E-book
19.11
drukowana A5
44.55
Cappuccino

Bezpłatny fragment - Cappuccino


4.7
Objętość:
296 str.
ISBN:
978-83-8155-462-6
E-book
za 19.11
drukowana A5
za 44.55

Wstęp — Atak na futrzanego królika

Obudził mnie dzwonek nieustannie dzwoniącego telefonu komórkowego. Z trudnością otworzyłam oczy i w tym momencie telefon jakby złośliwie przestał dzwonić. Razem ze światłem dziennym pojawił się nagły, mocny ból głowy i uczucie suchości w ustach. Gdy tylko wróciłam do snu, telefon ponownie zadzwonił. Chwyciłam go ze złością, przez chwilę rozważając ciśnięcie nim w stojący obok kwiatek, jednak ostatecznie zdecydowałam się na odebranie polaczenia.

— Nina, wstawaj jedziemy po moja chihuahuę! — usłyszałam zachrypnięty glos przyjaciółki w słuchawce. Usiadłam na łóżku i od razu poczułam, że zakręciło mi się w głowie. Ta rozmowa odbywała się dla mnie zdecydowanie o kilka godzin, a nawet dni za wcześnie.

— Jaką chihuahuę? -spytałam, próbując nadążyć za rozmową. W głowie powoli zaczęły przewijać się nieuporządkowane obrazy… kolacja w restauracji, bar, wiele, wiele drinków, taksówka do Cleo i impreza domowa… nie potrafiłam przypomnieć sobie kolejnych zdarzeń.

— No coś ty! Nie pamiętasz?! Kupiliśmy wczoraj w nocy dla mnie chihuahuę!!! — słuchałam z niedowierzaniem głosu przyjaciółki.

— Chihuauę? Ale, po co nam chihuaua, Cleo? — próbowałam ogarnąć poplątane myśli w mojej głowie zirytowana brakiem wszystkich danych dotyczących wczorajszych zdarzeń.

— Naprawdę nie pamiętasz, Nina?! — prawie krzyknęła Cleo. — Każda z nas przyrzekła wczoraj zrobić w tym roku coś, o czym zawsze marzyła, a nie miała odwagi zrobić. — kontynuowała. — I tak Jess kupuje w końcu wymarzonego mustanga. — zaśmiała się Cleo. — Dzisiaj wieczorem jedzie oglądać pierwsze auto. Estelle zaprosi w końcu tego przystojnego sąsiada na kawę, o którym nam opowiada już od roku i tylko podgląda go co wieczór jak stockerka przez okno. — obie wybuchłyśmy gromkim śmiechem. — A Ty....moja droga… — kontynuowała Cleo — wiesz już gdzie w tym roku pojedziesz swoją wypożyczoną mega super furką?

Jak przez mgłę przebiegł mi w głowie obraz z wczorajszej nocy, kiedy zamroczona winem i zmotywowana przyjaciółkami wypożyczyłam zdecydowanie za drogi na swoje możliwości samochód. Nie było to jednak łatwe, gdyż najpierw przez jakieś pół godzinnym wszystkie razem próbowałyśmy odkryć magię liczb na mojej karcie kredytowej, które z uporem maniaka przeskakiwały, przesuwały się, zamazywały....robiły wszystko, aby tylko nie dać się zidentyfikować.

— O matko Cleo, te nasze babskie wieczorki mnie wykończą.

— Nie marudź! Bez nas umarłabyś z nudów pogrążona projektami w pracy! — powiedziała bezlitośnie Cleo. — Pamiętaj, ta, która nie dotrzyma słowa funduje wszystkim pozostałym nasze kolejne wakacje. Jeśli jednak wszystkie dotrzymamy słowa, to pojedziemy na wakacje wszystkie razem, ale każda zapłaci tylko za siebie.

— Co?! I ja się na to zgodziłam?!

— Nina….Przerażasz mnie… Jesteś tak wymęczona tą pracą, że upijasz się jedną butelką wina i tracisz kontakt z rzeczywistością. Weź sobie na luz, bo tak nie da się żyć! Bierz taksówkę i podjedź po mnie jak najszybciej! Dziś odbieram mojego ukochanego futrzaka — prawie krzyczała coraz bardziej podekscytowana Cleo.

— Zaraz u ciebie będę — odpowiedziałam prawie załamana kończąc rozmowę i nadal nie mając bladego pojęcia, jak to się stało, że od wczorajszego babskiego wieczoru mamy chihuahuę, wypożyczony samochód i całą listę “to do-sów”.

