E-book
8.19
Cena pokoju

Bezpłatny fragment - Cena pokoju


Objętość:
167 str.
ISBN:
978-83-8245-188-7

I. Pokój pierwszy

Pierwsze wersy przedwiośnia wybrzmiewały już w lutym. Wraz z jego schyłkiem na wiedeńskich ulicach coraz trudniej dało się dostrzec śnieg czy lód. Resztki zmarzliny się ostatecznie wycofywały. Czyniły to niczym niedobitki żołnierzy po prowadzonym ze zmiennym szczęściem od kilku miesięcy oblężeniu stolicy. Jednakże dla zimy o tej porze roku ta wojna była już przegrana.

Kontrofensywa ciepła i promieni słonecznych sprawiała, że na zieleniących się trawnikach zakwitały pierwsze kwiaty. Skromne bukiety powiewały na zimnym wietrze, żegnając na dobre pokonanych, a witając nadchodzących wiosną zwycięzców.

Wśród ich szeregów, obok rozśpiewanych ptaków czy pierwszych owadów, kroczyły między innymi wiara i nadzieja. Miały one swą genezę w odradzającym się przeświadczeniu, że to, co zwiędłe i martwe na powrót cudownie zmartwychwstanie.

Śmierć zostanie zwyciężona przez życie, pustkę wypełni bogactwo, a świetlana przyszłość pokona mroczną przeszłość. Słowem, na brudnych i błotnistych moczarach zakwitnie w całej krasie nieskazitelny kwiat lotosu, by na przekór wszystkiemu lśnić.

Jednakże czy ta wiosenna droga ku lepszemu mogła prowadzić tylko w jedną stronę, to jest dobroci i pokoju w miejsce ciemności i zła? Byłoby to naiwne myślenie zapatrzonego w wiosenne kobierce kwiatów szczeniaka, czy nierozumiejącego prawideł świata odurzającego się nadzieją dziecka. Pusta wiara w nieuchronny progres, za którą stałoby jedynie zauroczenie ozdrowieńczą naturą i myśl, że teraz wszystko będzie już dobrze.

Lecz dla kogoś trzeźwiej patrzącego na świat nie ulegało wątpliwości, że nastająca sielanka była pozorna. Ostateczny kres wojny i zmagań to tylko złudzenie, któremu tak łatwo było się skłonnym ulegać w otoczeniu wiosennych barw.

Albowiem znane przysłowie głosiło: jeśli pragniesz pokoju, szykuj się do wojny. Ta zawsze wisiała w powietrzu, również wiosennym. Była wpisana w naturę wszystkich zmagających się ze sobą pór roku, jak i znaczyła duszę każdego człowieka. Naznaczała swym piętnem istnienie każdej istoty.

Zatem mimo chwilowego rozprężenia i zawieszenia broni nie należało tracić czujności. Nawet pod płaszczykiem przyjaciela wróg już mógł się skradać skrycie i zapewne to właśnie robił. Wypadało więc go podejrzliwie wypatrywać i zawczasu kontratakować. Albo też wraz z rozkwitem wiosny jej kwiaty porosną nad mokradłem świeżo usypany grób poległych w nowej wojnie nieuważnych żołnierzy.

Chcesz pokoju, gotuj się do wojny — hołduj tej nadrzędnej zasadzie albo zassany w ukwiecone mokradło… giń.

*

W mieszkaniu na Schlachthausgasse nagi Albert znajdował się na swoim łóżku. Pod właścicielem mieszkania leżała pozbawiona ubrania kobieta z rozsuniętymi udami.

Od dłuższego czasu monotonnie kopulowali w niezmiennej pozycji. Mężczyzna mocno przylegał ciałem do partnerki, przygniatając ją. Poruszał się niespiesznie stałym rytmem. Nie widać było w nim nadzwyczajnego podniecenia. Nie obłapiał pożądliwie kobiety, chwytając ją za obfite piersi czy masywne uda. Nie wyrzucał z siebie ekstatycznych stęknięć czy jęków. Po prostu robił swoje — rżnął dostarczony mu do domu kobiecy towar.

Podobnie, nie wykazując entuzjazmu, się zachowywała osoba, z którą odbywał stosunek seksualny. Z lekko rozwartymi ustami patrzyła na owłosioną klatkę piersiową partnera. Rękoma obejmowała go za łopatki. Leżała biernie, momentami tylko korygując ustawienie miednicy, aby zwiększyć tarcie penisa w pochwie. Wtedy wydawała z siebie niskie w brzmieniu charkoty.

Trwało to do momentu, gdy mężczyzna na niej sam nie warknął kilka razy, czyniąc bardziej zdecydowane pchnięcia biodrami. Zupełnie jakby uprzednio tylko ostukiwał fiutem wybrany punkt, aż naparł na niego bezwzględnie, by wręcz przebić wyselekcjonowane miejsce.

