Nie ma nic bardziej realnego niż to, co uznajemy za niemożliwe.
Stanisław Lem
PROLOG
Od wczesnego lata do późnej jesieni 1931 roku w Europie zaczęły zachodzić zmiany, jakich nie widziano od zakończenia Wielkiej Wojny i rewolucji w Niemczech. Ostatni strzał w tamtej wojnie padł pod Poznaniem w 1922 roku, kiedy to kajzerowska armia, opanowana przez rewolucyjne komitety wojskowe, przestała istnieć. Nastał wówczas krótkotrwały — jak się wydawało — rozejm, który przeistoczył się w permanentne zawieszenie broni, niepotwierdzone żadnym traktatem międzynarodowym.
Stan ten trwał niemal dekadę. Z biegiem lat sytuacja nie zmieniła się wcale. Znaczna większość świata wciąż nie uznawała rewolucyjnych Niemiec jako osobnego bytu państwowego. Tymczasowe zawieszenie broni nadal obowiązywało. Wyglądało to tak, jakby politycy przyzwyczaili się do tego dziwnego status quo i zaczęli traktować je jak coś normalnego. Obowiązywała zasada nie grzebiemy za głęboko, bo możemy wygrzebać granat, który wybuchnie nam w twarz.
Uljanow był wrogiem wolnego świata, ale wrogiem znanym, „swoim”. Nie wymachiwał szabelką nad głowami sąsiadów. Po pierwszych buńczucznych przemówieniach przestał nawet głośno mówić o zjednoczeniu Niemiec. Rewolucja wciąż kotłowała się w ich granicach, lecz przestała być najważniejszym punktem zainteresowania innych państw. Aż przyszedł dzień, gdy wiatr zmian zmiótł Uljanowa i Liebknechta nie tylko z polityki, ale i ze świata. Całkiem na śmierć, jak to przy rewolucji.
Marksistowska utopia wyglądała zachęcająco na papierze, lecz nie wytrzymała zderzenia z rzeczywistością. Wielu niemieckich rewolucjonistów zapewne to dostrzegało, może nawet sam Uljanow i Liebknecht, ale nikt nie zrobił nic, by zmienić kurs. Adolf Hitler okazał się tym, który przynajmniej zaczął próbować. Szybko odkryto, że to on stał za czystką w rewolucyjnym komitecie. Miał przy tym spore grono popleczników, dzięki którym równie szybko przejął ster ruchu. W dwa tygodnie sformalizował go, nadając mu ścisłe rygory partyjne rodem z dawnej, „prawdziwej” demokracji.
Pierwszy wielki zjazd, który zorganizował, przeistoczył się w zjazd założycielski Wszechniemieckiego Związku Ludzi Pracy (ALBWER, Alldeutscher Bund der Werktätigen). Niemal natychmiast wybrano nowe władze z Hitlerem jako przewodniczącym. Obserwatorzy zauważyli, że tuż po ogłoszeniu powstania związku sale Reichstagu przyozdobiono czerwonymi flagami z wyraźnym logo ALBWER-u, co sugerowało, że całe wydarzenie było jedynie teatrem, przygotowanym dużo wcześniej.
Następnego dnia przewodniczący został zapowiedziany jako prelegent z tytułem Najwyższego Komisarza Ludowego Niemieckich Ludzi Pracy (Oberster Volkskommissar der Deutschen Werktätigen)..
W kolejnych tygodniach, krótkimi cięciami, nowy Oberster nadawał Niemcom nowy kierunek, już nie rewolucyjny, lecz „pracujący dla dobra ojczyzny”. Karkołomna ekwilibrystyka słowna, choć powinna była odstraszyć proletariuszy, działała. Najpierw rozpoczęła się kampania gloryfikowania Cesarstwa Pruskiego, które według Oberstera było modelem idealnym, dopóki nie opanował go „arystokratyczny rak”. „Model odbudujemy, ale w zdrowych ramach, dla ludzi pracy miast i wsi” — głosił. „Na początek stworzymy od nowa armię, jednak armia potrzebuje dowódców, a najlepsi byli zawsze w armii pruskiej”.
Bezwarunkowa amnestia dla wszystkich oficerów armii cesarskiej, przywrócenie stopni i etaty czekające w nowo tworzonym Volksstreitmacht der Nationalen Revolution (VSNR),
Kolejna kampania publiczna to „Praca dla każdego za uczciwe wynagrodzenie”. Bundy tworzono seryjnie i zatrudniano ludzi często do prac zbędnych — kopania rowów, grabienia trawników — ale dających poczucie, że są potrzebni i doceniani.
Wczesną jesienią Liga Narodów zaprosiła na obrady delegację niemieckiej republiki Hitlera. Protesty Prus i jawne weto Rzeczpospolitej Narodów(RPN) nie zatrzymały tego udziału. Tuż przed posiedzeniem dotarły wieści, że pruskie kolonie w Angoli i Mozambiku wypowiedziały posłuszeństwo Prusom i złożyły deklaracje współpracy z republiką Hitlera jako nowe kraje stowarzyszone.
Świat wyraźnie przyspieszył. Wystąpienie Hitlera na forum Ligi Narodów okazało się punktem zwrotnym.
— Nie chcemy nowej wojny. W ramach dobrosąsiedzkich stosunków jesteśmy gotowi zawrzeć pokój z sąsiadami, którzy nie okupują naszego terytorium. Chcemy sprawiedliwości dziejowej. Chcemy jednego kraju dla wszystkich Niemców, których podzieliły sztuczne granice. Uznajcie nasze istnienie jako fakt dokonany, bo trwanie w izolacji nie służy handlowi, nauce i ogólnemu dobrobytowi.
W reakcji na to wystąpienie władze RPN zaproponowały Francji i Włochom sojusz militarny, a w efekcie atak prewencyjny na odradzającą się republikę. Bezpośredniej odpowiedzi nie było, ale działania tych krajów mówiły same za siebie. Francja, Anglia i Włochy zaproponowały Hitlerowi rozpoczęcie rozmów nad traktatem pokojowym. W takich „warunkach brzegowych”, jak sytuację określił Marszałek, Rzeczpospolita Narodów musiała podjąć działania obronne — najpierw polityczne, a później…
I wtedy nastąpiły dwa wydarzenia, które zmieniły wszystko.
Najpierw Marszałek lekko zaniemógł. Wspomniano coś o przeziębieniu, ale po dwóch tygodniach gruchnęła wieść prosto z „Monitora Polskiego”. Marszałek dostał udaru. Jego stan — choć oficjalnie „zadowalający” — był w istocie stanem wegetatywnym. Sprzeczność tych informacji nie była żadnym novum w RPN. Zaklinanie rzeczywistości do wersji odpowiadającej większości obywateli idealnie wpisywało się w hasło: „Jesteśmy tu i będziemy — bo My tak chcemy”.
Potem nad Bugiem, pod Brześciem, błyski wypluły futurystyczny wóz pancerny z żołnierzami, którzy strzelali piorunami, oraz jeszcze bardziej futurystyczny pojazd latający, który ci żołnierze zestrzelili. A jakby tego było mało — wóz pancerny i żołnierze okazali się Polakami.
O tym zdarzeniu wiedziała tylko garstka ludzi z najwyższych kręgów wojska i władzy Rzeczpospolitej Narodów.
CZĘŚĆ I
— Ten świat czeka na nas —
ROZDZIAŁ 1
Warszawa, Zamek
29 listopada 1931
1
Spotkanie prezydent nazwał opisem sytuacyjnym w związku z zaistniałym stanem spraw. Już samo to określenie spowodowało dodatkowe zamieszanie. Armia w osobach generałów sztabu gorączkowo poszukiwała wyjścia z impasu, w którym Marszałek jest, ale jakby go nie było jednocześnie. Archaiczna już Konstytucja RPN, do której sięgano nad wyraz rzadko, stanowiła tu jednak wyraźnie, co następuje:
§1. Hetman Wielki, votum od żołnierzy swych otrzymawszy, funkcję swą pełni aż do śmierci swojej nieprzerwanie i samowładnie, jako jedyny szafarz siły zbrojnej i obrońca granic.
§2. Może on jednakoż z przyczyny niezwykle ważnej i prywatnej, stanem zdrowia dyktowanej, ze stanowiska zejść własnym jeno staraniem, bez przymusu i świadomie. Żadna inna moc, ni stan, ni urząd, odwołać go przed czasem zgonu nie może, póki on sam woli swej o dymisji na piśmie lubo głosem nie wyrazi.
Tego się obejść nie dało i nawet nikt by poważnie o takim obejściu nie pomyślał. Godziło to bowiem w święte filary Najjaśniejszej Rzeczpospolitej Narodów, a jakikolwiek precedens w konstytucyjnym porządku był wręcz naruszeniem takiego filaru. Dlatego na tę chwilę prezydent, chciał czy nie, musiał dzierżyć pełnię władzy, przynajmniej w wydaniu tytularnym. Nie usiadł jednak w fotelu Marszałka. Centralne miejsce stołu prezydialnego ziało pustką.
Spotkanie otworzył jednym zdaniem, od razu oddając głos generałowi Rozwadowskiemu, który w imieniu Marszałka zastępstwo sprawował. Zebranie było niecodzienne także z innego powodu — obecność kobiet, które siedziały za stołem wśród oficjeli, była sporym zaskoczeniem, mimo że jakieś wzmianki o nich krążyły już w salach, nie tylko zamkowych.
— Proszę szanownych zebranych — rozpoczął generał Rozwadowski neutralnie zamiast jak zwykle „proszę panów”. — Zebranie jest nadzwyczaj tajne, a wszystkie poruszone kwestie wymagają opisu, przeto raporty z narady będą dostarczone wszystkim kurierską przesyłką do biur i urzędów w trybie tajności. Zabrania się odręcznego sporządzania notatek wszelkich w tymże pomieszczeniu. Warta nie wypuści też nikogo bez odpowiedniej przepustki dodatkowej, moim podpisem potwierdzonej. Procedura jest znana, ale są tu osoby pierwszy raz uczestniczące i dla nich te uwagi czynię.
To rzekłszy generał przedstawił, a raczej odczytał listę uczestników. I tak poza nim i innymi przedstawicielami sztabu byli obecni szefowie właściwych komórek wywiadu i kontrwywiadu, Urzędu Ochrony RPN, prezydent Rady Ministrów, kilka osób towarzyszących głównym uczestnikom oraz — w charakterze doradcy — porucznik Wejchert, przybyły z 2029 roku, i tzw. delegacja z Polski tegoż roku w osobach pułkownika Jaworskiego, major Wielickiej i major Zagórskiej. Wszyscy oni byli po cywilnemu, aby nie wzbudzać dodatkowego zainteresowania osób postronnych nieznanym krojem i kolorem mundurów. I właśnie te dwie kobiety tytułowane stopniami majorów wzbudziły największe zamieszanie, od dyskretnych uśmiechów po jawną dezaprobatę.
— Skoro mamy już jasność proceduralną — kontynuował generał Rozwadowski — proszę o wstępne podsumowanie kontrwywiadowcze, jako że „Dwójka” od początku zajmuje się sprawą i wie najwięcej.
Wskazał gestem pułkownika Winnickiego. Ten zaś swoim zwyczajem strzepnął nieistniejący kurz z rękawa błękitnego munduru i rzekł jedynie:
— Major Stern dowodzi operacją Błysk, więc w naszym imieniu zreferuje temat.
Wywołany odchrząknął lekko, przełożył kilka kartek papieru w teczce leżącej przed nim, rozejrzał się i rozpoczął:
— Sytuacja ogólna. Po wypadkach z ostatniego otwarcia bramy mamy tu obecnych gości z… drugiej strony, mamy powrót naszych ludzi, których u nas nie było ponad dwa lata, a po drugiej stronie gościli ledwie kilka tygodni. Mamy zabezpieczony sprzęt wojskowy w postaci wozu bojowego, konstrukcji kompletnie nam w tej chwili obcej… znaczy się o bardzo wysokim stopniu zaawansowania technicznego, które na tę chwilę próbujemy zrozumieć i być może się czegoś nauczyć. Mamy też wrak aparatu latającego, który nazywa się fachowo śmigłowcem, i tam też sporo udało nam się części niezniszczonych odzyskać. O drobniejszym, ale nie mniej zaawansowanym sprzęcie bojowym do zastosowań indywidualnych nie wspomnę. Sporo tego jest i ogólna specyfikacja trafi do odpowiednich komórek po tejże naradzie.
Przerwał, wypił łyk wody ze szklanki stojącej przed nim, przerzucił parę kartek w teczce i, nie patrząc już na siedzących przy stole, kontynuował:
— Problemów jest tak dużo i każdy niemal ważniejszy od poprzedniego, że będę omawiał je po kolei, bez gradacji ważności. — Powiódł wzrokiem po zebranych, dając im chwilę na ułożenie sobie wszystkiego lub po prostu oceniając stopień zainteresowania tym, co mówi. Nikt się nie odezwał, nie było, jak zwykle na takich spotkaniach, szeptów ani szurania, ani bębnienia palcami w stół. Panowała cisza aż taka, że słychać było kroki wartowników za zamkniętymi drzwiami sali obrad.
— Bramę po tamtej stronie uchwyciły wrogie i agresywne siły Rosji, która nie ma nic wspólnego z naszym Carstwem Rosyjskim, jeśli chodzi o potencjał i możliwości wojskowe czy techniczne. Raporty naszych gości, a także nasi oficerowie, którzy tam byli, to potwierdzają. Tamta Rosja ma zdecydowany zamiar przejść zbrojnie do naszego świata i próbować go podbić czy też zdobyć teren dla swoich potrzeb. — Teraz dopiero na sali pojawiły się pomruki i urwane słowa. Stern znowu upił łyk wody i mówił dalej: — Techniczne aspekty takiej akcji przedstawią później nasi goście, bo lepiej znają istotę bram. Powiem tylko, że próby mogą się wydarzyć w każdej chwili i nie jesteśmy do tego przygotowani, jeśli w ogóle kiedykolwiek będziemy. Przewaga techniczna jest zwyczajnie poza naszym zasięgiem.
— Następny problem. Nasi kolejni goście, Abernagi. Raporty w tej sprawie otrzymali państwo wcześniej, więc nie będę wyjaśniał, kto to, tylko skupię się na problemie. Stan fizyczny tych Abernagi pogarsza się z każdym dniem. Nie umiemy im pomóc medycznie, są tu u nas w przeciwnej linii czasu do swojej i fakt, że jeszcze żyją czy też funkcjonują, wynika stąd, że nasza linia czasu, mimo że jest przeciwna do ichniej, posuwa się wielokrotnie wolniej. Wszelkie uzyskane informacje od Abernagi niestety nie pomogły i otwarcie bramy do ich świata wydaje się niemożliwe, a nawet gdyby było możliwe, nie możemy tego zrobić także z innych względów.
— Jakich? Dlaczego? — Posypały się pytania.
— Nie możemy po prostu otworzyć bramy nad Bugiem, mając na uwadze fakt, że może się ona otworzyć do świata opanowanego przez wspomnianą już Rosję.
— Ale czy to pewne, że ta Rosja ma tę bramę po tamtej stronie? Przecież minęło już sporo czasu i gdyby ją miała, już by próbowała z niej skorzystać — zapytał dość trzeźwo sam prezydent Rady Ministrów.
— To skomplikowane — odrzekł Stern i przypomniał sobie, że w rozmowach z Abernagi było to ich ulubione stwierdzenie, jeśli chcieli uniknąć konkretnej odpowiedzi. — Powiem tylko, że brama nie otwiera się idealnie w tym samym momencie tu i tam. Być może rzeczona Rosja otworzyła bramę godzinę po tym, jak ją opanowała, ale nasze wyjście jeszcze się nie ukazało…
— No, nie bardzo to jasne — skwitował ktoś wyjaśnienie.
— Zgadzam się, ale tak jest — kontynuował Stern. — Dość powiedzieć, że rosyjskie pułki z bitwy pod Brześciem w tysiąc osiemset trzydziestym pierwszymroku wyszły po tamtej stronie bramy dwieście lat później.
Cisza, która zapanowała, oznaczała, że nikt nie wiedział, co o tym sądzić i wolał nie zadawać kolejnych głupich pytań.
— Zatem powracając do tematu — zaczął znów Stern — Abernagi wkrótce umrą i proszę nie pytać, kiedy konkretnie, bo po prostu nie mamy pojęcia. — Przewrócił kolejne kartki w swojej teczce. — Następna sprawa, powiem o niej ogólnikowo, bo sam nie znam szczegółów, tu obecny pan prezydent Rady Ministrów ma wszelkie dane. Zatem tak, w ostatnich kilku tygodniach wyselekcjonowaliśmy i zebraliśmy sztab najlepszych w kraju naukowców, inżynierów, a nawet techników produkcji, który w naszych kilku ośrodkach, dodam, że bardzo utajnionych, szkoli się pod okiem naszych gości — tu wskazał na siedzących naprzeciw gości z nowej Polski — aby jak najszybciej i jak najlepiej zrozumieć to, co możemy wdrożyć w naszej produkcji. Na razie skupiamy się wyłącznie na technologii przydatnej armii. Powiem, że spodziewany skok techniczny będzie znaczący w skali całego świata, więc musimy robić absolutnie wszystko, aby to zachować w maksymalnej tajemnicy, jak długo będzie można. Będziemy potrzebować zakładów przemysłowych, hut, walcowni, warsztatów technicznych i całej masy innych przedsiębiorstw. Jak państwo wiedzą, gros tego dobra znajduje się na Śląsku. Niestety Śląsk to w znacznej mierze obywatele bez gwiazdy w naszym sztandarze.
