E-book
9.56
drukowana A5
29.78
drukowana A5
Kolorowa
52.64
Blood Moon Monastery Of Six Monarchs

Bezpłatny fragment - Blood Moon Monastery Of Six Monarchs


Objętość:
94 str.
ISBN:
978-83-8245-110-8
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 29.78
drukowana A5
Kolorowa
za 52.64

𝕸𝖆𝖕 𝖔𝖋 𝕸𝖆𝖓𝖉𝖎𝖗𝖆

𝖁𝖊𝖓𝖊𝖗𝖆𝖉𝖊𝖓𝖉𝖆 — Kraina zamieszkiwana przez Rasę Ludzką. Najbardziej wysunięta część krainy na północ. Południowa część krainy ma bezpośrednie połączenie z Jeziorem Tezebiusza. Dzięki temu w tych rejonach powszechnie były spotykane pola uprawne, jak i sady ze względu na żyzną glebę.

𝕵𝖊𝖟𝖎𝖔𝖗𝖔 𝕿𝖊𝖟𝖊𝖇𝖎𝖚𝖘𝖟𝖆 — Powstałe po zawalonej kopalni tanzanitu. Od tej pory broń oraz pozostałe oręże wykonane ze stali tanzanitowej uchodzi za najdroższe, jak i najrzadsze. Woda z tego jeziora ma właściwości lecznicze. Bezpośrednio graniczącymi krajami z tym jeziorem to Veneradenda i Dolina Wieży Siedmiu.

𝕯𝖔𝖑𝖎𝖓𝖆 𝖂𝖎𝖊ż𝖞 𝕾𝖎𝖊𝖉𝖒𝖎𝖚 — Dolina, w której została wybudowana Wieża Siedmiu. Wybudowana została na sto lat przed Wielkimi Wojnami. Na samym początku służyła jako wieża oblężnicza. Dopiero pod koniec Wielkich Wojen została przekształcona w wielką bibliotekę. W radzie zarządzającej krajem zasiadło Siedmiu Mędrców będących również zakonnikami. Tam odbywały się szkolenia przyszłych Monarchów. Po zakończeniu wojny do podziemi został przeniesiony skarbiec, którego strzegł Yngfen — jedyny żyjący smok.

𝕿𝖆𝖗𝖙𝖞𝖘𝖙𝖆𝖓 — Kraina Krasnoludów. Niegdyś jedna z najbogatszych krain. Niestety po zawaleniu kopalni tanzanitu kraina podupadła. Od tej pory Lud Krasnoludów trudni się w handlu, rzemiośle jak i budownictwie. To właśnie Oni wznieśli Wieżę Siedmiu w potem po wojnie pomogli ją odbudować i przekształcić w bibliotekę i miejsce do szkolenia Monarchów.

𝕾𝖟𝖊𝖕𝖈𝖟ą𝖈𝖞 𝕷𝖆𝖘 — Las do którego nikt o zdrowych zmysłach nie wchodzi. Zamieszkiwany jest głównie przez magiczne stworzenia takie jak wilkokłaki ( połączenie wilka z wilkołakiem) czy jendyfry ( świetliki przypominające wielkością małego ptaka). O ile te pierwsze to krwiożercze bestie to te drugie głównie przerażają swoim rozmiarem. Las będący głównym zaopatrzeniem w drewno graniczących z nim krain.

𝕽𝖞𝖛𝖎𝖑𝖑𝖆 — Krania zamieszkała przez Elfy. Przed Wielkimi Wojnami była podzielona na na dwie osobne krainy — Ryvin i Illę. W Ryvin mieszkały Elfy leśne, a w Illy Elfy Rodu Wysokiego. Jednak wojna szybko pokazała, że jedna jak i druga rasa jest sobie równa. Dlatego po zakończeniu Wielkich Wojen krainy połączyły się w jedną tworząc Ryvillę. Odtąd obydwie rasy Elfów zamieszkują w zgodzie tą krainę. Ze względu na wiedzę magiczną wspierają swoimi mądrościami i wiedzą zakonników z Wieży Siedmiu.

