E-book
6.83
drukowana A5
35.4
Bratnia dusza

Bezpłatny fragment - Bratnia dusza

Largo


Objętość:
213 str.
ISBN:
978-83-8189-663-4
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 35.4

Rozdział I

Przez chwilę byłem znów w punkcie wyjścia. Tkwiłem w pieprzonej próżni, nic nie czując i chyba nie bardzo wiedząc, co się tak naprawdę wydarzyło. Zniknęło wszystko, łącznie z natchnieniem i jakimikolwiek uczuciami. Byłem zdezorientowany, jakbym obudził się ze snu, który był tak realny, że wydawał się jawą. Nie, to jeszcze za mało powiedziane. Właściwiej byłoby uznać, że to było jak śpiączka, w której leżałem tak długo, że mój mózg zdążył iluzję odgrywającą się w mojej głowie zmienić w rzeczywistość, jakby inny świat nie istniał. Niestety, tak czy siak, obudziłem się i to było bardzo bolesne doświadczenie. Znalazłem się w realnym świecie, który wcale mi się nie podobał, ba, przygnębiał mnie, przez co po prostu go nienawidziłem.

Zagubienie i obojętność było jedynie na początku, przez pierwsze kilka dni, a później mój mózg przyswoił wszystkie informacje i było gorzej, znacznie gorzej. Byłem wściekły sam na siebie, bo mogłem mieć wszystko, czego potrzebowałem, ale w którymś pieprzonym momencie wszystko zepsułem… a może od początku wszystko robiłem źle i dlatego tak się skończyło? To się wcale nie liczyło, ważne było tylko to, że spieprzyłem, cholernie wszystko spieprzyłem.

Byłem też zrozpaczony, bo wiedziałem, iż to była jedyna szansa od losu na szczęście. W jednej chwili dostałem wszystko, czego od życia pragnąłem. Chciałem pisać muzykę, być zrozumianym i kochać… Nic więcej nie było mi potrzebne. Załamałem się, nie było co udawać, że sobie poradzę. Nie poradzę sobie, bo jej nie ma… Moje zachowanie sprawiło, że w jej sercu znalazło się miejsce dla kogoś innego, kogoś kto z czasem stał się ważniejszy ode mnie…

Proszę. Błagam. Niech ona wróci. Niech zostawi tego gościa, nawet jeżeli jest nie wiadomo jak idealny. No i co dalej? Miałaby być ze mną? Nie, to byłaby żałosna decyzja, w końcu nie mam nic, co mogłoby ją do mnie przekonać. Jest za mądra i za wrażliwa, by jarać się kasą i sławą jak jakaś fanka. Tylko że takie piękne było moje życie z nią. Każda wiadomość ratowała mnie od upadku bardziej niż prochy od psychiatry. Była cudownym promieniem słońca, który rozjaśniał moje ponure życie. Niby teraz mogłem mieć muzykę, ale okazało się, że Lily potrzebuję równie bardzo. Nawet muzyka choć wspaniała sama w swojej istocie traciła nieco blasku bez niej. Czemu to musi być takie skomplikowane? Czemu musi być kompletna beznadzieja albo połowiczna? Chociaż czy posiadanie muzyki bez Lily to beznadzieja połowiczna? Nie, to za mało powiedziane, to dramat, tragedia mojego życia… Czemu w moim życiu nie może być po prostu dobrze? Chciałbym mieć muzykę i Lily, wtedy mógłbym nie mieć nic więcej, kompletnie nic więcej…

Dzisiaj mijał dziesiąty dzień bez Lily, a ja traciłem chęć na przywitanie kolejnego dnia i jeżeli chciałem dożyć narodzin swojego dziecka, musiałem coś zrobić. Ubrałem się i zamierzałem wyjść, gdy w salonie napotkałem Kiyumi.

— Jesteś jakiś dziwny — zaczęła, podchodząc do mnie. — Z płytą coś nie tak?

— Wychodzę — wyrzuciłem, bo nie chciało mi się gadać, a tym bardziej o płycie, którą dedykowałem swojej Lily, która nie jest już moja.

— Dobrze się czujesz? — Nie odpuszczała.

— A kurwa wyglądam, jakbym się dobrze czuł? — podniosłem głos, a ona spojrzała na mnie wystraszona. — Po prostu zostaw mnie w spokoju — dodałem łagodniej, wychodząc na zewnątrz.

— Brandon, jesteś trzeźwy? — spytała, gdy podszedłem do samochodu.

— Co za różnica? Jeżeli zaraz się rozwalę, to i tak wszystko dostaniesz, bo jesteś ze mną w ciąży — odparłem, wsiadając do samochodu.