Spodziewany szmer szeptów i lekki pomruk przetoczył się przez salę.
— Wprawdzie — ponownie zaczął Stern — deklarują oni jako Niemcy niechęć do rewolucyjnych i komunistycznych Niemiec, ale… — zawiesił głos — władza w Berlinie zmieniła się i według opinii wywiadu — tu ukłonił się lekko w stronę profesora Zagórskiego — nastroje naszych Niemców raczej też się zmienią. Dlatego model, jaki wstępnie przyjęliśmy, będzie rozdrobniony, ale o tym to już powiedzą fachowcy. Z mojej strony to tyle tytułem przedstawienia sytuacji ogólnej.
— To może państwo pozwolą, że dopowiem pokrótce o tym modelu rozdrobnionym, założenia i analizy znajdziecie państwo w odpowiednim raporcie. Mogę, panie generale? — Prezydent Rady Ministrów w trakcie swojego wtrętu zdał sobie sprawę, że zapomniał poprosić o głos generała.
— Proszę, proszę. — Generał Rozwadowski, chyba szczęśliwie dla premiera, nie zwrócił na to uwagi.
— Zatem pokrótce. Przygotowujemy szereg wymienionych zakładów do całkowicie innej produkcji. Nawet odgrzebaliśmy plan budowy nowej huty wraz z walcowaniami i innymi zakładami towarzyszącymi, który był w planach modernizacji, ale fundusze nie pozwalały go rozpocząć. Teraz fundusze się znalazły, a projekt nie będzie podejrzany, bo był planowany od dawna. Do tego wykorzystamy też zakłady krakowskie i wileńskie. Na Śląsku zaś planujemy uruchamiać produkcję konkretnych, pojedynczych elementów, których zastosowanie będzie wielorakie i trudne do jednoznacznej oceny. Chodzi także o to, aby przyszłe ilości nie wzbudzały podejrzeń. Rozdrobnienie takiej produkcji będzie sprzyjać skrytości najbardziej. Na tę chwilę z ramienia odpowiednich ministerstw koordynujemy szkolenie pracowników i to jest etap podstawowy, a z informacji napływających wnioskuję, że niezwykle trudny i wcale nie wiemy, jak szybko uda nam się to opanować…
— Dziękuję, panie prezydencie — przerwał mu generał. — Szczegóły, jak pan rzekł, są w raporcie na ten temat.
— Tak, w rzeczy samej, panie generale.
2
Cukiernia pod Arkadami jak zwykle dnia koło południa pękała w szwach. Istniało wiele podobnych lokali w okolicach Zamku, ale ten miał najlepszą lokalizację. Pracownicy zarówno Zamku, jak i wielu okolicznych biur mieli tu szybką obsługę, małą czarną i ciekawe towarzystwo. Grupy młodych dziewcząt, kobiet w średnim wieku i mężczyzn w tanich garniturach siedziały przy zastawionych stolikach. Wszelkiej maści sekretarki, stażystki, młodsi asystenci i inni pracownicy wpadali tu na swoje piętnaście minut na kawę i ewentualnie ciastko. Znalezienie wolnego stolika o tej porze graniczyło z cudem, dlatego kilkanaście osób zwykle stało przed wejściem, oczekując na zwolnienie miejsca.
Przy jednym ze stolików ruch był jednak niewielki. Stało tam tylko dwóch mężczyzn, leniwie pijąc kawę. Ich wygląd był dość nietuzinkowy: młody mężczyzna w błękitnym mundurze porucznika i człowiek w średnim wieku w marynarce niepasującej do reszty ubioru, narzuconej na gruby wełniany golf, w brązowych bryczesach przypominających spodnie do jazdy konnej. Obrazu cywila dopełniała fryzura — długie, nieco kręcone czarne włosy związane z tyłu w koński ogon — oraz okulary zsuwające się z nosa przy każdym ruchu głowy. Obaj kompletnie nie pasowali do reszty klientów.
Maksymilian Horowitz — dziennikarz, reporter, człowiek wykształcony i obyty — najmniej zwracał uwagę na swoją prezencję. Był pochłonięty sprawami o wiele istotniejszymi, a po wizycie w Polsce A.D. 2029 te kwestie wręcz iskrzyły się i wybuchały mu pod czaszką niczym granaty.
— I jakże tu o czemkolwiek teraz istotnem mówić, skoro władze, wiedząc o roli mojej w tem wszystkiem, nie raczyły zaprosić mnie na spotkanie? — żalił się, upiwszy łyk kawy. — Ten ich… posłaniec wręcz straszyć mnie próbował, że gdybym powziął zamiar pójść do jakiej gazety i o tem opowiedzieć, to pod sąd mnie oddadzą albo i gorzej potraktują. Robią wokół mojej osoby jakąś przedziwną… negatywną narrację.
— Ja bym odczekał chwilę — uspokajał go porucznik Małysz, towarzysz wyprawy na tamten świat, a po wszystkim, co przeszli, już przyjaciel. — Marszałek we śpiączce albo w innej cholerze, a ci, co go zastępują, to wiadomo sanacyjne mundury na wysokich stołkach. Mają teraz potworny paraliż decyzyjny. Sami nie wiedzą, co i jak począć, byle tylko nic nie zrobić, bo wtedy i odpowiedzialności nie poniosą żadnej.
— E tam, panie poruczniku. Ten Rozwadowski, co to do mnie list wystosował, to przecie stary lis i Marszałka od dawna główny zastępca. On swoje wie. A i pan wiesz przecie, że Marszałek po udarze sparaliżowany, więc do żadnej realnej władzy już nie wróci. Głowią się oni wszyscy teraz, jak konstytucyję obejść, by go ze stanowiska czem prędzej zdjąć. Tyle że nie wiedzą, iż to ich najmniejsze zmartwienie jest. Kompletnie nie rozumieją, jak to tam mówiono… targetu.
— Wiedzą, Maksiu, słowo daję — wtrącił Małysz. — Ściśle tajne to jest, co ja robię, ale wierz mi, że kroki wszelkie poczyniono, aby sytuację opanować można było. To dla nas sprawa priorytetowa.
— Ściśle tajne, ukryte, racja stanu, terefere! — Horowitz się zjeżył. — Ja i bez tej waszej tajności wiem, co robicie. Ludzi szkolicie, wojsko na modłę tych od Jaworskiego ustawiacie. Bo że sprzęt i technikę skopiować chcecie, to nawet ostatni ciura by się domyślił. Tyle że jak człowiek jej obsłużyć nie będzie umiał, to co mu po takim „high-techu”? Będzie to leżeć bezużyteczne niczym ten ich cały złom cyfrowy.
— Ha, ha! Panie Maksymilianie, mówię panu, poczekaj pan chwilę, a gwarantuję, że się na panu nawet generał Rozwadowski pozna. A teraz wybaczyć mi pan musisz, bo mój czas się zbliża, zbliża się mój… deadline, że tak powiem, i na Zamek gonić muszę. I wiedz pan, mój drogi, że dla zasady wspomnę tam o panu.
3
Spotkanie na Zamku trwało jeszcze dość długo. Major Zagórska, ubrana w typowy, nieokreślony żakiecik i spodnie, bardziej przyciągała uwagę burzą blond włosów niesfornie opadających na ramiona, niż tym, co mówiła. Mógł to być jednak efekt zamierzony, którego domyślali się nieliczni. Opowiedziała pokrótce, zgodnie ze swoją wiedzą, czym są bramy, jak prawdopodobnie działają i co może z tego wynikać dla kraju oraz świata, w którym aktualnie się znajdują. Zdawkowe uwagi i pytania wykazały, że większość ludzi dopuszczonych do tajnego spotkania nadal słabo zdawała sobie sprawę, o co chodzi globalnie. Skupiali się na zadaniach powierzonych przez dowództwo armii jako kluczowych dla siebie. Odbywało się to niemal zawsze według zasady „na moim odcinku robię wszystko, aby wykonać co do joty polecenia Marszałka”. Przy czym fizyczny brak Marszałka nie miał żadnego wpływu na ich tok rozumowania.
Potem wystąpił pułkownik Jaworski. W ogólnikowy sposób podkreślił, że robią wszystko, aby dopomóc władzom RPN w przygotowaniu skutecznej obrony przed jakąkolwiek inwazją. Mają ludzi i sprzęt, mają chęci, a także są wystarczająco zmobilizowani, aby ta pomoc była najbardziej efektywna. Używał jednak języka technokratyczno-wojskowego swoich czasów, co dodatkowo utrudniało zrozumienie sensu wypowiedzi większości zebranych.
W końcu, po kilku mniej ważnych wystąpieniach dotyczących spraw ściśle tajnych, prezydent na wyraźny znak generała Rozwadowskiego zakończył spotkanie. Nie było poczęstunku w osobnej sali ani kawy, jak to bywało zwykle. Wszyscy zebrani gęsiego ustawili się do oficera wydającego imienne przepustki i po kwadransie w sali zrobiło się niemal pusto.
Niemal, gdyż zostali w niej goście z Polski A.D. 2029, szefowie służb wraz ze swoimi ludźmi, porucznik Wejchert oraz porucznik Małysz, który dołączył do zgromadzonych już po wyjściu pozostałych osób.
— Przejdźmy tam. — Generał Rozwadowski wskazał otwarte drzwi do sąsiedniej sali, gdzie stół był już zastawiony do obiadu. Słusznie założono, że po kilku godzinach nasiadówki przy szklance wody lepiej się myśli po konkretnym posiłku.
Zajęli miejsca, a prezydent, nadal teoretycznie przewodniczący dalszej części posiedzenia, zapraszał po staropolsku do jedzenia. Każdy sam nakładał sobie to, na co miał ochotę. Srebrne półmiski parowały, kusząc zapachem pieczeni cielęcej w sosie
własnym, dzwonkami sandacza po polsku i kopami złotych kopytek. Obok nich pyszniły się zimne pasztety z zająca i marynowane rydze. Prezydent, nakładając sobie solidną porcję schabu ze śliwką, spojrzał na Jaworskiego.
— Proszę panów, jedzmyż, póki gorące, bo w tem państwie tylko apetyt mamy jeszcze niezakłócony — rzekł prezydent. — Panie pułkowniku, siadaj pan bliżej. Prawda to jest, co mówią, że u was, w tem dwudziestem pierwszem wieku, to już tylko pigułki zamiast uczciwej pieczeni jada się na co dzień?
Jaworski uśmiechnął się lekko, choć w jego oczach wciąż czaiło się zmęczenie.
— Plotki to wierutne, panie prezydencie. Kuchnię mamy przednią, choć przyznam, że takiej cielęciny dawno u nas nie uświadczysz.
Generał Rozwadowski, nakładając sandacza, uniósł głowę.
— Jedzmy i pijmy… Panie i panowie — powiedział, spoglądając w kierunku dwóch kobiet, które bezustannie mąciły mu ogólny obraz świata. — Proszę też wybaczyć moje nieokrzesanie w światopoglądowych sprawach, ale już swoje lata mam i każda… nazwijmy toinność, po prostu miesza czasem człowiekowi w głowie.
Kobiety, Wielicka i Zagórska, ukłoniły się lekkim dygnięciem na modłę lat trzydziestych, co prawdopodobnie podpatrzyły na starych filmach. Wywołało to ogólne rozbawienie i rozładowało napiętą sytuację.
— Przejdźmy zatem do spraw najważniejszych — zagaił Rozwadowski. — Od razu dodam, że zgodnie z państwa oczekiwaniami, nasze władze — tu ukłonił się prezydentowi — umożliwią ewakuację, czy może, nazwijmy to, przemieszczenie ludzi i zasobów do naszego kraju. Oczywiście wówczas, gdy po waszej stronie uda się wam odzyskać dostęp do bramy.
— Miło nam to słyszeć. — Jaworski się skłonił. Choć był w cywilnym garniturze, ukłon od razu zdradził jego wojskową manierę. — Sytuacja faktycznie mocno się skomplikowała, ale my tutaj niewiele możemy teraz począć.
— Jedno mnie wszakże nurtuje — wtrącił Rozwadowski, zwracając się do major Zagórskiej. — Opowiedziała pani o bramach, przeczytałem dziesiątki raportów w tej sprawie i nadal nie rozumiem tego do końca. Skoro Rosjanie zajęli wasz koniec bramy, że tak się wyrażę, to dlaczego od razu nie wysłali tutaj jakiejś forpoczty, by spróbować opanować nasz brzeg?
Zagórska poczekała z odpowiedzią, napiła się wody i odparła krótko:
— Jestem niemal pewna, że wysłali.
Rozmowy przy stole ucięto. Wszyscy zwrócili na nią wzrok.
— Jak to Rosjanie, od razu pchnęli pancerną pięść, żeby się nie rozdrabniać. Oni u siebie tak działają cały czas. To ich stała doktryna.
— No, ale jakoś ich tutaj nie widać — wtrącił nieśmiało Rozwadowski.
— Otóż to — potwierdziła. — Niech państwo przypomną sobie historię dotychczasowych przejść. Piętnastotysięczna armia carska z powstania listopadowego potrzebowała prawie dwustu lat, żeby dotrzeć z waszej strony na naszą, zgadza się?
Posypały się potwierdzenia.
— Rosomak pułkownika wraz ze ścigającym go śmigłowcem potrzebował na to samo dwóch tygodni — dodała. — Dodatkowo, żeby było bardziej dramatycznie, te dwa tygodnie brama odliczyła wstecz. Do tej pory nie byliśmy pewni, ale teraz mam teorię.
— Teoria… — żachnął się ktoś z gości.
— Proszę wybaczyć. Oprócz bycia majorem jestem doktorem fizyki, stąd takie, a nie inne słownictwo. Powiem jasno, jak to widzę, i dodam, że jestem tego pewna, choć nie mogę tego udowodnić w praktyce. Czy to państwu wystarczy?
— Proszę mówić — zachęcił Rozwadowski.
— Czasoprzestrzeń jest jak tkanina. Elastyczna, uginająca się pod ciężarem masy. To tak, jakby położyć ciężki przedmiot na desce opartej na dwóch podporach. Deska się ugnie. A brama to dwie takie tkaniny — dwa różne strumienie czasu — które
nakładają się na siebie. I tam właśnie powstaje przejście. Kiedy coś przechodzi przez tę bramę, musi ona „przepisać” jego masę, energię i strukturę na warunki po drugiej stronie. To wymaga czasu. Im większa masa, tym dłużej trwa proces. Masa armii carskiej rozciągnęła czas wewnątrz bramy. Brama musiała ustabilizować to gigantyczne zaburzenie. To trwało pokolenia. Masę Rosomaka i śmigłowca brama „obliczyła” na dwa tygodnie, mówiąc obrazowo. I teraz najważniejsze: Kierunek upływu czasu podczas przejścia — czy obiekt wychodzi w przyszłość, czy w przeszłość — zależy od konfiguracji energetycznej bramy, która po prostu chwieje się, gdy napotyka dużą masę.
Potoczyła wzrokiem po zebranych. Chyba nie zrozumieli, pomyślała, więc pojednawczo dodała:
— Duża masa to duża amplituda drgań, a więc dłuższy czas stabilizacji i dłuższy tranzyt. Kierunek drgań, czyli faza, decyduje o tym, czy obiekt wychodzi „przed”, czy „po” swoim wejściu. Krótko mówiąc, decyduje czysty przypadek.
— W przeszłości nikt się nie pojawił — skonkludował Rozwadowski. — Należy więc założyć, że ta rosyjska pięść siedzi w bramie i wyjdzie kiedyś tam, za dwadzieścia pokoleń.
— Jest to bardzo prawdopodobne, przy założeniu, że brama będzie wtedy jeszcze istnieć. — Zagórska się uśmiechnęła. — Niestety, kolizja czasowa w naszym świecie na pewno bramę zlikwiduje albo zastąpi czymś zupełnie innym, o czym nie mamy pojęcia.
— Panowie — wtrącił tym razem profesor i generał Zagórski w jednej osobie — z wywodu mojej imienniczki rodowej, że tak się wyrażę, wnoszę, iż ta konkretna pięść rosyjska nam nie grozi. Ale ci Rosjanie u was wyglądają na naród ogarniający niuanse naukowe i pewnie wpadną na to samo, co pani.
— Zapewne. Dlatego robimy, co się da, żeby ich przywitać tym, czym dysponujecie z naszą pomocą. Zakładamy bowiem, że wyślą znacznie szczuplejsze siły — skwitował Jaworski.
— Dobrze — podsumował chyba swoje myśli generał Rozwadowski. — Czasu jest mało i zadań ogrom, przeto państwo pozwolą, że przedstawię pokrótce ramy działania. Poproszę też, byście się państwo w nie wkomponowali, bo innej drogi nie widzę.
Wziął ze stołu szarą kartonową teczkę, otworzył ją i przejrzał z uwagą kilka kartek.
— Pan pułkownik Jaworski otrzyma sort mundurowy naszych sił zbrojnych, gdyż w swoim mundurze występować nie może. Będzie to generalski sort mundurowy.
Jaworski uniósł lekko brew, ale nic nie powiedział.
