E-book
6.95
drukowana A5
57.52
Bratnia dusza

Bezpłatny fragment - Bratnia dusza

Allegro non molto


Objętość:
365 str.
ISBN:
978-83-8189-034-2
E-book
za 6.95
drukowana A5
za 57.52

Prolog

Czasami bardziej czujesz się czyjąś własnością niż partnerem w związku. Czy mi to przeszkadzało? Nie, w ogóle, pewnie żyłbym tak dalej przez kolejną dekadę, a może nawet dłużej. Tak, w sumie to bardziej niż prawdopodobne. Nie miałbym dalej pojęcia jak powinien wyglądać związek, ja w ogóle niewiele wiem o związkach międzyludzkich. Rodzina uważa, że traktuję ich jak obcych, znajomi myślą, że jestem dziwakiem, a moja dziewczyna ma mnie za gościa, który jest sławny, ekscentryczny i jest z nim wystarczająco długo, by nie zastanawiać się nad tym, co nas łączy. Tak, jest ze mną coś nie tak.

Już w podstawówce pedagog powiedział ojcu, że jestem „upośledzony społecznie”, nie wiem, czy to termin naukowy, ale świetnie mnie określa. Od najmłodszych lat nie czułem potrzeby przebywania, rozmawiania, a nawet i widzenia się z ludźmi. Moje upośledzenie społeczne w stopniu znacznym mogło wróżyć mi jakąś świetlaną przyszłość naukowego geniusza, ale się tak nie stało. Nie potrafiłem się skupić dłuższą chwilę nad żadnym z przedmiotów, tym bardziej naukami ścisłymi, traciłem koncentrację i szybko uciekałem myślami nie tylko od tematu lekcji, ale także od szkoły, a nawet swojego życia. Naukowo moje zaburzenie nazywa się ADD i jest niczym innym jak pochodną ADHD, w której nie występuje nadpobudliwość. Wracając jednak do sedna, wyobraźnia to potężny dar, ale jednocześnie źródło wielu problemów. Nie byłem szczególnie brzydki, ale przy byciu kiepskim uczniem i dziwakiem nieumiejącym nawiązywać kontaktów z kimkolwiek, byłem dzieckiem skazanym od początku na kiepską przyszłość. Od niemal początku mojego życia nikt nie widział we mnie osoby mogącej posiadać perspektywy na sukces. Okazało się jednak, że przy wszystkich moich problemowych cechach, mam niebywały talent do muzyki. Wydawało mi się, że ona rozumie mnie, a ja ją.

Pod koniec podstawówki zacząłem grać na fortepianie, a później pojawiały się kolejne instrumenty, którymi sam uczyłem się posługiwać, po czym gdy osiągałem pewien pułap, rozwijałem umiejętności dalej pod okiem specjalistów. Muzyka mnie fascynowała i szybko stała się wszystkim, czego potrzebowałem do życia, a przecież jeszcze przed chwilą niczego nie pragnąłem i do niczego się nie nadawałem.

W liceum sama gra na instrumentach mi nie wystarczała i wtedy pojawił się pomysł tworzenie muzyki samemu, komponowania jej… To sprawiło, że łatka „dziecka bez przyszłości” zniknęła, a ja osiągnąłem sukces, o którym nikomu się nie śniło, gdy myślał o mnie. Ja się go też w ogóle nie spodziewałem… w sensie nie sądziłem, bym kiedykolwiek był w stanie cokolwiek osiągnąć, a już jakąś tam wielką karierę tym bardziej.

Po kilku latach jednak utraciłem swój dar i życie znów było cholernie puste… Niby było tak jak na początku, ale jednak bez muzyki, nie mogąc jej tworzyć, poczułem tęsknotę, która szybko zamieniła się w formę depresji i marazmu, zwłaszcza że ludzie wokół nic nie rozumieli. Byłem gościem, który osiągnął więcej niż większość moich rówieśników, ale czułem się beznadziejnie. Umierałem od środka i nikogo dookoła to nie interesowało, bo przecież zawsze byłem jakiś dziwny, jakiś zdystansowany, więc nikt nic nie zauważył albo po prostu nie chciał widzieć. Poza tym świetnie mi się wiodło, to bez jednego „hobby” da się żyć… Ja byłem upośledzony społecznie, a to ludzie wokół wydawali się nie znać słowa „empatia”. Ludzie żyli swoim życiem, a ja każdego ranka otwierałem oczy i zastanawiałem się, czemu muszę znów wstać… Pojawiła się łatka gościa, który skończy ze sobą szybciej niż dopadnie go starość czy choroba. Bałem się, że coś sobie zrobię, ale okazało się, że nawet do beznadziejności można się przyzwyczaić, wystarczą tylko odpowiednie proszki. Żyłem z dnia na dzień, otoczony z jednej strony obojętnością, a z drugiej brakiem zrozumienia. Zrobiłbym coś z tym? Pewnie nie, bo w końcu zawsze sobie tłumaczyłem, że nie wiem jak powinienem się czuć, nie znam się na tym. Rozpoznawanie uczuć to była dla mnie czarna magia, choć chyba od zawsze bardzo ich pragnąłem. Nawet jeżeli sam nie umiałem ich w sobie identyfikować, to jednak chłonąłem je jak czarna dziura, karmiąc się nimi. Zabrakło ich jednak w moim życiu tak jak muzyki, a może jedno wiązało się z drugim? Tak, to bardzo prawdopodobne, ale nie wiedziałem jak zaradzić tkwieniu w tej pustce, więc powoli przyzwyczajałem się do niej. No i nagle wśród tej panującej dookoła szarości pojawiło się „coś” kolorowego. Pojawiła się szansa na udaną terapię, na odzyskanie daru, na tworzenie muzyki… Musiałem skorzystać z tego uśmiechu losu, bo jeżeli muzyka była sensem mojego życia, to w ten sposób wygrywałem całe moje życie, ocalałem je przed samym sobą.

