E-book
7.88
drukowana A5
67.82
Chaos

Bezpłatny fragment - Chaos


Objętość:
390 str.
ISBN:
978-83-8455-361-9
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 67.82

1. Zakupy

W ostatnią sobotę września, pogoda rozpieszczała nawet tych najbardziej marudnych. Przez cały dzień słońce górowało na błękitnym niebie i nie pozwalało zapomnieć o lecie, które już powoli oddawało pola kolejnej porze roku. Taka aura sprzyjała spędzeniu czasu na zewnątrz. Właśnie tak też uczynił Wojtek wraz ze swoją żoną Moniką i córeczką Anielką. Po południu, gdy dom był już wysprzątany i w końcu udało się mężowi wyciągnąć rodzinkę ma spacer, przemierzali ulice swojego małego, rodzinnego miasta. Nie obyło się oczywiście bez lodów dla młodej księżniczki i mrożonej kawy dla jej opiekunów. Będąc na rynku, Anielka jak zawsze musiała skorzystać z pięknej, zabytkowej karuzeli, która była główną atrakcją miasta. Uwielbiała się na niej kręcić i choć była jej stałą bywalczynią, wciąż odnajdywała nowe miejsce dla siebie, na jej dwupoziomowej platformie. Jak nie konik, to tygrys. Innego dnia obrotowa filiżanka, dziś wybrała kosz z balonem. Na czymkolwiek usiadła, zawsze dobrze się bawiła. Wojtek wraz z Moniką w tym czasie siedzieli na ławeczce obok i przytulając się, korzystając z ciepłych promieni słońca, obserwowali wraz z innymi rodzicami swoje pociechy. Zapowiadał się kolejny, piękny weekend w tym roku i z przyjemnością spędzali go w swoim towarzystwie.

Po karuzeli przeszli do parku, gdzie Aniela mogła się wybiegać wśród kolorowych liści dębów i kasztanów. Nie odpuściła oczywiście placykowi zabaw, który zapraszał wszystkie dzieci do siebie. Nie było łatwo zmęczyć młodą, sześcioletnią Anielkę, przez to jej rodzice spacerując wokół miasteczka, wybierali drogi tak, by ich pociecha mogła skorzystać z wielu placów zabaw mieszczących się w mieście. Czy to było przy szkole, czy na osiedlach, nie mogli przejść obojętnie obok żadnego z nich. Wszędzie gdzie się nie pojawili, zawsze mijali wielu ludzi spragnionych słońca i spędzenia czasu na świeżym powietrzu.

Mogliby tak spacerować cały dzień, a ich córka miałaby wciąż mało ruchu. Tego dnia jednak czekały ich zakupy w miejscowym hipermarkecie, przez to powoli podążali w jego kierunku. W sobotę, późnym popołudniem, mimo że parking był ogromny, nie było zbyt wiele pustych miejsc. Nie cieszyło to rodziców żywiołowej Anielki, ale nie mieli wyjścia. Musieli dziś wstąpić do sklepu.

— Co kupujemy? — zapytała ich Anielka, wiedząc dokąd zmierzają.

— Rzeczy do domu — odpowiedział jej tata.

— Jakie rzeczy?

— To już mamę zapytaj.

— Mama, jakie rzeczy?

Ta wyszła z samochodu i uśmiechając się do niej, odparła:

— Anielu najdroższa, to co jest potrzebne u nas w domu. Mam listę, na której znajduje się płyn do kąpieli, mydło…

— A zabawki?

— Tego akurat nie mam na liście.

— To zła lista. Zrób nową.

— To jak przyjedziemy następnym razem. Chodźcie.

Ruszyli do wejścia, ale Aniela nie dawała za wygraną.

— A jak coś fajnego znajdę?

— Tylko rzeczy z listy.

— A…

— Anielu — przerwała jej, doskonale wiedząc, że ta może długo ciągnąć temat zabawek. — Daj się nam skupić, żebyśmy o niczym nie zapomnieli. I trzymaj się nas blisko, bo jest dużo ludzi w sklepie.

— Ale pójdziemy na zabawki?

— Tylko pooglądać tym razem — odpowiedział Wojtek, chcąc zakończyć rozmowę o zabawkach i zabrał wózek na zakupy spod wiaty.

— A jak będzie coś super extra?

— To, tak jak mama powiedziała, następnym razem kupimy.

Weszli do sklepu, gdzie przed bramkami na krzesełku siedział znudzony, starszy wiekiem ochroniarz i rozmawiając z pracownicą sklepu, pilnował wejścia. Obok niego, w biurze reklamacji dwoje starszych ludzi kłóciło się z młodym pracownikiem sklepu. Ten wysłuchiwał ich uważnie i cierpliwie, ale widać było, że ich sprawa nie będzie tak szybko rozwiązana, jakby tego sobie życzyli. Z drugiej strony wejścia był już większy spokój. Tam stały automaty do wywoływania zdjęć, a kilka metrów dalej, małe stoisko z lodami. Właśnie jedna z kobiet kupowała swojemu dziecku loda, co od razu zauważyła Aniela.

— Kupicie mi loda?

— Jak wyjdziemy dobrze? — zaproponowała mama. — Z lodem nie wpuszczą nas na halę.

— To ja tu poczekam.

— Sama? Nie ma mowy.

— Anielu, później sobie kupimy — odezwał się tata. — Tylko załatwimy, co mamy załatwić.

Już mieli przejść obok ochroniarza i wejść na halę, gdy zatrzymał ich Jacek Cegliński, przyjaciel z dzieciństwa Wojtka.

— Cześć Wojtek — rzekł, zatrzymując się przed nimi z wózkiem pełnym zakupów. — Kopę lat.

— Cześć, co ty tu robisz?

— Zakupy, jak i wy.

— Ale od kiedy jesteś w Polsce?

— Niedawno wróciłem. Czas w końcu się ustatkować. Ty widzę, że już znalazłeś swoją piękną połówkę — dodał, spoglądając na Monikę.

— Tak, to jest Monika. A to Jacek, mój najlepszy przyjaciel zza czasów podstawówki.

— Cześć, miło cię poznać.

— Cześć, ciebie również — odparł, kłaniając się. Później spojrzał na ich córeczkę i z uśmiechem na ustach zapytał: — A to, co za młoda piękność? Jak masz na imię dziecko?

— Aniela jestem — przedstawiła się dumnie.

— Piękne imię, pięknej dziewczynki.

— Ja już mam sześć lat.

— O, to już prawie jak dorosła.

— Jeszcze nie — skrzywiła się, uśmiechając się skromnie. — Ale już umiem dużo rzeczy sama robić. Umiem się ubrać, wiązać buty, nawet sama się ubieram.

— To super.

— Anielu, przejdźmy już na sklep, a tata sobie porozmawia, dobrze? Proszę jej wybaczyć, ale ona potrafi zagadać każdego — wytłumaczyła się Monika, przerywając ich rozmowę.

— Nic nie szkodzi. Lubię dzieci, a szczególnie takie odważne.

— Za chwilę do was dołączę — rzekł Wojtek i odprowadził wzrokiem swoją rodzinę. Następnie odwrócił wzrok na swojego kumpla z dzieciństwa i zapytał:

— Kurcze, dawno cię nie widziałem. Co u ciebie słychać?

— Nic ciekawego. Byłem kilka lat za granicą. Trochę zarobiłem i teraz szukam czegoś tutaj.

— I znalazłeś już coś?

— Mam tam kilka ofert. Zobaczę, co mi zaproponują, ale póki co, nie spieszy mi się.

— A jak z rodziną? Masz żonę?

— Mam narzeczoną Beatkę — odparł dumny z siebie. — Niedawno wróciliśmy z wakacji w Turcji. Pięknie było, a za rok planujemy ślub.

— O, to super.

— Dzieci jeszcze nie planujemy, więc korzystamy z wolności. Wiesz, o czym mówię. Dzień, noc… każda pora jest dla nas. Przy okazji zwiedzamy trochę świata, bawimy się. Nie ma atrakcji, z których nie skorzystamy.

— To super, cieszę się twoim szczęściem.

— Ty widzę, że już ustatkowany?

— No, tak i ktoś musi ich pilnować, żeby za dużo nie wydały. Wybacz, ale pójdę już do nich, zanim wykupią cały sklep.

— Kobiety i portfele, lepiej tego nie łączyć — zażartował Jacek. — Trzymaj się i do zobaczyska.

— Pewnie jeszcze się spotkamy.

— Pewnie tak. Na razie.

Jacek skierował się do wyjścia, a Wojtek wszedł na halę, by szukać żony z dzieckiem. Ludzi było sporo, więc wypatrzyć ich w alejkach nie było łatwo. Przeszedł ich kilka, aż zauważył żonę przy zabawkach. Uśmiechnął się do siebie i od razu ruszył w ich kierunku. Nie zdążył nic powiedzieć, gdy jego córka zadowolona z siebie, podniosła z wózka lalkę i powiedziała:

— Tatusiu popatrz, co mi mama kupiła.

— A była ona na liście? — zapytał, udając zaciekawienie.

— Nie, ale i tak mama mi ją kupiła.

— To musimy coś na liście skreślić. Może cukierki? — zażartował.

— Cukierki też muszą być — od razu zaprotestowała Aniela.

— To może płatki śniadaniowe?

— Tato? A co ja będę jeść na śniadanko?

— Może piwo skreślimy? — zaproponowała Monika, uśmiechając się do swojego męża.

— O, to możemy — od razu poparła ją ich córka.

— Dobra, idźcie dalej. Niech już zostanie ta lala.

— Widzisz mamusiu. Mówiłam, że tatuś się zgodzi?

Cała trójka wyszła na główną aleję, kierując się w stronę artykułów spożywczych, gdy nagle usłyszeli przeraźliwy krzyk kobiety. Natychmiast wszyscy odwrócili się w kierunku wejścia, którym nie tak dawno weszli do sklepu. Wtedy to zobaczyli przestraszonych ludzi, porzucających swoje wózki i uciekających w ich stronę.

— Co się dzieje? — zapytała Monika.

— Mamusiu ja się boję.

Minęli ich pierwsi uciekający ludzie. Nikt się nie zatrzymywał, ani nie patrzył do tyłu. Monika chwyciła za rączkę swoją córkę i powoli cofała się, nie chcąc tracić więcej czasu.

— Uciekajmy też — powiedziała.

Wojtek jednak stał wciąż zaciekawiony całym wydarzeniem. Jego wzrok przeniósł się na młodego chłopaka, który stał za jednym z regałów i trzymał telefon przed sobą. Nagrywał to, co się działo w wejściu głównym do sklepu.

— Wojtek, uciekamy! — krzyknęła do niego żona.

— Już.

Zaczął się cofać, ale nie tak szybko, jakby tego jego żona pragnęła. Wzięła swoją córeczkę na ręce i zaczęła uciekać.

— Tata! — zaczęła wołać Aniela.

Wojtek już miał do nich dołączyć, gdy zobaczył wchodzącego w głąb sklepu mężczyznę z tasakiem w ręce. Już zdążył kogoś skaleczyć, bo krew ociekała z jego ostrza. Kierował się w stronę młodego chłopaka, który sparaliżowany strachem, stał wciąż w miejscu i nagrywał zbliżającego się do niego mężczyznę. Wojtek chciał krzyczeć. Chciał go jakoś uratować, ale zamiast tego stał wciąż w miejscu, zaskoczony całym zdarzeniem i tylko przyglądał się, jak mężczyzna wbija nóż w brzuch chłopaka. Nie zawahał się ani na moment. Zabił go z zimną krwią, wbijając w niego nóż, jakby przebijał balon.

— Wojtek! Tatusiu! — usłyszał Wojtek błagalne krzyki swojej rodziny.

Wtedy to morderca spojrzał prosto na niego. Wojtek aż oniemiał. Stał w miejscu i nie wierząc własnym oczom, patrzył na Jacka, przyjaciela z dzieciństwa, z którym jeszcze przed chwilą rozmawiał. Jego twarz wyglądała zupełnie inaczej, niż widział ją przed chwilą. Nie było w niej żadnego życia, żadnych emocji, a w jego oczach płonęła tylko żądza mordu. Szedł on w jego kierunku z tasakiem ociekającym krwią młodego chłopaka. Widać było, że jedynym pragnieniem teraz było dla niego sianie śmierci.

— Stój! — wybiegł zza kasy jeden z ochroniarzy sklepu. Starszy mężczyzna, pierwszy raz znalazł się w takiej sytuacji. Przerażony spoglądał na nożownika i trzymając w ręku paralizator, skierowany w napastnika, zawołał raz jeszcze: — Nie ruszał się świrze!

Jacek nic jednak sobie z jego słów nie robił. Skręcił w jego kierunku i ściskając z całej siły rękojeść tasaka, ruszył na ochroniarza. Ten odruchowo zrobił krok do tyłu i ostrzegł go raz jeszcze. Jacek jednak nie miał zamiaru posłuchać. Zbliżał się do niego z każdą chwilą. Starszy ochroniarz mimo strachu nie uciekł. Nacisnął spust i w ciało napastnika wbiły się dwie elektrody. Ciało Jacka od razu przeszył impulsy elektryczne, które sparaliżowały jego mięśnie. Wypuścił tasak z ręki i upadł najpierw na kolana, a później na ziemię całym ciałem. Ochroniarz dopiero po chwili popuścił spust i patrząc na napastnika, podszedł bliżej, chcąc odkopnąć od niego tasak. Wtedy Jacek poruszył się i patrząc na leżący tasak tuż obok niego, wstał na kolana.

— Ani o tym nie myśl ćpunie — rzekł ze strachem w głosie.

Jacek jednak nie miał zamiaru go posłuchać. Podniósł z ziemi tasak i wstał. Spojrzał na dwie elektrody wbite w jego ciało i pochwycił je, by oderwać ze swojego ciała. Wtedy ochroniarz nacisnął raz jeszcze spust. Znów poraziły go prądem, ale tym razem dłużej nie spuszczał palca ze spustu. Ciało Jacka skręcało się na ziemi. Krzyczał z bólu, wił się i rzucał, aż w końcu znieruchomiał.

Ochroniarz trzymając wciąż przed sobą paralizator ciężko oddychał. Nie wiedział, czy napastnik stracił przytomność, czy umarł. Wojtek widział strach w jego oczach. Zaczął powoli podchodzić do niego, a za nim i kilku innych klientów i pracowników sklepu. Kilku z nich trzymała telefony przed sobą i nagrywała całe zajście.

— Zabił go pan? — zapytał jeden z klientów.

— Należało mu się — zareagował jeden z pracowników sklepu.

— Może sprawdźcie mu puls — zaproponowała jedna z odważniejszych kobiet.

— Sama sprawdź — od razu odparł stojący obok niej starszy mężczyzna.

— Nie zbliżajcie się! Policja i pogotowie już jadą — odezwał się inny z pracowników.

— Tamten chłopak żyje? — zapytał jeszcze kto inny, patrząc na miejsce, w którym Jacek zaszlachtował chłopaka nagrywającego jego wtargnięcie do sklepu.

Wojtek jednak nie potrafił tego wszystkiego zrozumieć. Patrzył na Jacka leżącego na ziemi. Bał się podejść do niego bliżej i sprawdzić jego puls. Jeszcze przed kilkoma minutami zachowywali się jak dobrzy przyjaciele. Obejmowali się, przedstawił mu swoją rodzinę, a teraz? Patrzył na leżącego przed nim zupełnie innego człowieka.


***


Wieczorem w domu, Wojtek musiał odreagować. Siedział na swoim ulubionym fotelu i pił piwo, będąc myślami daleko od miejsca, w którym się aktualnie znajdował. Monika chcąc zapewnić mu spokój, zabrała ich córkę do drugiego pokoju i puściła jej bajkę. Na szczęście udało jej się w porę zabrać ją z miejsca, gdzie zginął napastnik.

— Właśnie w radiu potwierdzili śmierć napastnika — powiedziała, powoli siadając przy mężu i kładąc delikatnie rękę na jego nodze.

— Zabił dwoje ludzi — odpowiedział beznamiętnie, wpatrując się w ścianę.

Monika nie bardzo wiedziała, co ma mu powiedzieć. Wstała i przytuliła go do siebie, a ten ze łzami w oczach, rzekł:

— Nie rozumiem. Nic z tego nie rozumiem. Przecież… sama go widziałaś.

— Tak.

— Co mu… dlaczego?

— Policja twierdzi, że musiał być pod wpływem środków odurzających.

— Nie wierzę. Znaliśmy się tyle lat.

— Dawno się nie widzieliście. Może zmienił się.

— Nie Monika. To niemożliwe. Stał przed nami, rozmawialiśmy z nim, tak jak my teraz. To… to nie był on.

— Nie myśl już o nim.

— Znaliśmy się tyle lat… Nigdy bym nie pomyślał, że on może zrobić coś takiego. On… mógłby nawet was zabić.

— Już nikogo nie skrzywdzi. Idź do łóżka. Spróbuj zasnąć. Ja się zajmę Anielą.

— Widziała wszystko?

— Nie, ale mocno się przestraszyła.

Wojtek spojrzał swojej żonie prosto w oczy. Kochał ją ponad wszystko. Pocałował ją czule i przytulił mocno, po czym odłożył piwo i powiedział:

— Powinienem z nią porozmawiać.

— Zrobisz to jutro. Już jej wszystko wytłumaczyłam. Ty musisz najpierw ochłonąć.

— Kocham cię, wiesz?

— Wiem — odwzajemniła uśmiech i ucałowała męża.

