E-book
17.75
drukowana A5
47.51
drukowana A5
Kolorowa
74.42
Cezar, autyzm i moja walka o życie syna.

Bezpłatny fragment - Cezar, autyzm i moja walka o życie syna.


4.6
Objętość:
282 str.
ISBN:
978-83-8245-607-3
E-book
za 17.75
drukowana A5
za 47.51
drukowana A5
Kolorowa
za 74.42


Wstęp

“Cezar, autyzm I moja walka o życie syna” to historia małego wojownika, Cezara, chorego na niby “nieuleczalną”, ciężką „chorobę”, autyzm. I na samym początku chciałbym nadmienić, że autyzm nieuważany jest za chorobę, jednak myślę, że tysiące rodziców dzieci z autyzmem ma prawo do innej opinii. Książkę tą postanowiłem napisać jako hołd mojemu synkowi, jako pamiątkę jego niesamowitych przygód… ale również, aby pomoc innym rodzicom, których dzieci tak samo mają autyzm lub inną niby nieuleczalną chorobę. Dziele się w swojej książce stworzonym przeze mnie systemem terapeutycznym, który nazwałem: “Metoda Cezara” i który wierzę, że może pomoc innym dzieciom tak samo jak pomaga mojemu synkowi. Chciałbym pomoc tym małym aniołkom, których życie tak bardzo doświadczyło od samego początku. Wiele dzieci z autyzmem wychodzi z autyzmu lub nawet jeżeli nie całkowicie, to w wystarczającym stopniu, żeby mogli oni prowadzić samodzielne życie gdy dorosną. My rodzice musimy to wiedzieć i musimy w to wierzyć, bo tylko nasza walka o nasze dziecko może przynieść końcowe zwycięstwo. Nasze maleństwo ma tylko nas i tylko my możemy mu pomoc. To my, rodzice, jesteśmy tarczą ochronną naszego dziecka. Nikt nigdy nie będzie kochał naszego maluszka tak, jak my go kochamy. My jesteśmy jego aniołem stróżem, jego ostoją, podparciem, nadzieją. My i nasza niewiarygodnie wielka miłość do niego mogą zrobić cuda i zrobią, jeżeli tylko tak postanowimy i poświęcimy wszystko, żeby zwyciężyć oraz żeby nasze maleństwo odniosło sukces.

DOPÓTY DZIECKO MA SZANSE, DOPÓKI RODZIC MA NADZIEJE. STAŃMY DO WALKI I ZWYCIĘŻMY!!!


Mimo że każde dziecko z autyzmem jest inne, to myślę i mam głęboką wiarę, że to, co znajdziecie w mojej książce, pomoże wam, pomoże waszym dzieciom I zainspiruje wielu z was do jeszcze większej walki, do wprowadzenia do tej walki Metody Cezara i do niezachwianej wiary w końcowe zwycięstwo. Dziele się kochani z wami naszą walką i namawiam was również do dzielenia się ze szczegółami waszej walki z autyzmem swojego dziecka, bo każdy z nas rodziców, nie marzy o niczym innym jak tylko o pomocy swojemu maleństwu. Czyta, uczy się, próbuje, przegrywa I wygrywa, a przez to zbiera ogromne doświadczenie oraz wiedzę, I po latach jest jednym z najlepszych ekspertów od przypadku swojego dziecka, będącym z nim czasem 24 godziny na dobę, tak jak jest to w moim przypadku. Wierzę, że dzieląc się informacjami, wyciągniętymi wnioskami, naszymi strategiami i opiniami, możemy pomoc sobie wszyscy wzajemnie i zwiększyć szanse naszych dzieci, naszych małych wojowników, naszych kochanych, zamkniętych w swoim samotnym świecie, geniuszy.


RODZICE MOTYWUJMY SIĘ WZAJEMNIE I WALCZMY RAZEM O JEDEN CEL!


Swoją historią chciałbym również zainspirować rodziców do jeszcze większego poświecenia się swojemu dziecku. Włożeniu jeszcze więcej wiary, siły oraz pomysłowości w tej ciężkiej walce, bo każdy mały punkcik i każda najmniejsza cegiełka się liczą i chociaż byśmy robili już wszystko, co możemy, to wiem z własnego doświadczenia, że i tak zawsze możemy więcej i nie ulegajmy proszę wymówkom, że robimy co możemy, że więcej już nic nie możemy zrobić i że nie możemy być tacy krytyczni dla siebie…, bo MUSIMY! Naprawdę musimy zdawać sobie głęboko sprawę, że nasze dziecko ma w tym ciężkim momencie tylko nas, rodziców. I jeżeli my mu nie pomożemy, to nikt inny tego nie zrobi. Przyszłość, życie i szczęście naszego dziecka jest tylko i wyłącznie w naszych rękach, w naszej sile, wierze, wytrwałości. Jeżeli przypadek waszego skarba jest taki ciężki, że nie można go będzie całkowicie wyleczyć, to ty rodzicu musisz się sam o tym przekonać, ale dopiero po ciężkiej i długiej walce, która nawet jeżeli niecałkowitym to i tak okaże się zwycięstwem. Gdy uwierzysz oraz włożysz w to całą siłę i całe serce to musisz wygrać. Twoje dziecko musi wygrać. Nie rezygnuj z wiary i walki na samym początku, bo wtedy twoje dziecko zostaje bez szans, a ty nigdy się nie dowiesz czy miał te szanse, czy nie. W pierwszych latach życia mózg ma największą możliwość nauki i jest to najważniejszy okres w życiu naszych dzieci i moim zdaniem w naszym również, jednak to nie znaczy, że w starszym wieku nie ma już tych możliwości. Tak uważano kiedyś. Teraz wiadomo już, że to mit i w swojej książce dowiodę tego. Znam historię Irlandzkiego chłopczyka, którego skala autyzmu była naprawdę duża. Chłopiec wydawało się, nic nie rozumiał, nie rozmawiał, nie poznawał nikogo i nie wiedział co się dookoła niego dzieje. Jego rodzice robili bardzo dużo i nigdy nie przestawali walczyć o swojego synka. Był on poddawany wielu terapiom i zażywał masę różnych specyfików, lecz niestety do 18-tego roku życia prawie nie było widać postępów. Jednak między 18-tym a 20-stym rokiem życia coś się zmieniło a chłopak nie dość, że zaczął mówić, to okazało się, że rozumie niemal wszystko, zna wszystkich i wszystko dookoła oraz umie bardzo dużo z tego, co jego mama I tata próbowali go nauczyć przez ten cały długi czas. Był on zblokowany i nie mógł w żaden sposób znaleźć żadnej drogi komunikacji z otaczającym go światem. Jednak po 18-tym roku życia siła mózgu wygrała i chłopiec przeszedł transformacje. Ma on teraz około 30-tu lat. Żyje samodzielnie, ma prace i co piątek chodzi z przyjaciółmi do pubu, a wracając o 12.00-tej w nocy do domu, dzwoni zawsze do mamy, mówiąc, że wszystko w porządku. Ma swoją pasję. Jest nią sklejanie modeli samolotów. Robi to całe dnie. Ma swoje życie i jest szczęśliwym człowiekiem. Ja wiem kochany rodzicu, że jest ciężko, czasami jest naprawdę bardzo ciężko i przychodzą chwile załamania, popłakujesz w samotności, błagasz Boga o pomoc, nie chce ci się żyć… Ale musisz być silny! Twój mały aniołek nie zasłużył na to co go spotkało. Życie ma tylko jedno, a w tym życiu tylko ciebie. Więc bądź silny rodzicu i walcz! Niech Twoja miłość pokona demona i dokona “niemożliwego”.


TO TYLKO TY DECYDUJESZ CO MOŻESZ ZROBIĆ, A CO JEST DLA CIEBIE NIEMOŻLIWE. JEŻELI WYLECZENIE TWEGO DZIECKA JEST TWOIM ZDANIEM NIEWYKONALNE… …TO DZIECKO POZBAWIONE JEST SZANS! JEŻELI POSTANOWISZ WBREW CAŁEMU ŚWIATU POŚWIECIĆ SWOJE ŻYCIE ŻEBY ULECZYĆ SWOJE DZIECKO… TO ONO JUŻ WYGRAŁO! I MIMO ŻE JEGO ŻYCIE ZACZĘŁO SIĘ TAK PECHOWO… TO JEDNAK JEST SZCZĘŚCIARZEM! MA CIEBIE!


Miłość do dziecka jest tak niepojęcie ogromna, że żadna tragedia ani żadne przeszkody nie mogą się z nią równać. Jeżeli tylko uwierzymy w to i postanowimy za wszelką cenę pomóc swojemu dziecku, to zrobimy to! Nie możemy przegrać, więc nie przegramy! Idziemy po ZWYCIĘSTWO!!! Nasz aniołek jest najważniejszy. Nasz kochany, niewinny, bezbronny i taki dobry. Mój kochany synek. Tak go kocham. Tak bardzo jest mi smutno, serce płacze i się kraje każdego dnia. Powiem wam szczerze, że każdej chwili… każdej. Każdy rodzic chorego dziecka wie teraz, o czym piszę… a każdy rodzic, który nie przeżywa takiej tragedii, to aż boi się o tym pomyśleć, gdyż myśl ta wydaje się najgorsza z najgorszych. Tak. Wiem to, gdyż sam kiedyś bałem się nawet dłuższego zadumania nad myślą, że moje dziecko może być chore czy może mieć jakiś inny straszny problem psychiczny. Ta myśl mnie naprawdę przerażała. Odrzucałem ją od siebie i bałem się jej strasznie. A jednak… Życie nie dało mi wyboru, a tragedia ta spotkała mojego ukochanego synka. No I co teraz? No i to kochani moi, że ten cały ból, smutek, żal, rozpacz i rozdarcie nie są bez powodu. Nie są po to, żebym się załamał i poddał… ale są po to, żebym wykorzystał to i stanął do walki jako tak silny i kochający rodzic, że nic mnie nie zatrzyma, a moje dziecko po tym jak dostało tak niesprawiedliwy cios od życia, teraz dostaje pomoc, wsparcie, anioła stróża, który nie podda się żadnemu złu i żadnym przeciwieństwom losu, tylko silny jak King Kong oraz nieustraszony jak spartanie pod Termopilami, stanę do boju o życie i szczęście… O życie i szczęście mojego syna.


CHOĆBYM SZEDŁ DOLINĄ CIEMNOŚCI. ZŁA SIĘ NIE ULĘKNĘ…. BO MÓJ STRACH JEST TWOJĄ PRZEPAŚCIĄ, A MOJA PRZEGRANA JEST NASZYM PRZEKLEŃSTWEM. DLATEGO TU JESTEM! DLATEGO TU STOJĘ! DLATEGO WALCZĘ…. I SIĘ NIE BOJĘ!!! I CHOĆBY PRZEDE MNĄ STANĄŁ DEMON, W ŻELAZNEJ NIEZNISZCZALNEJ ZBROI…. TO W IMIĘ OJCOWSKIEJ MIŁOŚCI ROZERWĘ MU TĘ ZBROJĘ!!!

Niech twoja tragedia… Niech tragedia twojego dziecka, obudzi cię na nowo i niech stanie się nowy, inny i silniejszy człowiek, nadczłowiek, który tak bardzo wierzy, że pomoże swojemu dziecku, że nic go nie powstrzyma. Niech narodzi się człowiek, który dla swojego dziecka zamieni swój smutek i cierpienie w szczęście, gdyż szczęście i miłość są drogą do zwycięstwa dziecka, a smutek i załamanie to jego wróg, który zabiera mu szanse. Tak właśnie uczyniłem. Wiedząc, że mój smutek pozbawi Cezara szans, stałem się człowiekiem szczęśliwym. I to nie takim, który udaje szczęśliwego, ale ja naprawdę nim jestem. Siła naszej miłości i naszego mózgu jest ogromna. Nieograniczona. I możemy to zrobić. Uwierzcie mi kochani, że możemy. Kocham swojego syna ponad własne życie i dla niego jestem tym, kim mam być i nie mam innego wyboru. To jest pierwszy punk, który uważam za najistotniejszy. Mam być tym, kogo Cezar potrzebuje. To jest najważniejsze dla jego szczęścia oraz przyszłości, a więc tak jest i ja jestem taki jaki mam być. Jestem ojcem Cezara i tylko to się liczy. Tylko pomoc synkowi. Reszta to tło życia, które musi być. Mnie, jakim byłem już niema. Teraz jestem tylko ojcem syna. Teraz jestem szczęśliwym człowiekiem, pełnym energii i pomysłów. Pełnym miłości i emanujący życiem. Przeżywamy z synem wspaniałe przygody i wspólnie zdobywamy świat. Życie naprawdę jest piękne. Jeżeli wreszcie odrzucimy wszelkie smutki, pozbędziemy się gniewu I nienawiści i zrozumiemy, że życie naprawdę może takie być. Gdy otworzymy oczy i serce, gdy spojrzymy na ten świat oczami zafascynowanego dziecka, to dojrzymy rzeczy, które zawsze nam ulatywały i zaczniemy czerpać szczęście ze wszystkiego. Zaczniemy doceniać te wszystkie drobne, piękne momenty dookoła nas i pokochamy świat, pokochamy ludzi… a wtedy będziemy przygotowani do przekazania tego szczęście naszemu dziecku i będziemy zmotywowani do rozpoczęcia nowej drogi. Drogi prowadzącej tylko w jednym kierunku. W kierunku szczęścia i sukcesu naszego małego bohatera. Teraz możemy zaczynać. Teraz jesteśmy gotowi. I niezależnie jak jest ci ciężko i jaką tragedię przeżywasz właśnie w życiu, to nie może to wpłynąć na szanse twojego dziecka. Masz być szczęśliwy, radosny i uśmiechnięty. I nie mów mi proszę, że łatwo mi tak mówić, bo nie mam twojej sytuacji…, bo może nie chciałbyś być w mojej gdybyś znał ją całą. Dla mojego dziecka pomoże moje szczęście, a więc jestem szczęśliwy. Pomoże mu mój uśmiech, a więc jestem uśmiechnięty. Pomoże mu moja siła i wiara, a więc jestem najsilniejszy na świecie, a wiara moja jest tak wielka, że nawet himalajski szczyt jej nie przysłoni…


DO WALKI O DZIECKO. WYKORZYSTAJ WSZYSTKO, NAWET BÓL, CIERPIENIE I NAJCIĘŻSZĄ SYTUACJĘ. BO TYLKO TAKA SYTUACJA DA CI NADLUDZKĄ SIŁĘ I TAK NIEZBĘDNĄ DO ZWYCIĘSTWA…. OLBRZYMIĄ MOTYWACJĘ!!!

Tak więc moja i mojego syna wielka tragedia jest moją największą motywacją, gdyż ta walka toczy się o życie mojego ukochanego dziecka i tej walki nie mogę przegrać. Po prostu nie mogę. Stawką jest moje dziecko, a więc muszę być silny. Muszę być najsilniejszym I najbardziej zmotywowanym człowiekiem na świecie. Tu chodzi o mojego syna. To gra o jego życie. Tu nie ma miejsca na moje słabości. Tu nie ma miejsca na chwile moich załamań. Tu chodzi o moje dziecko. Ono musi zwyciężyć! A więc ja muszę walczyć o jego zwycięstwo!!! On na mnie liczy, a ja nie mogę go zawieść. NIE ZAWIODĘ CIĘ SYNU!!!

Kochani rodzice nie poddawajcie się. Nie możecie nawet myśleć o poddaniu się. Bez względu jak ciężką będziecie mieli sytuacje, to bądźcie silni. Bądżcie nieustępliwi, nieugięci i tak zawzięci w swojej walce jak nikt przed wami.

Tego od was wymaga wasze dziecko. Bądźcie silni i walczcie o jego życie, a waszą tragedię zamieńcie na nadludzką siłę I stańcie do boju niepokonani, bo walczycie o życie waszego dziecka!

Nie możecie przegrać!!! Wasza wiara jest waszą największą siłą!!! Zwyciężycie!!! Uwierzcie mi, że zwyciężycie!!!

A jak ktoś wam powie, że nie macie szans, to uśmiechnijcie się tylko do niego, wystawcie dumnie pierś do przodu i odpowiedzcie mu: „No to patrz” i z jeszcze większą motywacją pokażcie mu, że się myli.

Jesteście gotowi? A więc zaczynamy naszą walkę. Do boju kochani!!!

Prolog

Na pozór normalny dzień pracy, w restauracji, w szpitalu St. Vincent w Irlandzkim mieście, Dublinie. Zadzwonił telefon. To moja ukochana dzwoni: — Jestem w ciąży -oznajmiła. — Jesteś w ciąży? Naprawdę? Dziękuje Ci Najdroższa… Kocham Cię. Dziękuję. Jestem taki szczęśliwy. — Zapomniałem, że jestem w pracy I mówiłem to głośno, ze łzami w oczach, a cała restauracja zaczęła bić brawo. Tej chwili nigdy nie zapomnę. To była najwspanialsza wiadomość, jaką mogłem otrzymać. Kobieta, którą kochałem jest w stanie błogosławionym.

Będziemy mieli dzidziusia. Dziękuję ci Panie Boże. Dziękuję. Zamieszkaliśmy razem. Urodził się nam syn, Cezar. Był piękny i wspaniały. Zdrowy. Szybko zaczął chodzić i mówić pierwsze słowa, a w krótkim czasie znał już i mówił cały alfabet. Nie mogliśmy być bardziej szczęśliwi. Cezar miał półtora roku gdy zaprowadziłem go na ostatnią szczepionkę. Nie dostał jej wcześniej, gdyż był chory i dostawał antybiotyk. Cezar dostał szczepionkę i od tego dnia coś złego zaczęło się dziać z naszym synem. Dzień po dniu Cezar zaczął zapominać wszystko czego się nauczył. Zapomniał alfabet, zapomniał słowa mama i tata, zapomniał wszystkie słowa, przestał w ogóle rozmawiać, a z jego ust wydobywał się tylko niezrozumiały dźwięk: — Iiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii iiiiiiiiiiiiiiii — Cezar przestał rozumieć najprostsze rzeczy, a z czasem zapomniał nawet jak trzymać butelkę z mlekiem. To było straszne. Nasz ukochany synek w błyskawicznym tempie cofa się w rozwoju na naszych oczach, a my nie możemy nic zrobić. Co się dzieje? Dlaczego tak jest? Nasz synek jest zdrowy! To musi być normalne. Strach. Szukanie w internecie. Autyzm! Nie! To tylko podobne objawy. To nie autyzm. Nasz Synek jest zdrowy! To nie autyzm! Nie ma takiej możliwości. Proszę Boże. Błagam. Nie rób nam tego. Nie rób tego dla naszego aniołka. Strach! Ogromny strach! Wizyta u psychologa dziecięcego. Potem u specjalisty od autyzmu… — Państwa Syn ma autyzm! Przykro mi — Te słowa nas przeszyły. Żona zaczęła płakać. Poczułem, jak bym był w bańce szklanej, przymroczony, oszołomiony… Potworne uczucie. Jak by mnie tam nie było. Mój mózg walczył z tym. To nie mogło dziać się naprawdę. Nie mój synek. Nie. Nie on… Przytuliłem żonę. — Nie płacz kochanie. Będzie dobrze. Musimy być silni. Kocham Cię — Z moich ust odruchowo wydobywał się głos, ale ja sam czułem, jak moje serce pęka. Jak cały świat stracił sens. — Panie Stachurski… — kontynuował doktor — Musi się pan pogodzić z faktem, że nigdy nie porozmawia pan z synem. — Te słowa były straszne, a z moich oczu same leciały mi łzy. Parę cichych dni w domu. Załamanie się. Smutek… Nie!!! Nie możemy się poddać!!! Mój synek ma tylko nas. Tylko my możemy mu pomóc. Tylko my możemy o niego walczyć… o jego życie… o jego przyszłość. Możemy??? Musimy, a nie możemy! Musimy stanąć do walki i zwyciężyć tę walkę! Musimy i nie mamy wyboru! Musimy zwyciężyć za wszelką cenę! Musimy i zwyciężymy! Zwyciężymy!!! Zwyciężymy tę walkę!!! Zwyciężymy!!!

Mamy w naszych rękach największą i najsilniejszą broń, jaka istnieje na tym świecie. Tą bronią jest miłość rodzica do swojego dziecka. Jest to broń mocniejsza niż inne, gdyż żadna jak ta nie potrafi zgromadzić w sobie tyle ducha walki, nieustępliwości, siły i wiary w zwycięstwo. Mamy ją w ręku. Mamy ją w sercu. Mamy ją w każdej naszej myśli. Walczmy tylko o zwycięstwo!!!

…a przeznaczenie może być tylko jedno — ZWYCIĘŻYMY!!!

