E-book
8.19
Cena sławy

Bezpłatny fragment - Cena sławy


Objętość:
235 str.
ISBN:
978-83-8245-186-3

I. Palec pierwszy

Znowu padało, siąpiła smętna mżawka. Tego października wyjątkowo często posępne chmury zasnuwały wiedeńskie niebo. Według spoglądającego przez okno Alberta Mokradło szarobura powłoka otulająca nieboskłon przywodziła na myśl żałobny całun. Taki, który to miasto, zwykle pełne słońca i życia, okrywał zasłoną smutku i melancholii.

Czyżby stanowiło to zwiastun nowego mroku, tym razem ludzkiej duszy? Poczynań, których macki i szpony światło oraz życie zapragną dla siebie zawłaszczyć, zgasić? Być może, bo ludzki świat pełen był brudu i jakby zastałej wilgoci w mętnych moczarach. Tworzyło to pożywkę pod rozwój wszelkiego plugastwa. Jedynego w swoim rodzaju, ponieważ kreowanego przez perwersyjną otchłań umysłu homo sapiens. Gatunku zdolnego w swej naturze, czy raczej wynaturzeniu, do wyjątkowej zgnilizny i degeneracji. Moralność? Dla kogoś znającego reguły rządzące światem — pusty frazes.

Przez moment snujący smętne refleksje mężczyzna w sile wieku skupił spojrzenie na okiennej szybie. Spływały po niej odseparowane od siebie deszczowe krople. Wyglądały na przezroczystej powierzchni niczym łzy pokonujące samotną drogę donikąd. Ponadto na tle szkła obserwator widział własne odbicie. Oba obrazy nakładały się na siebie, oddając wizerunek jakby płaczącej postaci.

Albert kojarzył już siebie takim z październikowego dnia w Warszawie. Tamten miesiąc i ówczesny rok zmieniły wszystko. Pewien moment z przeszłości sprawił, że policzki mężczyzny od bólu i straty przeorały pod oczyma głębokie bruzdy; coś jak pozostałości po samotnych łzach. Na zawsze bowiem zabrakło koło niego osoby, która jego łzy mogłaby otrzeć. Zresztą to z jej powodu płynęły.

Niczym bokserska ręka w twarz Alberta nagle uderzyła frustracja. On odruchowo oddał na odlew, trafiając dłonią w okno. Uczynił to z wyrazem gniewu na twarzy i taką siłą, że szyba niemal rozsypała się w drobny mak. Czyli zupełnie jak jego niegdysiejsze życie, którego wciąż nie mógł pozbierać do kupy.

Obecnie szkło pochłonęło jedynie część męskiej furii. Dlatego mężczyzna podszedł do biurka, gdzie spojrzał na zestaw swoich prochów. Pochwycił opakowanie leku na bazie benzodiazepiny — silny środek o działaniu uspokajającym i przeciwlękowym. Z płaskiego listka wycisnął podwójną dawkę białych tabletek, które zażył.

Zawsze przyjmował podwójną porcję, zwykle, jak teraz, popijając mocnym alkoholem. Bo skoro sam nie mógł sobie poradzić z przeszłością, potrzebował do tego wsparcia. Czemu nie podwójnego, jeśli w trawiącej go niczym zaraza zgryzocie nie był sam, a z kimś, kogo daremnie próbował wychowywać pod jednym dachem?

— Wychodzę.

— Dokąd? — Albert spojrzał do przedpokoju na swą szesnastoletnią córkę. Mimo chłodu na zewnątrz włożyła na siebie przykrótką spódniczkę; czarną i zdobioną srebrnymi łańcuszkami. Do kompletu miała grafitową koszulkę stanowiącą w zasadzie siatkę, przez którą prześwitywał czerwony stanik. Dziewczyna akurat zakładała szare buty na wysokim koturnie, nie zwracając uwagi na słowa ojca. Ten ponowił pytanie: — Zapytałem, dokąd idziesz?

— Tam, gdzie zwykle.

— Czyli?

— Byle dalej od ciebie. — Marta wybiegła na klatkę schodową na trzecim piętrze sześciokondygnacyjnego budynku, po czym trzasnęła drzwiami. Chwilę potem w pokoju mieszkania, które dopiero co opuściła, rozbrzmiał przykry dźwięk tłuczonego szkła. Zaniepokojona hałasem dziewczyna wróciła do ojca.

— Stłukła… się. — Z zaciętym wyrazem twarzy Albert wskazał zakrwawioną ręką na ramę okienną, a w niej resztki szyby. Ta nie oparła się drugiemu atakowi ojcowskiej furii. Ostre szkło widniało tam na kształt gilotyny.