Wszystko jednak poszło nie tak jak zakładałem, a pojawiające się komplikacje to ostatnie, czego w swoim życiu chciałem, ale nie umiałem przestać brnąć w to dalej i dalej… Uwikłany w nowych, nieznanych mi sytuacjach odkryłem, że pięciolinie mojej przyszłości nie są puste, a jedynie brakowało na nich klucza wiolinowego, który pozwoliłby odczytać melodię na nich zapisaną. Aby to jednak zrozumieć, musimy zacząć od początku, przenieść się w upalne nowojorskie lato…

Rozdział I

Upał był tak duży, że niemal dusiłam się w biurze. Nie chodziło oczywiście tyle o wysoką temperaturę za oknem, co chciwość i skąpstwo szefa, który zamiast naprawić klimatyzację, najpierw stwierdził, że w marcu jest to w ogóle zbyteczne, a teraz w lipcu tłumaczy nam wszystkim, iż upały nie potrwają długo, więc można oszczędzić na naprawie, czekając do przyszłego roku. Uważałam go za niespełna rozumu, bo gdy on przebywał tu zaledwie godzinę dziennie, przyjeżdżając swoim drogim, klimatyzowanym Chevroletem Camaro, to my dusiliśmy się tutaj po osiem godzin. W woli wyjaśnienia nie jestem fanką samochodów i nie miałabym pewnie pojęcia, co to za model, gdybym codziennie nie musiała o nim słuchać, tak samo jak zresztą czterech innych pracowników banku, niestety, jego banku. Nie zazdroszczę mu bogactwa i nie chcę mówić, że mógłby zainwestować pieniądze w klimatyzację, bo jak każdy bogacz ma prawo je wydatkować jak chce, ale bardzo bym chciała, by znalazł głęboko skrywane pokłady empatii i uratował nas przed przegrzaniem. Niestety, nie widziałam na to większych szans.

— Wszystko posprawdzałaś? — spytał mnie Roger, gdy Joe, nasz ochroniarz, czekał, by zamknąć bank, bo wybiła druga popołudniu, a właśnie o tej godzinie w sobotę kończyłam pracę.

Oboje z Rogerem pracowaliśmy w obsłudze klienta, przez co byłam z nim bardziej zżyta niż z resztą personelu, poza tym szliśmy w jedną stronę wracając do domów, więc zawsze półgodzinny marsz spędzałam w miłym towarzystwie.

— Tak, możemy wychodzić. — Uśmiechnęłam się zadowolona, że kolejny tydzień pracy się skończył i teraz mam swoje dwa dni wolnego, w sumie to licząc jeszcze dzisiejsze popołudnie, dwa i pół dnia wolnego.

— Liliano. — Usłyszałam głos mojego szefa, który ni stąd, ni zowąd pojawił się w banku. — Zostań na chwilę — powiedział głosem nieznoszącym sprzeciwu, zresztą zawsze i do każdego mówił z taką wyższością.

— Nie musisz na mnie czekać, idź — mruknęłam do Rogera, bo dzisiaj się spieszył do domu, ze względu na jakiś hiper ważny mecz. Skinął do mnie z wdzięcznością.

— Liliano — parodiował szefa, gdy ten zniknął za drzwiami od swojego gabinetu. Westchnęłam zrezygnowana i weszłam do olbrzymiego pomieszczenia, gdzie czekał na mnie już szef.

— Obserwując cię dziś w pracy, dostrzegłem, że nie uśmiechasz się do klientów — powiedział, patrząc na mnie wymownie. — Musimy być mili, by do nas przychodzili — dodał, nie spuszczając ze mnie wzroku.

