ROZDZIAŁ 1
Elen otworzyła drzwi domu jedną ręką. Drugą trzymała dłoń Sophie, która opierała głowę o jej ramię. Dziewczynka była zmęczona całym dniem w przedszkolu, ale nie narzekała. Nigdy nie narzekała.
W środku panowała cisza. Nie ta spokojna, domowa. Ciężka, napięta. Taka, przy której człowiek zaczyna oddychać ciszej.
Elen zapaliła światło w salonie i zatrzymała się wpół kroku.
Daniel leżał na kanapie w tej samej pozycji, w jakiej widziała go już dziesiątki razy. Buty nadal miał na nogach. Koszula była rozpięta pod szyją. W jednej ręce trzymał pilot, w drugiej pustą butelkę po wódce. Telewizor mrugał zmieniającymi się obrazami, których nikt nie oglądał. Jeszcze niedawno próbowała go budzić. Dziś tylko odwróciła wzrok.
Sophie spojrzała na ojca tylko przez chwilę, po czym mocniej ścisnęła dłoń matki.
— Chodź, skarbie — powiedziała Elen cicho. — Najpierw kolacja, później kąpiel.
Jej głos był opanowany. Wyćwiczony. Brzmiał dokładnie tak, jak powinien brzmieć w domu, w którym dziecko nie może wiedzieć wszystkiego. Nie odwróciła się, gdy za plecami usłyszała niewyraźne mruknięcie Daniela. Wiedziała, że rano nie będzie pamiętał tej chwili, ani kolejnej granicy, którą właśnie przekroczył. Kiedyś próbowała mu przypominać. Teraz już nie. W kuchni oparła dłonie o blat i przez kilka sekund pozwoliła sobie zamknąć oczy. Jeszcze trochę, pomyślała. Wytrzymam, bo przecież tak wygląda odpowiedzialność.
Nie wiedziała, że czasu zostało znacznie mniej, niż przypuszczała.
ROZDZIAŁ 2
Elen poznała Daniela w pierwszych tygodniach studiów, w kolejce po kawę, która zawsze była zbyt długa i zbyt wolna jak na poranne wykłady.
— Jeśli ta kolejka będzie się jeszcze tak ciągnęła, to zdążymy się tu zestarzeć — usłyszała za sobą.
Odwróciła się i zobaczyła wysokiego bruneta z lekko rozbawionym uśmiechem. Miał w sobie swobodę kogoś, kto nigdy nie musiał walczyć o miejsce przy stole.
— Możesz spróbować szczęścia w automacie na parterze — odpowiedziała. — Podobno działa szybciej.
— Próbowałem. Smakuje jak kara za wszystkie życiowe błędy. Parsknęła śmiechem.
— Daniel.
— Elen.
Uścisk dłoni trwał ułamek sekundy, ale jego spojrzenie zatrzymało się na niej dłużej. Był pewny siebie, ale nie nachalny. Potrafił słuchać. Kiedy mówiła, odkładał telefon. Zaczęli spotykać się coraz częściej. Kolacje, wspólna nauka, długie rozmowy o przyszłości. I wtedy pojawił się pierwszy zgrzyt.
— Nie wyobrażam sobie życia na odległość — powiedział pewnego wieczoru. — Po studiach wracam do rodzinnego miasta. Tam jest firma moich rodziców. Tam jest moja przyszłość.
— A moja? — zapytała cicho.
Uśmiechnął się tak, jakby to pytanie było dziecinną wątpliwością.
— Ty możesz pracować wszędzie. Ja firmy ze sobą nie zabiorę.
Mówił to jakby powtarzał zdanie, które słyszał od lat. Jak fakt. Jak coś oczywistego.
Patrzyła na niego długo, wiedząc już, że to nie jest rozmowa. To decyzja. Kilka miesięcy później wzięli ślub. Elen powoli zaczynała rozumieć, że decyzje podjęte z miłości czasem kosztują więcej, niż człowiek jest gotów zapłacić. Niedługo potem dowiedziała się, że ich przyszłość przyspieszyła bardziej, niż planowali. Rodzice Elen nie sprzeciwiali się jej decyzji, ale towarzyszyło im wiele obaw. Wiedzieli, że przez odległość nie będą uczestniczyć w jej życiu tak, jakby chcieli. Dzieliło ich nie tylko kilkaset kilometrów, lecz także świadomość, że ich córka zaczyna budować przyszłość z dala od domu.
Matka martwiła się szczególnie. Miała nadzieję, że w nowej rzeczywistości nie zapomni o sobie i zadba o własną niezależność. Elen zostawiła pracę i przeprowadziła się za Danielem, rezygnując z awansu, na który czekała rok.
ROZDZIAŁ 3
Dom dostali w prezencie ślubnym. Stał na lekkim wzniesieniu, z szerokim podjazdem i ogrodem, który wyglądał jak z katalogu. Tego typu domy sprawiały, że ludzie zwalniali kroku, żeby przyjrzeć się detalom.
Daniel był dumny. Elen — onieśmielona. Ojciec Daniela od początku patrzył na nią z wyraźną aprobatą. Cenił jej inteligencję i niesztuczną pewność siebie. Obawiał się, że jego syn zwiąże się z kimś próżnym. Elen była przeciwieństwem. Elen natomiast ceniła swojego teścia za przedsiębiorczość — i nic poza tym. Był arogancki, nie szanował swoich pracowników. Zapamiętała jego zapach: droga woda kolońska zmieszana z alkoholem. Intensywna. Dusząca. Jakby perfumy miały ukryć coś, czego ukryć się nie da. Wtedy jeszcze nie rozumiała, że niektóre zapachy wracają w najmniej oczekiwanym momencie.
Daniel był przystojnym mężczyzną z dobrze usytuowanej rodziny. Przez lata był rozchwytywanym kawalerem. Później wyjechał na studia z dala od rodzinnego miasteczka, a kiedy wrócił, obok była już Elen.
Wysoka, z długimi ciemnymi włosami — dobrze prezentowała się u boku męża. Kiedy wychodzili razem na miasto, wzbudzali duże zainteresowanie. Elen umiała skupić na sobie uwagę w towarzystwie.
Ludzie lubili jej słuchać. Po ślubie przyjęła stanowisko głównej księgowej w firmie Davida Rossa — jedyne, które mogła dostać w nowym mieście bez znajomości. Po powrocie z podróży poślubnej Daniel wniósł ją przez próg domu na rękach, śmiejąc się jak chłopak, który właśnie wygrał coś więcej niż tylko nieruchomość. — Nasz dom — szepnął.
Nie odpowiedziała. Objęła go mocniej za szyję. Chciała wierzyć, że w tym domu będzie więcej namiętności niż oczekiwań. W salonie walizki zostały przy drzwiach. Płaszcz spadł na podłogę. Potem koszula. Potem jej sukienka. Nie było pośpiechu, a jednak było w tym coś zachłannego. Daniel całował ją tak, jakby chciał zaznaczyć każdy fragment jej skóry, by to miejsce zapamiętało ich oddechy. Kiedy usiadł na kanapie i przyciągnął ją do siebie, nie protestowała. Nigdy nie protestowała. Usiadła na nim powoli, patrząc mu w oczy. Jego dłonie przesuwały się po jej plecach i biodrach, zatrzymując ją bliżej, głębiej. Wierzyła, że tak będzie zawsze. Zasnęli nad ranem, spleceni ze sobą, przekonani, że są nie do złamania. Pierwsze miesiące były spokojne. Dom pachniał jeszcze nowością. Wieczorami Daniel obejmował ją bez słowa, jakby sam dotyk był wystarczającą rozmową.
Jednak odpowiedzialność przyszła szybciej, niż się spodziewali. W ciągu roku Daniel stracił oboje rodziców. Oficjalnie — zawał. Nieoficjalnie — lata alkoholu. Firma przeszła w jego ręce. Ogromna. Zobowiązana. Obciążona oczekiwaniami. Daniel pierwszy raz wyglądał wtedy naprawdę młodo. Elen była w ciąży. Narodziny córki miały być nowym początkiem. Daniel patrzył na dziecko z czymś, co bardziej przypominało konsternację niż zachwyt.
— Damy radę — mówił.
Ale coraz częściej wracał późno i pachniał znajomo. Nie tylko drogimi perfumami. Elen skupiła się na córce. Na porządku. Na kontrolowaniu tego, co dało się jeszcze kontrolować. A Daniel coraz częściej znikał, nawet gdy fizycznie był w domu.
ROZDZIAŁ 4
Bal charytatywny odbywał się w sali starego hotelu w centrum miasta. Temat przewodni — maski. Daniel rozmawiał z inwestorami. Elen poprawiała pasek przy sandałach na szpilce, kiedy ktoś usiadł naprzeciwko. Wysoki mężczyzna w idealnie skrojonym czarnym garniturze. Szeroki w ramionach, jakby materiał marynarki był szyty dokładnie pod jego sylwetkę. Twarz zasłaniała maska, ale jego spojrzenie było zbyt uważne, by uznać je za przypadkowe. Pod krawędzią maski wyraźnie rysowała się linia szczęki i krótki, starannie przycięty zarost. Złota maska tylko podkreślała zieleń jego oczu. Kiedy wszedł, rozmowy na moment ucichły. Jakby wszyscy wiedzieli, kim jest mimo maski. Tylko nie Elen. Siedział swobodnie, ale w jego postawie było coś, co natychmiast przyciągało uwagę. Nie był rozmowny. Licytował za to bez wahania. Kwoty rosły, a sala milkła. Najhojniejszy darczyńca wieczoru. Kiedy wstał od stołu, nie spieszył się. Rozmawiał krótko z organizatorem, podpisał dokumenty związane z darowizną, skinął głową kilku osobom. Zmierzył ją wzrokiem. Nie było w nim flirtu. Była analiza.
Jakby oceniał nie jej urodę, ale potencjał. Elen wyprostowała się o centymetr. Nie wiedziała jeszcze, że tamtego wieczoru nie tylko ona obserwowała. Kiedy stała w holu, rozmawiając ze swoim szefem Davidem Rossem, zauważyła, jak mężczyzna zakłada płaszcz i pewnym krokiem zbliża się w ich stronę, kierując się do drzwi.