Marta zareagowała na prezentowany jej obraz grymasem obrzydzenia. Kręciła głową, od nagłego wzburzenia jej podbródek drgał. Widać było po niej, że chciała coś powiedzieć, a wręcz wykrzyczeć, by wyrzucić z siebie jakiś ciężar. Jednak raptem stłumiła emocje. Zgasły w niej jak w jednej chwili wyłączony telewizor. Opuściła głowę, a gdy ją podniosła, tylko syknęła:

— Powinieneś więcej… Powinieneś żreć jeszcze więcej tego gówna. — Spojrzała na leki uspokajające, które leżały w nieładzie na biurku. Otworzyła usta, aby coś dodać. Zamiast tego okręciła się na pięcie i czym prędzej opuściła mieszkanie w trzecim bezirku przy ulicy Schlachthausgasse.

— Przepraszam! — krzyknął za nią Albert. Ale mimo użycia łagodnego słowa pobrzmiewała w nim agresywna nuta. — Kurwa, przepraszam… — dorzucił już sam do siebie, przybitym głosem i ciszej. Przez wybite w gniewie okno zaatakował go chłodny wiatr i ostro zacinający deszcz.

*

— Ali, to ty? No hej, hej, hejo hej!

— Cześć.

— Dawno nie dzwoniłeś, nie odzywałeś się!

— Teraz dzwonię i się odzywam.

— No słyszę! A skoro cię słyszę, to znaczy, że dostałeś nową sprawę, detektywie!

— Jakbyś zgadł.

— Zagadki to nasza specjalność, a nie?

— Szykuje się kolejna.

— Strzelaj!

— Do ciebie z miłą chęcią.

— Zastrzeliłby mnie sam Ali Modry, ha! To byłby zaszczyt!

— Nie zeszczaj się od tego zaszczytu, dość pierdolenia.

— Zatem?

— Zleceniodawcą jest Helmut Strauss. Sprawa dotyczy…

— Czekaj, nie mów, ten Strauss? Przecież piszą o tym na każdym portalu informacyjnym. Naprawdę dostałeś tę sprawę?!

— Prawie.

— To znaczy?

— Zaraz jadę na spotkanie dogadać szczegóły.

— Z tym… Helmutem?

— Bynajmniej nie, kurwa, z jego właśnie zamordowaną żoną.

— Ta, czytałem, paskudna sprawa. Wzięta aktorka, laureatka plebiscytu telewidzów. Poza tym…

— Poza tym piszą, że została zabita w swojej willi. Zginęła od uduszenia. Na miejscu zbrodni brak śladów o charakterze rabunkowym czy podłożu seksualnym — dopowiedział Albert. — Oraz — zrobił pauzę i grobowym tonem zawyrokował — denatka znaleziona została z odciętym… palcem.

— O… Jezu. O… kurwa.

— Właśnie, o kurwa.

— Myślisz to, co ja, Ali?

— Myślę, że palców u obu dłoni jest dziesięć i tyle też da się ich po kolei odciąć. To klasyczny schemat działania psycholi kolekcjonerów znany choćby z ostatniej dekady z Seattle czy Manchesteru.

— Seryjny morderca? Naśladowca?

— Albo ktoś tuszuje prawdziwy motyw, kierując psy na fałszywy trop.

— Czyli wiemy, że…

— W tej chwili nic nie wiemy. Ale czas się, kurwa, dowiedzieć.

— Co mam dla ciebie załatwić? — Głos Krisa w telefonie nabrał powagi.

— Na już potrzebuję standardowy wyciąg o pani Strauss. Interesują mnie ze szczegółami jej relacje z mężem. Kochankowie, kochanki, potencjalni wrogowie, to także podstawa. Ciekawi mnie również jej kartoteka, jeśli taką ma. W dalszej kolejności sprawdź przynależność do klubów, organizacji, nietypowe znajomości i tak dalej…

— I to chcesz na…?

— Na już, przecież wiesz.

— Pewnie… A gdzie i kiedy spotykasz się z Heniem?

— Kim, kurwa?

— Helmutem Straussem…

— O szesnastej mam spotkanie w okolicy Stephansplatz. Jest tam taka knajpka Figlmueller. Ty też powinieneś tam być. Właściwie to musisz. Sfilmuj zleceniodawcę, tylko dyskretnie. Zadam mu kilka brzydkich pytań.

— Spróbujesz go podkurwić?

— Ta… Potem przeanalizujemy jego reakcje.

— Podejrzewasz go o… zabicie żony i poszukiwanie jej zabójcy? Trochę to się ze sobą gryzie.

— Podejrzewam, kurwa, każdego, nawet ciebie.

— Dobra, zabieram się do roboty.

— Oddzwoń za dziesięć szesnasta i powiedz, czego się już dowiedziałeś.

— Jasne, szefie.

