E-book
15.75
drukowana A5
60.14
Café Noir

Bezpłatny fragment - Café Noir


Objętość:
273 str.
ISBN:
978-83-8455-523-1
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 60.14
Mojej, kochanej żonie — Ani.                                                              Nie wierzyłaś, że z ciszy i uporu może powstać coś więcej niż tylko marzenie. Ta książka jest dowodem, że właśnie z nich rodzi się historia.


...Noc nie ukrywa prawdy
Noc jedynie sprawia, że łatwiej ją przeoczyć…

Prolog

Kawiarnia znajdowała się dokładnie naprzeciw redakcji miejscowej gazety. Oddzielony od niej sporym pasem szarego, nierównego bruku lokal zajmował parter najwęższej ze składających się na zachodnią stronę rynku kamienic. Prowadziły do niego trzystopniowe schody, które wieńczył niewielki podest. Po obu jego stronach umieszczone były wypełnione piaskiem jutowe worki, na których widniały ciemne, jakby wypalone napisy. Informowały one skąd dany gatunek kawy pochodzi, przy czym, gdyby w workach faktycznie była kawa zapewne nie poleżałyby one na miejscu nawet godziny. Nad zakończonym przeszklonymi drzwiami wejściem znajdował się szyld z finezyjnie wymalowanym napisem Café Noir.

Jeszcze dziesięć lat temu lokal ów pękałby w szwach od nadmiaru klientów, którzy zajmując miejsca, przy ciasno stłoczonych stolikach, snuliby niezwykle barwne opowieści lub toczyli nad wyraz ożywione dyskusje. Ich wystrojone w przeróżnych rejestrach głosy przenikając się wzajemnie tworzyłyby coś na kształt — tak specyficznej przecież dla kawiarnianego gwaru — polifonii. Byłby jednak w błędzie ten, kto brałby ich za salonowych erudytów, gdyż z towarzyskim wyrobieniem niewiele mieliby oni wspólnego, a powód ich stolikowego zasiedzenia byłby o wiele bardziej prozaiczny. Otóż, w czasach wszechobecnie panującej czerwonej pożogi możliwość nabycia, nie tyle dobrej, co w ogóle jakiejkolwiek kawy graniczyła niemalże z cudem. A ponieważ ówcześnie narzucony ogółowi filozoficzny porządek nie uznawał zupełnie pojęcia cudu, jednakowoż zmuszony był również odrzucić konieczność istnienia tak trywialnej używki. Nic więc dziwnego, że w takich realiach miejsce, które oferuje nieograniczone możliwości obcowania z czarną przyjemnością cieszyłoby się ogromną estymą. Ale dziś, w dobie wykreowanej iluzji wszechobecnego dobrobytu lokal taki jak kawiarnia kompletnie nie miał już racji bytu i stając się czymś w rodzaju skansenu budził bardziej zaciekawienie niż faktycznie spełniał swą odwieczną funkcję.

Umieszczony na szyldzie obok nazwy rysunek parującej kawą filiżanki był na tyle sugestywny, że odnosiło się wrażenie, iż unoszący się nad nią obłok napełnia swym aromatem niemal cały, skąpany w delikatnym słońcu rynek. I w takiej oto scenerii, kwadrans po jedenastej, niespodziewanie pojawił się sunący przez otchłań szarego bruku człowiek. Ubrany w jasny trencz mężczyzna sprawnie pokonał trzy stopnie znajdujących się przed wejściem schodów, by chwilę później zniknąć za szklanymi drzwiami kawiarni.

I. Dziwne zlecenie

Pomimo zbliżającego się południa wnętrze kawiarni tonęło w półmroku. Jedną trzecią powierzchni niewielkiej sali zajmował półkolisty kontuar, który kończył się na przeciwległej do wejścia ścianie. Ogromną część bufetu zajmował niklowany ekspres, w pobliżu którego spoczywała drewniana taca. W miejscu, w którym klienci składają zamówienia znajdował się mały, hotelowy dzwonek, a na samym końcu blatu stała opierająca się o ścianę kasa. Przestrzeń za barem wypełniały dwie stylowe serwantki, pomiędzy którymi znajdował się długi rządek ustawionych na podłodze drewnianych szafek. Stały na nich wszelakie, niezbędne do funkcjonowania kawiarni przyrządy i naczynia. Oprócz spiętrzonych w wysokie wieżyczki filiżanek i spodeczków znaleźć tam można było różnego rodzaju tygielki, dzbanuszki i kawiarki. W subtelnie podświetlonych serwantkach leżały ozdobione w najbardziej wymyślne grafiki opakowania ziarnistej kawy, która przybyła do tego miasteczka z niemal wszystkich zakątków świata.

— Dzień dobry panie Tobiaszu — rozległ się miły, niemal dziewczęcy głos. Należał on do ponętnej brunetki, która nie wiadomo skąd, pojawiła się nagle za kontuarem.

Była zjawiskowo piękną, obdarzoną ujmującym wręcz uśmiechem dwudziestopięciolatką. Głęboka czerń jej włosów stanowiła wprawdzie efekt koloryzacji, lecz zabieg ten bynajmniej nie ujmował kobiecie wdzięku. W połączeniu z odważną fryzurą polegającą na nonszalanckim upięciu włosów z tyłu głowy, wyraźnie dodawał dziewczynie urody, a niemal idealny rysunek jej ust czynił z niej niezwykle zmysłową kobietę.

— Miło panią widzieć, Elizo — odparł mężczyzna przywołując na twarz jeden z uśmiechów, które utrwalone na czarno białych fotografiach zdobiły niemal wszystkie ściany lokalu. Z reguły należały one do czołowych przedstawicieli klasyki amerykańskiego kina noir. Jednak pomiędzy noszącymi na swych głowach czarne fedory twardzielami znaleźć można było również kilku amantów, którzy przy pomocy jednego zaledwie gestu potrafili rozmiękczyć duszę praktycznie każdej kobiety.

— Czyżby wodził mnie pan na pokuszenie? — spytała właścicielka kawiarni robiąc tajemniczą minę.

— Skąd taki wniosek? — stropił się mężczyzna.

— Ten uśmiech mówi sam za siebie — odparła bez cienia skrępowania.

Tobiasz przyjrzał się jej z uwagą. Była o połowę od niego młodsza i bynajmniej nie zamierzał jej uwodzić. Wprawdzie jako kobieta bardzo mu się podobała, lecz jej bezpośredniość wywołała u niego lekkie zakłopotanie.

— Spójrzmy prawdzie w oczy — ciągnęła niezrażona malującym się na twarzy gościa zażenowaniem — Nie ma pan szczęścia do innych kobiet. Który to już raz, jakaś zdradzana mężatka unikając konfrontacji z panem wykorzystuje mnie jako pośrednika?

Faktycznie miała rację i nie było w jej słowach ani grama przesady. Tak się jakoś złożyło, że odkąd Tobiasz postanowił spróbować swych sił w roli prywatnego detektywa, kawiarnia stała się dla niego, a zwłaszcza dla jego klientów swoistą skrzynką kontaktową. Z reguły spotykał się tu z nimi w celu omówienia szczegółów zlecenia, co zazwyczaj wiązało się z ofiarowaniem niewielkiej zaliczki na poczet przyszłych kosztów. Kilka razy zdarzyło się jednak, że mężczyzna zmuszony był odebrać przywdziane w szarą kopertę zlecenie z rąk Elizy, która w owych razach stawała się kimś w rodzaju pośredniczki. Takie zachowania były dla detektywa zupełnie niezrozumiałe, gdyż posiadał on niezbyt wprawdzie duże, ale umożliwiające zachowanie pełnej dyskrecji biuro. Niestety, prawie nikt nie chciał go odwiedzać, jakby już sam fakt przestąpienia jego progu był czymś zgoła nieprzyzwoitym. Toteż mając na uwadze, że z gustami się nie dyskutuje, chcąc nie chcąc zmuszony był przyjąć tę dość osobliwą formę służbowych spotkań, a tym samym stał się dość częstym gościem Café Noir.

— Wnioskuję, że przyjęła pani dla mnie kolejne zlecenie — mężczyzna zdawał się być rozbawiony finezją z jaką Eliza dotykała sedna.

— Cóż za dedukcja — zaśmiała się dziewczyna kładąc na barze sporą kopertę.

— Przyznam, że zupełnie nie potrafię zrozumieć współczesnych kobiet — detektyw pozwolił sobie na odrobinę filozofii — Niby takie wyzwolone i racjonalne niewiasty, a zachowują się niczym zahukane pensjonarki rodem ze staroświeckich romansów.

Uśmiechnął się ponownie i ruchem głowy wskazując przesyłkę spytał:

— Jest brunetką czy blondynką?

— Czy pan sobie zbyt wiele nie obiecuje?

— Co pani ma na myśli?

— Z tego, co się orientuję pana praca polega na tropieniu niewiernych mężów, a nie na uwodzeniu ich żon — rzekła z wyrzutem Eliza — Może napije się pan wreszcie kawy? Jest pan w końcu stałym bywalcem mojego lokalu.

— Wystarczy, że spojrzę w pani oczy i już czuję się jak po kawie — detektyw zaryzykował niezbyt wyszukany komplement.

W czarnych jak bezksiężycowa noc tęczówkach dziewczyny pojawiły się wesołe ogniki, a usta Elizy rozciągnęły się w zmysłowym uśmiechu, na widok którego zrobiło się detektywowi podejrzanie gorąco. Był niezwykle wyczulony na urodę kobiecych ust.

— Jeśli pani pozwoli pozostanę przy poczciwej szkockiej — ciepły tembr jego głosu rozszedł się leniwie w spowitej mrokiem przestrzeni.

— A jeśli nie pozwolę? — dziewczyna postanowiła nieco się podroczyć.

— Będę zmuszony zdać się na pani rekomendację — Tobiasz dał w końcu za wygraną.

— Wobec tego zaparzę panu Muhaburę.

— A cóż to takiego? — zdziwił się detektyw — Napar z much?

— Nie z much, tylko z łupinek kawy — roześmiała się kobieta.

— Współcześni ludzie są dziwni. Chleb nadziany łupinami zboża popijają napojem z łupin kawy — Tobiasz nie krył nawet obrzydzenia — Zdaje mi się, że ten świat powoli schodzi na psy.

— A może po prostu zaczynają dostrzegać inną wartość — odparła Eliza — W końcu prawdziwa esencja często kryje się nie w samym meritum, ale w tym, co owo meritum otacza.

Tobiasz uznał, że przysługujący mu tego dnia limit filozoficznych wynurzeń został wyczerpany. Nie zamierzając pogłębiać tematu wziął z baru kopertę i skierował swe kroki do ulubionego stolika w narożniku sali. Przestrzeń nad nim zdobiła zawieszona pod sufitem czasza ogromnego parasola. W otworze, przez który powinna przechodzić rączka miał on zainstalowaną sporą żarówkę, która mimo ponadnormatywnych rozmiarów rzucała na salę dość skąpe światło. Detektyw nie należał do ludzi, którzy lubią rzucać się w oczy, a miejsce pod marną — skądinąd — imitacją fotograficznej lampy dawało mu komfort pozostawania w cieniu. Gdy tylko usiadł z miejsca rozerwał kopertę, z której wystrzelił pokaźny plik zielonych banknotów. Oprócz nich znajdowała się tam również złożona na pół kartka. Biały arkusz papieru zapisany był pięknym regularnym pismem, które wyraźnie sugerowało, że tekst pisała kobieta. Z charakteru pisma udało się Tobiaszowi wyczytać, że domniemana autorka jest raczej spokojną i niezwykle skrupulatną osobą. Na zapoznanie się z zasadniczą treścią listu musiał jednak poczekać, gdyż w chwili, gdy kończył analizę grafologiczną do stolika podeszła Eliza. Postawiła przed mężczyzną szklany, wypełniony ciemnym płynem french press oraz zwężającą się ku dołowi szklankę. W przypominającym mocną herbatę naparze pływało coś na kształt monstrualnych ziaren kawy, które chwilę później zdławił wciśnięty dłonią kobiety tłok.

— I co? — spytała nalewając płyn do szklanki — Brunetka czy blondynka?

— Właśnie usiłuję to ustalić — odparł detektyw.

— Gdybym miała męża, który mnie zdradza, proszę mi wierzyć, że załatwiłabym tę sprawę bez pomocy detektywa — rzuciła, po czym wykonała taktowny odwrót, by chwilę później zająć się swoimi obowiązkami.

Tobiasz tymczasem podjął przerwaną lekturę. Pisany przez nieznaną osobę tekst brzmiał następująco:


Obślizgła wstęga ciemnej, gruntowej drogi wiła się wprost w ramiona dusznego zmierzchu. Wyglądała jak paskudny, wyleniały wąż wypluty z trzewi szarego asfaltu, prowadzącego do nieodległego miasteczka, w którym jakakolwiek forma ludzkiego istnienia zamierała wraz z wybiciem godziny siedemnastej.