Był to typowy ruch dyktowany przez samą naturę, nakazujący złożyć nasienie jak najgłębiej w drogach rodnych samicy. Lecz tym razem, niejako wbrew naturze, którą poskramiał zimno kalkulujący umysł, nie było mowy o możliwym zapłodnieniu.

Po wytrysku Modry się wycofał z partnerki. Zdjął z przyrodzenia wypełnioną spermą prezerwatywę, zawiązał jej końcówkę, aby się nie wylała zawartość, po czym zawiniątko odrzucił na szafkę koło łóżka. Na nim z kolei legł na plecach. Czuł się zmęczony i odprężony, jak po dobrze wykonanej pracy.

Odpoczywał. W tym czasie kobieta wstała, by się ubrać. Leniwie oglądał, jak najpierw założyła zwyczajne majtki — białe w czerwone grochy. Potem na jej pokaźny biust zawitał stanik kolorystycznie pasujący do kompletu z resztą bielizny. Następna była szara spódnica wciśnięta na zwalisty tyłek i niebieska koszula, która powędrowała na pulchne ciało krępej i dość niskiej osoby.

W kolejności sięgnęła ona po seledynową torebkę, którą przyniosła ze sobą, a którą teraz podniosła z biurka. Ze środka wyjęła kopertę i położyła na blacie.

— Tysiąc euro. To razem masz już zapłacone trzy tysiące — powiedziała, typowym dla siebie, niskim głosem.

— Dziękuję, Sharbat — odparł mechanicznie Albert. Zastanowił się, ilu ta afgańska dziwka musiała obsłużyć klientów, czyli ile w jej pochwie prezerwatyw ulegało wypełnieniu nasieniem, aby sama napełniła przyniesioną kopertę banknotami. Zamiast snuć czcze domysły, zwyczajnie zapytał: — Jakie masz stawki? No wiesz, w swojej pracy.

— Za zwykły stosunek trzydzieści euro. Coś ekstra albo za godzinę to pięćdziesiąt — stwierdziła bez żenady, poprawiając przed lusterkiem czarne i kręcone włosy.

— Nie tak drogo — oznajmił Modry.

— Mam już swoje lata, dokładnie czterdzieści. Jak lalka do dmuchania nie wyglądam, a ciała nie zamierzam poprawiać, żeby być jak klaun — usłyszał wyjaśnienie. Pokiwał ze zrozumieniem głową. Jednocześnie w umyśle rachował, że mając raptem kilku klientów na dzień i tak zgarniała na tydzień około tysiąca euro. Jednak Sharbat, jakby czytała w jego kosmatych myślach, szybko skorygowała te błędne obliczenia, mówiąc: — Połowę pieniędzy zabiera opiekun.

— Czyżby Alfons?

— Dokładnie tak. — Kobieta poprawiła na twarzy bezpretensjonalny makijaż. W jej przypadku ograniczał się do pomadki na ustach, tuszu do rzęs i kredki do oczu.

— Co u Zahry? — rzucił w powietrze Mokradło, zmieniając dziwkarski temat. Wtedy Sharbat się uśmiechnęła, co czyniła nader rzadko. Schowała do torebki kosmetyki i lusterko. Wyjęła swój telefon, po czym się wgramoliła do Alberta na łóżko.

— Zobacz. — Pokazała mu młodszą od siebie i promiennie uśmiechniętą kobietę. — Zahra ma nowe zęby. Prawda, że ładne?

— Piękne ząbki. — Modry wyraził uznanie dla rzeczywiście atrakcyjnego wizerunku prezentowanej Afganki. Jej siostra z rozbudzonym zainteresowaniem mówiła dalej:

— Zęby zrobiliśmy Zahrze w Budapeszcie, tam jest taniej. Zwiedziłyśmy też miasto, bo ona chciała. Interesuje ją wiele rzeczy, architektura na przykład. — Sharbat przewijała przed leżącym mężczyzną kolejne ujęcia zabytków ze stolicy Węgier. On sam jednak myślami był gdzie indziej i w nawiązaniu do nich zagaił:

— Zahra też jest dziwką? — Ugryzł się w język, trochę żałując tak ordynarnego pytania. Ale z drugiej strony był przecież samcem, a w nowej odsłonie siostra Sharbat robiła na nim świetne wrażenie. Była ładniejsza i młodsza. Poprawka, dużo ładniejsza i sporo młodsza. Przez to już widział ją u siebie na łóżku w miejsce starszej Afganki. Ta jednak szybko pozbawiła go złudzeń:

— Zahra jest przeznaczona do lepszych rzeczy — odezwała się bez urazy, za to z pewną dumą. — Z urzędu dostała już kolejny kurs z języka, a poprzedni zaliczyła na najwyższą ocenę. To sama jej wykupiłam też kurs zaoczny z dziennikarstwa. Ona będzie kimś, nie to co my. To znaczy ja — poprawiła się Sharbat. Zaś słysząc, że z bara bara z jej siostrą raczej nici, Albert ujął wiszącą pierś kobiety i macał ją przez materiał ubioru.