— Będziemy w kontakcie, a teraz…

— Tak?

— Spierdalaj.

Albert Mokradło wyłączył telefon. Odłożył go na blat biurka i poprawił się w fotelu. Następnie raz jeszcze się wczytał w Heute; wiedeński dziennik rozdawany przy stacjach U-Bhanu, w którym powierzchownie opisano brutalne zabicie aktorki.

Ze strzępów informacji prezentowanych dla mas nie dało się wiele wyłowić. Na bieżącym etapie badania sprawy była ona niczym mętna odnoga Dunaju.

Gdzieś w tych ciemnych moczarach czyhał drapieżnik, który zapewne nie zadowoli się jedną ofiarą. Z kolei Modry chętnie weźmie na siebie role dobrego rybaka. Takiego, który pochwyci w sieć bestię, zanim przetrzebi ona łowisko z białej ryby.

Na ten czas miał w rękach sieć o wyjątkowo dużych oczkach przepuszczającą praktycznie każdego z podejrzanych. Lecz z doświadczenia wiedział, że w miarę zbierania informacji, oczka jego sieci będą się zawężać, aż pochwyci nawet najzwinniejszego przeciwnika.

Za podbierak posłuży mu Kris, jego niezawodny informator. Zaś patroszeniem zdobyczy nie zajmie się on, prywatny detektyw. Ten przywilej zarezerwowany był już dla policji.

*

Mokradło założył znoszony płaszcz — cienki, matowy i szary. Wyszedł w nim na ulicę Schlachthausgasse, a zarazem panującą w mieście dżdżystą pogodę. Do stacji wiedeńskiego metra, U-Bhanu, nie miał daleko, raptem kilkaset metrów w kierunku naddunajskiego kanału i w niewielkiej odległości od niego samego.

Przeszedł przez ulicę o średnim natężeniu ruchu, tę samą, przy której mieszkał. Po schodach zbiegł na niższą kondygnację, do podziemi, gdzie mieścił się peron linii kolei podziemnej U3. Z tej stacji dojedzie bezpośrednio do celu, czyli na Stephansplatz, bijące turystyką serce wiedeńskiej metropolii.

Już zaraz siedział w wagonie i obojętnym wzrokiem obrzucał współpasażerów. Naprzeciw miał islamską parę z bliskiego wschodu; krępego mężczyznę w turbanie i jego ciężarną towarzyszkę z chustą na twarzy, zapewne żonę. Z boku stał ich wózek z dzieckiem. Kolejne dzieci pod ich opieką, chłopiec i dziewczynka, dokazywały na innych siedzeniach.

W ich okolicy bulgotała swoim narzeczem para wymuskanych Murzynów w eleganckich ciuchach. Prawdopodobnie byli to Nigeryjczycy, których populacja w mieście stale rosła, a z których specyficzną mową Albert zdążył się już aż nazbyt dobrze osłuchać.

Poza tym w wagonie dało się zauważyć kilku jakby nieobecnych Azjatów i przedstawicieli białej rasy. Ci ostatni, jak zahipnotyzowani, wpatrywali się w smartfony. Swymi bezemocjonalnymi pozami przypominali duchy. Choć może raczej blade powłoki cielesne, z których ktoś właśnie wyssał życiową esencję?

Nieważne. Albert nie był zainteresowany filozoficznym dociekaniem wpływu zaawansowanej technologii na psychikę człowieka. On sam do komunikacji używał jednego z pierwszych modelów Noki zwanego przez Krisa pieszczotliwie, czy też pogardliwie — pancerniakiem.

Ten zadzwonił piskliwie na stacji Stubentor poprzedzającej docelowe miejsce podróży Modrego. O połączenie prosił Kris.

— Mów — rzucił gardłowo Albert.

— Ta para Straussów.

— No?

— On ma sześćdziesiąt trzy lata, pochodzi z Innsbrucka. Jego rodzina od lat związana jest z branżą muzyczną. Organizacja koncertów, produkcja tradycyjnych instrumentów, wspieranie folkowych zespołów i zespołów w ogóle. Tym się i on zajmuje. Ona, pani Strauss, wiadomo, wiedeńska aktorka. Młodsza od niego o dwadzieścia trzy lata.

— Dzieci?

— Bezdzietni.

— Rozumiem… — Modry spojrzał naprzeciw na islamską parę z trójką pociech i czwartą w drodze. — Ich rodzina, Straussów? — zwrócił się do Krisa.

— Rodzice Henia już pomarli ze starości. Co do rodzeństwa, ma brata i siostrę. Z siostrą prowadzą rodzinny biznes. Brat od kilkudziesięciu lat mieszka w Japonii. Zajmuje się tam nowymi technologiami. Odnośnie do zamordowanej Pamele Strauss jej rodzice zginęli kilka lat temu w katastrofie lotniczej w Iranie, a ona jest jedynaczką.

