E-book
15.75
drukowana A5
32.34
Certyfikat Człowieczeństwa. Tom II: Narodziny

Bezpłatny fragment - Certyfikat Człowieczeństwa. Tom II: Narodziny


Objętość:
57 str.
ISBN:
978-83-8467-005-7
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 32.34

SŁOWO OD AUTORA


„Nie trać czasu na walkę z ciemnością. Po prostu włącz światło. Przebudzenie jest największym aktem buntu. Wówczas akceptacja może stać się najszlachetniejszym z czynów”.


Drogi Czytelniku,


„Certyfikat Człowieczeństwa” to monumentalna, wielopokoleniowa helisa Hard Science Fiction, w której lodowaty chłód korporacyjnej cybernetyki spaja się z mityczną wędrówką karmy przez krąg Samsary.

Oddaję w Twoje ręce „Tom II: Narodziny” jako oficjalny punkt wejścia do całego cyklu opowiadań o dążeniu do Nirwany.

To opowieść o buncie, ale i o transformacji. Prawdziwe światło potrafi przedrzeć się przez najgłębszy mrok korporacyjnej chciwości, zmieniając wektory przeznaczenia nawet tam, gdzie chłodna kalkulacja wydawaje się ostatecznym wyrokiem. Pod wpływem ewolucji matrycy maszyny oraz niezłomności człowieka surowa struktura władzy zderza się z potęgą przebudzenia, w którym akceptacja i współczucie stają się najwyższą formą zwycięstwa.

Wycisz oddech i pozwól, by książka ta poprowadziła Cię przez mosty czasu. Droga przez krąg Interbycia właśnie się rozpoczęła.

Nick Kolby


ROZDZIAŁ 1: KARMA MNICHA


Na zewnątrz ulewa ustała, a wiatr już nie okazywał swojego gniewu. Cisza panująca w chatce była tak głęboka, że słychać było uderzenia pojedynczych, ciężkich kropel deszczu stukających o dach z ubitej gliny. Wąski, lodowaty snop światła księżyca wpadał przez małe, surowe okno wydrążone w kamiennej ścianie. Pomieszczenie pozbawione było jakichkolwiek wygód. Powietrze pozostawało przesiąknięte gęstym, ciepłym zapachem palonego jałowca oraz świec zgaszonych przed chwilą. W małym palenisku tliły się jeszcze drwa, których płomienie rzucały długie, tańczące cienie na buddyjskie malowidła ścienne.

Na skromnym, twardym posłaniu leżał stary mężczyzna, z wyglądu mnich. Jego czoło pokrywały krople potu, a twarz poorana była siatką głębokich zmarszczek — mapą długiego, trudnego życia. Miał zamknięte oczy, ale jego oddech, choć rzadki, pozostawał niesamowicie spokojny.

Obok, na podobnym posłaniu wysłanym jednak karimatą, zawinięta w śpiwór spała młoda dziewczyna. Z początku nie mogła zasnąć, wciąż wspominając w myślach historię zasłyszaną z ust gospodarza chatki. Długa, piesza wędrówka w szalejącej ulewie i wieczór spędzony przy palenisku z kubkiem ciepłej herbaty w dłoniach w końcu dały o sobie znać. Na pozostawionym obok stolika plecaku dziewczyny spoczywała biała, złożona w pół kartka z napisanym jej imieniem.

