WYZWANIA EDUKACYJNE
EDUKACJA DLA KAŻDEGO
SZTUKA ŻYCIA W ŚWIECIE
Wstęp
Blisko 15-letnie doświadczenia prowadzenie przeze mnie warsztatów dla kobiet — matek, nauczycielek, pedagogów, psychologów oraz seminariów dla studentów czy konferencji, pokazało mi istniejący ogromny niedosyt materiałów edukacyjnych, mimo nawału na rynku księgarskim różnego typu książek, dotyczących tzw. rozwoju osobistego.
Moje niewielkie książeczki, bardzo praktyczne, czyli pokazujące „jak to robić?”, ukazujące się od 1999 roku, rozchodzą się jak przysłowiowe „chrupiące bułeczki” i mimo, że napisałam ich już 14 (a zaprojektowałam kiedyś cykl dziesięciu), istnieje stałe zapotrzebowanie na nowe. Wpadł mi więc pomysł, aby napisać kolejną, tzw. ponadprogramową, skierowaną tylko do kobiet. Oto właśnie ONA: „Być Kobietą”.
Wszystkie wydane już książeczki, zaprojektowane jako podręczne poradniki o podobnej objętości (około 100 stron) stanowią same w sobie pewną całość, niemniej każda z nich może być uzupełnieniem poprzednich i kolejnych. Mimo, że pewne aspekty poruszane w nich mogą się powtarzać, niemniej ujęte są one inaczej, w innym kontekście. Jest to bowiem temat „rzeka” — jak samo życie. Wiadomo również, że powtarzanie utrwala i pomaga wprowadzić do świadomości, a stąd życia, inny punkt widzenia, dodatkowe, nieznane oświetlenie pewnych zagadnień, a tym samym pomaga rozwiązywać życiowe dylematy.
Książki napisane są w oparciu o zasady psychosyntezy — „praktycznej psychologii całego człowieka”. Jej podstawowa zasada brzmi: „gdy coś przychodzi na czas — jest to edukacja; gdy za późno — to terapia”. Książki zawierają pewne rozważania teoretyczne, ale także, a może przede wszystkim ćwiczenia, a więc praktyczne ich wykorzystanie w codziennym życiu. Cóż bowiem po najbardziej wyszukanych badaniach, wymyślonych przez naukowca, jeśli nie przekładają się one na codzienne życie, jego problemy, dylematy i doświadczenia?
Długie lata byłam naukowcem w dziedzinie medycyny, przyglądając się i sama realizując czy wymyślając tematy do przyszłych badań. Już wtedy narastało we mnie zwątpienie i po latach zaczęłam sobie zadawać pytanie: jak to pomaga każdemu w codziennym życiu? Co to MNIE daje? Oczywiście dawało mi to satysfakcję, że coś opisałam, odkryłam, ale zwykle była to jedynie konieczność wykazania się pracami naukowymi, niezależnie od ich jakości i przydatności dla władz oraz wymogów proceduralnych.
Od lat piszę artykuły i książki z poczucia wewnętrznej potrzeby, radości, bez żadnego przymusu czy nacisku. Inspiracją dla mnie staje się codzienne życie, jego problemy, dylematy, relacje międzyludzkie, a także, a może przede wszystkim zdrowie (lub jego zaburzenia). Obserwuję ludzi dorosłych, dzieci, ich postawy, emocje, sposób myślenia i wypowiadane słowa. To wszystko „do mnie mówi” o nich, z czym mają problemy w życiu, co projektują na innych, co chcą zobaczyć w „lustrach” dzieci. Wszystko to daje mi pomysły do pokazania w swoich książkach — jak „odczytując siebie” w odpowiednim czasie — a nie już po fakcie, gdy „wybuchła burza” w rodzinie czy zaczęły się problemy w szkole z dziećmi, czy wynikły własne zdrowotne dylematy — znaleźć chwilę dla siebie, aby wtedy, a więc „na czas” — to rozpoznać. Według wcześniej przytoczonej zasady psychosyntezy, wprowadzonej przez jej twórcę dr Roberto Assagiolego — włoskiego lekarza, psychoterapeutę — „gdy coś przychodzi na czas — jest to edukacja; gdy za późno — to terapia” należy rozpocząć uczenie od zaraz, aby „nie trzeba było terapii”.
Jak wspomniałam wyżej, tę książkę pragnę zadedykować KOBIETOM. To od nich tak wiele zależy: od ich zdrowia, dobrego samopoczucia, a przede wszystkim spokoju. To one mogą zaprowadzić pokój na świecie lub rozpętać wojny, choć one także stają się ich największymi ofiarami.
Ktoś się może zdziwi lub zaprzeczy? Jego wola. Moim zdaniem to one tak naprawdę wychowują mężczyzn, którzy rządzą innymi lub stają się zarzewiem wojen. To one dają im życie i wychowanie, one je karmią swym mlekiem i całą sobą: swoimi myślami, słowami, emocjami, one są najbliżej od pierwszej chwili zaistnienia ich życia. To z nich przede wszystkim oni czerpią wzorce na życie.
Jaka ma być kobieta? Jak ma wychowywać dzieci (także obydwu płci), aby przyniosły pociechę jej, społeczeństwu i światu? Co jest nie tak, że świat jest taki, jaki jest i co można zrobić lepiej, aby go naprawić? A może zacząć budować inny świat, wizję lepszego świata? A przede wszystkim co zrobić dla siebie, jak być Kobietą naprawdę, ze wszystkimi swoimi atrybutami, talentami i potencjałem, ze swoją indywidualnością, a więc niepowtarzalnością?
O tym właśnie jest ta książka — o sobie samej: jak mam Ja — KOBIETA czuć się lepiej, co mogę zrobić, aby bardziej rozumieć siebie, a tym samym pełniej żyć. A żyjąc lepiej wprowadzać zdrowe wzorce do swojej rodziny, miejsca pracy, otoczenia.
Książka, jak wszystkie inne moje książki jest praktyczna. Nie wystarczy jej przeczytać, ponieważ to za mało, aby cokolwiek zmienić albo naprawić. Trzeba ją wykorzystać, a więc wykonać wszystkie ćwiczenia, a potem je ugruntować w swoim życiu.
Książka zawiera serię ćwiczeń (na tym polega jej praktyczność oraz sens, oraz prostota, potwierdzone przez dziesiątki mych czytelniczek), które możesz wykonywać sama. Nadają się także do pracy w grupie, dzięki temu dzielenia się swoimi doświadczeniami z innymi, traktując ją jako grupę wsparcia. A to UŚWIADAMIA i BUDUJE SIEBIE, także INNYCH/INNE.
Jeśli chcesz coś zrobić dla siebie — to po prostu TO ZRÓB! Nikt tego za Ciebie nie zrobi! I zrób to już dzisiaj, a nie kiedyś w przyszłości, bo wtedy może być już za późno dla Ciebie i Twoich bliskich, a może też całego świata!
To czego nauczam, wiążę z edukacją, czyli po pierwsze z „educare” — wydobywaniem na zewnątrz tego, co ukryte w środku. Z drugiej strony polega to na uprzedzaniu, czyli, znając siebie, wiem jak tym kierować, aby nie doprowadzić do czegoś, co może być powodem problemów w życiu czy wreszcie późniejszych chorób. Jest to jakby antycypowanie, a więc wychodzenie naprzeciw, przewidywanie sytuacji oraz radzenie sobie z nimi. Wszystko to wchodzi w Sztukę Życia, czyli umiejętność życia, rozwiązywania jego problemów.