Klienci pewnie i tak, by przychodzili, bo jesteśmy jedynym bankiem w całym miasteczku, ale postanowiłam zachować tą uwagę dla siebie. W miasteczku takim jak Lyons wszystkie lokale usługowe nie posiadają najmniejszej konkurencji. Mamy więc jeden bar, jedną restaurację, jeden park, jedną niewielką przychodnię zdrowia i jeden bank. Najbliższa konkurencja dla mojego szefa była zapewne dopiero w Filadelfii, więc nie musiał się przejmować. Poza tym klienci z pewnością rozumieli moje dzisiejsze samopoczucie, wystarczyło tylko wejść do bank. Cały dzień ludzie przychodzi i ze współczuciem się uśmiechali, sami ledwo wytrzymując w takiej saunie. Lyons ma ledwie pięciuset mieszkańców, wszyscy się tutaj znali. Byłam nieśmiała oraz małomówna, ale z całą pewnością w całym miasteczku nie było ani jednego mieszkańca, który nazwałby mnie „niemiłą”.

— Przykro mi — wyszeptałam tylko.

— Liliano, naszym celem jest służenie ludziom — mówił wyniośle, a ja stałam jak skruszona dziewczynka, która nie wiedziała, co ma ze sobą począć. — Musi być widać, że ci na tej pracy zależy.

— Rozumiem — przytaknęłam.

Czy ja lubiłam tą pracę? Tak, oprócz szefa, to była ona naprawdę w porządku. Nie była spełnieniem moich marzeń, ale pogodziłam się już dwa lata temu, że nie zawsze możemy robić to, co chcemy, bo musimy niekiedy podejmować decyzje słuszne, które przekreślają jednak nasze marzenia i plany.

— Jestem poważnym biznesmanem, pracuje u mnie jeden procent naszego społeczeństwa — oświadczył dumnie jak na poważnego biznesmana, mającego pięciu podwładnych przystało. — Mam nadzieję, że podobne zachowanie się nie powtórzy, bo będę zmuszony obciąć ci dniówkę.

— Tak, rozumiem, przepraszam — mamrotałam ze zdenerwowania. Lubiłam kontakt z ludźmi, ale gdy się zawstydziłam, ciężko było mi nie okazywać swojego zakłopotania.

— Przyjmuję twoje przeprosiny — odparł, ale czekał na tekst, który każdy z jego pracowników musiał wypowiedzieć, gdy ten szczurowaty czterdziestolatek nas strofował, ale nie karał.

— Jest pan jak zwykle łaskawy. — Wymusiłam na sobie uśmiech, a on usatysfakcjonowany moją odpowiedzią, machnął na mnie ręką.

Z ulgą wyszłam z jego gabinetu, a potem z budynku. Słońce wysoko wisiało na niebie, więc czekał mnie spacer w okropnych skwarze. Dochodząc do domu, czułam niemal jak moja głowa pulsuje mi z przegrzania.

— W końcu jesteś, Lily — powitał mnie ojciec, więc spojrzałam na niego pytająco. On tylko przewrócił oczami i wiedziałam, że znów mama porusza temat Mary.

Mary była moją młodszą, szesnastoletnią siostrą, która nie chciała podjąć decyzji słusznej i zostać w Lyons, tylko postanowiła uciec, by zdobyć świat muzyczny. Zabawne, z dwójki rodziców, którzy w ogóle nie interesowali się muzyką, urodziły się dwie córki świata niewidzące poza nią. Mary śpiewała odkąd zaczęła mówić, piosenkami usłyszanymi w reklamach telewizyjnych katowała nas przez kolejne tygodnie. Miała jednak niebywały talent, który mama próbowała stłamsić tak samo jak w moim przypadku. Mary jednak zbuntowała się i uciekła do Nowego Jorku, chcąc tam zrobić karierę, co przyprawiało moją matkę o ból głowy.

— To był zły pomysł, że ona tam pojechała! Tam jest tyle niebezpieczeństw! Tu byłaby bezpieczna tak jak Lily! — wykrzykiwała matka, co zapewne było spowodowane tym, że Mary nie odbierała od niej telefonu.

Lyons faktycznie było bezpiecznym miasteczkiem, ale także bardzo nudnym, niewiele można było tutaj robić. Każdy żył życiem każdego, jakieś wydarzenie w jednej rodzinie było tematem rozmów wszystkich innych przynajmniej przez najbliższy miesiąc lub do momentu gdy zastępował go następny temat. Nie lubiłam tej małomiasteczkowości, choć sama urodziłam się tutaj i żyło mi się tu dobrze. Nie da się jednak tego w żaden sposób porównać do kolorowego Nowego Jorku, który był niedaleko, a wydawał się być taki nierealny, gdy się o nim myślało tutaj, w Lyons.

