Rozdział 1. Skwer Trzech Traw budzi się do życia
W samym środku wielkiego, hałaśliwego miasta, gdzie asfalt bywał gorący jak naleśnik na patelni, a samochody mruczały głośniej niż zbudzone trzmiele, znajdował się skwer. Nie byle jaki skwer, lecz Skwer Trzech Traw, nazwany tak dlatego, że rosły na nim aż trzy kępki zieleni, a między nimi stała długa drewniana ławka, pachnąca jeszcze lasem.
Dla ludzi był to po prostu kawałek miejsca między blokami. Dla owadów był to cały świat.
Pod ławką mieściło się maleńkie miasteczko zbudowane z kawałków kory, suchych listków, igieł sosnowych, nasion klonu i jednej niezwykle cennej łupinki po pistacji, która służyła za salę narad, teatr, schronienie przed deszczem i — w razie wyjątkowych okazji — salę balową. W pobliżu rosły trzy źdźbła trawy tak dumne, jakby były lasem, a każda kropla rosy lśniła na nich jak zawieszona wysoko latarnia.
W tym właśnie miejscu mieszkała Biedronka Kropeczka.
Kropeczka nie była podobna do innych biedronek. Nie dlatego, że miała tylko sześć kropek, bo i to samo w sobie było dość niezwykłe, ale dlatego, że jej kropki świeciły. Gdy była szczęśliwa, lśniły złotem. Gdy ogarniała ją ciekawość, przybierały srebrzysty połysk. Gdy ktoś potrzebował pomocy, mieniły się naraz tyloma barwami, że nawet rosa przystawała ze zdziwienia.
Każdego ranka Kropeczka rozpoczynała dzień tak samo. Najpierw wspinała się na grzbiet najbliższego liścia, żeby sprawdzić, czy słońce na pewno wzeszło tam, gdzie powinno. Potem myła czułki kroplą rosy, prostowała nóżki i mówiła bardzo poważnym tonem: — Dzień dobry, Skwerze Trzech Traw. Zobaczmy, co dziś przygotowałeś.
Zwykle skwer odpowiadał szelestem, ciepłym powietrzem albo cieniem ławki, który przesuwał się wolniutko po ziemi, jakby dopiero się przeciągał po śnie.
Tego poranka wszystko wyglądało znajomo. Mrówki już od świtu maszerowały równymi rzędami od mrowiska do trzeciej trawy i z powrotem, jakby mierzyły świat drobnymi krokami. Chrabąszcz Radek biegał wokół ławki, licząc ślady po podeszwach, śrubki, pęknięcia w betonie i wszystko inne, co dało się policzyć. Ślimak Stefan siedział przy brzegu cienkiej plamy cienia i jadł liść z miną kogoś, kto nie ufa światu, ale mimo to z grzeczności postanowił jeszcze w nim pobyć.
Owady na skwerze żyły obok siebie, ale nie razem.
Mrówki uważały, że świat działa dobrze tylko wtedy, gdy wszystko maszeruje równo i zgodnie z planem. Chrabąszcz Radek był przekonany, że najlepiej jest mieć zasadę na każdą okazję, a jeszcze lepiej dwie na zapas. Stefan natomiast sądził, że większość zasad prowadzi wyłącznie do pośpiechu, a pośpiech prowadzi do nieszczęść, zgubionych liści i niepotrzebnego zadyszania.
Kropeczka lubiła wszystkich, więc bardzo ją martwiło, że skwer, choć taki mały, dzieli się na tyle różnych samotności.
Najpierw odwiedziła Radka. Zastała go, jak stał na kamyczku i patrzył na świat z miną strażnika ważniejszego od własnego cienia. — Siedemnaście wielkich kroków człowieka od ławki do śmietnika — oznajmił, nie odwracając głowy. — Cztery przejazdy roweru. Jedna hulajnoga. Dwie osoby z lodami. Trzy okruszki, ale daleko od bezpiecznej strefy. — Dzień dobry, Radku — powiedziała Kropeczka. — Dzień dobry — odparł chrabąszcz. — Zasada pierwsza: nie odrywaj się od ziemi, kiedy nad tobą lata gołąb. Zasada druga: nie ufaj niczemu, co pachnie zbyt dobrze. Zasada trzecia… — Radku — przerwała łagodnie Kropeczka. — Czy ty kiedyś zaczynasz dzień od czegoś przyjemnego? — Oczywiście. — Chrabąszcz wyprostował się z dumą. — Zaczynam od liczenia. To bardzo przyjemne.
Kropeczka uśmiechnęła się. Taki już był Radek — trochę poważny, trochę śmieszny, a przy tym wierny jak ławka, która choć skrzypiała, zawsze stała tam, gdzie trzeba.