Każda z moich książek, również i ta, jest częścią cyklu: EDUKACJA DLA KAŻDEGO — SZTUKA ŻYCIA W ŚWIECIE.
Zapraszam Cię więc do jej studiowania.
Pośród wszystkich tajemnic nieba, morza i ziemi,
które zgłębia człowiek,
najciekawszą zagadką pozostaje on sam
/A.P. Sperling/
Kobieto — puchu marny
Czy jesteś marnym puchem, jak to kiedyś wyraził nasz wieszcz? Czy różnisz się od mężczyzny jakością? Bycia człowiekiem? Czy w ogóle jesteś człowiekiem? Czy TY SAMA czujesz się Człowiekiem? A jeśli nie, to czym/kim się czujesz? Czy kiedykolwiek myślałaś o tym — KIM JESTEŚ? Zastanów się nad tym przez chwilę, bo od tego właśnie zależy własny wizerunek Ciebie — jako KOBIETY!
W historii traktowano kobietę jak istotę niższą. Do tej pory w niektórych krajach jest kimś/czymś poślednim, a przede wszystkim uważa się ją jako naczynie reprodukcyjne, a więc także można ją okaleczać już w dzieciństwie, aby służyła tylko do tego celu. Kilka lat temu doniesiono o tym w „Wysokich Obcasach”. To istny horror! Czy chciałabyś być okaleczona w imię bycia matką!? I to już w dzieciństwie?
Historia i te dramatyczne doświadczenia pokazują kobietom, że czas się przeciwstawić, zawalczyć o swoje prawa, własną naturę, swoje ciała. Nie jestem feministką, jestem za równouprawnieniem zarówno kobiet i mężczyzn, za wspaniałymi relacjami miedzy płciami. Ponieważ nie umiemy się wzajemnie porozumieć. A tyle jest w nas wszystkich bogactwa głębi! Warto uczyć się od siebie nawzajem.
Ale czy musimy stale uczyć się na błędach? Czy cierpienie, wykorzystywanie, złe doświadczenia, wreszcie strach przed jutrem nakazuje nam coś zmienić? Czy nie możemy tego robić na bieżąco — a więc BYĆ — być Kobietą, pokazywać siebie, swoją inność, wewnętrzne bogactwo? Czy gdy dopiero coś zaistnieje, coś co nam szkodzi, zaczynać szukać środków zaradczych — a więc terapii?
Gdzie kryje się zagadka bycia sobą? Kiedy zacząć ją odkrywać i wprowadzać w życie?
Zagadka kryje się w nas samych — jak się czujemy. Czy istotnie jak puch marny? Jakie mamy poczucie siebie — własnej wartości — teraz, w tej chwili? Nie trzeba sięgać od razu daleko — do kogoś i coś mu wytykać — że nas traktuje nie tak, jak byśmy chciały. A może same traktujemy siebie nie tak? Może pokazujemy innym swoje niskie poczucie wartości i oni to podchwytują!? Jesteśmy przecież dla nich lustrem! W nim odbijamy siebie!
A więc KIM jesteś teraz? Jakie masz poczucie siebie? Jak czujesz, że inni Cię widzą?
Odpowiedz sobie na te wszystkie pytania, bo inaczej nie zrozumiesz, gdzie leży błąd: w nich czy w Tobie! A także skąd pochodzi oraz jak go „odkodować”. Nie wystarczy kogoś o coś obwiniać. Trzeba rzucić okiem w lustro — własne i zobaczyć siebie — JAKA JESTEŚ?
Aby to jednak zrobić, musisz zagłębić się w to lustro. Ta książka jest właśnie o tym — o poszukiwaniu i znalezieniu siebie — jaka jesteś? Pokażę Ci w niej różne sposoby, bardzo proste ćwiczenia, uwielbiane przez uczestniczki moich warsztatów, dzięki którym zaczniesz czytać z siebie — jak z książki. Zapraszam Cię więc do tej przygody ze sobą, której na imię
JA, KOBIETA > EWA< MARIA< KRYSTYNA…
TAKA — JAKA JESTEM NAPRAWDĘ.
Jaka jesteś?
Zaproponuję Ci na początku ćwiczenie, abyś obejrzała kilka wizerunków siebie, Twoich fałszywych modeli. To, co jest niżej napisane możesz nagrać na jakiś nośnik, robiąc to jednak wolno, z przystankami po każdym akapicie, abyś w trakcie odsłuchiwania miała możliwość na chwilę refleksji. Możesz również czytać po kawałku każde ćwiczenie, a potem je wykonać. Potrzebne Ci będą kredki i papier rysunkowy.
Ćwiczenie: MODEL NIEDOWARTOŚCIOWANY
Zamknij na chwilę oczy i weź kilka głębokich oddechów. Za chwilę obejrzysz siebie, jeden ze swych nieprawdziwych modeli. Jest to model zaniżający poczucie Twojej wartości. Jest to obraz, gdy nie doceniasz siebie, gdy np. wyznaczasz sobie cele, których nie możesz zrealizować.
Wejdź w kontakt z takim swoim doświadczeniem, kiedy oceniasz siebie jako słabą lub niemądrą, idiotkę, masz złe o sobie mniemanie, winisz siebie za coś, przypisujesz sobie wszystkie negatywne zdarzenia czy prowokowanie do kłótni, a potem tego żałujesz. Myślisz, że jesteś dużo gorsza niż w rzeczywistości.
Przypomnij sobie niektóre z takich sytuacji, gdy masz skłonności do zaniżania swojej wartości. Uświadom sobie ten fałszywy model siebie oraz wszystko co ci przeszkadza. Zobacz każdy jego szczegół, odczuj wszystkimi zmysłami to, co przypisujesz sobie jako Twoją właściwość. Bądź surowa i drobiazgowa — wyciągnij wszystkie wady, które widzisz w sobie.
Jak tylko poczujesz ten model, otwórz w swoim rytmie oczy i zmaterializuj go za pomocą rysunku. Nie myśl o tym dużo. Po prostu pozwól swoim rękom narysować obraz tego modelu, a potem go opisz, co czujesz, jak go widzisz.
MODEL PRZEWARTOŚCIOWANY
Przejdź do innego modelu — przewartościowanego. Pojawia się, gdy darzysz siebie pozytywnymi uczuciami, ale przeceniasz siebie. Jest to taki obraz, który przedstawia Cię lepszą niż jesteś w rzeczywistości. Nie oceniasz się realistycznie. Jest to model napuszony. Pozwala Ci czuć się dobrze, przyprawia Cię o dreszcz podniecenia, ale jest on nierealistyczny, zbyt pozytywny, także fałszywy. Widzisz siebie jako lepszą niż jesteś, aby się dowartościować.
Wycisz się, zamknij oczy i przywołaj takie obrazy siebie, które odpowiadają lepszej siebie, np. przeceniające Twoje zdolności czy możliwości. Pozwól wyłonić się obrazowi, który przedstawia ten przewartościowany model i poświęć chwilę, aby go obejrzeć, a potem otwórz oczy, narysuj go i napisz o nim parę słów.
MODEL ŚWIETNOŚCI
Przejdź teraz do trzeciego fałszywego modelu. Odłóż na bok poprzedni obraz, przeciągnij się chwilę, możesz zrobić kilka niewielkich ćwiczeń, a następnie znowu zamknij oczy i weź kilka głębokich oddechów, wydychając poprzedni obraz.
