Od Autorki
Drogi Czytelniku,
Witamy w Winterbourne.
Oddaję w Twoje ręce historię, która rodziła się w gęstych mgłach, mroźnych podmuchach grudniowego wiatru i w absolutnej ciszy ukrywającej sekrety z przeszłości. Miasto, do którego Cię zapraszam, nie jest miejscem łatwym ani bezpiecznym. Rządzi się własnymi prawami, odwraca wzrok od tego, co niewygodne, i żąda milczenia jako waluty za pozorny spokój na powierzchni.
Razem z Aveline, Ethanem, Silasem i Ines zejdziesz pod ziemię, by poczuć ciężar dawnych Paktów i przekonać się, jak kłamstwa potrafią pękać z głośnym trzaskiem. Mam nadzieję, że chłód Winterbourne przeniknie Cię tak samo, jak mnie podczas przelewania tej opowieści na papier.
Dziękuję, że decydujesz się przekroczyć granice mojego świata. Zapal światło, otul się kocem i przygotuj na to, co kryje się w cieniu.
Życzę Ci niezapomnianej i pełnej napięcia lektury,
Aora Nyx
Rozdział pierwszy
Listopad pachnący spalenizną
Winterbourne nie należało do miast, które zapraszały do siebie z otwartymi ramionami. Założone stulecia temu jako surowa, kamienno-ceglana osada handlowa na skraju nieprzebytych, gęstych lasów, wciąż nosiło w sobie geny pierwszych osadników: było surowe, zamknięte w sobie i głęboko podejrzliwe wobec obcych. Coroczny Festyn Jesienny nie stanowił jedynie zwykłej turystycznej atrakcji. Dla mieszkańców był to wyrosły z dawnych, mrocznych zabobonów rytuał — huczne pożegnanie resztek ciepła i podświadoma próba oswojenia bezwzględnej, zimowej aury, która co roku odcinała Winterbourne od reszty świata potężnymi śnieżycami.
Listopadowy, lodowaty wiatr biczował twarz Aveline Thorne, wciskał się natarczywie pod wysoki kołnierz i niósł ze sobą ciężki, jesienny koktajl: odór gnijącej w lasach ziemi, gryzący dym z rzemieślniczych ognisk i lepką słodycz cukru z pieczonych jabłek. Nad miasteczkiem ciążyło ołowiane, nabrzmiałe chmurami niebo, które gwałtownie spychało wczesny, szary zmierzch pomiędzy spadziste, mroczne dachy zabytkowych budynków.
Wokół niej pulsował i falował chaotyczny, jarmarczny mikroświat. Rynek rozbłyskiwał blaskiem setek lampionów z dyń, których wycięte, upiorne pyszczki rzucały pomarańczowe refleksy na przechodniów. Tłum kołysał się w rytm rzępolącej gdzieś w tle, starodawnej muzyki.
— Ave, rusz się, bo zaraz przegapimy najlepsze stoisko! — zawołał Silas, przedzierając się przez ludzką masę z energią, która kompletnie nie pasowała do tego ponurego wieczoru.
Silas był wysoki, barczysty, a jego wiecznie zmierzwione, jasnobrązowe włosy i ciepłe, piwne oczy sprawiały, że wzbudzał sympatię wszędzie, gdzie się pojawił. Miał na sobie gruby, zielony trekkingowy polar i wielki szal, zza którego co chwilę wybuchał głośnym śmiechem. Tuż obok niego kroczyła Ines, będąca jego całkowitym przeciwieństwem. Niska, filigranowa, o śniadej cerze i burzy ciemnych, lśniących loków, które co chwilę poprawiała zniecierpliwionym ruchem rąk. Jej bystre, niemal czarne oczy nieustannie skanowały otoczenie, a wyciągnięty przed siebie smartfon polował na idealne ujęcia do jej internetowego bloga.
— Spokojnie, Silas, te pierniki z przyprawami nie uciekną — zaśmiała się Ines, niemal wpadając na jedno ze stoisk, gdy próbowała uchwycić w kadrze parujące kotły z grzanym cydrem. — Ale wy musicie ze mną zapozować. Ave, proszę, spójrz na mnie chociaż raz!
Aveline Thorne westchnęła cicho, ale uniosła głowę. Kontrastowała z przyjaciółmi — pod burzą ciemnych, lekko podkręconych włosów, które wiatr szarpał we wszystkie strony, błyszczały jej niezwykłe, jaskrawe, niebieskie oczy. Miały barwę zimowego lodu, były głębokie i badawcze, przez co wielu ludzi w Winterbourne uważało ją za osobę niedostępną lub dumną. W rzeczywistości Aveline po prostu obserwowała.
Silas nagle zatrzymał się przy wielkiej, żeliwnej misie, w której buzował potężny, rzemieślniczy ogień. Wokół niej gromadzili się mieszkańcy, wrzucając w płomienie małe, suszone gałązki dębu.
— Tradycja! — ogłosił Silas, wręczając dziewczynom po patyku, który bezczelnie podwędził z kosza obok. — Wrzucasz gałązkę, wypowiadasz w myślach życzenie i ogień ma spalić wszystkie twoje smutki przed nadejściem śniegów. No, dziewczyny, wchodzimy w to!
Ines natychmiast wrzuciła swoje drewienko, niemal dotykając obiektywem płomieni. Aveline stała z boku, obracając gładką gałązkę w palcach. Spojrzała w ogień, a jej niebieskie oczy odbiły pomarańczowe iskry. Gdy wrzuciła drewno, zapach gwałtownej spalenizny uderzył w jej twarz. Zamiast przynieść ulgę, wywołał lekki dreszcz niepokoju.
Nagle Ines szturchnęła ją mocno łokciem w żebra, gwałtownie odwracając głowę w stronę schodów zabytkowego ratusza.
— Ave, patrz na godzinę dwunastą. Elita Winterbourne raczyła zejść do plebsu — wyszeptała Ines, a w jej głosie radosny ton momentalnie ustąpił miejsca złośliwości.
Aveline podążyła za jej wzrokiem. Przy barierkach ratusza, odgrodzeni od tłumu przez dyskretną ochronę, stali Vance’owie. Starsza kobieta o lodowatej, arystokratycznej urodzie — pani Vance — rozmawiała właśnie z burmistrzem. Ale to nie ona przykuła uwagę Aveline. Obok niej stał jej syn, Ethan.