— Mamo, Mary się odezwie, pewnie coś robi i dlatego nie odebrała — mruknęłam, wieszając torebkę na haczyku. Podeszłam do lodówki, wyciągając butelkę soku pomarańczowego, którym chciałam ugasić piekące mnie w gardle pragnienie.

— Ty zawsze byłaś rozsądniejsza, Lily. — Westchnęła, siadając na fotelu.

— No już, nie denerwuj się, Martho. — Próbował ją uspokoić ojciec.

Kochałam swoich rodziców, ale czasem wydawało mi się, że oni wcale nie rozumieją nas, swoich córek. Mary uciekła, by spełniać swoje marzenie, zajmować się muzyką. Podziwiałam ją za to i mocno jej kibicowałam. Mój rozsądek, za który chwaliła mnie przed chwilą matka, sprowadzał się jedynie do porzucenia moich marzeń i zostania tutaj w Lyons z nimi.

Dawniej byłam całkiem niezłą skrzypaczką i w wieku piętnastu lat nie wyobrażałam sobie, bym mogła robić w życiu cokolwiek innego niż grać. Wygrywałam konkursy zarówno te regionalne, jak również jeden stanowy i wróżono mi pracę w tym zawodzie. Wypadek ojca sprawił jednak, że sprzedałam skrzypce, by rodzice mogli spłacić chociaż część długów wobec szpitala. Byli mi oczywiście bardzo wdzięczni, a ja wtedy zrozumiałam, że jestem zobowiązana do pomocy finansowej rodzicom. Nie poszłam po liceum na studia tak jak moi rówieśnicy, tylko poszłam po pracę do Barrego Goldmana, u którego pracuję do dzisiaj. Mam dziewiętnaście lat i prawdopodobnie jak większość mieszkańców Lyons, będę miała tą samą pracę przez całe życie. Nie narzekałam, naprawdę żyje mi się dobrze, ale nie chciałam, by Mary miała tak samo. Skoro ja już tu dobrowolnie zostałam, by pomagać rodzicom, to niech ona spełnia marzenia za nas obie.

— Jej musiało się coś stać. — Wzdychała ciężko matka.

— Mieszka z moją koleżanką i w dodatku niedaleko od babci, gdyby coś się stało na pewno, by nas ktoś poinformował — oznajmiłam spokojnie, by i jej mój spokój się udzielił. Nagle usłyszałam dzwonek swojego telefonu, więc podeszłam do drzwi, wyciągając komórkę z torebki. — Widzisz? Babcia dzwoni, zaraz ją zapytam o Mary. — Odebrałam telefon.

— Cześć, Lily. — Usłyszałam ciepły głos babci.

— Cześć, babciu. Mama odchodzi od zmysłów, czy z Mary wszystko w porządku? — spytałam od razu po przywitaniu się. Matka patrzyła na mnie wyczekująco.

— Oczywiście, jednak przeżywa swoje nastoletnie problemy i siostra, by jej się przydała — odparła mi z pobłażliwością w głosie. Och, cała Mary, zawsze wyolbrzymiała wszystko i zapewne tym razem też tak było. Wiedząc jednak jak matka reaguje na każdą zmianę w jej głosie, bała się odebrać od niej telefonu, bo ta zaraz kazałaby jej wracać do domu.

— Nic jej nie jest, siedzi u babci — burknęłam, choć wcale nie byłam pewna, czy to prawda.

— Dzięki, Bogu. — Matka złapała się za serce, ale na jej twarzy było widać ulgę.

Z lekkim grymasem zażenowania poszłam na górę do swojego pokoju, by dowiedzieć się od babci więcej szczegółów dotyczących tych nastoletnich problemów Mary. Tak naprawdę, to chyba nawet jej ich zazdrościłam, bo moje przy jej wydawały się nie tyle głupie, co tak naprawdę nudne. Lubiłam spokój, jaki panował w Lyons, jedyne czego się bałam to faktu, że kiedyś mogę stać się czterdziestolatką, która będzie plotkowała z innymi czterdziestolatkami o jakiś błahostkach, tak jakby to były sprawy najwyższej wagi.

— Dobrze, teraz powiedź mi co się stało, babciu — poprosiłam ją, siadając na łóżku.

— Powinnaś do niej przyjechać. Płacze i szlocha od dwóch dni. Lucy mówiła, że to chodzi o jakiegoś chłopaka. Pewnie tak jest, bo od paru tygodni chodziła jak w skowronkach, a teraz taki dramat — relacjonowała mi.

Najpierw chciałam się wyplątać z tej propozycji, ale później stwierdziłam, że jeżeli spędzę ten weekend poza domem, to na pewno na dobre mi to wyjdzie. Musiałam czasami robić sobie wolne nie tylko od rodziców, ale także od Lyons, by nie zapomnieć, że jest świat poza tym miasteczkiem i jego problemami.