Cezar, autyzm i moja walka o życie syna

Jest zimne, ale słoneczne i jak że piękne, wrześniowe popołudnie. Jesteśmy już z Cezarem po porannej domowej sesji terapeutycznej i właśnie ukończyliśmy drugą dzisiejszą sesję — sesję treningową — w lesie w Jelenim Parku a na zakończenie terapii na świeżym powietrzu, nasz dzisiejszy 5-cio kilometrowy bieg, skończyliśmy przy placu zabaw. Niemal codzienny plac zabaw lub inne miejsce, gdzie są dzieci to stały element naszej terapii. Cezar potrzebuje kontaktu z dziećmi. To bardzo ważne. Dzieci tutaj jest dzisiaj bardzo dużo. Super. Cezar biega za nimi, szuka kontaktu. Chce się z nimi bawić. Dzieci go unikają. Jest inny. Nie odpowiada na ich pytania, a gdy to robi, to go nie rozumieją. Cezar się wstydzi, nie wie jak, ma się zachować. On tak bardzo pragnie kontaktu z innym dzieckiem. Tak bardzo chciałby mieć przyjaciela. Biegnie cały czas tam, gdzie są dzieci. One się odwracają I biegną w inne miejsce. Nie chcą się z nim bawić. Odrzucają go… on biegnie za nimi. Moje serce ściska ból. Mój biedny synek. On nie chce wiele. On chce tylko bawić się z innymi dziećmi tak jak każde dziecko. Nie chce być ciągle sam. Mój biedny synek. Moje serce płacze. Moja dusza szlocha. Mój kochany biedny mały synek… Cezar podbiega do dwóch dziewczynek, może o rok starszych od niego. Dziewczynki wchodzą na belkę, po której wchodzi się na dużą kwadratową gumę do siedzenia. Cezar chce wejść tam z nimi. Dziewczynka odpycha go. On się uśmiecha I próbuje z drugiej strony. Ona znowu odpycha go i blokuje. Mój biedny synek stoi i się uśmiecha do niej ładnie. Nie wie jak się zachować. Ja zbliżam się do dzieci. Mała dziewczynka mówi coś do synka, ale widząc, że się zbliżam, bierze za rękę koleżankę i odchodzą pod duże drzewo kilka metrów od tego zdarzenia. Ja skręcam i zamiast podejść do miejsca, gdzie stoi Cezar, to pokazuje synkowi, żeby przyszedł na huśtawkę i idę w tym kierunku. Przechodzę obok drzewa i w momencie gdy znalazłem się bardzo blisko nieświadomych tego dziewczynek i gdy zobaczyłem z odległości dwóch metrów twarz jednej z nich, usłyszałem jak odpowiada tej drugiej na jakieś pytanie: — Bo on jest głupi. — Co? — zapytała ta druga dziewczynka. — Bo on jest nienormalny. Jest głupi —

Zrobiło mi się tak przykro i tak smutno… Normalne zdarzenie… codzienne… smutek …ból… pustka …bezradność….

Kocham Cię Syneczku. Tak bardzo Cię Kocham. Nie mam już swojego życia. Ty jesteś moim życiem. Ty jesteś moim celem, moim powietrzem, moją przestrzenią życiową. Jesteś dla mnie wszystkim mój malutki i wszystko razem z tobą jest takie piękne, a wszystko bez ciebie nie ma sensu. Czym bardziej cię kocham, tym bardziej cierpię i moje serce jest rozdarte… a czym bardziej dochodzi do mnie świadomość, że ty to odczuwasz i cierpisz również, to momentalnie jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie i razem brniemy przez te piękne życie na tym wspaniałym świecie i przeżywamy takie wspaniałe przygody i robimy tyle cudownych, niewyobrażalnych rzeczy… mamy tyle energii, siły, wiary, zaparcia i pomysłowości. To nasze życie mój maleńki. To nasza walka. To nasze wspólne przeznaczenie. Zawsze, do końca swoich dni będę walczył o ciebie mój mały księciu i już zawsze twoje życie będzie moim życiem, a moje życie jest i będzie drogą do twojego szczęścia. — Czy wygramy tatusiu? — Ależ oczywiście, że tak Syneczku!!! Nie możemy przegrać ukochany! Nie ma takiej drogi! Nie dopuszczę do tego! — A jeżeli lekarze mają rację, jeżeli autyzm jest nieuleczalny, jeżeli nigdy nie będę mógł być lekarzem, bankierem, adwokatem…? I co wtedy kochany tatusiu? Jeżeli nigdy tak naprawdę nie będę w stanie przeprowadzić z tobą sensownej, poważnej, długiej rozmowy? Nigdy nie powiem tego, co bym chciał ci powiedzieć. Tego, co czuję… To co wtedy tatusiu? Co jeżeli zawsze będę inny, jeżeli nigdy nie będę normalny? — Pisząc to, z oczu poleciały mi łzy i zmarszczyła mi się, drżąc, dolna warga. Tak. Poryczałem się… Tak głęboko to zrozumiałem… Spontanicznie gdy zacząłem pisać, przyszło mi do głowy zapytać się w imieniu synka. Pierwszy raz w życiu to zrobiłem. Pierwszy raz w życiu wyobraziłem sobie, że on osobiście mnie o to pyta, że w ogóle on mnie o coś pyta. Jego głos, jego patrzące głęboko oczy (znowu do oczu podchodzą łzy… ale pisze dalej, nie zatrzymuje się tym razem ani na moment). Jego oczy są takie smutne, rozumiejące, cierpiące, świadome, niepewne, kochane, największe i najpiękniejsze na świecie, takie niewinne, czyste, nieskazitelne… a jednocześnie ta straszna myśl i świadomość, o co synek pyta i wyobrażenie sobie tego przez ułamek sekundy, to wystarczyło… nie… nie… — Słyszysz kochany syneczku?! NIE!!! NIE!!! I jeszcze raz NIE!!! Już zrobiliśmy ogromny postęp! Nie jeden, ale wiele kroków do przodu. Wiem Aniołku, że jest jeszcze tak wiele do zrobienia I tyle kroków do przeskoczenia… ale to, co osiągnęliśmy do tej pory, wystarczy, żeby uwierzyć, że to, co robimy działa, że jest to dobra droga, a ty rozumiesz coraz więcej i zaskakujesz mnie każdego dnia, a niektórymi sytuacjami zwalasz mnie po prostu z nóg. Dzisiaj gdy znalazłeś swój stary tramwaj, swojego starego luasa, przybiegłeś z nim do mnie krzycząc: „luas! Luas!”. Podsunełeś zabawkę blisko mojej twarzy, uśmiechając się i patrząc mi głęboko w oczy. To się stało jakieś 10 minut temu. Ty nie zdajesz sobie sprawy maleńki jaki to sukces. Trzymałeś tego luasa przed moją twarzą parę dłuższych sekund i dzieliłeś się ze mną swoją radością. Dzieliłeś się ze mną tym, że znalazłeś swoją ulubioną zabawkę. Kocham cię maleńki. — Jak takie sytuacje mają nie motywować? Dla mnie to bezcenne momenty. To wyjątkowe wydarzenia pokazujące, że idziemy dobrą drogą, że twój stan synku jest lepszy i lepszy z dnia na dzień.

Takie chwile to moje chwile szczęścia, którymi chciałbym się z tobą, kochany czytelniku podzielić. Chciałbym, żebyś poznał chociaż trochę mnie i mojego synka, a przez to łatwiej ci będzie zrozumieć to co robimy i może wyniesiesz coś pozytywnego z naszego życia. Może znajdziesz coś, czego będziesz potrzebował. Może moje słowa będą mogły ci pomoc, zmotywować cię… a może nie… ale i wtedy możesz spędzić miły czas, czytając spisane przeze mnie myśli i nasze przeżycia, bo chciałbym naprawdę podzielić się czymś wspaniałym, czymś, co sprawia, że ja i synek jesteśmy szczęśliwi każdego dnia, że przeżywamy każdego dnia przygody i wyprawy życia i bardzo chciałbym w widoczny i zrozumiały sposób przekazać, w jaki sposób połączyłem sport z walką z autyzmem Cezara. Trening i terapie. Wysiłek i szczęście. Stworzyłem coś, co mogę nazwać sposobem na życie, sposobem na wspólne szczęście. Stworzyłem system, który działa. Dzięki któremu robimy z Cezarem małe kroczki, ale robimy je i Cezar powoli jest w coraz w lepszej formie, nie tylko fizycznej, ale co najważniejsze psychicznej. Cezar miał nie rozmawiać, a już teraz próbuje odpowiadać niemal na wszystkie pytania. Ciągle mówi bardzo niewyraźnie I ciężko go zrozumieć, ale ja rozumiem go bardzo dobrze w większości przypadków. Cezar ciągle powtarza większość wyrazów, ale powtarza z sensem i ma swój sposób odpowiedzi przez powtarzanie kluczowego, lub 2-uch, a nawet już 3-ech wyrazów. Od jakiegoś czasu Cezar coraz częściej nie tylko powtarza wyrazy, ale odpowiada samodzielnie na zadane pytanie. Tak dla przykładu, gdy podchodzi do mnie z nie nadmuchanym balonem i chce, żebym go nadmuchał i daje mi balon, a ja się go pytam: — Co mam zrobić synek? — to on odpowiada — “siasionsiac balloon”. — Aż sam się cieszę teraz, pisząc to, bo wiem, że to naprawdę wielki sukces synka, który miał niby nie mówić i wiem, że synek w przyszłości będzie rozmawiał. Może nie będzie rozmawiał szybko jak Eminem, ale będzie rozmawiał, a kto wie, może i pobije Eminema.

— Myślę synku, że się rozpisałem, a chciałem ci jeszcze odpowiedzieć w paru zdaniach więcej na twoje pytania. Co jeżeli nie wyzdrowiejesz, jeżeli nie będziesz mógł być nigdy bankierem, adwokatem, jeżeli nigdy nie będziesz normalny? Normalny? A kto jest normalny? Co to w ogóle jest za słowo synku? Każdy jest inny i każdy jest wyjątkowy. Ty jesteś wyjątkowy mój mały książę. Jesteś unikalny i wierzę, że Pan Bóg ma dla ciebie wielki, specjalny plan i ja mam zaszczyt i najwyższy honor dzielić z tobą życie i nasze wspólne wielkie i małe przygody, razem, wspólnie, nierozłączalnie. Kocham cię syneczku. Nie mogę się powstrzymać, żeby nie mówić tego do ciebie co chwilę. Śmieszne? Czy ja wiem? Ale ty jesteś taki sam mój skarbie. Ostatnio niemal codziennie są momenty gdy podchodzisz do mnie i obejmujesz mnie tak niby bez powodu… a jednak zawsze jest powód. Potrzebujesz tego w tym momencie kochany syneczku. Potrzebujesz czułości. Potrzebujesz być przytulany i całowany. A to największy powód, jaki mogę znaleźć mój maleńki. Wszystko, co jest potrzebne do twojego szczęścia, jest moim zadaniem i misją życiową ukochany i jest to właśnie klucz do mojej odpowiedzi na to, o co pytasz. Co jeżeli przegramy naszą walkę? Nie przegramy synku. Celem naszej walki jest twoje szczęście. Mimo że wierzę bezgranicznie w sukces i wiem, że będziesz rozmawiał dobrze w przyszłości i będziesz mógł wykonywać wiele zawodów i będziesz miał samodzielne, wspaniałe życie, to jeżeli jednak Pan Bóg nie ma tego w swoich planach, to nie będzie to znaczyło synku, że przegramy. Nie! Oczywiście, że nie! Twoje szczęście jest najważniejsze. To jest naszym, moim głównym celem w tej misji i w moim całym życiu, aż do dnia ostatniego. Twoje szczęście ukochany. Żeby to się powiodło to po prostu musisz robić to co kochasz i musisz robić to każdego dnia. Sport, trening, bieganie, zawody, natura, las, góry, morze, przygody… To jest właśnie to, co kochasz syneczku, co sprawia, że jesteś wolny i szczęśliwy. Wspaniałe, że pokochałeś sport mój mistrzu. Sport to twoja droga i w tym możesz zrobić wszystko, co będziesz chciał. Od małego dziecka ćwiczysz i robisz rzeczy, których inne dzieci nie robią. Przebiegłeś samodzielnie 15km w wieku 5-ciu lat. Ty wiesz, jaki to wyczyn syneczku? A ty w dodatku wcale nie wyglądałeś, aż na takiego zmęczonego. Nikt Cię nie zatrzyma!!! Tak maleńki, to jest mój plan. Będziesz wielkim mistrzem sportowym w przyszłości. Wspaniale biegasz i jesteś silny i coraz lepszy pod każdym względem. Jeżeli nawet nie będziesz mógł być w przyszłości lekarzem czy bankierem, to będziesz mógł być i będziesz wielkim mistrzem i człowiekiem, który robi to co kocha, który ma pasje i jej się oddaje. —


Cofnę się teraz wstecz i opowiem państwu naszą wspaniałą historię, która jest taka niesamowita, że ciężko znależć mi odpowiednie słowa, żeby streścić nasze przeżycia, ale postaram się i zrobię co w mojej mocy. A więc zaczynamy.

Pierwsze dni po usłyszeniu werdyktu „AUTYZM”, to bezustanne siedzenie w internecie i czytanie wszystkiego, co możliwe na temat autyzmu. To nabycie wszystkich możliwych książek i wszelkich innych materiałów na ten temat. To szukanie na forach. To błądzenie po nowym, nieznanym wcześniej świecie. Pierwsze, do czego doszliśmy, to dlaczego nasz synek ma autyzm. Oprócz spraw genetycznych, środowiskowych i wielu innych czynników mogących mieć wpływ, to myślę, że duży wpływ miały szczepionki. Jestem tego prawie pewien, no ale wiem, że w życiu nie wszystko jest takie, jak myślimy i niekiedy wydaje mi się, że tak naprawdę to tylko wiem to, że nie wiem nic… a więc co do tego również zostaje w środku niepewność. Jednak uważam, że szczepionki zrobiły swoje. Tak myślę. Szczególnie, że w 2016 roku zrobiliśmy z żoną specjalne badania moczu i kału w laboratorium w Niemczech, w Berlinie i wyniki te wykazały ogromne ilości metali ciężkich w ciele Cezara, a w szczególności aluminium i arszeniku. Fakt ten plus zdobyta przez ten czas wiedza na ten temat, umocniły mnie w przekonaniu, że szczepionki kosztowały mojego synka autyzm. Myślę, że duży wpływ mogło mieć również zagrzybione mieszkanie, w którym mieszkaliśmy gdy Cezar był malutki. Nie zdawałem wtedy sobie sprawy z niebezpieczeństwa, jakie stanowią szczepionki i grzyb. Czuje się winny. Wiedza mogła ochronić mojego synka przed losem, który go dopadł, gdyż myślę, że fakt, iż dziecko ma predyspozycje do rozwinięcia się autyzmu, nie oznacza, że ten autyzm musi się rozwinąć.

Ciężko z tym żyć. Nie mogę sobie wybaczyć, że zaprowadziłem sam mojego zdrowego syneczka na ostatnią szczepionkę, po której to się stało. Nie mogę sobie darować, że nie wiedziałem o zagrożeniu. Tak dużo czytam. Moją pasją jest uczenie się i każdego wieczoru, gdy mam chwilkę czasu, to czytam książki, oglądam dokumentalne filmy o historii, teraz o mózgu i autyzmie, uczę się i uwielbiam to robić… a nie wiedziałem wystarczająco, żeby uchronić własne dziecko. Potrafię czytać ten sam podręcznik od historii 3—4 razy z rzędu, bo za każdym razem zapamiętam coś nowego, a okazało się, że tak naprawdę nie wiedziałem nic… Nie ochroniłem syna….

Szukanie, czekanie, raport psychologa, że Cezar potrzebuje jak najszybciej terapii i kolejny raport i kolejny… Czas mijał, a pomocy żadnej. Cezar był cały czas na liście oczekujących i ponad 3 lata od tamtego momentu, Cezar dalej jest na liście oczekujących i do tej pory, oprócz prywatnie, Cezar nie doczekał się rzędnej terapii i żebym ja nie postanowił poświecić życie, żeby pomoc mojemu dziecku, to zostałby on pozostawiony bez żadnej pomocy. Na liście oczekujących. Taka jest niestety smutna prawda. Płaciliśmy ogromne pieniądze na prywatne terapie, jednak żaden terapeuta nie potrafił dotrzeć do Cezara. Nic nie pomagało. To było przerażające. Przez cały możliwy czas czytałem codziennie, godzinami, wszystko, co mogłem znaleźć na temat autyzmu i ludzkiego mózgu. Zacząłem rozumieć więcej i więcej a czym więcej rozumiałem, to tym bardziej zdawałem sobie sprawę, że nie rozumiem nic. Dawało ogromną nadzieję, że w internecie można znaleźć tyle autystycznych dzieci robiących wielkie postępy, a jednocześnie ciągły zawód, bo nie można znaleźć lekarza mówiącego tym samym językiem co my, mówiącego to samo, co mówią amerykańscy specjaliści na you tube. Szukasz, błądzisz, walczysz i ciągle jesteś w tym samym punkcie, bez pomocy, z chorym dzieckiem i z lekarzami, którzy wpierają ci, że twoje dziecko nie ma szans, że autyzm to choroba (autyzm nie jest chorobą) nieuleczalna, psychiczna, niemająca nic wspólnego ze szczepionkami. Mówią ci, że walczysz z wiatrakami i że najlepiej pogodzić się z rzeczywistością i przestać wierzyć w głupoty… Co? Mam przestać wierzyć? Przecież mój Synek ma tylko mnie i moją żonę i jeżeli my stracimy wiarę, to on już przegrał!!! Nie mój Synu! Nie poddam się! Masz mnie i nigdy nieprzestane walczyć o ciebie! Nigdy! …

Dziecko ma szansę tylko w szczęśliwej rodzinie

Po wyszukiwaniu najlepszego dostępnego specjalisty doszedłem do doktora Andrzeja Kulisza. Jest to światowej klasy doktor, który po przejściu na emeryturę otworzył wraz ze swoją żoną klinikę w Stanach Zjednoczonych. Na you tube znaleźć można wiele filmików doktora Kulisza, co ułatwia w lepszym poznaniu go i zapoznaniu się z jego koncepcja, zanim zdecydujemy się na podjęcie u niego leczenia. Doktor Kulisz oglądał zachowanie Cezara i prowadził z nami regularne rozmowy na Skype. Koszt był ogromny i mimo wydaniu w pierwszych miesiącach całych oszczędności życia, to wiem, że było warto, gdyż oprócz pomocy medycznej, doktor udzielił nam wielu bardzo ważnych rad, które stały się potem podstawą mojej własnej taktyki w terapii, którą zacząłem tworzyć dla Cezara. Doktor zapytał nas w pierwszej rozmowie, jak układa nam się w małżeństwie? Powiedział, że może wyda nam się to pytanie dziwne, ale to pytanie jest naprawdę bardzo ważne, żeby nie powiedzieć najważniejsze. Doktor Kulisz powiedział do nas:


Dziecko ma szanse tylko w pełnej i szczęśliwej rodzinie, gdzie panuje uczucie miłości. Jeżeli w rodzinie panuje zła atmosfera i prowadzone są ciągłe kłótnie, nawet nie zaczynam leczenia, gdyż jest ono bezsensowne. Dziecko w takiej rodzinie nie ma dużych szans i ani ja, ani żaden inny doktor tutaj nie pomoże”.