Brał to, co mu pozostawało. Ponadto autentycznie doceniał te ciało, które od kilku tygodni regularnie dawało mu dużo przyjemności i za sprawą którego, jako mężczyzna, się zaspokajał. Dlatego, gdy temat pięknej i zdolnej Zahry zdechł, pożądliwie zapytał:

— Za tydzień u mnie o tej samej porze?

— Tak, ale czwartą kopertę przyniosę za dwa tygodnie.

— Czemu tak skromnie?

— Ten kurs Zahry na dziennikarstwo, on kosztuje.

— Wspominałaś.

— Zęby były jeszcze droższe.

— Rozumiem. Ale skoro… tak. — Albert naparł na kobietę. Na łóżku obalił ją na plecy i się na nią wdrapał, dobierając do niej. Ona próbowała interweniować:

— Nie dasz rady drugi raz, przestań. — Nieudolnie spychała go z siebie. On nie dawał za wygraną:

— Kiedy czuję, że dam. Już mogę.

— To będzie trwać za długo. Mam umówionego klienta na mieście. — W kobiecym głosie pobrzmiewała nerwowość. Lecz Mokradło na to nie reagował. O dziwo dla niego samego, może od fantazjowania o Zahrze, się błyskawicznie znowu podniecił. Postanowił więc wziąć, co jego, z miejsca wypłacając sobie dodatkowe dywidendy.

Taki bowiem jeszcze w grudniu zawarli z Sharbat układ. Bo skoro nie miała od razu dla niego całej doli za uwolnienie siostry, to odsetki spłacała własnym ciałem, świadcząc Albertowi usługi seksualne. Jemu z wielu względów na ten czas taki układ pasował i z niego bez skrupułów korzystał, egzekwując, co mu się należało.

— Och… — stęknęła kobieta wraz z mocnym wypełnieniem waginy sterczącym fiutem, który wśliznął się w szparę sromową koło przesuniętych majtek. — Tylko szybko — ponagliła.

Na taką zachętę mężczyzna nie pozostał bierny, posuwając partnerkę w żywiołowym tempie. Ona, inaczej niż zwykle, aby przyspieszyć jego wytrysk, tym razem mocno pracowała biodrami. Chwyciła też za męskie pośladki, przyciskając je do siebie, aby penis wchodził w nią zdecydowanie i głębiej, a jego właściciel szybciej osiągnął szczytowe pobudzenie.

W reakcji na odmienne zachowanie Sharbat, pod koniec rzeczywiście intensywnego zbliżenia, Albert warknął:

— Dobrze ci?

Zwykle obojętna w łóżku Afganka, mimo obecnego wykazywania inicjatywy na pościeli, odpowiedziała tak samo wyzutym z emocji głosem, jak zwykle:

— Skończ już, naprawdę muszę już iść.

Co prawda słowa te nie brzmiały zbyt pobudzająco, ale za to żywiołowy seks taki właśnie był. Dzięki temu życzeniu Sharbat zaraz się stało zadość, a jej kochanek mógł się poszczycić z nią drugą ejakulacją.

Za moment kobieta już stała przy biurku. Wtedy niemal pijany od doznanej przyjemności Modry nagle wytrzeźwiał. Patrzył bowiem, jak Afganka podciera sobie chusteczką krocze, najwyraźniej wycierając srom ze spermy.

— Kurwa — przeklął, uświadamiając sobie, że po raz pierwszy w łóżku z Sharbat zapomniał o gumce.

— Chodzi ci o to? — Kobieta zareagowała na jego gniew, pokazując mu poklejoną chustkę. On skinął głową, a ona spróbowała go uspokoić: — Biorę tabletki przeciw ciąży, a ostatnie badania od ginekologa odebrałam trzy dni temu.

— Jesteś czysta?

— Tak, zdrowa, niczym się nie zarazisz. Z nieznanymi klientami zawsze robię to z zabezpieczeniem. Innym pozwalam czasem na więcej, ale to tylko jak przedstawią aktualny komplet badań.

Rozsądna, tania, dziwka. Albert pochwalił Sharbat, ale jedynie w myślach. Ona bez pożegnania i w podskokach prawie wybiegła z mieszkania, już wzywając taksówkę.

To też zrobiło na nim pozytywne wrażenie. Bo widać dbała nie tylko o siostrę, ale również o swoją markę i zwykle się nie spóźniała na seks.