— Będę wieczorem — odparłam tylko, zastanawiając się, czy zdążę dojechać do Filadelfii wystarczająco szybko, by złapać pociąg do Nowego Jorku.

*

Tętniący życiem Nowy Jork, głośny, barwny i nieprzewidywalny. Wysokie wieżowce wznosiły się nad zatłoczonymi, oświetlonymi ulicami, skąd ludzie kierowali swoje kroki w stronę barów, restauracji lub klubów, by spędzić w nich cały wieczór, a niekiedy i noc. Tu żyło się szybko, zarówno w dzień, gdy pod krawatem szło się do pracy w biurowcu, jak i w nocy, gdy krawat znikał. Imprezy nie odbywały sie jedynie w podziemiach i na parterze, ale także przenosiły się na dachy wieżowców. Tu jednak nie dało się nie dostrzec różnicy w klienteli. Drogie suknie, szyte na miarę garnitury, drogie dania i jeszcze droższe drinki były tym, czego tutaj nie tylko należało się spodziewać, ale przede wszystkim to, czego się tutaj wymagało. Bez grubego portfela lub błyszczącej w ręku złotej, ba, platynowej karty, nie dało się przekroczyć progu tych ekskluzywnych wnętrz. Każda podsłuchana rozmowa sprawiała, że nie sposób było nie odnieść wrażenia, iż dosłownie każdy, kto tu się znalazł, był człowiekiem sukcesu, a jego życie to bajka. I ja pomiędzy tymi ludźmi zastanawiający się… CO JA, U DIABŁA, TU ROBIĘ?!

— To jest mój chłopak, Brandon — przedstawiła mnie Kiyumi, prężąc się z dumy jak kotka przed swoimi koleżankami.

— To ty jesteś odpowiedzialny za muzykę Shauna? — spytała mnie piskliwym głosem jej azjatycka koleżanka, której imienia, rzecz jasna, nie zapamiętałem.

— Za swoją muzykę to on sam jest odpowiedzialny — burknąłem niezbyt miło, za co Kiyumi obrzuciła mnie lodowatym spojrzeniem.

— Brandon jest teraz odpowiedzialny nie tylko za Shauna, ma wielu wokalistów, jest w końcu producentem muzycznym — rzuciła, chwaląc się tym moim tytułem, który dla mnie był degradacją.

Kiedyś mówiono o mnie świetnie zapowiadający się kompozytor swoich czasów, dzisiaj jestem tylko typem płacącym innym wykonawcom, wydającym ich płyty, jakbym sam był jedynie workiem pieniędzy. Zajmowanie się cudzą muzyką jest jak lizanie lizaka przez szybę, jednym słowem: „żałosne”.

— To nawet dobrze, bo kompozytorzy w dzisiejszym czasie to przeżytek — kontynuowała i szczerze, nie sądziłem, że przy proszkach na depresję jest ktoś w stanie mnie zjeżyć, a jej się udało.

— Co to niby znaczy? — prychnąłem momentalnie.

— Teraz wszystko robią komputery. — Zaśmiała się, a ten tłum tępych wokół lasek jej wtórował.

— Komputery? — Uśmiechnąłem się kpiarsko. — Uważasz, że nikt nie komponuje w domu przy gitarze, klawiszach czy skrzypcach?

— Akira nie miała nic złego na myśli. — Próbowała załagodzić ten konflikt Kiyumi, ale ja już czułem wojnę amerykańsko-japońską, która czaiła się za rogiem.

— Oczywiście, że nie. — Poparła ją Akira. — Po prostu bardziej ambitnym zajęciem jest bycie producentem muzycznym niż kompozytorem.

— Znalazłoby się też wiele ambitniejszych zajęć niż robienie za wieszak na łachy — warknąłem i momentalnie atmosfera stężała.

— Brandon, pozwól na chwilę — powiedziała miękko Kiyumi, przerywając ciszę, ale ja już wiedziałem, że moja japońska dziewczyna zaraz zrobi mi awanturę za obrażanie jej tępych psiapsiół. — Czy ty chociaż raz nie możesz być normalny?! — wycedziła, gdy wyszliśmy na taras.

— Muzyka jest czymś poważnym — przypomniałem jej.

— Ludzie są ważni! — wyrzuciła jadowicie. — Jesteś koszmarnie zgryźliwy.

— Głupia modelka wyśmiewa wielogodzinne siedzenie nad nutami! Nie wszystkie piosenki są kwestią kilku kliknięć w komputerze — prychnąłem.

— Głupia modelka? — Uśmiechnęła się kpiarsko.

— Nie chciałem nawiązać do ciebie. — Usprawiedliwiałem się.