Zwlekłam się z lóżka i nadal chwiejnym krokiem udałam się do drzwi. Zjeżdżając na dół windą osłabiona, stałam oparta o ścianę, kiedy nagle zauważyłam, że ludzie z windy z ukratka mi się przyglądają.

Po dłuższej chwili namysłu, odważyłam się i spojrzałam w lustro. Wyglądałam, jakby samochód przejechał po mojej twarzy, gdyż wszystkie czarne elementy mojego wczorajszego makijażu rozciągały się na długość mojej twarzy w artystycznym wzorze. Niczym się jednak nie przejmując, nadal stałam z wysoko podniesioną głową….a może tylko mi się tak wydawało, a w rzeczywistości, mocno oparta, wpół leżąca na ścianie windy, napisałam smsa do Cleo: „Weź ze sobą chusteczki do makijażu”.

Kiedy podjechałam taksówką, Cleo czekała już na ulicy. Wskoczyła do auta i spojrzała na mnie zaskoczona:

— O matko! Nina, ale ty dziś wyglądasz! — powiedziała Cleo i zmieszała się zdając sobie sprawę z wypowiedzianych słów. — Mam dla Ciebie chusteczki do makijażu, ale z twoją fryzurą niewiele uda się już zrobić. — zaśmiała się. Miała o wiele więcej energii niż ja. Tak to jest, kiedy pracuje się po 13h dziennie, do tego podróżuje z miejsca na miejsce a później w piątek po całym ciężkim tygodniu, wypije się kilka drinków. Byłam zła na siebie i moją pracę, gdyż po raz kolejny widoczne były różnice pomiędzy wykończonymi pracownikami korpo, a ludźmi mającymi zżycie prywatne i energie życiową.

— Ale się cieszę, Nina, wiesz? — wyświergotała Cleo. — Przez lata nie miałam odwagi zakupić tego psiaka, ale wczoraj przekonaliście mnie i nawet pomogliście znaleźć na Internecie hodowlę i na dodatek go kupić! To takie szalone i ekscytujące! — kontynuowała Cleo.

— Ale Cleo, czy Ty naprawdę nadal chcesz tego psa kupić już dzisiaj? Przecież pies to nie zabawka, to zobowiązanie, nie chcę, żebyśmy go później oddawały i tłumaczyły, że to był efekt szalonego babskiego wieczoru — powiedziałam pocierając dwoma palcami bolące skronie.

— No coś Ty Nina! Jasne, że go chcę! I nigdy, ale to przenigdy go nie oddam!

U hodowcy przywitał nas idealny na ten dzień psi gwar wypełniony mieszaniną szczekania, popiskiwania i eksplozją energii, do której dziś zupełnie nie pasowałam.

Podążałam za panią hodowczynią i Cleo ze spuszczoną głową i czekałam, aż nieustanny ból głowy wreszcie się skończy. Cleo podskakiwała uradowana jak dziecko, co rusz pokazywała mi innego psiaka. Nagle obie spojrzałyśmy w kierunku kolejnego boksu i ujrzałyśmy uroczego małego wojownika, który z zapałem rozszarpywał pluszowego królika. Psiak warczał, szczekał, atakował, po czym rzucał się z zapałem i odgryzał kolejną cześć pluszowej zabawki. Po chwili odbiegł od królika w kierunku śpiącej na boku matki i schował się za jej plecami. Przez chwilę akcja się zatrzymała i wydawało się już, że szczeniak się znudził, ale po chwili na szczycie brzucha mamy, od strony jej pleców zaczęły wyłaniać się najpierw uszy, oczy, a następnie bardzo powoli głowa. Jak prawdziwy łowca szczeniak najpierw znieruchomiał i oczekiwał na ucieczkę lub atak ze strony poturbowanego króliczka. Ten jednak leżał uparcie nieruchomo nie biorąc udziału w zabawie. Rozwścieczony psiak wyskoczył nagle na brzuch matki, która obudzona ze zdziwieniem podniosła wysoko głowę i lekko zaskomlała z bólu. Szczeniak przebierając chwilę łapkami w miejscu, ruszył pędem do ostatecznego ataku na królika. Wybuchłyśmy śmiechem z Cleo. Psiak był tak niesamowicie zabawny i zdeterminowany, że przyćmił wszystkie inne szczeniaki.

— Cleo, nawet o tym nie myśl… — powiedziałam szeptem.

— Ale Ninaaaa…. — poprosiła jak dziecko Cleo.