Znajdź w sobie takie miejsce, które jest otwarte i chłonne i wynajdź w sobie obrazy, związane z Twoim sekretnym marzeniem, a może nawet marzeniami, np. w stylu gwiazdy z Hollywood. Są to marzenia mające niewielkie prawdopodobieństwo realizacji. Uchwyć je i narysuj, a następnie zrób opis tego modelu.
NAJWAŻNIEJSZE TO SIĘ PODOBAĆ
Odłóż rysunek, który ukończyłaś. Znowu zamknij oczy i wejdź w stan rozluźnienia. Odetchnij kilka razy, uwalniając się z poprzedniego obrazu. Zacznij myśleć o modelu, którym chciałabyś być dla innych, aby inni widzieli w Tobie taką właśnie osobę. Jest to model, który chciałabyś, aby być nim dla innych. Jest to rodzaj maski, Twoja towarzyska maska, którą chciałabyś nakładać. Jest to obraz, który tworzysz dla innych. Tak właśnie chcesz wyglądać dla innych.
Przez parę minut pomyśl o tym obrazie, który chcesz pokazywać innym, choć nie jest on tobą.
Kiedy będziesz gotowa, poświęć chwilę czasu, aby przygotować rysunek tego obrazu, a następnie napisz kilka słów na ten temat.
JAK INNI MNIE WIDZĄ
Znów zamknij oczy i wyluzuj się. Przez głębokie oddychanie pozbądź się poprzedniego obrazu. Stań się chłonna na uchwycenie kolejnego modelu z Twojej wyobraźni, takiego jak postrzegają Cię inni ludzie, jakie jest ich przekonanie obecnie co do tego, jaka jesteś. Jest to obraz tego, jak widzą Cię inni.
Uchwyć ten obraz, a następnie go narysuj i opisz.
JAK INNI CHCĄ MNIE ZMIENIĆ
Często się zdarza, że inni oczekują czegoś od nas i wklejają nas w ramki swoich oczekiwań. Stajemy się tym, czym inni chcą, żebyśmy się stały. Może to być narzucaniem nam czegoś, co często może być też obciążeniem nas czymś, co nie jest nasze.
Zamknij więc znowu oczy i porzuć poprzedni model poprzez skoncentrowanie się na oddychaniu. Bądź otwarta na to, co przyjdzie. Być może zobaczysz więcej niż jeden obraz tego modelu, gdyż wielu ludzi wymaga od ciebie różnych rzeczy, cech, postaw czy czynności.
Powtórz: „mam taki obraz lub obrazy siebie, jaką inni ludzie chcieliby abym była. Jest to obraz tego, czego oczekują ode mnie inni: rodzina, znajomi. Jest to obraz przedstawiający to, jak inni chcą mnie zmienić, czego chcieliby ode mnie, jaką widzieliby, abym była dla nich”. Obejrzyj wszystkie nasuwające się obrazy i narysuj przynajmniej niektóre z nich, a następnie je opisz.
***
Przez chwilę przejrzyj każdy z fałszywych modeli. Sięgnij po pierwszy rysunek swojego niedowartościowanego modelu i uświadom sobie uczucia i myśli, jakie w związku z tym Ci się nasuwają.
Następnie świadomym i przemyślanym aktem woli weź ten rysunek i odłóż go na bok.
Przejdź do drugiego rysunku Twego przewartościowanego modelu, obrazu, który jest lepszy niż Ty w rzeczywistości. Zbadaj znaczenie i sens tego modelu. Czego się z niego możesz nauczyć?
Kiedy to zrobisz, możesz znowu odłożyć go na bok. Jest to dla Ciebie dodatkowy bagaż. Nie musisz go już nosić.
Teraz przejdź do skrywanego modelu marzenia o świetności, który jest nierealistycznym, nieosiągalnym obrazem. Znowu go obejrzyj i staraj się zrozumieć naukę z niego płynącą.
Odłóż go teraz na bok. Spełnił już swoją rolę.
Teraz spójrz na czwarty rysunek, który jest maską, udawanym obrazem, nie oddającym całej prawdy o Tobie. Zobacz co to za obraz i czy chcesz tracić energię na noszenie i stwarzanie go w swej wyobraźni dalej. Jeśli uważasz, że jest Ci niepotrzebny, pozbądź się go.
Teraz obejrzyj piąty rysunek, przedstawiający obraz, jak inni ludzie Cię widzą. Czy jest on Ci potrzebny?
Jeśli zachowasz te obrazy, będziesz nosić je, zamiast tych właściwych, realistycznych. Znowu pomyśl, czy nie lepiej pozbyć się go.
Przejdź wreszcie do szóstego rysunku, przedstawiającego jak inni chcieliby Cię widzieć dla siebie, jak chcieliby Cię zmienić i czego od Ciebie oczekują.
Świadomym aktem woli odłóż go na bok. Jest Ci chyba zupełnie niepotrzebny.
Wywołaj w sobie poczucie świadomego zdystansowania się od tych obrazów. Teraz jesteś otwarta na coś nowego. Wstań i zacznij myśleć o czymś innym.
Jaka więc nie jesteś, nie chciałabyś być, czego wymagasz od siebie, co jest nierealne, a czego wymagają od Ciebie inni lub jaki obraz siebie chciałabyś, aby inni stworzyli dla siebie — obrazujący Ciebie?
A może lepiej po prostu być sobą — nie udawać, nie poddawać się niczyim oczekiwaniom, tylko realizować siebie? Ale jak to zrobić?
Do tego jeszcze parę kroków, które musisz zrobić, aby ZNALEŻĆ SIEBIE i być naprawdę sobą. To samo nie przychodzi, a może wręcz przeciwnie — gdy nic z tym nie robisz, doświadczasz cierpienia, ponieważ nosisz w sobie cudze wzorce, a nie swój własny, a to uwiera. A własny z Ciebie „woła” i nie może się urodzić — czasem przez całe lata.
Ponieważ Twój własny wzorzec jest schowany głęboko w środku, jak też zakryty oczekiwaniami, przypodobaniem się, niewłaściwie zrozumianym wychowaniem, jako ukształtowaniem Cię na czyjś wzór i podobieństwo — tylko nie wspieraniem Ciebie — jaka się urodziłaś i jesteś NAPRAWDĘ. Trzeba go dopiero odkopać. Wtedy zaczniesz być naprawdę sobą.
Wzorce w twoim życiu
Kiedyś na jednej z wystaw, na której prezentowałam poster, podszedł do mnie student i przeczytawszy zdanie „możesz być sobą, a nie programem innych” wręcz się oburzył, że jest to niemożliwe, gdyż WSZYSCY SĄ PROGRAMOWANI.
I tak jest w istocie i to od dzieciństwa. Każdy nadaje jakiś program — jak z radia, pochodzący z naszego domu i najbliższego otoczenia: pokazuje postawy w stosunku do kogoś/czegoś, cechy dominujące, które wywarły na niego/nią zarówno pozytywny jak i negatywny wpływ, jej/jego wzorce, zestaw wartości preferowanych, światopogląd wyznawany tamże. Trzyma się tego kurczowo, gdyż tylko taki jest jej/mu znany. Potem szkoła pokazuje często coś innego, a otoczenie kolejne wzorce, niekoniecznie właściwe. W młodym człowieku/młodej dziewczynie rodzi się poczucie rozdwojenia, a czasem wręcz zaprzeczenia, szczególnie, gdy dom pokazywał zupełnie coś innego niż napotkane towarzystwo, które go/ją właśnie przyciąga.