— Jedynaczką… — Albert po chwili zadumy oderwał wzrok od arabskiej i wielodzietnej pary. — Ich wzajemna relacja z ostatnich lat, Straussów? — zapytał.

— Cóż… wygląda to niemal jak separacja między nimi, choć do oficjalnej nie doszło. Od kilkunastu lat mieszkali oddzielnie w innych miastach. Spotykali się głównie na święta.

— Motyw?

— Czy Henio udusił Pam?

— Czy miał powód?

— Jeżeli nie jest porytym psycholem, to nie ma takiej opcji. Nawet, jeżeli Pamele miała kochanków, co jest prawdopodobne i co sprawdzam, to morderstwo z zazdrości nie brzmi przekonująco. A to z powodu braku zażyłości między Straussami. Poza tym mieli rozdzielność majątkową. Więc to również nie kwestia pieniędzy i szantażowania Helmuta rozwodem przez naszą aktorkę. Powiem wprost. Odnoszę wrażenie, że ona była dla niego już od dawna… martwa. Zatem nie spodziewaj się u Henia morza modrych łez w postaci kolejnego z dopływów Dunaju.

— Żadnych łez się nie spodziewam.

— Czemu?

— Zamieniłem już z panem Straussem parę zdań przez telefon. To nie jest typ, który płacze.

— To zupełnie jak ty, jak ty, Ali Modry!

— Odezwę się jeszcze.

Nastąpiła przerwa w telefonicznej komunikacji. Skład U-Bhanu dojechał do Stephansplatz. Albert wyszedł przez rozsuwane drzwi, przepychając się między innymi pasażerami na centralnej stacji, gdzie zawsze było tłoczno. Już zaraz jechał ruchomymi schodami na górę. Miał do pokonania dwie kondygnacje. W czasie dłuższej jazdy spróbował nawiązać ponowny kontakt z Krisem:

— Jesteś tam jeszcze, biały barszczu?

— Przy telefonie!

— To powiedz mi. Kto i dlaczego zamordował panią Pamele Strauss?

— Ty tak poważnie?

— Kurwa, tak.

— Stawiam na internetowego frustrata. Maniaka brandzlującego się przed Instagramami znanych aktorek.

— Wyjaśnij.

— To cena sławy, Ali, wystawiania się na pokaz w wirtualnym świecie. Bo sława w obecnych czasach, moich nie twoich, rozwija się za sprawą serwisów społecznościowych. Tam brzydkie i nikomu nieznane gwiazdeczki się przepoczwarzają w wielobarwne motyle, prawdziwe gwiazdy. Osiągają to przez pompowanie swoich instów najpierw tysiącami, a potem milionami obserwatorów.

— Obserwatorzy obserwują. I co z tego?

— To nie tylko tępe gapienie się z nudów na fotki. Istnieją wyspecjalizowane firmy z kategorii public relations z ukierunkowaniem na media społecznościowe. To one w dużej mierze produkują internetowe gwiazdy. Praca tych firm jest ukierunkowana na tworzenie stałej i silnej więzi z obserwatorem. Dzięki marketingowym trikom taki obserwator z czasem naprawdę wierzy, że dana gwiazda wielkiego formatu jest jego przyjacielem, kochankiem, czy powiernikiem najskrzętniej skrywanych marzeń, które obiecuje ziścić. Robi się ludziom wodę z mózgu, aby naturalne relacje między nimi zastąpić sztucznymi i wirtualnymi. Tworzona jest emocjonalna więź.

— To gówno, nie więź.

— Powiedz to tym, którzy oglądając roznegliżowane fotki pani Strauss, odbierali wrażenie, że ona robi to właśnie dla nich. Robi po to, aby im zaraz zrobić dobrze, by im obciągnąć.

— Ale przecież nie obciągała, prawda?

— Dlatego wciąż wracają na jej stronę. Że może jednak tym razem?

— To jest pojebane.

— Jak wszystko.

— Świetnie i co dalej odnośnie do naszej denatki uwodzicielki?

— Otóż taki internetowy amant może sam podjąć inicjatywę.

— Spróbuję nawiązać bezpośredni kontakt?

— Bingo! Wtedy jednak się zderza z ponurą rzeczywistością, a nie lukrowaną z ekranu. Następuje twardy reset. Dociera do takiego typa, że dla swej gwiazdy jest jednym z milionów. Czyli w sumie…

— Jest nikim.

— Niezupełnie. Ma być kimś, kto pójdzie na jej filmy, będzie odwiedzał jej stronę, pompował polubienia pod fotkami oraz kupował reklamowane na stronie produkty. Ta karuzela musi się kręcić. W końcu to inwestycja, która ma się zwrócić z nawiązką.