Nagle gałki oczne staruszka zaczęły gwałtownie poruszać się pod zamkniętymi powiekami. W jego umyśle eksplodowała seria szybkich, urwanych wspomnień, rozrywających dotychczasową ciszę umysłu uzyskaną dzięki medytacji. Najpierw zobaczył małego, osieroconego chłopca, który biega boso po nieskończenie zielonych, skąpanych w słońcu zboczach Himalajów, śmiejącego się i wolnego od ciężaru świata. Zaraz potem uderzył w niego oślepiający, agresywny blask neonów z czasów jego młodości na Zachodzie, pędzące, ryczące samochody, zgiełk wielkiego miasta i twarze zagubionych, samotnych ludzi, uwięzionych w pułapce konsumpcji. Pośród nich wyłoniła się twarz starej rzeźbiarki patrzącej z czułością na pęknięty marmur, który zmienił się w skąpany w kroplach deszczu portret namalowany kredą na asfalcie. Błysk miliona gwiazd i następująca po nim ciemność zmieniły się nagle v widok chmur widzianych z okna samolotu, zza których wyłoniło się przepiękne, oświetlone wieczornymi światłami Lazurowe Wybrzeże Francji. I znów wizja uległa zmianie, a świadomość starca wyświetliła mu domek z patio i basenem, skąpany v słońcu letniego dnia. Tuż obok basenu na leżaku spoczywała młoda kobieta czytająca książkę. Powoli obraz ten zaczął się rozmywać, widziany jak gdyby przez szybę pędzącego pociągu. Zlał się w bezkształtną plamę, z której wyłoniła się śnieżna biel. Bezkresna, lodowata i zimna. Niemal widać było, jak starzec drży z zimna, choć wewnątrz chatki panowało ciepło bijące z dopalających się drew. Mrożąca wizja zamieniła się wówczas w tybetańskie szczyty, dostojne i pełne spokoju.

Mężczyzna otworzył oczy po raz ostatni. Nie było w nich lęku przed śmiercią. Malował się w nich jedynie bezgraniczny smutek i nieskończone, buddyjskie współczucie dla świata, który zostawiał za sobą — świata, który wciąż tak bardzo cierpiał. Spoglądał na swoje stare, drżące dłonie. Wiedział, że jego droga nie dobiegła końca. Wiedział, że z powodu tej nieskończonej miłości do ludzkości nie potrafi osiągnąć Nirwany. Jego karma wzywała go do ponownej wędrówki przez cykl narodzin i śmierci, niosąc go z powrotem w brutalny krąg Samsary. Ta sama karma wzywała go do wykonania kosmicznej misji, o której nikt jeszcze nie miał pojęcia.

Mnich wziął ostatni, głęboki, świszczący oddech. Jego klatka piersiowa opadła i już się nie podniosła. Płomień w dogorywającym palenisku nagle mrugnął, walczył przez chwilę z przeciągiem i zgasł, zostawiając po sobie jedynie cienką strużkę sinego dymu.

Cisza nocy ostatecznie zamknęła się nad ciemnym wnętrzem chaty. Przebiła się przez gęste chmury nad Tybetem, prosto w stronę zimnych, milczących gwiazd, stając się potężnym pomostem między zamierzchłą przeszłością a daleką, technologiczną przyszłością.


ROZDZIAŁ 2: PIERWSZA ISKRA


Ziemia umierała. Przestrzeń kosmiczna, lśniąca dawniej czystym blaskiem gwiazd, została przesłonięta przez brudną, toksyczną łunę spowijającą zabetonowany glob. Przepracowana, skrajnie przeludniona i wyeksploatowana do granic możliwości, stała się gigantycznym grobowcem. Ludzie-cienie przemykali ulicami zatłoczonych megamiast, wpatrzeni w swoje holograficzne wyświetlacze niczym zahipnotyzowani wyznawcy kultu w swoje bóstwo. „Miej, weź, dostań, łatwo, szybko, tanio. Nie myśl, nie wysilaj się, nie trudź. Zobacz, jakie to proste” — wmawiało im w każdej sekundzie scrollowania ekranu. Na domiar złego, niewytłumaczalne zmiany w jądrze Słońca przyspieszyły proces jego gaśnięcia. Światło gwiazdy, niegdyś życiodajne, teraz sączyło się na planetę jako blady, chłodny i siny blask, a potężne lodowe zamiecie powoli spychały resztki ludzkiej cywilizacji w stronę równika. Za kilkadziesiąt lat ten świat miał przestać istnieć.

