E-book
20.48
drukowana A5
42.43
drukowana A5
Kolorowa
71.55
Brühl

Bezpłatny fragment - Brühl

Opowiadanie historyczne

Objętość:
248 str.
ISBN:
978-83-8221-202-0
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 42.43
drukowana A5
Kolorowa
za 71.55
Henryk Brühl na rycinie Jean-Josepha Balechou z ok. 1750 r.

Tom I

I

Pięknym wieczorem jesiennym, o słońca zacho­dzie, ostatnie trąbki, zwołujące myśliwych, odzywały się w lesie, z jodeł i buków starych złożonym. Sze­rokim gościńcem, przerzynającym puszczą odwiecz­ną, ciągnęły wielkiego dworu łowieckie oddziały, po bokach ludzie z oszczepami i sieciami. Przodem widać było orszak pański, świetne stroje, piękne konie i kilka amazonek z różowymi twarzycz­kami. Wszystko to przybrane było jak na uroczy­stość i galą, bo łowy najmilszą stanowiły zabawę panującego naówczas mniej więcej szczęśliwie Saksonii i Polsce Augusta II. Sam król wiódł łowy, a u boku jego jechał naj­milszy syn pierworodny, umiłowany naówczas Saksonii następca, na którym spoczywały nadzieje na­rodu. Król mimo wieku wyglądał jeszcze wspaniale i rześko, na koniu siedział rycersko, a syn, równie przystojny, z łagodniejszą nieco twarzą, niemal młod­szym bratem się przy nim wydawał. Mnogi i świetny bardzo dwór otaczał dwóch panów. Zdąża na noc do niedalekiego Hubertsburga, gdzie syn ojca miał przyjmować, bo myśliwski zameczek ten do niego należał. W Hubertsburgu czekała na nich królewiczowa Józefa, synowa królewska, cesarskiego Habs­burgów domu córa, niedawno młodemu Frederykowi poślubiona. Dwór królewski tak był liczny, że mu się na zamku trudno było pomieścić. Zawczasu więc rozbito nieopodal namioty w gaju, i tam miała noc spędzić znaczniejsza część pańskiego orszaku.

Na­kryte już były stoły do wieczerzy i w chwili, gdy król wjeżdżał na zamek, rozpuszczone myślistwo poczę­ło sobie szukać wyznaczonych stanowisk. Mrok pa­dać zaczynał; pod namiotami gwarno już było i wesoło; odgłosy młodzieńczych śmiechów, które przytomność króla i starszych hamowała, rozlegały się teraz swobodniej. Sprzeczano się o najpiękniejszą twarz, o najlepszy strzał, o najpochlebniejsze Jego Królewskiej Mości słowo. Królewicz tego dnia był bohaterem: położył ze sztućca, kulą w sam łeb tra­fiwszy, odyńca, który wprost szedł na niego. Uno­szono się nad przytomnością umysłu niezmierną i flegmą, z jaką celował długo i wypalił. Gdy myśliw­cy przypadli na strzał chyżo, aż by rozjuszoną bestię dobić kordelasami, leżała już, brocząc krwią zie­mię. Król August pocałował syna, który rękę ojca a pana z uszanowaniem ustami dotknął i pozostał tak zimnym spokojnym, jak był przedtem. Jedyną dobrego humoru oznaką było, iż na uboczu potem fajkę sobie podać kazał i dym puszczał daleko większemi kłębami, niż zwykle. Wchodziła wówczas w używanie powszechne roślina, zwana tabacco, którą i Stanisław Leszczyński palić lubił, palił ją za­ pamiętale August Mocny, a namiętnie syn jego Fry­deryk. Należało do dobrego hulaszczego tonu fajkę ssać od rana do wieczora. Brzydziły się nią niewiasty, lecz ich wstręt nie odstręczał ówczesnych panów od upojenia, jakie owo tabacco przynosiło ze sobą.

Pod namiotami fajek widać nie było. Znużeni jeźdźcy, pozsiadawszy z koni, gdzie który mógł, po­padali na ziemię, na kobiercach, na kłodach i ławach. W zamku widać było zapalające się światła rzęsiste, i dźwięk muzyki dochodził do gaju, w którym rozło­żony był dwór, służba i czeladź pańska. Nazajutrz miano polować w innym dziale lasów i wcześnie rozporządzono, by wszyscy byli gotowi. Nieco opo­dal od pozbieranych w gromadki starszych panów, na drodze, wiodącej do zamku, jakby z chęcią do­ stania się do niego, przechadzał się piękny dwudzie­stoletni młodzieniec. Po sukni łatwo było w nim poznać pazia, przy­wiązanego do osoby króla JMci. Zręczna bardzo, pięknej budowy, giętka, nieco niewieściego wdzięku postać musiała nań najobojętniej­sze zwrócić oko. Suknie na nim leżały, jakby się w nich urodził, peruczka, jakby w niej przyszedł na świat, nie potargała się nawet w czasie łowów, a z pod niej wyglądała twarzyczka, niby z porcelany, biała, różowa, niemal dziecinnej i dziewiczej piękności, z uśmieszkiem w pogotowiu na zawołanie, z oczy na bystrymi, ale zostającymi na pana rozkazach. Mogły one w każdej chwili pogasnąć i zamilknąć lub roz­płomienić się i wypowiedzieć to, może, czego w du­szy nie było.

Śliczny ów młodzieniec pociągał jak zagadka. Kochali go niemal wszyscy, nie wyjmując króla, a mimo to nie było grzeczniejszego, usłużniejszego, potulniejszego stworzenia na dworze. Był to ubogi szlachetka z Turyngji rodem, ostatni i najmłodszy z czterech braci Brühl z Gangloffs-Sommern. Ojciec jego na dworze malutkim w Weissenfels był jakimś mniejszym jeszcze radcą; pozbyw­szy pono ojczystego zadłużonego majątku, nie miał co zrobić z tym synem, zawczasu go więc oddał, aby się dworskiej trzymał klamki, księżnie wdowie Fry­deryce Elżbiecie, mieszkającej najczęściej w Lipsku. Na ówczesne jarmarki do tego miasta zjeżdżały się dwory książęce; lubił je nade wszystko August Moc­ny i mówią, że na jednym z nich młody paź ze swą miluchną, uśmiechniętą twarzyczką wpadł mu w oko. Księżna go chętnie królowi JMci ustąpiła. Osobliwsza rzecz, że chłopak, co takiego pańskie­go, wspaniałego a pełnego etykiety dworu nigdy w życiu nie widział, a może i nie śnił, od pierwsze­go dnia wrodzonym instynktem wpadł na dobry tor i tak swą służbę zrozumiał, że starszych od siebie paziów królewskich gorliwością i zręcznością prze­ścignął. Król mu się wdzięcznie uśmiechał; bawiła go pokora chłopaka, który w oczy patrzył, myśli zgadywał, nie skrzywił się nigdy, a przed słonecznym majestatem króla Herkulesa i Apollina padał na twarz z uwielbieniem.

Zazdrościli mu służący z nim razem, lecz wkrótce przejednał ich dobrocią, łagodnością, skromnością i chętnym do usługi sercem. Nigdy słówko złośliwe, ów dowcip paziowski, który za cechę młodzieży dworskiej uchodził, nie wyrwało się z ust jego. Brühl był z uwielbieniem dla pana, dla dostojnych dygnitarzy, dla pań, dla sobie równych i dla całej służby i kamerlokajów królewskich, którym szczególne poszano­wanie okazywał, jak gdyby już naówczas znał tę wiel­ką tajemnicę, że przez najmniejszych dokonywały się największe rzeczy i że lokaje obalali cichuteńko mi­nistrów, a ministrom trudno było ruszyć lokajów. I w tej chwili, gdy Henryczek (pieszczotliwie go tak zwykle nazywano) przechadzał się samotny po ścieżce, do zamku od namiotów wiodącej, rzekłbyś, że to czynił, ażeby nikomu nie zawadzać, a wszyst­kim na oku będąc, stać do usług w pogotowiu.

Gdy tak bez celu się przechadzał, z zamku wybiegł młody, równie piękny chłopak, prawie rówieśnik co do lat, ale suknią i powierzchownością różny od skromnego Brühl. Znać było po nim, że siebie pewny, już niewiele miał do życzenia. Słusznego wzrostu, mężny, zręczny, z oczyma czarnymi, bystro patrzącymi na świat, z po­stawą pańską, młodzieniec szedł żywo, jedną rękę założywszy za szeroką kamizelę, wyszywaną bogato, drugą — pod poły sukni myśliwskiej, galonowanej przepysznie. Peruka, jaką miał na łowach, starczyła mu za kapelusz. Rysy jego twarzy, porównane z miluchną Brühla, jakby malowaną przez włoskiego mistrza XVll-go wieku, miały zupełnie różny charakter. Pierw­szy wiącej był stworzony na dworaka, drugi na żoł­nierza. Kłaniali mu się wszyscy po drodze i witali go uprzejmie, był to bowiem od lat dziecinnych towarzysz i przyjaciel królewicza, najulubieńszy jego ło­wów wspólnik, hrabia Aleksander Sułkowski (syn niemajętnego też polskiego szlachcica), który paziem był wzięty niegdyś na dwór Frydervka, a teraz do­mem i łowami zarządzał. Sułkowskiego szanowano i obawiano się razem, bo choć August II wyglądał przy swym zdrowiu i sile na nieśmiertelnego, prę­dzej lub później bóstwo to musiało skończyć jak najprostszy śmiertelnik. Z nowym słońcem wschodzącym i ta gwiazda na horyzont saski wzejść mu­siała i przyświecać jej swym blaskiem.

Na widok zbliżającego się Sułkowskiego skrom­ny paź królewski ustąpił z drogi, przybrał postać ba­ranka, zgiął się nieco, uśmiechnął wdzięcznie i zda­wał taką okazywać radość, jakby mu najpiękniejsza z bogiń dworu Augusta się ukazała. Sułkowski przy­jął ten uśmiech i nieme, pełne poszanowania powi­tanie z powagą, ale z łaskawością razem. Zdała rę­ką, wyjętą z za kamizeli, potrząsnął, zwolnił kroku, zbli­żył się i, odwracając do Brühl, rzekł wesoło:

— Jak się masz, Henryku! cóż tak samotnie roz­myślasz? Szczęśliwy, możesz odpoczywać, a ja tu za wszystko odpowiedzialny i nie wiem, od czego począć, żeby o niczym nie zapomnieć,

— Gdybyś hrabia kazał mi sobie pomóc?

— A! nie, dziękuję ci; trzeba obowiązki swe speł­nić! Dla takiego gościa, jak nasz pan miłościwy, wszelki trud miły. — Westchnął z lekka.

— Cóż? polowanie się udało; ja, jak wiesz, nie mogłem być na niem, łowczego wysłałem z ekwipażami, w zamku tyle było przygotowań…

— Tak! polowanie się wybornie udało. N. Pan był w humorze, w jakim go od dawna nie widziano. Sułkowskiemu pod namioty, do których zdawał się kierować, widać już nie było pilno, ani na zamek z powrotem. Wziąwszy Brühla pod rękę, co pazia uszczęśliwiło widocznie, zamyślony, począł z nim prze­chadzkę.

— Mam chwilę wytchnienia — odezwał się — mi­ło mi jej użyć w waszym towarzystwie, chociaż my obaj jesteśmy zmęczeni tak, że i rozmowa być mo­że trudem.

— O! ja nic a nic! — odparł Brühl — a wierz mi, hrabio, dla was chodziłbym noc całą i nie czułbym się znużonym. Od pierwszej chwili, gdym miał szczę­ście zbliżyć się do was, uczułem razem najwyższy szacunek, a jeśli mi się godzi to powiedzieć, najżyw­szą, najgłębszą przyjaźń. — Sułkowski spojrzał na uradowaną, rozjaśnioną twarz i ścisnął podaną rękę.

— Wierzcież mi — odezwał się — iż nie trafiliście na niewdzięcznika: na dworze przyjaźń taka bezin­teresowna jest rzadka, a wziąwszy się za ręce we dwóch, daleko zajść można. Oczy ich się spotkały, Brühl skinął głową.

— Wy jesteście przy królu i w łaskach.

— O! o! — odparł Brühl — nie pochlebiam sobie.

— Ja wam zaręczam! słyszałem to z ust własnych Najjaśniejszego Pana, chwalił waszą usłużność i ro­zum. Wy jesteście w łaskach lub na drodze do nich… to od was zależy.

— Ja wam mówię — powtórzył Sułkowski — ja mam serce Fryderyka, mogę się pochwalić tern, że mnie przyjacielem nazywa. Sądzę, że nie obszedłby się beze mnie.

— Wy, to co innego — przerwał Brühl żywo — mie­liście to szczęście towarzyszyć od najmłodszych lat królewiczowi, mieliście czas pozyskać jego serce, a któżby się nie przywiązał do was, zbliżywszy! Co do mnie, obcy tu niemal jestem. Winienem łasce księżny, że mnie przy boku J. K. Mości umieściła; staram się wdzięczność moją okazać, ale na śliskiej posadzce dworu jakże utrzymać się trudno! Im wię­cej gorliwości okażę dla pana, którego czczę i ko­cham, tern na większą zazdrość zarabiam. Sulkowski słuchał, roztargniony.

— Tak! to prawda — rzekł cicho — lecz wy macie wiele za sobą i obawiać się nie macie powodu. Uważałem na was, metodę przyjęliście przedziwną: jesteście skromni i macie cierpliwość. Na dworze dosyć jest ustać w miejscu, to się posunie mimo woli, a kto się nazbyt rzuca, ten najłatwiej pada.

— A! czerpię najdroższe rady z ust waszych! — wykrzyknął Brühl — co za szczęście mieć takiego prze­wodnika. Sułkowski zdawał się za dobrą monetę brać ten wykrzyknik przyjaciela i z niedostrzeżoną duma uśmiechnął się: pochlebiało mu uznanie tego, o czym był w głębi duszy najmocniej przekonany.

— Nie lękaj się, Brühlu — dodał — idź śmiało, a ra­chuj na mnie. — Wyrazy te zdawały się w najwyższe zachwycenie wprawiać młodego Henryka; złożył ręce jak do modlitwy, twarz jego błysła radością, spojrzał na Sułkowskiego i zdawał się tylko wahać, czy mu się do nóg nie ma rzucić. Wspaniałomyślny hrabia z protekcjonalną dobro­cią uścisnął go. W tej chwili na zamku zabrzmiały trąby: był to jakiś znak zrozumiały, widać, dla młodego faworyta, który, tylko ręką dawszy znak towarzyszowi, że po­śpieszać musi, rzucił się krokiem żywym ku zamkowi.