Miał na sobie ciemny, wełniany płaszcz o idealnym kroju, który podkreślał jego wysoką, szczupłą sylwetkę. Wyglądał jak wyrwany z innego świata — dumny, odcięty od jarmarcznego zgiełku, z dłońmi niedbale schowanymi w kieszeniach. W pewnym momencie, jakby poczuł na sobie ciężar czyjegoś spojrzenia, Ethan odwrócił głowę.
Jezu wzrok przeciął tłum i zatrzymał się dokładnie na Aveline. Oboje zamarli. Ethan miał niesamowicie ciemne, głębokie oczy, które wydawały się niemal czarne, nieprzeniknione i hipnotyzujące. Było w nich coś magnetycznego, ale też niepokojąco zimnego, co sprawiło, że Aveline poczuła, jak skóra na jej karku cierpnie.
— Przestań się na niego gapić, bo pomyśli, że chcesz od niego autograf — fuknęła cicho Ines, przerywając to połączenie. — I tak na nas nie spojrzy. Vance’owie rozmawiają tylko z ludźmi, którzy mają co najmniej sześć zer na koncie. Dla nich jesteśmy tylko tłem.
— Nie gapię się — skłamała Aveline, zmuszając się do odwrócenia wzroku, choć te głębokie, ciemne oczy wciąż tkwiły pod jej powiekami.
Nagle gwar rynku ucichł, ustępując miejsca głębokiemu, rytmicznemu uderzaniu bębnów. Tłum wokół nich zaczął się rozstępować, napierając na barierki. Na środek placu, przed samą misę ognia, wkroczyła trupa ulicznych aktorów. Byli ubrani w ciężkie, stylizowane stroje z siedemnastego wieku — poszarpane, wełniane suknie i ciemne peleryny. Ich twarze skrywały przerażające, drewniane maski o wykrzywionych w cierpieniu rysach.
Rozpoczęło się przedstawienie. Aktorzy bez słów, posługując się jedynie gwałtowną, przerysowaną ekspresją ciał, zaczęli odgrywać scenę z dawnej historii miasteczka. Jeden z mężczyzn, grający sędziego w długiej szacie, wskazał oskarżycielskim gestem na młodą dziewczynę w lnianej, brudnej sukni. Inni aktorzy rzucili się na nią, wiążąc jej dłonie sznurem, podczas gdy wokół misy ognia rozbłysły czerwone flary, imitujące niszczycielski pożar. Dziewczyna na scenie zaczęła szarpać się w konwulsjach, niemym krzykiem błagając tłum o litość.
Dla większości widzów była to świetna, klimatyczna atrakcja, ale dla Aveline Thorne ten widok stał się nie do zniesienia.
Gryzący dym z flar uderzył ją prosto w twarz, a widok wiązanej, bezradnej dziewczyny i czerwonych refleksów ognia uruchomił w jej umyśle lawinę, przed którą uciekała od miesięcy. Przed jej oczami nagle zamazała się twarz aktorki, a pojawiły się wspomnienia pustego, cichego domu, nocy, w której straciła rodziców, i tego paraliżującego poczucia absolutnej, nagłej samotności. Klaustrofobia uderzyła w nią z pełną siłą. Powietrze wokół niej zgęstniało, stając się gorące i duszące, a muzyka i pisk dzieciaków w tłumie zaczęły rozsadzać jej skronie miarowym, bolesnym pulsem.
— Zaraz wracam, muszę odetchnąć — rzuciła cicho, cofając się o krok.
— Ave, czekaj, teraz jest finał! — zawołał za nią Silas, ale Ines jedynie machnęła machinalnie ręką, przyzwyczajona do tego, że jej przyjaciółka w trudnych momentach po prostu potrzebowała ucieczki w samotność.
Aveline odwróciła się na pięcie i niemal pobiegła przed siebie, szukając ratunku w bocznej, wąskiej, zapomnianej alejce. Przestrzeń ta, wciśnięta pomiędzy surowe, poczerniałe od wilgoci ceglane ściany starych kamienic a grube, płócienne tyły festynowych namiotów, zaciskała się wokół niej niczym ciasny korytarz. Z każdym krokiem gwar hucznego rynku cichł. Im głębiej wchodziła, tym mocniej przenikał ją nienaturalny, gwałtowny chłód — gęstniał, oblepiał odsłoniętą skórę i cuchnął stęchłą starością.
I wtedy rzeczywistość wokół niej pękła.
Wiatr nagle huknął potępieńczo pomiędzy ceglanymi murami, targnął połami jej wełnianego płaszcza i… zamarł. Gwar festynu, śmiechy i szum tłumu zniknęły w ułamku sekundy, ucięte niewidzialnym ostrzem. Zastąpiła je głęboka, dzwoniąca w uszach cisza, w której Aveline słyszała jedynie przyspieszony rytm własnego serca. Powietrze zgęstniało tak bardzo, że każdy wdech ranił gardło niczym drobiny potłuczonego szkła.
W tej martwej strefie, na samym końcu alejki, coś się poruszyło.
Pod ścianą budynku stała dziewczyna. Na jej widok Aveline zesztywniała, a jej plecy uderzyły o twardą konstrukcję namiotu. To nie była aktorka ze spektaklu. Zaschnięte, ciemne błoto oblepiało szarą, lnianą suknię, jej brzegi strzępiły się w luźne niteczki, a z materiału wciąż ulatniał się ostry, gryzący odór spalenizny. Dziewczyna nie miała butów — jej umazane ziemią stopy krwawiły, zostawiając ciemne, lepkie ślady na zmarzniętej, nierównej kostce brukowej. Gdy nieznajoma uniosła głowę, żołądek Aveline zawiązał się w ciasny supeł. W szeroko otwartych, dzikich oczach dziewczyny malowało się tak pierwotne, śmiertelne przerażenie, że Aveline całkowicie odebrało mowę.
Przez kilka sekund obie trwały w absolutnym bezruchu. Mózg Aveline pracował na najwyższych obrotach, drętwiejąc w szoku i próbując przetrawić ten makabryczny widok, ocenić, czy to element jakiegoś chorego żartu, czy może powinna natychmiast wyciągnąć telefon i wezwać pogotowie.
Nieznajoma uniosła drżącą, kościstą dłoń. Jej spękane usta poruszały się bezgłośnie, formując jedno, desperackie słowo: Pomóż.
W tym samym momencie dziewczyna, jakby usłyszała goniące ją ogary, zerwała się do panicznej, szaleńczej ucieczki. Skręciła gwałtownie, niknąc w mrocznym przejściu za rogiem.
Dopiero ten nagły ruch wyrwał Aveline z odrętwienia. Adrenalina uderzyła do krwi z opóźnieniem.