— Cleo on zdemoluje ci mieszkanie, samochód, ogród i pozostały dobytek w jego zasięgu. Nasika do butów gości, a może nawet je zje….Po tygodniu nie będziesz miała żadnych znajomych, bo wszyscy będą się bać twojego psa i jego pomysłów.

— Ale ja go już pokochałam!!!! To miłość od pierwszego zamordowanego królika!!! Kto się nim zaopiekuje tak doskonale, jak nie ja? — kontynuowała Cleo. Wiedziałam, że dalsza rozmowa nie ma sensu. Była zdecydowana i wiedziałam, ze dziś do domu wróci z tym właśnie bojownikiem.

— Ok Cleo, ale przyrzekasz, ze kochasz go bardziej niż cały twój dobytek i nie opuścisz go w demolce, pożarze….który zapewne sam wywoła, katastrofie…. chorobie i że pozostaniesz z nim aż do śmierci? — zapytałam recytując przysięgę poważnym głosem z lekkim uśmiechem.

— TAK! — krzyknęła Cleo już wbiegając do kojca, który właśnie został otworzony przez hodowczynie.

— Gratuluje moje panie! Do waszej rodziny dołączyła właśnie Afera, najbardziej wojowniczy chihuahua wszechczasów. — powiedziała radośnie hodowczyni. Byłam pewna, że dziś spełniło się jej marzenie i wreszcie pozbyła się tego narwańca.

Rozdział 1 — Znajdź sobie normalnych przyjaciół Milo

Gdy tylko wróciłam do domu, wzięłam prysznic i padłam owinięta ręcznikiem na lóżko. „Ok, chihuahua załatwiona. Czas sprawdzić moją rezerwację. Mam nadzieję, że nie zarezerwowałam porche”, pomyślałam. Przeszukałam szybko skrzynkę mailową i po pięciu minutach wiedziałam już wszystko. Okazuje się, że zarezerwowałam samochód BMW X3 wersję sportową M o podwyższonym standardzie na dwa tygodnie począwszy od jutra. Rezerwacja niepodlegająca zwrotowi, bądź zmianie terminu.

„Super. Ciekawa jestem tylko tego, gdzie zamierzam tak szybko wyjechać. Przecież nigdy wcześniej nie wyjeżdżałam na wakacje sama”, pomyślałam. Zmęczona wczorajszą nocą próbowałam wymyśleć coś konstruktywnego. Zamiast tego myśli plątały mi się tylko w głowie, szwendały jakby bez celu i ładu. Po pięciu minutach zmęczona walką samej ze sobą poddałam się i zasnęłam. Obudziłam się po kilku godzinach. „A co tam! Raz się żyje! Nie dam dziewczynom satysfakcji i nie będę tę jedyną, która nie dotrzymała złożonej obietnicy”, pomyślałam. „Zresztą zapracowałam przecież na to… która inna kobieta w moim wieku spędza całe dni w biurze na osiąganiu ponad ambitnych, zupełnie nieistotnych życiowo celów korporacyjnych?! Nie mogę przecież dopuścić do tego, żeby moim życiem rządziły jedynie korporacja i projekty…”, myślałam coraz bardziej zbuntowana. „A jeśli na wyjeździe będę czuła się osamotniona? A jeśli będę wyglądać żałośnie tak sama podróżując? I co z moimi planami związanymi z zakupem domu? Przecież dopiero wczoraj zaczęłam oglądać pierwsze wykończone domy na sprzedaż… Ten jeden na pograniczu miasta nawet mi się spodobał…”, myśli wirowały mi w głowie przeskakując z tematu na temat.

Nagle przypomniałam sobie sytuację z czasów, kiedy byłam jeszcze nastolatką. Postanowiłam opuścić na chwilę hotel i zrobić małe zakupy w sklepikach nieopodal hotelu. Ruszyłam w prawo główną ulicą. Sklepiki były małe i przyjemne. Sprzedający jednak od razu nawoływali mnie agresywnie zniechęcając do zajrzenia do środka. Po kliku miniętych bezowocnie sklepikach, których wszyscy sprzedający reagowali na mnie dokładnie tak samo, zauważyłam na swojej drodze grupkę młodych mężczyzn. Przez chwilę zastanawiałam się co zrobić, czy zawrócić, czy kontynuować spacer. Po chwili wahania postanowiłam iść naprzód. Gdy tylko się do nich zbliżyłam, zaczęli do mnie wołać „baby”, „honey” i inne podobne standardowe damskie przywoławcze....Pamiętam, jak zaczęłam przyspieszać, przebierać nogami coraz szybciej i szybciej… i z poważną, lekko obojętną miną odwracając się od czasu do czasu za siebie i sprawdzając, czy mężczyźni za mną nie podążają, na wpół biegnąc oddaliłam się udając, że wcale przed nimi nie uciekłam. Dla potencjalnego obserwatora z boku to musiało wyglądać naprawdę komicznie, jednak dla mnie cała sytuacja była zwyczajnie przerażająca. Wzięłam pierwszy możliwy zakręt, po czym prawie wbiegłam do pierwszego napotkanego hotelu, zamówiłam taksówkę i wróciłam z pustymi rękoma do hotelu.

