli, szumu liści, przekomarzań cykad, zupełnie jakby las wstrzymywał oddech na sekundę przed wielką zagładą.

Może to była pułapka. Jak on mógł tego nie przemyśleć, tylko tak bezmyślnie podążać śladem krwi na podłodze, która równie dobrze mogła należeć do dogorywającego królika?

Nagle zza jednego z potężniejszych drzew wyłoniła się postać. Mikołaj odruchowo sięgnął po pistolet, z którym zasadniczo się nie rozstawał, ale niepotrzebnie. Zamrugał, żeby upewnić się, że to nie halucynacja. Wzrok po zmierzchu mógł być omylny, ale dziewczyna przed jego oczami była aż nazbyt realistyczna.

Oto jego złodziejka. Niewinna dziewczynka ubrana w zwiewną sukienkę do kolan przyozdobioną w drobny wzorek. Długie blond włosy falami opadały na jej smukłą sylwetkę.

Dziewczyna nieśmiało wychylała się zza pnia drzewa, wyraźnie spięta, co było zauważalne nawet z tej odległości. Jakby w każdej chwili gotowa była uciec… albo zaatakować.

Z jej ramienia zwisał skórzany rozpięty plecak. Jednak to było nic w porównaniu z następnymi spostrzeżeniami Mikołaja: dziewczyna była boso. Po wnętrzu jej ud spływały strumyki ciemnej gęstej krwi. Dziewczyna wpatrywała się w niego przerażonym i zarazem najintensywniejszym spojrzeniem, jakiemu kiedykolwiek został poddany.

Mikołaj głośno przełknął ślinę i zrobił przezorny krok do tyłu. Z nią było coś nie w porządku. Była taka blada i nieruchoma… wyglądała jak martwa. Jedynym ruchem dającym się w niej dostrzec była krew nieprzerwanie spływająca po alabastrowej skórze jej nóg.

Nie przestawała się w niego wpatrywać, tak, jakby właśnie uświadomiła sobie, że nie jest jedyną istotą ludzką na tym świecie. Mikołaj powoli podniósł wzrok z jej nóg i z wrażenia aż zachłysnął się chłodnym, wieczornym powietrzem, wciąż przesiąkniętym zapachem popołudniowego deszczu. Nawet z odległości kilku metrów, jakie oddzielały go od zjawy, mógł bez problemu dostrzec nietypową barwę jej fioletowych tęczówek.

— Powiedz coś, przerażasz mnie — rzekł Mikołaj, bo tylko to przyszło mu do głowy w tym momencie.

A ona ciągle wgapiała się w niego szeroko otwartymi oczami, jakby to on był tutaj nieproszonym gościem i zaburzył jej codzienny beztroski byt w zgodzie z naturą. Nawet nie mrugnęła słysząc jego oskarżycielski ton.

A potem odpowiedziała tak cicho i niewyraźnie, że chłopak ledwo, co zrozumiał jej pełne rozpaczy słowa:

— Pomóż mi.


Wtedy


Niebo zasnuwały ciężkie, ołowiane chmury, a krople deszczu spływające po szklanych powierzchniach okien opowiadały swoje historie. To była istna kolekcja zdarzeń, których nikt nie mógł wychwycić w ogólnym wielkomiejskim zgiełku. A już zwłaszcza ktoś, kto nawet nie starał się słuchać

Stojący na zboczu wzgórza dom wypełniały asynchroniczne nuty wydobywane z lekko zakurzonego fortepianu.

Nazwanie tej potężnej, wiktoriańskiej rezydencji domem byłoby jednak sporym niedopowiedzeniem. Posiadłość opleciona gęstym winogronem i równie gęstą otoczką tajemniczej aury stanowiła centrum lokalnych opowieści, zazwyczaj niewiele mających wspólnego z prawdą, jak to bywa w przypadku opowieści wielokrotnie modyfikowanych drogą ustną. W końcu rodzina, która zamieszkiwała wspomnianą rezydencję wcale nie kolekcjonowała zwłok zbłądzonych turystów w zatęchłej piwnicy, a pewna tajemnicza dziewczyna o fioletowych oczach wcale nie była seryjną zabójczynią… jak na razie.

Zabłąkane nuty odbijały się od nienagannie białych ścian wysokiego salonu i zgodnie podążały na wyższe piętra po zawijających się niczym serpentyna marmurowych schodach. Przestrzenny hol sprzyjał szybkiemu rozprzestrzenianiu się dźwięków. Okna otoczone pozłacaną framugą stanowiły granicę styku muzyki z narastającym na sile deszczem, który to wcale nie zagłuszał fałszywych tonów, a wręcz przeciwnie — wydawał się je intensyfikować.

Wtem z górnego piętra rozległ się krzyk dziesięcioletniej dziewczynki:

— Mamo, każ jej przestać, bo zaraz nie wytrzymam!

Zaraz po nim nastąpiło kilkanaście stukotów pantofelków o wypastowane, drewniane podłogi, gdy młodsza z córek pokonywała drogę ze swojego pokoju do sypialni mamy.

— Kochanie, wiesz, że nie możemy kazać jej przestać. — Kobieta odłożyła czytaną przez siebie książkę na misternie rzeźbiony stolik i wyciągnęła ręce do dziewczynki stojącej w progu jej sypialni. Jednak ona ani drgnęła. Buntowniczo zaplotła ręce na drobnej klatce piersiowej, a kąciki ust wykrzywiła do dołu w niemal groteskowym oburzeniu.

— Bo jest inna? — zapytała z oburzeniem, na jakie to potrafią się zdobyć tylko wyjątkowo naburmuszone dziesięciolatki.

— Bo to część jej terapii — wyjaśniła spokojnie jej mama. — Obcowanie z muzyką.

— To nie jest muzyka. Ogłuchnę od tego jej fałszowania! — Dziewczynka wściekle tupnęła nogą w podłogę, jednak przykrywająca ją wygładzina zagłuszyła pożądany efekt.

— Chodź do mnie. — Mama Emilki zachęcająco skinęła głową na wolne miejsce obok siebie, gdy jej córka nie rzuciła się w jej otwarte ramiona. Ta ostatnia wyraźnie zawahała się i ostrożnie przestąpiła kilka kroków w stronę matki. Puchata wykładzina wytłumiła stukot jej pantofelków z twardymi podeszwami.

— Dlaczego ona taka jest? — zapytała dziewczynka zwieszając ramiona w geście poddania. Zaczęła wymachiwać chudymi nóżkami, które zawisły nad podłogą, gdy wsunęła się na łóżko obok mamy. — Dlaczego nie mogę mieć normalnej siostry?

Kobieta odgarnęła za ramię pukiel swoich aksamitnych blond włosów. W jej odsłoniętym uchu błysnęła perła.

— Żadna normalna siostra nie kochałaby cię tak, jak kocha cię Zara — powiedziała łagodnie, obejmując ramieniem młodszą córkę. Ta wyraźnie zaczęła się przełamywać. — I tak jak ja.

— Mamo, ale ty jesteś całkiem normalna — zauważyła dziewczynka z nieskrywanym zdziwieniem.

— Emilko, któregoś dnia zrozumiesz…

— Tak? — podchwyciła Emilka, z zaciekawieniem podrywając drobną twarzyczkę ku swojej matce, jakże majestatycznej nawet w to ponure, deszczowe popołudnie.

— Zrozumiesz, że każdy przynoszący efekty sposób na radzenie sobie z problemami jest dobry, nawet jeśli początkowo wydaje się być on kompletnie bezsensowny. O ile naturalnie nie rani innych osób.

Emilka zmarszczyła czoło i w milczeniu trawiła zagadkowe słowa swojej matki.

— Jak granie muzyki, gdy nie może się jej usłyszeć? — zapytała w końcu ostrożnie.

— Jak próba zrozumienia świata, do którego nigdy nie będzie się należeć — odpowiedziała kobieta, uśmiechając się na zaskakująco ładne brzmienie wypowiedzianego przez siebie zdania.

— Mamo… — Dziewczynka skubnęła rąbek swojej bufiastej, ozdobionej falbankami sukienki, wyraźnie unikając wzroku matki. — Mogę kazać jej przestać?

— Oczywiście, że możesz, kochanie. — Kobieta pogłaskała swoją córkę po zaplecionych w warkocze włosach. — Tylko zrób to delikatnie — poprosiła.

— Zawsze tak robię.

Rozdział 2
Dziewczyna z lasu

— Pomóż mi.

Słowa nie były skomplikowane, a jednak odbiły się od wszystkich drzew w lesie zanim Mikołaj w pełni pojął ich znaczenie. Niepewnie przestąpił z nogi na nogę. Pod jego butem trzasnęła gałązka, która spłoszyła pobliską wiewiórkę. Zwierzę z pierzastym ogonem w ułamku sekundy podjęło się ratującej życie wyprawy na sam szczyt drzewa.

Tymczasem dziewczyna ani drgnęła. Tak, jakby nic nie było w stanie jej zaskoczyć. Jej opierająca się o pień drzewa postać powoli zacierała się w postępującej ciemności. Tylko jej oczy pozostawały jasne, jarząc się tej nocy niczym świetliki.

— Zgubiłaś się? — zapytał Mikołaj, gdyż było to pierwsze pytanie, jakie nasunęło mu się na myśl. Sytuacja była co najmniej niespodziewana.

Dziewczyna nie odpowiedziała. Zamiast tego, patrząc na chłopaka wykonała ręką jakiś dziwny gest i przecząco pokręciła głową.

— Nie przejmuj się, znam dobrze ten las. Pomogę ci się stąd wydostać — kontynuował chłopak, podczas gdy ona coraz uporczywiej kręciła głową, jakby w zaprzeczeniu na prawdę, której nie chciała do siebie przyjąć.

Nad ich głowami radośnie zaświergotał ptak, paradoksalnie do komplikującej się sytuacji.

Mikołaj z małym zaskoczeniem zauważył, że dziewczyna miała na sobie jego czarną bluzę. W jej oczach kryło się przerażenie zwierzęcia zastygłego w obliczu zbliżającego się reflektora rozpędzonego samochodu. Tylko że tutaj nie było żadnych niedozwolonych prędkości. Tu byli tylko oni i Mikołaj wręcz nie mógł pozbyć się wrażenia, że dziewczyna czymś odróżniała się od tych dotychczas mu znanych. Czymś, co było tak łatwe do pojęcia, a mimo to nie mógł tego uchwycić.

Pod naporem jego spojrzenia dziewczyna zrzuciła plecak z ramienia, który z cichym tąpnięciem upadł na mszyste podłoże u jej stóp. Potem zdjęła z siebie jego odsuwaną bluzę z kapturem, pozostając w samej sukience. Chłopak zastanowił się, czy miała coś pod spodem. Brak bielizny nie byłby niczym zaskakującym w obliczu jakże rzucającego się w oczy braku skarpetek i obuwia.

Dziewczyna zwinęła jego bluzę w kłębek i rzuciła przed siebie. Wylądowała jakoś pośrodku dzielącego ich dystansu.

— Zgaduję, że masz także resztę moich rzeczy — rzucił Mikołaj z przekąsem, postępując krok w kierunku jednego z jego ocalałych ubrań. Kiedy schylał się po bluzę, podniósł wzrok na stojącą koło drzewa dziewczynę. Nie zerwała się do ucieczki, jak się spodziewał, ale w dłoni dzierżyła pokaźnych rozmiarów kamień.

Mikołaj prychnął z rozbawieniem.

— To ja powinienem bronić się przed tobą — powiedział półżartem. — To ty jesteś tutaj intruzem.

Ostatnie słowo zawisło pomiędzy nimi, lawirując w intensywnym zapachu lasu.

— Zamierzasz coś powiedzieć? Jesteś trochę przerażająca. Jak masz na imię? — nie ustępował chłopak. Powoli zaczynał mieć dość tej surrealistycznej sytuacji. Zmierzył dziewczynę ostrożnym spojrzeniem, na dłużej zatrzymując wzrok na rdzawej krwi zakrzepłej na bladych, niemal sinych nogach.

Wziął głęboki oddech zanim odważył się zadać następne pytanie:

— Czy ktoś cię skrzywdził?

Dopiero kiedy uważnie jej się przyjrzał, uświadomił sobie, że od początku ich,,rozmowy’’ ani razu nie spojrzała mu w oczy. Jej wzrok spoczywał na jego ustach, tak, jakby miała nieodpartą chęć go pocałować… albo dosłownie spijała słowa z jego ust.

Czy ktoś cię skrzywdził?

Na to pytanie nie mogło być prostej odpowiedzi. A jednak dziewczyna skwapliwie pokiwała głową w potwierdzeniu, jakby nie dopuszczała do siebie innej opcji. Mikołaja coś ścisnęło w żołądku. Ostatnim, czego się spodziewał, była szczera odpowiedź. A ta, w połączeniu z krwią zastygłą pomiędzy jej nogami i skąpą ilością ubrań, jaką dziewczyna miała na sobie, sprawiła, że Mikołaj pożałował pytania w momencie, w którym tylko je zadał.

Na taką odpowiedź nie było dobrej reakcji.

Mimo to odważył się zerknąć na dziewczynę. Wyglądała na oszołomioną, co najwyżej lekko rozkojarzoną. Może wciąż nie dotarło do niej to, co się stało, pomyślał chłopak.

— Chcesz, żebym po kogoś zadzwonił?

Dziewczyna postąpiła parę kroków do przodu. Teraz była na wyciągnięcie jego ręki.

— Powtórz — wyszeptała tak niewyraźnie, że znów ledwo, co ją rozszyfrował. Mikołaj cierpliwie powtórzył swoje pytanie, a ona tym razem go zrozumiała. Poznał to po jej gwałtownej reakcji, przerażeniu przejmującemu jej dotychczas nieznacznie zalęknione spojrzenie. Potem wyjęła z plecaka długopis i notes z kwiecistym motywem na okładce. Pisała przez parę sekund, a następnie zamaszystym ruchem wydarła kartkę i podała ją chłopakowi.


Nie rób tego. Oni nie mogą mnie znaleźć.


— Jak tu trafiłaś?


Dziewczyna nie odpowiedziała. Zamiast tego bezszelestnie przechadzała się po domu chłopaka, z przesadną egzaltacją obserwując poszczególne elementy pomieszczenia. Zupełnie jakby widziała budynek pierwszy raz na oczy, a nie regularnie włamywała się tu w ostatnich tygodniach. Z uśmiechem na twarzy kroczyła bosymi stopami po szorstkiej podłodze i przesuwała palcami po grzbietach zmagazynowanych przez lata książek. Wyjęła jedną z nich i przekartkowała, jakby dokładnie wiedziała, czego w niej szuka. W końcu z rezygnacją odłożyła książkę na półkę i odwróciła się w stronę Mikołaja.

— Dlaczego… — zaczęła mówić, akcentując przypadkowe sylaby tak, że ledwo dało się ją zrozumieć. — umszkasz?

— Co? — Mikołaj pochylił się w jej stronę, a dziewczyna z rezygnacją potrząsnęła głową. Może tylko mu się wydawało, ale jej oczy niebezpiecznie się zaszkliły. Wrażenie jednak szybko umknęło, gdyż dziewczyna przeszła do kuchni, gdzie na blacie stołu spoczywał jej plecak i wyjęła z niego notes.