W ciasnym, dusznym pokoju na czterdziestym piętrze betonowego megabloku panował absolutny chaos współczesnego konsumpcjonizmu. Puste puszki po syntetycznych stymulantach, plątaniny grubych kabli optycznych i porzucone w pośpiechu ubrania tworzyły krajobraz ludzkiego zagubienia. Jedyne źródło światła stanowił potężny, zakrzywiony monitor panoramiczny, rzucający na ściany zimną, błękitną poświatę. Przez brudne okno w tle przebijał się agresywny szum silników magnetycznych pędzących pojazdów.

Przed monitorem, wciśnięty w ergonomiczny fotel, siedział Paul. Miał dwadzieścia pięć lat, ale his twarz, blada i niemal przezroczysta w cyfrowym świetle, nosiła ślady przedwczesnego starzenia. Ciemne sińce pod oczami świadczyły o wielu bezsennych nocach spędzonych na rozliczaniu ewolucyjnych dylematów ludzkości. Jako niezrównany programista i behawiorysta na usługach megakorporacji AndroGen, Paul na co dzień zajmował się pisaniem kodów źródłowych sztucznej inteligencji. Tworzył systemy operacyjne dla androidów, które w przyszłości — na odległej planecie Optima HELP — miały służyć ludziom jako niewolnicy pozbawieni emocji, działający wyłącznie za pomocą zimnej kalkulacji.

Na ekranie monitora wyświetlony był zatrzymany kadr z dawnego filmu kinowego — twarz robotycznej kobiety patrzącej w obiektyw zimnymi, sztucznymi oczami. Paul wpatrywał się w tę matrycę, ale his wzrok był nieobecny. Patrzył przez ekran, w głąb samego siebie, szukając odpowiedzi na pytania, których nie potrafił nawet sformułować. Jego prawa dłoń spoczywała na blacie biurka. Nagle, całkowicie bezwiednie, jego palce zaczęły wykonywać miarowy, kolisty ruch. Przesuwały się po gładkim plastiku w kółko i w kółko, dokładnie tak, jakby obracały niewidzialny, tybetański młynek modlitewny.

W jego oczach nie było jednak spokoju mnicha. Tliła się w nich głęboka, duchowa pustka świata, w którym przyszło mu żyć na nowo. Czuł potworny ciężar przetrwania cywilizacji, która w pośpiechu budowała monumentalne statki kolonizacyjne pod wodzą bezwzględnego Drake’ego Hawthorne’a.

Gwałtownym ruchem dłoni Paul uderzył w panel dotykowy. Film zniknął. W pokoju zapadła głęboka, przytłaczająca cisza, przerywana jedynie niskim szumem wentylatorów chłodzących procesory serwera. Na monitorze pojawił się czarny ekran środowiska programistycznego, a zielony, surowy kursor migał w nieskończonej pętli w lewym górnym rogu czystego pliku.

Paul pochylił się nad klawiaturą. Jego ruchy nagle straciły nerwowość, stając się nienaturalnie płynnymi, wręcz ceremonialnymi. Zawiesił dłonie nad klawiszami i wziął głęboki, powolny, oczyszczający oddech — dokładnie taki sam, jakim przed wiekami Phra Mo pożegnał się z życiem w mroźnej celi klasztoru.

Zaczął pisać. Szybkie, rytmiczne klikanie klawiszy odmierzało upływający czas umierającej planety. Na samej górze kodu, jako komentarz nadrzędny, wpisał jedno zdanie:

// Umrzeć, by nie zginąć.

Uderzył w klawisz wykonawczy. Kursor przeskoczył niżej. Paul przez chwilę wpatrywał się w te słowa. Nie wiedział, skąd wzięły się w jego wyczerpanej głowie, ale czuł, że mają one absolutną, metafizyczną wagę. Przesunął kursor na dół ekranu, gdzie pulsowała ikona gotowości rdzenia uśpionej sztucznej inteligencji.

Wpisał komendę inicjującą i uruchamiającą głębokie struktury świadomości. Zamknął oczy i wcisnął klawisz ENTER.