Wojtek wstał i poszedł do sypialni, chociaż wiedział, że zasnąć nie będzie mu lekko.


***


Następnego dnia Wojtek wraz z całą swoją rodziną właśnie wychodził z kościoła, po mszy niedzielnej. Wszyscy byli wstrząśnięci wczorajszym wydarzeniem, które też stało się głównym tematem dzisiejszego kazania.

Wojtek kierując się do samochodu, przechodził obok tworzących się przed kościołem grupek. Utworzone głównie przez starsze kobiety oraz ich mężów, nie szczędziły słów na temat „nożownika z marketu”. Tak bowiem był teraz nazywany przez wszystkich Jacek. Każdy miał go za niezrównoważonego psychicznie mordercę. Nagle prawie całe miasteczko skądś go kojarzyło. Wszyscy nie mieli dla niego litości w swoich osądach. Mimo próśb księdza prowadzącego mszę, który prosił o modlitwę w jego imieniu, każdy osądzał go według swojego uznania. Nikt nie widział w nim już człowieka. Za to co zrobił, nie było przebaczenia.

Wojtek szedł obok nich ze spuszczoną głową i nie mogąc nic z tego zrozumieć, ani na moment nie spojrzał na mijanych przez nich ludzi. Chciał jak najszybciej wejść do auta i znaleźć się w domu. Z dala od tego wszystkiego. Z dala od wszystkich ludzi.

— Cześć Monia — zatrzymała ich przed samochodem, koleżanka z pracy Moniki.

— Cześć Marta.

— To straszne, co się wydarzyło, co nie? Do dziś mam gęsią skórkę na całym ciele. Pomyśleć, że ja mogłam być o tej porze w tym sklepie.

— Nikt tego nie mógł przewidzieć — odpowiedziała jej Monika, nawet nie próbując jej zdradzić, że właśnie oni tam byli.

— Szkoda tych ludzi, co zabił. Nikomu nic nie zrobili.

— My pójdziemy do samochodu — wtrącił się do rozmowy Wojciech, tłumacząc swoje zachowanie ochroną córki.

— Tak, tak, idźcie. Zaraz przyjdę.

— Słyszałaś, że oni chcą mu jeszcze zrobić pogrzeb na naszym cmentarzu? — zapytała ją oburzona Marta. — Jak mogą takiego człowieka chować wśród naszych rodzin? Jeszcze na katolickim cmentarzu? Przecież to istny diabeł był.

— Może był chory psychicznie — odpowiedziała, czym od razu naraziła się na ostrzejszy wzrok męża, który jeszcze nie zdążył się tak bardzo oddalić, by tego nie usłyszeć.

— Przestań! Kto normalny chodzi po ulicy z tasakiem? Słyszałam, że on od zawsze był jakiś dziwny. Ktoś go widział chodzącego po cmentarzu nocami.

— Serio?

— Serio. Poczytaj sobie komentarze w internecie albo jego Facebooka. Tam się dowiesz prawdy o nim. Dziwię się, że policja nic wcześniej z nim nie zrobiła.

— Nie wiedziałam.

— Ja też. Kto by pomyślał, że w takim małym mieście, jak nasze, takie rzeczy się dzieją. Ludzie schodzą na psy.

Monika tylko zerknęła na swojego męża i widząc jego zniecierpliwienie, odpowiedziała:

— Muszę już iść, wybacz. Pogadamy więcej w pracy, dobrze?

— No, jasne. Miłej niedzieli.

— Dzięki, tobie też. Pa.

Wojtek już odpalił silnik i gdy tylko usiadła obok niego, ruszył do domu.

— Mamo, kto to był? — zapytała Aniela.

— Koleżanka z pracy.

— Ktoś taki, jak wczoraj od taty?

— Powiedzmy — odparła, wymieniając się spojrzeniami z mężem. Chcąc szybko zmienić temat, zaraz dodała: — A co dziś robimy? Pojedziemy nad rzeczkę? Zapowiada się piękna pogoda.

— I na plac zabaw?

— Też.

— Hurra!

— Co ty na to, mężu? — zapytała Wojtka.

— Pojedźmy.


***


Korzystając z uroków późnego lata, postanowili pojechać do Ustronia, gdzie można było pospacerować po urokliwych uliczkach miasta oraz odpocząć przy rzece Wiśle. Nie mieli daleko, przez to jeszcze przed południem dojechali na miejsce i gdy zatrzymali się na miejscu, Anielka od razu wybiegła z samochodu.

— Anielka! Poczekaj! — natychmiast zareagowała Monika. — Jesteśmy na parkingu. Tutaj auta jeżdżą.

— A masz mój kocyk?

— Mam.

— A łopatkę?

— Łopatkę? Po co ci łopatka nad rzeczką?

— Nie wiem, może coś wykopię?

— Chcesz szukać skarbu? — zapytał tata, lekko uśmiechając się do córeczki.

— A czemu nie? W bajkach go znajdują.

— Anielu — odezwała się mama z politowaniem w głosie.

— No, dobrze. Jak coś znajdę, to wam nie dam. Zostawię wszystko dla siebie.

— Przykro mi skarbie, ale nie wzięliśmy łopatki — chciał uspokoić jej entuzjazm tata.

— To będę kopać ręcami.

— Rękami się mówi, córeczko — poprawiła ją mama.

— Ręcami czy rękami, jaka to różnica? To co, pomożecie mi?

— Jak go znajdziesz, to ja ci pomogę skarb przenieść do auta, dobrze? — wymigał się od pomocy, tata.

— A ja ci go dobrze umyję — dodała mama. — Nikt nie lubi brudnego skarbu.

— OK — zgodziła się pełna entuzjazmu.

Rodzinka zabrała z bagażnika swoje torby i leżaki, po czym przeszli na brzeg Wisły, by rozłożyć się obok innych, opalających się w tym miejscu ludzi. Pogoda była wyśmienita i sprzyjająca odpoczynkowi na powietrzu, tak też ludzi do skorzystania z ciepłych promieni słonecznych nie brakowało.

— Tutaj? — zapytała ich Aniela, wskazując ich najczęstszą lokalizację.

Rodzice zgodnie przytaknęli i córeczka od razu rzuciła swój kocyk na ziemię. Nie zdążyła go rozłożyć i już zdejmowała sukienkę, pod którą już miała ubrany stój kąpielowy.

— Zaczekaj na nas — zatrzymała ją na chwilę mama, widząc, że ta już idzie do wody.

— No to ruchy.

— Może byś rozłożyła swój kocyk? — zaproponował tata.

— Nie ma czasu.

— Sama nie idź do wody — dodała mama, kładąc na ziemię swoje torby.

— Zostaw to tacie i chodźmy do wody. Jest tak ciepło.

— Nie lepiej mu pomóc trochę?

— Nie. Tata, dasz sobie radę? — zapytała, patrząc z delikatnym uśmiechem na Wojtka swoimi pięknymi i niewinnymi oczętami.

— Dam.

— Widzisz mamo, chodź.

Monika nie mając wyjścia, położyła na ziemi torbę z jedzeniem i zdążyła tylko rozłożyć leżak oraz założyć klapki na nogi, by pogonić za niecierpliwą córką. Wojtek zajął się resztą i już po chwili usiadł sobie na drugim leżaku, by w spokoju przyglądać się swoim dziewczynom w wodzie. Anielka, jak na żywiołową dziewczynkę przystało, zdążyła już nie tylko się zamoczyć cała, ale i pochlapać swoją mamę, która nie zdążyła się rozebrać do stroju. Nie przejmowała się jednak tym, bo słońce świeciło mocno i to była kwestia kilku minut, by znów miała sukienkę suchą.

Wojtek oparł się wygodnie w leżaku i zamknął oczy chcąc się zrelaksować, gdy do jego uszu dobiegł głos dziennikarza z jednej ze stacji radiowych:

— To już kolejne doniesienia z ataków nożowników w naszym kraju. — Wojtek odwrócił się w stronę głosu i zobaczył radyjko stojące na stoliku starszej pary, opalającej się na leżakach. — Wczorajszego dnia informowaliśmy o atakach nożownika w trzech miastach Polski. Dziś dowiedzieliśmy się, że do podobnych zdarzeń doszło również w województwie śląskim oraz w małopolskim. W ich wyniku śmierć poniosło siedmioro ludzi, a kilku zostało poważnie rannych. Za każdym razem miało to miejsce w często odwiedzanych miejscach handlowych, w godzinach największego natężenia ruchu. Jak dotąd przyczyny ataków nie zostały ustalone. Policja wciąż nie wydała oficjalnego oświadczenia, ale odrzuca jakiekolwiek powiązania między sprawcami tych zdarzeń.

W tym momencie kobieta siedząca przy radiu, odłożyła książkę na bok i wyłączyła je, mówiąc do męża:

— Nic dobrego na tym świecie się nie dzieje.

— Mogłaś zostawić. Zaraz by skończyli i puściliby by muzykę.

— Chcesz iść do wody się schłodzić?

— Nie, dobrze jest mi tutaj — odpowiedział i podniósł sobie z ziemi puszkę z piwem.

— Tatuś, wstawaj! — usłyszał już po krótkiej chwili zbliżającą się swoją córkę. — Idziemy do wody.

— Przecież przed chwilą tam byłaś.

— Teraz twoja kolej — poparła ją mama.

— Coś ci pokażę! Chodź — pociągnęła go za rękę i siłą zabrała do wody.

Wojtek pomału zamoczył stopy w zimnej wodzie, aż się otrzepał z zimna, ale szedł za Anielą, która już zaczęła szukać czegoś na dnie wody.

— Czego szukasz?

— Ryb. Przed chwilą widziałyśmy z mamą taaaką rybę — rozszerzyła ręce tak mocno, jak tylko potrafiła.

— Takie tu pływają? — zażartował tata. — I nie boisz się?

— Nie. Mama mówi, że ryby nie mają zębów i nie jedzą dzieci.

— To fakt.

— Widzisz.

— Ale niektóre jedzą dorosłych. Może ja powinienem wyjść?

— Boisz się, tata? — zapytała, patrząc na niego z przekąsem.

— Czy ja wiem. Jak była taaaka duża, jak pokazałaś, to strach się nie bać.

— No dobrze, była troszeczkę mniejsza — odpowiedziała nieustannie wypatrując ryb pod swoimi nogami.

— To w takim razie zostaję.

Aniela chodziła z miejsca na miejsce i szukała pływających w rzece rybek. Wojtek tymczasem usiadł sobie na kamieniu i mocząc nogi po kostki w wodzie, z uśmiechem na ustach, przyglądał się szybko upływającej cierpliwości z jego córki.

— Aaa później ci pokaże. Uciekły.

— To jest rzeka. Musiały odpłynąć — odparł tata.

— Chyba tak. A mogę tam? — zapytała, pokazując na miejsce, w którym woda spływała z wodospadu.

— Tam nie, tam jest za dużo wody dla ciebie.

— A tu?

— Tu tak.

Od razu usiadła sobie w miejscu, gdzie wody było trochę więcej i przykryło ją prawie po pas. Tata od razu pożałował swojej decyzji, widząc jak bardzo się zamoczyła, ale już nie było odwołania. Aniela przerzucała kamienie z miejsca miejsce. Co chwilę zmieniała też i swoje miejsce. Wojtek podziwiał jej energię i cieszył się, że wczorajsze zajście nie zdołało wywrzeć na niej żadnego wpływu.

Niedziela piękna, słoneczna i spokojna mijała bardzo powoli. Ludzie odpoczywający nad rzeczką korzystali z jej uroków w pełni. Dzieci bawiły się w wodzie, dorośli opalali się, czytali książki, rozmawiali lub rozpalali grille. Był to kolejny dzień wolny dla wszystkich, w którym całe rodziny spędzały ze sobą czas na powietrzu.

Po kilku godzinach odpoczynku i zabawy, Wojtek wraz z Moniką przeszli na drugi brzeg rzeki i doszli na obiecany córce placyk zabaw. Nie spieszyło im się do domu, więc usiedli na jednej z ławeczek i pozwolili jej się wyszaleć. Aniela uwielbiała to miejsce i za każdym razem korzystała ze wszystkiego po trochu. Żadna huśtawka, czy drabinka nie została przez nią pominięta. Monika obserwowała poczynania swojej córki, jak i innych dzieci, ale po chwili dostrzegła, że jej mąż mimo że był obrócony również w ich stronę, myślami był zupełnie gdzie indziej.

— O czym myślisz?

— O niczym — od razu zwrócił na nią swój wzrok i uśmiechnął się delikatnie.

Uczynił to jednak tak nieudolnie, że żona od razu obrzuciła go swoim oskarżycielskim wzrokiem i odpowiedziała:

— Nieprawda.

— Wciąż nie wierzę, że Jacek mógł to zrobić. To w ogóle do niego niepodobne.

Monika już miała odpowiedzieć, gdy w jej torebce odezwał się telefon. Wyciągnęła go by odczytać wiadomość tekstową od koleżanki i zaraz zaciekawiona kliknęła w link internetowy, który od niej dostała. Wojtek powrócił wzrokiem do obserwacji ich córki, a Monika zaniepokojona czytała artykuł, który jej poleciła koleżanka.

— Wiedziałeś o tym? — zapytała po chwili.

— O czym?

— Że były też inne ataki nożowników?

— Tak, słyszałem w radiu przy rzece.

— Ale słyszałeś ile ich było? I to w jednym czasie?

— Słyszałem — odparł równie zaskoczony.

— Marta posłała mi link do artykułu. Piszą w nim, że do podobnych doszło do kilkunastu a może nawet kilkudziesięciu ataków nożowników w całej Polsce.

— To chyba już przesada.

— Też mi się wydaje to nierealne, ale piszą, że policja została zmuszona do utajnienia prawdziwej ich ilości.

— Poważnie? Niby po co?

— Żeby nie siać paniki. Rozumiesz to? Samo to, że stało się to w tym samym dniu, już skłania do zastanowienia.

— Mamusiu popatrz! — zawołała Aniela i pokazała jak z innym dzieckiem wisi na drabince głową w dół.

— Nie spadnijcie!

— Trzymamy się!

Spojrzała na matkę chłopaka, który wisiał obok Anieli. Ona też nie była zbytnio zadowolona z ich niebezpiecznej zabawy, ale tylko uśmiechnęła się i rozłożyła bezradnie ręce, pozwalając im się wspólnie bawić.

— Spójrz na to — zwróciła się do męża Monika, trzymając w ręce telefon komórkowy i pokazując artykuł na jednej ze stron informacyjnych: „Krwawy dzień w całej Polsce”.

— To ten artykuł?

— Nie, tamtego już nie ma. Ktoś wykasował. W tym piszą tylko o kilku atakach.

— Może tamto było fake newsem? Wiesz, że jest ich teraz pełno w sieci.

— Może. Oby. Wracajmy już do domu. Anielkę trzeba przygotować na jutro do szkoły.

Wojtek tylko przytaknął głową i oboje w jednym czasie wstali, by zawołać swoją córeczkę.


***


Gdy zatrzymali się przed domem, Wojtek dostrzegł dwóch mężczyzn wychodzących z zaparkowanego samochodu po przeciwnej stronie ulicy. Najwidoczniej czekali na nich i teraz kierowali się w ich kierunku. Monika również ich zobaczyła i przestraszona, spojrzała na męża nie bardzo wiedząc, czego się spodziewać.

— Dzień dobry, śledczy Michał Borowiak i śledczy Arkadiusz Stępień — przedstawili się, wyciągając przed siebie legitymacje policyjne. — Państwo Tkaczyk, prawda?

— A o co chodzi? — zapytał ich Wojtek.

— Moglibyśmy zamienić z państwem kilka słów?

— Chcemy zadać wam kilka pytań na temat Jacka Ceglińskiego — dodał śledczy Stępień. — Znaliście się, prawda?

— Ja go znałem — odpowiedział Wojtek.

— Moglibyśmy wejść do środka? — zapytał śledczy Stępień. — Będzie nam o wiele wygodniej. Chyba, że wolą państwo z nami jechać na komendę?

— W domu będzie wygodniej — zaprosiła ich Monika do środka.

Otworzyła drzwi i wszyscy weszli do środka. Monika trzymała przy sobie zaciekawioną obcymi mężczyznami Anielę. Dziewczynka miała mnóstwo pytań i obrzucała nieznajomych na przemian wścibskim wzrokiem, ale nie odważyła się odezwać.

— Kochanie, idź do siebie i przebierz się, dobrze? — poleciła córeczce, która bojąc się obcych, powoli uczyniła, o co ją mama poprosiła.

— Napiją się czegoś panowie? — zapytał ich rozbierając płaszcz i zapraszając do pokoju gościnnego.

— Nie, dziękujemy — odparł Borowiak i usiadł na wersalce.

Śledczy Stępień w tym czasie stojąc obok niego, lustrował całe mieszkanie wzrokiem. Przyglądał się rodzinnym zdjęciom ustawionym na regale i zapytał:

— Jak dobrze państwo znali z Jackiem Ceglińskim?

— Tylko ja go znałem. Tak jak mówiłem — odpowiedział mu Wojtek, siadając na fotelu przed nimi. — Chodziliśmy razem do podstawówki.

— Mieszkał gdzieś blisko?

— Wcześniej mieszkaliśmy na tym samym osiedlu, ale później Jacek wyjechał za granicę, a ja przeprowadziłem się tutaj.

Monika usiadła tuż obok niego i przysłuchiwała się ich rozmowie.

— Wie pan dlaczego Jacek Cegliński wyjechał z kraju? — zapytał Borowiak.

