E-book
55.13
drukowana A5
73.63
BOSKI PLAN

Bezpłatny fragment - BOSKI PLAN


Objętość:
263 str.
ISBN:
978-83-8431-952-9
E-book
za 55.13
drukowana A5
za 73.63
















Moim rodzicom

Grażynie i Bogusławowi Malewskim




























Rozdział I

Spakował się.

Spakował i wyprowadził. Zrobił dokładnie to, czego chciała. Szkoda tylko, że nie poczuła się przez to ani trochę lepiej. Stała na półpiętrze wspólnego domu, nie wiedząc, co ze sobą począć. Nie miała ochoty niczego oglądać. Niczego, co miało związek z nim. Nie miała ochoty patrzeć na pustą szafę w ich sypialni, gdzie nie było już jego koszul — powieszonych kolorami i wyprasowanych — o które dbała z należytą starannością. Nie chciała patrzeć na czarny blat w kuchni, bo od razu rzucał się w oczy brak jego ulubionego kubka, który codziennie rano, od lat, zalewała gorącą kawą. Kiedyś, kiedy projektowała tę kuchnię, myślała, że czarny blat będzie piękny i elegancki, a dziś sprawiał, że czuła się jeszcze bardziej pogrążona w smutku, jakby potęgował jej życiową rozpacz… Nawet złoty kran nagle stracił blask. Luksusowe wnętrze, które stworzyli, dziś było przytłaczające i budziło więcej złych wspomnień aniżeli tych, do których mogłaby się uśmiechać.

Każdego ranka wstawała piętnaście minut przed nim, by jego napój zaparzyć z niezwykłą starannością, dodając do tego kawałek swojego serca, ciepła, oddania. Kawałek siebie, bo przecież dla niej nikt rano nie wstawał i nie witał jej gorącą kawą czy gotowym śniadaniem do pracy. Nie. To ona była osobą, która rano miała mieć na wszystko czas. Na zrobienie kawy dla męża, śniadania do pracy, podrzucenie pudełka do jego eleganckiej skórzanej teczki, naszykowanie mu ubrań do wyjścia, wypastowanie jego butów. Po czym budziła dziecko, dawała śniadanie, pilnowała, by się ubrało, i odwoziła bądź odprowadzała do szkoły w zależności od pogody. W międzyczasie musiała zdążyć umówić wizytę u dentysty czy szczepienie, załatwić swoje własne sprawy, a nawet te, o które prosili ją teściowie. Była dla nich niemal na każde zawołanie, bo nie mieli nikogo innego pod ręką — poza nią. Lidka niespecjalnie umiała odmówić, poza tym czuła się poniekąd w obowiązku, bo mąż przecież zarabiał na utrzymanie ich rodziny dzięki rodzicom, którzy zapewnili mu należyte wykształcenie. Zawsze próbowała się im przypodobać, jakby nigdy nie wierzyła, że jest wystarczająca taka, jaka jest. Zawsze chciała bardziej, lepiej i więcej. Przypomniała sobie lata bieganiny za wszystkim i każdym, poza sobą.

W łazience brakowało jednej szczoteczki do zębów, jej została bez pary. Sama jak palec. Brakowało też czarnego ręcznika i męskich kosmetyków do codziennej pielęgnacji. Zniknął jego ulubiony szampon z naturalnych składników, do którego przekonała go lata temu — zawsze kupowała kilka butelek na zapas, ale już nie będzie tego więcej robić. Zwolniła się też półka, którą zajmował. Dziś stała pusta. Po prostu niczyja. Zakryła twarz rękami i zaczęła płakać. Osunęła się na podłogę, a szloch, jaki wydobył się z jej gardła, był bezlitosny. Płakała nad nimi, nad sobą, nad tym, co minęło bezpowrotnie. Płakała z bezsilności, z tęsknoty, z poczucia niesprawiedliwości. Jak mógł jej to zrobić? Po tylu latach została sama. Łzy zalewały jej twarz coraz mocniej, skurcz w brzuchu uwydatnił emocje, które kontrolowały jej ciało. Poczuła się przegrana, oszukana, samotna.

Rozwiedli się w jej czterdzieste urodziny. Mogła jednak zmienić tę cholerną datę rozprawy. Tylko że była zbyt wściekła, by cokolwiek przekładać i czekać jeszcze dłużej w tym beznadziejnym stanie. Co też ją podkusiło? Dlaczego uznała, że przecież to nie miało żadnego znaczenia i im prędzej, tym lepiej? Kiedy zobaczyła tę datę na liście z sądu, pomyślała, że ktoś chyba sobie z niej kpił. Znienawidziła ten dzień. Chciałaby zniknąć, schować się przed wszystkimi, zapomnieć i wyłączyć myśli. Tylko jak można było zapomnieć o kimś, komu poświęciło się najlepsze lata swojego życia, komu urodziło się dziecko, komu oddało się cały swój świat? Pytała samą siebie, szlochając i nie mogąc przestać.

Nagle jej głośny szloch przerwał dzwonek do drzwi. Lidka nie miała ochoty wstawać ani sprawdzać, kto to. Z pokoju dobiegł dzwonek jej telefonu, który został w sypialni, rzucony niedbale na łóżko. Do cholery, niech się wszyscy ode mnie odczepią, pomyślała.

— Mamo, to ja, otwórz!

Franek walił w drzwi i dzwonił dzwonkiem bez przerwy. Miał przecież własne klucze, ale zostawiła swój klucz w drzwiach, co uniemożliwiło mu swobodne wejście do środka.

Wytarła twarz w bluzkę, wzięła kilka głębszych oddechów, wstała i poszła mu otworzyć, wiedząc, że nie da za wygraną. Zresztą wrócił przecież do własnego domu. Przechodząc korytarzem, złapała swoje odbicie w wielkim lustrze, które zdobiło ścianę. Wyglądała jak siedem nieszczęść, ale pewnie tak wygląda milion innych kobiet po rozwodzie. Miała prawo tak wyglądać, skoro właśnie oficjalnie skończyło się jej małżeńskie życie — rozgrzeszyła samą siebie w duchu. Choć diabełek za jej uchem szepnął, że może wcale nie, może właśnie ktoś inny otwiera szampana na myśl o rozwodzie i po prostu się cieszy, że problem się rozwiązał.

Prawda była taka, że małżeństwo waliło się już od bardzo dawna, ale może wcale nie chciała widzieć, jak bardzo było źle. Może nie chciała nazywać na głos rzeczy, które im się przytrafiły. Może nie chciała się przyznać do tego, że to już koniec. Może chciała oszukać samą siebie, że on jeszcze coś do niej czuł i tylko wydawało jej się, jak bardzo się oddalali. Myślała, że był zmęczony, zapracowany. Nie dochodziło do niej, że był po prostu znudzony, że nie było już w nim zainteresowania jej osobą. Nie pozwoliła sobie nawet na krótką myśl o kimś trzecim, a jednak. Ktoś z łatwością wykorzystał szczelinę, która między nimi powstała. Ktoś sprawił, że ta mała szczelina zamieniła się z biegiem czasu w przepaść, nad którą nie mógł już powstać żaden most. Nie było drogi powrotnej. Ich światy się rozstąpiły, jemu zaczęło być o wiele wygodniej, lepiej, jaśniej, kiedy jej postać zniknęła po drugiej stronie urwiska. Znalazł gdzie indziej ukojenie, zrozumienie, podniecenie i wszystko, czego między nimi zabrakło.

Po tej stronie została sama, szara, dobrze znana, z ugotowanym obiadem, zrobionym praniem, oddalona, wręcz obca Lidka, z którą nie chciał mieć już nic wspólnego. Została kobieta, której świat zawalił się wraz z jego zdradą. Odszedł już dawno temu, ale to ona wciąż trzymała go uparcie, niczym za cienką nitkę, która przypadkiem wystawała z kołnierza jego koszuli. Jakby wierzyła, że za jej pomocą przyciągnie go z powrotem do swojego boku. Jakby ta jedna nitka miała ich ocalić, jakby była wystarczająco silna i mogła udźwignąć ciężar, który zafundował im koniec małżeństwa.

Łudziła się.

Oszukiwała samą siebie zbyt długo. Przymykała oko na kolejny wybryk, kolejne wyjście, brak powrotu do domu, kolejną ciszę, brak dotyku, brak rozmów. Tłumaczyła go sama przed sobą, a może sama dla siebie, bo wiedziała, że prawda ją dobije, a wtedy już nic jej nie pozostanie. Była gotowa przemilczeć o wiele za dużo, byleby był. To małżeństwo nie skończyło się dziś, skończyło się dawno temu, ale ona wcale nie chciała tego przyznać. Żyli razem, ale osobno, od miesięcy. Nie byli już mężem i żoną, nie byli kochankami, nie byli przyjaciółmi, byli po prostu współlokatorami, mijającymi się w czterech ścianach, którzy nie chcieli sobie wchodzić w drogę. Przestali rozmawiać, przestali się słuchać i widzieć siebie nawzajem. I mimo całego jej wysiłku, mimo całego jej uczucia, wszelkich starań, próśb, wszystko zawiodło. Może po prostu niektórych rzeczy nie da się uratować za wszelką cenę?

W pewnym momencie, kiedy dotarło do niej, że nic nie zdziała, że nie zatrzyma go na siłę, poczuła się po prostu tą jednostronną walką zmęczona. Wykończona kłamstwami, ciszą, obojętnością i samotnością. Zrozumiała, że to nie miało już żadnego sensu i trzeba przełknąć gorzką tabletkę, która postanowiło podać jej życie. Podobno gorzkie lekarstwa działają najlepiej i choć ciężko było uwierzyć w to, że coś dobrego miało ją czekać po rozwodzie, nie zostało jej nic innego, jak się o tym przekonać i wierzyć, że to pomoże.

— Co tu robisz, synuś? — spytała, kiedy otworzyła drzwi.

Pożałowała, że nie wygląda lepiej. Żałowała, że nie może go przywitać w lepszym stanie. Jednak Franek nie był już małym chłopcem, wiedział, że dziś rozprawa. Wiedział też, w jakim stanie matka jest od miesięcy. To przecież było oczywiste, że się tu zjawi, prędzej czy później. I wcale nie był zaskoczony tym, jak matka wyglądała.

— Nie mogłem przyjechać wcześniej. Przepraszam. Powinienem być z tobą od rana. Wszystkiego najlepszego, mamo.

Zza pleców podał jej bukiet róż — ogromny — i przyciągnął ją do siebie, jakby chciał ochronić ją przed światem. Tak jak kiedyś to ona chroniła jego. Kiedyś to on potrzebował wsparcia, dziś role się odmieniły. Franek zmężniał, przerósł ją o dwie głowy, a teraz stanął na wysokości zadania i znalazł dla niej czas. Tak jak ona kiedyś miała czas dla niego, kiedy był mały i potrzebował jej bardziej niż teraz. Kiedy to zwinnym ruchem mogła podnieść go z ziemi i ucałować stłuczone kolano. Zrobić ulubioną kanapkę z pasztetową, posmarowaną koncentratem pomidorowym, i jego dzień od razu był o wiele lepszy. Kiedyś była jego największym ukojeniem. Dziś była dumna z siebie jako matki. Zawsze traktowała jego problemy z powagą. Jeśli dziecko zwracało się do ciebie, trzeba było mu uwierzyć, że to dla niego ważna sprawa. Nie można było pleść: „Kiedyś to będziesz mieć problemy, nic się takiego nie stało”. Bo, kiedy zaczną się, jak to mawiali dorośli, prawdziwe problemy, to dziecko nie poszuka już u ciebie ratunku.