Sto, może sto pięćdziesiąt metrów od głównej arterii, w miejscu, gdzie droga wyraźnie stykała się z ogromnym cielskiem leniwie gasnącego dnia, leżały zwłoki młodego mężczyzny. Z rozbitej czaszki wypływały potoki brunatno czerwonej krwi zapełniając niemal po brzegi wydrążoną w błocie koleinę. Była ona pozostałością przetoczonych po drodze kół stojącego nieopodal samochodu. Ciepła jeszcze krew w połączeniu z chłodem nastającego wieczora ulatniała się w postaci białego, falującego w mdłym świetle palących się reflektorów oparu.


Nienawykły do literackich uniesień detektyw niewiele z tego rozumiał. List bardziej niż zlecenie przypominał wyrwany z taniej powieści fragment i gdyby nie ta załączona wraz z nim pokaźna sumka z pewnością uznałby go za niezbyt udany żart. Upił kilka łyków gorącego napoju i po krótkim namyśle postanowił raz jeszcze zapoznać się z tekstem. Pomimo tego, że w pierwszej chwili Muhabura smakiem przypominała napar z dębowej deski, z każdym następnym łykiem stawała się o wiele bardziej zjadliwa. Przy okazji, zawarta w niej czysta kofeina zadziałała niemal błyskawicznie, co detektyw wyraźnie odczuł podczas kolejnego czytania listu. Tym razem był przekonany, że zaczyna wreszcie dostrzegać zgrabnie ukryty w gąszczu metafor niezbyt jeszcze jasny, ale o wiele bardziej logiczny przekaz. Z treści uporczywie wybijały się samochód, krewzwłoki młodego mężczyzny, które mogły dawać nikłą wskazówkę, iż wymienionemu w tekście człowiekowi przydarzyło się jakieś nieszczęście. Lecz kim był ów ktoś i co w istocie mu się stało, tego Tobiasz nie był w stanie odgadnąć. Mając jednak na względzie, że nikt nie wyłożyłby takiej sumy tylko po to, by sobie z niego bezkarnie dworować postanowił zabrać się do listu poważnie. Licząc na to, że uważniejsze czytanie pomoże mu trafić na kolejne zaszyfrowane informacje rozpoczął bardziej dogłębną analizę tekstu. Tym razem skupił swą uwagę na samym tylko, poetycko opisanym tle. Z tekstu jasno wynikało, że to co się wydarzyło, stać się musiało w miejscu raczej odludnym, z pewnością nieopodal miasta. Leniwie gasnący dzień sugerować mógł późne popołudnie, lecz biorąc pod uwagę połączony z palącymi się reflektorami zmierzch oraz wyraźnie napisane słowo wieczór z całą pewnością owo zdarzenie miało miejsce właśnie wieczorem. Tego kim był ów młody mężczyzna, mimo najszczerszych chęci nie sposób było się jednak dowiedzieć. Nieco zdeprymowany tym faktem detektyw przerwał na moment swe rozważania i wtedy w kawiarni nieoczekiwanie pojawił się jakiś młodzieniec. Tobiaszowi zdawało się, że kojarzy go z widzenia, lecz niestety nie potrafił przypomnieć sobie skąd może go znać. Chłopak przywitał się z Elizą, która widząc go uruchomiła stojący na kontuarze ekspres. Młodzieniec usiadł przy barze, a chwilę później dziewczyna postawiła przed nim filiżankę świeżo zaparzonej kawy, która swym intensywnym aromatem momentalnie wypełniła niewielką przestrzeń sali. Detektyw już miał powrócić do przerwanego wątku, gdy nagle jego uszu dobiegł strzęp prowadzonej przy barze rozmowy.

— …pojechał na spotkanie, z którego niestety nie wrócił — opowiadał Młodzieniec — Nie ma nawet pewności, czy w ogóle na nie dojechał.

Zrobił krótką pauzę, po której kontynuował:

— Arni bardzo się przejmuje. Wciąż powtarza, że on to wszystko przewidział i…

— Naprawdę w to wierzy? — weszła mu w słowo dziewczyna.

— Jest o tym przekonany.

— Ale przecież powinny być dwa — zauważyła Eliza.

— Nawet nie chcę myśleć, co by było, gdyby zdarzyło się to drugie.

— Zaczynam żałować, że podsunęliśmy mu te wątki — właścicielka kawiarni lekko się zmartwiła — On wszystko bierze do siebie.

— Czasu już nie cofniemy, ale może wyjdzie mu z tego jakiś bestseller. Wiesz, co on mi dziś rano powiedział? Wymyślił sobie, że tylko Maria zna prawdę.

Pięć minut później Młodzieniec dopił kawę i wymieniwszy z Elizą krótkie pożegnanie zniknął za drzwiami, a jedynym świadectwem jego obecności stał się ledwie dostrzegalny ruch zawieszonej na ich szprosie niewielkiej tabliczki.

Detektyw również postanowił pożegnać przemiłą właścicielkę lokalu. Dopił swoją Muhaburę, zebrał leżące na stoliku banknoty i wraz z listem upchnął je w szarej kopercie, którą umieścił w kieszeni płaszcza. Następnie wstał od stolika i pamiętając o napiwku uiścił należność za spożyty napój. Zamierzał rzecz jasna przekonać się kim jest ów Młodzieniec i dokąd teraz zmierza, a jedynym na to sposobem było opuszczenie przytulnego półmroku kawiarni.

***

Gdy detektyw wyszedł na zalany południowym słońcem rynek i rozejrzał się wokół, Młodzieńca dawno już na nim nie było. Zniknął tak samo niespodziewanie jak się pojawił, a rozpływając się w wiosennym powietrzu, odebrał Tobiaszowi jedyną wówczas okazję na złapanie choćby najdrobniejszego śladu. Mógł wprawdzie wrócić do lokalu i spytać Elizę kim jest ten człowiek i gdzie można go teraz znaleźć, ale jednak tego nie zrobił. Siedząc teraz w swej kancelarii Tobiasz pilnie wpatrywał się w leżącą na jego biurku kartkę, obok której leżał niedbale rzucony plik zielonych banknotów. Mężczyzna nie mógł oprzeć się refleksji, że gdyby nie on, ów wykaligrafowany nieznaną ręką tekst niechybnie zakończyłby swój żywot w pierwszym napotkanym po drodze koszu na śmieci. Niestety domniemana autorka listu umotywowała swe zlecenie w sposób adekwatny do ciężaru powierzonego zadania, czym mężczyzna czuł się w pewnym sensie zobligowany. I z tego właściwie powodu od kilku już ładnych godzin łamał sobie głowę wysnuwając coraz to nowe wnioski.

O ile kwestię listu wstępnie załatwił już w kawiarni, o tyle kwestia podsłuchanej rozmowy, a ściślej rzecz ujmując zarysowane w niej pewne analogie wciąż nie dawały mu spokoju. Biorąc pod uwagę to, że usłyszany fragment w pewnym sensie udowadniał jego tok rozumowania, z pewną dozą ostrożności założył, iż zarówno list jak i rozmowa dotyczą tego samego zdarzenia. Słowa pojechał na spotkanie, z którego nie wrócił w zestawieniu z lakonicznymi informacjami w tekście sugerowały wyraźnie, że tego kogoś istotnie mogło spotkać jakieś nieszczęście. Jednak już za moment tę klarowną na pozór hipotezę zaburzyła pewna wątpliwość. Wzmianka o podsuwaniu wątków wraz ze wspomnianym bestsellerem, a nade wszystko sformułowanie tylko Maria zna prawdę przywodziły na myśl zgoła inne skojarzenie. Detektyw uśmiechnął się na myśl o tym, że rozmowa dotyczyć mogła pisanej przez tajemniczego Arniego powieści, a owa Maria mogła okazać się postacią fikcyjną. Najgorsze jednak było to, że zupełnie nie miał pojęcia od kogo otrzymał to dziwne zlecenie. Odpowiedź na nie mógł otrzymać już w kawiarni, nieprzypadkowe, bowiem było pytanie, które postawił Elizie. Kolor włosów zleceniodawczyni pozwoliłby Tobiaszowi poważnie zawęzić krąg branych pod uwagę kobiet, bo ileż blondynek lub brunetek w tym mieście może dysponować kwotą, którą mężczyzna znalazł w kopercie? Niestety, dziewczyna biorąc pytanie za jedną z oznak typowo męskiej próżności zbyła je w typowo kobiecy sposób, a to poważnie skomplikowało ustalenie, co autorka miała na myśli pisząc ten list. Istniał wprawdzie inny sposób, który z pewnością nie tylko pomógłby w ustaleniu stanu faktycznego, ale może nawet dałby wskazówki jak znaleźć ową tajemniczą kobietę. Wystarczyło odwiedzić miejski posterunek policji i spytać, czy w ostatnim czasie wydarzył się jakiś poważny wypadek lub inne podobne nieszczęście. Niestety detektyw doskonale wiedział, że nic tam nie wskóra. Wszak już od ponad roku był on policyjnym emerytem, a stan spoczynku poważnie ochłodził jego stosunki z byłymi kolegami. Jednak gdy stał się dla nich konkurencją, wręcz zabroniono mu przekraczać progi posterunku, a o przekazywaniu przez policję jakichkolwiek informacji mógł tym samym zapomnieć.

Przerwał swe myśli i sięgnął po papierosa. W złotym, ozdobionym marką Benson & Hedges pudełku grzechotało ostatnich pięć sztuk. Dwie pełne paczki spoczywały jeszcze w sekretnej szufladzie biurka. Wszystko razem dawało nadzieję na jako takie przetrwanie przez najwyżej trzy kolejne dni. Na szczęście angielski statek zawinął do tutejszego portu, a to znaczyło, że będzie świeża dostawa. Wieczorem był umówiony na jej odbiór. Przy okazji postanowił rozejrzeć się trochę po mieście. Oprócz postawionych dotąd pytań detektyw miał ich jeszcze kilka. Niezmiernie interesowało go kim są Młodzieniec z kawiarni oraz tajemniczy Arni. Co miała na myśli Eliza mówiąc, że powinny być dwa? Czy treść listu istotnie kryła finezyjnie zawoalowany przekaz? I najważniejsze z nich: jaką rolę spełnia w sprawie każda z powyżej wymienionych osób?

Tobiasz spojrzał na zegarek. Dochodziła dziewiąta wieczór. Należało zbierać się, by pod osłoną ciemności rozpocząć wreszcie opłacone grubym plikiem banknotów dochodzenie.

II. W krainie umarłych

Podszedł do furtki i nacisnąwszy przycisk dzwonka spokojnie czekał. Ponieważ odpowiedziała mu cisza spróbował raz jeszcze, lecz efekt był dokładnie taki sam. W jego niezwykle przenikliwym umyśle zaczął powoli kiełkować niepokój. Wcisnął przycisk po raz trzeci, a gdy znów odpowiedzią była cisza oparł się zrezygnowany o furtkę. Ku jego zdziwieniu, uchyliła się ona, napełniając pogrążoną w głębokim śnie ulicę przejmującym jękiem.

— Chyba zaczynam się starzeć i przestaję słyszeć — mruknął pod nosem zdziwiony, że nie usłyszał brzęczka zwalniającego rygiel w zamku. Zawsze miał doskonały słuch, ale odkąd przekroczył pięćdziesiątkę nie ufał mu już tak bardzo jak wtedy, gdy był jeszcze o wiele młodszy.

Przez szparę uchylonej furtki sączyła się cienka struga bladej księżycowej poświaty. Rozejrzał się wokół, a upewniwszy się, że jest sam na ulicy pchnął lekko skrzydło furtki i chwilę później znalazł się na niewielkim, zakończonym drewnianymi schodami podwórku. Ruszył powoli przez obficie skąpane w mdłej, księżycowej toni podwórze, zostawiając za plecami zatopione w czarnej głębinie nocy miasto. Doszedłszy do schodów, które wieńczyła ciągnąca się wzdłuż budynku galeria zatrzymał się i spojrzał w górę. Z wychodzącego na nią okna, przez byle jak zasłonięte kotary wylewała się wąska smuga palącego się w pokoju światła. Ruszył, więc w górę schodami, które skrzypiały i trzeszczały jakby za chwilę miały się rozlecieć. Gdy dotarł na ich szczyt odetchnął z ulgą. Stojąc na galerii spróbował zajrzeć przez okno, ale zbyt cienka kreska pomiędzy połami nie dosuniętych zasłon nie pozwoliła mu zbyt wiele zobaczyć. Zdecydowany, by wejść do środka stanął przed dość mocno sfatygowanymi drzwiami i głośno zapukał. Odpowiedzią znów była cisza. Ubraną w czarną, skórzaną rękawicę dłonią delikatnie nacisnął klamkę, a otwierające się drzwi wydały z siebie koszmarne skrzypnięcie.