— Czekaj! — jej własny głos chłostnął ciszę, brzmiąc obco i nierealnie.
Ruszyła w pościg. Lodowate powietrze paliło jej płuca, gdy gnała przed siebie. Wpadła w wąski, zakrzywiony zaułek, wybiegła na mały, ukryty między tyłami kamienic placyk i zatrzymała się tak gwałtownie, że o mało nie straciła równowagi.
Na placyku nie było śladu po uciekinierce. Wokół wznosiły się wysokie, ślepe ściany z wiekowej, popękanej cegły, pozbawione jakichkolwiek drzwi czy okien. Dziewczyna nie miała dokąd uciec w tak krótkim czasie. Wyglądało to tak, jakby po prostu zmaterializowała się w powietrzu.
Jednak Aveline nie była tu sama.
W przeciwległym rogu placu, skąpany w głębokim cieniu ceglanego gzymsu, stał chłopak. Ethan Vance.
Zazwyczaj biła od niego ta dumna, nienaganna pewność siebie, którą widziała na schodach ratusza. Ale nie teraz. Teraz Ethan stał sztywno, blady jak ściana, ze swoimi głębokimi, ciemnymi oczami utkwionymi w tym pustym punkcie pod murem, w stronę którego biegła dziewczyna. Jego prawa dłoń uniesiona do połowy zamarła w powietrzu, jakby sam przed chwilą doświadczył czegoś niemożliwego i próbował pochwycić uciekający cień.
W tym samym momencie, jakby niewidzialna tama pękła, wiatr uderzył z ponowną siłą. Wdarł się z głośnym świstem w zaułek, szarpnął płaszczem Aveline i okręcił wokół jej szyi luźny koniec szala. Do jej uszu falami powrócił stłumiony dotąd hałas odległego festiwalu.
Ethan drgnął, wybudzony z głębokiego transu. Gwałtownie odwrócił głowę i ich spojrzenia się zderzyły. W jego ciemnych oczach Aveline dostrzegła czysty, nagi szok. Oboje oddychali ciężko. Intuicja podpowiada jej, że chłopak musiał przed chwilą zobaczyć coś równie przerażającego.
— Ethan! Gdzie ty, do diabła, jesteś? Szukamy cię z matką! — Z głębi oświetlonego rynku dobiegł ostry, władczy kobiecy głos pani Vance, natychmiast rozrywając napięcie wiszące w powietrzu.
Maska popularnego, niedostępnego chłopaka wróciła na twarz Ethana w ułamku sekundy. Aveline zauważyła jednak, że jego palce, które pośpiesznie wsunął w kieszenie kurtki, wciąż lekko drżały. Ruszył przed siebie szybkim, zdecydowanym krokiem. Ponieważ Aveline stała na środku wąskiego gardła alei, przeszedł tuż obok niej, niemal ocierając się ramieniem o jej ramię. Rzucił jej ostatnie, długie, świdrujące spojrzenie, po czym zniknął w stronę świateł i tłumu.
Dla Aveline jego obecność wydaje się w tej chwili tylko dziwnym zbiegiem okoliczności — ot, Ethan Vance też tam zaszedł i pewnie tak jak ona szukał wyjaśnienia dla tej makabrycznej sytuacji. Oparła się o zimną ścianę budynku, starając się unormować oddech. Musiała ochłonąć. Sama. Nim komukolwiek cokolwiek powie.
— Aveline! Na bogów, tu jesteś! Szukaliśmy cię wszędzie! — Głos Ines brutalnie wyrwał ją z odrętwienia.
Sekundę później zza węgła wyłonili się jej przyjaciele. Silas ściskał w ręku parujące torby z jedzeniem, a na twarzy Ines malował się lęk.
— Zniknęłaś na dobre piętnaście minut — Silas podszedł bliżej, a jego głos momentalnie spoważniał, gdy przyjrzał się jej bladej twarzy i szeroko otwartym, niebieskim oczom. — Wszystko w porządku? Wyglądasz, jakbyś zobaczyła ducha.
Aveline zmusiła się do wysiłku. Uniosła kąciki ust w wymuszonym uśmiechu.
— Tak, jasne, po prostu nagle uderzył we mnie ten lodowaty wiatr i trochę mnie oszołomiło — skłamała gładko. — Chodźmy z powrotem na rynek.
Wróciła z nimi na festyn. Przez kolejną godzinę krążyli między stoiskami, ale Aveline trwała tam tylko ciałem. Dopiero gdy festiwal powoli dobiegał końca, a oni zmierzali w stronę domów, z dala od jarmarcznego zgiełku, poczuła, że musi to z siebie wyrzucić.
Zatrzymała się na opustoszałym chodniku i spojrzała prosto na Ines i Silasа.
— Słuchajcie… na tym placyku ja nie tylko zmarzłam. Widziałam tam kogoś. Dziewczynę. Płakała, była przerażona, miała na sobie stare, zniszczone, brudne ubrania, a jej stopy krwawiły. Pobiegłam za nią, żeby jej pomóc, ale ona… wbiegła na ślepy plac otoczony murami i po prostu zniknęła. Nigdzie jej nie było.
Ines i Silas zatrzymali się gwałtownie, a ich twarze momentalnie stężały. Przez chwilę panowała głucha cisza.
— Czekaj, co? — Ines złapała ją mocno za przedramię, a v jej oczach pojawił się autentyczny strach. — Aveline, czy ten ktoś cię gonił? Ktoś cię napadł? Może podał ci coś w tłumie? Silas, dzwoń na policję, natychmiast. Ludzie na takich imprezach bywają nieobliczalni, może to jakaś uciekinierka albo ofiara napaści!
— Nie, nie, czekajcie! Nikt mnie nie dotknął! — Aveline pośpiesznie zaczęła ich uspokajać, widząc, że Silas już z powagą wyciąga telefon z kieszeni. — Ona po prostu… zniknęła. Jakby rozpłynęła się w powietrzu.
Słysząc to, Silas opuścił rękę z telefonem, a jego zaniepokojenie zmieniło się w głęboki, pełen troski sceptycyzm. Wymienił szybkie spojrzenie z Ines. Oboje traktowali Aveline śmiertelnie poważnie, ale wersja o zjawach kompletnie do nich nie trafiała. Pomyśleli raczej, że ich przyjaciółka, wciąż nosząca w sobie bolesną stratę rodziców, przeżyła nagły atak paniki lub halucynacje wywołane dusznością, dymem ze spektaklu i ogromnym zmęczeniem.