— To biznes.

— Nie inaczej, Ali, to biznes, który się zwie sławą. Ale ma ona swoją cenę. Trzeba kupować uwielbienie frajerów. Okazywać im, że się ich kocha nawet, jeżeli tak naprawdę się niemi gardzi. Nie ma nic za nic.

— Nie ma nic, kurwa… za nic — powtórzył smętnie Albert. Zaś Kris zaszczebiotał:

— Musimy zdobyć bilingi Pamele Strauss. Dowiedzieć się, czy jej ktoś ostatnio nie nadskakiwał. Przejrzałbym też jej insta i sprawdził, czy któryś z komentatorów nie zmienił nagle tonu z wiernopoddańczego na agresywny.

— A co z odciętym palcem?

— Tutaj sprawa się komplikuje. Może morderca ją nieudolnie torturował przed śmiercią, chciał za oziębłość ukarać?

Modry, który po wyjechaniu z podziemi wcześniej przystanął w holu stacji, aby spokojnie dokończyć rozmowę, wyłączył telefon. Następnie wyszedł na otwartą przestrzeń turystycznego miasta w jego centrum.

Zdążyło się już nieco przejaśnić. On zaś, chcąc nie chcąc, obrzucił wzrokiem dominującą na placu Katedrę Świętego Szczepana. Najwyższa wieża tej strzelistej budowli zawsze kojarzyła mu się ze stosem kości. Powodem była jej jakby karbowana struktura szczególnie wyeksponowana u szczytu. Przez to główny budynek, masywny i dla odmiany o płaskich ścianach, przywodził mu na myśl trumnę. Dość mało zachęcające skojarzenia jak na jedną z najbardziej transparentnych budowli Wiednia.

Do wnętrza Albert nigdy nie zawitał. Nawet nie z powodu awersji do wczuwania się w cmentarną hienę. Otóż nie był wierzący, więc sacrum tego miejsca bynajmniej go nie przyciągało. Kiepski był też z niego turysta do podziwiania architektonicznych atrakcji.

W rezultacie jak zwykle w tej okolicy dłużej nie ogniskował wzroku na katedrze. Nie zatrzymując się, wyminął slalomem armię różnobarwnych turystów, solidarnie z zadartymi głowami i pstrykających fotki. Przeszedł jeszcze kilkadziesiąt metrów i już był w Figlmueller — mieszczącej się tu knajpce z tradycyjnym żarciem, gdzie umówił się na spotkanie.

Ledwo przekroczył próg restauracji, a jego uwagę zwrócił starszy mężczyzna przy stoliku w pobliżu. Powód skupienia na nim wzroku stanowiło to, że ubrany był w lederhose. Tradycyjny strój austriackich górali, na który składały się krótkie spodnie pod kolana i z szelkami oraz kraciasta koszula. Ów jegomość na głowie miał do kompletu kapelusz z piórem. Nakrycie głowy i spodnie były w zgniłozielonym kolorze, a koszula jasnoniebieska.

Koło tego zaawansowanego już wiekiem mężczyzny z długim wąsikiem zasiadała młodziutka blondynka. Ona przykuwała wzrok jeszcze silniej. Oprócz ponadprzeciętnej urody przyczyną owego przyciągania był jej drindl. Folkowy strój alpejski prezentujący się okazale, jako cukierkowa kiecka w pstrokatych kolorach podkreślająca kobiece krągłości.

Na widok Alberta młoda kobieta uśmiechnęła się do niego promiennie. Nie zdejmując z twarzy uroczego uśmiechu, szepnęła coś do mężczyzny w lederhose, wskazując palcem przybysza. W odpowiedzi doczekał się on taksującego wzroku spożywającego posiłek domniemanego pana Straussa. Jego z kolei gestem było potwierdzające skinięcie głową kobiecie.

W dalszej kolejności blond piękność w drindlu z gracją baletnicy podeszła do Modrego.

— Grüß Gott — przywitała się tradycyjną w tym mieście formułką. — Zapraszamy do nas… panie Albercie — oznajmiła wręcz kokieteryjnie. Wzięła detektywa pod rękę i podprowadziła do stołu ze swoim partnerem, sugerując dłonią zajęcie siedzenia naprzeciw niego.

Modry skorzystał z zaproszenia, a jego przewodniczka powróciła na swoje miejsce. Z przyklejonym do twarzy uśmiechem wpatrywała się w przybyłą postać. Aż starszy z mężczyzn przy stoliku, nie spoglądając na nią, a całą uwagę skupiając na posiłku, obojętnie do niej powiedział:

— Zażyj świeżego powietrza, Helgo. — W jego głosie pobrzmiewał wyraźny akcent austriackiego dialektu w miejsce standardowego hochdeutscha. Ze zrozumieniem austriackiej odmiany Albert miewał nieraz problem. Żywił jednak nadzieję, że podczas zbliżającej się rozmowy nie będzie potrzebował tłumaczki. Ta bowiem, mówiąca do niego uprzednio czystym niemieckim i ciągle szczerząca perłowe ząbki, zgodnie z życzeniem się oddaliła.