Co jest właściwe, gdzie są neutralne kryteria, a nie narzucone, gdzie jest mój własny probierz wartości, oparty na moim obiektywnym centrum, gdzie jestem Ja, która wybiera? Czy wiem z czego wybierać? Czy mam jakiś wybór?
Każdy dom ma swoją specyfikę. W każdej rodzinie dobierają się kobieta i mężczyzna, mając bagaż własnych doświadczeń z rodzinnego gniazda. Mają także własny obraz, jaką rodzinę chcą stworzyć. Bywa tak, że właśnie zupełnie inną niż ich dom rodzinny. Z reguły tamże jeden z rodziców miał cechy, które nie zawsze im odpowiadały, np. ojciec był perfekcjonistą lub tyranem, podporządkowującym sobie pozostałych członków. Lub może matka była egocentryczna albo niezrównoważona.
Rzeczywistość przynosi otrzeźwienie. Okazuje się, że cechy, którym chcemy zaprzeczyć, przyciągamy, a więc trafiamy na kolejnego despotę, którego „oczami miłości” lub zaślepienia, a czasem także konieczności (bo dziecko w drodze) nie jesteśmy nawet w stanie zobaczyć. A także, że z nas wyłania się po jakimś czasie niezrównoważona kobieta.
I kółko się powtarza. Trudno dopasowywać się do nieznanego. Znane jest zawsze gwarantowane. I podążamy dalej znaną ścieżką, z własnej rodziny, powielając, to, co już znane (choć także niechciane) — nieświadomie.
Gdy rodzina w jakiś sposób jest dysfunkcjonalna (a pojawia się ich coraz więcej), wynosimy z niej dysfunkcjonalne wzorce, których będziemy używać we własnym życiu.
Co rozumiem pod dysfunkcjonalnością? Mieszczą się w niej np. cechy osobowe każdego z członków, np. nieumiejętność radzenia sobie z emocjami — jako fundamentalna dla przyszłego pokolenia i tworzenia w nim wzorców na życie, perfekcjonizm czy brak „luzu”, otwartości lecz trzymanie się ścisłych reguł, których samemu się zwykle nie przestrzega. Ponieważ to my — dorośli jesteśmy pierwszymi autorytetami, „lustrami” dla naszych dzieci. Od nas właśnie uczą się życia.
Wbrew obiegowym opiniom, że jakoś się ułoży, niezrównoważona osoba, często z nałogami, tworzy niezrównoważoną rodzinę. Tego nie widać na zewnątrz, bo odbywa się to w zaciszu domowym, i to w obecności dzieci.
Gdy prowadząc zajęcia dla rodziców w szkole, szczególnie matki (one zwykle są obecne na zebraniach rodzicielskich) pytają mnie, dlaczego dziecko ich nie słucha, odwracam pytanie, prosząc o refleksję, czy ona zawsze słucha/ła dziecka? I wtedy zalega cisza na sali.
Gdy coś, o czym piszę nie dotyczy Ciebie, to bardzo dobry sygnał. Jego odzewem jest brak jakiejkolwiek reakcji w Twoim ciele, gdy to czytasz. Gdy jest jednak coś, co Cię dotyka, uwiera, co ma jakiś związek z Tobą — te opisy mogą wywołać w Tobie różnego rodzaju reakcje: złość, niezadowolenie czy nawet wściekłość — to także dobry sygnał — że reagujesz i że to właśnie Ciebie dotyczy!
A więc, jeszcze nie wszystko stracone, coś jeszcze da się zrobić z Tobą, a może i dla siebie (a tym bardziej dla innych). Spójrz w to lustro i odczytaj sygnał — co on dla ciebie znaczy? Aby nie było za późno i nie potrzeba było terapii, a wtedy pytań: dlaczego to mnie akurat spotkało? Dlaczego mnie się to przytrafiło?
Pamiętaj, czytaj sygnały — o czasie! — gdy się pojawiają! Nigdy nie zagłuszaj ich tabletką uspokajającą czy przeciwbólową, ani nawet kolejną kawą czy papierosem! Najpierw wejdź w to głębiej! I obejrzyj to w swoim lustrze!
Nie wystarczy, gdy istnieje w rodzinie obydwoje rodziców, nie wystarczy także, gdy „normalność” mierzy się kryteriami fizycznymi — fizycznego zdrowia. Bywa bowiem, że już wkrótce, wskutek braku umiejętności radzenia sobie z emocjami, dany członek rodziny popada w depresję czy różne nałogi (od kawy zaczynając). W następnej kolejności ujawniają się fizyczne choroby, które obecnie, w większości zalicza się do psychosomatycznych — czyli najpierw ujawniają się na poziomie psychiki.
A więc wszystko zależy od pojedynczej osoby — od „funkcjonalnej” czyli zrównoważonej jednostki, a szczególnie kobiety, która jest „klejem”, spajającym domowe ognisko, z samej swojej natury.
Ćwiczenie:
Zastanów się przez chwilę, czy znalazłaś już teraz jakiś wzorzec, który niesiesz z dzieciństwa? Co jest nie Twoje, co Ci wdrożono, wtłoczono na siłę, a Ty z tym się nie identyfikujesz, coś co chcesz lub już zmieniłaś? Czy jest to mała rzecz jak „nie jedz lodów, bo będzie Cię bolało gardło”, a Ty jesz obecnie tony i nic. Czy może jest to jednorazowe mycie zębów — a Ty chcesz myć 5 razy na dzień, czy coś znacznie większego, ważniejszego? Co to jest?
Zapisz to i poddaj refleksji: co on Ci mówi o Tobie — jaka jesteś w tej chwili? Warto to obejrzeć dla swego zdrowia, także w przyszłości, aby nie leczyć, tego co nie uzdrowione — „o czasie”.
Mała dziewczynka
Aspekt małej dziewczynki był mi znany od lat, zawsze w kontekście negatywnych doświadczeń z dzieciństwa i tak zwanego w psychologii „cienia”, który nie „oświetlony” blokuje doświadczenia dorosłej kobiety. Kontakt z psychosyntezą pozwolił mi na pracę z małą dziewczynką, dla wyzwolenia jej zablokowanych możliwości, a książka „Wina jest nauczycielką, miłość lekcją”(J. Borysenko, 1997, ss.137—151), a następnie kolejna — „Jestem tutaj — rozmowa z moim wewnętrznym dzieckiem” (Luvaas, 1995) głęboko mną poruszyły, odnajdując wewnętrzne związki mnie — dorosłej kobiety — z moją małą dziewczynką. Ujawniły też ogromny potencjał tkwiący w stawianiu pytań tej małej istocie, sięganiu do jej kreatywności i czerpaniu z jej nieograniczonej mądrości, dostępnej omalże na zawołanie.
