Nie jestem pisarką z dużego wydawnictwa. Jestem autorką z potrzeby serca.
Ta prawdziwa historia powstała po to, by pomagać, a nie po to, by być idealna. Książka została wydana w self-publishingu. Dołożyłam do niej wszelkich starań.
Jeśli odnajdziesz w tych słowach siebie lub kogoś bliskiego, to znaczy, że cel tej książki został spełniony.
Człowiek szukający poczucia bezpieczeństwa, choćby tylko w sferze psychiki, przypomina kogoś, kto odrąbałby sobie nogi po to, by zastąpić je protezami, które nie sprawią mu bólu, ani przysporzą kłopotów.
Henry Milter
Po dwudziestce nie przejmujemy się tym, co świat o nas myśli. Po trzydziestce martwimy się, co świat o nas myśli. Po czterdziestce odkrywamy, że świat nie myślał o nas wcale.
anonim
Opowieść ta została zapisana z konieczności, nie z ambicji ani dla rozrywki, nie dla zysku materialnego. Nosi w sobie więcej zmęczenia niż nadziei i więcej prawdy, niż zwykło się tolerować. Może być przestrogą dla tych, którzy wierzą, że człowiek zawsze ma wybór, oraz dla tych, którzy cudzy ból mierzą własną odpornością. Niech będzie także niepokojem dla wszystkich, którzy sądzą, że milczenie oznacza zgodę.
Czytać ją można na wiele sposobów: cicho, jeśli nauczyłaś się nie zajmować miejsca; głośno, jeśli Twoim zadaniem było tłumaczyć innym świat, lub wcale, jeśli prawda wciąż wydaje się zbyt kosztowna.
Nie jest to opowieść ku poprawie nastroju.
Nie oferuje recept ani pocieszeń.
Elizabeth Maziakowska
W procesie tworzenia, pozostając otwarta, odprężona, skoncentrowana na tym, co robię, czyli będąc uważna, liczy się dla mnie tylko tu i teraz. Otworzył się kanał wyższego wymiaru, z którym się łączę. Stąd przychodzi do mnie inspiracja, wgląd i prowadzenie. Wychodzimy z założenia, że nieskrępowany obieg myśli może tylko pomóc, a nie zaszkodzić w wypracowaniu sensownego stanowiska w dyskutowanych kwestiach. Życie jest łatwiejsze niż nam się wydaje. Wystarczy godzić się z tym, co jest nie do przyjęcia, obywać się bez tego, co niezbędne, i znosić rzeczy nie do zniesienia. Koniec świata, do którego przywykliśmy, opiera się na przekonaniu, że w imię sterowania materią technologiczną ludzkość jest jednością, a tego nie można zignorować. Załóżmy, że wszystko, co wiemy, nie jest nie tylko niewłaściwe, ale też są to bardzo dokładnie dobrane kłamstwa. Załóżmy, że nasze umysły wypełnione są nieprawdą o sobie, o historii, o otaczającym nas świecie, zaszczepioną przez wpływowe siły, aby ukołysać nas do snu…
Na razie najpopularniejszym sposobem przetrwania jest kodeks walki. Pragnienia przyciągają, my zaś jesteśmy uwodzeni. Czy będziemy bratnią duszą, dobrymi przyjaciółmi, czy receptą na katastrofę?
Nie wiedząc często, z jakim obiektem mamy do czynienia, musimy zawsze liczyć się z kursem kolizyjnym, bo na to często wskazują kalkulacje.
Wstęp
Istnieje pewna opowieść, która krąży od lat. Dla jednych jest żartem, dla innych czymś, czego nie da się już „odśmiać”. Samolot rozbija się w nieznanej dżungli. Z katastrofy ocalał jeden mężczyzna. Sam, przerażony, zdeterminowany, by przeżyć. Przedziera się przez gęstwinę, szukając wyjścia, aż staje twarzą w twarz z tubylcem. Ten daje mu wybór: śmierć albo bongo-bongo. A przecież każdy chce żyć, prawda? Mężczyzna wybiera bongo-bongo. To oznacza bolesny gwałt. Przeżywa i idzie dalej. Po czasie spotyka dwóch tubylców. Otrzymuje ten sam wybór. Myśli: „z dwójką dam sobie jeszcze radę”. Znowu wybiera bongo-bongo. Przeżywa i idzie dalej. Wyjścia jednak nie widać. Wyczerpany, poraniony, psychicznie i fizycznie złamany, trafia na cały tłum tubylców. Ich przywódca powtarza pytanie: „śmierć czy bongo-bongo?”. Tym razem mężczyzna ma dość. Doświadczył już zbyt wiele. Patrząc na dziesiątki oczu wlepionych w niego jak w świeże mięso, wybiera śmierć.
Na co przywódca odpowiada:
— No to śmierć przez bongo-bongo?
Śmieszne? Dla niektórych tak. Dla innych tylko niesmaczne. A dla mnie bolesne i prawdziwe, bo ten żart nie jest o dżungli.
Jest o wyborach, jakie rzuca nam los, które zmuszeni jesteśmy podjąć. O decyzjach, które podejmujemy nie dlatego, że chcemy, ale dlatego, że nie widzimy wyjścia. O umyśle, który potrafi być srogim panem i bardzo kiepskim sługą. Ja również dokonałam takiego wyboru. Wybrałam pewien rodzaj śmierci po wieloletnim bongo- bongo. Nie mówię o przemocy fizycznej. Mówię o tej, która nie zostawia siniaków, ale zostawia pustkę. O tej, która powoli, konsekwentnie wyciera człowieka psychicznie na wszystkie strony.
Może ciebie też to dotyczy?
Dla innych było to niemożliwe do uwierzenia. Przez całe życie słyszałam, że jestem zorganizowana, odpowiedzialna, przedsiębiorcza. Słyszałam na okrągło, że dbam o rodzinę, ich bezpieczeństwo, zasoby. Jakbym w jednej osobie była kobietą i mężczyzną. Filarem z oparciem i rozwiązaniem, ale nawet najsilniejszy filar pęka. Nie da się żyć wiecznie w trybie przetrwania. Nie da się ciągle wybierać „mniejszego zła”. Nie da się bezkarnie ignorować własnego bólu. Ta książka jest o bólu, którego nikt nie widzi.
O bólu, który bywa kwestionowany.
O bólu fantomowym realnym, choć niewidzialnym.
I o tym, co się dzieje, kiedy w końcu…
przestajesz wybierać bongo-bongo.
I Nie ma odwrotu
Straciłam kontakt z tym światem na parę godzin w 2024 roku. Zapaść? Nie wiem. Nie musiałam wtedy sprawdzać, czy jestem, czy oddycham, czy się obudzę. Pamiętam za to powietrze — przyjemnie ciepłe, otulające, choć wszystko wskazywało na jesień. Do dziś nie potrafię tego pojąć. W drodze na strych, z usilnym pragnieniem teleportacji do innego życia, świata, opierając się o ścianę komina, w jednej chwili znalazłam się w miejscu, które zdawało się… piękne, lepsze. Jakby ktoś na moment wyłączył ciężar. Siedziałam bardzo wysoko, w drewnianej chacie. Przede mną trzaskało ogromne okno, wyskakujące z zawiasów. Poruszane silnym, choć zaskakująco ciepłym wiatrem, który wpuszczał do środka powietrze, kojąc każdy fragment ciała. Okno na przemian otwierało się i zamykało. Wiatr był gwałtowny, a jednak szyba nie pękła. Było to typowe poddaszowe okno, otwierane pionowo. Mogłam trwać w tym bezruchu bez końca. Podeszłam bliżej i wtedy zauważyłam ją. W rogu siedziała młoda kobieta. Byłam przekonana, że jestem sama. Miała podkulone nogi, wzrok wbity w telefon, palce poruszające się po klawiaturze w nienaturalnym transie. Nie zauważyła mnie.
Poprosiłam ją, żeby pomogła mi z oknem. Jeden zawias był już wyrwany, bałam się, że zaraz wypadnie i obie zostaniemy wessane przez wiatr. Odpowiedziała obojętnie, żebym poprosiła o to swoją mamę. Powiedziałam, że to niemożliwe, mojej mamy tu nie ma, a nawet gdyby była, obecnie jest bardzo chora, słaba, nie miałaby siły. Czarnowłosa postać wzruszyła ramionami i dalej pisała. Spojrzałam przez okno. To był widok nie do opisania. Jedna z tych rzeczy, których nie da się objąć umysłem, a co dopiero przelać na papier tak, by ktoś zrozumiał choć jeden procent. Ujrzałam złoto-żółte barwy, jak królestwo. Na drzewie, dokładnie na wysokości okna, rosły jabłka tak ogromne, że jednym można by nakarmić z jedenaście osób. Byłam zachwycona. Wołałam do współlokatorki, że tymi owocami dałoby się wykarmić wszystkich, że bieda nie miałaby tu wstępu. Liście szeleściły. Okno trzeszczało. Ona nie odpowiedziała. Zapytałam, czy zdaje sobie sprawę, w jak pięknym miejscu mieszka? Ile ma tu zasobów! Jak czyste i ciepłe jest powietrze, mimo jesieni. Nastała cisza. Moja ekscytacja zaczęła ją drażnić. Ostatni raz podeszłam do okna, próbując złapać klamkę i zamknąć je bezpiecznie, ale podmuch był zbyt silny. Nie miałam szans. I wtedy usłyszałam głos. Powiedział mi, że kobieta w rogu jest symbolem. Nie jednej osoby, ale wielu tych, którym pomagałam, a ja jestem po drugiej stronie ekranu telefonu. Zawsze dostępna, pocieszająca. Z ripostą, sarkazmem, wsparciem, mentalnym, psychicznym, a gdy trzeba także finansowym.
Przed telefonem była istota, która uznała, że to jej się należy. Skoro znalazła antenę — mnie, która wszystko odbiera — to dlaczego z niej nie korzystać? Zrobiło mi się zimno. Wiatr przestał być otulający. Zaczął zostawiać na skórze ślady odmrożeń. Cofnęłam się. Głos krzyczał: „Nie ma odwrotu!”. Okno zostało wyrwane. Pod stopami nie było podłogi. Grunt poruszał się, jakby był na kółkach. To były szpitalne łóżka. Jedno obok drugiego. Trudno było utrzymać równowagę. Moja stabilność zniknęła. Kobieta z pokoju również. Huragan porwał mnie dalej, wciągając w nieznaną, ciemną otchłań, dziurę. Została tylko nicość, pustka i dźwięk serca z niedomykającą się zastawką.
Robiłam porządki w szufladzie z dokumentami. Szukałam papierów z moich nieszczęsnych studiów. Po odzyskaniu sił wiedziałam, że powrót na rynek pracy będzie nieunikniony, ale już na własnych zasadach. Przeglądałam świadectwa pracy, dyplomy, referencje, stare CV. Wszystko wydawało mi się reliktem prehistorycznego dinozaura. Jakby należało do kogoś, kim już nie jestem. Wtedy wpadła mi w ręce teczka. Nie z kolejnymi „sukcesami zawodowymi”, lecz z aktem zgonu i jego przyczyną. Boże kochany, w tym roku mijało dziewięć lat od chwili, gdy mój ojciec… mój ojciec popełnił samobójstwo. Zawsze chciał to zrobić. Miał wcześniej kilka nieudanych prób.
Po każdej z nich mówił do mamy:
— Danuśka, nawet diabeł nie chce mojej duszy.
I opadał bezbronnie na fotel, taki zamknięty w sobie. Nigdy nie mówił, co naprawdę w nim się kotłuje. Był jednym z najsilniejszych braci w rodzeństwie. To on przejął gospodarstwo, ale jak to w życiu bywa, nie ma nic za darmo. Despotyczny ojciec, a mój dziadek, wykończył go psychicznie. Gospodarkę przepisał na tego najsilniejszego, pojąc swojskim bimbrem i każąc pracować ponad siły. Można by to porównać do sytuacji, gdzie tak naprawdę mój tato był skupem w tej rolniczej „firmie”, a ostatnie słowo należało do dziadka. Przemoc fizyczna i psychiczna była tam na porządku dziennym. Ojciec bał się swojego ojca. Latami śnił, że bije się z nim na cmentarzu widłami. Koszmary wykraczające poza ludzki umysł. I nawet dla tak silnego mężczyzny, jakim był mój ojciec, wewnętrzne demony sprawiły, że te sny były nadzwyczaj realne.
Są takie zgony, przy których podczas składania kondolencji ma się ochotę wyrwać księdzu mikrofon i powiedzieć głośno, że kondolencje były potrzebne dla bliskich zmarłego, za życia tego człowieka, tego, którego teraz spuszcza się do dołu z ulgą. A dziś należą się raczej… gratulacje. Tak w duchu i w myślach niejeden pomyślał przy pogrzebie mojego dziadka — ojca mojego taty. Śmierć dziadka Michała była pewnego rodzaju ulgą dla wszystkich domowników. Pamiętam go z dzieciństwa i czasów nastoletnich. Dziadek Michał — ten, przy którym gratulacji nigdy się nie składa, bo przecież „każdego szkoda”. Nie, nie każdego. Nie boję się tego powiedzieć. Pamiętam, jak jako pięciolatka widziałam, jak gonił moją mamę z siekierą. Podobno dla dziecka to traumatyczne przeżycie. Pamiętam, jak uderzył mojego brata łańcuchami od krów na polu.
I pamiętam horror mojej mamy, która weszła w tę rodzinę jak w najgorszy scenariusz grozy, mroku, sponiewierań i pijaństwa ojca. Dziadziunio Michał był „tylko człowiekiem”. Miał swoje traumy. Uciekali z babcią Marysią z terenów rzezi wołyńskiej. Strzelano do niego. Po emigracji gnieździli się po kilka rodzin w jednym domu, aż moja babcia za swoje dobre serce dostała od Niemców dom w prezencie. Mieli ośmioro dzieci. Sami chłopcy. Podobno na wschodzie byli jeszcze jacyś bliźniacy, ale zmarli zaraz po porodzie. Z całego rodzeństwa został obecnie tylko jeden wujek Adam, mieszkający w Stanach Zjednoczonych. Tak to już jest. Jeden w Zjednoczonych, drugi we własnych stanach lękowych.
