E-book
9.56
drukowana A5
39.59
Cena pokoju część III

Bezpłatny fragment - Cena pokoju część III

Pole Karola


Objętość:
251 str.
ISBN:
978-83-8245-461-1
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 39.59

1. Diabeł

Tuż o świcie, ku zdziwieniu żołnierzy broniących gród, czarodzieje wraz z Cecylią opuścili Dobę. Henryk dopilnował, by szybko zamknięto za nimi bramę wschodnią i odprowadził ich wzrokiem, zadowolony że chociaż jedna część jego planu zadziałała. Teraz jednak pozostała druga, o wiele ważniejsza i niestety mniej przewidywalna. Nie wiedział bowiem jak jego znajomi podejdą do jego prośby. Czy uda im się porozmawiać z resztą Masów w armii Jakuba oraz jak oni zareagują.

Nie spodziewał się jednak, że jeszcze przed południem odpowiedź sama do niego dotrze.

— Atakują! — krzyknął któryś z żołnierzy.

Młody wojownik od razu pobiegł w stronę bramy zachodniej. Dołączyło do niego jeszcze kilu żołnierzy i gdy tylko znaleźli się nad bramą, spojrzeli na wyłaniających się z lasu w oddali żołnierzy Jakuba. On sam stał na ich czele i zwrócony w ich stronę, czekał na swoich ludzi.

— Atakują? — zapytał ich Remek, dobiegając do nich w swojej nowej zbroi.

Henryk jednak mu nie odpowiedział. Wszyscy stali już na murach i patrzyli na wciąż wyłaniających się nowych przeciwników. Rozciągali się po całej linii drzew, pokazując swoją liczebność i gotowość do ataku.

— Ktoś wie, dokąd poszli magowie? — zapytał w końcu jeden z żołnierzy, bojąc się coraz bardziej.

— Spokojnie żołnierzu — odezwał się Dawid, podchodząc do nich. — Wypełniają rozkaz króla.

Żołnierz uspokojony skinął głową, a łucznicy Jakuba zaczęli wyłamywać się z linii i podchodzić coraz bliżej. Szli w odległości około dwóch metrów od siebie, przez co utworzyli załamaną linię ogarniającą nie tylko mury z zachodu, ale i część południa i północy.

— Przygotujcie się na ostrzał! — krzyknął Dawid.

— Poczęstujemy ich katapultami? — zapytał z nadzieją w głosie Remek.

— Nie. Kto nie ma tarczy, szuka schronienia! — krzyknął jeszcze głośniej.

— Atakują od południa! — krzyknął nagle ktoś w oddali.

Henryk natychmiast zareagował i pobiegł w tamtą stronę. Minął po drodze stojących na murach żołnierzy, przygotowanych do osłonięcia się tarczami. Jednak gdy dobiegł do obrońców południowych murów, przystanął i spojrzał na pustkowie, za którym stał liczący kilkudziesięciu najemników oddział Hiszów.

— Od północy też się pojawili — odezwał się jeden z żołnierzy stojący kilka metrów dalej.

— Nie widzę drabin — zauważył jeden z żołnierzy stojących obok Henryka.

— Chcą nas nastraszyć. Obserwujcie ich i wołajcie, jakby zaczęli się zbliżać — odpowiedział mu i znów pobiegł do zachodniej bramy.

Z tej strony łucznicy stali już w połowie drogi dzielącej ich od Doby. Remek wraz z żołnierzami i Dawidem wyczekiwali ich ostrzału, ale wtedy cały oddział strzelców przeciwnika zatrzymali się, a z lasu powoli ruszył do przodu Jakub. Dumnie siedząc na koniu, powoli zbliżał się do nich, a łucznicy czując już go za sobą, zaczęli naciągać swoje łuki, gotowi do wystrzału.

— Co on kombinuje? — zapytał Henryk.

— Negocjuje — odpowiedział Dawid.

— Możemy go zestrzelić — odezwał się Remek. — Niech podjedzie jeszcze bliżej.

— Nie! — odpowiedział mu stanowczo Dawid. — Henryku, my schodzimy.

Jakub minął łuczników i podjechał bliżej, zatrzymując się kilkadziesiąt metrów przed bramą. Henryk nie sprzeciwił się szpiegowi, tylko natychmiast ruszył za nim i trzymając w rękach tarcze i miecz, wyszedł za Dawidem przed gród, by porozmawiać z przywódcą przeciwników. Ten widząc ich dwóch uśmiechnął się na ich widok i od razu powitał ostrym tonem:

— Witajcie zdrajcy.

— Czego chcesz? — zapytał Dawid.

Jakub spojrzał na mury, na których stali żołnierze królewscy i ruszył w ich kierunku pewny siebie, podnosząc głos:

— Chcę dać szansę waszym ludziom, bo cenię każdego wojownika. Możecie uratować się jeszcze odchodząc stąd lub przyłączając się do mnie. Nie będę nikogo ścigał, ani potępiał. Choć przyznam, że druga możliwość bardziej mi odpowiada. Jednak stawiam jeden warunek — wydajcie demony, które schroniły się w waszych murach. Oni nigdy nie będą do nas podobni. Zawsze będą się stawiali ponad wami i traktować was jak swoich sługusów. Pomóżcie nam wyplewić z nich naszą ziemię, a pomożecie nie tylko nam i sobie.

— A jeśli, nie? — zapytał Dawid.

— To zginiecie razem z nimi.

— Nie zdobędziecie grodu — odezwał się Henryk. — Nie macie żadnych maszyn oblężniczych.

Jakub spojrzał na młodego wojownika z pogardą i odparł:

— Mój zwiad, który omal nie zdobył waszego grodu, przekazał mi informacje na temat waszej skromnej obrony. Nie macie wsparcia od swojego tchórzliwego króla, który siedzi w swoim zamku. Jest was za mało, by obronić ten gród. My mamy już na tyle gotowych drabin, że możemy zdobyć was w każdej chwili. — Znów przybliżył się do murów i dodał: — Przez to jeśli cenicie życie swoich ludzi, to wydajcie nam demony i pozwólcie swoich żołnierzom odejść a najlepiej sami odejdźcie wraz z nimi. Nie będzie drugiej szansy. Daje wam czas do południa!

Spojrzał ostatni raz na żołnierzy przysłuchujących się im uważnie, zatoczył jeszcze koło wokół stojących wysłanników Doby, po czym powoli zaczął odjeżdżać w stronę swoich łuczników. Dawid wraz z Henrykiem również odwrócili się i zaczęli wracać w kierunku bramy, gdy nagle usłyszeli głos Remka:

— Strzelają!

Obaj natychmiast odwrócili się w stronę Jakuba, który gdy tylko minął swoich łuczników, wydał im rozkaz do wypuszczenia strzał w kierunku obrońców grodu, jak i ich wysłanników. Henryk skulił się za tarczą i tylko czuł, jak w jego tarczę wbijają się strzały. Jedna z nich przeleciała między nim, a Dawidem, inna śmignęła obok jego ucha, ale na szczęście żadna nie trafiła ani jego ani szpiega.

— Biegnijcie! — usłyszeli znów głos Remka.

Nie czekając na nic, wykonali jego polecenie, nie odwracając się ani na chwilę. Udało im się dobiec do bramy i natychmiast przykleili się do murów, a żołnierze zamknęli za ich plecami bramę. Wtedy to, kolejne strzały opadły na obrońców grodu. Tym razem już nikt nie celował w wysłanników, przez co Henryk wraz z Dawidem kryjąc się za murami, tylko obserwowali, jak przelatują one nad ich głowami i trafiają w dachy i pusty plac na środku Doby.

— Hiszowie, ludzie bez honoru — skomentował to wściekły Dawid.

Ostatnie strzały wbiły się jeszcze kilkanaście metrów od nich, wbijając się z impetem w ławeczkę stojącą przy jednej z chat. Po tej salwie, nastała w grodzie zupełna cisza.

— Odchodzą! — krzyknął Remek po chwili.

Henryk wraz z Dawidem szybko wbiegli na mury i wraz z obrońcami patrzyli na stojącego pod lasem Jakuba obróconego w ich stronę. Jego łucznicy odchodzili od grodu, ale za to z lasu zaczęli wyłaniać się jego żołnierze. Było ich kilkudziesięciu i nieśli w rękach długie na kilka metrów skręcone drabiny. Ruchem ręki rozkazał im rozejść się na boki, tak by wszyscy widzieli nie tylko długość ich drabin, ale i ich ilość. Nawet z tak wielkiej odległości Masowie mogli dostrzec ich solidność i wysokość. Mieli ich tak dużo, że prócz sporej ilości rozłożonej od strony bramy zachodniej, to kolejni żołnierze nieśli je jeszcze do swoich kompanów rozlokowanych od strony północnej i południowej grodu.

— Nie obronimy murów z każdej strony — odezwał się Remek.

— Niech zaatakują — odpowiedział mu pewnym głosem Henryk, czym zaskoczył stojących obok żołnierzy.

— Pycha wielu znakomitych dowódców doprowadziła do zguby — skomentował jego słowa Dawid.

— Gród pozostanie niezdobyty, to wam mogę obiecać — odpowiedział młody wojownik i schodząc z murów, dodał: — Obudźcie mnie przed południem.

Henryk poszedł do swojej chaty i usiadł na łóżku, na którym wcześniej spała Cecylia. Nie chciał pogodzić się z porażką, na którą są skazani, gdy tylko Jakub zaatakuję. Pragnął coś wymyślić. Znaleźć jakiś sposób, by poprzeć swoje ostanie słowa, ale wiedział doskonale, że Dawid miał rację. Jeśli Jakub zaatakuje, czeka ich niechybna porażka.

Położył się i zamknął oczy, by odpocząć przed czekającą ich ciężką bitwą.


***


— To już — zbudził go głos Remka.

Henryk zabrał ze sobą miecz oraz tarczę i ruszył za rozbójnikiem na mury. Wtedy to zobaczył, że wszyscy obrońcy grodu stali już na swoim miejscach. Gotowi do walki, czekali tylko na przeciwnika. Większość z nich zajęła miejsce na murach, inni czekali w pogotowiu na dziedzińcu. Wszyscy, których mijał na swojej drodze, pozdrawiali go skinieniem głowy, co go trochę zaskoczyło. Obawiał się, że część ucieknie lub będą wściekli na niego, słysząc zapewnienie Jakuba o ich wolności. Spojrzał zdziwiony na Remka, oczekując jakiegokolwiek wytłumaczenia i wtedy usłyszał:

— Dawid im powiedział, czyim synem jesteś.

Tam już czekał na nich szpieg wraz z kilkoma żołnierzami.

— I jak? — zapytał go Henryk.

Ten tylko wskazał na las w oddali, gdzie już stał Jakub wraz ze swoimi żołnierzami. Stali w pełnym uzbrojeniu i tylko czekali na rozkaz do ataku.

— Jak pozostałe strony?

— Tak samo — odparł mu Dawid. — Może zajmij się północą, a Remek południem. Ja tu zostanę.

— A co z katapultami? — zapytał Remek zawiedzionym głosem.

— To stare maszyny, nie pomogą nam za wiele.