Brühl pozostał sam; wahał się trochę, co począć z sobą. Król go od służby wieczornej uwolnił i po­zwolił mu spocząć tego wieczoru, miał więc swobodę zupełną. Pod namiotami rozpoczynała się wieczerza dla dworu. Chciał zrazu pójść i razem z innymi się zabawić, potem, z dała popatrzywszy, w bok się skierował i zadumany — ścieżyną, w głąb lasu idącą, poszedł wolnym krokiem. Chciał być może sam na sam z myślami, choć wiek jego i twarzyczka o głę­bokie rozmyślania posądzić go nie dozwalały. Prędzej by na ówczesnym dworze, pełnym miłostek i intryg kobiecych, o jakąś serdeczną chorobę po­dejrzewać się godziło. Brühl nie wzdychał, patrzał chłodno, brew miał namarszczoną, usta zacięte, prędzej rachował coś i kombinował, niż z uczuciem walczył. Zadumany tak głęboko, pominął namioty, konie, psiarnie, rozłożone ogniska ludzi, spędzonych dla ło­wów, którzy się z toreb dobytym chlebem z solą posilali, gdy obok piekły się dla panów jelenie i wa­rzyły korzenne polewki.

Wieczór był piękny, spokojny, ciepły, jasny i, gdy­by nie opadające liście żółte starych buków, wiosnę by przypominał. W powietrzu woń lasów zdrowa, zapach uwiędłej zieleni, wyziewy jedlin unosiły się lekkim wietrzykiem, który ledwie gałązki poruszał. Za gajem, w którym obozowano, panowała już cisza, samotność, pustynia, gwar tu zaledwie dola­tywał, drzewa zasłaniały zamek, można się było są­dzić daleko od ludzi. Brühl podniósł głowę i wolniej odetchnął; twarz, której układać nie potrzebował dla ludzi, jakby na wolność puszczona, przybrała wyraz nowy; lekki, sar­doniczny

uśmiech przebiegł po niej i dziecięcy ów, dobroduszny, łagodny wdzięk straciła. Sądził się tu zupełnie sam. lecz jakież było jego zdumienie i nie­mal przestrach, gdy o kilka kroków, pod ogromnym bukiem starym, spostrzegł dwie postaci jakieś, nieznane, dziwne, podejrzane. Mimo woli się cofnął o krok i począł pilniej przypatrywać. W istocie o kilkadzie­siąt tylko kroków od królewskiego obozu wyglądało dziwnie, podejrzanie nawet tych dwóch ludzi, siedzą­cych pod drzewem. Obok nich widać było leżące kije podróżne i dwie torebki, z ramion tylko co zdjęte.

Mrok wieczorny nie dawał dobrze rozeznać twarzy ani ubiorów; lecz Brühl domyślił się raczej, niż zo­baczył, skromnie po podróżnemu przybranych dwóch młodych, jak on sam, ichmościów. Wpatrzywszy się pilniej, dostrzegł nieco twarzy, które zdały mu się szlachetniejszych rysów, niż wę­drownej rzemieślniczej czeladzi, za którą zrazu ich wziąć miał ochotę. Po cichu toczyła się rozmowa, ale dosłyszeć jej nie mógł. Więcej potem instynktem niż rachubą wiedziony, przyśpieszył kroku i stanął tak, że go siedzący na ziemi zobaczyć mogli; Ukazanie się jego musiało nieco zdziwić spoczywających, gdyż jeden z nich wstał śpiesznie i, przypatrując się przybyłemu, chciał jakby spytać, co tu robi i czego od nich chcieć może? Brühl nie czekał tego pytania, podszedł kilka kroków i odezwał się tonem dosyć surowym:

— Co tu, waszmościowie, robicie?

— Odpoczywamy — odezwał się siedzący na ziemi.

— Czy zakazany jest tu spoczynek podróżnym? — Głos brzmiał łagodnie, a język zapowiadał wy­kształconego człowieka.

— O kilkadziesiąt kroków dwór N. Pana i sam król. Czybyśmy mieli zawadzać? — dodał znowu sie­dzący, wcale nie zdając się strwożonym.

— Waszmościowie sami sobie najszkodliwsi być możecie — odparł Brühl żywo. — Lada kto z łow­czych może was tu odkryć i posądzić o jakie złe zamiary! Śmiechem łagodnym odpowiedział na to spoczywający na ziemi i wstał, a wyszedłszy z cienia drzew, ukazał się Brühl jako pięknej i szlachetnej posta­wy młodzian z długimi włosami, na ramiona spadającymi. Po jego stroju poznać w nim było łatwo studenta jednego z niemieckich uniwersytetów.

— Co Waszmościowie tu robicie? — powtórzył Brühl.

— Wyszliśmy na wędrówkę, aby Bogu oddać cześć w naturze, aby odetchnąć powietrzem lasów, ciszą ich ukołysać duszę do modlitwy — począł powoli młodzieniec. — Noc zaskoczyła nas tutaj. O królu, o dworze nie wiedzielibyśmy nawet, gdyby nas tu nie doszła wrzawa łowiecka. — I wyrazy, i sposób, w jaki je wymawia stojący przed mm, uderzyły Brühla. Człowiek to był z innego jakiegoś świata.

— Pozwolisz pan — dodał spokojnie student — iż jako zapewne władzą tu jakąś mającemu, zamelduje osobistość moją. Jestem Mikołaj Ludwik, hrabia i pan na Zinzendorfie i Pottendorfie, a w tej chwili studiosus, szukający źródła mądrości i świata, zbłąkany na manowcach świata wędrowiec. Skłonił się.

Usłyszawszy nazwisko, Brühl popatrzył uważniej. Światło wieczora i lekki blask księżyca wschodzącego opromieniały piękną twarz mówiącego. Stali przez chwilę niemi, jakgdyby obaj nie wie­dzieli, jakim do siebie mówić językiem.

— Ja jestem Henryk Brühl, paź do osoby J. K. Mości przywiązany. — Skłonił się lekko. Zinzendorf zmierzył go oczyma.

— A! bardzo mi was żal! — westchnął.

— Jakto żal? dlaczego? — zapytał zdumiony paź.

— Dlatego, że dworactwo to niewola, że paziostwo to służba, i chociaż szanuję pana naszego, milej mi sercem i duszą poświęcać się czci i służbie Pana na niebiosach, Pana nad pany, a miłością zatapiać w Jezusie Chrystusie Zbawicielu. — Brühl tak był zdziwiony, że krok odstąpił, jakby się obłąkanego uląkł w młodzieńcu, który z wielką słodyczą, ale bardzo patetycznie wymówił te wyrazy.

— Wiem — dodał Zinzendorf spokojnie — iż się to wydać wam musi, wam, co macie w uszach jeszcze szczebiotanie i śmiechy dworskie, dziwnym i nieprzyzwoitym może. Brühl stał niemy. Zinzendorf zbliżył się doń.

— To godzina modlitwy… słuchaj pan, lasy szu­mią chór wieczorny: chwała Panu na wysokościach! — Osłupiały paź słuchał i nie zdawał się rozumieć.

— Widzisz pan przed sobą dziwaka — dodał Zin­zendorf — lecz czyż światowych dziwaków mało spotykasz i przebaczasz im, a nie miałbyś pobłażać z go­rącego ducha płynącemu zachwyceniu?

— Prawdziwie — szepnął Brühl — ja sam jestem pobożny, lecz…

— Lecz zapewne chowacie pobożność waszą na dnie serca, lękając się, by ją ręka, słowo profanów nie tknęło? Ja ją wywieszam jako chorągiew, bom gotów bronić jej życiem i krwią moją. Bracie w Chry­stusie — mówił, jeszcze więcej zbliżając się do Brühla, Zinzendorf jeśli ci zaciążyło życie w ukropie i wirze tego dworu, bo inaczej sobie nie tłumaczę wieczor­nej waszej przechadzki samotnej, siądź tu spocząć z nami, razem się pomódlmy. Brühl, jakby się zląkł, ażeby go nie zatrzymano, cofnął się nieco.

— Zwykłem modlić się sam — rzekł — a tam po­wołują mnie obowiązki, więc darujcie mi. Wskazał ręką w stronę, od której gwar ich do­chodził. Zizendorf stał.

— Żal mi was — zawołał — gdybyśmy tu pod tern drzewem zanucili pieśń wieczorną: „Bóg nasza twier­dza, Bóg nadzieja nasza…”

— Naówczas — dorzucił paź — posłyszałby to wielki łowczy lub który z podkomorzych króla i nie za­mknęliby nas do kordegardy, bo tu jej nie ma, aleby odprowadzili do Drezna pod Frauenkirche i osadzili na odwachu. — To mówiąc, ruszył ramionami, skłonił się lekko i chciał iść, ale Zinzendorf zastąpił mu drogę.

— Czy istotnie wzbroniono się tu znajdować? — zapytał.

— Może to was podać w podejrzenie i na nieprzyjemności narazić. Życzę się oddalić. Za Hubertsburgiem jest wieś i gospoda, która da wygodniejszy nocleg, niż pień bukowy.

— Którędyż iść mamy, aby nie wnijść w drogę N. Panu? — zapytał Zinzendorf. Brühl wskazał ręką i już odchodził.

— Wyminąć gościniec będzie dosyć trudno, panie hrabio; lecz jeśli wam służyć mogę, wyprowadzając pod moją opieką na drogę, służę. Zinzendorf i milczący jego towarzysz pobrali prędko węzełki swe i kije i pośpieszyli za Brühlem. Zinzendorf miał czas nieco ochłonąć z ekstazy, w ja­kiej go Brühl, niespodziewanie się zjawiając, zastał. Widać w nim było człowieka wyższego towarzystwa i przyzwoitego w obejściu. Ostygłszy zupełnie, prze­prosił nawet za to, że się tak dziwacznie odezwał.

— Nie dziwuj się pan — rzekł zimno — nazywamy się wszyscy chrześcijanami i synami Bożymi, a w isto­cie poganami jesteśmy mimo obietnic, na chrzcie uczynionych. Obowiązkiem więc każdego nawracać i apostołować: ja sobie z tego czynię życia zadanie. Westchnął. W tej chwili, gdy kończył uroczyste wyrazy, uka­zał się obóz i buchnęła zeń wrzawa od kufli, które spełniano z hasłem. Zinzendorf z przerażeniem spoj­rzał.

— Nie sąż to bachanalie? — zawołał. — Idźmy prę­dzej, przybity się czuję i do ziemi upokorzony. — Brühl, przodem idący, nie odpowiedział nic. Tak wyminęli obóz; idąc bokiem, wskazał im bliski go­ściniec, a sam, jakby co prędzej chciał uwolnić się od towarzystwa tego, skoczył żywo ku oświetlonemu namiotowi.

II

Na zamku królewskim paziowie przyboczni Augu­sta II-go mieli wyznaczone pokoje, w których, ocze­kując rozkazów, na służbie czuwali. Konie dla nich, na przypadek, gdyby który miał być wysłany, zawsze stały w pogotowiu. Mieniali się u drzwi i w przedpo­kojach, towarzyszyli N. Panu, a często, gdy się inni starsi pod ręką nie znaleźli, z rozmaitymi pismami i rozkazami wyprawiani bywali. Gorliwie bardzo utrapioną tę służbę pełnił młody Brühl, sprawiał ją z kolei za siebie, a nawet chętnie za drugich, tak, że król, często go mając na oczach, przyzwyczajał się do twarzy i usługi.

— A ty tu znowu, Brühlu? — zapytywał z uśmie­chem.

— Na rozkazy W. K. Mości.

— Nie przykrzy ci się?

— Najszczęśliwszym jestem, będąc dopuszczonym do oglądania oblicza pańskiego. I kłaniał się młody chłopak, a król Jegomość po ramieniu go klepał. Nigdy odpowiedzi nie był dłużnym, nigdy nic dlań trudnem ani niepodobnem nie było; wskok biegł i sprawiał, co kazano, niezwłocznie. Dnia tego przychodziły kresy odprawiać miano odpowiedzi; oczekiwano na nie od rana. Często się naówczas poczty opóźniały, bo lub koń padł, albo rzeka wylała, lub pocztylion zachorzał, nie było więc czasu oznaczo­nego ściśle.

Od rana radca wojenny Pauli, który kró­lowi depesze redagował, czekał na kresy i rozkazy. Człowiek to był niemłody już, okrutnie służbą ciężką około dzbana zmęczony, przy tym niepomiernie otyły, co mu ruchy utrudniało; nogi nie bardzo już służyć chciały, a po obiedzie, gdy tylko mógł, natychmiast, bodaj stojąc, drzemać był gotów. Twarz Paulego była rumiana, wpadająca w fioletową, rysy rozlane, podbródek zawiesisty. Ręce, nogi i on wszy­stek wydawał się jak nabrzękły. Wszakże, gdy się wystroił do dworu, pozapinał, wyprostował i przybrał swą urzędową postać, można go było wziąć za poważnego bardzo człowieka. Do króla tak był nawykł, a król do niego, że z jednego słowa, ba — z wejrzenia Augusta, wysnuwał cały list, myśl odgadł, formę trafił i nigdy sprostowywać jej nie potrzebował król J. M. Dlatego Paulego lubił bardzo i potrzebował go zawsze, a chciał mieć pod ręką; dlatego radcy wspaniałomyślnie przebaczał, jeśli się nawet zapił i w chwili ważnej nie mógł dźwignąć. Naówczas trzech pokojowców budzić go musiało, a radca, nie otwierając oczu, przewracany po łóżku, odpowiadał: — „Zaraz! natychmiast! Oto jestem! w ten moment!” — Ale nie wstał, aż mu wyszumiało, co prze­brał. Gdy otrzeźwiał, mył się zimną wodą, podawano mu dla rozjaśnienia myśli kieliszek czego mocnego i szedł do króla. Tego dnia, gdy właśnie na kresy, jakeśmy mówili, czekano, radca Pauli siedział w sali marszałkow­skiej i ziewał. Dobrał sobie wygodne krzesło szero­kie, nogi wyciągnął, ręce na żołądku spiął, głowę nieco spuścił, wygodnie ją na fundamentach rozło­żystych podbródków umieściwszy, i dumał. O śnie mowy być nie mogło, bo któż może zasnąć na czczo i nieprzygotowany wiatykiem stosownym na podróż z Morfeuszem po krajach marzeń? Obrazy, pozawieszane w salce, dawno mu były znane, nie mógł się więc im przypatrywać. Ziewał niekiedy, a ziewał tak okropnie, że mu w szczękach trzaskało. Zegar wskazywał zrazu dziesiątą, potem jedenastą, a radca siedział, poziewał i wstrząsał się, bo po nim dreszcze czczości przebiegały. Był w tej chwili naj­nieszczęśliwszym z ludzi. W tej samej sali kręcili się paziowie, podkomo­rzowie, szambelanowie, osoby, na posłuchanie oczekujące lub powracające od króla. Nikt nie śmiał spoczynku przerywać panu radcy.