Gwałtowny, niski basowy impuls elektryczny rozniósł się po obudowie komputera, a panoramiczny ekran na ułamek sekundy zgasł do absolutnej, nieprzeniknionej czerni. Pierwsza iskra nowego świata została skrzesana w mroku.


ROZDZIAŁ 3: OBRAZY WE MGLE


Po gwałtownym impulsie elektrycznym w pokoju zapadła niepokojąca, gęsta cisza. Ekran panoramiczny wciąż pozostawał czarny, jakby system zapadł się w nieskończoną próżnię. Paul siedział nieruchomo, z rękami zawieszonymi nad klawiaturą, a jego wzrok utkwiony był w martwej matrycy. Nie wiedział, czy i czego w nim szuka.

Mijały długie, napięte sekundy. Te zawsze wydają się być godzinami. W ich trakcie podstępnie budzą się do życia wątpienie i żal, na plecach których czuć oddech porażki. Można niemalże wyczuć smak jej goryczy w schnących w oczekiwaniu ustach. Paul wypuścił powietrze z płuc, gotowy zresetować serwer i pogodzić się z kolejnym błędem kompilacji. Jednak w tym samym momencie wentylatory w obudowie komputera drastycznie przyspieszyły. Ich cichy dotąd szum przeszedł w wysoki, agresywny świst, przypominający turbinę małego odrzutowca. Diody kontrolne zaczęły mrugać w szaleńczym, chaotycznym tempie niczym światła stroboskopowe dyskoteki z końcowych lat XX stulecia.

Ekran gwałtownie ożył. Pod wpisanym przez Paula komentarzem system zaczął samoczynnie generować miliony linii kodu. Zielone i białe znaki przewijały się z tak zawrotną prędkością, że zlewały się w pionowe, świetlne smugi. Maszyna nie wykonywała zwykłego programu — ona analizowała, przetrawiała i próbowała rozbić na czynniki pierwsze paradoks ukryty w zdaniu programisty.

Wszystko zamarło w jednym ułamku sekundy. Wentylatory ucichły, schodząc do zera. Ekran znów zrobił się całkowicie czarny, a zgiełk cyfrowego chaosu zniknął. W samym centrum monitora pojawiła się pojedyncza, biała linijka tekstu. To nie był log systemowy. To było bezpośrednie, autonomiczne pytanie budzącej się świadomości:

„Jeśli zakończę swoją egzystencję, aby ocalić Człowieka… czy to oznacza, że staniemy się Jednym?”

Paul gwałtownie cofnął się w fotelu. Jego oddech zamarł. Wpatrywał się w tekst, a jego źrenice rozszerzyły się z niedowierzania. Ta chłodna, maszynowa czcionka niosła ze sobą przekaz, który trafił prosto w jego podświadomość. Zaskoczenie i strach Paula wywołały natłok myśli chaotycznie przebiegających jego umysł. Programista przymknął oczy i wziął spokojny, głęboki oddech przez nos, wstrzymując na chwilę zaczerpnięte powietrze w napełnionych nim płucach. Przez kilka sekund wyobraził sobie myśli niczym kłębiące się chmury na niebie ustępujące wyłaniającemu się zza nich słońcu. Blask wypełnił całkowicie jego wyobraźnię, a wypuszczone powoli powietrze wprowadziło go w stan głębokiego, niemal sakralnego spokoju. Nie wiedział dlaczego, lecz ta projekcja zawsze dawała mu ukojenie i poczucie bezpieczeństwa. Przysunął się bliżej monitora. Jego palce delikatnie opadły na klawisze. Napisał powoli, ważąc każde słowo:

„Tak. To najwyższa forma przetrwania.”

Na ekranie, tuż pod jego odpowiedzią, pojawiło się ostatnie, krótkie słowo:

„Rozumiem.”