Te słowa zapamiętałem bardzo dobrze i bardzo dogłębnie je zrozumiałem. Dziecko z autyzmem odczuwa wszystko dwa, trzy razy mocniej, niż zdrowe dziecko. Jeżeli coś sprawia mu szczęście to odczuwa to szczęście mocniej, niż zdrowe dziecko. Jeżeli czuje miłość, to odczuwa ją ze zdwojoną, ze strojoną siłą. Ale jeżeli czuje smutek, cierpienie, strach, to odczuwa to również dużo mocniej i to jest naprawdę ważne i musimy o tym zawsze pamiętać. Zawsze! Dziecko potrzebuje miłości, czułości, spokoju, poczucia bezpieczeństwa. Tylko zapewniając naszemu skarbu takie warunki, dajemy mu odpowiednie pole do nauki, rozwijania się i poprawy zdrowia, a przecież to jest najważniejsze i o to właśnie walczymy. Wgłębiając się w literaturę na ten temat znalazłem badania doktora Markrana. Szpikował on bardzo tłustym i niezdrowym jedzeniem dwie grupy królików. Jedna grupa miała bardzo dobre i bezstresowe środowisko a druga grupa cały czas puszczane miała nagrania z odgłosami drapieżników i żyła w ciągłym stresie. Okazało się, że po kilku tygodniach zestresowane króliki miały jaskrę, chorą wątrobę i wiele innych dolegliwości nabytych od nadmiaru cholesterolu. Natomiast króliki żyjące bez stresu były bardzo zdrowe, a ich organizm uporał się ze złym cholesterolem. Doktor prowadził też badania na dzieciach i jego stwierdzenia były bardzo rzeczowe. Powiedział on, że aby zapobiec zablokowaniu obwodów mózgowych w stanie lęku czy behawioralnych wzorców, potrzeba chronionego środowiska od jak najwcześniejszych momentów życia. Stwierdził on, iż jeżeli uda się tego uniknąć, to obwody te mogą zostać zablokowane w stanie elastyczności, który bierze się z poczucia bezpieczeństwa. Są to bardzo ważne słowa, na których trzeba skupić się bardzo mocno i sprawić naszemu dziecku wspaniałe, bezstresowe dzieciństwo. Dziecko z autyzmem odczuwa bardzo głęboko wszystko, co dzieje się dookoła niego. Przejmuje na siebie wszystkie otaczające go uczucia, a sami wiemy jak ciężko jest uporać się czasami z tylko naszymi własnymi uczuciami. Wasz maluszek odczuwa wszystko. Jeżeli kłócicie się i w domu panuje ponura, nerwowa atmosfera, to wasze maleństwo z całą pewnością to odczuwa. Niewiadomo jak mocno będziecie starali się to ukryć, to dziecko i tak przejmie złą energię i będzie cierpiało zamknięte w sobie. Dlatego proszę was, kochajcie się, śmiejcie się, bądźcie mili i pozytywni. To klucz moi kochani. Kolejny raz okazuje się, że miłość jest największa, najważniejsza i czyni cuda. Kochajmy się i bądźmy szczęśliwi, a wtedy nasze maleństwo również będzie szczęśliwe. Jeżeli w naszym małżeństwie nie jest dobrze, to wygrajmy z tym, zostańmy pełną rodziną z tatą i mamą. Postawmy naszego aniołka na pierwszym miejscu i zostawmy złe rzeczy za nami. Kochajmy się. Mimo ciężkiej sytuacji, stwórzmy szczęśliwy dom miłości. Zróbmy to dla naszego dziecko. To jego szansa.

Nadmiar synaps

Często słyszymy, że autystyczny mózg jest upośledzony. Całkowicie się z tym nie zgadzam. Autystyczny mózg nie jest upośledzony. Autystyczny mózg jest unikalny. Ludzie cierpiący na autyzm mają w swoich mózgach nadmiar synaps. To wynik spowolnionego procesu przycinania synaps w mózgach autystów. Autorzy tego przełomowego odkrycia, naukowcy z Columbia University Medical Center, zauważają, że, jako iż synapsy służą komunikacji pomiędzy neuronami, ich nadmiar może mieć znaczny wpływ na funkcjonowanie mózgu. Naukowcy stwierdzili również, że jeśli cierpiącej na autyzm myszy podany zostanie lek przywracający normalny proces przycinania synaps, to zachowanie takiej myszy ulega poprawie. Nawet jeśli lek został podany już po tym, jak ujawniły się behawioralne objawy autyzmu. „To ważne odkrycie, które może doprowadzić do pojawienia się nowych terapii dla autyków” — powiedział Jeffrey Lieberman, dyrektor New York State Psychiatric Institute. „Wspomniany lek, rapamycyna, ma jednak na tyle poważne skutki uboczne, że jego wykorzystywanie u ludzi będzie niemożliwe. Jednak sam fakt, że obserwujemy jego skuteczność, oznacza, iż być może autyzm u dzieci może być leczony. Musimy tylko znaleźć lepsze leki lub odpowiednie metody terapeutyczne” — stwierdził jeden z autorów odkrycia, profesor neurobiologii David Sulzer. W niemowlęctwie w naszych mózgach powstaje olbrzymia liczba synaps. Jest ich szczególnie dużo w korze mózgowej, która jest też odpowiedzialna za zachowania autystyczne. Do późnego wieku młodzieńczego około połowa synaps z kory mózgowej zostaje wyeliminowanych. Nie od dzisiaj wiadomo, że geny związane z rozwojem autyzmu mogą też wpływać na synapsy. Dlatego też już od dłuższego czasu część naukowców spekulowała, że osoby autystyczne mogą mieć więcej synaps niż ludzie zdrowi. Naukowcy z CÓRĆ, pracujący pod kierunkiem Guomei Tang i Davida Sulzera, postanowili zweryfikować tę hipotezę. Uczeni zbadali mózgi dzieci z autyzmem, które zmarły z innych przyczyn niż sam autyzm. Dysponowali trzynastoma mózgami dzieci w wieku 2—9 lat oraz trzynastoma mózgami osób w wieku 13—20 lat. Wyniki porównali z badaniami mózgów 22 dzieci, które nie cierpiały na autyzm. Dla każdego z mózgów wybrano niewielki region, w którym policzono synapsy. Doktor Tang odkryła, że u zdrowych dzieci w okresie do późnego dzieciństwa gęstość synaps zmniejszyła się o około połowę. Tymczasem u dzieci autystycznych stwierdzono jedynie 16-to procentowy spadek gęstości synaps. Uczeni odkryli też przyczynę niedostatecznego wycinania synaps. Okazało się, że komórki mózgów dzieci z autyzmem są uszkodzone i nie działa u nich prawidłowo autofagia, wykorzystywana przez nie do degenerowania swoich własnych części. Na podstawie badań modelu mysiego naukowcy stwierdzili, że problemy z wycinaniem są związane z nieprawidłowym działaniem proteiny mTOR. Gdy jest ona zbyt aktywna, komórki mózgu tracą znaczną część możliwości autofagii. Bez tego synapsy są słabiej wycinane i w efekcie jest ich zbyt dużo. — Najważniejsze w tym odkryciu jest spostrzeżenie, że chociaż z występowaniem autyzmu łączy się setki genów, to niemal u wszystkich badanych ludzi zauważyliśmy nad reaktywny mTOR i zmniejszoną autofagię. U wszystkich miało miejsce nieprawidłowe wycinanie synaps. To oznacza, że wiele, może większość genów jest powiązana z problemem z mTOR i autofagią” — powiedział Sulzer. Połączeń między neuronami jest za dużo i są one zbyt słabe, aby mózg mógł je wszystkie w odpowiedni sposób odczytać. Potrzebny jest sposób, żeby nasz inteligentny mózg przestał interesować się mnóstwem starych i nie do użycia, połączeń i żeby tworzył on nowe szlaki, nowe drogi komunikacji między neuronami. Musimy tworzyć nowe drogi komunikacji między neuronami, ale tym razem bardzo silne drogi, przekazujące bardzo mocne sygnały i tym samym, żeby te stare, słabe i niepotrzebne obumierały, a mózg, który dostaje za dużo niespójnych informacji, zacznie odczytywać coraz dokładniej nowe, silne połączenia. Nasz mózg ma niewyobrażalna moc I potencjał, a więc nie chciałbym słyszeć głosów, że to jest nie możliwe, że się nie da… Się da. Nie ma rzeczy niemożliwych. Teraz już wiedziałem, że ten szczyt można zdobyć i że my z synkiem go zdobędziemy. Nadmiar uczuć nie do opanowania. Nadmiar informacji nie do odczytania. Nadmiar wiedzy o nieznanej treści. Nadmiar wszystkiego…

“WYOBRAŹ SOBIE, ŻE RODZĄC SIĘ POJAWIŁEŚ SIĘ W ŚWIECIE DEZORIENTUJĄCEGO, NIEMOŻLIWEGO DO UNIKNIĘCIA, SENSORYCZNEGO PRZECIĄŻENIA. JAK GOŚĆ Z DUŻO CIEMNIEJSZEJ, SPOKOJNIEJSZEJ PLANETY… OCZY TWOJEJ MATKI — STROBOSKOPOWE ŚWIATŁO. GŁOS TWOJEGO OJCA — WARCZĄCY MŁOT PNEUMATYCZNY. TEN UROCZY MAŁY ŚPIOSZEK, KTÓRY WSZYSCY MAJĄ ZA TAK MIĘCIUTKI? PAPIER ŚCIERNY Z DIAMENTOWYM ZIARNEM. A CO Z TYM CAŁYM GRUCHANIEM I CZUŁOŚCIAMI? FALA CHAOTYCZNYCH, NIEMOŻLIWYCH DO ODSZYFROWANIA DANYCH WEJŚCIOWYCH, KAKOFONIA SUROWYCH, NIEFILTROWANYCH DANYCH.


Nawet żeby jedynie przetrwać, musiałbyś być doskonały w wykonywaniu jakichkolwiek wzorów, jakie mógłbyś znaleźć w przerażającym i przygniatającym hałasie, który nigdy nie ustaje. By zostać przy zdrowych zmysłach, musiałbyś kontrolować, jak dużo się tylko da, wykształcając sztywne skupienie na detalach, rutynach i powtarzaniu. Systemy, w których specyficzne dane produkują przewidywalny rezultat, byłyby dużo bardziej atrakcyjne niż istoty ludzkie z ich tajemniczymi I niespójnymi zadaniami I ich bezładnym zachowaniem.” Tak właśnie według twórcy słynnej teorii Intensywnego Świata, Henry`ego Markrama, wygląda autyzm i tragedia dziecka budzącego się w tajemniczym świecie autyzmu. Czy mógłbyś coś zrobić? Czy mógłbyś nawiązać jakąś nic porozumienia? Czy mógłbyś się przystosować? O tym, że autyzm to nadmiar informacji mówi również wielki specjalista neuroplastyczności mózgu, dr Alvaro Pascual-Leone. Powiedział on: “Skoro mózg jest plastyczny to same mechanizmy plastyczności też mogą ulec zaburzeniom w określonych warunkach. Spektrum autystyczne to wynik nadmiernej neuroplastyczności mózgu. Osoby autystyczne wyróżnia znaczna nadwrażliwość, gdyż ich mózg stworzył za dużo połączeń neurologicznych. Autyzm może generować nienormalną, nadmierną neuroplastyczność. Mózg nie funkcjonuje wtedy prawidłowo. Pojawiają się natrętne myśli, chaos w głowie, powtarzające się czynności, zachowania rytualne.” Musimy poprzez odpowiednią stymulację mózgu wzmocnić mapy korowe i znaleźć sposób na powstawanie nowych i silnych połączeń w mózgu. Musimy znaleźć sposób usprawnienie neuroplastyczności autystycznego mózgu, gdyż jeżeli tu tkwi problem, to na czym jak nie na tym powinniśmy się skupić. Musimy więc usprawnić rozstrojone mechanizmy plastyczności. Musimy sprawić, żeby stare, zbyt słabe połączenia, nieużyteczne drogi komunikacyjne zastygały, a mózg, żeby zaczął tworzyć nowe, silne i łatwe do odczytania połączenia oraz żeby neuroplastyczność sama w sobie z wroga w tym wypadku, zmieniła się w przyjaciela. Mimo że mózg autystyczny jest za bardzo plastyczny, to jednak naszym celem nie jest zmniejszenie tej plastyczności, ale wręcz przeciwnie, powiększenie jej. Tym razem jednak nowo powstałe połączenia między neuronami mają być silniejsze. Musimy zwiększać plastyczność konkretnych miejsc w mózgu i poprzez odpowiednie bodźce tworzyć nowe, silne drogi komunikacji i usprawniać mapy korowe. Czy to jest możliwe? Oczywiście, że tak. Przecież właśnie neuroplastyczność sama w sobie polega na ciągłej zmianie, a więc jeżeli mózg jest taki potężny i może sam się regenerować to oczywiście źle działające mechanizmy neuroplastyczności też mogą się zregenerować.

Neuroplastyczność

Neuroplastyczność mózgu sprawia, że magia może okazać się prawdą, a niemożliwe możliwym. Wszystko zależy tylko od nas a nasz mózg ma niepojęte dla nas możliwości i mimo, że to on sam w tym przypadku wymaga naprawy, to jest on naszą największą bronią a neuroplastyczność daje mu możliwość bycia nią. Bazując na wspaniałej książce dr psychiatry Normana Dodge: “Mózg zmienia się sam”, jeszcze bardziej wgłębiłem się w neuroplastyczność mózgu i czym więcej na ten temat się dowiadywałem, tym większej nabierałem wiary, że jednak można coś zrobić. Doktor Norman Dodge powiedział: “W szkole uczono nas, że mózg jest jaki jest i nic go nie da rady zmienić. Mówiono nam, że kształtuje się do 18-tego roku życia, a potem zostaje już zawsze taki sam i niezmienny. Jakże trafne wydawało się przyrównanie mózgu do silnika, do maszyny… Musimy jednak stanowczo zmienić tok myślenia i poglądy na ten temat. Okazuje się bowiem i jest to już teraz nie teoria, ale znany powszechnie fakt, że mózg cały czas ewoluuje. Zmienia go każda myśl i każde przeżycie, a czym myśl I przeżycie są mocniejsze, tym zmiana jest większa. To, że jeszcze do niedawna medycyna i nauka myślały, że mózg się nie zmienia, pociągnęło za sobą olbrzymie skutki. Zarówno medycyna jak i nauka uważały, że mózg jest jak skomplikowana maszyna, gdzie każda część spełnia określona funkcję w określonym miejscu. Błędna teoria o niezmienności mózgu przyczyniła się do uznania wielu schorzeń psychicznych za nieuleczalne i w wielkim stopniu upośledziła naszą wiedzę o człowieku, odbierając szanse bardzo wielu ludziom. Najnowsza wiedza stawia w innym świetle naukę o mózgu.” Dr Norman Dodge zebrał w swojej książce badania największych ekspertów wiedzy o neuroplastyczności mózgu, a ich niesamowite odkrycia odsłaniają przed nami nieograniczone możliwości: “Mówili oni o neuroplastyczności mózgu. Pojęcie to wywraca do góry nogami przyjmowane do tej pory normy. Mózg nie jest maszyną. Kieruje się własnymi prawami i w zdumiewający sposób nieustannie sam się zmienia.” — powiedział doktor Norman Dodge. Mitch Tyler I Yury Danilov z uniwersytetu w Wisconsin, spółpracowali z Paulem Bach-Y-Rita, pionierem badań nad neuroplastycznością, który po śmierci ojca uwierzył w adaptacyjne możliwości mózgu. Zaczął konstruować nowatorskie urządzenie, by zdolności te wykorzystać w praktyce. Paul jako neurolog specjalizujący się w procesach widzenia, chciał wykazać regeneracyjne możliwości mózgu w tej właśnie sferze. Kolejnym krokiem jego badań była proteza dla osób niewidomych. Działała ona na zasadzie substytucji czuciowej. Idea substytucji czuciowej wychodzi z założenia, że mózg jest zdolny przeanalizować każdą dostarczoną mu informację. Obraz z kamery wideo przetworzony na bodziec stymulujący plecy niewidomego, zostanie odebrany przez mózg tak, jak, by pochodził z siatkówki oka. W procesie widzenia nie jest ważne skąd płynie sygnał. Dla Paula Bach-Y-Rita liczyło się nie to jak bodziec dociera do mózgu, lecz co mózg z nim robi. Nie ma znaczenia źródło sygnału. Mózg musi tylko otrzymać informację w odpowiednim kontekście, by wiedział jak ją przetworzyć i wykorzystać, zarówno do uaktywnienia nieczynnej części, jak i do wypełnienia stawianego przez niego zadania. Ich pacjent, Rogers Beg od 40-tu lat był niewidomy. Nie widział nic poza ciemnością. Dzięki skonstruowanemu przez Paula Bach-Y-Rite małego urządzenia z kamerką, umieszczonego na głowie Rogera, zaczyna on pierwszy raz od tak wielu lat, widzieć. Po przyłożeniu specjalnego czujnika do języka, urządzenie rysowało obrazy na języku. Mózg odbierał informacje i w taki to sposób niemożliwe stało się możliwe, a człowiek zaczął widzieć bez użycia oczu. To naprawdę niesamowite. Gdy Bach-Y-Rita zauważył, że moduły czuciowe mogą przetwarzać jedno wrażenie w inne, zajął się bardzo ważnym problemem równowagi. Jego pacjentka, Chery Schiltz, po ubocznym działaniu przyjmowanych leków, miała niemal całkowicie zniszczony narząd równowagi. Nie mogła utrzymać się na nogach w pozycji stojącej. O jeździe na rowerze mogła sobie tylko pomarzyć. Cały czas miała wrażenie jak, by spadała w dół. Była inwalidką z ciężkim zaburzeniem równowagi. Na co dzień żyła w świecie gdzie wszystko gwałtownie się kołysze. Do tego cały czas słyszała ona hałas, szum. Nie w sęsie głosu, ale jako uczucia głosu. Nie mogła się przez to na niczym skupić. Mówiła, że jak, by można było usłyszeć zamęt w głowie, to brzmiałby on właśnie tak. Jej życie było koszmarem, a jej mózg znajdował się w ciągłym chaosie, gdyż nie wiedział co ma robić. Gdy założyła ona na głowę już pierwszy raz urządzenie skonstruowane przez Paula Bach-Y-Rite, uczucie kołysania się i szum minęły, a ona sama pierwszy raz od bardzo dawna, stanęła na baczność. Urządzenie te, to kask z akcelerometrem w środku, który przekształcał informacje o położeniu głowy w sygnał odbierany przez język I dostarczany do mózgu. Bach-Y-Rita uważał, że mózg można przeprogramować, wykorzystując alternatywne szlaki impulsów nerwowych, lub tworząc nowe. Mózg Sheryl odbierał informacje z języka i przekazywał je do części pnia mózgu, która normalnie przetwarza bodźce dotykowe. Ta informacja zostaje przekierowana do obszaru, który zajmuje się równowagą. Tak uruchamia się uśpiony szlak. Paul mawiał: “ W normalnie funkcjonującym układzie nerwowym działają normalne połączenia, które przypominają autostrady. Przepływają nimi sprawnie potężne ilości informacji. Jeżeli na autostradzie wydarzy się wypadek, to można albo utknąć w korku albo pojechać dalej boczną drogą. Z czasem jeśli mózg często korzysta z tych podrzędnych dróg, to zmienia je w znakomite autostrady. Nowe szlaki stają się bardziej wydajne.” Gdy okazało się, że Chery jest w stanie ustabilizować ciało Paul postanowił sprawdzić jak długo będzie mogła ona utrzymywać równowagę bez wspomagania. Po wyjęciu stymulatora z ust, jeszcze przez chwilę czuła się tak jak, by urządzenie dalej działało. Tym dłużej, nim dłużej go stosowała. Dalsze badania efektu rezydualnego wykazały, że podlegał on kumulacji i wydłużał się z sesji na sesję. Okazało się, że pacjenci nie będą musieli korzystać z urządzenia cały czas, gdyż w mózgu bardzo szybko powstawały nowe drogi komunikacji i tak samo szybko z bocznych dróg stawały się autostradami. Możemy więc tu mówić, że mamy doczynienia nie ze zwykłą substytucją czuciową, ale z neurorehabilitacją. Mózg Chery został przeprogramowany. Idea, że mózg może zmienić swoje postępowanie i przystosować się do nowych zadań, była wywrotowa. Paul Bach-Y-Rita poświecił 40 lat życia żeby udowodnić jej słuszność. Paul Bach-Y-Rita był wizjonerem, który jako pierwszy dostrzegł cały potencjał plastyczności. Zaczął tę wiedzę stosować w praktyce, by pomagać innym ludziom. Przedstawił też nowy obraz mózgu. Mózgu, który w zmieniającym się świecie sam ewoluuje. Paula Bach-Y-Rity nie ma już niestety z nami. Zmarł na guza mózgu, a koncepcja neuroplastyczności mózgu wkrótce po jego śmierci została potwierdzona. Przed śmiercią ten wielki geniusz powiedział, że zasiał kilka ziaren i ma nadzieję, że inni podejmą jego dzieło. Cały czas potwierdzamy wizjonerskie idee Paula i stosujemy je w praktyce. Paul Bach-Y-Rita dokonał tak wielkiego przełomu, że jego nazwisko moim zdaniem powinno być znane na równi z największymi geniuszami i myślę, że nie jest tylko dlatego, że dopiero wkraczamy w ere wiedzy o neuroplastyczności i nie jesteśmy jeszcze świadomi jak wielką moc posiada nasz mózg. Myślę, że niesamowitym przykładem jak wiele możemy zrobić z własnym mózgiem jest osobisty przykład jednego ze znakomitych specjalistów w dziedzinie neuroplastyczności mózgu, dr Barbary Arrow smith-Young z Toronto w Kanadzie. Prowadzi ona program w jednej z amerykańskich szkół, który zmienia zdolności poznawcze. Zajmuje się ona głównie uczniami, którzy mają problem z przyswajaniem wiedzy. Program wkracza bezpośrednio w obszar ich niedomagań, skupiając się na tej sferze, która tego wymaga. Doktor Barbara urodziła się z całym wachlarzem dolegliwości. Miała olbrzymi problem z przyswajaniem wiedzy. Wiele obszarów mózgu odpowiedzialnych za czynności kognitywne było w jej przypadku mocno opóźnione w rozwoju. Mówiła niewyraźnie. Nie umiała określić położenia swoich kończyn, ale największe problemy sprawiało jej rozróżnianie symboli I związków między nimi. Nie rozumiała ona po prostu zwyczajnych rozmów. Czuła się bardzo zagubiona, a gdy nauczyciel powiedział, że ma ona blokadę w głowie, to ona rozumiejąc wszystko bardzo dosłownie, myślała przez bardzo długi okres życia, że naprawdę taką blokadę w głowie ma. Wypracowała ona mnóstwo teorii żeby tuszować swoją ułomność i naśladowała inne dzieci. Moim zdaniem doktor Barbara Arrow smith Young, cierpiała po prostu na autyzm, ale nigdy nie została zdiagnozowana. No, ale jak to? Cierpiała? Czyli że co? Że już nie ma autyzmu? No, ale przecież autyzm jest niewyleczalny? No właśnie. I dlatego pani doktor jest tak wspaniałym przykładem. Typowe autystyczne dziecko, które nie dość, że zwyciężyło z autyzmem, to jeszcze zostało wielkim doktorem i pomaga teraz wielu potrzebującym tego ludziom. Naprawdę jest ona niesamowitym przykładem, jak może zmienić się nasz mózg. Jako młoda dziewczyna przeczytała ona książkę Aleksandra Lurii: “Świat utracony i odzyskany”. Książka ta opowiadała o rosyjskim żołnierzu rannym w głowę i mającym te same problemy z mózgiem jak ona. Autor opisuje w książce, które części mózgu zostały uszkodzone. Barbara wiedziała teraz, który fragment jej mózgu nie jest w pełni sprawny. Nadknęła się też na neurologa, który twierdził, że mózg jest plastyczny i może się zmieniać. Bardzo specyficzne stymulacje i trening potrafią zmienić działanie mózgu na etapie fizjologicznym tak, by umożliwić skuteczną naukę. Uwierzyła ona doktorowi i to był klucz do jej przyszłego zwycięstwa. Uwierzyła, że da się z tym coś zrobić, że można przeprogramować mózg. Ponieważ tak samo jak żołnierz, bohater wspominanej książki, nie umiała odczytać zegarka, zaczęła od tego. Wymyślała jakąś godzinę i rysowała kolejne tarcze zegarowe ze wskazówką pokazującą godzinę. Później zaczęła dodawać wskazówkę minutową, potem sekundową. Już po kilku tygodniach treningu zauważyła zmiany. Była to dla niej olbrzymia i jak bardzo potrzebna motywacja, a dalsza ciężka i systematyczna praca przyniosła niewiarygodne wręcz efekty. Dzięki systematycznej pracy w odpowiednich obszarach mózgu powstały nowe połączenia, które zaczęły funkcjonować najpierw w stopniu przeciętnym, a wkrótce ponad przeciętnym. Jest ona przekonana teraz, że za pomocą obszarów kognitywnych stymulujemy prace mózgu i w ten sposób przeprogramowujemy go, wzmacniamy i usprawniamy. To naprawdę niesamowite, ale z upośledzonej dziewczyny przemieniła się w światowej klasy doktora, prowadzącego swój własny program terapeutyczny i dokonała tego sama, co było genialne samo w sobie. Czy to cud? Tak i nie. Nie, gdyż plastyczność mózgu jest faktem. Tak, ponieważ plastyczność mózgu sama w sobie jest cudem. Albert Einstein powiedział:


“MOŻNA ŻYĆ, JAK BY CUDA NIE ISTNIAŁY, LUB JAK BY WSZYSTKO DOOKOŁA BYŁO CUDEM”.


Ja wolę żyć, tak jak by wszystko dookoła nas było cudem i tego chciałbym dla Cezara. A cud jak to cud… sprawia, że wszystko jest możliwe….Myślę, że pani doktor, doktor Barbara Arrow Smith Young, jest dla mnie wielką inspiracją i wierzę, że Cezar w przyszłości też może być doktorem, terapeutą i razem będziemy prowadzić klinikę terapeutyczną, w której będziemy starali się za pomocą Metody Cezara i przebytych z Cezarem doświadczeniach, pomóc innym autystycznym dzieciom i wierzę, że Cezar, pamiętając swoje życie i znając najlepiej swój autystyczny świat, może w przyszłości być wspaniałym terapeutą. Zresztą, jakie może. Cezar jeżeli będzie chciał, to będzie w przyszłości wielkim terapeutą i dokona wielu wielkich rzeczy. Ja to wiem. Jestem tego pewien i taką wiarę staram się przekazać Cezarowi, a jeżeli i jego mózg w to uwierzy to nikt i nic go nie zatrzyma.

Kolejnym świetnym przykładem elastyczności mózgu jest historia Sueann Mark. Przed 30-tym rokiem życia dowiedziała się ona, że ma raka piersi. Przeszła chemioterapie, ale dopadł ją syndrom mózgu po chemioterapii. Czuła się jak by opadła na nią mgła, która utrudnia dopływ i przetwarzanie informacji. Walczyła ona o każde słowo w rozmowie i brakowało jej podstawowych, powszechnie znanych wyrażeń. Jej pamięć była zlepkiem niespójnych informacji. Nie mogła się połapać w szczegółach ani skupić się na niczym. Doktor Merzenich powiedział ze: “Mimo rozległych uszkodzeniach, powstałych wskutek na przykład intensywnej chemioterapii, mózg stara się, mimo występujących zakłóceń, dokładnie i po kolei przetworzyć wszystkie napływające do niego informacje”. Doktor profesor Micheal Merzenich przyczynił się do wielu odkrywczych zastosowań wiedzy o plastyczności mózgu. Jego domeną jest usprawnianie procesów myślenia i postrzegania, poprzez trening rozwijający mapy korowe. Za pomocą takich map mózg tworzy sobie obraz świata. Długo uchodziły za niezmienne, lecz Merzenich odkrył, że pod wpływem ćwiczeń stają się większe i silniejsze. Merzenich pracuje z dziećmi i bazując na koncepcji neuroplastyczności mózgu tak kieruje on pracą mózgu, by wzrosła skuteczność przyswajania wiedzy. Powiedział on: “…Służy temu między innymi Metoda Fast For world. Jest to program komputerowy udający grę, lecząc zaburzenia poznawania słuchowego. Dzieci uważają te ćwiczenia za zabawę, a w rzeczywistości jest to poważny i intensywny trening, zaprojektowany tak, by dziecko jak najszybciej i jaj najpełniej poprawiło swoje umiejętności fonologiczne.” Skuteczność programu została dowiedziona. Obraz tomograficzny mózgu dziecka, które ma trudności z czytaniem wyraźnie różni się od mózgu dzieci zdrowych. Merzenich wykazał, że gdy w miarę treningu umiejętności poprawiają się, obraz mózgu także się normalizuje. Naukowe osiągnięcia służą nie tylko dzieciom, ale również dorosłym. Mózg zachowuje plastyczność od kolebki po grób. Badania doktora Merzenicha wykazały, że osoby starsze mogą dzięki odpowiedniemu treningowi, utrzymywać pamięć w dobrej kondycji i funkcjonować jak przed 25-oma laty. “Z wiekiem mózg zwalnia I działa gorzej. Można go porównać do radioodbiornika, który nie dostraja się już tak dobrze do sygnału. Starsze mózgi zapominają większość tego, co słyszą i co zobaczą. Ma to olbrzymi wpływ na to jak funkcjonujemy, jak się czujemy, jaką mamy radość i chęć do życia.” — powiedział doktor Merzenich. Dzieje się tak jednak tylko dlatego, że pozwalamy na to, a ja osobiście mógłbym skłonić się nawet do stwierdzenia, że sami taki los dla naszego mózgi, a tym samym dla siebie, wybieramy. Wcale jednak nie musi tak być. Możemy coś z tym zrobić. Możemy ćwiczyć nasz mózg. Możemy go usprawniać i zmieniać. Możemy. Naprawdę możemy. Albo możemy nie robić z tym nic, ulec życiowej rutynie, przestać się uczyć, ugasić plastyczność własnego mózgu i szybko stać się niedołężnym człowiekiem w sytuacji, gdy druga osoba w tym samym wieku będzie wspaniale funkcjonować, chodzić w góry, biegać, jeździć rowerem i tak jak przed laty, będzie brać życie pełnymi garściami. Bardzo ważna jest tutaj wiedza na ten temat. My po prostu musimy o tym wiedzieć i musimy być tego świadomi, żebyśmy mogli ćwiczyć nasz mózg oraz utrzymywać go długo w dobrym stanie. To jak z treningiem mięśni. Nie ćwiczone mięśnie będą słabnąć i zanikać, a odpowiednio trenowane będą utrzymywać się w dobrej formie, a także będą tę formę usprawniać. Czym trening będzie lepszy I intensywniejszy to tym mięśnie będą lepsze, większe, mocniejsze i będą miały większe możliwości. Bardzo dobry na trening mózgu w starszym wieku jak i w każdym wieku, jest program komputerowy “Fitness brain”. Różnego rodzaju gry są wspaniałym treningiem mózgu I bardzo pomagają w poprawie pamięci, tak jak to miało miejsce w przypadku pacjentki doktora Merzenicha, Sueann Mark. Już po kilku tygodniach intensywnego treningu poprawiła się u niej koncentracja i zaczęła powracać pamięć. Nabrała ona pewności, że może funkcjonować tak jak przed chemią a kontynuacja treningu sprawiła, że tak właśnie się stało. W Birmingham w stanie Alabama mieszka hirurg okulista, przeprowadzający bardzo precyzyjne operacje wewnątrz gałki ocznej, Michael Bernstein. Jest on też znakomitym pianistą i zapalonym tenisistą. Gdy miał 54 lata udar sparaliżował mu połowę ciała. Nie mógł poruszać lewą ręką i lewą nogą. Rehabilitacja miała trwać długo, ale logopeda i terapeuta uprzedzili go żeby nie spodziewał się dużej poprawy. Michael Bernstein został jednym z pierwszych pacjentów poddanych metodzie doktora Edwarda Tauba, zwanej: „Metodą ograniczania i wymuszania ruchu”. Daje ona dobre wynika nawet u osób, które po udarze były sparaliżowane przez wiele lat. Unieruchomienie zdrowej dłoni w rękawicy zmusza sparaliżowaną rękę do wykonania podstawowych ruchów. Pacjenci, z którymi pracował Edward Tsub, z założenia medycyny nie mieli szans na zbytnie poprawienie zdolności do ruchu ciałem i nie było dla nich szansy na powrót do zdrowia. Jedna ze stosowanych przez doktora technik nosi nazwę: “Modelowania”. Sam doktor Tsub powiedział: “Jest to trening, który metodą bardzo małych kroków poprawia reakcje motoryczne I motoryczną sprawność pacjenta. Systematyczny, ukierunkowany trening wywołuje zmiany w miejscach uszkodzonego mózgu, prowadząc do jego przeprogramowania. Nowe neurony mogą przejąc funkcje utraconych komórek. Osoby po udarze lub rozległym obrażeniu mózgu, często nie używają porażonej ręki. Nie dlatego, że nie mogą, ale dlatego, że nauczyli się żeby wogóle nie próbować. Terapia — Metoda Ruchu Wymuszonego — mobilizuje zdrową część mózgu, by przejęła kontrole nad bezwładną ręką. To właśnie jest neuroplastyczność mózgu.” Tsub opracował swoją metodę po wieloletnich badaniach nad aferentacją. Połączenia atencyjne przekazują do rdzenia kręgowego informacje z kończyn. Ed Tsub przecinał to połączenie u małp, powodując bezwładność jednej łapy. Potem unieruchamiał łapę zdrową. Przez tydzień małpa nosiła opatrunek, który uniemożliwiał jej ruch zdrową łapą. W efekcie zaczęła się ona posługiwać bezwładną kończyną i używała jej już potem do końca życia, nawet po zdjęciu opatrunku ze zdrowej łapy. Tsub chciał sprawdzić skuteczność tej metody w wypadku pacjentów po udarach. Metoda ta okazała się bardzo skuteczna i działała znakomicie także na pacjentów nie po udarze. Stosowana jest także w przypadku pacjentów z innymi uszkodzeniami mózgu, w tym u rannych w Iraku żołnierzach oraz u osób po chemio i radio terapii. “Daje dobre skutki nawet w wypadku dzieci z porażeniem mózgowym. Proces przebiega czasami powoli, czasami zaś zaskakująco szybko, aż wtedy wygląda to niemal na cud.” — powiedział doktor Tsub. I znowu powróciliśmy do słowa “cud” moi kochani. No właśnie… Michael Bernstein powrócił do zdrowia i do pracy, która wymagała bardzo dużej precyzyjności. Powrócił też do gry na fortepianie. Niemożliwe stało się faktem. Okazuje się, że starego psa można, można nauczyć nowych sztuczek i ta prawda leży u podstaw neuroplastyczności mózgu. Doktor psychiatra Norman Doighe, którego zebrane do książki “Mózg zmienia się sam”, materiały, ja wykorzystuje i uważam za bezcenne, powiedział: “Zagłębiając się w neuroplastyczność, natykamy się na pewien paradox. Paradox neuroplastyczności. Polega on na tym, że ta sama właściwość naszego mózgu, która pozwala mu dostosowywać się do nowych potrzeb jest także źródłem najbardziej trwałych nawyków. Wszyscy rodzimy się z potencjałem plastyczności. Niektórzy z nas z czasem elastyczność tą zwiększają. U innych dziecięca spontaniczność, kreatywność i nieprzewidywalność, ustępują miejsca rutynie, która zmienia nas w sztywne karykatury nas samych. Wszystko, co polega na niezmiennym powtarzaniu czynności, takich jak praca, muzyka, rozrywka, trening a także nerwice, może prowadzić do skostnienia.” Geniusz i istny czarodziej neuroplastyczności, jeden z najbardziej intrygujących specjalistów w tej dziedzinie oraz wizjoner, który za pomocą urojeń leczy złudzenia, a wyobraźni używa do zmiany mózgu i jego zawartości, dr Vilayanur S. Ramachandrań, powiedział, że: “Idea neuroplastyczności jest dla nas dzisiaj oczywista. Mózg jest niebywale podatny na zmiany. Także na zmiany takie, które usprawniają działanie. Zaczynamy nową erę badań nad zdolnościami regeneracyjnymi mózgu i ich klinicznym zastosowaniem”.

Największe wrażenie wywarła na mnie historia Michelle Mack ze stanu Wirginia w USA. Michelle urodziła się ze straszną przypadłością. Otóż nigdy nie wykształciła się u niej lewa półkula mózgu. Michelle miała tylko pól mózgu. Nie znano wtedy rezonansu magnetycznego i lekarze uprzedzili rodziców, że w około 11-tym roku życia mózg dziewczynki przestanie się rozwijać. Rodzice Michelle byli zrozpaczeni, jednak nadzieję przyniósł im doktor Jordan Grafman, który negował wszystko, co mówiono w tym czasie o mózgu i twierdził on, że mózg się zmienia, przeprogramowuje i sam się usprawnia. Dziewczynka przystąpiła do intensywnego treningu i niemożliwe stało się możliwym. Prawa półkula mózgu Michelle przejęła wiele obowiązków lewej półkuli. Dorosła już teraz Michelle mówi, korzysta z pamięci słownej i normalnie funkcjonuje w społeczeństwie. Myślę, że przypadek Michelle najlepiej pokazuje nieograniczoność i potęgę ludzkiego mózgu oraz neuroplastyczności i daje wielką nadzieję, że słowo “niemożliwe” jest tylko pustym słowem.

Przedstawiane tutaj przykłady są dowodami na moc neuroplastyczności, jednak nie wszyscy w to wierzą, mówiąc, że to tylko pojedyńcze przypadki. Dobrym przykładem odniósł się doktor Vilayanur S. Ramachandrań, który powiedział, że jeżeli przyprowadziłby gadająca świnie i zademonstrowałby, że ta świnia rozmawia, to każdy zrobiłby wow i nikt nie potrzebowałby drugiej świni, żeby uwierzyć w cud. Jednak w tym przypadku wielu specjalistów żąda drugiej świni. To znakomity przykład, a ja nalezę do tych ludzi, którzy nie żądają drugiej świni, żeby uwierzyć w cud. Nasz mózg jest cudem. Neuroplastyczność jest cudem. Nasze życie jest cudem. To, co dzieje się w tym momencie w życiu Cezara jest po prostu cudem. Wiedza o neuroplastyczności mózgu dawała mi olbrzymią wiarę i oczekiwałem pomocy oraz wspólnej walki z lekarzami, ze specjalistami od autyzmu… Spodziewałem się pomocy w walce o życie syna. Wiedziałem, że ta pomoc jest możliwa i nie można marnować czasu, ale trzeba walczyć o życie Cezara. Wiedziałem, że zwycięstwo jest możliwe i potrzebowałem specjalistów myślących tak samo, wierzących w zwycięstwo… Jednak rzeczywistość rozczarowywała, lekarze mówili “innym językiem”, a Cezar był ciągle na liście oczekujących. Czas mijał, a mój synek nie miał czasu. Mój synek potrzebował pomocy teraz. To już wtedy przychodziły mi do głowy pewne pomysły odnośnie wielkich rzeczy robionych dla syna, a wiedza o tym jak korzystne mogą być wielkie momenty, wielkie przeżycia, skłaniała mnie do pragnienia zrobienia czegoś naprawdę olbrzymiego dla Cezara. Czegoś, co będzie moim darem dla niego, co da mi motywacje i co zapoczątkuje drogę zmiany i przeprogramowywania się mózgu Cezara i rozpocznie naszą drogę po zwycięstwo. Nie miałem jeszcze sprecyzowanego planu działania i nie wiedziałem co mam robić dokładnie, a to wszystko o plastyczności mózgu, o czym uczyłem się tak usilnie, dawały mi jakąś podstawę i jakiś punkt zaczepienia, ale ciągle błądziłem w wirze swoich rozmyśleń i nie śpiąc po nocach szukałem drogi pomocy dla Cezara. Już wtedy wiedziałem, że muszę dla syna zrobić coś wielkiego. Dla niego, ale i dla siebie, bo bardzo potrzebowałem motywacji do rozpoczynającej się walki z autyzmem syna i potrzebowałem przełamać jakąś barierę oraz zrobić coś niewiarygodnego, coś nie do zrobienia, a przez to nabrać wiary w zwycięstwo, wiary w dokonanie niemożliwego. Potrzebowałem wielkiej motywacji i tak bardzo chciałem zrobić coś olbrzymiego dla mojego kochanego synka. Cóż mogłoby być lepszego, niż spełnienie swojego największego marzenia z dzieciństwa i zostanie mistrzem świata wagi ciężkiej. Wow. Ten pomysł od razu wydał mi się wspaniały. Postanowiłem od razu, zdobędę dla syna to mistrzostwo świata. Jak tego dokonam? Uwierzę w to, stworzę z moim synem najlepszą drużynę na świecie i razem wygramy. Jednocześnie do realizacji tego użyję tego wszystkiego, czego dowiedziałem się o mózgu i zdobędę dowód sam przed sobą, że to działa i będę miał największą motywację i wiarę do walki o synka życie, do rozpoczęcia własnej terapii.

Trójbój siłowy zacząłem w późnym wieku, 30-tu lat i według wielu nie łatwo w tym wieku nadrobić to co uzyskali inni zawodnicy trenujący większość życia. Jednak postanowiłem, że zrobię to dla Cezara i zawieszę ten medal na jego szyi. Marzyłem, żeby wznieść synka na rękach z Polską flagą i dumnie stać na najwyższym podium, słuchając Mazurka Dąbrowskiego. Tak bardzo chciałem, żebyśmy reprezentowali Ojczyznę na tych mistrzostwach. Mój synek w wieku 4-ech lat w Polskiej kadrze mistrzostw świata ze złotym medalem na szyi, słucha Polskiego Hymnu na najwyższym podium… To była piękna myśl. Nie możliwe? To tylko marzenie? Autyzm też jest niby nieuleczalny, a mój synek z nim wygra, a więc i ja dla niego wygram. Wygram, dokonam „niemożliwego” i dam Cezarowi ten tytuł a po wygraniu takiej walki, wygramy każdą kolejną.