— Następnie weźmie pan, panie generale, połowę swoich żołnierzy i uda się do bazy w Brześciu, gdzie obejmie pan stanowisko, powiedzmy, współdowodzącego wraz z obecnym tam generałem, nomen omen, też Jaworskim. W założeniu chodzi o to, że nasz generał wie, jak działa nasza armia i co czynić należy w sytuacjach bojowych, a pan wiesz doskonale, jak działa armia z pana stulecia i jak się przed podobną bronią chronić.
— Logiczne — dodał jedynie Jaworski.
— Teraz nasze panie — zwrócił się do obu kobiet. — Pani, panna… nie wiem, jak powinienem się zwracać, aby było po waszemu dobrze… major Wielicka uda się z obecnym tu już generałem Jaworskim. Ubierzemy panią w mundur majora lotnictwa. To jest jedyny rodzaj wojsk w naszym kraju, gdzie mamy kobiety pilotów.
— Nie mam pojęcia o lataniu — wtrąciła ze szczerym uśmiechem Olga Wielicka.
— Nie szkodzi. Prawie nikt z nas tu obecnych nie ma pojęcia o lataniu, więc żołnierze w Brześciu tem bardziej go nie mają. Pan kapitan Hrynicki zajmie się państwa, nazwijmy to, adaptacją do naszych warunków.
Milczący cały czas, ale obecny u boku Sterna, Hrynicki wyprężył się i lekko skłonił generałowi.
— Tylko te włosy… — Generał się skrzywił, spoglądając na Wielicką. — Są przepiękne — dodał szybko — ale w armii nie przejdą w tej wersji.
Wielicka odruchowo przełożyła za plecy pasma włosów.
— Proszę się nie martwić, będą w regulaminowej formie — odrzekła.
— Będę zobowiązany — odparł generał, wyłuskując z papierów kolejną kartkę. Czytał ją z uwagą kilka sekund, po czym zwrócił się do drugiej z kobiet. — Pani, panna… ten sam problem… Zagórska. Według tego, co wyczytałem, oprócz żołnierzy jest z wami czwórka cywilów z tej organizacji, którą nazywacie NATO. Mają różne specjalności naukowe, których i tak nie rozumiem, więc je tutaj pominę. Ważne jest, że żaden z nich nie jest Polakiem.
— To nasi sojusznicy — wyjaśnił Jaworski.
Generał spojrzał na niego uważnie.
— Rozumiem pojęcie sojusznika — odparł. — Oni jednak są waszymi sojusznikami, a z nami mają niewiele wspólnego. Nadto, jak rzekłem, to obcy ludzie, a wśród nich Niemiec, Dietmar Hoff.
— To fachowcy w swoich dziedzinach! Informatyka, fizyka, geologia. Gwarantuję panu, że ich narodowość nie ma teraz żadnego znaczenia — próbowała wyjaśnić Zagórska.
— Być może jest tak, jak pani mówi — wycedził spokojnie Rozwadowski. — W czym mogliby pomóc konkretnie?
— Praktycznie w każdej dziedzinie. Wiedzą więcej, znają te zagadnienia od strony czysto technicznej. — Zagórska rozłożyła ręce. — Przykłady? Choćby oświetlenie jest zupełnie innego rodzaju, wydajniejsze i tańsze. Komunikacja to też całkowicie inny poziom, który będzie wam niezwykle potrzebny. Jest tego naprawdę mnóstwo.
— Rozumiem. — Rozwadowski raczej udawał, że się zgadza, gdyż decyzje podjął jeszcze przed spotkaniem. — Pani dołączy do zespołu naukowego wydziału PAN w „Magazynach” — spojrzał na Zagórską. — Tak nazywamy nasz tajny ośrodek w Warszawie. Zaś cywilni fachowcy trafią pod oko drugiego zespołu, który działa w naszej placówce w Kielcach i którym dowodzi tu obecny major Małysz. Pani otrzyma kwaterę, ba, całą willę, i oczywiście dyskretną opiekę służb. Czy to panią zadowala?
— Pewnie musi — odparła Zagórska.
— Zatem pozostają nam żołnierze — skwitował generał. — Mamy czterech komandosów, jak ich nazywacie, i ośmiu żołnierzy z bazy pana… generała Jaworskiego, zgadza się?
— Tak, zgadza się — potwierdził Jaworski.
— Dwóch komandosów ze sprzętem, który pojedzie pod strażą osobno zabezpieczony, oraz czterech pana żołnierzy dołączy do was w Brześciu. Dodam, że już zostali tam wysłani. To pana podkomendni i nic się nie zmienia w tej materii.
— A reszta?
— Reszta zostanie podzielona na dwie grupy i pod okiem panów Wejcherta oraz Małysza, w dwóch osobnych placówkach, rozpocznie szkolenie naszych ludzi. Tu macie panowie konkretne rozkazy.
Generał podał obu oficerom pliki luźnych kartek, po czym wyciągnął z wewnętrznej kieszeni munduru plik złożonych dokumentów.
— Teraz reszta panów oficerów. Tu są rozkazy awansów dla panów.
Rozłożył papiery i zaczął odczytywać:
— Podpułkownik Alojzy Stern, major Jan Wejchert, major Robert Małysz i w końcu panowie — tu zwrócił się do wiceszefów swoich agencji — generał Winnicki i generał Zagórski.
Jedynie nowo mianowany generał Winnicki, w swoim najbardziej błękitnym z błękitnych mundurów, wyraźnie zachwiał się i potknął, odbierając rozkaz z rąk Rozwadowskiego.
— Awanse panów są zasłużone, a dodatkowo podyktowane tem, że macie panowie rozszerzony zakres działań. Musi to wynikać także ze stopnia wojskowego, aby nie wzbudzało żadnych podejrzeń i byście mieli odpowiednie poszanowanie wśród podkomendnych. Ku chwale Ojczyzny, panowie!
Po krótkich uściskach rąk i służbowych formułkach wrócono do trybu roboczego.
— Pociąg do Brześcia odchodzi z Dworca Wołyńskiego za… — generał spojrzał na zegarek — dziewięćdziesiąt minut. Pan kapitan Hrynicki zabierze naszych gości i zajmie się wszystkiem w podróży oraz na miejscu. Są pytania? — Nie było. — Panowie Wejchert i Małysz udadzą się niezwłocznie do wyznaczonych w rozkazach placówek i dopilnują rozpoczęcia szkoleń zgodnie z instrukcjami. Są pytania?
— Panie generale, jedno pytanie, jeśli pan pozwoli — wtrącił szybko Małysz.
— Słucham.
— Co z naszym trzecim towarzyszem, który był z nami w tamtym świecie? Dostanie jakieś konkretne zadania? Czy to dla niego… koniec projektu?
— To cywil — uciął krótko generał. — Samowolnie przedostał się na tamtą stronę, w dodatku to pismak. Nie widzę żadnej roli dla niego i już został o tem poinformowany.
— Niech pan to jeszcze przemyśli. — Jaworski tym razem przyszedł w sukurs Małyszowi. — Gdyby nie jego trzeźwe myślenie i szybkie działanie, wasza Rzeczpospolita mogłaby już nie istnieć. Kto wie, jak to by się skończyło.
— Czyli czegoś brakuje w raportach z misji? — zapytał generał, patrząc chłodno na nowo awansowanych majorów.
— Nie w tym rzecz — napierał nadal Jaworski. — Jako generał nie ufa pan cywilom, o dziennikarzach nawet nie wspomnę, co jest dla mnie zrozumiałe. Ale akurat w tym przypadku sprawa jest warta ponownego przemyślenia. Zagrożenie jest ogromne, nie powinien pan skreślać ludzi, którzy mogą pomóc.
Rozwadowski przerzucił kilka kartek w teczce, po czym mruknął pod nosem:
— Zastanowię się. A teraz dziękuję państwu i życzę powodzenia. Panów z „Dwójki” proszę o pozostanie, omówimy jeszcze sprawy ochrony gości. Zaś pana jenerała Zagórskiego zapraszam jutro rano z raportem sytuacyjnym w sprawie niemieckiej. Mam szczerą nadzieję, że wszystko mamy jasno i dokładnie omówione na obecną chwilę.
ROZDZIAŁ 2
Warszawa
nadal 29 listopada 1931
1
Na Zamku zrobiło się już bardzo cicho. Pracownicy dawno opuścili swoje biurka, warta spod sali obrad również odeszła. W gabinecie Marszałka, w kameralnych warunkach, przy kieliszku koniaku pozostali jedynie generał Rozwadowski, generał Winnicki i podpułkownik Stern.
— Co z tym pismakiem, jak mu tam… Horowitzem? — zagadnął Rozwadowski.
Winnicki wyjął niewielki, błękitny notesik, co obaj rozmówcy odnotowali z pewnym zdziwieniem. Otworzył go, przejrzał zapiski, zamknął i wsunął z powrotem do kieszonki na piersi.
— Nie figuruje jako etatowy dziennikarz żadnej gazety w kraju — zaczął służbowym, pozbawionym emocji tonem Winnicki. — W innych państwach również nie, chyba że pisuje pod aliasem, czego zweryfikować nie możemy. Pochodzi z Mozyrza, studia odbył w Pińsku, i to nie byle jakie. Wojskowa Szkoła Techniczna, Wydział Rzeczny. Posiada patent żeglarski, studiował też we Lwowie historię nowożytną, lecz kierunku nie ukończył. Kawaler, bez zatargów z prawem. Po studiach służba wojskowa jako podchorąży, trzeci oficer na monitorze. Reasumując, człowiek inteligentny, oczytany, kandydat na oficera z doświadczeniem w dowodzeniu załogą jednostki pływającej, inżynier techniczny…
— To z jakiej racji ktoś taki zostaje mało znanym dziennikarzem bez statusu i sprzedaje się za drobne, pisując byle jakie historyjki? — zapytał Rozwadowski.
— Brak danych w materiale dowodowym, panie generale — odparł sztywno Winnicki, ani na moment nie tracąc rezonu służbisty.
— To było pytanie retoryczne, generale. — Rozwadowski zwrócił się do Sterna — Panie pułkowniku, słyszałem, że zna się pan na ludziach i wyłuskał już pan dla służby kilku wartościowych oficerów. Proszę ustalić, czy powinienem zmienić zdanie odnośnie do tego Horowitza.
— Tak jest, panie generale. Zajmę się tym.
— A teraz sprawa kolejna, obserwacja. — Rozwadowski uzupełnił złocisty płyn w kieliszkach. — Ci naukowcy będą w bazie w Kielcach. Mają mieć tam dozór niezależny od miejscowego. Czysta, dyskretna inwigilacja. Obserwacja, meldunki na bieżąco. Musimy mieć całkowitą jasność, kim są i czy ktokolwiek nie będzie próbował do nich dotrzeć, przekabacić ich… wiecie panowie, o czym mówię.
— Przyjąłem. Agenci zostaną rozstawieni bezzwłocznie, meldunki do rąk własnych co dwadzieścia cztery godziny — zadeklarował lakonicznie Winnicki.
— Pani Zagórska tak samo. Pełna, drobiazgowa obserwacja, ale nie może się zorientować, na miłość boską! Miejcie na uwadze, że pochodzi, w gruncie rzeczy, z jakiejś wersji naszej przyszłości. Mogą tam mieć sposoby, o których nam się nie śniło. Nie możemy być pewni, czy się panienka nie połapie, a to byłoby… wysoce niefortunne. Baza w Brześciu to osobny temat, już się tym zajęliśmy. Czy są jakieś pytania? Uwagi? Coś do dopracowania?
Zapadła cisza. Po chwili odchrząknął podpułkownik Stern.
— No, niech pan mówi, pułkowniku — zachęcił generał.
— Zakładam, że jesteśmy ostrożnie przeciwni tej ich ewakuacji… czy przemieszczeniu, jak je pan nazwał?
Rozwadowski spojrzał na niego uważnie.
— „Ostrożnie przeciwni” to ciekawy dobór słów. Powiedzmy, że nie mamy jeszcze zdefiniowanej, jednoznacznej opinii, więc tak, jesteśmy ostrożnie przeciwni.
— Co, jeśli oni się zorientują, że nie mówimy im wszystkiego? Wyjdzie to nadzwyczaj niezręcznie, sam pan wie jak, a ich pomoc jest nam teraz kluczowo potrzebna.
— Myśli pan o drugiej bramie w Górach Świętokrzyskich, którą moglibyśmy otworzyć i sprawdzić, co u nich słychać, gdyby wiedzieli, że taka istnieje?
— Dokładnie.
— Mam nadzieję, że przemyślał pan również scenariusz, w którym coś pójdzie nie tak, jak oni zakładają, a przez tę drugą bramę zaczną masowo przybywać obcy. Zapewne ich sojusznicy, ale jednak nie nasi. W dodatku technologicznie rozwinięci znacznie bardziej niż my. Mogliby przejąć nie tylko nasz kraj, ale i cały świat. Co wtedy?
— Tak, oczywiście, rozważyłem wszelkie ewentualności — odparł Stern.
— Zatem zgadza się pan, że mówienie im o drugiej bramie jest… przynajmniej mocno przedwczesne.
— Panie generale, zapytałem dla jasności, aby wiedzieć, jak prowadzić dalsze działania na odcinkach. Sam pan przyznał, że tych odcinków mamy wiele.
— To ma pan jasność. Nadto sami nie mamy pewności, czy ta druga brama rzeczywiście istnieje, czy też tylko tym Abernagi udało się tam otworzyć przejście za pomocą owej mitycznej zakry. À propos — ustalił pan, czym jest ta zakra?
Stern odstawił kieliszek i poprawił się w fotelu.
— To dość skomplikowane…
— Jak wszystko tutaj.
— Zakra nie jest czymś materialnym. To rodzaj fal niewidzialnych, podobnych do radiowych — istnieją, choć ich nie widać. Oddziałują na warstwy mineralne pod powierzchnią ziemi, ale tylko w bardzo określonych warunkach. Te pokłady, a jest ich kilka rodzajów, muszą układać się w specyficzną kombinację. Wtedy fale uderzają w nie, tworząc rezonans magnetyczny, który wywołuje bramę. Zakra to splot kilku czynników występujących jednocześnie. Nasi naukowcy na „Magazynach” wiedzą o tym więcej, ja do nich nie należę, panie generale.
— Reasumując, nie jesteśmy zbyt daleko od prawdy, mówiąc, że nie wiemy, czy tam jest brama podobna tej pod Brześciem.
— Nie jesteśmy.
— I to jest nasza wersja, oficjalna i nieoficjalna. Nie opowiadamy o czymś, co mogłoby wywołać fałszywą nadzieję.
2
Na dziedzińcu Zamku czekały już auta, które miały rozwieźć gości w wyznaczonych kierunkach. Jednych na Dworzec Wołyński, drugich do Kielc, kolejnych w inne, tajne miejsca. Tylko Joanna Zagórska zostawała w Warszawie. Pożegnali się szybko, nie było o czym mówić, brakowało wspólnych wspomnień, które można by przywołać. Jaworski, żegnając się, przytulił Joannę, jakby chciał dodać jej otuchy.
— Niech pani po prostu robi swoje — powiedział. — My też się postaramy, może nie wszystko przepadło…
Odjechali. Joanna została sama z generałem Zagórskim, który zapraszał ją do swojego auta.
— Pani major, proszę — zagaił generał. — Jenerał Rozwadowski polecił, abym osobiście odwiózł panią na nową kwaterę, zatem cała przyjemność po stronie mojej.
Gdy podjechali pod narożną willę na jednej z żoliborskich uliczek, Joanna od razu poczuła, że zna to miejsce. W jej świecie również bywała tu u znajomych — charakterystyczny układ ulic, przedwojenne wille przeplatane nowszą zabudową. Tu różniło się tylko jedno, mianowicie domy wyglądały na lepiej utrzymane, jaśniejsze, jakby czas obchodził się z nimi łagodniej.
Wchodząc po schodkach na ganek, generał opowiadał:
— Willa jest piętrowa, nie powiem pani dokładnie, ile izb liczy, lecz zaraz to sprawdzimy. Ma pani do dyspozycji pokojówkę oraz ogrodnika, który pełni również funkcje konserwatorskie. Oczywiście jest telefon i wszelkie udogodnienia, jakie przysługują osobie na pani stanowisku.
Drzwi otworzyła młoda dziewczyna w granatowym fartuszku z białymi wypustkami. Dygnęła i przepuściła ich do środka.
— Czy ja na pewno potrzebuję tych ludzi? — zapytała Joanna, gdy znaleźli się w przestronnym salonie.
— Na pewno — odrzekł generał. — Jest pani uczoną i pracuje dla rządu przy niejawnych projektach naukowych. Na zewnątrz musi pani wieść życie zgodne z pani statusem. Nie możemy pominąć żadnego aspektu bezpieczeństwa. — Podniósł głos — Moja droga, podaj nam herbaty i udaj się na spoczynek. Rano pani major wyjaśni ci wszystko, co potrzeba. Wyglądasz mi na rezolutną panienkę, więc zapewne sama wiesz, jak prowadzić taki dom.
Dziewczyna dygnęła i zniknęła.
— Pracowała już u różnych naszych dygnitarzy, zna porządek rzeczy. Ale, na litość boską, ani słowa jej o tem wszystkiem — dodał ciszej.
— Proszę się nie martwić, wiem, co to tajemnica — uśmiechnęła się Joanna.
— Zatem pozwolę sobie panią pożegnać, choć nie ukrywam, iż korci mnie, by jeszcze chwilę porozmawiać…
— Proszę zostać. I tak nie zasnę.