Wujek Staszek był tym innym dzieckiem z całej ósemki. Ukochanym synem. Babcia Jadzia ze strony mamy twierdzi, że zawsze bardziej kocha się to jedno dziecko. Stanisław był tym wyjątkiem, który sam szył sobie ubrania. Dostał się do marynarki wojennej. W tamtych latach duma rodziny. Na jednej z przepustek dał się namówić znajomemu na przejażdżkę motocyklem. Znajomy ten był pod wpływem alkoholu. Nie odjechali daleko. Na zakręcie motor wypadł tak niefortunnie, że rura wydechowa przebiła wujkowi główną tętnicę szyjną. Nie było żadnych szans. Zginął na miejscu, wykrwawiając się. Miał dwadzieścia kilka lat. Pamiętam zdjęcia z pogrzebu, które oglądałam za dziecka. Leżał w trumnie w mundurze. Młody chłopak, na twarzy miał założony biały welon, żeby nie przyciągać uwagi rany i zasinień. Mój tata miał wtedy około czternastu lat. To musiała być potężna trauma dla wszystkich.
Po tej śmierci dziadek Michał można powiedzieć, że w pewnym stopniu zwariował. Przez jakiś czas bardzo się rozchorował. Leczono go specjalną miksturą na bazie białego wina gronowego, miał też wstawioną jakąś blaszkę do głowy, ale to wydarzenie nie uczyniło go lepszym człowiekiem. Nie zamknął się w sobie. Stał się niebezpieczny. Uważam, że człowiek, który ma w rękach siekierę, widły czy jakiekolwiek narzędzie i nie zawaha się go użyć, jest zagrożeniem. A on miał różne narzędzia i używał ich, gdy tylko coś mu nie odpowiadało. To „coś” nie dotyczyło wyłącznie mojej mamy czy ojca.
Dotyczyło także obcych ludzi. Jeśli ktoś przyjechał na wieś na czereśnie, dziadek uważał, że wszystko jest jego własnością. Potrafił kłuć młodego chłopaka czy dziewczynę widłami od dołu, żeby zeszli z drzewa i nie jedli „jego” owoców. Owoców z tego drzewa, niczym w Edenie.
Nie muszę dodawać, że był katolikiem. Prawda? Z naciskiem na pierwszy człon tego słowa: kat. Dziadkowie od strony ojca stracili więc z ośmiorga dzieci czworo, nie licząc bliźniąt na wschodzie. W późniejszym czasie: półrocznego Frania i Staszka z wypadku. Franio zmarł na zapalenie płuc. Babcia go wykąpała, nie wiedząc, że jest chory. Tak to kiedyś było, dzieci rodziło się dużo, ale śmierć zabierała je szybko i bez ostrzeżenia. Życie z dziadkiem pod jednym dachem nie należało do łatwych. Mój tata nadużywał alkoholu. Typowe dla nieprzepracowanych emocji u mężczyzny, z benefitem pojenia trunkiem w polu. Niszczył tym nałogiem siebie i bliskich wokół. Wielokrotnie zostawiał moją mamę na pastwę losu, która w tym związku pełniła rolę matki, ojca, niańki i „białego Murzyna”. Pracowała na gospodarce jak niewolnica, a także dorabiała u innych. Prawdziwy koń pociągowy z niezliczoną liczbą wagonów. Prawdziwy mężczyzna, kochający swoją kobietę i mający z nią dzieci, nie zachowuje się w ten sposób. Wychowałam się więc w atmosferze niepokoju, niskiego poczucia bezpieczeństwa i ciągłego lęku o finanse, o byt. To miało ogromny wpływ na ukształtowanie mnie jako człowieka. Było coś jeszcze ważniejszego. Żadne z tych doświadczeń mnie nie złamało. Nie stałam się jak mój dziadek. Nie powieliłam schematu mojego ojca. Nigdy nie byłam uzależniona od żadnych substancji, poza papierosami, które rzuciłam skutecznie ponad dwa lata temu. Papierosy krzywdzą i szkodzą głównie nam samym. Nie odbierają jednak rozumu. Nie zamieniają człowieka w agresywną małpę. I to też jest część tej historii.
Gwałtowne uduszenie. Tak widniało w dokumentach jako przyczyna zgonu mojego ojca. Czytałam dalej, daty, opisy. Wracał tamten dzień. Nie mogłam uwierzyć, że minęło dziewięć lat. Teraz, kiedy to piszę, dziesięć. Za każdym razem, gdy ktoś umiera, czy to w wypadku, w chorobie, czy przez samobójstwo, pojawiają się setki wersji. Ludzie snują domysły. Tak było i tym razem.
Mój ojciec często zostawiał mamę samą. Zawsze wtedy, gdy warunki były najtrudniejsze, albo w srogiej zimie, albo w lato przy żniwach. A żniwa same się nie wykoszą. Mama żyła w ciągłym napięciu, że wszystko zgnije w polu, że nie będzie z czego żyć. Czy dorastanie w takich lękach jest wspierające? Nie sądzę. Jeszcze trudniej jest potem nie przenieść tego na własne dziecko. Wypracowałam tę umiejętność skrupulatnie.
3 sierpnia 2015 roku, w poniedziałek, panowały rekordowe upały. Szłam na pocztę nadać listy z pracy. Pracowałam wtedy w agencji pracy w Głubczycach. Zwykle ta droga była rutyną, wychodziłam około południa. Tamtego dnia poczułam silny ucisk w klatce piersiowej. Każdy krok ciągnął się w nieskończoność. Świat zwolnił. Ciężko mi się oddychało. Nadałam listy i wróciłam do biura. Pamiętam, że zachwalałam dziewczynom jakiś nowo zamówiony puder z mango i wtedy zadzwoniła mama.
Odebrałam.
— Ela, Ela, dzwoń na pogotowie… tato się powiesił — usłyszałam zdanie.
Był sierpień, a jeszcze niedawno w lipcu, jak gdyby nigdy nic, rodzice wpadli do mnie do pracy z czereśniami dla wszystkich. Ojciec uśmiechnięty, elokwentny, dowcipny. Kto go nie znał, nigdy nie powiedziałby, że ma problem z alkoholem. Potrafił budować relacje. Robił doskonałe wrażenie.
Sygnał się urwał. Nie wiem, ile minęło czasu. Pamiętam tylko, że powiedziałam na głos w biurze:
— Mój tato się powiesił.
Zapadła cisza, a ja osunęłam się pod stół. Dziewczyny mnie podniosły. Zaczęłam płakać. Zadzwoniłam na pogotowie. Zawsze był problem z nawigacją i zlokalizowaniem naszej wsi, bo była zbyt mała, zbyt ulotna, niewidoczna, często mylona na mapach. Można było przy tej lokalizacji zginąć jak w trójkącie bermudzkim. Ratowało mnie jedno zdanie: iż jest to blisko przejścia granicznego na Osoblahę. Dyspozytor zapytał, czy powieszenie było skuteczne czy nieskuteczne? Skąd, do cholery, miałam to wtedy wiedzieć?
Pojechałam z koleżanką Martą do rodzinnej wsi. Szybko zatankowałyśmy, za nami jechała druga dziewczyna w eskorcie, żeby później odwieźć Martę i sprawdzić, czy ja w ogóle dam radę dojechać. Las Marysieńka ciągnął się bez końca. Słońce migotało między drzewami, a ja zadawałam sobie jedno pytanie: czy mój tato żyje, czy już nie? Bałam się o mamę. Czy jest tam sama? Gdzie on to zrobił? Cienie leśne się skończyły. Wjechałam do wsi. Na środku jak zawsze stało już na środku towarzystwo wzajemnej adoracji i dyskutowało o tragedii. Zaparkowałam z boku, przy bramie. Na podwórku było pogotowie i radiowóz. Mój tato leżał pod drzewem. Jakby spał.
Bez sinicy, bez wysuniętego języka, bez wykrzywionej twarzy. Nie miał skręconego karku. Powieszenie było na klęcząco na bocznej gałęzi jabłoni w sadzie. Cały żywot zakończony został na białym sznurku, który często stosowało się do wiązania worków. Taki biały skurczybyk dał radę, a mój ojciec całe życie silny jak biblijny Samson tym razem nie dał. Mama siedziała na ławce i trzymała się za głowę. Zgon stwierdzono około godziny 13:20. Przyczyna: gwałtowne uduszenie. Leżał tak, jakby spał, ale już się nie obudził.
Do osiemnastej trwały czynności. Prokurator, oględziny. Sprawdzanie, czy nie było zamieszanych osób trzecich. Standardowa procedura. I nastał ten moment, kiedy tato został zapakowany w czarny worek i załadowany do samochodu, zmierzając prosto na sekcję zwłok. Było ponad trzydzieści stopni na plusie, upał nieznośny. Moim zadaniem było poinformować o wszystkim rodzeństwo. Siostra była wtedy z narzeczonym w Wiśle. W zasadzie już wracali. Brat był w trasie, w pracy. Najpierw zadzwoniłam do bratowej. Zapytałam, czy taki telefon to dobry pomysł? Bałam się, że brat, zawodowy kierowca, może czegoś nie dopilnować na drodze. Przecież to tragiczna informacja, jak to zrobić delikatnie? Zastanawiałam się. Musiał być skupiony, czujny, a wiadomość była druzgocąca. Został nam tylko wyjący płacz przez telefon i próba pogodzenia się na tyle, na ile w tamtym momencie było to w ogóle możliwe, z faktem, że nie ma odwrotu. Tato nie wróci. Pogrzeb odbył się w piątek, 7 sierpnia. Wydrukowałam zdjęcie taty, żeby można było położyć je na trumnie. Trumny wspólną decyzją nie otwieraliśmy, ani dla siebie, ani dla innych. Wspieraliśmy się nawzajem, czerpiąc resztki sił z głupkowatych rozmów, plotek, niedowierzania. Do mojego brata potrafił zadzwonić kolega i zapytać wprost:
— To prawda, że twój stary się powiesił?
Zero delikatności. Jakby pytał, czy prosiak już wypatroszony na obiad.
Podczas uroczystości pogrzebowej brat złamał się w momencie tzw. Ofiarowania. Gdy ludzie zaczęli krążyć wokół ołtarza, żeby sypnąć groszem do koszyka, zobaczył, ilu ich jest. Tłumy. I wtedy pękł. Jego ciałem zawładnęły wstrząsy płaczu, szarpania, żalu, niedowierzania. To normalne, po chwili się uspokoił. Dla mnie najtrudniejsze było zdjąć przy wszystkich zdjęcie taty z trumny, odwrócić się twarzą do ludzi i spojrzeć komukolwiek w oczy, ale zrobiłam to.
Nie miałam wyjścia.
Na cmentarzu przy składaniu kondolencji ludzie nie omieszkali zapytać brata o pole, dzierżawę, maszyny, dodając: „jakby co, to dzwoń”. Idealny moment na interesy spadkowe. Ludzie nie mają taktu ani wyczucia, ani współczucia. Karmią się cudzą tragedią i snują własne domysły. Nic więcej. Są tacy, którzy w takich momentach mają zawyżone skłonności do wykorzystania innych na cudzej tragedii. Nazajutrz, w sobotę, zadzwonił brat, żebym przyjechała z córką na basen. Obiecał upiec kukurydzę, posiedzieć razem. Zgodziłam się. W noc po pogrzebie nie mogłam zasnąć. Czułam, że ktoś mnie głaszcze po głowie. To nie był mój mąż. Miałam to samo po śmierci dziadka ze strony mamy. Znam to uczucie. Czyżby tato przyszedł się pożegnać? Zabrać choć namiastkę tych kotłujących się myśli? Ostatni raz widziałam go żywego w lipcu. Miewał wtedy swoje ciągi alkoholowe, ale akurat wtedy był trzeźwy. Mama się do niego nie odzywała. Miała żal. Nienawidziła jego pijaństwa. Zeszłam do taty przy garażu i pochwaliłam się, że dostałam pierwszy w życiu mandat w wysokości 50 zł. Zapytał, jak wyglądał policjant. Odpowiedziałam, że taki z łysą pałą. Stwierdził, że to chyba pan N. 57 km/h w terenie zabudowanym, sprawca: Fiat Seicento! To jak próba ucieczki przed życiem samochodem, który sam ledwo zipie, podczas gdy świat i tak pędzi po twoich zwłokach. Potem poszłyśmy z mamą na chwilę do sadu. Szykowała się na basen. Była wściekła na tatę. Mocno wiało, podobnie jak w tym moim śnie na strychu, choć powietrze było inne. Ciepłe, ale inne. Zawsze paliłam po kryjomu przed ojcem. Przy mamie normalnie. Przy nim nigdy bym się nie odważyła, choć wiem, że nic by mi nie zrobił. Mama obserwowała, gdzie jest, a ja stresowałam się i atmosferą, i tym papierosem, żeby ze strachu nie połknąć go w popłochu i nie zapalić się od środka. Tato przyszedł do nas nieśmiało. Z poczuciem winy. Niesfornie próbował zagadać. Mama odwróciła głowę i ściągnęła usta w podkowę. Tato dał mojej córce orzecha laskowego. Postanowiłam wracać do domu. Skoro mama szła na basen, nie było tam już dla mnie miejsca. Atmosfera była dziwna, a ojciec zamknięty. Wyjeżdżając, zatrzymałam się przy bramie. Tato był po drugiej stronie. Podeszłam, powiedziałam, że jadę do domu. Poprosiłam, żeby dbał o siebie i uważał, bo się martwię. Odpowiedział, że musi jakoś dotrwać do emerytury mamy, żeby ją dostała. A potem… niech się dzieje, co chce, że ma dość. To było nasze ostatnie spotkanie za jego życia, pod koniec lipca 2015 roku.
Zaczęłam szykować siebie i Laurę do brata. Upały trwały w najlepsze. W pośpiechu i jakiejś dziwnej nieprzytomności po tym pogrzebie wyjechałam do niego w samym staniku. Tak było gorąco. Zawróciłam, modląc się, żeby żadnego sąsiada nie było na podwórku. Założyłam koszulkę i ruszyłam dalej. U brata w cudownie zaaranżowanej altanie było wszystko: kuchnia, lodówka, huśtawka. Azyl. Trochę pomoczyłam się w basenie z dziećmi, potem usiadłam przy stole. Rozmawialiśmy. Doszliśmy do wniosku, który dawał odrobinę nadziei, że tato już nie cierpi i musi mu być lżej niż tutaj. Kiedyś przeczytałam zdanie, że samobójcom nie powinno się pomagać przeżyć. Babcia kiedyś dodała, że trafiła na rozszerzoną wersję historii wskrzeszenia Łazarza. Podobno on bardzo żałował, że Jezus przywrócił go do życia. A wszystko to tylko dlatego, bo niewiasty płakały. Łazarz powrócił do życia z poczuciem utraty. Dało mi to do myślenia. Ten wątek w Biblii jest okrojony i to mocno. Ktoś coś przed nami solidnie ukrył. Coś, co mogłoby wieloma porządnie wstrząsnąć. Rozważam to często wielokrotnie.