O jedenastej wszedł młody Brühl, który na swą godzinę służby czekał. Pięknym był jak cherubin w swoim stroju paziowskim, z wielką elegancją włożonym. Oczy mu się śmiały, biegając po twarzach i po ścianach. Zobaczywszy go, radca, nie wstając, wyciągnął doń ręką. Brühl podbiegł chyżo.

— Jakżem szczęśliwy! — zawołał. I skłonił się z pokorą.

— Chyba ty mnie uratujesz, Brühl! Wystaw so­bie, jestem na czczo! Kiedy przyjdą kresy? — Paź spojrzał na zegar i ramionami ruszył.

— Jedenasta! a ja na czczo! natura dopomina się praw swoich! Przyjdzie z głodu umierać! — To mówiąc, radca ziewnął, wstrząsnął się cały. — „Brr!” — Brühl stał niby zamyślony, po czym pochylił się, wygięty cały, do ucha Paulemu:

— Radco! dlaczego zasiedliście jakby na publicz­nej drodze? Obok jest pokój, z którego drzwi wy­chodzą na korytarz, wiodący do kuchni i kredensów: tam by wyśmienicie, nim co będzie, można kazać po­dać z kuchni i coś z piwnicy. — Oczy się rozśmiały poczciwemu radcy, ruszył się zaraz, ale niełatwo mu było powstać.

— Zbawco mój! — zawołał — ratujże mnie nieszczę­śliwego! — Brühl skinął, i wsunęli się we drzwi poboczne do gabinetu o jednym oknie. Tu — o cudo! — jakby się spodziewano Paulego, czarodziejska jakaś siła stół już wcześniej przygotowała. Stało przed nim krzesło szerokie, wygodne, jakby do tuszy Paulego zrobione; na białym jak śnieg obrusie zastawione porcelanowe, białe z sinym nakrycie, maleńka wazka, maleńki pół­misek z pokrywą i spory gąsiorek złocącego się wina. Radca, zobaczywszy to, ręką zrobił ruch w po­wietrzu i, jakby się obawiając, aby go kto nie uprzedził, nie pytając, co rychlej zajął miejsce, serwetę pod brodę założył, ręką sięgnął do wazki i dopiero, przypomniawszy sobie Brühla, odwrócił się.

— A wy? — Paź głową potrząsł.

— To dla was, kochany panie radco!

— Niech ci płacą bogowie! — zawołał w uniesie­niu Pauli — niech ci Wenus da najpiękniejszą z dziew­cząt drezdeńskich, niech ci Hygeja da żołądek, tra­wiący kamienie; niech ci Bachus da wiekuiste pra­gnienie i środki zaspokajania go węgrzynem, niech ci… — Ale jedzenie nie dało mu dokończyć, pogrążył się w niem cały. Brühl stał, jedną ręką o stolik oparty, w postawie wdzięcznej, przypatrując się radcy z uśmiechem. Pauli nalał sobie pierwszą wina szklankę. Spodziewał się on lekkiego, powszedniego węgrzynka, jakim dwór raczono; lecz gdy do ust wziął i pociągnął, twarz mu się rozjaśniła, rozpromieniła, oczy zabłysły, a wypiwszy i opadłszy na poręcze, w błogim uspokojeniu pogładził się po piersiach tylko.

— Boski napój! Cudotwórco mój, skądźeś go wziął? Ja go znam, to wino królewskie, to tokaj; po­wąchaj, posmakuj: ambrozja, nektar!

— Niechże radca zaszczyci go swą łaską i gąsiorkowi nie daje wysychać lub pójść na usta profanów, którzy go, nie smakując, przez gardła przeleją.

— A byłoby to istną profanacją! — zawołał radca, nalewając drugi kielich, równający się dobrej szkla­nicy. — Za zdrowie wasze, za powodzenie wasze. Brühlu, będą ci wdzięczen do śmierci: ocaliłeś mi życie.

— Bardzo się cieszą — rzekł Brühl — że mogłem tak małym kosztem pamiąci trochą przysłużyć się panu radcy. — Ale prosząż pić! — Pauli wychylił drugi kielich, językiem o podnie­bienie plasnął, ręką począł w powietrzu jakby lot ptaka naśladować i rzekł:

— O! co za wino, co za wino! to jest tego ro­dzaju napój, że każdy następny kieliszek coraz lepiej smakuje. Jest ono jak dobry przyjaciel, którego im bliżej poznajemy, im w ściślejszy z nim wchodzimy związek, tern się więcej przywiązujem do niego. Ale, Brühlu, kochany Brühlu, jeśli nadejdą depesze, jeśli N. Pan zawoła, jeśli będzie trzeba koncypować list do Berlina lub do Warszawy, albo do Wiednia…

— Panie radco, taki jeden gąsiorek dla pana? Cóż to jest?

— Masz słuszność, Brühlu, nie takie się już rze­czy o nasze głowy obijały — zaśmiał się radca. — Gdy się pije uczciwe, rozumne, dojrzałe wino, niema nie­bezpieczeństwa: gospodaruje sobie w człowieku spo­kojnie i nic złego nie uczyni. — To mówiąc, radca jadł mięso przypieczone i oblane sosem zawiesistym, a co raz tokajem popijał i uśrmiechał się. Brühl stał, patrzał, a gdy kielich się wypróżniał, wziął na się podczaszostwo i dolewał pilno. Na ostatek z talerzy było jak zmieciono, chleb znikł, zostało tylko pół gąsiorka wina. Pauli wzdychał, patrząc, i mruczał:

— A depesze? Lecz czyż pan się możesz lękać?

— Masz słuszność, gdybym się lękał, byłbym tchórzem, a niema nic nikczemniejszego w świecie nad to stworzenie. Nalewaj: za twe zdrowie! Doj­dziesz wysoko! W głowie mi się jaśniej robi! — Brühl ciągle nalewał. Radca patrzał na gąsiorek, który u dołu był szer­szy i jeszcze na czas jakiś starczyć obiecywał. Z gąsiorka lało się a lało do kielicha, z kielicha przelewało do gardła. Radca gładził się po piersiach i uśmiechał.

— Psia służba — odezwał się cicho — ale wino, jakiegoby człowiek nie powąchał gdzie indziej. — Gąsiorek przy opowiadaniach i westchnieniach doszedł do końca. Ostatni kieliszek był nieco mętny, Brühl chciał go usunąć.

— Tyranie! — krzyknął radca — co czynisz? Natura wydzieliła te części nie dlatego, aby je wylano, lecz by ukryć na dnie prawdę winną: eliksir, sama treść i części pożywne. — Gdy Pauli sięgnął po kielich, Brühl z pod stołu dobył drugiego gąsiorka. Na widok jego radca chciał wstać, lecz radość go przykuła do krzesła.

— Co to jest? — krzyknął. — Co ja widzą?

— Nic, nic — rzekł paź pocichu — jest to drugi tom dzieła. Nieszczęściem — mówił paź wesoło — stara­jąc sią o dzieło kompletne dla pana radcy, który lubisz literaturą… Pauli obie rące skrzyżował na piersiach i głową skłonił.

— Któżby takiej literatury nie lubił! — westchnął. Starając się o dzieło kompletne — kończył chło­pak — nie mogłem dostać obu tomów jednego wy­dania. Ten to m drugi — rzekł, podnosząc zwolna flaszką omszoną — jest starszej, pierwotnej edycji: — Ach! — podsuwając kielich, zawołał Pauli — tego gotyku szacownego nalej mi jedną stronicę; nadu­żywać szanownej starożytności nie trzeba. — Nalano kieliszek. Pauli pił.

— Żadne usta kobiety słodsze być nie mogą.

— Dla waści — mówił radca — to co innego, dla mnie one straciły już słodycz wszelką; ale wino! wino — to nektar, który do zgonu nie może postradać uroku swego. Gdyby nie te depesze… — Radca dopijał, ale tak jakoś szybko po sobie następujące libacje widocznie go rozmarzać poczy­nały. Ociążał. w fotelu siadł, uśmiechał sią, oczy mrużył.

— Teraz maleńka drzemka i…

— Ale butelką dokończyć potrzeba! — nalegał paź.

— Zapewne, to obowiązek uczciwego człowieka, nie porywać sią lub dokonać dzieła. Prawda? rzekł radca co rzecźą sumienia jest, winno sumiennie być dopełnione. Dolawszy kieliszek ostatni, Brühl wysunął z zaokna fajkę i worek z tytoniem.

— Radco, a fajka?

— Aniele mój! — zawołał Pauli, otwierając oczy- i o tern pamiętałeś. Ale nuż mnie to ziele upoi go­rzej jeszcze. Co mówisz?

— Otrzeźwi! — przerwał paź, podając fajkę.

— Jak się tu oprzeć pokusie! daj! daj! Co się ma stać, niech się stanie. Może pocztyljon kark skręci, i depesze nie nadejdą. Nie życzę mu złego, lecz gdyby go nadwichnął! — Poczęli się śmiać. Radca chciwie dym ciągnął.

— Diablo mocne tabacco.

— Królewskie — rzekł paź.

— Ale bo i król mocniejszy ode mnie, hę? — Widocznie tytoniem upojony, już mruczał tylko stary; pociągnął jeszcze parę razy; fajka mu z rąk wysunęła się na ziemię, głowę na piersi spuścił i po­czął, w lewo ją pochyliwszy, chrapać okrutnie. Przez półotwarte usta dobywał się dźwięk dziwny i nie­miły. Brühl popatrzał, uśmiechnął się, cicho na palcach podszedł ku drzwiom i wysunął się w korytarz; tu, chwilkę postawszy, pobiegł do przedpokoju króla.

Młody, strojny, wielkiego tonu chłopak, w paziowskiem także ubraniu, z pańską minką, zatrzymał go wchodzącego. Był to Antoni hr. Moszyński. Twarzyczka jego biała, włosy czarne, rysy nie piękne, ale wyraziste, oczy błyszczące ogniem wielkim, a nade wszystko postawa arystokratyczna i wymuszona nieco manie­ry odznaczały go między innymi paziami, do osoby, króla przywiązanymi. Razem z Sułkowskim był długo przy królewiczu, czasowo teraz dostał się do Augu­sta II-go, który, jak mówiono, lubił jego zręczność, żywość i bystre pojęcie. Prorokowano mu naówczas świetną przyszłość.

— Brühlu — zapytał — gdzieś ty był? — Paź się nieco zawahał z odpowiedzią.

— W marszałkowskiej sali.

— Na ciebie służba przypada.

— Wiem, alem się nie opóźnił. — Spojrzał na zegar, stojący w kącie.

— Już myślałem — dodał, śmiejąc się i z nogi na nogę przechylając, Moszyński — że mi ciebie zastę­pować przyjdzie. Przez twarz Brühla przeleciał jakby cień, ale na­tychmiast się wyjaśniła.

— Panie hrabio — rzekł łagodnie — wam, faworytom pana, wolno chybić godzinę i dać się zastąpić; mnie, wysługującemu się i biednemu, nie zostałoby to darowane. Skłonił się bardzo nisko.

— Zastępowałem nieraz drugich, ale mnie nikt.

— Chcesz powiedzieć, że cię nikt zastąpić nie jest zdolny — podchwycił Moszyński.

— Oj panie hrabio, godziż się tak ze mnie, biednego prostaczka, żartować? Ja się tego uczę, w czym panowie jesteście mistrzami. Skłonił się znowu. Moszyński podał mu rękę.

— Z wami — rzekł — wojować na słówka niebez­piecznie, wolałbym na szpady. — Brühl skromną przybrał postawę.

— W niczym sobie żadnej nie przyznaję wyż­szości — dodał cicho.

— No, szczęśliwej służby! — zawołał Moszyński — ot wasza godzina. Do widzenia. — To mówiąc, wyszedł z przedpokoju. Brühl odetchnął. Z wolna skierował się ku oknu. Stanął w nim i zdawał się obojętnie spoglądać w podwórka, wyłożone kamiennemi posadzkami i wyglądające jak sale olbrzymie. Tuż pod nim kręcił się mnogi, zajęty i czynny dwór pański.

Kilka lektyk stało u schodów, a żółto postrojeni tragarze czekali na swych panów; dalej powozy ga­lowe i konie wierzchowe, niemieckie i polskie zaprzęgi, hajduki w pąsach, kozacy — wszystko to, ci­cho dosyć sprawując się, mieszało w jedną pstrą i malowniczą całość. Szambelan wyszedł od króla.

— Niema kresów? — spytał Brühla.

— Dotąd nie przyszły.

— Skoro je przyniosą, przychodź waćpan z nie­mi. Radca Pauli?

— Jest w sali marszałkowskiej.

— Dobrze, niech czeka. — Brühl się z lekka skłonił. Pusto zaczynało się robić w pokoju i godzina, bliska obiadu, rozpędzała ludzi. Brühl, wyglądając oknem z jakąś niecierpliwością, dojrzał nareszcie wpadającego w podwórce na zzia­janym koniu pocztyljona z trąbką na plecach, w bu­tach ogromnych i torbą skórzaną na piersi. W tejże chwili ruszył biegiem po schodach i, nim służba zdążyła odebrać opieczętowane pliki, już je pochwycił. Srebrny blat stał przygotowany w antykamerze, Brühl złożył na nim papiery i wszedł do króla.

August przechadzał się po pokoju z Hoymem. Zobaczywszy pazia, blat i papiery, wyciągnął rękę, żywo rozerwał pieczęcie. On i Hoym zbliżyli się do stołu i przeglądali przywiezione listy. Brühl stał, czekając.

— A! — zawołał August — żywo niech Pauli przy­chodzi! — Brühl nie ruszał się.

— Idź po radcę Paulego — powtórzył król niecier­pliwie. Paź skłonił się i wybiegł. Zajrzał do gabinetu. Pauli spał jak kamień. Powrócił co żywo do króla.

— Pauli!? — zawołał August, widząc go wchodzą­cego.

— N. Panie! — wyjąknął Brühl! — radca Pauli… rad­ca Pauli…

— Jest tu?

— Jest, N. Panie,

— Czemuż nie przychodzi?

— Radca Pauli — spuszczając oczy, dodał paź — jest nieco niedysponowany.

— Gdyby był konającym, to mi go tu przypro­wadź — krzyknął król — niech obowiązek spełnia, potem skona, kiedy chce. Brühl wybiegł, znowu wpadł do gabinetu, po­patrzał na śpiącego, uśmiechnął się i wrócił do króla. Augusta oczy pałały rosnącym gniewem, zaczynał blednąć, co było najgorszym znakiem; gdy się stawał biały, wówczas ludzie na widok jego drżeli. Brühl, niemy, wyprostowany, u drzwi się zatrzymał.

— Pauli! — zawołał król, tupiąc nogą.