„To był po prostu pełen sukces! Nie ma to jak sobie radzić samej w życiu!”, myślałam z przekąsem zawiedziona sama sobą. „Życie blondynek ma swoje plusy i minusy”. Ta historia dała mi trochę do myślenia. „Tym razem muszę zdecydowanie wybrać kraj, w którym będę mogła się swobodnie sama poruszać się po ulicach”, pomyślałam.

„No dobrze, ale czy powinnam wybrać urlop wypoczynkowy i pozostać dłużej w jednym miejscu, czy raczej nastawić się na zwiedzanie i zobaczyć kilka docelowych miejsc? Jak dotąd zazwyczaj wybierałam urlopy wypoczynkowe, w pięknych 5 gwiazdkowych hotelach, najlepiej z trzema basenami, pysznym jedzeniem i oczywiście ofertą “all inclusive” … Ale tym razem skoro będę sama, to może powinnam zapewnić sobie jakąś rozrywkę i ruch?”, jak w transie zamyślona wstałam i udałam się do łazienki. Rozczesując włosy myślałam dalej. „A co jeśli połączę przyjemne z pożytecznym i wybiorę Włochy?”, na chwilę moje myśli znów uciekły w stronę pracy. „Nasz nowy, potencjalny klient chce przecież powierzyć nam całą sieć ekskluzywnych hoteli we Włoszech, a może nawet Europie. Jeśli projekt wypali, byłoby dobrze znać kilka włoskich słów, zwyczajów i mieć kilka swoich ulubionych włoskich miejsc, na wypadek rozmowy z klientem. Dobry kontakt z klientem to przecież podstawa. Jeśli udałoby mi się z nim choć raz porozmawiać i go do siebie przekonać, może dostałabym ten projekt na wyłączność… No cóż… zakładając, że Sarah tego przede mną nie zrobi podczas mojego urlopu i nie sprzątnie mi tego projektu….i awansu…. sprzed nosa…. Nieeee, przecież jestem od niej o wiele lepsza, już od lat….zamknęłam o wiele lepsze projekty niż ona, jestem szybsza i efektywniejsza, do tego zawsze na czas..…a ona przecież robi tylko obowiązkowe minimum, ciągle siedzi na chorobowym i spóźnia się z projektami….A może nie powinnam w ogóle nigdzie teraz jechać?…przecież to nie najlepszy pomysł wyjeżdżać teraz jak sprawa awansu się jeszcze nie domknęła”, zastygłam w bezruchu wpatrzona w podłogę. Wyobraziłam sobie, jak szef z uśmiechem podchodzi do naszej grupy i mówi, że gratuluje awansu po czym wyciąga rękę, ja również, jednak w ostatniej chwili podaje ją Sarah. Po chwili obudziłam się z zamyślenia, podniosłam energicznie głowę i zaprzeczająco przekręciłam karkiem kilka razy w prawo i lewo, jakby nie zgadzając się na tę opcję. „Oh Nina! Przecież ta sprawa ciągnie się już tak długo, dwa tygodni nieobecności nic tego nie zmieni…..nie powinnam się tym w ogóle martwić….Zapracowałam sobie na ten awans latami ciężkiej pracy i nikt mi przecież nie sprzątnie sprzed nosa stanowiska, tylko dlatego, że wyjechałam na urlop… to byłby jakiś absurd… Jeśli pojechałabym faktycznie do Włoszech, mogłabym co drugi dzień wybrać się do innego miasta, hotelu, czy na inną plażę? Czyż to nie byłoby bardziej ekscytujące? No i takie rozwiązanie miałoby zdecydowanie sens przy wypożyczeniu tak drogiego auta……Tak! To musi się udać!”, pomyślałam. Nagle zauważyłam, że moje włosy były już prawie suche od nieustannego czesania, które wykonywałam przez ostatni kwadrans jakby w transie. Chwyciłam za balsam do nóg i wmasowując go w łydkę pogrążyłam się w dalszych rozmyślaniach.