Później Kropeczka zajrzała do mrowiska. Królowa Mrówczysława siedziała na swoim dywanie z mchu i wydawała polecenia z taką miną, jakby kierowała nie kilkudziesięcioma mrówkami, lecz całym królestwem złożonym z tysiąca kopców. — Rząd trzeci, szybciej! — wołała. — Rząd czwarty, nieść prosto! Florku, nie biegnij zygzakiem, bo cukier nie lubi zygzaków! Florek, najmniejszy mrówczak na skwerze, biegł właśnie z okruszkiem tak wielkim, że zza niego widać było tylko jego czułki i oczy. Florek miał oczy ogromne nawet jak na mrówkę. Patrzyły na świat tak, jakby każda rzecz była cudem, zagadką albo zaproszeniem do wyprawy.
— Dzień dobry, Wasza Mrówczość — powiedziała Kropeczka z lekkim ukłonem. Królowa poprawiła koronę z płatka nagietka. — Dzień dobry, Kropeczko. Wybacz, nie mogę rozmawiać długo. Praca sama się nie zrobi, a porządek nie utrzyma sam z siebie. — A uśmiech? — zapytała biedronka. — Uśmiech jest mile widziany po zakończeniu obowiązków — odparła Królowa tak poważnie, że dwie mrówki natychmiast zanotowały to na suchym źdźble.
Na końcu Kropeczka odwiedziła Stefana. Ślimak siedział przy muszli i wpatrywał się w kawałek chmury, który przesuwał się nad skwerem. — Dzień dobry — powiedziała. — Jeśli nic pilnego się nie pali, może być dobry — mruknął Stefan. — Patrzysz w niebo? — Patrzę, czy z niego znowu coś nie spadnie. Zwykle jak spada, to jest za ciężkie, za szybkie albo za mokre. — A jeśli spadnie coś miłego? Stefan spojrzał na nią jednym okiem. — Miłe rzeczy rzadko spadają prosto tam, gdzie trzeba. Najczęściej trzeba po nie iść, a ja nie przepadam za pośpiechem.
Kropeczka usiadła obok niego. — Wiesz, Stefanie, czasem mam wrażenie, że każdy na skwerze mieszka w swoim własnym świecie. Ty w muszli, mrówki w swoich szeregach, Radek w zasadach… — A ty? — zapytał ślimak. — Ja? — Kropeczka zamyśliła się. — Ja chyba mieszkam w nadziei, że kiedyś wszyscy usiądziemy razem pod ławką i zjemy coś pysznego.
Stefan prychnął cicho. — To musiałoby być coś naprawdę pysznego.
Było już prawie południe, gdy skwer rozgrzał się od słońca. Trzy trawy pachniały zielenią, cień ławki skrócił się, a od strony chodnika słychać było regularny tupot ludzkich kroków. Dla ludzi były to zwykłe kroki. Dla małych mieszkańców skweru — drżenia ziemi, ostrzeżenia, grzmoty i wiadomości o tym, że wielki świat nigdy nie śpi.
Kropeczka wspięła się na kamyczek, z którego było widać granicę skweru: miejsce, gdzie miękka ziemia kończyła się nagle, a zaczynał szary chodnik, twardy, nagrzany i nieprzyjazny. Owady nazywały go Betonem. Mówiły o nim z szacunkiem, nieufnością, a czasem ze strachem.
Poza nim zaczynała się kraina nieobliczalna. Kraina butów, hulajnóg, rowerów, rozgrzanych puszek, cieni od przechodniów i nagłych podmuchów wiatru. Nikt rozsądny nie zapuszczał się tam bez potrzeby.
Kropeczka spojrzała w tę stronę z błyskiem srebra na kropkach. — Ciekawe — szepnęła. — Czy poza Betonem naprawdę wszystko jest takie straszne, jak opowiadają?
Nie wiedziała jeszcze, że już za chwilę samo niebo odpowie jej na to pytanie.
Rozdział 2. Różowy liść i miodowa chmurka
Odpowiedź przyszła szybciej, niż ktokolwiek mógł się spodziewać.
Ziemia zatrzęsła się raz, potem drugi. Nad skwerem przemknął szeroki cień. Coś zaszeleściło, coś stuknęło, a zaraz potem z nieba spadł ogromny różowy liść. Opadł wirując, otarł się o krawędź ławki i z łopotem wylądował tuż przy granicy skweru.
Ale to nie był liść.
Był gładki, pachniał sklepem, kurzem i farbą drukarską, a na jego brzuchu ciągnęły się ciemne znaki, których nikt z mieszkańców skweru nie umiał odczytać. Był to paragon ze sklepu Biedronka, choć owady nie znały tego słowa. Dla nich był po prostu Różowym Liściem z Nieba.
Tuż obok paragonu spadło coś jeszcze.