Może to dziwne, ale byłem trzeźwy. Przez dziesięć dni nie wpadło mi do głowy, by się upić. Może to kwestia tego, że nie sądziłem, by nawet hektolitry alkoholu były w stanie mi pomóc zapomnieć o Lily chociaż na chwilę. Jeszcze gorsze w tym było to, że wcale tego nie chciałem. Związek z Lily to było coś wspaniałego, najlepszy czas w moim życiu, dający mi nadzieję na przyszłość, nie mogłem o tym zapomnieć, nawet jeżeli miałem katować się tymi wspomnieniami przez resztę życia.

— Potrzebuję recepty — rzuciłem, wchodząc do mieszkania mojego psychiatry, którego przez sześć lat, nazwijmy to leczenia, widziałem dwa razy. Zazwyczaj wysyłał mi recepty kurierem i to byłoby na tyle, jeżeli chodziło o wizyty lekarskie.

— Nie chciał ich już pan — mruknął, wychodząc z salonu.

— Chcę teraz — odparłem, rozciągając ze zdenerwowania rękaw bluzy.

— Co tam przepisywaliśmy? — Wrócił z blankietami do salonu.

Dziwaczny lekarz, nawet mnie nie zapytał, co się stało… Powiedziałem, że chcę prochy, a on bez choćby jednego pytania chciał mi je dać. No nie wiem, ale chyba jako psychiatra powinien być wyczulony i obawiać się jakiś prób samobójczych lub uzależnień u swoich pacjentów.

— Xanax? — Wyrwał mnie z zamyślenia.

— Tak, ale może trzeba zmienić — wyrzuciłem niepewnie, bo przecież nie chciałem się wpieprzać w jego robotę, nie znałem się na medycynie.

— Chce pan coś silniejszego? Nie działają? — spytał i to było jedyne merytoryczne pytanie, jakie mi zadał.

— Działają, ale chyba nie chciałbym się uzależnić od leków — rzuciłem, a on się uśmiechnął pod nosem, po czym wystawił w moją stronę receptę.

— Dziękuję — odparłem, rzucając mu na stół banknoty.

— Polecam się na przyszłość, panie Wild — powiedział na odchodnym i znów wyszedł z salonu, nawet nie czekając aż wyjdę.

On chyba mi nie uwierzył w to, co mówiłem i uznał mnie za lekomana. Powoli naprawdę zaczynałem się zastanawiać, czy on na pewno leczy, czy tylko przepisuje prochy bogatym ćpunom. Może źle trafiłem, może gdybym trafił do innego psychiatry po załamaniu nerwowym, to dzisiaj byłbym innym człowiekiem, normalniejszym. Może ktoś by mi pomógł, a nie faszerował mnie przez sześć lat prochami… Nieważne, co za różnica, skoro dalej ich potrzebuję? Dziś by mi pogawędka nie pomogła, a Xanax tak.

— Nie rób tego — odezwał się Lucky, który stał przy moim samochodzie.

— Co tu robisz, Lucky? — spytałem zdziwiony jego obecnością. Nie rozumiałem, jakim cudem był on w stanie mnie znaleźć w dowolnym momencie, kiedy tylko chciał.

— Ratuję cię — odparł, przyglądając mi się uważnie.

Czułem się słaby i chyba skrępowany, że przyłapał mnie na słabości, choć to nieco absurdalne, biorąc pod uwagę, ile razy mnie widział w kiepskiej formie.

— Prochy mnie uratują — rzuciłem bez przekonania, bo nie sądziłem, by cokolwiek było w stanie mi tak naprawdę pomóc.

Potrzebowałem Lily i tylko ona mogłaby sprawić, że depresja odeszłaby jak za sprawą czarodziejskiej różdżki. Była jak moja wróżka, która znała zaklęcie na szczęście, bez niej nie umiałem być szczęśliwy.

— Wiesz, że to nieprawda — mruknął spokojnie. — Nie chcesz ich brać.

— Ale muszę! — powiedziałem rozpaczliwie. Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek tego doświadczę, ale na jego twarzy dostrzegłem troskę.

— Nieprawda — mówił dalej bardzo łagodnie.

— Są od lekarza, który uznał mnie za psychola, albo ćpuna, w sumie bez różnicy — oznajmiłem ponuro, bo chciałbym chociaż na chwilę być normalny, ale to chyba też byłoby kiepskie rozwiązanie.

Jeden dzień bycia normalnym szybciej sprawiłby, że chciałbym strzelić sobie w łeb niż żyć dalej… Gdybym jednak był normalny, to Lily na pewno, by nie odeszła, więc ten jeden dzień normalności byłby szansą na jeden dzień z Lily.

— Nie jesteś ani ćpunem, ani psycholem — zaprzeczył momentalnie.

— A może jednak jestem psycholem? — spytałem ponuro.

— Nie, a ten lekarz to nie specjalista, tylko diler gwiazd, które wolą ćpać leki niż narkotyki — oznajmił, podchodząc do mnie.