𝕻𝖚𝖘𝖙𝖞𝖓𝖓𝖊 𝕻𝖎𝖆𝖘𝖐𝖎 — Pustynia rozciągająca się wzdłuż południowego krańca Ryvilli. Dla nieostrożnych bardzo niebezpieczna ze względu na ruchome piaski. Z niej pozyskiwany jest piasek do produkcji szkła jak i biżuterii. Zamieszkiwana jest przez harpie jak i węże pustynne — numiry.

𝕶𝖆𝖗𝖕𝖊𝖉𝖊𝖟𝖆 -Prawdopodobnie niezamieszkana kraina przez żadną ze znanych ras. Niegdyś zamieszkiwana przez Legiony Potępionych niosących za sobą zniszczenie. Wszystko czego dotknęli stawało w płomieniach. Najprawdopodobniej wszyscy zostali zabici podczas Wielkich Wojen. W dalszym ciągu glebę w tamtych regionach spowijają tlące się błękitnym ogniem kamienie. Kraina nigdy nie zdobyta przez nikogo ze względu na panujące tam warunki.

𝕮𝖍𝖆𝖕𝖙𝖊𝖗 𝕴

Nadchodził zmierzch… Słońce malowało czerwoną poświatę na granatowym niebie. Wysokie i rozłożyste drzewa sprawiały iż delikatny blask zachodzącego słońca nie docierał już wgłąb. Zatrzymywał się na intensywnie zielonych liściach. Delikatny wiatr wprawiał gałęzie drzew w delikatny szum. Nadchodząca pora letnia była wyczuwalna w powietrzu. Wszystko pachniało świeżo rozkwitniętymi kwiatami. Wszystko tak cudownie budziło się do życia.

— Może zróbmy sobie przystanek? Do Wieża Siedmiu już niedaleko — zsiadając z kasztanowego konia zaproponował Hwanwoong.

Był jednym z najmłodszych Monarchów. Mimo, iż do walki i do miecza nie było mu po drodze wszyscy cenili go za niezwykłą mądrość i precyzję we wszystkim co wykonywał. Nawet jeśli przygotowywał się do walki robił to z niezwykłą starannością.

— Masz rację. Tym bardziej, że dało nam się nadrobić jeden dzień. Chwila wytchnienia na się przyda a w szczególności koniom — Odrzekł niskim głosem Leedo.

Nieco porywczy jednak potrafiący słuchać. Oprócz jego niezwykłej siły potrafił szybko się odnaleźć w nowej sytuacji, choć przez jego porywczość parę razy Monarchowie byli bliscy klęski.

Reszta Monarchów też tak uczyniła. Konie mogły wreszcie odpocząć po meczącej podróży u podnóża gór. Słońce praktycznie całkowicie zaszło już za horyzont. Do te pory widoczna Wieża Siedmiu zniknęła całkowicie w ciemnościach. Delikatny blask ogniska odbijał się pomarańczowym światłem na twarzach pięciu wojowników.

Jedyną melodią tej nocy były leśne zwierzęta i odgłos palącego się drewna. Zupełnie inna melodia niż ta, którą słyszeli do tej pory. Melodia stali, krwi i ludzkich krzyków. Nie przywykli do ciszy i spokoju, którą mogli zaznać tej nocy.

Jeden z nich odszedł trochę wgłąb lasu. Dalej czuł ciepło i blask ogniska jednak czuł się bezpieczniej będąc otoczonym rozłożystymi krzewami.