— Nie zgodziłbym się — zaprotestował rozbójnik.

— Pozwól mu bronić tej bramy — odezwał się Henryk. — Przygotował kilka niespodzianek dla Jakuba.

— Tutaj uderzą z największą siłą — odpowiedział im Dawid.

— Remek wie co robi.

Szpieg spojrzał na rozbójnika, którego nie darzył zbyt wielkim zaufaniem, ale ufając w słowa Henryka, skinął głową i odpowiedział:

— Ty tu dowodzisz młody. Ja więc wezmę południową stronę.

Młody wojownik nie czuł się żadnym dowódcą i nigdy nim nawet nie chciał zostać, ale to nie był czas na kłótnie. Uśmiechnął się delikatnie, by zasłonić swoje zakłopotanie i od razu ruszył na północną część grodu.

— Henryku, zaczekaj! — zawołał go nagle Remek.

Podszedł do niego i wyciągając z kieszeni mały flakonik zielonej mikstury od czarodziejki, wsadził go do dłoni młodego wojownika i powiedział:

— Cecylia kazała mi to ci dać. Cokolwiek to jest, masz to wziąć w ostateczności.

Henryk tylko spojrzał na magiczny napój i bijąc się z myślami, schował go bez słowa. Następnie pobiegł na swoją część murów i ciągle myśląc o młodej czarodziejce, uśmiechał się pod nosem.

— To zaszczyt walczyć z synem wielkiego Korby — odezwał się nagle jeden ze starszych żołnierzy, broniący tej części grodu.

Reszta jego ludzi również podzielała jego zdanie, przytakując głową i oddając honory młodemu wojownikowi.

— Pokażemy im jak prawdziwi Masowie walczą — odpowiedział im dumnym głosem.

— Tak jest! — prawie jednogłośnie poparli jego słowa żołnierze.

Henryk odwrócił wzrok w stronę przeciwników i teraz wraz z obrońcami grodu, czekał na ich ruch. Hiszowie jednak się nie spieszyli. Siedzieli przy kilku ogniskach i czekali cierpliwie na kolejne rozkazy. Było ich kilkudziesięciu z tej strony i specjalnie nie kryli się, by wszyscy mogli zobaczyć nie tylko ich ilość, ale i broń, którą mają przygotowaną do ataku.

Nagle wśród nich zaczęło się poruszenie. Wszyscy zaczęli wstawać i patrzeć na podjeżdżającego do nich wysłannika Jakuba. Henryk wraz z żołnierzami króla obserwował tylko, jak w oddali słuchają jego słów i zaczynają zbierać z ziemi swoje miecze i topory.

— Zaczyna się — odezwał się jeden z obrońców.

— Walczcie najlepiej jak tylko potraficie, a przejdziecie do historii tego grodu.

Żołnierze Jakuba ruszyli powoli do ataku. Pierwszą linię stworzyli łucznicy. Zaraz za nimi szli żołnierze z wielkimi tarczami w rękach, a na końcu wybrańcy, trzymający drabiny. Wśród obrońców grodu, żołnierze trzymający łuki w rękach również przygotowali się do wypuszczenia w ich kierunku strzał, ale czekali cierpliwie na ich podejście. Henryk dołączył do nich, odkładając na bok na razie swój miecz i tarczę. Napiął łuk i czekał razem z nimi na przeciwników.

— Nie strzelajcie za szybko — odezwał się Henryk. — Niech każdy wasz strzał będzie celny.

Napastnicy zbliżali się nieubłaganie. Łucznicy Jakuba jednak w połowie drogi przystanęli i zaczęli przygotowywać się do ostrzału, a ich kompani szli wciąż do przodu. Przeszli już ponad połowę drogi dzielącą ich od grodu i wtedy ich łucznicy wypuścili pierwsze strzały. Żołnierze trzymający drabiny w rękach, tym momencie zaczęli biec ile mieli tylko sił w nogach, Obrońcy zdezorientowani popatrzyli na Henryka, który patrząc na zbliżające się w ich stronę strzały, tylko krzyknął i od razu sięgnął po tarczę, by się nią osłonić:

— Kryć się!

Strzały opadły wprost na nich wbijając się w ich tarcze, odbijając się od murów, czy przebijając odsłonięte części ciała niektórych, spóźnionych żołnierzy. Po krótkiej chwili Henryk podniósł się z tarczą w górze i widząc, że wszystkie strzały opadły, krzyknął ponownie:

— Teraz my!

Pochwycił łuk i od razu chciał wystrzelić w zbliżających się do nich napastników. Ci jednak przystanęli w miejscu. Żołnierze trzymający wielkie, szerokie tarcze, utworzyli ścianę, nie do przebicia, a za nią ukryli nie tylko siebie, ale i swoich kompanów, którzy położyli na ziemię drabiny i teraz ukryli się przed ostrzałem. Henryk nigdy nie widział czegoś takiego. Zaskoczony ich współpracą, aż zaniemówił. Wtedy łucznicy przeciwnika wypuścili kolejną serię.

— Kryć się! — krzyknął znów.

Obrońcy grodu znów odłożyli łuki, by pochwycić tarcze, a napastnicy wznowili swój bieg w ich kierunku. Nie wyglądało to dobrze. Jedna ze strzał wbiła się w tarczę Henryka, przebijając się grotem tuż obok jego ręki. Spojrzał na żołnierzy króla, którzy z coraz mniejszym entuzjazmem kryli się pod swoimi tarczami. Zdawali sobie sprawę z uciekających im szans na obronę i denerwowali się tym tak samo jak i on. Henryk czuł, że musi coś zrobić. Nie mógł czekać, aż strzały przestaną opadać. Nie mógł pozwolić im nałożyć już kolejnych. Wstał szybko z tarczą nad głową i krzyknął:

— Celujcie w łuczników!

Widząc, że wszystkie strzały opadły, odrzucił tarczę na bok i szybko pochwycił swój łuk. Napiął strzałę i szybko wypuścił ją w stronę jednego z łuczników. Trafił go prosto w głowę, jednak jego kompani już naciągali kolejne strzały. Kilku obrońców zdołało wypuścić też swoje strzały. Henryk wypuścił jeszcze jedną, trafiając kolejnego przeciwnika, ale nie wszyscy obrońcy potrafili tak szybko i skutecznie trafiać. Zaledwie kilku łuczników przeciwnika poległo, ale większość z nich znów wypuściła kolejne strzały. Henryk wystrzelił jeszcze raz i szybko schylił się po tarczę, by zaraz się nią osłonić. Strzały Hiszów znów opadły na obrońców, a żołnierze Jakuba tymczasem podbiegli już pod gród. Oparli drabiny o mury i zaczęli się wspinać.

Henryk obserwował ostatnie przelatujące strzały i znów wstał szybciej, nie mając pewności, że ostatnia już opadła na ziemię. Na szczęście miał nad głową tarczę i jedna z ostatnich właśnie wbiła mu się w boczną krawędź tarczy. Żołnierze schowani jeszcze pod tarczami, tylko patrzyli na niego, jak ten nie okazując im strachu, odrzucił tarczę na bok i pochwycił łuk.

— Do obrony! — krzyknął i znów wystawił łuk przed siebie, by wystrzelić kolejne kilka pocisków w stronę łuczników.

Ci jednak już nie przygotowywali się do ostrzału, tylko biegli w ich stronę. Jego kompani już wspinali się na mury, więc Henryk zmienił cel i wystrzelił strzałę w pierwszego, wspinającego się po drabinie napastnika.

— Do mieczy! — krzyknął.

Henryk spróbował odepchnąć drabinę, ale już było na niej kilku napastników, co skutecznie mu uniemożliwiło jej odrzucenie. Przez to sięgnął po miecz oraz tarczę i już czekał na pierwszego z nich. Wychylił on się i natychmiast ściął mu głowę. Drugi po nim już nie był taki pewny siebie i uchylił się pod jego zamachem. Rzucił w oczy młodego wojownika worek z ziemią, który rozsypał się tuż przed nim. Henryk musiał przetrzeć oczy, a wtedy napastnik wskoczył na mury i natychmiast zaatakował. Młody Korba z trudem obronił się przed jego natarciem. Musiał się wycofać, a wtedy na mury weszli kolejni żołnierze Jakuba. Na pozostałych drabinach działo się podobnie i walka z każdą chwilą nabierała tempa. Henryk odzyskał w końcu wzrok i widząc, że ilość przeciwników na murach zaczyna niebezpiecznie rosnąć, przystąpił do kontrataku. Szybko przyblokował jego kolejny atak i wbił mu swój miecz w brzuch. Zepchnął go z murów i już wyrósł mu następny przeciwnik. Tym razem był nim jeden z najemników. Wiedział, co to pojedynek, przez to nie było go łatwo trafić. Bronił się i kontrował, dzięki czemu blokował Henrykowi dostęp do drabiny, z której wychodzili na mury następni napastnicy. Młody wojownik przypomniał sobie o fiolce magicznego napoju, który dał mu Remek i widząc coraz mniejsze szanse na zwycięstwo już chciał po nią sięgnąć, gdy kątem oka zobaczył żołnierza króla, który wcześniej mu wspomniał o jego ojcu. Walczył swoimi siłami i ani myślał o oddaniu grodu. Moc tego napoju mogła pomóc Henrykowi pokonać wielu przeciwników, ale i naraziłaby na niebezpieczeństwo jego obrońców. Na to nie chciał pozwolić. Odłożył chęć sięgnięcia po magię i rzucił się na przeciwnika ze zdwojoną siłą. Zaskoczył go nie tylko swoją zaciętością, ale i brawurą, która sprawiła, że trafił twardego najemnika najpierw w bok, a później w szyję. Przeciwnik padł martwy, ale już na jego miejsce pojawił się następny. Henryk nie miał zamiaru odpoczywać. Szybko skontrował jego atak i powalił go na ziemię. Dobiegł do drabiny i następnego wyskakującego na mur od razu nabił na miecz. W ten sposób udało mu się oczyścić najbliższą drabinę z napastników. Spojrzał na kolejne dwie z lewej strony i walczących przy niej żołnierzy królewskich. Nie udało im się osiągnąć tak dużego sukcesu jak Henrykowi, ale skutecznie bronili napastnikom zdobywanie kolejnych metrów. Odwrócił się więc na prawo, by zobaczyć jak i tam idzie obrońcom i aż przeląkł się. Tu było znacznie więcej żołnierzy Jakuba. Drabin opartych na murach było też więcej, przez co obrońcy nie byli w stanie wszystkich skutecznie obstawić. Wycofali się, tworząc zwartą grupę powstrzymującą ich dalsze przesuwanie się w kierunku bramy wschodniej. Napastników wciąż na murach przybywało, a Henryk walczył sam ze sobą, nie mogąc ani opuścić miejsca w którym stoi, ani ruszyć im z pomocą.

Nagle usłyszał świst dochodzący z zachodniej części grodu. Szybko spojrzał w tamtą stronę i już wiedział, że Remek właśnie zaczął razić przeciwników pociskami z katapulty. Oznaczało to, że Jakub nie żartował tym razem i przypuścił atak frontalny.