— Lucky. — Pokręciłem tylko głową.

Minąłem go i wsiadłem do samochodu. Nawet on nie był w stanie mi pomóc, nie znał magicznych zaklęć, ani słów, które by mi pomogły, albo przekonały, bym zrezygnował z leków. Nim jednak odjechałem, Lucky wsiadł do samochodu. Normalnie nie mogłem w to uwierzyć. Lucky unikał takich sytuacji, nie wsiadał do cudzych samochodów, ani nie przychodził do nikogo w gości… Zawsze łaził sam swoimi ścieżkami i nigdy nie wymuszał na mnie swoją obecnością rozmowy. Zazwyczaj słownie mnie zatrzymywał, ale nigdy w tak stanowczy sposób jak teraz.

— Nie spławisz mnie — oświadczył pewnie, a ja zgasiłem silnik. — Co się stało? — zapytał po kilku sekundach ciszy.

— Nic — wykrztusiłem, bo nie umiałem powiedzieć tego wszystkiego, co się tak naprawdę wydarzyło. Czułem cholerne rozżalenie i wiedziałem, że słowa nie przejdą mi przez gardło.

— Jedźmy do parku — zadecydował, a ja mechanicznie wypełniłem jego polecenie, bez jakiegokolwiek pytania czy zawahania.

Lucky usiadł na oparciu ławki tak jak zwykle, wyciągając w moją stronę paczkę papierosów. Wziąłem jednego i podpaliłem swoją zapalniczką. Wszystko to odbywało się w kompletnej ciszy, żaden z nas nie odezwał się ani przez drogę samochodem, ani teraz.

— Musisz mi powiedzieć, co się stało — oświadczył dobitnie, a mnie to chyba rozeźliło.

— Nic nie muszę, Lucky — odparłem chłodno. — Ty mi nic o sobie nie mówisz — rzuciłem z wyrzutem.

Lucky mógłby zarobić miliony, wydając książkę o mnie, a ja kompletnie nic o nim nie wiedziałem.

— Co chcesz wiedzieć? — spytał spokojnie. Strzepnął popiół z papierosa, ale nie spuszczał ze mnie ciężkiego spojrzenia, czekając na moją odpowiedź.

Zamurowało mnie, nigdy nie spodziewałem się, że Lucky da mi się zbliżyć do siebie na tyle, by chcieć udzielić mi jakiejkolwiek odpowiedzi na swój temat. Zawsze gdy starałem się coś od niego wyciągnąć, to sprytnie się wywijał, a teraz chciał mi o sobie opowiedzieć. Szkoda, że nie byłem na to przygotowany i kompletnie nie wiedziałem, o co mógłbym go najpierw zapytać.

— Nie wiem — wymamrotałem zakłopotany.

— To jak będziesz wiedział, to spytaj, a ja ci odpowiem — odrzekł dość chłodno.

— W porządku — przytaknąłem jak skarcone dziecko, które czegoś żąda od rodzica, ale tak naprawdę nie ma pojęcia, co to jest. — Lily znalazła chłopaka — wyrzuciłem cicho, bo ledwo to zdanie przeszło mi przez gardło.

— Jaka Lily? — spytał obojętnie.

— Tą z którą pisałem — wyszeptałem niepewnie.

— Twoja dziewczyna ma na imię Lily? — Zakrztusił się dymem, a ja nie bardzo wiedziałem, co go tak zaskoczyło.

— Coś nie tak? — mruknąłem zdezorientowany.

— Nie, po prostu nigdy nie mówiłeś o niej po imieniu, dlatego wolałem dopytać — przyznał pośpiesznie. — Wracając do meritum, to mimo wszystko nie możesz zacząć brać prochów.

— Muszę — zaprotestowałem momentalnie. — Nie zniosę tego — wyrzuciłem żałośnie.

Nie chciałem znów być wypranym z emocji facetem, ale po prostu nie radziłem sobie ze swoimi uczuciami. Obiecywałem sobie nie wiadomo jaką idyllę, dlatego rozczarowanie i rozpacz po utracie Lily i tego wszystkiego, co się z nią wiązało, załamało mnie i nie miałem pojęcia, co mam robić dalej… Nie wyobrażałem sobie mojej przyszłości bez niej, ona była jedynym gwarantem na to, że coś takiego jak przyszłość w moim wykonaniu będzie miało rację bytu.

— Czego? — spytał ostrożnie, a ja odszedł parę kroków, by się zebrać w sobie.

Chciałbym powiedzieć Lucky`emu, co tak naprawdę czuję i jak bardzo mnie to boli, ale po prostu pękłoby mi serce, gdybym to wyznał.

— Swojej głowy — wykrztusiłem jedynie tyle.

