E-book
15.75
drukowana A5
30.61
Bohater

Bezpłatny fragment - Bohater

Objętość:
65 str.
ISBN:
978-83-8455-432-6
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 30.61

ROZDZIAŁ 1: LEO

Dźwięk budzika nie jest dźwiękiem. Jest igłą wsuwaną pod czaszkę, tuż za lewym uchem, dokładnie w to miejsce, gdzie sen przechodzi w jawę. Przez pierwsze trzy sekundy nie otwieram oczu — leżę i pozwalam, żeby ten wkurzający, elektroniczny pisk wypełnił pokój, bo dopóki trwa, dopóty nie muszę się ruszać. Czwarta sekunda. Wyciągam rękę, tłukę w przycisk, zapada cisza.


Otwieram oczy.


Sufit nade mną jest biały, ale w rogu, tuż przy żyrandolu, rozlewa się plama wilgoci w kształcie przypominającym Amerykę Południową. Mama obiecała zamalować ją zeszłego lata, potem jesienią, potem „na wiosnę”. Jest wrzesień. Plama nadal tam jest. Przez chwilę studiuję jej kontury — Patagonia, Ziemia Ognista — zanim wzrok zjeżdża niżej, na półki z książkami, na stos komiksów przy biurku, na trzy talerze po wczorajszej kolacji, które powinienem był odnieść do kuchni. Nie odniosłem. Nie zniosę.


Za oknem światło jest takie, jakie bywa tylko we wrześniu — ostre, ale już nie białe od lipcowego żaru, tylko złotawe, gęstsze, jakby przefiltrowane przez miód. Letni poranek. Piękny, powiedziałaby mama. Dla mnie to tylko kolejny dzień do przeżycia.


Przecieram oczy wierzchem dłoni. Przeciągam się — to znaczy, wykonuję tę część przeciągania, która jest możliwa. Ramiona do góry, łopatki do tyłu, kręgosłup wygina się w łuk. Wszystko powyżej pasa żyje, pracuje, napina się i rozluźnia. Poniżej — nic. Nie ból, nie drętwienie, nawet nie pustka. Po prostu brak sygnału, jakby ktoś przeciął kabel i nawet nie próbował go z powrotem podłączyć. Mogę ruszać, ale… umówmy się — to nie jest to samo. Mówię ludziom, że się przyzwyczaiłem. Kłamię. Do inwalidztwa nie da się przyzwyczaić, tak samo jak nie przyzwyczajasz się do braku powietrza. Uczysz się tylko nie wpadać w panikę za każdym razem, gdy sobie o tym przypomnisz.


Wózek stoi po prawej stronie łóżka. Zawsze w tej samej odległości — jakieś trzydzieści centymetrów od materaca, ustawiony równolegle, hamulce zaciągnięte. Zostawiam go tak każdego wieczoru, bo rutyna to jedyna rzecz, która nie pozwala mi się rozsypać. Przesiadka z łóżka na wózek ma swoją choreografię: prawa ręka na podłokietniku, lewa na krawędzi materaca, tułów do przodu, ciężar na ramionach, obrót. Jeden płynny ruch, wyćwiczony przez lata do tego stopnia, że czasem budzę się już na wózku i nie pamiętam samego momentu przesiadki. Ciało pamięta za mnie.


Podjeżdżam do szafy. Drzwiczki skrzypią — ten sam dźwięk od dziesięciu lat, odkąd ojciec obiecał naoliwić zawiasy. W środku nie ma wiele. Biała polówka, czarne spodnie dresowe, granatowa bluza na chłodniejsze dni. Nie przykładam wagi do ubrań. Ludzie i tak nie widzą ciuchów — widzą wózek. Najpierw wózek, potem ewentualnie ja, gdzieś tam w tle, jak dodatek do inwalidztwa.