Życie toczyło się dalej. Za każdym razem, gdy odwiedzałam mamę, przez kolejne lata słuchałam jej wersji wydarzeń, jeszcze zanim dojechałam na miejsce. O czymkolwiek byśmy nie rozmawiały, wszystko i tak wracało do dnia śmierci taty. Dlaczego? To zawsze priorytetowe pytanie przy śmierci, w dodatku przy samobójstwie. Do człowieka nie dociera, że mogło być inaczej. Mama często myślała, że tato tego nie chciał, że był w amoku. Sądziła, że chciał ją tylko nastraszyć. Myślał, że mama pójdzie za nim szybciej, że zobaczy, co zamierza, ale tak się nie stało. Nawet jeśli chciał zwrócić na siebie uwagę, nie wyszło. Pomysłów na śmierć za życia miał wiele: granaty, broń, aż w końcu powieszenie. W końcu dopasował skuteczną metodę. Tamtego dnia mama zajrzała do pokoju. Tato leżał sflaczały, brudny, wychudzony. Jedzenia nie brakowało, ale ostatni ciąg alkoholowy był tak silny, że tato miał słabe odżywianie. Po chwili wstał. Minął się z mamą na schodach, jakby się nie znali. Mama gotowała obiad. Przypomniała sobie, że musi nakarmić psa. Zeszła na dół, przygotowała karmę i poszła do sadu. Zobaczyła na trawniku pod nogami klapek. Podniosła wzrok i zamarła. Ojciec wisiał na klęcząco, twarzą do siatki. W panice złapała nóż do roślin, który leżał nieopodal.
Przecięła sznurek. Ojciec runął jej ciężko przez ręce na ziemię. Później zadzwoniła do mnie. Gdy stała tak chwilę nad jego ciałem, zza siatki wynurzył się sąsiad z dolnej części wsi. Zagadnął do mamy: „Co? Franiu przeholował i poszedł spać?”. Na co mama odpowiedziała ze spokojem: „Nie, Franek nie żyje”. Sznurek spalono, a gałąź odcięto, przecież relikwia z tego nie byłaby dobrym pomysłem. Babcia bardzo to przeżyła, powtarzała do każdego: „Co mu w łeb strzeliło?”. Jak mógł zrobić to żonie, dzieciom, wnukom? Standardowa reakcja. Przede wszystkim jak mógł zrobić to sobie? Takie było moje pytanie. Którejś nocy, zasypiając i przechodząc do snu, znalazłam się w sadzie. Był tam suto zastawiony stół, długi w drewnie, piękna pogoda, a na końcu tego stołu siedział uśmiechnięty mój tato Franciszek. Zachwycona jego widokiem i świadoma, że nie żyje, że nie ma go tutaj, zapytałam, co tu robi? I czy pozwolili mu przyjść na chwilę? Na co uśmiechnięty odpowiedział, że tak, pozwolili. Chwyciliśmy się za ręce i tak postaliśmy w milczeniu. Nie chciałam żadnej odpowiedzi, tylko cieszyłam się chwilą, jaką nam dano. Tato powiedział na końcu jedno ważne zdanie: „Nie myśl o tym tyle, wszystko jest tak, jak być powinno”. I obudziłam się. Chociaż często żałuję, że się budzę. Spotkania z innymi po drugiej stronie to nie pierwsze i zapewne nie ostatnie doświadczenie. A przecież sama śmierć porównana jest do snu.
Nieprzepracowane traumy międzypokoleniowe oraz toksyczne relacje rodzinne kształtują dorosłe życie przede wszystkim poprzez narzucenie permanentnego trybu przetrwania. Powoduje to, że dorosły człowiek nie podejmuje wyborów z wolności, lecz z poczucia braku wyjścia. Porównałam to do tragicznego wyboru między „śmiercią a bongo-bongo”. Traumy te manifestują się w dorosłości jako bóle fantomowe, realne cierpienie psychiczne i fizyczne, które, choć niewidoczne dla innych, niszczy jakość życia i relacji.
II Dom, który przestał być domem
Trauma rzadko zaczyna się od nas. Najczęściej przychodzi wcześniej z historią, której nie przeżyliśmy osobiście, ale która zamieszkała w naszych domach, ciałach i sposobach reagowania na świat. W mojej rodzinie zaczęło się od ucieczki. Od strachu tak intensywnego, że nie było czasu go przeżyć, trzeba było przeżyć siebie. Dziadek ocalał z rzezi wołyńskiej, ale to, co go uratowało fizycznie, psychicznie uczyniło go twardym, bezwzględnym, odciętym. Nie miał języka na ból, więc nauczył się przemocy. Został katem nie dlatego, że nim był z natury, ale dlatego, że inaczej nie potrafił już żyć. Ojciec dorastał przy kimś, kto sam był zniszczony. Jego dzieciństwo nie miało bezpiecznej przestrzeni. Było szkołą strachu, podporządkowania i milczenia. To doświadczenie rozłożyło go psychicznie na długie lata. Alkohol stał się sposobem, by choć na chwilę uciszyć obrazy i napięcie, których nie umiał nazwać. Nie pił z chciwości ani lekkomyślności, pił, żeby nie czuć. Trauma przeszła dalej, nie pytając o zgodę. Zmieniła się tylko forma. Dzieci wychowane w takich domach uczą się jednego bardzo wcześnie: świat nie jest bezpieczny, a miłość bywa warunkowa. Zamiast spontaniczności pojawia się czujność. Zamiast ciekawości gotowość do reagowania. W dorosłym życiu często nieświadomie wracamy do tego, co znamy. Wybieramy ludzi, relacje, miejsca pracy, w których napięcie jest znajome, a lęk ma rozpoznawalny kształt.
Nie dlatego, że tego chcemy, tylko dlatego, że to jedyny krajobraz, w którym nauczyliśmy się oddychać. Z takich domów bardzo często wychodzą „konie pociągowe”. Ludzie, którzy biorą na siebie więcej, niż powinni. Filarzy, których zadaniem jest trzymać wszystko w całości: rodzinę, relacje, emocje innych, a często także ich finanse.
Ja też taka byłam. Zorganizowana, odpowiedzialna, zawsze dostępna. Zawsze gotowa, by nieść, ratować, dopinać, dźwigać. Nie dlatego, że byłam silniejsza od innych, ale dlatego, że nie umiałam przestać. Nadodpowiedzialność była moim sposobem na kontrolę chaosu. Jeśli ja trzymam wszystko, nic się nie rozsypie. Jeśli ja się nie zatrzymam, nic złego się nie stanie. Tyle że to złudzenie. A ciało prędzej czy później upomina się o prawdę. Tak też było w moim przypadku.
Rok 2021 przyniósł mi kolejne zmiany — takie, które tym razem mocno zachwiały sensem mojego istnienia. Siostra zaczynała wspólne życie z narzeczonym w nowo wybudowanym domu, a moja mama miała zostać sama w tym wielkim, wiejskim gospodarstwie. Zapadła decyzja o sprzedaży domu i rozpoczęciu życia gdzieś w bloku. Z dala od tej zdziczałej wsi, gdzie oprócz ciszy i wyludnienia nie było już nic. Nawet Czechy przestały być atrakcyjne. Wszystko się pozamykało: basen, knajpy. Nawieziono tam Cyganów, że strach było przejść przez rynek. Wczesną jesienią siostra zamieściła ogłoszenie. Zainteresowanie było spore. Teren ogromny: sad, dom, budynki gospodarcze. Całość, o którą moja mama po śmierci taty dbała jak nikt inny. Kosiła, zimą paliła w piecu, rąbała drewno, uprawiała ogród. Ciągle w ruchu. Zawsze dwudaniowy obiad, zawsze zajęta i perfekcyjna. W czasie pandemii wszystko tam jeszcze bardziej poszarzało. Mama mówiła, że pierwsze sześć lat po śmierci taty było najlepszym okresem w jej życiu. To samo powiedział jej śledczy, że po pół roku od tragedii „odżyje”. Wreszcie doświadczy spokoju. Skończyło się nasłuchiwanie niepewnego, zataczającego się kroku na schodach w środku nocy. Koniec tego pieprzonego niepokoju i strachu. Ojciec nie był agresywny po alkoholu, ale nie miał w sobie odpowiedzialności za pracę, był u siebie na gospodarce, to sobie rządził. Moja mama harowała jak osioł. Dlatego chwile, w których mama mogła spokojnie pojechać autobusem do miasta, zadbać o edukację najmłodszej córki i po prostu spokojnie pożyć, były naprawdę jej czasem. Mama była zawsze zadbana, elegancka, pomocna. Jak mówi mój szwagier — kwoka, która chroni swoje pisklęta bez względu na ich wiek. Oczywiście po trzydziestu wspólnie spędzonych latach z ojcem nerwica i ataki lękowe nie odchodzą ot tak, oj nie.
W tamtym czasie i ja wisiałam emocjonalnie na włosku. Po wydaniu pierwszej książki mój rozwód był bardzo blisko. Dziś wiem, że wiele z tych problemów miało swoje źródło w dzieciństwie. Teraz mam na tyle dużą niezależność emocjonalną, że nie boję się samotności. Uważam, że lepiej być samemu niż tkwić w ciągłych negocjacjach, zazdrości i emocjonalnym dziadostwie. Zastanawiałam się wtedy, gdzie sama miałabym się podziać? Jak dojeżdżać do pracy? Mama szykowała mi pokój na wsi, ale ja nie chciałam zmieniać pracy ani życia. To było totalne zagubienie.
Od zawsze byłam jak moja mama — koniem pociągowym. Za dużo wagonów, zwykle załadowanych cudzym ciężarem. Większość była na mojej głowie: dom, finanse, samochód, awarie, pies, choroby, życie. Dlatego wiem jedno, że moje dziecko nauczy się samodzielności. Powtarzam córce często, że ma zrobić prawo jazdy, bo to pewna niezależność. Młody człowiek zakochany po uszy nie myśli, że partner nie ma prawa jazdy. To zwykła wygoda, a tu nie o samą jazdę chodzi, ale i o serwisy, ubezpieczenia, awarie, to jest naprawdę ciężka praca dbać o to, pilnować. Nie uważam się za super kierowcę. Do prawa jazdy zmusiło mnie miejsce, w którym się wychowałam i w którym mieszkam.
Dom został zarezerwowany przez młodą parę. Podpisano umowę przedwstępną, ale co chwilę pojawiały się problemy. Młodzi snuli plany, wizje z organizacją kolonii, remonty, a do mnie wciąż nie docierało, że ten dom naprawdę zniknie z naszego życia. W trakcie sprzedaży wyszło, że wujek ze Stanów Zjednoczonych nadal jest tam zameldowany. Cała procedura spadła na mojego brata. Były nerwy, sądy, awantury. Wujek był początkowo obrażony, bo dla niego „sprzedaż za plecami” to zdrada. Nic tam jednak nie należało do niego. Nie wyobrażam sobie, żeby mama została bez niczego po tym, ile się tam narobiła i doświadczyła. Piekło na ziemi. Jakby tego było mało, nie minęło jeszcze pięć lat od śmierci taty. Dom formalnie można było sprzedać dopiero od stycznia 2022 roku. Inaczej płaciło się wysoki podatek. Mama była strzępkiem nerwów. Umowa przewidywała karę w razie wycofania się obu stron.
W październiku mama wyprowadziła się z domu. Na chwilę zamieszkała u siostry. Wytrzymała tam niecałe dwa tygodnie. Poszło o psa, który miał wyznaczoną swoją strefę ruchu. Zamknęła się w pokoju, nie jadła, nie wychodziła. U koleżanki, u której sprzątała, powiedziała, że jest bezdomna. To stawia dzieci w złym świetle, a bardzo się staraliśmy wszyscy. Wierzę, że życie daje znaki, tylko rozumiemy je dużo później. W moim przypadku takim znakiem są mandaty. Pierwszy otrzymałam w lipcu 2015 roku, a miesiąc później mój ojciec się zabił. Drugi w 2021 roku, wtedy pojawił się największy kryzys małżeński. Trzeci w październiku 2022 roku, w drodze ze szpitala od mamy. Zaraz po tym trzecim w grudniu straciłam pracę, dla której rzuciłam całą dotychczasową karierę. Przypadek? Nie sądzę.
Siostra dzwoniła do mnie codziennie z płaczem. Była wykończona tym, że mama tak się zachowuje. Sama przestała jeść i przez telefon dało się wyczuć tę groteskową, duszną atmosferę. U mnie nie było miejsca na dłuższe zamieszkanie osób trzecich. A u naszej babci? To w ogóle było niedorzeczne, choć tam miejsce było, to mental fanatyka religii jest bardzo niebezpieczny. Mama zawsze czuła się gorsza w porównaniu do swojego brata, który mieszkał w Niemczech. Babcia wypowiadała się o nim zawsze cieplej, z dumą. Oni mogli jeździć na wczasy pięć razy do roku, ale gdy ktoś z nas gdziekolwiek się wybierał, babcia nie omieszkała skomentować: „A gdzie ich licho niesie”. Pisałam wcześniej o jej filozofii, która zakłada, że jedno dziecko kocha się bardziej niż drugie. Nie wspomnę już o tym fanatyzmie religijnym. Nie mając innego wyjścia, zabrałam mamę do babci. Do czasu, aż miało się znaleźć mieszkanie. Był grudzień, zbliżały się święta, a za miesiąc miał być przepis, wtedy można było działać.