— Podobno mieli tam rodzinę.

— Utrzymywał pan z nim kontakt?

— Nie. Od czasu, gdy wyjechał, nasz kontakt się urwał. — Wojtek dostrzegł spojrzenie drugiego śledczego skierowane na jego partnera i zaraz dodał: — Aż do wczoraj.

— Spotkaliście się po jego powrocie do kraju — powiedział śledczy Stępień, siadając na sofie.

— Wpadliśmy na siebie wczoraj, ale to przez przypadek. Nie wiedziałem, że wrócił do kraju.

— Do spotkania doszło przed sklepem?

— Tak.

— I nie widzieliście się wcześniej?

— Nie.

— Proszę nam powiedzieć, o czym panowie rozmawiali… przed jego powrotem na sklep z maczetą? — zapytał śledczy Borowiak.

Monika aż wstrzymała oddech, przypominając sobie tamto zdarzenie. Wciąż nie mogła w nie uwierzyć.

— O jego powrocie. O tym, że ma narzeczoną. Nie wiem, to była zwykła rozmowa. Nie wiem czego panowie ode mnie oczekują?

— Prawdy — od razu wtrącił Stępień.

— To mówię prawdę. Nie widzieliśmy się kilkanaście lat. Spotkaliśmy się przypadkiem w sklepie i tyle.

— Czy aby na pewno przypadkiem? — zapytał Stępień, znów wstając z sofy, by stanąć za nią i wpatrywać się w niego z góry.

— Tak, na pewno. Nie wiedziałem, że wrócił.

— Możliwe jest, by on czekał tam na pana? — zapytał Borowiak.

— Po co? — zapytał Wojtek, kompletnie zaskoczony pytaniem.

— Nie wiem, to ja pytam.

— Nie rozumiem, co panowie chcąc ode mnie usłyszeć? Spotkałem po kilku latach starego przyjaciela i…

— Który później zabił dwoje ludzi — wtrącił mu bezczelnie śledczy Stępień.

— Ale co ja miałem z tym wspólnego? Skąd miałem wiedzieć, że to zrobi? Przecież byłem z rodziną?

— A jak układają się pana stosunki z żoną? — zapytał jeszcze bardziej bezpośrednio Stępień.

— Co pan insynuuje? — zapytała już lekko poirytowana Monika.

— Niczego nie sugeruję, tylko pytam o wszystkie możliwości, które mogły zaistnieć w tak makabrycznych okolicznościach.

— Chyba panów trochę poniosło, jeśli myślicie, że ja albo mój mąż mamy z tym coś wspólnego.

— Może lepiej będzie, jeśli panowie sobie wyjdą — nie wytrzymał tego Wojtek. — Nie wiem, o co wam chodzi, ale mam dość tej rozmowy.

Śledczy Borowiak wstał i wraz ze swoim partnerem ruszyli do wyjścia.

— Proszę w razie czego nie opuszczać kraju — rzekł śledczy Stępień do Wojtka. — Możliwe, że wezwiemy pana jeszcze na przesłuchanie do nas na komisariat.

— Do widzenia — odpowiedział stanowczo i otworzył drzwi, wypuszczając ich na zewnątrz.

— Proszę nas źle nie zrozumieć — odezwał się śledczy Borowiak łagodniejszym tonem. — Ale musimy wykluczyć wszystkie możliwości tego szaleńczego ataku. Nawet te, które wydają się nierealne. Gdyby państwu coś się przypomniało — dodał, podając Monice swoją wizytówkę. — To, proszę zadzwonić.

Wyszli, a Wojtek roztrzęsiony i podenerwowany zamknął za nimi drzwi i popatrzył na żonę, nie mogąc uwierzyć w to, co usłyszał.

— Mają tupet — skomentował ich zachowanie.

***


Następnego dnia Wojtek właśnie kończył pracę. Wyszedł z biura i postanowił zajechać przed bramę miejscowego cmentarza. O tej porze zawsze był korek, przez co musiał odstać trochę, by w końcu zjechać na mniej uczęszczaną ulicę i zatrzymać się przed tablicą z nekrologami. Wysiadł z samochodu i podszedł bliżej. Obok Jacka, znajdowały się tablice dwóch osób, które zginęły z jego ręki. Ich pochówek został wyznaczony dzień wcześniej niż ich mordercy, co było w pełni zrozumiałe.

Gdy powrócił do domu, wewnątrz Monika z Anielą siedziały przy małym stoliku. Na nim znajdowały się porozrzucane kartki z różnymi, kolorowymi rysunkami oraz mnóstwem kredek.

— Cześć tatuś! — krzyknęła mu na powitanie i rzuciła się w jego objęcia.

— Cześć kochanie, co robicie?

— Rysujemy.

— A co takiego?

— Pieska — odpowiedziała i uniosła zarys czworonoga. — Pani powiedziała, żebym narysowała zwierzątko, które pragnę najbardziej na świecie.

— Ale wiesz, że ty jesteś uczulona?

— Wiem, ale narysować go mogę?

— To prawda. Mądra dziewczynka, a u ciebie jak? — zapytał żonę, całując ją na powitanie.

— Spokojnie.

— Koleżanka cię nie męczyła?

— Męczyła? Czym?

— Pytaniami o Jacka?

— A! Nie! Już zapomniała o tym. Teraz ważniejsze była dla niej sukienka, bo idzie na wesele za niedługo. Musiała się pochwalić, co znalazła.

Wojtek rozebrał się ze służbowego stroju i usiadł obok nich, by odpocząć w ich towarzystwie.

— Chcesz nam pomóc? — zapytała go córeczka.

— Najpierw musi coś zjeść — odpowiedziała mama i wstała od stołu, by przejść do kuchni.

— Nie wiem, czy cokolwiek zmieszczę, Moni.

Żona popatrzała na niego ostrzejszym, ale wyrozumiałym wzrokiem. Jednak zanim zdołała cokolwiek powiedzieć, uprzedziła ją Aniela, mówiąc:

— Mamusia zrobiła takie super małe klopsiki. Musisz je zjeść. Ja cztery zjadłam.

— Naprawdę były takie super? — zapytał przyciszonym głosem, udając, że nie chce by jej mama to usłyszała.

Córeczka przytaknęła energicznie głową, na co ojciec nie mógł pozostać obojętny:

— Żono — powiedział już głośniej i dostojniejszym tonem — to poproszę te dzisiejsze super klopsiki.

— Zawsze są super — odparła, udając oburzenie.

Tata popatrzył na Anielę i ta znów szybko przytaknęła głową, pokazując mu, żeby tak samo jej odpowiedział.

— Masz rację kochana żono. Twoje obiady nie mają sobie równych.

Aniela uśmiechnęła się i uniosła kciuk do góry, pokazując mu, że bardzo dobrze odpowiedział i powróciła do rysowania. Wojtek tymczasem chcąc się zrelaksować, włączył telewizor i od razu trafił na wiadomości, w których straszono możliwymi konfliktami zbrojnymi na bliskim wschodzie. Później dziennikarz prowadzący wiadomości skupił się na problemach rolnictwa, a następnie przeszedł do kolejnych napięć w rządzie między partiami, których nigdy nie było końca.

— Jak zwykle nic dobrego na świecie się nie dzieje — skwitował słowa dziennikarza, przełączając na inny kanał i szukając czegoś ciekawego dla siebie.

— Może wyłącz telewizor — powiedziała Monika, kładąc przed nim talerz z obiadem. — Będziesz zdrowszy.

Wojtek posłuchał żony i chcąc usłyszeć coś przyjemniejszego, zapytał córkę:

— A tobie jak minął dzień, piękna?

— A tak sobie — odpowiedziała krótko i tylko poruszyła ramionami niezbyt chętna do rozmowy.

— To znaczy?

— Nic się nie działo.

— Kompletnie nic? — Na co Aniela poruszyła tylko głową. — Nie byliście na placu zabaw? Nie uczyliście się czegoś ciekawego?

— Byliśmy, ale nic się nie działo. Biegaliśmy i Bartek tylko przewrócił się i z kolana poleciała mu krew, a dzisiaj przyjdzie ktoś do nas? — zapytała nagle wprawiając rodziców w osłupienie.

— A kto ma przyjść?

— Nie wiem. Kolejni panowie?

— Nie, dość mamy odwiedzin.

— Ci ostatni nie wyglądali na fajnych.

— Fajni nie byli, ale nie przejmuj się nimi. Już tu nie przyjdą. Pokaż lepiej, co już narysowałaś?

Aniela uniosła rysunek, który tym razem nabrał już kolorów. Zarys pieska, który wykonała jej mama, teraz ona sama pokolorowała według swojego mniemania. Monika nie ingerowała w jej twórczość, przez to wyszedł pupil mający ogon czerwony, tułów trójkolorowy, a głowę zieloną w czarne kropki.

— Nie uważasz, że ten twój piesek jest… trochę… — Monika już na niego patrzała ostrzejszym wzrokiem, by nie przesadził. — … za kolorowy?

— Ale sam tatuś mówiłeś, że nie mogę mieć pieska, tak?

— Tak.

— To narysowałam takiego, jakiego nikt inny nie ma.

Rodzice będący pod wrażeniem jej odpowiedzi, tylko popatrzyli na siebie z uznaniem dla artystki i przytaknęli jej głowami, pokazując, że ma w całkowitą rację.

— Jak tak powiesz pani, to na pewno dostaniesz szóstkę — odpowiedział Wojtek.

— I tak powiem.


***


Kolejnego dnia Wojtek musiał popracować więcej w trasie niż w biurze. Siedząc w samochodzie kilka godzin i słuchając muzyki, przemieszczał się po południowej Polsce. Miał dziś dwie ważne wizyty i właśnie z jednej z nich wracał, by pokonać kilkaset kilometrów do następnego kontrahenta. Ruch nie był zbyt duży i na szczęście od rana obyło się bez żadnych nieprzyjemnych niespodzianek na drodze, przez co szybko pokonywał kolejne kilometry. Mijał na swej drodze sporo ciężarówek, jak i samochodów osobowych, których kierowcy podobnie jak on, marzyli o dotarciu do celu swojej podróży. Było jednak już prawie południe, a miał w zapasie godzinę. Nie chciał, by nagle zaburczało mu w brzuchu na ważnej rozmowie z nowym klientem. Znał tę drogę dobrze, przez to postanowił zatrzymać się w jednej ze swoich ulubionych, przydrożnych restauracji i zjeść ciepły obiad.

Zjechał na parking i zdążył tylko wysiąść, gdy usłyszał ogromny hałas. Syreny policyjne wyły po całej okolicy. Nie była to jedna, ale kilka a nawet kilkanaście. Wojtek nie wiedział, czy to pogotowie, czy policja albo straż pożarna. Zaciekawiony stanął w miejscu i wraz z innym mężczyzną, który właśnie zatrzymał się obok niego, czekali na zbliżający się powód całego zamieszania. Dźwięk rozchodził się we wszystkie strony. Przez chwilę Wojtek stracił orientację, z której strony dochodzą. Jednak po kilku chwilach on, jak i kilku zaciekawionych zdarzeniem ludzi, doczekali się odpowiedzi. W oddali, na pasach szybkiego ruchu, którą tak niedawno oni sami się poruszali, zobaczyli ogromną ciężarówkę. Pędziła ona ponad sto kilometrów na godzinę, uciekając przed ścigającymi ją radiowozami policyjnymi. Jej przednia maska była częściowo zniszczona, ale jej kierowca nie miał najmniejszego zamiaru się zatrzymywać. Wojtek wraz z innymi ludźmi stojąc na parkingu, oddzielonym pasem zieleni i barierkami od ulicy, tylko patrzył na zbliżającego się do nich pędzącego potwora. Kierowcy samochodów osobowych jadących przed nim zjeżdżali na boki, chcąc uniknąć z nim kontaktu, jednak górujący nad nimi 18-kołowy pojazd ani myślał skorzystać z pustego pasa. Skręcał na nich, brutalnie hacząc lub spychając ich z jezdni.

Wzrok Wojtka, jak i stojących obok niego ludzi powędrował w kierunku jedynego, samochodu poruszającego się niespiesznie prawym pasem, kilkaset metrów przed szaleńcem. Kierujący nim młody człowiek słuchał głośno muzyki i przeglądał wiadomości w telefonie komórkowym, nawet nie wiedząc, co się za nim dzieje. Jeden z radiowozów widząc to, spróbował zajechać kierowcę tira od boku. Jednak, gdy tylko wyjechał do połowy długości przyczepy, kierowca ciężarówki natychmiast skręcał w ich kierunku, zmuszając radiowóz do gwałtownego hamowania. Wojtek z przerażeniem w oczach spoglądał na błyskawicznie znikającą przestrzeń między szaleńcem a jego nieświadomą ofiarą. Wraz z innymi ludźmi krzyczał, wyhamował do młodego kierowcy, ale ten był zbyt zajęty wybieraniem czegoś na swoim telefonie. Kierowca kilkudziesięciotonowej ciężarówki nie miał dla niego litości. Z całym impetem najechała prosto w niego, dociskając i miażdżąc samochód do bariery. Małe autko nie miało szans. Uderzenie zarzuciło przyczepą i prawie przewróciło ciężarówkę, ale kierowca jakimś cudem utrzymał kierownicę w rękach i przemknął dalej. Bezsilne radiowozy goniły go, próbując w jakikolwiek sposób zatrzymać. Było ich już kilkanaście i żaden z nich nie mógł się równać z rozpędzonym dwudziestotonowym potworem.

Jeden z radiowozów zatrzymał się przy zmiażdżonym samochodzie, a reszta pognała za szaleńcem. Wojtek jak i kilku gapiów stojących obok, od razu ruszyło z pomocą. Biegli, by pomóc wyciągnąć kierowcę z rozjechanego przez ciężarówkę auta. Jednak, gdy dobiegli na miejsce, zorientowali się, że nie było szans dla jego kierowcy i ewentualnych pasażerów.

Jeden z mężczyzn na ten widok, zwymiotował. Inny wstrząśnięty zaczął sklinać wniebogłosy. Wojtka natomiast zatkało. Nie mógł wypowiedzieć ani słowa. Nie mógł się nawet ruszyć, widząc to, co pozostało ze zmiażdżonego samochodu. Zasłonił oczy i pochylić głowę, nie mogąc patrzeć na ten straszny widok.

Wtedy to usłyszeli nadlatujący helikopter. Nie był to jednak latający LPR. Sytuacja była krytyczna. Radiowozy policyjne wydawały się bezradne. Wszyscy ujrzeli siedzącego w nim strzelca z karabinem. Przeleciał im nad głowami i leciał w stronę uciekającego mordercy za kółkiem.

— Zabijcie gnoja! — krzyknął jeden z mężczyzn stojących obok Wojtka.

— Chętnie dorwałbym go w swoje ręce — dodał inny, o wiele większej postury mężczyzna.

— Widział ktoś z jakiego kraju był kierowca? — zapytał ktoś inny.

— Nie.

— Na pewno nie Polak — odpowiedziała jedna z kobiet.

— Założę się, że Białorusin. Oni wszyscy mają nasrane w głowach.

— Albo Turek.

— Ja chyba widziałem na rejestracji oznaczenie Francji.

Wojtek spojrzał na nich, ale nie odezwał się. Widział narastającą w nich oburzenie. Każdy wymawiał swoje podejrzenie. Każdy zarzucał innemu narodowi winę za tego kierowcę. Teraz nie liczył się ten jeden człowiek za kierownicą. Winny był cały naród, z którego on się wywodzi.

— A ty? — zapytał go mężczyzna większej postury. — Widziałeś, skąd był kierowca?

— Nie — odpowiedział krótko i nie mając ochoty na dołączenie do ich rzucania oskarżeń, odszedł, pozostawiając ich w swojej bezużytecznej polemice.


***


Gdy słońce zaczęło zachodzić, Wojtek podjechał przed swój domu. Miał serdecznie dość tego dnia. Mimo udanych rozmów z kontrahentami, nie mógł zapomnieć makabrycznego obrazu doszczętnie zmiażdżonego samochodu. Pracował w terenie już dobrych kilka lat. Poruszając się po całej Polsce, od klienta do klienta, pokonał sporo kilometrów samochodem. Widział w tym czasie wiele wypadków i stłuczek, ale czegoś takiego, jak dziś, nigdy nie doświadczył.

Przez cały dzień w radiu, co godzinę, na każdym kanale mówiono o wydarzeniach na autostradzie. Wypowiadali się świadkowie. Tłumaczyła się policja. Ludzie szukali winnych, ale nikt nie mógł jednoznacznie wskazać przyczyny całego zdarzenia. Początkowo Wojtek słuchał ich z uwagą, ale w połowie dnia wyłączył całkowicie radio. Nie mógł już tego wszystkiego znieść. Z każdą godziną powstawały różne teorie i nowe tłumaczenia sprawcy. Pojawiali się ludzie sugerujący prawdopodobne przyczyny tego tragicznego w skutkach zajścia. Jedne bardziej realne, inne zupełnie wyssane z palca. Jednak nikt tak naprawdę nie wiedział, dlaczego doszło do tak wielkiej tragedii na jednej z najbardziej ruchliwych ulic naszego państwa. On widział ją na własne oczy i jest pewny, że już nigdy tego strasznego obrazu nie zapomni. Przez to wchodząc do domu, przeprosił swoją żonę i zniecierpliwioną Anielkę, udając się od razu do łazienki, by wziąć prysznic. Tam mógł w końcu spróbować uspokoić się. Spłukać z siebie ten dzień i brutalne obrazy, które nie powinny mieć miejsca. Nie był w stanie teraz z nimi porozmawiać. Cały dzień trzymał to w sobie. Próbował skupić się na pracy. Na rozmowach z kontrahentami, na bezpiecznej jeździe samochodem. Jednak obraz kompletnie zmiażdżonego samochodu z kierowcą w środku, nie opuszczał go ani na chwilę.