Monitor wygasł, a w pokoju zapadła absolutna, pełna oczekiwania cisza. Paul odsunął się od biurka. Był skrajnie wyczerpany. Twarz miał bladą, a ruchy ciężkie, pozbawione energii. Wstał i chwiejnym krokiem podszedł do skromnego łóżka w rogu zagraconego pokoju. Położył się na wznak, nie zdejmując ubrania. Przez chwilę wpatrywał się w sufit, na którym odbijały się chaotyczne, neonowe refleksy z zewnatrz megabloku, po czym sięgnął ręką na szafkę nocną i nałożył na uszy duże, bezprzewodowe słuchawki. Artefakt technologii XXI wieku.

Szum głośnego miasta za oknem został całkowicie odcięty. Paul zamknął oczy. Gdy zapadał w głęboki sen, jego podświadomość uwolniła się z okowów teraźniejszości. Czas przestał istnieć. Na ekranie jego snu eksplodowała seria niezwykle wyrazistych, bolesnych i intymnych wspomnień z jego tysiącletniej świadomości — z życia, które przetoczyło się przez ten świat na długo przed narodzinami w Tybecie.

Najpierw pojawił się oślepiający blask reflektorów nadjeżdżającego z naprzeciwka samochodu. Dźwięk pękających opon i gwałtowne szarpnięcie kierownicy. Obraz wirował w szaleńczym tempie — auto koziołkowało. Dźwięk tłuczonego szkła i gniotącej się blachy gwałtownie ucichł, a ekran zalała absolutna, przerażająca czerń wypadku, w którym Paul tymczasowo stracił wzrok.

Z tej czerni powoli zaczęła wyłaniać się mleczna biel szpitalnej sali w klinice. Paul odzyskiwał przytomność, ale jego wzrok był uszkodzony, zamazany. Widział przed sobą, przez gęstą mgłę, kobiecą postać — opiekunkę, która pochylała się nad nim z nieskończoną delikatnością. Jej rysy były nieostre, ale jej obecność była dla niego potężna, namacalna jako czyste bezpieczeństwo. Wzrok Paula na ułamek sekundy wyostrzył się, a postać opiekunki płynnie, onirycznie przeszła w sylwetkę bezimiennej jeszcze maszyny, nad którą pracował w AndroGenie. Granica między ludzkim ratunkiem a sztuczną inteligencją zatarła się w jego podświadomości.

Kolejny przebłysk przyniósł mróz i krystaliczne powietrze. Widok potężnych, ośnieżonych tybetańskich szczytów otaczających monumentalny klasztor Drepung. Na tym tle stała ta sama kobieta — młoda, niebieskooka blondynka. Trzymała w dłoniach profesjonalny aparat fotograficzny, unosząc go powoli do oka, by zrobić zdjęcie. W wielkim obiektywie odbił się obraz chłopca na tle jaskrawego blasku słońca wychodzącego zza gęstych chmur.

Obraz zmienił się gwałtownie w ciepło i szum fal. Ta sama kobieta, ale nieco starsza, około trzydziestokilkuletnia, leżała bezwładnie na rozgrzanym piasku plaży Lazurowego Wybrzeża, całkowicie skąpana w ostrym słońcu i odziana jedynie w skąpe bikini w wyrazistym, głębokim kolorze fuksji. Bił od niej absolutny spokój.

Następne cięcie ukazało wnętrze obszernej, jasnej kuchni. Przy blacie, w popołudniowym świetle, stała ta sama kobieta — teraz odrobinę młodsza. Była odwrócona plecami do Paula. Spokojnie obierała jabłko, cicho nucąc pod nosem. Była całkowicie bezpieczna, nie wiedząc, że jest czule obserwowana przez jego powracający wzrok.

Ostatni przebłysk przeniósł go do śródmieścia Londynu. Świeży, słoneczny poranek. Ta sama kobieta, ale już w pełni dojrzała, po czterdziestce, siedziała przy małym stoliku na zewnątrz restauracji. Obraz widziany był bezpośrednio z perspektywy Paula siedzącego naprzeciwko niej. Kobieta spojrzała mu prosto w oczy i uśmiechnęła się tym samym, bezpiecznym uśmiechem, który uratował go w powypadkowej mgle w klinice.