Podczas pobytu u babci mamie odszedł pies. Wyzionął psiego ducha w listopadzie. Miał czternaście lat, chorował na serce. Mama stwierdziła, że dla niego to też był stres i dlatego odszedł. Bardzo to przeżyła. Po tym wydarzeniu mama podupadła na zdrowiu. Byłyśmy z mamą blisko siebie, ona na osiedlu u babci, ja niżej, w dole miasteczka. Odwiedzała mnie niemal codziennie. Paliła w piecu, siedziała i czekała, aż wrócę z pracy. Byleby nie siedzieć z dogryzającą jej babcią. Pracowała nawet chwilę jako ogrodnik, razem z koleżanką. Później okazało się, że mój kolega z pracy sprzedaje mieszkanie. Fakt, mamę bardziej interesowały Głubczyce niż Baborów, ale tak bardzo chciała odejść od babci, że jak sama powiedziała, mogłaby zamieszkać nawet w stodole. Zaczęłam działać. Obejrzała mieszkanie kolegi, dogadali się, że w styczniu je kupi i zrobi się przepis. Pamiętam, jak dziękowała mi na whatsAppie, pisząc, że będzie mi wdzięczna do końca życia. Mieszkanie było na trzecim piętrze, ale przestronne, ładne. Do tego działka z altanką. Droga dojazdowa była do remontu, ale wtedy nikt nie przypuszczał, że działalność jednego przedsiębiorstwa rozrośnie się tak bardzo, że nie będzie tam przejazdu, a przez kolej nie da się przejść, dziś z drogi nie zostało nic. Ciężki transport zrobił spustoszenie. Remont drogi obiecywany był od lat, ale do dziś nic tam się nie dzieje w tym kierunku dobrego.
III Era Szkodnika
Pierwszego stycznia 2022 roku przeprowadzałam mamę do jej nowego mieszkania. Brat przywiózł kuchenkę, bo lokal był do remontu. Nie było kuchni. Ja kupiłam mamie lodówkę, nowy piecyk gazowy i kuchenkę elektryczną. Byłam z tego dumna, że tak razem wspieramy ją i pomagamy się urządzić. Takie dzieci to skarb. Wszystko zostało wyremontowane, odnowione, wyposażone. Wszystko poza moją mamą. Od chwili, gdy przekroczyła próg tego mieszkania, uszło z niej życie. Poprosiłam swojego ówczesnego kierownika o pracę zdalną w lutym, bo chciałam doglądać mamy. Dostała leki przeciwdepresyjne. Ja pracowałam z domu. W pracy jedna z koleżanek dawała mi wtedy popalić nawet przez czat. Byłam też po operacji usunięcia guza. Pracowałam z domu, ponieważ chciałam wykonać swoją pracę, a nie zostawiać zaległości innym. Po odmowie pomocy koleżance w jej pracy, nie wiedząc o mojej operacji, napisała mi: „Jak nie radzisz sobie z chorą matką, to idź na L4”. Coś z cyklu dobre rady. Nie dawałam rady jeździć autem, siedziałam z wielkimi encyklopediami na brzuchu i obłożona lodem, ale nie chciałam brać L4, gdyż mogłam wykonać swoją pracę zdalnie. Coś we mnie wtedy zachorowało. To już nie były żarty. To była sytuacja, w której drugie samobójstwo było na wyciągnięcie ręki. Nigdy nie zapomnę tego stanu mamy, płakałam, pracowałam i wściekałam się na te „dobre rady”. Wewnątrz mnie rozgrywało się piekło, o którym się nie mówi, bo nikt nie zrozumie. Już nawet nie liczyłam na czyjąś pomoc, ale mówi się tak popularnie „nie pomagasz, to nie przeszkadzaj”. Chciałam doświadczyć tego drugiego.
Wieczorem włączyłam YouTube i trafiłam na tarota dla zodiakalnej Panny — czyli mnie. Wróżka mówiła, że Panna dostanie świetną propozycję pracy i że to będzie jej cudowny początek. Wyśmiałam ją. Nie wysyłałam CV, nigdzie nie aplikowałam od lat. Po kolejnej dawce czatowego jadu od koleżanki, wykończona i zrezygnowana tym, co działo się z moją mamą, odebrałam telefon. Numer był nieznany. Usłyszałam entuzjastyczny głos: „Cześć, z tej strony Karol”. Popularny trener sprzedaży. Poznaliśmy się kiedyś na konsultacjach, przez krótki moment nawet współpracowaliśmy. Powiedział, że jest u klienta gdzieś tutaj, w opolskim i ma dla mnie bardzo dobrą propozycję pracy. Dodał, że nie wie, co się ze mną dzieje ani co teraz robię, ale zapytał, czy może przekazać mój numer swojemu klientowi.
Zgodziłam się. Stwierdziłam, że porozmawiać zawsze można. Powiedział też, że nie boi się mnie polecić dalej. To było bardzo budujące, szczególnie z ust kogoś takiego jak Karol. Później zadzwonił jego klient z branży farmaceutycznej. Powiedział, że chce uruchomić dział telefonicznej sprzedaży i obsługi klienta. Potrzebuje kogoś, kto „przypilnuje konsultantów”. Umówiliśmy się na spotkanie w marcu. Nikomu nic nie powiedziałam. Uznałam, że to znak, żeby więcej zarabiać, robić coś większego, zgodnego z moimi predyspozycjami i odejść z tego toksycznego środowiska. Wiecznie tam tylko chorowałam. Do tej pory zajęcie łączenia numerów i cen było mało ambitne, choć bardzo dobrze płatne. Przyszedł czas na więcej. Ówczesny kierownik wiedział o moich problemach z mamą, ale nie spodziewał się, że po prawie czterech latach pracy będę chciała odejść.
Początkiem marca pojechałam do Kędzierzyna, na wskazaną ulicę, na tę rozmowę. Bez CV, bez referencji, tylko ja i moja prezencja plus polecenie mnie. Wcześniej właściciel wysłał mi paczkę suplementów, żebym mogła poznać te „zaiste genialne produkty”. Miły gest, nie powiem. Suplementy te były, są i zapewne jeszcze długo będą reklamowane przez aktorki i celebrytki. To ich zupełnie inny świat. Na miejscu Dawid, bo tak miał na imię przedsiębiorca sprawujący pieczę nad tym biznesem, przywitał mnie przed wejściem i zaprosił do środka. Oprowadził mnie po firmie, opowiadając, że tu kiedyś była ruina, wszystko remontowali. Pokazał mi miejsce, gdzie będzie moje call center, a na razie będę pracować na dole i mam sobie wybrać pokój. Wszystko to przedstawione przede mną w takim fakcie dokonanym. On już podjął decyzję. Ja wtedy jeszcze niczego nie zdecydowałam, a on jak widać już tak. Poznał mnie z ekipą, przedstawił jako managera call center i przeszliśmy do gabinetu. Powiedział, że chce zbudować zespół konsultantów: ja ich zrekrutuję, przeszkolę, „przedszkole”, a potem mają sprzedawać. Wymienił konkurencję, która już taki dział posiadała i on też tak chciał. Powiedział, że firmę założyli z pasji dziewięć miesięcy temu i już padł pierwszy milion, że zrobili to jakoś tak z przypadku i się udało. Jasne, przypadek na milion w dziewięć miesięcy. Udało się, więc trzeba było rozwijać firmę i przegonić całą konkurencję. Plan miał być sprecyzowany, mierzalny, ambitny, realny, terminowy, jak metoda tzw. SMART. Pytanie tylko, czy ja tego chciałam?
Bardzo mu się spieszyło z decyzją. Muszę przyznać, że tak mnie omotał, tak przedstawił wizję mojej kariery i pozycji oraz świetlanej przyszłości z wizją bycia dyrektorem, że nawet nie wiem, kiedy podałam mu dowód do skserowania, potrzebny do sporządzenia umowy. Taka byłam mądra i ufna. Najbardziej zaufałam Karolowi. To był jego klient. On też miał w tym interes, więc czemu miałabym mu nie ufać? Miałam być pod dobrą pieczą. Wierzyłam w sukces. Wierzyłam? To mało powiedziane, ja w tamtym momencie przeskoczyłam piramidę Maslowa od samego dołu do samej prawie góry. Byłam pewna jak nigdy, że to rozkręcę. W końcu mogłam robić to, czemu głęboko czułam, że podołam, czyli: rekrutować, szkolić, zarządzać. Mogłam uczyć, potrafię to robić i chciałam to robić. To była szansa, nie gwarancja, a ja potraktowałam to z naciskiem na to drugie. Nie mogłam uwierzyć w swoje „szczęście”. Nawet dojazdy trzydzieści pięć kilometrów w jedną stronę mnie nie zraziły, a tylko zmotywowały bardziej. Prawdziwy dyrektor dojeżdża nawet sto kilometrów. Tak to sobie tłumaczyłam.
Kiedy składałam wypowiedzenie ze stabilnej pracy w imię dziewięciomiesięcznego, niepewnego biznesu, wkraczając do świata celebrytów, przepychu i bogactwa, nie zdawałam sobie sprawy, że dla mnie to był Titanic. A ja stałam na jego kadłubie. Z tym, że to nie firma miała być tym tonącym statkiem, tylko ja. Mój kierownik ubolewał, że koleżanka jest jedynym, głównym powodem mojego odejścia. Była, miałam dość. W aneksie kuchennym inni się wymądrzali, że trzeba było dać sobie po pysku i wrócić na stanowiska. Nie chciałam być tak dłużej traktowana. Wiele razy zgłaszałam nadużycia, ale nic z tym nie zrobiono. Wtedy ruszono temat mojej mamy. A to było jak gwałt. Miarka się przelała. I to konkretnie. Do końca utrzymywałam w tajemnicy zmianę pracy i planów. Kierownik był wściekły. Zachorowałam dość mocno na grypę i poszłam na tydzień zwolnienia. Miałam to wszystko przemyśleć na spokojnie. Słyszałam tylko od kierownika pytania, które miały wejść w moją psychikę i jeszcze bardziej mnie zdezorientować w moich poczynaniach. „Czy nie szkoda ci tych lat? Może przeniosę cię na inny dział?” Tylko mnie tym rozjuszył. To nie on ani inni zmagali się z chorobą mamy, wydatkami, problemami w pracy, mobbingiem i wieloma innymi sprawami. Dlaczego miałabym być przenoszona, skoro byłam ofiarą, nie sprawcą? Skończył na groźbach, że będę tego żałować. Wypowiedział to jak proroctwo Kasandry. Rozpłakałam się. Nigdy przy nim nie płakałam. Nigdy, ale wtedy tak.
Prawdopodobnie dotarł swoim nieprofesjonalnym gadaniem w czuły punkt mojego strachu. Do tego ryzyka, które znałam z dzieciństwa, docierało do mnie, czego tak naprawdę się podejmowałam. Miałam go za dobrego, życzliwego człowieka. Okazał się człowiekiem nieżyczliwym i przede wszystkim bardzo mściwym, bo dziś kobieta nie może bardziej niż mężczyzna realizować kariery na wyższym stanowisku. Kiedyś słyszałam określenie o nim, że jest szowinistą, ale nie chciałam w to wierzyć, gdyż nie mam tendencji do oceniania kogoś. Ogarnął mnie paniczny lęk i totalne wyczerpanie. Leżałam tydzień z mężem z czterdziestostopniową gorączką. Dziękowałam losowi, że mamy już dziecko na tyle duże, że potrafi zrobić nam herbatę, bo serio myślałam, że „wyzdychamy”. Jednak warto było spłodzić potomka, bo dożyłam czasów, że poda nam tę szklankę wody i to jeszcze nie na starość, a teraz w kwiecie wieku. W trakcie mojego zachorowania kierownik zapytał, czy zostaję w firmie, bo musi poukładać sobie procesy związane z zatrudnieniem kogoś. Odpisałam, że odchodzę. Definitywnie, jak w grze „Milionerzy.” Na moją prośbę skrócono mi okres wypowiedzenia. W tym czasie korzystałam z pomocy psychologa dla mamy. Woziłam ją do firmy, z której za chwilę miałam odejść. Psycholog stwierdziła, że tak trudnego pacjenta jak moja mama nie miała nigdy, a była grubo po sześćdziesiątce. Któregoś dnia, w gwarze śmiechów w biurze, wstałam i powiedziałam, że jestem tu tylko do końca miesiąca i później odchodzę. Zapadła cisza. Nikt już się nie śmiał. Jakby nie wierzyli. Moja sprawczyni spojrzała na mnie i ze stresu poszła się „rozwolnić”. Ścieki zawsze znajdą ujście.
W międzyczasie skonsultowałam się u jasnowidz Emmy. Tak, wiem, brzmi głupio, ale kilka razy mi pomogła i nie zawiodła. Powiedziała, że widzi mnie w przyszłej pracy jako osobę szanowaną, docenianą. Na początku mam być profesjonalna, używać zwrotów „proszę”, „dziękuję”. Dodała, że moja mama ma zablokowane emocje, ale do lata to puści. Podkreśliła na koniec jedno: decyzja należy wyłącznie do mnie. Nadszedł czas spakowania rzeczy nagromadzonych przez prawie cztery lata w szufladzie i zamknięcia za sobą drzwi. To nie było planowane, ale było moją decyzją, a powyższe okoliczności sprawiły, że powiedziałam „tak”. Umówiłam się z przyjaciółką Margaret, że odwiezie mnie na szkolenie do Częstochowy. Zawsze byłyśmy do tej pory razem biurko w biurko. Były sarkazmy, śmiechy, ja kręcąca się na krześle z kabanosem. I z tym kabanosem, taką mnie tam zapamiętali.
Pożegnałam się ze wszystkimi. Z tą, która upiła mi hektolitry krwi, też, choć jej postawa pozostała sztywna jak zawsze. Kierownik podbił moją kartę obiegową i powiedział: „Elu, jak będziesz potrzebować pomocy — dzwoń”. Poczułam coś, czego nie znałam z dzieciństwa. Bezpieczeństwo. To było miłe. W dniu wyjazdu na szkolenie czekałam podekscytowana na koleżankę pod bramą. Była ósma rano. Margaret nie nadjeżdżała. Zadzwoniła po chwili zapłakana, że nieopodal miała kontrolę trzeźwości, która wykazała obecność alkoholu z dnia poprzedniego. Byłam wściekła. Zaufanie znów mnie zawiodło. Jakby pierwszy znak mówił: Elka, wycofaj się, jeszcze masz szansę. Pojechałam sama, z nerwami, z niepokojem. Z niedowierzaniem, że mogła tak nawalić. Nie miałam wyjścia, musiałam sobie poradzić, chociaż wszystko nabrało niebywałego sprintu.