Zszedł do nich dopiero po godzinie. Przytulił córeczkę, ucałował żonę i uśmiechając się do nich delikatnie, usiadł w fotelu, ciężko wypuszczając z siebie powietrze.

— Nie uwierzysz, jaki miałam super dzisiaj dzień, tatuś! — aż chodziła w miejscu Aniela, nie mogąc się nim pochwalić.

Wojtek widząc jej radosną buzię, zmusił się do uśmiechu i powiedział krótko:

— To opowiadaj, kochanie.

— Przyszli policjanci. Jedna pani i jeden pan. Dostaliśmy takie blaszki…

— Odblaski, kochanie — poprawiła ją mama, przynosząc mężowi talerz z ciepłą kolacją.

— To są magiczne odblaski — powiedziała od razu Aniela, pokazując je tacie. — One odbijają światło, wiesz? Pokazać ci?

— Pokaż — odpowiedział, nie mając siły nic więcej powiedzieć.

Aniela zagasiła światło w całym domu i poświeciła latarką z telefonu komórkowego mamy. Światło odbiło się od jej podarunku, co od razu skwitowała słowami:

— Widzisz? Fajne, nie?

— Bardzo.

— Mam to przypiąć do tornistra, by być widoczna w nocy.

— I tak zrobimy.

— Ja się tym zajmę — dodała mama, siadając obok nich i przyglądając się mężowi. Widziała, że coś jest nie tak, ale nie odzywała się, nie chcąc im przerywać.

— Pan policjant pokazał nam nawet pistolet.

— Pistolet? — zapytał, zaskoczony.

— Tak. Kuba od razu chciał postrzelać, ale pan policjant powiedział, że jeśli będzie chciał strzelać, to musi najpierw zostać policjantem. A wiesz, co powiedział Witek? — od razu dodała podekscytowana. — Że on będzie strzelał do policjantów.

— Poważnie? — zapytał i spojrzał zaskoczony na żonę, która słyszała już wcześniej tą historię od córeczki i tylko przytaknęła głową, również zniesmaczona słowami młodego dziecka.

— Bo on i jego tata nie lubią policjantów.

— Tak powiedział?

— Tak. Nasza pani zaczęła się denerwować i dużo mówić, a później policjanci poszli do innej klasy.

— To pewnie zadowoleni nie byli.

— Ale to Witek, tato. Nikt go nie lubi. Ja go też nie lubię.

— Nie dziwię się.

— A wiesz, co dostałam za rysunek?

— Piątkę.

— Tak. Pani też dziwiła się moim kolorom, tak jak ty, ale wytłumaczyłam się, tak jak tobie i dostałam piątkę.

— Sprytna, po mamusi — skwitował to krótko.

— A jak — włączyła się do rozmowy mama. Przytuliła swoją córeczkę i dodała: — Kochanie daj tacie zjeść kolację. Idź się pobaw jeszcze chwilę i zaraz wykąpiemy się dobrze?

— OK.

Dziewczynka zadowolona z siebie pobiegła do swojego pokoju, a Wojtek gasząc uśmiech ze swojej twarzy, skupił się na opróżnianiu talerzu zupy.

— Kochanie, co się stało? — zapytała go Monika, siadając obok niego.

— Nic.

— Widzę, że coś jest nie tak.

Znów zobaczył ciężarówkę miażdżącą samochód. Ręka, w której trzymał łyżkę odruchowo zaczęła drżeć. Chwycił ją by się uspokoić i zamknął oczy, próbując wyrzucić z siebie te krwawe obrazy. Wtedy poczuł bliskość swojej żony. Przytuliła go do siebie i oparła jego głowę o swoje piersi. Z oczu Wojtka popłynęły łzy, a on w końcu mógł wypuścić z siebie nagromadzone przez cały dzień emocje. Zapłakał, nie mogąc dłużej ich trzymać w sobie. Nic nie mówił, tylko płakał. Monika widząc, że tego właśnie mu potrzeba nie naciskała na tłumaczenia. Tuliła go do siebie i współczuła wydarzeń, które musiał przeżyć jej mąż. Nie wiedziała jeszcze czego doświadczył. Nie próbowała tego nawet odgadnąć. Pozwoliła mu się wypłakać i wyrzucić z siebie wszystkie złe emocje, by w swoim czasie poznać ich przyczynę.

Dopiero po dłuższej chwili, Wojtek uspokoił się i otarł łzy z oczu. Spojrzał na nią i powiedział czule:

— Kocham cię.

— Ja ciebie też — odpowiedziała, chociaż nie bardzo rozumiała jego zachowanie.

Przytulił się znów i powoli dochodząc do siebie, rzekł:

— Nie rozumiem, co się dzieje z ludźmi? Życie ludzkie przestało się w ogóle liczyć.

— Co masz na myśli? — zapytała, chcąc się upewnić.

— Nic nie słyszałaś?

— Mówisz o mordercach w ciężarówkach?

— On w ogóle nie miał sumienia.

— On? — zapytała zaskoczona.

— Kierowca tira. Widziałem to na własne oczy.

— Byłeś tam? — Aż zamarła teraz dopiero zdając sobie sprawę, z tego, co jej mąż musiał przeżyć.

— Na szczęście zjechałem mu wcześniej z drogi — odpowiedział wciąż będąc myślami na miejscu tego zdarzenia. — Ale…

Nie był w stanie dokończyć zdania. Monika przytuliła go jeszcze mocniej do siebie i powiedziała:

— Przepraszam. Nie wiedziałam. To musiało być straszne.

— Kierowca w ogóle nie hamował. On… tak jakby mu zależało, by jak najwięcej ludzi rozjechać.

— Przez to policja ich zestrzeliła. Mówili w wiadomościach.

— Ich? — zapytał zdumiony jej słowami.

— Kierowców ciężarówek. Było ich trzech.

— Jak trzech?

— Mówią o tym cały dzień we wszystkich wiadomościach. W różnych częściach Polski, o tej samej porze, tak jakby się umówili. — Wojtek zaskoczony jej słowami, wpatrywał się w Monikę, jakby opowiadała mu jakiś film. — W każdym przypadku musieli zastrzelić kierowcę, bo nie chciał się sam zatrzymać. Tratowali wszystko na swojej drodze. Podobno jest mnóstwo ofiar.

— Jacy ludzie są do czegoś takiego zdolni?

— Coraz więcej się mówi, że to sprawka terrorystów, chociaż żadne z ugrupowań się do tego nie przyznało.

— Poważnie? I u nas, w Polsce? Niby komu podpadliśmy?

— W internecie ludzie pokazują filmiki, na których terroryści z bliskiego wschodu uczą się rozjeżdżać ludzi ciężarówkami. Oni nie mają sumienia. Są do wszystkiego zdolni.

— Ale u nas?

— Ale zmieńmy temat dobrze? Mam już dość złych wiadomości. Ty tym bardziej. — Znów go przytuliła mocno i oboje zamilkli, by nacieszyć się swoim towarzystwem. — Oby jutro było o wiele spokojniejsze.

***


O poranku, kolejnego dnia, Wojtek nie miał zamiaru włączać żadnych wiadomości. Wziął jeden dzień wolnego w pracy, by uczestniczyć w pogrzebie swojego starego przyjaciela. Monice nie udało się wyrwać z pracy, przez co musiał w nim uczestniczyć samemu, ale w tym przypadku, nie żałował tego. Ceremonia, jak i sam pogrzeb był wyjątkowo skromny i szybki. Prócz Wojtka, przyszła na niego zaledwie garstka ludzi. Byli rodzice Jacka, ich sąsiadka Izabela Rybczewska, która od zawsze była zżyta z ich rodziną, oraz młoda kobieta, w której upatrywał Wojtek narzeczoną Jacka. Przybita i zrozpaczona, płakała przez całą ceremonię. Mama Jacka trzymała się twardo i mimo własnego bólu, próbowała ją pocieszać.

W końcu, gdy ksiądz wraz z pomocnikami z firmy pogrzebowej odszedł, Wojtek odważył się podejść do rodziny przyjaciela.

— Proszę, przyjmijcie moje najszczersze kondolencje — zaczął, ale szybko przerwała mu matka Jacka.

— Byłeś tam, prawda?

— Tak.

— Powiedz mi, co w niego wstąpiło? Jaki szatan go opętał, że mój synek zrobił coś takiego? — pytała ze łzami w oczach.

— Nie wiem. Przykro mi bardzo, ale mam pojęcia. Rozmawiałem z nim jeszcze kilka minut wcześniej. Wydawał się szczęśliwy. Mówił o swojej narzeczonej — dodał, kierując wzrok na młodą kobietę, która podniosła na chwilę głowę, by spojrzeć na niego. — Cieszył się z planów jakie mieliście wspólnie przeżyć. Aż ciężko sobie wyobrazić, co się stało. Kompletnie tego nie rozumiem.

Narzeczona, jak i mama Jacka znów wybuchły płaczem, a ojciec zmarłego, próbując się nie załamać, powiedział:

— To nie była wina mojego syna. On nie mógłby nic takiego zrobić. Ktoś go do tego zmusił.

— Mówiłam ci, że to szatan — zareagowała od razu matka. — On opętał naszego syna. To jego wina.

— Też jestem tego pewna. Wasz syn nie zasłużył na to, co teraz się dzieje wokół niego i wokół was — odezwała się ich sąsiadka.

— Jeśli mogę jakoś pomóc? — zaproponował Wojtek.

— Nie, dziękujemy — odpowiedział mu ojciec Jacka. — Dziękujemy, że przyszedłeś. Byłeś jego jedynym prawdziwym przyjacielem.

— To był dobry człowiek i tak go zapamiętam.

Matka Jacka uśmiechnęła się delikatnie, wdzięczna za te słowa i ujęła jego dłoń z wdzięcznością. Wojtek ukłonił się i odszedł od nich, by powrócić do samochodu.

Wyszedł przez bramę cmentarza i od razu nadział się na dwie starsze wiekiem kobiety stojące na uboczu.

— Dzisiaj chowali tego mordercę — powiedziała jedna z nich.

— Powinni go zakopać gdzieś pod lasem, a nie chować na naszym cmentarzu.

— Że też nikt się nim wcześniej nie zainteresował? Gdzie była policja? Nikt nie zauważył, że to diabeł wcielony?

— Pewnie ćpun. Teraz przez nich inne rodziny cierpią.

— Współczuję im z całego serca. Mieli całe życie przed sobą.

— Dla niego śmierć to mało. Powinien cierpieć jeszcze przez długie lata.

Wojtek spojrzał tylko na nie ukradkiem, ale nie miał zamiaru wchodzić z kobietami w konwersację. Ludzie nie znali tak dobrze Jacka, jak on i bali się go. To, co mówiła sąsiadka jego rodziców świadczyło, że nasłuchali się oni już wielu takich komentarzy i z pewnością ich tłumaczenia nic wielkiego nie wniosły. Przeszedł więc tylko obok dwóch kobiet obgadujących pogrzeb Jacka i chcąc jak najszybciej opuścić to miejsce, odjechał sprzed cmentarza.


***


Korzystając z dnia wolnego w pracy, postanowił odwiedzić jeszcze swoich rodziców. Często mu wypominali, że nie odwiedza ich prawie w ogóle. Wiedział, że będą pewnie źli, że przyjedzie bez ich ukochanej wnuczki, ale dziś wyjątkowo będzie on im musiał wystarczyć. Zanim jednak przekroczy ich próg domu, postanowił kupić coś słodkiego. Podjechał do jednej z miejscowych cukierni i wszedł do środka.

— Dzień dobry — od razu powitała go sprzedawczyni.

— Dzień dobry, rozejrzę się najpierw, dobrze?

— Oczywiści, proszę.

Kobieta za ladą, odwróciła wzrok na swój mały telewizorek, ukryty za jedną z chłodni i przysłuchiwała się wiadomości:

— Jeszcze nie ochłonęliśmy po tragicznych wydarzeniach z naszych dróg, a kolejny dzień przynosi nam kolejne, wstrząsające wiadomościami — grzmiał dziennikarz. — Rano mówiliśmy o krwawych strzelaninach w Stanach Zjednoczonych. Teraz dochodzą do nas wiadomości ze Skandynawii, gdzie w Szwecji doszło do wymiany ognia między miejscowym gangiem a policją. Zginęło w niej dziewięć osób, w tym jedna policjantka…

Wojtek nasłuchując wiadomości, podszedł do lady i sprzedawczyni natychmiast przyciszyła i wstała, by z uśmiechem na twarzy obsłużyć klienta.

— Straszne, co się dzieje z tym naszym światem — skomentowała wiadomości sprzedawczyni, przyciszając je do minimum.

— Nic na dobre nie idzie, niestety. Poproszę połowę tej malinowej chmurki i paczkę ptysi.

— Dobrze.

Sprzedawczyni zaczęła pakować i nabijać towar na kasie, gdy w wiadomościach, odezwał się nagle dziennikarz, mówiąc:

— Słyszał pan o wczorajszej masakrze na ulicach naszego kraju? — zapytała go sprzedawczyni, powracając z zapakowanym towarem do Wojtka. — To niepojęte.

— Brak słów, by cokolwiek mądrego o tym powiedzieć — odpowiedział jej jedynie i zapłacił kartą za zakupy.

— Dziękuję i proszę uważać na siebie. Niedługo nikt z nas nie będzie bezpieczny. Nawet w biały dzień.

— To prawda. Do widzenia.

— Do widzenia.

Wojtek wyszedł z cukierni i powoli podążał z powrotem do samochodu. Po drodze przyglądał się ludziom spacerującym po ulicach miasta. Widział młodych ludzi idących za rękę. Dalej babcię pchającą wózek ze swoim wnukiem. Gdzie indziej dzieci bawiły się na placu zabaw. Patrząc na ten obrazek można by pomyśleć, że nic złego nie dzieje się na świecie. Każdy zajęty sobą. Nikt niczym się nie przejmuje. Nawet ludzie poruszający się samochodami, słuchali muzyki lub rozmawiali z kimś na systemie głośno mówiącym. Wojtek był w stanie nawet usłyszeć ich rozmowę. Nie była w ogóle związana z tragicznymi wiadomościami, które atakują człowieka codziennie. To pokazywało jak wiele zła dzieje się na świecie. Ludzie się do tego przyzwyczaili. Oburzali się, komentowali, ale zaraz powracali do swojego normalnego trybu. Gdy ich osobiście to nie dotykało, było to dla nich zwykłym wydarzeniem, które miało gdzieś miejsce i po pewnym czasie ulegało zapomnieniu.

Włączył się do ruchu i powoli, nie spiesząc się, zajechał pod dom swoich rodziców. Mieszkali oni na jednym z osiedli, przez to o tej porze miejsc parkingowych jeszcze było sporo. Zaparkował tuż pod klatką i zobaczył rysunki na chodniku. Dziecięca wyobraźnia nie miała granic i prawie każda płyta chodnikowa była pokryta kolorową kredą. Niosąc ciasto, przyglądał się różnym kwiatkom, chmurkom czy zwierzętom. Były nawet pola do gry w klasy. Myślał, że już o tej grze dawno zapomniano. Drzwi do klatki schodowej były otwarte, więc wszedł do środka i windą pojechał do góry. Mijając kolejne piętra, dopiero zaczął żałować, że nie zadzwonił wcześniej do rodziców. Szkoda by było, gdyby ich nie zastał w domu. Znów by się nie zobaczyli. Znów by mieli mu za złe, że ich unika. Będąc przed ich drzwiami z nadzieją w sercu, zapukał i ze zniecierpliwieniem nasłuchiwał zbliżających się kroków albo otwierającego się zamka w drzwiach. Odetchnął z ulgą, gdy już po chwili otwarła mu drzwi jego mama — Dorota Tkaczyk.

— Wojtek? Stało się coś? — od razu zapytała przestraszona i zaskoczona jego widokiem.

— A musi się coś stać, bym mógł was odwiedzić? — zapytał żartobliwie.

— No, nie, ale w środku dnia? Wejdź głuptasie. Nawet nie wiesz jak miło cię widzieć — powitała go i wpuściła do środka.

— Pokroisz? — zapytał, podając jej ciasto.

— Niepotrzebnie kupowałeś.

— Cześć tato — odezwał się do ojca siedzącego na tapczanie w pokoju gościnnym. Spisywał właśnie wyniki losowania lotto z telewizora na jedną ze swoich setek zapisanych liczbami kartek.

— Cześć — szybko odpowiedział Janek Tkaczyk, ale skupił się na dokończeniu spisywania, by dopiero po wpisaniu ostatniej cyfry, wyłączyć telewizor i wstać, by przytulić syna.

— Wygrałeś coś?

— Zaraz się dowiemy, czy jesteśmy milionerami.

— Siadaj synu. Kawy się napijesz? — zapytała mama z kuchni.

— Tak poproszę.

Wojtek usiadł obok ojca, który zasypany swoimi kartkami, przeglądał kupon, który wysłał dzisiejszego poranka. Od zawsze grał w gry losowe i nikt mu w tym nie przeszkadzał. Początkowo wraz z matką chcieli go odwlec od tego, ale widzieli ile radości mu to przynosi. Traktował to jako rozrywkę na emeryturze, która na szczęście częściowo się wracała. Wygrywał co kilka dni kilkanaście lub kilkadziesiąt złotych, ale jeszcze nigdy nie wygrał tak upragnionego miliona.