Pokój był niewielki i panował w nim wszechobecny bałagan. W słabym świetle jedynej w pomieszczeniu żarówki wyglądał on jak zapuszczona nora, w której ukojenie znaleźć można jedynie w stanie skrajnego, alkoholowego wyczerpania. Stojący w kącie, zawalony śmierdzącymi betami tapczan, kulawe krzesło z wyłamaną jedną nogą i stół, z którego blatu dawno zlazł niemal cały fornir były najbardziej rzucającymi się w oczy meblami. Poza tym niesamowicie gryzący nozdrza odór wilgoci i pleśni dopełniał obraz pożałowania godnego lokum. To wszystko było jednak niczym w porównaniu z tym, co mężczyzna odkrył na podłodze. Pośrodku tego rozgardiaszu na czymś, co zapewne kiedyś było dywanem leżała starsza kobieta. Jej doszczętnie rozbita głowa spoczywała na prawym boku, zanurzona w kałuży poczerniałej od skrzepów krwi. Ten obraz uderzył go na tyle mocno, że odruchowo sięgnął do kieszeni płaszcza i wydobył z jej wnętrza paczkę papierosów. Momentalnie poczuł ogromną ochotę, by zapalić, lecz gdy tylko papieros znalazł się w jego ustach zmienił nagle zamiar. Dobrze wiedział, że nie powinien zostawiać żadnych śladów.

Kobietę, której zwłoki zaściełały teraz ciasną powierzchnię podłogi od zawsze nazywano Starą. Wybierającemu się do niej dzisiejszego wieczora detektywowi nie przeszłoby nawet przez myśl, że kiedykolwiek przypomni sobie jej prawdziwe imię. Ale skoro to już się stało miał on wszelkie prawo przypuszczać, że udało mu się wreszcie chwycić pierwszą nić tej coraz bardziej absorbującej jego głowę zagadki. Cóż jednak po tym, skoro urwała się ona równie szybko jak się pojawiła.

— „Tylko Maria zna prawdę” — myśl ta niczym mucha wściekle kąsała mózg detektywa.

Jeśli leżąca w kałuży własnej krwi kobieta istotnie znała jakąkolwiek prawdę z całą pewnością już nigdy nikomu jej nie wyjawi. Wszystko, co wiedziała na zawsze pozostanie tajemnicą, którą zabrała z sobą w chwili, gdy wydała swe ostatnie tchnienie. Tobiasz był zdruzgotany i trudno mu było określić, czy bardziej martwi go konieczność znalezienia innej drogi do prawdy, czy nowych możliwości zdobycia ulubionej marki papierosów. Niestety nie miał w tej chwili żadnego pomysłu jak zabrać się zarówno za pierwsze jak i za drugie.

Nie widząc również powodu, dla którego miałby dalej tkwić w tej norze, czym prędzej opuścił pomieszczenie i po niemiłosiernie skrzypiących schodach zszedł na dół, a przemknąwszy przez mleczną toń podwórka zamknął za sobą furtkę. Będąc już na ulicy przystanął na chwilę, żeby wreszcie zapalić.

Kilka kroków dalej, jedyna w tym miejscu latarnia otulała swym skąpym światłem niewielki fragment ulicy. Przypaliwszy papierosa ruszył w jej stronę. Kątem oka obserwował kiwającego się obok niej pijaczka. Nieszczęśnik obejmując lewą ręką latarnię, prawą w dość nieudolny sposób próbował zapiąć sobie rozporek. Miał z tym jednak spory problem. Nie widząc innego wyjścia jak tylko pomóc sobie drugą ręką, puścił słup. Chwilę później leżał jak długi na wybrukowanej jezdni, a zaciągający się dymem detektyw doznał nagłego olśnienia.

***

Okolica była tak bezdennie parszywa, że nawet diabeł, gdy zachodził w te strony zamykał oczy ze strachu. Stojące w nierównym szeregu, sklejone z sobą kamienice nie posiadały numerów, nie mówiąc już o tabliczce z nazwą zapomnianej przez Boga i ludzi ulicy. Jedynym sposobem, żeby trafić pod właściwy adres, było policzenie cegieł na odrapanych, gdzie nie gdzie z tynku fasadach. Nikt tu zresztą nigdy niczego nie szukał. Obcy bali się tu pokazywać, a swoi wiedzieli, dokąd należy się udać.

Wchodząc do zagrzybiałej bramy, Tobiasz wstrzymał oddech. Nie chciał zwymiotować z powodu wszechobecnego smrodu uryny, który czuć było już na ulicy. Gdy doszedł do oficyny nawet nie zadawał sobie trudu, by zapukać. Po prostu nacisnął pordzewiałą klamkę i pchnął drzwi. W cuchnącej wilgocią sieni odważył się wreszcie na złapanie oddechu, choć i to — biorąc pod uwagę jego wrażliwy nos — było dość ryzykownym posunięciem. Przebijając się z trudem przez wiszącą we framudze drzwi materię znalazł się w niewielkim pokoju. Na stole, podłodze i innych nielicznych meblach walały się będące pozostałością po wypełniających je kiedyś trunkach butelki. Wynikający z ogromnej ilości wypalonych w tym miejscu papierosów poziom zadymienia spokojnie mógł się równać z prosperującym w czasach prohibicji, chicagowskim klubem. W kącie pokoju na starym gramofonie kręciła się winylowa płyta, z której sączyły się dźwięki „Blue in Green”, czyniąc to osobliwe porównanie bardziej prawdziwym. Obok stał głęboki fotel, w którym drzemał chudy jak szkielet mężczyzna. Na podłodze w jego pobliżu rozlewał się niewielki krąg rzucanego przez rustykalny abażur słabego światła, co sprawiało, że wbity w zapleśniałe poszycie mebla facet wyglądał jak upiór.

Detektyw podszedł do obdartego z forniru kredensu. Jego uwagę zwróciły rozsypane na jego półkach złote łańcuszki, pierścionki i kolczyki. Z niedomkniętej szuflady połyskiwały wykonane z równie szlachetnych kruszców wisiorki i spinki do mankietów. Wśród owych precjozów znajdowała się nawet pokaźna kolia.

— Witaj Tobi.

Słysząc głos za plecami detektyw gwałtownie się odwrócił.

— Jak mnie tu znalazłeś? — spytał gramolący się z fotela człowiek.

— Trafiłem po zapachu — odparł Tobiasz patrząc jak tamten z ogromnym trudem łapie pion — Mam bardzo wrażliwy nos.

Chudzielec w szerokim uśmiechu odsłonił czerń swoich zębów, które wyglądały jak spróchniałe sztachety w połamanym płocie.

— Co to za fanty? — Tobiasz wskazał zalegające kredens kosztowności.

— Pozostałości z dobrych czasów. Taki depozyt na czarną godzinę.

— Przecież za to można kupić pół miasta.

— Po co kupować połowę jak mam je całe? — zarechotał tamten — I do tego za kompletną darmochę.

— Tak to sobie tłumacz — detektyw powiedział te słowa z wyraźną ironią.

Max dawniej naprawdę był kimś. Jeszcze dwadzieścia lat temu żaden włam w mieście nie mógł się zdarzyć bez jego udziału. Był znanym i cenionym w okolicy fachowcem, który potrafi otworzyć właściwie wszystko. Wszystko poza jednym. Nie umiał, a może po prostu nie chciał otworzyć samego siebie na to, żeby kopnąć w dupę zgubny nałóg, który niszczył go dzień po dniu. To głównie za jego sprawą zakotwiczył w tej norze, z której jedyne wyjście prowadziło wprost na miejski cmentarz.

— Napijesz się Tobi? — spytał Max.

— Nalej — Tobiasz po krótkim namyśle doszedł do wniosku, że najgorsza pod słońcem gorzała lepsza będzie niż odór, który właśnie drażnił jego nozdrza.

Max nalał wódkę do szklanek i zaprosił gościa do stołu. Gdy wypili detektyw z uznaniem pokiwał głową.

— Te biżuty mają swoją wartość — rzekł z przekąsem — Niezła ta wóda.

— Cieszę się, że ci smakuje — odparł Max natychmiast uzupełniając szklanki.

— Nie poganiaj tak, bo ci zabraknie.

— To będzie następna dostawa.

— O widzisz… — detektyw jakby coś sobie przypomniał — Jeśli już o dostawie wspomniałeś, to szukam dojścia do angielskich statków.

— Niestety, nie pomogę. Żegluga to nie moja branża — włamywacz podniósł szklankę dając znak, że pora wypić. Gdy obaj wypili wrócił nagle do przerwanego wątku.

— Nie rozumiem po co ci angielskie statki?

— Tak się złożyło, że wyschło mi źródło z moimi ulubionymi bensonami.

Max momentalnie spoważniał. Pożółkłe białka jego oczu jasno dawały do zrozumienia, że z jego wątrobą nie dzieje się dobrze. W mętnych źrenicach aż słychać było niemy krzyk przeżartych wódą nerek. Przed Tobiaszem siedział bliski rozsypki ludzki wrak, który w tym jednym, jedynym momencie taksował detektywa, o dziwo trzeźwym spojrzeniem.

— Wiem, że nie przylazłeś tu, żeby ze mną chlać — rzekł były włamywacz — Jeśli chcesz mnie spytać o Starą, to…

— Skąd wiedziałeś, że o nią spytam?! — przerwał mu wzburzony Tobiasz. Tym razem to on przyjrzał się uważnie Maxowi.

— Ty to nazywasz dedukcją, a ja intuicją — odparł filozoficznie chudzielec — Tylko Stara brała towar od anglików. Jeśli spytałeś mnie o dojście, to następne pytanie musiało być o nią.

Coś tu wyraźnie nie grało. Ten pijak posiadał jakąś wiedzę i wszystko wskazywało na to, że nie może lub nie chce się nią podzielić. Detektyw nie miał jednak zamiaru bawić się z nim w podchody.

— Nalej no jeszcze, bo chciałbym cię jednak pociągnąć za język.

Chudzielec raz jeszcze napełnił szklanki, które chwilę później opróżnili. Następnie obaj zapalili i Tobiasz zadał kolejne pytanie.

— Wiesz co jej się stało?

— A stało się coś? — odbił piłkę włamywacz.

Wniosek był prosty — albo udawał głupka, albo faktycznie nic nie wiedział.

— Nieważne — zbył go detektyw — A może słyszałeś coś ciekawego, co i mnie mogłoby zainteresować? Może wydarzył się ostatnio w okolicy jakiś nieszczęśliwy wypadek?

— Wydarzył się i to nawet śmiertelny — odparł Max — Tylko nie wiem, po co ci ta wiedza? Przecież ty tropisz niewiernych, a nie martwych mężów.

— Kto w nim zginął?!

— Nie uwierzysz Tobi…

— Kto?!

— Znany adwokat Henryk Reiss — włamywacz zaciągnął się dymem.

— Skąd wiesz, że on?! — krzyknął zaskoczony Tobiasz. W jego głowie wciąż kołatał fragment bezwiednie zasłyszanej rozmowy.

— Przecież to wiedza ogólnodostępna — zdziwił się Max — Ty się chyba naprawdę starzejesz, skoro takie rzeczy ci umykają.

Ostatnie zdanie nie ucieszyło detektywa. Wstał i przeszedł się po pokoju, żeby łatwiej przełknąć gorzką pigułkę, którą w bolesny sposób zaaplikował mu Max. Najgorsze jednak było to, że niestety była to prawda.

— Poznajesz to?! — rzucił na stół wydobytą z kieszeni płaszcza kartkę.

Chudzielec przebiegł oczami widniejący na niej tekst.

— Na mój gust, to coś jakby fragment książki. Literacko dość słabe…

— Charakter pisma poznajesz?! — detektyw nie dawał za wygraną.

— Bardzo ładne pismo… — zachwycił się włamywacz — Niestety nie wiem czyje.

Nastąpiła niezręczna cisza, którą po bardzo długiej chwili przerwał Max.

— Podejrzewam, że ten wypadek może łączyć się jakoś z tajemnicą śmierci dawnego faceta Starej — odezwał się, gdy zauważył, że Tobiasz nieco już ochłonął — Ale są to tylko moje dywagacje. Prawda może być zupełnie inna.

— Co ty pieprzysz? — spytał detektyw — Przecież ona nigdy nie miała faceta.

— Miała Tobi — odparł pijaczek — Najlepszego jakiego mogła sobie wymarzyć.

— Rad bym wiedzieć w jaki sposób umknęła mi ta wiedza.

— Nie mogłeś tego wiedzieć, bo szczałeś jeszcze w pieluchy.

— Co to za tajemnica? — mimo ostrej riposty Tobiasz nie stracił rezonu.

— Na tym polega istota tajemnicy, że się nie wie — włamywacz rozłożył ręce — Chyba, że potrafisz rozmawiać z duchami.

— A możesz mówić jaśniej?

— Jak będziesz wracał do domu, to po drodze miniesz cmentarz. Tam z pewnością się czegoś dowiesz — uśmiechnął się Max — Lata lecą Tobi i nikt nie jest wieczny. Przynajmniej nie na tym świecie.

***

Zainspirowany ostatnimi słowami Maxa Tobiasz podjął decyzję o kontynuacji tego jakże burzliwego wieczoru, który niemal niezauważalnie przybrał już postać głębokiej nocy. Idąc ulicami śpiącego miasta detektyw miał doskonałą okazję do pewnego uporządkowania stanu swojej wiedzy. Nie było tego wiele, ale to, co udało mu się ustalić skłoniło go do pewnych refleksji. Noc była jego sprzymierzeńcem. Ukrywając mężczyznę pod swymi mrocznymi skrzydłami dawała mu poczucie bezpieczeństwa i możliwość swobodnego działania. Opuszczając slumsy, które dla Maxa stały się czymś w rodzaju domu spokojnej starości, szedł teraz najdłuższą ulicą miasta, wiedząc, że za najdalej sto kroków otworzy się przed nim główna brama miejskiego cmentarza. Gdy zbliżył się do niej przystanął na chwilę. Spojrzał w czeluść rozciągającej się tuż za nią krainy wiecznego odpoczynku i uznał, że jest w tym mieście bardziej stosowne na nocne wędrówki miejsce.