Franek traktował ją jak najbliższą przyjaciółkę. Dobrze znała jego paczkę najbliższych znajomych. To ona zawsze słuchała o problemach szkolnych, pierwszych miłościach czy rozczarowaniach. Uśmiechnęła się do siebie na tę myśl. Mimo całego morza łez, jakie wylała, cieszyły ją te odwiedziny. To on, jej największe wsparcie, jej cały świat. Jej ukochany Franek. Przynajmniej syn im się udał. Tylko to po nich zostało, pomyślała. Cudowny młody chłopak, dwudziestolatek z planami na przyszłość i głową pełną marzeń. Jakże pocieszała ją myśl, że Franek dziś w tej sytuacji był dorosłym człowiekiem. Nie był malutkim dzieckiem, które będzie musiało teraz dzielić dom na dwa czy też mieć podwójne święta. Nie będzie wybierał, z kim spędzi wakacje, nie będzie czekał na weekend, który ma spędzić z jednym z rodziców, nie będzie rozczarowany, jeśli któryś rodzic odwoła plany. To było chyba najlepsze w tej sytuacji — że rozstali się, kiedy już Franek był zupełnie samodzielnym i dorosłym mężczyzną. A może właśnie to przyczyniło się do upadku tego małżeństwa? Może gdyby był młodszy, to wcale nie tak łatwo byłoby podjąć takie decyzje? Dziś nie miało to żadnego znaczenia, klamka zapadła.

Udali się razem do kuchni. Lidka sięgnęła po wazon, by włożyć kwiaty do wody. Franek usiadł przy wyspie i rozejrzał się dookoła. Tu i ówdzie dostrzegł brak ojca, ale zachował to dla siebie.

— Jak wyjazd? Chcesz coś zjeść? — zagaiła.

Franek był poza krajem kilka dni. Realizował swoje zadania związane z mediami, które prowadził.

­– Świetnie. Masz pozdrowienia od Maksa. Gotowałaś?

Popatrzył na nią, unosząc brew. Nie mógł uwierzyć, by akurat dziś gotowała, tym bardziej że w ciągu ostatnich kilku miesięcy wyraźnie straciła na wadze. Dziś, składając jej życzenia, mógł poczuć, jak zmizerniała. Stres. Nic nie działa tak błyskawicznie i niezawodnie jak stres, nie potrzeba żadnych diet. Choć są i tacy, co stres zajadają. Jednak jego matka była tą, która zwyczajnie o jedzeniu zapominała, a może nie mogła po prostu nic przełknąć, kiedy docierało do niej, jak bardzo schrzaniło się jej życie.

— Nie, ale możemy coś zamówić. Mam też kilka rzeczy w lodówce.

Pokręciła głową z zażenowaną miną. Pięknie, syn wrócił, a w rodzinnym domu nawet obiadu, powinnam była mieć chociaż rosół, zgoniła się w myślach, nie wspominając już o kotletach schabowych. Takim klasykiem go zwykła witać, kiedy wpadał z podróży, ale nie dziś. Dziś o obiadku u mamusi można było zapomnieć.

— Może powinienem zamówić ci catering? Pudełko przyjeżdża pod same drzwi, chyba prościej się już nie da. Musisz zacząć o siebie dbać. Martwię się.

— Nic mi nie będzie — ucięła krótko.

— Nie wyglądasz najlepiej. Ostatnie miesiące dały ci w kość. Ojciec w końcu zrozumie, że zachował się jak palant. Zresztą, ze mną to on nie ma o czym rozmawiać. — Franek stał po stronie matki.

— To już nie ma żadnego znaczenia. Rozeszliśmy się i niech każdy z nas zajmie się sobą. Zresztą, on ma się kim zajmować.

Momentalnie pożałowała swoich słów, jednak Franek nie był już dzieckiem, a ona była rozgoryczona całą sytuacją i jego wyborem. Nie musiała owijać w bawełnę, przecież to dorosły facet i mogła mówić otwarcie, co myślała. Co ja właściwie mam teraz robić? — zapytała się w duchu. Tak naprawdę, poza Frankiem i Jerzym, nie miała prawie nikogo. U jej boku od lat pozostawała jedna wierna przyjaciółka — Iwona, która dziś nie mogła być przy niej, ale wysłała jej rano pocieszającego SMS-a w swoim stylu. „Jak tylko wrócę, zjawię się u Ciebie, kup dziś wino i wypij swoje zdrowie. Nie masz czego żałować, mówię to ja — stara rozwódka!”. Poza Iwoną Lidka nie miała bliższych przyjaciół, stare kontakty urwały się dawno temu, kiedy została matką i żoną. Jerzy rozkręcił firmę, zrobił karierę. Lidka pierwsze lata małżeństwa głównie siedziała w domu, zajmując się dzieckiem. Dopiero kiedy Franek miał dwanaście lat, postanowiła, że zacznie robić coś więcej — oprócz zajmowania się domem, parzenia porannej kawy, szykowania kanapek, prasowania czy prania. Jerzy ze swoją płynnością finansową nie miał nic przeciwko, by zajęła się, czym tylko dusza zapragnie. Zrobiła więc kurs masażu i otworzyła gabinet, zaraz obok domu. Dobudowali całkiem przestronny lokal. Urządziła go stylowo i z wdziękiem. Zawsze miała niesamowity zmysł artystyczny.

Na wejściu witały gości dwa piękne i wygodne fotele, obok stał złoty stolik, na którym leżało zawsze kilka słodkości, dystrybutor z wodą, filiżanki oraz wybór wszelkiego rodzaju herbat. Postanowiła też zainwestować w ekspres do kawy, by klient mógł poczuć się jeszcze bardziej luksusowo. Wnętrze zdobiły donice z wysokimi trawami, świeże kwiaty w wazonie oraz świece zapachowe.

Po zdobyciu pierwszych klientek rozkręciła interes całkiem nieźle, a panie z przyjemnością wracały do niej na chwilę ciszy i relaksu. Było też mniejsze grono mężczyzn, choć oni wybierali się tu zwykle za namową swoich żon albo kiedy naprawdę mieli problemy z plecami z powodu pracy fizycznej. Lidka budowała swoją bazę klientów powoli. Następnie wprowadziła kolejne metody masażu i szkoliła się dalej. Udało jej się zrobić uprawnienia, by sama mogła organizować szkolenia. Uwielbiała widzieć ulgę na twarzach ludzi, którzy wychodzili od niej choć trochę „lżejsi”. Dlatego dziś nie musiała przynajmniej liczyć każdego grosza i była niezależna finansowo. Szkoda tylko, że nie wszystko dało się kupić. Lidka, zamiast wykształcenia, lokalu i interesu, który prowadziła, wolałaby uczucia, szczerość i oddanie małżonka. Jednak życie to nie bajka.

— Pomyślałem, że możemy gdzieś razem wyjechać. Przyda ci się urlop. Co ty na to?

Popatrzyła na niego i pomyślała, jaki on mądry i życzliwy. Syn na medal. Jednak on też miał swoje życie i dużo lepszych rzeczy do roboty, niż ratować matkę z życiowej koleiny.

— A co z twoimi planami?

— Przygotuję wszystko tak, by mieć trochę wolnego czasu. Zepnę się z nagrywkami, gadałem już z Maksem, że chcę zrobić zapas. Najwyżej coś przełożę.

— Ja też mam swoje zobowiązania, umówione klientki na miesiąc do przodu. Nie planowałam urlopu.

Nie była przekonana. Przecież miała całkiem niedawno przerwę od pracy — kiedy to nie była zdolna skupić się na czymkolwiek i nie miała ochoty robić niczego poza użalaniem się nad sobą we własnych czterech ścianach, nie mogąc uwierzyć, jak cholernie posypało się jej życie. Wtedy zamknęła salon na kilka tygodni, czego potem w istocie żałowała. Użalanie się nad sobą w domu było sto razy gorsze, ale nie miała siły ani chęci na pracę. Wyglądała jak cień. Podejrzewała, że była blisko granicy depresji i tylko jakimś cudem bezszelestnie się o nią otarła. Iwona, widząc załamanie przyjaciółki, zaprowadziła ją na sesję do psychologa — sama nie umiała jej pomóc w tej sprawie.

— Możemy znaleźć kogoś do pomocy lub zamkniesz lokal na kilka dni. Tobie też należą się relaks i chwila wytchnienia. Przecież nie wyjeżdżamy jutro rano. Nie daj się prosić. Złapiesz oddech.

Dla Franka to wszystko było takie proste, on zawsze widział jakieś rozwiązanie. Jednak faktycznie po ostatnich miesiącach miała dość nawet swojego wymarzonego zajęcia. Widać było po niej cięższy okres, nie tylko waga ją zdradzała, ale i wyraz twarzy. Energia, z jaką podchodziła do klientów, oraz jej rozdrażnienie były wyczuwalne z daleka. Poza tym Lidka wiedziała, że ludzie gadali, i wcale nie było jej miło napotykać wścibskie spojrzenia albo znosić niewygodne pytania. Nie oszukujmy się, to nie Warszawa. W Sławinie niestety ludzie trochę się znali, wiedzieli kto, gdzie i z kim. Baby lubiły wbić sobie nawzajem szpilę. Może to dobry pomysł wyrwać się stąd na jakiś czas? Kilka dni, świat się nie zawali.

Opinia rodziny na temat jej życia wcale nie była lepsza. Przecież jej rodzice żyli ze sobą od czterdziestu pięciu lat i nigdy im w głowie żaden rozwód nie zaświtał. Może to były inne czasy. Teraz, rozglądając się wokół, wiele małżeństw nie wybierało siebie. Tak łatwo było zrezygnować. Łatwo było po prostu sięgnąć po inną opcję. To, co nowe i świeże, wydawało się najlepszym wyborem. Bez problemów, bo przecież zawsze na początku była sielanka. Same zalety, bez wad. Każdy pokazywał się z najlepszej strony. Jakież to obłudne! Prędzej czy później wyjdą na jaw wszystkie mankamenty. I kto wiedział, czy ukochana osoba zaakceptuje cię z twoimi demonami, przyzwyczajeniami, z tym wszystkim, co w tobie najgorsze? Praca nad sobą była cholernie ciężka, a wypracowanie dobrej relacji — to dopiero wyczyn. Nic nie dało się zrobić w pojedynkę.

Teraz pokusy, nowość i chaos były na wyciągnięcie ręki na każdym kroku. Kolorowy, wyidealizowany świat w social mediach kreował zakłamane, idealne życie, które z prawdziwym nie miało nic wspólnego. Wypełnione perfekcyjnymi kadrami, pokazywało tylko „najlepsze” chwile. Idealne życie idealnych ludzi i idealnych rodzin. Prawie każde zdjęcie było przemyślane, zanim zostało wrzucone do sieci. Nikt nie opowiadał o tym, co się waliło, nie pokazywał swoich prawdziwych uczuć, były tylko słodycz, seks, sukces, a to wszystko często nie miało nic wspólnego z rzeczywistością. Ludzie udawali, że byli najlepszymi przyjaciółmi, kiedy tak naprawdę w ogóle się nie znali i nigdy się nie widzieli. Internetowi przyjaciele i doradcy życia, którzy chętnie podyktowaliby, co powinieneś robić i jak masz żyć, chętnie wypowiedzieliby się na temat twoich życiowych wyborów, ludzi, z którymi żyjesz. Mimo że nigdy ich nie spotkałeś, mieliby o tobie wyrobione zdanie na podstawie kilku słów.