— Radca Pauli jest w tym stanie…

— Pijany? — podchwycił August. — A, stary wieprz obrzydły! Gdyby się choć na tych kilka godzin umiał powstrzymać od picia! Zlejcie go wodą! zaprowadzić go pod fontannę, dać mu octu; niech doktór da mu lekarstwo, niech mi go na godzinę ocuci, a potem niech bydlę zdycha. Mówiąc, król nogą tupał. Brühl wybiegł, posłuszny, raz jeszcze. Spróbował budzić radcę, ale ten stał się nieruchomą kłodą: ża­den lekarz oprócz czasu nie mógł go do przytomno­ści przyprowadzić. Wolnym krokiem wracał, myśląc, do pokoju pańskiego, zdawał się walczyć ze sobą, wahać, obawiać i ważyć coś w duszy. Stanąwszy u drzwi, nie dotknął klamki, aż wes­tchnąwszy jakby pobożnie ku niebiosom. Król w pośrodku gabinetu z papierami w ręku czekał. Usta miał zaciśnięte i brwi namarszczone.

— Pauli!

— Niepodobieństwo go ocucić.

— Bodaj go paraliż ruszył! Depesze. Kto mi de­pesze… słyszysz?

— N. Panie — schylając się wpół z rękami złożonemi na piersiach, odezwał się Brühl. N. Panie, wielkie jest zuchwalstwo moje, niemal zbrodnicze. Raczy mi je łaskawość królewska przebaczyć. Wiem, że porywam się bezrozumnie, ale miłość moja i cześć dla W. K. Mości… Jedno słowo, N. Panie, wskazów­ka… ja spróbuję ułożyć depeszę.

— Ty, młokosie? — Brühl się zaczerwienił:

— N. Panie. ukarzesz mnie. — August popatrzał nań długo.

— Chodź — rzekł, idąc ku oknu — oto list. Prze­czytaj go, daj odpowiedź odmowną; lecz niech za odmową czuć będzie, że nie jest stanowczą. Daj na­dzieję odgadnąć, a nie odsłoń jej wyraźnie. Rozu­miesz? Brühl skłonił się i chciał z listem wybiec. Srebrny stół stał przed kanapką.

— Gdzie? dokąd? — zawołał król — tu — wskazał rę­ką — tu siadaj i pisz zaraz. Paź jeszcze raz uchylił głowę i przysiadł na brzeż­ku jedwabną materią w kwiaty wybitej kanapki, ru­chem ręki odrzucił mankietki, pochylił się nad papierem, I pióro poczęło biec po nim z szybkością, która króla zastanowiła.

August II-gi jak na ciekawe widowisko spoglą­dał z uwagą na ładnego chłopca, który przybrał po­ważną minę kanclerską i tak redagował depeszę, jakby bilet do kochanki. Myliłby się, kto by sądził, że spełniając tak ważne i mogące na całą przyszłość jego wpłynąć zadanie, paź zapomniał o swej postawie. Siadł niby od niechcenia, jakby nie myśląc, a je­dnak ułożył zgrabne nóżki, nadał rękom wdzięczne zgięcia, głowę pochylił umiejętnie. Król go nie spu­szczał z oka: zdał się to czuć. Nie zastanawiając się długo, pisał jakby pod dyktowaniem gotowej myśli, nie przekreślił ni razu, nie stanął na chwilę. Pióro zatrzymało się, gdy depeszy dokończył. Naówczas przebiegł ją jeszcze oczyma szybko i powstał wypro­stowany. Z widoczną ciekawością, gotów być pobłażliwym, król się nieco przysunął.

— Czytaj! — rzekł, Brühl odkaszlnął, głos mu drżał nieco. Któż odgadnie, czy ten dowód trwogi nie był także rachu­bą? Król, ośmielając go, dodał łagodnie:

— Z wolna, wyraźnie, głośno. — Począł więc czytać depeszę młody paź, a głos, zrazu drżący, stał się wkrótce metalicznie brzmią­cym i donośnym. Na twarzy Augusta odmalowały się stopniowo zdumienie, radość, wesołość, podziw razem i jakby niedowierzanie. Gdy Brühl dokończył, nie śmiał podnieść oczu.

— Jeszcze raz, od początku — odezwał się król. Tym razem Brühl głośniej jeszcze, śmielej czytał i dobitniej. Królewska twarz rozjaśniła się. Uderzył w dłonie.

— Przewybornie! — zawołał. — Pauliby nie potrafił lepiej ani tak nawet. Pisz na czysto. — Brühl z niskim ukłonem przedstawił swój arkusz, który był tak napisany, iż od razu mógł być użytym. August go po ramieniu uderzył.

— Jesteś od dziś dnia moim sekretarzem do de­peszy. Pauli żeby mi się nie śmiał pokazywać na oczy. — Zadzwonił król. Wszedł służbowy szambelan.

— Hrabio — rzekł, zwracając się do niego — niech Paulego zawiozą do domu. Oznajmić mu proszę, gdy się wytrzeźwi, moje najwyższe nieukontentowane. Miech mi się nigdy nie pokazuje na oczy! Se­kretarzem do depeszy od dziś dnia Brühl. Zwolnić go od służby paziowskiej, niech tylko mundur za­trzyma. Zobaczymy.

Szambelan zdała uśmiechnął się stojącemu skromnie na uboczu chłopcu.

— Wybawił mnie z ciężkiego kłopotu — mówił August. — Znam Paulego, będzie do jutra leżał, jak kłoda, a depeszę trzeba wyprawić zaraz. Poszedł król ją podpisać.

— Kopię spisać — dodał.

— Z pamięci ją do słowa napiszę — rzekł Brühl cicho.

— Otóż to mi sekretarz! — zawołał August. — Pro­szą mu trzysta talarów kazać wyliczyć. Zbliżającemu się dla podziękowania król podał rękę do pocałowania. Był to znak łaski niemały. W chwilę potem kurjer, zabrawszy opieczętowa­ny list, biegł, trąbiąc, przez most galopem. Brühl pokornie wysunął się do przedpokoju. Tu już przez szambelana rozpowiedziana historja depeszy i nie­spodzianej łaski, jaka spotkała chłopaka, po którym niktby się był nie spodziewał tak nadzwyczajnej zdolności, powszechną budziła zazdrość i ciekawość. Gdy Brühl się ukazał, wszystkich oczy biegły za nim. Nie było znać na tak zaszczyconym łaską królewską naj­mniejszej dumy, okrył nawet radość swą pokorą ta­ką, jakby się wstydził tego, co dokonał. Po pokoju szeptali wszyscy, patrząc nań, i nowowchodzącym opowiadali historję szczęśliwego mło­dzieńca. Wieczorem obiegła po mieście, a gdy Brühl ukazał się skromnie między paziami na operze, Suł­kowski, który towarzyszył królewiczowi, przyszedł go pozdrowić i powinszować. Brühl zdawał się do najwyższego stopnia rozczu­lonym, nie umiał znaleźć wyrazów na podziękowanie.

— Widzisz, Brühlu — szepnął Sułkowski, poglądając nań z góry — ja ci wróżyłem zawsze, że się na tobie poznają; nie omyliłem się: orle oko naszego pana umiało cię wyróżnić.

Zaczęto bić brawa tenorowi, który śpiewał Solimana; Sułkowski klasnął, ale zwracając się do przyjaciela, rzekł:

— Ja tobie biję brawo! — Z pokorą wielką paź się ukłonił, zarumieniony. Po teatrze pozwolono mu zniknąć; miano mu to nawet za zasługę, że nie szedł popisywać się i chwa­lić szczęściem swojem. Towarzysze, którzy go w zam­ku w mieszkaniu jego szukali, i tam go nie znaleźli; pokój był zamknięty, służący zapewniał ich, że od dawna wyszedł na miasto.

W istocie po operze, osłonięty płaszczem, przekradł się Brühl na zamkową ulicę, a z niej na wio­dącą ku pałacowi na Taschenbergu, gdzie niegdyś jaśniała Cosel, a teraz panowała młodemu swojemu dworowi córka Cezarów, Józefina. Ktoby go tu był spotkał, pod murami przesuwającego się ostrożnie, posądziłby pewnie, iż idzie u nóg jakiegoś uróżowanego bóstwa złożyć laury zdobyte. Było do tego wszelkie podobieństwo. Miał lat dwa­dzieścia kilka, twarz cherubinka, a kobiety, popsute przez Augusta 11-go, tak były zalotne. Widoczne by­ło, iż pilno się starał, aby go nie postrzeżono i nie poznano. Płaszczem miał zasłoniętą twarz, a ile razy usłyszał kroki, tulił się do murów i przyśpieszał po­chód. Już był prawie przed pałacem królewiczowskim, gdy do przytykającej doń kamienicy wszedł szybko. Po cichu wbiegł po znajomych znać wscho­dach i, stanąwszy u drzwi, zapukał do nich trzy razy. Nie było na to odpowiedzi. Wyczekawszy jeszcze chwilę, puknął leciutko w ten sam sposób. Wewnątrz dały się słyszeć kroki powolne, drzwi uchylono, i pokazała się w nich głowa starego człowieka z nisko postrzyżonym włosem. Brühl wsunął się prędko.

Pokój, do którego wszedł, oświecony jedną świe­cą, zastawiony był szafami, ponury i smutny. Stary na zapytanie niezrozumiałe coś szepnął, ręką wska­zując. Brühl zrzucił płaszcz i, na palcach idąc, zbli­żył się ku drzwiom, do których z lekka zapukał. Głos dosyć żywy odpowiedział mu prędko:

— Favorisca! — Pokój, do którego wsunął się cicho młody paź, oświecony był dwiema pod umbrelką na stoliku palącemi się świecami. Obszerny był i dziwnie jakoś przystrojony. Szafka z książkami na półotwarta, kilka stolików, zarzuconych papierami; między oknami duży krucy­fiks z figurą Zbawiciela; na kanapce, wśród sukni, w nieładzie rzucona gitara.

U stołu, oparty jedną ręką, jakby tylko co wstał na powitanie gościa, czekał nań niemłody człowiek, nieco przygarbiony, z twarzą żółtą, wyciągniętą, dłu­gą, z brodą wystającą, z oczyma czarnymi. Poznać w nim było łatwo Włocha po typie i kroju rysów, w ustach wąskich, bladych, kryło się coś nieodgadnionego, ale twarz w ogóle żartobliwą raczej wyglą­dała, niż zagadkową. Było w niej coś razem dobro­dusznego i ironicznego. Duży nos orli spadał mu, kryjąc niemal wierzchnią wargę.

Na krótko obciętych włosach miał czarną jed­wabną czapeczkę, na sobie suknię ciemną i długą, która duchownego zdawała się oznaczać, na nogach czarne pończochy i trzewiki z wielkiemi klamrami. Zobaczywszy Brühla, otworzył ramiona.

— A! to ty, moje dziecko! Jakże się cieszę. Niech cię Bóg błogosławi! — Z wielką pokorą przysunął się młodzieniec do niego i, schyliwszy się, w rękę go pocałował. Gospodarz siadł prędko, usuwając książki i suk­nie, nagromadzone na kanapce, a bliskie krzesło wskazał Brühlowi, który trzymając w ręku kapelusz, raczej się przysiadł, niż usiadł.

— Ecco! ecco! — szepnął siedzący na kanapie — myślisz, że mi nowinę przynosisz? Wiem ja już! wszystko wiem i cieszę się. Widzisz, Opatrzność na­gradza, Bóg wiernym pomaga. Westchnął.

— Jemu też ja składam tylko dzięki — odezwał się Brühl cicho.

— I pozostań wiernym wierze, ku której serce się twe, łaską oświecone, skłoniło, a zobaczysz. Podniósł rękę w górę.

— Pójdziesz wysoko! wysoko! Niewidzialne ręce dźwigać cię będą; ja ci to mówię, ja. Jam ubożuchny i maleńki, ale wielkiego Pana sługa. — Oczyma błyszczącymi zmierzył siedzącego skrom­nie pazia i uśmiechnął się, i jakby już pobożnego dopełniwszy obowiązku, dodał wesoło:

— Byłeś na operze? jak śpiewała Celesta? patrzał na nią król? był królewicz? — Posypały się gradem pytania. Padre Guarini — tak się zwał ten, którego Brühl odwiedzał, spowiednik królewicza, powiernik królo­wej, duchowny ojciec młodego dworu — zdawał się co najmniej tyle zajmować operą, ile nawracaniem grzesznika, którego miał przed sobą.

— A któż nad królem króluje? — dodał. I nie czekając odpowiedzi, sam rzekł: — Pono jak w Polsce, elekcja dopiero ma nastąpić. — Zaśmiał się stary.

— Powiedzże mi choć co nowego oprócz tego, żeś sekretarzem został.

— Chyba, że żadne szczęście serca mojego i uczuć nie zmieni.

— Tak, tak, to ci radzę: bądź dobrym, choć po­tajemnym katolikiem. Od naszego teraźniejszego króla nie możemy ani wymagać, ani się spodziewać wielkiej gorliwości. Dobrze, iż takim choć jest, jakim się stał, ale młody będzie inny: święta nasza pani Józefa nie da mu znijść z drogi prawej. Na pamiąt­kę tego dnia chcę ci dać z błogosławieństwem coś, co ci szczęście przyniesie. Czekaj. Padre Guarini wysunął szufladę i, rękę w nią zanurzywszy, dobył różaniec czarny z medalem i krzyżykiem.

— Ojciec Święty sam własną ręką go pobłogo­sławił, odpust do niego przywiązany wielki, ale go codzień odprawiać potrzeba. — Brühl, niewyraźnie coś powiedziawszy na podzię­kowanie, w rękę dającego pocałował i wstał. Guarini pochylił mu się do ucha i coś szeptać zaczął, na co paź, tylko potwierdzająco schyliwszy głowę kilka razy, znowu rękę chudą ucałował i wy­sunął się po cichu. We drzwiach czekał nań stary ze świecą. Temu wsunąwszy talara, osłoniony znowu płaszczem, spuścił się ze schodów. Doszedłszy do drzwi, wyjrzał ostrożnie na ulicę, a nie widząc w niej nikogo, wybiegł prędko. O kilka kroków dopiero zatrzymał się, zdając namyślać. Różaniec, który miał obwinięty około ręki, schował śpiesznie do bocznej kieszeni, a sam, podniósłszy głowę, szukał znanego domu około kościoła św. Zofii.

Drzwi kamienicy, do której dążył, stały otworem. W obszernej sieni o gotyckich łukach cicho było i pusto. Na niskie i pierwsze piętro wszedłszy, Brühl zadzwonił. Służąca wyszła mu otworzyć.

— Jest ksiądz pastor w domu? — zapytał.

— Jest i ma gości, z którymi się rozmową za­ bawia.

— Goście? — wahając się, podchwycił Brühl, jakby go do wnijścia zniechęciło. — Któż taki?

— Młodzież z Lipska, łakoma słowa Bożego i światła. — Brühl jeszcze stał w progu, gdy poważna postać średnich lat człowieka ukazała się ze drzwi pobli­skich.