Sięgnął pamięcią, czy kiedykolwiek musiał na nią czekać z bzykankiem? Nie, nigdy, zawsze była punktualna. Punktualna i obowiązkowa afgańska kurwa — uśmiechnął się z satysfakcją.

Podwójną odczuł na wspomnienie, jak dobrze zrobiło mu popływanie gołym fiutem w jej waginalnych sokach. Coś niemal jak podczas wycieczki do Egiptu i nurkowania na rafach Morza Czerwonego. Modry udzielał się tak kiedyś na wakacjach z Anną w czasie ich miesiąca miodowego. Było rewelacyjnie. Ale musiał przyznać, że z przebudzoną z letargu Sharbat i bez gumki też niczego sobie.

Co na to jego wierna dziewczynka, pancerna Nokia? Właśnie dzwoniła, więc niewątpliwie jakiś komunikat chciała mu przekazać. Jaki?

— Tu Albert Mokradło, słucham — odebrał połączenie. — Tak, oczywiście, będę czekał w mieszkaniu. Potwierdzam i dziękuję za informację. — Modry przerwał rozmowę z pracownikiem szpitala AKH. Westchnął sobie, po czym poszedł do pokoju Marty, aby spojrzeć, czy wszystko było gotowe na jej rychły powrót.

Wewnątrz odniósł wrażenie, jakby zupełnie nic się tu nie zmieniło od jej ostatniego pobytu. Po obecności Krisa nie zostało śladu. Własne rzeczy, które w swoim czasie wniósł tu Albert, także zdążył już wynieść.

Tym samym niezbyt przestronną klitkę ponownie wypełniało jedynie pokaźne łóżko przed drzwiami i biurko z regałem po przeciwległej stronie okna. Ściany ciągle pozaklejane były pretensjonalnymi wizerunkami raperów w gniewnych pozach, a sufit pomazany ciemnym sprejem.

Chociaż w kącie dało się zauważyć coś jeszcze, czego Modry, jak mógł, unikał wzrokiem. Stał tam wózek inwalidzki.

Jakkolwiek Matte odzyskała pełną świadomość, to pełnej sprawności nad ciałem już nie. Tej pozostała jej raptem namiastka. W praktyce uszkodzenie kręgosłupa okazało się tak dalece posunięte, że szesnastoletnią dziewczynę dotknął trwały paraliż. Zdolna była jedynie z trudnością przełykać pokarm, ale i tak musiała być karmiona przez rurkę. Poza tym porozumiewała się ze światem tylko za pośrednictwem mrugnięć oczyma, gdzie pojedyncze mrugnięcie znaczyło „tak”, a podwójny trzepot powiek „nie”.

Stanowiło to całą formę jej komunikacji ze światem. Marta nie mówiła, choć lekarze nie potrafili wskazać tego jednoznacznej przyczyny. Posiłkowali się więc tezą, że podłoże było tu psychiczne, a milczenie spowodował szok powypadkowy.

Być może. Modry tego nie wiedział i nie mógł się pokusić o weryfikację diagnoz lekarskich. Natomiast z losem osoby, którą traktował, jak córkę, się zwyczajnie nie godził. Dlatego stał mocno na stanowisku, że niezależnie od tego, jaka przyczyna stała za milczeniem Matte, to wkrótce dziewczyna będzie na powrót mówić, a nawet śpiewać.

Podobnie nie akceptował jej kalectwa, tylko ślęczał przed komputerem, czytając na temat zaawansowanych terapii przywracania sprawności w tak ciężkich przypadkach jak Marty. Poza obietnicami rychłych przełomów ciągle nic sensownego nie znajdował. Ale też nie tracił nadziei, bo co mu w to miejsce pozostawało?

Wtem Albert zauważył, że na parapecie przysiadł biały gołąb. Ptak rozpostarł skrzydła, po czym je złożył, przybierając postać puchatej kulki. Na zewnątrz ciągle raził ziąb i nieco ostrzejsze słońce przedwiośnia jeszcze nie niwelowało odczucia dojmującego chłodu. Mimo to większa ilość promieni słonecznych i niemal czyste niebo nastrajały w pewien sposób optymistycznie. Czy zasadnie? Na to pytanie zwykle twardo stąpający po błotnistej ziemi Mokradło wolał sobie nie odpowiadać.

Po dłuższym czasie zadumy, wyglądając przez okno, na tle białego gołębia zobaczył nadjeżdżający ambulans. Nie zamierzał czekać biernie. Nie tracił czasu na windę, tylko czym prędzej zbiegł po schodach na dół.

Już zaraz pomagał w transporcie Marty. Jednocześnie przeżywał rozczarowanie obecnością towarzyszącej jej poza pielęgniarzami osoby.