— Już wychodzisz? — zapytał zdziwiony David.
— Obowiązki wzywają.
— W takim razie do usłyszenia.
David nie próbował zmienić jego zdania. Z rozmowy wynikało, że panowie mieli już przyjemność się poznać.
— Miło było.
Te słowa skierował do niej.
Kącik ust mu drgnął. Uśmiech był krótki, ale odsłonił rząd idealnie białych zębów. Wystarczająco, żeby zrozumiała, dlaczego kobiety na sali zerkały w jego stronę.
— Dobranoc — powiedziała uprzejmie.
Odprowadziła go wzrokiem do wyjścia. Dopiero gdy szklane drzwi zamknęły się za nim, zdjął z twarzy maskę — niestety już się nie odwrócił. Ciekawość nie została zaspokojona. Była zaintrygowana, kim był, ale nie na miejscu byłoby wypytywać o to Davida. Szybko przywołała się więc do porządku i wróciła do rozmowy.
Nie wiedziała jeszcze, że właśnie spojrzała w oczy mężczyźnie, który wkrótce zmieni bieg jej życia.
ROZDZIAŁ 5
— Jeszcze tego mi potrzeba, żeby ludzie mówili, że mnie baba zostawiła — warknął.
Stał przy kuchennym blacie, opierając ciężar ciała o marmur. Pachniał alkoholem i czymś ostrzejszym, metalicznym. Oczy miał przekrwione. Elen stała naprzeciwko.
— Jestem twoją żoną, Daniel. Nie twoim problemem. Nie wiem nawet, kiedy ostatnio zapytałeś Sophie, jak minął jej dzień. Nie rozmawiamy, odrzucasz moją pomoc. W domu bywasz sporadycznie.
— Za dużo wymagasz.
— Wymagam minimum. Trzeźwości. Obecności.
Zaśmiał się krótko.
— Ciągle coś robię nie tak. Ciągle jestem niewystarczający.
— Chodźmy na terapię — powiedziała cicho. — Spróbujmy to jeszcze posklejać.
Zmierzył ją wzrokiem. Potem jego twarz stwardniała.
— Nie dam ci rozwodu. Rozumiesz? A jeśli będziesz go chciała… szybciej, niż myślisz, tego pożałujesz.
Nie podniósł głosu. To było gorsze. Elen odłożyła teczkę na stół i przez chwilę nie podnosiła wzroku. Nie strach. Ostateczność. Kilka miesięcy wcześniej znalazła w łazience strzykawkę. Schowaną pod ręcznikiem, jakby ktoś wierzył, że wystarczy ją przykryć, by przestała istnieć. Stała nad nią dłuższą chwilę. Nie krzyczała. Nie płakała. Wyrzuciła ją do kosza.
Z czasem przestał nawet próbować ukrywać ślady. Wracał późno albo wcale. Pachniał nie tylko alkoholem, ale czymś słodkawym i chemicznym. Jego ruchy stawały się gwałtowniejsze. Słowa ostrzejsze. Każdego miesiąca w tajemnicy odkładała część pieniędzy na osobne konto. Tamtego wieczoru siedziała z córką w pokoju na górze, rysując konie. Sophie śmiała się cicho, pokazując jej kolejne krzywe linie. Hałas z pokoju obok był nagły. Trzask. Przesunięte krzesło.
— Zostań tu, skarbie — powiedziała łagodnie, przymykając drzwi.
W sypialni Daniel stał przy otwartym oknie, paląc papierosa.
— Nie pal w domu — powiedziała bez podnoszenia głosu. — Obok jest twoja córka.
— W swoim domu będę robił, co chcę — odburknął. Podeszła, żeby zgasić papierosa. Złapał ją za nadgarstek. Zbyt mocno.
— Daniel, puść.
Zamiast puścić, pchnął ją na łóżko. Przycisnął do oparcia. Jego dłoń wsunęła się pod materiał sukienki. Zapach alkoholu uderzył ją w twarz.
— Przestań.
Szarpnęła się i odepchnęła go z całej siły. Zachwiał się, stracił równowagę.
To nie było trudne. Cofnął się o krok, wściekły.
— Nie chcesz mnie? — syknął. — To znajdą się inne. Chętnych jest wiele.
Zszedł na dół do kuchni, otwierając gwałtownie lodówkę. Była pusta. Wiedział, że wyrzuciła butelki. Spojrzał na nią stojącą na schodach z nienawiścią. Nie powiedział nic więcej. Wyszedł do garażu. Po chwili usłyszała uruchamiany silnik. Opony zapiszczały na podjeździe. Elen stała w ciszy. Nie wybiegła za nim. Tym razem nie. Wróciła na górę. Sophie podniosła na nią wzrok.
— Wszystko dobrze, mamusiu? Elen uklękła i przytuliła ją mocno.
— Tak, kochanie.
Wtedy zrozumiała, że to koniec. Nie wiedziała tylko, jaką cenę przyjdzie za niego zapłacić.
ROZDZIAŁ 6
Elen siedziała w niewielkiej kawiarni na rogu ulicy, powoli popijając pistacjową latte. Jeszcze kilka lat wcześniej była przekonana, że jej życie potoczy się inaczej — miała plany, wyraźnie wyznaczony kierunek i poczucie, że wszystko zależy od niej. Teraz coraz częściej miała wrażenie, że stoi w miejscu, a codzienność zacieśnia się wokół niej jak niewidzialna obręcz. Nie marzyła o luksusie ani o wygodzie, którą ktoś inny miałby jej zapewnić. Chciała polegać wyłącznie na sobie. Wychowała się w domu, w którym pieniędzy nie było zbyt wiele, ale było wsparcie i bezpieczeństwo. Wierzyła, że ciężką pracą można zbudować własne życie.
— No proszę, pani księgowa w swoim naturalnym środowisku — usłyszała nagle.
Emily usiadła naprzeciwko bez zaproszenia, zdejmując okulary przeciwsłoneczne i uśmiechając się szeroko. Pracowały razem. Elen — główna księgowa w dużej firmie technologicznej. Precyzyjna, analityczna, trzymająca wszystko w ryzach. Emily — handlowiec z talentem do ludzi. Swobodna, przekonująca, niebezpiecznie świadoma własnego uroku. Emily emanowała pewnością siebie, która balansowała na granicy prowokacji. Lubiła uwagę. Potrzebowała jej. Elen ubierała się zgodnie z charakterem pracy — elegancko, stonowanie. Włosy najczęściej spięte w niski kok. Była piękna, ale nie próbowała tego podkreślać. Jakby celowo chowała się za profesjonalizmem.
— I wyobraź sobie, że on naprawdę przyszedł z bukietem róż — mówiła Emily, pochylając się nad stolikiem. — Czerwone. Klasyka. A potem zaprosił mnie do siebie.
Elen słuchała, ale myślami była gdzie indziej.
— Jesteś wariatką, Em — powiedziała z lekkim uśmiechem, kiedy koleżanka skończyła opowieść.
— Wszystko jest dla ludzi.
— Wolnych ludzi — odpowiedziała cicho Elen. Nie była pewna, czy mówi to z przekąsem, czy z tęsknotą. Na moment zapadła cisza.
— Muszę lecieć. Odbieram Sophie z przedszkola.
— Jasne. Zawsze się spieszysz — rzuciła Emily, tym razem bez żartu. Elen dopiła kawę, dotknęła ramienia koleżanki i wyszła.
ROZDZIAŁ 7
Telefon zadzwonił późnym wieczorem, kiedy Elen kończyła porządkować dokumenty na kuchennym stole. Spojrzała na ekran — nieznany numer. Przez chwilę wahała się, czy odebrać, lecz ostatecznie przesunęła palcem po wyświetlaczu.
— Elen Ward, słucham.
— Dobry wieczór. Czy rozmawiam z żoną Daniela Ward? — zapytał oficjalny głos.
— Tak.
— Dzwonię ze szpitala City General Hospital. Doszło do poważnego wypadku z udziałem pani męża. Przez kilka sekund Elen nie powiedziała nic. Słowa docierały do niej jakby z bardzo daleka.
— Postaram się być jak najszybciej — odpowiedziała krótko.
Po rozłączeniu siedziała nieruchomo, wpatrując się w ścianę.
Spodziewała się wielu rzeczy — telefonu z komisariatu, kolejnych problemów, następnej awantury — ale nie tego.
Powinna coś poczuć. Strach, rozpacz, może ulgę. Tymczasem stała przy oknie i liczyła płytki na podłodze. Trzydzieści dwie.
Jakby limit emocji został wyczerpany. Pierwszą myślą była Sophie. Sięgnęła po telefon i zadzwoniła do Emily.
— Możesz do mnie przyjechać? Daniel miał wypadek — powiedziała krótko, nie tłumacząc szczegółów.
Kilka minut później zbierała kluczyki i dokumenty, działając niemal mechanicznie. Droga do szpitala minęła jej niezauważenie. Światła uliczne przesuwały się za szybą w równym rytmie, a ona prowadziła automatycznie. Na miejscu czekał policjant i lekarz dyżurny. Informacja o śmierci Daniela została przekazana bez dramatyzmu, rzeczowo. Elen skinęła głową, przyjmując ją w milczeniu. Kiedy poproszono ją o identyfikację ciała, weszła do chłodnej sali bez wahania. Patrzyła na twarz mężczyzny, z którym spędziła kilka lat życia. Wyglądał spokojnie. Młodziej. Jakby nic się nie wydarzyło.
I wtedy po raz pierwszy pomyślała, że już nigdy nie będzie musiała się go bać. Wracając do samochodu, myślała o obowiązkach w najbliższych dniach. Wszystko układało się w głowie w spokojną listę zadań, jakby dotyczyło kogoś innego. Drzwi auta zamknęły się z głuchym trzaskiem. Myślała o tym, w co ubrać go do trumny. Sophie na wiadomość o śmierci ojca zareagowała bez większych emocji. Była jeszcze małą dziewczynką i nie do końca rozumiała, co się wydarzyło, jednak brak żalu mówił wiele o ich relacji.