Nagle tuż obok Henryka wyłonił się kolejny najemnik Jakuba. Młody obrońca machnął mieczem w jego stronę, ale ten schylił się i szybko wskoczył na mur. Chciał utrzymać zdobytą pozycję i osłonić drabinę, by pomóc następnym kompanom, ale Henryk nie pozwolił mu się długo cieszyć tym małym zwycięstwem. Zaatakował go natychmiast i szybko przebił go na wylot.

Widział to jeden z żołnierzy Jakuba stojący po prawej stronie i zabierając ze sobą dwóch kompanów, ruszył z nimi na młodego wojownika. Henryk kątem oka dostrzegł żołnierzy królewskich stojących po jego lewej stronie, którzy chcieli mu pomóc, ale nie mogli opuścić swojego. Widział ich obawę w oczach, przez to nie chcąc dać po sobie poznać strachu, ruszył bez chwili zawahania na nowych przeciwników. Wiedział, że obrońcy grodu znali jego ojca z najlepszej strony i liczyli, że jego syn nie może być gorszy. Przez to pełen werwy zaczął walczyć najlepiej jak tylko potrafił. Wymachiwał mieczem, odbijał ich ciosy, kontrował i po kolei trafiał jednego po drugim, nie myśląc o zatrzymaniu się ani na moment. Sił niestety mu z każdą chwilą ubywało. Ręce domagały się przerwy, a przeciwników wydawało się, jakby w ogóle nie ubywało. Nie mógł jednak się poddać. Dopóki tylko mógł utrzymać miecz i tarczę w rękach, nie zamierzał odpuszczać.

Wtedy to wszyscy walczący usłyszeli głośny dźwięk rogu, dochodzący z zewnątrz grodu. Napastnicy zaskoczeni, przez chwilę stanęli w miejscu. Najemnicy, którzy wskoczyli za plecami Henryka na mury spojrzeli na swoim kompanów i już po chwili wszyscy ruszyli z powrotem na drabiny, by zejść na dół. Henryk właśnie pokonał kolejnego najemnika i chciał ruszyć na następnego, gdy zorientował się, że ci zaczynają się wycofywać. Był jeszcze bardziej zdezorientowany niż oni i dopiero widok wiwatujących obrońców grodu, pozwolił mu zorientować się w sytuacji. Żołnierze Jakuba schodząc z murów, szybko oddalali się od grodu, a on wraz z żołnierzami królewskimi tylko oglądał ich plecy, nie bardzo wiedząc, czemu zawdzięczają osiągnięte zwycięstwo.

— Sprawdźcie, czy wszędzie jest tak samo — polecił żołnierzom, którzy natychmiast pobiegli wzdłuż murów.

Młody wojownik choć był szczęśliwy, to bardziej ciekawił go, powód zachowania ich przeciwników. Spoglądał po twarzach swoich towarzyszy broni, ale ci tak samo zdziwieni, tylko odprowadzali wzrokiem ludzi Jakuba.

— Spójrzcie! — krzyknął nagle jeden z żołnierzy królewskich po prawej stronie.

Wszyscy odwrócili się we wskazaną stronę i wtedy dostrzegli powód ich zagadkowego zwycięstwa. W oddali bowiem pojawiły się chorągwie królewskie niesione przez setki żołnierzy zbliżających się z królem Norwidem na czele. Wyłaniali się od wschodu i z każdą chwilą ujawniała się ich ogromna ilość. Obrońcy na ich widok zaczęli wiwatować i wykrzykiwać imię króla Norwida. Imponujący to był widok. Setki żołnierzy w pełnym uzbrojeniu i w równych odstępach nadciągały w ich stronę z odsieczą. Henryk czuł się dumny będąc częścią tak wielkiej armii i z nieukrywaną radością patrzył na uciekających napastników, którzy przy tak wielkiej armii prowadzonej przez króla, wyglądali jak skromny oddział.

— Daliśmy radę — odezwał się, podchodzący do niego żołnierz królewski.

Henryk skinął mu głową i poklepał po ramieniu, po czym odparł:

— Idę sprawdzić zachodnią bramę.

Ruszył w jej kierunku i omijał leżące pod stopami ciała napastników i niestety też niektórych obrońców grodu. Cieszył się ze zwycięstwa, ale ilość ciał żołnierzy królewskich z każdym odcinkiem zaczynał go przerażać. Im dalej toczyła się walka od jego miejsca, tym więcej mijał rannych i zabitych obrońców. Nie mówił nic, tylko mijał ich szybko, co jakiś czas pozdrawiając co niektórych skinięciem głowy, aż w końcu doszedł do zachodniej bramy, nad którą stał Remek wraz z Dawidem i kilkoma żołnierzami królewskimi. Na murach niestety nie brakowało też rannych i zabitych.

— I jak tam młody? — zapytał go od razu szpieg.

— Daliśmy radę.

Spojrzał na ziemie przed grodem i zobaczył odkrytą jedną dziurę w ziemi, gdzie wcześniej wykopali dla napastników śmiertelną pułapkę. Z drugiej dziury jeszcze wyciągali jednego, ciężko rannego kompana. W innym miejscu leżało trzech żołnierzy Jakuba, przebitych nietypowym pociskiem Remka z katapulty, a po całej szerokości pola leżało kilkanaście ciał przebitych strzałami.

— Myślicie, że wycofają się? — zapytał ich Henryk.

— Jeśli mają rozum, to zawrócą.

— Szkoda, że nie widzieliście, jak zaskoczyły ich moje niespodzianki — odezwał się dumny z siebie Remek. — Nie byli na nie gotowi.

— Przejdźcie się po murach i upewnijcie się, czy komuś nie trzeba pomóc — rzekł Dawid. — Ja zajmę się ciałami poległych.

Henryk wraz z Remkiem skinęli głowami i nie spiesząc się, zaczęli przechodzić wokół grodu. Jednak im bardziej oddalali się od zachodniej bramy, tym szybciej ich spokój i radość z wygranej bitwy znikał. Na południowej części murów ciała obrońców leżały, jeden za drugim, a między nimi znajdowało się tylko kilku martwych napastników. Wyglądało na to, że od tej strony, było napastników znacznie więcej niż od północnej. Remek z niedowierzaniem wychylał się z murów, patrząc na ilość drabin opartych o mury.

— Ilu ich tu musiało być? — powiedział z niedowierzaniem w głosie.

— Dobrze, że Dawid tu był — odparł mu Henryk, wciąż mijając pod nogami kolejne ciała, ale z każdym przebytym metrem jego spokój zmieniał się w niepokój. — Tylko… wątpię, by nie zostawił tu nikogo.

Przyspieszyli więc, by dotrzeć do południowej części murów i wtedy dostrzegli schodzących na dół najemników Jakuba. Było ich kilkunastu i zdobywając tę część murów, już poruszali się w głąb grodu, by zabić kolejnych jego obrońców.

— Trzeba dać znać reszcie — odezwał się Remek.

— To ja ich wezmę na siebie, a ty leć po resztę — odpowiedziała mu Henryk, sięgając po miecz i tarczę, którą miał przypiętą na plecach.

— Oszalałeś? Sam im nie dasz rady.

Henryk spojrzał na niego zamyślony i po chwili odpowiedział:

— Zostaw mnie samego i nie wołaj tu nikogo.

— Teraz to ty oszalałeś.

— Nie. Wierz mi, wiem co mówię.

— Przecież…

— Odejdź i nie sprowadzaj tu nikogo.

— No, to idę z tobą.

— Nie! — aż podniósł głos Henryk. — Proszę cię. Trzymaj się z dala od tego miejsca. Ja ich powstrzymam.

— Ale…

— Remek, obiecaj mi, że nikogo tu nie sprowadzisz.

Rozbójnik zadziwiony jego zachowaniem jeszcze przez chwilę stał nie mogąc nic mu odpowiedzieć, aż w końcu przytaknął głową, a młody wojownik samotnie ruszył w kierunku kilkunastu napastników.

— Odejdź jak najdalej — powiedział do niego jeszcze Henryk i przyspieszył, by dogonić najemników poruszających się już między chatami.

Remek powoli zaczął odchodzić, ale wciąż nie był przekonany, co do tego, czy go zostawiać samego. Nie wiedział, co planuje jego przyjaciel i w jaki sposób chciał ich zatrzymać, ale nie chciał mu pozwolić na nierówną, samotną walkę z przeciwnikiem.

Henryk w tym czasie, zszedł z murów i zanim zaczął ich szukać, sięgnął po magiczny eliksir Cecylii. Nie chciał go pić, obiecał sobie, że już nigdy z niego nie skorzysta, ale… tym razem nie widział innego wyjścia. Wypił mały łyk, by zachować kontrolę nad sobą, ale nie czując żadnego przypływu mocy, zrobił jeszcze jeden łyk i jeszcze jeden, szybko opróżniając całkowicie buteleczkę. Przeraził się widząc ją tak szybko pustą, ale za późno już było na odwołanie czegokolwiek. Odrzucił ją na bok i z mieczem oraz tarczą w rękach ruszył przed siebie. Szybkim tempem szedł do pierwszych chat i wtedy dostrzegł pierwszych najemników, którzy przeszukiwali chaty i zabijali zaskoczonych żołnierzy królewskich, którzy ranni zdążyli już zejść z murów, by zająć się swoimi ranami.

— Hej! — krzyknął na nich, by zwrócić na siebie uwagę.

Natychmiast ostatnich czterech odwróciło się w jego stronę i zadowoleni ze swojej przewagi, zaczęli go otaczać. Reszta ich kompanów tylko odwróciła się w jego stronę, by popatrzeć jak umiera młody śmiałek. Jednak Henryk będąc już pod wpływem czaru, zaatakował ich ze zdwojoną szybkością i siłą. Bardzo szybko przeciął jednego w pół, drugiego przyblokował i skontrował, przebijając na wylot. Trzeci nie zdążył nawet opuścić miecza znad głowy, gdy Henryk go dopadł. Najemnicy widząc to, od razu zawołali resztę i z każdej strony zaczęli się zbiegać, by pokonać ich jedynego przeciwnika. Czwarty padł martwy, ale wtedy dwóch kolejnych zaatakowało. Młody wojownik poruszał się jednak tak szybko, że nie mieli szans, by go trafić. Wyglądało jakby czytał w ich myślach i każdego wyprzedzał o kilka sekund.

Gdy padł już kolejny najemnik, pozostałych dwóch zaczęło bać się swojego nieobliczalnego przeciwnika.

— Kim ty jesteś? — zapytał jeden, ale Henryk nie miał zamiaru odpowiadać.

Zaatakował najpierw jego, później następnego. Obaj dobrze walczyli, więc z trudem, ale zdołali się obronić. Wtedy z tyłu ruszył na młodego wojownika dwóch pozostałych najemników. Henryk musiał zaczął się bronić i odbijał ich miecze umiejętnie, aż w końcu jeden z nich dosięgnął go i zranił w ramię. Młody wojownik zatrzymał się, a jego przeciwnicy zadowoleni z tego widoku, nabrali pewności siebie.

— Czyli jesteś jednak śmiertelny — odezwał się znów ten sam najemnik. — Zabić go!