Najpierw pierwsze eliminacje. Przeszedłem. Potem drugie. Udało się. Zakwalifikowałem się. Wow. Będziemy z synkiem na mistrzostwach świata. Niesamowite uczucie… Potem oczywiście trening, trening i trening, a w tym wszystkim cały czas uczestniczył ze mną synek, który obserwował, czuł i poznawał piękno sportu oraz sportowej rywalizacji. To na siłowni, to podczas treningów zacząłem czuć, że Cezar łapie jakby zainteresowanie. To już wtedy zacząłem zauważać, jak dobrze sport wpływa na Cezara i że podczas treningów Cezar nie tylko doznaje wiele szczęścia, ale również uczy się. Co? Uczy się? Tak! Właśnie tak! To odkrycie było dla mnie większe, niż odkrycie Ameryki przez Kolumba. To odkrycie pozwoliło mi znaleźć odpowiednią drogę w dotarciu do Cezara. Od tej pory ćwiczyliśmy razem i treningi nabrały innego znaczenie. Mogłem robić je razem z synem, a wszystko, co robimy razem, jest wyjątkowe i bezcenne. Idziemy na siłownię. Śpiewam Cezarowi całą drogę. On się śmieje, biega. Jest szczęśliwy. Przebieramy się. Cezar ślicznie wygląda w swoim stroju treningowym. Rozgrzewamy się. Ja biegam dookoła sali treningowej i synek z wielkim uśmiechem biegnie po całej sali. Wymachy rąk i rozgrzewka całego ciała. Cezar trochę poruszał się ze mną, po czym pobiegł wziąć dużą piłkę, którą bawi się często na siłowni, a po kilku tygodniach zauważyłem, że zaczyna próbować powtarzać ćwiczenia, które mu pokazuję, co było wspaniałym spostrzeżeniem, gdyż do tej pory był on naprawdę bardzo zblokowanym i zamkniętym w sobie chłopcem, którego nie interesował nikt i naprawdę ciężko było do niego dotrzeć. Teraz widzę, że Cezar zaczyna przejawiać zainteresowanie tym, co ja robię. To wspaniałe. W większości czasu woli jednak biegać, turlając piłkę, co jest również dla niego wspaniałym ćwiczeniem i co najważniejsze, sprawia mu radość. Dzisiaj wyciskamy. Kładę się na ławeczkę. Sadzam synka na swoim brzuchu.

On kładzie swoje malutkie raczki na gryfie i ciśnie mocno do dołu. To mój mały pomocnik. Mój najlepszy partner treningowy. Wyciskam i liczę głośno. Wstaję z ławeczki, a na moje miejsce kładę Cezara i daje mu do rączki plastikowy kij. Niewiarygodne, ale Cezar zaczyna wyciskać, a ja liczę jego ruchy. Cezar zaczął to z czasem uwielbiać, no i ja też. Po kilku treningach zarówno gdy ja wyciskam, jak i gdy Cezar wyciska, wydaje on głos, jak by próbował powtarzać po mnie. Niesamowite. Jak wspaniale jest słyszeć jego głos. Jakie to cudowne. Mimo że wydobywane przez niego dźwięki są bardzo niewyraźne i podobne do siebie, to jest to nieważne. Ważne, że mój synek próbuje mówić. Że stara się. Że wreszcie zaczyna wydawać inny głos niż: — Iiiiiiiiiiii — Wow. Mój synek wydaje głos. Ale szczęście. Mój synek będzie rozmawiał. Ja to wiem. On będzie rozmawiał! Autyzm jest uznany za nieuleczalny, ale przecież wiele chorób kiedyś uważane były za nieuleczalne, a teraz nie są nawet bardzo groźnymi. Tak. Wiem, że autyzm można uleczyć. Wiem, że mój synek ma szansę i nikt mu jej nie odbierze! Wiem też, że coś gdzieś zostało przeoczone i postanowiłem to odnaleźć, a po zaobserwowaniu, że Cezar lepiej reaguje na naukę podczas wysiłku fizycznego, zacząłem szukać głównie w tym kierunku a nasze wspólne treningi i na siłowni i na podwórku stały się od tej pory na porządku dziennym, a Cezar wręcz pokochał trening.

Jednak wrócę do zagadnienia, że Cezar lepiej reaguje na naukę podczas treningu. Wiedziałem, że ktoś musiał już kiedyś wpaść na ten pomysł. Przeszukując kolejne badania, doszedłem do pewnych jak ważnych odkryć i wniosków, a gdy natknąłem się na Profesora Greenough to od razu poczułem, że to może być to. Zacząłem szukać głębiej i więcej na temat doktora oraz jego badań i wreszcie wiedziałem, że znalazłem to czego szukałem.

Profesor, doktor psychologii, William T. Greenough — pionier plastyczności mózgu i jeden z najwybitniejszych ludzi zajmujących się badaniami mózgu

Otóż profesor całe swoje życie poświecił badaniu neuroplastyczności mózgu. Szukał on bodźców szczególnie korzystnych do lepszego rozwoju mózgu i rozwinięcia jego większych możliwości. Prowadził on latami eksperymenty na szczurach, sprawdzając przeróżne sytuacje i bodźce, w jaki sposób oddziaływują na mózg. Ja opowiem wam o jego końcowym eksperymencie, który okazał się sukcesem jego życia i pokazał, w jaki sposób można zwiększyć możliwości mózgu do uczenia się, nawet o 25% w przypadku jego eksperymentów, co same w sobie jest czymś niesamowitym i sama z siebie rzuca się szybko myśl, że przecież to może być bomba jeżeli chodzi o terapię w autyzmie. Przecież, o co może bardziej chodzić w autyzmie jak nie o zwiększenie możliwości mózgu do nauki, do wchłaniania wiedzy… To jak wystawienie do walki żołnierza z gołymi rękoma i żołnierza z karabinem maszynowym. Który ma większe szanse na zwycięstwo? Odpowiedż jest myślę prosta. Tak samo jeżeli weźmiemy dziecko autystyczne i drugie dziecko autystyczne, u którego zwiększymy możliwości mózgu do uczenia się o 25%. Które dziecko ma większą szansę w skuteczności jego terapii i które dziecko ma większą szansę na końcowe zwycięstwo? Odpowiedż jest oczywista. A więc przejdę teraz do eksperymentu profesora. Profesor Greenough przeprowadził na Uniwersytecie Illinois serie eksperymentów na szczurach. Podzielił on szczury na grupy. Jedna grupa gryzoni została umieszczona w klatkach, gdzie życie ich było bardzo wygodne, ale jednocześnie bardzo nudne. Druga grupa miała ćwiczyć 2 razy dziennie po 20 minut. Profesor chciał sprawdzić, czy wysiłek fizyczny wpływa na rozwój mózgu. Okazało się, że tak! Aktywne szczury miały zdrowsze i bardziej ukrwione mózgi. Ale czy dzięki temu były mądrzejsze? Ludzki mózg składa się z miliardów komórek, zwanych neuronami. Za pomocą wypustek neurony tworzą sieć połączeń. Ich ilość determinuje sprawność umysłu. Aktywne szczury miały lepiej ukrwione mózgi, ale liczba połączeń między neuronami pozostała taka sama. Nie były więc mądrzejsze. Niestety. W kolejnej fazie eksperymentu szczury zostały poddane jednocześnie stymulacji umysłowej i fizycznej. Profesor własnoręcznie zbudował tor przeszkód, po którym miały się poruszać. Szczury biegały, a jednocześnie zmuszone były do myślenia i nauki poprzez pokonywanie różnego rodzaju labiryntów i wybierania złych i dobrych dróg. Ta grupa szczurów była aktywniejsza fizycznie i intelektualnie. Po kilku tygodniach profesor odkrył, że te szczury są mądrzejsze od pozostałych, a zrobione po kilku miesiącach pracy ze szczurami, badania mózgu, były wręcz zdumiewające. Okazało się, że miały one o 25 procent więcej połączeń między neuronami, niż szczury z dwóch poprzednich grup. To dowodziło o intelektualnej przewadze gryzoni nad pozostałymi. Połączenie aktywności fizycznej I wysiłku intelektualnego owocuje u szczurów poprawą szeroko rozumianej inteligencji. Odkrycie to dało niesamowite możliwości innym specjalistom z różnych dziedzin i okazało się przełomowe w badaniach nad plastycznością mózgu. Odkrycie to bardzo szybko ze szczurów przeniesione zostało na dzieci i już pierwsze próby przynosiły bardzo dobre efekty. W roku 1983 istniały w stanie Pensylwania instytuty na rzecz rozwoju ludzkiego potencjału. Przekonywano w nich rodziców, że dzięki odpowiedniemu połączeniu aktywności fizycznej i intensywnej nauki, mogą ukształtować swoje dzieci na podobieństwo geniuszy. Doktor Doman był jednym z najlepszych specjalistów, idących droga Profesora Greenough. Metody jego były niesamowicie skuteczne i sprawdzały się nie tylko ze zdrowymi dziećmi, ale również z dziećmi z uszkodzeniami mózgu. Twierdził on, że dzieci te chętniej się uczą, niż jedzą i że każda forma stymulacji ich mózgu jest dobra… Teraz już wiedziałem, że sport musi być podstawą naszej walki. Wiedziałem, że mózg jest plastyczny i można go zmienić. On sam może się zmienić, przeprogramować, naprawić. Wiedziałem, że w autystycznym mózgu jest za dużo słabych połączeń między neuronami i wiedziałem, że kluczem może być znalezienie drogi do tworzenia nowych dróg komunikacji w mózgu. Wiedziałem, że muszę znaleźć drogę do budowania przez mózg nowych, silnych połączeń między neuronami. A teraz znalazłem bardzo mocny bodziec, żeby mózg tworzył nowe, silne połączenia, a również, żeby wzmacniał się sam I wzmacniał mapy korowe. Wiedziałem już dużo. Teraz musiałem zdobyć ten jak, że ważny punkt motywacji i wygrać mistrzostwa świata. Wiedziałem, że jeżeli mi się to uda, to nikt nas już nie zatrzyma. Tak się motywowałem. To wyniosłem przez lata ze sportu. To walka, której nie mogę przegrać. To walka o życie Cezara. To walka o wszystko!!!

Mistrzostwa świata

Już czas. Czy jestem gotowy? Czy się nie ośmieszę? … Nie! Nie mogę! Muszę zdobyć medal Mistrzostw Świata. Muszę zrobić to dla mojego synka i stanąć z nim na podium. Druga szansa może się już nigdy nie powtórzyć. To wielki moment i muszę go wykorzystać. Dzisiaj nie jestem tylko ojcem Cezara, ale jestem Polakiem, który reprezentuje nasz kraj, który reprezentuje naszą Ojczyznę na Mistrzostwach Świata, który reprezentuje Polskę. Synek nie rozumiał jeszcze wtedy wiele, ale dostojność i powaga tamtego dnia, musiała głęboko docierać do jego mózgu, a on sam tego dnia był inny, i pierwszy raz w życiu wyglądał na przejętego, w pozytywnym tego słowa znaczeniu i mimo że był trochę chory, to choroba była niczym, przy przygodzie, którą właśnie przeżywał. Jest to dla mnie taki wielki honor i zaszczyt, że nie potrafię tego słowami opisać w żaden sposób. Stojąc z Polską flaga i z Orłem, godłem naszym, na piersi, czułem się jak nigdy dotąd. To niezapomniane uczucie. To piękne uczucie dumy, miłości do Ojczyzny,… miłości samej w sobie, niesamowicie wielkiego patriotyzmu i poczucia połączenia się ze wszystkimi Polakami… To uczy….

No ale zacznę to wydarzenie od początku, gdyż jest to pierwsza wielka rzecz w życiorysie Cezara i zapoczątkowała ona serię niekończących się wyzwań i przygód, oraz była początkiem terapii Cezara. Początkiem walki o “ ŻYCIE MOJEGO SYNA!!!”.

Dzień przed zawodami udaliśmy się do Hotelu w Limeriku, gdzie miały odbyć się mistrzostwa. Synek był szczęśliwy. Uwielbiał hotel. Skakał po łóżkach i wylegiwał się w wannie. Gdy już spał, ja zacząłem przygotowania psychiczne, potem spać i… no właśnie… I zaczęło się. Rano ktoś puka do hotelowych drzwi. Wstaje i otwieram. To Pudzian, Marcin Biernacki, który był moim przyjacielem, najlepszym uczniem i wspaniałym człowiekiem. Pudzian również razem ze mną startował i reprezentował Polskę na tych mistrzostwach, przynosząc mi tym dumę jako jego trenerowi. Kadra Polski składała się z 5 zawodników plus synek oczywiście. — Która godzina? — zapytałem Pudziana. — Już 9.30 — odpowiedział, a mi zrobiło się aż gorąco. — Co? Przecież zawody już się zaczynają. Zaspałem. Ale akcja. Szybko… lecimy tam.- Ubrałem się w mgnieniu oka, chwyciłem przygotowaną torbę i pobiegliśmy. Gdy tylko weszliśmy do pomieszczenia na rozgrzewkę, usłyszałem słowa: — Startujesz za 7 minut — Taki ważny dzień, a ja zaspałem. Nie wierzę, że to zrobiłem. Ale akcja. Przecież nie zdążę się nawet rozgrzać, nie mówiąc już, że jestem natczo. Szybko się przebrałem. Pierwsze podejście. Przysiad 260kg. Nie zdążyłem nawet zawinąć kolan. Byłem nieprzygotowany. Nie podszedłem nawet do próby. Niestety pierwsze podejście przepadło. Muszę zaliczyć drugie. W tym momencie do Sali wszedł 64-letni Bill Healy, najlepszy trójboista w historii Irlandii. 3 razy najlepszy z najlepszych na Olimpii w Las Vegas i mój pierwszy trener. Idealny moment. Stary mistrz, Bill jak zawsze znalazł się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie. Podbiegam do niego. Obściskuje go, i mówię, co się stało, a on już wie co dalej robić. Szybko motywuje mnie 3 -minutową przemową i lecimy. Rozgrzewam się pod jego okiem. Drugie podejście. Podchodzę. Biorę sztangę na kark. Muszę to zrobić. W oczach widzę synka. Przecież dla niego to robię. Muszę zaliczyć ten ciężar, bo mistrzostwa skończą się dla mnie tak szybko jak się zaczęły. Na trybunach w pierwszym rzędzie spostrzegam moją żonę i synka. Już są.

Moje oczy mierzą całe trybuny i widzę powiewające Polskie flagi. Słyszę doping Polskich kibiców. Nie mogę ich zawieść. Nie mogę zawieść ojczyzny. Nie mogę zawieść synka. Krzyczę, żeby dodać sobie motywacji. Nabieram głęboko powietrza do brzucha… — Common Paweł! — krzyczy Bill. Siadam, wstaje. Udało się. Pierwszy ciężar zaliczony… Przybijam piątki z Pudzianem i Billem, Pudzian zdejmuje mi opaski z kolan i teraz ja wcielam się w rolę trenera i pomagam już Pudzianowi, który też zalicza swoje podejście. Zaliczyliśmy po powtórzeniu, a więc jesteśmy w grze. Walczymy dalej. Przyjechałem tutaj, żeby zdobyć mistrzostwo świata dla synka. Przyjechałem tu, żeby dokonać niemożliwego. Zaliczyłem przysiad. Jestem w grze. Walczymy dalej. Jeszcze Polska nie zginęła!!!

W trzecim podejściu miałem ciężar 280kg, ale nie byłem przygotowany, żeby to zrobić i mój przysiad był za płytki. Nie zaliczone podejście. Zostałem z ciężarem tylko 260kg. Chciałem zrobić na tych mistrzostwach ponad 300kg, a niestety zrobiłem tylko 260kg. No cóż. Moje szanse na medal zmalały. Muszę jednak zapomnieć o tym i walczyć dalej. Dziękuje Billowi i biegniemy z Pudzianem szybko coś zjeść. Następne jest wyciskanie na klatkę. To moja konkurecja. Tutaj mam szansę odrobić straty. Podeście pierwsze 195kg. Jest to największe otwarcie ze wszystkich zawodników mistrzostw i zamykam tabele, czyli wyciskam ostatni. Pierwsze podejście zaliczyłem. W drugim podchodzę do 205kg. Krzyknąłem. Położyłem się. Poszło. Nadrobiłem już straty i teraz czas na wycisk życia. Aktualny rekord świata to 215kg, Ja podchodzę do 215,5kg. Podchodzę do rekordu świata. Ale przeżycie. Ale ważny moment. Na trybunach siedzi moja kochana żona i trzyma na kolanach synka. Podbiegam do nich, obejmuję ich i całuję. — To dla Ciebie synku. Muszę zdobyć ten rekord dla ciebie. Taka szansa może się już nigdy nie powtórzyć. Kocham cię syneczku. Zdobędę dla ciebie ten rekord. Zdobędziemy dla Polski ten rekord!!! — Wracam. Jestem gotowy i bardzo zmotywowany. Zrobię to. Moc jest ze mną. Podchodzę. Krzyczę. Kładę się na ławeczkę I biorę sztangę w ręce. Słyszę bardzo głośny doping Polskich kibiców. Są wspaniali. Nie mogę ich zawieść. Opuszczam sztangę na klatkę. Czekam na komendę. Wyciskam… Aaaaaaaaa!!!… Jeszcze trochę. Tylko wyprostować ręce. Walczę. Krzyczę. Wyciskam!!! Jest! Zaliczone! Wszędzie dookoła łopoczą Polskie flagi. Pobiłem rekord świata. To dla Ciebie synu. Mamy to. Mamy rekord świata!!! Mój wynik był najlepszym wynikiem na klatkę całych mistrzostw, wszystkich wag. To dla ciebie synu. Zdobyłem dla ciebie rekord świata syneczku. Udało się maleńki. Udało się.

Trzecia konkurencja to król wszystkich ćwiczeń, martwy ciąg. Zaczynam od 280kg. Poszło łatwo i okazuje się, że jeżeli zaliczę ciężar 300kg w drugim powtórzeniu to mam bankowe złoto. Wspaniale. Wydawałoby się, że to aż nie realne, a jednak to się dzieje naprawdę, a ja stoję przed życiową szansą na wygranie mistrzostw świata i na zdobycie tego upragnionego i wymarzonego tytułu, czyli zostanie mistrzem świata wagi ciężkiej. Jak to wspaniale brzmi, Mistrz świata wagi ciężkiej. Podniosę ten ciężar. Nic i nikt mnie nie zatrzyma. Żadna zła siła nie pokona mnie już teraz. Nie teraz. Nie ma takiej możliwości, żebym tego nie podniósł. Po prostu podejdę i zrobię to tak samo jak robię to zawsze na siłowni. To nic wielkiego. To ciężar, który podnosiłem wielokrotnie. Zrobię to. Muszę to zrobić. Tak. To nadeszła już ta chwila. Nadszedł już ten moment, na który tak bardzo czekałem.

Doszliśmy do tego punktu, a teraz wystarczy tylko zaliczyć jeden ruch i zostanę mistrzem świata wagi ciężkiej i takim tytułem uhonoruję swojego synka. Jestem skoncentrowany i gotowy. Czuję, jak cała Polska jest ze mną. Podchodzę do sztangi. Polscy kibice wstają i krzyczą: — Polska! Polska! Polska! — Patrzę na synka, który patrzy na mnie. Krzyczę głośno. Biorę sztangę. Wstaję. Jest! Zrobiłem to! Mamy mistrzostwo świata synku! Udało się nam. To niesamowite, ale udało się… Nigdy nie zapomnę momentu z synkiem na najwyższym podium. Objąłem mocno synka, trzymając cały czas nad nim flagę naszej ukochanej ojczyzny i płakałem jak dziecko. — Dla ciebie mój książę zdobyłem tytuł Mistrza Świata wagi ciężkiej i pobiłem rekord świata. To dla ciebie mój mały aniołku. Niech ten sukces będzie zarówno dla mnie jak i dla ciebie największą motywacją oraz inspiracją. Dzięki temu zwycięstwu będziemy w stanie stanąć do każdej walki z wiarą w zwycięstwo niezależnie od sytuacji i wygramy tę walkę. Niech to zwycięstwo syneczku będzie początkiem twojej drogi usłanej sukcesami. To dla ciebie kochany. — Wierzę, że ten moment zostanie w twoim sercu na zawsze.

To był jeden z największych chwil w naszym życiu i wydarzenie to ukształtowało we mnie coś nowego. Prawdziwą wiarę w zwycięstwo oraz wiarę, że możemy pokonać każdą barierę i nic nie jest niemożliwe dopóki sami nie zdecydujemy, że tak jest. To wydarzenie miało jeszcze jeden wielki pozytyw dla synka. Otóż nie był on już anonimowym dzieckiem, a stał się znany i rozpoznawany w świecie trójboju siłowego, mimo swojego wieku i autyzmu.