Sprawa nie skończyła się jednak na przeczytaniu powyższych książek. Dwa lata później wróciłam do nich kolejny raz, niemniej coś kierowało mnie do tego, aby zacząć TO ROBIĆ, czyli rozpocząć wykonywanie ćwiczenia po ćwiczeniu. Od początku miałam wewnętrzne poczucie, że ZACZYNAM BUDOWAĆ lub raczej ODNAJDYWAĆ wewnętrzne związki we mnie samej, które są prapoczątkiem wszystkich związków w życiu. Stąd powstał tytuł mego kolejnego tomiku „ZACIEŚNIANIE ZWIĄZKÓW. Czerpanie z mądrości dziecka” Porady małej Ewuni dużej Ewie; obecnie: ODSŁANIANIE MĄDROŚCI WEWNĘTRZNEGO DZIECKA. Inspirujące przesłania dla dorosłych.)
Jak się wkrótce okazało, moje rozmowy z dzieckiem — małą Ewunią — stały nie tylko rozwiązywaniem jej „małych” dylematów, poszukiwaniem miłości i bezpieczeństwa u dorosłej EWY, ale także odpowiedziami na moje własne — dorosłe pytania, zadawane sobie w TEJ CHWILI MOJEGO dorosłego życia i jej poradami: maleńkiej Ewuni — dużej Ewie. Stąd każdy fragment został nazwany PORADĄ.
„Uzdrowienie” dzieciństwa, uwolnienie traumy z tego okresu, a następnie zbudowanie związku „mnie z nią” — czyli „małej dziewczynki z dorosłą kobietą” a tak naprawdę „mnie ze mną” — pozwala także na wyzwolenie kreatywności, tego, co zostało zablokowane w spontaniczności małej dziewczynki i realizacji tego w świecie.
Poniżej prezentuję fragment mojego artykułu „Miłość wiele ma twarzy”, dotyczącego aspektu małej dziewczynki i wpływu jej doświadczeń z dzieciństwa na obraz miłości i jej przyszłych związków w dorosłym życiu:
[…] Mało która mała dziewczynka spędza swoje najpierwsze lata w spokoju i wszelkiej szczęśliwości, w pełnej radości i akceptacji rodzinie. Bywa częściej, że różnego rodzaju doświadczenia rodziców, szczególnie matki, jak również zewnętrznych okoliczności i społecznych uwarunkowań, „odciskają piętno” na psychice i życiu rozwijającego się dziecka już od okresu prenatalnego, a następnie porodu i pierwszych lat jej życia.
Mała dziewczynka, potencjalnie wyposażona we wszelkie możliwości pełnego, harmonijnego, zrównoważonego wzrostu i czerpania z ich dostępności „w sobie” (jak nasionko rośliny czy drzewa), przez kolejne dni, miesiące i lata, (dzięki systemowi wychowawczemu negatywnego widzenia siebie, ludzi i świata oraz braku dostępności rzetelnej wiedzy o człowieku, jako części natury i jego wspaniałym „wyposażeniu na życie”), traci je dzień po dniu, zapominając o ich istnieniu, ponieważ nikt o tym jej nie powiedział. Wytwarza natomiast w sobie obraz swojej niskiej wartości — bo „nie ma”, bo „nie potrafi”, bo „uważaj — na wszystko co dookoła”, oparty na strachu przed innym, także światem. Może też, wprost przeciwnie, mieć o sobie wysokie mniemanie — obraz nadwartościowy — ale w jednym aspekcie — jaka jest śliczna i co ma — „przymioty ciała” lub co potrafi jako kobieta -, a więc można jej „używać” do wszystkiego, szczególnie jako maszyny do pracy i przedmiotu przyjemności.
Współczesna nauka, nieznana jeszcze w szerokich gremiach, przyniosła szereg badań, wskazujących na oddziaływanie każdego słowa, jak i czynu, a szczególnie własnego obrazu dorosłego i jego zachowań, na psychikę drugiego człowieka (w tym małego dziecka) i jego fizycznych konsekwencji na zdrowie i życie. W społecznej świadomości nie ma więc zrozumienia skutków swoich oddziaływań. Nie ma też świadomości, że braki w rozumieniu siebie, innych ludzi i świata, znajdują swoje odbicie w manipulowaniu psychiką drugiej osoby.
J. Ch. Pearce w jednej ze swoich książek „MAGICAL CHILD” (Magiczne dziecko), bestselleru, który ukazał się wiele lat temu w Stanach Zjednoczonych, pisze w przedmowie: ”warto zwrócić uwagę co i kiedy my dorośli robimy źle, że powodujemy ewidentne negatywne skutki w naturalnym biopsychoduchowym rozwoju dziecka i co możemy zrobić, aby je odwrócić”, ponieważ „nigdy nie jest za późno być magicznym dzieckiem”.
Mała dziewczynka, wyposażona w ogromny potencjał kreatywności, rzadko kiedy może go w pełni wyrażać. Zwykle jest on nierozpoznany, zapomniany, często stłamszony (jest za ruchliwa) w domu, szkole, dla ludzi z zewnątrz, natomiast wdraża się (to słowo, często używane przez dorosłych do wprowadzania czegoś nowego — ostatnio w szkole w związku z reformą — wyraźnie wskazuje w jaki sposób — słowo „wdrażać” mówi o presji — ono działa jak wkręcający coś świder,) jej model — jaka ma być -„na czyj obraz i podobieństwo”, a nie siebie, swego własnego wizerunku. Ona więc po pewnym czasie nie wie tak naprawdę „kim jest”, gdyż świat, wychowani żądają od niej bycia kimś innym, niż jest w istocie. Od najmłodszego wieku, gdy jest grzeczna, jest jakimś kotkiem, pieseczkiem, misiaczkiem (bywa, że to zostaje w niej na lata, bo to tęsknota za niezaspokojoną miłością — także siebie samej, bo nikt tak naprawdę nie kochał jej nigdy dla niej samej — i na zawsze), a potem nagle, gdy coś przeskrobie, staje się „krową, idiotką, kretynką”, stąd konfrontacja z życiem burzy jej „nieprawdziwy obraz”.
Miłość ma wiele twarzy. Zwykle poznajemy ją już w dzieciństwie i świadomie szukamy jej wzorca, aby potem — na nim, zbudować model, ten jedyny, własny, który będzie nas prowadził przez życie w związkach z innymi ludźmi i światem.
Nasza dziecinna miłość „kodowana jest w nas” na wzór i podobieństwo tego, co dostajemy od rodziców i najbliższych. Bywa, a nawet często, że ten stwarzany przez nich obraz coraz to chwieje się nam w posadach, choć wtedy tego sobie nie uświadamiamy, po prostu za nim nadążamy. Słyszymy „kocham cię”, a potem nagle, za chwilę, jak coś zrobię: „jak będę grzeczna, zjem zupkę, przestanę bujać w obłokach, podporządkuję się ich woli” — będą mnie kochać naprawdę.
I w taki oto nieświadomy sposób, znany tylko w relacji ja-rodzic, w cichości pieleszy domowych, jakby „tylnymi drzwiami” wchodzi w nas wadliwy obraz tego, czego tak naprawdę i w głębi duszy ZAWSZE pragnęłyśmy (także pragnęliśmy — dla obu płci) — POŁĄCZEŃ z innymi ludźmi, czucia WIĘZI, które są sensem naszego życia.
Początkowo, nie mamy świadomości, że to „zwierciadło”, w którym przegląda się miłość, jest „krzywym zwierciadłem”, ułomnym modelem — miłości fragmentarycznej, WARUNKOWEJ — ZA COŚ. Przyzwyczajamy się do tego, żyjemy TYM i W TYM, aby zawsze, jak na zawołanie dostać ją, wtedy kiedy tak naprawdę, czując się opuszczoną, samotną, „BEZ”, poczuć się „Z”.