— Aveline… — Ines powiedziała cicho, łagodząc głos i tuląc ją ramieniem. — Chodźmy do domu. Musisz natychmiast odpocząć. Jutro rano spojrzysz na to spokojniej.
Rozdział drugi
Dym, którego nie ma
Aveline zerwała się na równe nogi, zanim jej oszołomiony umysł zdołał zarejestrować, że nocny koszmar dobiegł końca. W jej ustach wciąż trwał cierpki, gorzki posmak popiołu, a w uszach rezonowało desperackie „Pomóż”, które w snach brzmiało niemal jak ogłuszający krzyk. Gwałtownie złapała powietrze, dotykając drżącą dłonią zlanej zimnym potem szyi. Pokój tonął w szarym, ponurym, niedzielnym poranku, a za oknem miarowo rzęził listopadowy deszcz.
Wstała z łóżka, a bose stopy natychmiast skurczyły się na lodowatych panelach. Dom witał ją tą samą, niezmienną, przytłaczającą ciszą. Odkąd rodziców zabrakło, ściany budynku wydawały się dziwnie grubsze, a puste, chłodne pokoje zdawały się chłonąć każdy najmniejszy dźwięk.
Podeszła do biurka, na którym leżał wisiorek. Znalazła go wczoraj w zaułku, tuż po tym, jak tajemnicza dziewczyna rozpłynęła się w powietrzu. Podniosła go ostrożnie. Metal, wczoraj lodowaty, teraz wydawał się dziwnie martwy, jakby pociemniał od nocnego czadu, a w powietrzu znów uniósł się ulotny, drażniący zapach spalonego drewna. Aveline wzdrygnęła się i szybko schowała go na samo dno drewnianej kasetki, zatrzaskując wieczko. Miała wrażenie, że chowa do szuflady żywy płomień.
Przeszła przez korytarz, w którym miarowe tykanie ściennego zegara brzmiało teraz nieznośnie głośno, i zeszła po schodach do ciemnej kuchni.
Nawet intensywny zapach świeżo parzonej, czarnej kawy nie potrafił przegonić lepkiego niepokoju. Siedząc przy kuchennym stole, Aveline otworzyła laptopa i drżącymi palcami wpisała w wyszukiwarkę: Winterbourne historyczne pożary tragedie legendy.
Jasny ekran rozbłysnął, wyrzucając dziesiątki suchych wpisów o rozwoju lokalnego rzemiosła i architekturze miasteczka. Dopiero na jednej z niszowych, zakurzonych stron, prowadzonej przez lokalnego pasjonata, trafiła na lakoniczny, stary artykuł. Nagłówek głosił: Wielki Ogień z 1692 roku. Według zapisków kronikarskich, tamtej mroźnej, wietrznej jesieni spłonęła niemal jedna trzecia ówczesnej osady, w tym cała dzielnica tkaczy. Przyczyna oficjalnie nigdy nie została ustalona, a autor tekstu wspomniał jedynie o „powszechnej, krwawej histerii i szukaniu winnych wśród najuboższych mieszkańców”. Żadnych konkretnych nazwisk, żadnych szczegółów.
Aveline wpatrywała się w ekran, dopóki zamazany obraz nie zaczął jej uciekać. Czy ta bosa, zakrwawiona dziewczyna z zaułka mogła mieć z tą dawną tragedią coś wspólnego?
— Przecież to niedorzeczne — mruknęła ostro do siebie, gwałtownie zatrzaskując laptopa.
Godzinę później, szczelnie owinięta grubym szalem, pchnęła ciężkie, przeszklone drzwi kawiarni The Old Oak, w której intensywny zapach cynamonu, goździków i mielonych ziaren kawy natychmiast uderzył w jej zmarzniętą twarz. Ines i Silas siedzieli już w ich stałym, ustronnym boksie pod dużym oknem.
— No nareszcie! — zawołała głośno Ines, odsuwając na bok filiżankę. Przyjrzała się Aveline z ukosa, mrużąc badawczo oczy. — Wyglądasz, jakbyś przespała maksymalnie dwadzieścia minut. Dalej przeżywasz tę wczorajszą sytuację z bocznej uliczki?
— Po prostu kiepsko spałam — ucięła krótko Aveline, siadając naprzeciwko nich i ogrzewając dłonie o podany przez kelnera kubek gorącej czekolady.
— Mówiłem ci, Ines, że mroczny klimat tego festiwalu potrafi siąść na psychikę — wtrącił Silas, opierając się ciężko o drewniany stół. W jego ciemnych oczach natychmiast zapaliła się ta charakterystyczna, badawcza iskra, którą miał zawsze, gdy schodzili na tematy historyczne. — Te ciasne zaułki, gęsty dym, stare stroje aktorów… Zresztą, Winterbourne ma cholernie ciężką, krwawą historię, jeśli chodzi o takie klimaty. Akurat wczoraj, po tym jak poszłyście do domów, rozmawiałem z jednym z organizatorów o dawnych legendach naszej okolicy. Słyszałyście kiedyś o „Cichej Tkaczce”?
Aveline zamarła z kubkiem uniesionym do samych ust.
— O kim? — zapytała cicho, starając się, by jej głos brzmiał całkowicie neutralnie.
— To taka nasza, lokalna wersja opowieści ku przestrodze — zaczął Silas, wyraźnie zadowolony, że ma skupionych słuchaczy. — Podobno podczas Wielkiego Pożaru w XVII wieku, kiedy miasteczko trawił niszczycielski ogień, mieszkańcy oszaleli ze strachu i wściekłości. Potrzebowali kozła ofiarnego. Padło na młodą, samotną dziewczynę, niemą pomocnicę jednego z rzemieślników. Przerażeni ludzie uznali, że jej milczenie to ewidentny znak paktu z nieczystymi siłami, a pożar wybuchł przez jej „uprawę czarów”. Napiętnowano ją oficjalnie jako czarownicę i bezwzględną podpalaczkę.
Silas zniżył głos do tajemniczego szeptu, konspiracyjnie pochylając się nad blatem.
— Ale najmroczniejsze jest to, co z nią zrobili. Sąd w Winterbourne był wtedy potwornie surowy, ale lokalni dygnitarze bali się rozlewu jej krwi, więc nie skończyła na stosie. Mroczna legenda mówi, że uwięziono ją w fundamentach jednego z powstających budynków i żywcem zamurowano w zimnej ścianie, by jej milczenie trwało na wieki, a rzekomy urok został zamknięty w kamieniu. Oficjalnie to tylko makabryczny, zmyślony miejski mit, bo nigdy nie znaleziono żadnych dowodów ani ciał, ale…
— Przestań, Silas, to jest potworne — przerwała mu ostro Ines, wzdrygając się ostentacyjnie.