Ubranie się zajmuje mi pięć minut. Może siedem. Ktoś sprawny zrobiłby to w dwie. Polówka wymaga przełożenia przez głowę bez utraty równowagi, spodnie — podciągnięcia w pozycji siedzącej, centymetr po centymetrze, najpierw jedna nogawka, potem druga, potem poprawki w pasie. Przy lustrze układam kołnierzyk, poprawiam włosy — ciemne, trochę za długie, mama mówi, żebym poszedł do fryzjera. Zakładam okulary w czarnej oprawce i przez moment patrzę na swoje odbicie. Piętnastolatek. Brunet. Szare oczy za szkłami. Mógłbym być kimkolwiek. Mógłbym mieć całe życie przed sobą, jak powtarzają dorośli. Ale w odbiciu widzę tylko zmęczenie na twarzy i kawałek oparcia wózka wystający spod pachy.


Podjeżdżam do okna. Klamka stawia opór — trzeba szarpnąć pod odpowiednim kątem. Okno otwiera się z trzaskiem i do pokoju wpada powietrze. Ciepłe, wilgotne od porannej rosy, pachnące skoszoną trawą i czymś słodkim, może jabłkami z sadu sąsiada. Zamykam oczy. Przez pięć sekund udaję, że mogę po prostu wyjść. Przez pięć sekund jestem kimś, kto wstaje z łóżka na własnych nogach, podchodzi do okna na własnych nogach, wychodzi z domu na własnych nogach. Potem otwieram oczy i wózek nadal tu jest.


Biurko. Komputer — stacjonarny, stary, wentylator wyje przy każdym uruchomieniu, ale CS chodzi. Szuflada z książkami zacina się w połowie, trzeba podważyć od spodu. Wyciągam podręczniki: polski, matematyka, zeszyt w kratkę. Każdą rzecz wkładam do plecaka z namaszczeniem, pod odpowiednim kątem, w odpowiedniej kolejności — najpierw zeszyt, potem książki od największej do najmniejszej. Ten porządek to coś, co mogę kontrolować. Jedna z niewielu rzeczy.


Zamykam szufladę biodrem — trzeba docisnąć. Spoglądam na pokój. „Polski… Matma… zeszyt…” — mruczę pod nosem. Wymienianie rzeczy na głos daje im ciężar. Sprawia, że świat na chwilę staje się przewidywalny.


Salon pachnie kawą i e-papierosem — słodkawym, chemicznym aromatem liquidu o nazwie „Virginia Tobacco”, który ojciec kupuje na Allegro w dziesięciopakach. Siedzi przy stole dokładnie tak samo jak wczoraj i dokładnie tak samo jak rok temu: łokcie na blacie, gazeta rozłożona na wysokości twarzy, e-papieros w prawej dłoni. Zaciąga się powoli, wypuszcza chmurę pary, przewraca stronę. Nie podnosi wzroku. Czasem próbuję sobie przypomnieć, kiedy ostatnio na mnie spojrzał — naprawdę spojrzał, nie tylko przesunął oczami po wózku, żeby upewnić się, że nie trzeba będzie znowu dzwonić po pogotowie. Nie pamiętam.


Mama krząta się w kuchni. To jej mechanizm obronny — kiedy się martwi, gotuje. Kiedy się boi, sprząta. Kiedy nie wie, co powiedzieć, robi śniadanie. Dzisiaj pewnie wszystkie trzy naraz, bo słyszę, jak jednocześnie miesza coś w garnku, wyciera blat i zerka na mnie ukradkiem znać czajnika.


— Cześć Leo! Zrobiłam ci śniadanie.


Jej głos ma tę szczególną barwę — troskliwą, ale kontrolowaną, jakby każde słowo przechodziło przez filtr, zanim dotrze do ust. Czasem wyobrażam sobie, że pod tą warstwą troski jest zupełnie inna matka — taka, która czasem krzyczy, czasem przeklina, czasem ma dość. Moja nigdy nie ma dość. Moja jest jak z porcelany — wszystko delikatne, wszystko wyważone, wszystko tak cholernie ostrożne, jakbym był bombą, która zaraz wybuchnie.


