E-book
8.19
Cena prawdy

Bezpłatny fragment - Cena prawdy


Objętość:
152 str.
ISBN:
978-83-8245-187-0

I. Runda pierwsza

Zima tego roku w Wiedniu nie była zlodowaciała, ciepła też nie. Jak to zwykle w tym mieście, grudzień raczył mieszkańców temperaturami balansującymi w okolicach zera stopni Celsjusza. Raz więc kroczyło się po kałużach, gdzie woda ulegała przemieszaniu z brudnym śniegiem. Innym razem zastała na chodnikach i ulicach ciecz krystalicznie zamarzała, przyjmując stan jakby przetrwalnikowy.

Lodowa struktura odporna była bowiem z reguły na naturalne stąpanie po niej. Choć już niekoniecznie wytrzymywała nadmiarowe wstrząsy, jak przykładowo pospiesznie stawiane kroki z butami na wysokim obcasie.

Taka ingerencja, niczym szpikulcem, potrafiła trwale naruszyć lodową powłokę. Co zaś się pod nią skrywało? To zawsze stanowiło pewną tajemnicę. Coś jak wnętrze rozpakowywanego na święta prezentu. Ta prawda jednakże, wcześniej czy później, w wyniku odwilży czy właśnie agresywniejszej penetracji, niezmiennie się ujawniała.

Podobnie zimowa atmosfera wyczekiwania na to, co miało dopiero nadejść, zostać odsłonięte, trwała w mieszkaniu Alberta Mokradło na Schlachthausgasse. Po ostatnich wydarzeniach mniej zajmowano się tu teraźniejszością, a patrzono bardziej w przyszłość, na to, co ona przyniesie. Czyli co odkryje sobą symboliczna okrywa lodowa, kiedy już przyjdzie jej odejść. Albowiem wówczas brutalnie naruszony zostanie stan uśpienia, marazmu, ukazując podskórną warstwę jawiącej się prawdy. Ta z kolei, jak to prawda, potrafi sobą porażać i żadnemu z domowników może nie dać już chwili wytchnienia ani spokoju.

*

Otwarte zostały drzwi mieszkania na trzecim piętrze sześciokondygnacyjnego budynku. Do przedpokoju wszedł wysoki trzydziestokilkuletni blondyn. Na dywan naniósł białoczarne błoto. Zdjął brudne obuwie, a na wieszak odwiesił szarą kurtkę pokrytą rozpuszczającym się śniegiem. Wzdrygnął się od uczucia chłodu, który od niego jeszcze nie odstąpił po opuszczeniu zimowych ulic Wiednia. Następnie wkroczył do kuchni.

Przy stole zastał dwie osoby. Na stołku zasiadał brunet w sile wieku ubrany jedynie w bokserki. Na kolanach trzymał z wyglądu kobiecą postać, łysą Mulatkę odzianą w różową bieliznę. Osoba ta ssała krągły lizak również o różowej barwie. Zaś w przerwie między cmokaniem słodkości i w reakcji na przybysza, swobodnie rzuciła:

— Cześć Kris!

— Cześć… — Blondyn odwrócił się plecami do pary osób przy stole. Uczynił to, aby przy szafce koło zlewu skorzystać z czajnika elektrycznego celem zaparzenia sobie herbaty.

— Jak było w Polsce? — zapytała postać z lizakiem.

— Drętwo. — Żeby się pobudzić z marazmu, Kris zalał wrzątkiem aż trzy torebki z czarnymi paproszkami, zatem i trzykrotną zawartością teiny.

— Szybko wróciłeś! A miałeś zostać u siebie w kraju na święta.

— Sprawy biznesowe. — Blondyn się odwrócił i uśmiechnął kwaśno do mężczyzny w bokserkach. Ten skinął mu twierdząco głową.

— Macie nowe zlecenie? Znowu… morderstwo? — Głos Laury zadrgał. Lizak, który trzymała w dłoni bez wskazującego palca, przełożyła do drugiej, kompletnej.

— Tym razem to sprawa dotycząca porwania — oświadczył Albert, poprawiając na swoich kolanach Laurę. Ta tylko jęknęła:

— Aha…

— Jak tam operacja? — Biorący się za picie jeszcze niezaparzonej herbaty Kris spojrzał niedyskretnie na krocze postaci z lizakiem. — Udała się chirurgia? — wyraził szczere zainteresowanie.

— Odłożyłam operację na później — odparła markotnie Laura. W tym momencie i Mokradło zrobił kwaśną minę, po czym delikatnie zepchnął z siebie postać z lizakiem. Ona stanęła oparta tyłkiem o blat stołu. Natomiast parzący sobie niemal usta o gorący napój blondyn drążył temat:

— Co poszło nie tak? Przecież cię pobadali i wszystko już opłaciłaś. Mieli ci to i owo odkroić, a potem ładnie wydrążyć.