— Znów śpiewasz tą starą pieśń Elfów? — Mówiąc to Keonhee usiadł obok Ravna. — A cóż mi pozostało innego? Jutro będziemy w Wieży Siedmiu. Młody nawet nie ma pojęcia, co go czeka. — Taki nasz los. Doskonale wiesz, że przed przeznaczeniem nie ma ucieczki. My wybraliśmy taką drogę a nie inną. Dla nas nie ma już odwrotu. — Wiem… — Westchnął Ravn, wstał i zniknął w ciemnościach. Keonhee nawet nie próbował go zatrzymać. Wiedział, że przeszedł wiele, wiedział że tak naprawdę jest to jedyna osoba, która zaprowadzi ich do zwycięstwa. Lecz aby na pewno?
Pełen wątpliwości powrócił do reszty. Ognisko powoli dogasało. Ich też zmorzył sen. Tylko nie Ravna. Siedział na jednym z grubszych konarów dębu wpatrując się w księżyc. Jak na razie taki zwykły, znajomy. Jak księżyc, co noc. Jednak już niebawem zaleje się szkarłatem i wszyscy o tym doskonale wiedzieli. Wszyscy oprócz rasy Ludzkiej. Niestety, ale nawet Wielkie Wojny nie dały Ludziom do myślenia. Tyle było obiecywania względem Krasnoludów czy Leśnych Elfów. Sojusz nie potrwał długo. Natomiast sześciu Monarchów stojących na straży szybko zauważyło chaos i destrukcję jaką siała Rasa Ludzka. Niestety bez względu na wszystko muszą ponieść karę. Zbyt wiele krzywdy spotkało inne rasy z ich rąk. Ravn brał udział w Wielkich Wojnach. Przelał już krew niejednego, który się sprzeciwił. Wygrał już wiele bitew widząc cierpienie, słysząc krzyki mordowanych ludzi, krzyki dzieci na oczach, których zabijani byli ich rodzice. Wszystko to przeżył mimo młodego wieku. Musiał szybko dorosnąć i porzucić ciepło rodzinnego domu. Chociaż doskonale wiedział, że skończy jako jeden z Monarchów, lecz nie sądził, że w tak młodym wieku. W przeciągu dwóch miesięcy musiał się nauczyć tego, co zawierają Nieskalane Księgi. Zazwyczaj zajmuje to około roku, aby posiąść całą tą wiedzę. Dzięki temu stał się najmłodszym Monarchą w całej Mandirze. Siedząc tak i wpatrując się w blask księżyca nawet nie zauważył kiedy zasnął. Obudziło go donośne wycie wilka. Podniósł głowę. Pełnia księżyca. Mają czas do następnej pełni — Pomyślał. Zwinnie zeskoczył z gałęzi na której siedział. Jego towarzysze niczego nieświadomi spali w najlepsze. Delikatny szelest liści zaczął być słyszalny coraz bardziej. Raz z jednej, raz z drugiej strony. Jeśli zbudzi towarzyszy może to zwabić większą ilość wilkokłaków. Komplet czterech jadeitowych sztyletów oraz miecz z tanzanitowej stali powinny rozgromić zdziczałe towarzystwo. Sztylety niczym jaskółka bezszelestnie wbiły się w głowy leśnych stworów. Ravn w półobrocie przebił brzuch jednej z bestii. Zawisła na ostrzu miecza. Krew ściekała brudząc jasnozieloną trawę. Wtedy zdał sobie sprawę, że za jego plecami jest jeszcze jedna bestia. Największa, najsilniejsza — przywódca stada. Czuł jego oddech na swoich plechach. Oczami wyobraźni czuł jak jego kły wbijają mu się w plecy. Zbroję, którą miał na sobie z pewnością częściowo uchroniła by go. Jednak głębokie rany były by nieuniknione, co wykluczyło by go z dalszej wyprawy. Na to niestety nie mógł sobie pozwolić. Zrzucają martwe truchło bestii z ostrza miecza zobaczył jak u podnóża jego stóp pada martwa bestia. Wykonał szybki obrót. Jego oczom ukazał się Seoho. Była to jedyna osoba, której ufał. Perfekcyjny morderca o łagodnym usposobieniu. Ravn nie wiedział jak to sprecyzować, ale czuł do niego ogromną przyjaźń, szacunek, ale zarazem ogromny strach. Mimo, że Seoho był młodszy od niego. — Wisisz mi grzane wino jak dotrzemy do Wieży Siedmiu — Mówiąc to szczerzył się w szerokim uśmiechu. Uwielbiałem jego szczery uśmiech. Jak każdy z nas. Nie wiem jakim cudem znalazł się w gronie Monarchów. Ktoś tak dobry nie powinien siać zagłady. Można by powiedzieć, że to dzięki niemu