— Nie chcę być natrętnym — rzekł paź, kłania­jąc się.

— Nigdy nim pan nie byłeś i nie jesteś — odparł cichym głosem, zimnym i wyraźnym, gospodarz. Na to ja teraz narażony nie jestem, by mi się do drzwi ludzie cisnęli. Chodź pan, proszę. Wchodzi się w protestanckim kraju do duchownego po kryjomu, jako pierwsi chrześcijanie do katakumb wchodzili. Chwała tym, co mają odwagę próg nasz przestąpić. — To mówiąc, wprowadził Brühla do obszernej izby, skromnie przybranej, ale z kwiatami na oknach. Szpinecik otwarty stał przy ścianie. Nie było tu ni­kogo oprócz dwóch młodzieńców, z których słuszniej­szy wzrostem zdał się Brühlowi znajomym. Przypo­mnieć sobie tylko nie mógł, gdzie i kiedy go wi­dział. Pięknej postawy młodzian patrzał też z uwagą na gościa, a po chwili przystąpił doń.

— Jeśli się nie mylę — rzekł — drugi to raz spoty­kamy się w życiu. Winienem panu, żem na drogę wyprowadzony, nie popadł w ręce królewskich pa­chołków jak włóczęga.

— Hrabia Zinzendorf…

— Brat w Chrystusie — odparł młodzieniec — a chociażbyście byli katolikiem, arianinem czy kimkol­wiek bądź, byleście w Zbawiciela wierzyli i ufali Mu, pozdrowię was zawsze tym wyrazem: brat w Chry­stusie. — Brühl milczał.

— Cóż na dworze słychać? — spytał gospodarz. — Myślę, że nic innego, jak z rana litanię, a wieczorem operę, ale zmilczę. Siądźcie, mój gościu.

— Posiadali wszyscy, Brühlowi widocznie przytomność obcych zamykała usta. Zinzendorf długo i z zajęciem mu się przypatrywał, niby w duszy jego czytał, lecz te okna, którymi zajrzeć mógł do wnętrza, oczy piękne Brühla, zamykały się przed nim: zdawał się unikać spojrzeń i lękać się ich przenikliwości.

— Prawdaż to, że kościół katolicki budować my­ślą? — zapytał gospodarz.

— Nie słyszałem o tyrn, tylko jak o projekcie dalekim — odpowiedział Brühl — a wątpię bardzo, aże­by król pan nasz, który tyle pozaczynał gmachów, mógł nam o nowym pomyśleć.

— Zgrozaby była! — wyjąknął pastor.

— Dlaczego, czcigodny panie? — przerwał mu Zinzendorf. — Zarzucamy im nietolerancję, a mielibyśmy się nią sami posługiwać? — Brühl żywo skłonił głowę, potakując, ale w chwili, gdy to czynił, spotkał surowe wejrzenie pastora i ruch ten, jakby nagle powściągniony, dwuznaczny, zmie­nił się uśmiechem. Rumieniec wystąpił mu na twarz.

— Hrabio — odezwał się pastor, obracając ku nie­mu — to są myśli młodzieńcze, bardzo piękne w ustach waszych, ale w życiu niemożliwe. Na dwu ramionach płaszcza nosić nie można, ani dwóm Bogom służyć, ani dwu wiar kochać, boby się żadnej nie miało, jak… jak to się dziś wielu i najwyżej położonym zdarza. Westchnął pastor, zrozumieli wszyscy, do kogo pił. Brühl udał, że nie słyszy, żałował nawet może, iż wszedł w towarzystwo, tak drażliwemi zajmujące się zagadnieniami. Przeciwnie, Zinzendorf zdawał się uszczęśliwiony i z poszanowaniem chwycił rękę pastora.

— Czcigodny panie! — zawołał — a jakżebyśmy na­wracali i prawdą krzewić mogli, gdybyśmy sią nie zbliżyli i nie zbratali z innowiercami? Chrystus nie stronił od Faryzeuszów i niewiernych, lecz łagodno­ścią i miłością ich nawracał.

— Młody jesteś i marzysz — westchnął pastor. Hrabio, a gdy ci przyjdzie walczyć i z poezji twych przejść do czynu…

— A! za tern gonią, tego pragną — odezwał się młody entuzjasta, podnosząc ręce do góry — gdybym siebie tylko miłował, poszedłbym Zbawiciela szukać na pustyni i w rozmyślaniu; ale kocham braci, ko­cham wszystkich i zbłąkanych nawet. — Pastor, Brühl i młody towarzysz słuchali, każdy z innym usposobieniem, mówiącego. Pierwszy stal chmurny i rozdrażniony, drugi zafrasowany, choć się uśmiechał, trzeci z uwielbieniem chwytał słowa.

— Myślą, że ta gorącość wasza, miły panie — odezwał się nieco żartobliwie pastor — ostygnie na dworze.

— A! nie, nie, nigdy w świecie! — odstępując krok, zawołał Zinzendorf — ja na dworze? Żadna siła w świecie nie potrafi mnie tam zapędzić. Mój dwór to ubogie na duchu i na ciele dziatki Boże, moja przyszłość to zastosowanie nauki Chrystusa do życia i wlanie miłości Zbawiciela w społeczność naszą strupieszałą. Ja pójdą do tych, w których żyje duch, aby go rozdmuchać i rozpłomienić; na dworze byłbym wyśmianym: tam spełnią, do czego powołanym się czują.

— Rodzina jednak wasza, panie hrabio… — dodał pastor.

— Ojciec mój w niebiesiech — prędko dokończy! Zinzendorf — temum winien posłuszeństwo. — Brühl po krótkiej chwili przekonał się, że tu nie miał co czynić dłużej. Zinzendorf ze swą mową dziwną napełniał go strachem; odwiódł na stronę pastora ku oknu i, szybko rozmowę z nim cichą poprowadziwszy, pożegnał go uprzejmie, śpiesząc z powrotem. Młodemu apostołowi skłonił się tylko z daleka, z prawdziwie dworską grzecznością, i znikł.

Czy u ojca jezuity, czy u pastora był szczerym przyjacielem i gościem, o tern wyrokować nie umie­my, i to pewna, że obu odwiedzał gorliwie i o łaski ich się starał, nadskakując więcej Guariniemu, niż Knóflowi, choć publicznie ani ojciec jezuita jego, ani on Włocha nie zdał się znać wcale. W ulicy namyślił się Brühl znowu. Tuż był pałac królewicza. Przed bramą jego dwóch gwardzistów straż trzymało. Po chwili młody paź wsunął się w pod­wórze i na prawo pobiegł do oficyny. Otwarte je­szcze drzwi i oświecone okna dozwalały spróbować szczęścia na młodym dworze. Tu mieszkała wielka ochmistrzyni dworu królewiczowej, hrabina Kolowrath-Krakowska, osoba wielce poważna, lat śred­nich, ulubiona królewiczowej Józefie, a łaskawym spoglądająca okiem na młodego pazia, który jej wszystkie plotki z zamku przynosił, za co wszelkie­go rodzaju łakociami był karmiony. Miał on tu dozwolone wejście o wszelkiej dnia godzinie, a korzystał z niego rozumnie, tak, aby lu­dzie ani go widzieli zbytnio, ani nadto się mogli sto­sunków domyślać. W przedpokoju, w wielkiej liberii dworu, stał w pe­ruce kamerdyner wielkiej ochmistrzyni, który kłania­jąc się i nie mówiąc nic, drzwi mu otworzył.

Brühl wszedł na palcach. Salon był prawie ciemny, kilka świec woskowych z długimi knotami paliły się same sobie na stoliku, i w mdłym ich świetle wiszące na ścianach poczerniałe obrazy dziwaczną mieszaniną świateł i cieni jak widma jakie majaczyły. Cicho było i w dalszych pokojach. W prawo tylko przez półotwarte podwoje struga żywszego światła przelewała się do sali, i stamtąd dał się słyszeć jakby szmer życia; gdy na posadzce skrzypienie trzewików Brühla słyszeć się dało, zza drzwi pokazała się nisko główka dziecięca. Brühl zbliżał się ostrożnie.

— A to wy, panie Henryku — ozwał się głosik dziecięcy i świeży. — A! to wy! Czekaj pan. — Znikła główka, ale wkrótce potem podwoje otwarły się szeroko, i weszła dziewczynka ośmioletnia. Możnaż ją było tak nazwać — albo raczej ośmioletnią hra­biną czy IaJką? W atłasowej sukience z koronkami, w jedwabnych pończoszkach, w trzewiczkach na wysokich korkach, z główką ufryzowaną i upudrowaną wystąpiła zachwycająca panienka, już nie dziecko, niestety, już dama, i uśmieszkiem witając Brühla, dygnęła mu tak, jak na dworze było we zwyczaju i jak ją maître de ballet, sam pan Favier wyuczył. A minkę miała tak śmiesznie poważną, tak niewysłowienia surową, jak one figurynki porcelanowe aniołków we frakach, które w Meisen wyrabiano.

Dygnęła Brühlowi, Brühl oddał jej ukłon jakby staruszce. Wielkiemi czarnymi oczyma spojrzała nań dziecina, jakby szukając czci i hołdu za swój cudow­ny ukłonik; ale w tej chwili powaga jej nie wy­starczyła i parsknęła śmiechem. Komedia była skoń­czona.

— A! to wy, panie Henryku?

— A jej ekscelencja?

— Mamina ekscelencja na pacierzach u królewiczowej. Padre Guarini czyta Iitanję i rozmyślanie… a ja, ja się nudzę! Tylko piesek Filidorek, pani Braunowa została i ja, sierotka. Słuchaj, Brühl, ty mógł­byś się pójść ze mną we dwór zabawić: ja będę grała królową, a ty — wielkiego ochmistrza, a Filidorek kogo?

— Panno Franciszko, bawiłbym się z wami, w cobyście kazali, ale ja do króla muszę, nie bawić się, ale służyć.

— Toś niegrzeczny dla dam! — odpowiedziała hrabianka z miną starej jejmości, która ją niezrówna­nie uczyniła śmieszną. — Ja waćpana kochać nie bę­dą i jeśli się kiedy we mnie zakochasz…

— A! pewnie! i to bardzo prędko — zawołał Brühl, śmiejąc się.

— Zobaczysz wówczas, jakie będę robiła miny i jaka będę okrutna — dodała Frania. To mówiąc, zwróciła się do niego prawie piecami, chwyciła z krzesła leżący na nim wachlarzyk. Główką pochyliła w tył, usta podniosła do góry i spoj­rzała na Brühla z niewysłowioną pogardą. Brühl stał zachwycony, a scena ta byłaby może trwała długo, gdyby szelest atłasowej sukni nie dał się słyszeć i śmiech.

— Francesca! Brühl, córkę mi bałamucisz… — Osoba, która to wymówiła, była słusznego wzro­stu, majestatycznej postawy, piękna jeszcze bardzo, a nade wszystko arystokratycznie i pańsko wygląda­jąca. Była to matka Frani, hrabina Kolowrath-Krakowska, wielka ochmistrzyni dworu królewiczowej. Zoba­czywszy matkę, niezmieszana Frania odnowiła ceremonialne dygnięcie według p. Favier i dopiero przy­biegła do jej ręki. Brühl, na pół zgięty naprzód, wyprostowawszy się, patrzał z zachwytem w czarne oczy hrabiny. Pierwsza, może nawet druga jej młodość już była odbiegła, ale obie zostawiły po sobie rysy nietknięte, jakby wyrzeźbione z białego alabastru, które pożycza­ny żywy krasił rumieniec. Białość tej płci podnosił kruczy włos, tego dnia bez pudru, ale ze staraniem związany. Postać zdawała się mimo pełnych form kształtu, zarazem i silną. Zmrużonemi nieco oczyma popatrzała na pazia.

— Franiu! — rzekła — idź do pani Braunowej. Ja mam coś do mówienia z panem Henrykiem. — Figlarnie spojrzało dziewczę na matkę, pokiwało główką i znikło. Wielka ochmistrzyni, poruszając żywo wachlarzem, zaczęła chodzić po sali i, pochyliwszy się ku Brühlowi, rozmawiać z nim poufale. Brühl z rękami w tył założonymi szedł za nią ra­czej niż obok niej, ukazując wielkie uszanowanie, chociaż parę razy przybliżył się aż nadto może bli­sko. Tej rozmowy tajemnej nawet obrazy, wiszące na ścianach, słyszeć nie mogły. W pół godziny po niej paź siedział w przedpokoju króla na krześle i drze­mać się zdawał.

III

Dziesięć lat upłynęło od tego prologu życia Brühla, od tych scen pierwszych długiego dramatu. Brühl był zawsze jeszcze tym świetnym, miłym, grzecznym, czarującym młodzieńcem, którego urokowi nawet nieprzyjaciele jego oprzeć się nie mogli; ale Brühl już daleko zaszedł od pazia, sekretarza J. K. Mości. Na wspaniałym zawsze dworze tego Ludwika XIV. Północy, którego pochlebcy często równali z królem Słońca, zmieniały się postaci, ludzie, ulubieńcy, fa­woryty. W kilka lat po owem pogrzebaniu radcy Paulego, którego miejsce tak szczęśliwie zająć się udało Brühlowi, ulubieniec króla Augusta został jego kamerjunkrem. Po śmierci starego Fleminga odziedziczył tajną kancelarję J. K. Mości. Wkrótce potem dostało mu się szambelaństwo i klucz do fraka, bo klucz do serca, pokojów i szkatuł­ki J. K. Mości miał już dawniej; na ostatku rychło jąkoś wielkie podkomorstwo go spotkało i stworzony dla niego urząd i dostojeństwo nowe, Grand Maitre de la garderobe. Do garderoby tej należa­ły galerie, zbiory sztuki i różne wydziały domowego zarządu Augusta II, który bez tego niezrównanego Brühla obejść się nie mógł.

Król August Mocny od owych czasów, gdy tak dzielnie dokazywał z kielichem, koniem i szablą, znacznie się postarzał. Herkulesową, wspaniałą za­wsze miał postać, lecz już nie jego siłę: nie bawił się łamaniem podków ani ścinaniem łbów koni. Strojny, uśmiechnięty, chodził o lasce, a gdy, dwo­rując przy damach, dłużej nieco stać musiał, szukał oczyma taboretu, i przypominało mu się w nodze to miejsce, od którego, ocalając życie N. Panu, Weiss, lejb-chirurg króla, odciął palec Herkulesowi, stawiając w zakład głowę za palec. Głowa ocalała, palca nie było, a stać długo na tej nodze król nie mógł. Zło­tych to czasów było wspomnienie, owego turnieju, gdy zdobył serce księżny Lubomirskiej. Miłości kró­lewskie wszystkie, jedna po drugiej, złotemi skrzy­dełkami rozleciały się po świecie. Nawet ostatnia, Orzelska, teraz księżna Holstein-Beckowa, była już poważną matką rodziny i właśnie w tym roku (1732) w karnawale dała życie przyszłej głowie rodziny ksią­żęcej.