— Wyjdź, po prostu wracaj do domu lub do wytwórni. — Odwróciła się na pięcie i już jej nie było. Westchnąłem ciężko, wyciągając papierosa i ruszając do wyjścia.

— Tu nie wolno palić — skarcił mnie jakiś kelner.

— Tak, tak, wiem. — Machnąłem niedbale ręką, wchodząc do windy.

Mówiłem jej, że mam gdzieś ten bankiet i nie chcę bawić się z durnymi modelkami, ale ona jak zwykle musiała postawić na swoim. Wysiadłem pod wytwórnią niecałe półgodziny później, chcąc się trochę odstresować. Na pewno Andy, gość od podkładów dźwiękowy, który tworzy muzykę dla wokalistów w mojej wytwórni, coś dla mnie zostawił, bym przesłuchał i ocenił. Spędzę tak czas do północy, później wrócę do domu, wezmę prochy, popiję Martini i może uda mi się przespać. Cholera, ADD, depresja i jeszcze gdyby tego było mało, bezsenność… Czy można być bardziej poronionym?

— Nie wytrzymam z nim — warknęła jakaś młoda dziewczyna, gdy z kapturem na łbie szedłem w stronę studia. — To cholerny dupek, nie chce zatwierdzić nawet jednego utworu. — Oburzała się dalej i byłem pewien, że ten dupek to ja.

Zawsze miałem ostatnie słowo odnośnie tworzonej w mojej wytwórni płyty. To nie tak że ich cholernie gnębiłem, mogli robić, co chcieli, nie rzucałem żadnych rad, ale jeżeli to, co mi pokazywali, nie było zbieżne z moim pojmowaniem muzyki, standardami tej wytwórni, to nie przyjmowałem tego materiału pod swoje logo.

— Może, ale bez niego nic nie osiągniesz — mruknął do niej gość, z którym rozmawiała, a ja wszedłem do studia, gdzie już nie było Andrew. Usiadłem na fotelu, znów głęboko wzdychając.

Obraziłem obcą kobietę, pokłóciłem się ze swoją i w dodatku każdy ma mnie za dupka. Czemu to do mnie nie trafia? Czemu nie umiem się wczuć w emocje innych ludzi? Czemu nie robi na mnie wrażenia gniew mojej kobiety? Czemu nie liczy się dla mnie opinia ludzi? Nie to że się nie przejmuję, po prostu nie zależy mi, by mówili o mnie dobrze, w sumie nie zależy mi, by w ogóle ktokolwiek kiedykolwiek cokolwiek o mnie mówił. Mógłbym zniknąć, nie istnieć, najgorsze jednak w tym jest to, że nie tyle dla nich, co dla samego siebie. Znieczulica. Cholerna znieczulica, a przecież taki nie jestem, a raczej nie byłem… Dużo czułem, często zbyt mocno, nawet jeżeli tego nie pokazywałem. Teraz była obojętność. Nic nie czułem, kompletnie nic. Już nawet złość i rozpacz zmieniły się w bezsilność i obojętność. To tak jakbym był martwy. Tak, jestem martwy, brak muzyki zabił moją duszę. Boże, co jest ze mną? Tak bardzo nie chcę wstawać rano z łóżka, budzić się, ale jednocześnie nie umiem się pogodzić z własną śmiercią, którą coraz częściej sobie wyobrażam…

— Hej! — Wpadł nagle do środka Shaun z trzema dziewczynami. — To jest Brandon Wild we własnej osobie, drogie panie — mruknął nieźle zaprawiony, zresztą jego niemal roznegliżowane towarzyszki też już swoje dzisiaj wypiły.

— Kompozytor — zaświergotała jedna z nich, więc uśmiechnąłem się kpiarsko, bo dopiero słyszałem, że kompozytorzy są na wymarciu, a tutaj proszę, można jeszcze tym zaimponować. Szkoda, że ze mnie już raczej były kompozytor, gość tęskniący za komponowaniem, ale cóż… traciłem nadzieję, bym jeszcze kiedyś wrócił do tej wspaniałej czynności, jaką jest pisanie muzyki. Dziś to już nie umiem stworzyć nawet jednej linijki, a co dopiero całej kompozycji.

— Kiepsko wyglądasz, może jedna z pań ci potowarzyszy? — powiedział rozbawiony. Mój szwagier mimo, że był bratem Kiyumi, to z pewnością po wyglądzie nie dałoby się tego poznać. Kiyumi bardzo dużo odziedziczyła po japońskich korzeniach swojej matki, co Shaunowi nie było dane i rzadko ktoś dopatrywał się w nim azjatyckości.

— Jestem chłopakiem twojej siostry — przypomniałem mu.