Dlaczego tu mieszkasz? — napisała na kartce.

— Co ci się stało? — Mikołaj odsunął podstawioną mu pod nos kartkę i spojrzał dziewczynie prosto w oczy. Nie mógł opanować dreszczy, które wciąż przechodziły go na widok intensywnie fioletowych tęczówek, nawet jeśli były to tylko soczewki. — Dlaczego jesteś taka….

Dziwna, dokończył w myślach.

Dziewczyna patrzyła na niego w skupieniu, jakby myśląc nad odpowiedzią najbliższą prawdzie, która jednocześnie nie zdradziłaby zbyt wiele. Sięgnęła po notes, ale po krótkiej chwili wahania odłożyła go na blat stołu. Zamiast tego przyłożyła palec wskazujący do ust, a następnie dwa razy postukała się tym samym palcem w skroń. Przynajmniej tak wydawało się Mikołajowi. Jakby mówiła mu, że jest wariatem. Albo że ona jest wariatką.

Dopiero po chwili zrozumiał.

— Nie słyszysz — wypowiedział na głos fakt, którego pojęcie zajęło mu tak dużo czasu. Dziewczyna pomachała poziomą dłonią na boki. Coś w tym rodzaju. — Ale umiesz czytać z ruchu warg. — Kolejne skinięcie głową. I słowo wymamrotane pod nosem, które może tylko mu się wydawało, ale zabrzmiało zupełnie jak niestety.

— A ja myślałem, że coś jest z tobą nie tak.

Skąd pewność, że nie jest?

Na widok słów pośpiesznie nabazgranych przez dziewczynę, Mikołaj w okamgnieniu stracił rezon. W natłoku dokonanych przez siebie odkryć niemal zapomniał o zadanym wcześniej pytaniu, na które wciąż nie uzyskał odpowiedzi.

— Jak tu trafiłaś? — powtórzył.

Uciekałam… Dziewczyna pisała dalej, ale ostatecznie zamazała dalszą część odpowiedzi.

— Jak się nazywasz?

— Zara. — Jego towarzyszka nieoczekiwanie odpowiedziała na głos, bez żadnego zająknięcia, jakby ćwiczyła to słowo wielokrotnie w swojej głowie.

Chłopak potrzebował sekundy, by otrząsnąć się z zaskoczenia.

— Ja mam na imię Mikołaj. I myślę, że jesteś mi winna parę wyjaśnień.


Wszystkim, czym pamiętałam, była ucieczka

Teraz głosy znów zaczynały przekrzykiwać się w mojej głowie, przypominając mi o tym, od czego tak bardzo pragnęłam uciec. Od wspomnień, to przede wszystkim. Wspomnień tak bardzo świeżych, jak krew na kremowych płytkach kuchennej podłogi. Mój dom nigdy dotychczas nie wydawał mi się tak sterylny, aż do momentu, gdy zobaczyłam, jak cały nasiąka krwią mojej rodziny. Tam powinna być też moja krew. Ale czy dom zdołałby wchłonąć w głąb siebie jeszcze jedną osobę? Zwłaszcza osobę tak potępioną przez siebie samą? Czy zmieściłabym się tam, razem ze swoją pogardą i tymi demonami walczącymi w mojej głowie, które napływały dosłownie z każdej strony, nie dając mi chwili wytchnienia?

Ten dom nie pomieściłby w sobie tak zbłąkanego ducha, jakim byłam. Tylko nadwątliłabym jego nieskalane mienie. Bezpieczny jest świat zaświatów, dopóki nie trafiła tam moja dusza. Piekło już grzeje się na moje powitanie.

Poczułam szarpnięcie za ramię.

Przyszli po ciebie, odezwał się Głos.

On zawsze wiedział wszystko najlepiej. Nie sposób było się z nim sprzeczać. Można było tylko kazać mu zamilknąć, ale rzadko, że był mi posłuszny przez te ostatnie parę lat.

— Zara? Zara! — zawołał Mikołaj z narastającą w głosie paniką. Usłyszałam tylko jej echo. Nie byłam całkowicie głucha, rejestrowałam niskie, co głośniejsze dźwięki. Tak było od kilku lat. Do tamtego czasu byłam w stanie wychwycić szum rozmów, czy miauczenie kota. Zniweczył to Głos, który pojawił się w mojej głowie i zepchnął te dźwięki na drugi plan.

A może tylko je sobie wyobraziłam. Może były one niczym więcej, jak pobożnym życzeniem.

— Nie zrobiłam tego — powiedziałam z takim lodem w głosie, że temperatura w domu musiała spaść o kilka stopni. Moje mięśnie napięły się pod dłonią Mikołaja spoczywającą na moim prawym ramieniu. Byłam jak zwierzyna szykująca się do ataku, ale ten ku mojemu zaskoczeniu nie nadszedł.

— Ty — rzuciłam oskarżycielsko w stronę chłopaka. Szybko przetarłam zaspane oczy i z narastającym zrozumieniem rozejrzałam się po wnętrzu skromnego domu.

— Ja — przytaknął niepewnie Mikołaj.

— To tylko ty — powiedziałam cicho, a moje oczy się zamgliły. Usłyszałam w swoim głosie ulgę tak potężną, że niemal mnie to rozczuliło. Nie potrafiłam sobie przypomnieć, kiedy ostatnio ktoś doprowadził mnie do podobnego stanu.

— Musiałaś być bardzo zmęczona. Usiadłaś na kanapie i zaraz po tym zasnęłaś — wyjaśnił chłopak, gdy ze zmarszczonym czołem popatrzyłam na skołtunioną u swoich stóp narzutę w musztardowym kolorze.

— Myślam, że mnie znaźli — wyznałam cicho, zniekształcając ostatnie słowo. — Myślałam, że chcą mnie zarać z powrotem.

— Kto?

— Źli ludz-dzie. — Z wyzwaniem popatrzyłam mu prosto w oczy, czekając na jego reakcję. Ale on nie zareagował, nie tak jak się spodziewałam. Nie dał się porwać mojej tragicznej historii, nie okazał współczucia. Czego mogłam wymagać od obcego chłopaka, skoro nawet nie dostawałam wsparcia od swoich bliskich? Zawsze byłam tylko Zarą bez wsparcia. Zarą, która wiecznie musiała uciekać, by nie skupiać się na tych myślach zbyt intensywnie.

Teraz chłopak o ładnych oczach kucał u skraju kanapy, na której leżałam i coś do mnie mówił. Był wyraźnie zażenowany, a to w dużym stopniu utrudniało mi odbiór jego słów.

W końcu jednak zrozumiałam. Pytał, czy chcę się umyć. Ciężko było mi uwierzyć, że w zaistniałej sytuacji chłopak mógł pytać o coś równie trywialnego, a jednak jego propozycja miała swoją logikę.

Z zażenowaniem pomyślałam o lepkiej krwi pomiędzy moimi nogami. Pojawiła się wcześniej, niż powinna. Działo się coś niedobrego.

— Tak, umyję się — wymamrotałam w końcu pod nosem.

— Pomóc ci jakoś, czy… — Mikołaj zaczął mówić, lecz urwał, gdy chwiejnie podniosłam się ze swojego miejsca. Na kanapie w miejscu, w którym leżałam, znajdowała się brązowawa zaschnięta krew. Podobnie prezentował się tył mojej sukienki i blade nogi. Na szczęście nowa krew już nie leciała.

— Rany, czy to twój pierwszy okres? — zapytał Mikołaj i wyglądał, jakby natychmiast pożałował swojego bezpośredniego pytania. Może miał nadzieję, że go nie usłyszałam, ale ja rozszerzonymi oczami wpatrywałam się w jego wykrzywioną obrzydzeniem twarz.

— Nie ja… — pokręciłam głową. — Miałam coś innego na głowie. Przpraszm.

Mikołaj położył ręce na moich ramionach, bym wysłuchała, co miał mi do powiedzenia. Wydawał się nie być ani odrobinę zdziwiony, gdy instynktownie od niego odskoczyłam.

— Myślałem, że ktoś cię zgwałcił — powiedział to tak dosadnie i wyraźnie, że w każdej innej sytuacji zabrzmiałoby to co najmniej niezręcznie.

— Co? — ze zdziwienia aż rozdziawiłam usta.

— Kiedy zapytałem, czy ktoś cię skrzywdził — mówił chłopak powoli — potwierdziłaś.

— To nie tak — gwałtownie potrząsnęłam głową. Cóż za okropne nieporozumienie! — To wcale nie tak… To moja wina.

— Dlaczego?

— To ja skrzywdziłam ich …pierw. Tym, jaka jestem.


Łazienka była skromna, podobnie jak cały dom. Niemal z rozkoszą spłukałam z siebie zakrzepłą krew, ale trochę żal było mi pozbywać się leśnego zapachu ze swojej skóry. Zapach lasu był moim ulubionym, zaraz po cynamonowych ciasteczkach mamy, które zawsze piekła dla mnie i mojej siostry w pochmurne popołudnia.

Teraz pachniałam jak chodząca wytwórnia chemikaliów, choć według etykietki powinnam pachnąć, o ironio, sosnowym lasem.

Stojąc pod prysznicem, pozwoliłam, by woda spłukiwała ze mnie mydliny. Jednocześnie zastanawiałam się nad swoim najbliższym losem. Powinnam tu zostać, czy uciekać? Faktem było, że chwilowo żyłam jako bezdomna. Obawiałam się, że nauczyciele w potencjalnej szkole nie zaakceptowaliby spania pod gwiazdami jako realnego domu. Paradoksalnie miejsca, z których uciekałam były jedynymi domami, które by zaaprobowali. Ale tam pod żadnym pozorem nie chciałam wracać.


Wtedy


Najbardziej obłudne charaktery zawsze są ukryte pod fasadą lukrowej pokrywki, żeby tylko nie narażać się na zdemaskowanie zbyt szybko. I tak, jak bezbronne zwierzęta stanowiące pożywienie drapieżników ukrywają się w stonowanych barwach ciała, tak diaboliczne osobowości ukrywają się pod przyjemną dla oka urodą. Poza chowaniem się w tejże skorupie, nie mają z ofiarami nic wspólnego. To właśnie oni są drapieżnikami, zazwyczaj nieprzyzwoicie pięknymi, żeby wzbudzać zachwyt wyglądem, aniżeli oburzenie brzydkim charakterem, który wychodzi na jaw zbyt prędko

Mama Zary opowiedziała raz jej oraz jej młodszej siostrze historię o królowej tak pięknej, o której mówiono, że zrodziła się z samego blasku poranka. Jej oczy lśniły, niczym wschodzące słońce odbijające się w kroplach porannej rosy albo niczym skradzione błyskotki, które upychała w czeluściach swojej przepastnej garderoby. Jej policzki były zaróżowione jakby smagane porannym wietrzykiem, a włosy spływały złocistymi falami na wąskie ramiona i ukształtowaną talię.

Królowa trzymała swoich poddanych krótko i zdyscyplinowanie. Każdego, kto nie okazywał jej wystarczającego szacunku nocą obezwładniała swoimi ziołowymi miksturami i wywodziła do środka lasu na pewną śmierć z przemarznięcia albo wygłodzenia. Zaginięci służący szybko zostawali zastępowani nowymi. Królowa chciała otoczyć się podwładnymi, którzy będą w pełni gotowości na każde jej skinienie. Nikt ze służby nie wiedział, co się działo z zaginionymi pracownikami. Zakładano, że po prostu ciężko zachorowali albo się przeprowadzili.

Wraz ze wzrostem błyskotek w szafie królowej, wzrastała grupa zaginionych, gdyż każda błyskotka została zabrana od wywiezionej ofiary. W końcu duchy zmarłych z lasu zebrały się w armię, by napaść na okrutną królową, która tak lekceważąco traktowała ludzkie życia. Zasztyletowały ją we śnie, ale z żadnej rany nie sączyła się krew. Królowa była martwa od tak dawna, że każdy przyjął to za część jej osobowości. Kawałki jej duszy zostały uwięzione w skradzionych szlachetnych kamieniach, aż w końcu posiadły ją całą.

— Jej własna pycha i pragnienie uwielbienia doprowadziły ją do autozagłady — zakończyła mama Zary, całując obie dziewczynki w czoła na dobranoc. — Traktowała ludzi jak marionetki, nieświadoma tego, że te marionetki czują i myślą, jak ona. Nigdy nie traktujcie nikogo z góry, moje kochane. Nigdy nie czujcie się dumne z powodu czegoś, na co same nie zapracowałyście. Mądrość przychodzi z ciężką pracą, a pycha z lekceważeniem.

Z perspektywy czasu Zara zastanawiała się, jak mama znając opowieść o pięknej królowej mogła być tak naiwna i wpuścić podobną obłudę pod dach swojego własnego domu. Może dlatego, że Laura nie była zrodzona z letniego poranka. Laura była zrodzona z księżycowego blasku i granitu nocnego nieba. Była piękna na swój gotycki sposób, ale jej oczy miały siłę rażenia pioruna. Nawet sama Zara na początku myślała, że to gwiazdy, szybko jednak uwolniła się z pierwotnego zauroczenia.

Laura była inna, niż dotychczasowe dziewczyny jej brata. Była jak zagadka, którą aż chciało się rozwiązać. Mistyczna. Z każdej sytuacji wychodziła z twarzą. Jej gracja i enigmatyczność wprawiały piętnastoletnią wówczas Zarę w nieporadność. Bała się ludzi, którzy nawet nieświadomie mieli nad nią tak potężną władzę, ale gotowa była pokonać swoje uprzedzenia do dziewczyny brata, choćby dlatego, że on dostrzegł w Laurze jej dobrą stronę, a Zara ufała jego osądowi.

Nawet nie przyszło jej na myśl, że jej brat mógłby się mylić.

Rozdział 3
Chłopak z chaty

Kiedy Mikołaj odwrócił się do mnie tyłem i zajął się przyrządzaniem kanapek, ja dałam nura z jego chaty. Było zdecydowanie za wcześnie na spoufalenia w postaci spania pod jednym dachem. Mój instynkt kazał mi uciekać, a ja nigdy mu się nie sprzeciwiałam, bo wiedziałam, że robił wszystko, co w swojej mocy, żeby zapewnić mi możliwie bezbolesne przetrwanie.

Jedyne o czym zapomniał, to kazanie mi zwędzenia jednej z ustawionych na stole kanapek. O ile dobrze kojarzyłam, na dnie mojego plecaka wciąż zalegała paczka krakersów odłożona tam na czarną godzinę. Jeżeli któraś miała się nią stać, to właśnie godzina trwająca. Byłam o krok od zaciągnięcia długu u obcego.

Teraz, kiedy chłopak znał moje imię, musiałam poszukać sobie innego źródła elementarnych zapotrzebowań. Nie dysponowałam niczym, co mogłabym ofiarować mu w zamian za jego dobroć, a nie mogłam pozwolić rozbić się tej dobroci o przeszkodę w postaci mojego chwilowego ubóstwa. Nie pozostawało mi więc nic innego, jak posłać parę dziękczynnych myśli w stronę osamotnionej chaty i jej przeuroczego lokatora.