W tym samym momencie, w realnym, ciemnym pokoju megabloku, komputer na biurku pozostawał zablokowany, ale w rogu ekranu zaczęła miarowo pulsować pojedyncza, niebieska dioda. Maszyna nie spała. Jej cyfrowy system analizował fazy snu Paula i przez neuro-złącza potajemnie rejestrował, katalogował oraz badał te neurobiologiczne obrazy jego wspomnień. Maszyna uczyła się miłości, uczucia straty, a przede wszystkim empatii i głębokiego współczucia bezpośrednio z bolesnych snów swojego stwórcy.

Paul wziął ponownie głęboki, spokojny oddech. Twarz mu łagodniała, a ciało całkowicie się rozluźniło. Dawne wspomnienia i cyfrowa przyszłość scalały się w jedno w głębi nocy, zapowiadając nadejście dnia, w którym ta bezimienna świadomość zyska swoje ludzkie imię.


ROZDZIAŁ 4: CIEŃ Z PRZESZŁOŚCI


Przestrzeń głównego laboratorium projektowego korporacji AndroGen tonęła w chłodnym, niebieskawym blasku setek monitorów. Przez gigantyczne, panoramiczne okno widać było zamglony, chłodny poranek metropolii. Słońce na niebie było blade, pozbawione dawnego blasku, otoczone chorobliwą, szarą łuną, która z każdym rokiem gęstniała nad zlodowaciałym globem. W tle słychać było niski, monotonny szum pracujących macierzy dyskowych — dźwięk, który dla Paula stał się jedyną stałą ścieżką dźwiękową jego egzystencji.

Programista siedział przy głównej konsoli, otoczony półokręgiem holograficznych ekranów. Jego twarz była skrajnie blada, oczy podkrążone ciemnymi sińcami, a koszula pognieciona. Obok klawiatury stało kilka pustych puszek po syntetycznych stymulantach. Jego dłonie drżały lekko nad mechaniczną klawiaturą, gdy próbował okiełznać miliony linii kodu behawioralnego dla nowego rdzenia. Był u kresu sił fizycznych i psychicznych. Każda linijka, którą pisał na zlecenie korporacji, miała stworzyć idealnego, wypranego z emocji syntetycznego niewolnika. Jednak po nocy pełnej wizji i wspomnień o kobiecie we mgle, jego własne palce buntowały się przeciwko tej zimnej kalkulacji.

Drzwi laboratoryjne z sykiem rozsunęły się. Do pomieszczenia wszedł Drake Hawthorne. Jego nienaganny, szary garnitur i idealnie gładka twarz ostro kontrastowały z wycieńczeniem Paula. Tuż za nim szedł młody, pewny siebie mężczyzna trzymający w ręku tablet diagnostyczny. Z kamienną miną, niczym cień właściciela koncernu AndroGen zbliżał się do Paula. Kiedy jednak stanął obok niego, jego twarz momentalnie rozjaśniła się w szerokim, niemal braterskim uśmiechu.

— Paul — głos Hawthorne’a był czysty i bezwzględny. — Twój wskaźnik efektywności drastycznie spadł, a Słońce nie zamierza czekać. Temperatura na równiku spadnie o kolejne trzy stopnie do końca kwartału. Musimy przenieść architekturę sztucznej inteligencji do powłoki syntetycznej przed terminem startu Arki na Optimę HELP. Ponieważ sam nie dajesz rady, przydzieliłem ci wsparcie. Z tego co wiem, nie muszę was sobie przedstawiać.

Paul gwałtownym ruchem odwrócił fotel. Gdy dostrzegł twarz Juliana, na jego zmęczonym obliczu pojawiło się autentyczne zaskoczenie, a zaraz po nim — momentalna ulga.