— Jeśli to istotnie nie kłopot, pozwolę sobie zostać na kwadransik.
Pokojówka przyniosła herbaty i ciastka, po czym zniknęła.
— Panna Joanna, jak widzę, w swoich czasach pełni funkcję podobną do mojej. I żołnierz, i uczona w jednej osobie — zagaił generał.
— Tak się złożyło. Tradycja wojskowa w rodzinie i ciekawość świata.
— Nie chcę być natrętem, broń Boże, lecz nazwisko pani wielce mnie zastanawia. Rzadki to przypadek, a i sytuacja osobliwa. Wasz pułkownik Jaworski będzie służył ramię w ramię z naszym jenerałem Jaworskim… Doprawdy, zastanawiające.
— Rozumiem pytanie, ale konotacji rodzinnych nie znam. Nasze światy tylko teoretycznie są ciągłością.
— Owszem, studiowałem temat dokładnie. Wasz świat przyspieszył albo nasz zwolnił, stąd ta różnica stulecia. Ale nie pytam jako szef wywiadu. — Spojrzał na nią uważnie. — I myślę, że pani przeczuwa, dlaczego nie mogłem dłużej zwlekać.
— Szczerze mówiąc, nie wiem. Dziś spotkałam pana po raz pierwszy, a potem usłyszałam pańskie nazwisko, to wszystko.
— Rozumiem — westchnął. — Jednakoż jest coś… — Odstawił filiżankę. — Nie jestem jednym z tych, którzy o bramie dowiedzieli się dopiero wraz z waszem przybyciem.
— Domyślam się, wywiad…
— Nie o to chodzi. Proszę mi pozwolić dokończyć. Mam podstawy sądzić, iż pół roku temu przez ową bramę pod Brześciem przeszła — lub została wciągnięta wbrew swej woli, tego nie wiem — moja córka, Adela.
Joanna poczuła, jak pokój zaczyna wirować. Zachwiała się, dreszcz przeszył ją od czubka głowy po stopy. Filiżanka wypadła jej z dłoni i roztrzaskała się o podłogę.
— Pani Joanno! — zawołał generał.
— Nic… nic… Słabo mi się zrobiło…
— Pomogę pani się położyć. Widzę, że zmęczenie daje o sobie znać. Może lepiej, abym już wyszedł…
— Nie… Już mi lepiej… Proszę zostać…
Zebrała myśli.
— Czy pan ma albo miał majątek ziemski w Lipcach koło Rawy Mazowieckiej?
— A jakże. Ale co to ma do rzeczy?
Joanna odnalazła walizeczkę, otworzyła ją i wyjęła białą kopertę.
— Pańska córka to Adela Zagórzanka, urodzona w tysiąc dziewięćset piątym roku w Lipcach… — powiedziała cicho.
— Tak jest — potwierdził bezwiednie.
Joanna westchnęła głęboko, jakby zrzucała z piersi ogromny ciężar. Wyciągnęła z koperty stare, poszarzałe zdjęcie.
— Adela przeszła przez bramę — spojrzała na generała. — To moja babcia.
3
Generał Zagórski patrzył na wyblakłe zdjęcie i Joanna widziała, że on nie rozumie, na co właściwie spogląda.
— Ta pani w środku to właśnie Adela, moja babcia — wyjaśniła, wskazując palcem na szczupłą kobietę w jasnej sukience, z fasonem typowym dla tego kraju właśnie teraz, a w świecie Joanny, trzy pokolenia wcześniej.
— Nie pojmuję… — odezwał się generał powoli. — Ta kobieta wygląda na lat pięćdziesiąt, może i więcej. Jakże miałaby być córką moją?
— Dziecko na jej kolanach to moja mama — wyjaśniła Joanna. — A za nimi stoi Stasio Zagórski, mąż Adeli. Stąd ta dodatkowa zbieżność nazwisk.
— Nadal to dla mnie niepojęte… — mruknął generał. — Może i podobieństwo jakieś jest, lecz…
— A czy ja nie jestem podobna do Adeli? — zapytała cicho Joanna.
Generał uniósł wzrok, jakby nagle coś w nim zaskoczyło.
— Właśnie że jest pani! — powiedział żywiej. — W pierwszej chwili, gdy panią ujrzałem na Zamku, pomyślałem, iż mam przywidzenia… Lecz jakże to wszystko poukładać?
— Panie generale… — zaczęła ostrożnie. — Pan jest… moim pradziadkiem. W linii prostej.
— Ja? — powtórzył, jakby nie dowierzał własnym uszom.
— Zdjęcie zrobiono w tysiąc dziewięćset trzydziestym dziewiątym roku, w moim świecie. Babcia Adela miała wtedy około czterdziestu siedmiu lat. Przeszła przez bramę w waszym tysiąc dziewięćset trzydziestym pierwszym, a trafiła do naszego świata w tysiąc dziewięćset dwudziestym roku…
— Boże święty… — szepnął generał. — A ten Zagórski, jej mąż…
— Historia naszej rodziny jest mocno skomplikowana, panie… dziadku.
— Opowiedz, dziecko… — powiedział cicho, ale stanowczo.
— Do tysiąc dziewięćset dwudziestego roku trafiła babcia Adela i dwóch żołnierzy z powstania listopadowego. U was powiedzielibyście, hetmańskich. Wpadli prosto w środek wojny z Sowietami.
— Sowiety? — generał zmarszczył brwi. — Jacyż to znowuż obcy? Jak ci Abernagi?
Joanna pokręciła głową.
— Nie. U was Sowietów nie było. Rosjanie, komuniści — jak ci wasi z Niemiec.
— A, rozumiem… — mruknął. — I cóż dalej?
— Dalej… obronili dworek nad Bugiem przed ich hordami. Kurzawa. Dwór, który stał się naszym domem rodzinnym na wiele lat. Ciekawe, czy w waszym świecie też istnieje…
— Sprawdzimy, jeśli taka będzie wola pani — odparł generał z powagą.
— Potem wojna, bitwa i miłość — wyliczyła z uśmiechem Joanna. — Adela i jeden z żołnierzy, Bartłomiej Siemaradzki. Mój dziadek.
— To inny niż ten ze zdjęcia…
— Tak. Ten drugi. Niestety nie mam jego fotografii. Któregoś dnia po prostu zniknął. Babcia Adela mówiła, że „wpadł w poświatę”, czyli w bramę, i przeszedł do innego świata. Potem Stasio Zagórski ożenił się z babcią Adelą i adoptował moją mamę, żeby dwór ratować dla rodziny. Ale nie udało się… A któregoś dnia i on przepadł bez wieści.
— Sądzisz pani, iż także przeszedł przez bramę? — zapytał generał powoli.
— Możliwe. Wtedy obaj powinni być tutaj, bo brama raczej nie przenosi do innych światów.
— Do innych światów… — powtórzył, wyraźnie poruszony. — Zatem jest ich więcej?
— Może być ich nieskończona liczba. Tyle że nie ma sposobu, żeby się tam dostać.
— To ponad wyobrażenie nawet dla mnie… — powiedział cicho.
Joanna sięgnęła do koperty.
— Od babci Adeli mam to. — Wyjęła mały, srebrny, nieco zaśniedziały medalik. Sfatygowany łańcuszek rozwinął się i zwisł z jej dłoni. — Powiedziała, że dostała go z tego świata, od kogoś, kto znał ją i tu i tam. To jedyna wskazówka, żeby odnaleźć mojego dziadka.
ROZDZIAŁ 3
Brześć nad Bugiem
listopadowa noc 1931
1
Major Bykow, dowódca drużyny zwiadu Specnazu, jak przez ostatnie kilka nocy, leżał na prowizorycznym posłaniu z mchu i paproci. Tak zwykł je nazywać. Patrzył w rozgwieżdżone niebo. Gwiazdy jak gwiazdy, pomyślał. Przecież chyba są takie same jak u nas. Chociaż… jedyną konstelacją, którą jako tako rozpoznawał, gdy już ją zlokalizował na niebie, był Mały Wóz.
Dziadek zawsze mu go pokazywał, kiedy wychodzili nocą przed chałupę w rodzinnej wsi pod Uralem, i powtarzał: „Tym wozem, synku, Dziadek Mróz prezenty grzecznym dzieciom dowozi. Jak się kiedy zgubisz po nocy albo nie będziesz mógł kierunku znaleźć, popatrz w niebo i poszukaj tego wozu. On tu zawsze jest”.
A teraz go nie było. Może inna pora roku albo ziemia w inną stronę obrócona, kto by tam takie rzeczy pamiętał, ale fakt pozostaje faktem, że przez całe życie, kiedy w niebo spojrzał, wóz gdzieś tam był. Raz po lewej, raz na środku, czy w innej stronie — ale był. Gdzie się cholera tutaj zapodziała?
Okolica też taka sama, może tylko trochę bardziej dzika, nieuporządkowana, ale pagórki, rzeka, wszystko jak u nas. Dziwny jest ten świat, a może cały wszechświat, bo to niby inny świat, choć przecież taki sam.
Przypomniał sobie ostatnią odprawę przed skokiem.
— Będziecie jednocześnie u siebie i nie u siebie. Najważniejsze jest, aby przestawić myślenie z „tu i teraz” na „tam i teraz”. Macie mapy terenu z naszej topografii — ogólnie taka sama, co szybko zauważycie. Drobne różnice wynikają z większej urbanizacji u nas i typowych działań człowieka. Tam tych działań nie ma albo jest ich mniej — powtarzał po raz któryś ich przewodnik, major Połomski.
— Był tam, widział, wie, co mówi. Macie wykonywać jego polecenia zawsze i bez gadania. Tylko w walce wy dowodzicie. Czy to jest jasne, majorze Bykow?
Jasne było. Tylko trudne do wprowadzenia w życie. Połomski kazał im rozbić obóz pośrodku mokradeł, w nieprzebranych chaszczach i sitowiu, wręcz na skraju bagien, a sam znikał, bo miał kwaterę w Brześciu. Niby języka zasięgnąć chodził, codziennie, od tygodnia. Ognia nie palić! Zwłaszcza nocą. Suchy prowiant musi wystarczyć. Fakt, że z miasta przynosił jakieś świeże jedzenie — chleb, owoce, nawet kiełbasę.Nie ma to jak porządny obiad raz w tygodniu. Nawet w Afganistanie lepiej jedliśmy niż tu, u nas i nie u nas jednocześnie.
I tylko czekanie i obserwacja… niczego. Nawet nie mógł żołnierzom kazać konserwować sprzętu, żeby się nie nudzili, bo nie było czego konserwować. Noże ceramiczne i takież kusze! W zasadzie brakuje nam orlego pióra na czapce i możemy robić za Robin Hoodów.
— Warunki ekstremalne potrzebują ekstremalnego działania — rzekł dowódca, pokazując im sprzęt, który zabiorą. — Noże ceramiczne, lżejsze i może nawet lepsze od standardowych. Kusze polimerowe, broń cicha i zabójcza w bliskim kontakcie, celność idealna z pięćdziesięciu metrów. To wasza podstawowa broń i innej nie będzie. Kamizelki kewlarowe zapewnią wam stuprocentową ochronę przed amunicją wroga. Pistolety też oczywiście nietradycyjne, amunicja polimerowa, skuteczność na jakieś pięćdziesiąt, siedemdziesiąt pięć metrów. I cała reszta użytecznego sprzętu. — Dowódca wskazał spory stos na stole. — Nie będzie noktowizji ani łączności, jaką znacie, nie będzie tabletów i innych gadżetów, do których jesteście przyzwyczajeni. Ale jesteście najlepiej wyszkolonymi żołnierzami na świecie. Wy eliminujecie przeciwnika kapslem od butelki — rzucił zadowolony, a żołnierze zawtórowali mu pomrukiem.
A teraz najlepiej wyszkoleni żołnierze na świecie, z kuszami, ale bez kapsli, leżeli na bagnach i podziwiali nieboskłon.
Bykow zasępił się, przypominając sobie te ostatnie chwile. Plan rozpisany na metry terenu, może nawet na centymetry: tu przejście prawą nogą, ręce szeroko, z dala od ciała, tu przykucnąć, potem skok. Ćwiczyli, ustawiali się w parach. Szesnastu ludzi, którzy znali dokładnie każdy swój krok na dwustu metrach przed sobą. Byli gotowi i ciekawi.
A potem wsio w pizdu, szlag trafił wszystkie plany jednocześnie.
Najpierw załoga wartowni, która miała się po prostu poddać na widok tej masy ludzi, zaczęła do nich strzelać. Polacy. Co za złośliwie upierdliwa nacja! Bykow aż zgrzytnął zębami na to wspomnienie. Później ci upierdliwi Polacy otworzyli tę mistyczną bramę do raju, zapakowali się do swojego rosomaka i chodu. To nasi za nimi, jobwasza mać! Śmigłowiec, chyba nawet bez rozkazu, otworzył ogień i popłynął nisko przez tę srebrnobłękitną poświatę. Ładny byłby to widok, gdyby człowiek miał czas się przyjrzeć. Ale czasu nie było.
Kamandir wrzeszczał jak opętany:
— Razwiedczyki! Wpieriod, za wiertoliotom! A dalsze — kak było skazano! Siejczas że!
Szesnastu ludzi i major Połomski, który jako jedyny chyba przewidział, że plan planem, a życie zrobi po swojemu, bo był idealnie ubrany, z plecakiem i pistoletem wyglądającym jak plastikowa zabawka.
— Nisko! Jak nie zobaczycie już tej poświaty, to na ziemię i w dół, do rzeki! Naprzód! — I jako pierwszy skoczył. Po chwili już go nie było.
Żołnierze ruszyli za nim dość chaotycznie. W ogniu bitwy i ogólnego zamieszania zapomnieli o szkoleniu albo po prostu działali z przyzwyczajenia. Niektórzy chwycili karabinki AK, o których na tej misji mieli zapomnieć. Bykow zauważył, jak srebrnobłękitna tafla reagowała na kontakt z metalem, jak otaczała broń i jej właścicieli błyskami. Nie potrafił przetworzyć obrazu, który zobaczył — ludzi znikających w świetle, jakby rozproszonych, rozpadali się na cząstki, które mieszały się z poświatą.
Widział na wojnie wiele, ale ten obraz przeszył go dreszczem.
Ruszył do poświaty jako jeden z ostatnich. Mgnienie oka i śmigłowiec, który kilka sekund wcześniej zniknął w bramie, znowu strzelał, wisząc nisko nad ziemią. Skoczył w bok, przykucnął, rozejrzał się. Wszystko tak jak na ćwiczeniach. Rzeka na lewo, nieco w niecce, na prawo równina.
— Bykow! Tędy! Biegiem, mamy tylko kilka chwil! — Słyszał ponaglający głos Połomskiego, choć nie mógł go dostrzec.
Rozejrzał się. Jego ludzie, zgodnie z tym, co ćwiczyli, sprawnie przemykali w dół do rzeki. Ruszył za nimi w momencie, gdy śmigłowiec zamienił się w kulę ognia i z łomotem, skowytem i zgrzytem zarył w ziemię. Tylko ogromne śmigło jeszcze parę razy się obróciło, młócąc powietrze w ostatnim tchnieniu. Pamiętał ten moment doskonale i nagłą myśl, która mu zaświtała. Podobno to wojsko sprzed stulecia, a śmigłowiec został zestrzelony z granatnika przeciwpancernego RPG… Co tu się odpierdziela?
Wtedy nie miał czasu się nad tym głowić. Teraz miał go aż za dużo, ale nadal nie wymyślił, jakim sposobem to przedwojenne wojsko zestrzeliło helikopter bojowy — jeden z najlepszych na świecie. nie wiedział też, dlaczego przez bramę przeszedł kilkunastotonowy śmigłowiec, a ludzie z karabinkami AK wyparowywali jak bańki mydlane.
2
Tego wieczora major Połomski zjawił się w obozie znacznie wcześniej niż zwykle, co mogło oznaczać dwie rzeczy. Albo coś się wreszcie zacznie dziać, albo że przyniósł coś na ciepło do żarcia i nie chciał, żeby wystygło. Bykow wstał ze swego posłania z mchu i paproci. Podniósł rękę, aby w ciemności Połomski mógł go dostrzec. Ten skwapliwie przysiadł się do niego, częstując pętem swojskiej kiełbasy, która — ku rozczarowaniu Bykowa — nie była żarciem na ciepło.
— Chłopakom już dałem prowiant, także śmiało — zachęcił Połomski.
— Jakieś ciekawe nowiny z miasta? — zapytał Bykow, odrywając zębami spory kęs kiełbasy. — Teraz po stakanie wódki by nie zawadziło — rozmarzył się.
— W mieście spokój. Przy tej ich bazie za to ruch dość duży, ciągle ktoś przyjeżdża, wyjeżdża, ale nowych wojsk żadnych przez cały dzień nie zauważyłem.
— Zaczniemy prowadzić książkę przyjazdów i wyjazdów? Utknęliśmy tu i czas to przyznać.
— Być może — przyznał Połomski — ale zaraz ruszamy.
— A gdzież to, łaskawco, nas pan zabierasz? — Bykow wyraźnie był zadowolony.
— Najpierw przeanalizuję głośno to, co wcześniej sobie ustaliłem, i potrzebuję pana jako swego rodzaju kontrasygnaty.
— Że co proszę?
Połomski zignorował pytanie Bykowa.