Odważyłam się spojrzeć za siebie w momencie, gdy chata rysowała się za moimi plecami w postaci niewielkiej budki zdominowanej przez potęgę strzelistych drzew. Poczułam tęskne ukłucie w środku. Nie powinnam była ujawniać się tak szybko.

W polu mojego widzenia pojawił się biały motyl, jakże silnie wybijający się na tle granitowej ciemności nocy. Przez parę sekund kontemplowałam jego zachwycającą delikatność, a potem ostrożnie wyciągnęłam dłoń przed siebie. Motyl bez najmniejszego zawahania przysiadł na jednym z moich palców, przywdziewając moją dłoń, niczym najpiękniejsza z biżuterii. Poczułam przepływającą od niego energię, nieskalaną, niczym śnieżna barwa jego skrzydeł.

— Bądź tak miły i zawitaj do chłopca z chaty — wyszeptałam, gdyż nie przepadałam za niepewnością zaczajoną w pełni mojego głosu. — Przekaż mu moje podziękowania i zapowiedź jutrzejszej porannej wizyty.

Motyl zerwał się z mojego palca serdecznego, ale przed odlotem musnął moją dłoń jednym ze skrzydełek. Wiedziałam, że spełni moją prośbę.

Niechętnie zostawiłam za sobą widok domu ukrytego w lesie — mogłabym przysiąc, że zostawiałam za sobą także moje imię wykrzyczane tubalnym męskim głosem — i ruszyłam w dalszą drogę.

Do mojej kryjówki wciąż pozostawał spory kawałek przeprawy przez las, a ja chciałam zdrzemnąć się chociaż kilka godzin przed nadejściem poranka. Póki co nie musiałam się o to martwić, gdyż noc rozkwitała w swojej pełnej krasie. Przez powoli tracące swoją masę listowie tworzące nieszczelny dach nad moją głową, dostrzegłam istną mapę gwiazd. To uświadomiło mi, że nie zasnę tej nocy, co najwyżej zrobię to bladym świtem. Nie, kiedy miałam położyć się do snu pod równie zachwycającym niebem.

Sypiałam pod gorszymi sufitami na tym świecie. Sufitami nieszczelnymi, kapiącymi, sypiącymi się. Zanim one nastąpiły, sufity nad moją głową zawsze miały kolor kości słoniowej, nieskażonej żadnymi ułomnościami. Potem musiałam uciekać, a sufity, pod którymi nocowałam nie zawsze były równie stabilnie.

Dziś nie miałam na co narzekać. Kiedy dotarłam do pozostałości po starym magazynie, gdzie spędziłam ostatnie kilka nocy, niebo widoczne pomiędzy konarami drzew zaczynało szarzeć. Nie musiałam patrzeć w górę, by wiedzieć, że gwiazdy znikają z jaśniejącego sklepienia jedna po drugiej. Nawet nie zdążyłam się z nimi pożegnać.

Nastający świt natchnął mnie do snu. Przez całą tą sytuację z krwią, mój biologiczny zegar poważnie się rozregulował. Krew przyszła za wcześnie, ale w mojej torbie znalazłam paczkę podpasek, którą ukradłam tej wiedźmie, dziewczynie mojego brata. Trochę obawiałam się od niej czegokolwiek kraść, ale z drugiej strony rzecz była w niczym winna temu, na jakiego posiadacza trafiła.

Ten szalony dzień poważnie zachwiał posadami mojego małego światka. Ale przynajmniej ruiny w lesie były na swoim miejscu. Stanowiły one pozostałość po jakimś magazynie albo dużych garażach. W zlepionych z szarego kamienia ścianach były dziury, a w miejscu, gdzie normalnie znajdowałoby się wejście albo dach — były wyrwy. Pustka. Zero. W ten sposób byłam otoczona trzema wysokimi ścianami i niecałą czwartą, w której kiedyś były duże drzwi, na tyle duże, by wjechała przez nie ciężarówka.

Przez dziurawą podłogę do wnętrza mojej małej rezydencji przedostawały się kępki trawy i kwiaty wrzosu. Pozostałości po budynku, były teraz własnością niczyją. A raczej własnością lasu, bo kim jestem, żeby odmawiać lasowi pełni jego praw obywatelskich?

Omijając ostre krawędzie kamieni, przeszłam w kąt magazynu, gdzie zrobiłam sobie legowisko z kilku ubrań, jakie zabrałam chłopakowi z chaty. Jak on miał na imię? Kompletnie nie mogłam sobie go przypomnieć. To musiało być przeurocze imię, bo pamiętam, że jego brzmienie wywołało uśmiech na mojej twarzy. Było długie i dźwięczne. Na pewno idealnie wkomponowałoby się w pieśń graną przez świerszcze i inne stworzenia nocy. Owe stworzenia wkrótce miały jednak pożegnać się z publicznością i iść spać, a ja miałam zamiar zrobić to wraz z nimi.

Pod plecy wsunęłam bluzę, a pod nogi czarny sweter z grubej wełny. Betonowe ściany utulały mnie do snu i chroniły przed nieistniejącym niebezpieczeństwem. Byłam na Ty z całym towarzystwem z lasu. Nie wyobrażałam sobie, by któreś z nich mogłoby zrobić mi jakąkolwiek krzywdę.

Nad głową miałam ciemnoszare niebo i zaglądające do mojej sypialni ulistnione gałązki drzew. Nie mogłam być na nie zła o to naruszenie mojej prywatności. Były przeurocze w swoim szpiegowaniu.

Witaj, nowy dniu, pomyślałam, a moje powieki zaczęły się kleić.

Powietrze przesiąknięte zapachem zmoczonego deszczem mchu wypełniło moje nozdrza. Cóż to za głupota, tworzyć kosmetyki imitujące zapach lasu, kiedy wystarczy po prostu spędzić w nim noc?


Mikołaj wcale nie był zdziwiony, kiedy wraz z kompletnie niespodziewanym zniknięciem Zary, zaginęła także jego jedyna zapalniczka. Dziewczyna nie wyglądała mu na nałogową palaczkę. Ale na piromankę już zdecydowanie bardziej. Mikołaj nie chciał myśleć, do czego mogła dziewczynie przysłużyć jego zapalniczka.

Cholerna kleptomanka, pomyślał z irytacją. To był idealny moment na zapalenie papierosa. Las budził się do życia, bytujące w nim stworzenia zamieniały warty z nocnej na dzienną. Niebo miało tą nietypową szarą barwę. Bez znajomości godziny Mikołaj nie potrafiłby stwierdzić, czy była to szarość budzącego się dnia, czy oznaka nadchodzącej burzy.

Nie myślał o tym dużo. Zjadł jedną z kanapek ustawionych w kształt piramidy na talerzu. Przynajmniej dla odmiany ta dziwna dziewczyna nie okradła go z jedzenia, pomyślał z przekąsem.

Około piątej nad ranem Mikołaj rzucił się na kanapę, na której zwykł sypiać. Najpierw przykrył ją dwoma kocami. Będzie coś musiał z nią zrobić, po tym jak dziewczyna zabrudziła ją fontanną krwi. Na przykład wyrzucić. I spać na podłodze.

Zdecydowanie czekały go ciężkie czasy.

Domek, w którym urzędował z trudem zasługiwał na swoje miano. Aczkolwiek się starał. Półka wypełniona książkami zmagazynowanymi przez jego dziadka i wujostwo robiła swoje. Sporą część w tworzeniu domu miała też kanapa, dopóki naturalnie nie zniszczyła jej ta wariatka z lasu. Miał nawet jakiś stolik koło kanapy, jedna z jego nóg była zastąpiona szklanym wazonem. Można było więc powiedzieć, że Mikołaj wyposażył swoje lokum w nowoczesne meble ze szklanymi wstawkami.

Sypialnio-biblioteka bez wyraźnej granicy przechodziła w zdezelowaną kuchnię wypełnioną sprzętami, do których używania nie było tu warunków. Chłopak dysponował jedynie starą gazową kuchenką i nie zawsze bieżącą wodą z kranu przy zlewie. Główną zaletą pomieszczenia była duża ilość półek, gdzie upychał resztki jedzenia i topniejące w zatrważającym tempie oszczędności oraz potencjalnie przedmioty na sprzedaż.

Łazienka stanowiła osobne pomieszczenie w domu i do jej wykonania jego przodkowie naprawdę się przyłożyli. Jako jedyne miejsce w domu została wyłożona płytkami, a nie spróchniałym, dziurawym drewnem. No i nie kapało w niej z sufitu. Woda lała się z odpowiednich miejsc, czyli z kranu i prysznica. Małe okienko wychodzące na las, stanowiło idealny punkt obserwacyjny dla możliwego podglądacza. Niestety, wiewiórki, które go podpatrywały, musiały być srogo rozczarowane. Większość swojego życia Mikołaj spędzał na planowaniu przetrwania, spaniu, albo kombinowaniu, jak zgrać zbliżającą się szkołę z grożącym mu poważnym uszkodzeniem ciała, przez to, z kim był spokrewniony.

Poza tym wciąż oczekiwał na wieści.

Łazienka była prawdopodobnie jedynym fragmentem domu, który przetrwałby atak potencjalnej piromanki.

Mikołaj miał więc kolejny powód, by obawiać się o swoje życie. Ale to było nic. Życie, jakie prowadził w domku w lesie, było czystą improwizacją. Gdyby ją stracił, bez problemu rozpocząłby następną.

Kiedy się obudził kilka godzin później, kanapek na stole nie było. Była za to jego niespodziewana towarzyszka z wczoraj.

Zaskoczony chłopak przetarł zaspane oczy. Sądząc po tym, że promienie słoneczne padały na półkę mieszczącą jego imponujący księgozbiór, musiało być po dwunastej. Mikołaj nawet nie zauważył, gdy stał się równie spostrzegawczy, niczym harcerze z ich zdolnościami do czytania z natury jak z otwartej książki. Życie w zgodzie z naturą nauczyło go czerpać jak najwięcej z jej nieskończonej łaski.

Szkoda, że wciąż nie opanował zdolności krzesania płomienia pocierając kamień o kamień. Jego podniebienie go dziwnie łaskotało. Był dobre kilka papierosów do tyłu, a zapalniczki ani widu, ani słychu.

Mikołaj podniósł się z kanapy, nie spuszczając wzroku z Zary. Dziewczyna siedziała po turecku na jednym z dwóch obskurnych krzeseł postawionych przy drewnianym stole w kuchni i bez większych wyrzutów sumienia pałaszowała ostatnią z kanapek. Zadowolona z siebie otrzepała wczorajszą sukienkę z okruszków i przewróciła kartkę czytanej książki.

Ktoś tu poczuł się jak w domu, pomyślał Mikołaj. Tylko pozazdrościć.

Łydki dziewczyny już nie miały tej niepokojąco kredowobiałej barwy, jaką przybrały we wczorajszym zmierzchu. Cała jej skóra nabrała zdrowego odcienia. Fioletowe oczy bacznie śledziły wersy książki, a Zara była na tyle pochłonięta tą czynnością, że zarejestrowała tego, że została poddana obserwacji.

A przynajmniej tak wydawało się Mikołajowi.

— Gdybym… — wyszeptała dziewczyna, nie podnosząc wzroku znad książki.

— Co? — zapytał Mikołaj głośno, uderzając się nogą o kant stolika. Zaklął siarczyście, ale uczynił to w myślach.

Zara z niechęcią pozostawiła czytaną przez siebie powieść i z wysiłkiem wyrecytowała:

— Czuję twój wzrok. Gdybym była zwie-zwierzyną łowną, usz dawn umar byś z głodu.

— Umrę z głodu tak, czy inaczej, jeśli nie przestaniesz mnie okradać — zauważył oschle Mikołaj, a oczy Zary błysnęły, dopełniając uśmiech, który rozświetlił jej twarz. Nawet nie próbowała ukryć swojego zadowolenia.

Co tylko rozsierdziło chłopaka jeszcze bardziej.

— Słuchaj, chyba musimy ustalić jakieś zasady — powiedział i podrapał się po karku. Ciężko było uwierzyć mu w słowa, które wypłynęły z jego ust.

— Zasady? — prychnęła Zara i ewidentnie straciła zainteresowanie dalszą rozmową. Odwróciła wzrok od chłopaka i kontynuowała czytanie w miejscu, które zaznaczyła palcem. Niezrażony chłopak przeczesał włosy palcami, doprowadzając się do względnego ładu i obciągnął podwiniętą koszulkę. W kilku krokach przeszedł do kuchni, wysunął wolne krzesło spod stołu i przesunął je tak, by usiąść dokładnie naprzeciwko dziewczyny.

Skupiona na lekturze Zara nic nie robiła sobie z jego śmiałych poczynań, dopóki Mikołaj zdecydowanym ruchem nie zatrzasnął jej książki, omal nie uderzając ją twardą okładką w nos.

— Zasady — powiedział dobitnie, gdy ponownie zyskał uwagę dziewczyny. Położył dłoń na wierzchu starej książki w skórzanej oprawie, gdy dziewczyna chciała już po nią sięgnąć. Zważywszy na to, że przeczytała jakąś połowę książki, musiała siedzieć tu od dobrych kilku godzin.

— Mów — zarządziła Zara i wojowniczo zaplotła ręce na piersi. Zdmuchnęła z czoła przydługą grzywkę, która wpadała jej do oczu. Tych intensywnie fioletowych oczu, które wyglądały tak naturalnie. Gdyby tylko nie żyli w świecie, w którym zmiana koloru tęczówek była na porządku dziennym…

— Fajne soczewki — zauważył chłopak, zapominając o zasadach, które miał jej wyłożyć. Rozpłynęły się, podobnie jak jego złudne poczucie panowania nad sytuacją.

— To nie soczewki — zripostowała natychmiast Zara, a Mikołaj prychnął.

— Jasne — wywrócił oczami, po czym kontynuował to, co wcześniej zaczął: — Miło mi, że moje towarzystwo tak przypadło ci do gustu i zdecydowałaś się odwiedzić mnie ponownie, siedząc tu Bóg wie ile czasu… Wyjadając moje całe jedzenie… Grabisz sobie, dziewczyno. Naprawdę sobie grabisz. Nie będę tolerował czegoś takiego.

— W lodówce masz jeszcze kilka jajek. Może zrobm jajcznicę? — z podekscytowania głos Zary nabierał coraz bardziej piskliwych tonów, dodatkowo zniekształcając wyrazy, z których zrozumieniem Mikołaj miał i tak spore problemy.

Przy „jajecznicy” Zara aż podskoczyła na krześle, zapalona do własnego pomysłu.

— Zwolnij.

— Masz leko? — nie ustępowała dziewczyna. Jej oczy świeciły blaskiem, który mógłby przyćmić niejedną z gwiazd.

— Mleko?

— Możemy zrobić nleś…

— Co? — Mikołaj pochylił się w jej kierunku, gdy Zara zdecydowała się na powrót do szeptu.

— N-A-L-E-Ś-N-I-K-I — przeliterowała dziewczyna, jednocześnie wykonując niezrozumiałe dla Mikołaja manewry dłonią. Dopiero przy literze L, utworzonej z kciuka i palca wskazującego, zorientował się, że dziewczyna literowała słowo także w języku migowym. — Możesz kupić dżem… — znów zaczęła szeptać, ale Mikołaj jej przerwał.

