E-book
6.83
drukowana A5
14.31
drukowana A5
Kolorowa
34.01
Być w Rzymie, papieża nie zobaczyć?

Bezpłatny fragment - Być w Rzymie, papieża nie zobaczyć?

Objętość:
49 str.
ISBN:
978-83-8126-963-6
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 14.31
drukowana A5
Kolorowa
za 34.01

Pielgrzymi, czyli z ziemi polskiej do włoskiej

Na moje nieszczęście Ryanair, wbrew własnym zapowiedziom, przeniósł nam lot z Okęcia do Modlina. I zamiast jechać 15 minut musieliśmy być przygotowani na każdą ewentualność, bo wylot na Łomianki to my znamy jak własną kieszeń. Nasz rekord z Ursynowa do końca korka za Łomiankami to 2,5 godziny. Więc jest super, jak to w ojczyźnie naszej. Wystarczy, że prawie zbudowaliśmy na Euro 2012 prawie trzy prawie autostrady. Rząd się tak zmęczył, że wylot na Gdańsk przeniósł na po 2020 roku, a potem cały projekt i tak diabli wzięli, będzie, kiedy będzie.

No i czym jechać? Pociągu nie ma i nie będzie jeszcze za sto lat, bo to wymaga zbudowania 5 kilometrów toru ze stacji Modlin na lotnisko. Pamiętacie ile budowano 2,5 kilometra na Okęcie? Około 20 lat, do Modlina pociągiem pojadą moje wnuki, dzieci się mogą nie załapać.

Musimy więc wyjechać ze 3 godziny wcześniej niż na Okęcie, do tego koszt paliwa w obie strony i 55 PLN za parking, „malinka”, to się nazywa „tanie latanie”. Rano w dzień wylotu jest jeszcze lepiej, dwa samoloty poleciały na Okęcie, a na wieczór mgły też są możliwe. Nasi przyjaciele, aż z Kujawsko Pomorskiego wyjechali na wszelki wypadek w południe, więc zanim my wyszliśmy z domu, oni już byli na miejscu. To się nazywa zapobiegliwość. Wreszcie ruszamy. Pierwszy stop to próba skrętu w Dolinę Służewiecką- odkąd doprowadzili autostradę do Puławskiej, nastąpił tu może nie koniec świata, ale ruchu na pewno. Więc dajemy równo przez centrum miasta, może jakoś to będzie. Jakoś było. Dotarliśmy na parking w rozsądnym czasie, na godzinę przed wylotem jesteśmy w Modlin International Airport. Nie będę się znęcał nad tym tworem, ważne, że jakoś działa.

Dziś robimy pierwsze zdjęcie inaczej, Gosia ma towarzystwo, a poza tym odloty są na czerwono i lotnisko jest inne. Paweł wziął na „rozgrzewkę” czteropak Harnasia. Kłopot w tym, że na pokład tego nie wniesie. Była kiedyś taka bardzo popularna piosenka z fragmentem tekstu „jutrzenki blask duszkiem pić”. O tyle mi się przypomniała, że Paweł nie jutrzenkę a Harnasia i nie o brzasku, ale o zmierzchu duszkiem pił. Teraz musi co najmniej godzinę przetrzymać Harnasia w sobie, bo do jedynej toalety kolejka jak stąd do Rzymu.

Przenosiny Ryanair do Modlina pozwalają poznać, na czym polega ten model biznesowy. Niskie opłaty lotniskowe oznaczają tłok, tłok i jeszcze raz tłok. I ganianie do samolotu piechotą bez względu na pogodę. Parasoli, jak w Azji Ryanair nie zapewnia.

To nasz pierwszy lot tanimi liniami w Europie. Już pierwsze wrażenia nie nastrajają najlepiej. Lista restrykcji przewidziana w regulaminie przewozu może byka powalić na miejscu. Absolutna konieczność odprawy on-line, restrykcje bagażowe, brak numeracji miejsc i kary za wszystko, za oddychanie chyba też. Air Asia to to nie jest. Dla porównania średni koszt przewozu walizki o wadze 20 kg w Air Asia to około 30 PLN, a na pokład można wziąć dwa bagaże i nikt ich rozmiarów nie sprawdza. O pakowaniu damskiej torebki lub aparatu do torby nikt w Azji jeszcze nie pomyślał.