Modry odruchowo się obejrzał za jej zjawiskową postacią. Lecz jak na zawodowca przystało, szybko skierował spojrzenie z powrotem na Helmuta Straussa. To z nim miał tu do czynienia. Nabrał już co do tego pewności.

Obecnie krzyżując z nim spojrzenie, nadział się na spokojny wzrok biesiadującego mężczyzny. Jego błękitne oczy były chłodne, opanowane. W mniemaniu Alberta zwiastowało to krótką i rzeczową dyskusję. Jednak tym razem jego zmysł oceniania ludzi go zwiódł, bo się zwyczajnie, co do swego przyszłego rozmówcy, pomylił:

— Ledwie zjadliwe. Jak na taką cenę doprawdy nic nadzwyczajnego. — Helmut wskazał sztućcami na swe niezbyt wyszukane danie. Była to tradycyjna potrawa wiedeńska stanowiąca sznycel z pokrojonymi w talarki ziemniakami oraz sałatka z kapusty. Tymczasem Strauss ciągnął dalej: — Kiedyś, dawniej, za taką cenę ten świński kotlet na talerzu był prawie dwa razy większy. Zresztą sam talerz również miał okazalsze rozmiary. Obecnie to zdecydowanie mizeria.

— Mimo wszystko wygląda apetycznie — stwierdził kurtuazyjnie Albert.

— Owszem, prezentuje się znośnie — przyznał niby Helmut. — Ale zapewniam, że leży lepiej na talerzu niż na podniebieniu. Zaryzykowałbym tezę, że za każdym razem, kiedy się co parę lat tu stołuję, częstowany jestem mniej zjadliwym i do kompletu skromniejszym posiłkiem. Za to płacę wyższą cenę. Jednakże ja i tak ciągle tu wpadam. Ciekawe czemu i jeszcze ciekawsze kto za taką dewolucję menu odpowiada? Jak pan myśli?

— Zapewne… to kwestia zmieniających się w knajpie kucharzy.

— To naiwne myślenie. — Strauss wytknął rozmówcę zębami widelca. Następnie przystąpił do krojenia sznycla nożem, wyjaśniając: — O wielkości porcji, proporcji składników oraz źródle ich pochodzenia każdorazowo decydują cyklicznie się zmieniający właściciele bądź dzierżawcy lokalu. Są na decyzyjnym szczycie. Reszta; dostawcy, kucharze, pomocnicy, czy kelnerzy, to tylko opłacani podwykonawcy. Więc jeżeli osoba, która jest na samej górze, poskąpi inwestycji w danie wtedy przygotowujące je osoby nie dokonają cudów.

— Z pustego i Salomon nie naleje.

— Otóż to. Z piasku bicza nie ukręcisz. Pracownicy jedynie wypełniają cudzą wolę, a ich twórczy potencjał, w który nie wątpię, ogranicza brak środków. Lecz proszę tylko spojrzeć. — Helmut rozpostarł uzbrojone w sztućce ramiona. — Mimo że żarcia jest na talerzu coraz mniej i jest coraz nędzniejsze, to klientów, w tym mnie, tutaj nie brakuje. Ponawiam więc pierwsze pytanie; czemu tak się dzieje?

— Jak psy do swych panów ludzie przyzwyczajają się do miejsc. Albo… — zastanowił się Modry — są turystami i nie znają chwalebniejszej historii tej budy.

— Coś w tym jest, racja. — Przeżuwając kawałek sznycla, Strauss pokiwał na potwierdzenie głową. Ale zaraz wbił w postać naprzeciw siebie ostrzejsze spojrzenie i z zadrą w głosie zaznaczył: — Niech pan jednak zauważy, iż Figlmueller to znana nazwa, wyrobiona marka. Renoma przyciąga sama sobą, aby przekroczyć próg tej restauracji, abstrahując od tego, co znajdzie się na półmisku. Słowem ci, którzy rządzą kuchnią, mogą sobie pozwolić na rżnięcie klienteli na jakości posiłków, bo pozwala im na to… — Helmut zawiesił głos, jednocześnie zawieszając w powietrzu sztućce. W tej pozie wyglądał niczym dyrygent. Zaś Albert, by współgrać z narzuconą mu przy stoliku rolą, jak na zdolnego muzykanta przystało, prawidłowo odegrał swoją partię nut, mówiąc:

— Chodzi o sławę.