Kim jednak byli, by ich słuchać? Lidka miała poczucie, że ludzie coraz chętniej oddają życie w ręce obcych ludzi — a przecież często nie mają pojęcia, kto siedzi po drugiej stronie ekranu. Mimo to imponują nowymi zdjęciami, filmami, tym, że są wiecznie dostępni. Przez to zapominają o ludziach, którzy żyją przy naszym boku, bo przecież łatwiej napisać komuś, jak źle się dziś czujesz, niż powiedzieć prawdę żonie czy mężowi. W sieci udają wielką szczerość. Choć tak naprawdę wirtualni przyjaciele nigdy nie widzą nas w sytuacjach, w których widzi nas ktoś najbliższy. Lecz oni, ci internetowi przyjaciele, uważają, że cię znają i lubią. Dają ci poczucie, że masz na kogo liczyć, a tak naprawdę pewnie nie spędziliby z tobą pięciu minut, widząc cię w najgorszym wydaniu. Przecież tylko osoby, z którymi jesteś na co dzień, znają twoje najgorsze wady, widzą twoje największe błędy i zwyczajnie cię znoszą, akceptują i tolerują. W domu nie da się nagle wcisnąć „blokuj” czy „przestań obserwować”, „ukryj” i cholera wie, czego jeszcze. Nie istnieje magiczny przycisk, który usunie kogoś w ułamku sekundy z twojej przestrzeni. Statystyki znajomych na Facebooku czy podobnych portalach biją rekordy, ale czy to oznacza, że masz do kogo zadzwonić w ważnej sprawie i powiedzieć — tak mi źle dzisiaj? Nie, wszyscy oglądają się tylko z najlepszej strony, ukrywają swoje prawdziwe twarze, bo przecież tam liczy się tylko liczba followersów oraz lajków. Lidka oczywiście wiedziała, że nie ma reguły i nie można wszystkich wrzucać do jednego worka. Jej syn radził sobie w internetowej przestrzeni doskonale, znał granice, a przede wszystkim w sieci pokazywał głównie aspekty swojej pracy. Jednak miała świadomość, że niestety, ale internetowa rzeczywistość bardzo często tak wygląda.

Sama nie korzystała zbyt dużo z „dobrodziejstw” techniki i nie wrzucała poprawionych zdjęć z każdej chwili swojego życia. Nie udawała kogoś, kim nie była. Jej profil był czysto biznesowy. Tak czy siak, dla chcącego nic trudnego — i bez tego można znaleźć kogoś bardziej interesującego niż współmałżonek. Niewątpliwie internet kusił swoimi walorami, pełnią możliwości. Kolorowy świat wołał, by odgonić szarość, w którą się wbiliśmy poprzez codzienność. Tam nie było nudy, każdy miał coś do powiedzenia, często dużo więcej niż osoba, z którą mieszkało się w jednym domu. Wasze drogi zaczynają się rozchodzić, rozrywka jest przecież gdzie indziej. Tam nikt nie ma do ciebie pretensji. Karmisz swoje ego, zdobywasz internetowych przyjaciół i fanów. Możesz zmieniać maski wedle życzenia. Czujesz się potrzebny, świetny i jesteś na topie. Każdy zwraca na ciebie uwagę, wystarczy kilka komentarzy i zaczynają się wiadomości prywatne.

Kiedy telefon Jerzego coraz częściej dawał o sobie znać, myślała, że to natłok pracy. Za każdym razem jej były mąż miał gotową odpowiedź, jakby strzelał z karabinu, a jego amunicja nie miała końca i mógł wybierać kulki. Z czasem dźwięki zostały zmienione na wibracje, potem komórka została całkowicie wyciszona, a nagle okazało się, że Jerzy nie potrafił rozstać się z telefonem. Nowe zobowiązania, jak twierdził, wymagały od niego więcej czasu w firmie, więcej delegacji, więcej samotnych wieczorów. Zaczęły się pierwsze nieporozumienia, pierwsze obawy, pierwsze tęsknoty, kiedy odczuła jego realny brak. Przyszło pierwsze załamanie nerwowe, kiedy okazało się, że była inna kobieta. Lidka nie była w stanie przewidzieć, ile to ciągnął, mogła się tylko domyślać. „Urocza” pani o pięknych, bujnych blond lokach, z wypiętym zrobionym biustem, wielkimi czerwonymi ustami, która mogłaby pełnić rolę glonojada w akwarium, z napompowanymi niczym chomik policzkami, rozwaliła kawał jej życia, wpychając się w jego objęcia i myśli.

Na początku była na nią wściekła. Miała ochotę pojechać i dać jej po prostu w twarz. Miała ochotę wydrapać jej oczy i wyciągnąć ją za kudły z mieszkania, gdzie wcześniej się widywali. Miała ochotę zapytać, jak to było ukraść komuś męża i żyć w roli kochanki. Lidka zastanawiała się, czy ta kobieta zdawała sobie sprawę, że rozpieprzała związek z premedytacją, nie myśląc o drugiej kobiecie. Przecież doskonale wiedziała, że był żonaty, widziała obrączkę na jego palcu, mogła łatwo zweryfikować jego status, a jednak nie było to dla niej żadną przeszkodą, żadnym problemem. Lidka miała ochotę zwymiotować, kiedy myślała o takich jak ona. Nie było nic, co mogłoby ją w jakikolwiek sposób zatrzymać.

Jaką kobietą trzeba być, by brać się za faceta, który ma żonę? Dla Lidki to było niepojęte. Jednak z czasem zrozumiała, że to Jerzy miał wybór. To do niego należała decyzja, czy pozostać lojalnym. Mógł przecież jej nie odpisać, nigdy w życiu się z nią nie spotkać, nigdy w życiu do niej nie zadzwonić, nigdy w życiu jej nie dotknąć, do cholery! Mógł nigdy w życiu nie brać pod uwagę innej. Mógł… Mógł przecież nadal być szczęśliwy i kochany u jej boku, gdyby tylko chciał. To on zdecydował o odbiciu piłeczki. To on zdecydował, że przyjął ofertę tej kobiety. To on zdecydował, gdzie i komu poświęcił swój czas. To on zdecydował, gdzie oddał swoją obecność. To on zdecydował, że warto poświęcić kawał swojego życia dla tej nowej przygody. To on zdecydował przestać kochać. I to chyba bolało Lidkę najbardziej. To, że miał wybór i zdecydował się ją skrzywdzić w tak podły sposób. Czego mu w niej brakowało? Czemu nie podołała? W czym była nie „taka”? Za słaba? Za nudna? Dlaczego teraz była tylko Lidką, a nie „słońcem” jak kiedyś?

Zawiodła się kompletnie na tym, co ich łączyło, co kiedyś sobie obiecali, co sobie ślubowali. Wszystko to okazało się nic niewarte. Łudziła się, że zadziałałaby terapia dla par, że jeszcze może zobaczyłby w niej dawny blask, że ta miłość miałaby szansę, ale on wcale tego nie chciał. Lidia przestała być dla niego kimś więcej. Pozostała tylko przykrym przyzwyczajeniem, z którym nie miał ochoty mieć już nic wspólnego. Zaczął unikać zbliżeń, przestał łapać ją za rękę, drobiazgi, o których kiedyś pamiętał, nagle wypadły mu z głowy, a jego komentarze na jej temat zostawiały wiele do życzenia — zupełnie nie brzmiały jak słowa ukochanej osoby. Teraz to ta druga miała najpiękniejszy uśmiech, zgrabne nogi i całą jego uwagę. Lidka poczuła się zbędnym bagażem, walizką, którą chowasz w szarym kącie, bo do kolejnego urlopu jeszcze cały rok. Stała sama, samotna, z warstwą kurzu, aż znów się do czegoś przyda.

Poczuła się przegrana. Nie rozumiała, jak mogło jej się to przydarzyć, a jednak jej życie się spartoliło. Po tylu latach gruchnęło, że hej. Lidka nie rozumiała, czego między nimi zabrakło, co takiego się wydarzyło. Czy naprawdę była tak nudna i kiepska, a może za mało seksowna, że musiał szukać wrażeń poza ich związkiem? Myślała, że była lojalna, oddana i że dawała mu poczucie szczęścia, bliskości i rodzinnej więzi. Myliła się. Nie miała pojęcia, co takiego mógł robić z tamtą, czego nie mógłby robić z nią. Być może ich życie było zbyt nudne i oczywiste. To bolało, bo ona nigdy nie zdobyła się na skoki w bok, a przecież mogła zrobić to samo. Mężczyźni byli nią zainteresowani, ale była kobietą z klasą, z kręgosłupem moralnym, z miłością do jednego człowieka, którego kochała od lat, o którego dbała i się troszczyła. Może wcale nie było warto być tak bardzo porządną i ułożoną? Podejrzewała, że Jerzy już wcześniej miał swoje za uszami, ale nigdy nie złapała go za rękę.

Po rozprawie sądowej zatrzymała dom. Jerzy nie miał nic przeciwko, zgodził się na wszystkie warunki, jakie postawił mu adwokat. Na biednego nie trafiło. Mógł sobie na to pozwolić. Dziś jednak Lidka zaczęła się zastanawiać, czy to był dobry pomysł, by tu zostać. Z jednej strony dom był połączony z jej lokalem, więc gdyby z niego zrezygnowała, to i interes musiałaby przenieść. Szukanie nowej lokalizacji to jedno, ale doszłyby też opłaty. Nie miała wcale kokosów ze swojej działalności, rachunkami za dom i wszystkim innym zajmował się głównie Jerzy — biorąc pod uwagę jego dochody, było to naturalne. Poza tym naprawdę lubiła to miejsce, mimo że po latach spokoju i szczęścia doświadczyła tu tego, co najgorsze. Jednak życie zawsze zatacza koło. Widocznie tak miało być, pierwsza decyzja zawsze jest najlepsza. Zresztą to też dom Franka, kawał jego życia, kawał jego wspomnień.

Nie było co gdybać. Ktoś mądry kiedyś powiedział, że ostatnią rzeczą, jaką powinniśmy robić, to rozpamiętywać przeszłość. Po cholerę nadal w tym brodzić? Chyba jedynie po to, by nadal sobie szkodzić… Tego nie chciała. Pragnęła odciąć się od myśli, które od miesięcy torturowały jej głowę, pragnęła przestać analizować to, co się stało, bo przecież żadna analiza nie wnosiła nic nowego. Wręcz przeciwnie, im dłużej wałkowała w głowie temat swojego nieudanego małżeństwa, tym bardziej spirala smutku i rozgoryczenia nakręcała się, by z hukiem dać jej znać, jak bardzo zawaliło się jej dotychczas poukładane życie. Wszystko sprowadzało się do jednego — była sama.

Rozdział II

Franek został w domu na kilka dni. Lidka mogła więc zająć głowę czymś innym niż tylko dobijającymi ją myślami.