— Wycofałam wkład, żeby mój Ali miał na spłatę rat dla spadkobierców Straussa. Poza tym przez zamknięcie Instagrama i rzucenie pracy na czacie kiepsko u mnie z kaską. Tak samo, jak u was. — Tym razem to Laura popatrzyła z pewnym wyrzutem na mężczyzn w kuchni i podsumowała: — Ja przynajmniej nie mam długów, a teraz dokładam się wam jeszcze do czynszu.

— To miłe i chyba… ratuje nas przed eksmisją na bruk — cieszył się Kris. Długo ogniskował on wzrok na biuście rozmówczyni jedynie skąpo przysłoniętym stanikiem. Przez to, jak w ukropie, nagle wrzasnął: — Kurwa, o Jezu! — Upuścił szklankę z herbatą, którą za mocno ścisnął, niczym w marzeniach wspomniany biust, i nie przełożył jej na czas do drugiej ręki, parząc sobie palce.

— Doliczę ci do tego, co mi już wisisz. — Modry skwitował ponuro widok rozbitego szkła na parkiecie w ciemnobrązowej kałuży. — Posprzątaj — polecił.

— Pomogę. — Laura zanurkowała do szafki, skąd wyciągnęła szmatę i szufelkę ze zmiotką. Następnie przystąpiła na klęczkach do sprzątania podłogi.

— Ech… Muszę częściej tłuc szklanki. — Kris podrapał się po jajach. Zrobił to, patrząc na naprężone i kobiece pośladki. W te i wewte się poruszały, bo ich właścicielka wprawiła je w ruch posuwisto zwrotny od wręcz namiętnego szorowania parkietu.

— Och… ach — wzdychała od wysiłku, bardziej jak aktorka porno, niż sprzątaczka.

— Nawet o tym nie myśl. — Albert przechwycił kierunek pożądliwego spojrzenia Krisa, karcąc go słowem, jak i wzrokiem.

— No co ty, szefie, ja tak… tylko. — Blondyn wyraził zakłopotanie. Lecz zaraz zagryzł wargę i udał, że coś chwyta na wysokości swych bioder, po czym zamaszyście posuwa. — Uch, uch! — Sam postękiwał. Obecnie odpowiedział mu pełen satysfakcji uśmiech Modrego. Kris się zrewanżował uniesionym kciukiem. Później zaskoczony zauważył: — Wyszczerzyłeś się. To chyba pierwszy raz odkąd no… no wiesz. — Naraz stonował frywolny nastrój. — Jak ona się… czuje? — zapytał ostrożnie.

Mokradło śmiertelnie spoważniał i zamilkł. Z kolei Laura skończyła sprzątać. Wstała, odetchnęła głębiej i w opanowany sposób przemówiła do Krisa:

— U Matty zupełnie bez zmian.

— To znaczy?

— Śpi.

— Aha… tylko tyle?

— No tak.

— Rozumiem. — Blondyn pokiwał głową. Po chwili niezręcznej ciszy jękliwie się zwrócił do Laury: — Zrobisz mi drugą… herbatę?

— A ty zrobisz mi minetę? — rzuciła wyzywająco.

— Chętnie, jeśli mi tylko Ali Modry pozwoli i jak… będzie to już u ciebie możliwe. — Wymownie spojrzał na krocze postaci, która zmyła podłogę. Ta obojętnie rzekła:

— To nie zrobię ci herbaty. Wystarczy, że za was tu sprzątam. — Wcisnęła rozmówcy w ręce brudną szmatę z opiłkami szkła i wyszła z kuchni.

— Już nas opuszczasz?! — krzyknął za nią tęsknie Kris.

— W waszym mieszkaniu jest zimno, za zimno. Gdyby Ali mnie przynajmniej zerżnął na stole, to bym się rozgrzała. A tak, to muszę się ubrać.

— Nie… zerżnąłeś? — Osoba znowu zaparzająca herbatę pytająco spojrzała na mężczyznę na stołku. Albert tylko wzruszył ramionami.

Niebawem z przedpokoju doszedł donośny głos Laury:

— Wychodzę! W lodówce macie te swoje ziemniaki, to jest kartoffelgulasch, tylko już stary!

— Obrałaś ziemniaki, czy ugotowałaś w mundurkach?! — zainteresował się Kris.

— W mundurkach są!

— Wyglądają w nich jak kartoflani esesmani — wtrącił zgrzytliwie Mokradło. Nie zważając na tę uwagę, jego kompan jeszcze zaszczebiotał do Laury:

— A gdzie idziesz?!

— Do Hofera!

— Zrobisz zakupy?!

— Dostałam prawo pobytu w Austrii i mam rozmowę o pracę!

— Kasjerka?!