Aveline nie odpowiedziała. Poczuła, jak cała krew momentalnie odpływa jej z twarzy, a w kawiarni, mimo buchającego z grzejników ciepła, zrobiło się lodowato. Szara, lniana suknia. Zapach spalenizny. Bezgłośne usta. Wszystko zaczynało przerażająco, idealnie do siebie pasować. Dziewczyna z zaułka nie była aktorką. Była ucieleśnieniem tej dawnej, potwornej historii. A amulet ukryty w jej pokoju był tego namacalnym dowodem.
— Aveline? Wszystko okej? — Silas dotknął delikatnie jej ramienia, zauważając jej nagłe, kamienne odrętwienie.
— Tak… Tak, po prostu ta historia jest dość… sugestywna — wykrztusiła z trudem, wstając gwałtownie od stołu. — Przepraszam was, muszę na chwilę wyjść na świeże powietrze. Zaraz wrócę.
Nie czekając na ich reakcję, złapała płaszcz i pospiesznie wyszła z kawiarni. Deszcz na moment ustał, pozostawiając po sobie jedynie wilgotny, zimny, gęsty parawan mgły. Aveline oparła się o niski murek na parkingu przed kawiarnią, próbując uspokoić galopujące, chaotyczne myśli. Jeśli ta dziewczyna była duchem zamurowanej tkaczki, to dlaczego pojawiła się właśnie teraz? I dlaczego akurat jej prosiła o pomoc?
Nagle ostry dreszcz na karku kazał jej podnieść wzrok.
Po drugiej stronie ulicy, na szarym parkingu przed kompleksem biurowym, stał czarny, lśniący, luksusowy samochód. Przy otwartych drzwiach od strony pasażera stał Ethan Vance. Miał na sobie ciemny, doskonale skrojony płaszcz, a jego twarz, pozbawiona jakichkoľvek emocji, była gładką, niedostępną maską.
Aveline zmrużyła oczy. Prawą dłoń trzymał głęboko w kieszeni, ale gdy poprawiał kołnierz płaszcza, zauważyła biały materiał bandaża wystający spod mankietu.
Nie ruszał się. Patrzył prosto, bezpośrednio na nią.
Aveline poczuła, jak czas gwałtownie zwalnia, a stłumione odgłosy przejeżdżających w oddali aut całkowicie cichną. Ich wzrok spotkał się i zamarł w całkowitym bezruchu na długą, gęstą od paraliżującego napięcia chwilę. Ethan nie odwrócił oczu, nie udawał, że jej nie widzi, ani nie rzucił lekceważącego uśmieszku. Jego spojrzenie było twarde, badawcze, przenikliwe i niepokojąco skupione — nie było w nim ciekawości, była w nim niemal oskarżycielska pewność. Jakby doskonale wiedział, co zniknęło wczoraj z bruku, i szukał potwierdzenia, że to ona trzyma teraz klucz do jego tajemnicy.
Aveline patrzyła na niego jak urzeczona, ignorując lodowaty wiatr, który targał jej płaszczem. W tamtym momencie nie miała pojęcia, kim Ethan jest w tej całej historii i dlaczego ten chłopak z wpływowej rodziny założycieli miasta szukał tego samego wisiorka. Wiedziała tylko jedno — między nimi zrodziła się nić tajemnicy, której nie da się już zerwać, a jego poparzona dłoń była kolejnym mrocznym elementem tej zagadki.
— Ethan! Ruchy, spóźnimy się! — Ze środka samochodu dobiegł zniecierpliwiony, głośny głos jednego z jego znajomych.
Czar pękł. Ethan drgnął delikatnie, oderwał swój intensywny wzrok od Aveline i bez słowa wsiadł do ciemnego wnętrza pojazdu. Ciężkie drzwi trzasnęły z głuchym odgłosem, a samochód sekundę później ruszył, niknąc w gęstej, listopadowej mgle.
Aveline została na chodniku zupełnie sama, odprowadzając go pustym wzrokiem, podczas gdy wiatr znów przyniósł ze sobą niewytłumaczalny, ledwo wyczuwalny zapach spalonego drewna.
Rozdział trzeci
Zimne ślady
Zaułek przy rynku o piątej rano wyglądał zupełnie inaczej niż w noc festynu. Nie było w nim magii, tylko brudna, przytłaczająca rzeczywistość małomiasteczkowego świtu. Mgła wciskała się pod kołnierz płaszcza Aveline Thorne, a lodowaty, drobny deszcz bezlitośnie smagał jej twarz, gdy klęczała na mokrym bruku. Serce waliło jej jak oszalałe — bała się, że lada chwila zza węgła wyjdzie miejski stróż albo pijany spóźnialski, ale obsesyjny przymus był silniejszy niż wstyd.
Szukała czegokolwiek. Przeciągała drżącą palcami po chropowatych fakturach starych, siedemnastowiecznych cegieł, dokładnie w miejscu, w którym bosa dziewczyna zapadła się pod ziemię. I wtedy to poczuła. Jej palec wskazujący natrafił na wgłębienie, z którego bił nienaturalny, wręcz bolesny chłód. Gdy cofnęła dłoń, na opuszku palca lśniło kilka ciemnych, niemal czarnych kropel. Wyglądały jak krew, ale nie miały w sobie domieszki deszczówki, nie rozmazywały się — tkwiły na cegle niczym zamarznięty lak. Tuż obok, wetknięta głęboko w szczelinę, jakby wepchnięta tam w pośpiechu sekundę przed katastrofą, błyszczała zmatowiała krawędź metalu. Aveline musiała użyć całego impetu, raniąc sobie paznokcie, by wyszarpać ze ściany to poczerniałe, zdeformowane srebro. Gdy tylko zamknęła je w dłoni, zapach spalenizny uderzył ją w nozdrza z taką siłą, że omal nie zwymiotowała.
Teraz, cztery dni później, ten sam metal spoczywał w jej kieszeni, gdy siedziała w dusznej, ciemnej sali wykładowej. Zima powoli, bezwzględnie wgryzła się w Winterbourne. Robotnicy miejscy pośpiesznie uprzątnęli jarmarczne stoiska, pozostawiając rynek pustym i przeraźliwie cichym. Sala historii regionalnej, wciśnięta w najstarsze skrzydło szkoły, tonęła w przytłaczającym półmroku, a wysokie okna drżały pod naporem wiatru. Profesor Wyatt monotonnie stukał kredą o tablicę, rozpisując strukturę cechów rzemieślniczych z siedemnastego wieku.