— Nie będziemy musiały się już bać? — zapytała któregoś wieczoru, kiedy Elen przykrywała ją kołdrą. Kobieta zamarła na moment.
— Nie, kochanie. Już nigdy — odpowiedziała cicho, całując córkę w czoło.
To pytanie wstrząsnęło nią bardziej, niż była gotowa przyznać sama przed sobą. Wydawało jej się, że wystarczająco chroni córkę przed tym, co działo się w domu. Teraz zrozumiała, że dzieci widzą i czują znacznie więcej, niż dorośli chcieliby wierzyć. Po pogrzebie zaprosiła do domu swoich rodziców. Czuła ich obecność i wsparcie, którego w ostatnich latach tak bardzo jej brakowało. Uznała, że taka bliskość jest potrzebna nie tylko jej, lecz także Sophie, która powinna mieć wokół siebie ludzi tworzących prawdziwą rodzinę. Zbyt długo żyły zamknięte tylko we własnym świecie. Poinformowała bliskich o zamiarze powrotu w rodzinne strony. Tutaj nie miała już nikogo — mąż nie żył, jego rodzice odeszli wcześniej, a miejsce, które kiedyś miało być początkiem wspólnego życia, stało się wspomnieniem wszystkiego, co się nie udało.
Ze względu na odległość łatwo było ukrywać prawdę o tym, jak wyglądało ich codzienne życie. Czuła ulgę, że większość osób na pogrzebie niewiele wiedziała o jej małżeństwie. Teraz liczyła na to, że tak pozostanie. Brak konieczności tłumaczenia się komukolwiek był jedną z niewielu rzeczy, które wciąż dawały jej spokój. Zacisnęła dłoń na klamce i otworzyła drzwi.
Za sobą zostawiała człowieka, który najpierw zniszczył ich miłość, a potem odszedł, zostawiając ją z konsekwencjami. Nie wybaczyła mu. I nie była pewna, czy kiedykolwiek będzie chciała.
ROZDZIAŁ 8
Następnego ranka Elen odebrała telefon od radcy prawnego zmarłego męża. Spodziewała się tej rozmowy, choć liczyła, że osoby z najbliższego otoczenia Daniela dadzą jej choć kilka dni na spokojne przeżycie żałoby.
— Elen Ward, słucham.
— Dzień dobry, pani Ward. Nazywam się Richard Collins. Jestem radcą prawnym reprezentującym firmę pani zmarłego męża. Rozumiem, że to trudny moment, jednak musimy jak najszybciej ustalić plan działania. Są sprawy, które nie mogą czekać.
— Zajmuję się księgowością i wiem, że sprawy spadkowe zwykle mogą poczekać kilka dni — odpowiedziała rzeczowo.
— Niestety skala zobowiązań nie pozwala na zwłokę. Bardzo mi przykro, ale powinniśmy spotkać się jeszcze dziś. Elen wiedziała, że nie uniknie tej rozmowy.
— Gdzie możemy się spotkać?
Po zakończeniu rozmowy przez chwilę siedziała nieruchomo z telefonem w dłoni. Nie chciała tego dnia wysyłać Sophie do przedszkola — zależało jej, by dziewczynka nie musiała mierzyć się z pytaniami rówieśników.
Postanowiła zabrać córkę ze sobą.
Gabinet był urządzony w ciemnym drewnie. Na ścianach wisiały oprawione certyfikaty, a powietrze pachniało świeżo mieloną kawą i papierem. Richard zaproponował kawę, a Elen przystała na propozycję, wiedząc, że rozmowa może potrwać długo. Sophie siedziała obok przy obrotowym krześle, zajęta kolorowanką i kredkami, które mama zabrała z domu.
— Odpowiada pani za finanse w dużej firmie, prawda? — zapytał prawnik.
Skinęła głową.
— W takim razie będzie mi łatwiej wyjaśnić sytuację.
Po niemal trzech godzinach rozmowy Elen wyszła z kancelarii wstrząśnięta. Daniel pozostawił po sobie ogromne zadłużenia — tak duże, że jego konsekwencje będzie ponosić nie tylko ona, ale również ich córka. Po przejęciu firmy podpisał kontrakt z dużą siecią handlową. Umowa przewidywała dziewięćdziesięciodniowy termin płatności. Firma przewidywała dziewięćdziesięciodniowy termin płatności. Firma początkowo odbierała towar, po czym przestała regulować należności i ostatecznie ogłosiła upadłość. Jednocześnie Daniel zainwestował ogromne środki w nową linię produkcyjną, licząc na zyski, które nigdy się nie pojawiły. Od kilku miesięcy pracownicy nie otrzymali wynagrodzeń, a zobowiązania przeszły na nią. Produkcja została wstrzymana, a pracownicy domagali się wypłaty zaległych pensji.
Następnego dnia Richard Collins przyjechał do jej domu z dokumentacją firmy. Bagażnik samochodu wypełniały po brzegi segregatory. Razem wnieśli je do środka i ułożyli na stole w salonie. Stół, przy którym jeszcze niedawno jadali kolacje, zniknął pod ciężarem dokumentów. Skala problemu stała się nagle namacalna. Gdy prawnik miał już wychodzić, Elen zatrzymała go przy drzwiach.
— Panie Richardzie… przepraszam za moją wcześniejszą dezaprobatę. To nie pana wina. Po prostu trudno mi uwierzyć, że naprawdę nie wiedziałam o skali zadłużenia. Mężczyzna spojrzał na nią ze szczerym współczuciem.
— Pani Elen, mam ogromne wyrzuty sumienia, że nie skontaktowałem się już dawno — powiedział. — Wiele dobrego o pani słyszałem. Być może gdybyśmy mieli okazję spotkać się wcześniej, udałoby się uniknąć tej katastrofy. Nie ukrywam, czuję się w pewnym sensie współodpowiedzialny. Zawahał się na moment.
— Widziałem, jak z każdym spotkaniem z Danielem sytuacja wygląda coraz gorzej. Staczał się. Nie był gotów udźwignąć ciężaru prowadzenia firmy. Zostałem wychowany w przekonaniu, by nie wtrącać się w nie swoje sprawy… Dziś patrzę na panią i na pani córkę i mam poczucie, że powinienem był zrobić więcej. To wyznanie wprawiło Elen w osłupienie. Skinęła głową na znak, że docenia jego szczerość.
Zamknęła drzwi, oparła się o nie plecami i pozwoliła, by łzy, które od dawna powstrzymywała, spłynęły po jej policzkach jedna po drugiej. Kiedy spojrzała na stos dokumentów leżących na stole, wiedziała, że nie może odkładać działania. Zadzwoniła pod numer polecanej opiekunki. Potrzebowała kilku godzin pełnego skupienia, a jednocześnie chciała, by Sophie mogła spokojnie przyzwyczaić się do nowej osoby w jej obecności. Nieopłacone zobowiązania, wezwania do zapłaty, zaległe wynagrodzenia pracowników — wszystko to zaczęło układać się w jej głowie w przytłaczającą całość. Wśród dokumentów znalazła również faktury za kolacje i bilety lotnicze na Majorkę dla dwóch osób. Data wyjazdu przypadała na tydzień, w którym twierdził, że ma delegację. Nie była tym zaskoczona. A jednak cofnęła się o krok, jakby potrzebowała odległości między sobą a tym widokiem. Nie złość — raczej przytłaczające poczucie, że przez ostatnie lata pozwalała, by ich życie wyglądało właśnie tak. Opiekunka pojawiła się jeszcze tego samego dnia. Nazywała się Grace Hill — dwudziestoczteroletnia, spokojna dziewczyna o łagodnym uśmiechu. Miała na sobie prosty sweter i jasne jeansy, jakby przyszła do zwykłego domu, a nie do miejsca, o którym mówiło pół miasta. Sophie od pierwszych minut poczuła się przy niej swobodnie, a wkrótce obie siedziały na dywanie, pochłonięte wspólną zabawą.
— Jestem w trakcie szukania stałej pracy. Opieka nad dziećmi sprawia mi radość — powiedziała Grace, kiedy zbierała swoje rzeczy przed wyjściem. — Gdyby potrzebowała pani pomocy na dłużej, proszę dać mi znać.
— Miałyśmy w planach przeprowadzkę, ale sytuacja chwilowo się skomplikowała — odpowiedziała Elen. — Na pewno będę potrzebowała wsparcia. Odezwę się w najbliższym czasie.
Grace jeszcze przez chwilę zerkała na nią z dyskretnym podziwem. Widziała kobietę, o której w mieście mówiono — a jednak w domu nie było widać rozpaczy ani chaosu. Był porządek, spokojny głos matki, uśmiech dziecka i stos dokumentów, które Elen z metodyczną dokładnością zaczynała właśnie porządkować. Kiedy Elen położyła córkę spać, poszła wziąć gorącą kąpiel. Te kilka minut pozwoliło jej na chwilę wyłączyć myślenie. Po wyjściu z wanny szybko wytarła włosy, założyła satynową, srebrną piżamę i zarzuciła na ramiona szlafrok, po czym zeszła na dół. Noc była cicha w sposób, który Elen zaczęła kojarzyć z kłopotami.
Cisza nie oznaczała spokoju — oznaczała jedynie, że telefony na kilka godzin przestały dzwonić, wierzyciele dali jej odetchnąć, a sterta dokumentów udawała, że da się ją uporządkować w jeden wieczór. Zegarek na ścianie tykał z przesadną wyraźnością. Przesunęła palcami po krawędzi kalkulatora i zamknęła oczy na sekundę, pozwalając sobie na krótką iluzję, że jeśli ich nie otworzy, liczby przestaną istnieć.
ROZDZIAŁ 9
Nagły dźwięk dzwonka do drzwi przeciął ciszę domu.
Zamarła. Było za późno na wizyty sąsiadów i za wcześnie na jakiekolwiek dostawy. Drugi sygnał dzwonka zabrzmiał zbyt pewnie — jakby osoba stojąca po drugiej stronie była przekonana, że i tak zostanie wpuszczona. Gdy otworzyła drzwi, zobaczyła Davida Rossa z butelką wina w ręku. Ubrany był w czarne jeansy i białą koszulę z podwiniętymi rękawami — dokładnie tak, jak najczęściej pojawiał się w biurze.