— No i? — Zaśmiał się. — Numerek na boku nie jest zły. Może lepiej, by ci się zrobiło — dorzucił, dalej się śmiejąc, ale zabrał dziewczyny i wyszedł. Przesłuchałem jeden niezły kawałek, ale zrzuciłem słuchawki na szyję, zastanawiając się, nad tym co powiedział.

Może lepiej, by ci się zrobiło, w mojej głowie wciąż brzmiały jego słowa. Cholera. Czy seks z przypadkową dziewczyną wywołałby we mnie jakieś emocje? Pożądanie? Ech, pożądanie to tylko odruch i to taki przyziemny. Na brak seksu nie cierpię, ale gdzie w tym są emocje? Nie ma, dawno stały się wyblakłym wspomnieniem. Seks od lat to mechaniczna, niemal zwierzęca czynność. Seks to nie emocje. Seks i emocje to już znacznie więcej. Miłość powoduje mnóstwo emocji, nawet jeżeli nie tylko te pozytywne, to jednak żebrałbym i o te negatywne jak ból, rozczarowanie, tęsknota… Emocje, czemu dla mnie muszą być takie nieuchwytne? Próżnia, tkwię w próżni, której tak cholernie nienawidzę. Ale czy ja właściwie nienawidzę? W sumie nie. Już nawet nienawiść nie istnieje w moim słowniku. Mi już wszystko jest obojętne. Obojętność — najgorszy stan, w jakim można się znaleźć…

Rozdział II

W Nowym Jorku byłam gdzieś około siódmej wieczorem i dzisiejszy dzień pracy oraz upał sprawił, że ledwo żyłam, a nawet nie zdążyłam jeszcze się dowiedzieć, co się stało Mary. Stałam przed całkiem bogatą kamienicą niedaleko Central Parku i patrzyłam na nią chyba trochę z wyrzutem. Uwielbiałam swoją babcię, była jedyną osobą, z którą mogłam szczerze porozmawiać, bo wydawała się rozumieć moją fascynację muzyką. Naprawdę tylko dzięki niej w młodzieńczych latach porzuciłam z Mary poszukiwanie naszych prawdziwych rodziców. Ona była zbyt podobna do nas, byśmy nie były jej wnukami. Nie rozumiałam jednak jak jest to możliwe, że babcia mieszka w zamożnej dzielnicy, a ja z rodzicami spłacamy długi, żyjąc w rozpadającym się domu. Szybko się jednak skarciłam, że babcia ma prawo na stare lata sobie dobrze pożyć. Zapukałam i po chwili już stała przede mną elegancko ubrana staruszka w wieku siedemdziesięciu trzech lat.

— Cześć, babciu. — Uśmiechnęłam się, a ona mnie objęła czule. — Prowadź mnie do naszej nieszczęsnej Mary.

— Tak się cieszę, że cię widzę. — Trzymała mnie wciąż w ramionach. — Twój widok wyleczy Mary ze wszystkich smutków — zapewniła mnie i dopiero teraz zorientowałam się, że nie widziałam ich przynajmniej ze dwa miesiące.

Trochę żałowałam, że w sumie dwie najbliższe mi osoby żyły tak daleko ode mnie. Czasami nawet łapałam się, iż chciałabym się wyrwać z Lyons chociaż na kilka dni. Później uzmysławiałam sobie dwie rzeczy, które jak kotwica trzymały mnie w rodzimym miasteczku. Po pierwsze Nowy Jork jest fascynujący, ale na dłuższą metę podejrzewam, że nie odnalazłabym się tutaj. Byłam szarą myszką, którą z całą pewnością to wielkie miasto, by pożarło. Po drugie musiałam pomagać rodzicom w długach i to właśnie było tą najcięższą kotwicą, której nie sposób było się pozbyć.

— Porozmawiam z nią sama. — Stanęłam przed drzwiami do pokoju gościnnego, gdzie jak udało mi się ustalić, siedziała od przeszło dwóch dni. — Zrobisz mi coś do jedzenia, bo jestem głodna jak wilk, nie zdążyłam poza śniadaniem nic zjeść — mruknęłam.

— Tak nie może być, już idę do kuchni. — Spojrzała na mnie karcąco jak to babcia, gdy słyszy, że wnuczka źle się odżywia.

— Mary. — Zapukałam w drzwi, po czym weszłam do środka. Siostra od razu uwiesiła mi się na szyi.

Miała szesnaście lat, więc była trzy lata młodsza ode mnie, a mimo to przerastała mnie co najmniej o pół głowy. Z wyjątkiem fascynacji muzyką byłyśmy swoimi przeciwieństwami. Mary było wszędzie pełno, dusza towarzystwa, gdy ja zawsze byłam tą wycofaną i wstydliwą dziewczyną. Ona miała piękne, grube, kasztanowe włosy, a ja byłam blondynką. Była dużo atrakcyjniejsza ode mnie i choć z grzeczności zaprzeczała, to ja wiedziałam swoje. Jedyną moją zaletą były oczy, Mary wielokrotnie powtarzała, że mi ich zazdrości, a zazdrość u niej to coś zupełnie nienaturalnego, więc i ja zaczęłam uznawać je za swój olbrzymi atut.