„Hmmm reasumując, to czego tak naprawdę potrzebowałabym do tego wyjazdu? Auto, GPS, walizkę i dostęp do Internetu, gdyż w sumie wyjeżdżając na ostatnią chwilę nie ma znaczenia, czy zarezerwuję hotele w poszczególnych miastach już dziś, czy też podejmę decyzję spontanicznie będąc już na miejscu… W końcu nawet nie wiem, które miasta zamierzam odwiedzić. Szkoda, że w pracy nie powiedzieli nam, kim jest ten potencjalny klient. Mogłabym odwiedzić jego hotele, lub przynajmniej podjechać do kilku nich i zobaczyć jak wyglądają na żywo. Może wpadłyby do mojej głowy jakieś pomysły, jak usprawnić operacje w tych hotelach, co również byłoby mocnym argumentem do zjednania sobie go podczas naszej pierwszej rozmowy”.

— Na litość boską Nina! — prawie krzyknęłam sama do siebie i aż wyprostowałam się ze złości. Popatrzyłam na swoją białą już łydkę, na której znajdowało się przynajmniej trzykrotnie za dużo balsamu. Ściągnęłam nadmiar balsamu ręcznikiem i popatrzyłam na swoje odbicie w lustrze.

— Cleo miała rację! — powiedziałam głośno do swojego odbicia. — Jesteś pracoholiczką, która nie potrafi nawet na chwilę się wyłączyć! Przestań pracować i zacznij w końcu się relaksować!

Poczułam napływający dreszczyk emocji. „Zostawię sobie jednak elastyczność… Pojadę do Włoch, jednak o tym, jakie miejsca zwiedzę zadecyduję spontanicznie po przyjeździe do Włoch...Może w między czasie dowiem się czegoś więcej w pracy i uda mi się znaleźć jego hotele”, westchnęłam zrezygnowana sobą. „Pracoholiczka nie do naprawienia”. „Muszę tylko dziś zarezerwować mój pierwszy nocleg… Przecież nie dam rady przejechać całej tej trasy za jednym razem”.

Wróciłam do pokoju dziennego i włączyłam komputer. Załadowałam stronę z mapami google i zaczęłam szukać potencjalnego pierwszego noclegu. Moje początkowe uczucie samotności i bezradności w związku z brakiem planów urlopowych przerodziły się w ciekawość i ekscytację. Wielokrotnie słyszałam o osobach, które same wybierały się na urlop, jednak nigdy wcześniej się na to sama nie odważyłam. Jakaś część mojego jestestwa była ze mnie dumna. „Czyż warto byłoby zmarnować takie piękne lato tylko dlatego, że jestem znowu singlem?”, pomyślałam a mój żołądek nagle mocno się ścisnął, a w oczach pojawiły się łzy złości, strachu i smutku. „Dzięki Bogu mam przyjaciółki o szalonych pomysłach, które wypchnęły mnie z tego piekła w świat. Gdyby nie one zapewne spędziłabym swój urlop w czterech ścianach, leżąc całymi dniami na kanapie i objadając się czekoladą. Znając siebie całymi dniami oglądałabym filmy o ludziach z nadprzyrodzonymi zdolnościami, po czym nocami śniłam o tym, jak wypalam wzrokiem twarz tych, którzy sobie na to zasłużyli. Rany… zaczynam przerażać samą siebie….”.

Resztę wieczoru spędziłam na wyszukiwaniu najlepszego miejsca na mój pierwszy wakacyjny nocleg. Mój kot Milo analizował wiernie ze mną mapę, co rusz kładąc łapkę na symbol myszki na ekranie. Po godzinie zmęczony zabawą zasnął leżąc tuż obok laptopa. Moja decyzja padła ostatecznie na włoskie miasteczko Ponte Tresa, miejscowość tuż za granicą ze Szwajcarią, nad jeziorem Lugano. Miałam szczęście. Pomimo późnej rezerwacji znalazłam wolny pokój w pięknym, odnowionym hoteliku w pobliżu jeziora.

„To idealny początek mojej wyprawy”, pomyślałam zamykając z zadowoleniem laptopa.

— A tobie załatwimy super miłą opiekunkę! — powiedziałam głaszcząc za uchem z zadowolenia mruczącego Milo.


***

Nagle moje myśli skierowały się w stronę nieopodal leżącego katalogu “Domy na sprzedaż”. Zamyślona wstałam i udałam się do kuchni zrobić herbatę ze świeżego imbiru. Wyspany po drzemce i gotowy do zabawy Milo podążał krok w krok za mną i co rusz delikatnie atakował ząbkami moje spodnie lub łydki. Obierając imbir myślałam o katalogu z domami. „Czy naprawdę do tego doszło? Czy naprawdę tak musi być? Mam 37 lat i najwyraźniej czeka mnie życie w samotności. Co się stało z moimi marzeniami o pięknym domu ze zwierzętami i dwójką dzieci bawiącymi się w ogrodzie?”, na chwilę przestała obierać imbir i spojrzałam smutna i zamyślona przez kuchenne okno.