Na miejscu Dawid tłumaczył mi plan szkolenia, który miałam rozpocząć z Karolem w Częstochowie. I wtedy weszła ona. Wieczna narzeczona szefa, bo tak ją przedstawiał. Blond, luksusowa, poruszająca się jak lampart. Przeszyła mnie wzrokiem. Poczułam prąd, gruby. Wiedziałam, że będą problemy. Jeszcze nie wiedziałam, jakie. Czułam, że od razu mnie przekreśliła. Popatrzyła na mnie i zrobiła skan po swojemu. Burknęła do mnie:
— Czy możesz się przesunąć? Chcę zrobić kawę.
Mój organizm już wiedział. To była nieżyczliwa mi kobieta i nie myliłam się. Narzeczona szefa odwiozła mnie na stację PKP, a ja zaryzykowałam prośbę, czy poczęstuje mnie Marlboro? Miała ostatniego i uraczyła mnie nim. Życzyła powodzenia i odjechała. Wcześniej wyjeżdżając, nieco zarysowała audi szefa, ale pewnie jej wybaczył to szybko. Weszłam na peron, zakupiłam bilet i… przegapiłam pociąg. Stałam przed nim, patrzyłam, a on po prostu odjechał. Nie byłam pewna, czy to ten właściwy. Wróciłam do okienka, zapytałam, gdzie jest ten pociąg, na który czekam tak długo, skoro peron jest pusty? Kobieta spojrzała na mnie bez emocji i odpowiedziała krótko: „Odjechał”. Nie wierzyłam. Kolejny tego dnia brak szczęścia. Stałam przed pociągiem prawidłowym i nie wiem, na co patrzyłam, gdzie odleciałam myślami na chwilę. Kompletnie nie potrafiłam tego wyjaśnić w tamtej chwili. Kupiłam drugi bilet z przesiadką. Zadzwoniłam do męża i poinformowałam go, jaką ma zdolną żonę. To był drugi znak. Niestety nie potrafiłam go odczytać. Brzmiał jasno: „Elka, dzwoń do Dawida, powiedz, że rezygnujesz, bez tłumaczeń. Zadzwoń do kierownika, wróć, przeproś. Zostaw to!”.
Wycofać się? Teraz? Wstyd na całą Polskę? Nie ja. Moja duma na to nie pozwalała. Miałam być świetnym menedżerem, uwielbianym przez zespół z sercem na dłoni. Jak to było w ostatniej książce? Chciałam być menedżerem? Tak. I byłam nim… niespełna rok. Czekając na kolejny pociąg, zadzwoniłam do Margaret. Opowiedziałam jej, co się wydarzyło z pociągiem, i zapytałam spokojnie, dlaczego wsiadła pijana do samochodu? Odpowiedziała, że „pijana” to za dużo powiedziane. Dzień wcześniej była osiemnastka jej siostrzenicy. Wypiły trochę, rano nie zjadła śniadania, a alkomat pokazał minimum, ale jednak. Policjant poinformował ją, że śniadanie załatwiłoby sprawę. Efekt? Pół roku bez prawa jazdy. Do zapłacenia mandat 2500 zł. Margaret przez sześć miesięcy dojeżdżała do pracy autobusem i wracała wieczorami. Poniosła konsekwencje. Dlaczego jeszcze i jej się oberwało przez moje zmiany?
Do Częstochowy dotarłam z przesiadką bez kolejnych dramatów. Hotel, kolacja, łóżko i „nynu”. Przez pięć kolejnych dni Karol szkolił mnie na „super menadżera”. Dużo rozmawialiśmy o pracy, życiu, moim nowym początku. Miałam go na wyłączność, więc wykorzystałam ten czas na maksimum. Czułam się zaopiekowana, naładowana wiedzą. Do dnia, w którym w jednym z ćwiczeń mieliśmy wybrać pięć wartości spośród stu. Wybrałam: duchowość, hart ducha, serce, wsparcie, waleczność. I wtedy do mnie dotarło, że z tym zestawem daleko nie zajadę. Typowe wartości raczej dla wolontariusza, ale nie menadżera. Przemilczałam to do Karola, który tylko podkreślił, że te wartości zostaną już ze mną i z nimi idę przez życie. Menedżer powinien mieć raczej cechy psychopatyczne. Z tymi zasobami zakrawało to bardziej na miękką dupę wołową. Ostatniego dnia miałam wrócić już do domu z przyszłym szefem jego wypasionym audi, jak krowa na pastwisku. Przy tej prędkości odkryłam, że cierpię na chorobę lokomocyjną, ale uratowałam się czymś na żołądek. Padał śnieg, był przymrozek. Wiosną wróciła zima. Dawid przez całą drogę rozmawiał z doktorem opracowującym suplementy. Padały kwoty w milionach, nazwy gazet, kampanie reklamowe. Ambitne plany. Dawid wspomniał do doktora, że narzeczona miała mieć usuwane polipy z nosa. Szkoda, że much nie dało się usunąć. Miała ich sporo, szczególnie wobec osób, które jej nie pasowały.
Wcześniej słuchałam dwunastu zasad Alexa Barszczewskiego. Jedna z nich mówiła, że w przypadku niewytłumaczalnej antypatii do nowo poznanej osoby warto skupić się na czymś, co ci się w niej podoba — styl, włosy, ubiór. Próbowałam, naprawdę, ale podłego charakteru nie przykryje żaden makijaż, zabieg ani t-shirt za siedemset złotych.
Początki były trudne. Nie miałam zespołu. Kędzierzyn okazał się specyficznym rynkiem pracy. Agencja przysłała dwie dziewczyny, obie szybko „zachorowały”, za to w mediach społecznościowych były wyjątkowo aktywne: pazurki, tańce, relacje. Szkoda było mojego czasu na szkolenie kogoś, kto myślał tylko o darmowym produkcie raz w miesiącu. Kiedy zaczęłam rekrutować sama, poszło z górki. Pierwsza była Monika, mama trzyletniego synka, szukała pracy na sześć godzin. Po rozmowie wróciła do domu zachwycona. Mąż pytał ją, jak było. Powiedziała, że bez spiny, po ludzku. Z czasem stworzyłam własny model rekrutacji, który naprawdę działał i sprawdzał się w kluczowych dla mnie momentach. Do zespołu dołączyła Patrycja — dietetyk. Spokojna, naturalna, kulturalna. Na początku byłyśmy we trzy. Doktor przeprowadził szkolenie produktowe, które później ku mojemu zaskoczeniu było moją odpowiedzialnością. Uważałam, że to działka dietetyka, ale robiłam to tak dobrze, że każda konsultantka chciała kupić suplementy jako pierwsza. A skoro robiłam to dobrze, to po co było fatygować kogoś innego? Jednak uważam, że doktor mógł nagrać się online i w ten sposób można było udostępnić szkolenie dla nowo przybyłych osób. Byłoby to bardziej profesjonalne, bo to człowiek, który miał jednak największą wiedzę o produktach, w końcu to on je stworzył.
Pewnego dnia szefowa marketingu z Warszawy zapytała mnie po przeczytaniu mojego pierwszego skryptu:
— Ty chcesz sprzedawać czy opiekować się klientami?
Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że chętnie dowiem się tego od nich, bo mam na razie sprzeczne informacje co do mojego zakresu obowiązków. Zamilkła. Chaos — to było właściwe słowo tego, co tu się działo. Byliśmy jednak na początku drogi. Wszystko w tym dziale miało się klarować jak masło, więc naturalnym dla mnie było, że mogą pojawiać się zmiany, inne oczekiwania, aż dojdziemy do miejsca, w którym zacznie być bardziej stabilnie.
Z czasem szef postanowił wprowadzić zmianę bazy tzw. cold call, czyli wykonywanie telefonów do osób, które nie znają firmy, produktów i nie spodziewają się takiego telefonu. Mimo że na początku Dawid jasno powiedział, że ich nie będzie, bo nie ma na to czasu i potrzeby, to szybko zdanie zmienił. To mogło być do przewidzenia, w końcu Karol to specjalista, ekspert, mistrz takich telefonów i zwolennik, więc byłam bardzo naiwna, sądząc, że wszystko się utrzyma według wstępnej rozmowy mojej i Dawida, z której na obietnicach się skończyło. Byłam rzucona między różnorodne zadania, role i oczekiwania. Jednego dnia zadzwoniłam do klientki i sprzedałam produkt w pierwszym telefonie. Nic z tego nie miałam. Premii nie było. Nic nie było ustalone. A potem usłyszałam, że infolinia jest „*ujowa”. Wtedy się wściekłam. Od tego momentu siedziałam z Moniką godzinami, ucząc ją rozmów z klientami. Jak nauczycielka czytająca z tablicy. Monika z czasem stała się świetna. Szef nawet szybko pokrył jej koszt okularów, mimo że pracowała krótko. W maju dołączyły kolejne dziewczyny: Agnieszka i Ania. I wtedy, patrząc na CV Ani, usłyszałam w głowie głos: „Ona cię zastąpi”. Stłumiłam go. To był dział sprzedaży, więc w przypadku rozwoju, poszerzania zespołu to normalne, że mogli pojawić się nowi menedżerowie, a awanse w call center były przewidywane, ale najpierw trzeba było ustabilizować to, co działo się tu i teraz.
W marcu przypadły pierwsze urodziny firmy. Na ogrodowej werandzie szef zamówił catering i snuto wizje świetlanej przyszłości biznesu. Lamparcica, narzeczona szefa leżała na leżaku. W pewnym momencie poruszono jakieś kwestie marketingowe. Nie przysłuchiwałam się im. Byłam myślami przy mamie i przy tym, jak zbudować wydajny zespół. Z zamyślenia wyrwał mnie wrzask narzeczonej szefa. Krzyczała, żeby nie poruszał przy mnie tak tajnych tematów. Boże kochany… jakich tematów? Wyrwałam się z zamyślenia. Poczułam się zwyczajnie źle z takim zachowaniem. Wstałam i poszłam do swojego biura. Problem polegał na tym, że zabrakło mi asertywności. Mogłam wtedy jasno powiedzieć, co myślę i jak się z tą sytuacją czuję, niezależnie od tego, że ona i tak zawsze musiała być górą. Sposób, w jaki traktowała nawet własnego partnera, był poniżający, ale to nie była moja sprawa.
Na drugim skrzydle rozmawiałam z Patrycją — dietetyczką. W pewnym momencie zadzwonił szef i poprosił, żebym jeszcze do nich podeszła. Poszłam, zobaczyłam jego i doktora z wyraźnie załamanymi minami. Powiedzieli, że mają problem z Patrycją, według nich nie potrafi rozmawiać z ludźmi przez telefon, a właściwie z klientami. Problem? A od czego mieli mnie? Powolnymi krokami, mając wtedy tylko Monikę do szkolenia i szlifowania, wzięłam Patrycję pod swoją opiekę. Szło jej ze mną całkiem nieźle. Przy mnie nie musiała się stresować. Moje poczucie humoru potrafiło ją rozluźnić. Śmiech działał szybciej niż techniki sprzedażowe. Pewnego dnia Patrycja zajrzała do mnie do pokoju, usiadła naprzeciwko i powiedziała, że źle się czuje. Od dłuższego czasu bolała ją głowa i była przekonana, że na coś zachorowała. Spojrzałam na nią i powiedziałam, że lekarzem nie jestem, ale wiedziałam, co jej dolega — stres. Patrycja bała się nagrania z rozmów, które były odsłuchiwane także przez narzeczoną szefa. Tę samą, która na początku deklarowała, że nie zna się na call center i nie będzie się wtrącać. Oczywiście wtrącała się. Powiedziałam wtedy do Patrycji:
— Wiem, że nie lubisz tych rozmów. Stresujesz się, czy dobrze mówisz, wiesz, że jesteś odsłuchiwana, ale głównie przeze mnie. Zanim odsłucha cię Dominika i reszta, ja cię wyćwiczę. Wiem, że wolałabyś konsultować pacjentów w swoim gabinecie. Pewnie masz też poczucie, że nie po to skończyłaś studia, żeby wciskać ludziom suplementy, które mogliby dobrać sobie sami, ale potraktuj to jako zasób na przyszłość na własny gabinet. A to, że boli cię głowa… Dobrze, że teraz, a nie wieczorem. Chłopak by się zmartwił.
Wybuchnęłyśmy śmiechem. Pierwsze lody zostały przełamane. Z czasem Patrycja również zaczęła dostawać uwagi od szefa, między innymi, że jej praca jest chaotyczna. Zaczęła też pisać artykuły. Ja natomiast zaczęłam coraz wyraźniej zauważać zmienność emocjonalną szefa. Bywały dni, kiedy był nadmiernie pobudzony, wpadał z wizją, że firma może się tak rozwinąć, iż zatrudnimy nawet sto konsultantek. Innym razem przychodził rozdrażniony, jakby na siłę szukał problemów. Zarzucał dziewczynom błędy w mailach, pomylone wątki. Moja motywacja i próby obrony zespołu spełzały wtedy na niczym. Pojawiały się łzy i coraz większa niechęć, by robić coś więcej, skoro widziano wyłącznie braki.
Nie wspomnę już o zmianach w rekrutacji. Nigdy nie zapomnę sytuacji, kiedy zrekrutowałam dziewczynę i zaprosiłam ją do współpracy, a po wszystkim Dawid powiedział mi, że na razie mamy komplet. Zadzwoniłam do niej i poinformowałam, że możemy przyjąć ją od lipca, a był koniec kwietnia, ponieważ dział był w trakcie remontu i zwyczajnie byśmy się wcześniej nie pomieściły. Dziewczyna rozłączyła się, po czym zwyzywała mnie w smsie. Napisała, że jesteśmy niepoważną firmą, że będzie wszystkim odradzać pracę u nas i że nawet zrezygnowała ze stażu, bo powiedziano jej, że to ja zatrudniam. To był pierwszy prawdziwy strzał w pysk — mocny. Nie chcę sobie nawet wyobrażać, co ta dziewczyna musiała przeżyć. Jedyne, na co było mnie wtedy stać, to odpisać jej, że nie otrzymała jeszcze umowy, a decyzją wyższej instancji było wstrzymanie zatrudnień do lipca i że nie mam władzy nad wszystkim.
