PROLOG
Nagły rozbłysk grzmotu rozświetlił skrawek lasu, w którym się zatrzymaliśmy, elektryzując wszystko, co było w jego zasięgu. Przez tą sekundę mogłam dostrzec nietypową głębię jego czarnych oczu. Pochłonęła mnie… Przyciągnęła ku sobie.
Moje piersi, przez cienką warstwę materiałowego stanika i luźnej sukienki, dotknęły jego twardego torsu, odzianego tylko w koszulkę. Mimo siedemnastu lat, jego ciało było dobrze zadbane i pozbawione tłuszczu, o co skrupulatnie dbał. Mocne i silne niczym pień drzewa, wręcz szczupłe.
Uniosłam na niego wzrok. Stał prosto, ale z ogniem w oczach patrzył na mnie. Był ode mnie wyższy o całą moją głowę, a dzieliły nas centymetry…
Na skórze piersi, dotykających jego klatki piersiowej, poczułam mrowienie, które zeszło gwałtownie niżej. Zadrżałam, a nozdrza Olego rozszerzyły się gwałtownie. Z trudem oddychał, jakbym swoją bliskością zabrała mu powietrze. Grdyka na jego szyi drgnęła, odwracając moją uwagę od czeluści jego oczu…
Poczułam na plecach jego rozgrzaną dłoń, a zaraz potem drugą. Wypalały ślady płomieni na mojej skórze, takie przynajmniej odnosiłam wrażenie. A może to ogień we mnie palił jego dłonie…?
Mocniej przylgnęłam do jego ciała i przesunęłam dłoń po jego torsie, niczym wąż sunący ku jego obojczykom, aż zatrzymałam ją na jego karku. Lekko go docisnęłam, zmuszając, aby się ku mnie pochylił.
Nasze nosy dotknęły się, rozprowadzając po ciele kolejne porcje elektryzującej energii, a usta dzieliły już tylko milimetry. Powietrze wokół tak bardzo zgęstniało, że z trudem je łapaliśmy.
Czy to od grzmotu, który po raz kolejny rozświetlił okolice? Czy to zetknięcie naszych ciał sprawiało, że stały się one nieznośnie ciężkie, wręcz ciągnące w dół siłą grawitacji?
Nie zwalniając dotyku opadliśmy razem na kolana. Oli, nie spuszczając ze mnie oczu, dotknął swoimi rozpalonymi wargami moich gorących i czekających z niecierpliwością ust. Poraził mnie prąd, zmuszając do przymknięcia oczu, a po ciele ponownie rozszedł się dreszcz nadmiernej energii. Ramiona Olego objęły mnie mocno, przygniatając mnie. Moje ramiona oplotły jego kark niczym bluszcz. Gorące i wilgotne usta Olego natarły na moje, rozchyliły się, zmiażdżyły w intensywnym pocałunku, pierwszym takim w moim szesnastoletnim życiu.
Kiedy rozbłysnął trzeci grzmot nad naszymi splecionymi ciałami, jego język wsunął się natarczywie w moje usta, wzbudzając swoim tańcem w moim ciele tak ogromny wybuch żaru, że z mojego gardła wydobyło się głośne westchnienie. Świat zawirował, nie wiedziałam już czy stoję, klęczę czy siedzę… Pod sukienką na swojej rozpalonej skórze czułam ognisty dotyk dłoni Olego.
W chwilowym przebłysku świadomości zorientowałam się, że Oli nie miał na sobie koszulki, ja natomiast leżałam na czymś miękkim, pachnącym jego ciałem. Nade mnie wznosiły się wysokie korony drzew, walczące o dostęp do światła, a na grafitowym niebie co jakiś czas rozbłyskały grzmoty, rozdzierające ciemną czelność na pół.
Moje ciało drżało pod naporem mocnego ciała Olego. Nieprzytomnie rejestrowałam, że jego usta były niemal wszędzie jednocześnie, a może to były dłonie? I jedno i drugie zostawiało na mojej skórze ognisty ślad, który palił jeszcze długo po tym, jak przeniosły się dalej.
Poczułam jego gorący język na lewym sutku. Kiedy zdążył mnie rozebrać…? Luźna sukienka była łatwa do zdjęcia, mimo to zdawało się, jakbym istniała poza czasem rzeczywistym. Chłodniejszy podmuch wiatru, przesuwający się po mojej wilgotnej piersi, wzbudził dodatkowe dreszcze.
Usta Olego przeniosły się niżej, zostawiając mokry ślad na skórze mojego brzucha. Dotarły do skraju cienkich majtek, po czym przesunęły się po nich między moje nogi.
Serce w schowanej wciąż części ciała rozszalało się potężnymi wybuchami uderzeń, aż zawirował świat. Odruchowo zacisnęłam uda, więżąc głowę Olego. Kiedy on muskał ustami i językiem materiał mojej bielizny, z moich ust wydobyły się kolejne westchnienia. Myślałam, że zaraz rozpadnę się na kawałeczki i wtopię w runo tego lasu, gdzie nikt mnie nigdy już nie odnajdzie. Stanę się częścią tej dzikiej i tajemniczej natury…
Wsunęłam palce między jego ciemne, lekko falowane włosy, pozwalając mu na wszystko, na co miał ochotę.
Czułam pewnego rodzaju zniecierpliwienie. Jakbym sięgała po coś i wciąż nie mogła tego dosięgnąć. Rozłożyłam szerzej uda i uniosłam pośladki ku górze, wychodząc naprzeciw jego ustom.
Mocne pulsowanie w dolnej części ciała przyprawiało mnie o zawroty głowy. Nigdy wcześniej nie czułam czegoś takiego, ale też nie byłam dotąd z nikim w takiej sytuacji. Te nowe emocje i odczucia mojego ciała zaskakiwały, jednocześnie pozbawiając mnie tchu.
Byłam na skraju wytrzymałości, kiedy więc Oli odsunął się ode mnie, a moje ciało spowił chłód zrywającego się gwałtownie burzowego wiatru, nagle oprzytomniałam na tyle, by zorientować się, co się działo. Klęczał między moimi zgiętymi kolanami i spoglądał na mnie z ogniem w oczach.
Leżałam na jego koszulce i mojej sukience, dlatego nie czułam zbytnio twardej ziemi pod sobą. Stanik został porzucony gdzieś obok mnie. On miał na sobie swoje krótkie spodenki, nic więcej.