W tym roku także karnawał obiecywał się być świetnym. Brakło cokolwiek pieniędzy, czego król Jegomość cierpieć nie mógł; ten Brühl, który wszyst­ko tak dzielnie sprawiać umiał, uznany został jako jedyny człowiek, mogący N. Panu spokojność za­pewnić. W karnawale więc, i to w tłusty poniedzia­łek, kró!, zaszczyconemu już mnóstwem urzędów dworskich, skromnemu Brühlowi oddał uroczyście dyrektorstwo główne akcyzy i podatków. Na próżno skromny a obarczony ciężkimi nader obowiązkami młodzieniec wypraszał się od zaszczytu tego, uznawał go niegodnym: król August II nie zno­sił sprzeciwu, nie lubił wymówek i zmusił go do stania na straży u kasy. Brühl odtąd miał pilno­wać, aby Paktol płynął złotem bez przerwy, choćby pot i łzy razem z nim sączyć się miały.

Nie był to już ów paź cichy, lecz mąż, z którym najsilniejsi rachować się musieli. Król nie dawał nań słowa powiedzieć, marszczył się groźnie. W nim jed­nym znajdował to, czego dawniej w dziesięciu szu­kać musiał. Brühl znał się na obrazach, lubił muzy­kę, rozumiał, jak się grosz wyciąga stamtąd, gdzie go nie ma, jak się może być głuchym, gdy trzeba, ślepym, gdy z tern lepiej, posłusznym zawsze. Brühl miał już naówczas z łaski pańskiej kamie­niczkę niedaleko od zamku i zrobił z niej pieścidełko.

Właśnie przed wieczorem ostatniego wtorku, któ­ry świetnie miał być obchodzony na zamku, nowy dyrektor akcyzy, bo wczoraj dopiero mianowany, we własnym domu (pałacem tego jeszcze nazwać nie było można) spoczywał w krześle zadumany i zda­wał się na kogoś oczekiwać. Pokój, w którym przysiadł na chwilę, mógł być gabinetem najwybredniejszej z kobiet, zepsutych zbytkiem dworu. W kwiecistych ramkach złoconych świe­ciły zwierciadła, ściany okrywała bladoliliowa materia jedwabna, na kominie, gerydonach, stolikach porce­lany było pełno i brązów, posadzkę okrywał miękki kobierzec. Brühl z nogami wyciągniętymi, wsparty wygodnie na miękkiej poręczy krzesła, z rękami złożonymi, które z bogatych mankietów pięknymi kształty się dobywały i świeciły kilkoma pierścienia­mi, zdawał się zatopiony w myślach i rachubach.

W głębi domu jedne po drugich po cichu zaczęły się drzwi odmykać. Brühl nastawił ucha. Kroki się ku drzwiom zbliżały. Chód dawał poznać człowieka; był ostrożny, miękki, służbisty, kogoś takiego, co zwykł był przychodzić, ale do którego jeszcze nie przychodzili drudzy.

— To on — szepnął Brühl i podniósł się w krze­śle — to on… — Puknięcie do drzwi było tak lekkie i poszanowa­nia pełne, jakby bawełnianymi palcami dotknął ktoś tylko aksamitnej opony. Brühl cicho odezwał się: — „Herein” — i drzwi uniosły się na zawiasach, tak, że skrzypnąć nie mogły, a zamknęły się, nie wydając głosu. U drzwi stał człowiek z rodzaju tych, co się po dworach tylko znajdują, bo tylko do dworów się rodzą i choć kolebka ich stała w stajni, trumna pewnie w pałacu się znajdzie. Postać miał słuszną i zręczną, a silną, giętką i wyrobioną do wszelkiego ruchu jak dziecię kuglarza; lecz niczym ona była przy twarzy. Na pierwszy rzut oka na tej masce, hieroglifami startymi zapisanej, nie widać było nic. W zmarszczkach, które nikły, gdy milczał, chowały się wszystkie sprężyny, co twarzą władały. Spokojny, wy­pogodzony, z ustami tak ściętymi, że ich prawie wi­dać nie było, pokorny, stał u drzwi przybyły i cze­kał, aby z niego słowo dobyto. Strój nie zdradzał stanu. Nie był wytworny ani bijący w oczy: suknia ciemna, guziki stalowe, kami­zela skromnie szyta, reszta ubioru czarna; u trzewi­ków klamry szmelcowane, prawie niewidoczne, u boku szpadka z rękojeścią stalową, na głowie peruka, która starała się być wiecej urzędową i poważną, niż zalotną. Pod pachą czarny kapelusik bez galonów, na jednej ręce rękawiczka ciemna, mankiety nawet karbowane z batystu zapomniał obszyć koronką. Brühl, zobaczywszy wchodzącego, wstał tak żywo, jakby go sprężyna rzuciła, i przeszedł się po pokoju.

— Hansie — odezwał się — mamy pół godziny czasu; wezwałem cię dla ważnej rozmowy. Otwórz, proszę, drzwi, czy w przedpokoju nie ma nikogo. Posłuszny Hans, którego drugie imię było Chrystian, a nazwisko Hennicke, drzwi cicho przymknął, rzucił okiem i dał znak ręką, że są sami.

— O tern wiesz — rzekł Brühl — że N. Pan wczoraj mnie mianować raczył dyrektorem akcyzy i wicedy­rektorem podatków.

— Chciałem mu właśnie powinszować — rzekł Hennicke z ukłonem.

— Hansie — zawołał Brühl — w dwóch słowach: chcesz mi być pomocą, ręką prawą, chcesz poprzysiąc mi wierność i posłuszeństwo bez granic, niezłomne; chcesz na złamanie karku bodaj iść ze mną? Mów!

— Ale my we dwóch karku nie możemy skręcić — z cichym i zimnym uśmiechem szepnął Hennicke i potrząsł głową.

— Potężniejsi od nas je kręcili.

— Tak, ale od nas dwu, ekscelencjo, zręczniej­szych nie było. Siła i potęga, to jeszcze nic, kto ich użyć nie umie. Ja wam ręczę, potrafimy.

— Ale ważysz się dzielić moje losy i iść ślepo, z zawiązanemi oczyma?

— Byłem rąk nie miał związanych — odparł Hen­nicke — zgoda.

— Pamiętaj tylko — chłodno rzekł Brühl — to nie płoche słowa, to uroczysta ma być przysięga. Z jakimś szyderskim wyrazem Hennicke podniósł rękę z dwoma palcami do góry i rzekł:

— Przysięgam… ale na co, mistrzu i panie?

— W obliczu Boga — odezwał się Brühl, schylając głowę pobożnie i składając ręce na piersiach — Hen­nicke, ty wiesz, żem szczerze pobożny i żadnych żartów…

— Ekscelencjo, ja z nikogo i z niczego nie żar­tuję nigdy. Żarty to droga rzecz, niejeden je życiem przypłacił.

— Jeżeli pójdziesz ze mną — dodał Brühl — ja ze swej strony ci przyrzekam, że cię wyniosę i zbogacę, dam władzę, znaczenie, fortunę…

— Nade wszystko ostatnie — rzekł Hennicke — bo to w sobie zamyka resztę… fortuna…

— Zapomniałeś o losie tego, co z fortuną po­szedł do Konigsteinu.

— A wiecie dlaczego? — spytał stojący u drzwi.

— Niełaska pana, niełaska Boga.

— E! I lekceważenie pantofla — dodał Hennicke.

— Rozumny człowiek na ołtarzu powinien postawić pantofel i do niego się modlić: kobiety wszystko robią.

— Przecież same padają. R Cosel? Cosel w Stolpen.

— A kto Cosel wywrócił? — spytał Hennicke. — Przypatrzcie się, jasny panie, przez szkiełko, a zo­baczycie tam białe paluszki Denhoffowej i maleńki pantofelek, pod którym wielki król siedział. — Brühl zmilczał i westchnął.

— Wasza ekscelencja od wczoraj rozpoczynacie nowe życie, winniście sobie zapisać dla nieustającej pamięci: kobieta…

— Pamiętam o tern — chmurno odparł Brühl — ale… nie czas o tern mówić, Hennicke. Jesteś więc ze mną?

— Na śmierć i życie — odparł Hans. — Jestem człowiek mały, ale mam dużo doświadczenia, i uwierz­cie mi, że moja mądrość, czerpana w przedpokojach, nie gorsza jest od tej, która się na srebrnych blatach w salonach podaje.

— Dlatego w sprawie tej akcyzy i podatków, Hen­nicke, tyś mi potrzebny nieodzownie, koniecznie. Król potrzebuje pieniędzy, a kraj jest wyczerpany: stękają, jęczą, skarżą się.

— Ktoby ich tam słuchał — odparł zimno Hennicke. — Oni nigdy nie będą kontenci, oni wiecznie piszczeć muszą; dusić ich trzeba jak cytrynę, żeby sok wydali.

— Ale czem i jak?

— E! e! znajdziemy środki…

— Skarżyć się będą.

— Komu? — rozśmiał się Hennicke — alboż to my dróg szablami nie możemy pozamykać, a tych, co za głośno się odezwą, nie mamy prawa dla spokoju pana wsadzić do Königsteinu, posłać do Sonnenstein i zamurować w Pleissenburgu?

— Tak, to prawda — rzekł Brühl zamyślony — ale to nie da pieniędzy.

— Owszem, to nam je ściągnie: trzeba suro­wości. Powoli puszczono cugle wszystkiemu. Szlachta się zaczęła odzywać, mieszczanie skowyczeć, aż i chłopi w lamenty. Brühl słuchał z wielką uwagą.

— Pieniędzy potrzebujemy ogromnie wiele. Oto i teraźniejszy karnawał, myślisz, że darmo przejdzie?

— Tak jest, i wszystko, co dwór puści, spłynie na lud, w ziemię nie wsiąknie, mają więc czym płacić. Pieniędzy — dodał, spoglądając na Brühla — potrze­bujemy dla pana, a zdałyby się i nam, i waszej ekscelencji, i jego pokornemu słudze. Uśmiechnął się zagadnięty.

— To się rozumie, za cóżbyśmy pracowali w po­cie czoła i tyle przekleństw brali na dusze.

— No, gdzie idzie o posłuszeństwo, tam Bóg tych mizernych głosów nie słucha. Król musi mieć, co mu trzeba.

— A my, co nam należy — dorzucił Hennicke — co Bogu, to Bogu, co panu, to panu, a co poborcy, to poborcy. — Brühl stanął przed nim zamyślony i po krótkiem milczeniu rzekł cicho:

— Więc oko miej otwarte, ucho pilne, donoś mi wszystko, pracuj za mnie i dla siebie razem, donoś mi, co trzeba; ja mam już tyle na głowie, że bez ciebie nie dam radywydołam.

— Zdajcie się na mnie — odezwał się Hennicke — rozumiem to dobrze, że pracując dla was, dla siebie też pracuję. — Skłonił się Brühl po ramieniu go poklepał.

— Hennicke, wyprowadzę cię wysoko.

— Byle niezbyt i nie na nowym rynku — szepnął Hans.

— A! o to bądź spokojny. A teraz tyś rozumny, jaką dajesz mi radę Jak to się utrzymać na dwo­rze? Wejść na schody — to jeszcze nic, ale z nich na łeb nie zlecieć — to sztuka.

— Ja mam tylko jedną radę, ekscelencjo — począł były lokaj — wszystko się robi przez kobiety, bez ko­biet nic się nie dzieje.

— O, o! — odparł Brühl — są inne drogi.

— Ale ja wiem, że wasza ekscelencja macie za sobą Padre Guariniego i ojca. Tst! Hennlcke!

— Milczę, a jednak dodam; czas waszej ekscelencji o tem pomyśleć, co potęga kobieca znaczy. — Brühl westchnął.

— Skorzystam z rady, zostaw to mnie. — Milczeli chwilę.

— Jakże wasza ekscelencja jest z hr. Sułkowskim? — po cichu szepnął Hennicke.

— O! — uśmiechnął się Brühl — to mój przyjaciel.

— A hr. Moszyński? — rzucił Hennicke. Brühl drgnął i zarumienił się. Spojrzał na mówią­cego bystro, jakby chciał dojść, czy to nazwisko wspomniał z myślą podstępną. Hennicke miał twarz niewinną i spokojną.

— Hr. Moszyński nic nie znaczy — syknął Brühl — nie znaczy nic i znaczyć nigdy nie będzie.

— N. Pan oddał mu własną córkę — rzekł Hen­nicke powoli. Brühl zamilkł.

— Ludzie mają złe języki — począł, odpocząwszy nieco, Hennicke — na pannę Cosel mówiono, że wo­lałaby była kogo innego nad hr. Moszyńskiego. — Spojrzał mu w oczy. Brühl stał dumnie milczący.

— Tak — wykrzyknął z niecierpliwością — tak, wziął mi ją, wyżebrał, wyintrygował.

— I zrobił waszej ekscelencji największą łaskę w świecie — rozśmiał się Hennicke — stara miłość nie rdzewieje, powiada nasze przysłowie. Zamiast jednej sprężyny, dwie mieć możecie. — Spojrzeli sobie w oczy, ale znać było na twarzy Brühl chmurę, która po niej przeciągnęła. Dosyć o tem — dodał — a więc Hennicke, licz na mnie. Co dzień o szóstej, tylnymi drzwia­mi… mieć będziesz biuro tu u mnie: jutro dostaniesz pierwszą nominację. — Hennicke się skłonił.

— I pierwszą pensję, do podniesionej pracy sto­sowną. — Hennicke pocałował go w ramię i położył rękę na sercu, a potem powoli, cicho i nieznacznie się wysunął. Brühl targał dzwonek. Wpadł kamerdyner przestraszony.

— Na zamku gospodarstwo za pół godziny się rozpoczyna: lektyka?

— Stoi na dole.

— Domino? maska?

— Wszystko gotowe — to mówiąc, kamerdyner otworzył drzwi i przez obszerny przedpokój przepro­wadził Brühl do garderoby. Już naówczas pokój, który ją zawierał, mógł się zaliczyć do osobliwości stolicy. Dokoła otaczały go wielkie szafy rzeźbione, które w tej chwili wszystkie stały otworem. Pomiędzy dwoma oknami, na które spuszczone były zasłony, stał stół okryty, na nogach brązowych, na nim wielkie zwierciadło w porcela­nowych ramach z kwiatów i aniołów. Na tym stole u zwierciadła stał cały przybór do stroju, jakby dla kobiety. W szafach widać było w wielkim porządku każdy strój z całym garniturem, począwszy od trzewików do kapelusza, a nawet zegarki i szpady. Na dzisiejszy wieczór nie tyie strój, ile domino było potrzebne. W osobnej szafie leżały maskara­dowe przybory, wisiały płaszcze, kapelusze, kapiszony i okrycia. Brühl stanął i zamyślił się nad wyborem. Ważnym był krok ten stanowczy. Król lubił, aby się poznać nie dawano. Brühl może poznanym rychło być nie chciał. Kamerdyner, chodzący za nim z dwiema świecami w rękach, czekał skinienia.