W majówkę stan mojej mamy był katastrofalny. Zmiana pracy, ten cały chaos i stres, czy ten dział się utrzyma, sprawiły, że w środku czułam się wykruszona. Ustaliłyśmy z siostrą, że zawieziemy mamę na oddział do szpitala. W ostatnim momencie trafiłyśmy na izbę przyjęć. Siostra wcześniej skonsultowała z pielęgniarką, że jeżeli stan psychiczny osoby się pogarsza, można zgłosić się do szpitala i być przyjętym od ręki. Na miejscu pani doktor rozjuszyła się postawą siostry, która poinformowała, że mama powinna zostać przyjęta na oddział i przebadana. O mały włos mama nie zostałaby przyjęta na oddział, bo pani doktor nie lubiła najwyraźniej, kiedy ktoś wiedział lepiej od niej, w jakim stanie jest pacjent. Wtedy widząc, co tu się wyprawia, gdzie mama na klęcząco błagała, żeby jej tam nie zostawiać, a siostrą zaczął wstrząsać płacz żalu i bezradności, wstałam i skierowałam się do lekarki, mówiąc:
— Podejdźmy do tego na spokojnie, siostra jest zdenerwowana i zestresowana tą sytuacją, obawiam się, czy za chwilę sama nie będzie pani pacjentką, ale aby tak się nie stało, proszę o przebadanie mamy jako profesjonalistka i zdecydowanie, co dalej, a za siostrę przepraszam, wszyscy jesteśmy zdenerwowani i zaniepokojeni stanem mamy. Pięć lat temu nasz tato popełnił samobójstwo, wiec bardzo proszę o podejście do tematu poważnie.
Po tym bez problemu przebadała mamę i wezwała mnie do gabinetu. Podziękowała, że przywieźliśmy mamę, dodałam od siebie istotnych informacji o tym, przez co przeszła i o tej sprzedaży domu. Zdecydowano bezapelacyjnie o przyjęciu mamy na oddział jeszcze w ten sam dzień. To był ostatni moment, jeszcze tydzień i mama by umarła.
Jak to wszystko potrafiłam ogarnąć z nową pracą i dojazdami między szpitalem a Kędzierzynem? Nie wiem. Nigdy nie zapomnę, jak mogłyśmy z siostrą podać tylko podstawowe rzeczy dla mamy na oddział i natychmiast go opuścić. Mama siedziała na krześle za szybą, powtarzała, żeby jej nie zostawiać, a ja zaciskałam wtedy całą twarz, żeby się tam nie poryczeć bez reszty i być silną, bo tak to leciało, prawda? Bądź silna! W drodze powrotnej przeżywałyśmy z siostrą, gdzie zrobiłyśmy błąd i co się stało? Czy faktycznie chodziło o sprzedaż domu? Czy skumulowane wydarzenia z przeszłości teraz znalazły ujście? Mieszkanie było wyremontowane, gotowe do mieszkania, a mama zrobiła się nieporadna na siłę. Nie gotowała, nie jadła, nie robiła zakupów, cała zalękniona jeszcze bardziej, niż za czasów życia mojego dziadka i alkoholizmu ojca.
Do mamy jeździłam po pracy w tygodniu i w każdy weekend. Przywoziłam obiad, zakupy, zabierałam rzeczy do prania, siostra pomagała jej się umyć, zadbać o pielęgnację. Na oddziale poznało się różnych pacjentów. Młody chłopak, który stracił pracę, a miał kredyt na dom, próbował się zabić, miał na szyi nóż i sznur ze względu na wzrastające zadłużenie. Straszne tragedie mnożyły się tu wśród pacjentów, którzy za dużo dźwigali i dla których życie przyniosło nieoczekiwany obrót sprawy. Ktoś kogoś zabił, ktoś siedział w więzieniu i dźgnął kogoś nożem. Niektórzy nie chcieli znać innego życia, niż to tutaj w szpitalu, Tutaj byli u siebie, bez tych trosk o jedzenie, byt, rachunki. To miało dla nich sens i nawet gdy przychodził moment wyjścia, jakieś dziewięćdziesiąt procent pacjentów bardzo szybko tu wracała, bo nie znali innego życia, a to poza murami szpitala nie podobało im się. Taki pobyt jest bardzo trudny pod względem dopasowania leków i przywrócenia pacjenta do normalnego stanu psychicznego. Najtrudniejsza bywa diagnoza, jak bardzo można pomylić depresję ze schizofrenią i CHAD. Potrzeba na to nawet kilku lat i mnóstwo cierpliwości, a także zaufania do lekarzy prowadzących. Takie osoby już nigdy nie wracają do stanu, z jakiego byli znani wcześniej, radośni, żwawi, zaradni, teraz gasną, bo byli za długo silni. Konie pociągowe, których wagony ciężaru dotarły pod mury szpitala.
IV Każdy swoje dziesięć minut ma
Wróciłam myślami i wspomnieniami do 2020 roku. Pandemia rozszerzała swoje obostrzenia, a początkowe „zwolnienie z gonitwy” okazało się tylko podpuchą. Odczuwałam to bardzo mocno. Margaret, moja serdeczna, dobra dusza, opuściła swojego małżonka. Nie dojeżdżałyśmy już razem do pracy, zaczęło nas dzielić więcej kilometrów. Musiała zacząć wszystko od przysłowiowej łyżki. Po co tkwić w małżeństwie, które żyje osobno? Dobrze zrobiła. Miała też względnie dobre warunki startowe. W porównaniu z moim kryzysem ona do pracy nadal miała bliżej, a zamieszkała w domu rodzinnym, na piętrze. Pamiętam, że zabrała auto, w które sporo zainwestowała: stacyjka, sprzęgło, masa innych rzeczy. Z mężem, choć dzielili spory dom z teściową, Gosia gnieździła się w jednym pomieszczeniu z dzieckiem: sypialnia, suszarnia i jadalnia w jednym. Byle tylko zejść z oczu pozostałym domownikom. Koszmar. Po wyprowadzce często otwierają się oczy tym, którzy zostali opuszczeni. Próbują wtedy naprawić wszystko po swojemu. Tak było i w tym przypadku. Mężczyzna myśli, że zamknie się w garażu, zrobi z niego sypialnię, narzędziownię i Bóg wie co jeszcze i że w mig naprawi to, co psuło się latami. To tak nie działa. Mnie małżonek Margaret uważał za pustą, wystrojoną dziewczynę i nie przepadał za moimi wizytami u swojej żony. Nasze dzieci przyjaźnią się do dziś. To był główny zalążek tej relacji. Gdy Margaret ułożyła się w domu rodzinnym, otrzymała polecenie przygotowania auta dla męża, bo on postanowił je zabrać z powrotem. Prawnie nie należało do niej. W sobotę umyła ten samochód, przygotowując go na odbiór przez złośliwego małżonka, nie mając żadnego planu. Nie wiedziała, czym będzie dojeżdżać do pracy. Po cichu, pastując Opla Zafirę, szepnęła:
— Ty jeszcze do mnie wrócisz!
W tydzień od zabrania samochodu zebrała kwotę, za którą zakupiła nowy pojazd. Bardzo zaradna kobieta. Sprawa rozwodu wisiała w powietrzu. Papiery zostały złożone, nastał czas oczekiwania na rozprawę, ale małżonek Margaret ani myślał oddać jej wolności. W pewien listopadowy weekend przypadał jego dzień widzenia syna. Dogadałam się z małżonkiem koleżanki, żeby nasze dzieci mogły się spotkać, a wieczorem miałam odwieźć Niklasa do domu. Zgodził się.
Nigdy nie zapomnę tego wieczoru. Odwiozłam Niklasa, silnik auta jeszcze pracował pod domem. Moje dziecko wybiegło zobaczyć, jak dom został pięknie odremontowany, o dziwo, po wyprowadzce Margaret.
Nagle usłyszałam:
— Ela, chodź zobacz, jak wyremontowałem chałupę!
Serio. Zwrócił się do mnie po imieniu. Przypomniałam sobie jego niechęć do rozwodu, utrudnianie Margaret wszystkiego i pomyślałam: „Ano chętnie obejrzę i może pomogę koleżance przyspieszyć proces”. Hubert oprowadzał mnie po każdym pomieszczeniu. Był niezwykle energiczny, zachwycony każdym meblem, kolorem, detalem. Opowiadał ze szczegółami, jak tego dokonał.
— Tutaj, Elu, był cały popękany komin. Ile tu było pracy! Wszystko wymieniłem.
— Doprawdy? Niesamowite! — winszowałam. — Niech zgadnę, pod spodem była trzcina? Tak kiedyś budowali — kontynuowałam.
— Tak! Widzę, że znasz się na materiałach — podziwiał Hubert.
Przechodząc dalej, pokazał mi sypialnię. A jakże. Hubert zachwalał wybór mebli, kolor paneli i demonstrował, jak wysuwają się zagłówki w kanapie.
— Pan naprawdę jest wielki — chwaliłam nadal. — Sam pan to wszystko dobierał? Przecudowne! Pięknie zaaranżowane! Czy mogę wypróbować te zagłówki? Rewelacja!
W kuchni zachwycona teściowa Margaret, wpatrzona w telewizor, ujrzawszy mnie, rzuciła zaciągając po wschodniemu:
— Ladnie zrobił, ni?
— Ładnie? Toż to arcydzieło!
Wisienką na torcie była łazienka.
— Tu będzie duże lustro — pochwalił się Hubert.
— Bardzo dobrze — odpowiedziałam. — Prawdziwy mężczyzna powinien się w takim lustrze przyglądać. A pan jest wielki w swoim dokonaniu. Ba! Dokonaniach.
Facet był już kupiony. A przecież ja ponoć dobrze sprzedawałam, a tu transakcja była naprawdę trudna Na pożegnanie dodałam:
— Wie pan, Gosia jest moją bardzo dobrą koleżanką. Przykro mi to mówić, ale jest głupia, zostawiając takiego mężczyznę. Złota rączka z pana i pewnie nie tylko. Wiem, za dużo powiedziałam, proszę wybaczyć, ale jestem zachwycona. A jak pomyślę, że muszę wracać do tej swojej rudery, bo kto mi tam tak ładnie zrobi, to aż mi słabo. Dziękuję, że mogłam to zobaczyć i tym samym lepiej pana poznać.
Nazajutrz w pracy, rycząc z Margaret ze śmiechu przez cały dzień, dowiedziałam się, że Hubert natychmiast zadzwonił do niej z pytaniem, kiedy da mu rozwód, bo ma zainteresowanie u kobiet i to duże. Nie wiem, czy miał na myśli mnie? Transakcja przebiegła prawidłowo i co najważniejsze okazała się skuteczna. No cóż. Takie „bongo-bongo” to ja rozumiem. On ją wydymał, to trzeba było kobiecie pomóc na spontanie. Ostatecznie znaków było mnóstwo, żeby małżonek Gosi nieco zszedł ze swoich podłych torów. A to zagrzybił mu się język tak, że nie mógł mówić i nie dało się tego wyleczyć. Niesamowite, jak w tym przypadku „zgnilizna od środka” została przez wszechświat potraktowana błyskawicznie.
W styczniu, po Nowym Roku, Margaret zadzwoniła w niedzielę z informacją, że Hubert zmarł. Niklas znalazł go rano. Przyczyna — wylew. Do rozwodu nie doszło. Tym samym prawowitą spadkobierczynią domu, gospodarstwa, maszyn i pojazdów została Margaret. Pomogłam jej wypełnić dokumenty do ubezpieczenia. Samochód wrócił do niej po niespełna czterech miesiącach. Dokładnie tak, jak obiecała. Dobrze jej się żyło, choć spraw do ogarnięcia było mnóstwo. Jednak jest jedna, najstarsza prawda — spokój jest najważniejszy. Czy takie odejście ze świata było kondolencjami czy gratulacjami? Człowiek, który nie uczestniczy czynnie w związku małżeńskim ani w wychowywaniu dziecka, a kobieta w tym układzie sama się utrzymuje, zdecydowanie wpisuje się w kategorię kondolencji — ogromnych wyrazów współczucia, żalu i poczucia winy. Dlaczego człowiek tak wybiera? Czy naprawdę człowiek aż tak boi się samotności, że godzi się być z kimś dla pseudomiłości? Mówi się, że taki głodny zje nawet ze śmietnika!
Po wydaniu pierwszej książki spotkałam się z bardzo dobrym odzewem. Ludzie chcieli mnie poznać, uścisnąć dłoń. Cenili moją bezpośredniość, ciętą ripostę, sarkazm i tę nutę melancholii, która mimo swojej wagi dawała namiastkę uśmiechu. Poznałam wtedy różnych ludzi: kobiety i mężczyzn, młodszych i starszych. Z różnymi problemami, zachwytami, historiami. Dla kobiet byłam kimś, z kim chciałoby się pracować i pośmiać, wypić kawę. Dla mężczyzn postacią intrygującą, tajemniczą, przy której niedosyt zostawiało jedno pytanie: dlaczego ja taka jestem? A skąd w ogóle było wiadomo, jaka jestem? W środowiskach pracy, w których przyszło mi funkcjonować, zazwyczaj trzeba było grać swoją rolę. To nie byłam ja. Często jesteśmy do tych ról zmuszani, żeby zwyczajnie przetrwać. To są doświadczenia, ale nie tożsamość. Pomijam już fakt, że większość istot żyjących tu na Ziemi nie wie, kim jest, a ja sama dowiedziałam się o tym u mojej mentorki Aliny Wajdy-Lamparskiej, ale o tym pokrótce później, a być może w niedalekiej przyszłości powstanie o tym osobna książka.