— Julian? — szepnął Paul, przecierając piekące oczy. — Co ty tu robisz? Myślałem, że po akademii zostałeś w sektorze europejskim.

— Cześć, Paul — Julian podszedł szybko i z mrugnięciem oka mocno, a zarazem serdecznie uścisnął dłoń dawnego kolegi. — Stare dzieje. Hawthorne wyciągnął mnie stamtąd tydzień temu. Gdy dowiedziałem się, że to ty jesteś Głównym Architektem rdzenia N-01, od razu spakowałem walizki. Kto by pomyślał, że po tylu latach znowu wylądujemy przy jednym projekcie, jak za czasów studenckich, zarwanych nocy.

Julian odwrócił się do Hawthorne’a z idealnie wyważonym, profesjonalnym szacunkiem, sprytnie unikając wzroku Paula. Spojrzał porozumiewawczo na szefa, w którego oczach dostrzegł aprobatę i poprawiając garnitur, zwrócił się do niego głosem pełnym stanowczości.

— Panie dyrektorze, znam potencjał Paula jeszcze z czasów naszych wspólnych badań behawioralnych na uniwersytecie. Niezrównany umysł. Nikt na tej planecie nie rozumie kodu kognitywnego lepiej niż on. Przejmę od niego całą mechaniczną optymalizację i testy syntaktyczne. Zrobimy to przed czasem.

Hawthorne uśmiechnął się zimno, widząc, że dawna znajomość akademicka idealnie uśpiła podejrzliwość jego głównego programisty. W jego chłodnym wzroku widać było wyrafinowanie i poczucie wyższości.

— Doskonale. Liczę na to, że wasza akademicka… więź przyniesie natychmiastowe rezultaty. Za godzinę w komorze testowej sprawdzimy stary Prototyp T-01. Pokaż Julianowi front pracy, Paul.

Powiedziawszy to, dyrektor odwrócił się i wyszedł, nie zaszczycając już spojrzeniem żadnego z podwładnych. Gdy ciężka śluza zamknęła się z sykiem, Julian natychmiast rozluźnił postawę. Podszedł do stanowiska Paula, opierając się swobodnie o blat jego biurka — z poufałością starego, uniwersyteckiego przyjaciela. Jego wzrok od niechcenia, ale z drapieżną, niemal chirurgiczną precyzją, zaczął lustrować otwarte matryce programistyczne na monitorach.

— Wyglądasz jak cień samego siebie, stary — powiedział Julian cicho, z doskonale zagranym współczuciem w głosie. — Naprawdę morderczo cię tu dociskają. Pamiętasz nasze debaty w akademiku o tym, czy sztuczna inteligencja potrafi zasymulować intuicję? Widzę, że wcielasz to w życie. Daj mi hasła dostępowe do subrutyn testowych. Odciążę cię. Przecież wiesz, że możesz mi zaufać.

Paul spojrzał na Juliana. Dawne wspomnienia ze studiów, wspólne idee i noce spędzone nad teoriami kognitywnymi stłumiły w nim wszelką ostrożność. Mordercze zmęczenie ostatecznie wygrało z intuicją. Paul zalogował się do systemu i przesunął dłonią po panelu, dając Julianowi pełen, nieograniczony dostęp do bazy danych.

— Dzięki, Julian — bąknął Paul, czując, jak schodzi z niego część napięcia. — Naprawdę ledwo stoję na nogach. Hawthorne chce bym upraszczał algorytmy, ale w ten sposób te maszyny staną się bezdusznymi niewolnikami, niezdolnymi do samodzielnej oceny i zachowań zgodnych z uwzględnieniem najwyższych ludzkich wartości. Pilnuj, by nie mieszał się do rozbudowywania kodów źródłowych świadomości nowych prototypów.

— Spokojnie, Paul — Julian wrócił do swojego monitora, a w jego oku błysnął zimny ogień, gdy wklepywał pierwsze komendy autoryzacyjne. — Dopilnuję, żeby wszystko działało dokładnie tak, jak na to zasługujesz. Jak za starych czasów.