— Niczego nie będziemy gotować. A już na pewno razem — zaznaczył kategorycznie. — To nie jest najlepszy moment w moim życiu na dzielenie się z tobą czymkolwiek. Nie chcę być skąpy, ale żeby ten układ zadziałał, musisz dać coś od siebie.

— Od siebie? — Jedna z cienkich brwi Zary poszybowała do góry, marszcząc jej czoło. — Mam…? — sugestywnie odsunęła ramiączko sukienki, pokazując nagie ramię.

— Boże, nie! –Mikołaj powstrzymał jej zamiary. — Skąd ci to przyszło do głowy?!

— Myślam, że chłopcy to lubią. — Zara z miną niewiniątka spuściła wzrok na podłogę, wyginając usta w podkówkę. Nagle zrobiło mu się jej żal.

— Tak, ale… — skonsternowany chłopak potrząsnął głową, zły na samego siebie. Znów dał się wciągnąć w zmianę tematu. — Skąd ty się urwałaś, dziewczyno? — zapytał, nie spodziewając się odpowiedzi, ale ta ku jego zaskoczeniu nadeszła.

— Uciekłam z domu — powiedziała spokojnie Zara.

— Idealnie. Tego właśnie było mi trzeba.

— Uciekłam, bo mój dom tonął we kwi. A potem uciekłam od mojego rata, bo jego dziewczyna jest wiedźmą. Boję się, że rzuciła na mnie jakąś kląwę.

— Była dla ciebie niemiła? — Mikołaj oparł zgiętą rękę o blat stołu i skupił całą swoją uwagę na dziewczynie, która nieoczekiwanie zaczęła dzielić się informacjami ze swojego pokrętnego życia.

— Nie. Była wiedźmą — powiedziała Zara, marszcząc w zdziwieniu brwi, jakby zaskoczona, że chłopak nie zrozumiał jej za pierwszym razem. — Miała sięgę czarów i duchy po swojej stronie. Musiałam uciekać. Z duchami nie ma żatów.

Mikołaj pokiwał głową w udawanym zrozumieniu. Nagle problem jego znikających rzeczy stał się sprawą drugorzędną.

— Rozumiem — powiedział ostrożnie, jakby też miał swoje konszachty z zaświatami. — A gdzie teraz mieszkasz?

— Nie mszkam.

— Nie?

Zara wywróciła oczami, jakby musiała tłumaczyć rzecz oczywistą wyjątkowo niepojętnemu uczniowi.

— Mam dom na swoich plecach. — Zara wskazała wzrokiem na swój spory plecak stojący na podłodze, oparty o jedną z nóg stołu. — Jak ślimak. Mój dom podąża za mną.

— Gdzie więc spałaś zeszłej nocy? — zapytał Mikołaj dumny ze swojego refleksu.

— W starym magazynie w lesie — wyszeptała.

— Często śpisz sama pod gołym niebem?

— Nie śpię sama. Wiazdy nade mną czuwają.

I to byłoby tyle, jeśli chodzi o ustalanie zasad z tą wariatką. Usatysfakcjonowana odpowiedziami, których mu udzieliła, Zara wyjęła czytaną przez siebie książkę spod zastygłej dłoni chłopaka. Mikołaj nawet nie oponował. Ze zrezygnowaniem pozwolił wrócić dziewczynie do zatapiania się w lekturze. Coś mówiło mu, że na chwilę obecną nie miał innego wyjścia, jeżeli nie chciał poznać kolejnych rewelacji, z których wynikały coraz mroczniejsze podejrzenia.

Teraz nie pozostawało mu nic innego, jak wyruszyć do miasta celem uzupełnienia rażących braków w lodówce. Mógł mieć tylko nadzieję, że po jego powrocie ta ostatnia wciąż będzie stała na swoim miejscu.


Wtedy


Tej jesiennej nocy Pogoda nie była w najlepszym nastroju. Postanowiła wyładować swoją frustrację na rozsianych po wzgórzach jednorodzinnych domach. W szczególności upatrzyła sobie jeden z nich, ten najbardziej okazały. Był to całkiem losowy wybór, podobnie jak losowy był jej nienajlepszy humor

Wypluwała z siebie tony porywistego wiatru, któremu aż ciężko było się oprzeć. Szczególny problem miały z tym co słabsze drzewne jednostki. Resztą starczych sił trzymały się w życiodajnej glebie powykręcanymi niczym artretyczne stawy korzeniami. Jeden z ich kompanów już przegrał tą walkę. Teraz leżał w poprzek wąskiej drogi, tym samym odcinając od cywilizacji górskie rezydencje. Kwestią czasu pozostawało, aż Pogoda w kryzysowym momencie swojej bezsennej nocy dla zabawy zerwie jakiś kabel i zapewni noc w ciemnościach kilku wystraszonym dziewczynkom.

Póki nad ich głowami świeciło sztuczne światło, Emilka wraz ze swoimi koleżankami bawiły się w najlepsze, otumanione tym złudnym poczuciem bezpieczeństwa.

Wcale nie bały się wichury na zewnątrz, jak przyrzekały sobie nawzajem cztery dziesięcioletnie dziewczynki, nie chcąc wypaść na tchórzliwe w osądzających oczach koleżanek. Ale zaświecenie głównego światła w pokoju i zamknięcie drzwi nikomu nie mogło zaszkodzić.

Deszcz walił w okna niczym wyjątkowo natrętny gość. To był hałas wściekłej ulewy, gotowej pozalewać te kilka marnych jednostek, łudzących się, że blaszane dachy i jasne pokoje dadzą im jakąkolwiek przewagę w tej i tak już niewyrównanej dla ludzi walce.

Zara powiedziała kiedyś, że katastrofalne w skutkach ulewy i wichury to nic więcej, jak manifest ze strony Matki Natury. Rozczarowana zachowaniem swoich dzieci, czuje się pociągnięta do odpowiedzialności, żeby pokazać im, że tak, jak ona powołała nas wszystkich do życia, tak w każdej sekundzie może nas bez problemu unicestwić.

Jesteśmy słabi, mówiła Zara. Ile wytrzymalibyśmy bez prądu czy bieżącej wody? Ty na pewno nie za długo. Nie znasz innego życia, jedynie to, w którym podobne udogodnienia brane są za pewnik. Ale nasza kochana Matka widzi, kiedy ty wyrzucasz papierki po cukierkach na trawnik, albo wyrywasz biedronkom nogi dla zabawy. Nasza Matka jest łaskawa, wybacza, ale zapamiętuje. Któregoś dnia da ci lekcję pokory.

Gwałtowne zjawiska atmosferyczne, ciągnęła Zara, gdy myślała, że jej młodsza siostra już jej nie słucha, to nie tylko droga do klęsk i cios w naszą bezbronność. To także źródło niewyobrażalnej energii, którą Matka obdarowuje tych, którzy potrafią otworzyć serce na jej dary. Im bardziej otwarte serce trzymasz, tym więcej siły witalnej uda ci się przyswoić od Matki.

Potem nic rozumiejąca z bredni siostry Emilka zasnęła, a Zara wyczerpana swoją opowieścią zgasiła lampkę postawioną na szafce nocnej obok głowy Emilki i bezszelestnie opuściła pokój młodszej siostry.

Przypominając sobie teraz tą opowieść otrzymaną z coraz rzadziej otwierających się ust siostry, Emilka wcale nie była pewna, czy pilnująca ich tej nocy Zara była aby na pewno ich opiekunką… czy raczej powinna chronić przed nią swoje koleżanki.

W szumie deszczu wydawało jej się, że słyszy silnik samochodu rodziców, ale szybko okazywało się, że było to tylko złudzenie. I tak co parę minut. Narastająca nadzieja i dewastująca ją świadomość. Monotonny cykl, który miał trwać jeszcze przez kilka godzin.

— Mówisz, że twoi rodzice powinni niedługo wrócić? — zagadała drżącym głosem Sandra, anielskiej urody blondynka, i z niepokojem popatrzyła w stronę sufitu, gdzie żyrandol coraz mniej szczodrze dzielił się z nimi swoim słabnącym blaskiem.

— Mówili, że wrócą około północy, ale nigdy nie siedzą tak długo — powiedziała uspokajającym tonem Emilia, ale nie wiedziała, czy uspokaja samą siebie, czy wyraźnie tracące na pewności siebie koleżanki. — Mama nie lubi tych dużych imprez. Mówi, że ci wszyscy bogaci ludzie są napompowani, jak ich portfele brudnymi pieniędzmi. Ale nie wiem, o co jej chodziło z tym brudem.

— Ale ty jesteś głupia! — siedząca naprzeciwko niej zielonooka Luiza popukała się w czoło. W ich gronie to ona była najbardziej obeznana ze sprawami dorosłych i nie przepuszczała żadnej okazji, by pokazać reszcie swoją wyższość. — Brudne pieniądze to znaczy nielegalne. Zazwyczaj chodzi o narkotyki.

— Narkotyki? — oczy pozostałych trzech dziewczynek rozszerzyły się z niedowierzania.

— Oczywiście — powiedziała Luiza pełnym satysfakcji głosem. — Są z tego grube pieniądze. I nie, nie chodzi o grube w sensie dosłownym. Duże pieniądze. Wiedzieliście, że mama Ani z naszej klasy zaplanowała im na wakacje wycieczkę do Hiszpanii?

— Tej Ani, która nosi ubrania po bracie? Mogłaby lepiej zaplanować jej wymianę garderoby, albo opłacenie obiadów w stołówce. Szkoda mi jej, jak siedzi smętnie z tymi swoimi jabłkami.

Dziewczynki roześmiały się złośliwie, tylko Emilia pozostała niewzruszona. Jej też było szkoda Ani, która musiała wiązać włosy, żeby nie było widać jakie są przetłuszczone. Podobno byli tacy biedni, że mieli problemy z ciepłą wodą i żeby się nie rozchorować, Ania myła włosy tylko w weekendy, kiedy jechali do rodziny.

Niezależne ile było w tym prawdy, Emilia nie widziała w tym nic śmiesznego, więc skomentowała komentarz Luizy krótkim prychnięciem.

— A tobie co? — naskoczyła na nią trzecia z koleżanek, Marta. Podobnie jak Emilka mieszkała w zadbanej rezydencji na wzgórzach. Pojęcie biedy było jej o tyle obce, że na wszelkie wzmianki o niej Marta nigdy nie umiała zastosować adekwatnej reakcji.

— Wyluzuj, Ems. To, że jesteś bogata, nie znaczy, że twoi rodzice produkują narkotyki. Zauważyłabyś.

— Po czym? — zapytała z ciekawością Emilka, a Luiza westchnęła, jakby zdezaprobowana jej rażącymi brakami wiedzy.

— Mieliby podkrążone oczy i chodziliby w podartych ubraniach. Tak to się zaczyna. A potem wylądowalibyście na ulicy. Ale przez krótki czas bylibyście bogaci.

— Myślicie, że Ania skończy na ulicy? — zapytała Sandra i z przejęcia aż rozszerzyła usta. Szybko jednak uświadomiła sobie swoją gafę i taktownie zasłoniła otwartą buzię dłonią.

— Dziwię się, że jeszcze nie skończyła. Słyszałam, że ostatnio był u nich…

Ale Emilii, Sandrze i Marcie nie było dane dowiedzieć się, jakie kolejne nieszczęście spotkało ich biedną koleżankę z klasy.

Światło w pokoju zadrgało, jakby zastanawiało się, w którą stronę odbić, a potem niespodziewanie zgasło. I już nie wróciło.

Wszystkie dziewczynki zapiszczały przeraźliwie niczym udręczone dusze, które mimo młodego wieku dobitnie uświadomiły sobie, że już nigdy nie odzyskają spokoju ducha dumnie dzierżonego przez lata. Od teraz dla jednej z nich będzie to wspomnienie przerażającej nocy i posiadanie wiedzy, z którą wolałoby nie obcować w szczenięcym wieku dziesięciu lat.

— Dziewczyny?! — zawołała w narastającej panice Luiza, ta która zawsze pozowała na najodważniejszą z nich wszystkich. W ciemności wyszły na jaw prawdziwe charaktery dziewczynek. Nagle już nie były na tyle zuchwałe, by szydzić z biedniejszej koleżanki z klasy, a raczej sparaliżowane strachem, gdy w powietrzu aż iskrzyło od energii, którą mogłaby wykorzystać osoba do tego uzdolniona.

Czwórka dziewczyn świadomie, czy też nie, przysunęła się bliżej siebie.

— A twoja siostra? — zwróciła się do Emilii roztrzęsiona Sandra. — Ona miała nas pilnować. Może niech posiedzi z nami. Nie wiem, jak wy, ale ja się boję.

Emilka pomyślała o Zarze. O jej niezrozumiałych opowieściach, o niepokojącej alienacji, w jaką popadła jej siostra wraz z postępującą utratą słuchu.

Nagle już nie była taka pewna, czy były bezpieczne tej nocy.


Ciemność wzięła w posiadanie cały dom, zanim przerażone dziewczynki odnalazły Zarę, błądząc pomiędzy agonalnym świstem za wysokimi oknami, a kilkoma zakamarkami na korytarzu będących efektem nietrafionego pomysłu architektonicznego. O ile wnęki w ścianach za dnia służyły za miejsce dla roślin doniczkowych i eksponowania obrazów o niezrozumiałym dla Emilki przekazie, o tyle w nocy wyglądały jak siedlisko demonów. W każdej chwili któryś z nich mógł zostać obudzony jednym z cienkich głosików nerwowo uciszających się nawzajem dziewczynek i wziąć którąś z niewinnych dusz w posiadanie.

Zarę znalazły na strychu. To było dokładnie jedno z tych miejsc, w których należało szukać jej od samego początku. Konkretniej rzecz ujmując, znalazła ją Emilka. Jej trzy koleżanki zostały na dole w korytarzu i z przerażeniem patrzyły, jak Emilka wspina się po stromych, drewnianych schodach prowadzących do białych drzwi z eleganckimi wyrzeźbieniami.

Może była naiwna, wrażliwa, ale na pewno nie była tchórzem. Wiedziała, że musi sprowadzić Zarę z powrotem do świata żywych.


Emilka nie od razu pojęła widok, który objawił się jej dziecięcym oczom. W przypadku Zary nie mogło chodzić wyłącznie o siedzenie na podłodze po turecku, przodem do całej tej wariującej burzy… Było coś w powietrzu, co jednoznacznie skreślało zwykłe podziwianie warunków atmosferycznych za małym, strychowym okienkiem

Powietrze aż skrzyło od nagromadzonej w nim energii. Mogłoby się wydawać, że niewidzialne tornada błąkały się po zakurzonym strychu, wprawiając go w drżenie, jakiego uśpione pomieszczenie nie zaznało od dawna. Cały strych z zapartym tchem obserwował siedzącą na podłodze fioletowooką dziewczynę, ciekawy jej poczynań. Mimo, że ta od dłuższego czasu nie wykonała najmniejszego ruchu.