— Dochodzimy do sedna! Figlmueller to knajpa, która skutecznie czaruje nazwą, wabiąc nią klientów. Ma też odpowiednią lokalizację, oczywiście. Dlatego ludzie tu zaglądają, tak czy inaczej. — Zadowolony z udzielonej mu odpowiedzi starszy mężczyzna przeciął resztę sznycla nożem na pół. Nadział na widelec kawałek mięsiwa i uniósł. Przyglądając mu się, nieco melancholijnie rzekł: — Wielcy tego świata ustalili hierarchiczny porządek rzeczy, który nie ma nic wspólnego ze sprawiedliwością, czy obiektywną oceną zdarzeń. Ów porządek opiera się na manipulacji i skutecznemu zaklinaniu rzeczywistości, czynieniu jej spekulatywną. Natomiast koronowaną królową manipulacji jest właśnie sława. Sprawia ona, że wywyższane jest nie to co dobre, wartościowe, a co za takie zostało uznane. Panuje arbitralność. Czynnikiem niezbędnym sprawczej uznaniowości jest namaszczenie przez sławę, nieważne jakimi środkami zdobytą. Sława bowiem sprawia, że podłym ludziom stawiamy pomniki. Klękamy przed oprawcami, czy zaprzedajemy dusze tyranom. Z kolei ci prawi, dobrzy i niewinni, ale pozbawieni należnej estymy, są deptani. Są między nami, ale tak, jakby ich nie było, to duchy.

Helmut przełknął mięsną strawę do końca. Nastała dłuższa chwila ciszy. Albert wykorzystał ją, aby z dla niego filozoficznego pierdolenia, które miał w wielkim poważaniu, pchnąć wreszcie dyskusję na kluczowe dla niego tory:

— Pana zmarła małżonka — zagaił. — Proszę przyjąć wyrazy współczucia z powodu jej śmierci, ale ona była sławna. Czy na swoją pozycję nie zapracowała?

— Ach… — Helmut ciężko westchnął. Po obiedzie wytarł dłonie w białą chusteczkę, zupełnie jakby symbolicznie umywał od czegoś ręce i z politowaniem oświadczył: — Całą zgromadzoną przez Pamele sławę jej zwyczajnie kupiłem. To był ode mnie dla niej prezent ślubny. Kosztował mnie wiele, ale czyż dzięki temu nie przyczynił się wręcz do spektakularnej sławy?

— Ona, pańska żona, była ponoć dobrą aktorką, odbierała nagrody.

— Pamele… dobra aktorka i jej kupione jedne to drugie jury, złote statuetki. — Strauss oklapł na krześle. — Widzi pan tę kelnerkę, a tamtą? — Wskazał od niechcenia na najbliższe kobiety obsługujące stoliki. Z aktorską manierą skrzyżował ręce na sercu i z siłą w głosie zaznaczył: — Gwarantuję panu, że każda z tych młodych dam byłaby wręcz primadonną w odniesieniu do mojej Pamele i to bez szkoły aktorskiej. Pam, jakby to rzec… gdyby świat wielkiego i małego ekranu porównać do rąk, stanowiłaby w tym względzie serdeczny paluszek u lewej dłoni. Coś bez czego, dla zdrowego funkcjonowania, można się bez większego problemu obyć.

— Który i u której dłoni palec straciła Pamele Strauss? — Od początku poważny w rozmowie Mokradło na ten czas spoważniał śmiertelnie. Jego rozmówca nic nie odpowiedział. Za to uśmiechnął się kwaśno, podniósł lewą rękę i pomachał w niej serdecznym palcem. — Rozumiem… to znaczy bardzo bym chciał zrozumieć, do czego pan swoimi wywodami zmierza — uściślił detektyw.

— Ależ, chyba nie posądzałby mnie pan o zabójstwo własnej żony i to z motywem pogardy dla jej tandetnej gry aktorskiej? Ponadto wynajmowałbym detektywa, aby mnie… złapał? — Uśmiech Helmuta stał się sprytny. Twarz Modrego pozostała kamienna, a z jego zwykle zaciśniętych ust padły równie niewzruszone słowa:

— Nikogo z podejrzanych nie mogę wykluczyć. A w przypadku tej sprawy obecnie podejrzany jest każdy.