Otoczyli go i atakowali z każdej strony prawie równocześnie. Henryk ledwo wybronił jeden atak, gdy już spadał na niego drugi. Męczył się niemiłosiernie. Cudem uniknął ciosu wyprowadzonego przez kolejnego najemnika i odskoczył do tyłu, prawie nadziewając się na miecz tego, który stał tuż za nim. Zrobił unik w ostatnim momencie i uderzył przeciwnika rękojeścią miecza. Ten zachwiał się i Henryk przebił go mieczem na wylot. Wściekli jego kompani rzucili się do ataku. Już nie otaczali go, nie współpracowali tak dobrze, tylko wściekli przypuszczali atak jeden za drugim z jednej strony. Henryk bronił się tarczą, mieczem i kontrował, po kolei trafiając kolejnego najemnika. Nie minęło wiele czasu, a już przy życiu został tylko ten, który nawoływał przed chwilą swoich kompanów do ataku.

— Co za diabeł z ciebie?

Henryk mu nie odpowiedział. Szedł na niego z wściekłością płynącą z oczu i zaatakował przestraszonego przeciwnika. Ten nawet nie bronił się już tak pewnie. Strach zmroził go na tyle, że popełniał błędy i co chwilę otrzymywał cięcia, osłabiające jego ciało.

— Stój! Czekaj! Poddaje się — powiedział unosząc miecz przed siebie i podnosząc ręce.

Młody wojownik będąc pod wpływem magicznego eliksiru jednak ani myślał mu odpuścić. Stanął naprzeciw niego i szybkim ruchem ściął mu głowę. Ciało najemnika padło tuż pod jego stopami, a wtedy wyłonił się zza chaty jeden z rannych żołnierzy królewskich. Obserwował całą walkę z ukrycia i teraz czując się uratowany, wyszedł mu naprzeciw, by odetchnąć z ulgą i powiedzieć:

— Dziękuję ci.

Henryk podszedł do niego. Jego oczy wciąż płonęły wściekłością i bez zawahania wbił mu miecz w brzuch, zaskakując go całkowicie. Żołnierz osunął się na ziemię, a Henryk stojąc na placu pełnym martwych ciał, już zaczął szukać kolejnego przeciwnika. Szał zabijania ogarnął go kompletnie i pragnął nowych ciał. Już chciał ruszyć w kierunku kolejnych chat i dziedzińca, gdy nagle ktoś wychylił się zza jednej z chat i uderzył w jego głowę drewnianą pałką. Henryk stracił przytomność i padł na ziemię.

2. Ryzykowny plan

Gdy Henryk odzyskał przytomność od razu zorientował się, że całe jego ciało jest przywiązane do krzesła stojącego pośrodku chaty. Nie mógł niczym ruszyć, prócz głową. Szybko więc zaczął się rozglądać i zobaczył śpiącego w rogu Remka. Chrapał głośno, zmęczony pilnowaniem swojego przyjaciela, ale tuż obok siebie miał przygotowaną do obrony swoją pałkę bitewną.

— Hej — powiedział do niego Henryk, chcąc go delikatnie zbudzić. — Remek.

Jednak rozbójnik spał tak twardo, że w ogóle nie zareagował na jego słowa. Henryk więc powtórzył swoje słowa, ale już trochę głośniej.

— Remek, hej! — nie wytrzymał i zawołał głośno — Remek!!

Wielki rozbójnik aż spadł z łóżka, szybko sięgając po swoją broń i stanął naprzeciw młodego Korby, gotowy do obrony.

— Idealnym stróżem, to ty nie jesteś — powiedział do niego, chcąc rozluźnić spiętego przyjaciela.

Remek odłożył swoją pałkę i przecierając zaspane oczy, już uspokojony, usiadł na łóżku i zapytał:

— Jesteś już sobą?

Po tych słowach Henryk już wiedział, że musiał coś złego zrobić. Spokorniał natychmiast i zapytał, chcąc się upewnić:

— Zabiłem kogoś z naszych?

Remek tylko przytaknął głową.

— Ilu?

— Na szczęście tylko jednego.

— To o jednego za dużo.

— To ten napój od Cecylii?

Tym razem Henryk przytaknął i zaraz odparł:

— Nie powinienem go pić.

— Widziałem, co on ci robi. Dzięki niemu uratowałeś gród.

— Nie zmienia to faktu, że znów… — ugryzł się w język Henryk. — Że nie powinienem go pić.

Remek wstał i podszedł do niego, by go rozwiązać:

— Dobrze, że już jesteś sobą. Zgłodniałem, czekając aż się ockniesz. Chodźmy.

Rozbójnik otwarł drzwi i obaj wyszli na zewnątrz. Wtedy dopiero Henryk zobaczył, że jest już wieczór, a gród wypełnił się żołnierzami królewskimi. Byli oni wszędzie. Przechodzili obok nich, stali na murach, kręcili się obok chat. Gród tętnił teraz życiem, mimo późnej pory. Co zdziwiło Henryka, przybyły nawet kobiety, które zostały sprowadzone ze stolicy, by zajęły się wyżywieniem całej armii.

— Co z wojskami Jakuba? — zapytał Henryk. — Wycofali się?

— Czekają w lasach.

— Dalej tu są?

Remek spojrzał na niego zdziwiony, a ten od razu mu wyjaśnił:

— Moją stronę atakowali tylko jego Hiszowie i ich najemnicy. Nie było wśród nich żadnych Masów, a jak z twojej strony?

— Nie zwróciłem na to uwagi.

— Muszę dotrzeć do lasu.

— Zgłupiałeś?

— Jeśli nie wycofali się od razu, to znaczy, że jutro dojdzie do bitwy. Może uda mi się, do tego nie dopuścić.

— Oszalałeś? Nikt cię do nich nie puści.

— Sam wyjadę.

Nagle natknęli się na przechodzących obok nich dwóch magów. Walerian i Sylwester tylko spojrzeli na nich i bez słowa przeszli dalej.

— Co oni tu robią? — od razu zapytał rozbójnika, rozzłoszczony Henryk.

— Przybyli razem z królem. Czemu oni ci tak przeszkadzają? Wszyscy żołnierze czują się o wiele pewniej, mając ich blisko siebie.

— Za szybko tu przybyli.

— Chyba w samą porę chciałeś powiedzieć?

— Nie rozumiesz. Magowie rozbiją całe nasze królestwo. Muszę iść.

— Nie pozwolę ci na to — odparł, chwytając go za ramię i zatrzymując w miejscu.

— Puść mnie albo stracisz tą rękę.

— Młody Korba — odezwał się nagle Dawid, wychodząc z cienia. — Porywczy i łatwowierny jak jego ojciec. Idąc do siedliska lwa nie wyrwiesz z niego lwiątek. Oni muszą sami to zrobić.

— A jeśli nie zdążą?

— To jutro polegną na przedpolach grodu. Lepiej ciesz się swoimi pierwszymi dniami chwały, bo nie wiesz, czy będą następne.

— Nie, ja muszę do nich pójść. Muszę dowiedzieć się, co udało im się zrobić. Może potrzebują pomocy.

— Rozejrzyj się Henryku. Gród jest pilnowany teraz z każdej strony. Wszędzie są żołnierze króla. Jak myślisz, co zrobią jeśli zobaczą kogoś wychodzącego albo zbliżającego się do grodu? Zrobiłeś już co mogłeś. Teraz czas na ich ruch. Chodźcie ze mną, bo jak mówiłem, wszyscy czekają na was.

— O czym ty mówisz?

Dawid wskazał na drogę przed sobą i cała trójka ruszyła w stronę chat. Za nimi znajdował się wielki plac, na którym rozłożono stoły pełne jedzenia i picia. Remek aż zaniemówił widząc ogrom jedzenia i beczek otwartych, do ich dyspozycji.

— To na cześć obrońców grodu — wytłumaczył Dawid, zapraszając ich na środek.

Przy stołach siedzieli wszyscy żołnierze królewscy, którzy zdołali przeżyć i obronić gród. Nie było ich już niestety tak wielu, ale na szczęście większość z tej nielicznej grupy obrońców przeżyło i teraz widząc podchodzącą trójkę, od razu zaczęli wstawać i podnosić kielichy do góry, wiwatując na ich cześć.

— Niech żyją wielcy obrońcy grodu!

— Niech żyję wielki Korba! — dorzucił kto inny, a zaraz za nim dołączyli do innego i na część młodego wojownika wszyscy zaczęli powtarzać dumnie jego imię.

Henryk zaskoczony ich uznaniem, początkowo się zawstydził i nie wiedział jak się zachować, aż Dawid wyszeptał mu do ucha:

— Ciesz się tą chwilą, młody — i wypchnął go na przód.

Żołnierze szczęśliwi i już lekko podpici pozdrawiali go i ciągle wykrzykiwali jego imię, czekając na jego ruch. Młody wojownik uniósł ręce chcąc ich uspokoić i gdy już mu się to udało i miał coś powiedzieć, wtedy dostrzegł przy stole siedzącego króla Norwida wraz z czterema magami, wśród których była i Cecylia. Od razu mu mina zrzedła i pewność odeszła. Przypomniał sobie w tej chwili twarz niewinnego żołnierza, którego zabił będąc pod wpływem ich napoju i już wcale nie czuł się takiego powitania godny. Żołnierze niecierpliwie oczekiwali jego słów i wbijali w niego swój wzrok, coraz bardziej zaniepokojeni jego milczeniem, aż w końcu uratował go Dawid, obejmując go i mówiąc:

— Nasz młody wojownik nie spodziewał się takiego powitania. Na nasze szczęście o wiele lepiej włada mieczem niż językiem, więc nalejcie mu lepiej wina i dajcie spory kawał mięcha. Niech usiądzie między nami i dołączy do zacnego grona wojowników, którzy po raz kolejny pokazali jak walczą Masowie!

— Tak jest! Masowie! Masowie! Masowie! — zaczęli wykrzykiwać żołnierze i uderzać kubkami o stoły.

Przysiedli do stołu i Remek otrzymując sporej wielkości kubek wina, zadowolony uniósł go do góry i siadając wśród żołnierzy, zaczął delektować się kolacją. Henryk usiadł tuż obok niego i próbował uśmiechać się i nie dać po sobie poznać zakłopotania, ale nie było to proste zadanie. Szybko więc przechylił kubek wlewając prawie całą jego zawartość do gardła, po czym rozejrzał się za dzbanem wina, by znów napełnić kubek i szybko go opróżnić.

— Spokojnie młody Korbo, bo jutro nie będziesz w stanie podnieść miecza — zagadał do młodego wojownika starszy żołnierz, który walczył z nim ramię w ramię na murze.

Henryk tylko ukłonił się, uśmiechając się do niego i znów przechylił kubek wina.

— Dawno nie widziałem tak dobrze walczącego wojownika, chłopcze. Twój ojciec byłby z ciebie dumny.

Młody wojownik spojrzał tylko na żołnierza niezbyt zadowolony, ale nie odpowiedział mu nic.

— Jutro czeka nas jeszcze jedna bitwa. Tym razem, to my będziemy mieli przewagę liczebną. Zobaczymy, czy dalej będą tak pewni siebie.