Zrobili trochę porządków wokół domu, do czego przydała jej się męska ręka. Franek skosił trawnik, który bez Jerzego był zaniedbany i pozostawiony samemu sobie. Kwiaty, o które zawsze dbała, również uschły, jakby i one czuły się porzucone i niechciane. Po pracach w ogrodzie postanowili zająć się strychem, wywalając stare klamoty, które już od dawna nie były nikomu potrzebne, a jednak nigdy nie było na to czasu. Przy okazji w ich ręce trafiły stare albumy. Przeglądając fotografie, Franek zadawał dużo pytań, szczególnie o zdjęcia z czasów dzieciństwa Lidki i jej młodości. Pytał o historie, których wcześniej nie znał, a może znał, ale nigdy nie przywiązywał do nich wagi. Teraz w jego pamięci były luki, które nagle chciał zapełnić, dopytując o każdy szczegół. Zaintrygowało go zdjęcie Lidki zrobione w dwóch różnych perspektywach. Na jednym zdjęciu tańczyła z jakimś chłopcem — jej twarz obrócona była w stronę obiektywu, na drugim zaś ujęcie było od tyłu, ale tym razem to chłopak patrzył prosto w obiektyw. Kiedy Lidka zwróciła uwagę, jakiej fotografii się przyglądał, odezwała się:

— Ojej, już dawno o tym zapomniałam.

— Dlaczego?

— Bo to było tak dawno temu. Miałam tu może z czternaście lat, synu.

— Kim był ten chłopak? — Franek był zaintrygowany starym zdjęciem.

— Byłam w nim kiedyś zakochana… — Uśmiechnęła się i przewróciła oczami.

— I co się z nim stało? — dopytywał, jakby to dziś miało jakiekolwiek znaczenie.

— Pojechał do domu.

— Co? To wszystko? Pojechał do domu?

Rozłożyła ręce z zażenowaniem.

— Tak. Obóz się skończył i wyjechał. Nie widziałam go nigdy więcej.

Jego mina mówiła sama za siebie. Nie tego się spodziewał. Zrobiło jej się go trochę szkoda, może chciałby usłyszeć superhistorię z życia swojej matki, a tu nic z tego. No cóż. Nie miała go czym zaskoczyć. Jak widać, już wtedy była cholernie nudna, a może po prostu zwyczajna?

— Nigdy nie byłaś ciekawa, co się z nim stało? — drążył dalej Franek.

— Byłam. Podał mi swój adres, bym mogła do niego napisać, ale po powrocie do domu okazało się, że zgubiłam kartkę, na której mi to zapisał. Przepłakałam miesiąc, jakby mój świat się zawalił, ale co mogłam zrobić? Wróciłam do szkoły i okazało się, że mogę żyć dalej. Uprzedzając twoje kolejne pytanie, niestety nie podałam mu mojego adresu, więc on również nie miał jak do mnie napisać, gdyż miał czekać na list ode mnie. Kartkę dał mi przed autobusem i pewnie musiała mi wypaść, kiedy wsiadałam, lub zgubiłam ją w autokarze. Zorientowałam się dopiero w domu. Niestety nie było internetu. — Roześmiała się.

— Nigdy o nim nie mówiłaś.

— Bo nie było o czym. — Wzruszyła ramionami. — Ty rozpamiętujesz jakieś dziewczyny, które widziałeś raz albo dwa? Przestań. Dobra, dosyć tych wspominek. Wynoś te wory i na dziś starczy prac porządkowych. Mam ochotę na kieliszek wina, a ty?

— Mam ochotę coś zjeść, jedziemy na miasto?

— Okej.

Niezbyt chętnie poszła do sypialni znaleźć coś, w co mogłaby się przebrać i pokazać w trochę lepszym wydaniu niż dresy, w które właśnie była ubrana. Gdy podeszła do szafy, jej wzrok uciekł w pustą przestrzeń, którą pozostawił po sobie Jerzy. Rozsunęła więc wieszaki tak, by ubrania miały więcej miejsca i zakryły tę nieszczęsną lukę. O, i w końcu nie będę narzekać na brak wieszaków, kiedy kupię nowe ubranie, pomyślała i rozgoniła chmury, które już chciały znów panoszyć się nad jej głową.

Wyciągnęła białą koszulę i ozdobny pasek, którym owinęła się w talii. Założyła do tego jasne jeansy i bransoletkę na rękę. Kiedy przejrzała się w lustrze, zrezygnowała z paska — i tak wyglądała za chudo. Luźna koszula choć trochę maskowała zbyt szczupłą sylwetkę. Nałożyła delikatny makijaż, bo jej skóra była jeszcze bardziej blada niż zwykle, a piegi wokół nosa uwydatniły się. Związała swoje rude włosy w luźny kok, przy czym odsłoniła myszkę, która zdobiła jej szyję. Pamiętała, jak będąc małą dziewczynką, pragnęła, by znamię zniknęło. Mimo to nigdy nie zdecydowała się go usunąć. Myszka pozostała z nią na zawsze niczym znak rozpoznawczy. Z wiekiem jakoś nie mogła sobie wyobrazić, jak wyglądałaby bez niej. Swoich włosów kiedyś też nienawidziła, a jednak rudy kolor był z nią do dziś i miał się całkiem dobrze.

Spryskała się perfumami, które leżały na toaletce, po czym uśmiechnęła się do siebie, by wymusić poprawę nastroju. Na dnie szafy znalazła dawno zapomnianą słomianą torebkę, która idealnie pasowała do jej stylizacji. Do kompletu założyła półbuty. Franek stał już gotowy przy drzwiach, grzebiąc w telefonie. Ubrał jeansy, jasną koszulkę i okulary przeciwsłoneczne. Jego szyję zdobił złoty łańcuszek, który rodzice podarowali mu na osiemnaste urodziny, a teraz dumnie nosił go każdego dnia, niezależnie od stylizacji. Nie widziała, by się z nim rozstawał. Traktował go chyba jak swojego rodzaju amulet.

Odziedziczył po niej rude włosy. Czasem używał szamponetek, by zmienić kolor na jakiś czas lub zafarbować końcówki, bawiąc się stylizacjami. Lidka przyzwyczaiła się, że nigdy nie wiadomo, czy po otwarciu drzwi nie zobaczyłaby go w jakimś odjechanym kolorze. Jedyne, czego się obawiała, to by nie ogolił się na łyso. Jakoś nie mogła go sobie wyobrazić w takim wydaniu, ale na szczęście, póki co, nie przyszło mu to do głowy. Z drugiej strony, to tylko włosy.

Wybrali się do centrum samochodem Franka. Nowy żółty Mercedes, którego wziął w leasing, rzucał się w oczy z daleka. Franek z powodzeniem radził sobie w życiu.

Wybrali się do nowej meksykańskiej knajpy. Spędzili całkiem miłe popołudnie. Po pracy, jaką dziś wykonali, dobrze było posiedzieć i się zrelaksować. Rozmawiali o planowanym wyjeździe i doszli do wniosku, że Franek ogarnie swoje sprawy, a potem znajdzie miejsce, do którego razem się wybiorą, bo jej było wszystko jedno. Zresztą, to Franek był mistrzem w poszukiwaniu miejscówek godnych uwagi czy też po prostu niespotykanych miejsc. W dodatku, dzięki treściom, jakie publikował w internecie, z chęcią pokazywał swoje podróżnicze podboje. Nawiązywał przez to nowe współprace, czasem testował miejsca dla kontentu, a ten, po etapie gier, od których kiedyś zaczął jako małolat, całkiem dobrze się przyjął. Teraz o wiele więcej czasu spędzał w wyjątkowych miejscach, czasem tak niezwykłych, że aż trudno było uwierzyć, że one w ogóle istniały. Cieszyła się jego miłością do podróżowania.

Lidka w jego wieku była już uwiązana w pieluchach i obowiązkach domowych. Jednak dwadzieścia lat temu były zupełnie inne czasy. Nie to, by żałowała, ale cieszyła się samorealizacją syna. Dziś ludzie zarabiali w internecie całkiem nieźle, a Franek miał szczęście i mógł robić to, co lubił, w dodatku utrzymywał się sam i nie oszczędzał na wszystkim. Lidka była ogromnie dumna z tego, jak sobie radził. W wieku dziewiętnastu lat kupił mieszkanie za gotówkę, co prawda z pomocą jej i Jerzego, ale połowę kwoty uzbierał sam. Umiał świetnie zarządzać pieniędzmi — tę cechę na pewno zyskał po ojcu. To Jerzy zaszczepił w nim chęć inwestycji nie tylko czasu, ale i pieniędzy w swoje pomysły.

Lidka postanowiła zrobić, co mogła, by wygospodarować wolny czas na wyjazd. Nazajutrz obiecała sobie zadzwonić do jednej z dziewczyn, której ostatnio robiła szkolenie, i zaproponować stanowisko w swoim salonie. Wiedziała, że młode dziewczyny, skoro już postanowiły się u niej szkolić, będą szukać miejsca pracy w tej branży albo pomyślą o otwarciu własnego biznesu. Na start trzeba w to trochę włożyć, więc sporo z nich po kursie szukało pracy u kogoś, by mieć czas na wypromowanie się i zdobycie bazy klientów. Nowa masażystka do współpracy rozwiązałaby problem, kiedy Lidka chciałaby wziąć wolne. Mogłyby też we dwie obsłużyć więcej osób. Dobry plan. W końcu już kiedyś myślała o tym, by rozszerzyć usługi o dodatkowe stanowisko pracy, a może nawet nie jedno a dwa. Nawet Iwona, jej przyjaciółka, radziła jej, by zrobiła to dawno temu, bo rozwinie dzięki temu skrzydła. Nie wiedzieć czemu, nigdy nie wcieliła tego planu w życie, aż do tego czasu.

***

Wrócili do domu późnym wieczorem. Lidka odczuła po raz kolejny wielką pustkę, kiedy położyła się w swoim łóżku, w sypialni. W ostatnich tygodniach spała na kanapie w salonie, nie mając ochoty spędzać tu nocy. Jednak przy Franku nie chciała pokazać swojej słabości i uznała, że powinna spać u siebie. Co by powiedział na to, że jego czterdziestoletnia matka unikała własnej sypialni jak mała dziewczynka?

Czas dorosnąć i spojrzeć potworom w oczy.

Franek zresztą zajął kanapę w salonie, bo w jego starym pokoju, przed rokiem, Jerzy urządził swój gabinet. Teraz Franek doradził jej, by zrobić tam biblioteczkę, o której Lidka zawsze marzyła. Może i to dobry pomysł. Jej książki, póki co, walały się pomiędzy salonem a sypialnią. Zdziwiła się, że sama nie wpadła na to wcześniej, ale co dwie głowy, to nie jedna. Będzie biblioteczka i wygodny fotel. O tak, a do tego kawusia i jej ulubione świece. Kupi nowe kwiaty. Na nowo będzie czuć się dobrze we własnym domu, stworzy własną przestrzeń. To był dobry pomysł. Dobrze mieć w życiu plan, w przeciwnym razie człowiek wpadał w czarną dziurę rozpaczy i wcale nie żył, a tylko egzystował.

Lidka, kładąc się spać, postanowiła w końcu odstawić ziółka, które do tej pory piła, a które miały za zadanie wyciszyć emocje, rozwiać nieprzyjemne myśli, wprowadzić ją w błogość i pomóc zasnąć. Problemy ze snem pojawiły się, kiedy zorientowała się w sytuacji. Kiedy pojawił się problem, który łamał jej serce, rozrywał świat na strzępy, nie mogła spać po nocach. To, prócz wyraźnie widocznej utraty wagi, dokuczało jej najbardziej. Kiedy nocą w głowie układała tysiące różnych, często wcale nie najlepszych dla siebie scenariuszy, kiedy zastanawiała się, gdzie była i co robiła, kiedy to się zaczęło, od czego. Dziś jednak uznała, że nie może katować się kolejny miesiąc. Musiała jakoś zapanować nad własnym umysłem. I choć ich wielkie, niegdyś wspólne łoże teraz wydało jej się jeszcze większe, kiedy położyła się w nim sama, owinęła się szczelnie kołdrą i pomyślała o wspólnej wyprawie z synem.