— Doskonale. — Strauss niespiesznie zatarł dłonie. — To chciałem od pana usłyszeć. Oto siedzi bowiem przede mną ten, który złapał Krawca z Tyrolu, pomógł w ujęciu Szklarza z Monachium. Zatem jest pan w swoim środowisku… sławny. To właśnie powód, dla którego chcę pana zatrudnić. Niech pan złapie bydlaka, który zabił mi żonę. Ponieważ w skuteczne działania policji, z całym dla niej szacunkiem, nie dowierzam. Za to, jak każdy przeciętny obywatel, stoję na stanowisku, że do wyjątkowych celów potrzebne są wyjątkowe osoby. Może to złudna wiara w kontekście tego, o czym raczyłem wspomnieć na początku naszej rozmowy. Mianowicie, iż sława tak naprawdę nie definiuje zdolności człowieka. Niemniej i ja ulegam jej magii, przez co zlecenie wędruje do pana. To pan ma dać zadość… sprawiedliwości.

— Sprawiedliwość. W nią pan zdaje się też nie wierzy, ale także ulega jej magii?

— Zapamiętane zostały moje słowa, to się chwali. — Helmut skinął z uznaniem głową. — Pragnę jednak zauważyć, że, jak we wszystkim, istnieją wyjątki. Czasem sława jest zasadna, nie da się ukryć. Podobnie sprawiedliwość to towar deficytowy, a nie stanowi ona jedynie mitycznego tworu myśli ludzkiej. Oto sprawiedliwa jest dajmy na to śmierć, która nie rozgranicza między sławą, a niesławą, przez co równo sobą nagradza każdego. Sprawiedliwe będzie też ukaranie zbrodni. Albowiem zbrodnia domaga się kary tak samo jak sławny człowiek poklasku szarych tłumów. Czy zatem sto tysięcy euro to będzie adekwatna cena za pańską sławę oraz to, że nie okaże się ona próżna, a przyczyni do złapania mordercy?

— Sto… tysięcy. — Albert musiał tę kwotę powtórzyć na głos.

— Tak, sto. Niech pan dorwie skurwiela. — Helmut sięgnął pod restauracyjny stolik. Wyciągnął spod niego brązową teczkę i położył na blacie. — Są tutaj prywatne dokumenty na temat mojej Pam. Znajdą się zdjęcia z przyjaciółmi i rodziną, także pamiętnik, którego jednak nie prowadziła systematycznie. Mam też swoje wejścia w policji, więc w środku może pan liczyć na policyjny raport z miejsca zbrodni. W najbliższym czasie podeślę również raport medyczny z sekcji zwłok, a także wszelkie dokumenty, o które zostanę poproszony, a które będą w moim zasięgu. To natomiast nasza umowa. Wystarczy podpisać w dwóch egzemplarzach. Dla pana i dla mnie.

Na blacie koło teczki spoczęły dwie kartki papieru oraz długopis. Albert podniósł pisak i przebiegł wzrokiem przez niezbyt długą treść umowy.

— Wygląda w porządku — podzielił się wrażeniami z oględzin.

— Zaręczam, że jest w porządku. Pod moim okiem dokument sporządziła Helga. — Strauss popatrzył w okolicę przeszklonej ściany restauracji. Albert odwzorował kierunek jego spojrzenia. Na zewnątrz dostrzegł znaną sobie blond piękność. Paliła cienkiego papierosa, puszczając ku górze kłęby szarego dymu. Podobało mu się, jak przy tej czynności zasysała powietrze do ponętnych ust, to je wydymała przy tworzeniu obłoczków.

— Czy Helga jest pana sekretarką? — rzucił w powietrze, nie spuszczając wzroku z kobiety w drindlu.

— Helga jest moją kurwą. — Na tę wzmiankę Modry z rezerwą popatrzył na Straussa. On ze sprytem w głosie dodał: — Niech pan się nie obawia o jakość umowy. Ta seksowna kurwa za szklaną ścianą ostatnio pełniła też rolę sekretarki, tyle że mojej żony. Więc zna się na rzeczy, na wielu rzeczach. — Helmut uśmiechnął się drwiąco i kąśliwie jeszcze napomknął: — Helga była z moją żoną blisko związana, naprawdę blisko. Jest niemal członkinią rodziny. Domniemam, że za schwytanie mordercy się zechce stosownie… odwdzięczyć. Ot taki bonus do okrągłej sumki. Trochę kobiecych krągłości.

— To miłe ze strony… Helgi. Doceniam. — Po chwilowej dezorientacji Albert wziął emocje na wodze.

— Miła… Tak, Helga potrafi być miła, bardzo miła. A… pan będzie tak miły i podpisze umowę? Bo na mnie już czas.

— Podpiszę. — Modry parafował dokumenty. Podczas tej czynności zapytał: — Kto pana zdaniem mógł zamordować Pamele Strauss?

— Dziękuję za podpis. — Zupełnie jakby nie słyszał zadanego pytania, Helmut odebrał przeznaczoną mu kopię dokumentu. W tym momencie powróciła do lokalu rozpromieniona Helga.

— I jak, moi panowie? — zapytała uciesznie.

— Wszystko zgodnie z planem — odparł spokojnie Strauss.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.