— Zgodnie z założeniami dalszego planu, po zajęciu bazy, maksymalnie do czterech godzin brama miała zostać otwarta i miały zostać wysłane siły do opanowania terenu po tej stronie. My zaś mieliśmy w tym pomóc dywersyjnie lub jak uznamy za stosowne w zastanych okolicznościach. Czy to się zgadza?
— Co do joty, majorze.
— Gdyby coś się nie udało z dowolnych przyczyn, ze wskazaniem jednak na przyczyny techniczne, ponowna próba miała nastąpić za dwanaście godzin i ewentualne trzecie podejście znów za kolejne dwanaście. Potwierdza pan, Bykow?
— Wszystko dokładnie tak, jak pan mówi.
— Przejście nie otworzyło się w żadnym ze spodziewanych interwałów czasowych. Więcej, w ogóle się nie otworzyło.
— Dokładnie. Obserwujemy teren non stop, raczej nie przegapilibyśmy takiej ferii światełek — stwierdził.
— Tu pana rozczaruję. Przejście widać tylko, jak się patrzy na wprost albo pod bardzo niewielkim kątem. Z naszych pozycji obserwacyjnych przejścia nie zobaczymy, ale zobaczymy ludzi, ruch, a na pewno zobaczylibyśmy atak naszych sił.
— Nic takiego nie miało miejsca.
— Zatem jesteśmy zgodni co do meritum. Teraz przyczyny. — W dłoni Połomskiego pojawiła się niewielka piersiówka, z której łyknął szybko i podał Bykowowi. Ten bez słowa wlał sobie do gardła pokaźny haust.
— Od razu lepiej się myśli — skwitował nieoczekiwany prezent.
— Przejście się nie otworzyło, bo nasi stracili dostęp, zostali wyparci i nie kontrolują bramy.
— Logiczne…
— Nie do końca — zaprzeczył Połomski. — Skoro brama wróciła w ręce Polaków czy ogólnie NATO, to dlaczego nie próbują jej otworzyć? To nie jest urządzenie, nie zostało zniszczone. Przecież im zależy na ewakuacji tak samo jak nam. Na co czekają?
— A jeśli tam już nastąpiła ta katastrofa i nic nie zostało ze świata?
— Teoretycznie jest to możliwe, ale katastrofa musiałaby nastąpić najdalej w ciągu dwunastu godzin od naszego przejęcia bramy, a to raczej mało prawdopodobne. Mam inną teorię… — Połomski łyknął nieco wódki i znowu podał piersiówkę Bykowowi. — Nasi wysłali oddziały zgodnie z pierwotnym planem.
— Tak? To gdzie one są?
— Jak przechodziliśmy przez bramę, ludzie z AK znikali, jakby byli rozbijani na atomy. Tak pan opowiadał, ja tego nie widziałem, bo przeszedłem pierwszy. Skoro tak jest, a nie mam powodu sądzić, że jest inaczej, to nasze oddziały przez bramę przeszły. Tak jak nasz helikopter. I nasi to widzieli. Bo gdyby zostali rozbici na atomy, spalili się czy wybuchli, widzieliby to i wiedzieliby, że coś poszło nie tak. Próbowaliby znowu, może inaczej.
— Do czego pan zmierza?
— Nasi po tamtej stronie nie próbują otworzyć bramy, bo są pewni, że wojsko przeszło.
— Powtórzę głupie pytanie: to gdzie ono jest?
— Według mnie wciąż w bramie.
— Ja pieprzę, panie majorze, nie pijmy już…
— Brama sama w sobie to fenomen kompletnie niezrozumiały, a stosując zwykłą logikę, wychodzi na to, że wojsko jest w środku i pewnie kiedyś z bramywyjdzie, tylko nie wiadomo kiedy. Ważna jest inna sprawa. W którym momencie nasi po tamtej stronie zorientują się, że tak właśnie jest? Osobiście myślę, że może już się zorientowali. Czekanie na kontakt z tej strony wydłuża się, więc mogą założyć dwie rzeczy. Albo atak się nie powiódł i wszyscy zginęli, co jest założeniem z gruntu mało prawdopodobnym, albo wojsko nie wyszło z bramy, a my nie jesteśmy w stanie opanować ich bazy.
— Za dużo założeń…
— Co by pan zrobił, zakładając, że doszedł pan do tych wniosków, które przedstawiłem?
Bykow myślał chwilę, w końcu się odezwał:
— Przejście otwiera się szeroko po obu stronach Bugu. Oba brzegi są jakoś zabezpieczone, a zaatakować mogę tylko ludźmi z kuszami albo innym idiotycznym sprzętem, zatem… Otwieram bramę, robię dywersję na lądzie, nawet po obu stronach rzeki, a przechodzę z ludźmi dnem rzeki. Brama jest przecież także nad rzeką i w rzece.
— Brawo, majorze. I gdzie pan by wyszedł na brzeg?
— Przynajmniej kilometr dalej, w ciszy i spokoju. Zaatakowałbym bazę z kierunku, którego się nie spodziewają. Dodatkowy efekt zaskoczenia, skoro nie mam sprzętu odpowiedniego do frontalnej akcji.
— To już pan wie, gdzie idziemy. Musimy obejść Brześć szeroko i wyjść nad rzeką ze dwa kilometry niżej. Zakładam, że nurkowie nie popłyną z prądem, tylko pod prąd.
— Też bym tak zrobił.
— Ruszamy natychmiast.
3
Ze specjalnego eszelonu wojskowego, odczepionego od pociągu pospiesznego relacji Warszawa — Kijów i przetoczonego pod znajdującą się w osobnym sektorze dworca rampę, ściśle otoczoną wojskowymi patrolami, wysypała się spora grupa żołnierzy. Część niemal natychmiast wsiadła do podstawionych aut osobowych, inni zaś wyładowywali wojskowe skrzynie różnych rozmiarów i pod czujnym okiem wartowników ładowali je na Bedfordy, ale nie te angielskie, co uważny obserwator mógłby dostrzec. Te były niemal nowe, z linią szoferki lekko wyższą i ze znaczkiem Star Bedford. Skrzynie ładownicze tych maszyn wydawały przy tym serie zgrzytów i trzasków, gdy ciężki ekwipunek osiadał na ich dnach. Operacja przeładunkowa trwała dobre pół godziny, po czym ciężarówki pośpiesznie, lecz w ustalonej kolumnie, ruszyły do miasta.
Auta osobowe wjechały na wybetonowany plac otoczony niskimi, parterowymi budynkami, przypominającymi bardziej naprędce zorganizowane magazyny niż cokolwiek innego. Ponad dachy baraków wybijała się dziwna wieża zmontowana z typowych żelaznych kątowników, z kilkoma antenami na szczycie. Głębiej, za budynkami, rozciągał się pas ziemi nieruszony ludzką ręką — typowe torfowe tereny przybrzeżne rzeki, która płynęła nieco niżej po lewej. Pas tej ziemi zamykał się wyraźnie ustawionymi w potrójnej linii żelaznymi jeżami przeciwpancernymi, których
linia łamała się czasem przez widoczne tu i ówdzie klasyczne żelbetowe zęby smoka.
Pasażerowie wysiedli z aut, poprawili mundury i ruszyli do jednego z parterowych pomieszczeń. Kapitan Hrynicki prowadził, wyraźnie objaśniając nowym gościom, co widzą, wskazując na poszczególne budynki i instalacje. Pułkownik Jaworski, który od wyjścia z eszelonu występował już w mundurze generalskim SZRN, i major Wielicka, teraz w mundurze lotniczym, słuchali z uwagą i patrzyli w miejsca wskazywane przez Hrynickiego. Towarzyszyło im kilku żołnierzy w tradycyjnych, jasnoniebieskich mundurach polowych.
Dopiero w budynku goście zorientowali się, że to tylko część — lub nawet atrapa — gdyż szeroka antresola z żelaznymi schodami prowadziła w dół, do piwnicy, a właściwie na poziom pod powierzchnią.
— Jeszcze wejście ani cały kompleks, jak widać, nie są ukończone, ale pracujemy usilnie — wyjaśniał Hrynicki. — W założeniu ma być tu winda plus silosowe wejście awaryjne, na razie mamy te przepięknej urody schody żelazne.
Zeszli po nich i znaleźli się w niewielkim pomieszczeniu, gdzie Jaworski z niemałym zdumieniem odkrył coś na kształt punktu dowodzenia wyposażonego w monitory telewizyjne.
— Telewizja czy macie kamery? — pierwsza zapytała Wielicka.
— I jedno, i drugie. Telewizja dość eksperymentalnie działa u nas od roku, ale zastosowaliśmy ich kamery po prostu połączone z temi monitorami, tak jak w ich studiu telewizyjnem, i mamy obraz skierowany wprost na teren, gdzie zwykle otwiera się przejście.
— Pomysłowe — pochwalił Jaworski.
— Przed zaporami, na pasie ziemi po obu stronach Bugu, mamy dwustumetrowy teren zaminowany. Głównie miny przeciwpancerne — tłumaczył Hrynicki.
— Pancerna jednostka raczej teraz tu nie dotrze, jak już wiemy, więc jest czas, żeby te miny nieco udoskonalić — stwierdził Jaworski. — Dorzucimy potykacze przeciw piechocie, sądzę, że sprawdzą się znacznie lepiej.
— Potykacze?
— Ładunki Semtexu albo C4,czyli po waszemu materiału wybuchowego w kostkach, zobaczymy, co mamy, połączone cienką linką tuż nad ziemią. Gwarantuję, że żadna nowoczesna piechota nie pomyśli nawet, że coś takiego tu spotka. Obejrzyjmy teren wokół bazy, jeśli można.
Półgodzinna inspekcja zakończyła się w kantynie, gdzie w oczekiwaniu na obiad podano kawę i lekki deser. Jaworski studiował notatki, które zrobił w czasie wizji lokalnej terenu. Gdy był gotów omówić to, co zobaczył, do kantyny weszła grupa oficerów, a raczej świta otaczająca niedźwiedziowatą posturę wąsatego generała. Hrynicki sprawnie zerwał się z krzesła i przyjął postawę zasadniczą, od razu przechodząc do meldunku.
— Panie generale, kapitan Hrynicki wraz z…
— Wiem, kapitanie, spocznij — zadudnił generał, uśmiechając się wprost do nowoprzybyłych. — Pani lotnik, no przepięknie i tak swobodnie, cóż za kojący widok. Generał Jaworski jestem — rzekł, lekko unosząc jej dłoń i pochylając się do tradycyjnego muśnięcia kobiecej dłoni ustami.
Wielicka spokojnie przyjęła te uprzejmości, a nawet dygnęła w lekkim ukłonie, który wychodził jej coraz lepiej.
— I pan… generał Jaworski, jak mniemam — zwrócił się do gościa i uścisnął mu dłoń. — Wnoszę z tego, że na obu światach Jaworscy to żołnierze pełną gębą, kto by pomyślał.
— Tak jakoś… — mruknął przybysz. — Oryginalnie pułkownik Tadeusz Jaworski, miło mi — przedstawił się.
— Tadeusz? No wręcz niepojęte! — Generał zaniósł się swoim rubasznym, lekko chrapliwym śmiechem. — Witam pana, panie pułkowniku generale Tadeuszu. Jestem Tadeusz Jaworski, generał, dowódca rejonu umocnionego Brześć i jednocześnie garnizonu brzeskiego.
— Rzeczywiście dość osobliwe — zdziwił się witany Jaworski. — Na drugie mam Andrzej, proponuję tę zmianę, aby nas po prostu nie mylono.
— Bardzo celna uwaga, popieram, panie Tadeuszu Andrzeju! A przynieś no tu, synu, jakiejś porządnej nalewki. A żywo! — krzyknął do stojącego przy barku żołnierza. Następnie znowu zwrócił się do gości: — Za pozwoleniem pięknej pani i pana, przejdźmy z formy wojskowej na bardziej prywatną, bo to ułatwi nam wszystko.
Żołnierz podał tacę z butelką jakiegoś czerwonego płynu i rozlał go sprawnie do przyniesionych kieliszków ciętych z kryształu.
— Wiśniówka, jak mniemam, dobra na zapoznanie — zawyrokował gospodarz. — Dla państwa jestem Tadeusz. Wypijmy…
4
Generał, dowódca rejonu umocnionego Brześć, nie pozwolił, aby jego nowi oficerowie siedzieli w kantynie o suchym pysku. Swoim zwyczajem wysłał do kuchni aż dwóch adiutantów czekających w pogotowiu na rozkazy. Po niecałym kwadransie na stole pojawił się bigos myśliwski z sarniną — jak zapewniał kucharz — oraz gulasz à la pelote, czego nikt z obecnych nie rozszyfrował ani o co nie pytał, by nie wyjść na niedouczonego laika. Wszyscy wybrali bigos. Rozmowa była zdawkowa, o niczym a to jak znajdują ten świat, a to jak im się podoba tu i teraz, a to znowu coś innego. Goście odpowiadali z kurtuazją, ale i z lekkim zniecierpliwieniem, co w końcu dostrzegł generał. A może wiedział o tym od początku, tylko celowo przeciągał konwersację.
— Teraz zapraszam do gabinetu mojego. Dość już tego trajkotania, bo nas wszystkich zamęczy — rzekł gospodarz, wstając od stołu. — Pan kapitan idzie z nami, oczywiście.
Gabinet, jak go nazwał generał Jaworski, zaskoczył przybyłych. Nie było tam przepastnych skórzanych foteli ani wielkiej kanapy. Zresztą, jak zauważyła Wielicka, żadna kanapa by się tu nie zmieściła. Okno od ziemi do sufitu opatrzono żaluzją. Stało tu jedno, dość niewielkie biurko i kilka zwykłych krzeseł z miękkim siedziskiem przy filigranowo wyglądającym stoliku. Na nim mapy sztabowe, jakieś teczki ułożone w równy stos i telefon. Jeden na biurku, drugi obok, a trzeci na ścianie.
— Słucham, Andrzeju pułkowniku — rzekł bez wstępów generał. — Co jest spieprzone? Co nie zadziała? Czego tutaj nie widzimy? — Jaworski aż stanął w miejscu, spoglądając na gospodarza ze zdumieniem.
— Skąd pan… Skąd wiesz — poprawił się, by zachować formę ugruntowaną przy wiśniówce — że coś jest spieprzone albo nie działa?
— Siadajcie, proszę. — Generał wskazał krzesła, sam rozsiadając się w fotelu za biurkiem. — Jestem generałem, brałem udział w wojnie, broniłem autochtonów na Bałkanach i wiele różnych rzeczy w życiu robiłem, ale wszystko tu i teraz. Jakaś armia czy oddział z przyszłości zapewne rozniesie tę bazę na strzępy i nawet się nie obejrzymy, kiedy to się stanie. Gdyby nie ci wasi komandosi, już ten aparat latający by to zrobił. A was przysłano tu po to, aby zminimalizować straty.
— Dobrze, przynajmniej nie muszę koloryzować — stwierdził pułkownik Jaworski. — Zakładam, że zapory przeciwczołgowe ustawiliście dokładnie na linii, w której otwiera się brama. Ta gigantycznych rozmiarów, bo mniejsze na razie pomijam. Jeśli tak, pancerny atak zatrzymacie w bramie, pewnie samo zjawisko ich zniszczy, gdy utkną na krawędzi przejścia. Dobrze pomyślane, tyle że to nie wystarczy. — Jaworski wyjął notes z zapiskami po wizji lokalnej. — Bazę zaatakuje jedna jednostka komandosów. Według mnie maksymalnie pięćdziesięciu ludzi. — Generał uniósł brew, ale nic nie powiedział. — Zaatakują z dwóch stron. Uderzenie przez bramę będzie dywersją, choć przy odrobinie szczęścia może przerodzić się w skuteczny atak. Siła ognia takiej jednostki, jej skuteczność, celność i penetracja przewyższają wszystko, czym dysponujecie. Jeżeli dodatkowo jakimś sposobem zaatakują skrycie z innego kierunku, po dziesięciu minutach będzie po wszystkim.
— Liczyliśmy, że utrzymamy się znacznie dłużej, zanim przejdziemy do kontruderzenia…
— Do kontruderzenia? Jeśli oddział specnazu lub inny zajmie bazę, zapewne dostanie posiłki w sprzęcie i ludziach. Jedynym hamulcem jest to, że brama nie wydaje się przepuszczać naraz zbyt dużej masy, ale dwadzieścia lekkich dronów załatwi sprawę. Co mamy, pani major? — zwrócił się do Wielickiej. Olga była przygotowana. Rozłożyła kartkę i szybko przeleciała wzrokiem notatki.
— Karabinki szturmowe HK416, cztery sztuki. Pistolety Glock, osiem sztuk. Karabiny wyborowe i snajperskie Heckler & Koch PSG1, cztery sztuki. Karabin maszynowy FN Minimi oraz UKM M240B, po dwie sztuki. Granatniki Carl Gustaf oraz granatniki RTGm, po dwie sztuki. Do tego dwadzieścia granatów ręcznych. Do wszystkich rodzajów broni mamy po dwanaście magazynków, plus to, co przywieźliśmy w Rosomaku. No i wyrzutnia Piorun, ale zostały nam tylko dwa pociski po akcji z helikopterem.
— Dodaj do tego ośmiu ludzi, którzy potrafią tego użyć… — wtrącił Andrzej.