Tak, niech to będzie mój plan. Szykować się na podróż życia, pomyślała.



















Rozdział III

Po dwóch miesiącach Franek był wreszcie gotów wyrwać się na kilka dni, więc wcześniej zmontował i nagrał filmy na zapas. Lidka w tym czasie znalazła dziewczynę, Laurę, do pomocy w swoim studio. Wreszcie nadszedł czas ich wyjazdu.

Franek zorganizował wszystko najlepiej, jak potrafił. Wynajął kampera, by nie musieli siedzieć kilka dni w jednym miejscu i mogli się przemieszczać. Lidka nie jechała nigdy wcześniej kamperem, więc była to dla niej atrakcja, w dodatku czuła dumę, że jej syn potrafił nim kierować. Ona miała prawo jazdy, jeździła swoją osobówką, ale nie chciała mieć do czynienia z tak dużym autem.

Siedziała wygodnie w fotelu pasażera, słuchała muzyki, gadała o wszystkim i niczym. Jak to wspaniale mieć takiego syna, pomyślała. Franek pomimo młodego wieku był naprawdę dobrym kierowcą. I tak sobie jechali, sami, we dwoje. Nie spytała nawet o trasę, bo było jej wszystko jedno.

Ten tydzień był dla niej naprawdę czasem wytchnienia. Zobaczyli miejsca, które wcześniej znała tylko z filmików i opowieści Franka. Zatrzymali się między innymi w domku na drzewie pośrodku lasu, mogli się wykąpać w gorącej balii czy też wypróbować pływający domek na wodzie. Atrakcjom Franka nie było końca. Lidka kupiła kilka magnesów z miast, gdzie nocowali, by podarować je Iwonie, której regularnie wysyłała zdjęcia z podróży. Dzieciaki i młodzież od czasu do czasu zaczepiali ich, gdy byli na spacerze, i prosili o fotki. Lidka więc chętnie brała ich telefony i robiła im zdjęcia z Frankiem. Chyba do tej pory nie zdawała sobie sprawy, jaką zyskał popularność.

Franek nie byłby sobą, gdyby nie wywinął jej jakiegoś numeru. Prócz samej jazdy i zwiedzania pięknych, nietypowych miejsc postanowił zorganizować dla nich prawdziwą szaloną atrakcję. W Krakowie okazało się, że czekało na nich przejście przez jaskinię z przewodnikiem. Nie, to nie była zwykła jaskinia, dla Lidki była to jaskinia grozy, z którą nie chciała mieć nic wspólnego. Franek nie powiedział jej, po co tu jechali, dopiero kiedy zobaczyła Konrada, którego pamiętała z filmu o jaskini z kanału Franka, zaczęła podejrzewać, co się wydarzy.

— Franek, ty chyba żartujesz… Ja nie wchodzę — oznajmiła, kiedy zatrzymali się na parkingu.

Konrad pomachał do nich z daleka.

— Wejdziemy razem — powiedział spokojnie i uśmiechnął się od ucha do ucha.

— Nie ma mowy. Dziecko, nie wejdę.

— Wejdziesz, wejdziesz. Chodź.

Wysiadł i otworzył drzwi po jej stronie, zapraszając ją teatralnym ruchem do opuszczenia pojazdu. Lidka spojrzała na niego wkurzona i niechętnie wysiadła.

— Dzień dobry! I jak, gotowi? — zawołał do nich Konrad, podchodząc bliżej.

— Nie. Ja się właśnie dowiedziałam o tej całej wycieczce i powiem szczerze, że nigdzie nie idę — zaoponowała błyskawicznie Lidka, witając się z Konradem.

— Czyżby Franek zrobił mamie psikusa? No ładnie. — Roześmiał się.

Był na oko koło czterdziestki, jego czarne włosy były ścięte na krótko. Trzymał swój plecak na ramieniu i wyciągnął z samochodu stroje na przebranie dla niej i Franka. Kombinezony, by nie pobrudzili swoich ubrań, gumiaki w ich rozmiarze oraz kaski ochronne. Nie mogła uwierzyć, że wszystko to już było przygotowane. Nie podobał jej się ten pomysł.

— Nie mogłem ci powiedzieć, panikowałabyś od dnia wyjazdu i stresowałabyś się niepotrzebnie. — Spojrzał na nią ze skruchą.

— Przecież ja i tak się stresuję. Nie lubię takich małych przestrzeni, nie chcę tam iść. Po co?

— Po to, żebyś zobaczyła, że w każdych warunkach i ze wszystkim możesz sobie poradzić. Wyjdziesz dumna i silniejsza. Naprawdę, jaskinia jest świetna. Nagram nas, będziemy mieć pamiątkę. Będzie super, mamo, zobaczysz.

Niechętnie wzięła kombinezon, gumiaki i zaczęli się przebierać. Konrad trochę opowiedział o jaskini, choć Lidka wcale tego nie wymagała. Pamiętała z filmu syna, co ją czekało, i napawało ją to niepokojem. Mężczyzna ustawił czas wyjścia z jaskini za dwie i pół godziny, w razie czego włączył powiadomienie alarmowe do służb, jeśli do tej pory nie wyszliby na powierzchnię. Już sama ta perspektywa sprawiała, że Lidce kręciło się w głowie.

Kiedy weszli do środka, uderzył ją zapach ziemi. Zrobiło się naprawdę chłodno i wilgotno. Tunele były ciasne, w niektórych miejscach wręcz nie do przejścia. Konrad tłumaczył im, w jaki sposób mieli układać swoje ciała, by prześlizgnąć się dalej. Jego wiedza i spokój były nie do ocenienia. Mimo to Lidkę dopadł atak paniki przy bardzo wąskim przejściu, kiedy nie mogła przesunąć się w przód i czuła, że zaklinowała się między ściankami.

— Uspokój się, oddychaj. Spokojnie, delikatnie przesuń teraz głowę w lewo, prawa ręka z przodu. Oddychaj. Wszystko jest okej. Przesuwaj się powoli, nie zatrzymuj się, nie możesz zostać w tym miejscu zbyt długo. Dobrze ci idzie. Cały czas w moją stronę, głowa ciągle musi być na boku, nie odwracaj się. Ręce z przodu, świetnie. — Konrad ją uspokajał i instruował.

Kiedy udało jej się wydostać z pułapki, nie mogła złapać tchu. Jej oddech był niesamowicie głośny i szybki, jakby walczyła o powietrze. Konrad ciągle mówił do niej spokojnie, doskonale wiedział, jak się zachowywać. Sprawdził jej puls. Po chwili sytuacja została opanowana. Franek przez moment pożałował tej wyprawy, nie chciał pchać matki w dodatkowy stres — chciał tylko, by zobaczyła, ile ma w sobie odwagi i determinacji. Chciał pokazać jej, że mogła osiągnąć wszystko i nie było dla niej niemożliwego. Pragnął, by wiedziała, że wiek, w jakim rozstała się z ojcem, nie miał znaczenia, bo czekało ją jeszcze życie, którego powinna być ciekawa, więc nie warto się załamywać.

Pamiętał, kiedy to ona dodawała mu wiary, gdy pierwszy raz wsiadł do kajaka i czuł okropny dyskomfort. Kiedy woda wokół paraliżowała go, a jednak przepłynął pierwszy odcinek, a potem co roku chętnie wracał nad wodę i pływali razem. Pamiętał, kiedy to ona pomagała mu przetrwać pierwsze nieprzyjemne komentarze, z którymi się borykał — bo przecież ludzie po drugiej stronie ekranu czuli się bezkarni i pisali często komentarze pełne jadu i krytyki, nie zważając na samopoczucie twórcy, który w kilkunastominutowy film wkładał kilka godzin, a często dni pracy. Lidka zawsze była jego plecami, czuł się w obowiązku, by teraz role się odwróciły. Chciał dać jej wszystko, czego zapomniał dać jej ojciec. Teraz, idąc za nią, słyszał jej atak paniki i nie był pewny, czy ten stres wart był przygody. Jednak potrafił sobie wyobrazić uczucie po tej wyprawie, kiedy do niej dotrze, że to zrobili. Sam z ogromnym trudem przecisnął się przez szczelinę. Konrad ostrzegał go, że może mieć tu problem, jednak udało mu się przeczołgać. W alternatywie mieli już przygotowane drugie przejście — ze względu na wzrost i budowę ciała Franka. Kiedy wyszli na zewnątrz, dziesięć minut przed końcem ustalonego czasu, na twarzy Lidki widać było uśmiech i ulgę. Położyła się na trawie. Była potwornie zmęczona.

— Nie mam siły. Zrobione, ale więcej tu nie wchodzę. Przysięgam.

— A ja myślałem, że was namówię na kolejną wyprawę. Jadę za dwa tygodnie do świetnej jaskini… — Konrad nie zdążył dokończyć zdania, a Lidka przerwała mu w pół słowa:

— Jego bierz, jak chcesz. — Wskazała głową syna, który siedział obok niej i chował kamerki do plecaka. — Ja się nigdzie nie wybieram. Już mi wystarczy atrakcji. Dziękuję za dzisiaj, było świetnie, ale raz mi wystarczy. — Uniosła ręce w geście poddanie się.

Po pożegnaniu z Konradem wsiedli z powrotem do kampera. Franek był wyraźnie zadowolony, mina matki wyrażała to samo.

— Serio, przez chwilę myślałem, że zrezygnujesz. Jesteś świetna. Teraz sama widzisz! Przeszłaś przez jaskinię, nic cię nie złamie! — zawołał, wsiadając za kierownicę.

— Nie wiem, czy nic mnie nie złamie, czy raczej może syn mnie nie załamie. — Wybuchła śmiechem. — Ty naprawdę jesteś szalony. Dobrze, że na bungee nie kazałeś mi skakać.

***

Ostatniego dnia, kiedy siedzieli i podziwiali zachód słońca z turystycznych krzesełek rozstawionych na wzgórzu przy kamperze, a Lidka popijała sok pomidorowy, Franek powiedział jej coś, czego nie chciała usłyszeć.

Jerzy choruje.

Dają mu pół roku.

Po jego policzku popłynęło kilka łez. Przytuliła go. Milczała. Nie poczuła niczego, było jej trochę wstyd własnych uczuć. Spędziła z tym człowiekiem ponad dwadzieścia lat, ale ta informacja nie wywołała silniejszych uczuć. Jedynie syna było jej szkoda. Było jej żal, ale nie człowieka, który ją zdradził i zostawił, lecz swojego dziecka, które było już dorosłe i rozumiało, że być może straci ojca.

Cholera jasna! Teraz to ona musiała być silna. Nie dla siebie, ale dla niego. Franek widział ją w najgorszym stanie przez ostatnie kilka, kilkanaście miesięcy, a teraz miał patrzeć na umierającego ojca, którego w dodatku znienawidził przez to, co zrobił z małżeństwem. Wiedziała, że Franek miał do niego żal i nie był skory do rozmów. Kiedy dowiedział się o rozwodzie, przestał utrzymywać z nim kontakt. Odwrócił się od niego. Choroba jednak zmieniała postać rzeczy. To nie może być prawda.