Ubrana już w kurtkę narciarską i dresy kobieca postać powróciła do kuchni. Zabrała ze stołu różowy lizak, którego nie wyssała do końca, włożyła go sobie do ust i na pożegnanie niewyraźnie rzekła:

— Nie kaszjerka. Za szłaby język. Wykładanie towaru na półki.

— Aha, to… powodzenia!

Ostatniemu zawołaniu amatora herbaty odpowiedział dźwięk zatrzaskiwanych drzwi wyjściowych. Następnie wręcz rozradowany, zdawało się konwersacją, całkiem się okręcił przodem do Modrego. Ten spojrzał na kompana spode łba, gasząc cudzy uśmieszek na ustach i grobowym tonem wychrypiał:

— Czy ty mi, kurwa, chcesz podjebać, w moim własnym domu, moją… kobietę?

— Ona nie jest kobietą. To znaczy eee… yyy. — Kris się zmieszał, by zaraz wybuchnąć niekłamanym entuzjazmem: — No co ty, szefie, Ali Modry, Jezusie, Jezusiczku, mistrzu, maestro! Laura to twoja dupa z krągłą dupą, naprawdę krągłą, ma się rozumieć. Ja za to znam swoje miejsce! — Spojrzał pod stół, zupełnie jak na wejście do psiej budy.

— Co z Arabami? Ścigną cię za kasę? — Mokradło zmienił temat.

— Na razie im spierdoliłem. Nie wiedzą, że tu mieszkam. Ale dopóki ich nie spłacę, wolę się nie wychylać i nie zaglądać w okolice Meksikoplatz. No i dzięki, że mnie przygarnąłeś, szefie.

— Twój dług u mnie rośnie. — Albert zazgrzytał zębami.

— Ależ spłacę, wszystko spłacę, jak zawsze! — Blondyn się uśmiechnął naiwnie jak dziecko. Gdy zgryz powrócił mu do naturalnego ułożenia, z nadzieją podpytał: — A… co z tą nową robótką? Bo nie wspomniałeś o szczegółach. I przede wszystkim… ile płacą, ile z tego… dostanę?

— W Wiedniu porwany został młody Czeczen. Za odnalezienie całego i zdrowego, oraz dostarczenie go w takim stanie do zleceniodawcy, jego ojca, dostanę trzydzieści tysięcy euro. Dla ciebie tradycyjnie dziesięć procent.

— Trochę mało… te dziesięć…

— Nawet, kurwa, nie chcę znowu słyszeć tego skamlenia.

— To ty mnie wrobiłeś w dług z Arabami.

— Lepiej stul pysk, bo się obejdę bez wspólnika.

— A… jak tego porwanego chłopaczka odnajdziemy uszkodzonego? Bo podałeś cenę za zdrowego. — Wobec tego pytania Mokradło w ogóle nie zareagował. — No ile dostaniesz za trupa?

— Połowę.

— No to już zupełnie nędza. — Kris załamał ręce.

— Jak ci nie pasi, to wypierdalaj z powrotem do Polski. Albo idź zapierdalać u Hofera z Laurą.

— Nie no, szefie, interesik się nam jeszcze rozkręci! Ja w nas wierzę, jak w Jezusiczka, a w ciebie to szczególnie! — Mężczyzna z ponownie zaparzoną herbatą w szklance się uśmiechnął rozbrajająco. Zajął miejsce na stołku przy stole i zastygł w oczekiwaniu.

— Wprowadzę cię w szczegóły sprawy. — Mokradło wypowiedział te słowa tak nabożnym tonem, jakby inicjował wstąpienie kompana do loży masońskiej. W kolejności, gdy ten popijał wrzątek, Albert tłumaczył mu meandry zlecenia, które na szczęście nie wydawały się tak skomplikowane, jak przykładowo sieć dopływów Dunaju. Przynajmniej tak wyglądało to z treści wywodu.

Otóż zleceniodawcą był niejaki Rusłan Zakajew. Z pochodzenia Czeczen od kilkunastu lat zamieszkały w Austrii z prawem stałego pobytu. Co ciekawe, nie zgłosił zaginięcia syna Umara policji. Zlecenie z umową do podpisania podesłał przez gońca.

Wysłał ponadto przekaz, że nie życzy sobie bezpośredniego kontaktu ani grzebania w życiu osobistym jego rodziny. Wynajęty przez niego detektyw, czyli Mokradło, miał sam dojść do tego, kto porwał Umara i gdzie on przebywa. Następnie powinien się zwrócić o wsparcie ludzi Rusłana.

W tym celu przekazany został w dokumentach telefon kontaktowy. Jednak po podpisaniu umowy, gdy Albert zadzwonił pod wskazany numer, nikt nie raczył odebrać. Włączyła się jedynie automatyczna sekretarka w bełkotliwym języku, zapewne czeczeńskim.

Wnioski? W toku poszukiwania zaginionego syna zleceniodawca pragnął uniknąć zaangażowania policji. Z dużą dozą prawdopodobieństwa oznaczało to, że uwikłany był w lewe interesy. Być może także jego ponad dwudziestoletni syn.