Będąc dzieckiem, a szczególnie małą dziewczynką, wychowywaną w konkretnych warunkach, mając rodziców i własne okoliczności, wychowując się w poczuciu dwoistości między „bólem i przyjemnością”, strachem i miłością, wytwarzamy adekwatny do warunków MODEL otrzymywania miłości, zaspokojenia naszego chcenia. My także jako dzieci, małe dziewczynki — nieodrodne dzieci swoich rodziców, zdolne i otwarte, mądre i kreatywne — wytwarzamy sobie tylko znane własne sposoby — „JAK JĄ DOSTAĆ” — jednocześnie same, używając identycznych sposobów, w stosunku do swego otoczenia — JAK JĄ STWORZYĆ.
Jeśli więc grzecznością i podporządkowaniem im — aby otrzymać MIŁOŚĆ — jest zrobienie tego czy tamtego, „zejście na ziemię”, podporządkowujemy się temu, szczególnie w momentach komunikatów rodziców, które „zabierają” nam ich miłość (mamusia czy tatuś nie będą cię kochać, gdy…), zapierając się siebie samych, wytwarzając bariery ochronne, aby przetrwać.
My odwdzięczamy im się „pięknym za nadobne”, będąc idealnymi uczennicami/uczniami, powielając, umacniając w nich ich własny WZORZEC, który tak cierpliwie, dzień za dniem, „kodują nam w pamięć” i „oddajemy to, co dostały/liśmy”. My też, gdy siłą chcemy coś na nich wymusić — NASZĄ WOLĄ — mówimy, że jak nam czegoś nie kupią, nie dadzą — to „nienawidzę cię, nie będę cię kochać”.
Oni także, rodzice — za MIŁOŚĆ — oddaliby WSZYSTKO, a szczególnie, gdy na początku życia dziecka/małej dziewczynki — kochali je bezgranicznie — „ZA TO, ŻE JEST”, TAKIE JAKIE JEST, a teraz nagle, „niespodziewanie” — ono/ona czegoś WYMAGA, czegoś się dopomina. Tego, co tak naprawdę jest sensem, istotą jej/jego jestestwa (także nich samych). Ale nie rozumiejąc ISTOTY MIŁOŚCI, sami powielają swój własny wzorzec w dziecku i sami otrzymują go w zamian.
Ponieważ wkodowano im wadliwe widzenie, „krzywe zwierciadła”.
Jako dzieci, aby przeżyć w miarę „zdrowo”, wytwarzamy w sobie sposoby, aby DOSTAĆ miłość i aby ZOSTAĆ sobą. To jest NATURALNE wzrastanie, ponieważ mamy przeżyć, nasze życie czemuś służy, jesteśmy częścią większej całości. Te sposoby, to „przymuszenie się” do wymagań dla otrzymania miłości, a jednocześnie nie rezygnowanie z własnych potrzeb, niezbędnych do rozwoju. To także przysłowiowe „bujanie w obłokach” w wolnych chwilach, wytwarzanie sobie namiastki czegoś, „odlatywanie” w wyobraźni od zastanej rzeczywistości, „ulatywanie” w świat wizji, tęsknot, marzeń, czucia, że się to TAM ma, gdy TU jest to niemożliwe.
Każde dziecko ma swoje własne sposoby, a jak nie ma, to BLOKUJE SIEBIE: w żołądku, gardle, płucach, mięśniach, aby po latach MIEĆ, ale choroby — nie miłość.
Pytanie „JAK MIEĆ MIŁOŚĆ?” towarzyszy nam w okresie dojrzewania, a następnie w dorosłości. Buntujemy się wewnętrznie — że JA, w swoim własnym życiu, ZAWSZE będę pozwalać, NIGDY nie będę przymuszać, ponieważ tak bardzo pragnę miłości, że oddam za nią wszystko — NAWET SIEBIE.
I oddajemy, widząc w spotkanym partnerze właśnie TO, czego nam zabrakło, czego nie dostałyśmy — W ZAMIAN. I zapieramy się siebie, oglądając partnera oczami naszych niezaspokojonych APETYTÓW.
Dokąd zaślepienie fascynacją, urokiem zewnętrznego piękna nie otworzy nam oczu, czujemy się szczęśliwe, zadowolone, zaspokojone.
A potem, w jakiejś chwili, wtedy, kiedy MY albo ONI czegoś nie DOSTALI, odkrywamy cały „czar” naszego (także ich) WZORCA, skrywanego skrzętnie pod fasadą piękna — NIEZASPOKOJONEGO GŁODU.
To nie ten urok nas skusił, to nie ta fascynacja nas zniewoliła, ale GŁĘBOKA POTRZEBA BYCIA w MIŁOŚCI, w jej przepływie.
Odtąd każda ucieczka w obłoki małej dziewczynki czy małego chłopca, każde niezaspokojone chcenia bawienia się w żołnierzyki czy lalki stale uświadamia czego MI BRAK lub CO MAM TERAZ, a czego JAKO DOROSŁEJ/MU MI ZABRAKŁO. Wtedy JA zaczynam tęsknić, coraz bardziej za mymi marzeniami z dzieciństwa, za wyrażaniem siebie, za byciem silną/ym, mocną/ym, dzielną/ym, tym czym NIE MOGŁAM BYĆ WTEDY — nie będąc „sobą w pełni” w dzieciństwie. ZA TO byłam niegrzeczna, nie umiałam nic robić, robiłam coś zawsze źle — bo „nie potrafisz”, „nie dasz sobie rady” — lub bądź dzielną dziewczynką, silną, nie płacz, bo…
I blokuję i marzę… i NIE POTRAFIĘ.
Bywa i tak, że korzystając z mojego WZORCA — stale MUSZĘ SOBIE ZDOBYĆ MIŁOŚĆ — zapierając się siebie, MUSZĘ DAĆ, ZASKARBIĆ, WYJŚĆ NAPRZECIW, ZASŁUŻYĆ. I stale jej nie OTRZYMUJĘ. A więc mój sposób jest niewłaściwy, stąd wymyślam coś nowego, coś, co POZWOLI, aby DOSTAĆ MIŁOŚĆ… ZA CO?
I MIŁOŚCI STALE NIE MAM.
Aż wreszcie, może kiedyś zrozumiem jej głęboki sens, jej bezwarunkową naturę.
Zmienianie małej dziewczynki (podobnie zresztą jak chłopców, bo tego wymaga system wychowania i podobno świat, a robią to NIESTETY matki, nauczycielki — kobiety) jest na porządku dziennym w domu i szkole, podobnie jak i wdrażanie „jej w jakiś bliżej nie określony schemat — jak gorset — jaką ma być”.
A jaką ma być?
I dla kogo?
Na czyj wzór i podobieństwo ma wyglądać?
Ma pasować do kogo? czego?
Kogo? co? ma przypominać?
Czy jest jakiś model, wzorzec, schemat indywidualnej istoty płci żeńskiej?
— A gdzie jestem JA — indywidualna istota, kobieta, ze swoją unikalną niepowtarzalnością?
— Co mnie wyróżnia — tylko mnie, wśród innych takich samych podobno kobiet/żon? (Jeden ze stereotypów, wyrażonych przez pana 4-krotnie żonatego, który ocenił, że wszystkie żony są jednakowe?!).
— Co, kogo i jak mogę wyrażać, aby pokazać siebie, jaką jestem naprawdę?