***

Zyga był wyjątkowo szkaradną postacią. Obdarzony szpetną gębą i psychopatycznymi skłonnościami dryblas siał niemały postrach i niewielu było takich, którzy chcieliby spotkać go na swej drodze, a już na pewno nie w takim miejscu jak ciemny, ponury korytarz miejskiej kostnicy. Niestety, aby się do niej dostać koniecznym było stanąć z nim twarzą w twarz. Tobiasz nie bał się go, lecz po prostu mu nie wierzył. Zyga był nieprzewidywalny bardziej niż ruscy gangsterzy. Po tamtych człowiek wiedział czego się spodziewać. W przypadku miejscowego psychopaty takie spotkanie było zawsze loterią.

Kilka lat wcześniej Zyga był pielęgniarzem w miejscowym szpitalu. Dorywczo zajmował się również odcinaniem wisielców. Każdy wiedział, że potrafi to robić perfekcyjnie. Kiedy wymagały tego okoliczności odcinał breloka w taki sposób, że po upadku ciała na ziemię nawet Koroner nie był w stanie jednoznacznie ustalić przyczyny śmierci. Tajemnicą poliszynela był fakt, że najczęściej dostawał takie zlecenia właśnie od niego. Smród wokół jego osoby zaczął się jednak dopiero po serii niewyjaśnionych zgonów pacjentów, którymi się opiekował. W mieście szeptano, że były to zlecenia od przyszłych spadkobierców, ale jaka była prawda zapewne wiedział tylko on. Dowodów jego świadomego działania wprawdzie nie znaleziono, ale i tak na wszelki wypadek skierowano go do pracy w miejscu, w którym nawet gdyby chciał i tak nie mógł już nikomu zaszkodzić.

— Widzę, że nie potrafisz przywyknąć do rozwodu z firmą — rzekł Zyga chowając do kieszeni fartucha dwie paczki krajowych papierosów, które detektyw wręczył mu jako bilet wstępu do krainy umarłych.

W mdłym blasku technicznego światła wyglądał jak wyjęty żywcem postać z taniego horroru.

— Zapraszam na salony — wykonał groteskowy gest, a jego twarz wykrzywiła się w demonicznym grymasie.

— Sam jesteś? — spytał Tobiasz.

— Teraz jestem z tobą — odparł Zyga.

Nie była to dobra wiadomość, ale detektyw nie zamierzał się wycofać. Oficjalnie nic by tu nie zdziałał. Wszyscy łącznie z Koronerem mieli zakaz udzielania mu jakiejkolwiek pomocy. Zyga był jedyną jego szansą.

W prosektorium stały dwa wózki. Na każdym leżało przykryte białym prześcieradłem ciało.

— Zapraszam na obdukcję — zarechotał Zyga odkrywając jedne z leżących w pomieszczeniu zwłok — Mecenas Henryk Reiss we własnej osobie.

Tobiasz spojrzał na denata. Miał tak straszliwie zmasakrowaną twarz, że gdyby Zyga nie powiedział mu kogo ogląda w życiu, nie poznałby, że leżą przed nim szczątki znanego adwokata. Przy okazji nie potrafił oprzeć się wrażeniu, że owe — nie będące zapewne skutkiem wypadku — obrażenia, są aż za bardzo zbieżne z ranami innej, widzianej przez niego zaledwie dwie godziny wcześniej ofiary.

— Na wypadek to mi raczej nie wygląda — mruknął detektyw.

— Słuszna uwaga — odparł Zyga — Takie rany najczęściej są przykrywką dla prawdziwej przyczyny zgonu.

— Co masz na myśli?

— Gdybyś chciał na przykład ukryć kulę w jego głowie… — łapiduch zawiesił głos, a Tobiasz spojrzał na niego uważnie — Wystarczyłoby dobrze faceta poturbować i tajemnica idzie z nim do mogiły.

— Bzdura! — krzyknął detektyw — Sekcja z pewnością wykaże prawdziwą przyczynę.

— A kto będzie robił sekcję wyciągniętego z rozbitego auta trupa?

— Sugerujesz, że zajął się nim Jura? — Tobiasz nie spuszczał Zygi z oka.

— Jura faktycznie szybko strzela… — łapiduch powoli cedził słowa — Ale niestety nie używa garoty.

— Co ty pieprzysz Zyga?

— Przypatrz się uważnie — pielęgniarz wskazał szyję zmarłego.

Tobiasz pochylił się i z niemałym trudem dostrzegł na szyi mężczyzny ślad po cienkiej lince. Zyga tymczasem odkrył kolejne, identycznie okaleczone ciało. Detektyw w momencie zamarł. Na drugim wózku leżała Maria. Ta sama, którą raptem dwie godziny wcześniej znalazł martwą w jej mieszkaniu.

— Skąd ona się tu wzięła?! — krzyknął tak głośno, że Zyga aż podskoczył z wrażenia.

— Co się tak drzesz?! Przywieźli ją ze trzy kwadranse temu. Znalazł ją uszczany po pachy pijak z rozbitym łbem. Jakiś jej klient chyba, bo po co by do niej łaził po nocach? Coś tam ględził Inspektorowi, że widział, jak wychodzi od niej jakiś facet, ale Koroner stwierdził, że Stara oddała ducha przynajmniej dwie doby wcześniej, więc raczej nie on pomógł jej w podróży do świętego Piotra. Podejrzewam, że nawet nie będą go szukać.

— Jeśli nie Jura jest sprawcą, to kto nim jest? — spytał Tobiasz odkrywając na szyi kobiety identyczny jak u adwokata ślad.

— Nie wiem Tobi. To ty jesteś detektywem, nie ja — odparł nie kryjąc ironii — Ale mogę ci coś poradzić. Jest tylko jedno miejsce w tym mieście, gdzie można znaleźć takiego rzeźnika.

***

Nadzieja, która rozgorzała w głowie detektywa zgasła jak zdmuchnięta nagłym porywem wiatru świeca. Tliła się wprawdzie przez dobrych kilka godzin, lecz wraz z nastaniem nocy zakończyła swe życie podobnie jak Stara, która w rzeczy samej okazała się ową Marią. Tyle tylko, że wraz z jej odejściem, odeszła również prawda, którą ponoć znała.

Wizyta w miejskiej kostnicy poza wieloma minusami, z których największym była konieczność obcowania ze zniszczonym psychicznie dewiantem miała dwa zasadnicze plusy. Możliwość obejrzenia ciał ofiar dała Tobiaszowi naoczny dowód, że zarówno Reiss jak i Stara zginęli w ten sam sposób i prawdopodobnie z tej samej ręki. Denatkę miał okazję widzieć nawet dwukrotnie. Niestety zamiast z nią porozmawiać musiał poprzestać wyłącznie na oględzinach jej zwłok. Ślady po garocie, pozostawione na szyjach obydwu ofiar można by przy odrobinie wyobraźni przyjąć jako osobliwy autograf pozostawiony przez sprawcę. Niestety, poza informacją, że nieszczęśnicy konali w okrutnych męczarniach, nic więcej z ich ciał wyczytać się nie dało. Plusem numer dwa była dana mu przez Zygę wskazówka, która mogła stać się pewnym punktem zaczepienia. Tyle, że na jej weryfikację trzeba było poczekać przynajmniej kolejnych kilkanaście godzin.

Tobiasz wzdrygnął się, a następnie śmiesznie zamachał rękami. Z boku wyglądało to tak jakby zaplątał się w pajęczynę i w nieudolny sposób usiłuje ją z siebie zrzucić. W istocie próbował on odsunąć od siebie wspomnienie widoku dwóch ciał, które pomimo panującego w kostnicy niemal arktycznego chłodu, siły natury rozpoczęły już kąsać zębem nieubłaganie płynącego czasu.

III. Pierwszy trop

Po intensywnie spędzonej nocy Tobiasz miał naprawdę o czym myśleć. Wczorajsze przedpołudnie nie zapowiadało w jego dość monotonnym, ale za to, w miarę poukładanym życiu żadnego przełomu. Jeszcze przed jedenastą był święcie przekonany, że przynajmniej część ledwie rozpoczętej jego drugiej połowy wypełni mu tropienie pojawiających się niczym grzyby po deszczu niewiernych mężów. Niestety, otwierając ową nieszczęsną kopertę w pewnym sensie otworzył zupełnie nowy rozdział w swej karierze. Ów dziwny list stał się swoistym preludium do czegoś, co wkrótce miało przerodzić się w nad wyraz barwną i niezwykle złożoną symfonię. Już w czasie pobytu w kawiarni, balansując niejako na granicy jego świadomości poczęły sączyć się jej pierwsze, nieśmiało zarysowane takty.

To, czym dysponował Tobiasz w obecnej chwili ograniczało się do wiedzy o tym, że zginęło dwoje ludzi. Poznał nawet ich personalia i miał możliwość zobaczyć ich zwłoki, co utwierdziło go w przekonaniu, że ich śmierć z pewnością nie nastąpiła z przyczyn naturalnych i wszystko na to wskazuje, że była dziełem tej samej osoby. Tę osobę zamierzał właśnie znaleźć, a pomóc mu w tym miała wskazówka, której udzielił mu Zyga. Niestety żeby ruszyć tym tropem zmuszony był poczekać jeszcze kilka długich godzin.

Kancelaria Tobiasza mieściła się w jednym z pokoi jego niezbyt okazałego mieszkania i poza tym, że mężczyzna nie musiał płacić czynszu za wynajęcie pomieszczenia miała jeszcze jeden, ale za to fundamentalny wręcz plus. Detektyw miał blisko do pracy. Oczywiście pod warunkiem, że akurat był w domu. Niestety biuro nie było zbyt oblegane i prawdę mówiąc pojawienie się w nim kogokolwiek było rzeczą tak rzadką, że Tobiasz zapomniał jak brzmi zamontowany w jego mieszkaniu dzwonek. Nic więc dziwnego, że upłynąć musiała spora chwila zanim uświadomił sobie, że ktoś dobija się do jego drzwi.

***

W progu stała kobieta. Na oko miała ona niewiele więcej niż pięćdziesiąt lat. Ufryzowane bez przesadnej ekstrawagancji ciemnoblond włosy niezbyt umiejętnie maskowały szczupłą, naznaczoną smutkiem twarz, w której próżno było szukać choćby grama makijażu. Skromna spódnica i okrywający białą bluzeczkę z żabotem marny żakiecik dopełniały obrazu kobiety, która po pierwszym na nią wejrzeniu jawiła się niczym szara, umykająca przed tłustym kocurem myszka.

— W jaki sposób mogę pani pomóc? — spytał detektyw, gdy oboje usiedli przy jego biurku.

— Mam pewien poważny problem z mężem — zaczęła ostrożnie.

— Obawiam się, że trafiła pani trochę nie w porę — uśmiechnął się Tobiasz — Wprawdzie rozwiązywanie problemów małżeńskich to moja specjalność, lecz niestety i ja mam pewien kłopot. Otóż tak się składa, że w dniu wczorajszym przyjąłem niezwykle trudną sprawę i wszystko wskazuje na to, że zmuszony będę poświęcić jej sporo cennego czasu. Jest mi niezmiernie przykro, lecz muszę pani odmówić.

Detektyw mówił szczerą prawdę. Już miniona noc dała mu jasno do zrozumienia, że sprawa tajemniczego wypadku, który w istocie okazał się morderstwem zaczyna stawać się na tyle absorbująca, że w tej sytuacji Tobiasz ani myślał brać sobie na głowę kolejną zdradzaną żonę.

— Pan mnie źle zrozumiał — odezwała się ponownie kobieta — Mój kłopot wcale nie polega na tym, co pan ma na myśli.

— Pani wybaczy, lecz nie bardzo rozumiem.

— Mój mąż zniknął — wypaliła bez zastanowienia.

Twarz Tobiasza w sekundzie stężała.

— Jak to zniknął?

— Po prostu przepadł bez wieści. Trzy dni temu po południu wyjechał z domu i do tej pory nie dał znaku życia.

Detektyw zamyślił się na długą chwilę. Przyczyn takiego stanu rzeczy mogło być wiele. Jego praktyka jasno wskazywała, iż często były to powody dość trywialne, a zguba odnajdywała się cała i zdrowa po najdalej tygodniu. Zdarzały się również sytuacje dalekie od optymizmu, lecz póki co nie dostrzegał powodów, dla których miałby goszczącą w jego biurze kobietę niepokoić.

— Myślę, że nie należy zbytnio tragizować — odezwał się po głębokim zastanowieniu — Z doświadczenia wiem, że takie niespodziewane zniknięcia z reguły kończą się szczęśliwie. Faktem jest, że zazwyczaj ich naturalną konsekwencją jest orzeczenie rozwodu z winy zaginionego, lecz mając na uwadze brak jakiegokolwiek uszczerbku na jego zdrowiu…

— Sugeruje pan, że mąż mnie zdradza?! — przerwała mu nie kryjąc oburzenia — Przecież to jakaś wierutna bzdura! Wszystko mogłabym mu zarzucić, ale nie zdradę!