— Przejeżdżałem obok i pomyślałem, że sprawdzę, jak się trzymasz — powiedział, choć sam usłyszał w swoim głosie nutę niezręczności. — Podobno dziś u Sophie była nowa opiekunka.
— Wejdź — odpowiedziała Elen, wpuszczając go do środka.
Była zaskoczona, ale jednocześnie poczuła, że obecność drugiej osoby na chwilę odciąga jej myśli od problemów. David rozejrzał się po salonie, zatrzymując wzrok na dokumentach.
— Widzę, że masz co robić.
— Jak widać — westchnęła, wyciągając dwa kieliszki.
Gdy rozlał wino, Elen skrzyżowała ręce na piersiach — odruchowo, dopiero wtedy przypominając sobie, o swoim nocnym stroju. Jego spojrzenie prześwietlało ją, po czym szybko wróciło do kieliszka.
— Jeśli będziesz potrzebować więcej wolnego, daj znać — powiedział. — Naprawdę możesz na mnie liczyć.
Nachylił się nieco bliżej, a jego dłoń na moment zatrzymała się na jej palcach. Elen nie odsunęła swojej. Krótkie zawahanie. Uświadomiła sobie, jak dawno żaden mężczyzna nie dotykał jej z czułością. Jak bardzo brakowało jej czyjejś obecności — kogoś, kto usiadłby obok i powiedział, że wszystko się ułoży. W tej samej chwili z piętra dobiegł cichy płacz.
— Przepraszam, Sophie się obudziła — powiedziała natychmiast, cofając dłoń.
— Oczywiście — odpowiedział David, wstając.
Kiedy kilka minut później wróciła na dół, była już zdecydowana zakończyć wizytę.
— Dziękuję, że wpadłeś. To wiele dla mnie znaczy, ale jestem dziś naprawdę bardzo zmęczona. Muszę trochę odpocząć.
Pożegnali się krótko. Drzwi zamknęły się, a dom ponownie pogrążył w ciszy. Elen przez chwilę stała nieruchomo w przedpokoju, czując lekkie zażenowanie własną słabością — poczucie samotności potrafi być niebezpiecznie zwodnicze. Nie minęły dwie minuty, gdy dzwonek do drzwi rozległ się ponownie. Elen westchnęła z irytacją, przekonana, że David wrócił, i zdecydowanym ruchem pociągnęła za klamkę.
Gdy otworzyła drzwi, na podjeździe zobaczyła dwóch wysokich mężczyzn w ciemnych garniturach. Stali nieruchomo, z rękami splecionymi przed sobą, jakby ich obecność była czymś całkowicie naturalnym. Zza ich sylwetek wysunął się trzeci mężczyzna. Granatowy płaszcz był zbyt elegancki jak na zwykłą wizytę o tej porze. Nie wyglądał na człowieka, który czeka na zaproszenie. Światło z korytarza zatrzymało się na jego twarzy, podkreślając wyraźną linię szczęki i krótki zarost. Uniósł wzrok. I wtedy go rozpoznała. Te same zielone oczy. To samo uważne spojrzenie, które zmierzyło ją tamtego wieczoru na balu charytatywnym. Mężczyzna w masce. Mężczyzna, którego nie dało się zapomnieć. Nie odrywał od niej oczu.
— Dobry wieczór, pani Ward. Nazywam się Alexander Reid.
Jego głos był niski, pewny — głos człowieka przyzwyczajonego, że drzwi zwykle się przed nim otwierają.
— W czym mogę pomóc? — zapytała chłodno, nie odsuwając się z przejścia.
— Zobowiązania pani męża są przedmiotem naszych analiz. Uznałem, że lepiej porozmawiać osobiście, zanim sprawy przyjmą formalny obrót.
Elen nie była pewna, czy powinna odebrać tę wizytę jako zagrożenie, czy propozycję pomocy.
W jego spojrzeniu nie było jednak ani presji, ani pośpiechu — tylko pewność, która działała bardziej przekonująco niż jakiekolwiek zapewnienia.
— Proszę wejść — powiedziała w końcu, odsuwając się o krok.
Alexander wszedł do domu, zostawiając ochronę na zewnątrz. Jego wzrok natychmiast przykuł stół zasłany dokumentami. Sposób, w jaki były uporządkowane, zrobił na nim wrażenie.
— Większość osób w pani sytuacji zamyka dokumenty w pudełkach i udaje, że problem nie istnieje — powiedział. — Pani najwyraźniej woli mieć nad nimi kontrolę. Elen uniosła wzrok.
— Ktoś musi.
Spojrzał na nią zaintrygowany. Kącik jego ust drgnął.
— Właśnie dlatego zdecydowałem się przyjechać osobiście.
Elen poprawiła szlafrok. Wciąż miała na sobie jedynie cienką satynową piżamę, a jego spojrzenie — choć uprzejme — zauważyło to natychmiast. Alexander wyjął z kieszeni płaszcza wizytówkę i położył ją na stole, przesuwając w jej stronę.
— Jeśli uzna pani, że potrzebuje partnera, który potrafi uporządkować struktury finansowe, proszę się ze mną skontaktować. Zanim inni zaczną proponować rozwiązania znacznie mniej korzystne. Ich spojrzenia spotkały się.
— Dziękuję za wizytę. Jest już późno — powiedziała Elen.
— Rozumiem.
— Dobrej nocy.
Otworzyła drzwi, wskazując drogę do wyjścia.
— Do usłyszenia.
Alexander kiwnął głową i wyszedł, zostawiając po sobie ciszę i wizytówkę, która wydawała się cięższa, niż powinna. Drzwi zamknęły się pewnie. Elen przez chwilę stała nieruchomo. Dom znów pogrążył się w ciszy. W powietrzu unosił się zapach jego perfum — chłodny i czysty, zupełnie inny niż ciężkie nuty, do których przywykła. Analizowała spokojny ton jego głosu i spojrzenie, w którym nie było ani współczucia, ani ciekawości — tylko pewność, że prędzej czy później i tak się z nim skontaktuje. Wzięła wizytówkę do ręki, przyglądając się wnikliwie. Nie wiedziała jeszcze, czy jego pojawienie się oznacza rozwiązania problemów, czy początek nowych. Wiedziała jedno — od momentu, w którym stanął w drzwiach, coś w tej historii zaczęło się powoli przesuwać w innym kierunku.
W drodze powrotnej Alexander siedział na tylnej kanapie swojego czarnego Range Rovera SV, w milczeniu odtwarzając w pamięci całą rozmowę. Prześwietlał każdy szczegół — ton głosu, sposób, w jaki na niego patrzyła, krótkie pauzy między odpowiedziami. Zawsze był uważnym obserwatorem ludzi. To była intuicja, która przez lata pozwalała mu wyczuwać okazje, jak i zagrożenia. Musiał przyznać, był zaskoczony. Spodziewał się osoby przytłoczonej sytuacją, zagubionej, może nawet zdesperowanej. Tymczasem drzwi otworzyła mu piękna, opanowana kobieta, która mimo widocznego zmęczenia ani przez chwilę nie sprawiała wrażenia kogoś, kto stracił grunt pod nogami. Nie zdarzało mu się zostać wyproszonym. I właśnie dlatego zaczęła go interesować.
Alexander Reid miał czternaście lat, gdy zadzwonił telefon. Lekcja chemii. Czwarty rząd od okna. Przyszła sekretarka i bez słowa wyjaśnienia poprosiła, żeby zabrał tornister. W gabinecie dyrektora czekał wujek Charles. Brat ojca. Człowiek, którego Alexander widywał tylko na świętach i który zawsze mówił mało. Tego dnia też powiedział mało. Wypadek. Oboje zginęli. Nie żyją. Charles zabrał go do swojego domu. Dużego. Zawsze czystego. Z pokojami, które nie były niczyje. Charles prowadził duży biznes. Całe dnie spędzał w biurze albo w podróży. Gdy wracał wieczorem, był zmęczony i miał mało czasu. Nie był złym człowiekiem. Po prostu Alexander nie mieścił się w jego kalendarzu. Były pieniądze na szkołę. Były pieniądze na jedzenie i ubrania. Był dach nad głową. Nie było nic więcej, ale Alexander szybko przestał szukać czegoś więcej.
Przez pięć lat obserwował wujka z dystansu. Jak wychodzi rano, wraca późno. Jak spędza weekendy przy telefonie i dokumentach. Jego żona przyzwyczaiła się jeść kolację sama, a dzieci nauczyły się nie przeszkadzać. Charles miał wszystko. I nie miał niczego. Alexander zapamiętał to jako jedyną ważną lekcję z tamtych lat.
ROZDZIAŁ 10
Elen przez kolejne dwa tygodnie była całkowicie pochłonięta próbą uporządkowania problemów, które pozostawił po sobie jej zmarły mąż.
Richard Collins okazał się w tym czasie niezwykle pomocny.
Zaproponował wsparcie pro bono — w normalnych okolicznościach nigdy by się na to nie zgodziła, jednak sytuacja była wyjątkowa. Wiedziała, że jeśli tylko pojawi się taka możliwość, wynagrodzi jego pomoc co do centa.
Największym ciężarem sytuacji były setki pracowników czekających na zaległe wynagrodzenia.
Jednym z rozwiązań było ogłoszenie upadłości, co zlikwidowałoby znaczną część zobowiązań. Była to jednak ostateczność. Elen nie chciała mieć nikogo na sumieniu. Samą myśl o tym odbierała jak ujmę i osobistą porażkę.
Jej analityczne myślenie i zimna krew wprawiały Richarda w szczery podziw.
Wieczorne powietrze było chłodne, a stos segregatorów piętrzył się między nimi jak mur. Lampka stojąca przy drzwiach rzucała żółte światło na liczby, które od godzin nie chciały się zamknąć w sensowną całość.
Richard zdobył się w końcu na szczere wyznanie.
— Gdyby tylko pracowała pani z Danielem w firmie, była jego prawą ręką, moglibyście naprawdę wiele osiągnąć. Szczerość tych słów wprawiła Elen w milczenie. Odwróciła wzrok w stronę okna.