— Mogę go na chwilę porwać? — zapytał nagle Warin, podchodząc do nich bliżej.

Żołnierz tylko skinął głową i odszedł posłusznie, a mag powiedział:

— Przejdziemy się?

Henryk spojrzał na niego podejrzliwie, ale wstał upewniając się, że ma miecz przy sobie.

Czarodziej poprowadził go na mury obronne i stając nad bramą zachodnią, w końcu powiedział:

— Powiedz mi chłopcze, czym kierujesz się w życiu?

Młody wojownik spojrzał na niego zdumiony pytaniem, a ten kontynuował:

— Pociąga cię ryzyko? Adrenalina? Czy może głupota?

— Co masz na myśli?

— Magia, którą tak gardzisz, zawsze zostawia po sobie ślad. Ktokolwiek ją użyje, zostaje nią naznaczony, a ty aż razisz nią w oczy.

Henryk spojrzał na niego nie bardzo wiedząc jakiej reakcji od niego oczekiwać, ale wtedy usłyszał jego kolejne słowa:

— Wiem, że posądzasz nas o największe zło tego świata, ale posługując się naszą magią, wcale nie jesteś od nas lepszy.

— Możesz być o to spokojny. Dwa razy użyłem waszej magii i pożałowałem tego. Trzeciego razu już nie będzie.

— Nie będzie, bo ja tego dopilnuję.

Henryk położył swoją dłoń na rękojeści miecza, przygotowując się do obrony, ale wtedy Warin odwrócił wzrok w stronę lasu, nad którym unosiła się łuna z ognisk nieprzyjacielskich wojsk i powiedział:

— Nie jesteś, jak twój ojciec.

— Przez was zginął.

— Nie mag go zabił.

— Ale przez maga go napadli — odparł zdenerwowany i po chwili dodał: — A wy nic nie zrobiliście, by go pomścić.

— Magowie nie mszczą się.

— No tak, wy myślicie tylko o sobie i bogactwach, które możecie zagarnąć dla siebie.

— Biedny i ograniczony z ciebie człowiek, młodzieńcze. Nie wiem, co Cecylia widzi w tobie.

— Cecylia nie została tu ze względu na mnie, tylko na chęć zemsty, którą wy podobno tak gardzicie.

Warin przez chwilę zamilkł wyraźnie zaskoczony tymi słowami, ale nie odwracając wzroku od lasu, odpowiedział:

— Cecylia była zawsze trudnym przypadkiem.

— Przypadkiem? — wyśmiał jego słowo. — Z tego co wiem, to wcale jej niczego nie uczyliście. Mieliście ją jako służącą.

— Widzę, że nie jest ci ona obojętna — rzekł Warin, czekając na jego reakcję.

— Tylko ona pokazuje, że wśród was może znaleźć się ktoś normalny.

— Normalny? — zapytał wyraźnie rozbawiony.

— Drażni mnie wasza wyniosłość. Wasz stosunek do zwykłych ludzi i tych, których niby uczycie. Zawsze będziecie się stawiać ponad innych.

— Uważasz nas za diabłów, demonów, a sam pałasz się ich siłą. Powiedz mi, co czułeś, gdy broniłeś murów w pojedynkę? Zadawanie śmierci sprawiało ci przyjemność?

— O czym mówisz?

— Słyszałem o twoich dzisiejszych dokonaniach. Żołnierze wprost nie mogli cię nachwalić, jak samotnie powstrzymałeś napór północnej strony. Mówili o tobie, jak o bogu wojny albo raczej powinienem powiedzieć… demonie wojny?

— Nie wiem, o czym ty mówisz? Walczyłem w obronie grodu. Każdy zabijał.

— Ale nie z taką łatwością i poezją, jak to nazwali żołnierze.

— Za dużo wypili. Nie wiedzą, co mówią.

— To były ich słowa jeszcze przed kolacją.

— O co ci chodzi?

— Jutro dojdzie do bitwy, w której zginie wielu dobrych wojowników. Rozmawiałem z twoim królem i chcemy żebyś jutro, podczas bitwy, stał obok nas.

— Co? Już nie jestem zagrożeniem dla wszystkich wokół? — zażartował, chcąc mu dogryźć jego wcześniejszymi słowami.

— Wciąż nim jesteś, ale będę miał cię wtedy po kontrolą.

— Nie. Pójdę w pierwszej linii.

— To rozkaz króla.

Henryk wściekły spojrzał na niego, chcąc zabić go wzrokiem, ale ten spodziewając się takiej reakcji, odwrócił się i spokojnie, bez słowa powrócił do żołnierzy.


***


Tego wieczora Henryk już nie powrócił do biesiadników. Miał dość towarzystwa czarodziejów na ten wieczór. Powrócił do swojej chaty i położył się, by odpocząć przed jutrzejszą bitwą, której niestety nie udało mu się powstrzymać. Zły był na magów, na siebie i na całą sytuację, na którą miał coraz mniej wpływu.

Zasnął dopiero po godzinie, ale nie dane było długo odpoczywać. W środku nocy do jego chaty wszedł żołnierz królewski, który zaczął go budzić.

— Wstawaj wojowniku. Wzywają cię na mury.

— Atakują? — zerwał się i zapytał zaskoczony.

— Nie, chodź sam zobacz.

Zdziwiony jego słowami, zabrał tylko miecz ze sobą i dostrzegając w kącie śpiącego Remka, ruszył za żołnierzem. Nie wiedział, która mogła być godzina, ale król musiał szybko zakończyć uroczystą kolację, odsyłając wszystkich obrońców grodu do chat, by nabrali sił na następny dzień. Na dziedzińcu pozostały już tylko puste stoły i opróżnione misy oraz kubki po winie. Obronę grodu tej nocy powierzono żołnierzom króla i teraz właśnie jeden z nich prowadził Henryka na mury, gdzie stało dwóch jego kompanów. W pełnym uzbrojeniu i gotowi do ataku nieprzyjaciela w każdej chwili, czekali na młodego wojownika.

— Podobno znasz go — powiedział jeden z nich, pokazując na pole przed murami. — Chciał tylko z tobą rozmawiać.

Henryk wyjrzał we wskazaną stronę i dostrzegł Mateusza patrzącego wprost na niego i już lekko zniecierpliwionego.

— Długo każesz na siebie czekać, młody.

— Co tu robisz?

— Otwórz bramę, zanim ktoś mnie dostrzeże.

Żołnierze nieufnym wzrokiem spojrzeli na młodego wojownika, który widząc za Mateuszem tylko i wyłącznie ciemność, nie mógł być pewny, czy to nie pułapka. Z pewnością widzieli magów, którzy przybyli tu wraz z królem. Mogli czaić się w ciemności i tylko czekali na otwarcie bram.

— Jesteś sam? — zapytał, ciągle wpatrując się w ciemność za nim.

— A niby z kim mam być? Karol mnie wysłał do ciebie, a wrócić już nie mogę.

Henryk czuł na sobie presję i odpowiedzialność za następne słowa. Wiedział, czym ryzykuje, ale musiał zaryzykować i nie spuszczając oczu z ciemnego pola, za plecami wysłannika, powiedział:

— Otwórzcie bramę.

— Jesteś pewny?

— Tak — odparł i mimo że nie była to całkowita prawda, to nie mógł tego pokazać.

Opuścił mury, wierząc, że dobrze robi i zszedł na dół, by powitać zaufanego człowieka od Karola.

Most opuszczono i bramę otwarto bardzo ostrożnie. Żołnierze to czyniący, nie spuszczali oka z wysłannika i ciemności, z której za jego plecami mogli wyłonić się w każdej chwili żołnierze Jakuba. Henryk stając w świetle otwartej bramy widział, jak wchodzi on pewnym krokiem do ich grodu. Młody wojownik cały czas miał rękę na rękojeści swojego miecza i był przygotowany do pożałowania swojej decyzji. Czuł jak biło mu serce ze zdwojoną siłą i każdy powolny krok wysłannika, wcale w uspokojeniu jego rytmu nie pomagał. Dopiero, gdy wszedł do środka i bramę zamknięto, most zaczęto dźwigać, odetchnął z ulgą. Uśmiechnął się, by ukryć przed Mateuszem swoje obawy i pewnym siebie krokiem, ruszył mu na powitanie.

— Witaj, Mateuszu — rzekł, wysuwając rękę do przodu.

— Witaj, Henryku. Z początku nie wierzyłem Karolowi, że to ty jesteś tym obrońcą grodu, którego tak Jakub sklina, ale widzę, że nie mylił się.

— Powiedział ci o wszystkim?

— Tak, przez to tu jestem — odpowiedział, ale zaraz po tych słowach spojrzał na żołnierzy przysłuchujących się ich rozmowie i zaraz dodał: — Możemy porozmawiać bardziej na osobności?

Henryk zdziwił się jego prośbie, ale przystanął na nią i odeszli od reszty obrońców, by zatrzymać się w ciemności i porozmawiać bez świadków.

— Musisz powstrzymać króla od walki — od razu rzekł Mateusz.

— Co?

— Większość Masów walczących dla Jakuba jest gotowa do wypowiedzenia mu posłuszeństwa, ale nie mają pewności, co do tego, co zrobi z nimi król Norwid. Powiedz królowi, żeby trzymał łuczników i magów z dala od pola bitwy, a w pierwszej linii wysłał tylko piechotę. Wtedy będzie to znak, że zgadza się na połączenie naszych sił.

— I co wtedy?

— Wtedy razem zaatakujemy najemników Jakuba.

— Wiesz, że król nigdy na to nie przystanie?

— Musisz mu przegadać. Inaczej dojdzie do bitwy, której chyba sam nie chcesz.

Henryk zamilkł i aż chwycił się za głowę, nie bardzo wiedząc, jak ma tego dokonać. Już widział Warina wyśmiewającego jego ufność w ludzi. Króla, który kierując się jego zdaniem, ani myśli zaryzykować bitwę, której losy nie tylko mogą odebrać mu władzę, ale i jego życie.

— To jest niemożliwe — odpowiedział zrezygnowany.

— Zdajesz sobie sprawę, czym ryzykował Karol namawiając wojowników do zdrady Jakuba.

— Sam się tym zajął?

— Nie chciał nikogo więcej narażać. Nawet Gotfryda powstrzymał.

— Typowe dla niego — odpowiedział, jednocześnie zastanawiając się nad sposobem przekazania jego słów królowi, aż w końcu, po krótkiej chwili dodał: — Dobra. Chodź ze mną, przenocujesz u mnie w chacie, a jutro z rana pójdziemy do króla i razem mu to powiemy.

— Nie pójdę tam, dopóki będzie kręcił się przy nim jakikolwiek z demonów.

— Co? Musisz iść ze mną. Inaczej nie posłucha.

— To już twój problem. Ja nie będę rozmawiał z żadnym demonem.

— Nawet jeśli tym uratujesz życie swoich przyjaciół?