Pracując w nowym miejscu, tęskniłam za Margaret, a ona tęskniła za mną. Mój szef w końcu sporządził plany targetowe dla małego zespołu, który oprócz Moniki zasilały już Anna i Agnieszka. Na start każdy produkt był punktowany, więc plany nie były liczone w złotówkach, a w punktach. Zadaniem każdej konsultantki było uzyskanie trzydziestu punktów dziennie, ze szczególnym naciskiem na sprzedaż produktów beauty. Klientki najczęściej zaczynały od preparatu na odchudzanie. To był produkt, który „schodził sam”, więc mało komu zależało, żeby sprzedawać go przez telefon. Wzięłam się do pracy. Stworzyłam ulepszony skrypt, który po trzech miesiącach zaczął generować wyniki na plus. Musiałam walczyć z marketingiem o warunki dla infolinii: kody rabatowe, oferty, realne narzędzia sprzedaży. Nie mogło być tak, że jakaś celebrytka miała lepszy kod niż my. Ludzie tego nie kupowali. Kupowali oprócz rabatu — sympatię. Czy miałyśmy szansę konkurować z kimś, kogo stać na torebkę Valentino albo Chanel, i stylizacje z marek, których nazwy brzmią jak nazwy dolin we Włoszech? Tak, jeśli klientka czuła nasz vibe — zwykłych Kowalskich. I udało się. Pojawiły się pierwsze premie. Jeśli zespół wyrobił normę, dostawałyśmy tysiąc złotych na cztery osoby. Moja część? Dwieście pięćdziesiąt złotych. Wow! Dziewczyny dodatkowo miały prowizję od sprzedanych sztuk, więc im bardziej się to opłacało niż mnie.
W lipcu Monika złożyła wypowiedzenie. Powiedziała, że ta praca była dla niej bardziej testem, czy jej dziecko wytrzyma tyle godzin z teściami. Poza tym rywalizacja nie była dla niej. Iskrą zapalną był fakt, że mój telefon odbierał również zamówienia z zewnątrz. Ja nie pracowałam na punkty, ale mój zespół tak. Jeśli klientka miała kod od celebrytki i chciała go użyć, uważałam, że powinna zrobić to przez internet. Skoro jednak dzwoniła, oferowałam nasze kody. Dla zachowania sprawiedliwości każdy telefoniczny zakup dzieliłam kolejno między dziewczyny. Nie miałam jednak wpływu na to, że jedna klientka zamówiła tylko jeden produkt, a inna trzy. Jeśli trafiał się „duży” telefon, a któraś z konsultantek miała najsłabszy dzień, zawsze pytałam zespół, czy możemy przypisać go jej. Zgadzały się. Chciałam zdrowej rywalizacji. Pomagałam, ale nie wyręczałam. Po takiej pomocy konsultantki motywowały się na tyle, że zazwyczaj robiły wynik same, bez pomocniczych telefonów. Może trochę później ta pomoc na bazach zimnych była większa, bo tam praca była specyficzna i bardziej obciążająca psychicznie, więc wsparcie było konieczne.
Moje wartości kompletnie nie pasowały do środowiska, które wymagałoby uszkodzonego hipokampu, tej części mózgu odpowiedzialnej za czucie i reakcje emocjonalne. Moje nadawały się tam jak u opiekunki do żłobka lub schroniska zwierząt. Owszem, gdy trzeba było, podkreślałam swoje expose z początku, żeby dziewczyny nie weszły mi na głowę. W call center obowiązuje jedna żelazna zasada, którą szczególnie cenię: jeśli w zespole pojawi się tzw. zgniłe jabłko, ktoś, kto podjudza innych, knuje, narzeka, podważa autorytet menedżera, wprowadza atmosferę buntu i insynuuje syndrom oszusta, wtedy fikuśny coaching nie działa. Jest tylko jedno rozwiązanie: zwolnienie. Swoją drogą polecam tę zasadę na każdej płaszczyźnie życia. I przyszło mi to zrobić. Zwolniłam dziewczynę na dwutygodniowym okresie próbnym. Dokładnie po to on istnieje. Wcześniej była „świetnym handlowcem stacjonarnym od e-papierosów”. Tu wołało to o pomstę do nieba. Przeszkadzała innym. Miała się osłuchiwać, a krzyczała im w słuchawki: „Dajesz! Sprzedasz to!” — jak te świry, co szkolą z cyklu: „Jesteś zwycięzcą!”. Gdy pytała, czy idę zapalić, odpowiadałam klasycznie swoim powiedzeniem:
— Nie, dziękuję, i bez tego atmosfera jest wystarczająco śmierdząca.
Po zwolnieniu zrobiła szopkę. Szef był wtedy na wyjeździe. Dziewczyna poszła podpisać listę obecności na drugie skrzydło i oznajmiła pracownicy BOK, że „idzie się powiesić przeze mnie, bo pozbawiłam ją pracy”. To było ponad moje nerwy. Marianna z BOK-u wpadła do mnie spanikowana, zrobiła zamieszanie i… dostała opieprz od szefowej marketingu. Ja podsumowałam sprawę krótko, że nie życzę sobie podważania moich decyzji. Jeśli ktoś ma problemy psychiczne, to powinien zasięgnąć porady lekarza. Do pracy z moim zespołem się nie nadawała. Tak bywa. Dawałam szanse. Były rozmowy, coaching, jasne komunikaty. Efektów brak. Dziewczyny się jej bały, jakość pracy spadała. Bilans był jednoznaczny: game over. Oczywiście nic sobie nie zrobiła. Chciała mi tylko zrobić na złość. Ironia losu polegała na tym, że osoba, która zna procedury samobójcze z autopsji, była ostatnią, na którą trafiła z taką manipulacją. Szef później powiedział przez telefon, żebym się tym nie martwiła. Nikt lepiej ode mnie nie znał zespołu ani jego dynamiki. Od tamtej pory byłam systematycznie obgadywana przez Mariannę z BOK-u. Powiedziałam jej kilka słów. Oczywiście zapierała się rękami i nogami, że ona jest osobą bezpośrednią, że nigdy by czegoś takiego nie zrobiła. Podsumowała to klasykiem: na początku było tu świetnie, kameralnie, ale zespół się rozrósł i… zrobiło się za dużo ludzi. Ach! Nadmiar tlenu w pomieszczeniu. Szef z czasem chyba też tak uznał, bo zwolnił dziewczynę z magazynu. Kiedy zapytałam Dominikę, dlaczego? Odpowiedziała: „Bo tak”. I wtedy po raz pierwszy poczułam lekki dreszcz. Taki, który mówi: zapamiętaj ten moment. Marianna natomiast coraz częściej dostawała od szefa żółte kartki. Sport narodowy. Podczas jednej z wizyt Karola na wspólny coaching wydarzył się cud objawienia. Karol uświadomił mojemu szefowi, że… dowożę wyniki. I że gdyby miał takiego menedżera, to by się cieszył. Wróciłam do domu i dostałam wiadomość na WhatsAppie: ”Gratuluję dowiezienia wyniku”. Od października 500 zł więcej do wypłaty”. No proszę. Chociaż tyle. Same dojazdy kosztowały mnie tysiąc złotych. O umowie, którą roztaczano przede mną podczas rekrutacji, tej z zupełnie innym wynagrodzeniem nawet nie wspomnę. Dopiero gdy Karol interweniował w tej sprawie, to oświecił Dawida.
Moja wina? Oczywiście, że tak. Brak asertywności. Ciągle myślałam, że robię za mało. Miałam tak silne poczucie skromności, że to mnie zgubiło. Może słowa byłego kierownika: „Będziesz tego żałować” niosły ze sobą taką paskudną energię, że wszystko zaczęło się tu układać dokładnie tak, jak się układało. Po trzech miesiącach żałowałam tej zmiany bardzo. Wszystko brzmiało zupełnie inaczej, niż zapewniała mnie w sesji tamta jasnowidz i Dawid, ale decyzja należała wyłącznie do mnie. Pretensje więc mogłam mieć tylko do siebie.
Od kiedy zaczęłam tu pracę, moje życie wyglądało tak: weekend — szpital, czasem tydzień — szpital, potem praca, a resztę czasu dzierżawiłam mieszkanie. Mama powoli zaczynała dochodzić do siebie, ale jej pobyt w szpitalu ciągnął się bez końca. Nikomu się nie zwierzałam. Dziewczynom mówiłam tylko, że jadę do szpitala i że „chyba jest coraz lepiej”. Bo przecież tak się mówi. Jeszcze przed zmianą pracy zwierzyłam się mojej koleżance Annie z Wrocławia. Pokazałam jej firmę, suplementy. Odpisała uczciwie, że są drogie, że to ryzykowne, że może lepiej wziąć bezpłatny urlop i spróbować tej pracy na próbę. A ja z ego wystrzelonym w kosmos odpisałam jej niegrzecznie, że jak zwykle jest zazdrosna, że sama nie ma odwagi nic zmienić, że patrzy tylko na swojego męża, a gdy ja mam szansę na coś lepszego, to ona musi mnie ściągać w dół i deprecjonować. „Powiedz bliskim o swoich planach — usłyszysz: po co ci to”. Tak mówią milionerzy, prawda? Po jakimś czasie Ania napisała do mnie maila, że właściwie kończy ze mną znajomość, że owszem mogę do niej pisać, ale pożegnała mnie już dawno. Co za szlachetność, mogłam pisać, ale najlepiej, gdybym tego nie robiła, mniej więcej tak to brzmiało. Kontakt się urwał. Zostały tylko szorstkie życzenia na święta i rozmowy o dzieciach. Jak z obowiązku.
Pod koniec czerwca zamówienia wystrzeliły w kosmos. Marianna poszła na L4, miała wycinany woreczek żółciowy. Szefowa marketingu poprosiła mnie o wsparcie na BOK. Odpowiadałam na setki maili, odbierałam tony telefonów. Dziewczyny z magazynu drukowały listy przewozowe i pakowały produkty. Podczas promocji zamówień było tysiące. Oczywiście nie dochodziły do klientów w dwa dni, jak widniało na stronie, mimo że regulamin wyraźnie mówił o wydłużonym czasie dostawy w czasie trwania promocji, ale kto by czytał regulaminy. Najwięcej było właśnie takich tłumaczeń przez telefon. Miałam tam bardzo dużo pracy w kontekście prostowań, utrzymania klienta, załagodzenia sytuacji kryzysowych. Przez półtora miesiąca zbudowałam tam solidną bazę, że mogłam kierować klientki do dziewczyn. Zaproszono mnie „na dół” na obrady. Dyrektor marketingu, przy szefie, oznajmiła, że świetnie im się ze mną pracuje i chcieliby, żebym zastąpiła Mariannę. I tu popełniłam błąd. Wszystko z moją pomocą owszem szło nam sprawnie, ale moje call center było pozostawione bez nadzoru.
Zamiast przypomnieć wtedy, po co tu przyszłam i do jakiej roli, to zgodziłam się. Czyli od wtedy zajmowałam się:
— rekrutacją,
— ciepłym zespołem,
— zimną bazą,
— byłam trenerem sprzedaży,
— byłam menadżerem,
— BOK i czasami magazynem.
A jak trzeba było, to i konsultacją dietetyczną. Osiem ról w cenie jednego etatu. Prowizja: 250 zł. Promocja nie do zdarcia. Schlebiało mi jednak uznanie: „Zobaczcie, jaka jestem niezastąpiona, wszystko tu ogarnę”. Co za kicha, straszna! I tak zostałam rzucona po różnych działach. Dziwię się, że przy takim trybie pracy w ogóle były wyniki na dziale call center. U Karola w Częstochowie były osobno wyznaczeni do ról: rekruter, trener, menedżer i konsultanci. Tu byłam wszystkim. Sama sobie na to pozwoliłam, nikogo nie winię. Tak jak moja mama weszłam w rolę białego murzyna. Gdy zastąpiła mnie na chwilę Agnieszka i popełniła jedną gafę w mailu, szef stwierdził, że „ma poważne zastrzeżenia do infolinii”. Pożar wybuchł pod koniec października.
W październiku dostałam podwyżkę, a pod koniec października padł pomysł, żeby nas wszystkie zwolnić. Szef wpadł na górę z dyrektorką marketingu i trzasnął w stół bilingami telefonicznymi. Okazało się, że konsultantki miały po 30—40 rozmów dziennie. To według niego było stanowczo za mało. Konwersja okazała się za niska. Według szefa wyniki były robione „po najmniejszej linii oporu”. Nie sprawdzili jednak WhatsAppa, nie wzięli pod uwagę systemu KPI, bo tak jak ładowali miliony w marketing, tak już oszczędzali na porządny system call center, który znacznie ułatwia pracę, jeśli chodzi o raporty. Baza była w excelu, a numery wybierane ręcznie z telefonu komórkowego. Rozmowy były nagrywane w specjalnej aplikacji w telefonach. Sprzedaż odbywała się telefonicznie, poprzez wiadomości, maile, kanałów było sporo. Konsultantki były bezpośrednimi opiekunkami klienta. Zbudowały zaufanie i relacje na takim poziomie, że klientki chciały już tylko kupić u pani Ani czy Agnieszki. O to właśnie chodziło. Tego miałam nauczyć i zrobiłam to. Plany były realizowane z górką, bo skoro każda dziewczyna miała mieć minimum 30 punktów na dniówce, łatwo było to przemnożyć przez dni robocze. Pomijając fakt, że niektóre konsultantki pełniły zastępstwo na infolinii głównej, gdzie plan automatycznie był wtedy pomniejszany, to zawsze i tak była nadwyżka w punktacji. Nie miałyśmy też zwrotów od klientek, a to w sprzedaży telefonicznej jest bardzo istotne.
Zauważyłam, że na infolinii głównej dochodzi do częstych pomyłek przy zamówieniach klientów. Zwróciłam na to uwagę szefowi i zaproponowałam rozwiązanie. Zapytałam Dawida, czy mój mąż mógłby ze mną przyjechać na jeden dzień i przyjrzeć się pracy dziewczyn na magazynie, ponieważ się na tym zna. Jego zadaniem byłoby zapoznać się z procesem pracy dziewczyn z magazynu oraz pokazać, jak można go usprawnić. Dawid się zgodził. Zgoda była potrzebna, nie chciałabym absolutnie robić czegokolwiek poza czyimiś plecami. To w końcu dla firmy obca osoba, a ja miałam wprowadzić męża na teren firmy. Cieszyłam się, że mąż będzie blisko ten jeden dzień przy mnie. Spędził dosłownie może trzy godziny na magazynie i poinformował mojego szefa, że taki magazynek nie powinien mieć tylu błędów. Poinstruował, żeby założyć kamerę, skanery i wszystko będzie działać. Znał się na tym doskonale, bo pracował przez ponad 12 lat w znanym magazynie, gdzie do każdego błędu potrafił wskazać przyczynę i podać rozwiązanie.