— Przyznać muszę, że zastanawiająca jest pani pewność.

Kobieta lekko się zmieszała. Niby chciała coś powiedzieć, lecz w jej rozbieganych oczach Tobiasz dostrzegł pewne wahanie.

— Jeśli jest to dla pani krępujące nie musi mi pani tego wyjaśniać.

— Niestety, muszę to panu powiedzieć — wyraźnie szukała odpowiednich słów, w które mogłaby ubrać to, co najwyraźniej nie dawało jej spokoju.

— Uprzedzam, że na tym etapie nie gwarantuję pani dyskrecji.

— Mimo to zaryzykuję — odparła spoglądając nieśmiało w jego oczy — To wprawdzie nasza mała tajemnica, ale jednocześnie jest to koronny dowód na to, że mówię prawdę.

— W takim razie słucham z uwagą.

— Otóż mój mąż nie posiada, że się tak wyrażę fizycznych predyspozycji do kojarzących się ze zdradą czynności.

— Jak mam to rozumieć?

— Mówiąc wprost — nie ma on czym zdradzać.

Mężczyzna zasępił się. Jej porażająca szczerość wprowadziła w jego umyśle niemały zamęt. Wobec takich argumentów intelekt zdawał się nie mieć żadnych szans. Nie bacząc jednak na przeszkody nadal szukał wystarczająco racjonalnych powodów, by odwieść kobietę od zbyt pochopnych podejrzeń.

— Zapewniam pana, że hipotezy, których tak usilnie szuka pan teraz w swej głowie są równie nieprawdopodobne jak zdrada — powiedziała to z takim przekonaniem jakby potrafiła czytać w myślach — Mój mąż nie należy do lekkoduchów. Jest kierownikiem tutejszego banku, w którym nie pokazuje się już trzeci dzień. Nigdy mu się to nie zdarzyło, a tego, że jego podejrzana absencja dotyczy również sfery rodzinnej nie muszę chyba dodawać?

— To jeszcze niczego nie dowodzi.

— Dlaczego nie potrafi pan zrozumieć, że to zniknięcie nie było jakimś niespodziewanym wybrykiem?! — rzekła wyraźnie zirytowana — Mój mąż, najzwyczajniej w świecie pojechał na umówione spotkanie. Niestety, tak się złożyło, że już z niego nie wrócił. Czy to wystarczy, żeby wzbudzić wreszcie pana zainteresowanie?!

Po tych słowach detektyw był już niemal przekonany, że od przyjęcia zlecenia dzielą go zaledwie sekundy. Wiele nie myśląc sięgnął po odebrany wczoraj w kawiarni list.

— Czy pani to poznaje? — spytał pokazując go kobiecie.

— Bynajmniej — odparła, gdy skończyła czytać. Na jej twarzy malowało się widoczne zdziwienie — Nie rozumiem, co to ma ze mną wspólnego?

— I nie domyśla się pani kto mógł to napisać? — drążył detektyw.

— Nie mam pojęcia do czego pan zmierza. Pierwszy raz widzę tę kartkę.

— Z kim, wobec tego pani mąż miał się spotkać? — spytał mężczyzna, starając się ukryć za obojętnością coraz bardziej rosnące w nim podniecenie.

— Z mecenasem Reissem. Zadzwonił on do męża i poprosił o pilne spotkanie. Umówili się późnym popołudniem w niedzielę.

— Gdzie się umówili?

— Tego niestety nie wiem, ale… — zawiesiła głos.

— Tak?

— Biorąc pod uwagę, gdzie znaleziono rozbity samochód Reissa przypuszczam, że mogli spotkać się na mierzei.

Czara goryczy została wreszcie przelana. Tobiasz sięgnął do szuflady i wyjął z niej dwa egzemplarze wzoru umowy.

— Proszę zapoznać się z warunkami, a następnie wypełnić czytelnie wszystkie puste pola — rzekł kładąc zadrukowane kartki wraz długopisem przed kobietą — Przyjmuję pani zlecenie.

Kobietę zaskoczyła ta błyskawiczna zmiana stanowiska, lecz szybko się zreflektowała i posłusznie wpisała wszystkie niezbędne dane do umowy. Następnie złożyła swój podpis u dołu każdej ze stron. Mężczyzna uważnie przejrzał dokumenty. Wynikało z nich, że kobieta nazywa się Mariella Krygier, a pobieżne nawet oględziny charakteru jej pisma wystarczyły, by jednoznacznie stwierdzić, iż z napisanym nieznaną ręką tekstem nie ma ona kompletnie nic wspólnego. Wobec powyższego nie pozostało Tobiaszowi nic innego, jak również podpisać umowę i rozpocząć zasadnicze przesłuchanie. W trakcie godzinnej rozmowy zapisał w swym notesie blisko dwadzieścia kartek. Pomny na swą policyjną praktykę notował wszystko, co jego zdaniem mogło mieć w przyszłości jakiekolwiek znaczenie. Wprawdzie nie dowiedział się niczego więcej, poza tym, co już ustalił, ale poczynił za to szczegółowe notatki, w których zawarł między innymi opisy gestów i mimiki twarzy oraz intonacji głosu pani Krygier w trakcie udzielanych przez nią odpowiedzi. Gdy kobieta wyszła detektyw z miejsca zagłębił się w swoich zapiskach. O ile pobieżne spostrzeżenia jasno wskazywały, że zaginięcie kierownika banku w jakiś bliżej nieokreślony sposób może łączyć się z wypadkiem Reissa, to związku ze śmiercią Marii nijak Tobiaszowi nie udało się wykazać. Jedyne co w tej sytuacji mógł zrobić to liczyć na to, że w miejscu, do którego wybierał się dzisiejszego wieczora uda mu się dowiedzieć coś więcej.

***

Był to jedyny klub w mieście, choć nazywanie tego miejsca klubem było nie tyle określeniem na wyrost, co raczej ogromnym nadużyciem. Krótko rzecz ujmując była to obleśna speluna, w której serwowano najpaskudniejszą pod słońcem whisky i do tego po niewyobrażalnie zawyżonych cenach. Ale za to grali jazz i właściwie tylko z tego powodu warto było tu czasem zajrzeć. Bóg Jedyny wiedział jak wiele szemranych interesów tutaj załatwiono. Jak wielu nieszczęśników — za pomocą jednego tylko machnięcia grubym plikiem banknotów — oddelegowano za mury miejscowego cmentarza, skazując ich tym samym na wieczny sen w zarośniętych bluszczem mogiłach. Jak wielu porządnych onegdaj ludzi sprzeniewierzyło w tej budzie swoje ideały staczając się w najczarniejszą otchłań zła. A wszystko to w oparach whisky i tytoniowego dymu, przemieszanych z szybkim, synkopowanym rytmem jazzowych standardów.

Dawniej grała tu radziecka orkiestra. Wszystko zresztą było tu radzieckie. Nobliwi, gruntownie wykształceni artyści z przyprószonymi szronem grzywami raczyli gości subtelnie sączącymi się z ich dusz melodiami. Kiedyś to zresztą były inne czasy. Ludzie mieli zupełnie inną wrażliwość. Nawet pospolici złodzieje i zabijaki wymiękali w zetknięciu z rytmem modnych sztajerków i ckliwych rosyjskich romansów, które na muzycznym firmamencie wyróżniają się tą jedyną w swoim rodzaju harmoniczną kombinacją. Polega ona na tym, że po akordzie mollowym pojawia się nagle, oddalony od swego poprzednika zaledwie o sekundę wielką akord durowy, który niczym most łączy dwa przeciwległe brzegi zasadniczej tonacji. Zaiste niezwykły był to czar, lecz w pewnym momencie czasy się zmieniły i w mieście stało się zbyt głośno. O wiele za głośno, by subtelne wschodnie zaśpiewy mogły unieść się jeszcze ponad zdziczałym jazgotem plujących ołowiem klamek. Z tego między innymi powodu nastąpiła nieuchronna potrzeba, aby któregoś dnia pożegnać przemiłych dżentelmenów. Zmuszeni byli oni wrócić do swych moskiewskich lub leningradzkich teatrów, by na ojczystej ziemi swą wirtuozerią pieścić uszy nowobogackich rodaków.

Wakat po nich wkrótce wypełnili miejscowi artyści, mniej subtelni w swym rzemiośle, ale znacznie tańsi, a przede wszystkim o wiele głośniejsi. Z wielką ochotą zabrali się zresztą za swoją nową pracę, nie bacząc przy tym na gażę. Dla nich liczyło się to, że mogli grać to co chcieli i były tylko dwa warunki — musiało być szybko i głośno. W ten właśnie sposób w mieście narodził się jazz, a konkretnie, jego bardziej agresywna odmiana — bebop.

Perkusista aspirujący do takiego bandu musiał odbyć przymusową, roczną praktykę w orkiestrze któregoś z objazdowych cyrków. Wielomiesięczne granie do programów wymagało nie tylko szybkiego czytania nut i znajomości wielu niezwykle trudnych rytmów, ale przede wszystkim błyskawicznej reakcji na nieprzewidziane zmiany w kolejnych numerach. Największą uwagę musiał zwracać na występy z udziałem zwierząt. Wymagały one niezwykłej wprost koncentracji i ciągłej kontroli przebiegu numeru. Perkusista musiał być bardzo wyczulony na każdy spontaniczny podskok, akcentując go natychmiast, nie zatrzymując przy tym rytmu. Owe predyspozycje bardzo przydawały się również podczas grania w klubie, a służyły zazwyczaj do tego, żeby dyskretnie zamaskować odgłosy strzałów. Czasem, gdy w klubie była jakaś grubsza awantura, zdarzało się, że perkusista zmuszony był tłuc w talerze przez siedem — osiem taktów, a kończył tę zabawę dopiero na dany mu przez wykidajłę znak. Wtedy band zagrywał jakiś szybki, taneczny standard i tym samym zapełniał parkiet. Tańczący robili idealną zasłonę dla wynoszonych na zaplecze zwłok, które czyściciele pakowali w samochody i utylizowali w jakimś lesie czy jeziorze. Na szczęście, te czasy również należały już do przeszłości. Wraz z odejściem Kolorowego w mieście znów zrobiło się spokojnie, a po starych czasach pozostał tylko jazz. Bo w przeciwieństwie do tego, co bezpowrotne jazz jest nieśmiertelny.

Siedzący przy barze Tobiasz dyskretnie wodził wzrokiem po sali. Sącząc paskudną whisky usiłował wyszukać w tym morzu czarnych charakterów kogoś, kto może okazać się rozmowny. Panujący wokół półmrok dostatecznie go ukrywał, więc mógł być spokojny o swą prywatność. Wnętrze klubu przesiąknięte było mgłą tytoniowego dymu. Gęsta zawiesina leniwie snuła się po sali oplatając swą duszną siecią twarze obecnych. Zdawała się jakby żywym, idealnie odwzorowanym obrazem wypełniającej klub monotonnej, przyprawiającej o mdłości muzyki. Skromny, zaledwie czteroosobowy band grał zupełnie bez polotu. Sprawiał on wrażenie skrzykniętej naprędce strażackiej orkiestry, od której odróżniał go jeden zaledwie, ale za to dość istotny szczegół. Zespół dysponował nad wyraz doskonałym brzmieniem, które niestety w drastyczny sposób kontrastowało z prezentowaną przez muzyków ponurą pogrzebówką. Wyglądali oni zresztą adekwatnie do granej muzyki, lecz pomimo tej scenicznej dewaluacji, ich prawdziwe emploi zdradzało brzmienie, którego niestety nie da się oszukać.

Tobiasz dopił zawartość swojej szklaneczki i stawiając ją na barze zażądał powtórki. Czas oczekiwania na kolejną porcję alkoholu postanowił wykorzystać na ponowne zlustrowanie sali. Jego wzrok od dłuższego już czasu przykuwał siedzący samotnie przy stoliku, upity do nieprzytomności facet. Jego wiotkie ciało było niemal przewieszone przez oparcie krzesła i wyglądało jak niedbale rzucony płaszcz. Na nieszczęście detektywa był on jedynym w tej chwili człowiekiem, którego wiedza mogłaby ułatwić mu tropienie grasującego po mieście garociarza. Niestety skrajnie agonalny stan owego gościa bynajmniej nie wskazywał na możliwość nawiązania z nim jakiegokolwiek kontaktu. Nie chcąc dłużej epatować się widokiem żywych jeszcze zwłok, Tobiasz przeniósł swój wzrok na grający zespół.

Perkusista sprawiał wrażenie jakby myślami był w Chicago lub Nowym Jorku, gdzie w przeciwieństwie do tej dziury jazz jest tak samo prawdziwy jak prawdziwe są pieniądze. Pomimo osobliwego stanu hibernacji, o dziwo nie gubił rytmu, a przy okazji idealnie akcentował. Lśniące aż do przesady talerze, które muzyk z ogromną wręcz czułością głaskał specjalnymi miotełkami, wydawały ciche syczenie, a kiwając się lekko rozsiewały wokół delikatne refleksy odbitego w nich skąpego światła. Stojący tuż obok młody chłopak leniwie odgrywał na kontrabasie niezbyt skomplikowaną figurę, robiąc krótką pauzę po zagraniu ostatniego tonu. Następnie zaczynał swoją partię od początku, by po kilku taktach znów dojść do tej samej pauzy i ponownie zacząć wszystko od nowa. Odnieść można było wrażenie, że nie wiedząc co ma zagrać po ostatnim dźwięku zmuszony jest trwać w tej dziwnej, rytmicznej spirali.