***


Mateusz nienawidził magów z całego serca, a królewskiego czarodzieja najbardziej. Jednak życie przyjaciół miało dla niego o wiele większą wartość i nie mógł się nie zgodzić. Musiał z samego rana pójść z Henrykiem do króla. Wytłumaczyć mu plan i zażądać odpowiedniego zachowania. Młody wojownik dodał do tego ton służalczy, co miało udobruchać króla i teraz obaj stali w chacie króla i czekali na jego odpowiedź.

Obok niego siedział Warin i przyglądał się im uważnie. Przez cały tylko słuchał, nie odzywając się ani na chwilę, co bardzo uradowało Henryka, przez wzgląd na Mateusza. Teraz jednak jest czas na ich decyzję i słowa, których młody wojownik bał się najbardziej. Wierzył, że król ma na uwadze o wiele większą armię Hiszów i postąpi rozważnie, lecz cisza w namiocie zaczynała się pogłębiać i z każdą sekundą niepokoić młodego wojownika.

— Czyli mam zaryzykować porażkę, dla waszego niedopracowanego planu? — zapytał w końcu król.

— Ale plan jest prosty, królu — odpowiedział mu Henryk, nie bardzo mając doświadczenie w rozmowie z królem. — Gdy tylko…

— Zamilcz młodzieńcze — odezwał się Warin surowym tonem. — Król doskonale wie, co wymyśliliście.

Henryk tylko opuścił głowę i zamilkł.

— Przywiozłem ze sobą kilkuset żołnierzy gotowych do walki z każdym zagrożeniem dla naszego królestwa. Do stolicy każdego dnia przybywają kolejne posiłki z innych regionów, które dołączą do nas później. Jeśli jednak przegramy tutaj bitwę, to nie tylko stracę moją armię, ale i posiłki, które przestaną przybywać. Za duże to ryzyko, bym was posłuchał.

Henryk widział rosnącą wściekłość w oczach Mateusza i wiedział, że nie może odpuścić. Narazi się królowi, ale był gotowy na konsekwencje swojego zachowania i od razu powiedział:

— Królu, proszę daj mi małą grupę żołnierzy, a sam z nimi utworzę pierwszą linię. Mogą to być twoi słudzy, uliczni włóczędzy, czy nawet kobiety. Nieważne, daj mi tylko możliwość uratowania twojej wielkiej armii od niepotrzebnych strat. Jak mówiłem, nadciąga o wiele większy przeciwnik i…

W tym czasie król znużony jego słowami, tylko popatrzył na Warina, a temu oczy rozbłysły niebieskim światłem i ciało Henryka oraz Mateusza wyleciało z ogromną prędkością z namiotu. Zatrzymali się na ścianie innej chaty i obolali, pomału wstawali z ziemi. Mateusz od razu sięgnął po miecz i chciał wrócić do namiotu, mówiąc:

— Zabije tego demona.

— Czekaj, Mateusz — chwycił go za ramię. — Tym nie pomożesz Karolowi i reszcie.

— Od początku mówiłem, że to idiotyczny pomysł. Nie wiem, czemu ci Karol zaufał. Król zawsze gardził swoimi prawdziwymi wojownikami i nic się nie zmieniło. Powinienem wrócić do obozu i dołączyć do nich. Pokażemy mu prawdziwą siłę Masów, a nie jakichś kochasiów demonów.

— Wiesz, że nie możesz tam wrócić. Poza tym — przerwał na chwilę i przyciszonym głosem dodał: — Wiedziałem, że się nie zgodzi, przez to już przygotowałem inny plan.

— Co?

— Zaufaj mi.

Mateusz choć niechętnie, uspokoił się. Zapomniał o Warinie i ruszając za Henrykiem, zapytał:

— To jak wygląda ten twój plan?


***


Gdy tylko zaczęło świtać, wszyscy żołnierze królewscy opuszczali gród w pośpiechu i dołączali do armii króla, która zajmowała właśnie miejsce na wschodniej części wielkiego, pustego terenu, który znajdował się tuż obok grodu. Wszyscy doskonale wiedzieli, gdzie mają się ustawić, którego dowódcę słuchać i w którym szeregu czekać na jego rozkazy.

Król Norwid wraz z Warinem siedzieli na koniach tuż za plecami kilku linii swoich żołnierzy i przyglądali się niektórym spóźnionym, którzy wciąż dochodzili i ustawiali się po szerokości polany. Mag Sylwester dołączył do żołnierzy po jego prawej ręce, Walerian wraz z Cecylią ustawili się po lewej. Za nimi czekała na rozkazy konnica, a przed wszystkich wychodzili już łucznicy, kładąc przy swoich nogach kołczany ze strzałami.

Henryk patrząc na to wszystko z murów grodu, czuł jak niepokój zaczyna w nim zwyciężać. Nigdy bowiem nie widział tylu żołnierzy gotowych do walki. Po drugiej stronie pola, żołnierze Jakuba również zaczęli wychodzić z lasu i formować szyki obronne. Ich dowódca siedział na koniu pośrodku nich i wraz z dwoma swoimi najbardziej oddanymi dowódcami przyglądał się swojej armii, która z każdą minutą rosła w siłę w oczach przeciwnika. Początkowo wydawało się, że ich żołnierze utworzą trzy długie na kilkaset metrów linie, ale linii wciąż przybywało. Co prawda, król Norwid miał przewagę liczebną nad przeciwnikiem, ale jedno było pewne, rozłożyste, puste pole, które znajdowało się między nimi, pokryje się setką martwych ciał czy to z jednej, czy drugiej strony.

— Wiedziałem, że jest ich dużo, ale żeby aż tylu? — rzekł Remek, stając obok niego.

Henryk będąc pod wrażeniem ich ilości, tylko przytaknął głową, nie mogąc nic odpowiedzieć. Popatrzył raz jeszcze w stronę króla Norwida i jego wojska, które właśnie skończyło się zbierać. Wszyscy żołnierze stali już w idealnych rzędach. Konnica rozciągnięta po całej linii, czekała cierpliwie na rozkazy, a czarodzieje, stojący pośród żołnierzy wyglądali na lekko znudzonych. Byli pewni swojej mocy i patrząc na nich, żołnierze z pewnością nabierali pewności co do swojego zwycięstwa. Dodatkowo czerwona grupa licząca kilkudziesięciu rycerzy z powiewającym dumnie nad ich głowami chorągwią z dzikiem, stała na prawej flance i z pewnością podnosiła morale wszystkich zebranych wokół nich żołnierzy królewskich.

— Jesteś pewny, że dobrze robimy? — zapytał go Remek.

Henryk zamknął oczy na chwilę, wziął głęboki oddech i biorąc do ręki tarczę i miecz, odpowiedział:

— Idziemy.

Obaj ruszyli na dół, kierując się do najbliższej bramy. Zaraz zaczęli do nich dołączać żołnierze, którzy walczyli wraz z nimi na murach, podczas ataku na gród. Początkowo było ich dwóch, później kolejnych sześciu i co kilka metrów z chat wychodzili kolejni, tworząc grupę kilkudziesięciu żołnierzy pod przewodnictwem dwóch młodych wojowników. Na końcu, tuż przy bramie dołączył do nich Mateusz i wszyscy gotowi do walki, wyszli z grodu.

Szli dumnie i szybko, kierując się w stronę pierwszej linii. Żołnierze zebrani na polu patrzyli na nich zdumieni ich zachowaniem, ale nikt nie śmiał zareagować. Każdy zaskoczony ich zachowaniem tylko odprowadzał ich wzrokiem i czekał na to, co ma się zaraz wydarzyć.

— Co oni robią? — zapytał król, Warina. — Mieli bronić grodu.

— To ten młody wojownik.

— Każę go powiesić po bitwie — odpowiedział wściekły na niego król Norwid i już chciał wydać rozkaz swojego żołnierzowi, by po niego pojechał, ale wtedy odezwał się mag Warin.

— Zostaw ich. Niczym nie ryzykujesz, puszczając ich przodem.

— Nie toleruję nieposłuszeństwa.

— Ukarzesz ich, jeśli przeżyją. Trzymajmy się planu.

Król Norwid choć nie był przekonany do jego słów, to skinął głową zgadzając się z nim i powrócił do obserwacji przeciwnika, który zaczynał się już niecierpliwić.

Najemnicy Jakuba aż się wyrywali do ataku. Uderzali toporami oraz mieczami o tarczę i wrzeszczeli, by nie tylko się zmotywować do walki, ale i przestraszyć przeciwnika. Żołnierze stojący obok dołączyli do nich i ich głośny wrzask było słychać na kilka kilometrów wokół pola. Henryk widząc nie tęgie miny co niektórych obrońców stojących obok, musiał zadziałać. Spojrzał ostatni raz na Remka, później na starszego żołnierza, który stał tuż obok niego i podnosząc miecz w górę, powiedział:

— Ruszamy.

Cała grupa licząca jedynie ponad dwudziestu wojowników, ruszyła do przodu w jednej, szerokiej linii. Łucznicy królewscy stojący za nimi, jak i pozostała część armii króla zdumiała się jeszcze bardziej ich nieobliczalnym ruchem. Zgłupieli na ten widok i natychmiast zaczęli patrzeć na swoich dowódców, którzy uczynili to samo, tylko że w stronę króla. Ten tylko ciężko westchnął i pokiwał przecząco głową, co wywołało od razu wydanie rozkazów, przez dowódców:

— Czekamy!

Grupa jednak prowadzona przez Henryka ani myślała się zatrzymać. Szła do przodu powolnym krokiem, przybliżając się do o wiele liczniejszej armii Jakuba.

— Jeśli twoi znajomi nas zawiodą, to po śmierci znajdę cię i zabiję jeszcze raz młody, szalony Korbo — rzekł Remek, nie spuszczając oczu z przeciwników.

Tymczasem wśród żołnierzy Jakuba zniecierpliwienie sięgało zenitu. Najemnicy przestępowali z nogi na nogę, z trudnością powstrzymując się od rzucenia się na skromną grupkę idiotów, rzucających im wyzwanie.

— Łucznicy! — padł rozkaz i od razu wyszli oni na przód.

Ich dowódca ruchem ręki, dał im znak do wypuszczenia strzał i natychmiast uczynili to, wzbijając w górę czarną chmurę nad głowy obrońców grodu.

— Tarcze! — krzyknął Henryk i natychmiast wszyscy uklęknęli i unieśli tarcze nad głowy.

Strzały opadły na nich z ogromną prędkością. Powbijały się w ziemię wokół nich oraz w tarcze co niektórych, ale ku ich zdziwieniu żaden cel nie został osiągnięty. Wszyscy wstali o własnych siłach i sami zaskoczeni, parli do przodu za młodym wojownikiem.

— Co oni kombinują — rzekł Jakub, nigdy wcześniej nie stykając się z taką taktyką przeciwnika.

— Niech podejdą. Zginą pod naszymi stopami — odpowiedział mu jeden z jego dowódców.

— Wycofać łuczników — wydał kolejny rozkaz Jakub.

Ci natychmiast posłuchali rozkazu i odeszli na tyły armii. Teraz przed idącymi w ich stronę obrońcami stali już tylko żołnierze uzbrojeni w miecze i topory. Najemnicy wśród nich już cieszyli się z pierwszych trupów, które pchają się w ich ręce.