Był to nie kto inny, jak Laura. Kiedy się dowiedziała, że to za jej sprawą poczęte zostało dziecko w łonie Matte, Albert podejrzewał, że Haitanka ze wstydu zapadnie się pod ziemię i już nie będzie jej musiał oglądać. Ona jednakże spod owej ziemi się szybko wygrzebała i bynajmniej nie zamierzała tam wracać.

W styczniu zaskoczony Mokradło zobaczył ją na liście osób odwiedzających Martę w szpitalu. Potem regularnie się na nią nadziewał w pokoju pacjentki. Doszło tam między nimi do kilku scysji. Ale nigdy poważnych, bo przy wybudzonej ze śpiączki dziewczynie Albert nie zamierzał wszczynać ostrych kłótni.

Takowych nie żałował sobie za to na szpitalnym korytarzu, czy w rozmowach telefonicznych z Laurą. Wówczas poznał jej nowe oblicze, a może po prostu objawiła mu silniej tę część osobowości, którą dotąd u niej ignorował?

Otóż jej wieczna powaga i opanowanie przekładały się na każdą sytuację i to nawet najbardziej konfliktową. Ta postać nigdy nie podnosiła głosu i nie dawała się wyprowadzić z równowagi. Nie pozwalała się w rozmowie sprowokować czy zdominować i twardo broniła swych racji. Nie przepraszała, a mozolnie tłumaczyła własny punkt widzenia.

Tą drogą Mokradło się dowiedział, że nie miała ona z Martą żadnego romansu. Jakiś czas stanowiły jedynie parę w łóżku, którą odpłatnie podziwiali na żywo starsi panowie.

Podobno pewnego razu jeden z austriackich dziadków podbił stawkę stosunku z zabezpieczeniem, nakłaniając Laurę do zdjęcia gumki i pójścia na całość. Ona ponoć nie chciała, ale Marta sama zdjęła jej z fiuta prezerwatywę i się chętnie wypięła.

Czy tak to się dokładnie odbyło, poczęcie dziecka? Czy może usłyszał kolejne krętactwo Haitanki? Albert tego nie dochodził. Nie prowadził bowiem w tym względzie śledztwa, które mogłoby mu się do czegoś konkretnego przysłużyć.

Za to obecnie już na sam widok ciemnej skóry Laury dostawał alergii. Czynił paskudne grymasy twarzy, jakby go swędziały pryszcze na dupie, a krzywił się tym bardziej, że w takim miejscu się nie wypadało publicznie drapać.

Z jego w miarę pozytywnej do niedawna relacji z Haitanką nie pozostało zupełnie nic. Zastąpiła ją z trudem skrywana wrogość. W każdym razie po stronie Modrego.

— Chodź, musimy porozmawiać — powiedziała do detektywa Mulatka, gdy pielęgniarze ułożyli pacjentkę na łóżku i wyszli z mieszkania. — Porozmawiamy na osobności w sąsiednim pokoju — dodała.

Albert uśmiechnął się kwaśno, ale poszedł do siebie. Na miejscu oparł się tyłkiem o biurko, wyciągnął w poziomie otwartą dłoń i warknął:

— Zanim pogadamy, oddawaj wreszcie klucze do mieszkania.

— Właśnie chciałam cię prosić o to samo.

— Że co? — Modremu się wydawało, iż się przesłyszał. Lecz jego rozmówczyni szybko pozbawiła go złudzeń, wyjaśniając:

— Ustaliłam z Martą, że się stąd wyprowadzisz i to natychmiast. Ja się nią zajmę. Ty byś tu tylko przeszkadzał i jej szkodził.

— Ty… — Mokradło z trudem ogarniał treść słów, które właśnie do niego dotarły. Zacisnął dłonie w pięści. Zastanowił się, czy gdyby w tej chwili złamał nos na tym gładkim licu o jasno czekoladowej barwie, to zaatakowałby kobietę, czy raczej mężczyznę?

— Doktor Christiane Mayer potwierdza, że masz na Martę zły wpływ — usłyszał już totalnie wkurwiające go słowa. Pochodziły podobno od pedantycznej doktorki, która to wkurwiała go od dawna.

— Idę porozmawiać z córką. — Ruszył z miejsca. Jednak Laura go pochwyciła za ramię i stanowczo rzekła:

— To nie jest twoja córka. Przy tobie ona czuje się źle, zawsze było jej przy tobie źle. Sam wiesz, dlaczego.

— Zostaw! — Albert się wyrwał z uścisku, ale pozostał na miejscu.

— Klucze. — Haitanka wyciągnęła dłoń.

— Kurwa, popierdoliło was wszystkie?! To moje mieszkanie!

— Tylko je wynajmujesz, to wynajmiesz sobie inne. I nie krzycz.

— Bo co?!

— Bo szkodzi to Marcie i jej… naszemu dziecku.