— Opowiadaj, co tam u was słychać? — zapytała mama, czekając aż woda się zagrzeje w czajniku.

— A w porządku. Miałem dzień wolny, więc przyjechałem was odwiedzić.

— Monika w pracy?

— Tak, a Anielka w szkole. Później ją odbierze i jadą gdzieś na trampoliny jeszcze z innymi dzieciakami.

— Nie chciałeś jechać z nimi?

— Ja? Nie. Tam będą same kobiety. Dzieci będą się bawić i a one będą miały swoje tematy.

— A ty czemu nie w pracy? — zapytał go ojciec.

— Byłem na pogrzebie.

— Jacka Ceglińskiego? — od razu zareagowała mama już nie tak szczęśliwym tonem.

— Tak.

— Co mu do głowy uderzyło, żeby zrobić coś takiego? Miałem go za normalnego człowieka — skomentował to ojciec.

— Bo był normalny.

Ojciec wyśmiał jego słowa i oburzony odparł:

— Który normalny człowiek napada na ludzi z nożem?

— Zastanawialiśmy się też, czy nie iść — dodała mama Wojtka. — W końcu znaliśmy ich.

— Oszalałaś? Nie chodzi się na pogrzeb terrorysty — od razu zareagował ostrzejszym tonem Janek Tkaczyk.

— Jacek nie był terrorystą — zaprotestował Wojtek.

— Skąd wiesz? Nie było go długo w Polsce. Kto wie, do kogo się przyłączył będąc za granicą.

— Janek, przestań.

— Co przestań? Nie oglądacie wiadomości? Najpierw nożownicy, później mordercy za kółkiem. To wszystko jest dobrze przemyślane i zorganizowane. Tak działają terroryści.

Dorota Tkaczyk przyniosła na stół kawy i ciasto na tacy, a Wojtek nie chcąc się zgodzić z ojcem, rzekł:

— Tato, Wojtek nie był taki.

— Dla mnie to terrorysta, nikt inny.

— Rozmawiałem z Jackiem chwilę przed tym, jak… zaczął zabijać ludzi — odpowiedział, ciężko przełykając ślinę, wspominając tamto wydarzenie.

— Jak to… rozmawiałeś? — aż zesztywniała ze strachu jego mama, siadając przed nim.

— O czym ty mówisz? — zapytał ojciec.

— Nie uwierzycie mi, ale pięć minut wcześniej rozmawiał ze mną. Tak jak ja teraz z wami. Wspominaliśmy stare czasy, opowiadał mi o swojej narzeczonej. Tak, jakby nic się nie miało wydarzyć.

— Mój Boże. Byłeś w tym sklepie? — zapytała mama, nie rozumiejąc nic z tego.

— Tak i nic z tego nie rozumiem. Wszyscy reagują tak samo, jak ty tato. Każdy ma go za ćpuna, mordercę albo terrorystę, a wierzcie mi, jak z nim rozmawiałem, to nic nie wskazywało na to, by zaraz miało coś takiego się wydarzyć — odpowiedział, coraz bardziej poirytowany tym faktem Wojtek. — Wydawał się taki szczęśliwy.

— Nic z tego nie rozumiem — skomentowała to Dorota.

— Może coś z głową miał? — odezwał się Janek Tkaczyk. — Czytałem kiedyś o takim przypadku. Tylko, że najczęściej dotyczyło to byłych żołnierzy.

— A co na to jego rodzina? Podejrzewali coś? — zapytała zdruzgotana tą wiadomością Dorota.

— Nie. Byli tak samo zaskoczeni, jak my wszyscy.

— Mój Boże. Muszę porozmawiać z jego mamą. Przeprosić ich za nasze zachowanie.

— Może szatan go opętał? — zapytał ojciec Wojtka, wciąż nie mogąc w to uwierzyć.

— Ludzie odwracają się od wiary. Może został opętany? — dodała Dorota.

— Bo to jest wina teraźniejszych, chorych czasów — skwitował to Jan. — Kiedyś przestępców wieszano i świat o nich zapominał. A teraz co się z nimi robi? Próbuje się ich tłumaczyć, szukać problemu, tam gdzie go nie ma i jeszcze jakieś filmy o nich kręcą. To ludzie są sami sobie winni. — Zwrócił się do żony, mówiąc: — Ty ciągle puszczasz mi jakieś seriale o mordercach i innych szaleńcach. To się teraz podoba ludziom. Później chcą ich naśladować.

— Nie przesadzaj Janek.

— A nie mam racji? Co film, to kogoś mordują.

— Dobra, ale nie przyjechał do was mówić o morderstwach. Powiedzcie lepiej, co u was słychać? — zmienił temat Wojtek i wypił łyczek kawy.

— Stara bieda, synu — odparł ojciec. — Co ma się dziać u twoich starych? Matka wciąż zrzędzi, że nigdzie nie jedziemy, a ja jakoś w totka nie umiem wygrać.

— Bo całe lato siedzimy w domu. Nigdzie się ten stary osioł nie chce ruszyć.

— To może chociaż w góry jedźcie. Macie rzut beretem do Wisły czy Ustronia.

— Wytłumacz mu.

— I co tam będziemy robić? Chodzić po górach? W naszym wieku? Ty może tak, ale gdzie my, takie dwa starce.

— Mów za siebie starcze — od razu zareagowała Dorota, szturchając go w ramię. — Ja bym jeszcze pochodziła.

— To jedźcie do Zakopanego. Tam tata nie musi się wspinać. Jest gdzie chodzić.

— Słyszałeś ile się tam jedzie? A ile się w korkach stoi? — Oburzył się Janek. — Nie mam cierpliwości na to. Szlag by mnie trafił za kółkiem.

— Widzisz, tak to jest z nim. Zawsze coś nie tak.

— To ja wam poszukam zorganizowanej wycieczki na następny rok. O nic się nie będziemy musieli martwić. Przywiozą i zawiozą was na miejsce.

— O! — Ucieszyła się mama. — Słyszałeś?

— Nie wiemy czy dożyjemy.

— Dożyjecie. Wolicie lipiec czy sierpień?

— Obojętne nam syneczku.

— Wolicie za granicę czy nad nasze morze?

— Uspokój się synku. — Jan spojrzał na niego nieprzychylnym wzrokiem.

— Dobra, my z mamą już się dogadamy.

— Dokładnie, a dobre te ciasto przyniosłeś — pochwaliła go, kosztując kawałeczek. — Gdzie kupiłeś?

— U was, tu niedaleko.

— Bardzo dobre. To teraz ty opowiadaj, co tam u naszej wnusi?

To był ich ulubiony temat. Szaleli na tle Anieli i za każdym razem, gdy przyjeżdżali do nich w odwiedziny, nikt inny się nie liczył, jak ich jedyna wnusia. Wojtek wiedział, że interesuje ich dosłownie każde wydarzenie z życia jego dziecka, przez to minęło sporo czasu, zanim zdołał wyjść z ich domu. Jednak, jak zawsze, z pustymi rękami nie wyszedł. Rodzice kazali mu przekazać lalkę, którą kupili dla swojej wnusi oraz Monice książkę wraz z pozdrowieniami. Dorota wraz z Moniką miały bowiem wspólnego, ulubionego pisarza i gdy tylko któraś z nich miała jego powieść, natychmiast dzieliła się nią z drugą.

Wracając do domu jeszcze przed zmrokiem, zaparkował samochód przed domem. Widział już stojące na podjeździe auto żony, co go od razu uspokoiło i wszedł do środka, wołając:

— Cześć dziewczyny!

— Cześć — odpowiedziała Monika również ciesząca się z jego powrotu.

— Tata! — szybko ruszyła w jego kierunku Aniela, by rzucić się w jego ramiona. — A ty wiesz, gdzie byłam?

— Wiem.

— A wiesz, jak tam jest fajnie? Poznałam nowe koleżanki: Anię i Madzię. One też tam były pierwszy raz.

— Naskakałaś się? — przerwał jej, by mogła zaczerpnąć trochę powietrza.

— Tak i to jak. Wiesz ile tam jest trampolin? Sto! I jedna większa od drugiej. Razem z koleżankami skakałyśmy na każdej! I prawie pod sufit, wiesz?! Tak wysoko!

— To cieszę się, że się podobało.

— No i mamy obiecały, że tam jutro też pojedziemy.

— Jutro? — zdziwił się Wojtek i spojrzał zaskoczony na żonę, która od razu z uśmiechem pokiwała głową.

— Anielko, powiedziałyśmy, że jeszcze tam wrócimy, ale jeszcze nie wiemy kiedy.

— To pojutrze, ok? — nie dawała za wygraną Anielka.

— To musiało byś naprawdę super — skwitował to ojciec, chcąc zakończyć temat.

— No! Już nie umiem się doczekać, kiedy tam wrócimy! Tam jest jedna, taka duża trampolina, której się bałyśmy. Podobno tylko dla dorosłych jest. Ale wiesz co? Z Ewcią powiedziałyśmy, że na nią pójdziemy.

— Nie boicie się?

— Dzisiaj bałyśmy się, ale jutro albo pojutrze już nie będziemy się bały. Pojedziesz z nami? Pokażemy ci ją.

— Muszę mieć wolne wtedy. Zobaczymy w jaki dzień to wypadnie, dobrze kochanie?

— Czyli pojedziesz, hurra! Mama słyszałaś? Tata też z nami pojedzie.

Monika spojrzała na męża z niegasnącym uśmiechem. Oboje wiedzieli, że obojętnie, co by teraz nie powiedzieli, nie zmieni to zdania jej córki, przez to tylko pokiwali głowami i odesłali córeczkę do pokoju, by się chwilę pobawiła.

— A tobie jak minął dzień? — zapytała, całując go i siadając obok niego na sofie. — Widzę, że nie najgorzej?

— Przydał mi się ten dzień wolny.

— Dużo ludzi było na pogrzebie?

— Tylko rodzina, sąsiadka i ja.

— To było do przewidzenia.

— Masz też pozdrowienia od rodziców. A! I mama dała mi książkę dla ciebie. Zapomniałem jej w aucie.

Już chciał wstać, by iść po nią, gdy żona przytrzymała go i powiedziała:

— Siedź. Książka nie ucieknie.

— Mam też tam lalkę dla Anieli.

— Zaraz przyniesiesz. Przytul się lepiej.

Przybliżył się do niej i przytulił mocno, ale widząc, że coś ją gryzie, zapytał:

— Coś się stało?

— Nie.

— Na pewno?

Odpowiedziała mu cisza, wtedy oddalił ją od siebie i popatrzył jej prosto w oczy, pytając:

— Kochanie? Co się stało?

— Rozmawiałyśmy o tym, co się wydarzyło w sklepie. Wiem, że to był twój przyjaciel, ale ja wciąż go widzę — odpowiedziała po chwili ze strachem w głosie. — Jak wchodzi z nożem do sklepu. Jak blisko jest nas.

— Moni — przytulił ją jeszcze mocniej.

— Nie wiem czemu, ale dopiero dziś dotarło do mnie, że mogliśmy wszyscy zginąć.

— Nie mów tak.

— Ale tak było. On… w ogóle nie miał zahamowań. Widziałeś jego oczy. To były oczy szaleńca. On… zaszlachtował tamtego chłopaka bez żadnych…

Wojtek przytulił ją jeszcze mocniej. Monice łzy poleciały po policzku i z płaczem dodała:

— A co by było, gdyby nasza Aniela stała w miejscu tego chłopaka?

— To niemożliwe. Moniko, najgorsze jest gdybanie. Przestań o tym myśleć.

— Nie mogę.

— Żyjemy, a on już nikomu nie zagrozi.

— A co, jeśli znów takie coś się stanie? Co jeśli znajdzie się kolejny szaleniec?

— Nie znajdzie się.

— Skąd wiesz? Rozmawiałam z Martą. Ona mówi to samo. Wszyscy to widzą. Świat się kończy. Już nigdzie nie jest bezpiecznie. Policja dalej nie wie, kto jest za to wszystko odpowiedzialny. Dopóki nikogo nie złapią to, to się może powtórzyć.

— Nie nakręcaj się, proszę.

— Ale to prawda, Wojtek? Marta mi dopiero to uświadomiła. Od kilku lat świat dąży do swojego końca. Ciągle mówią o suszach, ociepleniu klimatu, czy wojnach wybuchających w różnych częściach świata. Jak dojdzie do wojny nuklearnej, to już będzie po wszystkim.

— Myślałem, że jedziecie z Martą i dziećmi, by się odprężyć i zabawić, a nie…

— Przestań bagatelizować wszystko — przerwała mu lekko zdenerwowana i przestraszona. — Każdego dnia mówi się o tym, jak to państwa się zbroją i liczą schrony. Ile pieniędzy przeznaczają na przygotowania do wojny. Nie mów, że tego nie widzisz?

— Widzę, ale…

— A ostatnie wydarzenia? Rozjeżdżające ludzi ciężarówki, nożownicy? To jest początek końca.

— Kochanie…

— Może mi nie wierzysz, ale w Internecie jest filmik. Marta mi go pokazała. Jeden z jasnowidzów, to wszystko przewidział. Idzie koniec świata, uwierz mi. Mówi o wypadkach na drogach, o krwawych ludziach na ulicach, a na końcu jego przepowiedni jest grzyb nad miastami. Wiesz, co to może być.

— To jakiś szaleniec.

— Wojtek — odchyliła się od niego, by mu spojrzeć w oczy. — On to przewidział kilka lat temu. To się właśnie dzieje. Pokażę ci to. Filmik już został usunięty z sieci — zaczęła tłumaczyć, ale jednocześnie szukać na swojej komórce. — Ale któryś ze znajomych Marty zdążył go zgrać. Przesłała mi go, popatrz.

Na ekranie telefonu ukazał się filmik okazujący miasta w płomieniach. Na początku pojawiają się krwawe obrazy z I i II wojny światowej. Później wielkie, przepełnione ludźmi metropolie. W ich kontraście zaraz pojawia się obraz wysuszonego pustkowia i mieszkających na nich głodujących dzieci. Przez cały czas w tle rozlega się cicha, ale budząca grozę muzyka, a na ekranie pojawiają zmieniające się słowa: „Nadchodzi koniec. Wojny zaczną wybuchać w różnych częściach świata. Państwa zaczną zbroić się na potęgę. Rządzący światem idioci będą walczyć o władzę i pieniądze wewnątrz swoich granic. Ludzie przestaną się liczyć. To będzie piękny koniec wszystkiego, a zacznie się od starego kontynentu. Odezwie się ostrze sprawiedliwości. Na ulicach zapanuje chaos. Nigdzie nie będzie bezpiecznie. Pieniądze spłoną, a rządy zaczną upadać. Ludzie rzucą się sobie do gardeł i to będzie początek końca.” Na koniec ukazuje się błękitne niebo, na którym w oddali przemieszcza się rakieta przenosząca ładunek atomowy. Opada ona na sporej wielkości miasto i niszczy je doszczętnie, a z wybuchu powstaje olbrzymi, radioaktywny grzyb.

— A z którego roku to jest? — zapytał Wojtek.

— Tata, tata! — wołała Anielka zbiegając po schodach. — A u mnie w pokoju jest wielki pająk! Taaaki duży.

— Już idę.

Choć niechętnie, musieli tą rozmowę przerwać. Wojtek ruszył z pomocą, a Monika widząc, że już późno, udała się do łazienki, by przygotować Anielce kąpiel.

— Gdzie on jest? — zapytał córeczki, rozglądając się po jej pokoju.

— Był tutaj — pokazała na ścianę, tuż przy oknie. — On był taki brzydki i patrzył na mnie.

Wojtek przyglądał się uważnie ścianom. Odsunął mały regał z książkami i w końcu zobaczył małego pajączka na panelach podłogowych.

— To on?

— Tak, to on — odpowiedziała ze strachem w głosie Aniela i wskoczyła na łóżko. — Weź go.

Wojtek zabrał z jej biurka pusty kubek po wodzie i zamknął nim drogę ucieczki strasznemu pająkowi. Później kartką zabezpieczył górę i odwrócił kubek, pokazując go córeczce.

— Anielu, on się bardziej ciebie boi, niż ty jego.

— Nieprawda. Chciał na mnie wskoczyć. Zabij go.

— Zabić? — zaskoczyła go tymi słowami. — Anielu kochanie, nie wolno zabijać.

— A pan w sklepie zabijał.

Wojtkowi prawie serce stanęło, widząc jej strach malujący się na twarzy.

— To nie tak kochanie. Chodź ze mną. Wypuścimy go na zewnątrz.

— Ale on nas nie zje?

— Nie, skarbeńku.

Wyszli przed dom i Wojtek wypuścił pająka na zewnątrz. Aniela stała za nim, ale gdy tylko to zrobił, szybko odskoczyła do tyłu i obserwowała tatę, bojąc się o swoje bezpieczeństwo.

— Anielu, nie bój się. Nic ci nie grozi.

— A tamten pan? Mama mówiła, że mógł nas zabić.

— Mama się troszeczkę przestraszyła, ale wierz mi, nic nam nie grozi. Nikt nie chce nikogo zabić.

— Na pewno?

— Tak. Wiesz, że mama zawsze panikuje. Nie masz się czego bać, wierz mi.

— Mama wyglądała na przestraszoną.