— Ogarniesz to bez prochów, zaufaj mi. — Patrzył na mnie pewnie i może dobrze, bo dzięki temu wiedziałem, że chociaż on w to wierzy, że wierzy we mnie.

— Nie, nie zrobię tego. — Pokręciłem przecząco głową.

Próbowałem ułożyć sobie życie tak jak chciałem i mi się to nie udało. Nigdy nie powinienem się za to zabierać, powinienem żyć jak żyłem, nie łudzić się, że to wszystko może wyglądać inaczej, lepiej.

— Masz muzykę, pisz dalej — mówił do mnie niemal rozkazującym tonem, ale chyba wtedy właśnie tego potrzebowałem.

— Nie mam już natchnienia. — Podniosłem na niego głos, ale nie zraziło go to ani trochę. — Lucky, zrozum, że ona nim była.

— Ona wywoływała i dalej wywołuje w tobie emocje, dlatego zacząłeś pisać i dalej możesz to robić — oznajmił dobitnie.

— Emocje, one… — Zawahałem się na chwilę. — One mnie zabiją, Lucky — wyznałem ponuro.

Za dużo odczuwałem, byłam nadwrażliwy, a przez to moje emocje były w stanie doprowadzić mnie niemal do obłędu. Niczego bardziej się nie bałem jak postradania zmysłów.

— Zabija cię obojętność — powiedział spokojniej, rzucając peta na chodnik. — Prochy znów cię w nią wpędzą — dodał.

„Ma rację”, odezwał się mój wnerwiający głos, jakby on także nie rozumiał, że zwariuję w bałaganie, który mam teraz w głowie. Dzięki prochom moje myśli nie byłyby takie mroczne, moje wyrzuty sumienia straciłyby na sile. Nie zastanawiałbym się tak nad swoimi błędami i wspomnienia związane z Lily nie byłyby takie głośne. Próbowałem, ale nie umiem się ogarnąć. Po prostu nie potrafię przestać analizować każdej naszej rozmowy pod kątem znalezienia zwiastunów nadciągającej tragedii. Może gdybym wcześniej coś zauważył, to bym miał jeszcze szansę uratować nasz związek. Wydawało mi się jednak, że lepiej nie mogło być, dlatego nie mam pojęcia, co się stało i kiedy…

— Ona odeszła, Lucky. — Usiadłem na ławce, załamując ręce.

Lucky zeskoczył z oparcia, siadając obok mnie.

— Czemu? Musiała coś powiedzieć — mruknął ponuro.

— Według niej nie byłem osiągalny, należałem do innego świata — wyrzuciłem załamany, bo ja uważałem, że nikt tak dobrze nie pasował do mojego jak ona.

Lily musiała błędnie zinterpretować, iż ten cały świat złota, sławy, blichtru to mój świat. Ludzie uważali, że do niego należę, ale tak nie było. Mój świat był pełen muzyki i wrażliwości na świat, a wszystko co materialne cieszyłoby mnie dopiero, gdybym mógł to z nią dzielić.

— Są dwa wyjścia — zaczął bardziej żywiołowo, więc podniosłem na niego wzrok. — Możesz ją olać, ale podejrzewam, że tej opcji nie wybierzesz, dlatego mam drugą. Nie gwarantuję, że nam… znaczy tobie się uda, ale możesz spróbować udowodnić jej swoją miłość.

— Co? — Patrzyłem na niego zdezorientowany, a na jego twarzy pojawił się szelmowski uśmiech, jakby obmyślił jakiś niecny plan.

— Jeżeli nie wierzyła ci w prawdziwość twoich uczuć, to udowodnij jej, że się myliła — w sumie powtórzył jeszcze raz to samo, ale dopiero teraz do mnie dotarło, o co mu chodziło.

— Wydając płytę? — zapytałem niepewnie.

— A umiesz inaczej okazywać uczucia niż muzyką? — zapytał mnie, energicznie wstając z ławki.

— No nie — odparłem, również wstając.

— Nie bierz leków. — Wyjął kolejnego papierosa, zapalając go.

— Ale… — zacząłem, bo choć z początku udzielił mi się entuzjazm, to w końcu myśli zaraz wrócą, a ja znów kilkaset razy dziennie będę analizował każdą z tysiąca rozmów. Nie umiałem tego powstrzymać bez prochów.

— Nie ma żadnego „ale” — przerwał mi momentalnie, jakby chciał mnie powstrzymać przed szukaniem wymówek. — Za daleką przeszedłeś drogę, by znów do nich wrócić, rozumiesz? — Przyjrzał mi się uważnie, wypuszczając dym z ust.

— Tak, ale to będzie trudne — wyrzuciłem.

Byłem słaby psychicznie i nie umiałem radzić sobie z problemami. Jedynym moim sposobem na nie zawsze było ich bagatelizowanie. „I gdzie cię to doprowadziło?”, zapytał mnie wkurzający głos w głowie, nawiązując z pewnością do mojej reakcji na zdradę Kiyumi, a raczej jej kompletny brak.