W tym momencie Albert uniósł otwartą dłoń, aby z liścia przywalić w tę ciemną twarz prawie niewyrażającą emocji. Podczas gdy nim kurwica już niemal ciskała na wszystkie strony.

Jednak powstrzymał się od rękoczynu, a na swą niedogoloną gębę wprowadził drwiący uśmieszek. Spodziewał się bowiem, że wszczynanie w domu burdy, która się skończy wezwaniem policji, może sprawić, że doczeka się nawet sądowego zakazu zbliżania do Marty. Nie zamierzał się dać sprowokować, czego trochę żałował, bo odbierało mu to możliwość wykastrowania tu i teraz Laury.

W toku tych przemyśleń uciekł wzrokiem za okno, aby trochę ochłonąć. Na parapecie nie było już śladu gołębia, nawet jego piórka czy puchu. Gołębi chuj zdezerterował, pozostawiając po sobie jedynie rozmazany kleks w postaci ptasiego gówna.

W Modrym nie było już z kolei nic z pokoju, rozpętała się w nim prawdziwa wojna. Lecz zamiast szarżować z ułańską fantazją, jak husaria z szablami na niemieckie czołgi, spróbował taktycznego odwrotu. Kompletnie wkurwiony, ale stwierdził, że dla dobra Marty, czyli poniekąd swojego, nie miał wyboru.

— Dobra, wyprowadzę się, ale stawiam warunek.

— Jaki?

— Nie wiem, co ci tam chodzi po ciemnej głowie. Nie wiem jeszcze, co kombinujesz, nagle pałając taką miłością do kaleki. Ale tobie już nie ufam i mam powody. — Uderzył postać przed sobą wskazującym palcem pomiędzy sterczące piersi. Drugą ręką chwycił ją za fiuta, ale od razu puścił, zupełnie jakby pochwycił jadowitego węża. Następnie ze wzgardą rzekł: — W pokoju Laury jest zamontowana mini kamera. Masz jej nie zdejmować. Zgadza się, będę moją córkę podglądał, kiedy będę chciał. Będę to robił, aby się upewnić, że nie sprowadzasz do jej łóżka swoich klientów i jej sama nie gwałcisz. Dotarło?

— Jedynie będę z nią uprawiała seks. Jesteśmy teraz parą.

— Kurwa… — Z Modrego uszło nagle powietrze, a razem z nim się ulotnił gniew. W doznanej raptem pustce, gdzie sam poczuł się elementem zbędnym w całej tej układance, mimo wszystko nie ustępował. — Bądź sobie z Martą, kim sobie, kurwa, chcesz, czy tam chcecie. Ale choć raz nazwiesz ją dziewczynką, jak Krisa, albo skrzywdzisz ją w jakikolwiek sposób, a cię zapierdolę, zajebię. Wiesz, że jestem do tego zdolny.

— Wiem, Ali Modry.

— To dobrze.

— Wiem od Krisa, że zabiłeś pewnego Albańczyka. Wiem dużo rzeczy, Ali Modry, które i tobie mogą zaszkodzić.

— Czy ty mi, kurwa, grozisz? — Mokradło chciał pochwycić postać przed sobą za klatę. Ale zdawszy sobie sprawę, że wczepiłby ręce w kobiece piersi, zatrzymał przed nimi rozczapierzone palce. Natomiast Laura spokojnie oświadczyła:

— Marta będzie ze mną szczęśliwa, a ja z nią. Obie nas zawiodłeś i nie chcemy tu ciebie. Wszystko się do tego sprowadza. Dlatego już dosyć rozmowy. Zabierz swoje rzeczy, w tym lekarstwa.

— Namawiałaś mnie, abym je rzucił. — Na twarzy Alberta znów zobrazowana została drwina.

— Zmieniłam zdanie — stwierdziła Haitanka. — Powinieneś brać leki uspokajające i to dużo, bardzo dużo. Tyle abyś nie przejmował się mną i Martą, a zostawił nas w spokoju.

— Zostawię też kamerę w tym domu.

— Dobrze, zostaw, jak musisz. Na jakiś czas. Ale w zamian wyprowadzisz się jeszcze dziś.

— Niby dokąd, kurwa?!

— Otwórz smartfon, który ode mnie dostałeś.

Albert sięgnął do kieszeni, po czym wyciągnął z niej telefon. Spojrzał na nieodebrane wiadomości i wybrał najświeższą, której nadawczynią była Haitanka. Przeczytał treść i nieco zaskoczony zauważył:

— Znalazłaś mi tani pokój i… zlecenie.

— Nie życzę ci źle, Ali. Po prostu nasze drogi się ostatecznie rozchodzą. Ale i tak możesz na mnie liczyć. Nie żywię urazy.

— Że niby jesteś ode mnie lepsza, co?