Ethan Vance siedział sam, w ostatniej ławce pod ścianą, niemal stopiony z głębokim cieniem. Wyglądał nienagannie i chłodno — czarny, wełniany golf kontrastował z jego bladą twarzą, a wzrok trzymał utkwiony w oknie, ignorując wykład.
Aveline weszła do sali sekundę przed dzwonkiem. Zamiast skierować się ku Ines i Silasowi, którzy machali do niej z pierwszego rzędu, ruszyła prosto w stronę ciemnego kąta. Czuła na sobie zdziwione spojrzenia przyjaciół, ale ignorowała je. Podeszła do ostatniej ławki, bez słowa odsunęła ciężkie, skrzypiące krzesło i usiadła tuż obok Ethana.
Chłopak drgnął zaledwie dostrzegalnie. Nie odwrócił głowy, ale jego szczęka gwałtownie się zacisnęła, a dłoń trzymająca eleganckie, wieczne pióro na moment znieruchomiała.
— To miejsce jest zajęte — rzucił lodowatym, ledwo słyszalnym szeptem, wciąż wpatrując się w szybę.
— Już nie — odpowiedziała równie cicho Aveline, spokojnie wyciągając z torby stary zeszyt. — Musimy porozmawiać, Ethan. I oboje wiemy o czym.
— Nie mamy o czym rozmawiać — uciął krótko. — Pomyliłaś ławki.
Aveline pochyliła się lekko nad blatem, udając, że pilnie przepisuje z tablicy datę 1692. Jej głos stał się aksamitny, subtelny, ale podszyty bezwzględną pewnością siebie.
— Cztery dni temu, boczna ulica przy rynku. Ślepy plac z czerwonej cegły. Stałeś tam i drżałeś ze strachu dokładnie tak samo jak ja. Widziałeś tę dziewczynę. Słyszałeś ją. Możesz udawać przed całym miastem, że kontrolujesz wszystko dookoła, ale przede mną nie musisz.
Te słowa uderzyły celnie. Ethan gwałtownie odwrócił głowę, a jego ciemne, świdrujące oczy rozbłyskiwały niebezpiecznym blaskiem. Siedzieli tak blisko, że Aveline słyszała jego przyspieszony oddech.
— Radzę ci pilnować własnego nosa, Aveline — syknął. — To, co wydarzyło się na festynie, było tylko… złudzeniem optycznym. Zbiorową halucynacją w ciemnym zaułku. Zapomnij o tym.
— Halucynacje nie zostawiają śladów — odparowała twardo, zniżając głos jeszcze bardziej. Opowiedziała mu o porannych poszukiwaniach, o lodowatych kroplach na cegle i o tym, jak wyszarpała metal ze szczeliny.
Gdy skończyła, powoli wsunęła dłoń pod blat ławki, otworzyła wewnętrzną kieszeń płaszcza i wyciągnęła z niej drobny przedmiot. Zacisnęła go w pięści, po czym położyła dłoń na drewnianym blacie, tuż przy ramieniu Ethana. Otworzyła palce.
Na jej dłoni leżała mała, ciężka, wykonana z poczerniałego ze starości srebra baza starodawnego wisiorka — okrągła, pusta w środku oprawa, ozdobiona misternym, grawerowanym motywem splecionych nici i płomieni. Brzegi metalu były lekko zniekształcone od ognia, a ze szczelin wciąż ulatniał się subtelny zapach spalonego drewna.
Ethan spojrzał na jej dłoń i w tym samym ułamku sekundy krew całkowicie odpłynęła mu z twarzy. Jego źrenice rozszerzyły się tak gwałtownie, że niemal przysłoniły tęczówki. Dłoń, w której trzymał pióro, zacisnęła się tak mocno, że plastik zatrzeszczał cicho.
— W szczelinie? — wykrztusił Ethan, a jego szept stracił cały swój dotychczasowy chłód, stając się chropowaty, podszyty autentycznym przerażeniem. — Niemożliwe. To… to miejsce było sprawdzane. Nie miało prawa tam być.
Aveline uniosła lekko brwi, natychmiast wyłapując zmianę w jego zachowaniu. Zamiast tłumaczyć się, postanowiła przejąć kontrolę.
— Widzę, że doskonale wiesz, co to jest, Ethan. Więc teraz twoja kolej. Przestań kłamać o halucynacjach.
Ethan walczył ze sobą przez długie sekundy. Przełknął ciężko ślinę, wpatrując się w srebrną oprawę. Przeklął pod nosem, zdając sobie sprawę, że dziewczyna nie odpuści. Magnetyzm tego znaleziska okazał się silniejszy niż jego duma.
Powolnym ruchem sięgnął do wewnętrznej kieszeni swojej kurtki. Gdy wyciągnął dłoń, jego palce wyraźnie drżały. Położył na blacie idealnie gładkie, owalne oczko wisiorka wykonane z rzadkiego, ciemnoczerwonego minerału, przypominającego zakrzepłą krew. Na jego powierzchni wyryto geometryczny symbol oka, otoczonego falami uciekającego dymu.
Aveline zamarła. Zanim zdążyła racjonalnie pomyśleć, Ethan powoli pchnął czerwony kamień w stronę jej otwartej dłoni, na której spoczywało srebro.
To, co wydarzyło się sekundę później, sprawiło, że obojgu zamarły serca.
Gdy krwawnik znalazł się zaledwie dwa centymetry od srebrnej oprawy, między przedmiotami zrodziło się nienaturalne, silne przyciąganie. Metal w dłoni Aveline drgnął, stawiając fizyczny opór, jakby ożył. Ethan musiał mocniej zaprzeć palce o blat, by utrzymać kamień, który wyrywał mu się do przodu. Przestrzeń między dwoma elementami zaczęła dziwnie falować, zniekształcając obraz drewnianych słojów ławki, jak rozgrzane powietrze nad asfaltem.
Z cichym, głębokim, niemal magnetycznym kliknięciem, kamień wyrwał się z palców Ethana i wskoczył idealnie w srebrne gniazdo. Pasował co do milimetra.
W tym samym ułamku sekundy przez salę wykładową przeszła fala lodowatego, nienaturalnego powietrza. Nie był to zwykły przeciąg — wiatr uderzył od środka klasy, mierzwiąc włosy Aveline i zrzucając kilka kartek z biurka profesora Wyatta. W uszach obojga nastolatków rozbrzmiał cichy, suchy trzask płonących gałęzi, tak wyraźny, jakby tuż obok nich stało ognisko.