Tobiasz zaciągnął się głęboko, a następnie wypuścił z ust długą smugę niebieskawego dymu. Kontrabasistą okazał się Młodzieniec, którego miał okazję spotkać w kawiarni. Jeszcze wczoraj detektyw wykorzystałby pierwszy nadarzający się moment, by gruntownie chłopaka przepytać, lecz w tej chwili nie widział już takiej potrzeby. Przypuszczał, że raczej nie dowie się nic ponadto, co udało mu się dotychczas ustalić, a biorąc pod uwagę fakt, że sprawy przybrały zgoła inny obrót, tym bardziej wolał zbytnio się nie ujawniać. Zakleszczony w objęciach dwóch palców papieros z wolna porastał coraz dłuższą choinką szarego popiołu, a on słuchając dudniących, wydawanych przez ślizgające się po strunach palce kontrabasisty dźwięków powoli pozbywał się złudzeń. Nadzieja na to, że uzyska w tym miejscu choć cień informacji gasła tak, jak z wolna dogasał rozparty na oparciu krzesła facet.

Nie wypuszczając papierosa, detektyw końcami kciuka i palca serdecznego chwycił brzeg szklaneczki. Zbliżył ją do ust i momentalnie poczuł silne szturchnięcie w ramię. Whisky, która powinna znaleźć się w ustach Tobiasza rozbryzła się po jego płaszczu, a sprawcą owej profanacji okazał się Garbaty Ziutek, który będąc policyjnym informatorem na terenie miasta objęty był swoistym immunitetem. Rzecz jasna wymiana informacji działała w obie strony dzięki czemu kapuś miał również posłuch u przestępców.

— Mógłbyś trochę uważać?! — zrugał go detektyw, co nie umknęło oczywiście uwagi barmana, który błyskawicznie postawił na barze kolejnego, świeżo nalanego drinka.

— Przepraszam komisarzu — sumitował się kapuś — Pokryję koszta z własnej krwawicy.

— Mam taką nadzieję! — warknął Tobiasz — I nie mów do mnie komisarzu! Nie pracuję już w policji!

— To jak mam mówić? — spytał zdezorientowany Ziutek.

— Najlepiej w ogóle się nie odzywaj! I przestań się koło mnie szwendać!

— Zauważyłem, że pan tu siedzi i tak pomyślałem, że może potrzebuje pan jakichś informacji?

— A skąd ci to przyszło do głowy? — detektyw spojrzał na niego podejrzliwie.

— Gdyby coś, to wie pan gdzie mnie szukać — szepnął konfidencjonalnie Ziutek, po czym ulotnił się jak kamfora.

Tobiasz sięgnął po nową szklaneczkę i upijając nieco whisky usiłował na nowo zebrać myśli. W tym miasteczku działy się rzeczy, o których nie miał on zielonego pojęcia. Główną tego przyczyną była bez wątpienia jego policyjna przeszłość. Wniosek zatem był prosty — jeśli istnieje jakaś tajemnica, to wiedzy na jej temat należy szukać w tych właśnie kręgach. Tylko w jaki do licha sposób miałby tego dokonać? Nie potrafiąc znaleźć sensownej odpowiedzi upił kolejny łyk i wtedy niespodziewanie zjawiła się Ona.

***

Była niespełna czterdziestoletnią, obdarzoną niezwykłą wprost, słowiańską urodą blondynką. Miała duże, niebieskie oczy i szerokie, zmysłowe usta. Jej obfite, twarde piersi zakończone były ostrymi sutkami, które stojąc w szeregu jak dwa gotowe do strzału pistolety omal przebijały obcisłą, czarną bluzeczkę. Nogawki skórzanych spodni kryły i jednocześnie podkreślały niezwykle długie i zgrabne, zwieńczone kształtnymi pośladkami nogi. Całości dopełniała idealnie dobrana do jej figury damska wersja ramoneski. Wyłoniwszy się z zaplecza przywołała gestem ręki barmana i nachyliwszy się nad kontuarem wymieniła z nim kilka słów. Następnie czarne buty na przesadnie długich szpilkach poniosły ją przez mroczną toń sali. Tobiasz, który siedział prawym bokiem do baru nie miał możliwości zobaczyć, jak szła lekko falując biodrami. Ujrzał ją dopiero, gdy niespodziewanie zmaterializowała się na wysokim, barowym stołku po jego lewej ręce.

***

Na imię miała Swietłana, ale ponieważ słynęła z bardzo specyficznej formy przesłuchania, nadano jej w służbach przydomek Szpila. Ta osobliwa — wynikająca głównie z jej sadystycznych skłonności — metoda śledcza zarezerwowana była dla najbardziej opornych klientów, którzy zazwyczaj trafiali pod jej opiekę. W porównaniu z innymi funkcjonariuszami Swieta miała najlepszą skuteczność. Jej sekret polegał na tym, że kiedy wyczerpała już wszystkie inne środki nacisku, brała delikwenta pod szpile. O jej cienkich metalowych obcasach krążyło wiele budzących grozę opowieści, a ci, którzy mieli okazję wypróbować je na własnej skórze gorzko później tego żałowali. Zdarzyło się nawet, że pewien starszy dżentelmen nie potrafiąc okiełznać swego na wskroś buntowniczego temperamentu, przyszpilony do posadzki oddał przedwcześnie swego ducha. Ale jak to mówią, wypadki chodzą po ludziach. Był on jednym z tych niezłomnych, którzy z pieśnią: „Boże Cara Hrani” na ustach, uporczywie liczyli na rychłe obalenie czerwonej swołoczy przez kolejne wcielenie Iwana Groźnego. Jednak — podobnie jak wielu jego towarzyszy — przeliczył się w swych rachubach, a powolne wdeptanie go w kamienną posadzkę piwnic Łubianki stało się niestety smutnym epilogiem jego i tak skazanego na niebyt życia.

W życiu Swietłany nastąpił jednak długo oczekiwany przełom. Pewnego dnia została ona przesunięta do zupełnie innych zadań i pożegnawszy duszne piwnice Łubianki poświęcała swój talent sprawom bardziej prestiżowym.

W nowej pracy czuła się jak ryba w wodzie. O takich ludziach mówi się, że mają przed sobą świetlaną przyszłość. Niestety w Rosji jakiekolwiek pasmo sukcesów z miejsca staje się zwiastunem rychłego upadku. Nikt — poza towarzyszem Leninem — nie ma prawa być wieczny, toteż i nad Swietą pewnego dnia zawisły czarne chmury. Wprawdzie długo się trzymała, lecz czas nie jest z gumy, a jej nieoczekiwane potknięcie stało się za sprawą… jej samej.

Od niepamiętnych czasów wiadomo bowiem, że ojcem zła jest grzech, namiętność zaś matką wszelkiego upadku. Każdego kto grzeszy nieuchronnie czeka upadek, który jest tylko kwestią czasu. A Szpila miała bardzo silne i niezwykle aktywne libido. Pół biedy gdyby to faceci potrzebowali jej ciała, a ona za pomocą swych wdzięków rozgrywała ich jak pionki na szachownicy… Sprawa jednak wyglądała nieco inaczej i to ona nieustannie pragnęła męskiego ciała, które w ewidentny sposób podbudowywało jej kobiecość. Niby nic złego w tym nie było, ale biorąc pod uwagę profesję jaką parała się Swieta, stanowiło to niezwykłe wręcz niebezpieczeństwo.

Wielu wysokich rangą oficerów zwracało zresztą na ten problem uwagę, jakby przeczuwali, że konsekwencją takich zachowań może być nieuchronnie zbliżający się smutny finał.

Objawił się on w osobie brytyjskiego agenta, który z Jamesem Bondem miał tyle wspólnego, że był jego zupełnym przeciwieństwem. Przynajmniej jeśli chodzi o powierzchowność, bo w kwestii inteligencji niestety o wiele go przewyższał. I właśnie owa inteligencja w połączeniu z nie najgorszymi — jak na brytola — umiejętnościami łóżkowymi spowodowała u Swiety niekontrolowane rozprężenie. Obcy agent umiejętnie wykorzystując słabe strony przeciwniczki wyciągał z niej sekret za sekretem, po czym — mając ich już o wiele więcej niż przewidywało zlecenie od jego przełożonych — spokojnie wrócił do swojego ukochanego Londynu.

Tymczasem w szeregach rosyjskiego naczalstwa rozpętała się okrutna burza.

***

— Cóż to się stało, że zdecydowałeś się wreszcie odwiedzić mój klub? — spytała rozciągając w uśmiechu wilgotne wargi, które rozchyliwszy się nieco odsłoniły jej duże i aż nieprzyzwoicie białe zęby.

— Chciałem napić się whisky i posłuchać dobrej muzyki — odparł Tobiasz i jakby na dowód tego co mówi pociągnął spory łyk alkoholu.

— Nie chrzań Tobi — rzekła głosem pełnym ironii — Po tej wódzie nawet Max miewa mdłości.

Następnie spojrzała w kierunku sceny i dodała:

— A dobra muzyka była tu wieki temu.

Akurat nastąpiła przerwa w secie, którą grający w bandzie saksofonista wykorzystał na opróżnienie stojącej na fortepianie szklaneczki. Po niezbyt skoordynowanych ruchach artysty znać było, że nie jest to z pewnością jego pierwsza i zapewne nie ostatnia wypita dzisiejszego wieczoru.

— Obawiam się, że niepotrzebnie tracisz swój czas — odezwała się biegnąc wzrokiem w kierunku stolika, przy którym dogorywał niedoszły rozmówca detektywa — O twoim poczuciu estetyki już nawet nie wspominam.

— Dziękuję za troskę — odparł Tobiasz podążając dyskretnie za jej wzrokiem — Niestety jest ona zbyteczna. Moje poczucie estetyki ma się doskonale.

— No cóż… Twój wybór — rzekła po czym zwróciła się do barmana — Pan Tobiasz jest dziś moim gościem.

— Twoja hojność naprawdę nie jest mi potrzebna — burknął detektyw — Stać mnie jeszcze na kilka drinków.

— W to akurat nie wątpię — uśmiechnęła się ironicznie Swietłana — Ale zważ na to, że ten lokal należy jednak do mnie, więc bądź tak miły i pozwól, że sama będę podejmować decyzje.

Orkiestra niespodziewanie zagrała jakiś szybki i skoczny standard, który zupełnie nie pasował do stylu jaki artyści dotąd prezentowali. Nie dało się jednak nie zauważyć, że przy okazji sami nieco się również ożywili. Swieta tymczasem ponownie odezwała się do barmana.

— Wyjeżdżam i dziś mnie już nie będzie. Dbaj o mojego gościa i pilnuj interesu. A ty baw się dobrze Tobi — ostatnie zdanie skierowane było do detektywa.

Klepnęła Tobiasza w ramię i oddaliła się w kierunku wyjścia. W ślad za nią ruszyło natychmiast dwóch chłopaków. Obaj wyglądali jakby chwilę wcześniej teleportowali się tutaj z umieszczonego w najdzikszej części Baszkiri kołchozu. Każdy w tym klubie wiedział, że za tym kamuflażem kryją się specyficzne predyspozycje owych kacapów. Ci zwyrodnialcy służyli Swietłanie do wykonywania wyroków na niepotrafiących dogodzić jej chłoptasiach, co zresztą doskonale korelowało z ich skrajnie psychopatycznymi naturami.

Tobiasz odprowadził ją wzrokiem. Patrząc na jej zgrabne ciało próbował zrozumieć co chciała mu przekazać tocząc z nim tę z pozoru niezobowiązującą pogawędkę. Niestety głośna muzyka zagłuszała jego myśli. Gdy ponownie spojrzał w stronę podium ujrzał bujającego się na boki, pijanego saksofonistę. Usiłował on zagrać efektowne solo, niestety miał nie lada problem, żeby z zaledwie sześciu dźwięków ułożyć choć jedną sensowną frazę. Nawet niezwykle sprawny pianista, który krótkimi akordami tkał niezwykle gęstą strukturę harmoniczną, nie był w stanie ukryć dysonansów, jakimi raczył publiczność, zupełnie nie radzący sobie z solówką kolega.

***

Myśl, która obudziła się w jego głowie była jak silny powiew wiatru — niespodziewana i orzeźwiająca zarazem. Przy okazji była wprost genialna w swej prostocie i na tyle wiarygodna, że detektyw momentalnie zeskoczył z barowego stołka.

— Już nas pan opuszcza, Tobiaszu? — spytał barman przyglądając się badawczo mężczyźnie. W jego głosie czaiła się niezbyt szczelnie okryta zawodową troską podejrzliwość.

— Tylko na chwilę — odparł detektyw — Muszę nieco rozprostować nogi.