— Wiem, trudno żyć ze swoimi uczuciami, ale ty nimi musisz żyć bardziej niż ktokolwiek inny — zapewnił mnie.

— To bolesne — burknąłem w odpowiedzi.

— Owszem i zgadzam się z tym, że to mocno popieprzone i niesprawiedliwe — przyznał. — Jednak dzięki emocjom jesteś tak cholernie dobrym kompozytorem.

— Zawsze mogę być dobrym producentem — mruknąłem, ale na mojej twarzy pojawił się blady uśmiech.

— Nie pieprz jak flądra. — Zaśmiał się. — Obiecaj nie brać prochów. — Spoważniał momentalnie.

— Lucky — jęknąłem niezadowolony, bo choć chciałem posłuchać jego rady i spróbować bez prochów, to nie wiedziałem, czy mi się to uda.

Jednak skłamałbym, gdybym powiedział, że nie pojawiła się u mnie iskra nadziei. Chciałem wierzyć, iż dokończenie tej płyty pomoże mi odzyskać Lily i dlatego zrobię wszystko, co w mojej mocy.

— Posłuchaj, straciłeś dziewczynę i to boli, rozumiem to, bo wiem jakie to uczucie — zaczął łagodnie. — Przypomnij sobie jednak jak bolesne były te lata bez muzyki. Brandon, poradzisz sobie ze swoimi emocjami, ale nie poradzisz sobie z obojętnością. Jeżeli zaczniesz łykać te psychotropy, to stracisz muzykę i wtedy nic ci już nie zostanie.

— Okej. — Wyciągnąłem z kieszeni receptę, rwąc ją na pół. — Wydam płytę — oświadczyłem i jednocześnie przysiągłem to sobie i jemu.

— Wiem. — Znów się uśmiechnął zawadiacko. — Skup się na razie tylko na płycie — dodał, przyglądając mi się dziwnie intensywnie, jakby się nad czymś mocno zastanawiał. Nie rozumiałem jego spojrzenia, ale wyjaśniłem sobie je jego troską o mnie.

— Znów znikniesz, prawda? — zapytałem, bo miałem dziwne wrażenie, że trochę minie do następnego naszego spotkania.

— Na trochę — odparł, patrząc przed siebie. — Zapowiadają mi się zmiany w życiu…

— Na dobre? — dopytałem, bo może Lucky ma swoje problemy, a ja mu zawracam głowę swoim nieustającym dekadentyzmem.

— Mam nadzieję — odparł zakłopotany i to dopiero mnie zdziwiło.

Zmieszanie u Lucky`ego to coś niebywałego, to on zawsze zadaje niewygodne pytania i nigdy nie pokazuje, czy coś zrobiło na nim wrażenie lub go dotknęło. Wszystko zawsze kwituje jakąś ciętą uwagą lub szyderczym uśmiechem, a tutaj normalnie się zmieszał, choć to była moja domena niż jego.

— Chociaż u ciebie — odparłem i nie było w tym ani grama uszczypliwości. Jeżeli ja nie umiem ułożyć swojego życia tak jakbym chciał, to niech on chociaż odnajdzie w nim szczęście.

— U ciebie też będzie dobrze. — Znów ten łobuzerski uśmiech, którego dzisiaj kompletnie nie byłem w stanie zidentyfikować.

— Przeczucie? — Uśmiechnąłem się blado.

— Chyba nawet coś więcej. — Puścił do mnie oko, ruszając w swoją stronę — Trzymaj się. — Machnął mi, nawet na chwilę się nie odwracając.

Stałem tak przez pewien czas oszołomiony rozmową z Luckym, bo nie spodziewałem się takiego obrotu spraw. Wychodząc z domu, byłem załamany i chciałem żebrać u psychiatry o prochy. Teraz recepta porwana leżała w parkowym śmietniku, a mimo to na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Może to naiwne, ale uwierzyłem Lucky`emu we wszystko, co mówił i zamierzałem się dostosować do tego, co mi nakazał. Skupię się tylko na płycie, nic więcej nie będzie dla mnie istniało. Może być trudno, ale wiem, że jeżeli mi się to uda, to wszystko się ułoży. Wydając tą płytę, pokażę Lily jak wiele dla mnie znaczy. Lily musi zobaczyć siebie moimi oczami, a wtedy nie będzie mogła mówić, że nic o niej nie wiem, nie mam podstaw, by sądzisz, że to co czuję to miłość lub że nie pasujemy do siebie i nie mogłoby nam wyjść…

Wszedłem energicznie do domu.

— Wróciłeś. — Spojrzała na mnie zaskoczona Kiyumi. — I jesteś… zadowolony. Masz jakieś rozdwojenie jaźni, bo tego inaczej nie da się wyjaśnić.