Boeing 737—800 zapchany siedzeniami jak Autosan za PRL, nawet się nie wychylają, nie ma w nich kieszeni na choćby papierek, a obsługa chodzi w strojach żywcem z PRL. Do uniformów Air Asia daleko. Do wyglądu stewardess jeszcze dalej. No dobra, ale lecimy i to jest najważniejsze. Dlaczego PRL? Ano dlatego, że ostatnio na taką wycieczkę jechałem za poprzedniego ustroju. To była zakładowa wycieczka do Brna i Budapesztu. Już do autokaru część wsiadła na dobrym gazie. Tu było tak samo. A dalej tylko gorzej. Wędrówki ludów z flaszkami i kabanosami w rękach. Nowe przyjaźnie i stare animozje.

Poza tym Polacy do Rzymu jeżdżą znacznie częściej niż inne nacje, znacznie częściej. Wynika to z tradycyjnej polskiej religijności. A Rzym traktowany jest niczym Mekka w islamie. Każdy szanujący się Polak katolik musi choć raz do Rzymu pojechać i papieża zobaczyć.

I tak tłukli się (i dalej tłuką) autokarami z rodzimej parafii ponad 40 godzin, ale spora część przesiadła się już na samoloty. Gdy do Polski trafiły tanie linie, podróż samolotem jest nie tylko zdecydowanie krótsza, lecz również, nie droższa niż autokarem. Tylko, że atmosfera nie ta. To jednak da się jakoś zmienić, wystarczy chcieć.

Mamy na pokładzie dużą grupę pielgrzymów, lecących do Rzymu „na papieża”. Co prawda JP2 już powitał się z Ojcem, ale po 25 latach nawyk pielgrzymowania do papieża tak się utrwalił i nie ma kompletnie znaczenia fakt, że to już nie ”nasz papież”. Można by się spodziewać, że na pokładzie zapanował nastrój mistyczno-modlitewny. Nic bardziej mylnego, chyba, że za mistykę przyjmiemy fakt, iż już przed startem część pielgrzymów opanował „spititus”, ale nie „sanctus”.

Po godzinie pół samolotu było bohaterami filmu „Gravity”, orbitowali pod sufitem we wszystkie strony jakby grawitacji nie było. Na szczęście obyło się bez śpiewania, ale mocne słowa latały jak pershingi nad Bagdadem. Do Gosi, Pawła i Magdy dosiadła się „Pani Iwonka”, która „urwała” się od męża i tak to ”urwanie” przeżywała, że napić się musiała.

Miała w ręku ledwo napoczętą butelkę whisky i malutki kieliszeczek. Paweł jak to zobaczył, kieliszek stanowczo oddał, flaszkę przechylił i pociągnął. Jak Wojski róg bawoli, długi, cętkowany, kręty. Jak wąż boa, oburącz do ust go przycisnął, a potem ciągnął i ciągnął aż oddał. Prawie w połowie pustą. Magda też może, Gosia mniej, ale się stara. Efekt, do Iwonki wróciła pusta flaszka, no może na ten jej kieliszeczek zostało. I dobrze, bo stanowczo już jej wystarczy.

Załoga próbowała, prośbą i groźbą wezwania na lotnisku policji, ale kto Polaka przestraszy, no kto? Pewien znany poseł w podobnej sytuacji „heil Hitler” do Niemców wykrzykiwał i groził, że znów im Berlin zajmiemy. Zapomniał, co prawda, że to „komuchy” a nie Platforma Obywatelska Niemców pobiły, ale w tym stanie miał prawo nie pamiętać.