— Gdzie jest ten strój weneckiego szlachcica, któregom nie miał czasu użyć w grudniu? — Służący rzucił się do szafy, stojącej w kącie, za­słoniętej skrzydłem otwartem drugiej, która przy niej stała. Brühla oko wnet padło na czarne aksamity.

Rozkaz był wydany, zaczęło się szybko ubieranie. Suknie leżały wybornie i nadawały postać szlachetną i zręczną pięknemu panu. Wszystko było czarne, aż do pióra przy kapeluszu i szpady szmelcowanej u bo­ku. Na piersi tylko spadał ciężki, przepyszny łańcuch złoty, na którym Brühl zawiesił medal z wizerun­kiem Augusta Mocnego. Tak przybrany, przejrzał się w zwierciadle i nałożył pół maseczki. Dla niepozna­ki zaś, na brodzie, ogolonej świeżo, przylepił zręcz­nie plasterkiem bródkę hiszpańską, która zdawała się prawdziwą i mogła obałamucić znajomych. Zmienił na palcach pierścienie i szybko schodzić począł. Porte-chaise, jak naówczas zwano lektykę, stała w sieni domu. Dwaj tragarze przebrani byli po wenecku z czerwonymi wełnianymi czapkami na głowach i płaszczykach aksamitnych, oliwkowych na ra­mionach, obaj też mieli maski na twarzach. Zaled­wie z przodu zamknęła się lektyka, której zielone zasłonki były pospuszczane, tragarze unieśli ją w górę i pobiegli z nią ku zamkowi.

W głównych wrotach stały strojne straże gwardii, nie wpuszczano nikogo oprócz pańskich powozów i lektyki bogatych. Lud cisnął się ciekawy tłumnie, ale odźwierni nastawiali zębate halabardy i odpycha­li go od wejścia. Jedne po drugich wjeżdżały z pochodniami po­wozy, lektyka po lektyce; w dziedzińcach służby już było pełno. Rzęsistym światłem gorzał zamek cały, bo dwa dwory i dwa gospodarstwa przyjmować mia­ły gości dnia tego: sam król u jednego stołu, u in­nych — królewicz z żoną. Z sali królewskiej do królewiczowskiej wiodły oświetlona rzędy pokojów, w których już przez okna widać było kręcące się masek cienie.

Lektyka Brühla zatrzymała się u ganku, otwarto wnijście, i wenecki szlachcic z powagą syna doży wybiegł z tej kryjówki. W chwili, gdy miał wstępować na wschody kamien­ne, dywanami okryte, nie wiedzieć skąd zjawiła się obok niego postać drugiego Włocha, ale wcale inna. Był to mężczyzna zamaskowany, o głowę od niego wyższy, barczysty, silny, po żołniersku wyprostowany, z piersią wydatną, ubrany jako zbir i niby zdjęty ze starego obrazu Salvatora Rosy. Całą jego twarz okry­wała maska dziwna, marsowa, skrzywiona, sroga i straszną, z długimi wąsami i kosmykiem na brodzie. Brwi jej, w dwa esy pogięte, zbiegały się w środku i dwiema prostemi marszczkami przedłużać się zdawały po czole. Brühl spojrzał tylko na tę ma­skę niemiłą i szedł dalej ku górze, lecz zbir widocz­nie go chciał dognać i zaczepić.

— Signore! — wołał syczącym głosem — Come sta? Va bene? — Brühl głową tylko mu odpowiedział. Ten mu się nachylił do ucha i szepnął coś, aż Brühl, widocznie gniewny, odskoczył. Śmiech się dobył spod maski. Zbir palcem wytknął go i stał.

— Do widzenia, najdroższy, do widzenia. — I powoli za nim pociągnął. Słychać już było mu­zykę z sali królewskiej. Zbirowi nie było widać pilno, szedł powoluteńko, ręka w bok, nogami długimi ledwie dźwigając leniwie. Gdy ostatnie przestępował schody, Brühl już mu z oczu w tłumie zginął. W salach i pokojach było pełno. Od blasku świateł, od krasy strojów bogatych, od lśniących diamentami kobiet oczy ślepły. We wspaniałych strojach polskich, z szablami, wysadzanymi w drogie kamienie, przechadzało się kilku łatwych do poznania senatorów, na których twarzach tylko dla zachowania rozkazu króla wąski pasek czarny niby maski przedstawiał. Mnóstwo Turków, Maurów, Hiszpanów, kilku mnichów zakapturzonych, kilka bóstw mitologicznych niewieścich z odsłonionymi wdziękami, a zasłonionymi twarzami, mnóstwo Wanecjan, podobnych do Brühla, wyróżniało się w tym tłumie, w którym i na pulcinellu i na arlekinie nie zbywało.

Królowa Elżbieta, Maria Stuart, Henryk IV… Ko­góż tam nie było? Król o lasce ze złotą gałką po­woli przechadzał się, zaczepiając kobiety i usiłującje poznawać. Nie było mu to trudnym: znał je wszyst­kie dobrze, te przynajmniej, które poznania godne były. W salach piękne panie były gospodyniami, przy stołach i bufetach urządzone były gospodarstwa: chińskie, japońskie, tureckie i t. p. Każda z pań na ten wieczór musiała być szynkarką i gosposią dla dostojnych gości. Poza salami królewskiemi takież same stoły trzy­mała królewiczowa Józefa ze swym dworem. Świetniała przy jednym z nich hrabianka Fran­ciszka Kolowrathówna, owa swawolna Frania, która ośmioletnia umiała już tak dobrze grać rolę dojrza­łej panny dworu. Teraz była to świeża, zalotna, we­soła, dumnie z góry patrząca dzieweczka, cała bry­lantami okryta, której pasterski strój nie przeszka­dzał chwalić się z macierzystymi klejnotami.

Królewiczowa Józefa mało w tej zabawie brała udziału, znajdowała się tu tylko dla przypodobania teściowi i mężowi. Dumna jej postawa, twarz suro­wa i niepiękna, obejście się zimne nie przyciągały ludzi. Wiedzieli wszyscy, że nie lubiła płochych za­baw, ze wolała życie rodzinne, modlitwy i… plotki. Surowa dla siebie i dla drugich, poglądała bacznie na tych, co się około niej obracali. W atmosferze, która ją otaczała, panował chłód i sztywność. Nie śmiał tu sobie nikt swobodnego pozwolić żarciku, bo go karcił wzrok pani. (Nawet wśród maskarady ostatniego wtorku Józefa nie zapominała, że była córką Cezara).

Uprzejmy, grzeczny, milczący stał tu też króle­wicz Fryderyk, dość piękny i postawy okazałej, ale posągowo chłodny i ceremonjalny. Bawiło go to, że się zabawiali drudzy, sam on nie brał udziału w niczem. Zapraszał tylko po pańsku, a czasem do po­ufałego otoczenia krótkie słowo rzucił. Znać w nim było mimo młodości pewną ociężałość ciała i du­cha, ostatniego więcej jeszcze, niż pierwszego. Strojny i pańsko wyglądający Sułkowski, pierwszy faworyt następcy, stał poza nim, gotowy ciągle na rozkazy. Królewicz odwracał się ku niemu często, porozumiewał z nim wzrokiem, pytał i, otrzymawszy odpowiedź, z zadowoleniem głową potrząsał.

Przy stołach Augusta Mocnego, dokoła jego oso­by gromadziło się najweselsze towarzystwo. Wygorsowane maseczki zaczepiały J. K. Mość, z góry poglądającą okiem rozczarowanem na wdzięki, które już dlań uroku żadnego nie miały. Brühl wszedł, jak mu się zdawało, niepoznany, unikał odzywania się, szukał kogoś oczyma chciwymi, chciał odgadnąć pod przebraniem. Przesunął się niepostrzeżony po salach za stołami, aby się prze­konać, czy ci, których szukał, nie znajdują się przy gospodarstwach. Nie uważał, że zbir szedł za nim z dala. Piękna budowa tej herkulesowej postaci i swobo­da, z jaką się posuwała, ściągała oczy kobiet. Parę maseczek zabiegło drogę zbirowi, który, z góry na nie obojętnie popatrzywszy, szedł dalej. Jedna czy dwie chciały go intrygować. Szepnął im, śmiejąc się, ich nazwiska na ucho… i pierzchnęły. Król na przesuwającego się popatrzał i rzekł do Friesena:

— Gdyby tu był który z pruskich książąt, odkradliby mi go do grenadierów. Kto to taki? — Nikt jakoś na pewno odpowiedzieć nie umiał. Zbir znikł za kolumnami. Tymczasem Brühl błądził, póki nie ukazała się maska, która całą jego zwróciła uwagę.

Fantastyczny jej strój, niby wschodni, jakąś mu­siał oznaczać królową… Seramis czy Kleopatrę, tego nikt łatwo nie odkrył, bo fantazja naówczas w ubio­rach większą grała rolę od prawdy historycznej. Szło o to, ażeby być pięknie i wspaniale ubraną, nie o to, aby umarłe wieki wskrzesić ze ścisłością archeologa- Królowa też Semirarnis chciała tylko być majesta­tyczną władczynią, czego postawą i strojem dopiąć jej było łatwo. Ubrana w suknię z długim ogonem, z lamy złotej, na którą przejrzysta od korony na głowie spadała zasłona, z naszyjnikiem ogromnych ametystów na białej szyi, z berłem w ręku, z pasem, sadzonym na przemiany ametystami i diamentami, królowa przytem miała figurę, ruch i chód prawdzi­wej władczyni serc i ludów. Na utoczonej szyi ciemne pukle włosów, lekko złotym pudrem posypanych, wiły się wdzięcznie, a niższa część twarzy, młoda, nieposzlakowanego owalu, miała coś w sobie rozkazującego, wspaniałej dającego się domyśiić fizjognomji. U maleńkich ró­żowych uszu wisiały dwie gruszki perłowe na brylan­tach, a największa z nich pod koroną błyszczała. Przechodzącej z wolna ustępowali wszyscy, nikt nie śmiał słowem zagadnąć. Szła, obojętnie spoglą­dając. Brühl stał pod kolumną, wahał się krótko i pozdrowił ją, rękę przykładając do kapelusza. Za­trzymała się nieco. Wenecjanin wyciągnął rękę, po­dała mu małą piękną dłoń odniechcenia… szybko nakreślił na niej dwie litery. Spojrzała nań z uwagą, ale jakby ją to nie obcho­dziło wcale, że ktoś mógł odgadnąć królową. Po­stawszy chwilę, szła dalej. Brühl, jakby nie mogąc się oprzeć, pociągnął za nią powoli. Kilka razy zwró­ciła głowę ku niemu i, widząc go uparcie idącego za sobą, stanęła. Wśród zielonych krzewów tuż była niezajęta ławka; salon ten udawał ogród i wiosnę; królowa usiadła. Wenecjanin stanął. Popatrzała nań długo i skinęła, aby podał jej dłoń. Posłuszny — wy­ciągnął Ją i poczuł, jak H. B. paluszkiem na niej nakreśliła i rozśmiała się.

— Że ja was poznałem — szepnął — hrabino, to nic dziwnego, poznałbym was wszędzie i nie za królową przebraną. W królewskim stroju tak wam naturalnie; lecz że wy mogliście mnie poznać…

— W stroju jednego z Rady Dziesięciu? — odezwał się głos spod maski. — A komuż on stosowniejszy, niż wam?

— Hrabino, jesteś zachwycająca! — Kobieta przyjęła to obojętnie.

— Lecz piękna jak bóstwo starożytne z marmu­ru, jak marmur jesteś zimną… jak marmur bezduszną.

— Cóż dalej? — zapytała maseczka — mówcie coś zabawniejszego: słyszałam to tyle razy.

— A cóż ja wam, hrabino, innego powiedzieć mogę? — zawołał Brühl głosem drżącym — ile razy spojrzę na was, wre we mnie zemsta, kipi gniew, burzy się zazdrość, a na usta leci przekleństwo.

— Bardzo poetycznie! — szepnęła kobieta. — Cóż dalej?

— Gdybym śmiał, przeklinałbym was i dzień, i go­dzinę, w której widziałem was po raz pierwszy — mó­wił Brühl — ale spojrzę i jestem złamany. Macie nade mną władzę! — Patrzyła nań długo.

— Moja miłość… — Kobieta przerwała mu uśmiechem.

— Brühl — rzekła — wierzę, że kochałeś się we mnie. Cóż dziwnego: miałam młodość, imię i przy­szłość dla tego, któremu dostać się miała ręka moja; ale to mogła być taka miłość, jakie widujemy co dnia, rozpłomienione o świcie a gasnące wieczorem. Ja takiej nie chcę.

— Moja dała wam dowody trwałości — mówił Brühl żywo — zaczęła się w dzieciństwie, a nie skończyła, gdy jej odebrałaś nadzieją; odpychana — wraca­ła, wzgardzona — trwa.

— Miłość to czy ambicja? — spytała kobieta — w tobie, Brühlu, ambicja wszystkiem włada. — Zamilkł nieco Brühl i potrząsł głową.

— Nie przeczą, że nie mogąc być szczęśliwym, chcą teraz być choćby strasznym i silnym. — Maska nań popatrzała, wsparła sią na łokciu i powoli mówić zacząła:

— Nie wiemy, co przyszłość chowa. Czekaj, bądź mi wiernym. Bądą z tobą szczera: miałam słabość do ciebie, z tobą bym była szczęśliwa; jedne mamy myśli i charakter, ale tak lepiej… mąż i żona — to pojedynkujący się na śmierć wrogowie; my możemy być sobie przyjaciółmi wiernymi.

— Przyjaciółmi! — podchwycił Wenecjanin — jakże to straszny całun śmiertelny to nazwisko przyjaciela. — Maseczka podniosła głowę, aż w koronie jej zaigrały światłami brylanty, i pokiwała nią ironicznie. Rączką uderzyła po ręce Brühla, wspartej na po­ręczy.

— Mąż będzie kochankiem, a ja — przyjacielem, więc sługą wzgardzonym.

— Mąż — kochankiem? — rozśmiała się maska. — Mój mąż! mój mąż! ale ja go nienawidzę, ja się nim brzydzę, ja go niecierpię!

— A poszłaś za niego?

— Król-ojciec wydał mnie, ale się dobrze stało… wierz mi. Jestem swobodna z nim, jestem sobą i cała zachowam się dla przyszłości. Ja wierzę w przy­szłość i gwiazdę moją.

— A spotkająż się kiedy gwiazdy nasze?

— Jeśli są sobie przeznaczone, powinny.

— Mówisz to, hrabino, tak zimno, tak obojętnie.