Podskórnie wyczuwał, że jest pod stałą obserwacją, a pozorny spokój barmana nie wynikał bynajmniej z jego wiary w wymyśloną na poczekaniu bajkę. Idąc w kierunku wyjścia z klubu błogosławił w myślach swój pociąg do alkoholu, który w głównej mierze zadecydował o przyjęciu kontrowersyjnej propozycji Swietłany. Jednocześnie usilnie wypatrywał Garbatego Ziutka. Długo zresztą go nie szukał. Konfident stał nieopodal wejścia w towarzystwie czterech młodych typów i zaciekle o czymś z nimi dyskutował. Widząc zbliżającego się Tobiasza jeden z nich ostro ruszył w jego kierunku. Na szczęście Ziutek w porę go wyhamował, bo w dusznym powietrzu zapachniało na moment draką.

— Pan wybaczy komisa… — urwał nagle, lecz mimo gromów jakie ujrzał w oczach detektywa zdecydował się dokończyć — Kolega jest młody i wyrywny. Nie miał jeszcze przyjemności pana poznać.

— Chciałem ci tylko powiedzieć, że twój dług został anulowany — rzekł Tobiasz obrzucając całą zgraję beznamiętnym wzrokiem — Ale w zamian mam do ciebie słówko. Na osobności! — dodał z naciskiem.

— Czułem, że pan węszy — kapuś nie wiedzieć czemu zdawał się być ucieszony — Nic dziwnego, bo ten wypadek to jakaś bardzo gruba sprawa…

— Miarkuj na to, żebyś nie powiedział zbyt wiele — detektyw ponownie zgromił go wzrokiem — Chodź już zanim chlapniesz za dużo.

Ziutek pokornie poczłapał za Tobiaszem. Wyszli na zewnątrz i odszedłszy na pewną odległość od klubu zatrzymali się w ciemnej tryfcie pomiędzy budynkami.

— Mam dla ciebie małą robotę — rzekł detektyw — Muszę przetrzepać norkę Swietłany. Potrzebuję na to około godziny. Wchodzisz w to?

W oczach Ziutka pojawiło się przerażenie.

— W życiu Warszawy komisarzu. Nie zamierzam skończyć w kostnicy.

— Jeszcze raz powiesz do mnie komisarzu i dzisiejszą noc prześpisz u Zygi.

W rozbieganych oczach kapusia zaświeciły dwa znaki zapytania.

— Potrzebuję tylko żebyś odciągnął barmana od zaplecza — wyjaśnił Tobiasz.

Ziutek wciąż się wahał, więc detektyw zmuszony był sięgnąć do kieszeni. Wyjąwszy zeń zielony banknot wcisnął go kapusiowi do ręki.

— Weź swoich chłopaczków i zabawcie się trochę. Zróbcie jakieś zamieszanie, żebym mógł niezauważenie dostać się na zaplecze.

— Przecież za to można pić całą noc…

— Dlatego zanim usiądziesz do biesiady powiesz mi jeszcze, co wiesz w kwestii wypadku i jesteśmy kwita.

— A co ja tam wiem? Tylko tyle, że we wraku znaleziono Reissa. Nie bardzo wierzę w ten wypadek, ale nic więcej nie wiem.

— A kto wie?

— Jest taki jeden. Umówię go z panem. Ale będzie pan musiał dać jeszcze trzy takie — machnął banknotem.

— A ty czasem za bardzo pazerny nie jesteś?

— Ale to dla niego — bronił się Ziutek — Ja nic z tego nie mam.

— Dobra — rzucił Tobiasz wręczając mu swoją wizytówkę — Zadzwoń jak dogadasz spotkanie. Sam ocenię czy informacje są przydatne i sam mu zapłacę.

— Znam pana numer na pamięć — odparł konfident próbując zwrócić biały kartonik.

— Schowaj to na wypadek utraty pamięci. A teraz zbieraj chłopaków i bierzemy się do pracy. Tylko gęba na kłódkę o mojej misji.

Wrócili do klubu i w ciągu niecałych pięciu minut cała ferajna z Ziutkiem na czele stworzyła Tobiaszowi idealną przestrzeń do dalszych działań.

***

Do tajnego pokoju Swietłany dostał się praktycznie bez problemu. Z racji swej długoletniej pracy w policji poznał dość dobrze każdy zakamarek klubu włącznie z rozkładem wszystkich pomieszczeń. To, że nikogo na zapleczu nie spotkał nie było dla niego żadnym zaskoczeniem. Zdziwiło go tylko jedno — drzwi do królestwa Swiety były otwarte. Wietrzył wprawdzie jakiś podstęp jednak biorąc pod uwagę stosunki panujące wśród obsady klubu mógł ostrożnie założyć, iż poziom zaufania w tym miejscu był na tyle wysoki, by nie zawracać sobie głowy czymś tak trywialnym jak przekręcanie klucza w zamku.

Pomieszczenie — jak przystało na funkcjonariuszkę byłej radzieckiej bezpieki — utrzymane było w nienagannym porządku. Ułatwiało to niezwykle orientację, gdzie szukać pożądanych rzeczy. A najbardziej pożądane były odręczne zapiski Swietłany. W trakcie czytania dziwnego listu detektyw zwrócił wprawdzie uwagę na specyficzny krój pisma, ale dopiero rozmowa ze Swietą otworzyła mu oczy szerzej. Gdyby nie ta krótka wymiana zdań, która wyraźnie wskazywała, iż wiedza Szpili wykracza o wiele dalej niż przewidywały obowiązki osoby kierującej klubem, Tobiasz prawdopodobnie nigdy by tego nie skojarzył. Choć prawdę mówiąc bardziej od opakowanych w piękne metafory słów zaważyła jednak komunikacja niewerbalna, z której Tobiasz czytał niczym z książki.

Sam — podobnie jak spore grono ludzi w tym mieście — doskonale znał cyrylicę i biegle posługiwał się językiem rosyjskim zarówno w mowie jak i piśmie. Było to rzecz jasna pokłosie czasów, w których niektórzy mieli czelność nazywać Polskę szesnastą republiką. Piękna rosyjska kaligrafia była onegdaj wpajana ludziom z taką atencją, jakby rzecz tyczyła ich ojczystego języka. Nic więc dziwnego, że wielu z nich wykształciło w sobie tę unikalną umiejętność jaką było łączenie liter rosyjskiego alfabetu, z czasem przenosząc ją również na język polski. Toteż uporczywie poszukując domniemanej autorki listu kierował się bardziej ku swoim zapominając zupełnie o drugiej stronie barykady. Teraz nadrabiał spowodowane swoją krótkowzrocznością braki licząc na choćby fragment rękopisu Swietłany i to najlepiej w języku polskim. Niestety, mimo swych wysiłków nie natrafił na najdrobniejszą nawet próbkę jej pisma. Znalazł za to bez trudu imponującą, choć niestety drukowaną kolekcję perełek literatury rosyjskiej. Były to niezwykle piękne wydania dzieł wschodnich klasyków, wśród których detektyw wypatrzył dość bogate, jak na niespecjalnie kochanego przez poprzedni ustrój Bułhakowa wydanie „Mistrza i Małgorzaty”. Nie potrafiąc oprzeć się pokusie, wziął ją w dłonie i zaczął przeglądać. W pewnym momencie spomiędzy kartek wysunął się biały prostokąt, który w ułamku sekundy wylądował na podłodze. Było to coś na wzór pocztówki, której awers zdobiła dość duża rycina kwadratowego domu z wpisaną weń nazwą Pensjonat Różyczka. Dalej był adres i numer telefonu, a na odwrocie odręczny dopisek. Była to data, godzina i kilka słów cyrylicą. Pismo wyglądało na męskie i z listem Tobiasza nie miało nic wspólnego, lecz detektyw po krótkim namyśle zdecydował się zatrzymać ów dowód przy sobie. Pensjonat znajdował się na mierzei, na mierzei wydarzył się również dziwny wypadek Reissa. Na dodatek data widniejąca na pocztówce wskazywała na relatywnie nieodległą przeszłość, co biorąc wszystko razem dawało jasny przekaz, że rozwiązanie zagadki może kryć się właśnie tam. Na dalszą rewizję detektyw nie miał już ochoty. W kieszeni jego płaszcza znajdował się ślad, po którym zamierzał dotrzeć do końca tej historii, lecz żeby tego dokonać zmuszony był odwiedzić Różyczkę.

Powrót do baru również nie nastręczał mu żadnych trudności. Barman — zajęty konwersacją z Ziutkiem, który wraz z młodymi typami upłynniał właśnie otrzymaną od Tobiasza gażę — nawet nie spojrzał w kierunku zaplecza. Detektyw przezornie kryjąc się w mroku obszedł salę dookoła i niby wracając do klubu od strony głównego wejścia podszedł i jak gdyby nigdy nic, zajął ponownie miejsce na wysokim barowym stołku. Gdy jego wzrok skrzyżował się wreszcie ze wzrokiem Ziutka mężczyzna kładąc dyskretnie palec na ustach nakazał tamtemu milczenie.

IV. Gniazdo szerszeni

Ostry dźwięk dzwonka wyrwał go ze snu. Dochodziła dziewiąta rano, a jego głowa, po spędzonej w klubie nocy, dosłownie pękała w szwach. Dzwonek jednak nie miał litości, więc wściekły jak sto diabłów Tobiasz dźwignął się wreszcie z łóżka i klnąc niemiłosiernie ruszył ku drzwiom. Gdy już do nich dochodził, jego zamglona alkoholem pamięć zaczęła się powoli przejaśniać i mężczyzna przypomniał sobie, że na dzisiejszy ranek umówiony był z pewnym człowiekiem. Człowiek ów chciał bardzo porozmawiać na temat innej, prowadzonej przez detektywa sprawy i zapewne stojąc teraz przed zamkniętymi na głucho drzwiami zaczął już nerwowo przestępować z nogi na nogę. Doczekawszy się jednak ich otwarcia przywitał się chłodno i z malującym się na jego szczupłej twarzy wyrazem dezaprobaty ruszył miękkim krokiem do imitującego kancelarię pokoju. Starszy mężczyzna był niewielkiego wzrostu, a jego czujne, powiększone przez grube szkła okularów oczy dawały jasno do zrozumienia, że jest on jednym z tych respektujących prawo i sprawiedliwość obywateli, którzy dla dobra społecznego gotowi są donieść nawet na własną matkę. Ubrany był w szary, niezbyt do jego figury dopasowany garniturek. Spod zapiętej na dwa guziki marynarki prześwitywał cynamonowy, angielski pulowerek w romby, a jego dekolt obnażał zapętlony podwójnym windsorem kołnierz kremowej koszuli. Siadając naprzeciw Tobiasza zastrzegł już na wstępie, że to, co ma zamiar powiedzieć czyni w imieniu córki, która w tej chwili nie może zrobić tego osobiście, lecz będąc naocznym świadkiem zaistniałej sytuacji gotowa jest wszystko wyłuszczyć przed obliczem najwyższego sądu. Następnie przeszedł do części zasadniczej, w której niezwykle barwny sposób opowiedział znane mu szczegóły sprawy. Zawieszony gdzieś pomiędzy biurkiem, a bólem własnej głowy detektyw słuchał go z przymkniętymi powiekami, wydając z siebie od czasu do czasu rutynowe pomruki lub znaczące chrząknięcia, dając tym samym znać, że słucha z uwagą.

Dobrze pamiętał lekko przeterminowaną, tlenioną blondynkę, zlecającą mu — mniej więcej trzy miesiące wcześniej — obserwację własnego męża, który zatrudniony w charakterze akwizytora, całe dnie pożytkował na uszczęśliwianiu odwiedzanych przezeń mieszkańców miasta całkiem pokaźną gamą atrakcyjnych, acz niespecjalnie koniecznych do życia towarów. Facet zaiste miał niebagatelne zacięcie do swej pracy, co w prostej linii przekładało się na doskonałe wyniki sprzedażowe, lecz niestety determinowało również konieczność powstania dość poważnych zaniedbań na gruncie życia rodzinnego. Zdesperowana małżonka, czy to z powodu wielogodzinnej samotności, czy może też z innych, znanych tylko kobietom powodów, dając upust swym emocjom umówiła się z Tobiaszem i w toku niezwykle dramatycznej rozmowy zleciła mu obserwację małżonka. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie fakt, że ogromny nacisk położyła ona na zebranie przez detektywa wystarczających dowodów, które skutecznie mogłyby dowieść tego, iż jej mąż dopuścił się zdrady.