Przed lądowaniem pojawiły się już pierwsze ofiary. Wyglądało na to, że Iwonka całkiem straciła przytomność i nie wiem, kto i jak ją z samolotu na miejscu wynosił. Leżała biedna nie dając żadnych oznak czynności życiowych w swoim fotelu.

Tuz przed przyziemieniem, gdy pozostało nam ze sto metrów a załoga dawno siedziała na swoich miejscach, jakiś właśnie obudzony pielgrzym wstał. Stanął w przejściu mono zapierając się rękoma o fotele i zaryczał „gdzie ja KURWA jestem?”. Poderwał na nogi całą obsługę i jakoś udało im się go spętać. Na koniec oczywiście oklaski po przyziemieniu, więc było jak zawsze, wieś tańczy i śpiewa. Mam kolejny argument, chcesz latać i wypoczywać w spokoju, leć do Azji. Tam prawie nie ma Polaków, na szczęście.

My od razy daliśmy nogę, nie patrząc, co dalej będzie się działo i jak „pielgrzymi” opuszczą pokład. A włoska załoga dowiedziała się jak wygląda to nasze pielgrzymowanie.

Ciampino

Aeroporto Ciampino to straszna dziura z jednym pasem startowym i małym budyneczkiem dworca. O tak późnej porze (22:45), personel chyba już się pakował do domu, ja w każdym razie nikogo nie widziałem. Kompletnie nikt się nami nie interesował. A przecież był to lot teoretycznie międzynarodowy. To z kolei napawa mnie wielkim optymizmem, bo UE naprawdę się zrasta w jeden organizm, a podróż do Rzymu niczym nie różni się od lotu do Gdańska czy Krakowa. Kto by się tego w starych czasach spodziewał?

Teraz musimy dotrzeć do hotelu. Gdybyśmy mogli przejść w poprzek pasa to mamy 5 minut drogi, ale ktoś tak zaprojektował lotnisko, że terminal jest po przeciwnej stronie pasa niż miasteczko. Pewnie dlatego, że to lotnisko dla Rzymu, terminal jest tuż przy autostradzie do miasta. Ale my teraz musimy złapać ostatni autobus jeżdżący do stacji kolejowej.

Lotnisko Ciampino jest połączone z Rzymem na kilka sposobów. Można tak jak my, pojechać za 1.20 EU do stacji kolejowej i stamtąd za 1.50 EU dwa przystanki koleją do Roma Termini, można pojechać autobusem do stacji metra Anagina albo bezpośrednim autobusem za 4 EU do Roma Termini. Wygodnie i nie drogo.

Musieliśmy poczekać pół godziny, w tym czasie ani słychu, ani widu po pielgrzymce, gdzieś się rozpłynęli albo zostali. Pokręciliśmy się trochę, jest dość ciepło mimo późnej pory. Pojawia się nasz autobus, bilety kupujemy u kierowcy i jedziemy, 5 minut i po wszystkim. Teraz spacerek do hotelu.

Koło północy w Ciampino nie spał tylko jeden dog, który nas oszczekał. Ciemno wszędzie, głucho wszędzie. Idziemy a echo roznosi po śpiącym miasteczku odgłos naszych kroków i terkot kółek naszych walizek. Na samym końcu miasteczka hotel Ciampino (45 EU za pokój), recepcja na szczęście czynna, zabrali ID Card, dali klucze i dobranoc. Trzeba wstać rano, więc prysznic i do łóżka. Pokoje wygodne, dobrze wyposażone, nowe i czyste, pierwsza klasa. Mieliśmy sobie pospać gdzieś do dziewiątej żeby mieć siły na całodzienne bieganie po Rzymie, ale życie jak zwykle sprawiło, że było zupełnie inaczej.