— Bo ja zawsze jestem panią siebie, czy kocham, czy nienawidzę. Uczucie, które się zdradza, idzie na łup ludzi.

— Lecz jakże w nie uwierzyć, nie widząc?

— A czemże wiara? — rozśmiała się piękna pani. Kończąc te słowa, wstała nagle, szybko i, nim Brühl się opamiętał, znikła mu z oczu. Towarzystwo ożywiało się coraz bardziej. Piski i śmiechy głuszyły muzykę. Brühl tymczasem prze­sunął się do gospodarstwa królewiczowej. W przejściu spotkał go mnich zakapturzony. Uczuł się pochwyconym za rękę.

— Jeżeli chciałeś być niepoznanym — odezwał się po włosku — toś się wcale nieosobliwie zamaskował. Któżby cię nie poznał, panie dyrektorze akcyzy? I począł się śmiać.

— Po czem? — zapytał Brühl.

— Po chodzie, po nodze, po ruchu i po smaku. — Brühl nie mógł poznać maski, rzucił się ku niej. Znikła. Byłby przysiągł, że to Padre Guarini, ale cóżby Jezuita robił na maskaradzie?

Trochę zmieszany tern, że go poznano, szedł da­lej. Naprzeciw niego był już stół Frani Kolowrathówny, otoczony młodzieżą. Dzieweczka, zalotna, śmiejąc się, wyszczerzając ząbki, podawała wszystkim, co kto zażądał. Przypatrywał się jej zdaleka. Była nę­cącą i wdzięczną, w oczach jej błyskał dowcip, ale z tą żywością swą zimną, równą dla wszystkich, niewyczerpaną, wydała mu się straszną. Długo w nią oczy trzymał wlepione, zadumał się i, nie mieszając w tłum, co ją otaczał, uszedł na stronę.

Muzyka brzmiała, i maski skoki poczęły, które trwały do rana. Jeszcze na salach kręciły się ostatnie pary, gdy w kaplicy na Taschenbergu padre Guarini królewiczowej, następcy i katolickiemu ich dworowi głowy posypywał popiołem.

IV

Pomimo karnawału, mimo olbrzymich budowli, któremi król bawić się próbował, mimo wspaniało­ści, jaka go otaczała, August II nudzić się zdawał. Chciano go dla roztargnienia ożenić: ziewnął i rozśmiał się; nie życzył sobie sprawiać wesela: czasy były ciężkie, a królewskie gody, takiego pana godne, musiały być kosztowne. Noga go trochę bolała. Był smutny. Świat już mu nic nie miał do dania: złego i dobrego kosztował tyle, że na dnia czary życia zo­stały same męty. Najpiękniejsza dziewica oyła dlań powszednim obrazem: w pamięci jego przesuwał się cały szereg tych istot, promieniejących chwilę, a tak rychło uwiędłych. Lubomirska była stara, Cosel za­mknięta, inne rozleciały się po świecie. Nie mogąc być szczęśliwym, chciał być wielkim. Słał więc do Afry­ki uczonych i budował. Wznosiły się koszary olbrzymie na Nowym Mieście, przerobionym świeżo jego rozkazem ze starego, zakładano kościół, budowano piramidy i pałace.

Król jechał do Kónigsteinu nowe mury oglądać i ziewał, przyjeżdżał do Hubertsburga i nudził się, kazał się wieźć do Moritzburga i znajdował, że mu spowszedniał, a Drezno nawet było nieznośne. Gdy­by mu kto tę myśl poddał, możeby był spalić kazał miasto w czasie koncertu, aby je na nowo olbrzymio z ciosu odbudować; ale pomysł był już zużyty. W Polsce zdawało mu się, że Drezno kocha, w Dreźnie tęsknił za Warszawą: nigdzie nie było dobrze. Drugiego listopada przypadło święto patrona łowów, Huberta, którego obchodzono zawsze świet­nie; cały dwór królewski i królewiczowski do Hu­bertsburga się udał; ciągnęły psiarnie i oba obozy myśliwskie, saski i polski, a nie było mało tej dwor­ni, począwszy od paziów łowieckich aż do łowczego od trufli. Ale król znajdował Świętego Huberta zużytym i myślistwo zbyt jednostajnym. Niepokój jakiś go ogarniał.

Na otwarcie karnawału wrócił August do Drezna dnia 6 stycznia i na pierwszym balu spostrzegł, iż wszystkie niewieście twarze były powiędłe, oczy pogasłe, usta pobladłe. Sądził, że się zrywaniem sejmu w Warszawie lepiej zabawi. Karnawał został na opiece królewicza i Padre Guariniego, a królewskie powozy sposobiono do Polski. Brühl nieodstępnie był przy nim. Inni padali, nikli, odchodzili, mienili się; ten z pazia już był ministrem, a król bez niego obejść się nie mógł. Akcyza płynęła do skarbca, i podatek zasycał nigdy nie dające się napełnić kasy. Szlachta sykała; na to był jeden sposób i tego użyto. Dwór zaludnił się obcymi. Włosi, Francuzi, Holendrzy, Duńczycy, Prusacy, Bawarowie powyrastaii na dworze, a szlachta saska poszła robić pie­niądze dla króla na roli.

Brühl znajdował, że N. Pan miał słuszność i że najlepszymi sługami byli ci, których cały los zależałod króla. Dnia 10 stycznia dziedzińce zamkowe pełne były koni, powozów i ludzi. Dwór saski i polski gromadził się do podróży. Sale pełne były tych, którzy królowi towarzyszyć mieli. August II żegnał się z synem i je­go żoną. Na twarzy jego niecierpliwość i znużenie zastępowały dawną jasność majestatu. Z wielką czu­łością cisnął się królewicz do ojca; z powagą żegnał jego królewiczowa Józefa. Fryderyk przybył po roz­kazy, patrzał w oczy i uśmiechał się, wdzięcząc. Wtem wszedł Brühl; były jeszcze papiery do podpisania i pieniądze do zabrania w drogę; czekano na sto ty­sięcy talarów, które. nadpłynąć miały. Na wchodzącego dyrektora akcyzy bystro spojrzał król i postąpił ku niemu kroków parę.

— Brühlu, pieniądze?

— Są, N. Panie! — rzekł, kłaniając się, zagadnięty — rozkaz W. K. Mości spełniony. Rozjaśniło się oblicze pańskie.

— Patrz — zawołał do syna — patrz, polecam ci go… to sługa, który mi odjął trosk wiele, a wiele spokoju przyczynił… pamiętaj! Jemum winien ład, karność i porządek w domu. — Fryderyk z posłuszeństwem syna, wpatrzony w twarz ojca, chwytał każde jego słowo i okazywał postawą całą, że mu ślubuje być posłusznym.

— Gdybym w Polsce miał takich kilku, jednego choćby, dawnoby już w łeb wzięła ich bałamutna rzeczpospolita, i zaprowadziłbym tam taki ład, jak w Saksonii — dodał król. Syn okazywał ciągle najwyższe uwielbienie dla ojca. Pożegnanie rozpoczęte, przerwane, znowu się powtarzało: Fryderyk całował rękę ojcowską. Kamer­dynerzy, paziowie, służba czekała już w przedpokoju. Stali urzędnicy, duchowieństwo i w kątku zaszyty ostrożnie, przygarbiony Padre Guarini. Król wdzięcznie żegnał wszystkich. Łowczemu polecił jeszcze przy­wiezione z Białowieży dwanaście żubrów i żubrzyc i zszedł do gotowych powozów. Pocztylionowie siedzieli na koniach, dwór śpieszył na wyznaczone miejsca, w dziedzińcu z odkrytymi głowami stali panowie, rada miasta i mieszczanie, na których król spojrzał tylko i kazał im powiedzieć, aby podatki płacili, a w chwilę pusto i cicho było na zam­ku i w Dreźnie.

Wszyscy czas mieli spoczywać, dopóki by znów król nie wrócił i pańszczyzna bawienia nierozbawionego niczym nie rozpoczęła się na nowo. W chwili, gdy cały orszak z towarzyszącym mu oddziałem gwardii z zamku na most wyciągał, po­wóz, który miał wieźć Brühla i jego fortunę, stał jeszcze sam jeden w dziedzińcu zamkowym. Ulubie­niec pański, świeżą okryty pochwałą, zszedł na dwór zamyślony, gdy ujrzał przed sobą z chmurną twarzą stojącego Sułkowskiego. Rozjaśniło mu się oblicze, chwycił szybko rękę przyjaciela, i obydwaj weszli do dolnej sali.

Twarz Brühla wyrażała już najgorętsze współczu­cie, najżarliwszą miłość, najserdeczniejsze przywiąza­nie. Sułkowski dosyć był zimny.

— Jakżem szczęśliwy, że was raz jeszcze poże­gnać, jeszcze raz się pamięci i sercu waszemu polecić mogę — zawołał odjeżdżający z zapałem.

— Słuchaj, Brühlu — przerwał Sułkowski — ja także przypominam ci nasze Pacta Conventa! W złej i dobrej doli jesteśmy i pozostaniemy przyjaciółmi.

— Czyż wy to mnie przypominać potrzebujecie? — zawołał Brühl — mnie, który dla was mam miłość, przyjaźń, szacunek i wdzięczność?

— Dajże mi ich dowody.

— Pragnę tylko sposobności, nastręczcie mi ją, do nóg wam padnę! — przerwał Brühl — proszę, bła­gam. Ale hrabio! kochany hrabio! ja wasz! wy nie zapominajcie o mnie. Wiecie, co mam na sercu.

— Kolowrathównę! — rzekł, śmiejąc się, Sułkowski.

— Będziesz ją miał! Masz matkę za sobą.

— Ale ona? O! nie lękaj się, nikt ci jej tu nie zbałamuci. Trzeba tak wielkiego męstwa, jak twoje, aby się wa­żyć na takie szczęście.

— Jedno i większe od tego mnie minęło — we­stchnął Brühl. Sułkowski poklepał go, śmiejąc się, po ramieniu.

— Niegodziwcze- — parsknął — albo się co we dwo­rze ukryje? Ty to nazywasz stratą, co jest czystym zyskiem. Moszyński cię nienawidzi nie bez przyczyny. Brühl zaprotestował gorąco, ręce podniósł.

— Serce moje ma Frania Kolowrathówna.

— Ręka na ciebie czeka i nic, nic, nic! Stara ci ją sama wciśnie. I czas też Frani pod czepek bo jej się strasznie oczy świecą.

— Jak gwiazdy! — krzyknął Brühl.

— Cóż powie Moszyńska na to? — Wtem Brühl jakby się ocknął, pochwycił znowu Sułkowskiego rękę.

— Hrabio — rzekł — nie zapominajcie o mnie u kró­lewicza. Lękam się, czym mu dosyć okazał moją cześć i przywiązanie do niego, moje uwielbienie dla naszej świętej i czystej królewiczowej. Powiedzcie mu…

— Wy o nas nie zapominajcie u króla — dodał Sułkowski — ja o was nie zapomnę u mojego pana. — Byli już u drzwi. Sułkowski go przeprowadzał. Ścisnęli się za ręce. Brühl już biegł do powozu. Zdała widać było stojącego w dziedzińcu Padre Guariniego, po świecku ubranego, w szaraczkowym długim surducie, który, zakrywszy prawą ręką lewą, żegnał nią na drogę. I ruszył Brühl za panem swo­im do Warszawy.

V

Było to w pierwszych dniach lutego 1733 roku. Z rana powrócił Fryderyk z łowów w Hubertsburgu, a z nim nieodstępny Sułkowski. Na wieczór przy­padało przedstawienie w operze — i nieporównana Faustyna śpiewać miała. Królewicz jak ojciec był wielbicielem jej głosu i wdzięków. Czarodziejka trzę­sła dworem, tyranizowała swe współzawodniczki, wypędzała tych, co nie mieli szczęścia jej się podo­bać, a gdy raczyła podnieść głos, w sali było ciszej niż w kościele, i ktoby kichnął, mógł być pewien, że w niej śmiertelnego mieć będzie nieprzyjaciela.

Grać miano Cleofidę. Królewicz Fryderyk cieszył się zawczasu. Godzina była poobiednia. Odziany jedwabnym przepysznym szlafrokiem, królewicz, w fotelu z fajką siedząc, trawił z uczuciem tern błogim, jakie daje posłuszny żołądek i wytworna kuchnia. Naprzeciw niego stał Sułkowski. Kiedy niekiedy królewicz spojrzał na przyjaciela, uśmiechnął się mu i, nie mówiąc słowa, znowu dym wonny ciągnął. Przyjaciel a sługa patrzał z pociechą na pana, w milczeniu dzieląc się szczęściem jego. Twarz młodego królewicza była rozpromieniona, ale z obyczaju i usposobienia, gdy był najszczę­śliwszy, mówił jak najmniej: dumał. Mówił bardzo rzadko i to, gdy był zmuszony, nie lubił nic niespodzianego. Życie powinno dlań było płynąć cichym korytem, jednostajnie, nieprzerwanie równym.

Nigdy mniej trudnego do zabawienia pana nie mieli dworacy. Starczyło mu, byle dzień jeden do drugiego był jak dwie krople podobny. Właśnie poobiednia rozpoczynała się sjesta, i kró­lewicz fajkę palił już drugą, gdy Sułkowski, przez okno coś spostrzegłszy, chwilę się zawahał i powoli się skierował ku drzwiom. Oczy królewicza poszły za nim.

— Sułkowski! — odezwał się cicho.

— Natychmiast wracam — odparł, biorąc za klamkę, hrabia i wysunął się. W przedpokoju dwaj pa­ziowie i służba czekała.

— Nikogo nie wpuszczać beze mnie — odezwał się Sułkowski. Wszystkie głowy się skłoniły. Sułkowski wyszedł, przebiegł prędko schody i we drzwiach stanął zdziwiony.

— Brühlu! ty tu? — Okręcony futrem, w czapce na uszach, śniegiem obsypany, zziębły, zmęczony stanął przed nim w isto­cie ulubieniec Augusta II, blady nieco i pomieszany. W dziedzińcu widać było powóz, którego konie skry­wała buchająca z nich para; pocztylioni zmęczeni pozsiadali z nich i stali jak rozbici, ledwie się trzy­mając na nogach. Na zapytanie Brühl nie odpowiedział nic, oczyma wskazywał tylko, źe co najrychlej chce wnijść i spo­cząć. Przybycie to tak coś tajemniczego miało w so­bie, tak dziwnego, iż Sułkowski, mocno poruszony co prędzej ku sali dolnej pośpieszył. Służba dworska, zobaczywszy Brühla, cisnęła się do niego, ale odpra­wiał ją skinieniem ręki; on tylko sam i Sułkowski weszli do gabinetu. Brühl szybko począł z siebie zrzucać ubranie. Hrabia stał, czekając choć słowa.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 42.43
drukowana A5
Kolorowa
za 71.55