Po raz pierwszy od wielu miesięcy pomyślała o sobie nie jak o kobiecie walczącej o przetrwanie, lecz jak o kimś, kto potrafi udźwignąć ciężar sytuacji.
— Zabrakło rozmowy… a później zabrakło już czasu — powiedziała cicho. — To moja wina. Mogłam bardziej nalegać. Jej palce zatrzymały się na kartce. Papier lekko zadrżał.
— Nie powinna się pani obwiniać — odparł Richard.
— Daniel miał skłonność do autodestrukcji po ojcu. Powinnam to wcześniej zauważyć.
Na chwilę zapadła cisza.
— Mężczyźni na wysokich stanowiskach powinni mieć obok siebie silne kobiety — dodała, jakby bardziej do siebie niż do niego.
Głos miała spokojny. Ręce — nieruchome. Tylko słowa brzmiały jak świadomość, że na wiele decyzji było już za późno. Richard spojrzał na nią uważnie.
— Pani mąż miał obok silną kobietę. Niestety zabrakło mu czegoś innego. Proszę się nie dręczyć — powiedział łagodnie. — Mam wrażenie, że w ostatnim okresie jego życia znałem go lepiej, niż chciałbym.
Elen przerwała rozmowę, nie chcąc słyszeć niczego więcej. Wiedziała, że każde kolejne zdanie mogłoby odebrać jej siłę potrzebną do doprowadzenia spraw do końca.
— Myślę, że powinniśmy na dziś skończyć.
— Zgadzam się — kiwnął głową Richard, powoli zbierając dokumenty.
W pewien sposób przypominał jej ojca — wyważony w słowach, konsekwentny, a przy tym szczerze troskliwy. Z czasem między nimi wytworzyła się cicha, oparta na zaufaniu relacja. Mieli jeden cel: uporządkować sytuację tak, by jak najmniej osób ucierpiało. Priorytetem byli ludzie — pracownicy, którzy od miesięcy nie otrzymali wynagrodzeń, a na utrzymaniu mieli swoje rodziny.
Alexander oglądał kolejną nieruchomość, którą planował kupić i poddać rewitalizacji. Oferta od syndyka była wyjątkowo korzystna, dlatego od początku traktował tę inwestycję bardzo poważnie. Szkło panoramicznych okien odbijało sylwetkę miasta, ale jego wzrok wracał do wygaszonego ekranu telefonu częściej, niż powinien.
— Czeka pan na ważny telefon? — zapytała Victoria, na chwilę odrywając się od szczegółów oferty.
Pytanie wprawiło Alexandra w krótką zadumę. Uświadomił sobie, że podświadomie rzeczywiście oczekuje wiadomości od Elen. Nie był przyzwyczajony do czekania. A już na pewno nie do tego, by ktoś kazał mu czekać.
— Przepraszam, nic pilnego — odpowiedział z uśmiechem, dając znak, by kontynuowała prezentację.
Kiedy kilka lat wcześniej rozpoczynał swoją przygodę z rynkiem nieruchomości, nie przypuszczał, że stanie się on jednym z głównych filarów jego działalności. W tym samym czasie Victoria dopiero zaczynała pracę — świeżo po zdobyciu licencji agenta. Nie był wtedy jeszcze postrzegany jako duży inwestor, dlatego przydzielono mu młodą, ambitną agentkę, która dopiero budowała swoją pozycję w branży. Ich współpraca pozwoliła jej rozwinąć skrzydła. Trzeba przyznać, że pracowała bardzo ciężko, by sprostać coraz wyższym wymaganiom Reida. Była atrakcyjną, filigranową blondynką i nie ukrywała swojego zainteresowania nim. Spotkali się kiedyś dwa razy poza biurem. Ona była zainteresowana. On — nie. Od początku pilnował granic. Mimo to była dyspozycyjna, odbierała telefony niemal natychmiast i zawsze była przygotowana do kolejnych projektów. Prowizje z realizowanych transakcji były na tyle wysokie, że Alexander mógłby być jej jedynym klientem — i oboje doskonale zdawali sobie z tego sprawę. Dawało mu to swobodę kontaktowania się z nią w sprawach nagłych.
Victoria natomiast odbierała tę częstotliwość kontaktów jako sprzeczne sygnały — z jednej strony wyraźnie utrzymywał relację w granicach zawodowych, z drugiej jego ciągła obecność w jej codzienności sprawiała, że podświadomie dopuszczała myśl, iż może znaczyć dla niego coś więcej.
ROZDZIAŁ 11
Elen wróciła do pracy. Ustaliła z Davidem, że będzie wykonywać swoje obowiązki jak dotychczas, jednak w razie potrzeby część zadań zabierze do domu i zrealizuje w dogodnym dla siebie czasie. Potrzebowała stałego dochodu — chciała uporządkować wszystkie sprawy i wtedy wrócić w rodzinne strony, zgodnie z wcześniejszym planem. Jej kalendarz wypełniały teraz nazwiska wierzycieli, prawników i byłych pracowników spółki Daniela. Każde spotkanie zaczynało się od liczb i kończyło milczeniem. Po pracy odbierała Sophie z przedszkola, a później często przychodziła z pomocą opiekunka. Dom musiał pozostać stabilny, nawet jeśli finanse nie były. Grace z czasem stała się dla Sophie kimś więcej niż opiekunką — zostawała dłużej, niż musiała, traktując ten dom jak spokojną przystań. Zwracała się do Elen po rady dotyczące ubioru, kosmetyków czy pierwszych poważniejszych relacji — na ostatnią randkę pożyczyła nawet jedną z jej sukienek.
Tego dnia, po odwiezieniu Sophie do przedszkola, Elen miała zaplanowaną wideokonferencję z zagraniczną firmą, aby dopracować szczegóły odbioru maszyn. Biegle posługiwała się językiem obcym, dlatego rozmowa przebiegła sprawnie i bez komplikacji. Po jej zakończeniu szykowała się do biura, gdy nagle usłyszała dzwonek do drzwi. W progu stał David. Uprzedzając jej pytanie, uniósł teczkę z dokumentami.
— Powinnaś trochę częściej odpoczywać — powiedział, opierając się wygodniej o oparcie kanapy i rozglądając po salonie. — Bierzesz na siebie zdecydowanie za dużo.
— Daję radę — odpowiedziała Elen.
Nie chciała rozmawiać o zmęczeniu.
— Wiem, że dajesz. Zawsze dawałaś. — Uśmiechnął się lekko, lecz w jego spojrzeniu pojawiło się coś bardziej osobistego niż zwykle. — Właśnie dlatego czasem mam wrażenie, że nikt nie zastanawia się, ile cię to naprawdę kosztuje. Przesunął się nieco bliżej. — Nie powinnaś być z tym wszystkim sama.
Słowa zabrzmiały ciszej, bardziej miękko. Elen przestała przeglądać dokumenty. To już nie była rozmowa szefa z pracownikiem czy troska znajomego. Delikatnie cofnęła dłoń, odsuwając się o kilka centymetrów.
— Radzę sobie — powtórzyła równym tonem.
Uświadomiła sobie, że gdy Daniel jeszcze żył, już wtedy relacja Davida wobec niej nie była całkowicie koleżeńska. Jak mogła wcześniej nie zauważyć tych sygnałów?
— Nie musiałeś osobiście przywozić mi tych dokumentów. Czuję się niezręcznie. Pozwalasz mi wykonywać większość pracy zdalnie i jeszcze poświęcasz czas, by dostarczać materiały do domu. David chciał coś powiedzieć, ale weszła mu w słowo. — Przepraszam, muszę jechać na spotkania. Chwilę później wyszli razem z domu. On wsiadł do swojego SUV-a, ona do bordowego Mercedesa CLS. Wymienili uprzejme uśmiechy na pożegnanie.
Gdy uruchomiła silnik, przez moment siedziała nieruchomo, jakby próbowała uporządkować myśli. Elen zmierzała w kierunku przedsiębiorstwa zmarłego męża na umówione spotkanie z leasingodawcami maszyn. Metalowa brama hali była podniesiona do połowy, wpuszczając do środka zimne popołudniowe światło.
Rozmowa toczyła się tuż przy wejściu — na granicy pustej hali i placu manewrowego.
— Pani Ward, umowa została wypowiedziana trzy tygodnie temu — powiedział przedstawiciel leasingodawcy, otwierając teczkę. — Zaległość wynosi dziewięćdziesiąt dwa dni. Zgodnie z paragrafem czternastym mamy prawo do natychmiastowego odbioru linii.
Elen skinęła głową.
— Rozumiem. Proszę jednak uwzględnić koszt demontażu, transportu i ponownej instalacji.
— To standardowa procedura.
— Oczywiście. — Spojrzała na nich. — Standardowa procedura oznacza dla państwa sprzedaż w trybie likwidacyjnym. Przy obecnym rynku odzyskają państwo około trzydziestu procent wartości księgowej. Drugi z mężczyzn zamknął teczkę.
— Odzyskamy to, co uda się odzyskać. Nie możemy czekać bez gwarancji.
— Nie proszę o czekanie bez zabezpieczenia — odpowiedziała. — Proponuję aneks warunkowy. Przesunęła w ich stronę dokument.
— Czternaście dni. W tym czasie podpiszę umowę sprzedaży. Prowadzę rozmowy z zainteresowanym podmiotem. Zaliczka trafia bezpośrednio na państwa rachunek. Jeśli nie wywiążę się z harmonogramu, mają państwo pełne prawo do natychmiastowego odbioru.
— A zabezpieczenie w międzyczasie? — zapytał pierwszy.
— Cesja praw z umowy sprzedaży oraz notarialne oświadczenie o poddaniu się egzekucji. Ryzyko operacyjne po państwa stronie jest minimalne.
Zapadła cisza.
— Skąd pewność, że znajdzie pani kupca?
— Nie ma pewności. Jest kalkulacja.
Wskazała arkusz.
— Dwa podmioty zagraniczne, jeden krajowy. Każdy z nich otrzymał specyfikację techniczną. Jeden już potwierdził zainteresowanie wizją lokalną.
— To nadal deklaracje.