wśród nas panowała przyjazna atmosfera. Ten przyjazny uśmiech i oczy które tak radośnie się śmiały. Każdy z nas twierdził to samo — to nie miejsce dla niego. — Za takiego futrzaka wino? — Czekaj, no czekaj. Zaraz ją ożywię i niech cię pożre… — Hahaha — Śmiech Ravna obił się echem, parę wystraszonych kruków wzbiło się w powietrze. — Nawet kruki się ciebie boją. Hahaha — Seoho zaczął śmiać się tak głośno, że zbudził resztę towarzyszy. — Przynajmniej się mnie boją, a nie to co ciebie. — Możecie się wreszcie zamknąć!? — Wtrącił się zaspanym głosem Hwanwoong. Miał rację powinniśmy odpocząć. Tak też uczyniliśmy. Do wschodu słońca zostało parę godzin. Parę godzin snu i wytchnienia. Czas na zebranie sił i poukładanie myśli. Zbudziły nas promienie słońca. Delikatne słońce poranka przedzierało się przez korony drzew docierając do trawy mokrej od rosy. Delikatna mgła niczym jedwabny szal unosiła się nad zieloną trawą. — A te truchła to skąd? Ravn znów ci się nudziło? — zapytał prześmiewczym tonem Leedo. Ravn tylko spojrzał na niego spode łba uśmiechając się szyderczo. Zjedli śniadanie i wyruszyli w drogę do Wieży Siedmiu. Po odpoczynku droga wydawał się nieco przyjemniejsza. Co najważniejsze zdążą przed południem, gdy słońce wzejdzie wysoko. Wtedy już będą schronieni w murach Wieży a konie w stajni. Droga przebiegała bez większych przeszkód. Ich oczom ukazał się ogromny mur z szarego kamienia. Ogromna brama była wykonana z ciemnego drewna dodatkowo wzmocniona metalowymi okuciami. Strażnik na wieży strażniczej nas zauważył. Jako, że Monarchowie na swoich zbrojach mieli szkarłatne płaszcze ze złotym krukiem strażnik doskonale wiedział kto przybył. Po chwili potężna brama zaczęła się otwierać. Oczom ukazał się dziedziniec. Nierówna, błotnista nawierzchnia zmieniła się w szaro — czarne kamienne kostki. Na środku placu Studnia Modłów. Studnia z której czerpana była woda o uzdrawiających właściwościach. Kobiety dziennie składały bukiety świeżych kwiatów u podnóża murowanej studni. Dzięki temu szary kamień nie wyglądał tak ponuro i całość wnosiła odrobinę kolorów do surowego, kamiennego otoczenia. Przywitał ich stary zakonnik. Ubrany był w granatową, płócienną togę z kapturem. Brzegi togi zdobiły srebrne hafty z motywem roślinnym. Kilku stajennych odprowadziło konie w bezpieczne miejsce. Natomiast zakonnik poprosił abyśmy poszli za nim. Gdy weszliśmy w głąb murów poczuliśmy nieprzyjemny chłód. Nawet powietrze było przepełnione zapachem mokrego, omszałego kamienia, który nie widział słońca od stuleci. Kręte korytarze doprowadziły ich do drzwi z jasnego drewna. Prawe i lewe skrzydło drzwi ozdobione było motywami zwierząt — głównie wilków. Zakonnik zapukał i zaprosił nas do środka. Wtedy też ukłonił się i pożegnał. Opuścił pomieszczenie pozostawiając nas sam na sam z szóstym Monarchą. Pośród nas był najmłodszy. Z tego, co słyszeliśmy słynął z ogromnej wiedzy jak i trudnego charakteru, co nie sprzyjało w posiadaniu zbyt wielu przyjaciół. — Witaj szósty Monarcho. Przybyliśmy abyś mógł razem z nami dopełnić przepowiedni Krwawego Księżyca — Po tych słowach Ravn pokłonił się przed najmłodszym. — Witaj! Witajcie przybyli Monarchowie. Rozgłoście się proszę — Przyjaznym gestem wskazał na stół suto zastawiony jedzeniem. Ich oczom ukazał się szczupłej postury chłopiec, który niczym nie przypominał kandydata na Monarchę. Przyszły książę to i owszem, ale nie Monarcha zabijający z zimną krwią. ********************
Tłumaczenie tekstu z elfickiego (tekst jest zapisany w sindarinie): „Narodził się król, umarł król.
Będący jeszcze dzieckiem
zaznał okrucieństw tego świata. Nikt nie przyszedł, nikt nie przyszedł…”
Mandira /मन्दिर:
W języku nepalskim oznacza świątynię.