Blisko dwumiesięczna wędrówka śladami akwizytora dała niestety mierne efekty. Prawdę mówiąc poza ustaleniem, że facet regularnie pojawia się w jednym konkretnym mieszkaniu detektyw miał na niego tylko jednego i do tego niezbyt pewnego haka. Otóż w trakcie rutynowej obserwacji zwrócił uwagę, że opuszczającego rzeczone mieszkanie akwizytora żegnała dość wylewnie młoda, nieprzeciętnej urody dziewoja. Jej obsypane pąsem policzki mogły wprawdzie świadczyć o tym, co kryje się za ową wylewnością, lecz poszlaka była na tyle krucha, że na jej udowodnienie zeszłyby wieki. Biorąc pod uwagę fakt, że ogrom włożonej pracy byłby niewspółmierny do zbyt szczupłego — jego zdaniem — honorarium Tobiasz zrezygnował z powierzonego mu zadania. Umowa zawarta z ową kobietą przewidywała taką sytuację, gwarantując mu proporcjonalny do poniesionych przed jej zerwaniem wysiłków zwrot kosztów, którego jednak nie otrzymał. Gdyby był wówczas w stanie przewidzieć jak potoczą się przyszłe losy reprezentującego klientkę adwokata pewnie odważyłby się na dochodzenie swych praw przed sądem. Zapewne najdalej za kilka tygodni otrzymałby również wyrok nakazujący wypłatę należnej mu kwoty wraz z nawiązką. Niestety tak się złożyło, że ani nie przewidział, ani tym bardziej nic z tym nie zrobił. Na jego szczęście okazało się, że sprawiedliwość, pomimo, iż ślepa, ale jednak istnieje. Przekonał się o tym, gdy w jego biurze zupełnie niespodziewanie pojawił się mąż owej kobiety. Konkretna, męska rozmowa jaką detektyw z nim odbył rzuciła całkiem nowe światło na sprawę, dając przy okazji sposobność do rewanżu. Akwizytor nie dowierzał wprawdzie zasłyszanym tu i ówdzie plotkom, ale chcąc mieć spokojne sumienie postanowił je zweryfikować. Ponieważ nie dysponował wystarczającą na śledztwo ilością czasu zdecydował się powierzyć je Tobiaszowi, który bynajmniej nie z powodu zemsty, lecz głównie po to, by prawdzie stało się zadość podjął się zbadania wersji męża. Szybko wyszło na jaw, że kiedy małżonek zasypiał po dniu ciężkiej pracy, jego żona cicho wymykała się z domu, by bezwstydnie oddawać się młodemu piekarzowi. Pewnie romans ten pozostałby w sferze tajemnicy, którą niemo skrywałyby będące świadkami owych igraszek worki z chlebową mąką, gdyby któregoś dnia, zatrudniona w charakterze ekspedientki kobieta nie zajrzała do magazynu. Gdy naocznie przekonała się w czym tkwi temat, z miejsca podzieliła się wrażeniami ze swoim ojcem, a on w poczuciu moralnego obowiązku zreferował wszystko detektywowi.

— I wtedy wreszcie zrozumiałem, dlaczego od jakiegoś czasu chleb jest regularnie przypalony — rzekł z naganą w głosie kończąc swój wywód. Tego, czy bardziej ganił bezwstydność zdradzającej męża kobiety, czy piekarza za brak poszanowania powierzonych mu obowiązków Tobiasz nie zamierzał już dociekać.

Gdy starszy mężczyzna opuścił biuro, Tobiasz momentalnie przekierował się na bardziej w tym momencie zaprzątającą jego myśli sprawę. Ponieważ wycieczka do pensjonatu zupełnie nie wchodziła — przynajmniej w dniu dzisiejszym — w rachubę, postanowił skupić się na tym, kogo mimo swej niedyspozycji mógłby jednak odwiedzić. Osobą, z którą powinien w pierwszej kolejności porozmawiać była wdowa po mecenasie. Szybko jednak wyrzucił ten pomysł z głowy. Rozmowa z kobietą, zwłaszcza wdową i do tego z wyższych kręgów wymagała oprócz taktu i delikatności naprawdę ogromnej koncentracji. Mężczyzna nie miał na to siły i podobnie jak Różyczkę musiał niestety odłożyć na inny termin. Jedyne co brał na dzisiejszy dzień pod uwagę to odwiedzenie kogoś, kogo raczej wolałby nie odwiedzać. I właśnie tę myśl przerwał mu dzwoniący na biurku telefon. Mimo tego, że był to już drugi w dniu dzisiejszym, zakłócający jego spokój dzwonek, detektyw zdecydował podnieść słuchawkę. Dzwoniła Mariella Krygier. Ta sama, która wczoraj zleciła Tobiaszowi śledztwo w sprawie zaginięcia jej męża.

— Panie Tobiaszu… — zaczęła niezbyt pewnym głosem — Zdarzyło się coś bardzo niedobrego. Powinien pan o tym wiedzieć.

— Słucham — odpowiedział detektyw spokojnym głosem.

— To nie jest rozmowa na telefon — mimo pozorów spokoju można było wyczuć w jej głosie napięcie.

— Życzy sobie pani, żebym ją odwiedził? — spytał mężczyzna.

Po drugiej stronie słuchawki zapadła cisza. Trwała jednak niezbyt długo.

— Wolałabym jakieś neutralne miejsce.

Detektyw zamyślił się. Takim miejscem równie dobrze mogła być łąka za miastem jak i deptak nad kanałem. Na szczęście ból głowy zaczął z wolna go opuszczać, co wydatnie pomogło w koncentracji.

— Czy zna pani Café Noir? — spytał po chwili.

— Oczywiście, że znam. To bardzo przyjemne miejsce.

— W takim razie zapraszam panią na wyśmienitą kawę. Mam nadzieję, że nie stroni pani od tej używki?

— Porządna kawa dobrze mi zrobi — odparła kobieta — Pasuje panu szesnasta?

— Jak najbardziej. Będę na panią czekał na miejscu.

Po zakończonej rozmowie Tobiasz odłożył słuchawkę na widełki i powrócił do przerwanej myśli. Do wizyty, którą brał pod uwagę specjalnie mu się nie paliło, choć ściślej rzecz ujmując bardziej nie paliło mu się do rozmowy z osobnikiem, którego zamierzał odwiedzić. Perspektywa spotkania z panią Krygier budziła jednak cień nadziei, że uda się ją przynajmniej przesunąć w czasie.

***

Kwadrans przed szesnastą Tobiasz przekroczył próg Café Noir. Gdy tylko znalazł się w środku powitała go prześliczna właścicielka.

— Tak bez zapowiedzi? — spytała opromieniając mężczyznę jedynym w swoim rodzaju i nie spotykanym u żadnej innej kobiety uśmiechem — To zupełnie do pana niepodobne Tobiaszu.

— Mam tutaj spotkanie z klientką, pani Elizo — odparł detektyw.

— A już myślałam, że pan tak z własnej i nieprzymuszonej woli — dziewczyna udała zmartwioną, lecz już za chwilę uśmiechnęła się szelmowsko — Brunetka, czy blondynka?

— Ciemna blondynka i do tego bardzo skromna kobieta. Za chwilę sama ją pani pozna. Nazywa się Mariella Krygier.

— Co?! — krzyknęła Eliza — Podrywa pan żonę kierownika banku? Pan wstydu nie ma Tobiaszu — dodała z udawaną naganą w głosie.

— Umówiłem się z nią służbowo.

— I służbowo napije się pan z nią kawy? — ironizowała Eliza.

— Nigdy w życiu — zaprotestował Tobiasz — À propos, czy mogłaby pani…

— Single malt? — weszła mu w słowo.

— Nie chciałbym przy klientce… — tłumaczył się mężczyzna — To nieprofesjonalne, rozumie pani?

Eliza postawiła szklaneczkę na barze i nalała do niej whisky.

— Już myślałam, że w końcu namówię pana na kawę, ale pan jak typowy chłop… Nigdy w życiu, nigdy w życiu — próbowała naśladować tembr głosu detektywa, lecz wyszło jej to dość marnie.

— Jeśli kiedyś najdzie mnie ochota na kawę, to przysięgam, że wypiję ją z panią w tej oto kawiarni — solennie obiecał Tobiasz.

— Baju, baju, będziem w raju. Chyba prędzej nauczę konia tańczyć niż pana przekonam do kawy. A tak przy okazji, to muszę panu coś powiedzieć. A właściwie odpowiedzieć na pytanie, które zadał mi pan przedwczoraj.

Twarz detektywa wyrażała głębokie zdziwienie.

— Otóż nie wiem czy była blondynką czy brunetką.

— Któż, na Boga?

— Ta zdradzana żona, która zostawiła dla pana grubą kopertę.

— Ach… O nią chodzi — roześmiał się mężczyzna — Jak pani może nie wiedzieć skoro pani ją widziała?

— Owszem, widziałam, ale włosy miała schowane pod kapeluszem, więc nie wiem jaki miały kolor.

— To może zauważyła pani chociaż kolor jej oczu?

— Niestety. Miała na nosie ciemne okulary.

— Któż u licha w kwietniu zakłada ciemne okulary?

Tobiasz zastanowił się, czy dziewczyna, aby z niego nie dworuje, lecz wyraz jej twarzy nie pozostawiał złudzeń, że mówi prawdę. Chciał coś jeszcze powiedzieć, lecz w tym momencie drzwi kawiarni nagle się otwarły i do środka weszła pani Krygier. Wyglądała jeszcze bardziej szaro i o wiele skromniej niż wtedy, gdy niespodziewanie zjawiła się w biurze detektywa.

— Czego się pani napije, Mariello? — spytał, gdy wolnym krokiem podeszła do baru.

— Poproszę mocną kawę — odparła słabym, łamiącym się głosem.

— Proszę zająć stolik — odezwała się Eliza włączając niklowany ekspres — Zaraz podam kawę.

Na barze przed detektywem stała nierozpoczęta szklaneczka markowej whisky. Nie robiło to najlepszego wrażenia, ale musiał jakoś wybrnąć z tej sytuacji. Dochodząc do wniosku, że wypicie jej przy barze i do tego jednym haustem byłoby nie lada afrontem wobec żony kierownika banku, zdecydował się zabrać ją do stolika.

— Mam nadzieję, że wybaczy mi pani tę ekstrawagancję, ale nie pijam kawy, więc…

— Proszę się nie tłumaczyć — odparła Mariella — Oboje jesteśmy dorośli. Poza tym nie przeszkadzają mi dżentelmeni gustujący w dobrych alkoholach, a pan jak mniemam za takowego uchodzi.

Miała wyraźnie zaczerwienione oczy i wymiętą poszarzałą cerę. Gołym okiem widać było, że stało się coś poważnego. Tego, co zaszło Tobiasz miał się niebawem dowiedzieć. Nie czekał zbyt długo. Kiedy tylko podająca kawę Eliza zniknęła za barem kobieta zamoczyła usta w oszałamiająco aromatycznym macchiato, a chwilę później uraczyła mężczyznę porażającą wiadomością.

— Dziś rano zostały wyłowione z zalewu zwłoki mojego męża — wypowiedziała to zdanie jednym tchem. Zupełnie tak jakby obawiała się, że może nie zdążyć go dokończyć.

— Proszę przyjąć moje wyrazy współczucia — rzekł Tobiasz poważnym tonem — Co mu się stało? Zna pani jakieś szczegóły?

— Oficjalna wersja jest taka, że był to nieszczęśliwy wypadek — wyraźnie walczyła o każdą wypowiedzianą sylabę i widać było, że z całych sił angażuje swoją wolę, by nie wypuścić z oczu perlistego strumienia łez — Dziś rano rybacy zauważyli w wodzie fragment jego samochodu. Po wyłowieniu go okazało się, że w środku jest mój mąż.

— Gdzie to się stało?

— Na mierzei jest taki fragment drogi, która niezbyt ostrym zakrętem przebiega nieco powyżej brzegu zalewu. Z tego, co wiem od policji mąż wypadł na tym zakręcie z drogi i razem z samochodem spadł w toń zalewu. Woda jest tam dość głęboka, więc…

Zamilkła nagle, a jej płytki oddech wyraźnie świadczył o tym, że ciężko jest jej o tym mówić. Niestety Tobiasz musiał zadać jej kilka pytań i liczył na to, że mimo wszystko obejdzie się bez spazmów.

— Czy identyfikowała już pani ciało męża? — zaryzykował, gdyż chciał mieć to pytanie już za sobą.

— Nie.

— Jak to? — zdziwił się detektyw.

— Funkcjonariusz, który został przysłany, żeby powiadomić mnie o wypadku powiedział, że ciało jest w strasznym stanie i nie jest to wcale miły widok. Poza tym samochód był męża, ubranie też, a znalezione przy nim dokumenty i neseser ponad wszelką wątpliwość dowodzą, że to on.

— Przecież to niezgodne z procedurą. Ktoś z rodziny lub znajomych musi zidentyfikować zwłoki.

— Dlatego poprosiłam pana o spotkanie — w głosie Marielli zabrzmiała nutka nadziei — Widzi pan, ja nie mam predyspozycji do oglądania zmarłych. Wstyd się przyznać, ale strasznie boję się kostnicy. Chciałam pana poprosić, żeby poszedł pan tam zamiast mnie.

— Ale ja nie jestem z rodziny, poza tym nie znam pani męża.

— Każdy w tym mieście wie kim jest Stefan Krygier. Każdy wie jak on wygląda. Poza tym pan wie o nim coś, czego inni nie wiedzą. Rozumie pan, co mam na myśli?

— Rozumiem pani Mariello. Oczywiście pójdę do kostnicy i dokonam stosownych oględzin.

— Dziękuję panu. To bardzo ważne, żeby zrobił to fachowiec, bo muszę panu powiedzieć… — zawahała się jakich słów użyć, ale szybko powróciła do wątku — Ja nie wierzę, że to był wypadek.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 60.14