Czynności śledcze? Zgodnie z zakazem Rusłana wypadało nie wchodzić z buciorami w życie jego familii. Czyli przesłuchiwanie osób z kręgu rodziny Zakajewa odpadało. Jednak żeby zebrać poszlaki nakierowujące na to, kto uprowadził Umara, a w konsekwencji go odnaleźć, niezbędna była infiltracja jego środowiska. Zatem należało skoncentrować uwagę na pogadaniu z przyjaciółmi zaginionego, bo musiał takowych mieć, oraz zdefiniowaniu i ewentualnemu przyciśnięciu jego wrogów.

Ponadto istniała konieczność, aby za sprawą postronnych źródeł prześwietlić postać samego zleceniodawcy i syna. Wypadało ustalić kim są i jakie łączą ich powiązania z potencjalnymi porywaczami. Ostatecznie trzeba było się wziąć za samych porywaczy i skurwieli zdemaskować, by zainkasować za to dolę.

Analizę powyższych zagadnień Modry pozostawiał Krisowi, bo sam z laptopem Marty nie zwojował zupełnie nic. Nie odszukał o Rusłanie Zakajewie żadnych wiadomości. To dlatego ściągnął przedwcześnie wspólnika z Polski, aby ten zrobił swoje, czyli skutecznie poszperał w necie, czy tam Darknecie, bo być może zaistnieje i taka konieczność.

Mokradło oświadczył też, że liczy na znajomości Krisa w islamskiej diasporze uchodźców ze wschodu w samym Wiedniu. Ci bowiem o zleceniodawcy i jego synu, jako braciach w wierze, będą być może coś wiedzieli, co pchnie sprawę do przodu.

Na obecnym etapie spoczywała ona w martwym punkcie. Zaś trzydzieści tysięcy euro czekało na zainkasowanie, ale raczej nie będzie czekać wiecznie. To obligowało, aby bez zwłoki zebrać informacje, zakasać rękawy i ruszyć dupę, by nieszczęsnego Umara uratować.

Choć celem było w zasadzie wyrachowane przytulenie za niego nagrody. Tak w skrócie przedstawiała się prawda — kasa za uwolnienie, bez sentymentów, tyle.

Na koniec spotkania przy herbacie Albert nie omieszkał napomknąć, że jeżeli Kris będzie coś kombinował z Laurą, to go zapierdoli. W ten zimny poranek otrzymał od kompana zapewnienie, że osoba przedstawiająca się do niedawna jako Sally nie jest w jego typie, bo gustuje on w waginiastych kobietach. Więc Ali nie miał się o co martwić.

Z kolei co do kwestii porwania Umara, to zaznaczył, że za szperanie w tym temacie weźmie się jeszcze dzisiaj. Słowem, jak tylko załatwi w Arbeitsamcie sprawy związane z pobieraniem zasiłku, pogada ze swoimi Afgańcami, którzy coś powinni wiedzieć o czeczeńskich ziomkach.

Słysząc to, Modry na zachętę poklepał wspólnika po plecach i wręczył mu dorobione klucze do mieszkania przy Schlachthausgasse. Komplet Marty dostała zamieszkująca tu teraz Laura.

Następnie obaj panowie wyszli z domu na lekki przymrozek. Kris skorzystał z linii tramwajowej i przystanku tuż przed blokiem mieszkalnym. Albert poszedł na stację U-Bhanu U3.

Przemierzył krótki odcinek drogi pod szaroburym niebem, brodząc w na wpół roztopionym śniegu. Za moment już zbiegał do podziemi na peron. Czynił to, uciekając od przenikliwego wiatru z zachodnich gór, który zimnem skutecznie penetrował poły jego jesiennego płaszcza.

W dalszej drodze, już koleją podziemną, Modry nie myślał o niczym konkretnym. Ten swoisty spokój, przechodzący u niego ostatnio wręcz w marazm, brał się stąd, że znalazł się na nowym etapie swego, obecnie na swój sposób uporządkowanego, życia.

Jak strasznie by to nie brzmiało, nieobecność przy nim Marty sprawiła, że poczuł cień ulgi, bo dzień w dzień przestał się zadręczać myślami, jak parszywym był ojcem. Oczywiście po wypadku swego dziecka chciało mu się z wściekłości wyć mimo faszerowania się psychotropami. Czuł szczery ból po stracie i z tą stratą się nie godził. Jednak czas, spokój i pocieszycielka w osobie Laury — zrobiły swoje.

Przez to teraz, na początku grudnia, okrutny wyrok losu, jaki zapadł na Martę, Albert przyjmował już ze względnym spokojem. Tragiczny stan osoby, którą uznawał za własną córkę, zaczął odbierać, jako coś naturalnego, jak trwającą porę roku — ponurą i zimną, ale konieczną w cyklu zmiennych pór, korowodzie życia i śmierci.