Pacnęło miękko w beton, podskoczyło i znieruchomiało. Było złociste, błyszczące, pachniało miodem, piecem, ciepłem i czymś tak dobrym, że nawet Stefan uniósł głowę szybciej niż zwykle.
— Och! — pisnęła Kropeczka. — Miodowa chmurka!
Natychmiast zza źdźbła piasku wyskoczył Radek. — Kropeczka! Ani kroku dalej! — zawołał, machając czułkami jak chorągiewkami. — To może być pułapka. Znasz zasady. Nie dotykaj niczego, co spadło z nieba bez ostrzeżenia. — A jeśli niebo po prostu się dzieli? — zapytała biedronka, nie odrywając wzroku od pachnącego znaleziska. — Niebo się nie dzieli — oznajmił Radek. — Niebo zrzuca kłopoty. Mam na to cały spis przykładów.
Kropeczka już jednak wąchała powietrze. Jej kropki zabłysły srebrnie. — Radku, to pachnie… jak lato. Jak łąka, której nikt nie zdeptał. Jak coś dobrego, czym można się podzielić.
Wtedy rozległ się piskliwy, rozpaczliwy głos: — Ratunku! Poczekajcie! Nie zostawiajcie mnie tutaj!
Z kieszeni Różowego Liścia wygramolił się mały, zasapany mrówczak. Był tak drobny, że paragon wydawał się przy nim wielkim namiotem. Wlókł za sobą coś białego, skrzącego się w słońcu jak kryształ.
— Florek! — zawołała Kropeczka. — Florek? — Radek zmarszczył czoło. — Ten od zygzaków? — Ten od zygzaków — potwierdziła biedronka.
Mrówczak podbiegł do nich, potykając się o własne nóżki. — Gubiłem się! — zapiszczał. — To znaczy nie gubiłem się specjalnie, tylko trochę. A potem wiatr porwał mi ślad zapachu, a potem ten różowy liść mnie przykrył, a potem myślałem, że już po mnie, a potem poczułem bułkę i… — Oddychaj — powiedziała Kropeczka. Florek wziął oddech tak wielki, że aż zachybotał. — Królowa mnie wysłała po drobiny cukru — wyjaśnił, podnosząc do góry swój skarb. — To miał być największy okruszek dnia. Ale po drodze zrobiło się zamieszanie. Ludzie usiedli na ławce, spadły okruchy, zawiał wiatr, wszystko pachniało naraz i… i zabrnąłem aż na Beton.
Radek aż zbladł pod pancerzykiem. — Na Beton? Sam? Bez przewodnika? Bez planu? Bez zgody? — Bez sensu — dodał Stefan, który dowlókł się już bliżej. — I właśnie wtedy zobaczyłem TO — Florek wskazał bułkę z takim zachwytem, jakby pokazywał nowe słońce. — To chyba skarb większy niż cały nasz kopiec! Ale zaraz zrozumiałem, że nie dam rady go ruszyć nawet, gdybym ciągnął go do zimy. Chciałem wrócić po pomoc, tylko paragon mnie przykrył. — A cukier? — zapytała Kropeczka. Florek spojrzał na swój okruszek z dumą i smutkiem jednocześnie. — Ten uratowałem. Ale to za mało. W mrowisku kończą się zapasy. Królowa mówiła rano, że jeśli dziś nie zdobędziemy czegoś naprawdę porządnego, będzie źle. Bardzo źle.
To wystarczyło, żeby Kropeczce rozbłysły kropki wszystkimi kolorami naraz.
— Chodźmy do Królowej — powiedziała bez wahania. — Chodźmy? — Radek prawie się zakrztusił oburzeniem. — Najpierw trzeba ustalić, czy obiekt jest bezpieczny, czy nie przyciąga szerszeni, os, pszczół, gołębi, kotów, ludzi, psów… — Radku — powiedziała Kropeczka łagodnie, ale stanowczo. — W mrowisku kończy się jedzenie. — To fakt — przyznał chrabąszcz. — A fakt jest ważniejszy niż zasada? — spytała. Radek poruszył czułkami. — To zależy od zasady. — Dziś niech zależy od serca.
Radek westchnął tak głęboko, jakby ważył co najmniej tyle co cała ławka. — Dobrze. Ale od tej chwili obowiązują zasady wyprawy awaryjnej. Po pierwsze: trzymamy się razem. Po drugie: nie panikujemy. Po trzecie: jeśli ktoś panikuje, słucha mnie, żebym wiedział, że panikuje we właściwy sposób. — Czy jest zasada, żebyś nie mówił zbyt szybko? — zapytał Stefan. — Nie ma. — Szkoda — mruknął ślimak.