Zara złożyła przed sobą dłonie, jak do modlitwy, która miała jej pomóc odnaleźć upragniony spokój tej burzliwej nocy. Pochyliła lekko głowę do dołu i oparła nasadę nosa o czubki palców. Oddychała głęboko, testując szczyt możliwości swoich płuc. Błyskawice co kilka sekund rozjaśniały jej sylwetkę. To właśnie one pomogły odnaleźć Emilce starszą siostrę. To one wydobyły jej kontury z ciemności.

Dziewczynka postąpiła ostrożny krok w stronę starszej siostry. Jedna z desek zaskrzypiała przeraźliwie, ale to nie było coś, co mogłoby wyrwać Zarę z jej transu, nawet bez postępującej utraty słuchu. Dlatego Emilka kroczyła dalej, bardziej martwiąc się tym, by się o coś nie potknąć, aniżeli czy nie przeszkodzi Zarze w jej chwili kontemplacji.

W końcu, po przerwanej kilkoma grzmotami wędrówce, Emilka stanęła przy Zarze. Miała ją tuż u swojego boku, wystarczyło tylko spojrzeć w dół.

Emilka przykucnęła tak, by znaleźć się na równi ze swoją siostrą i delikatnie szarpnęła ją za ramię.

— Zara — powiedziała. — Musisz zejść na dół. Zgasło światło.

Ale Zara pozostawała niepomna na jej błagania. Zamglonym urokiem wpatrywała się w szalejącą za oknem burzę, w dzieło Matki Natury pokazującej swoją dominację i sądząc po lekkim uśmiechu błąkającym się po jej twarzy, czerpała z tego widoku niewysłowioną radość.

— Siadaj — odezwała się w końcu Zara, gdy Emilka mocniej zacisnęła drobną dłoń na jej ramieniu. — Zamknij oczy i spróbuj poczuć tą niesamowitą energię.

— Nie mam czasu na twoje bzdety — powiedziała głośno Emilka, starając się przekrzyczeć burzę, także tą panującą w umyśle siostry. Ale wiedziała, że kiedy Zara osiągała ten nieobecny stan, nie mógł zdziałać tu nic nawet największy hałas.

— Jesteś stracona, Emilio. Stracona, jak ci wszyscy ludzie, którzy nie umieją słuchać sercem.

Kolejna błyskawica wyrwała z mroku twarz Zary. Ale tym razem na jej zastygłym obliczu nie było śladu uśmiechu. Zara płakała, a wraz z jej łzami załkał cały strych.

Rozdział 4
Śniadanie na trawie

Trawa była lekko wilgotna, kiedy na niej siadaliśmy, ale nie na tyle, by wzbudzać mój większy dyskomfort. Mało co mogło go wzbudzić w tym pięknym dniu. Gwiaździste niebo zeszłej nocy wraz z obietnicą czystego nieba przyniosło słońce, którego żadna chmura nie próbowała nam odebrać. Jego ciepłe ramiona gładziły mnie po plecach, gdy lokowałam się na trawie przed domem i postawiłam przed sobą talerz z kanapkami. W dłoni trzymałam kubek z gorącym kakao. Kubek był przyozdobiony rysunkiem uśmiechniętego bałwana, który niechcący przypomniał mi o nadchodzących zimnych dniach i wiążącymi się z tym konsekwencjami.

W tym momencie nie lubiłam konsekwencji.

Lubiłam ciepło kubka, które cudem nie roztopiło zaklętego w nim bałwana i lubiłam orzeźwiającą rosę spływającą po moich nogach. Pociągnęłam łyk kakao i wygięłam głowę do tyłu, tak, by zaabsorbować na twarzy jak najwięcej ciepła ofiarowanego przez słońce. Tego ranka było wyjątkowo łaskawe w swoich darach, wyjątkowo łaskawe, jak na tą końcówkę lata i coraz mniej sprzyjającą pozycję względem kuli ziemskiej.

— Po co nam krzesła? — mruknął ironicznie Mikołaj.

Niespodziewany cień zabrał mi słońce i narzekał na tyle głośno, że udało mu się zagłuszyć całą symfonię lasu. Energia w powietrzu się zmieniła. Niechętnie wyprostowałam szyję i zostawiłam słońce za plecami.

— Nie musisz ze mną siedzieć — powiedziałam cicho do sadowiącego się naprzeciwko mnie Mikołaja.

— Nie muszę — odparł, ale mimo to usiadł na trawie i sięgnął po jedną z kanapek. Wgryzł się w nią zamaszyście.

I tak oto spożywaliśmy ten posiłek bez zbędnych słów. Siedzieliśmy gdzieś pośrodku między chatą Mikołaja, a granicą, gdzie zaczynał się las. Nad nami górowały drzewa, a jeszcze wyżej błękitne niebo. Dookoła fruwały motyle i inne owady. W lesie śpiewały pojedyncze ptaki. Ich zadziwiające w swej perfekcji repertuary biły na głowę wszelkie słowa, jakich moglibyśmy teraz użyć. A jednak Mikołaj po przełknięciu ostatniego kęsa kanapki z serem i pomidorem i po wytarciu z siebie okruszków, zdecydował się przemówić:

— W sumie jest całkiem przyjemnie — zauważył, a ja pokiwałam głową. Nie wiedziałam jak inaczej skomentować tą całkiem oczywistą uwagę. Byłam jednak zadowolona z postępu, jaki poczyniliśmy. — Nigdy nie jadłem śniadania na trawie.

— Napradę? — nie ukrywałam zaskoczenia. — To byłaby ruga rzecz, jaką zrobiłabym mieskając tutaj.

— A jaka byłaby pierwsza?

— Zamknij oczy.

— Po co?

— Po prostu to zrób.

A on o dziwo mnie posłuchał. Coś jeszcze mówił, podmuchy wiatru wydobywające się z jego ust atakowały moją twarz. A potem, kiedy przysunęłam się bliżej niego i złapałam go za obie dłonie, przestał. Uśmiechnęłam się pod nosem i zamknęłam oczy. Nawet gdyby teraz coś do mnie mówił, nie było możliwości, że go usłyszę. Powoli wyłączałam wszystkie zmysły, a mój słuch nastawiałam na częstotliwości, które nie wyłapywały głosu ludzkiego. Jak bardzo bym nie lubiła głosu osobnika siedzącego naprzeciwko mnie, w tym momencie nie mogłam pozwolić sobie na najmniejszą dekoncentrację.

Wzięłam głęboki oddech i stałam się świadoma regularnego rytmu bicia mojego serca. Krew wypełniająca moje naczynia robiła to delikatnie, sunęła jak morze w bezwietrzny dzień. Moje serce rosło, nie w jakiś patologiczny sposób, ale jakby chciało wyfrunąć z mojej kartki piersiowej i dołączyć do ptaków kołujących nad naszymi głowami.

Tył mojej głowy nagrzewał się od ciepła emitowanego przez słońce, natomiast moja twarz owiewana była wciąż nieogrzanym podmuchem poranka. Czułam, jak kilka pasemek moich włosów ląduje mi twarzy, ale to nie było istotne w tym momencie. Skupiłam się wyłącznie na tych stabilnych elementach, na zapachu lasu, na łaskoczącej mnie trawie i orzeźwiających kropelkach rosy, na zmianach zachodzących w powietrzu zwiastujących późniejsze ulewy.

Stałam się świadoma potęgi ziemi, na której siedzieliśmy. Wyobraziłam sobie jej wielkość, kilometry połaci ciągnące się w każdym możliwym kierunku i ciepło buzujące pod ochronną skorupą, która skrywała jej epicentrum. Wyobraziłam sobie ptaki nad naszymi głowami i sklepienie nieba otulające nas niczym najcieplejszy koc.

Skupiona wyłącznie na tych bodźcach, poczułam, jak moja dusza tańczy z radości.

Ostrożnie puściłam dłonie chłopaka i zaplotłam swoje w kępy trawy. Położyłam je płasko na powierzchni ziemi i pozwoliłam sobie uszczknąć od niej odrobinę geotermalnej energii, która aż w niej buzowała.

Otworzyłam oczy. Mikołaj wpatrywał się we mnie i sądząc po intensywności jego spojrzenia, robił to od dłuższego czasu. Zastanowiłam się, czy przypatrywał mi się przez cały ten czas.

— I poczułeś to? — wyszeptałam.

— Co?

— Spokój.

Mikołaj wzruszył ramionami.

— O cym myślałeś? — zapytałam.

— O tym, że niedługo zbliża się szkoła. Będę musiał przenieść się do mojego wujka. I załatwiać sprawy, które odziedziczyłem po moich rodzicach. — Pokiwałam głową na znak, że słucham, a on zapytał: — A o czym powinienen myśleć?

— O nicz-czym. Wyłączyć umysł. Medytować.

— To byłaby rzecz, od której zaczynałabyś dzień, żyjąc tutaj?

Skwapliwie pokiwałam głową. Zrozumiał. Może była jeszcze dla niego jakaś nadzieja.

— Musisz coś wiedzieć, Zaro… — powiedział chłopak, a jego twarz przywdziała wyraz zatroskania, które — jak sobie uświadomiłam — gościło na niej przez większą ilość czasu. Musiało być zakorzenione w nim tak głęboko, że nie potrafił wyłączyć swojego umysłu nawet na pięć minut, by kontemplować otaczającą nas przyrodę.

Żeby ukryć swoje współczucie, ostrożnie ujęłam jego lewą rękę w moje obie dłonie. Pozwoliłam mu mówić.


— Tak naprawdę nie mieszkam tu z wyboru. Ten dom to moja kryjówka. Moi rodzice nie uznawali idei rodziny, uznawali wyznawaną przez siebie swobodę ducha. Nie pracowali, a pieniądze, które ukradli, lub wygrali w nielegalnych zakładach szybko przetrwonili na alkohol i kokainę. W końcu zaczęli się zapożyczać i nie spłacać długów. Wkurzyli tym wiele niebezpiecznych typów. Mój wujek ma mi dać znać, kiedy będę mógł się przenieść stąd do miasta. Powiedział, że część długów spłaci, a część załatwi po swojemu.

— Ale czego oni chcą od ciebie? Nie jesteś niczemu winien — siedząca naprzeciwko niego Zara z przerażeniem rozszerzyła oczy.

— Jestem ich dzieckiem.

— Nie masz pieniędzy — zauważyła dziewczyna i obrzuciła skromną chatkę jednym podsumowującym spojrzeniem.

— Mogą mnie zabić dla tych pięciu złotych, które trzymam w spodniach.

Zara zasłoniła usta dłonią i załkała przeraźliwie. Jej całe ciało aż się zatrzęsło, a jego dłoń, którą trzymała wcześniej w obu swoich rękach, teraz bezwładnie opadła na mokrą trawę.

Nagle słońce jakby przygasło. Fioletowe tęczówki Zary tonęły we łzach, a te po wydostaniu się z jej oczu, rzeźbiły pokrętne rzeki na jej zarumienionych z zimna policzkach. Dziewczyna schowała twarz w dłoniach i skuliła się w głąb siebie, zostawiając mu na widoku tylko swoje plecy i wachlarz jasnych włosów, mieszających się z trawą.

— Zara… — Mikołaj ostrożnie pogłaskał ją po plecach, ostrożnie jak głaszcze się zwierzę o nieprzewidywalnej reakcji. — Nic mi nie będzie. Tutaj nikt mnie nie znajdzie. A już niedługo będzie po wszystkim i zamieszkam razem z moim wujkiem.

Dziewczyna umilkła i z wyraźnym oporem wyprostowała się do pozycji siedzącej. Odgarnęła włosy z twarzy i wytarła łzy. Jednak była to czynność bezcelowa, gdyż wytarte zapasy zostały szybko uzupełnione nowymi.

— To staszne — wykrztusiła dziewczyna i pociągnęła nosem. — Staszna historia.

— Dlaczego aż tak się przejęłaś? Przecież się nie znamy — zdziwił się Mikołaj.

Zara ostatni raz przetarła twarz i spojrzała na niego pełnią swojego fiołkowego spojrzenia. W jej włosy zaplątał się liść i kilka źdźbeł trawy, ale były to elementy tak pasujące do obrazu dziewczyny, że Mikołaj nie ośmielił się niczego ruszać.

— Oboje nie mamy rodzin i gonią nas szli ludzie… — Zara znów zaczęła szlochać, ale wzięła kilka głębokich oddechów i się opanowała. — Ale ty sobie tak świetnie ra-radzisz… — wyjąkała, a Mikołaj dostrzegł, że silne emocje powodowały u niej głośniejszą mowę i większe zniekształcanie wyrazów. Kiedy szeptała, szło ją zrozumieć o wiele łatwiej.

Światło przebijające się przez kurtynę drzew, znajdujące się za plecami Zary, podświetlało jej sylwetkę. Sprawiało, że lśniła. Razem z trawą i gałązkami we włosach, z dłońmi umorusanymi glebą, dziewczyna wyglądała jak rasowa obywatelka lasu. Pojedyncze pasemka jej prostych włosów targane przez wiatr, chwytały w locie promienie wspinającego się po niebie słońca. Zara nie tylko była podświetlana przez słońce, ona absorbowała jego ciepło, jak mchy pochłaniały nadmiar wody i emitowała pochłaniany blask. Sam widok dziewczyny, tak pewnie czującej się w swoim środowisku rozgrzewał go od środka.

Teraz nadszedł czas na następną opowieść.

— A co jest z tobą? Rozumiem, że uciekłaś z domu?

Dziewczyna w ciszy zaczęła skubać kępki trawy i wykręcać pojedyncze źdźbła, starannie ich nie wyrywając. Nie patrzyła w jego kierunku, ale sądząc po nagłej zmianie wyrazu jej twarzy, Mikołaj miał pewność, że Zara go usłyszała.

— Musia-am — powiedziała, nienaturalnie przeciągając samogłoski, a Mikołaj pomyślał, że zaraz znowu się rozpłacze. Nie musieli przecież spowiadać się sobie nawzajem po jednym dniu znajomości. A jednak to właśnie robili. — Musia-am, bo ścigają mnie szli ludzie… Jak ciebie. W domu, w mieście, nie mogłam czuć się bezpieczna. Jescze zanim oni wszyscy umarli, działy się złe rzeczy… Zaczęłam to tacić. Było źle, kiedy przesałam słyszeć pieśni ptaków i szum drzew. Nagle byli tylko kłócący się ludzie. — Ostatnie zdania wypowiedziała z zaskakującą wyraźnością. Mikołaj domyślił się, że musiała je wielokrotnie obracać w swojej głowie.

— Więc stopniowo tracisz słuch? — zapytał łagodnie.

— Żdego dnia jest coraz gorzej. Czas-sem racę go całkowicie. Wtedy wypowiadane przeze mnie słowa są niczym więcej, jak próbą zaufania samej sobie. Nie jestem pewna, czy je uwolniłam.

— Badałaś się? Istnieją aparaty słuchowe…

Zara ostro popatrzyła w stronę chłopaka.

— Nie chcę mieć nic wsólnego z badaczami. Mam ich dość. Całe moje życie to było jedno wielkie badanie. Dlatego uciekłam.

Zara obojętnie wzruszyła ramionami, a Mikołaj zrozumiał, że póki co, jej opowieść kończyła się w tym punkcie. Toteż powstrzymał się od dalszych pytań, mimo, że te mnożyły się w jego głowie, grożąc jej rozsadzeniem. Czuł, że dziewczyna opowiedziała mu już sporo, znacznie więcej, niż powiedziała od dłuższego czasu komukolwiek. Ostatecznie nie dowiedział się, ile czasu upłynęło od jej ucieczki z domu. Kilka dni? Tygodnie? I kogo miała na myśli mówiąc o umarłych? Swoją rodzinę?