— Nie spóźnij się na umówione spotkanie. I zajmij się łapaniem morderców. Ja zajmę się Martą.

— Masz. — Modry oddał klucze do domu przy Schlachthausgasse.

To prawda, przegrał bitwę i całą tę cholerną wojnę. Rozgromiony czuł się ofiarą tegoż konfliktu, wojennym inwalidą z syndromem stresu pourazowego. Jednak nie podpisał bezwarunkowej kapitulacji. Co to, to nie. Wynegocjował pokój, którego ceną był wgląd w dalsze życie Marty oraz do wynajęcia nowy… pokój.

Czy w nim odnajdzie też nowe życie i siebie? W tej chwili srał na to, miał głęboko w dupie. Miał w niej wszystko poza niezdrowym zaciekawieniem powierzoną mu akurat sprawą morderstwa.

Aczkolwiek owa rozbudzona fascynacja nie trwała długo. W pożegnalnej drodze przez krótki odcinek Schlachthausgasse do linii U-Bhanu U3 detektyw nie myślał już o rozpoczynanym śledztwie. Podobnie podczas jazdy koleją podziemną na zachód Wiednia jego myśli nie krążyły już przy denatce czy jej matce, zleceniodawczyni. Jak bumerang powracały do niego dawne i nowe troski.

Znów się czuł niczym topielec tonący w rozmyślaniach na temat córki, która swoją drogą nią wcale nie była. Co więcej, najwidoczniej się nią w ogóle nie czuła, skoro dosłownie mrugnięciem okiem się pozbyła z domu przyszywanego tatusia.

Czy to dziwiło? Chyba niespecjalnie, bo zarazem usuwała ze swego życia coś jak zepsuty ząb sprawiający właścicielce jedynie ból. Mianowicie eksmitowała mordercę matki i skurwiela, który nie zaniósł jej pomocy na dachu stadionu, choć zapewne mógł to uczynić.

Czy zatem to on był winien jej kalectwa, teraźniejszego koszmaru i wcześniejszych krzywd? Najprościej byłoby iść w zaparte, temu zaprzeczając i mantrując w umyśle słowo „nie”. Lecz co zrobić z faktem, że ten skurwiel, umysł, ciągle podsuwał mu na potwierdzenie wybrzmiewające w nim okrutne „tak”?

Zaiste ciężko było się odseparować od własnej głowy i ciążących w niej jak kamień przemyśleń. Jedynie alkohol i Xanax mogły stawać z takim przeciwnikiem w szranki. Czasem wygrywały. Lecz zwykle nawet prochy i procenty ponosiły porażkę. Ponieważ umysł ze swą strukturą postrzegania świata, jak feniks z popiołów, wciąż się na nowo odradzał.

Ostatecznie nie istniała więc możliwość ucieczki. Z tym przeciwnikiem, samym sobą, trzeba było się zmierzyć. Ale czy dało się wyobrazić trudniejszą walkę niż z otchłanią własnej duszy? Ponadto czy pojawiała się w tym względzie szansa na wygraną?

Każdy kretyn mógł zażyć sterydy, przypakować, potrenować sztuki walki i zgrywać bohatera w klatce, walcząc z innymi troglodytami. Ktoś mógł się wspinać na ośmiotysięczniki, by wzbudzać podziw niezłomnością charakteru i siły woli. Jednak Mokradło był za stary i zbyt doświadczony życiowo, by dał się zwieść takiej wydmuszce bohaterstwa, jaką lansowały na własny użytek media. On doskonale wiedział, że jedynym prawdziwym przeciwnikiem i godnym rywalem człowieka był on sam. Zmierzenie się z samym sobą i pokonanie własnych demonów, aby w ludzkiej duszy zapanował pokój, to jedyne, prawdziwe wyzwanie.

Czy osiągalne? Modry podejrzewał, że nie, nigdy. Konflikt był bowiem wpisany w ludzką egzystencję tak solidnie, jak niepokojące ciągi cyfr na kolejnych rachunkach do zapłaty. Czasowo istniała możliwość, aby taką płatność odroczyć. Niestety w efekcie stos rachunków tylko rósł, a kiedyś trzeba je było uregulować.

Wtedy natomiast, gdy człowiek stawał oko w oko z mrokiem własnej duszy, okazywało się, że nie istniało takie bogactwo, jakim mógłby wykupić popełnione grzechy wobec siebie i świata. Mniej czy bardziej wszyscy byli potępieni także sami przed sobą. Nie istniała przed tym ucieczka, nie było odwrotu.

Tymczasem z linii U3 detektyw wyszedł na przystanku metra Johnstraße. Wspomniał, że ostatnio przebywał w tych okolicach, gdy zasadzał się na Albańczyka powiązanego z zaginięciem Zahry.