— Mama boi się nawet, gdy idziesz ze szklanką pełną mleka po schodach — zażartował, rozluźniając trochę ich rozmowę. Anielka doskoczyła do niego i przytuliła się do niego mocno. — Teraz leć lepiej do łazienki i nie nurkuj, bo wiesz, co wtedy mama będzie robić?

— Będzie się bać o mnie — odpowiedziała, ale teraz już z uśmieszkiem na twarzy, który oznaczał, że to akurat lubi i nie ma zamiaru poprzestać. — Pa pajączku!

Krzyknęła jeszcze na odchodne i pobiegła do łazienki, gdzie już czekała na nią mamusia.

2. Niefortunne spotkanie

Następnego dnia, w pracy szef Wojtka zwołał spotkanie w centrali, w Krakowie. Pracownicy zjechali się z całej Polski i zdawali raporty ze swoich działań. Było to cykliczne spotkanie, przez co nie wzbudzało większego zaniepokojenia. Poruszali na nim sprawy bieżące, jak i przyszłe dotyczące każdego z nich. Trwało ono zazwyczaj kilka godzin, po czym każdy rozjeżdżał się do swoich regionów i powracał do codziennej pracy.

Tak też było i tym razem, jednak gdy tylko wyszli ze spotkania, Wojtka zaczepili dwaj jego koledzy z pracy: Radek Kędzierski i Michał Małoń.

— Wojtek, słyszałem, że miałeś fajnego kumpla — zaczepił go Radek. — Wczoraj go chowali, tak?

— Tak.

— Co mu odwaliło? — wtrącił się Michał.

— Nie wiem. Nikt tego nie wie.

— Ponoć dobrze się znaliście? Od zawsze był taki agresywny? — zapytał Radek.

— On agresywny? W ogóle — odpowiedział już lekko poirytowany.

— Może wcale tak dobrze go nie znałeś? — wtrącił Michał.

— Pewnie był znany policji — dodał Radek. — Takich świrów powinno się izolować od społeczeństwa, a nie tylko spisywać i wypuszczać. Tak się właśnie kończy pobłażanie niezrównoważonym psychicznie.

— Jacek był zdrowy na umyśle — odpowiedział im Wojtek i mając już dość tej rozmowy, uciął temat, mówiąc: — Muszę już jechać, na razie.

Odszedł od nich, by jak najszybciej wyjść z siedziby firmy. Jednak zanim zdołał dojść do samochodu, podeszła do niego Marzena Fryc — asystentka szefa.

— Cześć Wojtek. Moglibyśmy porozmawiać?

Spojrzał na nią zdziwiony. Dawno do siebie się nie odzywali, prócz momentów, gdy było to konieczne w pracy. Zazwyczaj było to w obecności szefa. Kiedyś byli parą, ale gdy po kilku latach się rozeszli, przestali się do siebie odzywać. Los sprawił jednak, że po jakimś czasie spotkali się znów w tej samej firmie. Ona stacjonarnie w siedzibie firmy, a on w terenie. Do tej pory unikali się nawzajem, przez to zaskoczyło go jej pytanie.

— Coś nie tak?

— Nie. To nic związanego z firmą. Chciałabym o czymś z tobą porozmawiać. Może też zgłodniałeś? Pojedziemy coś zjeść przy okazji?

— No dobra — odpowiedział wciąż nie bardzo wiedząc, czego oczekiwać.

Otworzyła drzwi swojego sportowego samochodu i ruchem ręki zaprosiła go na miejsce pasażera. Radek z Michałem widząc to, od razu zaczęli spoglądać zazdrosnym wzrokiem na nich i komentować pod nosem ich zachowanie. Wojtek nie zwracał jednak na nich uwagi. Siadając w wygodnym, skórzanym fotelu i patrząc na bogate wyposażenie samochodu, od razu pozazdrościł jej wypłaty.

— A, o czym chcesz rozmawiać? — zapytał, gdy tylko ruszyli.

— Dojedźmy na miejsce, dobrze?

— OK.

Wyjechali na jedną z bardziej ruchliwych ulic i skierowali się do centrum miasta. Wojtek spojrzał na zegarek, co od razu zauważyła Marzena.

— Spieszy ci się? — zapytała lekko zaskoczona.

— Nie, tylko że zaraz godziny szczytu. Nie wiem, czy dobrze robimy pchając się do centrum.

— Mówisz, jakbyś nie przywykł jeszcze do korków — wyśmiała lekko jego słowa.

Teraz Wojtek wiedział, że kroi się dłuższa rozmowa. Nie skomentował jednak tego głośno, tylko odwrócił wzrok na ulice miasta i obserwował zmieniający się obraz. Kraków zawsze mu się podobał i lubił podziwiać jej uliczki oraz zabudowania. Z chęcią przyjechałby tutaj pospacerować z rodziną. Przejść się z Anielą i Moniką po rynku, zobaczyć po raz kolejny Zamek na Wawelu, czy Sukiennice. Atrakcji tu jest tak wiele, że można było to rozłożyć na kilka dni zwiedzania.

Marzena po kilku chwilach zaparkowała samochód na jednej z wąskich uliczek, tuż obok rynku miasta. Przeszli kawałek i wyszli na ulicę pełną różnych restauracji. Ich ciąg liczył dobrych kilkaset metrów. Każda miała przed sobą ogródki gastronomiczne, w których prawie wszystkie stoliki były zajęte przez gości. Marzena miała swoją upatrzoną i tam właśnie prowadziła Wojtka. Minęli dwie najbliższe restauracje, aż w końcu asystentka szefa weszła do ogródka i usiadła przy wolnym stoliku na samym końcu ogródka. Zdążyli tylko usiąść, gdy podszedł do nich młody kelner z menu w ręce.

— Dzień dobry, zanim państwo wybiorą coś z menu, to może napiją się czegoś?

— Tak, poproszę wodę — odpowiedziała mu Marzena. — A dla ciebie?

— Ja też wodę.

Kelner odszedł, a Wojtek przeglądając menu, czekał z coraz to większym zniecierpliwieniem na poznanie powodu ich spotkania. Zamknął kartę dań i kładąc ją przed sobą, zapytał:

— To, o czym chcesz porozmawiać?

— Przepraszam, że cię tak wyciągnęłam, ale nie chciałam rozmawiać o tym przy wszystkich. Powiedz mi coś więcej o tym twoim przyjacielu, który zaatakował ludzi nożem.

— Nie no, bez przesady Marzena. Mam dość tego tematu — Wojtkowi ręce opadły. Wstał oburzony i dodał: — Miałem cię za kogoś zupełnie innego. Wybacz, ale nie mam ochoty już tego tematu poruszać.

— Zaczekaj.

— Nie. Już się nasłuchałem takich ludzi jak ty. Jak chcesz zaspokoić swoją ciekawość, to poczytaj gazety. Ja ci nic więcej nie powiem.

— Czekaj! Nie o to chodzi. Ja też mam takiego znajomego. — Wojtek już chciał odejść, gdy przystanął wbijając w nią wzrok zaskoczony. — Proszę cię, usiądź.

Usiadł i zapytał:

— Jak to masz takiego samego znajomego?

— Nie uważasz go za obłąkanego, prawda? — skinął tylko głową. — Znałeś go dobrze? Nigdy nie wydawał się agresywny? — znów przytaknął. — Długo się znaliście?

— Od dziecka.

— Właśnie i też nie rozumiesz, dlaczego tak się zachował?

— Nie, a o kim ty mówisz?

— O moim młodszym bracie, Kamilu. — Zaskoczyła go tymi słowami. — Prawie zrobiłby to samo, co twój przyjaciel.

— Prawie?

— Tak, na szczęście w porę zobaczył go nasz sąsiad, który jest policjantem i go powstrzymał.

— Ale… nie rozumiem. Co, prawie zrobił?

— Tego samego dnia, co twój znajomy, mój brat wyszedł z domu z nożem kuchennym i kierował się w stronę galerii handlowej. Nie wiem, co mu odbiło, ale chciał tam kogoś zabić.

— A gdzie jest teraz?

— Policja go nie chce wypuścić. Pozwolili nam jedynie się z nim zobaczyć.

— A jak się tłumaczył?

— W tym problem, że nic takiego nie pamięta. W ogóle nie wiedział, czemu wyszedł z domu z nożem. Jest tym tak samo przerażony, jak i my. Policja ma go za obłąkanego i chcą by trafił do szpitala psychiatrycznego, ale wierz mi, to niemożliwe, żeby chciał kogoś zabić. Coś musiało się wydarzyć. Ktoś go musiał jakoś do tego zmusić. To jest mój brat. Znam go.

— Tak samo myślałem o Jacku.

Podszedł do nich kelner z wodą i wypełnił nią szklanki stojące przed nimi, po czym zapytał:

— Wybrali państwo już coś z menu?

— Tak, ja poproszę sałatkę grecką — odpowiedziała mu Marzena.

— A dla mnie kotlet devolay z serem i zestaw surówek, proszę.

— Do tego frytki czy ziemniaki?

— Frytki.

— Jeszcze coś dla państwa?

— Nie, dziękujemy.

Oddali karty dań i kelner odszedł, a Wojtek powracając do rozmowy, zapytał:

— I mówisz, że miało to miejsce w tym samym dniu?

— Tak, dokładnie tego samego dnia. — Wojtek zaniemówił, a Marzena widząc jego zaskoczenie, po chwili dodała: — Gdyby tego było mało, nie był to jedyny udaremniony atak tego dnia. Ten sam znajomy, który zatrzymał mojego brata, zdradził nam, że podobne przypadki miały miejsce w różnych częściach Polski. Było ich znacznie więcej, niż te, o których mówili w telewizji.

— Poważnie?

— Nikt nie wie, co się dzieje, ale to jest straszne.

— Może to na serio jakieś opętania — stwierdził, przypominając sobie słowa matki Jacka z pogrzebu.

— Przestań, nie wierzę w takie rzeczy. To musi być coś innego. Pomóż mi uratować Kamila. Oni go zniszczą w tym szpitalu. Naszprycują go nie wiadomo czym i powie im, co tylko będą chcieli.

— Ale, jak mam ci pomóc?

— Nie wiem, powiedz mi cokolwiek o twoim przyjacielu. Jakim był człowiekiem? Z kim przebywał? Może należał do jakiejś grupy ekstremistycznej?

— Jacek? Wątpię. Tak naprawdę, to ja nie wiem, co się z nim działo przez ostatnich kilka lat. Wiem, tylko że przebywał w Anglii. Ale co tam robił, czym się zajmował, tego nie wiem.

— Czyli mi nie pomożesz.

— Jakbym mógł, to bym z chęcią ci pomógł, ale nie wiem jak?

— Nie zauważyłeś nic dziwnego w go zachowaniu, gdy się spotkaliście? Nic nie zdradziło jego zamiarów?

— Nie, zupełnie nic. Rozmawiałem z nim, tak samo jak z tobą teraz. Był zadowolony, a nawet mógłbym powiedzieć szczęśliwy.

— Nic z tego nie rozumiem.

— Ja też.

Kelner przyniósł im zamówione dania i Marzena zaczęła jeść swoją sałatkę, rozczarowana rozmową. Wojtek widział jej podenerwowanie, ale nie miał dla niej gotowych rozwiązań. Wiedział jeszcze mniej od niej i też go to irytowało. Odkroił sobie kawałek kotleta i przeżuwając frytkę, po chwili powiedział:

— Przykro mi, Marzena, ale nie wiem jak ci pomóc. Jacek w jednym czasie był szczęśliwym i pogodnym człowiekiem, by po kilku minutach stać się mordercą. Widziałem jego twarz i oczy, gdy mordował. To był zupełnie inny człowiek.

— Co chcesz przez to powiedzieć?

— Możesz mi nie wierzyć. Możesz się z tego śmiać, ale… wyglądał jakby na serio coś go opętało. Jak chodzące zombie. Na jego twarzy nie było żadnych emocji, a oczy wyglądały jakby puste. Trudno to wyjaśnić.

Marzena westchnęła głośno i pokiwała przecząco głową, nie dopuszczając takiej możliwości do siebie. Nigdy nie należała do ludzi wierzących. Zawsze do wszystkiego dochodziła sama. Całe życie twardo stąpała po ziemi i wszystko potrafiła wytłumaczyć w racjonalny sposób… aż do teraz. Mimo to, nie dopuszczała do siebie możliwości, że i w tym przypadku, nie znajdzie się logiczne rozwiązanie.

— Miałam cię za mądrzejszego człowieka — odpowiedziała po chwili. — Nie widzisz faktów. Zauważ, że nożownicy zaatakowali w tym samym czasie, w całej Polsce. Dokładnie tak samo jak ostatnio, tirowcy rozjeżdżali samochody na autostradach. Ten sam schemat. Chcesz mi powiedzieć, że to wszystko wina jakiegoś diabła?

— Nie wiem już, co o tym myśleć.

— To są zorganizowane ataki. Znajomy policjant mówił mi, że mają kilka grup ekstremistycznych na celowniku, ale póki co nie mają dowodów, by któreś z nich oskarżyć.

Wojtek odkroił kolejny kawałek swojego kotleta, przegryzł frytką i podnosząc znów wzrok na Marzenę, zapytał:

— A twój brat mógł mieć z nimi kontakt?

— Z kim? Z tymi grupami?

— Nie. Na pewno nie. Bo niby jak?

— Nie wiem, może przez internet? Tego możesz nie wiedzieć.

— Nie, różne głupoty wyczyniał w swoim życiu, ale żeby aż takie? Nie, nie on. Poza tym policja prześwietliła jego komputer. Nie było w nim nic, co by na to wskazywało.

— Jeśli do ataków doszło jednego dnia — zaczął kombinować Wojtek nad różnymi możliwościami. — To musiałyby one być jakoś koordynowane. Sprawcy musieliby się znać, by się wcześniej umówić.

— Dokładnie — ożywiła się Marzena. — Adam, ten mój znajomym z policji, też tak powiedział. Śledczy z jego komendy szukali jakichkolwiek powiązań między nimi, ale nic nie znaleźli. Zupełnie nic ich nie łączyło.

— To niemożliwe — stwierdził Wojtek, szybko gasząc swój entuzjazm.

Zdążył tylko odwrócić wzrok w kierunku ulicy, gdy usłyszeli krzyki przerażonych ludzi. Wszyscy goście restauracji wstali natychmiast i starali się zorientować w sytuacji. Wtedy zobaczyli biegnących w ich stronę ludzi z okolicznych ogródków gastronomicznych. Przeskakiwali płotki, przewracali krzesła i stoły. Każdy myślał tylko o ucieczce. Wojtek nie wiedział, czy uciekać, czy wypatrywać powodu ich ucieczki. Długo jednak nie musiał czekać na odpowiedź. Instynkt sam go zmusił do biegu. Przed nimi bowiem wyłonił się samochód dostawczy, pędzący przez ogródki pełne ludzi z ogromną prędkościom.

— Uciekaj! — zdążył tylko krzyknąć i wraz z Marzeną oraz innymi ludźmi przeskoczyli przez płotek, by uciec przed rozpędzonym autem.

Kierowca samochodu tratował i rozjeżdżał wszystko i wszystkich na swej drodze. Nie miał litości dla nikogo. Pędził z tak wielką prędkością, że nie było szans mu uciec. Co sprytniejsi odskakiwali na bok. Jednak większość ludzi w popłochu i panice uciekało przed szaleńcem przeskakując kolejne ogródki i popychając się nawzajem. Jedni potykali się o płotki, inni przewracali się przez stoliki. Samochód się nie zatrzymywał. Wojtek w mgnieniu oka zdążył tylko zerknąć na kierowcę, który miał dokładnie taki sam wyraz twarzy jak jego przyjaciel. Skupiony i żądny krwi, zbliżał się do nich z zawrotną prędkościom. Już dzieliło ich zaledwie kilka metrów, gdy Wojtek skręcając do otwartych drzwi restauracji, pociągnął za sobą Marzenę. W ostatniej sekundzie uniknęła ona kontaktu z rozpędzonym samochodem. Oboje przewrócili się na ziemię i ciężko oddychając, odwrócili się w kierunku odjeżdżającego szaleńca. Samochód prowadzony przez niego ani na moment się nie zatrzymał. Niszczył kolejne ogródki, aż w końcu dojechał do ich końca. Tam z przyległej ulicy, wyłoniła się ogromna śmieciarka, której kierowca nie miał szans zareagować na pędzącą ciężarówkę. Zdążył tylko wcisnąć hamulec, gdy poczuł uderzenie w bok swojego samochodu. Było ono tak potężne, że aż śmieciarką wstrząsnęło. Kabina ciężarówki została doszczętnie miażdżona, a jej kierowca wraz z nią.

Wojtek powoli odzyskując przytomność umysłu, najpierw spojrzał na Marzenę, która wciąż leżała na ziemi i aż drżała ze strachu. Inni ludzie, kryjący się wewnątrz lokalu powoli zaczęli podchodzić do drzwi i spoglądali na szkody, jakie wyrządził rozpędzony samochód. Wszędzie leżały szczątki szkła, drewna i plastiku. Porozrzucane donice i kwiaty oraz liczne elementy dekoracyjne. Jednak najstraszliwszym widokiem był obraz leżących bez ruchu ludzi, porozjeżdżanych przez szaleńca. Mnóstwo ludzi ucierpiało. Sporo z nich krzyczało z bólu i płakało z przerażenia. Jednak część z nich nie wydawała z siebie żadnych oznak życia.

— Wezwijcie pogotowie! — krzyknął ktoś w końcu.

— Dzwońcie po pomoc! — krzyknął ktoś inny.