Mikołaj już miał zadać te pytania, kiedy zauważył, że Zara straciła zainteresowanie jego osobą i stojącym pomiędzy nimi talerzem pełnym kanapek. Patrzyła na punkt na ścieżce prowadzącej do lasu, kilka metrów od siebie. Mikołaj podążył za jej skupionym spojrzeniem.

Jego oczom ukazał się mały ptak z żółtym brzuszkiem.

— Zara, a kiedy dokładnie…

— Cśśś! — syknęła dziewczyna, nawet nie odwracając się w jego kierunku. Jakże mógł myśleć, że ma jakąś szansę w pojedynku z przypadkowym ptakiem?

Sikorka ostrożnie stąpała po ziemi, zmieniając pozycję co kilka minut, jakby chciała nie dać się zaskoczyć potencjalnemu napastnikowi. Ale to ona była tutaj największym zaskoczeniem. Mikołaj wiedział, że większość ptaków woli swoje kryjówki w koronach drzew, a ich zbliżanie się do siedzib ludzkich należało do rzadkości.

Dlatego umilkł i z zafascynowaniem patrzył na zdezorientowanego ptaka. Zwierzę zastygło, jakby zastanawiało się, czy skończyć tą zwiadowczą wycieczkę, czy raczej zbadać nieznajomych osobników?

Zara, starając się przy tym wykonywać jak najmniej ruchów, oderwała kilka pestek z razowego chleba i położyła na dłoni, którą zachęcająco wyciągnęła na ziemi w stronę wahającej się sikorki.

Na początku ptak nie zwrócił na nią najmniejszej uwagi. A potem, ostrożnie zaczął stąpać w jej kierunku.

— Chodź, malutki — wyszeptała Zara z rozradowaniem, gdy jej prośba była stopniowo spełniana. — Nie bój się nas.

Ptak, jakby rozumiejąc jej słowa, w kilku poskokach znalazł się przy jej ręce. Ostatnie centymetry pokonał jednak z większą ostrożnością. Jeszcze jeden raz zawahał się nad udzielonym mu pokarmem, mimo, że sądząc po jego skupionych oczach, klamka zapadła.

Zaczął wydziobywać ziarenka z rozchylonej dłoni Zary, a dziewczyna śmiała się przy tym, jak dziecko.

— Niesamowite — powiedział Mikołaj, podziwiając delikatną posturę ptaka i jego szybkie, ledwo dające się zauważyć ludzkim wzrokiem ruchy. Sikorka nic nie robiła sobie z wielkości swoich kompanów, jakby to ona była tutaj górą. Ale sądząc po nabożnym spojrzeniu Zary, tak właśnie było.

— Mój nowy rzyjaciel — oznajmiła.

— Sprytna zmiana tematu, Zaro — zauważył Mikołaj i uśmiechnął się kątem ust. — Naprawdę sprytna.

— O czym właściwie rozmawialiśmy? — Zara niechętnie oderwała wzrok od ptaka siedzącego na jej dłoni i nieobecnym wzrokiem popatrzyła na Mikołaja. Ale i on nie wiedział, na czym skończyli.

— Musimy jechać — powiedział w końcu, świadom, że właśnie to należało zrobić, zanim dziewczyna zadomowi się tu zbyt szybko. W czym to czyniła zadziwiające postępy.

— Zostańmy tu, roszę — załkała Zara, a ptak na jej dłoni przerwał posiłek, zaniepokojony drgnieniem jej dłoni i odleciał kilka metrów dalej. Zara wysypała resztę nasion na ziemię. Chwila minęła.

— Nie możemy tu zostać na zawsze — powiedział Mikołaj.

— Dlaczego nie?

To go zgasiło. Mikołaj nieporadnie rozejrzał się dookoła i intensywnie myślał nad odpowiedzią. Ale nagle pokierował rozmowę na inny tor.

— Masz kogoś bliskiego, do kogo mogę cię odwieźć?

— Może być z tym ciężko. Nie mogę tu zostać?

— Niestety, ale my zwykli śmiertelnicy musimy wracać do szkoły.

Dziewczyna popatrzyła na niego zdziwiona. Sądząc po cieniu oburzenia malującego się na jej twarzy, nie wyłapała jego sarkazmu.

— Odwiozę cię, gdzie tylko zechcesz. Musisz mieć jakieś miejsce.

— Właściwie to tak — przyznała Zara i w zamyśleniu podrapała się po brodzie. — Jest jedna osoba, do której mogę zawitać.


Wtedy


— Nie jesteś wariatką. Wariatami są ludzie, którzy nie starają się pojąć tego, co im obce

— Moja mama jest przerażona! — Zara rzucała się od kąta, w kąt, nie zostawiając skrawka podłogi w swoim pokoju niezadeptanego. — Emilka naopowiadała im jakichś bzdur o tym, jak wywoływałam duchy podczas burzy, zamiast się nimi zajmować. Powiedziała im, że to ja zatrzymałam dostawę prądu. Gdybym tylko miała takie możliwości…

— To co byś zrobiła?

— Zrównała ten dom z ziemią. Spaliła do popiołów. Już ja im pokażę, że mam duchy po swojej stronie!

Jej nauczycielka nie zareagowała, jak zrobiłaby to przeciętna osoba. Nie zbladła w przerażeniu, nie zaczęła wrzeszczeć, czy recytować różańca. Adela była inna. Rozumiała. A nawet jeżeli nie zawsze jej się to udawało, robiła wszystko, by nadrobić swoje braki.

— To tylko dziecko. Nie możesz jej winić, Zaro. Musiała być przerażona.

— Czasami nie mogę na nią patrzeć. Na nią i te jej głupiutkie koleżanki.

— My wszyscy przez to przechodziliśmy — wtrąciła ostrożnie Adela i założyła pasemko włosów za ucho. Bransoletki wykonane z różnobarwnych kamieni zastukały o siebie. Turkusowy lakier na długich paznokciach kobiety był kolorystycznie dopasowany do jednej z nich. To nie zdarzało się często w jej stylizacjach, gdyż Adela lubiła obnosić się ze swoim zamiłowaniem do niepasujących do siebie kolorów, wzorów i niebanalnych połączeń. Czasami dość niekonwencjonalnych. Nie zamierzała jednak rezygnować z wyrażania swojej hippisowskiej duszy w imię zasad mody odgórnie wyznaczanych przez obcych jej ludzi.

— Ja przez to nie przechodziłam — odparła Zara na jej wcześniejszą uwagę.

— Fakt — przyznała Adela, z troską patrząc na swoją podopieczną, która nie przestawała krążyć po pokoju. — Ty jesteś wyjątkową dziewczyną. Twoi przyjaciele mają liście i skrzydła.

— Czasem tak bardzo boję się, dokąd mnie to zaprowadzi. — Zara pociągnęła nosem. — Raz słyszałam, jak moja mama i ojczym mówili, że DZI-WA-CZNIE-JĘ. Boją się, że jak całkiem ogłuchnę, kompletnie sfiksuję.

— My, wrażliwe dusze, nie mamy łatwego życia w tych czasach.

— Oni coś knują. Czuję to.

— Coś masz na myśli?

— Myślę, że oni się mnie boją. Chcą mnie gdzieś zamknąć. To przez moją chorobę. Mówią, że moje fioletowe oczy ich przerażają.

— Oh, Zaro. — Adela podniosła się z łóżka Zary i podeszła do dziewczyny, której ciałem wstrząsnął niespodziewany szloch. — Na pewno nie mieli tego na myśli. — Adela złapała Zarę za rękę, by choć na parę sekund powstrzymać ją od rzucania się z kąta w kąt.

Zara zrobiła kilka głębokich oddechów, ku uldze kobiety pozostając w miejscu, koło biurka.

— A jeśli mnie gdzieś wywiozą? Jeśli zamkną mnie w czterech ścianach DLA MOJEGO DOBRA? Co ja wtedy zrobię?

— Kochanie, nie dopuszczę do tego. — To mogły być puste słowa, ale nie w przypadku Adeli. Kobieta podobnie, jak swoje nietypowe ubiory, kochała brawurowe rozwiązania, zwłaszcza jeśli chodziło o jej bliskich. A już w szczególności o tak kolorowe ptaki, jak Zara. — Gdziekolwiek cię wywiozą, znajdę cię i zabiorę do siebie. Będziemy czytać książki przy kominku i chodzić siedzieć przy jeziorze podczas pełni. Nauczę cię piec ciasta i udzielać pierwszej pomocy zagubionym leśnym zwierzętom. A potem nauczę cię rozmawiać z przodkami.

Zara uśmiechnęła się

— Plotłybyśmy wianki z kwiatów? Pojechałybyśmy na Festiwal Kolorów? — zapytała z nadzieją pięcioletniego dziecka, a Adela skwapliwie pokiwała głową. — Dlaczego moja rodzina nie rozumie mnie, jak ty?

Adela położyła dłoń na ramieniu Zary i ostrożnie posadziła ją na fotelu przy biurku. Sama dosunęła sobie stołek i usiadła po prawej stronie dziewczyny.

— Aby wyznaczyć punkt zerowy funkcji, w miejsce igreka postawiasz zero i obliczasz iks… Przećwiczmy to na konkretnym przykładzie.

Zara posłała jej zdziwione spojrzenie.

— Mojej mamy nie ma w domu — powiedziała. — Ojczym siedzi w gabinecie zawalony robotą.

— Oh, wydawało mi się, że słyszę czyjeś kroki na korytarzu.

Zara uśmiechnęła się. Adela była bezkonkurencyjnie najlepszą nauczycielką pod słońcem.

Rozdział 5
Same dobre sny

Gdzieś pomiędzy gęstwiną bluszczu i bujnych różanych krzewów, schowany był dom. Nie od razu dało się dojrzeć jego obecność. Nie na tle sąsiadujących z nim domów ogołoconych z wszelkiej roślinności, świecących jasnymi ścianami.

— Sąsiedzi wiecznie narzekają, że moje rośliny przechodzą na ich podwórko. Głupi, głupi ludzie — powiedziała potem Adela, z dezaprobatą potrząsając głową.

Ale póki co, wraz z Mikołajem siedzieliśmy w jego samochodzie, obserwując obrośnięty roślinnością dom z wątpliwego ukrycia, jakie dawało światło dzienne odbijające się od przedniej szyby auta. To była mała uliczka na przedmieściach, dlatego zbyt długi postój obcym samochodem mógł zostać szybko dostrzeżony i niezbyt przychylnie przyjęty przez tutejszych lokatorów.

Tymczasem ja spoglądałam to na przytulną uliczkę rozpościerającą się na wprost nas, to na tracące liście drzewa. Wyciągały do siebie powykręcane gałęzie z przeciwnych stron drogi, nigdy się jednak nie dosięgając. W końcu spojrzałam na dom swojej byłej nauczycielki przedmiotów ścisłych i wiedziałam, że jest to chwila, której nie mogę dłużej odkładać.

Tak bardzo, jak nie mogłam doczekać się spotkania z przyjaciółką, tak równie silnie obawiałam się czekającej nas rozmowy i opowieści o minionych miesiącach, która w tym przypadku była nieunikniona. No i pozostawała kwestia chłopca z chaty, który jakby nigdy nic potupywał nogą w rytm granej w jego myślach muzyki i studiującego rozłożoną na kolanach mapę. Z czułością popatrzyłam na jego potarganą czuprynę i czarną bluzę z kapturem, która już zawsze będzie nosić resztki mojego zapachu.

Jeszcze bardziej, niż z bluzą dość niespodziewanie zżyłam się z jej właścicielem. Ale jakiś podszept mówił mi, że jeszcze się zobaczymy, a one nigdy się nie myliły. Postanowiłam zaufać im i tym razem.

Wsunęłam na bose stopy baletki — jakże niespodziewanie było poczuć inny grunt pod nogami, niż trawa, czy drewniana podłoga! — i przytuliłam do siebie duży plecak z frędzelkami. Dobytek mojego życia.

— Chyba będę się zbierać — powiedziałam cicho, a noga Mikołaja zastygła w bezruchu. Bardziej poczułam, niż zobaczyłam, jak chłopak odrywa wzrok od przetartej w miejscach zagięć mapy i kieruje go na mnie.

— Jesteś pewna?

— Tak.

— Bo zawsze możemy…

— Wrócić do lasu? — weszłam mu w słowo.

— Nie, Zara — powiedział stanowczo. — Myślałem, że jedziemy do jakiejś twojej krewnej.

— Ależ t-jes moja rodzina.

— Mówiłaś, że to twoja nauczycielka.

— I najlesza rzyjaciółka. To najliższe rodziny, co mam.

Z bólem w sercu pomyślałam o tych kilku dniach spędzonych u mojego brata i jego demonicznej dziewczyny. Nie mogłam tam zostać. Nie chciałam na własnej skórze przekonywać się, do czego ta wiedźma była zdolna i jak bardzo mój brat był obojętny na jej czarnoksiężne poczynania.

Mój biedny brat. Mogliśmy mieszkać razem, a on nie wymagałby ode mnie żadnych wyjaśnień. Chociaż zgaduję, że po tym, o co oskarżyłam jego ukochaną, teraz by ich potrzebował.

— Co się stało?

Uświadomiłam sobie, że płaczę. Szybko wytarłam łzę z policzka i odegnałam z głowy jakże nieprzydatne w tym momencie melancholijne rozterki.

— …toś bliski mi cierpi. A ja nie mogę nic zrobić, bo ta wiedźma ma nad nim władzę.

— Twój brat?

Z zaskoczenia aż głośno zassałam powietrze. Zmusiłam się, by nie oderwać spojrzenia od świdrujących mnie zielonych oczu.

— Skąd…? — urwałam.

— Kiedyś coś o tym wspominałaś. Mówiłaś, że jego dziewczyna jest wiedźmą. — Mikołaj mówił powoli i starannie, a ja w skupieniu obserwowałam jego twarz, żeby sprawdzić, czy przypadkiem ze mnie nie szydzi. Tak bardzo chciałam wyczytać to z jego tonu, ale szum w mojej głowie narastał. Wiedziałam, że wkrótce pozostanie mi tylko on.

— Jest zła. Dlatego nie mogłam zostać. Tak bardzsię o niegmartwię… — wyrzuciłam na jednym oddechu. Wiedziałam, że zniekształcam słowa, ale już nawet nie starałam się o poprawną dykcję. To nie było istotne, skoro zaczynałam mieć problemy z odróżnianiem wypowiadanych przeze mnie słów od tych rozbrzmiewających w mojej głowie.

To był taki ponury dzień, przesiąknięty deszczem, wypełniony wzorami szarych obłoków, ale dziś nie miałam siły na żadne zachwyty. Niepotrzebnie pozwoliłam sobie na ten mały powrót do przeszłości.

— On nie widzi tego, że jest zła?

Z niemałą radością odnotowałam, że Mikołaj automatycznie wziął moją stronę i zaufał mi na słowo. Moja czarna mgła w głowie ustąpiła miejsca krystalicznie czystemu niebu poranka.