𝕮𝖍𝖆𝖕𝖙𝖊𝖗 𝕴𝕴

Xion, bo tak miał na imię najmłodszy zasiadł wśród nas przy stole. Na stole było dosłownie wszystko. Od pachnących świeżych owoców po różnorodnie przyrządzone mięsa. Nie brakowało również przeróżnych ciast, czy małych ciasteczek. Wszystko to pachniało i wyglądało wspaniale.

— Tak więc witajcie o wielcy Monarchowie. To zaszczyt móc stanąć u waszego boku. To zaszczyt móc walczyć z wami — Przemówił Xion zanim zaczęli spożywać posiłek.

Reszta Monarchów spojrzała po sobie. Wymienili wymowne spojrzenia. Jako, że Ravn był najstarszy i najlepiej radził sobie z dyplomatycznym załatwianiem spraw, wstał od stołu i zabrał głos.

— Drogi Xionie serce me się raduje słysząc twe słowa — Ravn mówiąc to spojrzał w prawą stronę.

Seoho wpatrywał się w niego roześmianym wzrokiem. Zdawał sobie sprawę z tego, że Xion nie nadaje się do bycia Monarchą. Może za dwa lub trzy lata jak zmężnieje i nabierze wprawy do walki z orężem w dłoni. Jednak widział radość w jego oczach i zapał do walki. Widział jak bardzo cieszył się na ten dzień. Ravn wziął głęboki oddech. Uśmiechnął się i pokłonił na znak uznania wobec młodszego. Nie tego się spodziewała reszta Monarchów. Jednak aby nie psuć atmosfery podczas posiłku kontynuację rozmowy zostawili na później.

Czas posiłku powoli dobiegał końca. Służba zawołana przez Xiona zaczęła powoli sprzątać naczynia ze stołu. Wszystkich trochę zszokował widok służby wśród zakonników.

— To tylko dziś tak wyjątkowo, aby was ugościć. W każdy inni powszedni dzień sprzątamy po sobie sami. Sami również dbamy o porządek w pokojach — Mówiąc to Xion pomagał posprzątać rzeczy ze stołu.

Na stole pozostały już tylko karafki z różowym elfickim winem jak i dzbany z wodą miętową.

Xion siedział w fotelu i wpatrywał się w roztańczony ogień w kominku. Odezwał się nie spuszczając wzroku z ognia.

— Dziękuję za twoją uprzejmość, ale wiem o co ci chodziło. Widziałem wasze spojrzenia. Po prostu to powiedz…

— Xion, bo widzisz my…

— Ravn z całym szacunkiem do twojej osoby… — Po tych słowach Xion wstał. Jego postać była częściowo oświetlona przez blask ognia. Tańczące płomienie odbijały się blaskiem w jego bursztynowych oczach.

— Czy do cholery masz mnie za skończonego kretyna?! Myślisz, że nie wiem kim się zajmują Monarchowie? Myślisz, że nie wiem do czego się przygotowywałem przez tyle lat? Stałeś na czele jednych z oddziałów podczas Wielkich Wojen ale to nie oznacza… — Głos Xiona odbijał się pustym echem od kamiennych ścian.

Ravn opierając się ramieniem o brzeg kominka sączył wino i patrzył się na młodego. W tym momencie nie wiedział czy czuł ciepło od ognia na policzkach czy to po prostu wstyd zalał rumieńcem jego twarz. Patrząc pusto w dno pucharu wreszcie przemówił. Najspokojniej jak tylko to było możliwe.

— Widzę, że uparty jesteś i to bardzo. W porządku. Jutro obok domu płatnerza. Tam jest spory plac. Reszty mówić nie muszę.

Ravn myślał, że tymi słowami odrobinę zniechęci młodego jednak tylko jeszcze bardziej wzbudził w nim chęć bycia jednym z Monarchów. Tym razem to nie były ogniki z kominka odbijające się w jego oczach. To był jego zapał i chęć do walki.

— Na mnie już czas. Do zobaczenia jutro dzieciaku — Po tych słowach Ravn podszedł do Xiona i zmierzwił jego włosy uśmiechając się nieco drwiąco.