Po powrocie do domu znalazła kontakty do kilku znanych i cenionych lekarzy. Postanowiła wysłać je Jurkowi SMS-em. Nie chciała do niego dzwonić osobiście, choć może powinna. Jerzy jednak sam zadzwonił, Lidka przez dłuższą chwilę wpatrywała się w jego numer na wyświetlaczu telefonu, nim odebrała połączenie. Ta rozmowa to chyba ostatnia rzecz, na jaką miała ochotę.

— Tak? — Jej głos zabrzmiał chłodno i nieswojo.

— Hej, chciałem podziękować ci za namiary, które dostałem.

— To nic takiego. — odparła automatycznie.

— Nie wiem, czy ktoś na twoim miejscu pofatygowałby się choćby o to. Przepraszam, że to się tak skończyło. Ja…

Lidka nie dała mu jednak dokończyć zdania. Nie chciała na nowo się w tym grzebać.

— Zostawmy to, Jerzy.

— Jak Franek?

— Martwi się.

— Próbowałem się do niego dodzwonić, ale nadal nie odbiera ode mnie telefonów.

— Ja też się zastanawiałam, czy odebrać. — Może nie powinna mówić tego głośno, jednak dlaczego miałaby teraz się hamować? Przecież to nie ona zakończyła to małżeństwo. Mogła być szczera, mogła mówić, jak jest. Nie robiła nic złego.

— Rozumiem. Jeśli mogłabyś od czasu do czasu dać mi znać, czy wszystko u niego w porządku, to byłbym wdzięczny.

— Jasne. Wpadnę do ciebie niedługo. Może Franek będzie chciał przyjechać ze mną. Trzymaj się.

Odłożyła telefon i przymknęła oczy, które zrobiły się wilgotne. Poczuła ciężar tej rozmowy i całej sytuacji. Nie wiedziała, dlaczego w ogóle wypaliła z tymi odwiedzinami na koniec rozmowy. Może emocje wzięły nad nią górę. Tak naprawdę nie chciała go wcale oglądać, najchętniej wymazałaby go w ogóle ze swojej pamięci, ale tu już nie chodziło o niego. Chciała wesprzeć syna. Choć czy Franek faktycznie tego potrzebował? Być może był tak zły na ojca, że wolałby, by ona się w to nie pakowała? Jednak bała się, że jeśli prognozy lekarzy się sprawdzą, to niewyjaśnione sprawy pozostałyby z nimi na zawsze. Nie chciała, by Franek pozostał z niedokończonymi rozmowami, a może to był ostatni moment. Może to jakiś znak, żeby się pojednali? Nie mogła przewidzieć przebiegu choroby ani tempa rozwoju. Potrzebowali rozmowy, takiej męskiej, kawa na ławę. Dziś mogło Frankowi się wydawać, że miał to gdzieś, ale za kilka lat mógł żałować swojej decyzji. Kiedy kochasz własne dziecko, jesteś gotów zrobić dla niego wszystko. Zapominasz o urazie, o dumie, bo dziecko jest najważniejsze. Dziecko, które jako młody dorosły najprawdopodobniej będzie musiało się zmierzyć z odejściem ojca. Ojca, do którego ma żal o rozpad rodziny. Jednak czas uciekał i trzeba było odłożyć na bok to, co już się stało, to czego zmienić nie można było. Istnieją chwile, kiedy trzeba zapomnieć o swoim bólu i wybaczyć.

Bała się tylko, czy Franek, który odziedziczył charakter Jerzego, pozwoli sobie na to i schowa urazę do kieszeni. Nie dla Jerzego, ale dla siebie. Obaj byli mocno uparci, choć widziała, że wraz z diagnozą Jerzy z dnia na dzień zaczął się kruszyć, jakby dotarło do niego, że jego czas ucieka i nie ma przed sobą perspektywy długich lat, które może zmarnować. Może właśnie to ma go obudzić?

***

Po czterech miesiącach okazało się, że z Jerzym było gorzej. Piękna i powabna kochanka ulotniła się, nie potrafiąc udźwignąć tego, co ich spotkało. Franca myślała, że będą żyć długo i szczęśliwie w luksusie, a tu figa. Nie zawsze było kolorowo.

Lidka regularnie odwiedzała go w szpitalu, próbowała też namówić Franka do rozmowy z ojcem, a jej rozgoryczenie odeszło w niepamięć. Sam Jerzy chyba dziwił się, że przychodziła tu — mimo gówna, jakie jej zafundował. Pewnego razu pielęgniarka spytała, kim jest, a na odpowiedź, że byłą żoną, pielęgniarka zrobiła tak wielkie oczy, jakby to było dla niej niepojęte. Być może byłe żony nie były codziennością, jeśli chodziło o szpitalnych gości. Ewidentnie ich układ wzbudzał zdziwienie.

Pozostała niewzruszona na spojrzenie kobiety, która zupełnie jej nie rozumiała. Dobrze, że nie wiedziała, z jakiego powodu się rozstali, bo wzięłaby ją za zupełną wariatkę. Kto by w takiej sytuacji jeszcze go odwiedzał? Ale nie była tylko byłą żoną. Była matką jego dziecka. Nie miało znaczenia, że Franek był dorosły. Chciała, by się dogadali, szczególnie teraz, kiedy Jerzy był w tak beznadziejnym stanie. Mogli się rozwieść, zdradzić i znienawidzić, ale pozostał łącznik — Franek. Tylko to ich łączyło — ich jedyne dziecko. Lidka postanowiła przełknąć gorzką pigułkę i pokazać synowi, że w takich chwilach przeszłość nie miała większego znaczenia. Oczywiście jej siostra Maria miała na ten temat zupełnie inne zdanie. Nie żałowała byłego szwagra, skwitowała krótko, że Lidka nie powinna się nim wcale interesować, a w dodatku należało mu się.

— I bardzo dobrze, że spotkała go kara za twoją krzywdę. Nie mam pojęcia, co ty w ogóle tam robisz. — Usłyszała w telefonie oschły głos siostry.

— Robię, co do mnie należy. Dobrze wiesz, że jest w ciężkim stanie. Kto ma mu pomóc?

— Może ta flądra, co się z nią zabawiał? Franek na szczęście ma więcej rozumu niż ty i bardzo dobrze, że nie chce go widzieć. Chociaż jeden mądry w rodzinie.

— Daruj sobie — ucięła krótko Lidia, kończąc te beznadziejną rozmowę, i po prostu wcisnęła czerwoną słuchawkę.

Zacisnęła palce na kierownicy, miała ochotę wywalić telefon na zewnątrz, ale zamiast tego rzuciła go na siedzenie obok i przez chwilę siedziała bez ruchu, wpatrując się w deskę rozdzielczą, jakby ktoś ją zamroził.

Maria zawsze była osobą cyniczną do granic możliwości. W swoich kruczoczarnych włosach powinna zagrać Cruellę. Dzieliły je cztery lata, ale nigdy nie znalazły wspólnego języka. To były dwa różne bieguny. Maria nie wyszła za mąż ani nie miała własnych dzieci. Mimo to była specjalistką od wszystkiego i zawsze lubiła wtrącić swoje trzy grosze, jakby pozjadała wszelkie rozumy i znała wszystkich najlepiej. Żyła w kilku wolnych związkach, z których żaden nie przetrwał. Może odpowiadało jej bycie samej, a może miała pecha do mężczyzn?

Czasem trudno było pojąć, że są siostrami. Ich charaktery były zupełnie różne, jak i ich życiowe wybory. Maria postawiła na karierę, była cenioną panią prokurator. Miała wyższe wykształcenie i oddała się pracy. Zawsze uważała się za tą lepszą, ładniejszą i mądrzejszą. Lidce z wiekiem przestało to przeszkadzać i nie reagowała na wywyższanie się siostry.

Rodzice na wiadomość o stanie Jerzego zachowali się dużo lepiej i wykazali trochę taktu, kazali przekazać życzenia i słowa otuchy. Nawet wybrali się do niego w odwiedziny, czym zadziwili ją do reszty. Nie mogła sobie nawet wyobrazić miny samego Jerzego, kiedy zjawili się u niego z wizytą. Pomimo najszczerszych chęci i desperackich prób znalezienia najwybitniejszych lekarzy stan Jerzego z dnia na dzień się pogarszał. Poruszał się na wózku, bo nogi odmówiły mu posłuszeństwa.

Czas uciekał i żaden wykwalifikowany lekarz nie dawał cienia nadziei na odroczenie nieuniknionego. Rak płuc mówił sam za siebie. Lidka zaczynała się zastanawiać, jak rozegrać sprawę z Jerzym i Frankiem. Frankowi było ciężko, mimo to nie chciał odwiedzić ojca. Na nic zdały się prośby jej i dziadków. Odciął się od tego, co najgorsze, i rzucił się w wir pracy. Lidka oprócz Laury — dziewczyny, którą zatrudniła podczas urlopu — zdecydowała się zatrudnić jeszcze jedną kobietę do pomocy w studio, Adę. Dzięki młodym dziewczynom gabinet zaczął bardzo dobrze radzić sobie w mediach społecznościowych, bo te chętnie nagrywały i udostępniały rozmaite rolki, które generowały wyświetlenia, a co za tym szło, coraz więcej nowych klientów. Nagrywały filmiki nie tylko edukacyjne, ale i humorystyczne, czym zebrały dużą rzeszę fanów.

Jakie czasy, taki marketing.

***

Lidka spojrzała w notes, pijąc zieloną herbatę przy blacie w kuchni, gdzie wcześniej zjadła obiad, zdążyła też wstawić naczynia do zmywarki. Za pół godziny w gabinecie miał się zjawić „Darek mechanik”. Boże, czy ja już naprawdę nie mogłam zapisać tego faceta normalnie? — spytała samą siebie w myślach, drapiąc się po czole. Przedstawił się z nazwiska, ale wypadło jej z głowy. Przypomniała sobie, jak bardzo była wkurzona i zirytowana, kiedy wracała ze szpitala po „uroczej” rozmowie z Marią i coś nawaliło w jej aucie. Stanęła więc na awaryjnych, klnąc w duchu, jaki to beznadziejny dzień i że już chyba gorzej być nie może. Po kilkunastu minutach zatrzymał się jeden samochód, bo dla reszty chyba była niewidzialna. Okazał się mechanikiem. Tyle dobrego! Po krótkiej chwili mogła dojechać do domu, a mechanik jechał za nią, by sprawdzić, czy na pewno nie będzie mieć więcej przygód. Na podjeździe naprawił, co trzeba, w pół godziny. Na szczęście to była mała usterka. Nie chciał przyjąć pieniędzy, dlatego zaproponowała mu w ramach rekompensaty masaż. Wróciła więc do salonu, nałożyła na siebie elegancki uniform w kolorze butelkowej zieleni, przygotowała łóżko, sprawdziła olejki, włączyła odprężającą muzykę i zaczęła czekać na klienta.

Kiedy rozległo się pukanie, zaprosiła go do środka. Wstała z fotela, podeszła bliżej i podała mu rękę na przywitanie, przedstawiając się oficjalnie, jakby nie wiedział, dokąd przyszedł.

— Lidia Kosińska. Bardzo mi miło, że mogę się odwdzięczyć. Jeszcze raz dziękuję za ratunek z ostatniej opresji.