— Gdzie jest moja mała dziewczynka, moja esencja kobiecości, moja istota, moje wiecznie niezmienne ja?
— Za kim/czym tęsknię tak naprawdę, co chce wyrażać moja duchowa natura?
Nie sposób w krótkim rozdziale opisać ogromu problemów, związanych z zablokowaniem ekspresji małej dziewczynki. Zachęcam do przeczytania powyżej wspomnianej książki, jak również do pracy z własną małą dziewczynką. Oddając jej głos, zrozumiemy jej głęboką mądrość, którą ma dla nas „na zawołanie” i którą wyraża w swoim własnym, prostym, zrozumiałym dla każdego języku.
Ćwiczenie:
Zamknij na chwilę oczy i po uspokojeniu się zacznij liczyć od pięciu do jednego. Rób to wolno, wyobrażając sobie każdą z cyfr.
Gdy już odliczysz do jedynki, wyobraź sobie zero i wejdź w nie.
A. Einstein powiedział kiedyś: Wyobraźnia jest silniejsza od wiedzy”. A więc wszystko jest możliwe w wyobraźni — wejdź więc w zero i zobacz gdzie jest Twoja mała dziewczynka.
Gdy ją zobaczysz, przyjrzyj się jej dokładnie jak wygląda i co robi. Może ma jakąś specjalną minę, strój lub chce Ci coś zakomunikować w słowach lub bez nich. Obejrzyj to dokładnie i usłysz.
Powiedz jej, że zawsze jesteś dla niej obecna, w każdej chwili swojego życia. Uściskaj ją, a następnie wyjdź, tak jak weszłaś. Już wiesz gdzie ona jest i w każdym momencie, gdy będziesz chciała uzdrowić świat swojej małej dziewczynki, możesz do niego wrócić.
Zapisz wszystko, co pojawiło się w tym ćwiczeniu. Pomyśl przez moment co to przynosi do Twego życia TERAZ. Czy to jest właśnie TO, czego oczekujesz?
Twoja obecność
Zwykle nie zastanawiamy się „ile nas jest”, a więc na ile jesteśmy obecne w danej chwili. Żyjemy w pośpiechu, tak jakby nas nie było, tylko pęd, który nas popycha lub jakby ktoś nas gonił.
Kiedyś, gdy napisałam do swojej przyjaciółki w Stanach, że nie mogę nadążyć, tyle mam pracy i że żyję, jakby mnie ciągnął pies na smyczy, który chce gonić, ona odpowiedziała: „to spuść swego psa ze smyczy, niech sam biegnie”.
Właśnie, nikt tak naprawdę nas nie goni, to my same i nasi bliscy nadają tempo naszych obowiązków. „Jeszcze to muszę zrobić, jeszcze to… i tamto”…, zbieramy obowiązki na siebie, nie dzieląc ich, litując się, że on lub dziecko nie ma czasu, bo… a my mamy stale czas… jeszcze na tyle, aby sobie coś samej wcisnąć do zrobienia, a potem nie nadążamy, zaczynamy to robić w biegu. A tymczasem, np. nasi partnerzy znajdują czas na wypoczynek, gazetę, telewizję, kolegów, czy dzieci na dodatkowe gry czy atrakcje, bo muszą przecież odpocząć. One to wiedzą i same tym regulują, my niestety nie. Zapominamy, że nam też należy się wypoczynek.
Jedna z moich koleżanek, już na emeryturze, mająca notabene dobrze sytuowanego męża, stale nie ma czasu, będąc w biegu między kilkoma odległymi od siebie miastami i opieką nad starszą już mamą lub pomocą dwóm dorosłym córkom (także chłopakowi córki, gdy zachorował). Od jakiegoś czasu ma już poczucie, że jest służącą, ale nic z tym nie robi, aby to przerwać. Przyzwyczaiła wszystkich, że jest z żelaza, nie do zastąpienia, więc jakikolwiek katar czy zachcianka innych mobilizuje ją do stawienia się, a wręcz zachęca ich do „jej używania”. Tak więc zapomina o sobie, a przypomina sobie jedynie wtedy, gdy jest już w drodze powrotnej — w autobusie czy pociągu „bez duszy”. I wtedy przyrzeka sobie solennie, że „już nigdy więcej” tego nie zrobi, a potem, za chwilę, już następnego dnia jest na posługi na zawołanie.
Ale my kobiety — podobnie jak przyroda, mamy swój rytm, który jest zupełnie inny. Musimy więc uchwycić ten rytm, nie czyjś — narzucany, lecz nasz własny. Inaczej szybko wyczerpią się „nasze akumulatory”, a konsekwencją tego będą różnego rodzaju choroby. Wtedy będziemy same, bo nikt nam w nich nie pomoże, ponieważ inni są przyzwyczajeni do brania z nas, a nie dawania.
Jeśli musisz dawać siebie, to najpierw pomyśl ile możesz i czy nie jest to kosztem Ciebie. A także czy inni proszą o nią z prawdziwej potrzeby, której nie mogą inaczej zaspokoić i czy sami są gotowi dawać. Możesz przecież swoją potrzebę dawania skierować zupełnie gdzie indziej — tyle jest wszędzie potrzebujących (wystarczą czasem słowa, porozmawianie z kimś w najbliższej okolicy, nie narażając Cię na nadmierny wysiłek). Inaczej przyzwyczajasz swoich najbliższych do używania ciebie i brania, nawet, gdy tego nie potrzebują lub gdy mogliby tę sprawę załatwić inaczej, mniejszym kosztem Ciebie i łatwiej dla siebie.
Jeśli masz przymus służenia swoim kosztem, to zastanów się najpierw, czy Twoje życie jest na tyle mało wartościowe dla Ciebie, że nie możesz służyć bez ponoszenia kosztów, a z miłości, potrzeby serca. Tylko taka służba przynosi radość i szczęście, a nie wyczerpanie czy zniechęcenie. Inaczej jest to „chore” i jak wszystkie choroby powinno być leczone.
Wielkim przeżyciem było dla mnie kiedyś przeczytanie jednej z książek J. Milforda (napisał notabene serię znakomitych książek). Autor opisuje tego rodzaju doświadczenia i radzi aby być czujną, kiedy należy powiedzieć sobie STOP. Ponieważ inaczej przekroczymy granice „używalności”, a kolejnym krokiem może być już tylko wyrzucenie nas na bruk, gdy maszyna przestaje być użyteczna. Mamy tego wielokrotne przykłady na ulicach: żebrzących kobiet, bezdomnych na dworcach czy proszących o kromkę chleba, bo nie mają środków do życia.
Ćwiczenie:
To ćwiczenie możesz robić wielokrotnie. Najlepiej każdego dnia rano poświęć temu kilka minut.
Usiądź lub połóż się wygodnie. Skoncentruj się na swoim oddechu. Oddychaj swobodnie. Poczuj, jak Twoje ciało, umiejscowione na legowisku wtapia się w nie swobodnie. Oddal wszystkie myśli i emocje. W tej chwili jesteś tylko Ty, tu i teraz i nic więcej się nie liczy. Masz czas tylko dla siebie i nic nie robisz, jedynie czujesz swoją obecność.
Co świadczy o Twej obecności?
Jak możesz ją więcej poczuć?