Drzwi się zamknęły i pozostał już sam. Tak bardzo chciał im udowodnić, że jest najlepszy, że nie tylko spędził czas nad książkami, ale również na walce. Mimo młodego wieku doskonale wie na co się pisze. Wiedział, że jeśli przyjmie śluby pasowania na Monarchę nie będzie już odwrotu. Wiedział, że nie zobaczy już rodziny ani bliskich. Wiedział, że jego jedynymi przyjaciółmi i zwierzchnikami to będzie zbroja oraz miecz. Gdy przywdzieje szkarłatny płaszcz będzie budził strach i szacunek wśród innych Ras.

Delikatne pukanie wybiło go z toku myśli. Kto mógłby chcieć coś od niego o tak późnej porze.

— Tak?

— Dobry wieczór. Proszę o wybaczenie, że o tak późnej porze, ale właśnie dotarła aquila* z wieściami z Ryvilli i stwierdziłem, że to ważne.

— Dziękuję Ci posłańcu. Tak to sprawa istotna. Możesz odejść — Xion ukłonił się uprzejmie i pożegnał posłańca.

Właśnie trzymał w rękach list od Najwyższej Rady Elfów. Wiadomość była zwinięta w rulon. Owinięty był on złotym sznurkiem plecionym. W miejscu gdzie znajdował się węzeł była pieczęć z czerwonego laku, z herbem Elfów — dwa liście i korona opleciona winoroślą. Był to nowo powstały herb na znak sojuszu Elfów Leśnych z Elfami Wyższymi. Ze względu na to, iż nie każdy władał językiem elfickim to wiadomość była zapisana w języku powszechnym. Ze względu na powagę sytuacji Elfy bezwzględnie zaoferowały pełne wsparcie w dopełnieniu przeznaczenia Monarchów. Wspierać będą nie tylko posiadanym bogactwem ale również posiadaną wiedzą jak i magią. Xion był z siebie dumny, że udało mu się przekonać Elfy do zawarcia bezwzględnego sojuszu z Monarchami. Siedział w fotelu otulony niedźwiedzim futrem wpatrując się w roztańczone płomienie. Czuł ich ciepło na policzkach. Wiedział, że to ostania noc spędzona pod osłoną murów. Jeszcze tylko jutro rano musi udowodnić najstarszemu, że jednak jest wart bycia Monarchą, bycia jednym z Sześciu. Nawet nie wiedział kiedy a zasnął w fotelu z listem na kolanach. Obudziły go jasne promienie słońca przedzierające się przez wpół zamknięte okno. Poranek był wyjątkowo ładny. Delikatne obłoczki okalały wschodzące słońce. Wszechobecny świergot ptaków zwiastował przyjemny dzień. Lecz, czy aby na pewno? A, co jeśli przegra? A, co jeśli mimo wszystko nie wywrze na nim dobrego wrażenia? Wiadomo nie tylko On decyduje ale…

Wszystkie te pytania i rozterki przelatywały mu przez głowę niczym rozpędzone sztylety wbijając się w jego wnętrze powodując coraz większy brak pewności siebie. Jeszcze przecież wczoraj, nawet parę dni temu gdy przeglądał księgi, gdy po raz ostatni trenował władanie mieczem wiedział czego chce. Wiedział, że chce być Monarchą. Najlepszym jaki świat widział. Chciałby aby jego imię było zapisane na kartach historii. Chciał być taki jak Ravn — mieć prawie dwadzieścia sześć lat i wzbudzać szacunek u wszystkich rodów. Stał się przywódcą oddziału podczas Wielkich Wojen w wieku piętnastu lat, a trzy lata później gdy całkowicie odbudowano się po Wojnach zaprzysiągł się jako Monarcha. Od tego czasu służy cały czas w barwach szkarłatu. Xion był przekonany, że też tak skończy aż do wczoraj. Pełen rozterek był w drodze do umówionego miejsca. Ravn już dawno tam był. Widać było, że jest bardzo pochłonięty pogawędką z tutejszym płatnerzem. Jego miecz z tanzanitowej stali jak i jadeitowe sztylety leżały starannie ułożone na drewnianym stole.

— Jednak przyszedłeś — Odwrócił się przez lewe ramię stojąc w miejscu.

— Dotrzymuję obietnic — Spojrzał karcącym wzrokiem młodszy.

— W takim razie miecze w dłoń i powodzenia. Tylko się nie przemęcz.