— Oby tylko. — Machnąłem ręką, zastanawiając się jak wpleść grę Lily na skrzypcach w pewien utwór, który skomponowałem parę tygodni temu. Pewnie lepszą opcją byłoby napisanie nowego z uwzględnieniem tego, co nagrała Lily. Tak, to świetny pomysł, pomyślałem, niemal już słysząc jak powinien brzmieć refren.

— Masz leki? — spytała, wyrywając mnie z zamyślenia.

— Nie — prychnąłem niezadowolony, że przeszkadza mi w moim procesie twórczym.

— To ja zaraz zacznę się bać przebywania z tobą w jednym domu — odparła chłodno.

— Nie musisz, możesz dla swojego bezpieczeństwa się wyprowadzić — rzuciłem, po czym ruszyłem na górę.

— Przypominam ci, że masz tylko mnie i chyba powinieneś uważać na to, co mówisz, bo zostaniesz sam — fuknęła na mnie.

— Masz rację, mam tylko ciebie — odparłem, znikając na górze.

Tyle czy mnie pocieszało, że ją w ogóle mam? Nie wiem, powoli zastanawiałem się, czy nie byłoby mi mimo wszystko lżej samemu…

*

Leżałam w szpitalu ze złamaną nogą na oddziale urazowym, ale zarówno ja, jak i pielęgniarki bardziej widziałyśmy mnie na oddziale psychiatrycznym. Zachowywałam się, jakbym cierpiała na depresję, co chyba nie było takie dalekie od prawdy. Byłam załamana i w sumie nigdy wcześniej nie byłam w takim stanie. Nie chciało mi się wstawać rano, jeść, z kimkolwiek rozmawiać, chciałam tylko wegetować, leżąc nieruchomo na łóżku, co jakiś czas zalewając się łzami.

Miałam wspaniałą wizję tego roku, która prysła w jednej chwili. Kiyumi wysłała mnie do szpitala i wiedziałam, że nie cofnie się przed niczym, bym tylko zostawiła Brandona w spokoju. Nie mam wprawdzie dowodów, że to ona zostawiła mi kartkę i uszkodziła samochód, ale czułam to, niemal byłam tego pewna. „Kto inny mógłby być na ciebie tak wściekły?”, zapytał mnie głos rozsądku, który gnębił mnie od ponad tygodnia. Mogłam go nie bagatelizować, gdy mnie ostrzegał. Nigdy bym nie skończyła w szpitalu, gdybym go posłuchała, ale ja głupia wierzyłam w bajki.

— Nie powiedziałaś mu, dlatego go tu nie ma. Inaczej byłby tutaj, jestem tego więcej niż pewna — odezwała się siedząca pod oknem Mary, która przyjeżdżała tu codziennie, mimo że wcale nie chciało mi się z nią rozmawiać.

Ja naprawdę zrozumiałam znaczenie słowa „cierpienie” dopiero po tym wypadku. Nie, właściwie to po najtrudniejszej rzeczy, jaką musiałam kiedykolwiek zrobić, czyli zerwaniu jakiegokolwiek kontaktu z Brandonem. W swoim życiu nie byłam przesadnie szczęśliwa, ale nieszczęśliwa też nie byłam. Czułam się po prostu byle jak, więc nie odczuwałam ani przesadnie pozytywnych uczuć, ale też mocno negatywnych. Odkąd jednak w moim życiu pojawił się Brandon paleta emocji, które odczuwałam, znacznie się powiększyła. Do tej pory jedynie o te skrajnie pozytywne, teraz jednak byłam po drugiej stronie tej skali i nie wiem, czy jest jakiekolwiek gorsze uczucie niż to, które teraz odczuwam. W sumie nie wiedziałam jak dokładnie nazwać swój stan, bo rozpacz wydawała mi się za mało adekwatna…

— Rozmawiaj ze mnie, Lily. Błagam. — Spojrzała na mnie, a na jej twarzy widniała jedynie bezradność.

Do tej pory widziałam jedynie troskę, bardzo się o mnie martwiła, zwłaszcza że nic nie mówiłam. Czasami jak myślała, że śpię, to rozmawiała przez telefon prawdopodobnie ze swoim tajemniczym znajomym. Słyszałam wtedy rozpacz w jej głosie i bezsilność, jednak dopiero teraz zorientowałam się, jaki ból sprawiałam siostrze, nie rozmawiając z nią. Chciałam już nigdy z nikim nie musieć rozmawiać, ale musiałam się przełamać, by ukrócić cierpienie Mary. To ja powinnam się martwić o nią, a nie ona o mnie.

— Zerwałam z nim kontakt. Nawet wyrzuciłam kartę, by nigdy więcej do niego nie napisać — wyszeptałam, co zaskoczyło Mary, bo od ponad tygodnia prowadziła jedynie monolog.