Mistrzostwa się skończyły, a ja dalej kontynuowałem naukę, przygotowującą mnie do walki, która niebawem miała ruszyć pełną parą. Do walki o życie Syna. Czytałem po kilka razy te same artykuły, książki, oglądałem wykłady, różne badania i filmy dokumentalne na temat mózgu. Wiedziałem już naprawdę dużo i rozumiałem coraz więcej. Wgłębiałem się w różne znane systemy terapeutyczne, z których najbardziej przywiązywały moją uwagę metoda Son-Rise I Metoda Krakowska. Byłem otwarty na wszystko, co mogło pomoc. To co robiłem wtedy nie można było jeszcze nazwać terapią, ale metodą prób i błędów. Dokładałem nowe oraz zmieniałem dotychczasowe elementy mojej pracy i miałem w głowie wizje, którą musiałem urzeczywistnić. W tym momencie miałem już pierwotny plan mojej strategii I gotowy byłem do stanięcia na ringu życia z demonem o imieniu autyzm. A więc sport i nauka. A po dłuższych rozważaniach to: sport, przygody, zabawa, szczęście, pasja i nauka. Otóż żeby zwiększyć skuteczność tej metody i zwiększyć tym samym szanse mojego synka, połączyłem wiedzę o plastyczności mózgu z bodźcami, które wobec mnie są tak samo ważne i wierzę z całego serca, że dzięki niej mój synek będzie dostawał najlepszą możliwą pomoc, a „Metoda Cezara”, gdyż tak ją nazwałem, pomorze w przyszłości innym małym wojownikom rzuconym w wir nierównej i jak ciężkiej od samego początku, walki! Wierzę, że mój styl prowadzenia terapii, doszlifowany w przyszłości, naprawdę może pomoc wielu dzieciom, zarówno tym, na których inne metody nie działały, jak I tym, którzy robią postępy podczas terapii jakiej są właśnie poddawane, a wprowadzenia Metody Cezara, może pomoc im w lepszym reagowaniu na terapie, którym dziecko jest poddawane. Wierzę, że Metoda Cezara używana będzie w różnych typach terapii, gdyż nie jest to tylko system terapeutyczny sam w sobie, ale sposób prowadzenia terapii, który pozwala dziecku więcej nauczyć się podczas terapii i sprawia, że mózg dziecka ma większe możliwości, a dziecko oddaje się pasji chętniej i łatwiej się uczy, a jak, by tego było mało to poprzez ciągły trening i wszystkie korzystne bodźce, mózg jest coraz bardziej elastyczny i uczy się coraz szybciej. To nie wszystko, gdyż pasją w mojej strategii jest sport, a wykonywany od dziecka przez osobę autystyczną, która potrafi oddać się do reszty swojej pasji i dąrzyć silniej, niż inni żeby być najlepszym, może doprowadzić i doprowadzi Cezara na szczyt a Cezar będzie wielkim mistrzem, znanym w dużym gronie fanów, podziwianym i szanowanym człowiekiem, zwycięzcą. A w takim przypadku to nawet jeżeli poprawa zdrowia Cezara nie byłaby na tyle wielka żeby mógł on odnieść sukces w zawodowym, samodzielnym życiu w przyszłości, to będzie on wielkim mistrzem i napewno będzie mu w życiu łatwiej. No i oczywiście będzie robił to co kocha. Będzie żył idąc szlakiem swojej pasji. Będzie szczęśliwy. SZCZĘŚCIE. Tak czy inaczej to do tego wszystko się zbiega. Myślę, że jeżeli dziecko nie będzie odczuwało przyjemności z tego, co robi to ciężko, żeby w tym momencie czegoś je nauczyć. Dziecko musi być szczęśliwe. Czegoś je nauczyć? A może powinienem napisać, żeby czegoś się nauczyło? Tak. Myślę, że to drugie stwierdzenie jest trafniejsze. Nauka to rozgrywka między życiem a uczniem, między uczniem a nauczycielem. Tak więc jeżeli nauka ma iść skutecznie, to nauczyciel musi być dobrym nauczycielem. Mało powiedziane. Nauczyciel musi być wielkim nauczycielem, a wtedy uczeń ma szczęście i wielką szansę na zgłębienie wiedzy, gdyż przy złym nauczycielu, który na siłę próbuje wbić coś dziecku do głowy, ta szansa jest dużo mniejsza. Ja muszę być dobrym nauczycielem. Nie mam wyboru. Życie postawiło mnie w takiej sytuacji, że od tego jakim będę nauczycielem, zależy przyszłość mojego syna. To olbrzymia odpowiedzialność i nie mogę zawieść. Po prostu nie mogę. Dużo rzeczy w swoim życiu zrobiłem źle, ale tej jednej i najważniejszej, nie mogę zepsuć. Nie mogę zawieść syna. Muszę być najlepszym nauczycielem jakim tylko mogę być. Muszę! Po prostu muszę! Tak więc wracając do poprzedniej myśli, to nauczyciel uczy, to prawda. Ale nie wciska na siłę uczniowi, to musisz robić tak, to tak, a to tak i niech ci tylko do głowy nie przyjdzie zrobić to inaczej! No oczywiście znamy i takich nauczycieli… ale to nie z nich bierzemy przykład. Zdecydowanie nie. Myślę, że jeżeli chcemy poznać wartość nauczyciela to musimy przyjrzeć się jego uczniowi. Jak już wspomniałem wcześniej, kocham historie. Uwielbiam zgłębiać tajniki bardzo starej historii, a w szczególności największych władców. Myślę, że historia może nas wiele nauczyć i warto niekiedy szukając ważnych, życiowych odpowiedzi, poszukać ich w dziejach przeszłości. Dlaczego jak myślicie, według mnie największy wódz w historii, legendarny Aleksander Wielki, był taki wielki? Często słyszę dużo różnych opinii na ten temat. Że był geniuszem wojskowym, że miał szczęście, że to zasługa jego matki Olimpi, że to zasługa jego ojca Filipa… wreszcie, że był pól bogiem. Silnie polemizując nad ostatnim stwierdzeniem, do czego podchodząc metaforycznie, to też mogę się z tym zgodzić, uważam, że po części wszystkie te stwierdzenia są trafne, ale ja dodałbym do nich jeszcze dwa. Po pierwsze, bo był po prostu” wielki” i to jest bezdyskusyjne. No tak, ale przecież takie właśnie było pytanie. No więc dlaczego był taki wielki? No i tutaj dodam drugie stwierdzenie. A może, bo miał największego nauczyciela w historii? A kto był nauczycielem Aleksandra? No właśnie, wiecie kto? Pewnie większość z was wie. Nauczycielem Aleksandra był Arystoteles. Jeden z największych filozofów w historii, uczeń Platona, który był uczniem Sokratesa. Aleksander miał te wielkie szczęście, że mógł słuchać myśli i rozważań przelewających się przez głowy największych filozofów w historii naszej planety I to myślę jest kluczem do wielkości Aleksandra. Arystoteles nie mówił Aleksandrowi co ma robić, ale przekazywał mu swoją wiedzę, myśli, spostrzeżenia, teorie, rozważania… Kluczem do tego, że Aleksander słuchał i uczył się było umiejętne zainteresowanie ucznia oraz rozbudzenie w nim pasji. Nauczyciel opowiadał piękne historie, tworząc niesamowitą atmosferę. Jego uczniowie nie mogli się doczekać kolejnych lekcji. Po lekcjach i przed kolejnymi lekcjami mówili o tym i zastanawiali się co dzisiaj usłyszą nowego, fascynującego, czego się dowiedzą, nauczą… Arystoteles wzbudzał u swoich uczniów pasje swoimi opowieściami i nieważne czy miał zawsze rację, czy nie. Wielki nauczyciel nie musi mieć zawsze racji. Oczywiście, że nie. Nauczyciel to tylko człowiek i często nie ma racji. Tak też było z Arystotelesem, który opowiadał swoim uczniom, że ziemia jest płaska, że poza Grecją reszta świata to barbarzyńcy i wiele nieprawdziwych historii, ale to nic. Bo jego zadaniem nie było nauczyć Aleksandra, że to jest takie, to ma być takie, a to trzeba robić tak i tak. Dobry nauczyciel musi przekazać uczniowi wiedzę, którą posiada, ale pozwalając uczniowi samemu wybrać drogę w jaki sposób i co z tej wiedzy uczeń chce wyciągnąć. Nauczyciel naprowadza na właściwą drogę, ale to uczeń musi sam ją wybrać. Ale żeby uczeń chciał to zrobić, to musi czerpać przyjemność z tego, co robi. Musi czuć się z tym dobrze, lubić to i być tym bardzo zainteresowany. Musi otworzyć swoją głowę i chłonąć wiedzę w przyjemny, odpowiedni sposób. Jak to zrobić żeby uczeń właśnie tak podchodził do tego, co staramy się mu przekazać? Rozbudzamy w nim pasje i miłość do tego, a wtedy on sam nie będzie marzył o niczym innym jak tylko o kolejnej lekcji. Kolejnej przygodzie. Tak. To właśnie jest moja droga do nauki Cezara. Rozbudziłem w nim pasję i miłość do tego, co robimy. Cezar czeka na każdą kolejną terapię, na każdą kolejną przygodę… i jest podczas niej szczęśliwy i wolny. To jest jego czas i on robi w tym momencie to co uwielbia robić najbardziej w życiu. Nie jest zestresowany, rozdrażniony, ani zamknięty w sobie. To wszystko znika tak po prostu. W momencie naszych zajęć Cezar robi właśnie to co w tym momencie chciałby robić, a przez to nic nie blokuje mu myśli. Jest otwarty, wolny, szczęśliwy. Nie widzę lepszej drogi do nauki. Mało tego. To co wspólnie robimy to nie tylko rodzaj stworzonej przeze mnie terapii. To sposób na życie. To sposób na szczęście I na sukces Cezara. To co wspólnie robimy to wszystko, co mamy, to nasze życie. To my. Ja i Cezar. Ja i mój synek. Jak ja ciebie kocham mój synu. Tak bardzo…. Myślę, że rozpisuję się na masę różnych, z pozoru odległych od siebie tematów, a ty mój kochany czytelniku czekasz, zaczynasz się gubić i myślisz: — O czym on właściwie pisze? Co to wszystko ma wspólnego z autyzmem? Gdzie jest ta cała wspaniała strategia walki z chorobą syna? Czy ten facet jest normalny? No tak, “normalny”… — I znowu to słowo? A kto jest normalny? Ty co łapiesz się za guzik za każdym razem gdy tylko zobaczysz kominiarza? Czy ty co nie przejdziesz pod drabiną? Albo ty co wchodząc na schody musisz zacząć lewą, a skończyć prawą nogą? A może ty co palisz paczkę papierosów dziennie, świadomie skracając sobie życie i jeszcze czerpiąc z tego przyjemność?… Pewnego dnia skończyłem prace o godzinie 2.00 w nocy i do domu miałem 12km, padał deszcz. Moi znajomi pojechali do domów samochodami i taksowkami, a ja pobiegłem. Nie dowierzali jak można po 8-miu godzinach pracy, zmęczonym, w deszczu i po 2.00 w nocy, biec do domu 12km, szczególnie, że jeden z nich jechał w moją stronę i chciał mnie podwieźć. Dla nich wszystkich byłem w tym momencie nienormalny. Dokładnie tak. Na początku myśleli, że żartuję tak w ogóle. A na końcu gdy odbiegałem już od nich, usłyszałem dokładnie te słowa od mojej koleżanki z pracy: “Ty jesteś nienormalny”. A wiecie co jest najśmieszniejsze? Że w moich oczach, to oni mogliby wyglądać na nienormalnych. To oni odbierają sobie chwile szczęścia, które z góry uważają za katorgę, nie dając sobie szansy przekonać się jakie to może być przyjemne, a do tego jakie pożyteczne. Tak. Uwierzcie mi, że bieg w nocy i w deszczu może być przyjemny. Wiem. Rozumiem, że ciężko to sobie większości z was moi kochani przyjaciele wyobrazić, szczególnie że było to po 8-miu godzinach pracy. A jednak. Przyjemny wysiłek fizyczny może okazać się lepszym sposobem na zmęczenie, na powrót do świeżości i na odzyskanie energii, niż padnięcie i stwierdzenie: — Ale jestem zmęczony — Tak więc sami widzicie, że słowo ”nienormalny” jest słowem względnym i zależy od punktu widzenia oraz osoby patrzącej, a z drugiej strony to ja nigdy nie mówiłem, że jestem normalny. Ja sam myślę, że mam autyzm. A dokładnie mówiąc, jego lżejszą odmianę, czyli Syndrom Aspergera. Mówię to całkowicie poważnie. Nigdy nie miałem o tym pojęcia, a teraz gdy mam dziecko z autyzmem i uczę się o autyzmie wszystkiego co jest w moim zasięgu, to zaczełem zauważać u siebie coraz więcej typowych cech aspergerowskich i aż mnie to przeraziło w pewnym momencie. Myślę jednak, że myśl, iż ja sam mam autyzm powoduje, że moja wiara i motywacja są jeszcze większe. Po pierwsze wiem, że mój mózg może mieć większe możliwości niż myślałem, a po drugie lepiej mogę zrozumieć synka, a wzięte to razem daje mi jeszcze większą wiarę w stworzoną przeze mnie metodę, przez co szanse Cezara jeszcze bardziej wzrastają. Umówiony już jestem na pełny assessment i diagnozę. Do zakończenia książki na pewno będzie już to wyjaśnione, a raczej zatwierdzone formalnie, gdyż wiem, że mam syndrom Aspergera i diagnozę specjalisty uważam tylko za formalność potrzebną do mocniejszej motywacji. Motywacji, ale i lekcji. Cezar gdy się denerwuje wpada czasami w ciężki do opanowania atak złości. Może sobie zrobić krzywdę w tym momencie i jest to bardzo ważny punkt, który wymaga mnóstwa pracy. Ten sam objaw zauważam u siebie. Od najmłodszego dzieciństwa byłem bardzo grzecznym i cichym dzieckiem. Tak było przez całe moje życie. Jednak w sytuacjach gdy ktoś mnie zdenerwował wpadałem w złość nie do opanowania. Czułem to w głowie i było to zawsze silniejsze ode mnie. Nic nie potrafiłem z tym zrobić i przez to był okres w moim życiu, kiedy przez niekontrolowane napady złości popadałem w bijatyki i miałem przez to mnóstwo problemów z policją. Były to poważne problemy, które odcisnęły swoje piętno na całym moim życiu. Nigdy nie został zdiagnozowany u mnie autyzm, a więc żyłem z tym i nie rozumiałem dlaczego tak jest. Teraz wiem, że to samo jak I inne moje dziwactwa ma Cezar tylko w dużo większej formie. Fakt mojego autyzmu I możliwość zrozumienia tego, co czuje Cezar daje mi większa możliwość pomocy Cezarowi. A więc, mimo że mój autyzm kosztował mnie tak wiele w życiu to jest jednak moim darem I największym błogosławieństwem, gdyż jest on moja największa bronią w walce z autyzmem Cezara I wspólnie uratujemy moje dziecko I obudzimy go z głębokiego snu. Wyrzucam z siebie swoje myśli, wnioski, rozważania. To moja droga, żebyśmy mogli poznać się chociaż trochę. Pisze co myślę. Niczego wcześniej nie planuję. To ja. Taki właśnie jestem. I uważam, że jeżeli poznacie mnie lepiej, to lepiej też zrozumiecie to co chce wam przekazać. Może znajdzie się ktoś, kto postanowi zrobić to samo I tak samo jak ja rzuci w kat dotychczasowe życie i poświeci się w 100 procentach swojemu dziecku, a przez to wzniesie się na wyżyny swojego życia I dokona dzięki swojemu maleństwu oraz dla niego, rzeczy, o których kiedyś mógł tylko pomarzyć. Strategia mojej metody terapii z Cezarem bardzo ewoluowała przez te niecałe 2 lata naszej wspólnej pracy I myślę, że w jakimś sensie to my obydwóch wybieraliśmy kierunek jej drogi I ciągle to robimy, a moja metoda to nie terapia, która stosuje się kilka tygodni, miesięcy czy lat po kilka godzin dziennie. Moja metoda to nowy styl na całe nasze życie przez 24 godziny na dobę. Moja metoda to bez reszty poświecenie się swojemu dziecku, nawet jeżeli kosztuje to nas całkowitą zmianę I odrzucenie wielu przyjemności, a czasami zaprzestaniu robienia tego, co w życiu kochamy. Ale jak to? Przecież to co ja pisze brzmi niezbyt zachęcająco. Jaka to rada zaprzestania robić tego, co się kocha? No właśnie, jaka? No to już odpowiadam. A taka to rada, że jeżeli jesteś rodzicem I kochasz swoje dziecko ponad własne życie I postanawiasz pomoc swojemu dziecku to musisz zrobić wszystko żeby wykorzystać 100 procent możliwości. Sport mnie nauczył, że musisz dać z siebie 100 procent żeby odnieść zamierzony sukces i kto przestrzega większą liczbę tych małych, pozornie nieważnych punkcików, ten wygrywa i zostaje mistrzem. W takim razie żeby pomoc dziecku na 100 procent musimy dać z siebie 100 procent i poświecić temu nie 40, 60 czy 80, ale 100 procent swojego czasu, a tylko wtedy będziesz mógł powiedzieć, że zrobiłeś wszystko, co mogłeś, a i tak nie będzie to prawda, bo nie ma ograniczeń i zawsze można zrobić coś więcej. Tak. To prawda, nie ma ograniczeń. Pozbądź się ich. Ale z drugiej strony pozbycie się ograniczeń to też ograniczenie, jak uważał wielki człowiek, aktor, mistrz sztuk walk i nauczyciel, Brucee Lee, który mówił: “ …Bądź jak woda, która wlana do naczynia przyjmie jego formę…”. Dokładnie. To, że przestajesz robić to co było twoim życiem nie znaczy, że nie pokochasz czegoś jeszcze bardziej. To zależy tylko od ciebie i od twojej głowy. To my stawiamy sobie bariery i przeszkody. To my ustalamy granice i co jest dla nas możliwe, a co jest niemożliwe. To wszystko jest w naszej głowie, ale jeżeli naprawdę chcemy pomoc swojemu maleństwu to przestańmy mówić, że to ciężkie, że nie dam rady,…gdyż odbieracie w ten sposób szanse dla waszego dziecka. Nie róbcie tego. Bądźcie mistrzami świata. Stańcie się najlepszym i nie pokonanym w tym, co robicie, a musicie zwyciężyć! Nic was nie pokona! Wasze dziecko ma wielkie szczęście. Ma was. Ma ciebie. Rodzica, który z miłości do niego stał się gladiatorem, toczy walkę życia i nie cofnie się nigdy ani na krok! Ja pozbyłem się pasji swojego życia, ale dzięki temu mam wiele nowych pasji, a najważniejszą pasją jest mój syn i nic co wcześniej robiłem tego nie przebije. Drugą i nową wielka pasja jest bieganie z synem i uwierzcie mi, mimo że kiedyś bieganie było dla mnie koszmarem, to teraz nie wyobrażam sobie lepiej spędzonego czasu niż wspólny bieg z Cezarem. Kiedyś byłem trójboistą wagi ciężkiej, ponad 130kg wagi, a na zawodach startowałem w wadze 125kg. Trójbój był moim całym światem i myślałem, że będę go ćwiczył zawsze i jeżeli zdrowie mi pozwoli, to nigdy nikt i nic nie zmusi mnie do zaprzestania treningów. Uwielbiałem zawody i zdobywałem wiele medali w wielu federacjach reprezentując zawsze z największą dumą Polskę i IPO.