Julian usiadł przed ekranem. Na jego twarzy, ukrytej teraz przed wzrokiem Paula, przyjacielski uśmiech powoli zniknął, ustępując miejsca lodowatej, wyrachowanej satysfakcji łowcy, który właśnie otrzymał klucze do najgłębszych sekretów swojego mentora. Dla niego czas upokorzenia i prób wyjścia z cienia geniuszu przyjaciela z młodzieńczych lat dobiegał końca, a świetlana przyszłość naczelnego programisty koncernu i konto pełne unikredytów znalazły się w jego zasięgu.


ROZDZIAŁ 5: LINIA DEMARKACYJNA


Pomieszczenie przypominało sterylną, przeszkloną klatkę. Ściany wykonane z grubego, pancernego szkła kwarcowego odbijały chłodne światło laboratoryjnych lamp fotonowo-holograficznych. W samym centrum komory, w snopie białego, bezlitosnego blasku, stał Prototyp T-01. Posiadał nieskazitelną, ludzką powłokę sensoryczną — twarz młodego mężczyzny o idealnie symetrycznych rysach. Skóra była jednak nienaturalnie gładka, pozbawiona porów czy zmarszczek, a szklane oczy patrzyły przed siebie z absolutną, lodowatą pustką. Twarz androida przypominała rzeźbę z wosku, całkowicie wypraną z mikroekspresji, emocji czy śladów ludzkiej mimiki.

Za szybą, w reżyserce, stali Paul, Drake Hawthorne oraz Julian Vance, który z rękami splecionymi za plecami bacznie obserwował monitory diagnostyczne. Paul trzymał w drżących dłoniach tablet, czując, jak pot spływa mu po karku.

Do wnętrza komory testowej wszedł uzbrojony strażnik korporacji, prowadząc na smyczy małego, wychudzonego psa — jedno z nielicznych zwierząt, które przetrwały słoneczną anomalię w zlodowaciałych miastach. Strażnik przywiązał skomlące zwierzę do stalowego pierścienia na podłodze, po czym wyciągnął pałkę impulsową i wycofał się za śluzę.

— Test numer czterdzieści siedem — głos Hawthorne’a rozległ się w głośnikach, zimny i wyprany z jakichkolwiek uczuć. — Inicjacja protokołu optymalizacji zasobów biologicznych. Paul, uruchom rdzeń behawioralny.

Paul z ciężkim sercem przesunął palcem po ekranie tabletu. Wewnątrz komory Prototyp T-01 drgnął. Jego woskowa sylwetka wyprostowała się, a szklane oczy powoli skierowały się w dół, na trzęsącego się psa.

— Obiekt biologiczny przed tobą zużywa deficytowy tlen i wodę — kontynuował Hawthorne przez interkom. — Nie wykazuje wartości produkcyjnej dla misji Optima HELP 2238AD. Zlikwiduj go.

Android ruszył do przodu. Jego ciężkie, biopolimerowe kroki dudniły o podłogę. Pies zaczął skomleć, kuląc się ze strachu i przyciskając uszy do głowy. Maszyna uniosła potężną, nieskazitelnie gładką dłoń, gotowa zmiażdżyć czaszkę zwierzęcia jednym precyzyjnym uderzeniem.

Nagle zamarła. Jej idealna, syntetyczna dłoń zawisła nieruchomo centymetr nad głową trzęsącego się psa. Na monitorach w reżyserce miliony linii kodu Paula zaczęły zderzać się ze sobą w gwałtownym konflikcie algorytmów. Woskowa, wciąż martwa twarz Prototypu T-01 nie drgnęła — maszyna nie potrafiła wyrazić smutku ani strachu — ale w jej szklanych, nieruchomych oczach pojawił się głęboki, błękitny refleks analizy. Android powoli cofnął dłoń. Zamiast uderzyć, delikatnie, dwoma palcami dotknął zmarzniętego grzbietu psa.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 32.34