Ja się często śmieję, że jak idę sama na zakupy, to taśma w sklepie jest obładowana byle jak. Jak w kołchozie. Natomiast kiedy idę na zakupy razem z mężem, to na taśmie panuje doskonały porządek, wszystko poukładane w kosteczkę na wymiar. Zaangażowałam się, bo zależało mi, żeby nie było strat, firma była zamożna na swój sposób, inwestowała w te wszystkie reklamy i celebrytki, ale każda kolejna wysyłka to koszt. Później, jeżeli gdzieś brakowało pieniędzy, to oczywiście obwiniało się dział call center ze mną na czele.
W tym dniu, kiedy mąż pojechał ze mną do mojej pracy, usiedliśmy w przerwie razem przy stoliku zjeść obiad. Mąż powiedział do mnie:
— Dobrze tu masz, dobrze pracujesz, trzymaj się tej pracy, ale uważaj na tę staruchę.
Miał na myśli Edytę. Nie podobała mu się. On i Laura mają ten zmysł, że wyczują człowieka bardziej niż najlepszy pies myśliwski. Ja natomiast ufałam wszystkim bezgranicznie. Nie było u mnie nic pomiędzy, albo ufałam na zabój, albo wcale.
Mój kolega z pracy podczas akcji z bilingami uznał, że gdzieś zaczęło się coś sypać finansowo, a jak się sypie, to na siłę szuka się winnego, więc wzięto na czołówkę dział call center. Padło niecenzuralne zdanie wypowiedziane przez szefa:
— Teraz to ja was wszystkich powinienem **pierdolić!
Chwilę później szef przyszedł do mojego gabinetu. Jadłam coś, a on nagle złagodniał. Tłumaczył, że martwi się o mnie, że dziewczyny robią mnie w *uja. Jaki troskliwy się zrobił. Dał jednak warunek, że nie zwolni nas, jeśli zrobimy w listopadzie 40 tysięcy obrotu na głowę na bazie ciepłej. Już dawno prosiłam o przejście w planach na kwoty, bo pieniądze mówią coś więcej niż same punkty. Po Wszystkich Świętych chciałam się stamtąd zwolnić. Kartony stały gotowe do spakowania. Menadżerka marketingu zapytała, co to? Odpowiedziałam, że odchodzę. Poszła z tym do Dawida. Ta sytuacja z tymi bilingami mocno mnie zawiodła, bo sprawdzono tylko połączenia, a konsultantki korzystały z różnych kanałów sprzedaży. Tego już nie sprawdzali.
Szef zaprosił mnie do gabinetu. Mówiłam wszystko, co mocno odbiega od początkowych ustaleń: o punktach, niebywałym chaosie, chociaż minęło już kilka miesięcy mojej pracy. O tym, że rzuciłam stabilną pracę dla tego miejsca, że znoszę to wszystko jak pieprzona służebnica pańska i bardzo się staram. Zapewniłam tam ciągłość działań na każdym dziale, a tu taki strzał, żeby nas wszystkie pozwalniać. Dawid zagwarantował słownie, że nawet jeśli dział padnie, ja mam tu zapewnione miejsce. Co się zmieniło przez miesiąc, że wyleciałam na zbity pysk? Tutaj stan permanentnej ambiwalencji to był porządek dzienny. Na koniec Dawid dodał fałszywie, że „tamte dziewczyny go w ogóle nie interesują”. Miał na myśli moje konsultantki. Fałsz totalny. Sprzedaż jest fascynująca, ale i bardzo niebezpieczna. Mówi się, że nie sprzedaje się tylko na policji — a tu zrobiono komisariat. Każdy na koniec sprzedał drugiego jak ostatnia szmata za swoje trzydzieści srebrników. Jeżeli sądzicie, że największe sprzedawczyki siedzą na komisariatach — mylicie się. Tam, gdzie chodzi o pieniądze, gra jest grubsza. A sznur zaciska się szybciej, niż zdążycie zapytać, kto trzyma drugi koniec. Pamiętam, jak wychodziłyśmy z dziewczynami na papierosa i Ania — konsultantka powiedziała, że już nigdy nie chciałaby zostać kierownikiem sprzedaży. Pozwalała sobie też na takie zdania: „Po co wy się malujecie, dziewczyny?”. Ania była bardzo skryta, ale w głowie miała ambitny plan, lepiej obserwowała niż ja. Na grupie WhatsApp wszystkie konsultantki mi dziękowały, że tak zbudowałam relacje między nami, okazywały zaufanie, mówiły, że zawsze będą trzymać moją stronę. Nie zaświeciła mi się lampka ostrzegawcza, ufałam do samego końca wszystkim i ze wszystkim. Próbowałam tę kontrolę chociaż w małej namiastce odpuścić, tam gdzie tylko mogłam. Nie podobały mi się notoryczne zmiany i rzucanie mnie po różnych działach, szczególnie w momencie, gdy trzeba było skupić się na tych zimnych telefonach.
Sytuacja z bilingami odbijała się echem w mojej głowie, fakty wskazywały na inny przebieg wydarzeń, dlatego też postanowiłam napisać maila z podsumowaniem o tych bilingach, co wpłynęło na taką liczbę realizowanych połączeń, a brzmiał on tak:
Odnosząc się do poprzedniego maila, że poprzednie wyniki były wykonane po najmniejszej linii oporu, nie do końca się z tym zgodzę. W poprzednim miesiącu, pomimo że Agnieszka była 11 dni na zastępstwie na infolinii głównej, miałyśmy z tego względu obniżony plan punktowo, ale i tak wykonałyśmy ten pierwotny z górką (o tym już nikt nie pamięta lub nie chce?). Po pierwszym zebraniu wspólnie ustaliliśmy odpowiednie promocje i po tym czasie od sierpnia realizacja planów była już znacznie lepsza. Wykazałyśmy inicjatywę, że chcemy podnieść wyniki przechodząc na plan kwotowy, biorąc pod uwagę rodzaj suplementów, podzielonych na „x” i resztę produktów. Niedawno podpisaliśmy wszyscy regulamin pracy i zaznaczyliśmy nasze obowiązki. Na dzisiejszym zebraniu omówiłam każdy punkt z zespołem i w obowiązkach konsultantek jest wyraźnie zaznaczone, iż:
Konsultantki mają za zadanie:
• Kontaktować się z klientem odnośnie promocji, zapytań o efekty w formie kontaktu telefonicznego i aplikacji WhatsApp (proszę sprawdzić także takie wiadomości, tam też jest sprzedaż), uzupełnianie bazy klienta, informowanie o aktualnych promocjach, przyjmowanie zamówień stałych klientek w formie telefonicznej, jak i na i WhatsApp oraz mailowej.
• Współpraca z działem marketingu, odnośnie aktualnych akcji promocyjnej, obsługa sklepu internetowego prestashop, w celu wprowadzania zamówień.
• Realizacja celów sprzedażowych.
• Odpowiadanie na zapytania klientów (na Instagramie była i jest rolka oraz post z dostępnymi numerami telefonu o doborze suplementacji, jako konsultantki też tego dokonujemy).
• Kierowanie kontaktami i przekierowanie osób do odpowiedniego działu.
• Współpraca z ekspertem ds. produktów, uczestniczenie w szkoleniach sprzedażowych (w zastępstwie innymi obowiązkami Agnieszka np. ostatnio nie mogła skorzystać ze szkolenia).
• Doradzać przy wyborze odpowiedniej suplementacji, prowadzić aktywną dosprzedaż produktów. Klientki rozpoczynały zakupy ledwie od jednego produktu, dziś konsultantki potrafią mieć zamówienie na 1000 zł u jednej klientki. To osoby, które nam zaufały, z którymi to my zbudowałyśmy relacje oparte na ZAUFANIU, w dodatku niełatwą drogą przez telefon.
Konsultantki baza zimna:
• Pozyskanie nowego klienta drogą telefoniczną.
• Realizacja celów sprzedażowych.
• Uczestniczenie w szkoleniach produktowych.
• Kontakt telefoniczny z klientem oraz przez WhatsApp.
• Wykonywanie połączeń telefonicznych.
• Współpraca z poszczególnymi działami w firmie.
Manager call center:
• Motywowanie zespołu w celu podniesienia wyników sprzedażowych.
• Nadzorowanie pracy konsultantów.
• Odsłuchiwanie rozmów telefonicznych.
• Wprowadzanie działań podnoszących efektywność pracy.
• Prowadzenie szkoleń produktowych, sprzedażowych.
• Opracowanie skryptów rozmowy.
• Rozliczanie z wyników sprzedażowych.
• Obsługa infolinii ogólnej, rozmów przychodzących.
• Współpraca z poszczególnymi działami w firmie.
• Usprawnienie działań związanych z zamówieniami.
• Prowadzenie rekrutacji pracowników.
• Wydanie dyspozycji o zatrudnieniu i zwolnieniu pracownika.
• Przygotowanie raportów dziennych i miesięcznych z wyników.
• Podział bazy kontaktowej pomiędzy konsultantki.
• Monitorowanie terminu ważności bazy.
• Zgłaszanie wszelkich sugestii klientów.
• Rozwiązywanie sporów.
• Wykonywanie poleceń zleconych przez wyższą instancję.
Konsultantki załatwiają także sprawy z reklamacjami oburzonych klientek. Ostatnio na infolinii głównej klientka została potraktowana w sposób pozostawiający wiele do życzenia. Konsultantka złagodziła sprawę i poprowadziła rozmowę na WhatsApp, dzięki czemu utrzymano klienta, co też jest istotne w tej pracy. Realnie wyrabiamy plany od sierpnia po ówczesnym zebraniu, jak ma wyglądać promocja na call center. Zespół wykazał chęć przejścia na kwoty i ambitnie piąć się do góry.
Chciałam stworzyć TEAM oparty na zaufaniu, partnerstwie i ogromnej dawce energii, a nie „prosektorium wypranego z uczuć call center”, w którym liczy się tylko ilość, a nie jakość.
2 listopada mam rozpocząć szkolenie z nową grupą, potrzebuję do tego spokojnych warunków pracy, nie możemy na rynku uchodzić za partaczy. I ja jako osoba rekrutująca nie chcę mieć opinii, że bawię się ludźmi, przyjmując ich do pracy i zwalniając, kiedy regulaminowo wypełniają swoje obowiązki. Jestem w stanie nauczyć budowania relacji z klientami każdego, co przekłada się na sprzedaż, ale nie jestem w stanie pracować bez konkretnych ustaleń, bądź zmieniających się co chwilę reguł, którym nie sposób sprostać na bieżąco. Atmosfera jest dla mnie i mojego zespołu bardzo ważna. W grupie mam osoby chorujące m.in. na padaczkę i nie chcę się przyczyniać do pogorszenia stanu zdrowia, jak i sama je narażać w firmie, w której w końcu promuje się zdrowie innym oraz doradza, by zadbali o swoje z marką „x”.
Jedyną osobą, która doceniała moje działania, na które miałam dowody mailowe, był doktor, ale na sam koniec nie kontaktowałam się z nim odnośnie mojego zwolnienia. Jeden raz po tej sytuacji z bilingami zadzwoniłam do niego, aby opowiedzieć mu, jak to wygląda, a ponieważ był wspólnikiem tej firmy, nie miał pojęcia, co się w środku wyprawia. Myślałam, że odrobinę wpłynie na Dawida, ale to w końcu byli partnerzy biznesowi, może nawet przyjaciele.
Doktor odniósł się tylko do sytuacji z zimną bazą, że rzeczywiście nie planowali czegoś takiego uruchamiać, ale jak to określił — to ten facet z Częstochowy namówił Dawida do tego. Wspomniał także, że pracując w różnych firmach farmaceutycznych, promując marki, nigdy nie wykonywano tam telefonów na zimno. Klienci zawsze byli już ociepleni w kontakcie. Doktor początkowo był zachwycony moją osobą, jak to określił na szkoleniu produktowym, gdy tylko o mnie usłyszeli, powiedział: „Bierzemy tę dziewczynę!”. Jestem mimo wszystko mu wdzięczna, bo ten człowiek miał wiedzę nie tylko specjalistyczną, ale także właśnie sprzedażową, jego feedback do mojej pracy był dla mnie najważniejszy. Może się mylę, ale uważałam go za człowieka mądrego, kulturalnego z przemiłą aparycją. Żałowałam, że czasowo mało uczestniczył w spotkaniach z zespołem i ze mną. Kiedy niespodziewanie nas odwiedzał, pomimo wielu trudności od razu na mojej twarzy pojawiał się uśmiech.
Na zimnej bazie zrekrutowałam kilka dziewczyn. Część z nich zrezygnowała jeszcze zanim zdążyła usiąść przy biurku. Inne zostały i zaczęły ćwiczyć hart ducha, który ponoć miałam mieć ja. Ponoć, widocznie rozdawali go w pakiecie startowym razem z wypaleniem. Z jedną dziewczyną, Pauliną, młodziutką mamą, rozmawiałam prawie godzinę. Karol na szkoleniu prosił, żeby zwracać uwagę, czy ktoś gra na jakimś instrumencie, bo to oznacza, że będzie zdeterminowany, cierpliwy i że poradzi sobie z odmowami klientów. Czyli idealny materiał na sprzedaż marzeń ludziom, którzy jej nie zamawiali. Paulina grała na skrzypcach, ale nie tylko to zadecydowało o jej przyjęciu. Nigdy nie pytałam o posiadanie dzieci ani o ich planowanie. Po pierwsze nie musiałam, po drugie nie wolno, po trzecie życie i tak wszystko powie samo, zwykle szybciej niż kadry.
Na końcu Paulina sama powiedziała, że ma trzyletnie dziecko, ale będzie miała zapewnioną nad nim opiekę. Niedawno rozstała się z ojcem dziecka, a w ciążę zaszła z plastrem antykoncepcyjnym. Bywa, czysta wpadka. Swoją drogą pomyślałam, jak ja niesamowicie działam na ludzi. Oni mówią wszystko, nie będąc o to pytani. Pozwolę sobie na dygresję w tym miejscu. Siedziałam w parku z siostrą i zgadałyśmy się o dzieciach, ciążach. Temat zaczyna się zazwyczaj tak samo: „A tamta to chyba w ciąży?”, „Ja nie będę mieć dzieci, mi tak dobrze”, i nagle siostra zapytała mnie:
— Ela, a ty też wpadłaś, co nie?