Niespuszczając ze mnie oczu, chwycił moją bieliznę po bokach i zaczął ją zsuwać. Delikatny dotyk jego gorących palców, przesuwający się wraz z materiałem po skórze, na nowo pozbawiał mnie świadomości. Złączyłam uda, aby mógł wygodnie zdjąć ze mnie ostatni fragment ubrania, po czym ponownie je rozchyliłam, aby na nowo znalazł się między nimi.
Szybko pozbył się swojego ubrania i całkowicie nagi przylgnął do mojego ciała. Jego nos znów znalazł się tuż przy moim, a usta nad moimi ustami. Gorący oddech tak bardzo kontrastował z chłodem powietrza, wirującego pomiędzy nami…
Jego rozpalone palce przesunęły się po boku mojej twarzy, aż kciuk dotarł do rozchylonych warg. Przesunął po nich delikatnie palcem, powoli, jakby się delektował. Przymknęłam oczy, czując na nowo wzrastające przyjemne napięcie i oczekiwanie.
Jego wargi dotknęły moich i ponownie mój świat zawirował. Gdybym nie leżała, zapewne właśnie bym upadła, pozbawiona wszelkiej mocy w nogach. Ciepło płynące z jego ust przenikało do mojego ciała, wypełniając każdą komórkę mojego ciała. Objęłam go mocno ramionami, pozwalając jego biodrom mocniej napierać na jakby żyjący swoim własnym życiem wzgórek między moimi udami.
Jego doskonale tańczący w moich ustach język pozbawiał mnie świadomości. Oddałam się cała temu, co się działo i o czym myślałam ostatnio nie raz, patrząc na Olego.
Kiedy niebo zostało rozdarte po raz kolejny, Oli wypełnił mnie sobą do samego końca. Wstrzymałam oddech na kilka chwil, mocniej wbijając się palcami w jego plecy, ale zaraz potem poddałam się rytmowi miłości, który wznosił nas coraz wyżej i wyżej, ku niebiosom. Krzyk rozkoszy został przytłumiony przez głośny grzmot nad naszymi ciasno splecionymi ciałami, a na nas natychmiast lunęła niebiańska woda, jakby chciała oczyścić ciała z rozkoszy.
Chłodne krople obmywały nasze ciała, chłodząc je z gorączki, ale żadne z nas się nie ruszyło. Tuliłam do siebie mocne ciało swojego pierwszego mężczyzny, a on, ciężko oddychając, wtulał się w moją szyję, zostawiając na niej wibrujące gorącem powietrze.
Mogłabym tak leżeć bez końca… Aż do śmierci… Przymknęłam mocniej oczy i lekko się uśmiechnęłam. Był mój… Te miesiące pełne seksualnego napięcia, jakie przeżywaliśmy ostatnio, wreszcie znalazły swój upust. Było mi tak dobrze, jak jeszcze nigdy w życiu…
Nagle przeszył mnie mocniejszy wstrząs, jakby ktoś złapał mnie za ramię i potrząsnął. Tuż przy uchu usłyszałam:
— Wracaj do domu…
Gwałtownie otworzyłam oczy, nie patrząc na deszcz, wlewający się do nich, i rozejrzałam się wokół. Nikogo poza nami nie było. Oli uniósł się na łokciach i spojrzał na mnie zaskoczony, choć w jego oczach wciąż pozostawały resztki niedawnego ognia.
— W porządku…? — Zapytał, marszcząc brwi.
— Tak… — Szepnęłam i na nowo położyłam głowę na jego koszulce.
Pachniała jego ciałem. Tak jak i ja, zanim chłodne krople zmyły ze mnie jego zapach. Uśmiechnęłam się do niego, a on odwzajemnił ten gest i przysunął swoją twarz bliżej mojej. Uśmiech rozszedł się po całej jego twarzy, kumulując w czeluści czarnych oczu.
W tamtym momencie stał się całym moim życiem…
Ponowne szarpnięcie za ramię zauważył także on. Zdziwiony spojrzał w bok, ale nikogo nie było, natomiast wokół rozchodził się głos… Głos mojej babci…
— Wracaj już do domu… Wracaj… Już czas…
21 października 2023, sobota
***
Nerwowo otworzyłam oczy, kiedy koło auta wpadło w dziurę starego asfaltu, i poprawiłam się na siedzeniu taksówki, mrugając kilka razy. Taksówkarz przyglądał mi się z ciekawością, ale dyplomatycznie zachował milczenie. Zdradzało go jedynie delikatne uniesienie jednej z brwi. Był zaintrygowany, ale z jakiegoś powodu milczał całą drogę.
Rozejrzałam się wokół. Wszędzie mokro, woda zalała szybę samochodu, jakby robiła to od tysięcy wieków. Mgła zasłoniła szczyt góry, ale lekkim mozolnym tańcem spływała już po jej zboczach prosto do okolicznych wiosek.
Jakże dawno tu nie byłam…
Kiedy zobaczyłam napis „Strzegomiany”, wiedziałam, że jesteśmy już rzut beretem od twojego domu, Babciu… Szare pola, drzewa niemal całkowicie pozbawione liści, cały ten smutny październikowy widok, tak odmienny od tego, czego doświadczałam przez ostatnie kilkanaście lat na południu Francji, sprawił, że poczułam jeszcze większe przygnębienie…
„Wracaj do domu…”
Twój głos wciąż rozbrzmiewał w mojej głowie. Przycisnęłam dłonie do skroni, próbując wyciszyć dochodzące z przeszłości dźwięki, ale one bez końca wracały, jakby były jedynym oddechem świata.
Jak mogłaś mi to zrobić i odejść, zanim się zobaczyłyśmy?!
Jak mogłaś nie wspomnieć, że masz problemy zdrowotne?!
Przecież mogłam spróbować ci pomóc…
Na zewnątrz wszystko spowite jest mglistą, wilgotną poświatą. To moje łzy, które powstrzymywałam od chwili, kiedy dowiedziałam się o twojej śmierci.
Mijamy właśnie skansen, a to oznacza jednoznacznie, że wjechaliśmy do Będkowic, wioski, w której spędziłam w twoim domu, Babciu, całe moje dzieciństwo i wczesne lata młodzieńcze. Ucisk w splocie słonecznym zdaje się być jeszcze większy. Rośnie moja złość na ciebie, że tak po prostu postanowiłaś umrzeć.