Jak sprawa Fatmira Imeri się zakończyła? Wiadomo. Dlatego idąc starą dzielnicą Wiednia i klucząc jej wąskimi uliczkami, Modry się czuł nieswojo. Coś, jak jeszcze niepochwycony morderca, którym w zasadzie był.

Nawet się nie zorientował, kiedy bezwiednie przyspieszył kroku, zupełnie jakby uciekał. Przed czym, przed kim? Może duchem utopionego w Dunaju skurwiela handlującego ludzkim towarem? Może raczej przed samym sobą, własnymi splamieniami?

Tak czy inaczej, nie zwalniał kroku, a jeszcze przyspieszał. Przy czym maszerował ze wzrokiem wbitym w betonowy chodnik, zupełnie jak dezerter, który po przegranej bitwie nie śmiał spojrzeć w oczy generałowi. W tym przypadku samemu sobie.

Analogicznie nie potrafił obecnie spoglądać w oczy Marty. Wspomniał jej niegdyś iskrzące ostrością błękitne ślipięta. Były jak nieoszlifowane diamenty. Na ten czas zastąpiła je matowa barwa bez połysku, bez życia.

Zresztą sparaliżowana dziewczyna w ciąży, zdawszy sobie sprawę, w jak katastrofalnej sytuacji się znalazła i jaka czekała ją egzystencja, przecież nie mogła się cieszyć życiem. Jej własne lęki na temat tego, co dalej i jak się odnajdzie w nowym istnieniu, pokonywały ją. Albowiem przeciwnik, z jakim się mierzyła, był wszechpotężny. To przekreślone, wszystkie, co do jednego, młodzieńcze plany, marzenia. Została jej sama nędza, popioły i pustka.

Sparaliżowana dziewczyna mogła więc z pozoru sprawiać wrażenie kogoś, kto skapitulował i w kim zapanował z tego tytułu pokój. Jednak Mokradło widział w jej oczach tylko mrok, a żadnego światła. Nie było w tym spojrzeniu pokoju, wyłącznie bezgraniczny smutek. Jak niewolnicy, która ponad wszystko pragnęła zrzucić łańcuchy i uciec. Ale nie mogła, bo skuwały ją potężne kajdany. Założył je sam bezwzględny los, nie zamierzał ich zdejmować i to już nigdy.

Nagle detektyw stanął w miejscu. Uczynił to tuż przed otwartą klatką schodową z sugestywnym numerem sześćdziesiąt dziewięć. Rozpoznawał to miejsce, gdzie w grudniową noc czatował na albańską ofiarę.

Wzdrygnął się, jakby po plecach przebiegła mu oślizgła salamandra, plując na niego toksycznym jadem. Pomyślał, że los, skurwiel, i z nim sobie bez znieczulenia pogrywał. Nie było tu zaskoczenia ze strony Modrego, dlatego ruszył klatką schodową, przysłowiowo biorąc byka za rogi.

Stopnie pokonywał wysokie, piętra także ponadprzeciętnie wywyższone. Z powodu przemyśleń naznaczonych mrokiem przemierzana droga przypominała mu Golgotę. Chociaż biczowany był nie prawdziwymi rzemieniami, a pejczem skręconym z własnych zawodów i frustracji. Koronę cierniową zaś nosił utkaną z gniewu.

Na trzecim poziomie bloku od wysiłku włożonego w spinaczkę dostał prawie zadyszki. Odsapnął chwilę, po czym odnalazł właściwe drzwi i z braku dzwonka zapukał w ich szklaną część.

Tak ciągle się prezentowały wejścia do wielu starych domów w Wiedniu. Niemal jak zaproszenia dla złodziei. W dawnym budownictwie mieszkań często nie strzegły bowiem masywne wrota nie do sforsowania, a leciwe drzwi, które można było nawet nie tyle wyważyć, co częściowo zbić.

Nietrwałość rzeczy, ludzkiego istnienia, marzeń, nadziei. Po dzisiejszym widoku sparaliżowanej Marty Albertowi wszystko się dekadencko kojarzyło jedynie z postępującym procesem rozkładu.

Aby odgonić ścigające go od trzeciego bezirku myśli, potrząsnął głową, jak na otrzeźwienie. To nie pomogło. Nieco oderwał go od wewnętrznych katuszy dopiero widok kobiety w otwartych już drzwiach.

Ponad trzydziestoletnia i dość filigranowa brunetka popatrzyła na niego smutnym wzrokiem i ponuro pokiwała głową. Witała go niczym grabarza. Kogoś kto zapewne miał jej pomóc pogrzebać ostatnie wspomnienia o zamordowanej córce. Jednak Mokradło był specyficznym grabarzem, bo niósł obietnicę złożenia na grobie wieńca z odkrytym imieniem mordercy poszkodowanej.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.