— Dlatego proponuję zaliczkę jako warunek utrzymania aneksu w mocy. Mężczyźni wymienili spojrzenia. — Centrala niechętnie zgadza się na takie rozwiązania.
— Centrala nie jest zainteresowana demontażem aktywa, którego wartość rynkowa spadnie po odłączeniu. — odpowiedziała rzeczowo. — Państwa strata przy natychmiastowym odbiorze jest wyższa niż koszt dwóch tygodni oczekiwania. Kilka sekund ciszy.
— Dobrze — powiedział w końcu pierwszy. — Czternaście dni.
Warunkowo. Aneks prześlemy do podpisu jeszcze dziś.
— Wystarczy.
Kilka metrów dalej, oparty o maskę czarnego SUV-a, Alexander Reid obserwował scenę bez słowa. To samo auto, którym przyjechał do jej domu tamtej nocy. Nie poruszył się od kilku minut. Nie interesowały go liczby — te mógł sprawdzić w analizie. Interesował go sposób, w jaki je przedstawiała. Nie podnosiła głosu. Nie negocjowała czasu. Negocjowała ryzyko. Nie improwizowała, nie grała na współczuciu. Nie wyglądała na zdesperowaną. Wyglądała na przygotowaną. Mężczyźni odeszli, a echo ich kroków powoli zniknęło w pustej hali. Elen zamknęła teczkę i przez chwilę stała nieruchomo, pozwalając, by napięcie ostatnich minut powoli z niej opadło. Dopiero teraz poczuła chłodniejsze powietrze wpadające przez otwartą bramę hali i lekki powiew, który poruszył pasmo włosów opadające na jej policzek. Odruchowo odgarnęła je za ucho. Nie zdawała sobie sprawy, że ktoś obserwuje ten gest z kilku metrów. Alexander zakładał, że firma po Danielu Wardzie jest już tylko aktywem do przejęcia.
Tymczasem zobaczył kogoś, kto nie bronił przeszłości, lecz zarządzał stratą. Kiedy odwróciła się lekko w jego stronę, również go zauważyła. Nie było w tym uśmiechu ani zaproszenia. Tylko krótka, rzeczowa świadomość czyjejś obecności. Alexander przez chwilę jeszcze stał w miejscu, obserwując ją, gdy zbierała dokumenty — jakby właśnie odbyła zwykłą rozmowę w pracy. Rozważył, czy powinien podejść od razu. Uznał, że tak. Nie dlatego, że była w trudnej sytuacji. Dlatego, że była skuteczna. A takiej osoby potrzebował. Oderwał się od samochodu i ruszył w jej stronę.
— Teraz jestem już pewien, że dobrze zapamiętałem pani nazwisko, pani Ward.
Elen podniosła wzrok.
— Słucham?
— Chciałbym zaproponować pani spotkanie. W dogodnym dla pani terminie.
— W jakiej sprawie?
Alexander spojrzał na dokumenty, które trzymała w dłoniach.
— W sprawie pracy. Szukam osoby, która potrafi liczyć i negocjować. Elen przyjrzała mu się uważnie.
— Wiele osób to potrafi. Na jego ustach pojawił się cień uśmiechu.
— Niewiele robi to bez emocji.
— Alexander Reid.
— Elen Ward — skinęła głową, jakby przedstawiali się sobie po raz pierwszy, choć oboje wiedzieli, że to tylko formalność.
— Nie będę zatrzymywał pani teraz — powiedział po chwili. — Kiedy uporządkuje pani bieżące sprawy, proszę przyjechać do mojego biura. Myślę, że mogę zaproponować pracę adekwatną do pani kompetencji.
Kiedy Elen odjeżdżała swoim bordowym CLS-em, zauważyła blondynkę stojącą obok samochodu Alexandra. To nie powinno mieć znaczenia. A jednak przez chwilę myślała o tym dłużej. Alexander spotkał się z Victorią, aby obejrzeć kolejną nieruchomość.Przyjechał na miejsce nieco wcześniej — nie lubił się spóźniać. I właśnie dzięki temu przypadkowi stał się mimowolnym świadkiem rozmowy Elen.
To, co początkowo miało być tylko kolejnym rutynowym spotkaniem inwestycyjnym, nieoczekiwanie zwróciło jego uwagę w zupełnie innym kierunku.
ROZDZIAŁ 12
Kolejny wieczór spędzała na pełnych obrotach. W pracy, jak zawsze, dawała z siebie wszystko — nie potrafiła inaczej.
Popołudnia poświęcała córce, skupiając na niej całą uwagę. Sophie była najważniejszą osobą w jej życiu i to właśnie z jej obecności czerpała najwięcej siły do działania. Dopiero kiedy dziewczynka zasypiała, Elen wracała do sterty dokumentów, szukając w liczbach i umowach rozwiązania sytuacji, którą pozostawił po sobie Daniel. W biurze atmosfera zaczynała się zmieniać. David z każdym dniem pozwalał sobie na coraz więcej — drobne uwagi, zbyt osobiste spojrzenia, propozycje spotkań, które trudno było traktować zawodowo. Przeprowadzka musiała poczekać. Długi Daniela nie znikną w kilka tygodni, a ona nie mogła pozwolić sobie na utratę stabilnego dochodu. Potrzebowała pracy, w której będzie miała realny wpływ na to, ile zarabia — i z kim pracuje.
Sięgnęła po telefon i przez chwilę patrzyła na zapisany kilka dni wcześniej numer. „Kiedy uporządkuje pani bieżące sprawy, proszę przyjechać do mojego biura.” Przez chwilę trzymała telefon w dłoni, obracając go powoli między palcami. Nie była to decyzja podjęta pod wpływem impulsu. Raczej kolejny krok, który prędzej czy później i tak musiał nadejść. „Chętnie wysłucham pana propozycji.” Odpowiedź przyszła niemal natychmiast. „Jutro 10:00, ostatnie piętro.”
Odłożyła telefon, czując, jak przez moment miesza się w niej napięcie i dziwny spokój. Na myśl o kolejnych zmianach emocje ścierały się ze sobą, ale strach — ten, który jeszcze niedawno towarzyszył jej niemal codziennie — ten, który jeszcze niedawno towarzyszył jej niemal codziennie — powoli tracił nad nią władzę. Wstała i cicho weszła do pokoju córki. Usiadła na skraju łóżka, poprawiając lekko zsuniętą kołdrę. Patrzyła na spokojną twarz Sophie, wsłuchując się w jej równy, dziecięcy oddech, który porządkował jej myśli skuteczniej niż cokolwiek innego.
Budynek, do którego przyjechała następnego dnia, nie należał do tych, które krzyczą przepychem. Szklana fasada, prosta architektura, elegancka recepcja — wszystko sprawiało wrażenie uporządkowanego, a jednocześnie chłodnego. Takiego, w którym nie ma miejsca na przypadek. Elen zatrzymała się na moment, poprawiła rękaw marynarki i weszła do środka.
— Dzień dobry. Elen Ward, mam spotkanie z panem Reidem — powiedziała do recepcjonistki.
Kobieta uśmiechnęła się profesjonalnie i po krótkim sprawdzeniu w systemie skinęła głową.
— Pan Reid już czeka. Ostatnie piętro. Winda wjeżdżała cicho, niemal bezgłośnie. Elen patrzyła na zmieniające się numery pięter, czując znajome napięcie przed rozmową, która może coś zmienić. Stawka była wysoka — chodziło nie tylko o pracę, lecz także o kierunek, w którym skręci jej życie. Drzwi windy otworzyły się bezszelestnie. Sekretarka wskazała przeszklone drzwi na końcu korytarza.
— Pan Reid jest w środku. Alexander wstał, gdy weszła.
— Dobrze panią widzieć, pani Ward.
— Dzień dobry.
Usiadła naprzeciwko. Nie rozglądała się po wnętrzu. Torebkę postawiła obok krzesła, dłonie ułożyła swobodnie na podłokietnikach.
Gabinet był przestronny, ale nie przeładowany. Duże okna z widokiem na miasto, masywne biurko, kilka starannie dobranych elementów
na miasto, masywne biurko, kilka starannie dobranych elementów wystroju — wszystko wyglądało tak, jakby każdy detal miał tu swoje dokładnie zaplanowane miejsce.
— Zaprosiłem panią, bo rzadko widuję osobę z taką kontrolą w sytuacji, w której się pani znalazła. Elen nie odwróciła wzroku.
— A w jakiej dokładnie sytuacji się znalazłam?
Alexander przez chwilę milczał. Oparł się wygodniej o fotel, jakby oceniał, ile powiedzieć.
— W sytuacji, w której firma po pani mężu balansuje na granicy wypłacalności.
— To brzmi jak analiza rynku. Nie jak zaproszenie do współpracy.
Uśmiechnął się. Nie był to znak uprzejmości, lecz uznania.
— Analiza zawsze poprzedza decyzję.
— Jaką decyzję pan podjął?
Teraz to on był przez moment zmuszony odpowiedzieć precyzyjnie.
— Że warto sprawdzić, czy potrafi pani zarządzać nie tylko stratą, ale również wzrostem.
— Nie zarządzam stratą. Ograniczam ją. To różnica.
— W takim razie porozmawiajmy o wzroście. Wyciągnął teczkę, ale nie przesunął jeszcze w jej stronę. — Prowadzę kilka spółek. Każda działa poprawnie. Interesuje mnie, czy wszystkie razem działają optymalnie.
— Ma pan dział finansowy.
— Mam raporty. — Zrobił krótką pauzę. — Nie zawsze mam kogoś, kto powie mi, gdzie raporty są zbyt optymistyczne.
— A czego pan ode mnie oczekuje?
— Żeby spojrzała pani na liczby i powiedziała mi, gdzie się mylę.
— A jeśli uznam, że słaby punkt leży w samych założeniach?
— Wtedy będziemy mieli o czym rozmawiać. — Nadmierna ekspozycja w jednym sektorze. Zbyt optymistyczne założenia przy wycenie aktywów. Finansowanie krótkoterminowe pod długoterminowe projekty. Szukam kogoś, kto będzie kwestionował moje długoterminowe projekty, moje decyzje, zanim zrobi to bank.
— Finansowanie jest wyłącznie bankowe?