Kierowca bez słowa pozbywa się mnie z auta, wystawia moją walizkę, podsuwa terminal do płatności za transport z lotniska wrocławskiego i odjeżdża z piskiem opon. Na skórze twarzy czuję zimne kropelki wilgotnego powietrza, jakby oblewała mnie drobna rosa. Przymykam oczy i wchłaniam w siebie ten rześki zapach ozonu, mokrej ziemi i przegniłych liści.
Zapach Ślęży…
Wybuchowa mieszanka ślężańskich zapachów, jedyna w swoim rodzaju. Nagle spada na mnie deszcz i natychmiast robi mi się zimno. Zapomniałam już, że pogoda tutaj jest niezwykle kapryśna i nieprzewidywalna.
Przez te ostatnie piętnaście lat doświadczałam przede wszystkim słońca, które ogrzewało moje obolałe ciało i duszę prawie każdego dnia. Próbowałam wyrzucić z pamięci chwile, przez które musiałam przenieść się za granicę, ale, jak na złość, właśnie w tym momencie wracały do mnie z całą mocą.
Spojrzałam na twój niebieski domek, stojący w oddali podwórka. Złoto–orzechowa balustrada tarasu pomalowana została dawno temu przez Oliwiera… W czasach, kiedy jeszcze cała nasza trójka doskonale się ze sobą bawiła i uzupełniała.
Powietrze, woda i ogień…
Jak Trzej Muszkieterowie Żywiołów…
Tworzyliśmy wspaniałą drużynę, której mama była bardzo przeciwna. Do dziś pamiętam waszą kłótnię, kiedy postanowiła mnie stąd zabrać. Odbijała się echem zawsze, kiedy miałam gorszy czas.
Tamtego dnia przestałyście się do siebie odzywać z jakąkolwiek sympatią. Jakie to uczucie wiedzieć, że ostatnia wymiana słów twarzą w twarz była tak bardzo naładowana negatywną energią i już nigdy się to nie zmieni?
Mama postanowiła zamieszkać u ciotki w Sobótce. Nie chciała przyjeżdżać do domu, w którym i ona i potem ja się wychowywałyśmy. Stoczyłyśmy o to bitwę słowną, kiedy podałam w taksówce adres Będkowic.
— Słucham?! — Zawołała sztywniejąc. — Nie ma mowy, żebym przekroczyła próg tego domu. Jedziemy do Sobótki. — Właściwie każde jej zdanie kończyło się kropką, jakby sugerowała, że to koniec dyskusji.
Taksówkarz już wtedy patrzył na nas z szeroko otwartymi oczami, jakbyśmy były wiedźmami, które przyleciały na sabat. Co prawda, niedługo Dziady, zbliżał się przecież koniec października, więc nie pomyliłby się zbyt wiele, gdyby nie to, że mama od zawsze była przeciwna wszelkiej magicznej działalności babci, i tym samym mojej.
Biorę głęboki oddech, chwytam mocno swoją walizkę i otwieram furtkę. Pod moimi stopami stękają drobne kamyczki, wysypane przez Oliwiera kilkanaście lat temu. Jęczą, jakby mnie nie rozpoznawały, blokując plastikowe koła mojej walizki. Szarpię ją z determinacją, chcąc jak najszybciej zejść z oczu grafitowym chmurom.
Z każdym krokiem dom staje się większy i większy. W żadnych oknach nie pali się światło, jakby to miejsce umarło razem z tobą, Babciu. Szyby odbijają mgłę, toczącą się ze zboczy, z komina nie wydobywa się biały obłok, z tarasu znikły lampiony, które zapalałaś zawsze w czasie deszczu i burzy, żeby oddać cześć bogom burz i błyskawic, ale też aby odstraszyć złe moce, które w tym czasie gromadzą się wokół góry.
Nawet powietrze stanęło w miejscu… Świat zastygł w bezruchu, a z podmuchem wiatru i zapachów zniknęłaś też ty… Rozglądam się wokół z niepokojem, mając wrażenie, że wpadłam w inną czasoprzestrzeń, pełną mroku, zimna, wilgoci.
Gdzieś nade mną rozbłyska jaśniejąca iskra — ktoś rozciął niebo, a za nim istniało zupełnie inne, rozświetlone życie. Zmarszczyłam brwi. Zbierało się na potężną burzę. Przyspieszyłam kroku — tak dawno nie doświadczyłam prawdziwej górskiej burzy, a te tutaj często napawały lękiem.
Wtargałam walizkę na taras, zatrzymując się na jednym ze schodków. Skrzypienie, dobiegające spod deski, nieoczekiwanie mocno mnie wzruszyło. Tyle lat minęło, a ono nadal tam jest…
Weszłam powoli na taras i stanęłam pod bezpiecznym daszkiem tarasu, twarzą do drzwi. Klucz. Nie mam klucza do domu, nie pojechałam do ciotki, ale od razu tutaj, do twojego domu, Babciu. Nie uśmiechała mi się podróż do Sobótki, zwłaszcza, że lada moment miało nastąpić solidne oberwanie chmury.
I wtedy właśnie to poczułam.
Powiew rześkiego wiatru o zapachu dziewanny i szałwii, który zawsze kojarzyłam z tobą, Babciu, wypełnił przestrzeń między mną a domem. Wkradł się w każdy zakamarek mojego ubrania i owinął mnie całą, choć miałam na sobie dość szczelnie zawiązany w pasie płaszcz.
Nieoczekiwanie gwałtowny szloch wstrząsnął moim ciałem. To byłaś ty, jestem tego tak pewna, jak brązowych drzwi twojego niebieskiego domu. To nie mogła być prawda, że pozostał po tobie tylko dziewannowo — szałwiowy podmuch wiatru…
Rozpłakałam się na dobre i gdyby nie kolejny grzmot, rozpadłabym się na kawałki i już nigdy nie poskładała.
Huk nad górą był potężny — zmuszał do działania. Podniosłam się z kolan, na które upadłam, i wytarłam oczy. Pamiętałam, że gdzieś przy oknie schowane były klucze zapasowe. Korzystałam z nich, kiedy wracałam do domu zbyt późno, aby nie budzić śpiących już domowników. Jeśli ich nie usunęłaś w ciągu tych ostatnich lat, nadal tam były.