Na dwoje babka wróżyła. Mieszkamy jakieś sto metrów od progu pasa lotniska Ciampino. To może być albo początek albo koniec pasa, jak koniec to pół biedy, samoloty na ogół nawet tam nie dojeżdżają. Ale tym razem to był jednak początek, a pierwszy samolot startuje o 5:30. Tak więc, w środku nocy zbudził mnie nieziemski ryk bestii oznajmiającej Apokalipsę według Świętego Jana. Gdzie ja jestem? Co się dzieje? Po chwili paniki nadchodzi mnie oświecenie, po prostu mieliśmy małego pecha i cieszmy się, że ostatni odlot jest o 23:30 i znów do 5:30 będzie można spać. Albo jak moja żona, nawet znacznie dłużej. Całe zresztą szczęście, że mamy pokój od drugiej strony budynku, bo w przeciwnym razie to i żonę by obudziło. Do wszystkiego można zresztą przywyknąć, w końcu nawet ten ryk polubiłem, bo lotniska to ja kocham miłością szaloną.

Wylazłem na balkon i oglądam lądujące i startujące samoloty. Przy okazji zobaczyłem hotelowy basen oraz tory kolejowe bezpośrednio za ogrodzeniem hotelu. To następne źródło hałasu. Ale przy startującym samolocie żaden pociąg nie ma szans.

Gdy już żona też dołączyła do mnie, zrobiłem kawę „sri in łan” jak zawsze i wszędzie. Za pomocą naszej grzałki jeszcze z epoki PRL, która uparcie od prawie dwudziestu lat przemierza z nami świat, i równik obleciała już kilka razy, i dalej grzeje. A mówią, że w PRL buble produkowali. Pokażcie mi za dwadzieścia lat działającego Iphona. Na śniadanie pizza z … Tesco na Ursynowie i lecimy, znaczy człapiemy na stację Ciampino-Stacione.

Miasteczko urocze, ładne domy i jednorodzinne domki z czerwonej cegły, a przede wszystkim cudowna roślinność śródziemnomorska. Szczególnym poważaniem cieszą się u mnie wysokie i stare pinie tak typowe dla krajobrazów kojarzonych z Rzymem i okolicami.

Wygląda jakby była niedziela, wszystko pozamykane, w nielicznych sklepikach lub małych warsztatach ktoś pracuje, ale zdecydowana większość nieczynna. Na południową sjestę chyba za wcześnie, wychodzi na to, że jesteśmy zdecydowanie na południu Europy i pojęcie praca znaczy tu kompletnie co innego niż na zimnej północy. Mnie to odpowiada.

Po drodze mamy miejscową „biedronkę”, czyli dyskont Todis. Wszystkim, których los rzuci do Ciampino polecam. Sklep jest tuż koło dworca, ale po drugiej stronie kas dworcowych, co trzeba pamiętać. Tu można się tanio obkupić w dobra niezbędne przy zwiedzaniu, w tym oczywiście i piwko w ludzkiej (0.60 EU) cenie. Paweł uzupełnił braki w plecaku spowodowane koniecznością wysuszenia Harnasia przed lotem. Żeby już nie jeść pizzy z Tesco, co w kraju, gdzie ta potrawa została wymyślona, kupiłem oryginał. Do tego sporo owoców i warzyw, trochę słodyczy i przede wszystkim picie.

Zaopatrzeni na ciężki dzień, przechodzimy pod torami na stację. Bilety można kupić w kasie, ale trzeba je skasować samemu lub w automacie. Cena tylko 1.50 EU. Czekamy na pociąg, jednocześnie korzystając z automatu do kawy ( 0.80 EU). Ja biorę kawę z mlekiem i dostaję pół kubeczka. Magda nacisnęła Espresso i ma teraz mały kubeczek wielkości naparstka z 3 milimetrami na dnie. Patrzy na mnie jak bym to ja jej nalewał i pyta, czemu? A napij się to zobaczysz. Wypiła jak trzeba, na raz i jak ją trzepnęło zrozumiała, że espresso to we Włoszech działa jak nasza seta bez galarety i to na czczo. Tak czy owak nawet w automacie Lavazza kawka jest spoko i zamiast ryzykować 10EU przy stoliku, zawsze można z tego rozwiązania skorzystać. Magdzie się nie podoba, bo kawa ma być w szklance, koniecznie Jacobs i z łyżką w środku. Obawiam się, że Włosi tak szlachetnej marki kawy jak Jacobs nie znają. I tak musiała chcąc nie chcąc pić naparstki z automatów, bo jak jej powiedziałem ile kosztuje w Rzymie kawa podana do stolika (też naparstek zresztą) to mało nie wyskoczyła z butów. A do tego jeszcze „coperto”, czyli nakrycie za drugie tyle. Jakby dla każdego gościa osobno nakrywali.