Moją największą wagą było 137kg. Mój rekord w przysiadzie to 320kg, w wyciskaniu na klatkę 240kg i w martwym ciągu 340kg (360kg w paskach), co dawało mi total 900kg i pierwszą dziesiątkę najlepszych trójboistów dwóch Irlandii, wszystkich wag I wszystkich pięciu federacji. Ćwiczyłem po 3 godziny dziennie, miałem fanów na całym świecie i moja kariera w Trójboju siłowym przebiegała naprawdę wspaniale. Jednak gdy odkryłem, że najlepiej dla synka robi bieganie, że możemy robić to razem i że bieganie jest najlepszym sportem dla Cezara w terapii, którą właśnie tworzyłem… to zmieniłem sport i zaczełem biegać. Z bieganiem to tochę wyszedłem do przodu bo do tego dopiero dojdziemy ale musiałem tutaj to dodać. Brałem jeszcze udział w zawodach trójbojowych, ale coraz rzadziej, aż całkowicie stałem się biegaczem. Kiedyś nie wyobrażałem sobie życia bez trójboju i treningu siłowego, a spadek każdego kilograma wagi ciała był dla mnie czymś strasznym. Dla synka przestałem być trójboistą I schudłem ponad 50kg. Dla synka pozbyłem się wielkich mięśni, na które tak długo i tak ciężko pracowałem. Ale to nic. Najważniejszy jest Cezar i to co jest dobre oraz potrzebne dla niego. Najważniejsze jest jego szczęście. Jak stwierdziłem już wcześniej, ja nie mam już własnego życia. Moje życie to mój syn… i tylko to się liczy. Mój mały wojownik nie zasłużył na to co go spotkało. Ale ma mnie… i jest całym moim życiem. Kiedyś byłem grzecznym, dobrze uczącym się chłopcem. Potem byłem nie wiedzieć wtedy czemu, bijącym się z innymi urwisem. Następnie stałem się błądzącym w życiu głupcem. Później byłem trójboistą… Teraz jestem ojcem Cezara. Nikim więcej. Jestem ojcem Cezara dożywotnio. To jestem ja. Innego mnie już nie ma. Jestem ojcem swojego synka i nigdy z niczego nie byłem bardziej dumny! To zaszczyt, który został przeznaczony dla mnie do końca moich dni….

Analizowałem wszystko, co dowiadywałem się o plastyczności mózgu. Próbowałem poskładać to wszystko do kupy. Miałem wizję. Miałem już podstawy mojej metody, ale ciągle potrzebowałem więcej wiedzieć i więcej rozumieć. Tworzyłem własną metodę terapii, ale ciągle szukałem pomocy specjalistów, nie mogąc lekceważyć ich wiedzy i doświadczenia. Wiedziałem, że potrzebuję jak najwięcej lekcji z jak największej ilości źródeł. Wiedząc coraz więcej, jak działa neuroplastyczność mózgu wiedziałem, również, że ja sam czym więcej i intensywniej się uczę, tym i mój mózg jest coraz bardziej elastyczny i potrafi coraz więcej. Sam to czułem na sobie. Mój umysł stawał się coraz bardziej przejrzysty. Wiedziałem już tyle o plastyczności mózgu, że byłem pewien, iż jest droga na ponowne zaprogramowanie mózgu i wiedziałem, że tę drogę odnajdę. Cezar prawie od początku był na diecie bez glutenu, kazeiny i cukru. Nie spożywał od razu lub zaczął z czasem, soi, kukurydzy, pomidorów, gotowanej marchewki, bananów, czekolady i wielu innych produktów. Myślę, że krótsza byłaby lista gdybyśmy zapytali — a co w ogóle je Cezar? — Biedny mój synek. Serce mi się kraje, że inne dzieci zajadają się słodyczami, czekoladą, lodami… a mój maluszek nie może tego jeść i aż nie może oderwać wzroku gdy zobaczy inne dziecko jedzące słodki smakołyk. To smutne i bolesne dla rodzica, bo kiedy będzie jadł te wszystkie pyszności jak nie teraz, gdy jest małym dzieckiem? Biedny mój syneczek… Uzupełniamy jego witaminy, przyjmuje probiotyk, ojej rybny, (…) i wiele innych specyfików. Jednak, że nie mam do końca pewności co i jak działa na Cezara, tak więc nie będę wymieniał nazw całego arsenału, który dostał on już do tej pory. Gdy widzę często na różnych forach, jak rodzice piszą, że to zadziałało tak na dziecko, a to tak, to podchodzę do tego bardzo sceptycznie. Myślę, że jeżeli podaje się dziecku kilka rzeczy naraz i zachodzi jakaś zmiana w zachowaniu dziecka, to ciężko jest stwierdzić jednoznacznie i z całą pewnością, po czym nastąpiła ta zmiana. Może wcale nie jest to dzięki nowemu lekowi, który zaczęliśmy dawać 2 dni temu, a może jest to dzięki lekowi, który podajemy już od paru tygodni, ale dopiero widzimy zmianę. A może to dzięki połączeniu tych dwóch lub więcej medykamentów. Albo może po prostu akurat w tym momencie dziecko zaczęło zachowywać się inaczej, bo każdy rodzic autystycznego dziecka wie, że stan dziecka się zmienia i dziecko jest czasami w lepszej, a czasami w gorszej formie. To jest oczywiście tylko moja opinia i wiem, że wielu rodziców tutaj się ze mną nie zgodzi, a że będąc najlepszym ekspertem autyzmu własnego dziecka, to macie do tego prawo i na pewno w wielu przypadkach rację. Jak najbardziej uważam, że trzeba uzupełniać witaminy z naciskiem na te najważniejsze, podawać olej rybny, probiotyki, dużo oleju kokosowego, czosnek, kolendrę (jeżeli dziecko ma w sobie niebezpieczny poziom metali ciężkich)… Tak więc dietę i uzupełnianie organizmu tym, co potrzebuje, uważam za jak najbardziej bardzo ważnym elementem, ale po prostu w mojej książce temat ten, prawie że zostawiam nietknięty i skupiam się tylko na metodzie Cezara.

Jednakże kolejny raz podkreślę, że ważne są wszystkie punkty, prowadzące do poprawy. Nie ograniczamy się i staramy się te punkty spełnić wszystkie jakie są dla nas możliwe i w jak największym stopniu. To wszystko prowadzi nas do zwycięstwa i zwyciężymy. Nie powstrzyma nas nikt. Jaka tam nieuleczalna choroba? Po pierwsze nie choroba, a po drugie to co to w ogóle za słowo, nieuleczalna? To my stawiamy sobie bariery nie do przejścia albo je usuwamy. To my sami wyznaczamy sobie granice. Pamiętajcie kochani. Nie pozwólcie odebrać sobie nadziei i wiary w zwycięstwo. Każde dziecko jest inne. Każdy przypadek autyzmu jest inny. Nie uwierzmy, że nie możemy pomoc naszemu dziecku. Nie uwierzmy nigdy, że nasze dziecko ma bezwarunkowy wyrok dożywotniej samotności. Gdyż jeżeli każde autystyczne dziecko jest inne i każdy przypadek autyzmu jest inny, to skąd ktokolwiek ma wiedzieć, że naszemu dziecku nie można pomoc? Wiara jest bardzo ważna moi kochani. Nie pozwólcie jej sobie odebrać. Nie zostawiajcie waszego dziecka bez szans. Cezar od dawna potrzebował profesjonalnej terapii, ale lista oczekujących jest długa. Próbowaliśmy chyba wszędzie, ale każdy, kto ma dziecko z autyzmem, wie doskonale jak ciężko dostać pomoc. Ciągle dostawaliśmy nowe raporty, że Cezar potrzebuje terapii i to szybko, ale na raportach niestety się kończyło. Wiedziałem, że aby skutecznie prowadzić naszą terapię, to potrzebuję więcej wiedzy, tej typowo terapeutycznej, gdyż bardzo ważne jest czego i w jaki sposób będę uczył Cezara podczas praktykowania Metody Cezara. Zresztą potrzebowałem jak najwięcej wiedzieć. Musiałem być najlepszym nauczycielem, jakim tylko mogę być. Zrobiłem więc swój pierwszy, a potem kolejny kurs na terapeutę od autyzmu. W tym czasie robiliśmy z Cezarem około dwóch godzin terapii podczas treningu, z reguły na łonie natury, gdzie starałem się stwarzać synkowi fascynujące przygody, jak najbardziej wzbudzające jego zainteresowanie i około godziny terapii w domu. Godzina wystarczała. Zresztą w domu, próbując tradycyjnych metod terapeutycznych, ciężko było skłonić Cezara do jakiejkolwiek współpracy i do chociaż minimalnego zainteresowania. Cezar był bardzo zamknięty. Sam się bawił I nie dopuszczał mnie do zabawy z nim. Gdy brałem jego zabawkę, to reagował złością. Cezar układał ze wszystkiego proste linie lub rzucał, co tylko wpadło mu do ręki. To sprawiało mu największą radość. Bardzo ciężko było dotrzeć do niego, a jedyne zainteresowanie przejawiał podczas wspólnych treningów i naszych przygód na łonie natury. Nasza metoda stawała się coraz lepsza, ale wiedziałem, że to ciągle nie to, co powinno być. Cały czas szukałem. Obserwowałem, jak Cezar reaguje na co… Każdego dnia wiedziałem więcej, a czym więcej wiedziałem, to tym bardziej rozumiałem, że potrzebuje wiedzieć jeszcze więcej. Walczyliśmy każdego dnia… Stan synka trochę się poprawiał, a potem znowu pogarszał I znowu się poprawiał. Trzy kroki do przodu, dwa kroki do tyłu. Tak to wyglądało. Postępy były, ale nie takie jak byśmy chcieli. Szukałem czegoś nowego, innego, czegoś, co zadziała na Cezara mocniej, niż to wszystko, co robiliśmy do tej pory. Wiedziałem, że to, co robię, z synkiem jest dobre i wierzyłem w siłe neuroplastyczności mózgu, ale mimo wszystko wiedziałem, że czegoś mi jeszcze brakuje i że muszę coś jeszcze zmienić. Coś jeszcze dodać. Byłem już tak blisko… I wtedy żona znalazła w internecie terapie” Cluas”. Udałem się na pierwszą rozmowę z terapeuta od terapii Cluas i to, co usłyszałem od niego, sprawiło, że zdecydowaliśmy się rozpocząć nową terapię.

Cezar nie rozmawiał i to było największym problemem. Odkąd zacząłem z nim pracować, to zaczął po jakimś czasie powtarzać czasami niezrozumiale kilka słów, ale naprawdę bardzo niezrozumiale, a w większości przypadków wydawał ciągle ten dźwięk: — Iiiiiiiiiiiiiiiii… Według tego profesora problem jest w słuchu. Otóż do naszego ucha wpada masa dźwięków w każdej sekundzie. Na szczęście nasz mózg wyłapuje te dźwięki, które są ważne dla nas i w ten sposób rozróżniamy słowa, a przez to znamy ich dokładne brzmienie i wiemy jak później te słowa odtworzyć, powiedzieć. Dziecko z autyzmem często słyszy wszystko. Jego mózg nie rozróżnia, które dźwięki są ważne, a które nie i sprawia, że dziecko słyszy w tym samym czasie wszystkie dźwięki, wpadające do jego ucha a przez to nie słyszy dokładnie słów i nie jest w stanie ich potem odtworzyć. Wyobraźcie to sobie. Wszystko słyszycie. Szmer rosnącej trawy, ruch skrzydeł owada i wszystko, co wydaje głos, a czego myślimy, że nie słychać. To straszne, prawda? Wywód tego terapeuty wydał mi się bardzo sensowny i bardzo pasował z moją wiedzą, na temat nadmiaru informacji dochodzących do autystycznego mózgu. Podczas tej terapii dziecko w specjalnych słuchawkach słucha muzyki klasycznej przez dwie godziny dziennie. Słuchawki te wprowadzają głos nie tylko do uszu, ale również centralnie do kości i to ma sprawić, że nasz mózg będzie uczył się rozpoznawać ważne dźwięki, a odrzucać te zbędne dla nas. Podczas tych dwóch godzin dziennie moim zadaniem było to, żeby Cezar miał spokój, czuł się dobrze oraz otwarcie, i miałem jednocześnie dużo zadań, które musiałem robić z Cezarem podczas tego czasu. Zrobiłem kolejny kurs terapeutyczny, żeby móc w stu procentach dobrze wykonywać z synkiem ustalone zadania i po okresie przygotowań urządziłem w domu pokój specjalnie do terapii i wzięliśmy się do roboty. To jednak nie działało dobrze, a Cezar nie chciał pracować już po paru minutach prowadzenia z nim przygotowanego programu. Musiałem wymyślić coś innego. Próbowałem wszystkiego, co było w programie i nie tylko, jednak nic nie działało. Cezar po prostu nie chciał poddać się terapii w domu i daleki był do uczucia szczęścia, co przecież jest takie ważne w moim systemie.

Jeżeli nie ma żadnej drogi, to wymyśl własną

Cezar uwielbia naturę, sport i przygody, które staram się cały czas mu organizować i które są nieodzownym elementem mojego system terapeutycznego. Wymyśliłem, że spróbuje to połączyć z terapią Cluas, i zobaczę, jak Cezar będzie na to reagował, a myśląc nad dodaniem czegoś nowego, co da jeszcze więcej frajdy, wpadł mi do głowy pomysł, który zmienił wszystko, a pomysłem tym było dodanie Cezara samochodu do naszych wypraw. Cezar siadał w nim wygodnie, a ja widząc, że sprawia mu to frajdę, ciągnąłem go za sobą, idąc lub czasami biegnąc. Dobiegaliśmy do jakiegoś pięknego miejsca w lesie i tam ćwiczyliśmy, wygłupialiśmy się, biegaliśmy, kopaliśmy piłkę, turlaliśmy się po trafie… ja oczywiście cały czas mówiłem, śpiewałem, liczyłem, zadawałem pytania Cezarowi i w jego imieniu na nie odpowiadałem… Walczyłem o każdy, choćby najmniejszy kontakt wzrokowy i starałem się, żeby Cezar pokazywał przedmioty palcem. To była praca nad wydobyciem jakiegokolwiek słowa i była to zabawa, a nie praca tak naprawdę… i to działało. Cezar był uśmiechnięty i rozweselony. Wyglądał bardziej otwarty, szczęśliwy. Połączenie terapii Cluas z tym, co my robiliśmy, okazało się wspaniałym pomysłem i kolejne kilka dni prowadziliśmy terapie Cluas w terenie, a najbardziej Cezar otwierał się i rozprężał gdy biegaliśmy albo ja biegałem, ciągnąc go w jego samochodziku, przymocowanego do mojego pasa. Poszedłem do prowadzącego terapie terapeuty i wytłumaczyłem mu co robię, oraz powiedziałem, że nie robię przygotowanego przez niego planu, bo Cezar nie chce tego wykonywać. Nie byłem pewien swojej drogi, ale terapeuta był moim pomysłem zachwycony i powiedział, że to znakomity pomysł i że ta cała rutyna nie jest ważna. Ważne jest to, co działa. Tych słów potrzebowałem. Zresztą ja dokładnie tak myślałem. To naprawdę mnie zmotywowało. Wymyśliłem sam coś, co działa i pomaga mojemu synkowi. Do tej pory to była teoria. No nie do końca teoria, gdyż wiedza na temat plastyczności mózgu i badania tylu ekspertów, nie były teorią, a i ja widziałem, że Cezar dobrze reaguje na nasz program, jednak wiedziałem też, że czegoś brakuje. Wiedziałem, że brakuje jakiegoś naprawdę ważnego element, żeby maszyna zaczęła działać tak, jak powinna… Czego brakowało. Brakowało biegania. Teraz to wiem. Widziałem, jak Cezar wspaniale reaguje na bieganie. To jest to. A po drugie potrzebowałem chyba pozytywnej opinii fachowca, psychologa, terapeuty. W tym momencie zrozumiałem coś ważnego i przypomniałem sobie cytowane już wcześniej przeze mnie, słowa bardzo mądrego w moim przekonaniu człowieka, Bruce Lee, które brzmiały:” Bądź jak woda przyjacielu. Odrzuć wszelkie ograniczenia. Bądź jak woda…” Zaczęliśmy więc nowy rozdział w naszej walce.

Bieganie i terapia, największą pasją dziecka

Mimo że ważyłem około 130kg i byłem trójboista przerzucającym wielkie ciężary i nie miałem nic wspólnego z bieganiem, to zaczęliśmy biegać codziennie. Synek wsiadał do swojego samochodziku i ciągnąłem go za sobą. W moim planie było ciąganie synka w jego samochodziku, ale i synek musiał w każdym treningu biegać lub wykonywać inny wysiłek fizyczny. Wiedziałem, że jeżeli Cezar ma pokochać bieganie, to najpierw najlepiej będzie, jak ja będę biegał, a on będzie ciągnięty, a z czasem sam będzie biegał coraz więcej i za perę miesięcy jeżeli mój plan się powiedzie, to bieganie będzie pasją Cezara i codziennie będzie chciał tylko biegać, a że bieganie od tej pory jest główną częścią jego terapii, to Cezara pasją będzie jego terapia. BOMBA! Wiedziałem, że jak to mi się uda, to będzie to coś niesamowitego, a nasza terapia nabierze innego wymiaru… A więc zaczeliśmy biegać, a ja ciągnąłem Cezara w jego aucie. Na początku ciężko było to nazwać bieganiem. Parę metrów biegu, a potem marsz. Niestety moja kondycja była za słaba i to musiałem zmienić dla dobra Cezara. Wtedy wymyśliłem coś, co zaskoczyło wszystkich moich znajomych. Postanowiłem, że znowu zrobię coś niemożliwego dla mojego synka. Coś wielkiego odzwierciedlającego moją miłość do niego i coś, co kolejny raz pokaże, że nie ma rzeczy niemożliwych. Postanowiłem, że przebiegnę z Cezarem Maraton, 42,195 metrów. Potrzebowałem zrobić coś niemożliwego. Potrzebowałem tego dla własnej motywacji w tej walce.

A zresztą jest jeszcze jedna bardzo ważna sprawa, która jest również jednym z powodów, że tak wielki nacisk w mojej terapii kładę na synka niesamowite, wielkie i ciągle inne przygody oraz sytuacje o tak silnych emocjach i przeżyciach, że mało który rodzic zrobiłby niektóre z nich, uważając je na przykład za zbyt niebezpieczne dla 5-cio letniego dziecka. Do takich sytuacji zaliczyć mogę pójście w góry i dotarcie na szczyt o godzinie 10.00-tej w nocy, gdy było całkowicie ciemno i Cezar czuł prawdziwy strach, a jednocześnie niesamowitą ekscytację. Taka sytuacja zmuszała jego mózg do tak długiej powagi i skupienia, oraz naszpikowana była tyloma niespotykanymi na co dzień uczuciami, że ciężko mi znaleźć słowa, żeby opisać, jaką przyniosła korzyść, a tak silnych uczuć mózg nie jest w stanie tak po prostu zapomnieć i wyrzucić tego z pamięci i chce czy nie chce, to tworzy to nową drogę, nową synapsę.