— Mamy jeszcze zestawy noktowizyjne i termowizyjne oraz cztery radiostacje — Wielicka uśmiechnęła się krzywo — plus wspomniane zapasy z Rosomaka.
Jaworski ponownie przekartkował notes.
— Rosomaka już nam rozłożyli na części w Warszawie — skwitował — i część wyposażenia też. Ale mamy dwadzieścia Beryli, dziesięć RPG75 i około trzydziestu pakietów saperskich. Nie jestem pewien, ile nam w Warszawie zabrali do badań. W sumie osiem skrzyń z amunicją do tego wszystkiego plus jakieś drobne detale.
— Czyli jednak sporo wam się tego uzbierało — stwierdził generał. — Może powalczymy?
— Po to tu jesteśmy — odparł pułkownik. — Proponuję od zaraz wyznaczyć pięćdziesięciu, może stu dobrze strzelających żołnierzy. W parę godzin opanują obsługę Beryli, to pilne. Dalej, żebyśmy powalczyli, nie możemy czekać na przeciwnika, musimy wyjść mu na spotkanie.
— Słucham uważnie.
— Na tej wieży namierzającej proszę przygotować osłonięte stanowisko dla jednego człowieka. Ustawimy tam nasze urządzenie, które wykryje wroga z odległości kilometra. Będziecie mieli czas, żeby poczęstować ich Boforsami czy innym spowalniaczem wybuchowym. Radiostacje — jedna u pana, druga w bazie, trzecia na drugim brzegu, czwarta do mojej dyspozycji. Resztą zajmę się osobiście. Mamy snajperów, ustawimy potykacze i parę innych niespodzianek. Nasze główne i jedyne zadanie to nie dopuścić przeciwnika bezpośrednio do bazy. Przydałyby się myśliwce, które szybko się pojawią i mają odpowiednią siłę ognia…
— Zaraz coś zaradzimy — odrzekł generał i podniósł słuchawkę telefonu. — Połączcie mnie z bazą lotnictwa we Lwowie. Będzie mówił generał Jaworski z upoważnienia marszałka. Pilne! — Spojrzał na pułkownika. — Mają tam eskadrę naszych najnowszych Jastrzębi. Do bliskiego wsparcia i do czyszczenia przedpola niczego lepszego w tej części świata nie znajdziecie. Będą nad Brześciem w dwadzieścia minut od sygnału.
— Nie zapominajmy o najważniejszym — wtrąciła Wielicka. — Zakładamy, że nie operuje tu żaden oddział, który przeniknął wcześniej i liczymy, że wszystko zacznie się dopiero wtedy, kiedy otworzy się brama…
ROZDZIAŁ 4
Warszawa, willa na Żoliborzu
30 listopada 1931
Horowitz znalazł Zagórską bardzo szybko. Ustalili, że ta wyśle mu notkę z adresem do hotelu, w którym się zatrzymał, jak tylko będzie miała jakiś własny adres. Tak zrobiła już na drugi dzień. Miała mu sporo do opowiedzenia, głównie o nieoczekiwanym odkryciu dotyczącym pradziadka. Rozmowy w bazie w Terespolu zbliżyły ich do siebie dość mocno, oboje mieli podobne spojrzenie na to, co się wokół dzieje. Dodatkowo rodzinna historia Joanny i wieloletnie poszukiwania prawdy o cudzie nad Bugiem prowadzone przez Maksymiliana sprawiły, że nadawali na tych samych falach. Ona — żołnierz i naukowiec z XXI wieku, on — intelektualista, niespełniony pisarz, prawie oficer i prawie dziennikarz z początku wieku XX. Można śmiało przyjąć, że nie było to uczucie znane z melodramatów, ale jakaś forma mocno do niego zbliżona, skorelowana z ich charakterami i epokami, z których pochodzili.
Zadzwonił i umówili się na wieczór, gdy Joanna wróci już z tajnego instytutu na „Magazynach”. Przyszedł rozpromieniony, z bukietem kwiatów, o które późną jesienią było w Warszawie dość trudno. Joanna nie mogła jednak o tym wiedzieć. W jej świecie kwiaty były dostępne zawsze i wszędzie, przez co spowszedniały na tyle, by nie zwracać na nie większej uwagi.
— Maks, jesteś nieuleczalnym romantykiem. Brakowało mi tego. — Powitała go, przyjmując wiecheć bliżej nieokreślonych kwiatów. — Zapraszam.
Gdy już siedzieli sami w przestronnym salonie, po przeczekaniu rytuału z pokojówką, tacą z kawą i pytaniami, czy „panienka jeszcze czegoś potrzebuje”, oboje poczuli lekką tęsknotę. Może za wieczorami w terespolskiej bazie, może za sobą nawzajem, a może za tamtym klimatem, który wydawał się dziwny i obcy. A może po prostu myśleli o katastrofie, która w tamtym świecie zbliżała się z każdym dniem coraz wyraźniej.
— I cóż pradziadek? Jak zareagował? Uwierzył? …
Opowiedziała mu ze szczegółami, jak w trakcie rozmowy z generałem odkryła, że jest jej pradziadkiem. Jak pokazała mu zdjęcie jego córki, a swojej babki, i streściła rodzinną historię.
— I cóż teraz, moja panno? — zapytał z uśmiechem, chwytając ją za obie dłonie.
— Pradziadek generał obiecał sprawdzić, czy tutaj istnieje dwór Kurzawa i kto tam mieszka. Ale to bardziej z ciekawości, bo nie spodziewam się po tym zbyt wiele.
— Fakt. Nam wszakże wypadałoby poszukać owego starego pasterza, z którym rozmawiałem. On jest kluczem do wszystkiego.
— Też tak myślę, ale to wymagałoby wyjazdu do Brześcia, a póki co nie mogę się urwać. Jestem tu potrzebna dla większej sprawy.
— Tak — westchnął Horowitz. — Dla sprawy, z której odsunęli jednego z głównych aktorów, czyli mnie. Władze mają osobliwe poczucie ważności dla spraw istotnych.
Dzwonek do drzwi przerwał ich chwilową idyllę. Służąca otworzyła drzwi, usłyszeli przytłumione głosy, a potem ją samą oznajmiającą w progu:
— Pan pułkownik Stern do panienki. Mam wprowadzić?
Joanna wiedziała, kim jest ten człowiek. Widziała go na posiedzeniu rządowym. Pomyślała, że pewnie przyszedł obwieścić kolejne tajemnice i zaostrzenia Ten kraj kochał się w ściśle tajnych celebracjach, co stawało się powoli męczące.
— Proś pana pułkownika. — Joanna poprawiła się w fotelu i wygładziła bluzkę. Horowitz także przyjął bardziej neutralną pozycję.
Niski, łysy mężczyzna ze zbyt małą kozią bródką, kompletnie siwą, ubrany w klasyczny cywilny garnitur, stanął w drzwiach i skłonił się sztywno.
— Witam pana, pułkowniku. — Joanna wstała, kłaniając się z chłodną uprzejmością.
— Witam państwa. Przepraszam za tę nieoczekiwaną zmianę planów i wizytę, ale czas nagli, a generał Rozwadowski nie lubi czekać.
To rzekłszy, wykonał młynek palcami podając jednocześnie niewielką karteczkę gospodyni. Joanna, jako wieloletni pracownik ABW, od razu zorientowała się, o co chodzi. Po krótkim zastanowieniu stwierdziła, że nawet nie jest zaskoczona, była wręcz zła na siebie, iż nie pomyślała o tym wcześniej. Chyba po prostu miała zbyt wiele na głowie…
— Mieliśmy właśnie wypić kawę na tarasie. Przyłączy się pan, pułkowniku?
— Z największą przyjemnością — odparł Stern i cała trójka, niemal jak na komendę, opuściła salon.
— Wasze powietrze jest… — Joanna zastanowiła się przez chwilę — jakieś takie orzeźwiające. Całkiem inne niż w moim świecie.
Stern zamknął drzwi prowadzące do pokoju i rzucił okiem na resztę okien, sprawdzając, czy wszystkie są domknięte.
— Proszę wybaczyć ten teatr, ale zdaje sobie pani sprawę, że willa jest okablowana. Nie wiem, czy słuchają cały czas, nawet w to wątpię, jednakże…
— Czuję się jak nędzny aktor w jakimś kiepskim filmie szpiegowskim — wtrącił Horowitz.
— To pan Maksymilian Horowitz, mój przyjaciel i towarzysz… podróży — przedstawiła go Joanna.
— Wiem doskonale, kim ten pan jest — odrzekł Stern. — Dlatego przyszedłem tutaj, a nade wszystko nie do pana hotelu, aby nie powtarzać po dwakroć tych samych czynności. Tu przynajmniej wiem, gdzie są mikrofony, a w hotelu musiałbym ich długo szukać. — Uśmiechnął się lekko.
— Teraz to pan zagaił jak prawdziwy as wywiadu — odparł Horowitz.
Joanna wskazała gościowi fotel. Ten usiadł, rozpinając marynarkę, rozejrzał się krótko po tarasie, po czym rzekł:
— Ponieważ znam historię pana przejścia na tamtą stronę, znam też pani działalność naukową, przejdźmy od razu do meritum, aby nie mitrężyć cennego czasu. Rozmawiałem też z generałem Zagórskim, który twierdzi, że jest pani jego prawnuczką. Nie żadnym alter ego, ale taką prawdziwą, w pierwszej linii. Znam generała i wiem, że nie konfabuluje w żadnej kwestii, więc tym bardziej w takiej. Szybko ułożyłem sobie prawdopodobną historię, zakładając, że jego córka nie zaginęła, lecz przeszła przez bramę. Skoro generał twierdzi, że tak jest, uznaję to za fakt. Przepraszam za ten przydługi wstęp — uśmiechnął się dość promiennie — ale tym sposobem unikniemy zbędnych pytań i zdziwień.
— Bardzo ciekawe podejście do życia pan prezentujesz — stwierdził Horowitz.
— Racjonalne. W swoim życiu miałem już do czynienia z takimi wydarzeniami, że brama czy pradziadek z innego świata nie robią na mnie piorunującego wrażenia, co nie znaczy, że nie jest to nadzwyczaj interesujące.
— A co konkretnie pana tu sprowadza? — wtrąciła Joanna.
— Dwie sprawy, które w efekcie łączą się w jedną — odparł krótko. — Pierwsza to pan Maksymilian Horowitz. Generał Rozwadowski, który aktualnie pełni obowiązki nieobecnego Marszałka, chciał uzyskać dodatkowy pogląd na pana działalność, by przemyśleć, co z panem począć.
— Ostatnio przysłał mi pismo przez posłańca, z groźbami wręcz, gdybym tylko pomyślał o ujawnieniu sprawy publiczne.
— Taka procedura — skwitował pułkownik. — Mniejsza o nią. Powiem krótko. Generał zdania o panu nie zmieni, jeśli nie zostanie pan żołnierzem w jakiejś dostępnej formie. Zwłaszcza że z pana akt i ukończonej szkoły wynika, iż może pan to zrobić od ręki. Według mnie nie chce pan być żołnierzem, bo już by pan z tej opcji skorzystał.
— Nie myli się pan.
— Zatem pozostaje mi opcja druga. Zostanie pan „na papierze” agentem, informatorem „Dwójki”…
— Oszalał pan? Nie zamierzam zostać donosicielem! — Maksymilian się wzburzył.
— Dla wiedzy generała i moich przełożonych zostanie pan takim informatorem — dokończył spokojnie Stern. — Zasadnicza różnica, droga pani — zwrócił się do Joanny — polega na tem, że ten przydział pozwoli wam obojgu, z pomocą pani pradziadka i moim błogosławieństwem, szukać owego pasterza, jak go nazywacie…
— O tym też pan wie… — Joanna była wyraźnie zaskoczona.
— Pracuję w kontrwywiadzie jednej z głównych potęg światowych — odparł od niechcenia Stern
— No tak, to sporo wyjaśnia. A Małysz miał szepnąć tylko słówko — zamruczał pod nosem Horowitz.
— Powiem że podjął pana temat w rozmowie z generałem, a to nie lada odwaga. To po jego interwencji generał kazał jeszcze raz zbadać sprawę. Tymczasem to pan, własną inicjatywą, znalazł drogę na tamtą stronę. Był pan tam naszym doskonałym ambasadorem i ocalił pan nasz kraj przed niebytem. Znam fakty, wiem, co mówię. Zatem musi się pan zdecydować zaraz.
— Na co? Na to donosicielstwo?
— Dokładnie. — Stern wyjął z kieszeni marynarki kilka zapisanych kartek papieru i pióro. — Proszę o pański autograf na każdej ze stron.
— Czemu pan to robi? — Joanna nadal nie wiedziała, co o tym myśleć.
Wiedziała natomiast, że dla Maksymiliana, człowieka wolnego od schematów i rygorów świata, jakakolwiek szufladka w systemie jest nie do zaakceptowania. A zwłaszcza taka.
— Zanim to wszystko się zaczęło, byłem zwykłym pracownikiem kontrwywiadu — odparł Stern, patrząc na nią uważnie. — Szukałem szpiegów, zwalczałem wrogie organizacje… Zwykłe życie. Potem spotkałem Abernagi i zdałem sobie sprawę, że nie możemy zrobić w zasadzie nic, a świat i tak będzie się dalej kręcił, albo bez nas, albo z nami w charakterze biernych obserwatorów. Ci Abernagi umierają i nie możemy im pomóc, mimo że okazali się przyzwoitemi istotami. Teraz przybyliście wy. Polakami jesteście, a teoretycznie też nie możemy wam pomóc. — Zamilkł, jakby zdał sobie sprawę, że powiedział o słowo za dużo. — Niech pan podpisze. Wieczorny pociąg do Brześcia odjeżdża za dwie godziny. Szukajcie tego, co dla was ważne.
Horowitz pochylił się nad papierami, przebiegł wzrokiem treść. Normalnie cyrograf, pomyślał. Spojrzał wymownie na Joannę, jakby chciał jej powiedzieć, że to dla niej łamie swoje najświętsze życiowe zasady. Miał nadzieję, że było warto. Ciekawe, czy pakt z diabłem, ale w polskim mundurze, nieco zmniejszy męki piekielne bycia donosicielem. Takie snuł rozważania, oddając podpisane dokumenty.
Stern schował je do kieszeni marynarki, wyrwał kartkę z notesu i napisał na niej jedno zdanie.
— Do bazy iść nie radzę — rzekł, podając świstek Horowitzowi. — Oni tam mają co robić, a i niebezpiecznie będzie na pewno. Idźcie najpierw do redakcji „Monitora Polskiego”, mieści się w Ratuszu. Znajdźcie Julię albo Xawerego Prądzyńskich i dajcie im tę kartkę.
Horowitz spojrzał na pismo. Widniało tam tylko:
Pomóż im.
Stern.
ROZDZIAŁ 5
między Warszawą a Kielcami
listopad 1931
1
Podpułkownik Stern miał teraz teoretycznie większy zasięg operacyjny i możliwość oddziaływania na ludzi, współpracowników, a nawet na informacje, które spływały do niego szerokim strumieniem. To on trzymał wszystkie nici dawnej operacji Błysk, która po przybyciu gości z nowoczesnej Polski przeistoczyła się w… właśnie, w co się przeistoczyła? Alojzy miał sporo czasu, aby wszystko po kolei dokładnie sobie poukładać i zastanowić się nad wieloma sprawami. Swoją czerwoną CWS Torpedą jechał właśnie do ośrodka w Kielcach, a za kierownicą zejdzie mu jeszcze trochę czasu.
Zatem najpierw centrum PAN na „Magazynach”, które odwiedził z samego rana. Dawno tam nie był, ale przywitał go widok ten, co zawsze. Zardzewiały i mocno sfatygowany płot z siatki drucianej, obleczony dzikim winem i zarośnięty mozaiką zielska dowolnego sortu. Drewniana, standardowa budka wartownicza w kolorze, który kiedyś na pewno był niebieski, a teraz tylko gdzieniegdzie przypominał regulaminowy wzór, znudzony wartownik, który nawet nie spytał, po co tam lezie. Metalowa tabliczka, niedbale przyczepiona do siatki, od lat informowała wprawdzie, że to Magazyny Techniczne Garnizonu Praskiego, ale nawet przypadkowy przechodzień — gdyby w ogóle jakiś zjawił się na tym zadupiu — na pewno by w to nie uwierzył.
Gdy już przedarł się przez zarośniętą do granic możliwości alejkę prowadzącą w głąb terenu, zobaczył parterowy budynek, tynkowany chyba w ubiegłym stuleciu, z oknami częściowo zabitymi deskami. Czy oni nie przesadzają z tą naturalnością? Kiedyś im się to wszystko na głowy zawali, pomyślał Stern. Jednak jak zwykle po przekroczeniu pierwszych, drugich i w końcu trzecich drzwi, przejściu przez bramki Fischera, przeszukaniu osobistym i okazaniu kilku przepustek, a następnie po zjechaniu windą dwa poziomy niżej, znalazł się w zupełnie innym, znanym sobie świecie.
Odnalazł jak zawsze zabieganego profesora Belinę, który przynajmniej w teorii zawiadywał obiektem, i wręcz zmusił go do zatrzymania się, używając zawsze działającego hasła „na Zamku czekają”.
— Panie majorze drogi, jest tyle do zrobienia, że…
— Teraz już podpułkowniku, drogi panie profesorze — poprawił go z uśmiechem zdawkowo obojętnym, który posiadał w swojej kolekcji na takie właśnie przypadki.