— Cześć, dzięki — odpowiadam. Neutralnie. Ani ciepło, ani zimno. Ten ton wyćwiczyłem latami — jest jak zbroja. Chroni mnie przed jej pytaniami, a ją przed prawdą.


— Jak się spało?


— Dobrze… za szybko…


Uśmiecham się. To ten rodzaj uśmiechu, który mówi „wszystko gra”, nawet kiedy nic nie gra. Mama odwzajemnia uśmiech — szybki, odruchowy — i wraca do swoich garnków. Ta wymiana zdań to nasz codzienny rytuał. Trzydzieści sekund normalności, po których oboje możemy udawać, że wszystko jest w porządku.


Podjeżdżam do szafki przy drzwiach. Buty stoją na dolnej półce — czarne adidasy, rozsznurowane, gotowe do założenia. Schylam się, łapię równowagę na lewym podłokietniku, prawą ręką naciągam pierwszy but. Potem drugi. Sznurówki zawiązuję na podwójny węzeł — zawsze na podwójny, bo raz rozwiązały mi się na przejściu dla pieszych i nie mogłem ich zawiązać bez czyjejś pomocy. Od tamtej pory podwójny węzeł to moja religia.


— Idę do szkoły. Adios!


— Adios!


„Adios” pojawiło się któregoś lata, kiedy miałem może siedem lat. Mama puściła mi „Terminatora 2” — tego z Arnoldem Schwarzeneggerem, gdzie na końcu mówi „Hasta la vista, baby”, a w polskiej wersji było „Adios”. Powtarzałem to przez tydzień, aż w końcu zostało. Michał też tak mówi. Znaczy, mówił. Jeszcze wczoraj mówił. Dzisiaj… nie wiem, co będzie dzisiaj.


Drzwi się zamykają. Klatka schodowa jest wąska i ciemna — żarówka na półpiętrze przepaliła się w maju i nikt jej nie wymienił. Windy nie ma, ale ojciec trzy lata temu zamontował podjazd przy schodach na parter. Pamiętam ten dzień — przyszedł z pracy wcześniej, z narzędziami, i przez cztery godziny wiercił, przykręcał, poziomował. Jedyna rzecz, jaką kiedykolwiek dla mnie zbudował. Jedyna.


Szkolny korytarz o siódmej czterdzieści pięć to strefa wojny. Hałas jest fizyczny — uderza w klatkę piersiową, wibruje w zębach. Krzyki, śmiechy, trzaskanie drzwiami od szafek, stukot butów o lastryko, czyjeś „oddaj mi telefon, debilu!” przetaczające się nad głowami jak fala. Wszyscy gdzieś pędzą, wszyscy mają dokąd iść, kogoś popchnąć, coś krzyknąć. Ja siedzę przy ścianie, wózek wciśnięty między kaloryfer a kosz na śmieci, i rysuję.


Szkicownik to jedyne miejsce, gdzie świat działa na moich zasadach. Ołówek 2B, gumka chlebowa, kartka o gramaturze sto dwadzieścia — kiedy rysuję, nie ma wózka. Nie ma nóg, które nie działają. Nie ma spojrzeń przechodniów, tych szybkich, ukradkowych rzutów oka, które mówią „widzę cię, widzę twój wózek, nie wiem, co z tym zrobić, więc udam, że cię nie ma”. Na kartce jest tylko postać, którą tworzę — ktoś taki jak ja, ale lepszy. Silniejszy. Ktoś, kto zamiast być ofiarą, jest bohaterem. Superbohater na wózku. Bo dlaczego nie? Skoro Batman nie ma supermocy, tylko pieniądze i gniew, to ja mogę mieć wózek i gniew. To uczciwa wymiana.


— Siema Leo!


Michał. Jego głos rozpoznaję w każdym hałasie, w każdym tłumie, w każdej sytuacji. Jest jak częstotliwość, do której dostrojone są moje uszy. Podchodzi swoim charakterystycznym krokiem — ręce w kieszeniach bluzy, ramiona lekko przygarbione, ten wieczny luz, który ma w sobie od dziecka. Pamiętam, jak mieliśmy po sześć lat i on już wtedy tak chodził, jakby cały świat był jego kanapą.