— Częściowo. Reszta to kapitał spółki.
— W jakim procencie? To pytanie padło bez prowokacji.
Alexander oparł się wygodniej.
— Dlaczego to dla pani istotne?
— Bo jeśli koszty przekroczą założenia, bank będzie chronił swoje wskaźniki. Pan będzie chronił reputację. To nie zawsze prowadzi do tych samych decyzji. Cisza przeciągnęła się na moment.
— Zakłada pani przekroczenie kosztów?
— Zakładam scenariusze. Jeśli mam brać odpowiedzialność, muszę wiedzieć, gdzie kończy się wizja, a zaczyna presja.
— Otrzyma pani pełną strukturę finansowania — powiedział zdecydowanie. — Włącznie z umowami kredytowymi.
— To warunek konieczny.
— Proszę przeanalizować dokumenty. Bez pośpiechu.
Przesunął teczkę bliżej niej, ale nie naciskał. — Nie potrzebuję decyzji dziś. Elen skinęła głową.
— To dobrze. Nie miałam zamiaru decydować pod presją. Wstała powoli, zabierając dokumenty. Alexander również podniósł się z fotela.
— Jeśli uzna pani, że projekt nie jest wart uwagi, proszę powiedzieć wprost.
— Zawsze mówię wprost. Nie było w tym wyzwania ani obietnicy. Raczej wzajemne uznanie, że oboje grają długą grę.
Przy drzwiach zatrzymała się na sekundę.
— Jeśli uznam, że struktura wymaga głębokiej restrukturyzacji, będzie pan gotów na realne zmiany? To było pytanie o jego ego. Alexander odpowiedział bez wahania.
— Jeśli liczby będą jednoznaczne — tak.
Skinęła głową.
— Jeśli mam coś analizować, potrzebuję pełnych danych. Nie wersji pokazowej.
— Dostanie je pani, jeśli uznam, że warto.
Odwróciła się lekko.
— To działa w obie strony.
— Wiem.
— Do widzenia, panie Reid.
— Do zobaczenia, pani Ward. Nie „do widzenia”. Drzwi zamknęły się cicho.
Alexander przez chwilę stał w miejscu, jakby analizował rozmowę jeszcze raz — już bez jej obecności. Nie był pewien, czy przyjmie ofertę. I właśnie dlatego chciał, żeby to zrobiła.
ROZDZIAŁ 13
— Chciałem z tobą porozmawiać — powiedział David, gdy tylko weszła do jego gabinetu. — Słyszałem, że składasz wypowiedzenie. — To prawda. Wolałam, żebyś usłyszał to ode mnie. Przyglądał jej się chwilę.
— To przeze mnie?
— Potrzebuję miejsca, w którym będę mogła skupić się wyłącznie na pracy — odpowiedziała bez wahania.
Zacisnął szczękę.
— Nie chciałem przekraczać granicy.
— Przekroczyłeś.
Krótko. Bez podniesionego głosu.
— Ostatnie, czego teraz potrzebuję, to romans. Wystarczy mi, że o moim życiu i tak mówi już całe miasto.
— Elen, nie udawajmy. Dobrze wiemy, że twoje małżeństwo z Danielem było farsą.
— To nie jest rozmowa, do której masz prawo. David pożałował tych słów jeszcze zanim zdążyły wybrzmieć.
— Do końca tygodnia zamknę wszystkie projekty — powiedziała rzeczowo. — Przekażę obowiązki. Ruszyła w stronę drzwi.
Dogonił ją przy windzie.
— Mogę zapytać, co zamierzasz dalej?
— Zaczynam pracę w Reid Capital.
W jego spojrzeniu pojawiło się coś ostrego — cień irytacji, którego nawet nie próbował ukryć.
— U Reida? — powtórzył chłodno. — Mam nadzieję, że wiesz, z kim zaczynasz współpracę. Przez moment panowała cisza.
— W takim razie życzę powodzenia — powiedział w końcu, lecz ton jego głosu był daleki od uprzejmości.
— Dziękuję — odpowiedziała krótko. Weszła do windy, czując na plecach jego ciężkie, gorzkie spojrzenie. Drzwi zamknęły się między nimi jak ostateczna kropka. Kilka godzin później telefon zawibrował na biurku Alexandra. Nie spojrzał od razu. Podpisał dokument, odłożył pióro i dopiero sięgnął po telefon. Krótka wiadomość od jego asystenta: „Ward złożyła wypowiedzenie. Ostatni dzień — koniec tygodnia.” Alexander nie zmienił wyrazu twarzy, ale przez moment jego palce zatrzymały się na krawędzi telefonu. Nie był zaskoczony. Był utwierdzony.
— Wejdź — powiedział, zanim ktoś zdążył zapukać. Drzwi uchyliły się, a do gabinetu wszedł Adam.
— Widziałeś wiadomość? — zapytał.
— Widziałem.
— Szybko podjęła decyzję. Alexander odchylił się lekko w fotelu, splatając dłonie na biurku.
— Nie szybko. Rozsądnie.
— Chcesz, żebym przygotował dla niej stanowisko wcześniej? Na jego ustach pojawił się ledwie zauważalny uśmiech.
— Nie. Niech sama zamknie swoje sprawy i rozgości się tutaj. Ludzie pracują najlepiej wtedy, gdy wiedzą, że decyzja naprawdę należy do nich.
— Myślisz, że przyjdzie? — zapytał Adam. Alexander spojrzał w stronę okna.
— Przyjdzie.
Gdy drzwi zamknęły się za wychodzącym mężczyzną, Alexander przez moment siedział nieruchomo. Po chwili sięgnął po telefon i odblokował ekran, zatrzymując wzrok na krótkiej informacji. Nie interesowało go, czy odchodzi przez Davida. Interesowało go, czy przychodzi z własnej woli. To była znacząca różnica.
ROZDZIAŁ 14
W drodze powrotnej skręciła w stronę przedszkola, choć zwykle o tej porze była jeszcze w pracy. Uśmiechała się na myśl o zaskoczonej twarzy Sophie. Wiedziała, że w nowej firmie nie będzie już mogła pozwolić sobie na spontaniczne decyzje. Nie chciała sprawiać wrażenia osoby, która nie potrafi pogodzić obowiązków zawodowych z prywatnymi. Grace okazała się większym wsparciem, niż początkowo przypuszczała. Sophie ją uwielbiała, a Elen mogła na kilka godzin przestać kontrolować każdy szczegół dnia. W najbliższym czasie to będzie potrzebne. Zatrzymała się na czerwonym świetle, patrząc przed siebie. Zastanawiała się, co tak naprawdę pchnęło ją do podjęcia decyzji o zmianie pracy — nachalne zachowanie Davida czy trudna do odczytania pewność Alexandra. A może po raz pierwszy od miesięcy poczuła, że zamiast reagować na to, co przynosi los, sama zaczyna wybierać kierunek swojego życia. Światło zmieniło się na zielone. Poranek w nowym biurze był jasny i chłodny. Szklana fasada odbijała niebo tak czysto, że trudno było odgadnąć, co dzieje się w środku. Elen weszła kilka minut przed czasem — nie z nerwów, lecz z przyzwyczajenia. Recepcjonistka wstała natychmiast.
— Pani Ward? Pan Reid prosił, by zaprowadzić panią do gabinetu pana Harrisa. Korytarz był cichy, wyłożony jasnym drewnem. Kilka spojrzeń podniosło się znad monitorów. Nowe osoby zawsze budziły zainteresowanie — szczególnie te, które pojawiały się bez zapowiedzi.
Gabinet Harrisa był uporządkowany, choć biurko pokrywały otwarte segregatory.
— Elen Ward? — zapytał, wstając. — Adam Harris.
— Miło mi.
— Uprzedzam, że zaczynamy bez okresu próbnego. Pan Reid nie lubi zwłoki.
— To dobrze — odpowiedziała. — Ja też. Przesunął w jej stronę kilka teczek.
— Potrzebujemy chłodnej analizy przepływów. Część decyzji zapadała dynamicznie. Elen usiadła. Kartki przesunęły się pod jej palcami cicho, równym ruchem. Przez kolejne minuty analizowała dokumenty.
— To zabezpieczenie nie działa — powiedziała w końcu. — Przy minimalnym wahaniu kursu generujemy stratę. Harris spojrzał na nią uważnie.
— Właśnie dlatego tu pani jest. Nie zauważyli, że przez przeszkloną ścianę ktoś zatrzymał się na moment. Alexander stał w półcieniu korytarza. Jej sylwetka odbijała się w szybie — pochylona nad dokumentami, skupiona, odcięta od reszty przestrzeni. Pracowała tak, jakby nikt jej nie obserwował. Nie wszedł do środka. Oparł dłoń o chłodne szkło i przez kilka sekund patrzył, jak przesuwa palcami kolejne strony. Nie przyspieszała. Nie udowadniała. Nie grała pod publiczność. To rzadkie. I niebezpiecznie interesujące. Odwrócił się i ruszył dalej korytarzem, zostawiając ją przy biurku pełnym dokumentów — nieświadomą, że wstępny test właśnie zdała. Pierwszy miesiąc minął szybciej, niż przypuszczała.
Struktura spółek była rozbudowana, zależności wielowarstwowe, a decyzje podejmowane często szybciej, niż należało. Stopniowo jednak liczby zaczęły układać się w logiczną całość. Adam był jedyną osobą, do której Alexander zwracał się po imieniu. Ich relacja była starsza niż firma. Zaufanie nie buduje się w kwartałach. Pod koniec miesiąca oboje zostali wezwani do gabinetu Reida. Na stole leżały raporty.
— W zestawieniu North District brakuje zabezpieczenia transakcji — powiedział Adam. — Jeśli to nie zostanie skorygowane, będziemy mieli problem w kolejnym kwartale. Elen podniosła wzrok.
— Projekt podpisano przed moim przyjściem. Zaznaczyłam to w uwagach.
Adam już miał coś powiedzieć, gdy Alexander uniósł lekko rękę, odcinając dalszą dyskusję.
— To nie jest jej przeoczenie. Podniósł wzrok znad raportu.