W sumie w takim właśnie przebywał na ten czas świecie własnych emocji. W jego odczuciu skostniałym, znieruchomiałym. Coś jakby zassały go moczary, które zamarzły, więżąc go w sobie i sprawiając, że ruch jego zwichrowanego umysłu zamarł.

Jedynie okresowo nadchodziła większa odwilż. Wtedy smętne myśli zostawały uwolnione z lodowych okowów i znów się snuły, jakby w błocie, wokół spraw związanych z jego żoną i córką. Lecz potem na powrót wszystko skuwał twardy lód. Brał on niejako błądzący umysł w swe klamry, kajdany.

Z tego powodu na zamarzniętych moczarach własnego jestestwa Mokradło zwykle trwał w zimowej melancholii. Egzystował niczym emocjonalny trup sztucznie podtrzymywany przy życiu. Tak w każdym razie sam siebie odbierał.

Niemniej, jednym z okresów jego odwilży były cykliczne odwiedziny córki w szpitalu. Wpadał do jej pokoju regularnie w poniedziałki i czwartki.

Obecnie tydzień właśnie rozpoczynał swój mozolny bieg. W przypadku Wiednia można by powiedzieć szus na nartach, czego dowodem był poślizg Alberta po wyjściu z metra linii U6 na Michelbeuern AKH.

Cudem nie upadł. Zaś idąc po oblodzonej powierzchni, minął ośnieżone trawniki i kilka budynków szpitalnych, po czym wszedł do jednego z nich.

We właściwym segmencie pojechał windą na górne piętro do pokoju Marty. Z jej stolika uprzątnął przywiędły bukiet kwiatów, a postawił świeży, zakupiony po drodze w kwiaciarni na Westbahnhof.

Były to w zielonym dzbanuszku błękitne niezapominajki. Błękitne jak oczy Matty. Tych od dawna już nie podziwiał, bo jego córka leżała na białym łóżku w białej pościeli z zamkniętymi powiekami. Lecz doskonale pamiętał jej wzrok. Miała oczy matki, choć spojrzenie ostrzejsze.

Podobnie z całego swego wyglądu mocno przypominała Annę, mimo że nie wdała się w nią charakterem. Czy to dlatego, że jej charakter niejako wypaczył Modry, zabijając dziecku matkę, a samemu mieniąc się żałosnym ojcem?

Żeby nie rozdrapywać i nie jątrzyć dawnych ran, spróbował skupić myśli na czymś innym niż przeszłość i sprawy rodziny. Rozejrzał się więc po znanym już sobie pokoju szpitalnym.

Panowała tu niezmienna cisza. Przestrzeń wypełniała aparatura medyczna służąca do podtrzymywania życia i monitorująca parametry życiowe pacjentki.

Po to, aby tchnąć w nią coś autentycznie ożywczego, Mokradło wyjął z płaszcza smartfon, który otrzymał od Laury. Jego Nokia była niewątpliwie o ten podarek zazdrosna, ale chuj z tą elektroniczną zdzirą, którą miał zresztą w drugiej kieszeni. Dzięki nowoczesnej technice Albert mógł teraz założyć córce na uszy słuchawki i z urządzenia elektronicznego puścić jej własne utwory.

Regularnie włączał wszystkie z repertuaru Matte poza tymi, które zdążyła wyśpiewać w pamiętną noc na stadionie w dzień Halloween. O tamtym miejscu, dniu i wszystkim, co z nimi związane pragnął jedynie zapomnieć. Chciał, aby jego córka też nie pamiętała. Sytuacja bowiem, która miała być dla niej najwspanialsza w życiu, ziściła się, jako życiowy dramat.

Nie inaczej rzecz się tyczyła Alberta. Chociaż w jego przypadku tamto zdarzenie skrywało jeszcze trudną prawdę. Otóż, czy wówczas zamiast Laury mógł chwycić za rękę Martę i to ją uratować?

Odpowiedź na to pytanie go kurewsko niepokoiła. Jak mógł, odsuwał ją od siebie. Nie chciał znać tej prawdy. Lecz ta kurwa go ścigała w myślach za dnia, a w nocy w snach. Zamierzał wziąć sukę na przeczekanie, aż ona odpuści. Ponieważ cena owej prawdy go przerastała. Czuł, że nie da rady jej zapłacić teraz ani nigdy.

Swoistą ucieczkę od przeszłości, nieznośnych pytań i odpowiedzi, kontynuował po wyjściu ze szpitala. Pojechał metrem na naddunajski kanał i tam drałował. Ostatnio lubił spacerować na świeżym powietrzu całymi godzinami. Było to bowiem zawsze robienie czegoś w miejsce męczącego nic nierobienia.