Zbiegłam z tarasu i godząc się na rzęsiste krople chłodnego deszczu, podbiegłam do białych okien. Obok jednego z nich znajdowała się szpara w ścianie i właśnie tam chowałaś dla mnie klucze. Wsunęłam palce w kilka zagłębień, wyżłobionych przez czas, którymi nikt się nie zajmował, ale w żadnej niczego nie znalazłam.
Deszcz padał coraz mocniej, a ja wciąż szukałam kluczy. Trochę czasu mi zajęło, zanim do nich dotarłam, ale w końcu w moich dłoniach schowały się dwa kawałki metalu, idealnie pasujące do drzwi wejściowych.
Cisza, jaka rozległa się wokół, była przerażająca. Słychać było jedynie głośne uderzenia kropli o dach tarasu i domu oraz mokrą już wcześniej ziemię, teraz chlupiącą pod naporem wilgoci. Las zamarł, a razem z nim wszelkie mieszkające w nim istoty. To już nie była cisza przerywana kapaniem. Niebo się rozstąpiło i lunęła potężna ulewa, odbijająca się echem od góry.
Weszłam czym prędzej do domu. Spowijała go tak głęboka głusza, jakby stał pusty od lat, a nie zaledwie dzień czy dwa…
To tutaj ciotka cię znalazła. Siedziałaś martwa w dużym pokoju, w swoim ulubionym bujanym fotelu, który w ciepłe dni wystawiałaś na taras, lekko przechylonym do tyłu, dzięki czemu czasem w nim drzemałaś bez obawy, że spadniesz.
Czy właśnie podczas takiej drzemki odeszłaś…?
A może poczułaś się gorzej i usiadłaś, by odpocząć? Ciotka, kiedy przyjechała do ciebie, była przekonana, że śpisz i dopiero temperatura twojego ciała uzmysłowiła jej, co się właściwie stało.
Wciągam głęboko powietrze, żeby uspokoić nerwy, tak bardzo poruszone w tych ostatnich godzinach. Zaledwie wczoraj dowiedziałam sięo twojej śmierci, a dziś przekraczam próg twojego domu.
Ten zapach… Jakże doskonale go pamiętałam! Ta mieszanina spalonych ziół, drażniąca woń popiołu, drewna, dziewanny i… szałwii. Twojego ciała już tu nie było, ale wszystko to, co kojarzyło mi się z tobą, owszem. Kolejne gorące, palące skórę łzy spłynęły po moich policzkach, kiedy znów pomyślałam o twojej śmierci.
Zamknęłam za sobą drzwi, zanurzając się w ciszy starego, drewnianego domostwa, odcinając od szaleństwa, jakie przywitało mnie pod górą.
***
W domu było ciemno, wręcz bardzo mrocznie. Przez ułamek sekundy poczułam niepokój, który przeszył moje serce, ale kiedy przymknęłam powieki, zapachy, otulające moje ciało, ściągnęły mnie gwałtownie w przeszłość.
Przed moimi oczami przebiegła nastolatka w ciemnych długich rozpuszczonych włosach, w luźnej sukience, boso. Za nią ze śmiechem biegł młody, żylasty chłopak o czarnych jak noc oczach.
Ty, Babciu, stałaś w kuchni, obserwując tę dwójkę młodych ludzi, z uśmiechem pod nosem. Swoje wiedziałaś. Zapewne wróżyłaś nam wspólną przyszłość i, przy całej swojej niezwykłej naturze kobiety lasu, nie potrafiłaś przewidzieć, co stanie się niedługo później.
Otworzyłam oczy i wciągnęłam intensywnie tę feerię zapachów, tak bardzo kojarzących się z tobą. Przygotowywałaś wtedy niezwykle aromatyczną zupę, a jej woń smużką półprzezroczystej pary roznosiła się po całym twoim małym domku.
Rozejrzałam się. Wydawało się, że czas stanął w miejscu. Po lewej kuchnia, a w głębi niej drzwi do twojego pokoju. Na wprost wejścia do domu łazienka z toaletą, a po prawej duży pokój, który zajmowałam z rodzicami ja i w którym także przyjmowaliśmy gości. Wspomnienia wracały, jakbym wysypała je z przykrytego dotąd szczelnie pokrywką wiadra. Przytłaczały, zasypywały moją świadomość.
Powrót do tego miejsca po tylu latach był trudny, ale nie spodziewałam się aż takich emocji. Każdy kąt, każdy przedmiot, który nie zmienił się od czasu, gdy stąd wyjechałam, odkrywał przede mną tamtą prawdę o mnie samej.
Tylko która j a byłam prawdziwsza?
Pani doktor, którą zostałam po ukończeniu szkoły średniej i studiów medycznych we Francji?
Czy tamta dzika dziewczyna, biegająca po ścieżkach i między ścieżkami Ślęży, znająca język roślin, ziół i małych zwierząt?
Cisza, panująca w tym pustym, martwym domu, wypełniła także mój umysł. Totalna głusza. Świat wewnętrzny zabity dechami, który wypełniał moje życie od kilkunastu lat. Serce, które przestało bić jednego feralnego dnia, gdy moje życie się skończyło…
Po raz kolejny odetchnęłam głęboko i powoli, słuchając uderzeń obcasów moich butów na starych, ciemnych deskach, skierowałam się do kuchni. Nic, zupełnie nic, nie zmieniło się tutaj.
Na parapetach stały te same doniczki z geranium, anginką czy po prostu pelargonią pachnącą, jakkolwiek ją nazwiemy. Dotknęłam jej szorstkich i miękkich listków, które natychmiast zareagowały na tę pieszczotę, uwalniając miliardy zapachowych cząsteczek. Jej mocno cytrynowy zapach przywołał kolejne wspomnienia i kolejne łzy…
Chwyciłam między palce obeschnięte listki, które opadły na parapet, i pokruszyłam je delikatnie. Zapach cytryn jeszcze mocniej wypełnił kuchnię.