— Siema! — odpowiadam, nie podnosząc głowy znad szkicownika. Kończę linię ramienia, cień pod pachą superbohatera.


— Jak tam?


— Git jest. Zmęczony jestem.


Nie kłamię. Zmęczenie to mój stan domyślny. Ludzie myślą, że siedzenie na wózku to odpoczynek — przecież siedzisz, nic nie robisz. Nie wiedzą, że utrzymanie ciała w pionie, kiedy połowa mięśni nie współpracuje, to walka. Że każdy przechył, każdy skręt, każde sięgnięcie po coś wymaga zaangażowania ramion, pleców, brzucha. Że pod koniec dnia czuję się, jakbym przepłynął basen olimpijski, tylko na sucho. Michał to rozumie. Nie pyta dlaczego. Nie patrzy na mnie z tą mieszaniną litości i ulgi, że to nie on. Kiwa tylko głową.


— Gramy dzisiaj w cs’a?


— No można.


— No i klasa. Podobno są nowe mapy.


— O, nice!


Michał zerka na mój szkicownik. Jego brwi unoszą się lekko.


— Ty, ale fajne!


— Dzięki.


— Weź mnie, naucz tak rysować, ha ha.


— Może kiedyś cię nauczę, ha ha.


Śmiejemy się. Z Michałem śmiech przychodzi łatwo, naturalnie, jak oddychanie. Przy nim zapominam — o wózku, o szkole, o tym, że za dwie minuty zadzwoni dzwonek i zacznie się kolejny dzień udawania. Jest tylko on i ja, i ta gra, w którą zagramy wieczorem, i te rysunki, które kiedyś mu pokażę. Może nawet dzisiaj.


Podchodzi pani Agnieszka. Nowa wychowawczyni — widziałem ją wczoraj na korytarzu, ale nie rozmawialiśmy. Ma około trzydziestki, krótkie włosy, okulary w cienkich oprawkach i sposób patrzenia, który różni się od innych nauczycieli. Nie przesuwa po mnie wzrokiem jak po przeszkodzie na drodze. Patrzy mi w oczy, a nie na wózek. To rzadkie.


— Dzień dobry, chłopcy.


— Dzień dobry — odpowiadamy jednocześnie.


Otwiera salę. Wjeżdżam pierwszy, Michał za mną.


Lekcja wychowawcza. Pierwszy dzień pierwszej klasy liceum. Nowa szkoła, nowi ludzie, nowe szanse — tak to podobno działa. Dla mnie to nowa szkoła, nowi ludzie i nowe powody, żeby się bać.


Siadamy z Michałem w ostatniej ławce, tej przy oknie. To nasze miejsce od zawsze — od zerówki, przez podstawówkę, aż tu. Ostatnia ławka daje przestrzeń na wózek, nikt nie siedzi za mną, nikt nie widzi, jak poprawiam nogi, kiedy zsuwają się z podnóżka. Odsuwam krzesło, wjeżdżam na swoje miejsce, blokuję hamulce. Michał siada obok, rzuca plecak na podłogę, wyciąga zeszyt — czysty, nowy, jeszcze bez jednej notatki.


Pani Agnieszka zaczyna standardowo. Nazywa się, mówi, że uczy angielskiego i matematyki, że jest wychowawczynią, że ma nadzieję na dobrą współpracę. Słyszałem tę formułkę w każdej nowej szkole. Potem robi pauzę — tę charakterystyczną pauzę, po której zawsze następuje to samo zdanie. Mogę je wyrecytować razem z nią.


— Możliwe, że zauważyliście, że mamy w klasie osobę niepełnosprawną.


Dwadzieścia par oczu obraca się w moją stronę. Niektóre zaciekawione — pierwszy raz widzą kogoś na wózku z bliska. Niektóre obojętne — mają własne problemy. Niektóre… niektóre mają ten błysk. Ten szczególny błysk, który mówi: „słaby punkt. Ofiara. Cel”.