Jednak wreszcie dostał kolejne zlecenie, odszukanie czeczeńskiego młodziana. Zatem już jutro Kris da mu garść poszlak i zapewne kilka swoich poronionych pomysłów, jak rozpocząć śledztwo. Albert, jak to on, oddzieli ziarna od plew, po czym rzuci się w wir nowego wyzwania. W końcu na dobre zaangażuje umysł w coś konstruktywnego, koncentrując uwagę na teraźniejszości.

Co nie mniej istotne, zarobi konkretne pieniądze, aby nie pasożytować dalej na Laurze. Może nawet zwróci jej od razu całą sumkę na operację? Bardzo możliwe, bo ile mógł posuwać ją w dupę, skądinąd bardzo zgrabną dupę. Ale zwyczajnie, tak po ludzku i męsku, klasycznie by nareszcie poruchał. Nie inaczej, marzył o wilgotnej piździe, miał prawo.

Do domu Mokradło wrócił wraz ze zmierzchem. Odgrzał przygotowany tydzień temu przez Laurę kartoffelgulasch i zjadł go nawet ze smakiem. Potem zajrzał do pokoju Marty, który zajął Kris. Zastał go śpiącego na łóżku. Postanowił nie budzić blondyna. Usiadł przy biurku i dłuższy czas przeglądał na laptopie portale informacyjne.

Czytał głównie o polityce. Tak bardziej z przyzwyczajenia, żeby być na czasie, niż z powodu rzeczywistego zainteresowania. Pochłonął standardowe wiadomości o korupcji, nepotyzmie i kłamstwach z ust polityków w miejsce niby głoszonej przez nich prawdy.

Jego większą uwagę zwróciła informacja tycząca na nowo wybuchłej afery z partią rządową w Austrii, której członkom udowadniano układy z rosyjskimi oligarchami. Wieszczono nowe wybory albo przynajmniej dymisję rządu. Być może więc miejsce obecnych kłamców w Nationalrat czy Bundesrat zajmą nowi kłamcy. Taka prawda — w duchu skwitował czytane rewelacje Modry.

Za to przed godziną dwudziestą drugą leżał już w łóżku. Akurat skończył porządkować notatki z rozpoczynanego śledztwa. Na jego wstępnym etapie nie miał z tym wiele roboty. Obecnie natomiast, aby przed snem odgonić od siebie myśli o pracy i związaną z tym pewną ekscytację, wziął do poczytania książkę w twardej oprawie.

Otworzył ją mniej więcej w połowie na zakładce, jaką było jedno z ostatnich zdjęć Marty. Uśmiechnął się smutno na widok dziewczyny agresywnie ubranej w ćwiekowane skóry o czarnej barwie.

Zastanowił się, czy tak jak w przypadku powieści, którą poznał ledwie w połowie, jego córka też miała przed sobą jeszcze drugą część życia? Rzecz jasna myślał o prawdziwym życiu, a nie jego namiastce bez doświadczania świadomości na szpitalnym łóżku.

Oczywiście pragnął żywić ojcowską nadzieję, że Matta się przebudzi i, jak to ona, da jeszcze wszystkim kurewsko do wiwatu. Co prawda lekarze nie dawali na to dużych szans, ale też takiej możliwości całkiem nie przekreślali. Chwała za to, przynajmniej za tyle.

Tymczasem Albert raptem nadgryzł pierwszy akapit napoczętego rozdziału, a doszedł go dźwięk otwieranych i zamykanych drzwi wyjściowych. Zrozumiał, że do domu wróciła Laura.

Westchnął, znów daremnie próbując ogarnąć umysłem, kim takim miała dla niego być, a kim się właściwie stała? Jak na ironię to poniekąd z jego powodu pozostawała ciągle w po części męskim ciele, czyli z wackiem i jajami, nazywając rzecz po imieniu.

Przez to od przeszło miesiąca w swoim rozumieniu nie sypiał w jednym łóżku z kobietą, a jak to sobie tłumaczył raczej półkobietą. Na pocieszenie nie nachodził go komornik, bo z pieniędzy na operację Laury spłacał bezsensownie wydaną kasę za złapanie domniemanego mordercy Pamele Strauss. Jednak świętej pamięci Stephan Schutt okazał się, jak Laura kobietą, Palcarzem tylko po części, a zabicia wspomnianej aktorki mu ostatecznie nie udowodniono. W rezultacie Modry musiał systematycznie uiszczać raty za dług u krewniaków Helmuta Straussa. Ponieważ za finalne pochwycenie jego brata, prawdziwego Palcarza, nikt nie wypłacił mu choćby jednego euro nagrody.

Zaś co do Laury, biorąc pod uwagę ich wręcz skrajną odmienność, to wbrew wszystkiemu układało się im chyba niezgorzej. Chociaż jaskrawe różnice między nimi coraz częściej dochodziły do głosu, musiały. Może jeszcze nie krzyczały, ale już wyraźnie mówiły, że o czystej sielance należało zapomnieć. O ile w ogóle kiedykolwiek wchodziła ona w grę.