Lubiłaś cytryny, Babciu, pamiętam to dokładnie. Dodawałaś je do ręcznie robionych mydeł czy past do sprzątania, które nadal stały obok zlewu. Pamiętam, jak niegdyś wspólnie je wyrabiałyśmy. Czasem towarzyszył nam Oliwier…
Słoiczki poustawiane były gdzie popadnie, nie według linijki, jak w moim obecnym mieszkaniu we Fréjus. Nigdy nie żyłaś od linijki, zawsze miałaś swoje zdanie i nie interesowało cię, czy ktoś to zaakceptuje czy nie. Żyłaś tak, jak chciałaś.
Czy umierając, Babciu, czułaś, że przeżyłaś życie dobrze?
Byłaś w pełni z niego zadowolona?
Czy może jakaś rysa nie dawała ci spokoju do ostatniego twojego oddechu?
Nikt już się tego nie dowie…
Rzuciłam okiem na resztę kuchni, zerknęłam na pociemniały, okryty ciemnoszarą mgłą świat za oknem i przeszłam obojętnie obok lodówki, mimo że od rana nie miałam nic w ustach poza ciepłą wodą, z którą nigdy się nie rozstawałam.
Skierowałam się od razu do twojego pokoiku za kuchnią. Jego okna wychodziły na tył domu i tą część od strony Ślęży, pod którą uprawiałaś swoje magiczne rośliny i rósł sporych rozmiarów sad.
Pchnęłam delikatnie przymknięte drzwi. Zaskrzypiały donośnie, widać nikt do tej pory ich nie naprawił. Z każdą sekundą coraz większy skrawek twojego tajemniczego pokoju ukazywał się moim oczom.
Pamiętam, że nie chciałaś, abym tam wchodziła, gdy byłam mała. Kiedy stałam się wystarczająco duża zgodnie z twoimi standardami, zaczęłaś przekazywać mi część swojej tajemnej wiedzy, ale do pokoju nadal nie mogłam wchodzić…
I tym razem, gdy przekraczałam próg tego pomieszczenia, obejrzałam się za siebie, upewniając się, że mnie nie nakryjesz.
W jednej sekundzie podjęłam decyzję, że właśnie tam się ugoszczę.
Tak, Babciu, to właśnie w twoim łóżku będę spała przez najbliższe noce i właśnie na twój sufit będę spoglądać, kiedy się obudzę. Albo na twoje biurko, przy którym często coś pisałaś. Albo na skrzynię, której nigdy wcześniej nie widziałam.
Pochyliłam się nad nią — była dosyć sporych rozmiarów. Przywodziła na myśl te skrzynie, udające garderobę, stojące w nogach łóżka średniowiecznych dam, tylko twoja była o połowę mniejsza. Postawiłaś na niej słoik, w którym żółcią błyszczała nadal dziewanna.
Dziewanna… Twój magiczny kwiat… Ta w słoiku straciła już nieco swój intensywny miodowy zapach, ale kiedy pochyliłam się nad nią, odniosłam wrażenie, że poczułam ciebie. Sztywna łodyżka tej pięknej rośliny o wielu żółtych dużych kwiatach straciła lekko na świeżości, jednak nadal dumnie pięła się przed siebie.
Uśmiechnęłam się. Po raz pierwszy od tego strasznego momentu, kiedy dowiedziałam się, że już ciebie nie ma. Wyrzucę ją dopiero, gdy będę wyjeżdżać… Będzie dla mnie realnym wizerunkiem ciebie, Babciu…
Ciemne niebo rozjaśnione zostało nagle grzmotem i jaskrawą błyskawicą. Aż podskoczyłam i z wrażenia usiadłam na łóżku. Na południu Francji taka pogoda była nie do pomyślenia. Tam co najwyżej po prostu padał deszcz. Tutaj, u podnóża góry, była niemal codziennością.
Postanowiłam nie skupiać się na niej zbyt mocno — nie miałam na nią żadnego wpływu. Mogłam ją jedynie zaakceptować. Westchnęłam i ponownie spojrzałam na skrzynię. Odłożyłam na parapet słoik z dziewanną i spróbowałam ją otworzyć, ale ani drgnęła. Przez moment siłowałam się z nią, w końcu jednak musiałam się poddać.
— Jeszcze się do ciebie dobiorę… — Szepnęłam i rozejrzałam się, dziwnie czując się w tym domu i cicho mówiąc sama do siebie. — Jeszcze do ciebie wrócę. — Powiedziałam już głośno i rzuciłam okiem na gęsty ziołowy ogród i sad oraz bujnie krzewiący się, ciemny las zaraz za nimi, wznoszący się ku górze.
Tam na szczycie tyle się działo… Tyle wspomnień, o których chciałabym zapomnieć, ale zapewne nigdy nie będzie mi to dane…
Wstałam energicznie i przechodząc przez kuchnię wróciłam do korytarza. Prowadził jeszcze do łazienki i dużego pokoju, w którym mieszkałam z rodziną. Łazienka wyglądała na odnowioną — nie przypomniała tej z lat trzydziestych czy czterdziestych, a raczej koniec lat dziewięćdziesiątych. Ponownie się uśmiechnęłam, bo do nowoczesności nadal jednak sporo jej brakowało.
– Poszłaś z duchem czasu, babciu. — Rzekłam jednak, prześlizgując się wzrokiem po starych puszkach z naturalnymi kosmetykami, które sama wykonywałaś.
Zamknęłam za sobą drzwi i powoli odwróciłam się w stronę pokoju, mieszczącego się po prawej stronie domu. To tam spędziłam kilkanaście lat swojego życia. Dokładnie szesnaście, zanim rodzice zabrali mnie stąd do Francji, gdzie mieszka kuzynostwo taty.
Przymknęłam oczy. To było trudniejsze, niż się spodziewałam. Wspomnienia mocnym podmuchem naparły na mnie, omal mnie nie przewracając, a w moich oczach pojawiły się łzy.
Nie za tobą, Babciu. Nie tym razem.
To były łzy za tym, co straciłam…
Oparłam się dłonią o kawałek ściany. Drzwi zostały wyjęte, co spowodowało, że pokój ten był teraz w pełni otwarty na resztę domu. Poza tym zrobiłaś tu przemeblowanie. Zniknęły nasze łóżka, za to po lewej stronie pomieszczenia, pod oknem wychodzącym na tył domu stanęła szeroka i wyglądająca na wygodną sofa z dwoma fotelami i małym stolikiem, a po prawej na całej długości frontowej ściany — niskie komody, na których stały kwiaty w doniczkach i … zdjęcia.