Wojtek był w takim szoku, że nie mógł się ruszyć. Stał i patrzył tylko, jak ludzie wybiegają z pobliskich restauracji, sklepików i domów. Niektórzy chwytali za swoje telefony komórkowe i wzywali pomoc. Inni zaś nagrywali relację z tego, co się wydarzyło. Skupiali swoją uwagę na pokrzywdzonych ludziach, na leżących wszędzie martwych ciałach, stratach materialnych licznych restauracji, ale i na ludziach, tak jak Wojtek, którzy zdołali to przeżyć. Dla nich najważniejsze były ujęcia tragedii. Na szczęście zdecydowana większość z tych, którzy wybiegli z okolicznych domów, nie była obojętna na krzywdę innych. Podbiegali do rannych i próbowali ich ratować jak tylko potrafili. W oddali już po chwili dało się słyszeć najeżdżające pogotowie. Wojtek dopiero po kilku minutach, odzyskał władzę w swoim ciele. Spojrzał na drżące ręce i postąpił krok w kierunku swojej koleżanki z pracy. Ta przytuliła się do niego i nie mogąc wyjść ze wstrząsu, zaczęła płakać wyrzucając z siebie całe nagromadzone emocje.


***


Tego dnia Wojtek późno powrócił do domu. Zatrzymał samochód przed domem i wszedł do niego, nie mogąc wciąż opanować swoich emocji. Był przygnębiony i zamyślony, co od razu zauważyła jego żona. Patrzała na swojego męża, który wchodzi do domu bez życia i chęci. Nie umknęło to też uwadze ich córce, która słysząc otwierające się drzwi, natychmiast ruszyła mu na powitanie. Jednak, widząc jego stan, zatrzymała się w połowie drogi i od razu zapytała:

— Tatusiu, co ci się stało?

— Nic, córeczko — odpowiedział beznamiętnie.

— Nie jesteś taki jak zawsze.

— Mam gorszy dzień po prostu. Chodź się przytul.

Wziął w ramiona swoją córeczkę i długo tulił się do niej. Z początku podobało się to Anieli, ale im dłużej to robił, tym bardziej wzbudzało to jej ciekawość.

— Tato, co ci jest?

— Po prostu cieszę się, że cię widzę — odparł, puszczając ją i zmuszając się do uśmiechu.

— Ja też się cieszę, a wiesz, co dzisiaj wydarzyło się w szkole?

— Anielu — przerwała jej mama. — Dajmy tatusiowi się rozebrać i coś zjeść. Później mu wszystko opowiesz, dobrze?

Aniela westchnęła ciężko i popatrzyła na swojego biednego, zmęczonego życiem taty, po czym odpowiedziała:

— No, dobrze.

Pobiegła od razu do swojego pokoju, a Monika wstała, by podejść do niego bliżej i przyglądając mu się nieustannie, zapytała:

— Aż tak ciężki dzień?

Wojtek tylko przytaknął. Odłożył swoją torbę i powiesił marynarkę, po czym pocałował żonę i rzekł:

— Wezmę kąpiel.

— A co z obiadem?

— Wybacz, ale dziś nie dam rady nic przełknąć.

Odszedł, zostawiając ją z wieloma pytaniami wypisanymi na twarzy. Nie miał jednak ochoty opowiadać nic o dzisiejszym dniu. Pragnął tylko zmyć wszystko z siebie. Cały pot, brud i cierpienie, którego był świadkiem kilka godzin temu.

Po dłuższym czasie Wojtek zszedł na dół. Emocje, które trzymały go cały dzień, powoli zaczęły ustępować. Schodząc zatrzymał się na schodach i ukradkiem spoglądał na siedzące w salonie jego dwie dziewczyny. Obie siedziały wtulone w siebie na kanapie i patrzały na bajki. Aniela mimo że przeżywała prawie każdą akcję jej ulubionych bohaterów, nie puszczała swojej mamy. Oczy miała wpatrzone w ekran, a jej ciało tylko unosiło się i opadało, gdy tylko jej ulubiony bohater kreskówki zdołał uciec przed czarnym charakterem. Cieszył się ich spokojem i bezpieczeństwem. Z jednej strony zazdrościł im i też pragnął się tak poczuć, jednak z drugiej strony, nie życzył nikomu doświadczyć tego, co wydarzyło się w ostatnich dniach w jego życiu. Opatulony szlafrokiem, podszedł do nich i grzecznie zapytał:

— Mogę się przyłączyć?

— Siadaj tatuś — Aniela od razu wskazała miejsce tuż obok niej.

Teraz mając obu rodziców obok siebie, czuła się jeszcze szczęśliwsza. Obie ręce rozłożyła tak, by rodzice mogli je pochwycić i w ten sposób, wciąż nie odrywając wzroku od ekranu, oglądała bajki. Wojtek wymienił tylko spojrzenie ze swoją żoną i wtulił się w swoją córkę, korzystając ze spokojnej i beztroskiej chwili.


Tego dnia Wojtek nie powiedział nic Monice. Zasnął szybko, a z samego rana wyszedł pospiesznie, by uniknąć jej pytań, na które nie chciał odpowiadać. Wiedział, że nie spodoba się to żonie, ale chciał ją uchronić od szczegółów wydarzeń, których on musiał doświadczyć na własnej skórze. Trudno mu było o nich zapomnieć. Wciąż miał przed oczami ludzi tratowanych przez rozpędzony samochód. Martwe ciała leżące na ziemi. Płacz i ból tych, którym udało się to przeżyć. A gdy udawało mu się odpędzić z głowy te obrazy, natychmiast zastępowały je wydarzenia z autostrady, które wcale nie poprawiały jego sytuacji. Miał tego dość, ale musiał sobie z tym poradzić. Musiał żyć dalej.

W pracy miał zaplanowane tylko jedno spotkanie. Jednak by dotrzeć do klienta, musiał przejechać pół Polski, co stanowiło teraz dla niego największy problem. Nigdy nie myślał, że będzie miał takie opory przy zasiadaniu za kółkiem. Uwielbiał jeździć, od kiedy tylko zrobił prawo jazdy. Już pierwszego roku pokonał kilka tysięcy kilometrów, przemieszczając się po Europie. Uwielbiał prowadzić i zawsze go to relaksowało. Teraz jednak sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Pierwszy raz unikał autostrad. Przemieszczał się alternatywnymi drogami w zupełnej ciszy, unikając słuchania jakichkolwiek wiadomości i non stop wypatrując zagrożenia na swojej drodze. Co powodowało, że męczył się z każdym kilometrem. Nie była to już przyjemność, jaką zawsze odczuwał prowadząc samochód.

W końcu musiał zatrzymać się i odpocząć. Zaparkował przy jednym z przydrożnych barów z szybkim jedzeniem i widząc w jego wnętrzu spory ruch, postanowił wejść do środka i zjeść coś na miejscu. Miał nadzieję, że towarzystwo innych ludzi go trochę uspokoi i przestanie myśleć o śmierci i niebezpieczeństwie, którego nie w sposób było przewidzieć.

Wybrał stolik pod ścianą i zamówił sobie hamburgera z colą. Przyglądał się rodzinom z beztroskimi dziećmi siedzącym obok. Spoglądał na młodzież, podekscytowaną zamówieniem posiłków z kuponów, które udało im się już uzbierać. Nie umknął mu też sporej wielkości kierowca tira, samotnie wyjadający skrzydełka z zamówionego pojemnika. Wszystko to naprawdę go zaczęło uspokajać. Widok niezamartwiających się ludzi, okazał się dla niego błogosławieństwem, którego właśnie potrzebował. W końcu, patrząc na nich zaczął rozumieć, że umartwianie się i wypatrywanie wszędzie niebezpieczeństw w niczym mu nie pomagało.

— Wojtek? — wyrwał go nagle z zamyślenia znajomy głos.

— Przemek? — odparł, zaskoczony widokiem kolegi z liceum.

— Co ty tu robisz?

— Jem śniadanie — odparł, pokazując swoje zamówienie.

— To, tak jak i ja. — Pokazał burgera na talerzu i wskazując na wolne miejsce przy stoliku, zapytał: — Mogę na chwilę?

— Jasne, siadaj.

— Co tam u ciebie słychać? Widzę, że w marynarce, koszuli, czyli się powodzi.

— Nie narzekam. Mam jeszcze kilka godzin do spotkania z klientem, więc zatrzymałem się na małe śniadanie, a ty co robisz?

Przemek stanowił zupełne jego przeciwieństwo. Był ubrany w czarne dresy, na nogach adidasy, luźny T-shirt i gruby łańcuch na szyi. Na głowie nosił czapeczkę z daszkiem, co było od zawsze znakiem szczególnym jego ubioru. Zawsze sporo czasu przebywał na siłowni, co dało efekty w jego wysportowanej sylwetce.

— A ja, jak to ja. Kręcę się i szukam swojego miejsca na świecie. Można powiedzieć, że pracuję w branży sportowej.

— Ostro przypakowałeś.

— Trochę się chodzi na siłkę — odparł skromnie, zadowolony ze swojego wyglądu. — Ale co powiesz na to, co dzieje się teraz w naszym kraju? Obstawiamy, że to Ruskie albo Araby?

— Sam nie wiem.

— Lepiej uważaj na siebie, bo raczej to nie koniec zamachów. Zanim nasz rząd zareaguje, to jeszcze trochę się wydarzy.

— Tak myślisz?

— Doszło do trzech ataków. Wszystkie miały miejsce w naszym kraju, w różnych miastach, ale o tej samej porze. To nie jest przypadek.

— To gdzieś jeszcze zaatakowano ogródki restauracyjne?

— Co, ty? Nie słuchasz wiadomości? — oburzył się Przemek. — W pięciu miejscach zaatakowano.

— Mój Boże.

— Lepiej się strzeż. Wierz mi, to nie koniec.

— Przemo! — zawołał ktoś z głębi baru.

Obaj odwrócili wzrok na małą grupkę umięśnionych, młodych mężczyzn. Byli podobnie jak Przemek ubrani w dresy, ale w przeciwieństwie do niego, ich głowy były zgolone na łyso, a na rękach mieli wyryte mnóstwo tatuaży.

— Idę! — zawołał do nich Przemek i trzech mężczyzn wyszła z baru.

— Kumple z otoczenia? — zapytał go Wojtek, lekko uśmiechając się pod nosem.

— Dokładnie — odparł i wstał od stolika, ale pokazując na sos wypływający z burgera Wojtka, dodał: — Trzymaj się stary i nie ubrudź sobie marynarki.

— Dzięki, na razie.

Gdy Wojtek skończył śniadanie i wyszedł na zewnątrz, spojrzał na zbierające się czarne chmury. Zapowiadało się na deszcz i to nie byle jaki, a przed sobą miał jeszcze spory kawałek drogi. Wybierając poboczne drogi, ryzykował, że nie zdąży. Musiał się przemóc i spróbować uspokoić. Wjechał więc na autostradę, by jak najszybciej załatwić spotkanie. Nerwowo reagował na wszystkie ciężarówki. Szybko je mijał i oddalał się od nich, by móc się uspokoić. Denerwowała go nawet cisza na ulicy, gdy nie widział innego pojazdu na swoim pasie.

W końcu chcąc się uspokoić, przejeżdżając wzdłuż pól uprawnych i lasów, zaczął wspominać wyprawy rowerowe, na które zabierał go ojciec. Robił wszystko, byle by odpędzić od siebie złe myśli. Pamiętał, że często poruszali się ścieżkami leśnymi. Stronili od ruchliwych ulic i znanych powszechnie ścieżek rowerowych. Zawsze się dziwił, ale jego tata znajdywał nowe ścieżki, którymi przemierzali odległe trasy. Nieraz wydawało mu się, że się zgubili, ale wtedy odzywał się szósty zmysł jego ojca i wskazywał odpowiedni kierunek. Nigdy go nie zawiódł. Żałował, że już nie jeżdżą razem. Nie raz obiecywał sobie, że zabierze swoją rodzinę na taki wypad w nieznane, ale zawsze było coś ważniejszego. Teraz znów poczuł chęć przygody. Odpoczęcia od zgiełku miasta, trudów pracy i co ważniejsze skupisk ludzi, które były narażone na ataki nieobliczalnych szaleńców. Przez to postanowił, że gdy tylko nadarzy się okazja, wykorzysta ją i zabierze swoje dziewczyny na taką wycieczkę. Weźmie w pracy zaległy urlop. Monika również ich trochę miała. Anielce zrobią dodatkowe wolne i na początek ruszą w krótką trasę. Znaną mu przede wszystkim, by je nie zniechęcić, ale później zaryzykują. Puszczą się w nieznane i poczują przygodę. Uśmiechnął się sam do siebie na tę myśl i rozluźniony, przemierzał kolejne kilometry.


***


Tymczasem w jednej z dzielnic Warszawy, młoda kobieta zatrzymała się samochodem przed jednym z paczkomatów. Nie zamykając drzwi za sobą, podeszła do niego i wbijając kod na ekranie, otwarła jedną z większych skrytek. Zawinięta starannie w szary papier i oklejona taśmą paczka była dość sporych rozmiarów. Kobieta zabrała ją na bok i rozpakowała. W paczce znajdowała się czarna, kwadratowa torba, którą położyła na miejscu do pasażera. Szary papier pozgniatała i podeszła do jednego z koszy, na którego wierzchu była popielniczka. Wyciągnęła zapalniczkę i podpaliła opakowanie paczki. Obracała je dokładnie, by się nie poparzyć, ale i zadbać o to, by całe spłonęło. Dopiero po tym, powróciła do samochodu i ruszyła dalej. Wszystko robiła bez żadnego zawahania. Bez emocji, bez zbędnego pośpiechu. Jej wyraz twarzy był tak oschły i niewzruszony, że aż nienormalny. Niczyjej jednak uwagi nie przyciągnęła, gdyż odbieranie paczki w tym miejscu było tak powszechną czynnością, że nie wzbudzało to w nikim zainteresowania.

Dokładnie to samo wydarzenie miało miejsce w innych miejscach Polski. Starszy mężczyzna odebrał identyczną paczkę we Wrocławiu, nastolatek podjeżdżając na hulajnodze elektrycznej w Poznaniu. Kobieta w średnim wieku, prowadząca wózek dziecięcy w Poznaniu. W Lublinie w podobnym wieku mężczyzna, zatrzymując się samochodem. Jeszcze w kilkudziesięciu miastach Polski, dokładnie o tej samej porze, miało miejsce to samo wydarzenie. Ludzie w różnym wieku, różnej płci, o różnym statusie społecznym, podjeżdżali w wyznaczone miejsce i odbierali paczki. Za każdym razem starannie pozbywali się opakowania paczki.

Jedynie w dwóch miejscach, identyczny odbiór przesyłki został brutalnie przerwany. W jednym z nich młoda kobieta odbierająca paczkę, pozostawiła ją na dachu samochodu, by odejść na kilka metrów i spalić opakowanie. Wtedy to, podjechało na skuterze dwóch złodziei i porwało paczkę. Kobieta niewzruszona jednak całym zdarzeniem, tylko odprowadziła ich wzrokiem i bez żadnych emocji wsiadła do samochodu i odjechała. Podobne zajście miało miejsce na zachodzie kraju. Tam starszemu panu, dwaj miejscowi młodociani przestępcy, pod groźną odebrania życia, ukradli paczkę. Spodziewali się od poszkodowanego jakiejkolwiek reakcji. Krzyczeli na niego, wyzywali, ale on tylko stał w miejscu i na nich patrzył. Nie rozumieli go, ale i nie mieli zamiaru się nim przejmować. Odjechali z paczką, a starszy pan powoli zawrócił, by spacerkiem powrócić do domu.


***


Gdy słońce już pomału zaczynało chylić się ku zachodowi, Wojtek zatrzymał się przed swoim domem, odetchnął głęboko. Udało mu się przeżyć ten dzień bez żadnych krwawych wydarzeń, czy to naocznych, czy zasłyszanych w radiu. Cieszył się z tego faktu, nawet jakby to miał być tylko jeden dzień spokoju. Potrzebował go jak powietrza, po zetknięciu się ze śmiercią.

Westchnął raz jeszcze głęboko i zadowolony wysiadł z samochodu, by z przyjemnością spojrzeć na dwie swoje kochane dziewczyny. Otworzył drzwi i z szerokim uśmiechem spojrzał na swoją żonę, która przygotowywała kolację dla ich córki. Spodziewał się po niej odwzajemnienia uśmiechu, jakiegoś dobrego słowa, ale w zamian otrzymał tylko chłodne spojrzenie i odwrócony wzrok. Od razu wyczuł, że coś jest nie tak. Anielka co prawda powitała go jak zawsze z uśmiechem i gorącym przytulasem. Zaczęła opowiadać o swoim dniu pełnym wrażeń, ale jego wzrok co chwilę uciekał na Monikę, która stała w kuchni i w ogóle na niego nie zwracała uwagi.

— Anielko, kochanie — przerwał jej brutalnie. — Możemy się umówić, że jak tylko się rozbiorę i coś zjem. Chwilę porozmawiam z mamusią, to przyjdę do ciebie i wszystko mi opowiesz. Ze szczegółami, ok?

— Dobra — odpowiedziała zadowolona i szybko pobiegła do swojego pokoju. Jednak w połowie drogi się zatrzymała i odwróciła, mówiąc: — Ale długo na siebie nie każ czekać!

To był ulubiony tekst Moniki, gdy mieli się gdzieś pakować. Uśmiechnął się i szybko odpowiedział, tak samo, jak zawsze na ten tekst odpowiada:

— Tak jest.