Obecnie hałasy z kuchni nie pozwalały się Albertowi dostatecznie skupić na lekturze. Zza drzwi dochodziły go bowiem odgłosy rozmowy. Przez głośny śmiech Laury i jej nietypowy wyrażanie się, gdzie słowa niemieckie mieszała z angielskimi, przebijał tenor Krisa. Rozbrzmiewały też dźwięki stołowej zastawy, więc towarzystwo w kuchni urządziło sobie zapewne późną kolację.

W atmosferze rozpraszania ciszy nocnej Modry zdołał jednak wytężyć koncentrację i wchłonął ze zrozumieniem rozdział książki. Niedługo potem do pokoju zawitała Laura.

— Cześć Ali! — rzuciła pobudzona, podczas gdy on już przysypiał. Dlatego nic nie raczył odpowiedzieć. Jedynie na moment oderwał wzrok od kremowych stronnic z czarnym drukiem. Popatrzył, jak partnerka na jego obecnym etapie życia się rozbiera do snu.

W świetle nocnej lampki i samej bieliźnie wyglądała na stuprocentową kobietę. Chociaż na oko z wyjątkowo bujnymi włosami łonowymi, które mocno wypychały majtki.

Albert tak w każdym razie chciał postrzegać sylwetkę Laury, zakłamując rzeczywistość. Nawet nie chciał myśleć, co jej się nadal dyndało między nogami. Nie akceptował tego i zajmował tu w swoim mniemaniu słuszne stanowisko. To nawet nie podlegało dyskusji.

Z tego względu zawarli układ, że dopóki Laura nie przejdzie operacji, nie będzie przy nim zdejmować majtek. Tak było i teraz, choć położyła się do łóżka bez stanika, ukazując w pełnej krasie przyzwoicie zrobione piersi. Nie nakryła się kołdrą, przez co jej widoczny biust sterczał niczym wiedeńskie wzgórza Kahlenberg i bliźniacze o podobnej wysokości Latisberg. Za to po chwili już się wpatrywała w smartfon.

Nagle wybuchła głośnym śmiechem. W reakcji na ten rechot mężczyzna koło niej skarcił ją srogim wzrokiem.

— Przepraszam. — Machnęła niedbale ręką. — Ale koleżanka przesłała mi taki śmieszny filmik. Jej klient zapłacił kilka stówek, aby mógł się przebrać za psa i żeby na smyczy wyprowadziła go w nocy na spacer. Na filmiku jest, jak ten człowiek-pies stoi na czworakach i z uniesioną nogą obsikuje drzewo. Koleżanka go zdzieliła smyczą, a on tylko zapiszczał.

— Koleżanka to dziwka?

— No tak.

— Dobre masz… znajomości.

— Innych nie mam. — Laura wzruszyła ramionami. — A… co czytasz? — rzuciła od niechcenia.

— To samo, co od tygodnia, powieść detektywistyczną.

— Ciekawa?

— To o…

— Powinieneś korzystać z czytnika.

— Że co? — Albert zmarszczył brwi zarówno z tego powodu, że przerwano mu wypowiedź, jak i sugerowano technologiczny niedorozwój. Wszak on nie był, kurwa, dinozaurem, jedynie tradycjonalistą.

— W czytniku możesz mieć setki książek. Nie kurzą się, miałabym mniej roboty ze sprzątaniem. No i wirtualne biblioteki nie zajmują miejsca w domu. — Laura wskazała na regał nad biurkiem, który rzeczywiście uginał się od stosu makulatury, a bez kobiecej ręki także kurzu. Ciągle wpatrzona w smartfon kobieca postać swobodnie dodała: — Mogę ci też kupić soczewki kontaktowe. Okulary do czytania z grubymi oprawkami cię postarzają.

— Jestem stary. Przeszkadza ci to? — Mokradło zazgrzytał zębami.

— Lubię starych, owszem, ale nie dziadków. Ogol się, masz za dużo siwych włosów na brodzie, do tego mnie nimi drapiesz. — Laura oderwała wzrok od elektronicznego gadżetu i pocałowała mężczyznę w policzek. Zaraz ssała mu już małżowinę uszną, szepcząc do ucha: — Zostawmy inne sprawy. Chcę się z tobą pieprzyć. Pieprzyć się, hmm… — Jej ręka powędrowała na krocze Alberta, zagłębiając się pod jego bokserki. On leniwie zapytał:

— Nie powiedziałaś jeszcze, jak rozmowa o pracę. Dobrze poszło?

— Nie chcę teraz o tym… mówić. — Przystąpiła do masowania cudzego fiuta.

— Ja bym chętnie usłyszał. Także o tym, co robiłaś przez resztę dnia.