Szybko do nich podeszłam i chwyciłam pierwsze z nich…
***
To niesamowite jak wspaniały, jak pierwotny staje się świat, kiedy gasną wszystkie światła… Po gwałtownej burzy, kiedy niebo zostało rozszarpane przez srebrne błyskawice, świat na kilka godzin pogrąża się w ciemności. Po burzy pozostało jeszcze jedno — zapach ziemi. Mokry, korzenny, niemal męski. Wsiąkał w wilgotną ziemię, po czym unosił się jak w ekstazie. Istny erotyczny taniec żywiołów.
Stoję na tarasie i zapatruję się w świat, który zniknął pod płaszczem niedawnego nowiu. Cienki sierp księżyca nie miał wystarczającej mocy, aby oświetlić gęstą czerń lasów Ślęży. Smolisty mrok wypełniał każdą komórkę góry, każdą lukę, przez którą nie mógłby przeniknąć jakikolwiek blask. Żaden człowiek o zdrowych zmysłach nie wszedłby teraz w las i nie skierował się na szczyt.
O dziwo, kiedyś zupełnie nam to nie przeszkadzało. Jeśli tylko czuliśmy potrzebę, w trójkę wchodziliśmy w czeluść mroku i stawaliśmy się jego częścią bez oporów. Nikomu nie przeszło przez myśl, że tam głęboko w środku mogło czaić się zło.
W tej chwili czułam wirujące z tamtej strony czarne wstęgi czegoś niedobrego. Odetchnęłam głęboko i siłą woli odwróciłam się w lewo, szukając tam oznak normalności, która przebijała się między kilkoma drzewami rzadkimi światłami aut, płynących po ulicy.
Tą drogą ja sama się tutaj dostałam. Tam znajdowałam ukojenie. Tą normalność dnia codziennego, która otaczała mnie codziennie przez ostatnie lata.
Wyjechałam stąd nagle, pewnego poranka, zanim zorientowałam się, co się właściwie działo. Tą decyzję podjęli moi rodzice. Po twojej kłótni z mamą usłyszałam, że mam spakować to, co jest dla mnie najważniejsze, a resztę zostawić na zawsze.
Potem nakazali mi wsiąść do auta i mimo awantury, którą im zrobiłam, nie dali się przekonać. Tato siłą wsadził mnie do samochodu, mimo moich krzyków i szarpania się, a potem próśb i płaczu…
Na komodzie pod frontową ścianą naszego dawnego pokoju postawiłaś, Babciu, ramkę z naszym ostatnim zdjęciem.
Ty i ja. I Oli…
Tego było dla mnie już za dużo. Nie spodziewałam się go na którymkolwiek ze zdjęć, ale widać był dla ciebie kimś bardzo ważnym, Babciu. Tak samo, jak i dla mnie.
Oparłam się o drewnianą balustradę, teraz już szorstką i na pewno z drzazgami, i przymknęłam oczy, wdychając późnowieczorny zapach po burzy. Niepowtarzalny, jedyny taki tylko tutaj u stóp świętej góry.
Pamiętam, jak często po burzy chodziłyśmy po lesie, aby wchłonąć w siebie tę elektryzującą woń ozonu, rześkości, świeżości i dzikości. Wracałyśmy wilgotne od wielkich kropel, zsuwających się z liści drzew, ale zawsze uśmiechnięte. Dwie nieposkromione kobiety, na widok których mama dostawała szału.
Jednak, jako kobieta zamknięta w sobie i nie pozwalająca na niekontrolowane wybuchy, kwitowała to jednym zdaniem i mrożącym krew w żyłach spojrzeniem, rzucanym tobie, a potem i mnie.
Moje rozmyślania przerwał dzwonek komórki. Bez patrzenia na ekran wiedziałam, że to mama. Tylko ona miała takie wyczucie czasu. A może to ja zaczęłam myśleć o niej, kiedy jej przyszło do głowy, aby do mnie zadzwonić…?
— Tak? — Szepnęłam, żeby nie rozcinać ciemności wokół siebie.
— Wszystko dobrze? — Zapytała ni to śmiało, ni to
z pewną dozą niepewności.
— Tak. Zajęłam jej pokój. Nasz został przerobiony na salon.
Cisza. Wszędzie wokół cisza… W moim telefonie także. Tak gęsta, że i ją można było ciąć nożem albo ostrzejszymi słowami.
— Może wpadniesz i sama zobaczysz? — Rzuciłam kąśliwie, nie mogąc się powstrzymać, a mama gwałtownie wciągnęła powietrze.
— Nie, nie mam zamiaru tam wracać. Nienawidzę tego domu. — Rzekła twardo.
— Dlaczego, mamo? — Zmarszczyłam brwi. Koniecznie chciałam to teraz wiedzieć, a ona, jak na złość, zawsze wymigiwała się od rozmowy na tych sprawach.
— Bo nie. Koniec tematu. Przyjedź jutro, żeby pożegnać się z babcią. Pojutrze pogrzeb, będzie dużo ludzi. — Ucięła temat natychmiast.
Moja praktyczna mama. Całe życie taka była.
A jeśli coś wymykało się ze standardów do opanowania, nie przyjmowała tego. Od razu zabierała się do stworzenia takich sytuacji, żeby wszystko było czytelne i typowe. Niezwykłość nie mieściła się w jej hierarchii zachowań. Nie była nawet na najniższym poziomie.
— Przyjadę, ale pożegnam się z nią tutaj, w jej domu. — Skwitowałam. — U ciotki jest jedynie jej ciało. Dusza jest tu.
— Dusza to bzdury. — Zimno przerwała mi mama. — Babka natłukła ci głupot w dzieciństwie i teraz je powtarzasz.
A myślałam, że już zapomniałaś o tych wszystkich bajeczkach, o jakich ci opowiadała…
— We Francji nie myślałam o tym, ale tutaj, w domu babci, jest inaczej. Tutaj wszystko mi się przypomina. — Rozejrzałam się, a ponieważ zrobiło się bardzo zimno, otuliłam się szczelniej swetrem i weszłam do domu. — Babcia jest w każdym skrawku tego domu.