— Dariusz Wiśniewski, cała przyjemność po mojej stronie. Jak samochód?

— Wszystko gra — odparła z nieukrywaną ulgą.

Zadała kilka formalnych pytań — o rodzaj masażu, stan zdrowia i inne drobiazgi, które zawsze musiała odhaczyć przed zabiegiem. Po krótkiej rozmowie zdecydował się na masaż pleców — jak większość mężczyzn w jej gabinecie. Poprosiła go, by się przygotował, i zostawiła go na kilka minut. Wróciła do pokoju. Zgodnie z instrukcjami mężczyzna leżał już na łóżku. Nie miał na sobie koszulki. Lidka zobaczyła jego wytatuowane plecy, na których były różnego rodzaju wzory, nie miała pojęcia, co mogły oznaczać. Im dłużej się w nie wpatrywała, tym większy chaos miała przed oczami. Mimo to nie potrafiła wyczytać z nich nic, co miałoby jakikolwiek sens prócz tego, że był to istny labirynt.

Lidka nie miała na swoim ciele ani jednego tatuażu. Przypomniała sobie, jak Franek wrócił z pierwszym tatuażem do domu, a ona się rozpłakała. Nie rozumiała, dlaczego ludzie to robili. Co w tym fascynującego? Co mogło być na tyle znaczące, by robić to z własnym ciałem?

Chwyciła za olejki i rozpoczęła masaż. Jej ręce płynnymi ruchami zaczęły wodzić po jego ramionach. Czuła, jak bardzo był spięty, zwłaszcza kark, podobnie jak całe plecy. Lidka, stosując różne naciski, starała się rozluźnić jego mięśnie. Jej dłonie sunęły po jego ciele i tatuażach, kreśląc tylko jej znane ruchy. Rozmasowała również jego ręce i dotykając nadgarstków, poczuła delikatne zgrubienie, być może to blizna, przemknęło jej przez myśl. Ręce Darka również zdobiły tatuaże do przedramion, ale w odróżnieniu od pleców, te były czytelne. Na lewej zauważyła wizerunek lwa, a na prawej samochód w starym stylu, obok którego widoczna była tablica rejestracyjna, na której widniały cztery cyfry. Na pewno to nie był jego rok urodzenia. To było co najmniej dziwne. Może jest stuknięty, pokręciła głową sama do siebie, kiedy studiowała jego tatuaże.

Kiedy skończyła, pozostawiła go na kilka minut, po czym wróciła i rozpoczęła rozmowę:

— Jest pan dość mocno pospinany.

— Możliwe.

— Mogę polecić inny masaż. Myślę, że bardziej by się panu przydał.

— U pani?

— Jeśli sobie pan tego życzy. Pan chyba nie jest stąd.

— Nie. Jednak chciałbym zostać na jakiś czas.

— Co pana tutaj sprowadza? Jeśli można wiedzieć. — Uśmiechnęła się przy tym, delikatnie przekręcając głowę.

— Stara znajomość, mam coś do załatwienia.

— W takim razie życzę panu miłego pobytu. — Poczuła lekkie zdenerwowanie, którego nie potrafiła wytłumaczyć, kiedy ten patrzył na nią, jakby chciał ją przejrzeć na wylot. — Wszystko w porządku?

— Dziękuję. Czy poleci mi pani ten masaż, o którym pani wspomniała?

— Oczywiście, przepraszam. Jestem dziś trochę rozkojarzona. To masaż, który ma na celu pozbycie się nadmiaru stresu, dotykam odpowiednich punktów na głowie…

— Proszę mnie zapisać na najbliższy wolny termin — wtrącił w pół zdania.

— Już patrzę. — Lidka otworzyła kalendarz, próbując zapanować nad lekko drżącą ręką. — Najbliższy wolny termin mam w następnym tygodniu, w piątek. Czternasta może być?

— Idealnie. Czy da się pani zaprosić na kolację? — wyrwało mu się nagle, jakby niechcący, ale było już za późno, bo powiedział to głośno.

— Przepraszam, ale mam już plany. — skłamała bez namysłu.

To już by chyba była przesada, on naprawił samochód, ona zrobiła masaż, byli kwita.

— To ja przepraszam, po prostu nie wiem, gdzie dobrze zjeść. Nieważne. W takim razie do piątku.

Wyszedł w pośpiechu i tyle go widziała. Może zrobiło mu się zwyczajnie głupio, kiedy odmówiła. Ona i plany. Przecież dobrze wiedziała, że nie miała żadnych planów, ale to dla niej nie do pomyślenia, by umówić się z klientem. Nie zrobiła tak nigdy przez te lata. Jednak wtedy była mężatką, a już nie jest. Już nie musiała twardo trzymać się zasad. Poza tym w sumie to nie był tak naprawdę klient, sama go tu ściągnęła. Może jednak powinna wyjść do ludzi, spędzić z kimś wieczór, rozerwać się? Odreagować stres, jaki zafundowało jej życie przez ostatnie półtora roku. Wcześniej to było oczywiste, że raczej nikt nie składał jej takich propozycji, a nawet jeśli, to zawsze odpowiadała, że ma męża. Jednak tym razem mogła się zgodzić, a ona po prostu go zbyła. No cóż, plany były, ale na wieczór w samotności.

Zerknęła z powrotem w swój terminarz. Mimo namowy Franka i Jerzego, którzy od lat pukali się w głowy i namawiali ją na kalendarz elektroniczny, pozostała nieugięta i gapiła się właśnie w swój papierowy. Pisanie długopisem sprawiało jej przyjemność. Niech nas nie zgubi elektronika! Teraz wszystko mogliśmy mieć w telefonie bądź komputerze. Wiadomości, kalendarze, kalkulatory, telewizję, gry, rozrywkę… Gdzie w tym wszystkim byliśmy my? Czy potrafiliśmy w ogóle obyć się bez telefonu? Dziś to naprawdę ciężkie zadanie — pomyślała z przekąsem.

Dlatego Lidka z całych sił starała się zachować fizyczne przedmioty i nie zamieniać ich na elektronikę. Lubiła swoje notesy, kalendarze i kartki świąteczne, które rok w rok wypisywała ręcznie i dzielnie zanosiła na pocztę. To więcej zachodu niż zwykły SMS, ale i radość dużo większa. Nie tylko dla niej, ale i dla odbiorcy. Wierzyła, że to dla adresatów znaczy to dużo więcej niż skopiowany SMS rozesłany do stu osób.

Pozostała jeszcze jedna wizyta. Pani Aldona — masaż twarzy. Nie przepadała za Aldoną. Była nad wyraz ciekawska. Wiedziała wszystko o każdym w mieście. Lidka cieszyła się, kiedy masowała jej twarz, bo gdy robiła jej masaż ciała, Aldonie trudno było utrzymać język za zębami. Lidka poznawała wtedy wszystkie nowiny z całego miasta, a nawet okolic. Aldona była fryzjerką, ale chyba minęła się z powołaniem i mogłaby z powodzeniem być detektywem. Jej wiedza była rozległa i niemalże doskonała, potrafiła mówić o każdym i na każdy temat. Było to męczące, wścibskie babsko.

Trzydzieści minut na twarz, nie jest źle, skwitowała w duchu. Przygotowawszy leżankę, zmieniła okrycie. Potem wyczyściła przedmioty, zapaliła na nowo świece i zaczęła czekać na gwiazdę tego popołudnia. Przez myśl jej przeszło, że jednak mogła się zgodzić na niezobowiązującą kolację z Wiśniewskim.

Nie minęło kilka minut, a wpadła Aldona z całym swoim rozgardiaszem. Już na wejściu zakomunikowała, że myślała, że zdąży zmyć makijaż, ale nie miała czasu, w ostatniej chwili przyszedł pan na strzyżenie i pomyślała, że jeszcze jego obskoczy. Aldona była znana z dużej liczby klientów, jakby miała w ręce stoper. Robiła jedną panią, a w międzyczasie, kiedy czekały na kolor, zapisywała na szybkie cięcie kogoś innego, by nie marnować czasu. I tak sobie siedziały i ględziły o całym mieście. Lidka za każdym razem grzecznie dziękowała jej za zaproszenie do swojego salonu, ale wolała unikać plotek.

Aldona ściągnęła pośpiesznie swoje czerwone okulary, we włosach miała wpiętą klamrę. Torebkę i płaszcz odwiesiła na wieszak. W trymiga położyła się na łóżku, co było do niej w ogóle niepodobne, ale widocznie dziś nie miała czasu na żadne plotki.

— Tego mi dziś trzeba, cały dzień na nogach przy kimś, a teraz ja. Nogi to mi wejdą, nie powiem gdzie. Potrzebuję urlopu. Lecę za tydzień do Grecji. Nareszcie, bo pracuję już dwa miesiące bez przerwy. Co to jest jeden wolny dzień w tygodniu?

— Świetnie, w takim razie mam nadzieję, że wypoczniesz. Chwila przerwy na pewno dobrze ci zrobi.

Lidka namoczyła waciki i zaczęła zmywać jej makijaż, by móc rozpocząć swoją pracę. Zauważyła u Aldony wybotoksowane, całkiem nowe czoło, ale wolała zachować to spostrzeżenie dla siebie, bo zaraz musiałaby zapisać sobie adres, bo przecież jej też by się przydało trochę o siebie zadbać. Aldona lubiła powiedzieć komuś, jak miał wyglądać i co powinien był w sobie zmienić, sama uwielbiała zabiegi medycyny estetycznej. Nienaturalnie wielkie usta były jej znakiem charakterystycznym od grubo ponad roku i o ile najpierw wyglądała całkiem przyzwoicie, tak później, z każdą dawką, było coraz gorzej. Najwidoczniej nie zdawała sobie z tego sprawy, a może po prostu zgubiła poczucie estetyki w pogoni za pozbyciem się własnych kompleksów. Piersi też powiększyła i od tej pory świeciła dekoltem jak szalona. Lidka nigdy w życiu nie pomyślała o tak ingerujących zmianach u siebie.

Zrobiła, co do niej należało, i trzydzieści minut masażu zleciało, nie wiadomo kiedy.

— No, od razu jak nowo narodzona. — Aldona przejrzała się w lustrze, rozpromieniona. — Bardzo się cieszę. — Lidka uśmiechnęła się, myjąc dłonie.

— Dziękuję, kochana, płacę i lecę, bo muszę dziecko odebrać z basenu. Muszę kiedyś wpaść na spokojnie, wypiłybyśmy jakąś kawkę. Albo ty do mnie do salonu. Musisz coś z włosami zrobić. Zadzwoń.

— Jak tylko znajdę chwilę, to się odezwę. — Lidka podała jej terminal i uśmiechnęła się grzecznie, wiedząc, że nigdy to nie nastąpi.

Szybko poszło. Widocznie Aldona miała dziś mocno napięty grafik. Jak cudownie, bo jej jedno pytanie powodowało dziesięć kolejnych. To niczym strącenie jednego klocka domino, który pociągał za sobą następne. To takie wiercenie, że człowiek nawet nie miał jak wybrnąć, bo do każdej odpowiedzi Aldona przypisywała kolejne pytania. Lidka nawet nie wiedziała, jakim cudem ona kodowała wszystkie te informacje ani skąd brała pomysły na swoje niedorzeczne i wścibskie pytania. Nie znała drugiej tak specyficznej osoby.