— No już jestem. — Głaskałam ją po plecach, by się uspokoiła.

— Ja się zakochałam w nim. — Patrzyła na mnie zapłakanymi oczami. — A on teraz nie chce mnie znać!

— Tak to bywa z niedojrzałymi chłopcami — próbowałam jej wyjaśnić, ale momentalnie na mnie spojrzała.

— On ma dwadzieścia pięć lat! — wyrzuciła gniewnie. — Nie jest niedojrzały!

— Mary, nie jest trochę za stary dla ciebie? — spytałam ją delikatnie.

— Wiek nie ma znaczenia. — Opadła na łóżko, patrząc rozmarzonym wzrokiem przed siebie. — Tak świetnie nam się rozmawiało, śmialiśmy się, a teraz gdy w końcu dał mi swój numer, udaje, że mnie nie zna…

— Jak to udaje? — Usiadłam obok niej.

— Dzwonię do niego, a on mówi, że pomyłka — znów jęknęła żałośnie.

— Może to prawda? — rzuciłam spokojnie, choć jak dla mnie to ten niedojrzały dwudziestoparolatek po prostu się nią zabawił. Wiedziałam, że Mary też to czuje, ale nie chce się do tego przyznać.

— Nie, to niemożliwe, parokrotnie go dopytywałam! — zaprzeczyła stanowczo. — On jest taki cudowny… Jest wokalistą w takim znanym zespole, ale nie mogę ci powiedzieć jakim, to tajemnica.

— Jestem twoją siostrą. — Na mojej twarzy pojawił się grymas, ale Mary wydawała się być nieprzejednana, więc nie naciskałam jej. — Musisz sobie go odpuścić, skoro on odpuścił sobie ciebie…

— Ale ja nie umiem. — Znów się rozpłakała. — Tyle czasu mu poświęciłam… zaangażowałam się… — Płakała, a ja nie umiałam jej uspokoić. Nie wiem jak to możliwe, ale dzisiejszy stres w pracy, koszmarny upał oraz zmęczenie sprawiły, że poczułam irytację. Wściekł mnie dorosły facet, który wykorzystał naiwność nastolatki i postanowiłam coś z tym zrobić.

— Podaj mi numer i powiedź, gdzie mogę go znaleźć — powiedziałam stanowczo, co zupełnie nie było w moim stylu. Poczułam jednak powinność, by nawciskać chłopakowi, który zranił moją młodszą siostrę. Poza tym nie mogę wykrzyczeć szefowi, co o nim myślę(głównie dlatego, że po prostu wstydziłabym się) i nie wiem jak mam zamiar to zrobić, ale chcę, by Mary zrozumiała, iż nie musi być ofiarą.

— Co? — Spojrzała na mnie zaskoczona.

— Nie umiesz mu nawciskać jak beznadziejnym jest draniem, to ja to zrobię za ciebie… — oświadczyłam. — Nie możesz sobie pozwalać, by chłopak cię źle traktował, Mary.

— On jest popularny… nie można tak — wykrztusiła.

— Można, Mary. To że jest popularny, to nie znaczy, że może wykorzystywać naiwność dziewcząt dookoła, tak nie przystoi komuś dorosłemu — wyznałam, a ona chyba zaszokowana moim zachowaniem(które, powtórzę jeszcze raz, zupełnie do mnie nie pasowało) podała mi wszystkie namiary, wyjaśniając, że ten jej pan X jest tam najważniejszy.

Byłam przestraszona, gdy stawałam pod wytwórnią, ale złość na to, co spotkało Mary była dużo silniejsza. Spytałam ochroniarza, gdzie mogę znaleźć „szefa”, a on wskazał mi drogę do jednego z chyba najdalszych pomieszczeń w tym miejscu. Stanęłam przed drzwiami z tabliczką „studio”. Chciałam zapukać grzecznie i poczekać aż mi otworzy, ale bałam się, że to postawi mnie z miejsca na przegranej pozycji, więc postanowiłam wygłosić swój gniewny monolog i nie czekając na jego odpowiedź po prostu wyjść. Plan wydawał się świetny, ale nie wiedziałam, jak to będzie wyglądało w rzeczywistości, więc tylko modliłam się, by się nie zaciąć, bo wtedy nie wykrztuszę nawet słowa. Zebrałam się w sobie, wzięłam dwa głębokie wdechy i weszłam do środka.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.95
drukowana A5
za 57.52