Ruszyli w stronę mrowiska. Florek biegł przodem, co chwila oglądając się za siebie, jakby sam nie wierzył, że naprawdę ma ze sobą Kropeczkę, Radka i nawet Stefana. Po drodze opowiadał bez tchu, jak wielki jest głód w kopcu, jak mrówki przeliczały zapasy i jak Królowa rano była tak zamyślona, że pomyliła rząd piąty z szóstym. Dla mrówek był to znak prawie równie niepokojący jak deszcz podczas zbiorów.
— Ona się naprawdę martwi — szeptał Florek. — Tylko nie pokazuje. Ale ja widziałem. Przesunęła trzy razy ten sam pyłek z lewa na prawo i znów na lewo. — To faktycznie źle — przyznała Kropeczka.
Gdy dotarli do mrowiska, zobaczyli straszny widok.
Mrówki biegały szybko, lecz bez swojego zwykłego porządku. Jedne wpadały na drugie. Inne taszczyły drobne okruszki, jakby nagle każdy pyłek stał się ważny jak złoto. Przy wejściu do kopca piętrzyły się łupinki, suche źdźbła i maleńkie worki z nasionami, które ktoś właśnie przenosił z miejsca na miejsce, chociaż nikt nie wiedział po co.
Pośrodku tego zamieszania, na dywanie z mchu, siedziała Królowa Mrówczysława. Zwykle wyprostowana i pewna siebie, teraz wyglądała na mniejszą. Nadal miała koronę z płatka nagietka, ale jakby nawet ona nie świeciła dziś tak dumnie jak zwykle.
— Cisza! — zawołała, gdy zobaczyła Florka. — Wróciłeś? Gdzie cukier? Co się stało? Dlaczego wracasz z biedronką, chrabąszczem i… ślimakiem? — Bo dzieje się coś większego niż zwykły dzień — odpowiedziała Kropeczka, wychodząc naprzód. — Tuż przy granicy skweru leży miodowa bułka. Ogromna. Pachnąca. Wystarczyłaby na bardzo długo. Ale sami jej nie ruszymy. Królowa zmrużyła oczy. — My? — Wszyscy — odparła Kropeczka.
Słowo „wszyscy” zawisło nad mrowiskiem tak, jakby nikt nie wiedział, gdzie powinno wylądować.
— Mrówki pracują same — powiedziała w końcu Królowa. — A biedronki świecą same — odparła Kropeczka. — Chrabąszcze liczą same. Ślimaki też siedzą same. I właśnie dlatego każdy na skwerze ma swoje małe kłopoty zamiast jednego wspólnego rozwiązania. — To brzmi ładnie — mruknął Stefan — ale trochę męcząco.
Królowa nic nie odpowiedziała. Spojrzała na Florka, na jego maleńki okruszek cukru, a potem gdzieś dalej — może poza kopiec, poza trawę, poza dumę. — Jeśli to prawda — powiedziała cicho — to mamy do czynienia nie z przekąską, tylko z ratunkiem.
I właśnie w tej chwili nad skwerem powiał wiatr. Niósł ze sobą zapach miodowej bułki tak intensywny, że mrówki podniosły głowy jednocześnie, a nawet Stefan zamknął oczy z poruszenia.
— Ojej — szepnął Florek. — Ona pachnie jeszcze bardziej niż przedtem. — Pachnie jak nadzieja — powiedziała Kropeczka.
Królowa Mrówczysława wyprostowała się. — Zwołać naradę — rozkazała. — Niech przyjdą wszyscy, którzy potrafią nieść, ciągnąć, myśleć albo przynajmniej nie przeszkadzać. I niech ktoś poda mi świeży listek. Jeśli mamy rozmawiać o wspólnej wyprawie, będę potrzebowała bardzo dobrego listka.
Rozdział 3. Królowa na dywanie z mchu
Narada pod ławką zdarzała się rzadko. Narada z udziałem niemal całego skweru nie zdarzyła się nigdy.
Na środek wyniesiono łupinkę po pistacji i odwrócono ją do góry dnem, by służyła za mównicę. Obok położono trzy płatki stokrotki, bo Królowa uznała, że każda poważna rada potrzebuje nie tylko rozsądku, ale i porządnego wyglądu. Radek obszedł teren trzy razy, sprawdzając, czy nad głowami nie krąży nic podejrzanego. Stefan usadowił się nieco z boku, tak by w razie potrzeby móc skryć się w muszli, ale na tyle blisko, by wszystko słyszeć.
Przyszły mrówki z różnych rzędów. Przyszły dwie pszczółki-pyłówki, które zwykle tylko przelatywały nad skwerem. Przyszła stara ważka Łucja i usiadła na końcu trzeciej trawy jak srebrna igła. Przylazł nawet pająk Bonifacy, który mieszkał między deseczkami ławki i zwykle twierdził, że „nie miesza się do spraw naziemnych”. Tym razem jednak siedział cicho i udawał, że przypadkiem naprawia nić dokładnie tam, skąd najlepiej było wszystko słyszeć.