Koniec na dziś. Posprzątała gabinet, pożegnała dziewczyny i poszła do siebie. Siadła na stołku barowym w kuchni i znów pożałowała, że nie umówiła się z tym facetem. Wracał do jej głowy niczym bumerang. Wyjęła terminarz. Miała numer telefonu, więc długo się nie zastanawiała, sięgnęła po komórkę i wystukała cyfry.

Odebrał po trzech sygnałach.

— Tak?

— Dzień dobry, tu Lidia Kosińska. Chciałam zapytać, czy znalazł pan jakąś knajpę na wieczór?

— Proszę mówić mi na „ty”. Nie, jeszcze nigdzie się nie wybrałem, mówiąc szczerze, samemu nie bardzo mi się chce. Został mi test pizzy, chyba że chcesz mnie uratować tym telefonem.

— No właśnie. Bo jeśli masz ochotę, to ja jednak mam dziś czas i znam miejsce, gdzie można dobrze zjeść.

— Świetnie. Odbiorę cię, tylko daj znać skąd i o której.

— W takim razie do zobaczenia o osiemnastej pod moim salonem.

— Będę.

Rozłączyła się i pomyślała, czy nie zwariowała. Ona i mechanik na wspólnej kolacji po jednym masażu. Ten rozwód wyprowadził ją chyba na manowce.

Miała godzinę, by się wyszykować. Nalała sobie wody z miętą i cytryną do szklanki i poszła na górę, zrobić przegląd szafy. Co tu założyć? Przesunęła wieszaki z lewej na prawą, omijając sukienki. Postawiła na eleganckie granatowe spodnie zawinięte przed kostką, dzięki czemu nadawały się nie tylko do szpilek, ale nawet do adidasów. Do tego założyła białą bluzkę na ramiączkach i marynarkę, by dopełnić swoją stylizację. Wyglądała na luzie i bardzo jej się to podobało. Jak dawno nigdzie nie wychodziłam, pomyślała. Czuła, że wieczór poza domem dobrze jej zrobi.

Spryskała się delikatnie mgiełką do ciała i kiedy zobaczyła samochód przed domem, chwyciła torebkę i wyszła na spotkanie nieznanemu. Darek wysiadł, by otworzyć jej drzwi od samochodu. Cóż za szarmancki gest. Był ubrany bardzo schludnie, czarne materiałowe spodnie i koszula z łatami na łokciach, która dodawała mu lekkości. Niby elegancko, a jednak z nutą luzu.

Dobrali się.

— Dokąd? — zapytał, zapinając pasy.

— Lubisz kuchnię meksykańską?

— Na ogół nie bywam w takich restauracjach, ale chętnie spróbuję.

— W takim razie jedziemy na Wiślaną, jest tam świetna knajpa. Pokieruję cię.

Ruszyli zgodnie ze wskazówkami Lidki i po dwudziestu minutach byli na miejscu.

Czekał na nich jakby ostatni wolny stolik w knajpie Chilli Bistro, więc usiedli na kolorowych krzesłach i cieszyli się, że było miejsce. Wnętrze tonęło w ciepłych barwach. Na ścianach wisiały malowidła przywołujące klimat Meksyku, a pod sufitem wielkie, kolorowe kapelusze, co robiło niesamowite wrażenie. Były też repliki gitar w czy też pięknie namalowane obrazy ze szkieletami w kwiecistych wzorach, nawiązujące do starych wierzeń o duszach po drugiej stronie. Lidce podobał się ten klimat. W dodatku trafili na muzykę na żywo, która tworzyła przyjemny nastrój oraz zapraszała do zabawy w jej rytmie. Pewnie stąd taki tłok. Kilka osób nawet dało się porwać i pląsało po parkiecie, nie bacząc na zażenowane spojrzenia innych gości. Lidka uważała, że to cenna umiejętność — bawić się, tańczyć, śmiać, kiedy ma się na to ochotę.

Było kolorowo, soczyście i głośno. Zupełne przeciwieństwo zwyczajnych wieczorów w domu. Cieszyła się, że wybrała to miejsce. Pozwalało zagłuszać myśli, od których chciała uciec, pozwalało na chwilę zapomnieć o problemach i troskach codziennego życia, pozwalało odetchnąć. Można było na chwilę przenieść się do innego świata.

Zamówili danie z karty, Lidka zdecydowała się na chilli con carne, którego nie jadła już chyba wieki. Darek za jej przykładem wziął to samo, a na przystawkę zamówili małą porcję nachosów.

— Powiesz mi coś więcej o sobie?

— Co chciałabyś wiedzieć?

— Prościej byłoby spytać, czego nie chciałabym wiedzieć. — Zaśmiała się. — Skąd jesteś?

— Z Kłodzka.

— Z Kłodzka? — zdziwiła się.

— Tak, z Kłodzka.

— Przecież to kawał drogi stąd.

— No w sumie to tak, jest kawałek. Nawet na drodze na siebie wpadliśmy. — Roześmiał się. — Jednak nie mieszkam tam już od dawna. Prowadzę warsztat w Ostrowcu Nadwiślańskim — skwitował krótko.

Lidka była zaskoczona. Co facet z Kłodzka robił w ich mieście i jakim cudem po akcji z samochodem zgodził się na masaż? A tym bardziej, co robiła Lidka, jedząc dziś z nim kolację, którą w sumie sama zaaranżowała? Ten wieczór można było opisać jednym zdaniem — po prostu Meksyk. Jeszcze brakowało wsiąść na szalonego byka i wio.

Kelnerka w uroczym kowbojskim kapeluszu podała im przystawkę i napoje. Zdecydowali się na lemoniadę. Darek prowadził, a Lidka uznała, że nie wypadało pić jej samej, tym bardziej na pierwszym spotkaniu.

— Co cię tu tak naprawdę sprowadza?

— Chciałem kogoś odwiedzić.

— Udało się?

— W pewnym sensie — odparł wymijająco. — To skomplikowane.

— Na jak długo zostajesz?

— Jeśli pytasz, czy zdążysz pokazać mi miasto, to myślę, że tak. — Uśmiechnął się i wziął łyk lemoniady. Była orzeźwiająca, z kwaskową nutą.

Jego brązowe oczy uciekły w stronę ludzi bawiących się na parkiecie.

— Nie wiem, czy nadaję się na przewodnika.

— Wystawię ci obiektywną ocenę. — Mrugnął okiem. — A może teraz ty mi powiesz coś o sobie?

— Ja? — Lidka przegryzła kawałek nachosa, próbując nie ubabrać całej buzi w ciągnącym serze.

Nie wiedziała, co mogłaby powiedzieć o sobie po ostatnim roku, który doprowadził do najgorszej porażki w jej życiu, jaką był koniec małżeństwa. Chwalić się rozwodem czy schorowanym byłym mężem? Tak naprawdę jej życie grubo się spieprzyło i wolałaby pominąć ten temat.

— Cóż, poza moim studio mam syna, jest już dorosły.

To była najlepsza odpowiedź, jaka przyszła jej do głowy.

— Jak ma na imię?

— Franek. — Lidka rozpromieniła się, wymawiając jego imię.

Kelnerka z pięknie zaplecionymi warkoczykami postawiła przed nimi zamówione dania, które pachniały obłędnie, i życzyła im smacznego.

Lidka przedstawiła Franka w kilku słowach, opowiadając o tym, czym się zajmuje. Widać było, że Darek był mocno zdziwiony jego planami na życie. Lidka przywykła, choć w dniu, w którym oznajmił, że nie wybiera się na studia, miała ochotę wysłać go w kosmos. Udowodnił jednak, że nie były mu naprawdę do niczego potrzebne i radził sobie świetnie bez nich. Robił to, co lubił, zarabiał, dbał sam o siebie, nie był od nikogo zależny, więc czemu miała nie cieszyć jego szczęściem? Czasem rodzice wymagali od dzieci życia według własnych wymagań. Nawet od tych już dorosłych. Pragnęli, by były kimś, miały najlepsze studia, najlepszą pracę. Dorośli często oczekiwali od swoich pociech realizacji własnych niespełnionych aspiracji. Przecież nie o to chodziło. To ich życie, ich wybory, ich sukcesy, ale też ich błędy. Nie dało się ochronić dziecka przed wszystkim ani dyktować mu, jak ma żyć.

Lidka akceptowała wybory Franka, nawet jeśli w głębi duszy czuła, że postąpiłaby inaczej. Jednak to było jego życie. Ona dokonała swoich wyborów, niech on dokonuje swoich, by za dziesięć lat nie powiedział jej, że mógłby robić coś innego, gdyby nie ona. Tego nie chciała przede wszystkim.

Po zjedzeniu chili con carne domówili jeszcze dwie szklanki lemoniady, bo gardła trochę ich paliły. Darek opowiedział o swoim warsztacie, w którym zajmował się naprawą oraz renowacją starych samochodów. Była pełna podziwu dla jego pasji. Wyobraziła go sobie leżącego pod maską samochodu, z tymi wszystkimi narzędziami wokół, lekko ubrudzonego smarem — i przyznała w duchu, że to bardzo seksowny widok, tym bardziej że znała już jego umięśnione ciało. Nie wiedzieć czemu, jadł z nią dziś kolację w meksykańskiej knajpie przy szalonych, wesołych rytmach muzyki i całkiem jej się to podobało. Niestety poza szczegółami na temat pracy, jaką wykonywał, nie opowiedział jej dużo więcej. Widać było, że wolał zachować swoje życie dla siebie, ale przecież i ona nie pochwaliła się historią z Jerzym, więc nie chciała drążyć niezręcznych dla nich obojga tematów. Każdy miał jakąś przeszłość. Może innym razem będą chcieli podzielić się czymś więcej?

Po jedzeniu postanowili przejść się jeszcze na krótki spacer. Pogoda sprzyjała, a oni oboje nie mieli ani nic lepszego do roboty, ani widoków na inne towarzystwo tego wieczoru.

— Jest szansa, że jeszcze zjemy razem kolację? — spytał, odwożąc ją do domu.

— Jutro wybieram się do rodziców, zanim mnie wydziedziczą za to, że nie mam czasu. Poza tym muszę odebrać od nich swojskie jajka. Podjadę do nich po pracy, ale jak chcesz, to wpadnij do mnie wieczorem. Jeśli nie masz nic lepszego do roboty.

— Świetnie, ratujesz mnie przed samotnością w obcym mieście.

— A może to ty ratujesz mnie.

Przed samotnością w moim własnym domu, dodała w myślach i uśmiechnęła się, wysiadając.

— To był naprawdę udany wieczór.

— Dla mnie też, do jutra!

Znalazła klucze w torebce i weszła do domu. Darek odjechał. Ciekawa była, gdzie się zatrzymał.

Rzuciła torebkę na szafkę przy lustrze, zdjęła buty i nalała sobie szklankę wody z miętą. Usiadła na kanapie i oparłszy głowę o poduszkę, zamknęła oczy. Cisza. W domu nie było słychać niczego. Nagle podskoczyła, kiedy ekspres zaczął się odkamieniać. Popatrzyła w stronę kuchennego blatu, gdzie panował półmrok i tylko ekspres rzucał delikatne światło. Przynajmniej rano będę mogła napić się świeżej kawy, pomyślała. Spojrzała na telefon. Wyciszyła powiadomienia w drodze do knajpy, więc teraz mogła sprawdzić, czy ktoś się do niej dobijał. Dwa połączenia od Iwony. Pięknie.

Wybrała numer przyjaciółki bez namysłu.

— Hej.

— No hej.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 55.13
drukowana A5
za 73.63