„No cóż wygląda na to że życie rodzinne, a przynajmniej ślub nie jest mi pisany…..Hmmm, można nadal marzyć, lub po prostu zabrać się do dzieła i walczyć przynajmniej o spełnienie jednego marzenia….tego związanego z własnym domem…..Ale co będzie jeśli stracę pracę?”, poczułam napływający strach. „Może inni mają rację… może to nie jest dobry pomysł, aby budować lub kupować samemu dom, może to dla mnie za duże wyzwanie…”

— Ałć! — krzyknęłam ugryziona przez znudzonego moim zamyśleniem Milo, który natychmiast po zbrodni szybko uciekł i już za sekundę usłyszałam charakterystyczny dźwięk jego pazurów ślizgających się na zakręcie po podłodze. Wiedziałam, że w tym momencie walczył o przetrwanie i zachowanie równowagi na śliskiej podłodze. Po chwili uśmiechnęłam się lekko słysząc odgłos przewracającego się i polerującego moją podłogę futrzaka.

— Masz za swoje ty koci terrorysto! — krzyknęłam na Milo z kuchni. Jako odpowiedź uzyskałam jedynie złowrogie miauknięcie dochodzące z głębi mieszkania.

„Na pewno potarmosi mi teraz ze złości dywan lub sofę”, pomyślałam wracając do obierania imbiru.

„Dom… mój własny dom…", rozmarzyłam się. „To, że niedawno obejrzałam polski film o samotnej kobiecie, która nie poddała się dążąc do osiągnięcia swoich marzeń i wybudowała dla siebie i córki drewniany dom, to nie znaczy, że to tak naprawdę rzeczywistość i również mi się to uda. Życie to nie film czy bajka”, pomyślałam. Moje myśli uciekły w stronę moich rodziców, którzy długo walczyli z niechlujnymi i leniwymi robotnikami przy budowie domu. Przypomniałam sobie mamę, która płakała jednej nocy, gdy wszystkie zakupione materiały i rośliny zostały skradzione (najprawdopodobniej przez wspomnianych pracowników).

„Czy będę w stanie sama podołać budowie wymarzonego domu? Chyba nie… Przecież nie mam o tym zielonego pojęcia. Marzenie o domu, a wybudowanie go to przecież dwie różne rzeczy. Jeśli już to powinnam raczej skupić się na zakupie gotowej nieruchomości, nawet jeśli oznacza to życie w standardowym budynku bez charakteru”. Czajnik podskoczył pod wpływem gotującej się wody. Sięgnęłam po niego i załałam herbatę.

„Ale czy zakup domu to również nie za duże wyzwanie dla mnie?”, myślałam sięgając po świeży list mięty rosnącej na parapecie. Moje spojrzenie skierowało się w stronę ogródka, w którym Milo biegał za znaną już nam z sąsiedztwa wiewiórką. Para znała się już jakiś czas i zawsze kiedy jeden osobnik pojawiał się na zewnątrz po niecałych pięciu minutach można było zauważyć kolejnego. Pewnego razu Milo złapał wiewiórkę, jednak bardzo delikatnie przycisnął ją wtedy łapką i od razy wypuścił. Aby nie przestraszyć drobnego zwierzątka przewrócił się wtedy na bok i przez dłuższą chwilę wylegiwał bez ruchu na słońcu. Wiewiórka najpierw udawała, że nie żyje, później przez dłuższą chwilę wpatrywała się z zaciekawieniem w nowego towarzysza, po czym krótkimi, rytmicznymi podskokami krążyła wokół leżącego kota. Zawiedziona brakiem reakcji z jego strony podskakiwała coraz to bliżej, aż w końcu podeszła zupełnie blisko. Wtedy Milo podniósł głowę i oba zwierzątka jakby na znak wróciły do poprzedniej zabawy w ganianego. Od jakiegoś czasu sytuacja powtarzała się regularnie: Milo gonił wiewiórkę, delikatnie ją łapał, kład się na boku, aby wiewiórka mogła go spokojnie poobserwować czy nawet obwąchać, po czym po jakichś pięciu minutach obaj przyjaciele wracali do szalonej gonitwy. Z czasem przyjaźń na tyle się rozwinęła, że w obecności kota sąsiada Milo natychmiast przyjmował wojowniczą pozycję i bronił przyjaciółki. Oczywiście na koniec do akcji wkraczałam ja, aby wszystkich rozdzielić i zaoszczędzić na kosztach weterynarza.