— Dzień dobry — mówię. Cicho. Nieśmiało. Co innego mam powiedzieć? „Tak, to ja, ten niepełnosprawny, miło mi was poznać, nie musicie się bać, to nie jest zaraźliwe”?


Z lewej strony słyszę stłumione parsknięcie. Bartek. Siedzi w ławce obok, rozparty na krześle, z jedną nogą założoną na drugą. Ma siedemnaście lat, chociaż powinien być w trzeciej klasie — dwa razy nie zdał. Podobno nie przez brak inteligencji. Podobno przez brak czegokolwiek, co przypomina hamulce.


— Bartek? Co cię tak bawi? — głos Agnieszki jest ostry. Nie agresywny, ale stanowczy. Broni mnie. Broni mnie, chociaż nawet mnie nie zna.


— Nic — odpowiada Bartek. Przeciąga to słowo, jakby miało cztery sylaby. Sarkazm ocieka z każdej głoski.


— No ja myślę.


Bartek mamrocze coś pod nosem. Nie słyszę słów, ale widzę ruch jego warg: „Możesz mi naskoczyć”. Obok niego siedzi Alan — też siedemnastolatek, też powtarzał rok, też ma opinię „trudnego”. Ale w jego oczach jest coś innego niż u Bartka. Nie ma tam złośliwości. Jest raczej… niepewność. Jakby nie do końca chciał tu być. Jakby czekał, aż ktoś powie „możesz już iść”.


Agnieszka kontynuuje. Mówi o tym, że jest otwarta na rozmowę, że jeśli ktoś będzie sprawiał problemy, mamy przyjść do niej. Patrzy przy tym na Bartka. Znacząco. Bartek nachyla się do Alana.


„Jebnę jej zaraz”.


Alan wzrusza ramionami. „To dopiero początek roku”.


„No właśnie, początek roku… A jeszcze nikomu nie przypierdoliłem”.


„Weź”.


„No co?”.


„Czemu zawsze chcesz wszystkich bić?”.


„A co, czemu?”.


„No bo to robi się denerwujące. Od trzech lat wszystkich bijesz”.


„Trzeba się jakoś zabawić w tej szkole. I chyba wiem, kto pójdzie na pierwszy ogień”.


Nie patrzy na mnie, kiedy to mówi. Ale ja wiem. Nie muszę widzieć jego oczu, żeby wiedzieć, o kim mówi. Osoba na wózku. Kaleka. Cel, który nawet nie ucieknie.


Nie zdążyłem nawet dojechać do łazienki. Dopadli mnie zaraz po dzwonku, kiedy korytarz opustoszał. Bartek złapał za uchwyty wózka od tyłu — szarpnął, wózek przechylił się niebezpiecznie w lewo, omal nie wypadłem. Alan szedł obok, milczący, z rękami w kieszeniach.


— PUŚĆCIE MNIE! — krzyknąłem. Mój głos był piskliwy, histeryczny, dokładnie taki, jakiego się spodziewali. Nienawidzę tego głosu. Nienawidzę, że nie potrafię sprawić, by brzmiał groźnie.


— Zamknij łeb, kaleko.


Kaleka. To słowo ma swoją fizyczność — jest jak uderzenie w splot słoneczny, jak zimna woda w twarz. Za każdym razem boli tak samo. Mogę udawać, że nie — mogę rysować superbohaterów, mogę grać Beethovena, mogę robić headshoty w CS-ie — ale na końcu dnia jestem kaleką. To nie jest obelga. To jest diagnoza.


Popchnął mnie przez próg łazienki. Wózek uderzył o framugę, podskoczyłem. Kafelki były zimne i śmierdziały chlorem zmieszanym z moczem. Bartek pchnął jeszcze raz, mocniej — wózek przechylił się, próbowałem złapać równowagę, ale ręce nie miały dość siły. Przewróciłem się. Uderzyłem ramieniem o krawędź muszli, potem głową o podłogę. Przez chwilę widziałem tylko biel płytek i czarne kropki pleśni w fugach.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 30.61