— Właśnie dlatego nie chciałam, żebyś tam jechała, ale ty, jak zwykle, uparłaś się i zrobiłaś, co chciałaś. Jak mama…
— Jesteśmy bardzo do siebie podobne, wiesz o tym. — Uśmiechnęłam się i zerknęłam na siebie w mijanym właśnie lustrze w korytarzu.
Ciemne proste włosy, teraz sięgające do ramion, choć całe dzieciństwo końcówki muskały moje pośladki. Duże ciemne oczy, podkręcone maskarą długie rzęsy. Wyraziste policzki, podkreślone różem i usta muśnięte ciemnoróżową szminką. Miałam twoje rysy twarzy — ostre linie z małą ilością miękkości, ale różnica między nami była namacalna. Ty nigdy byś się nie pomalowała.
W tej chwili nie bardzo cię przypominałam…
— Z charakteru. — Dodałam wchodząc do małej sypialni na tyłach kuchni. — Czy ciocia wie, jak włączyć ogrzewanie? Nie widzę grzejników.
— Tam nie było grzejników. Ogrzewaliśmy się piecem. — Stwierdziła mama sucho, jakby grobowym głosem. — Średniowiecze. — Dodała.
— Średniowiecze, mówisz? — Zawołałam z błyskiem w oku. — Moja ulubiona epoka!
— Ach, rzeczywiście…
— Z chęcią dowiem się, jak to jest mieszkać w domku w stylu średniowiecznym, choć myślę, że mimo wszystko daleko mu do tego. — Próbowałam trochę pożartować, żeby wyciągnąć z mamy tej kij, który pomagał jej trzymać się całości. — Jak się rozpala piec? — Wróciłam do kuchni i zajrzałam do środka sprzętu przez małe brudne okienko z małymi brudnymi drzwiczkami.
— Nie wiem.
— Jak to nie wiesz? Byłaś dorosła, jak tu mieszkałyśmy. Ja mogę tego nie pamiętać, ale ty? — Zmarszczyłam brwi.
— Wiele lat minęło od tamtego czasu. O której jutro będziesz? — Mama była mistrzynią
w zmienianiu tematów. Nie krępowała się, po prostu otwarcie, bez gładkiego przejścia, poruszała zupełnie inną kwestię.
— Nie wiem. Kończę. Muszę jakoś ogarnąć ten piec, żeby nie zmarznąć.
Zanim się rozłączyłam, usłyszałam jeszcze w telefonie, żebym nie ruszała pieca, bo mogę się zaczadzić, ale nie zdążyłam na to w żaden sposób zareagować.
Odpaliłam Internet i sprawdziłam w przeglądarce hasło „jak rozpalić w starym piecu”. Ten wynalazek jest numerem jeden współczesnego świata w moim odczuciu. Wszystko, absolutnie wszystko, czego potrzebowałam w ostatnich latach, znajdowałam właśnie w sieci.
Dwadzieścia minut później mały domek wypełnił się ciepłym powietrzem, buchającym z pieca kuchennego, a ja zakładałam właśnie koszulę nocną po szybkiej kąpieli w chłodnej jeszcze wtedy łazience.
Moje ciało pachniało naturalnymi kosmetykami, stworzonymi przez ciebie. Lilak, rozmaryn i lawenda rozgościły się na mojej parującej skórze. Zapaliłam sobie małą lampeczkę przy twoim łóżku, schowałam się pod pierzyną i wyciągnęłam telefon.
Trzy nieodebrane połączenia od Pierra. I jedna wiadomość.
„Wszystko u ciebie ok? Dojechałaś bezpiecznie?:*”
Nie miałam ochoty z nim teraz rozmawiać. Odpisałam tylko, że wszystko w porządku i że kładę się spać, bo jestem zmęczona. Zgasiłam światło i zapatrzyłam się w ciemność za oknem. Wyglądałam przez okno wychodzące na tył domu, czarne od mroku. Nawet nie wiem, kiedy zasnęłam…
22 października 2023, niedziela
***
Obudził mnie trel kilkorga ptaków. To był zupełnie inny poranek niż tam, gdzie mieszkałam. Zupełnie inne ptaki śpiewały mi tam nad głową. Tutaj, w twoim domu przez uchylone okno, które rozszczelniłam w nocy, nieprzyzwyczajona do gorąca, jakie wypełniło dom po zapaleniu pieca, wpadł lekki wir świtu i owinął się wokół mojej twarzy, lekko muskając.
— Dzień dobry, Babciu… — Szepnęłam.
Czułam ciebie w tym podmuchu, wypełnionym wonią leśnych roślin i twoich ziół, rosnących tuż obok. Czułam twój zapach i tak bardzo zrobiło mi się żal, że już nigdy cię nie przytulę…
Tyle razy obiecywałam sobie, że wrócę do Polski, do tej małej wioski u podnóża świętej góry, ale nigdy nie zebrałam się na odwagę.
A teraz było już za późno.
Lekki wiaterek osuszał moje łzy, a ja wyobraziłam sobie, że to twoje miękkie palce ścierają je z mojej rozpalonej emocjami skóry. Usiadłam powoli na twoim łóżku, wciągając życiodajny, świeży zapach, po czym zerknęłam na okno za łóżkiem. Na to, które wychodziło bezpośrednio na zioła, sad i górę.
Mgła kłębiła się u szczytu, ale nie opadała, a niebo nabierało coraz intensywniejszego odcienia błękitu. Zapowiadał się słoneczny dzień. Pokręciłam głową z niedowierzaniem, choć zmienność pogody na Ślęży nie powinna być dla mnie niczym nowym.
Wstałam i przeniosłam wzrok na twój ogródek, Babciu, który rozciągał się u stóp góry. Daleko w kącie kilka kocimiętek nie straciło jeszcze swoich fioletowych kwiatów. Tuż obok lawenda wciąż nie przycięta, choć niektóre gałązki mocno się już przesuszyły. Mięta, bazylia i rozmaryn nadal rozkrzaczały się w innych zakątkach twojego ogródka.
Pamiętam, jak codziennie biegałam do niego, aby przynieść ci poszczególne zioła. Do dziś jestem w stanie je odróżnić — na południu Francji także się z nich korzysta, choć w zupełnie innym celu. Rumianek, pokrzywa, mniszek lekarski, który potrafię odróżnić od trującego mlecza tylko dzięki tobie. Krwawnik, bylica i nagietek, które porastały polskie łąki, a u ciebie miały swoje miejsce w ogrodzie.