— A to pogratulować! — Profesor szczerze się ożywił. — Od dawna się panu awans należał, nawet sam onegdaj mówiłem o tym z… z kim to ja wtedy rozmawiałem? — Naukowiec się zamyślił.
— Mniejsza o awans, tak dla porządku tylko mówię. Na Zamku chcą raportów, a że byłem akurat przejazdem, postanowiłem wstąpić, żeby potem specjalnie drogi nie nadkładać — wyjaśniał Stern.
— Nowości konkretnych na dziś nie ma. Przecież to nie piekarnia, że rach-ciach i upiecze się nową armatę albo inną tankietkę. Na dziś głównie metalurgią się zajmujemy. Nie moja to działka, ale ten Niemiec z ichniego sojuszu rozpisał to dokładnie, jak nitowanie na zgrzewanie blach zamienić i jaki proces w technologii jest potrzebny. Nasi inżynierowie ponoć w ogóle najpierw nie zrozumieli, na czym rzecz polega, zwłaszcza że Niemiec ani po polsku, ani w żadnym języku cywilizowanym ni w ząb. Tyle że ta doktor Zagórska wszystko przekłada i jeszcze dodaje od siebie.
Profesor zaciął się lub zamyślił nagle, co w sumie na jedno wyszło, bo przestał mówić. Stern skwapliwie z tego skorzystał.
— Wnoszę z tego, że metalurgia, a zatem nowe pancerze na tankietki i czołgi, to tylko kwestia czasu.
— Ta Zagórska… — zaczął znowu profesor, jakby słów Sterna nie słyszał. — Aż dziwne, że taka młodziutka, a już tam doktorem fizyki jest. I że w ogóle kobieta taką karierę w nauce zrobić może…
— Coś nowego w kwestii przejść? — Stern postanowił radykalnie przejść do tego, co go rzeczywiście tu przywiodło.
— W sprawie przejść? — Profesor się zdziwił. — A co ma być nowego? Tam w Brześciu większość się odbywa, my tu niewiele w tej kwestii dodajemy, przecież teraz adaptacja sprzętu i technologii przybyszów jest najważniejsza.
— Czyli nadal nie wiemy, jak odesłać naszych drugich gości i czy to w ogóle możliwe?
— Skoro tu trafili, powinni móc odejść — rzekł profesor. — Kiedyś nawet myślałem nad tym, jak to jest możliwe, że te linie czasowe zbieżne są do siebie, ale to czysta fantazja, żadnym dowodem niepoparta, bo i takiego być nie może. Jakby to obrazowo ująć, tak na tablicy kredą narysować… to mi wychodzi, że jedna Ziemia, nasza, musiała się rozdwoić jakoś i po paralelnych zrazu orbitach oddalić, wykonać woltę czy wręcz fikołka w kosmosie, gdzie przy tym bieg czasu się odwrócił, i potem znowu zaczęła się do siebie zbliżać. Wtedy czas na obu Ziemiach płynąłby wobec siebie wzajemnie odwrotnie. Rzekłem nawet tej Zagórskiej o takiej mej teorii, ale chyba nie potraktowała mnie poważnie.
— Dobrze, że naukowcem nie jestem, bo zdania żadnego mieć nie potrafię w tym zagadnieniu — skwitował Stern. — Ale… — zastanowił się — może w tym jest cała rzecz, że skoro czas odwrócony, to i czynności, żeby przejście otworzyć, odwrócone być muszą?
— To akademicka dyskusja, panie… podpułkowniku, a my tu, jak sam pan widzisz, roboty mamy po pachy.
Ocknął się z zamyślenia, gdy ujrzał wokół znajome miejsca: mur, kościół i ryneczek zaznaczony skrzyżowaniem ulic, na które właśnie wjechał. Nowa Słupia. To tutaj naprawdę wszystko się zaczęło, pomyślał. Na tej drodze do lasu, gdzie pierwszy raz ich zobaczył. Strach, zdziwienie, niezrozumienie… Dokładnie pamiętał te emocje, gdy ujrzał trzy postaci i zdał sobie sprawę, że nawet jeśli są przebrani i ucharakteryzowani, to nie są ludzie. Więc kto? Jak to możliwe? Potem nastąpiły długie rozmowy z tym, który zwał się Beno Res lub jakoś podobnie, bo nie sposób było ich dźwięków naśladować, a o powtórzeniu nie mogło być nawet mowy.
— Dla nas wasze formy życia są abstrakcyjne — powtarzał zawsze i przy każdej okazji. — Nasi naukowcy oczywiście dowiedli, że jest to bardzo prawdopodobna droga ewolucji na naszej planecie, ale przecież tylko jedna z wielu. Tak jak ty nie potrafisz pojąć naszego istnienia tu i teraz, od zawsze, tak my przeżyliśmy podobny szok, spotykając was po raz pierwszy. A potem kolejny, gdy okazało się, że prawdopodobnie jesteśmy jedyni na planecie w tej formie. Kolizja czasu, która się zbliża, uzmysłowiła nam, że coś w ewolucji poszło nie tak, ale nawet nie przypuszczaliśmy, że mogłoby chodzić o naszą ewolucję.
— Kolizja dotknie tylko tamte światy, tutaj tego nie zaobserwowaliśmy, więc nie możesz wiedzieć na pewno, że to wasza ewolucja była błędem.
— Teoretycznie tak, ale statystyka i prawdopodobieństwo mówią co innego. Wasze życie na Ziemi oparte jest na chemii związków węgla, nasze dodatkowo na związkach krzemu. Wasz model jest dominujący i jedyny na światach, które odwiedziliśmy.
— Bo nie trafiliście na inne, więc nie wiesz na pewno.
— W tych podróżach coś zrozumieliśmy. Coś, co prawdopodobnie różni nasze… życia bardziej, niż wszyscy myślimy. Patrzysz na mnie i widzisz rzeźbę, ale wewnątrz pulsuje życie, którego fundamentem jest porządek, a nie chaos. Podczas gdy twoi przodkowie lepili się z nietrwałego węgla w błocie, moi budowali szkielety z krzemu i tlenu. Jesteśmy hybrydami. Węgiel daje nam ruchliwość, ale krzemowe „nici” w naszych komórkach sprawiają, że możemy być niemal niezniszczalni. Jesteśmy następnym krokiem, połączeniem biologicznej pasji z mineralną trwałością planety. I problem być może tkwi właśnie w tym następnym kroku. Wasze życie węglowe non stop walczy o przetrwanie! Musicie się odżywiać zewnętrzną masą, którą trzeba zdobyć. Nasza ewolucja nie była walką o kęs jedzenia, lecz o wydajność energetyczną. Nie trawimy tak jak ty, nasze płuca wychwytują tlen, by spalać go w ogniwach fosforowych, co daje nam energię czystszą i silniejszą niż jakikolwiek ziemski mięsień. Moja krew, nasycona wanadem, nie niesie tylko tlenu, lecz jest płynnym procesorem, który naprawia moje ciało w locie.
— Czyli co? Kto walczył od zarania dziejów, jest bardziej prawdziwy od tego, co ma wszystko poukładane od zawsze?
— Gdyby nie ciąg wsteczny czasu tutaj, przeżylibyśmy kilka pokoleń waszych żyć, a tak po prostu rozpadniemy się na atomy…
Stern przypomniał sobie reakcje różnych kręgów, w tym głównie tych naukowych, gdy przeczytano stenogramy rozmów z Beno Resem, a zwłaszcza te fragmenty o
„To czyste wynaturzenie. Boska pomyłka. Wcielenie szatana. Wymyśliliście tych Abernagi, tylko po co? W czym mogą być użyteczni? Co oferują? Zabić ich, pozbyć się ich! Zarażą nas i pomrzemy!” Stern usłyszał wtedy te i wiele innych, mało naukowych i sensownych opinii.
Marszałek przynajmniej potrafił nad tym rozsądnie zapanować „próbujcie ich odesłać i koniec tematu”. Generał Rozwadowski był inny. Według Sterna obawiał się wszystkiego, co nowe, nieznane i co może zagrozić jemu, a więc i nam wszystkim.
Potwierdzeniem tych przypuszczeń była permanentna inwigilacja przybyszów z nowej Polski, trącąca paranoją. I te awanse generalskie dla wiceszefów służb… Przecież tylko głupiec nie zauważy, że Rozwadowski bardzo szybko zastąpi obecnych szefów, ludzi Marszałka, nowo awansowanymi, bo to będą jego ludzie. Paranoja osiągnie pułap absurdu, a nam nie potrzeba absurdu, tylko logicznych działań. Zapewne generał ma sporo racji w tym, że wpuszczenie tutaj ewakuowanych z tamtego świata może skończyć się katastrofą dla nas, bo raczej nie dla nich, ale i na to znajdą się sposoby. Tylko trzeba chcieć ich szukać.
Stern chciał ich szukać.
2
W dawnym garnizonie batalionu zapasowego w Kielcach Stern pojawił się w porze obiadu, co po prostu wyczuł zaraz po opuszczeniu auta. Poinformował służbowego, kim jest i do kogo przyjechał, po czym dodał, że udaje się do kantyny. Kuchenne zapachy przypomniały mu bowiem, że nie jadł nic od wczoraj. Przechodząc przez plac, który dotąd brał za manewrowy, zauważył dość istotne zmiany na dziedzińcu. Placu manewrowego już nie było. Zamiast niego powstał ogromny poligon z wykopanymi rowami, przeszkodami wszelkiej natury, słupami oraz wieżami z platformami, których przeznaczenia nie do końca pojmował. Najdziwniejsze było jednak to, że nad całą powierzchnią placu, na wysokości około sześciu metrów, rozciągnięta została całkiem dobrze mu znana, klasyczna siatka maskująca. Aż przystanął, żeby objąć wzrokiem teren, który przykrywała.
Zapach przypalonej fasolki po bretońsku wraz z kiełbasą smażoną na czarno nie zachęcał, ale liczył, że może trafi się jakiś zimny bufet. Zanim dotarł do kantyny, dogonił go major Wejchert — jeden z celów jego wizyty.
— Pan pułkownik osobiście na tych peryferiach? — zapytał Wejchert, wyraźnie jednak zadowolony ze spotkania.
— Oj tam, majorze, na większych peryferiach się bywało, a tu przecież tereny wielce urokliwe. Góry Świętokrzyskie, Pałac Biskupi… Słyszałem, że biskupi oficerów całkiem niezłym jadłem podejmują. Był pan?
— Zaproszenia są, ale czasu brak — uciął krótko Wejchert.
— Polecam skorzystać, naprawdę warto — kontynuował kulinarny temat Stern. — A u was co zjemy? Nie ukrywam, że po drodze nieco zgłodniałem.
— W takim razie zapraszam do kasyna, bo tutaj, jak czuć, nic dobrego się nie trafi.
Kasyno okazało się osobnym budynkiem poza murem garnizonu. Wewnątrz bardziej przypominało salę balową niż typowy lokal oficerski. Gości nie było wielu, jedynie dwie pary skryte przy stolikach w kącie ogromnej sali. Zajęli miejsce, Wejchert zaordynował posiłek, byle świeży i dobry, po czym mogli w spokoju rozmawiać. Obaj mieli tę manierę wywiadowczą, że im ciszej się mówi, tym lepiej dla wszystkich.
— Cóż to za dach nad tym placem z przeszkodami żeście ustawili? Po co on jest? — Stern neutralnym pytaniem zagaił rozmowę.
— To chłopaki z nowej Polski tu rządzą, ja tylko szkolenie obserwuję. A siatka po to, żeby nam satelity zdjęć nie narobiły. — Wejchert zaśmiał się całkiem głośno i szczerze.
— Cóż to te satelity?
— Żart, pułkowniku. Oni tam u siebie mają takie urządzenia, co latają po niebie i robią zdjęcia wszystkiemu, co na ziemi widać.
— Samoloty znaczy się? U nas przecież żaden obcy samolot nie ma prawa tutaj dolecieć.
— Nie, nie, to właśnie te satelity. Niby z nieba zdjęcia robią, ale latają dookoła Ziemi, już w kosmosie bardziej.
— Aha — przytaknął ze zrozumieniem pułkownik. — I niby jakim sposobem na nasz świat miałyby się dostać?
— Żadnym. To jest ćwiczenie abstrakcyjne, jak mówią ci z GROM-u… no, ci komandosi, co ludzi nam szkolą. Mówią „spodziewaj się niespodziewanego”, a wtedy nie tylko z życiem wyjdziesz, ale i misję wypełnić zdołasz.
— Chyba ci zazdroszczę Karolu, żeś na własne oczy ich świat widział — westchnął Stern. — Jak to szkolenie idzie?
— Nadzwyczaj dobrze. Pierwszych dwudziestu naszych ludzi właśnie awansowałem, bo ukończyli kurs jako pierwsi, teraz sami będą szkolić kolejnych. W tym systemie za dwa miesiące będziemy mieli wstępnie całą brygadę wyszkoloną, a jak się ludzi po pułkach roześle, to szkolenia obejmą cały kraj. To jest kolosalna przewaga, panie pułkowniku. Wszystko jest inne: taktyka, walka wręcz, starcia w budynkach czy na ulicach. Sam się szkolę już na drugim kursie z nimi, bo o wielu tych sposobach wcześniej nawet nie słyszałem.
— Czyli pożytek jest, bo armia będzie zupełnie innego wyznania taktycznego i innej sprawności, jak rozumiem.
— Dokładnie tak, pułkowniku. Żeby jeszcze Mosiny i Mausery zamienić na coś, co ich karabiny choćby przypomina, to…
— Do tego też dojdziemy — zawyrokował pułkownik. — Co u naszych gości?
— Nie chodzę tam wcale. Przerażają mnie trochę, wstyd się przyznać — wymruczał Wejchert. — Ale zaraz po porucznika Szafrańca poślę, on z nimi na co dzień przebywa.
— Nie trzeba. Zjemy i sam do nich pójdę, bo też w tej sprawie przyjechałem.
— To co z nimi zrobimy?
— Nic nowego poza tym, co Marszałek kazał. Znowu spróbujemy odesłać ichtam, skąd przyszli. Innego rozkazu chyba nie ma? — zapytał niby zwyczajnie Stern.
— Mnie nic o tym nie wiadomo.
— Czyli nie ma. Ty jesteś dowódcą placówki.
— No tak, ale Marszałek przecież niedysponowany…
— To wydaje ci się, że mamy zawiesić wykonanie rozkazów, bo Marszałek niedysponowany?
— No gdzież — żachnął się Wejchert. — Byle nam tylko nikt potem nadgorliwości nie zarzucił.
— Pewnie nic z tego nie wyjdzie, jak i ostatnimi razy, ale spróbować trzeba. Jest nowy pomysł i muszę go z Beno Resem omówić. Może w ogóle zrezygnujemy, zobaczymy później.
— Jasne, panie pułkowniku, nie ma co się na zapas martwić.
— Co u siostry słychać? — zapytał Stern, kompletnie zmieniając temat.
— A dziękuję, potomek w drodze, ponoć nie krzywduje sobie.
— To co ona teraz robi? Nadal w Brześciu siedzi?
— No jakżeby inaczej. Redaktorem prowadzącym w filii „Monitora” w Brześciu jest. Szycha, że ho-ho. Opowiada, że sam burmistrz przychodzi jej o zdanie pytać, zanim coś nowego w mieście postanowi.
— A mąż jej, ten pisarz, dziennikarz, co o błyskach pisał?
— Też figura. Książkę opublikował już drugą, coś tam o zaginionych światach czy cywilizacjach. Nie znam, nie czytałem. Julka opowiadała, ale wie pan, ja żołnierz, to co mnie zaginione światy obchodzić mogą?
— No tak — skwitował Stern. — Przecież żadnego nigdy nie odwiedziłeś.
3
— Porucznik Szafraniec, panie majorze, melduję się! — Młody, dwudziestokilkuletni chłopak rozpoznał Sterna już z daleka, podbiegł i regulaminowo zasalutował.
— Spocznij, poruczniku — rzekł Stern. — Munduru nie mam, ale podpułkownikiem teraz jestem.
— Pan wybaczy… Gratuluję awansu, przepraszam…
— Dosyć, poruczniku — przerwał mu z uśmiechem Stern. — Prowadź do naszych gości.
— Tak jest, oczywiście. — Porucznik przez chwilę nie wiedział, co zrobić z rękami. — Są tam, w ostatniej willi. — Wskazał dłonią rząd budynków oficerskich stojących równolegle do koszar, po przeciwnej stronie niegdysiejszego placu manewrowego. Ruszyli we wskazanym kierunku.
— Musi pan wiedzieć, pułkowniku, że od ostatniej pana bytności zmieniłem nieco ich… warunki.
— Mam nadzieję, że na lepsze — odparł Alojzy, nie spoglądając na chłopaka.
— Oczywiście, że na lepsze — zapewnił Szafraniec. — Dla nich. Dowódca placówki zezwolił na te zmiany — zaasekurował się szybko.
Stern spojrzał na porucznika z ukosa.
— To musiały być kosztowne zmiany — stwierdził.
— Zobaczy pan. Proszę założyć to i maskę.
— Hm, czemuż to? Chce mnie pan zapędzić do jakiejś huty żelaza? — Stern z niedowierzaniem przyjrzał się podawanych mu fartuchowi hutniczemu i masce spawalniczej.