Aveline gwałtownie zacisnęła dłoń w pięść, ukrywając połączony przedmiot i odcinając to dziwne zjawisko. Oboje oddychali ciężko, wpatrując się w siebie z czystym, nagim szokiem.
— To należało do niej — wyszeptała Aveline, czując, jak serce tłucze się jej o żebra. — Silas opowiada legendę o dziewczynie z pożaru… Ona naprawdę istniała, Ethan. A ten wisiorek…
— Schowaj to. Natychmiast — przerwał jej szorstko Ethan, a jego głos odzyskał dawną, twardą strukturę. Pochylił się ku niej tak blisko, że czuła chłód bijący od jego skóry. — Słuchaj mnie uważnie, Aveline. To, co tu się stało, to, co widzieliśmy w zaułku… to zostaje tylko i wyłącznie między nami. Rozumiesz? Ani słowa tej twojej wścibskiej przyjaciółce, ani słowa Silasowi. Jeśli komukolwiek pisnęłaś choćby słowo, gorzko tego pożałujesz.
— Nie strasz mnie, Vance — fuknęła, choć dreszcz lęku przemknął jej po plecach. — Potrzebujemy siebie nawzajem. Ty masz wiedzę, ja mam drugą część. Sam nic nie zdziałasz.
Ethan zmrużył oczy, a na jego twarz powoli wracała ta dumna, okrutna pewność siebie.
— Myślisz, że jesteśmy partnerami? — uśmiechnął się kpiąco, bezwzględnie odsuwając się od niej. — Mylisz się. Jesteś tylko przypadkowym świadkiem, który znalazł coś, co do niego nie należy. Nie mam zamiaru łączyć z tobą sił, Aveline. Trzymaj się ode mnie z daleka, bo ta historia cię zniszczy, zanim w ogóle zrozumiesz, w co się wmieszałaś.
W tym samym momencie głośny, piskliwy dzwonek obwieścił koniec lekcji, brutalnie rozrywając gęstą atmosferę sekretu. Profesor Wyatt zaczął zbierać rozsypane przez nagły podmuch kartki, a w sali natychmiast wybuchł gwar pakowanych książek i odsuwanych krzeseł.
Ethan nie czekał ani sekundy. Złapał swoją torbę, wstał gwałtownie i bez oglądania się za siebie ruszył ku wyjściu, błyskawicznie wtapiając się w tłum uczniów opuszczających klasę.
Aveline została w ławce, wciąż czując pulsowanie lodowatego ciepła w kieszeni płaszcza. Nie zdążyła jednak zebrać myśli, bo nad jej ławką nagle wyrosły dwie sylwetki.
— No dobra, laska, a teraz gadaj — Ines skrzyżowała ramiona na piersi, wpatrując się w Aveline wzrokiem, który nie znosił sprzeciwu. Jej ciemne loki wciąż były wilgotne od deszczu. — Co to miało być? Od kiedy ty i Ethan Vance nadajecie na tych samych falach? Siedzieliście tak blisko, jakbyście planowali morderstwo.
Silas stał tuż za nią, poprawiając ramiączko ciężkiego plecaka. Jego twarz była spokojniejsza, ale w oczach czaił się wyraźny niepokój.
— Ave, wszystko w porządku? — zapytał cicho, zniżając głos. — Gość wyglądał, jakby zobaczył ducha, kiedy stąd wychodził. Przez chwilę myślałem, że na ciebie naskoczy.
Aveline poczuła, jak gardło jej się zaciska. Spojrzała na swoich przyjaciół — ludzi, przed którymi dotąd nie miała żadnych tajemnic. Przez ułamek sekundy chciała wyciągnąć amulet, położyć go na blacie i powiedzieć: „Patrzcie, legenda Silasa o Cichej Tkaczce jest prawdziwa”. Ale w uszach wciąż brzmiał jej szorstki, desperacki szept Ethana: Gorzko tego pożałujesz. Coś w głębi duszy podpowiadało jej, że chłopak miał rację — ta wiedza była jak trucizna. Im mniej osób ją znało, tym bezpieczniejsi byli.
Wymusiła na ustach lekki, lekceważący uśmiech, choć jej palce w kieszeni mocniej zacisnęły się wokół wisiorka.
— Dajcie spokój, nic się nie stało — powiedziała, pakując podręcznik do torby z udawanym spokojem. — Chciałam tylko pożyczyć notatki z zeszłego tygodnia, bo Wyatt mówił, że Vance ma najlepsze kalendarium. A hon… cóż, potraktował mnie jak zwykle. Jak powietrze. To nadęty bufon i tyle.
Ines zmrużyła oczy, ewidentnie niespełniona tą odpowiedzią.
— Bufon to mało powiedziane. Ale minę miał taką, jakbyś mu właśnie powiedziała, że jego luksusowa fura spłonęła na parkingu. Jesteś pewna, że tylko o to chodziło?
— Absolutnie — skłamała Aveline, wstając z krzesła. Jej serce znowu przyspieszyło, gdy poczuła, jak połączony amulet w kieszeni delikatnie drga przy każdym jej ruchu. — Chodźmy stąd, zanim Wyatt każe nam pomagać w zbieraniu tych kartek. Umieram z głodu.
Kłamstwo miało jednak swoją cenę. Aveline nie potrafiła usiedzieć w domu. Wieczorem, gdy Winterbourne utonęło w gęstej, mlecznej mgle, a latarnie rzucały na chodniki blade, rozmyte kręgi światła, dziewczyna parła przed siebie bez wyraźnego celu. Chłód przenikał jej ubranie, ale ona niemal go nie czuła. Całą jej istotę absorbowała potężna gonitwa myśli.
W jej głowie, niczym w zaciętym projektorze filmowym, na zmianę mieszały się dwa obrazy. Najpierw bosa tkaczka — jej przerażone, nieme usta, jej palce wyciągnięte w stronę nieba, skóra lśniąca w blasku niewidzialnego ognia. A sekundę później Ethan. Jego zazwyczaj zimna, idealna maska arcybogatego, pewnego siebie panicza pękająca na pół w ciemnym kącie klasy. To miejsce było sprawdzane. Nie miało prawa tam być. Te słowa dźwięczały Aveline w uszach. Co to znaczyło? Kto sprawdzał to miejsce? Jego rodzina? On sam? Czego szukali i dlaczego ukrywali prawdę?