— To była moja decyzja. Wtedy ryzyko uznałem za akceptowalne. W gabinecie zapadła cisza. Jej spojrzenie spotkało się z jego. Bez wdzięczności. Bez wyzwania.
— Skorygujemy zabezpieczenie w kolejnym etapie. Elen słusznie wskazała problem.
Elen zanotowała coś na marginesie. Jej długopis nie zadrżał.
Adam potwierdził, choć w jego spojrzeniu widać było lekkie zaskoczenie. Nie dlatego, że Alexander się z nim nie zgodził — raczej dlatego, że zrobił to tak jednoznacznie. — W takim razie to wszystko na dziś? — zapytała, zamykając teczkę.
— Tak.
— Do jutra.
Wyszła bez pośpiechu. Torebkę zamknęła jednym zdecydowanym ruchem. Światło nad jej biurkiem zgasło punktualnie o tej samej godzinie co zwykle. Alexander przez chwilę patrzył na zamknięte drzwi. Zauważył to już wcześniej — wychodziła zawsze dokładnie o czasie. Dokumenty były gotowe. Analizy precyzyjne. Żadnych zbędnych rozmów. Nie miał powodów, by to komentować. Jednak od czasu do czasu zastanawiał się, dokąd tak konsekwentnie się spieszy. I dlaczego nikt jeszcze nie próbował jej zatrzymać. To nie była podejrzliwość. Raczej ciekawość. Adam zamknął raport.
— Jest dobra.
Alexander skinął głową.
— Wiem.
ROZDZIAŁ 15
Pewnego popołudnia Elen dopijała kawę, gdy usłyszała charakterystyczny dźwięk windy. Tym razem zwróciła na niego uwagę. Drzwi się rozsunęły. Najpierw wyszła zgrabna blondynka. Tą samą kobietę widziała już wcześniej u boku Alexandra. Uśmiechała się szeroko, jakby kończyli prywatną rozmowę. Kilka kroków za nią szedł on — opanowany, jak zawsze. Przywitał się z sekretarką, zamówił dwie kawy i otworzył drzwi do gabinetu. Gestem zaprosił ją do środka. Drzwi zamknęły się cicho. Kilka minut później tą samą windą przyjechał Adam. Spojrzał w stronę gabinetu Alexandra i bez wahania wszedł do środka. Po krótkiej rozmowie skierował się do Elen.
— Poznałaś już Victorię Hayes? — zapytał. — Odpowiada za większość naszych projektów nieruchomościowych. Elen uniosła wzrok znad dokumentów.
— Domyślam się. Adam oparł się o framugę drzwi.
— Współpracują od lat. Bez niej połowa inwestycji by nie powstała. Elen przez chwilę nic nie mówiła. Sięgnęła po długopis.
— Chyba nie tylko nieruchomościami — powiedziała cicho. Adam już tego nie usłyszał. Zadzwonił jego telefon. Odebrał, rzucił krótkie „oddzwonię” i wyszedł. Została sama z dokumentami i myślą, która pojawiła się szybciej, niż chciała.
Zaniosła Alexandrowi zestawienie. Miała wyjść, ale została, by zanotować ewentualne uwagi. Alexander zamknął teczkę. Oparł się w fotelu. Patrzył na nią w milczeniu.
— Widziałem panią z Davidem Rossem. Nie brzmiało to jak pytanie.
— Chcę wiedzieć, czy jego obecność ma dla pani wymiar prywatny.
Elen podniosła wzrok.
— Wyłącznie zawodowy. Nie odwracał spojrzenia. Potwierdziła informację, którą i tak częściowo zakładał. Odpowiedź nie wyjaśniała jednak, dokąd Elen zawsze spieszy się po pracy.
— Jeśli jego zachowanie mogło sugerować coś innego, to nie z mojej strony — dodała.
Sięgnął po kolejną teczkę. — W takim razie mamy jasność.
Elen przez moment przeglądała dokumenty, po czym uniosła wzrok ponownie.
— Czy ja też mogę mieć pytanie?
— Proszę.
— Victoria Hayes. Powinnam traktować ją wyłącznie jako osobę odpowiedzialną za inwestycje? Alexander nie odpowiedział od razu.
— To ja decyduję, kto ma w moim życiu jaką rolę. W pracy jest wyłącznie agentką.
Spojrzeli na siebie, żadne nie odwróciło wzroku.
— Rozumiem.
— Lubi pani wiedzieć więcej, niż wynika z raportów.
— Lubię wiedzieć, z kim pracuję.
— To rozsądne. Atmosfera zrobiła się gęsta. Elen zamknęła teczkę.
— Skoro mówimy o przejrzystości, jest kwestia do korekty.
— Słucham.
— Riverside Avenue. Nieruchomość ma nieuregulowane zobowiązania wobec dwóch podwykonawców i sporny podatek gruntowy. W obecnym stanie przejmujemy wszystko. Rentowność spada. Alexander nie przerwał.
— Albo renegocjujemy cenę, albo wstrzymujemy zakup do czasu wyjaśnienia spraw prawnych. W tej formie to decyzja emocjonalna. Patrzył na nią uważnie, a w jego spojrzeniu pojawiło się wyraźne uznanie. Błąd był Victorii.
— W tej firmie nie podejmujemy decyzji emocjonalnie — powiedział po chwili.. — Dobrze, że pani o tym pamięta. Proszę przygotować wariant renegocjacji.
— Oczywiście.
— To wszystko. Spojrzał na zegarek. — Może pani iść. Wstała bez słowa. Kiedy sięgała po teczkę, ich dłonie niemal się zetknęły. Żadne nie cofnęło się gwałtownie.
— Do jutra.
— Do jutra.
Kilka dni później Victoria pojawiła się w biurze późnym popołudniem. Zatrzymała się przy recepcji. W tym samym momencie Elen wyszła z gabinetu Alexandra. Trzymała teczkę. Twarz miała spokojną. Skinęła Victorii głową i ruszyła dalej. Victoria patrzyła za nią, odprowadzając ją wzrokiem aż do drzwi biura. Zapukała i weszła do gabinetu Alexandra.
— Mam komplet umów do Riverside. Możemy zamknąć temat w przyszłym tygodniu.
Podniósł wzrok.
— Wstrzymujemy decyzję. Elen przygotowuje wariant renegocjacji. Uśmiech Victorii pozostał na miejscu.
— Czyli teraz decyzje przechodzą przez jej biuro? Alexander odłożył długopis.
— Decyzje przechodzą przeze mnie. A jej analiza była trafna — po chwili dodając — Po takim czasie współpracy pewne rzeczy powinny być wychwycone na etapie analizy. Uśmiech Victorii zesztywniał.
— Rozumiem.
— Dobrze. Odwróciła się do drzwi. Zatrzymała się jeszcze na chwilę.
— Dobrze, że to przeoczenie wykryto odpowiednio wcześnie.
— Zdecydowanie. Drzwi zamknęły się.
Victoria stała chwilę na korytarzu. Zauważyła że Elen to pierwsza osoba, która w tej firmie nie patrzy na Alexandra z dystansu. A on to widzi.
ROZDZIAŁ 16
Elen po godzinach w pracy toczyła własną, cichą walkę o uporządkowanie spraw pozostawionych przez firmę zmarłego męża. Nadmiar obowiązków próbowała pogodzić z najważniejszą dla siebie rolą — matki. Doceniała, obecność osób, którzy realnie pomagali jej uporządkować nową rzeczywistość. Richard Collins po pracy, poświęcał jej swój prywatny czas. W nowej pracy wsparciem okazał się Adam Harris. Od pierwszych dni pracowali jak równy z równym, konsekwentnie popychając projekty do przodu. Elen wprowadzała atmosferę skupienia, nie tworząc dystansu. Maszynę udało się sprzedać, a zobowiązanie wobec leasingodawcy zostało uregulowane w całości. Środki ze sprzedaży pozostałych aktywów ruchomych pozwoliły pokryć część zaległych wynagrodzeń. To nie rozwiązywało jeszcze całego problemu, ale przyniosło pracownikom pierwsze pieniądze i nadzieję. Przedsiębiorstwo wystawiono na sprzedaż. Ta transakcja miała stać się kluczowym elementem planu — gwarantem spłaty reszty zobowiązań. Z każdym tygodniem Elen czuła, jak ciężar powoli schodzi z jej ramion. W rzeczywistości sama jakby malała — z nadmiaru obowiązków o jedzeniu przypominała sobie dopiero, gdy pojawiały się zawroty głowy.
Tego dnia Alexander zaproponował, by towarzyszyła mu przy oględzinach nieruchomości, którą rozważał kupić. Oficjalnie — żeby zobaczyła, jak wygląda proces inwestycyjny od drugiej strony. Budynek znajdował się w spokojnej części miasta. Lokalizacja od razu jej się spodobała.
— Jeśli tym razem szuka pan czegoś mniej komercyjnego, bardziej pod apartamenty niż lokale usługowe, to kierunek wydaje się bardzo dobry — powiedziała, rozglądając się po okolicy.
— Na prawie budowlanym zupełnie się nie znam, ale piękne wnętrza lubię podziwiać. Uśmiechnęła się spontanicznie. — Następnym razem może pokaże mi pan już gotowy projekt.
Poza biurem pozwoliła sobie na odrobinę swobody w tonie. Alexander to zauważył, ale nie skomentował. W tej samej chwili jego telefon zawibrował. Elen stała na tyle blisko, że kątem oka dostrzegła na wyświetlaczu imię: Victoria — agentka.
— Przepraszam na moment — powiedział i odsunął się kilka kroków. Nie słyszała całej rozmowy, lecz z tonu kobiety dobiegającego z głośnika wywnioskowała, że Victoria była zaskoczona faktem, iż Alexander ogląda inwestycję bez niej — planowali zrobić to wspólnie w najbliższych dniach. W jej głosie pobrzmiewało coś więcej niż zawodowa irytacja. Elen odwróciła wzrok, skupiając się na elewacji budynku. Po kilku minutach Alexander wrócił, chowając telefon do kieszeni.
— Przepraszam. Gdzie skończyliśmy?
— Przy mojej propozycji obejrzenia gotowego projektu — odpowiedziała. Uśmiechnął się.