— Musisz znaleźć sobie normalnych przyjaciół Milo — powiedziałam. — Takich, którzy nie powodują regularnych awantur na podwórku. Milo oczywiście zignorował wszystkie zalecenia i nadal terroryzował zarówno koty jaki i psy z podwórka. Jedynie wiewiórka i ja mogłyśmy się do niego zbliżyć.

Popijając herbatę długo patrzyłam to na Milo i wiewiórkę, to po prostu w nicość, nie mogąc podjąć decyzji o moich przyszłych czterech kątach. Ostatecznie wstałam, nalałam sobie kieliszek białego włoskiego wina i udałam się do łazienki, gdzie przygotowałam sobie kąpiel z pachnącymi olejkami, kulami mydlanymi z połyskującymi w wodzie brokatami i świeczkami.

„W końcu nie ma się co smucić, od jutra zaczynam swój urlop”, pomyślałam w myślach rozgrzeszając się za błogie lenistwo.

Na koniec dnia zadzwoniłam jeszcze do siostry i opowiedziałam jej o swojej spontanicznej decyzji dotyczącej urlopu. Chociaż zajęta zabawą z dwójką małych dzieci znalazła chwilę na rozmowę. Z Sarą atakującą ją z tyłu zza kanapy, próbowała wysłuchać całego mojego planu wakacyjnego. Oczywiście to jej się nie udało, gdyż starsza Majka za 5 minut dołączyła do Sary i razem rozpoczęły szturm na mamę. Jedyne co usłyszałam zanim rozłączyły naszą rozmowę to — Super Nina! To wspaniały pomysł! Będziesz na pewno świetnie się bawić! Majka! Zostaw ten telefon, bo nas….i wtedy nastąpiło rozłączenie.

Rozdział 2 — Jesteś szalona

Chodź nastawiłam budzik na 5: 30 rano nie mogłam spać już od 2:00. Nie wiedziałam, czy mój ściśnięty żołądek oznacza radość, strach czy niepewność.

Milo śpiący na całego na plecach z wyciągniętymi do góry łapkami przednimi i rozprostowanymi łapkami tylnymi nawet nie zauważył, kiedy spakowana i gotowa do wyjazd zamknęłam za sobą drzwi. Droga była pusta, a wschód słońca przepiękny. Barwy żółci, pomarańczy i czerwieni przeplatały się ze sobą na niebie. Pomyślałam, jakby to było wspaniale ten moment przeżyć z kimś ważnym. Smutnym wzrokiem spojrzałam na miejsce pasażerskie obok. Niestety od kilku miesięcy pozostawało ciągle puste. Jechałam w ciszy rozmyślając… „Tyle lat zajęło mi udowadnianie sobie, że „sama wszystko potrafię zrobić najlepiej"...Nawet w związkach pozostawałam tak naprawdę nadal singlem niezależnym od nikogo. Jednak po tych wszystkich latach dotarło do mnie, że tego tak naprawdę nie chcę. Tak naprawdę wolałabym wszystko dzielić z kimś dla mnie ważnym”, włączyłam głośno radio, aby rozchmurzyć smutne myśli.

„O nie, nie Nina! Tak nie będziemy się bawić!”, skarciłam się w myślach. „Gdybyś czasem mnie zauważyła to właśnie zaczynamy super wakacje i nawet nie chcę słyszeć negatywnych myśli”. Nagle w radiu zaśpiewała Edyta Górniak. „O Edytka! To doskonały repertuar dla mnie”, pomyślałam pogłaśniając muzykę i wyjąc do słońca w niebogłosy. „Jak dobrze, że mnie tu nikt nie usłyszy, w tej pięknej ekskluzywnej furce”, pomyślałam z uwielbieniem głaszcząc kierownicę wypożyczonego BMW. „Tak to można żyć, w luksusie”, uśmiechnęłam się do siebie i nacisnęłam mocno pedał gazu powodujący natychmiastowe przyspieszenie auta. „Fiu, fiu”, pomyślałam. „No to mamy do czynienia z samolotem, Nina… Takie przyspieszenie to tylko w samolotach….”, uśmiechnęłam się do siebie. Dalszą drogę spędziłam na brawurowej jeździe połączonej z nieludzkim zawodzeniem będącym oznaką próby naśladowania głosu gwiazdy.