Laura nie przestawała obciągać pęczniejącego penisa. Ale się odchyliła od męskiej twarzy i już beznamiętnie rzekła:

— Przyjęli mnie. Startuję za tydzień w sąsiednim bezirku. No i tak się uradowałam nową robotą u Hofera, że pojechałam pobiegać na Donauinsel. Wiesz, że lubię tam biegać.

— Wiem. Ale co, kurwa, biegłaś maraton, czy jak?

— Potem odwiedziłam znajomą imieniem Sharbat.

— Znajomą… kurwę.

— To prawda. Lubię odwiedzać znajome kurwy. Lubię też inne… rzeczy. — W drugim podejściu kobieca postać przystąpiła do wodzenia ustami i językiem po męskiej klacie.

— Jak się… biegało?

— Kiepsko… — cmok. — Ta zima jest okropna; śnieg, wiatr, lodowatość, szarość i… lodowatość.

— Nie widziałaś polskiej… zimy.

— I chyba nie chcę zobaczyć. Za to chcę się… pieprzyć, potrzebuję tego. — Laura ściągnęła Modremu bieliznę, po czym zassała jego fiuta do ust.

— Hmh… — stęknął od przyjemności. — Hmm… — I ponownie od soczystego obciągnięcia penisa wargami. Przeniósł dłoń na łysą czaszkę partnerki i przytrzymywał ją przy swoim kroczu, aby nie zaprzestawała robić mu tam dobrze ustami. W drugiej ręce ciągle trzymał książkę.

Lektura od tego momentu szła mu wyjątkowo opornie. Jednak się zawziął, że zanim przeżyje orgazm, to skończy rozdział.

Z czasem czuł się wręcz kuriozalnie, gdy czytał akurat sprawozdanie sądowe z brutalnego gwałtu, a sam wchodził na szczyt seksualnej przyjemności.

Już w pobliżu finału, zarówno rozdziału, jak i oralnego stosunku, Laura chciała się odessać od jego fiuta. Nie pozwolił na to, przyciskając silnie jej głowę do swego krocza. Zaraz potem pompował już nasienie do ust. Wtedy odrzucił książkę, złapał łysą czaszkę oburącz i dysząc, zwiększył amplitudę cudzych ruchów. Żeby jak szczeniak nie wyć z rozkoszy, zacisnął zęby. Ale w przypływie rozsadzającego mu niemal krocze kurewsko swędzącego orgazmu i tak nie powstrzymał charkotu:

— Wchrrr… — Za moment było po wszystkim. Cudownie odprężony stygł, rozlewając się na łóżku niczym rozbite jajko na patelni. Właściwie to poczuł się już jak sam omlet, czyli gotowa potrawa. Choć w jego przypadku gotowa nie do konsumpcji, a snu. — Zliż to, czego nie połknęłaś. — Te słowa wypowiedział zrelaksowany jak po miesięcznym urlopie. Zgodnie z poleceniem doczekał się pędzlowania językiem umazanego w nasieniu fiuta i jąder. Ot, taki śmietankowy deser do omletu dla jego niby dziewczynki. — Jak… było? — zapytał, zamykając oczy do snu. Niesamowicie zachciało mu się spać.

— Było, kurwa… zajebiście. — W smętnym głosie przełykającej spermę Laury pobrzmiewała nuta rozczarowania. Zasypiający Modry na to wyznanie żalu nie zareagował. Za to wkrótce zwrócił uwagę na co innego.

Najpierw był to dźwięk upierdliwy jak bzyczenie pszczół w ulu. Szybko doszło do niego miarowe szuranie i kobiece postękiwanie.

— Rozmawialiśmy o tym. — Zdegustowany Albert otworzył oczy. — Miałaś się nie zaspokajać w naszym… łóżku.

— Myślałam, że już śpisz, och…

— Nie śpię. I przestań już.

— Zaraz… och, zaraz skończę.

— Zachlapiesz pościel. Będzie mokra i się lepiąca.

— Och… Ach.

— Powiedziałem coś?!

Dźwięk wibratora ucichł, podobnie inne odgłosy. Następnie mężczyzna obserwował, jak kobieca postać wstaje. Wyjmuje sobie z tyłka seksualną zabawkę, wkłada ją do szuflady i wychodzi z pokoju.

— Dokąd idziesz? — rzucił za nią.

— Idę do łazienki. Zrobię tam sobie dobrze.

— A twój wibrator?

— Wsadzę sobie kij od szczotki.

— Prawidłowo… — mruknął już sam do siebie Albert. Lecz incydent z trzepiącą wacka Laurą wytrącił go z zapadania w sen i to na dobre. Przez chwilę się wahał, czy jeszcze poczytać, czy może raczej zaparzyć sobie rumianek. Ostatecznie postanowił jedynie się przejść, by opróżnić pęcherz. Czyżby to już prostata? Z niechęcią pomyślał o swojej metryce.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.