Anielka zniknęła na piętrze, a on rozbierając marynarkę, stanął naprzeciwko żony i patrząc na nią, zapytał zatroskany:

— Coś się stało?

— To ty mi powiedz — odpowiedziała oschle, ledwie na sekundę podnosząc na niego wzrok.

— Ale, co takiego?

— Rozumiem, że ostatnie dni miałeś ciężkie, ale… — W jej oczach pojawiły się łzy, a głos zadrżał. — Znudziło ci się już życie rodzinne?

— Nie rozumiem.

— Wczoraj wróciłeś jakiś inny z pracy. Nic nie chciałeś powiedzieć. Zamartwiałam się całą noc. Dziś pół dnia myślałam, jak ci pomóc. Myślałam, że w dalszym ciągu nie potrafisz pogodzić się ze stratą swojego przyjaciela, a ty?…Ty…

Nagle zadzwonił telefon Moniki. Ta na granicy swojej wytrzymałości, ze łzami w oczach, od razu odwróciła się od niego i odeszła, by odebrać telefon od swojej siostry, która pojawiła się na ekranie telefon. Wytarła oczy, uspokoiła się szybko i powiedziała:

— Cześć siostra, a ty gdzie jesteś?

— W metrze. Wracam do domu — odpowiedziała jej Marcelina, starsza siostra na ekranie jej telefonu. — Coś się stało?

— Nie, kroiłam cebulę — skłamała, przecierając mokre oczy. — Co tam u ciebie?

Wojtek patrząc na swoją żonę nie bardzo wiedział, o co mogło jej chodzić. Nie mógł jednak teraz dokończyć tematu, przez to podszedł do lodówki, by zobaczyć, co mógłby zjeść na kolacje.

Monika w tym czasie, usiadła na łóżku w sypialni i ciesząc się, że widzi swoją siostrę, obserwowała, jak ta przechodzi po peronie metra i chwali się zakupami:

— Kupiłam sobie nową sukienkę. U nas są teraz duże wyprzedaże, może coś chcesz? Pokażę ci, co kupiłam, nie rozłączaj się.

Marcelina usiadła na jednej z ławek i położyła obok siebie trzy torby z różnych sklepów. Nie zaskoczyło to Moniki, gdyż dobrze znała swoją siostrę i wiedziała, że uwielbia ona zakupy. W szczególności jeśli chodzi o zakupy odzieżowe. W tym nie miała sobie równych. Od kiedy tylko wyprowadziła się do stolicy i zaczęła dobrze zarabiać, nie szczędziła grosza na stroje. Teraz siedząc na peronie, nie zwracając uwagi na innych ludzi, zaczęła pokazywać jej spódnicę do ekranu, później bluzki i koszule, wywierając odrobinę zazdrości na twarzy swojej młodszej siostry.

— Co o niej myślisz?

— Ładna.

— Też tak myślę. Były jeszcze inne kolory, ale ta mi się wydawała najlepsza. Będzie pasowała do mojej spódniczki.

— Tej niebieskiej?

Marcelina tylko przytaknęła głową i wyjęła kolejny zakup z torby. W tym czasie, za plecami Marceliny ukazała się kobieta, która kilka godzin wcześniej odebrała paczkę z paczkomatu. Przystanęła wśród sporej grupki ludzi i położyła plecak obok swoich nóg. Monika nie zwróciła w ogóle na nią uwagi. Była tak zajęta rozmową z siostrą, że ludzie w tle nie mieli dla niej żadnego znaczenia. Ów kobieta przez dłuższą chwilę stała w miejscu, wyprostowana i skoncentrowana na wyświetlonej godzinie przyjazdu pociągu.

— Jak przyjedziesz do mnie, to zabiorę cię na zakupy. Razem się obkupimy — zaprosiła ją Marcelina.

— Myślisz, że u nas nie ma takich sklepów?

— Pewnie. Kobieto, to jest stolica. Tu są najlepsze rzeczy.

— Nie przesadzaj.

— Nie przesadzam. Jak przyjedziesz, to sama zobaczysz. A, co tam u mojej ulubionej siostrzenicy?

— Bawi się w pokoju, zawołać ją?

— No, ba.

Monika odwróciła wzrok od ekranu i zawołała swoją córeczkę. Wtedy kobieta stojąca w tle jej siostry schyliła się do plecaka i go otwarła. W tym momencie jej zawartość eksplodowała. Wybuch był tak potężny, że ogarnął cały peron. Połączenie z Marceliną natychmiast zostało zerwane, a Monika niczego nieświadoma, czekając na biegnącą do niej córeczkę, powróciła wzrokiem do telefonu, na którym wyświetlił jej się komunikat o zakończeniu rozmowy. Nie wiedziała, co się stało.

— Jestem mamusiu — przybiegła do sypialni Anielka.

— Zaczekaj chwileczkę kochanie.

Spróbowała nawiązać jeszcze raz połączenie z siostrą, ale bez efektu. Powtórzyła tą czynność raz jeszcze, ale nic to nie zmieniało.

— Mamusiu, jest ciocia?

— Coś nas rozłączyło. Poczekaj jeszcze chwilkę.

Monika próbował ponownie połączyć się z siostrą, ale w zamian otrzymywała sygnał o niemożliwości połączenia. Coraz bardziej podenerwowana ponawiała próby, ale wciąż nic to nie zmieniało.

— Mamuś, co się stało? — zapytała ją córka, widząc jej niepokój na twarzy.

— Co się dzieje? — wszedł do sypialni Wojtek również zaniepokojony.

Monika popatrzała na niego beznamiętnie. Martwiła się o siostrę, ale była pewna, że gdy tylko będzie mogła, to oddzwoni.

— Przepraszam cię Anielko. Ciocia chciała z tobą porozmawiać, ale jest w metrze. Może straciła zasięg. Jak oddzwoni, to cię zawołam, dobrze?

— OK — wzruszyła tylko ramionami i pobiegła z powrotem do swojego pokoju.

Monika do męża zaś nie miała nic dobrego do powiedzenia. Przeszła obok niego, wychodząc z pokoju, traktując go jak powietrze. Wojtek nie rozumiał jej zachowania i podążając za nią do salonu, stanął tuż przed nią i zapytał:

— Kochanie, powiesz mi w końcu, o co chodzi?

— Odejdź, proszę.

— Ale…, co się stało? Przecież wiesz, że jesteście dla mnie najważniejsze. Nie rozumiem jak…

— Nie rozumiesz!? — zdenerwowana odszukała filmik, który przesłała jej koleżanka z pracy. — To popatrz.

Wojtek spojrzał w ekran, na którym zobaczył pobojowisko, które pozostawił po sobie kierowca ciężarówki. Znów sobie przypomniał to miejsce i moment, w którym otarł się o śmierć. Nagrywający film przemieszczał się przez zniszczone ogródki gastronomiczne. Przechodził obojętnie obok leżących na ziemi ciał. Obok cierpiących ludzi. Komentował to krótko i dosadnie, jakby w ogóle go ludzie nie obchodzili. Koncentrował się na wydarzeniu i relacji z niego. Zaznaczał, że jako pierwszy znalazł się w tym miejscu. Zwracał się do swoich widzów, którzy dzięki niemu ujrzą całą prawdę o zdarzeniu. Wręcz gloryfikował szczęście, dzięki któremu będzie mógł jako pierwszy udostępnić wszystkim ten filmik.

Wojtek mając dość słuchania jego słów i patrzenia na ból, odwrócił wzrok na żonę, ale ta zdecydowanym tonem, powiedziała:

— Patrz do końca.

Powrócił do filmiku, na którym nagrywający właśnie doszedł do restauracji, w której Wojtek zdołał się ukryć wraz z garstką ludzi. Nagrywający zatrzymał obraz na nich, pokazując dokładnie jego i zapłakaną Marzenę, tulącą się do niego.

Wojtek tylko zdążył skierować wzrok na żonę, gdy ta od razu zapytała:

— To jest ta Marzena, co nie? — zapytała tonem oskarżycielskim.

— Tak, ale…

— I przez przypadek oboje byliście w jednej restauracji?

— To nie, tak…

— Wojtek… — z jej oczu wypłynęły łzy. — Powiedz mi tylko, jak długo?

— Co?

— Jak długo znów jesteście razem?

— Nie, to nie tak.

— Wiedziałam, że jej pojawienie się w twojej pracy nic dobrego nam nie przyniesie — krzyknęła ze łzami w oczach.

— Kochanie — powiedział, chcąc ją objąć, ale nie pozwoliła mu na to.

— Nie. Zostaw mnie, proszę.

— Mamuś? — zapytała Anielka, stojąc na schodach, zaniepokojona krzykami.

— Moni…

— Wyjdź… proszę — powiedziała już ciszej, ale jeszcze bardziej dosadnie.

Wojtek widząc, że na nic jego tłumaczenia się zdadzą. Nie próbował już nic mówić. Spojrzał tylko na córeczkę, która patrzała na nich oboje, nie bardzo wiedząc, co się dzieje. Widział w jej oczach strach i nie chciał, by cierpiała przez niego. Dalsze tłumaczenia, kłótnie tylko by pogorszyły sprawę. Musiał po prostu poczekać na odpowiednią chwilę i wyjaśnić jej to na spokojnie. Wziął więc ze sobą telefon i kluczyki, po czym wyszedł z domu.


***


Nie bardzo wiedząc, co ze sobą ma czynić, pojechał do rodziców, by tam odczekać kilka godzin i spróbować na spokojnie porozmawiać z żoną.

— Mogę wejść? — zapytał, zaskakując swojego ojca w drzwiach.

— Wejdź, jasne. Dorota poszła do sąsiadki na pogaduchy, ale pewnie za niedługo wróci.

Wojtek wszedł do pokoju gościnnego, a jego ojciec udał się do kuchni, by zaparzyć wodę w czajniku. W telewizji właśnie trwał program polityczny, którego Janek Tkaczyk nie mógł przeoczyć. Ojciec Wojtka uwielbiał oglądać takie programy. Było ich sporo w ostatnich latach i w zależności od kanału, dziennikarze kpili z danej partii. Każda telewizja miała swój program, w którym dało się wyczuć, poparcie dla jednych i piętnowanie drugich. To już stało się normą i nikt temu nie zaprzeczał. Wojtek jednak stronił od polityki i nie pozwalał się ojcu wciągnąć w temat. Zawsze ucinał go szybko, nie opowiadając się za żadną partią. Najchętniej włączyłby sobie sport lub jakikolwiek film, byle tylko nie słuchać ludzi żądnych władzy.

— Ty ciągle oglądasz tą politykę? — zapytał Wojtek, czekając na koniec programu.

— Lubię się pośmiać z nich. Herbaty?

— Poproszę.

— Jak widzę, co ci durnie robią z naszego kraju, to mnie krew zalewa. Nic, tylko myślą o własnych stołkach i napchaniu kieszeni.

— Jak wszyscy tam — skwitował to Wojtek.

— Ale oni mają być dla narodu. To my ich wybieramy.

— Za dwa lata będziesz mógł wybrać innych.

— I z pewnością to zrobię. Nie będę patrzył na tych darmozjadów.

— Przepraszamy naszych widzów, ale jesteśmy zmuszeni przerwać nasz program polityczny, by nadać na żywo relację ze stolicy — przerwał rozmowę dziennikarz prowadzący i zwracając się do widzów, dodał: — Przenosimy się do Tomasza Drawskiego, który jest na miejscu niewyobrażalnej tragedii, która miała miejsce zaledwie kilkadziesiąt minut temu na stacji Centrum stołecznego metra.

Wojtek wraz z Jankiem przykuli wzrok do telewizora, w którym pokazywano zniszczone doszczętnie podziemne wejście. Wybuch był tak potężny, że nie tylko obrócił w gruz cały peron, ale i spowodował zawalenie się ziemi w promieniu kilkunastu metrów.

Teraz cała okolica była zastawiona wozami ratunkowymi. Liczne służby ratunkowe wraz z wojskiem pomagały poszkodowanym i zabezpieczało teren. Dziennikarz prowadzący relację z miejsca, stał przed wyznaczonym do tego miejscem i relacjonował zdarzenie:

— Jesteśmy na miejscu wstrząsu, który był odczuwalny w promieniu kilku kilometrów. Na razie jest jeszcze za wcześnie, by mówić o jakichkolwiek powodach tej niewyobrażalnej tragedii, ale jedno jest pewne, jej skutki są przerażające. Nie wiemy ilu ludzi w tym czasie przebywało na przystanku metra, ale biorąc pod uwagę godzinę, w której nastąpiła eksplozja, musimy spodziewać się najgorszego. — Dziennikarz na chwilę przerwał, by przystawić palec do słuchawki w uchu. Nasłuchiwał komunikatu, by zaraz się nim podzielić z widzami. — To jest straszne. Wybaczcie mi państwo, ale brak mi słów, by opisać, to co właśnie mi przekazano. Według niepotwierdzonych jeszcze informacji, dowiedzieliśmy się, że prócz stacji metra w Warszawie, do podobnych wybuchów doszło na stacjach kolejowych oraz autobusowych w całej Polsce.

Wstrząśnięty wydarzeniami Wojtek wstał i od razu zaczął się ubierać.

— Dokąd idziesz? — zapytał go ojciec.

— Mam nadzieję, że się mylę, ale… tam chyba była siostra Moniki. Muszę do niej jechać.

Wojtek szybko wybiegł na zewnątrz. Zaczął dzwonić do żony, ale ta nie odbierała od niego telefonu. Gdy dobiegł do samochodu, podenerwowany rzucił telefon na fotel pasażera i ruszył do domu. Próbował jeszcze raz zadzwonić, ale z tym samym skutkiem.

W końcu po kilkunastu minutach dojechał na miejsce i przybiegł do drzwi wejściowych.

— Monika, otwórz! Monika! — zaczął wołać i walić w drzwi.

— Nie chcę z tobą rozmawiać — usłyszał po kilku chwilach.

— Widziałaś wiadomości?

Cisza.

— Monika! Proszę cię, otwórz, to ważne. Dzwoniłaś do siostry? Odebrała?

Otworzyła drzwi, ale nie miała zamiaru go wpuszczać do środka. Uchyliła je tylko i patrząc na niego, zapytała:

— Czego od niej chcesz?

— Zadzwoń do niej, proszę. — Monika jednak stała wciąż nieprzekonana. — Stało się coś strasznego w Warszawie. Proszę, dzwoń.

Choć niechętnie, odwróciła się i wpuszczając go do środka, poszła po telefon.

— Tatuś? — zapytała zaskoczona Anielka i od razu ruszyła w jego kierunku, by utonąć w jego ramionach. — Czemu krzyczałeś? Co się dzieje? — Zapytała, widząc zmartwioną mamę z telefonem przy uchu.

— Mam nadzieję, że nic, kochanie — odpowiedział jej, ale coraz bardziej martwił się o siostrę żony.

— Nie odbiera — odpowiedziała Monika. — Może bateria w telefonie jej padła, a może nie ma czasu na razie rozmawiać.

— Pamiętasz, na jakim peronie była, gdy z tobą rozmawiała?

— Centrum — odpowiedziała z coraz większym strachem. Na chwilę zamilkła, patrząc w oczy swojemu mężowi, by zaraz drżącym głosem zapytać: — A co się stało?

— Anielu, aniołku nasz, z pewnością narysowałaś coś nowego. Przyniesiesz mi nowe rysunki?

— Już lecę — odpowiedziała uradowana i pobiegła do pokoju.

Korzystając z nieobecności córki, wziął do ręki pilota i włączył telewizor.

— Usiądź, proszę — powiedział tylko do Moniki, sam bojąc się zobaczyć wiadomości.

— O co chodzi?! — powtórzyła coraz bardziej zdenerwowana i przestraszona.

Nie musiał przełączać programu, bo na każdym kanale królowały informacje tylko o jednym wydarzeniu. Na pasku, u dołu ekranu widniał podpis, na którym znajdowała się nazwa peronu, z którego dzwoniła Marcelina. Dziennikarze relacjonowali walkę z czasem, którą na miejscu toczyły służby ratunkowe. Widok był straszny. Gruzy i ogień nie ułatwiał im zadania. Monika widząc ogrom tragedii, usiadła na sofie i bez słowa, przerażona oglądała miejsce, w którym jeszcze tak niedawno jej siostra chwaliła się zakupami.

— To niemożliwe — wydusiła z siebie ze łzami w oczach.

Wojtek usiadł obok niej i przytulił ją mocno.

— Nie, powiedz, że to nieprawda. Proszę, powiedz, że to się nie dzieje.

Nie odezwał się. Przytulił ją jeszcze mocniej, ale ta wyrwała się z jego objęć i pełna nowej nadziei, wstała, mówiąc:

— Nie! Marcelina żyje. Ja to czuję. Ja to wiem. — Sięgnęła po telefon, by znów wykręcić do niej numer, ale z tym samym skutkiem, co poprzednio. — To bateria. Na pewno.

— Masz może numer, do którejś z jej koleżanek? — zapytał Wojtek.

— Tak — szybko odparła i pobiegła do sypialni, by zadzwonić do niej.

— Tatuś, mam tego trochę. Popatrz — mówiła dumna z siebie Aniela, schodząc do niego i trzymając w ręce rysunki. Rozłożyła je na stole przed nim i zaczęła tłumaczyć: — To sama narysowałam, bez niczyjej pomocy.

— Ładne — odparł, starając się kątem oka patrząc na żonę, która wciąż czekała na połączenie.

— I to też.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 67.82