***

Lunch zjadłam w przydrożnej restauracji obok innych podróżujących spieszących się ze swoim posiłkiem, aby jak najszybciej osiągnąć swój ostateczny cel podróży. Zajadając wegetariańską lasagne obserwowałam innych i próbowałam zgadywać, dokąd się wybierają. „Czy ta piękna elegancka pani w blond włosach i wypielęgnowanych paznokciach po 20stce wybiera się właśnie do domu, na randkę, a może jednak do Monachium na targi kosmetyczne, w których będzie występować w roli modelki? Czy wygląda tak pięknie wstając rano, czy może raczej zasypia z twarzą pokrytą stertą pasty cynkowej, z kolekcją ogórków i innych warzyw na oczach i czole?”, zachichotałam nad zamówionym makaronem. „A czy ten okrągły niski pan, zapewne kierowca zaparkowanego tira, popijający kolejne piwo z puszki będzie dziś odśpiewywał serenadę »jesteś szalona« na parkingu przed snem? A czy ta pani około pięćdziesiątki z mocną czerwoną szminką, szerokim uśmiechem i wybrakowanym uzębieniem ochoczo wyprężająca się ze stolika przy oknie do biznesmena siedzącego w stoliku obok otrzyma to, czego tak bardzo pragnie? A może zamiast biznesmena powinna sobie obrać za cel pana »jesteś szalona«, który po kolejnym piwie i tak nie zauważy braków w jej urodzie, a do tego jeszcze ładnie zaśpiewa?”

Nagle usłyszałam głośny, charakterystyczny skrzypiący dźwięk. Jak każdy doświadczony kierowca samochodu natychmiast podskoczyłam z krzesła i z przerażeniem wyjrzałam przez okno. Za oknem stało piękne złote Porsche, a obok niego czarne BMW. Z ulgą stwierdziłam, że to nie mój wypożyczony samochód. Przyjrzałam się uważniej i zauważyłam, że tak jak przypuszczałam, oba samochody mają wyraźne boczne uszkodzenia i zarysowania na drzwiach. Najwyraźniej kierowca BMW wyjeżdżając ze swojego miejsca parkingowego nie zauważył zaparkowanego nieopodal samochodu Porsche (może ze względu na głośną raperską muzykę, którą było słychać nawet w restauracji) i pomimo zderzenia konsekwentnie kontynuował manewr doprowadzając do widocznego z daleka uszkodzenia obu samochodów. Po chwili na parkingu pojawiła się znana mi już elegancka pani. Początkowo szła elegancko popijając kawę, jednak szybko zorientowała się w sytuacji i w charakterystyczny tylko dla kobiet noszących 15 cm obcasy sposób podbiegła do swojego samochodu Porsche. Musiałam się do siebie uśmiechnąć. Podczas biegu w stronę samochodu wyglądała jak Gejsza podążająca w pośpiechu robiąc przy tym milion malutkich kroczków na minutę. Jej włosy w koku podskakiwały wysoko jak ta zabawka- paletka z piłeczką na sznurku. Na koniec koczek z czubka głowy zsunął się nad prawe ucho. Podobny efekt fryzury można by było uzyskać po wichurze. Nagle drzwi czarnego BMW się otworzyły i wyłoniła się z nich wysoka szczupła męska postać w czarnym garniturze. Choć nie widziałam jego twarzy byłam pewna, że wygląda co najmniej świetnie, gdyż elegancka pani na jego widok natychmiast się zatrzymała. Najpierw długo na niego patrzyła lekko się uśmiechając i słuchała prawdopodobnie jego relacji lub przeprosin jednocześnie dyskretnie próbując przy tym opanować swojego opadającego teraz już nie tylko na ucho, ale również prawe oko koczka. Mężczyzna na chwilę wrócił do swojego samochodu, co kobieta natychmiast wykorzystała wyrzucając szybko za siebie kubek kawy i układając błyskawicznie nowego, idealnego koczka. Mężczyzna po jakiejś minucie znów wyłonił się ze swojego samochodu i podszedł do eleganckiej pani, wyciągnął dłoń i podał jej wizytówkę ze swoim numerem telefonu oraz dokumenty od ubezpieczyciela. Wstając i kierując się do swojego samochodu zastanawiałam się, czy to niefortunne zdarzenie miedzy tymi dwojga zapoczątkuje coś pozytywnego…„Dlaczegóż by nie?”, pomyślałam i odpaliłam silnik swojej jak dobrze, że nie uszkodzonej maszyny.


***

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 19.11
drukowana A5
za 44.55