Henryk mimo że ukrywał najlepiej jak tylko potrafił swój strach, to czuł jak mu z każdym metrem drżą ręce i miękną nogi. Serce chciało wyrwać się z piersi, a mózg aż krzyczał, by zawrócił, ale ani myślał go posłuchać. Musiał zaryzykować. Nie mógł już się zatrzymać.

Dzieliło ich już zaledwie kilkanaście metrów od przeciwników, kiedy Jakub wydał rozkaz do ataku. Pierwsza linia najemników i żołnierzy Jakuba tylko czekała na te słowa. Wyrwali się do przodu i rządni krwi, rzucili się na swoich przeciwników. Henryk jak i reszta obrońców szybko zbili się w małą, ścisłą grupę i już mieli przyjąć ich atak, gdy nagle pozostali żołnierze Jakuba zaczęli się nawzajem zabijać. Najemnicy, jak i żołnierze w barwach Jakuba zgłupieli całkowicie. Zatrzymali się w połowie drogi do grupy Henryka i tylko patrzyli, jak Masowie w armii Jakuba buntują się i atakują resztę wojowników.

Sam ich dowódca był tak zaskoczony ich zachowaniem, że przez długą chwilę nie wiedział, jak zareagować. Patrzył tylko jak jego liczna armia znika na jego oczach. Karol, Gotfryd, czy Michał walczyli przeciwko niemu i wraz z innymi Masami zabijali jego ludzi. Z drugiej strony Rewel wraz ze swoimi ludźmi siał spustoszenie wśród najemników i wszystko wyglądało na to, że zaraz będzie po bitwie, do której nawet nie doszło.

Jakub spojrzał wściekły na króla Norwida stojącego w oddali i jeszcze przez chwilę wahał się przed dołączeniem do walki, a ucieczką. Jednak, gdy król wypuścił w ich stronę kilka linii swoich ludzi, był już to znak, że bitwa dobiegła końca.

— Odwrót — powiedział tylko do swoich dowódców i wraz z nimi puścił się do ucieczki.

Szybko dołączyli do niego łucznicy i stojący z tyłu co niektórzy żołnierze. Mniej możliwości mieli niestety najemnicy, którzy wcześniej tak ochoczo rzucili się na małą grupkę Henryka. Za ich plecami trwały walki, a w oddali już zbliżali się żołnierze królewscy. Wiedzieli, że nie wyjdą z tego pola cało, przez to rzucili się wściekle do ataku. Chcą sobie powetować przegraną, chcieli za wszelką cenę zabrać ze sobą jak najwięcej przeciwników, przez to zebrali się do ostatniego ataku i pobiegli na grupę młodego Korby.

Żyli z walki, czerpali z niej największą przyjemność, przez to nie byli prostym przeciwnikiem dla nikogo. Liczni, młodzi, niedoświadczeni obrońcy grodu próbowali swoich sił, ale szybko ginęli pod ich mieczami. Remek trzymał ich w dystansie i wymachiwał pałką przed ich nosami, jednak trafić choć jednego nie miał łatwo. Mateusz z kolei doświadczony licznymi bitwami, toczył wyrównane, ale zwycięskie pojedynki z kolejnymi przeciwnikami. Henryk z trudem odpierał atak jednego, a już drugi próbował go dosięgnąć z boku. Na szczęście starszy obrońca walczący obok Henryka pokonał swojego przeciwnika i wziął na siebie jednego z napastników. Młody wojownik mógł w końcu skoncentrować się na jednym najemniku i nie chcąc czekać na kolejnego, przypuścił atak. Miał nadzieję zaskoczyć go szybkością, ale nie dał rady. Umiejętnie się obronił i co jakiś czas kontrował, zaskakując młodego Korbę. Po chwili Henryk przypuścił jeszcze jeden atak, ale tym razem wolniejszy i bardziej precyzyjny. Atakował z obu stron, co wyraźnie przysporzyło trudności jego przeciwnikowi. Zbliżył się raz jeszcze symulując atak i gdy przeciwnik podniósł miecz, by się obronić, wypuścił w jego stronę prawdziwy atak, przebijający jego brzuch. Najemnik zaskoczony jego posunięciem, jeszcze chciał skontrować, ale rana z każdą chwilą doskwierała mu coraz bardziej. Henryk cierpliwie pozwalał mu atakować i tym samym męczyć się, aż w końcu skontrował kolejny jego atak i powalił go na ziemię martwego.

— Uważaj! — krzyknął Remek.

Henryk zdążył tylko odwrócić się i podnieść tarczę, gdy inny najemnik uderzył mieczem w jego tarczę z ogromną siłą. Rozleciała się na pół, a przeciwnik ani myślał na tym poprzestawać. Wyprowadzał kolejne ataki, zmuszając go do obrony. Kiedy w końcu przystanął, by odetchnąć, Henryk uwolnił rękę z pozostałości tarczy, której nie mógł wcześniej odrzucić i biorąc rękojeść w obie ręce, sam zaatakował.

Walka była zażarta. Zbuntowani Masowie zabijali oddanych Jakubowi żołnierzy i najemników. Obrońcy grodu z trudem, ale bronili swoich pozycji, a żołnierze królewscy zbliżali się do nich z każdą chwilą. Kiedy byli już za ich plecami, najemnicy, będąc już w beznadziejnej sytuacji, zaczynali się poddawać. Rzucali broń na ziemię i unosili ręce w górę, licząc na litość swoich przeciwników. Najemnik walczący z Henrykiem właśnie zrobił to samo i młody Korba od razu zaprzestał walki. Dumny ze zwycięstwa popatrzył wpierw na Remka, który zadowolony pozdrowił go skinięciem głowy, co też uczynili pozostali obrońcy grodu. Mateusz od razu zaczął szukać wzrokiem swoich przyjaciół, którzy walczyli kilkanaście metrów dalej. Na szczęście wszyscy przeżyli i zadowoleni ze zwycięstwa podeszli do nich, witając ich i pozdrawiając.

— Miło cię widzieć młody wojowniku — rzekł Michał, wbijając swój miecz w ziemię i z dumą patrząc na resztę żołnierzy, wokół nich. — Nie myśleliśmy, że ci się uda.

— Pewnie to nie był plan króla — dodał od razu Karol.

Henryk uśmiechnął się niewinnie i pokiwał przecząco głową, na co cała trójka roześmiała się.

— Już myślałem, że nie zaatakujecie. Co tak długo czekaliście? — zapytał ich Mateusz.

— Trzeba było wyczekać na odpowiedni moment — natychmiast odpowiedział mu Karol.

— Nie mów, że w nas nie wierzyłeś, przyjacielu? — wtrącił Gotfryd, obejmując go i przybliżając do siebie.

— A kim jest twój wielki przyjaciel? — zapytał Michał, patrząc na Remka przysłuchującego się z boku, ale nie spuszczającego z nich oczu.

— To Remek, najlepszy rozbójnik w całym królestwie — odparł Henryk.

— Widziałem jak walczy. Coś w tym prawdy jest — dodał Gotfryd

— Z małym człowiekiem nie mają do czynienia — odpowiedział im dumnie Remek, poklepując się po ogromnym brzuchu.

— To fakt — od razu odezwał się Michał.

Nagle podjechał do nich jeden z żołnierzy królewskich i patrząc na Henryka, powiedział:

— Król chce cię widzieć.

Wszyscy od razu popatrzyli na młodego wojownika, a ten nie zdradzając po sobie żadnych emocji, uśmiechnął się na ten swój nowy, ulubiony sposób, uniósł głowę wysoko i odpowiedział:

— Nie pozwólmy mu więc czekać.

— Może pójdziemy z tobą — zaproponował Karol, martwiąc się o los młodego buntownika.

— Ma być sam — od razu odpowiedział żołnierz.

Wszyscy popatrzyli na niego, szybko niszcząc jego pewność siebie, ale Henryk wzruszył ramionami i odwracając się do reszty, powiedział i ruszył w stronę grodu:

— Prowadź więc, a wy nie opijajcie zwycięstwa beze mnie.


***


Żołnierz doprowadził Henryka do chaty, której wejścia pilnowało dwóch żołnierzy. Gdy wszedł do środka, od razu zobaczył Warina, czekającego wraz z królem na niego. Nie zaskoczył go ten widok, przez co, stanął przed nimi i rzekł:

— Chciałeś mnie widzieć, królu.

Król Norwid spojrzał na czarodzieja niezbyt zadowolony z pewności siebie, jaką pałał młodzieniec i zaraz powiedział:

— Wiesz, że powinienem cię ściąć za nieposłuszeństwo?

— Wiem.

— Twój ojciec był wielkim wojownikiem i człowiekiem. Nie byłby zadowolony z twojego zachowania.

— Myślę, że wiedząc, to co ja, zrobiłby to samo… królu.

— Twój ojciec nigdy mi się nie sprzeciwił, młodzieńcze. Wykonywał rozkazy i postępował zgodnie z tym, co od niego oczekiwano.

— Przez to zginął — odpowiedział mu Henryk bez zawahania.

Podenerwowany król spojrzał na Warina i zachowując jeszcze resztki spokoju, rzekł:

— Mój szpieg wiele pochlebnych słów o tobie wyraził, ale i ostrzegał przed twoją zuchwałością i głupotą. Może to twój niedoświadczony wiek, a może charakter. Nie zmienia to jednak faktu, że naraziłeś na śmierć moich żołnierzy.

— Ale dzięki temu nie tylko wygrałeś bitwę, królu, ale i odzyskałeś wielu znakomitych wojowników.

Król już miał wyraźnie dość młodego Korby. Widząc to, odezwał się Warin:

— Zważ na ton, chłopcze. Do króla należy zawsze mówić z należytym szacunkiem. Zaś co do twojego wielkiego zwycięstwa, to twoi sojusznicy nie są godni zaufania dla nas. Już raz zdradzili króla i mogą to uczynić ponownie, jeśli cokolwiek im się nie spodoba.

Henryk już chciał zareagować, otwarł usta, ale czarodziej uniósł dłoń w górę, dając mu znak, że nie skończył jeszcze i kontynuował:

— Jednakże król w swojej łaskawości daje ci szansę odkupienia swojej winy. Mianuje cię dowódcą armii, którą sam zwerbowałeś. Poprowadzisz ich na zachód i będziecie robić jako zwiad oraz pierwsza linia obrony.

— Nie rozumiem. Znów chcecie rozdzielić swoje wojska? Przecież…

— Oni nie są żołnierzami króla — przerwał mu Warin zdecydowanym głosem.

— Ale każdemu z nich zależy na naszym królestwie. Tylko walcząc wspólnie możemy powstrzymać Hiszów.

— Król doskonale wie co robi i sam powstrzyma króla Edwarda — odpowiedział mu spokojnym jeszcze tonem Warin. — Odejdź, póki jeszcze możesz.

— Ale…

Oczy maga rozbłysły białym, ostrym światłem, co natychmiast powstrzymało zapędy młodego wojownika. Spojrzał jeszcze na króla Norwida zaskoczony jego uporem i widząc, że ten nie ma zamiaru już więcej z nim rozmawiać, wyszedł zawiedziony na zewnątrz. Chciał jak najszybciej wrócić do swojej chaty, gdy od razu natknął się na Remka, który już go oczekiwał.