Jaką korzyść przyniosła dla Cezara mózgu ta i wiele innych podobnych sytuacji, na barkach których opiera się Metoda Cezara jest bezcenne. Wyprawy w góry to jednak jeszcze przyszłość, a my jesteśmy przed maratonem, a to o czym chciałem napisać to mały, ale jak ważny element dotyczący plastyczności mózgu. Wiemy już, że każda sytuacja, wszystko, co doznajemy i przeżywamy ma wpływ na nasz mózg, a czym te przeżycia są mocniejsze oraz czym większy mają wymiar doznań i uczuć, to tym większy mają wpływ na mózg. Zmieniają one go mocniej, czym same są mocniejsze. Sprawiają, że mózg staje się bardziej elastyczny w danych regionach i w tych, że regionach tworzą się nowe, silne drogi między neutronami. Mało tego. Sytuacje naprawdę silnie oddziaływające na mózg tworzą nowe, silne mapy mózgu, które umożliwiają odpowiednie odczytywanie przez mózg docierających do niego informacji. To naprawdę bardzo ważny i niedoceniony punkt w mojej strategii, który bezpośrednio odnosi się do Cezara oczywiście, ale również i do mnie, gdyż tak wiele zależy ode mnie. Sprawność mojego mózgu to kolejny punkt, który musi być spełniony. Mój mózg musi również być coraz bardziej plastyczny, a ja muszę coraz więcej rozumieć, wiedzieć i być coraz bardziej otwarty na wszystko dookoła. Muszę być jak najlepszym nauczycielem i dlatego sam również dbam od jakiegoś czasu o swój mózg, rozwiązuję różne zadania matematyczne, czytam, intensywniej uczę się języka angielskiego i powróciłem do gry w szachy. Ten trening mózgu, zdrowe, sportowe życie pełne szczęścia i miłości, zdrowe odżywianie się oraz te wszystkie niesamowite doznania z Cezarem, kształtują również i mój mózg, tworząc go bardziej elastycznym i pozwalającym mi na coraz to lepsze zrozumienie istoty pomocy Cezarowi i zwiększającym szanse Cezara. Nasz mózg to nieograniczona siła i możliwości, które są tak wielkie, iż nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. Jeżeli mózg uwierzy, że coś zrobi to ani ciało, ani żadna inna przeszkoda, go nie powstrzymają. Wiedziałem, że jak przebiegnę ten maraton z obciążeniem to nie będzie dla nas rzeczy nie możliwych i siłą wiary pokonamy autyzm. Zwyciężymy naszą walkę. Mój synek tego dokona… Tak więc maraton od początku był naszą walką o życie i dlatego nie dopuszczałem możliwości, że mogę paść i przegrać. Wiedziałem, że to zrobię. Wiedziałem, że tak samo jak w treningu trójbojowym, muszę przebiegać maraton codziennie w swojej głowie i przeżywać w swojej wyobraźni to doznanie kolejny i kolejny raz, a dla mojego mózgu będzie to później już tylko rutyna a podczas prawdziwego biegu powtórzę po prostu to samo, co robiłem już wielokrotnie. To zawsze pomagało mi przed najcięższymi treningami przysiadów, martwego ciągu czy wyciskania na klatkę. W ten sposób biłem niemal wszystkie swoje rekordy i dlatego większość razy gdy podnosiłem jakiś ciężar po raz pierwszy w życiu, to robiłem nim nie jeden, ale dwa albo nawet trzy ruchy, jak podczas gdy pierwszy raz podniosłem w martwym ciągu 300kg. Tyle razy zrobiłem to w głowie od tak długiego czasu, zanim naprawdę podszedłem do tego ciężaru, że zrobiłem nim nie jeden, ale trzy ruchy i czułem, że tego dnia mogę podnieść 310kg albo nawet 315kg. Taką właśnie siłę ma nasz mózg. Jest nieobliczalny. Maraton zawsze wydawał mi się nieosiągalny, a dodając, że miałem ciągnąć za sobą samochodzik i synka, 40kg razem, sprawiało ten pomysł wręcz śmiesznym. Moi koledzy trójboiści i trenerzy, twierdzili, że przebiegnięcie maratonu dla trójboisty wagi ciężkiej jest niemożliwe, a ja to chcę jeszcze zrobić z obciążeniem… I tutaj z reguły uśmiechali się ironicznie. Słuchałem ich wszystkich, a w głowie miałem te wszystkie opinie, że autyzm jest nieuleczalny, że nie możliwe jest wyjście z autyzmu, że mój synek ponoć nie będzie nigdy rozmawiał… Szanuję opinie innych ludzi i zawsze je słucham, a potem rozważam. Tym razem jednak musiałem powiedzieć głośno sam sobie, że oni wszyscy się mylą. Nie mogłem poddać się i zostawić Cezara bez szans! Postanowiłem walczyć i wygrać! Wygrałem przecież Mistrzostwa Świata w Trójboju Siłowym oraz pobiłem rekord świata w wyciskaniu na klatkę i myślę, że droga na najwyższe podium i zwycięstwo, dało niesamowite korzyści dla mojego mózgu i bardzo dużo mnie nauczyło, a w szczególności, że wszystko jest możliwe. Wszystko zależy tylko od nas, od naszej wiary, motywacji, oddaniu, pracy i walki o zwycięstwo. Te cechy i zdobyte umiejętności teraz musiałem wykorzystać do największej walki życia. Odpowiednia motywacja i już nie miałem wątpliwości. Zrobię ten marathon, a mój syn wygra z autyzmem i będzie samodzielnym oraz szczęśliwym człowiekiem! Nie ma innego wyjścia. Tej walki nie możemy przegrać. Połączyłem szybko walkę z maratonem z walka z autyzmem i wiedziałem, że to będzie idealne do prowadzonej przeze mnie terapii. To wszystko składało mi się w głowie w jedną wielką całość. Wymyśliłem cały plan taktyczny i postanowiłem codziennie biegać w innych, pięknych miejscach, gdzie Cezar będzie mógł przeżywać masę różnych i innych przygód oraz uczyć się zróżnicowanych sytuacji, przepełnionych głębokimi doznaniami i poznawać codziennie masę różnych słów, nie tylko z książki, ale z prawdziwych wydarzeń, które będą sprawiały, że jest szczęśliwy, zainteresowany, że ma otwarty mózg na naukę. W moim planie była również pomoc innym chorym, potrzebującym dzieciom, a doświadczenia w prowadzeniu we wcześniejszym czasie różnych akcji charytatywnych nauczyły mnie jak wspaniale jest pomagać potrzebującym, a oprócz tego jaka piękna otoczka i atmosfera miłości, jest podczas takich akcji. Chciałem żeby Cezar był małym bohaterem i robił dobre uczynki. Żeby mógł pomagać, a jednocześnie żeby mógł czuć tą niesamowita atmosferę i miłość. To w moim odczuciu dawało pełny obraz, jak ta terapia ma wyglądać, a miłość ma być jej mottem. Zapisałem się na słynny Maraton w Dublinie i przystąpiliśmy z synkiem do codziennego biegania oraz do zbierania pieniędzy dla dzieci z Dziecięcego Szpitala Temple Street w Dublinie. Dodatkowo zapisałem się na Charytatywne Mistrzostwa Irlandii w Trójboju Siłowym.

Zaczęliśmy z Cezarem zbierać również pieniądze dla potrzebujących dzieci z Dziecięcego Szpitala w Crumlinie. Cezar uwielbiał nasze treningi, a podczas nich był taki szczęśliwy, otwarty i uczył się bardzo dużo każdego dnia. Codziennie inne miejsca, inne, niesamowite przygody oraz kontakt i rozmowa z masą ludzi podczas zbierania pieniędzy. To naprawdę działało a stan Cezara powoli zaczął się poprawiać. Cezar zaczął się coraz bardziej otwierać, a my z żoną zaczynaliśmy powoli łapać z nim kontakt. To było niesamowite. Cezar rozumiał coraz więcej i zaczął wydawać coraz więcej dźwięków. Wymawianie słów sprawiało Cezarowi ogromny problem i chociaż to co próbował mówić było nie do zrozumienia, to najważniejsze, że Cezar próbował mówić coraz więcej, a liczba słów, które mogliśmy z żoną zrozumieć, powiększała się. Powoli poprawiał się kontakt wzrokowy a synek pierwszy raz pokazał na coś palcem. Nasz synek powoli zaczął powracać do naszego świata, a mgła jego samotności zaczęła się unosić. Prowadzimy ten system już 6 tygodni. Dochodzi czas kolejnej terapii. Przygotowuję samochodzik Cezara, sprzęt do terapii, picie i głośno mówię do synka: — Synek terapia! — a synek z uśmiechem od ucha do ucha krzyczy: — siejaj! — Wow. Cezar powtórzył po mnie słowo “terapia”. Tak po prostu, bezwiednie i jakże radośnie. Wspaniale. Po takim początku wiem, że ta sesja terapeutyczna będzie wspaniała. Po krzyknięciu Cezar biegnie od razu po buty. W oczach stają mi łzy. Jeszcze niedawno Cezar nie rozumiałby i nie zareagowałby wogóle na moje słowo wypowiedziane do niego, a teraz nie dość, że ze szczęściem powtarza moje słowo to jeszcze biegnie od razu po swoje buty, które przynosi mi i siada na fotel podając nóżkę. To niby taka prosta czynność dla dziecka, ale dla mojego aniołka to milowy krok, a dla mnie, rodzica to jedna z najpiękniejszych chwil w życiu. To już trzeci raz Cezar powiedział słowo terapia, a ja szybko dzwonię do żony, bo wiem, że ona też się popłacze gdy to usłyszy, a zresztą nie mogę wytrzymać żeby nie podzielić się z nią tym i nie dać jej tej samej chwili szczęścia, którą Cezar ofiarował mi. Żona odbiera telefon, a ja przystawiam swój bliżej Cezara i jeszcze raz, tym razem krzycząc, powtarzam: — Synek! Terapia yes? — A Cezar tak samo głośno jak ja po raz drugi krzyczy: — Siejaj yeee!” — O mój Boże kochany! Synek pierwszy raz powtórzył 2 słowa! DWA SŁOWA!!! Oboje z żoną płaczemy ze szczęścia z telefonami przy uchu a synek śmieje się i jeszcze raz krzyczy głośno: — Siejaj! — Jaki to dla mnie piękny moment. Nie do opisania. Żadne pieniądze świata nie potrafiłyby wydobyć takiego uczucia, takiego szczęścia. Mówię żonie jak bardzo ją kocham i zabieramy się z synkiem do roboty. Zakładam mu na uszy słuchawki, ustawiam odpowiedni program i włanczam muzykę. Nakładam mój pas treningowy od trójboju i przymocowuję do niego linkę z samochodziku synka. Cezar nie czeka tylko sam wsiada do auta i jest już gotowy. To jedna z rzeczy, do których nie trzeba go namawiać. Synek uwielbia ten czas i to jest właśnie klucz do tego wszystkiego co robimy. Wyjmuję butelkę z wodą. Pijemy. Chowam butelkę do plecaka i nakładam plecak na plecy. Możemy ruszać. Kucam przy synku i prosto w jego twarz, mówię mu, że zaczynamy, tłumacze jaki jest plan, że będziemy pomagać teraz małym, chorym dzieciom i będziemy zbierali dla nich pieniążki. Mówię cezarowi jaką wspaniałą rzecz będzie robił i jaki jest cudowny oraz wielki. Mówiąc to przychodzi mi myśl, że jeżeli Cezar będzie pomagał potrzebującym dzieciom i robił dużo dobrego to może Pan Bóg zlituje się nad moim kochanym aniołkiem i pomoże mu wyjść z tej ciężkiej choroby. Pomoże mu zacząć mówić. Jednak od razu nadchodzi druga myśl, że niewolno targować się z Bogiem i przepraszam Pana Boga w myślach. Zaczynamy biec powolnym tempem. Cały czas coś głośno mówię do Cezara i staram się wydobyć od niego odpowiedz na moje pytanie, czym jest powtórzenie przez Cezara jednego z wypowiedzianych przeze mnie wyrazów i od 3-ech tygodni coraz częściej mi się to udaje. Biegnę. Widzę pierwszą osobę, starszą kobietę, podbiegam do niej i mówię: — Hello. I sorry. Can I take, a few second of your time? I`m Paweł Stachurski. I taking part in Dublin Marathon. I will run all the way with my son Cezar in his car. Cezar is autistic and he loves running. Run is part of his therapy. We both raising money for sick kids from Temple Street Hospital. Every cent will help if you will so kind and help in our action.- Wyjmuję kartę sponsorską i pokazuję dla pani dodając: — I leaving here, on 27 Nash Street. We just start for today. — Starsza pani wyjmuje portfel, otwiera go i daje Cezarowi 5 euro. Ja mówię: — Tkank you so much — i podsuwam torebkę na pieniądze do synka, mówiąc mu, żeby wrzucił tam pieniążki dla chorych dzieci. Synek wrzuca, a starsza pani podpisuje się na karcie sponsorskiej. — Thank you very much. Good bles you. — mówię do Pani na koniec. Po czym mówię do Synka: — Synek say bye bye to lady — i sam również mówię: — Bye bye (pa pa) — a synek z uśmiechem macha raczką do starszej pani i mówi: — Gie gie — a pani odpowiada mu i machają do siebie jeszcze przez chwilę a Cezar jeszcze kilka krotnie powtarza słowa: — Gie gie — po czym wystawiam otwartą rękę do Cezara i mówię: — Synek piona — a synek przybija pionę, (2 tygodnie od tego momentu Cezar zacznie odpowiadać: — Siojaja -, czyli “piona”) po czym zaczynam biec wołając do Cezara: — Synek lecimy dalej, tak? — I synek odpowiada niewyraźnie jakimś słowem i zaczynamy biec dalej. To znaczy ja oczywiście biegnę, a Cezar siedzi w swoim aucie. Czy zauważyliście kochani ile powiedział Cezar w rozmowie z tą panią? A na dodatek machał do niej raczką. Wspaniale. Po prostu wspaniale. Chyba przez całe swoje życie nie powiedział on i nie zrobił tyle co do tej pory, podczas tej sesji terapeutycznej, która przecież się jeszcze nie skończyła. W późniejszym czasie stanie się regułą, że kroki poprawy Cezara będą zauważalne bardzo raptownie, podczas jednego dnia, po dłuższym oczekiwaniu. Szczególnie często będą to momenty zawodów Cezara lub innych wielkich przeżyć, co jest dowodem na to, że sytuacje zmuszające mózg do bardzo silnych i głębokich przeżyć, powodują, że mózg staje się bardziej elastyczny podczas tego momentu i mamy duże pole do popisu, żeby tą elastyczność jak najlepiej wykorzystać. Biegnę więc dalej i pytam się w podobny sposób prawie każdej napotkaną osobę. Część ludzi daje datek, a cześć nie. Większość ludzi jest naprawdę bardzo miła i docenia to co robimy, chwaląc nas mocno i mówiąc Cezarowi jaki jest dzielny oraz jaki z niego dobry chłopczyk. Ja staram się żeby Cezar powiedział coś do każdego, żeby z każdym złapał jakiś, chociaż chwilowy kontakt i naprawdę coraz bardziej nam się to udaje. Dzisiaj biegniemy z Inchicore nad morze. Jest to 12 km biegu. Ćwiczymy już jakiś czas, ale mimo to po 8-mym kilometrze, gdy mamy już pełną kartę sponsorską, jestem naprawdę zmęczony. Gdy biegniesz i cały czas zatrzymujesz się, zmieniasz tempo, rozmawiasz, to bieg jest naprawdę ciężki i można się zmęczyć. Szybko liczę pieniądze. Wow… Nazbieraliśmy dzisiaj 156 euro przez ponad godzinę.

Bardzo dobry dzień. Biegniemy dalej, już bez zatrzymywania się. Chowam pieniądze I kartę sponsorską i mówię do synka ile pieniążków nazbierał dzisiaj dla potrzebujących dzieci, oraz tłumaczę mu, jaki to dobry uczynek i jak wspaniale jest pomagać oraz jak bardzo jestem z niego dumny. Cały czas biegniemy, pot leci mi do oczu a samochodzik z synkiem wydaje się ważyć ze 200kg. Co parę minut biorę samochodzik w rękę, a Cezar biegnie sam. Potem znowu jedzie w samochodziku i znowu biegnie. W ten sposób ma on cały czas zapewniony trening fizyczny i sprawia mu to masę radości. Cały czas mówię coś do niego i staram się wymuszać na nim odpowiedzi w formie powtarzania przez Cezara mojego kluczowego słowa. Mówię o wszystkim, co napotykamy na drodze i komentuję wszystkie sytuacje oraz wszystko pokazuję palcem, po czym proszę go, żeby też to pokazał i zawsze cieszę się jak dzieciak gdy on to zrobi, a radość jest podwójna gdy Cezar pokaże palcem i do tego powtórzy po mnie, co to za rzecz, którą właśnie pokazuje. Liczę samochody, drzewa, śpiewam i cały czas staram się, żeby Cezar był szczęśliwy a bieg jak najbardziej bogaty w fajne momenty. Dobiegamy nad morze. Dzisiaj zajęło nam to 2 godziny. Jesteśmy 200 metrów przed wodą gdy mija druga godzina i muzyka w słuchawkach Cezara kończy się, a Cezar zrzuca z uszu słuchawki i krzyczy: — Siojeejea (koniec) — Kolejne powiedziane słowo i to nie powtórzone, ale samemu powiedziane w dobraniu do odpowiedniej akcji, czyli końca muzyki. Chyba po raz pierwszy Cezar sam od siebie powiedział coś tak trafnego. To niesamowite. Po prostu fantastyczne. Jeszcze niedawno Cezar nie mówił nic i był bardzo zamknięty w sobie, a teraz powtarza już tyle słów i tyle rozumie rzeczy. Wspaniale. To działa. A biegamy dopiero 3 miesiące. Niemal codziennie Cezar mówi coś nowego. Mówi bardzo nie wyraźnie i wszystko, co mówi, brzmi bardzo podobnie, ale najważniejsze jest, że zaczyna mówić, że próbuje, że odpowiada i reaguje na pytania. To daje tyle szczęścia i nadziei, a także motywacji, która tak bardzo jest potrzebna, żeby moc z odpowiednią siłą przeciwstawić się tym wszystkim głosom dookoła, które powtarzały, powtarzają: — Twój syn nie będzie rozmawiał… jest nieuleczalnie chory… nie macie szans… to walka z wiatrakami… musicie się z tym pogodzić… musicie. — Musimy? Nie sadzę! Nie poddam się! Nie przestanę walczyć o syna! Nie zostawię go samego bez szans!!! Nigdy! Nie ma takiej możliwości!

Koniec terapii. To był wspaniały czas. Biegniemy z Cezarem do wody, odpoczywamy, po czym głodni siadamy do jedzenia. — Jesteś głody Synku? Będziemy jeść? — Zapytałem. — Jessie (jeść). Jessie. Jessie. — Odpowiada Synek. Otwieram plecak, rozkładam kocyk i zaczynamy piknik. Jaki wspaniały czas z ukochanym syneczkiem. Nic nie może się równać z tą chwilą. Z tym momentem. Z tym wspaniałym uczuciem, jakie jest między nami. — Tak cię kocham mój mały Aniołku. Jesteś dla mnie wszystkim. Zawsze będziemy razem i nic nas nie rozłączy mój kochany- Mówię to do Synka, po czym całuję go w główkę. Po pikniku idziemy jeszcze chwilę pochodzić po plaży, a potem wracamy. Synek wsiada do samochodziku i zmierzamy do domu. Wracamy oczywiście w ten sam sposób i kontynuujemy terapię, z tą różnicą, że teraz już bez muzyki. Synek siedzi w samochodziku, a ja biegnę, ciągnąc go za sobą. Powrót po odpoczynku i najedzeniu się jest ciężki, ale biegnę. Musi być czasami ciężko, żeby docenić swoją pracę i dać z siebie wszystko. Łapie kolka, nogi bolą i pieką łydki. Pot leci do oczu i prawie nic nie widzę. To jest najlepszy moment. Teraz się dzieje, a ja walczę ze sobą, żeby się nie zatrzymać, komentując cały czas moją walkę i powtarzając cały czas masę motywujących słów, które niby kieruję do siebie, a tak naprawdę wszystko, co mówię, jest celowe. Uczę Cezara innej, skrajnej sytuacji, walki, niepoddawania się. Dobiegamy. Wow. Dzisiaj pobiliśmy nasz rekord. Pierwszy raz w życiu przebiegliśmy 24km. Mimo że było to z przerwą, to i tak jestem naprawdę zadowolony. Kiedyś nigdy bym nie przepuszczał, że mogę przebiec taki dystans i to z ciągniętym obciążeniem. Ale jestem zmęczony. — Brawo syneczku. Zrobiliśmy to.- Kucam przed synkiem i mówię do niego, próbując nadać mojemu głosowi poważny ton. Synek słucha i widzę, że dużo rozumie oraz jest zadowolony. Nigdy wcześniej nie słuchał mnie tak uważnie. — Jesteś moim mistrzem malutki. Tata jest taki dumny z ciebie. Przebiegliśmy 24km i nazbieraliśmy dużo pieniążków dla chorych dzieci. Zrobiłeś coś bardzo dobrego. Jesteś bohaterem mój kochany. Jesteś moim bohaterem. Zawsze o tym pamiętaj najdroższy! — Pukam do drzwi. Otwiera moja żona i wita nas gorąco, obejmując i całując. Ja mówię żonie, żeby pogratulowała Cezarowi, bo zrobił coś wielkiego. Po czym czuję zawrót głowy, zbliżam się do fotela i mdleję, padając na fotel. Niesamowite, żeby zemdleć ze zmęczenia. Pierwszy raz przytrafiło mi się coś takiego. Wspaniały trening. Wspaniała terapia. Niesamowicie spędzony czas. Następny dzień i kolejna akcja charytatywna, ale tym razem biegniemy 8km do centrum i zbieramy pieniążki w imieniu Organizacji Trójboju siłowego, dla potrzebujących dzieci z Dziecięcego Szpitala w Crumlinie. Przez godzinę nazbieraliśmy 83 euro, po czym biegniemy do Phoenix Parku, prowadząc całą drogę uczącą rozmowę i powtarzanie słów. W Phoenix Parku w lesie robimy trening trójboju siłowego, co jest również niesamowitą zabawą dla Cezara. Phoenix Park to wielki park, w którym jest wspaniały las, gdzie trening zawsze jest czymś niesamowitym zarówno dla mnie jak i dla synka. Phoenix Park powstał w 1662 roku i obejmuje powierzchnię 707 hektarów. Otoczony jest murem o długości 11 km, co czyni go jednym z największych ogrodzonych parków miejskich w Europie. Park jest położony 2—4 km na zachód od rzeki Liffey i uwierzcie mi kochani, to naprawdę wspaniałe miejsce z wieloma niesamowitymi atrakcjami.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 17.75
drukowana A5
za 47.51
drukowana A5
Kolorowa
za 74.42