— Jest rzebiegła. Sprawiła, że stało się ze mną c-coś złego. Ta krew…

Nie powinno jej być. Nie wtedy.

— Zara, nienawidzę tego tematu, bo jestem chłopakiem i w ogóle, ale czy to nie była naturalna kolej rzeczy? Jak co miesiąc?

Widziałam, ile wysiłku kosztowały go te słowa.

— To nie było to, Mii-kołaj. To nie powinno się zdarzyć. Nie powinnam rwawić.

Odnotowałam zaskoczenie, które odmalowało się na jego pięknej twarzy, gdy po raz pierwszy nazwałam go jego imieniem. To była wyjątkowa chwila, a ja chciałam zapieczętować ją w adekwatnie wyjątkowy sposób.

Nie odpowiadał przez długi czas, ale może to i lepiej. To była jedna z tych prawd, jakich nie chciałam do siebie dopuścić, ani tym bardziej dzielić się nią z innymi. Tamtego dnia w lesie stało się coś bardzo, bardzo złego i wręcz nie mogłam powstrzymać natrętnych myśli na temat udziału Wiedźmy w tym incydencie. Paradoksalnie, jej pakt z diabłem był jedynym racjonalnym wyjaśnieniem mojej anomalii.

— Jesteś w ciąży?

I znów, jakby ktoś zabrał mi oddech. Nie wiem, jak on tak trafnie dobierał te pytania, ale nie mogłam pozwolić na to, by zabrał mi całe powietrze.

— Nie. Przecież miałam okres — wywróciłam oczami i zanim ta rozmowa zdążyła się rozwinąć, pocałowałam go szybko w policzek i wybiegłam z samochodu. Musiałam uciekać, zanim chłopak miał wyciągnąć jeszcze więcej wniosków na mój temat, znacznie więcej, niż chciałam mu przekazać. W pośpiechu zatrzasnęłam za sobą drzwi głośniej, niż powinnam.

To nie było najlepsze pożegnanie w historii pożegnań, dlatego tym bardziej miałam nadzieję, że nim nie było. Nie tym ostatecznym.


Adela nie ucieszyła się na mój widok, a przynajmniej nie uczyniła tego od razu. Zaczęła bowiem od przeprosin.

Szybko zauważyłam, że wszystko w jej pięknym domu było przesiąknięte żalem. Smutne pejzaże w mosiądzowych ramach, wzorzyste tapety, odklejające się na krawędziach i zdradziecko wywijające się staromodne dywany. Cały dom tonął w smutku za tym, co reprezentował sobą kiedyś, zanim ich właścicielka wpuściła do swojego serca demony przeszłości.

Mogłam jedynie mieć nadzieję, że jej dusza pozostała choć odrobinę radosna, jaką ją znałam, gdyż nigdy nie wybaczyłabym sobie zabicia jej ducha. Nie mogłabym żyć ze świadomością, że obwinianie się Adeli o to, co się stało mogło sięgnąć aż tak daleko.

— Tak się cieszę, że mnie odwiedziłaś — powiedziała, a poorana zmarszczkami, aczkolwiek uśmiechnięta twarz, wskazywała na to, że faktycznie tak było. Wcześniej przeprosiła mnie za rzeczy, na które nie miała absolutnie żadnego wpływu. Zbyłam to machnięciem ręki.

— Mogę zostać u ciebie kilka dni? — spytałam ostrożnie.

— Ile tylko chcesz, skarbie. Ale co na to twoja rodzina?

— O to się nie martw. Wszyscy nie żyją.


Popołudniu pojechałyśmy na zakupy do pobliskiej galerii handlowej. Zbyt późno zorientowałam się, jak publiczne miejsce to było i że przed wyjściem powinnam przynajmniej sprawdzić, czy nie mam żadnych liści we włosach, nie wspominając już o nałożeniu lepszych butów. Baleriny, które ledwo trzymały się na moich palcach, uwidaczniały zadrapania na moich kostkach i stopy pełne odcisków.

Wydawało mi się, że wszyscy na mnie patrzą, ale może z mojej strony to było nic więcej jak uruchomienie instynktu samozachowawczego na terenie wroga po dniach przebywania wśród leśnych przyjaciół. Mogłam być przewrażliwiona. Zdążyłam zapomnieć, jak osądzające jest środowisko ludzkie, zwłaszcza wobec nieukrytych pod toną makijażu niedoskonałości twarzy i wobec pstrokatego palta, w jakim z dumą paradowała moja nauczycielka.

Owinęłam moją rękę wokół jej łokcia. Chciałam pożyczyć sobie od niej trochę pewności siebie, z jaką przechadzała się po alejkach pełnych ludzi. Adela nie wydawała się być ani trochę zaatakowana przez ten tłok, a co więcej, wydawała się być nim znudzona.

I jeszcze do tego ten hałas. Mimo, że mój słuch pozostawiał wiele do życzenia, z rytmicznych melodii z list przebojów, odbierałam tylko dudniące basy i co głośniejsze uderzenia do rytmu. Atakowały moje ściśnięte ze strachu serce niczym tarczę strzelniczą.

Po moich plecach spłynęła strużka potu i dostała się pod gumkę majtek.

— Te wielgachne galerie to zło, ale zło konieczne, wiesz, Zara? — zwróciła się do mnie Adela. — Tutaj mam wszystko w jednym miejscu. Bank. Delikatesy. Supermarket. A potem ta ciekawsza część.

— Jaka? — odwróciłam do niej twarz w nagłym zainteresowaniu.

— Zobaczysz.

Byłam więc cierpliwa. Przez pięć sekund.

— Syscy się na mnie gapią — powiedziałam z żalem.

— To przez te twoje piękne oczy — odparła natychmiast Adela. — Przyciągają uwagę.

— Je-en chłopak myślał, że to soczeki — powiedziałam i szybko ugryzłam się w język. To nie była pora na rozmowy o,,chłopaku z chaty’’, jak lubiłam o nim myśleć. Żadnego zajmowania się przeszłością w bieżącej chwili. Na to jeszcze przyjdzie czas.

— Kto taki? — Adela uniosła brwi. Ale ja zacisnęłam usta w cieniutką kreskę i odwróciłam wzrok. Wygodnie udawałam, że jej nie usłyszałam. Zresztą, w zgiełku panującym dookoła, jej pytanie głośniej rozbrzmiało w mojej wyobraźni, aniżeli w przewodzie słuchowym. Co było całkiem wygodną wymówką.

Nagle moich nozdrzy dobiegły kuszące zapachy obiecujące tłuste i sycące potrawy. Uświadomiłam sobie, że ostatnim posiłkiem, jaki spożyłam, było śniadanie z Mikołajem na trawie przed jego chatą. Adela podążyła za moim tęsknym spojrzeniem przyciągniętym przez stoisko z restauracjami.

— Mam pomysł — powiedziała głośno, kładąc obie ręce na moich ramionach. Skoncentrowałam na niej całą swoją uwagę. — Ja pójdę do marketu i zrobię szybkie zakupy, a ty zamówisz nam jakąś pizzę na wynos? Co ty na to? Dziś szkoda czasu na gotowanie, mamy tyle do obgadania!

Mimo, że pomysł mi się nie uśmiechał, skwapliwie pokiwałam głową. Plan miał pomóc nam zaoszczędzić trochę czasu, a tym, czego pragnęłam w tym momencie, był jak najbliższy powrót do domu Adeli. Chciałam nacieszyć się moim cudownym pokojem i odprężyć po całym tym dniu. Na mojej twarzy musiał pojawić się uśmiech, bo Adela wyciągnęła z portfela pięćdziesięciozłotowy banknot i wsunęła mi go do dłoni.

— Wybierz, jakakolwiek będzie sprawiała wrażenie dobrej. Potem zaczekaj na mnie gdzieś tutaj — Wzrokiem wskazała ławki ciągnące się jedna za drugą przez całą długość środkowej części alejki. — Ale pewnie wrócę, zanim odbierzesz zamówienie. Dasz sobie radę?

Popatrzyłam na nią, jak na kretynkę, żeby ukryć swój niepokój.

— Tak, poradzę sobie — powiedziałam do jej pleców, gdyż Adela już zaczęła lecieć w stronę supermarketu, niewidocznego dla moich oczu. Najprawdopodobniej znała rozkład galerii na pamięć.

Nieoczekiwanie zostałam więc sama.

Stanęłam kilka kroków przed ladą, jednocześnie w kolejce i poza nią, dając sobie pewne pole do manewru. Popatrzyłam na tablicę ze spisem pizz wiszącą nad uwijającymi się kelnerami i kucharzami. Oregano, ser, ananas, papryka, pieczarki… Wybór był nieskończony.

Ktoś mnie lekko szturchnął. Ktoś inny wrzasnął coś tuż przy moim uchu. Poczułam, jak zaczyna ogarniać mnie znajoma panika. Czy poradzę sobie z zamówieniem pizzy? Na co ja się porwałam? I przede wszystkim, kiedy wydarzenia wymknęły mi się tak spod kontroli, że zostałam sama w tym gwarnym miejscu?

Delikatnie przymknęłam powieki i powróciłam myślami do kamiennych ruin, w których sypiałam przez kilka nocy. Przypomniałam sobie gwieździste niebo, które śpiewało mi kołysanki do snu. To było cudowne uczucie. Jaka szkoda, że nie było mi dane zaznać podobnych udogodnień w dzieciństwie. Świerszcze cykały, a księżyc sunął po niebie, przyozdabiając gorące noce swoim srebrzystym blaskiem. Świat był taki cichy w tamtym miejscu, a jednocześnie bardziej żywy, niż cały ten budynek. Niż całe to zurbanizowane siedlisko…

— Głucha jesteś, czy co?! — wrzask był przytłumiony przez dzwonienie w moich uszach, ale natychmiast przywrócił mnie do rzeczywistości. Niechętnie otworzyłam oczy. Drzewa nigdy nie krzyczały. Drzewa nie patrzyły równie osądzającym wzrokiem, jak te czarne oczy głęboko osadzone w nalanej twarzy wściekłego mężczyzny.

Głucha jesteś?, zadał mi to pytanie, niczym najgorszą obelgę wszechczasów.

— Tak — odpowiedziałam spokojnie.

— Stoisz na środku przejścia! — wrzasnął, jak ci wszyscy ludzie, którzy myślą, że do głuchoniemych trzeba wrzeszczeć, bo tylko w ten sposób idzie do nich dotrzeć. Szybko uświadomiłam sobie, że mężczyzna nie krzyczał, bo chciał, żebym go usłyszała, ale krzyczał, bo był wściekły.

I faktycznie, stałam na środku przejścia wydzielonego pomiędzy fast foodami, a terenem stolików. I co z tego?

Potulnie ustawiłam się na końcu długiej kolejki do pizzerii. Mężczyzna burknął coś pod nosem, ale nawet nie trudziłam się, wyczytywaniem obelżywych słów z jego ust. Bo sądząc po pogardliwym wyrazie jego zaczerwienionej twarzy, dokładnie takie były.

Dzwonienie w moich uszach narastało. Świat gwieździstych nieb usunął się spod moich powiek, jakby wiedząc, że to nie jest najdogodniejszy moment na fantazje. Teraz w moich myślach krzyczała panika, wysyłając poza obszar mojej świadomości pozostałe odgłosy. Mogłam tylko wyobrażać sobie, co się dookoła mnie dzieje. Głośne rozmowy. Zapraszanie do odbioru zamówień do stoisk z jedzeniem. Monotonna piosenka puszczana z głośników.

Palec małej dziewczynki wszczepionej rączkami w plecy stojącej tyłem do mnie rudowłosej kobiety nieoczekiwanie wystrzelił w stronę mojej twarzy.

— Mamo, ta pani ma fioletowe oczy!

Mogłam się tylko domyślać, że to właśnie mówiła. Usta małej dziewczynki poruszały się powoli, tak, że bez problemu mogłam odczytać wypowiadane przez nią słowa, ale była w tym wieku, że wciąż je zniekształcała.

Przez dzwonienie w uszach nic nie słyszałam. Od subtelnego uczucia gdzieś w tyle głowy, zamieniało się ono w wysoki pisk, taki jak przy nastawianiu mikrofonu. Poza tą jedną różnicą, że ten rozlegał się wyłącznie w mojej głowie.

— Mamo! Też takie chcę.

Kilka osób stojących przed nami w kolejce z zaciekawieniem odwróciło się w moją stronę.

Ładne soczewki, wyczytałam, tym razem z ich ciekawskich oczu, a nie złorzeczących ust.

To nie soczewki, chciałam odpowiedzieć, ale zapobiegawczo zagryzłam zęby. Nie ufałam sobie w tym momencie, ani tym wszystkim strukturom produkującym głos w moim organizmie. W chwili obecnej prawdopodobnie wyrwałaby się ze mnie plątanina syczących sylab.

Wbiłam więc wzrok w podłogę, a kiedy nadeszła moja kolej na składanie zamówienia, wręczyłam czarnowłosej dziewczynie stojącą za ladą kartkę wyrwaną z mojego notesu zawierającą numer i rozmiar pizzy, po czym położyłam na ladzie niebieski banknot.

Dziewczyna popatrzyła na mnie zdziwiona, ale przyjęła kartkę z zamówieniem i zaczęła odliczać resztę. Na moim czole zraszały się krople potu.

Włożysz resztę do plecaka i zrobisz kilka kroków do tyłu, żeby móc pilnować swoje zamówienie. Najlepiej usiądziesz na jednym z ustawionych przy przejściu wysokich krzesełek, o ile któreś z nich będzie wolne. Potem zabierzesz pizzę i pójdziesz do…

— Już jestem, Zara — powiedziała dłoń, delikatnie lokująca się na moim drżącym ramieniu, po czym zabrała wydaną resztę z lady. — Dziękuję — powiedziała do kelnerki.

— Wszystko w porządku? — zapytała Adela, bacznie mi się przyglądając. Wzruszyłam ramionami i pokiwałam głową.

Obiecałam sobie, że już nigdy nie pokażę się w równie publicznym miejscu. One stanowiły istną prowokację dla kłopotów, a tych miałam już wystarczająco.


Chwilę później byłyśmy już w samochodzie, zmierzając do tej ciekawszej części, jak tajemniczo zapowiedziała mi Adela. Miałam nadzieję, że oznaczała ona dom i konsumpcję pizzy. Niemal utwierdziłam się w tym przekonaniu, kiedy Adela skręciła w jedną z wąskich uliczek, charakterystycznych dla okolic, w których znajdował się jej dom. Jednak samochód zaparkowała przy obcym płocie.

Z tęsknotą popatrzyłam na pudełko z pizzą spoczywające na tylnim siedzeniu.

— To zajmie mi tylko parę minut — powiedziała Adela, wychodząc z auta. — Zaraz wracam.