— I jak? Pogratulował nam? Będzie uczta?

— Tak — skłamał. — Jednak jutro z samego rana wyruszamy na zachód, więc uczty nie będzie.

— Co? Zasłużyliśmy. Muszę z nim pogadać.

— Nie. Teraz toczą naradę, lepiej im nie przeszkadzaj. Chodź, sami coś sobie znajdziemy.


***


Tego dnia Henryk próbował zapić winem wszystkie słowa, które usłyszał od króla i jego maga. Wraz z Remkiem i czwórką swoich dobrych znajomych zebrali się pod murami grodu i wytargali tam beczkę. Początkowo sami ją opróżniali, ale z biegiem czasu zebrało się wokół nich wielu amatorów dobrego trunku i musieli wyciągnąć na zewnątrz o wiele więcej wina.

Długo nie poruszali tematu jego rozmowy z królem, ale z biegiem czasu i alkoholu we krwi, Henryk musiał im opowiedzieć o jego dalszych planach. Nie chciał jednak mówić całej prawdy, przez to skłamał i przekazał je jako wspólne plany, które wraz z królem podjęli. Część żołnierzy ucieszyło się z jego przewodnictwa, ale niektórzy dawni dowódcy króla, nie byli tym pomysłem zachwyceni. Nie poważali młodego wojownika za swojego dowódcę, ale widząc, że ma on poparcie nie tylko swoich przyjaciół oraz części żołnierzy, nie odważyli się mu sprzeciwić.

Późnym wieczorem, gdy Henryk ledwo trzymał się na nogach, Remek zaprowadził go do ich chaty. Położył go na łóżku i żegnając go szybko, powrócił do swoich towarzyszy, którzy już wyciągali kolejną beczkę wina.

Henryk czuł jakby mu głowę miało zaraz rozerwać. Zamknął oczy, by szybko zasnąć i przetrwać do rana, gdy nagle zebrało go na wymioty. Nie zdążył nawet wstać, gdy udekorował swoimi wymiocinami podłogę przed swoim łóżkiem. Nigdy tyle nie wypił. W sumie, to jeszcze do niedawna prawie w ogóle nie pił. Żałował, że doprowadził się do takiego stanu i nie wiedział, co miał teraz ze sobą zrobić. Nie chciał już żyć. Miał dość wszystkiego. Czuł, jakby świat cały się przeciwko niemu obrócił. Wszystko go bolało, a w dodatku w głowie wszystko wirowało i gdy już myślał, że gorzej być nie może, to nagle drzwi do jego chaty otwarły się. Weszło do środka dwóch byłych dowódców króla, którym najbardziej nie pasowała jego nowa nominacja. Ze sztyletami w rękach, postanowili pozbyć się niechcianego bohatera żołnierzy.

Jeden z nich zamknął za sobą drzwi, drugi patrząc na wymiociny na ziemi i zmęczonego wojownika, uśmiechnął się zadowolony i rzekł:

— Swoje własne rzygowiny, to jest odpowiednie miejsce, w którym powinieneś zdechnąć.

Henryk jeszcze próbował sięgnąć po swój miecz, ale był on tuż obok drugiego przeciwnika. Z łatwością powstrzymał go i odepchnął z powrotem na łóżko, po czym podniósł miecz i rzekł:

— Ładny. Może zostawię go sobie.

— Kto was przysłał? — zapytał Henryk z trudnością koncentrując uwagę na swoich napastnikach.

— Za kogo ty się uważasz, młody szczurze? Jesteś nikim i takim umrzesz.

— Warin was przysłał.

Popatrzyli na siebie i z nieukrywaną pewnością siebie i zadowoleniem, pierwszy z nich, odparł:

— Nie obrażaj nas. Nikt nas nie wysłał. Sami chcemy cię zabić i z przyjemnością to uczynimy.

Wyciągnął miecz, a drugi z napastników wciąż stał przy drzwiach i ubezpieczał go, by nikt im nie przerwał. Podszedł do okna, by zerknąć na zewnątrz i zaraz rzekł, przyciszonym głosem:

— Kończ to i idziemy.

Pierwszy z nich zbliżył się do bezbronnego Henryka, który jeszcze chciał go przewrócić, ale nie dał rady. Napastnik uderzył go z pięści i zmusił do powrotu na łóżko. Po czym uniósł miecz wysoko i już miał zadać śmiertelny cios młodemu wojownikowi, gdy nagle jego pierś przeszył na wylot sztylet, rzucony w jego plecy. Zaskoczony napastnik, upuścił miecz na ziemię i padł martwy. Jego kompan rzucił się na mężczyznę w kapturze, który wyskoczył z ukrycia, ale ten bez problemu obezwładnił go i poderżnął mu gardło. Drugi z napastników padł na ziemię, a pod nim natychmiast utworzyła się kałuża krwi.

— Dawid? — zapytał tylko niepewnie młody Korba, próbując dostrzec twarz wybawcy, który ubrany na czarno, odwrócił się w jego stronę, ale nie odpowiedział.

Twarz miał zasłoniętą kapturem, ale zbliżając się do niego, odkrył swoją twarz i ukazał swoją tożsamość. Dobrze odgadł. Wybawił go szpieg króla.

— Śpij chłopcze, dopilnuję ci towarzystwa.

— Wiesz, dlaczego chcieli mnie zabić?

— Zająłeś ich miejsce. Od teraz musisz uważać na siebie. Nie zawsze będę przy tobie chłopcze.

— Ale… ja wcale nie chciałem im rozkazywać.

— Król cię mianował ich dowódcą. Już wszyscy o tym wiedzą i muszą się temu podporządkować, czy tego chcesz, czy nie. Przez to niestety przybyło ci wielu wrogów.

— Wrogów? Przecież ja…

— Odpocznij lepiej. Jutro porozmawiamy więcej, gdy będziesz w lepszym stanie.

Henryk nie rozumiał ich zachowania. Przecież zjednoczył Masów. Mieli teraz walczyć z przeciwnikiem, który idzie w ich stronę, a nie zabijać się nawzajem. Nie potrafił tego pojąć. Położył się tylko na łóżku i już nie pytając o nic więcej, zamknął oczy, próbując zasnąć.

3. Pojedynek gigantów

Następnego dnia, gdy Henryk zbudził się w swojej chacie, jedyne co pozostało po martwych napastnikach, były plamy krwi na podłodze. Nie wiedział, co się stało z ciałami, ani kto się nimi zajął, ale nie interesowało go to w ogóle. Czuł się winny swojej bezbronności w czasie ich ataku i już wiedział, że nigdy więcej nie może dopuścić do takiej sytuacji.

Wstał więc szybko i wyszedł, by podziękować Dawidowi za uratowanie życia, lecz zamiast swojego wybawcę, natknął się na Remka, który właśnie szedł w jego kierunku.

— Idealnie w porę — powiedział na powitanie. — Wszyscy czekają tylko na ciebie. Idziemy na zachód.

— Ale…

— Nie każ im czekać, bo już na serio są na granicy wytrzymałości.

— No, dobra, prowadź.

Henryk prowadzony przez Remka do zachodniej bramy, cały czas się rozglądał z nadzieją na spotkanie z Dawidem, ale nigdzie nie mógł go dostrzec. Zdenerwowany wyszedł przed gród i od razu aż przystanął, patrząc na liczne wojsko czekające tylko na niego. Masów, którzy odeszli od Jakuba było grubo ponad setkę wojowników, wśród których miał nie tylko swoich znajomych, ale i doświadczonych żołnierzy króla. Wszyscy stali na szerokim polu i zniecierpliwieni czekali tylko na niego.

Młody Korba przechodząc obok nich, czuł ich spojrzenia na sobie. Niektóre były pełne szacunku, inne niezbyt mu przychylne. Jednak, gdy dotarł na przód armii i zobaczył stojących tam swoich znajomych wraz z Rewelem, od razu mu się lżej na duszy zrobiło. Uśmiechnął się na ich widok i próbując zapomnieć o słowach króla i ostatniej nocy, postanowił skoncentrować się teraz tylko i wyłącznie na wrogu, który już z pewnością przeszedł granice ich królestwa.

— Słyszałem, że miałeś ciekawą noc — od razu powitał go Karol.

— Nigdy więcej już tyle nie wypiję.

— Tego nigdy nie obiecuj — natychmiast wtrącił Michał uśmiechając się do niego.

— Dokładnie — potwierdził Remek. — Następnym razem nie będziemy już cię zaprowadzać do chaty. Będziesz rzygał obok nas, ale będziemy mieć cię na oku.

— Idziemy w końcu? — zapytał Gotfryd, chcąc przerwać tą irytującą go rozmowę.

— Chyba tak — odpowiedział mu Henryk i czekał, aż wszyscy ruszą, ale nikt ani na metr się nie przesunął.

— Musisz wydać rozkaz, nasz przywódco — powiedział mu z lekkim uśmieszkiem na twarzy Karol.

Henryk speszony popatrzył po nich, mając nadzieję, że żartują, ale widząc ich stanowczy bunt i oczekiwanie wypisane na twarzach, przybrał poważną minę i głośno powiedział:

— Ruszamy!

Wtedy cała jego armia ruszyła za swoim młodym przywódcą.


***


Szli na zachód cały dzień bez żadnej przerwy. Henryk nie chciał przemęczać swoich żołnierzy i proponował kilka razy wypoczynek, ale zanim wydał rozkaz, zawsze pytał o zdanie Karola idącego tuż obok niego. Ten jako bardziej doświadczony wojownik i były dowódca, za każdym razem skutecznie odradzał przerywać marsz. Dopiero, gdy pod wieczór doszli do rzeki płynącej przez środek królestwa, Henryk zarządził odpoczynek.

Niestety, jako grupa zwiadowcza nie mieli ze sobą namiotów, przez co rozbijając obóz, musieli dobrze zabezpieczyć teren i spać w zbitej grupie pod gwiazdami. Henryk próbował zasnąć, by nabrać sił przed dalszą drogą, ale wciąż pamiętał o słowach Dawida i o czyhających na niego wrogach w obozie. Co się położył, to szybko wstawał, rozglądając się i szukając kolejnego czyhającego na niego zawiedzionego człowieka, który chętnie pozbyłby się go, przy najbliższej okazji. Męczyło go to bardziej niż sam marsz, więc usiadł przy jednym z ognisk i postanowił tam spędzić noc.

— Czemu nie śpisz? — zapytał go przyciszonym głosem Gotfryd, siadając obok niego.

— Nie potrafię zasnąć.

— Nie spodziewałeś się takiej decyzji króla, co nie?

— Nigdy nie chciałem nikim dowodzić.

— Widać to po tobie, chłopcze.

— Jak wy dowiedzieliście się o jego pomyśle?

— Wysłał do nas jednego ze swoich ludzi. Nawet sam nie raczył do nas zajrzeć.

— Nie rozumiem go. Traktuje nas jak swoich wrogów.

— Król się zmienił przez te lata, które spędził ze swoim demonem. To już nie jest ten sam człowiek, co kiedyś.

— Jaki był kiedyś?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 39.59