Uporządkowany ogród na pewno cieszył twoje oko wiosną, latem i wczesną jesienią.
W październiku zawsze zabierałaś się za porządkowanie i przygotowywanie do zbliżającej się zimy. Może w tym roku to ja zrobię to za ciebie?
***
Śniadanie zjadłam dosyć szybko. Nie było zbyt dużego wyboru. Kilka nieświeżych pomidorów, na pewno z twojego ogrodu sądząc po smaku, resztka domowego masła i chleb pieczony przez ciebie, sądząc po zapachu, sprzed dwóch, trzech dni. Musiałaś go upiec i… odejść… Nie był nawet naruszony. Leżał w szafce owinięty lnianą szmatką. Upiekłaś go, bo wiedziałaś, że tu przyjadę…?
To wszystko, co znalazłam w domu. Ciotka zapewne wszystko inne zabrała z lodówki. Nikt się prawdopodobnie nie spodziewał, że ktokolwiek będzie chciał w tym czasie zamieszkać w twoim domu. Twojego chleba, masła, ziół z ogrodu czy owoców i warzyw nie tykała, odkąd wyszła za mąż i wyprowadziła się do Sobótki, żyjąc jak mieszczka. Odcięła się totalnie od swoich korzeni.
Podobno kupowała produkty tylko w supermarketach, stroniąc od wiejskiego jedzenia. Tak powiedziała mi lata temu mama, gdy już mieszkaliśmy we Francji.
Postanowiłam wyjść do ogrodu na poszukiwania darów jesieni. Piec wygasł nad ranem, ale ciepło wciąż utrzymywało się w tych solidnych ścianach. Wychodząc na zewnątrz, pomimo otwarcie już świecącego słońca, zarzuciłam jednak na siebie sweter i otuliłam się nim porządnie.
Otworzyłam drzwi wejściowe na taras i zaraz przymknęłam oczy, wciągając gwałtownie powietrze — tak świeże, jakiego nigdy nie poczułam we Fréjus. Ta niezwykła mieszanka ziół i kwiatów, a do tego obudzony ledwo ślężański las, przyprawiały o zawrót głowy. Przez dłuższy czas oddychałam tak, napawając się tą rześkością i niepowtarzalnością.
Burczenie w żołądku po całodziennym głodowaniu poprzedniego dnia jednak szybko ściągnęło mnie na ziemię. Zeszłam po deskach tarasu i skierowałam się w stronę ogrodu. Las szumiał, liście szeleściły w częstych gwałtownych podmuchach wiatru. Krok za krokiem miałam wrażenie, że zbliżam się do przeszłości. Aż przygniatało mnie w piersi, kiedy oczami wyobraźni zobaczyłam siebie i Olego, klęczących nad grządkami.
Pokręciłam głową, aby odrzucić wciąż powracające wspomnienia. Czas oprzytomnieć i na nowo znaleźć się tu i teraz, w twoim ogrodzie. Jabłonka obsiana była masą owoców, zerwałam więc kilka do twojej materiałowej torby.
Na krzaczkach wisiały dojrzałe czerwone pomidory i one także wskoczyły zaraz do torby. Kilka listków bazylii, kilka marchewek, strąki grochu i ziemniaczany kopiec. W tej chwili żałowałam, że nie miałaś kur, którym mogłabym podkraść parę jajek, stwierdziłam jednak, że poradzę sobie z tym, co było.
I tak w drodze powrotnej chciałam zrobić małe zakupy w jakimś otwartym w niedzielę sklepiku. Dodatkowo mój żołądek tak bardzo się zacisnął, że to obfite w warzywa, owoce i chleb z masłem śniadanie zapewne wystarczy mi na cały dzień…
Po posiłku zamknęłam dokładnie drzwi i wpisałam w nawigacji telefonicznej adres ciotki. Mniej więcej pamiętałam jej spore mieszkanie w niskim bloku w Sobótce, ale po tych kilkunastu latach nie byłabym w stanie trafić tam na pamięć. Niska kamienica nieopodal rynku to mieszkanie tak bardzo dalekie od tego, gdzie ciotka się wychowywała, że było to aż śmieszne. Według mapy w pobliżu znajdował się supermarket.
— Idealnie. — Uśmiechnęłam się do siebie i ruszyłam spod starego, niebieskiego domku w stronę ulicy, przy której stała już taksówka.
W słoneczną, choć chłodną niedzielę na ulicy nie było praktycznie nikogo. Na miejsce dotarłam w ciągu pięciu minut, co nie do końca mi odpowiadało. Z chęcią nie pojawiałabym się tutaj w ogóle, ale obietnica złożona mamie nie dawałaby mi spokoju. Wyszłam z auta i spojrzałam na najwyższe piętro trzypiętrowego budynku. Wyżej się już nie dało… Jak najdalej od natury…
Jak ciebie tam wciągnięto, Babciu?
Naprawdę nie można było zostawić cię w twoim domu, w spokoju, blisko przyrody?
Obie siostry aż tak bardzo nienawidzą twojego małego domku?
Ze ściśniętym sercem i złością wypływającą już coraz mocniej na wierzch weszłam na ostatnie piętro. Z siłą uderzyłam w drzwi wejściowe kilka razy, dając do zrozumienia, że już jestem i chcę mieć tą wizytę za sobą. Otworzyła mi mama, marszcząc brwi. Wciągnęła mnie do środka, jakbym była konspiratorką, która musi się ukrywać, i szepnęła:
— Ciszej… Co tak trzaskasz w te drzwi?
— Ciocia ma małe dzieci w domu, czy o co chodzi z tą ciszą? — Zdziwiłam się, ale mój głos ani o jotę nie był cichszy.
Byłam zła i dawałam temu upust. Uważałam, że to brak szacunku dla ciebie, zabierać cię z twojego domu tutaj, do tego słonecznego miasteczka nieopodal Ślęży. Zawsze dziwiło mnie to, dlaczego wokół domu cioci kłębiło się zawsze tyle słońca, a w twoim domu u stóp góry zamieszkały mgliste oddechu, chłodne krople niewidzialnych, ale mocno wyczuwalnych istot, mieszkańców góry i okolicznych lasów?