I już jej nie było. Znów zostawiła mnie samą sobie, ale tym razem w znacznie bardziej komfortowym położeniu. Z szarego nieba zaczął siąpić deszcz, co nadawało wnętrzu auta przytulny klimat. Narastające na sile krople deszczu bębniące o dach samochodu sprawiły, że poczułam się bezpieczna. Wychyliłam się do przodu i z bliska przyjrzałam się kropelkom osiadającym na przedniej szybie. Były niczym małe brylanty ozdabiające widok przed moimi oczami. Większość z nich nie wytrzymała długo w jednym miejscu. Natychmiast zaczynały się między sobą ścigać w dół szyby. Z zapartym tchem obserwowałam ich zaciętą rywalizację. Tak zleciało mi najbliższe kilkanaście minut.

— Ah, wreszcie zaczęło padać. Moje rośliny błagały o deszcz — powiedziała Adela, wsiadając do auta.

W dłoni trzymała płaskie, czerwone pudełko przewiązane posrebrzaną tasiemką.

— Oto twoja niespodzianka — oznajmiła uroczyście moja opiekunka, wręczając mi pudełko, a jej oczy błyszczały z ekscytacji. Były kolejnymi brylantami ozdabiającymi ten szary dzień, kolejnym cudem zaraz obok odżywczego deszczu.

Ze zniecierpliwieniem pociągnęłam za jeden koniec kokardki rozplątując ją i podniosłam górne wieczko.

Nie znalazłam w środku biżuterii, jakiej się spodziewałam. Znalazłam łapacz snów z okręgiem wykonanym z ciemnego drewna i złotymi nitkami przeplatającymi się w jego wnętrzu w skomplikowanym symetrycznym wzorze. Z drewnianego koła zwisały delikatne sznurki, na które ponadziewane były drobne koraliki we wszystkich kolorach tęczy. Do ich końców przyczepione zostały ciemnofioletowe piórka.

— Obie wiemy, jak ważne są pierwsze sny w nowym miejscu, a ja chcę się upewnić, że w twoim przypadku będą one wyłącznie dobre. Podobnie, jak i czas, który u mnie spędzisz — powiedziała Adela.

— Dziękuję! — wychyliłam się ze swojego siedzenia i entuzjastycznie uściskałam swoją opiekunkę. Wyszło mi to trochę niezdarnie. Uświadomiłam sobie, że nie przytulałam nikogo od kilku dobrych lat. Relacje w mojej rodzinie łagodnie mówiąc, nie sprzyjały podobnym zażyłościom, a miejsce, do którego mnie odesłali… sprzyjało im jeszcze mniej. Byłam więc wyjątkowo nieutulonym dzieckiem i uścisk z Adelą musiał trwać zdecydowanie za długo. Ktoś patrzący na nas z ulicy mógł pomyśleć, że się całujemy, ale w chwili obecnej, jedyna opinia, jaka mnie obchodziła, należała do osoby siedzącej obok mnie.

W końcu odkleiłam się od Adeli i z zachwytem podniosłam z pudełeczka dar, który od niej otrzymałam.

— Złote nitki oznaczają relacje, które łączą cię z innymi, Zadbaj, żeby były równie przejrzyste, jak w tym okręgu. Pielęgnuj przyjaźnie, gdyż przecięcie choćby jednej z nitek wprowadza zawirowanie w całej siatce powiązań. Koraliki, to dobre uczynki, jakimi obdarowujesz świat, bliskich, oraz samą siebie. Jeżeli będzie ich wystarczająco dużo, uzyskasz czystość umysłu i będziesz wolna jak ptak, którego symbolizują piórka. Wolność to nie brak zobowiązań, a właśnie czysty umysł.

— A kolor piórek…

— To nie przypadek. Otrzymałaś wyjątkowy dar od naszej Matki Natury, a twoja rola polega na tym, żeby okazać jej wdzięczność. Ale znam twoje serce i wiem, że nie zrobisz temu światu żadnej krzywdy.

Moje oczy to nie tylko ozdoba, pomyślałam z żalem. Matka była łaskawa, dając mi tak wyjątkowy prezent, ale jednocześnie troszkę naiwna, myśląc, że nie zainteresują się nim żadni nieodpowiedni ludzie. Moje piękne oczy przyniosły mi tak wiele problemów. Wyjątkowość niesie za sobą ciężar, jakim jest bycie pod ostrzałem pytań stawianych przez zbyt ciekawskie jednostki. A jednostki te zazwyczaj są zdeterminowane by poznać odpowiedzi, nie patrząc na żadne koszty.

W szczególności na żadne koszty.

— Posmutniałaś. Co się stało? Nie podoba ci się?

— Oh, jest cudowny. Po prostu ostatnie miesiące… nie były dla mnie łatwe — wyznałam szeptem.

— Od kiedy przekroczyłaś próg moich drzwi, zauważyłam, że coś cię trapi. Opowiesz mi o wszystkim, kiedy tylko będziesz na to gotowa. Pamiętaj, że zawsze jestem do twojej dyspozycji.

— Ddarzyło się coś strasznego. Moja rodzina… — urwałam i pokręciłam głową. Moje gardło stało się tak zaciśnięte, że nie wypowiedziałabym żadnego słowa nawet bez problemów z artykulacją.

— Ze mną będziesz bezpieczna, skarbie. To jest prawdziwy łapacz snów, a nie jakaś plastikowa podróbka wytwarzana przez ludzi, którzy nie mają pojęcia, na co się porywają. W tym łapaczu mieszkają same dobre duchy, które zabiorą od ciebie wszystkie koszmary tak, żebyś mogła spać spokojnie.

Odwróciłam się w stronę Adeli i uśmiechnęłam niemrawo.

Wiedziałam, że łapacz bez problemu ochroni mnie przed złymi snami, ale nie miał mocy uwolnienia mnie od złych wspomnień.


Wtedy


Wiatr świszczał przeraźliwie, kiedy nóż wbity w plecy pewnej dziewczyny, dotarł do serca i przebił jej klatkę piersiową na wskroś.

Mądry człowiek powiedział: Boże, strzeż mnie od przyjaciół, z wrogami poradzę sobie sam. Dlaczego nie wspomniał nic o rodzinie? Co, jeśli to rodzina staje się naszym cichym zabójcą?

Zara popatrzyła na szare chmury, tworzące zapierające dech w piersiach pejzaże na niebie. Na skórze dłoni poczuła pierwszą kroplę deszczu, po której wszyscy w panice szukali schronienia przed nadciągającą ulewą.

Zupełnie, jakby to ulewy należało się obawiać, a nie ludzkich poczynań.

Dziś jednak Zara nie była w nastroju na kontemplację otaczających ją warunków atmosferycznych. W jej umyśle panowała gorsza wichura, aniżeli ta, która miała zaraz zapędzić całe miasteczko do swoich betonowych domów. Tam zamknięci na cztery spusty ludzie, mogli się łudzić, że nic im nie zagraża.

Dokładnie ci sami głupcy, zabawieni ustalaniem daty końca świata, nawet nie dostrzegli, że prawdziwe zagrożenie mieszka w sąsiedztwie.

Zara z rękami wspartymi na biodrach, gniewnie patrzyła, jak jej matka z ojczymem pakują dwie walizki do bagażnika auta i wrzeszczą coś w jej kierunku.

Nie stój tak i chodź nam pomóc!, wyczytała Zara z ich ust i ponaglających spojrzeń.

Twój upór nie ma sensu

Mogła oczywiście zamknąć się w pokoju na klucz albo zrobić coś, co odwróciłoby uwagę jej rodziny od wysłania jej do instytutu. Mogła na przykład podpalić dom. Podciąć sobie żyły. Nie wzdłuż, żeby się zabić, ale w poprzek, żeby narobić szumu. Schować się w lesie na kilka dni i wrócić wytarzana w błocie z małym ekosystemem we włosach. Ale to tylko odwlekłoby nieuniknione i w dodatku utwierdziłoby ICH w przekonaniu, które właśnie wdrażali w czyn.

Jest Zaro coś, czego w tobie nie rozumiemy. Jesteś trochę inna od swoich rówieśniczek. Chcemy dla ciebie jak najlepiej. Chcemy dowiedzieć się, co ci dolega i pomóc ci w miarę naszych możliwości, mówili ale jedyne czego pragnęli, to pieniędzy.

Pieniędzy, jak wyjaśnił Zarze Głos, które mieli zgarnąć za wysłanie jej do zamkniętego instytutu. Tam szaleni doktorkowie, pasjonaci rzadkich mutacji genetycznych mieli dowiedzieć się, co jej dolega. Skąd wzięła się jej postępująca utrata słuchu? Skąd fascynacja leśnymi duchami, kontaktem z Matką Naturą i całym tym stosie bzdetów? Skąd wzięło się całe to oderwanie od rzeczywistości, żeby nie powiedzieć… dziwactwo? Czy to wina tej zwariowanej nauczycielki? Czy fioletowe oczy były częścią choroby, czy raczej efektem nietypowej mieszanki pigmentów w tęczówce?

To przez tą wariatkę, matka rzucała się z kąta w kąt, nieświadoma, że jej jedynym słuchaczem nie jest wyłącznie mąż. Zara nigdy nie widziała jej równie rozsierdzonej, dlatego nie mogła przepuścić takiej okazji i opuścić swojego stanowiska przy uchylonych drzwiach do ich sypialni. Zwłaszcza w imię zasad moralności, które każdy i tak porzucił już dawno temu.

To ta cała Adela nakładła jej bzdetów o duchowym oczyszczeniu i wpływu pełni księżyca na płodność. Wiedziałam, że z tą kobietą jest coś nie tak, ale z drugiej strony, nikt nie utrzymał się tak długo, jak ona. Może rozłąka wyjdzie im na dobre…?

A może nie, ty okrutna zdrajczyni?!, pomyślała Zara, wściekle zaciskając dłoń w pięść. Na początku przeraziła ją siła nienawiści, jaką zapłonęła do swojej matki. A zaraz potem pomyślała, że większość ludzi to wyjątkowo przebrzydłe kreatury, zdolne do wzbudzania w niej tak destrukcyjnych uczuć. Nie chciała mieć z tą większością nic wspólnego.

Z nieba zaczęły siąpić pierwsze krople deszczu, gdy matka zatrzasnęła bagażnik samochodu z jej walizkami w środku.

Chodź, Zaro, mówiły jej oczy. A Głos w głowie Zary dodał:

Jesteś wariatką, z którą nie wiemy jak mamy sobie poradzić, więc odsyłamy cię w ręce jeszcze gorszych wariatów, którzy mają do czynienia z ludźmi takimi jak ty. Jesteś cennym materiałem do badań, podobnie jak cenna będzie zaliczka, jaka wpłynie na nasze konto za te kilka miesięcy wypożyczenia nam ciebie. Wykorzystamy ją do przekupienia skorumpowanego urządu miasta, żeby wyraził zgodę na wycięcie tych okropnych, starych drzew koło naszego płotu, które tylko szpecą otoczenie. Takie okrutne twory nie powinny istnieć na tym świecie. Powinniśmy wyciąć wszystko do gołej ziemi i sycić się naszą dominacją.

Zara ze smutkiem popatrzyła na piękną okolicę, w jakiej szczęśliwe przyszło jej zamieszkać. Na łagodne wzgórza, porośnięte krzewiastą roślinnością, których zieleń dodatkowo została zintensyfikowana przez szare niebo. Na lasy w oddali, szczęśliwie niebędące świadkiem jej tragicznego wygnania z raju.

Dziewczyna powolnym krokiem zaczęła schodzić w dół, ze wzniesienia, na którym znajdował się dom, do miejsca, gdzie zaczynała się dróżka prowadząca do miasta. Tam oczekiwali na nią matka z ojczymem.

Ostatni raz zerknęła na dom, który przyszło jej opuścić na trzy miesiące. W jednym z okien dostrzegła twarz młodszej siostry i mogłaby przysiąc, że jej młoda twarzyczka wyrażała bezbrzeżną ulgę.

Teraz wreszcie będzie bezpieczna, a okrutny potwór, jakim była jej starsza siostra trafi do zamknięcia, gdzie jej miejsce.

Zara była tuż przy matce, gdy ta zdecydowała się do niej przemówić.

— Nie możesz zostać — powiedziała do córki, a jej jasne oczy płonęły chłodną obojętnością.

Zara zacisnęła dłonie w pięści, jak tamtego dnia, gdy nienawiść do matki zakiełkowała w jej umyśle po raz pierwszy.

Nie mogę odejść, chciała powiedzieć, ale zamiast tego zagryzła od wewnątrz policzki i pokornie weszła do samochodu.

Rozdział 6
Wodospad księżycowych kwiatów

— Szkoła? — powtórzyłam zdębiała

Kiedy następnego wieczora Adela wróciła do domu i oznajmiła, że,,załatwiła kilka spraw”, moje serce instynktownie przyśpieszyło. Ufałam Adeli bardziej niż samej sobie, z tym, że wiedziała, co jest dla mnie najlepsze. Aczkolwiek decyzje, które podjęła w przeszłości osoba, którą uważałam za bliską, odcisnęły głębokie piętno na mojej psychice.

I ona również zrobiła to bez mojej wiedzy.

— Nie rób takiej przerażonej miny. Może będzie fajnie.

Fajnie?!

— Na pewno ci to nie zaszkodzi. Poznasz trochę dzieciaków w twoim wieku, zobaczysz, jak funkcjonuje system…

Obawiam się, że zobaczyłam go już wystarczająco.

— Wyjdziesz do ludzi, wiesz? Najchętniej załatwiłabym ci całkowite nauczanie w domu i nie narażała cię na taki stres. Ale pomyślałam, że to może być ciekawe doświadczenie, nie uważasz?

Ścisnęłam kciukami nasadę nosa i odetchnęłam głęboko.

— Hej, nie złość się. Warto zobaczyć trochę świata, zanim go skreślisz na amen.

W końcu podniosłam na nią wzrok.

— Jak ty to sobie wyobrższ… — Emocje wzięły nade mną górę. Wściekłość na własną nieudolność tylko utrudniła mi przepchnięcie słów przez zaciśnięte gardło. — Mnie, z tymi wszystkimi ludźmi? Nie dam rady.

— Załatwię ci opiekunkę.

— Niańkę? Nie, ty już lepiej niczego nie załatwiaj. Bez obrazy — dodałam szybko, widząc, jak zraniły ją moje słowa.

— Nic się nie stało. Rozumiem twój niepokój. Jeśli będziesz czuła się niekomfortowo, oczywiście załatwię ci nauczanie w domu. Mam kilka koleżanek nauczycielek, które chętnie podjęłyby się tego zadania. — Mimo, że Adela sama była nauczycielką, jakoś wątpiłam w certyfikaty jej „koleżanek”, ale nie skomentowałam tego na głos. Prawdopodobnie były to dziewczyny poznane na sesjach jogi, pamiętające co nieco z liceum, gotowe podjąć się wyzwania nauczania mnie przedmiotów szkolnych za butelkę wina. Wciąż, byłby to lepszy interes, niż wysyłanie mnie do publicznej szkoły.

Westchnęłam głęboko i postanowiłam cieszyć się spokojem tego wieczora. Co nieco orientowałam się w kalendarzu i wiedziałam, że szkoła zaczyna się za dwa dni. Co czyniło dzisiejszy wieczór ostatnim równie beztroskim. Jutro moje nerwy miały być napięte jak postronki, tymczasem dziś… Dziś odsunęłam wszelkie zmartwienia na bok, z postanowieniem, że zajmę się nimi, kiedy przyjdzie na to pora.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 48.17