Kochałam Brandona jak nikogo wcześniej i zapewne nikogo później, ale myśl, że prawie zginęłam przez Kiyumi, paraliżowała mnie na tyle, iż byłam w stanie zrezygnować ze swojego szczęście i naszej miłości. Może niektórym wydaje się to absurdalne, bo w ten sposób daję jej wygrać, ale ja po prostu nie byłam w stanie z nią walczyć. Była bezwzględna i czuję, że umiałaby mnie zabić, kto wie, może już teraz miała to w zamyśle. W końcu lekarz powiedział, iż miałam dużo szczęścia.

— Pokłóciliście się? Zdenerwowałaś się i dlatego miałaś wypadek? — wypytywała delikatnie.

— Kiyumi uszkodziła samochód — powiedziałam z trudem, bo gula w moim gardle utrudniała mi mówienie.

— Co? Trzeba to zgłosić na policję! — Oburzyła się.

— Nie ma mowy — zaprzeczyłam pośpiesznie. — Ona chciała, bym odczepiła się od Brandona, zrobiłam to, więc da mi spokój. Wszystko już będzie dobrze. — Łzy zaczęły spływać mi po policzkach.

— Lily, nie możesz tak. — Westchnęła Mary. — Nie możesz ze wszystkiego zrezygnować…

— Rezygnuję tylko z niego…

— Lily, on cię kocha — powiedziała załamana.

— To ona jest i będzie już zawsze częścią jego życia — wyszeptałam.

Kiyumi urodzi mu dziecko, więc zawsze będzie ważniejsza ode mnie. Zrobi wszystko, by byli szczęśliwą rodziną, nawet robiąc krzywdę mi, co zresztą udowodniła. Boję się, najzwyczajniej w świecie się jej boję i nie potrafię z nią walczyć. Nawet gdyby Brandon mi pomagał, uznawał to za coś naturalnego, to w pewnym momencie ta walka bardziej będzie się odbijała na nim niż na mnie. On chroniłby mnie, a Kiyumi w akcie zemsty buntowałaby przeciwko niemu jego dziecko, więc musiałby walczyć ze swoim dzieckiem. To było niedopuszczalne. Rozumiem, że teraz może cierpieć, bo wiem sama, co czuję, ale z czasem zapomni. Najważniejsze jednak jest to, że z pewnością mniej cierpi po stracie niedoszłej dziewczyny niż w ewentualnej wojnie z własnym dzieckiem.

— Lily, on świruje bez ciebie — powiedziała dość stanowczo Mary.

— Skąd to niby wiesz? — Spojrzałam na nią sceptycznie.

— Skąd wiem? — Zmieszała się. — Po prostu przeczuwam — dodała już spokojniej i pewniej.

— Nie znasz go, Mary — przypomniałam jej.

— Może masz rację, ale wydaje mi się, że wiem o nim wystarczająco dużo — oznajmiła dobitnie, ale ja nie chciałam się z nią dalej o to wykłócać. Temat Brandona był dla mnie zbyt bolesny, bym mogła go dalej kontynuować.

— Daj mi już spokój, Mary — mruknęłam ponuro, a na jej twarzy znów pojawiła się litość.

Nie chciałam, by się smuciła, bo miałam nadzieję, że jeżeli ona będzie radosna i uśmiechnięta, to chociaż trochę mnie tą radością zarazi, a chyba niczego bardziej nie potrzebowałam. „Oprócz Brandona”, dopowiedział mi głos lekkomyślności. Próbowałam go zlekceważyć, potrząsając głową, co od razu przykuło spojrzenie Mary.

— Kupiłaś piękne kwiaty — przyznałam, aby zmienić temat.

Mary zdziwiła się na moje słowa, więc spojrzałam wymownie na gęsty bukiet różowych peonii. Wyglądały tak wspaniale, że można byłoby mieć dylemat, czy na pewno są żywe, gdyby nie ich cudowny zapach.

— Och — wymsknęło się Mary, a zmiana tonu jej głosu od razu przykuła moją uwagę. — To od mojego znajomego, z życzeniami szybkiego powrotu do zdrowia.

— To ten sam znajomy, który porwał cię na święta? — spytałam łagodnie.

— Tak — odrzekła krótko, więc nie zamierzałam jej gnębić swoimi pytaniami.

Zresztą nie miałam ochoty rozmawiać. Znów czułam jak przygniata mnie ciężar mojej rzeczywistości, która nie tyle różniła się od mojej wizji, co była jej lustrzanym odbiciem. Marzyła mi się bajka, a skończyłam w koszmarze, z którego nie dało się obudzić, bo istniał na jawie. Chcę znów spać, nic więcej… Może jak się obudzę, wszystko będzie inne.„Marzyć, to ty już pomarzyłaś sobie i nic z tego nie wyszło”, skwitował mój karcący głos rozsądku.