Walka się rozpoczęła. Xion już w pierwszej minucie wiedział, że nie będzie mu łatwo wygrać. Ravn był dużo wyższy od niego jak i silniejszy. Dlatego każde uderzenie miecza odczuwał ze zdwojoną siłą mimo, iż pewnie czuł się z mieczem w dłoni. Bez problemu robił uniki przed ostrzem przeciwnika. Wymiana ciosów trwała już z dobre dziesięć minut.

— Rozgrzewka wykonana, a teraz czas na prawdziwą zabawę — Mówiąc to Ravn wykonał kopniaka z półobrotu powalając młodszego na uklepaną ziemię. Pył z wysuszonej ziemi uniósł się do góry.

Młodszy nie zdążył dobrze wstać gdy poczuł uderzenie głowicy miecza na swojej szczęce. Upadł ponownie. Poczuł metaliczny posmak krwi zmieszany z ziemistym pyłem. Leżał wsparty na łokciu sprawdzając czy nie ma złamanej żuchwy. Widząc, że Ravn atakuje zrobił szybki unik. Udało mu się wstać. Był gotów by zaatakować. Wziął rozbieg by atak był silniejszy. Ostrza obu mieczy skrzyżowały się. Teraz mógł stanąć twarzą w twarz z przeciwnikiem. W pewnej chwili wzrok Xiona utkwił w oczach Ravna. Widział w nich nie tylko wolę walki oraz rządzę władzy. Ten wzrok był przepełniony bólem i cierpieniem.

Nim się spostrzegł Raven wykonał szybki obrót sztychem i miecz młodszego poszybował za jego plecy. Upadł niosąc za sobą ciężki, metaliczny odgłos. Odrobina pyłu wzbiła się w powietrze. Pokonany padł na kolana po to by ponownie poczuć uderzenie głowicy na swojej twarzy.

— Raven dość już tego!! — Leedo stanął za plecami najstarszego i odciągnął go od ofiary ciskając nim o ubitą ziemię.

Po chwili najstarszy wstał otrzepując się z ziemistego pyłu. Otarł ręką pot z czoła. Podniósł swój miecz jak i miecz młodszego.

— O zachodzie słońca w Zakazanych Ruinach Siedmiu — rzucił przez zęby.

— Nic, ci nie jest? — spytał Leedo pomagając wstać Xionowi.

Xion tylko sprawdził czy nie ma żuchwy złamanej. Wstał i otrzepał się z kurzu. Wyglądał jakby stoczył poważną bitwę i doznał jeszcze poważniejszych obrażeń. Leedo pomógł mu dojść do komnaty. Po dłuższej chwili młodszy wyglądał już dużo lepiej. Niestety poobijana twarz w dalszym ciągu pozostała, ale nie czuł już bólu i obrzydliwego posmaku krwi wymieszanego ze smakiem ziemi. W międzyczasie spotkał się jeszcze Najwyższymi Zakonnikami aby omówić sojusz zawarty z Elfami. Musieli przybrać odpowiednią strategię. Doskonale wiedzieli, że Elfy słyną nie tylko z rzemieślnictwa, ale w ich krainie rosną niespotykane nigdzie indziej owoce jak i rośliny magiczne. Musieli jednak też coś dać w zamian. Zaoferować dodatkową ochronę jak i wsparcie w postaci złota.

Nim Xion się spostrzegł powoli zbliżał się zachód słońca. Przywdział odświętne szaty jak nakazał Hwanwoong i podążył do Zakazanych Ruin Siedmiu. Były to prastare ruiny klasztoru jeszcze zbudowanego na sto lat przed Wielkimi Wojnami. Niestety, ale nie przerwał próby czasu a na jego miejsce wybudowano obecny klasztor, będący kiedyś wieżą oblężniczą. A dziś jest zwana Wieżą Siedmiu. Wieża, która została poświęcona siedmiu bogom. W ruinach odbywały się wszystkie święcenia zakonników jak i rytuał stania się Monarchą. Gdy Xion dotarł na miejsce nikogo jeszcze nie było. Był tylko on otoczony wielkimi ruinami. Czuł jak jego oddech unosi się delikatnym echem.