Odczuj wszystkimi zmysłami, jak to jest być tu i teraz, delektować się ciszą, spokojem, smakiem w ustach, zapachem powietrza wokół, dźwiękami gdzieś w oddali, które Ciebie nie dotyczą. Poczuj radość tego spokoju, wczuj się w niego, tak jakbyś mogła napełnić się nim po brzegi. Zrób to — napełniaj się nim; odczuj barwę tej ciszy, spokoju, radości.
Afirmuj: Mam ciało, ale jestem czymś więcej niż moje ciało. Czuję, że oddycham, słyszę, widzę, smakuję… Tego jest we mnie więcej, ale nie zastanawiam się nad tym dłużej. Oddalam wszelkie myślenie. Czuję, że JESTEM.
Zanurzam się w JESTEM. Nie ma nic ponadto.
Ja — JESTEM.
Gdy napełnisz się tym poczuciem swojej obecności w ciszy oraz spokoju, podziękuj za te odczucia i powoli wróć do tu i teraz i otwórz oczy.
Zapisz i narysuj swoje przemyślenia i obrazy, które pojawiły się w trakcie tego ćwiczenia. Te czynności tworzą tzw. ugruntowanie, czyli pozwalają Ci być w tym dłużej, przyzwyczaić swoje ciało do wypoczynku, gdy tylko tego potrzebujesz, nawet, gdy trwa to tylko jedną minutę.
Twoje ciało
To, co najbardziej nas wyróżnia na zewnątrz, to fizyczne ciało. Teoretycznie zbudowane jest z różnych części, narządów i tkanek, ale to jeszcze nie wszystko. To znamy z potocznej wiedzy, także szkolnej, natomiast obecnie coraz więcej uwagi przykłada się do tego, co jest więcej… Zajmuje się tym psychoneuroimmunologia czy inne nauki medyczne skojarzone, współpracujące razem ze sobą i wykorzystujące swoje osiągnięcia do wspólnych celów jak np. fizyka czy mechanika kwantowa oraz medycyna, tworząc medycynę kwantową czy energetyczną.
Wiemy już obecnie, że ciało fizyczne składa się z miliardów cząstek, będących w ciągłym ruchu: wibracjach, drganiu, przetwarzaniu energii. Z codziennego życia znamy przecież elektryczne wyładowania, których przykładem może być elektryzowanie się na nas odzieży, gdy ją zdejmujemy, czy pojawienie się iskry, gdy dotykamy się do jakiejś metalowej części np. klamki czy futryny drzwi. Jesteśmy elementami tego procesu, a więc coś w tym jest, że iskrzymy.
A więc jesteśmy urządzeniem elektrycznym o małej częstotliwości drgań, generatorem fal o określonej długości. Jest to najbardziej osobiste i łączy się z odpowiednią wibracją fal, którą nadajemy, jak nadajnik oraz odbiornik radiowy. Można to już od dawna mierzyć takimi przyrządami jak elektrokardiogram (EKG), a ostatnio także elektromagnetokardiogram (EMCG), niestety nie myślimy o tym w ten sposób, że to właśnie nadajemy. Dzięki temu urządzeniu podłączonemu do komputera możemy samodzielnie, poprzez proste nałożenie specjalnej nakładki na palec, obejrzeć na ekranie monitora jak nasze myśli, które wysyłamy w przestrzeń do kogoś lub siebie — pozytywne czy negatywne, wpływają na wykresy prac mózgu i serca.
Na tej samej podstawie możemy zaobserwować, jak myśląc o ukochanej osobie czy zwierzęciu, zmieniamy parametry pracy wyżej wymienionych narządó, wzmacniając ich pracę, emanując pozytywną wibracją, a jak śląc przysłowiową „wiązankę” oddziałujemy na siebie i na swoją fizjologię, powodując zmianę metabolizmu, a nawet jego dysfunkcje i autodestrukcję.
To zjawisko jest znane w telepatii, sympatii czy antypatii. W życiu codziennym odczuwamy to bezpośrednio, (choć się nad tym nie zastanawiamy), jako poczucie, że kogoś lubimy od tzw. pierwszego wejrzenia, a do kogoś czujemy niechęć lub przynajmniej dystans — trzymamy się z daleka. Pochodzi to właśnie stąd, że wysyłamy odpowiednią długość fali poprzez nasze pozytywne czy negatywne myśli, do której może dostroić się inna osoba, lub która jest zupełnie inna niż drugiej osoby. A więc możemy emanować pozytywną wibrację lub chłód, który odpycha.
Relacjami międzyludzkimi, a więc Twoim oddziaływaniem na innych zajmę się później. Tu zacznę od rzeczy zupełnie podstawowych, które determinują Twoje dobre samopoczucie, a przy tym i to, co „wysyłasz” z siebie. Niemniej zaproszę cię jednak nie do czytania, a do ZROBIENIA kolejnych ćwiczeń.
Zacznij je wtedy, kiedy znajdziesz chwilę czasu, gdy nikt i nic nie będzie ci przeszkadzał.
Weź zeszyt i wpisuj wszystko to, co przyjdzie Ci do głowy w trakcie czytania czy słuchania instrukcji. W ten sposób będziesz miała bieżący „DZIENNIK POZNAWANIA SIEBIE”. Nazywam go też czasem „DZIENNIKIEM PODRÓŻY, gdyż, jak się niebawem przekonasz, będziesz podróżować po różnych swoich częściach i poziomach, poznając siebie — jaka jesteś.
Ćwiczenie:
— Zastanów się przez chwilę, jak się widzisz, oceniasz? Czy masz wszystko, co byś chciała, czy może Ci czegoś brakuje?
— Czy lubisz swoje ciało, czy lubisz/kochasz siebie?
— Jeśli je lubisz/kochasz, to czy lubisz je w całości, czy może jest jakaś część, którą lubisz najbardziej?
— Czy jest jakaś część, której nie lubisz? A jeśli ją znajdziesz, to zapisz dlaczego?
Gdy masz już tę część ćwiczenia za sobą, masz także o sobie pewne informacje. Warto je jednak zgłębić. I tak jak w przewlekłych chorobach, jeśli nie wyeliminuje się przyczyny, choroba nie cofnie się, tak i tu, znając swoje „niedomaganie”, brak części siebie (gdy czegoś nie akceptujesz, nie uznajesz, nie kochasz), niedobór czegoś, gdy sięgniesz i uchwycisz powód tej dysfunkcji — łatwo ją pokonasz czy przekroczysz.
Jest to Twój NASTĘPNY KROK.
Jest takie hinduskie przysłowie: „Nawet najdłuższa podróż rozpoczyna się od postawienia pierwszego kroku”. Już go zresztą zrobiłaś, gdy jesteś w TYM MIEJSCU, bo przeszłaś poprzedni etap. Teraz więc zaczyna się Twoja PRZYGODA ZE SOBĄ — nazwij tą przygodę swoim własnym imieniem: Przygoda z … (Krysią, Marią, Agnieszką. Może to będzie Twoja pierwsza książka? Kto wie?… Spróbuj…
Ćwiczenie:
Tym razem usiądź lub ułóż się w wygodnej pozycji, tak jednak, by za chwilę nikt nie wtargnął i ci nie przerwał. Zarezerwuj sobie na to pół godziny. Miej przy sobie jak zwykle twój DZIENNIK PODRÓŻY, a także kredki, długopis i lusterko. Możesz postawić też przy sobie niewielką miseczkę z wodą, abyś mogła zanurzyć w niej dłonie. Weź wtedy ręcznik.