Rozdział II

Zgodnie z planem Lucky`ego wziąłem się ostro za pracę nad płytą i kompletnie nic więcej mnie nie interesowało. Może to było idiotyczne bagatelizować wszystko inne, ale nie wymyśliłem żadnej lepszej opcji, dlatego musiałem zawierzyć przyjacielowi-duchowi, który najwyraźniej znał mnie lepiej niż chciałem przyznać.

Miewałem chwile zwątpienia i wtedy odczuwałem olbrzymią tęsknotę, która wypalała mi za każdym razem piętno na sercu, ale nigdy nie pozwoliłem sobie na żadne prochy, czy szklankę Martini. Jedynie wypalałem w cholerę fajek, za które ganiła mnie Dolores. Moje życie jednak wpadło w rutynę i od dobrych dwóch tygodni zasypiałem i budziłem się nad kartkami.

Tej nocy jednak nie spałem. Sprawdzałem linijkę po linijce i gdzieś o pierwszej popołudniu po prostu mnie zamurowało. Całe zmęczenie przestało mieć jakiekolwiek znaczenie, bo jedyne, co przychodziło mi do głowy to: „Udało mi się”. Miałem stos kilkuset kartek, które można uznać za scenariusz mojej płyty. Mimo tego jak w beznadziejnym momencie jest moje życie, na mojej twarzy majaczył się uśmiech. Nie pozwalałem sobie jednak na szczery uśmiech, bo ten sukces mógłby mnie cieszyć jedynie z Lily.

Wyjąłem z kieszeni bluzy bransoletkę, którą wiele miesięcy temu zgubiła na wernisażu. Potarłem skórzany pasek, a na palcach został mi zapach jej perfum, co jest totalnie abstrakcyjne, biorąc pod uwagę ile minęło miesięcy od momentu, gdy Lily miała ją na ręku. Nie rozckliwiaj się, skarciłem sam siebie, zbierając wszystkie papiery do skórzanej torby.

— A śniadanie? — zaczepiła mnie Dolores, gdy zakładałem buty.

— Nie teraz. — Pokręciłem głową.

— O nie, nie, mój panie. — Podeszła do mnie pośpiesznie, zabierając mi z ramienia torbę. — Pan nie śpi, nic nie mówi, ciągle pracuje i pali więcej niż zwykle. Proszę, niech pan chociaż dla mnie coś zje przed wyjściem.

— A mam wyjście? — spytałem, wzdychając, ale ona tylko pokręciła głową.

Dolores patrzyła na mnie zatroskana, gdy wpychałem w siebie kolejne tosty i nawet nie zdawałem sobie sprawy, że jestem tak cholernie głodny.

— Czy mogę coś dla pana zrobić? Coś co poprawi panu humor — odezwała się, więc na nią momentalnie spojrzałem.

— Ja… — wymamrotałem niepewnie. Byłem cholernie speszony, bo już dawno nikt nie wykazał takiej troski o mnie. — Robisz i tak bardzo dużo dla mnie — oznajmiłem. Chciałem, by wiedziała, że ją bardzo doceniam, mimo że rzadko jej to mówię.

— To moja praca. — Uśmiechnęła się przyjaźnie. — Wiem, że nie jestem w stanie pomóc panu z pańskimi problemami, ale może jest coś, co poprawiłoby panu humor chociaż na chwilę.

— Nie, raczej nie, ale nie musisz się o mnie martwić, wszystko się ułoży — zapewniałem ją, bo sam w to mocno wierzyłem.

Wydam płytę i Lily zrozumie, ile dla mnie znaczy i wszystko się unormuje. Tak powiedział Lucky i ja mu w to wierzę.

— Szkoda, że nic nie mogę zrobić — odparła, gdy wstałem, kierując się do wyjścia.

Nie chciałem jej sprawiać zawodu, zwłaszcza że od pewnego czasu jednym z jej celów życiowych stało się uszczęśliwianie mnie. Zastępowałem jej w pewien sposób dzieci tak jak ona mi matkę, więc spoczywała na mnie pewna odpowiedzialność, by jej nie dawać powodów do zmartwień.

— Bardzo mi smakowały te chrupiące, miękkie ciasteczka — rzuciłem, stając w progu salonu.

Dolores spojrzała na mnie, a ja się do niej uśmiechnąłem, więc i na jej twarzy pojawił się uśmiech, który z każdą sekundą się powiększał.

— Churros? — niemal zaszczebiotała z radością, a ja przytaknąłem. — Będą jak pan wróci — powiedziała przyjaźnie.

Usatysfakcjonowany z faktu, że sprawiłem jej radość, wsiadłem do swojego Porsche, by za godzinę być już w studiu.

— Hej.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 35.4