— W takich warunkach może pan przebywać wewnątrz w tym umundurowaniu najwyżej czterdzieści pięć minut. I proszę zdjąć marynarkę, a nawet koszulę.
Sterna trudno było naprawdę zaskoczyć, więc wyraz jego twarzy w tej chwili byłby studium niechcianej mimiki oficera kontrwywiadu Gdy przywdział szaty hutnicze, weszli do środka.
Najpierw przez ciemne szkło maski zobaczył podłogę. Parkietu nie było, zamiast niego leżały płyty wyglądające na azbestowe, ale nie to było najdziwniejsze. Natychmiast uderzyła go fizyczna ściana gorąca. Próbował się rozejrzeć. W każdym rogu salonu syczały potężne, żeliwne promienniki, a pod sufitem zamontowano baterię lamp kwarcowych w mosiężnych obudowach. Światło było nienaturalnie fioletowe, wyraźne nawet przez filtr maski. Wszystkie szyby wymieniono na szkło kwarcowe.
— Chryste… — wybełkotał Stern i sam się przeraził własnego głosu. — To jak ich stąd wyprowadzić?
— Normalnie — odparł porucznik. — W naszych warunkach też funkcjonują, ale kiepsko. Szybko stają się szorstcy, boję się o ich życie.
— Rozumiem teraz — wykrztusił Stern. — Wolałbym porozmawiać z Beno Resem w jakichś bardziej ludzkich warunkach, choć przez kwadrans. Da się?
— Tak! — krzyknął porucznik, zupełnie zbędnie, bo Stern słyszał go doskonale. — Niech pan idzie na piętro, najlepiej na taras od strony lasu. Zaraz przyprowadzę Beno.
Na taras wyszedł humanoid. Jego powłoka nie błyszczała tak, jak Stern zapamiętał — była chropowata, choć jeszcze niepopękana. Postać zdawała się skurczona, niższa, wcześniej Stern musiał nieco zadzierać głowę, teraz patrzył prosto w jej twarz. Może to nie Beno Res? Przecież i tak ich nie rozpoznaję, pomyślał.
— Beno Res? — zapytał po prostu.
— Witaj, major Stern — usłyszał znajomy, nienaturalny, blaszany głos z translatora. — Tak, jestem Beno Res.
— Czy to… pomaga? — Stern wskazał dłonią w stronę parteru willi.
— Pomaga. Zwalnia proces, ale końca nie zmieni. Struktura się rozpada.
Stern czuł się nieswojo, w zasadzie jak zawsze podczas tych rozmów, ale wywód profesora Beliny z „fikołkiem Ziemi” i odwróceniem procesu nie dawał mu spokoju.
— Mam jeszcze jeden pomysł, jak można by was odesłać do waszego świata — zaczął Stern.
Beno Res przekrzywił głowę mocno w bok, niczym nasłuchujący pies.
— Nie wiem dokładnie, czym jest wasza zakra. Tak, tłumaczyłeś mi, coś tam sobie po swojemu ułożyłem, ale mimo wszystko nie rozumiem do końca.
— Mogę przypomnieć jeszcze raz…
— Nie, nie. I tak nie mam do tego głowy, nie znam podstaw. Nie o to chodzi.
— A o co chodzi, major Stern?
— Rozumiem, że zakra to zestaw minerałów w ziemi, fale, które w ten zestaw mają uderzyć, plus coś z grawitacją i tak dalej.
— Mówisz o tachion i grawiton, które u was nie są znane.
— Być może. — Stern nienawidził mówić o czymś, o czym nie miał bladego pojęcia, zwłaszcza że mało było takich zagadnień w jego zawodowym życiu. Ba, nie było ich wcale! — Tak, pewnie o tym mówię. Ale sedno jest ważne. Słuchaj, musicie użyć tych narzędzi, tachionów, grawitonów, fal, minerałów, jako konkretnej sekwencji działań. Te wasze maszynki na głowach robią to za was, tak?
— Skanery ustalają teren i zakrę, a potem ładuje się sekwencję działań, jak powiedziałeś, i otwiera bramę.
— Otóż to! Wiedziałem! — Stern wypuścił powietrze z płuc, które wcześniej wstrzymywał, by nie zgubić wątku. — Nigdy nie próbowaliście otworzyć bramy inaczej?
— Po co? Nie otworzy się inaczej.
— Tak myślałem. — Stern chciał klasnąć w dłonie, ale powstrzymał się, by nie wystraszyć Beno gwałtownym gestem. — Możecie więc w tych skanerach — wskazał na urządzenie przypominające gogle na czole istoty — zmienić ręcznie to i owo? Nie wiem… kolejność, parametry, cokolwiek?
— Wszystko na początku programuje się manual, żeby potem działało automat.
— No i tu jest pies pogrzebany! — niemal krzyknął Stern.
— Poruczniku! — Stern zwrócił się do asystującego im oficera. — Ciężarówka, samochód i drużyna pańskich ludzi. Jak najszybciej, gotowi do drogi. Jedziemy do Nowej Słupi. Wykonać!
Porucznik, asystujący ich rozmowie w milczeniu, trzasnął obcasami i zniknął z tarasu.
— Czy będziemy tego psa odgrzebywać? — Stern usłyszał pytanie Resa i pierwszy raz od bardzo dawna zaczął się śmiać, tak po prostu, naturalnie i głośno.
— Żebyś wiedział, Beno, przyjacielu. Odeślę was do domu! Chyba. Ustawcie ten manual w skanerach w odwrotnej sekwencji, niż macie teraz. Zapewne będzie trochę kombinacji, bo nie musi być idealnie odwrotnie, ale idea jest prosta. Skoro ten świat posuwa się w kierunku przeciwnym do waszego, to znaczy czas się tak posuwa, no, rozumiesz, co mam na myśli, to sekwencję trzeba odwrócić, żeby była zgodna z tą linią czasu. I wtedy się zobaczy.
4
Wiatr na szczycie był ostry i suchy. Rozległe rumowisko szarych, kanciastych skał ciągnęło się w dół zbocza niczym skamieniała rzeka. Stern, Wejchert i Szafraniec stali na krawędzi lasu, a wokół gołoborza rozstawili się żołnierze z drużyny porucznika Szafrańca. W świetle zachodzącego słońca chropowate powłoki trzech istot zdawały się zlewać z barwą kwarcytów. Wyglądali, jakby wracali do korzeni. Nieruchomi, monumentalni, obcy.
Palce jednej z istot, przypominające sękate korzenie, poruszały się z nienaturalną precyzją nad goglami skanera. Ludzie obserwowali to w najwyższym skupieniu, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Gdyby tylko potrafili zrozumieć mowę Abernagi…
— Znalazłem punkt styku. Tutaj zakra jest… czysta — rzekł Step. — Ale sekwencja zwrotna, o której mówił Beno, generuje paradoks.
— Skaner myśli, że chcesz zniszczyć przejście, którego i tak na razie nie ma, zamiast je otworzyć — odparł Beno Res. — Trzeba zrobić, jak mówi major Stern. Przekręć klucz w stronę, której skaner nie uznaje za logiczną.
— Jaki klucz? — Step nie rozumiał.
— To ziemski idiom. Po prostu ustaw skaner odwrotnie i nie patrz na paradoks.
Step coś pomruczał, ale zaczął ustawiać skaner od nowa.
— Bardo, zrób to samo. Podwójna inicjacja może być teraz wskazana — dodał Beno.
— Gotowe — potwierdzili obaj niemal jednocześnie.
— No to… klik.
Powietrze wokół nich zaczęło drżeć. Stern poczuł dziwne mrowienie w zębach i ucisk w klatce piersiowej — jakby grawitacja na ułamek sekundy straciła pewność, w którą stronę ma przyciągać. Nagle stało się coś niewytłumaczalnego. Dym z papierosa Sterna, zamiast unosić się do góry, zaczął zwijać się z powrotem w stronę żaru, a małe kamyki, które osunęły się spod jego butów, w skokowym ruchu wróciły na swoje miejsce.
— Otwierają przejście — szepnął Stern, jakby nie chciał spłoszyć czegoś, co mogło zaraz zniknąć bezpowrotnie.
Nad rumowiskiem skał powietrze zafalowało. Trzask. Jeden, potem drugi. Błysk, piorun, błyskawica, a może wszystko naraz, pojawiły się na ułamek sekundy. Po chwili została tylko niewyraźna, pionowa fala, jakby morze nagle ustawiło się w pionie.
— Chyba to mają! — Wejchert chwycił Sterna za rękaw i potrząsał nim jak dziecko domagające się cukierka.
Jedna z istot odwróciła się w stronę oficera.
— Dziękuję, major Stern. Pies odgrzebany!
— Powodzenia, Beno Res!
Trzy postacie po prostu zniknęły, robiąc krok w stronę migotliwej poświaty, a ta zgasła bez ostrzeżenia. Wszystko na powrót wyglądało zupełnie zwyczajnie, jakby nic tu Sue nigdy nie wydarzyło Żołnierze zaczęli schodzić z gołoborza, a oficerowie spokojnym krokiem kierowali się w stronę auta, jakby wracali ze zwykłego spaceru po górach.
— Stracił pan robotę, poruczniku — stwierdził Stern, patrząc gdzieś daleko przed siebie. — Ilu ma pan ludzi, którzy… — zawahał się, szukając odpowiedniego słowa — obsługiwali te istoty?
— Trzydziestu — rzucił krótko porucznik Szafraniec. — Zgodnie z pana rozkazem są tam ci, którzy mieli pierwszy kontakt, plus kilku, których sam wybrałem. Wszystkich, zgodnie z rozkazem, sprawdziły dodatkowo służby.
— I co? — zapytał Stern, tym razem spoglądając na porucznika. — Wszyscy dali radę? Nikt nie wypadł?
— Nie mam zastrzeżeń, wszyscy są w porządku.
— A ci żołnierze z Nowej Polski, co szkolą naszych… Co pan o nich uważa?
— Co ja mam uważać, panie pułkowniku… — Szafraniec nieco się speszył faktem, że taka szycha prosi o opinię szeregowego oficera. — Szkolimy się pod ich okiem jak wszyscy. Nie powiem, różnice są, i to zasadnicze. Jakby całkiem nowe wojsko od podstaw budować chcieli.
— Właśnie. Nowe wojsko od podstaw — powtórzył Stern. — I widzi pan zalety? Podoba się panu ten system?
— Po dziesięciu godzinach intensywnych ćwiczeń to i pan by uznał, że zalety są, ale człowiek ich efektu nie dożyje, bo go wykończą po drodze do ich osiągnięcia.
— Ludzie narzekają? — Stern nie odpuszczał.
— A gdzież tam — żachnął się Szafraniec. — Chłoną wszystko jak gąbki. Żołnierz przecież zwyczajny ciągłego szkolenia, a tu wszystko nowe, inne. Wyraźnie widać, że nawet jak na pysk ze zmęczenia padają, to jednak chcą.
— Mam dla pana nowe zadanie — stwierdził pułkownik. — Ale najpierw pan i pańscy ludzie musicie być prawie tak samo dobrzy jak instruktorzy z Nowej Polski.
— Będziemy, panie pułkowniku!
— Niech pan pamięta, że to nie jest rozkaz skwitowany krótkim „tak jest” i jakoś tam się wykona. Naprawdę musicie być dobrzy i ci komandosi muszą to jasno i wyraźnie potwierdzić. Śmiało może pan to przekazać swoim ludziom. Pan i pańscy ludzie, jeśli wam się uda, zostaniecie być może forpocztą czegoś, czego jeszcze w naszej armii nie było. Uważam, że warto się zmęczyć dla tej sprawy.
Porucznik już nic nie odrzekł, bo nie było potrzeby.
— Karolu, wyślij iskrówkę na Zamek — rzekł Stern tym razem do Wejcherta. — Myślę, że takiej treści: „Kolejna z planowanych prób zakończyła się sukcesem. Goście wrócili do domu”.
Wejchert spojrzał na niego z pewną wyższością.
— Nie muszę. — Pokręcił głową.
— Musisz przecież. Jesteśmy w stałym kontakcie, ty jesteś dowódcą placówki…
— Nie muszę wysyłać iskrówki — przerwał. — Na Zamku mają radiostację GROM-u, a my kilka dni temu zbudowaliśmy pierwszy aparat radiowo-nadawczy, przez który możemy po prostu rozmawiać!
Stern aż przystanął. To była druga rzecz, która tego dnia naprawdę go zaskoczyła. Wejchert spojrzał na niego z dumą, ale zaraz spytał:
— Dlaczego on ciągle mówił do ciebie „major Stern” i jakiego psa odgrzebał?
— Hm… On jest Beno Res, a ja major Stern. Proste imiona — odparł Stern, śmiejąc się pod nosem. — A pies… może po prostu lubią zwierzęta? Nie wiemy o nich zbyt wiele.
ROZDZIAŁ 6
Brześć nad Bugiem
listopad 1931
1
Hotel Hetmański w Brześciu nad Bugiem nie był być może najbardziej reprezentacyjnym hotelem w mieście, gdyż ten splendor od lat dzierżył Hotel na Skale. Tam obsługa była ponoć z samej Francji oryginalnie zatrudniana, szlachetne trunki pochodziły wyłącznie z winnic o znanej renomie, a kucharzy było szesnastu. Po trzykroć nocował tam prezydent, raz minister francuski, a raz miał nawet nocować angielski król. Tyle że był on daleko od centrum, a ceny również były dalekie od realnie dostępnych. Był jeszcze Metropol, opływający blichtrem, złotem i dowolnym hotelowym kiczem, z cenami rozsądnymi i niezłą obsługą, jednakże był to przybytek w pełni żydowski, a jakby tego było mało, przyjmował nieobywateli, co dla wielu podróżnych było już o jeden krok za daleko. Dlatego Hetmański był w sam raz. Blisko do stacji kolei, w samym centrum miasta, blisko do twierdzy — blisko wszędzie.
Horowitz, jako wieloletni obywatel tego miasta, bo jednak miał tych miast w życiorysie nieco więcej, właśnie tutaj wraz z Joanną Zagórską skierował swoje kroki prosto z dworca. Wynajęli ładny apartamencik, zapisali się jako małżeństwo, aby nie czyniono zbędnych uwag, choć i bagażowy, i recepcjonista przyglądali się im aż nazbyt uważnie, co nie uszło uwagi Maksymiliana.
— Wydaje mi się, że nikt tu nie wierzy za bardzo w naszą wersję o małżeństwie — szepnął do ucha Joanny, gdy zmierzali do windy. — Nawet ten bagażowy zaraz się potknie o własne nogi, jak nie przestanie się wgapiać.
Rzucili torby podróżne, po czym Maksymilian wybrał dla Joanny odpowiednią suknię z tych, które przywiozła, oceniając, że muszą jej garderobę znacznie rozszerzyć. Sam również założył wyjściowe bryczesy i buty z oficerskim glancem — dla odmiany od kierpców, w których chodził, kiedy tylko mógł — oraz nowy, pachnący wełniany golf, który lubił nosić przy każdej okazji. Zeszli do baru i wzięli po drinku, aby się rozejrzeć i przemyśleć sytuację.
— Czuję się jak na planie filmu kostiumowego — szepnęła Joanna niemal do ucha. — Wszystko jest dla mnie takie… nierealne, że trudno uwierzyć, iż to prawda.
— Droga panno z przyszłości — odparł rozbawiony Horowitz — wyobraź sobie teraz, jak ja się czułem u was, zwłaszcza w pierwszych minutach. Ty masz lepiej. Wiesz, na co patrzysz, bo gdzieś to już widziałaś, czy na filmach, czy na obrazach. Ja nie widziałem wcześniej nic.
— Chyba ty się mimo wszystko szybciej w tym odnalazłeś niż ja, bo ciągle czuję się tak, jakby za następnymi drzwiami było już normalnie, jak w moim świecie. Otwieram je, a tu kolejna scena z filmu… W Warszawie miałam sporo zajęć i nie zdążyłam się nad tym gruntownie zastanowić, ale tutaj… ten hotel jak ze starego kina, tyle że w kolorze. To miasto jest prawdziwe, tętniące życiem.
— Będzie czas przywyknąć, jak mniemam, bo nawet jak ci wasi eksperci coś wymyślą, to powrót i tak wydaje się nielogiczny.
Zamilkli, bo coraz więcej osób, zarówno z obsługi, jak i gości, przystawało przy nich, szepcząc konfidencjonalnie, a nawet wskazując ich palcami. To już nie wyglądało na zwykłe zainteresowanie nowymi ludźmi, to było coś innego.
— Coś tu się jednak dzieje dziwnego — stwierdziła Joanna, szturchając lekko Maksa pochłoniętego drinkiem.
Ten odwrócił głowę i też się rozejrzał. Zauważył przynajmniej trzy grupy ludzi coraz głośniej o czymś rozprawiających, wszyscy w jakiś sposób wskazywali na nich.
— Czy nie masz czasem na czole wypisane: „jestem z innego świata”? — zapytał w swoim lekko ironicznym tonie Horowitz. — Ulatniamy się stąd, moja droga — dodał, wstając zza baru.
Joanna ruszyła w jego ślady. Drogę zastąpił im jednak tęgi i niewysoki mężczyzna w lśniąco nijakim garniturze. Ukłonił się z przesadną galanterią.
— August Niezgoda — przedstawił się. — Jestem kierownikiem dziennym w hotelu.
— Konsjerż — wyjaśnił Joannie Maks.