Aveline wsunęła dłoń głęboko do kieszeni płaszcza. Jej palce zacisnęły się na połączonym amulecie. Wyciągnęła go odrobinę, pozwalając, by chłodne, zamglone światło latarni odbiło się w krwawniku. Przejechała kciukiem po nienaturalnie idealnym łączeniu srebra i kamienia. Poczuła, jak przez jej ciało przebiega delikatny dreszcz, jakby dotykała czegoś naładowanego prądem.
W tym samym ułamku sekundy, całkowicie odcięta od rzeczywistości, zaryzykowała zbyt wiele. Przed jej oczami na moment znowu błysnął ogień, a w nozdrzach poczuła intensywny zapach płonącej wełny. Straciła czujność.
— Hej! Oszalałaś?! — gwałtowny, męski głos wyrwał ją z transu.
Aveline potknęła się, wpadając z całym impetem na jakiegoś postawnego przechodnia w ciężkiej kurtce. Siła uderzenia była tak duża, że dziewczyna straciła równowagę. Jej dłoń bezwiednie się otworzyła, a wisiorek wyślizgnął się z jej palców.
Serce podeszło jej do gardła. Czas gwałtownie zwolnił. Zanim jednak amulet uderzył o twardy, brudny beton, gdzie mógłby pęknąć albo wpaść w szczelinę studzienki kanalizacyjnej, Aveline rzuciła się do przodu, niemal klękając na mokrym chodniku. Złapała go w locie, centymetr nad ziemią, boleśnie obijając sobie nadgarstek.
— Patrz, jak łazisz, dziewczyno! — fuknął poirytowany mężczyzna, omijając ją szerokim łukiem i kręcąc głową z dezaprobatą.
Aveline oddychała ciężko, klęcząc w mglistej mazi. Jej serce tłukło się o żebra jak oszalałe. Schowała wisiorek głęboko w dłoni, przysięgając sobie, że nie wyciągnie go już w miejscu publicznym. Była roztrzęsiona. Potrzebowała minuty spokoju, schronienia przed wilgocią i jaskrawego, normalnego światła, które odpędziłoby te mroczne powidoki.
Skierowała się w stronę małego, całodobowego minimarketu na rogu ulicy świętej Judy. W środku było pusto, a jarzeniówki brzęczały cicho, odbijając się w tanich, linolenowych płytkach. Zapach parzonej na zapleczu kawy i chemii gospodarczej podziałał na nią trzeźwiąco. Aveline podeszła do lodówek, niezdarnie przesuwając wzrokiem po butelkach z napojami, wciąż próbując opanować drżenie rąk.
Nagle poczuła, że ktoś za nią stoi. Ciepłe powietrze w sklepie zawirowało, a do jej nozdrzy dotarł zapach drogich perfum, luksusowej skóry i delikatnej, lodowatej świeżości. Ten sam, który czuła kilka godzin temu w ostatniej ławce.
Zamknęła oczy. Zanim zdążyła się odwrócić, tuż przy jej uchu rozbrzmiał cichy, aksamitny, ale przerażająco twardy głos.
— Jesteś niesamowicie nieostrożna, Thorne.
Aveline drgnęła, gwałtownie odwracając głowę. Ethan Vance stał tuż obok niej, udając, że sięga po butelkę wody z sąsiedniej półki. Jego twarz była znowu idealnie spokojna, nienaganna, pozbawiona jakichkolwiek emocji, ale w jego ciemnych oczach czaiła się lodowata groźba.
— Chodziłeś za mną? — wyszeptała twardo, starając się, by jej głos nie zadrżał.
Ethan nie odpowiedział bezpośrednio. Przysunął się o centymetr bliżej, udając, że analizuje etykietę soku. Ich ramiona niemal się stykały.
— Powiem to tylko raz, więc zakoduj to w tej swojej upartej głowie — syknął, a jego szept wbił się w nią jak ostrze. — Zostaw to wszystko. Daj sobie spokój, zamknij tę rzecz w najgłębszej szufladzie i zapomnij, że kiedykolwiek widziałaś mnie w tamtym zaułku. Nie masz pojęcia, z czym igrasz, Aveline. Jeśli nie odpuścisz, ta historia wciągnie cię pod ziemię szybciej, niż zdążysz krzyknąć.
Zanim dziewczyna zdążyła jakkolwiek zareagować, Ethan odstawił butelkę, odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę wyjścia. Gdy mijał ją w wąskiej alejce, jego ramię mocno pchnęło jej bark, brutalnie wyrywając ją z miejsca.
Aveline odprowadziła go wzrokiem. Dzwoneczek nad drzwiami sklepu zadzwonił cicho, gdy chłopak wyszedł wprost w gęstniejącą mgłę Winterbourne. Dziewczyna stała nieruchomo między lodówkami, zaciskając dłoń na kieszeni płaszcza. Ethan myślał, że jego groźby ją przestraszą i zmuszą do ucieczki. Ale Vance bardzo słabo znał Aveline Thorne. Jego desperackie ostrzeżenie osiągnęło dokładnie odwrotny skutek — teraz była już absolutnie pewna, że dotknęła tajemnicy, dla której warto zaryzykować wszystko.
Rozdział czwarty
Przymusowy sojusz
Zimowy poranek w Winterbourne nie przyniósł słońca, a jedynie kolejną warstwę brudnego, zmarzniętego błękitu, który rozlał się nad dachami miasta. Aveline Thorne nie zmrużyła oka nawet na minutę. Całą noc spędziła w łóżku, wpatrując się w gęstniejące na suficie cienie, które pod wpływem światła latarni z ulicy zdawały się nienaturalnie wydłużać i falować, przypominając kłęby dymu. Schowany pod poduszką amulet emitował subtelne, miarowe wibracje, a w zamkniętym pokoju — mimo mrozu za oknem — co jakiś czas unosił się ledwo wyczuwalny, suchy zapach spalonego drewna. Groźby Ethana ze sklepu całodobowego, zamiast ją złamać, zadziałały jak zapalnik. Dziewczyna czuła, że dotknęła czegoś, co od wieków próbowano zatrzeć w pamięci mieszkańców.
Zamiast pójść na pierwsze lekcje, skierowała się w stronę najstarszej, niemal wymarłej dzielnicy Winterbourne. Miejska biblioteka i archiwum mieściły się w budynku, który dawniej pełnił funkcję pruskiego spichlerza. Wzniesiony z ciemnego, niemal czarnego od wilgoci kamienia gmach z wąskimi okienkami tkwił wciśnięty między odrapane kamienice. Nad ciężkimi, dębowymi drzwiami wejściowymi, obitymi zardzewiałą blachą, stary gzyms zbierał resztki brudnego lodu, który co chwilę z cichym trzaskiem spadał na brukowany chodnik.