Jedziemy podmiejską koleją dojazdową. Wygląda i pachnie zupełnie jak nasza. Po drodze bardzo piękny i dobrze zachowany akwedukt z czasów imperium i za kilka chwil jesteśmy w samym centrum Rzymu, Roma Termini, tu zbiegają się wszystkie szlaki.

Wieczne miasto

Na dziś w programie zabytki, zabytki i zabytki. I żadnych sklepów, przynajmniej mam taką nadzieję. Na razie wychodzimy z pociągu na głównej rzymskiej stacji Roma Termini. Duża rzecz, pełno ludzi, pociągów, pełno wszystkiego. Jesteśmy w samym środku miasta, dużego miasta. Miasta, które uzurpuje sobie wieczność, śmiałe ma więc zamierzenia, ale i długą chwalebną przeszłość, która jakoś to usprawiedliwia. W świetle historii nowożytnej, Rzym zdaje się naprawdę być wiecznym miastem. Czas płynie, wszystko się zmienia, imperia powstają i upadają a Rzym zdaje się trwać ponad tym. Jako miasto wciąż jest wielki i znaczący, choć po największym imperium Europy prawie nic już nie zostało. A my właśnie idziemy zobaczyć to „prawie”.

Zanim doszliśmy do ruin starożytnego Rzymu, zdążyliśmy po drodze minąć kilkadziesiąt miejsc, którymi niejedno miasto mogłoby się poszczycić. Tu, gdy ma się dwa dni na wszystko, często nie ma czasu nawet na pobieżny ogląd. Musimy iść i w zasadzie nie zwracać uwagi na nic, co mijamy, bo do wieczora nie dojdziemy. A mamy do przejścia góra 1,5 km.

Spotykamy autobusy obwożące turystów po mieście, w tym oczywiście obowiązkowy autobus w stylu Hop-on Hop-off. Moda na szybkie oglądanie dotarła już wszędzie. Dla leniwych i mało dociekliwych wystarczy kupić bilet i można powiedzieć, że miasto zwiedzone. W każdym razie fotki ze wszystkich ważnych miejsc zapewnione.

Wychodzimy na Foro di Nerva, od nazwiska cesarza, który ukończył tę budowlę. Zostało z niej kilka kupek kamieni i kilka kolumn, w tym cztery stojące razem. Ot i wszystko.


Prawie wszystko, bo jest jeszcze sam cesarz Nerva, nasz bohater z okładki tej książki.

Cesarz z brązu, dlatego taki zielony, dumnie stoi na tle, to znaczy stał na tle swojego forum, bo teraz zostało z niego to, co nasz równie sławny minister Sienkiewicz powiedział o III RP.

Domyślam się, że w podniesionej ręce, podniesionej, bo zwykle rzeźbiarze brali cenę „z metra” i dlatego większość posągów ze starożytności ma ręce uniesione w górę, trzyma bullę cesarską. Znaczy się obwieszczenie woli żywego Boga na ziemi, bo tak to kiedyś wyglądało. Dziś bulle politycy ogłaszają na Twitterze i Facebooku.

Przed cesarzem, co za bezczelność, stoi moja żona unosząc w prawicy puszkę z piwem, zakupionym w dyskoncie. Trudno o lepszy symbol pokazujący, jakie zmiany zaszły w czasie ostatnich dwóch tysięcy lat.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 14.31
drukowana A5
Kolorowa
za 34.01