Słońce zaczęło się czerwienić, a niebo zaczęło przybierać kolor granatu. Część nieba była jeszcze w odcieniu pięknego błękitu, który przypominał o mijającym dniu. Stojąc tak pośród ruin usłyszał czyjeś kroki. Był to Ravn. Ubrany był również w odświętne szaty. Miał na sobie jedwabną, czarną koszulę jak i czarne spodnie. Na to miał nałożony kubrak w kolorze rubinowym. Na piersi miał wyhaftowanego złotego kruka. Takiego samego jaki znajdował się na płaszczach przy zbroi. W pasie miał przewiązany jedwabny, czarny pas ze złotym motywem roślinnym.

Chwilę później dołączyli do nich pozostali również ubrani w te same stroje.

— Podejdź proszę — nakazał Ravn.

Xion podszedł trzymając dumnie uniesioną głowę.

Ravn uniósł swój tanzanitowy miecz do góry wymawiając te o to słowa:

Na siedmiu bogów którzy patrzą na nas z góry

Na przodków którzy patrzą na nas z góry

Na wszystkie żywioły tego świata

Czy przysięgasz od tej pory być Monarchą?

Czy przysięgasz wyzbyć się wszystkich słabości?

Czy przysięgasz służyć szkarłatnym płaczom po kres swoich dni?

Xion na znak skinienia głową ukląkł na jedno kolano.

— Chciałbym, by ten honor spadł na mnie od Boga i od ciebie — Wypowiadając te słowa położył tanzanitowy miecz na ramieniu młodszego.

Xion uniósł wzrok. Tym razem wzrok Ravna był pełen szacunku i poszanowania względem jego osoby.

— I żebym po raz ostatni ratował ci dupę przed nim. W przeciwnym razie to mu pomogę — Poklepał Leedo Xiona po ramieniu i podał mu rękę.

Wreszcie spełniło się jego marzenie. Odtąd mógł podążać przez świat skryty za szkarłatnym płaszczem.

**************

*Aquila — rodzaj ptaka z podrodziny jastrzębi.

𝕮𝖍𝖆𝖕𝖙𝖊𝖗 𝕴𝕴𝕴

Tą noc już spędzą z dala od bezpiecznych murów Wieży Siedmiu. Od tej nocy zacznie się wyprawa ku przeznaczeniu. Od tej nocy będą podążać zgodnie z wolą księżyca aby finalnie dokonać rytuału. Teraz nastał czas na ostateczne przygotowanie. Wspólnie zasiedli do wieczerzy. Ten ostatni raz kiedy będą mogli spożyć posiłek w blasku ognia z kominka. Ten ostatni raz gdy zasiądą wspólnie przy stole.

— Proponuję od razu ruszyć do Veneradendy — zaczął Seoho

— Nie chcę być nieuprzejmy, ale nie lepiej wpierw udać się Tartystanu? Z krasnoludami żyjemy w neutralnych stosunkach, czasem skarbiec Wieży Siedmiu wspomaga ich. Doskonale wiemy jaki wpływa wywarła utrata kopalni na rozwój ich cywilizacji.

— Xion powiadasz Tartystan? Nadkładamy tym samym drogi. Nieprawdaż?

— Mój drogi Keonhee to prawda, ale u Kranoludów możemy liczyć na wsparcie. Po drugie przez wąskie pasmo górskie i Jaszczurzy Wąwóz będzie trudniej nam się przedostać do Veneradendy.

— Młody ma rację — Zaczął Ravn.

— Konie mogą ucierpieć podczas przeprawy przez góry. Dodatkowo o tej porze roku łatwo napotkać tam nawałnice. Zaś z Tartystanu dotrzemy tam traktem kupieckim bez problemu. Jedyną przeszkodą może być jakiś rzezimieszek, ale to jest łatwiejsze do pokonania niż pasmo górskie podczas nawałnicy — Ravn uśmiechnął się uprzejmie i skinął głową na znak uznania wobec Xiona.

— Wyruszymy, gdy księżyc w pełni wzejdzie. Radzę wam udać się na spoczynek.

Jak Seoho polecił tak też uczynili. Każdy udał się na spoczynek do swoich pokoi. Przez te parę godzin mieli czas na przygotowanie się do wyprawy jak i również na drzemkę.

Xion po raz ostatni wyjrzał przez okno w swoim pokoju. Widok z jego pokoju był wprost na Zakazane Ruiny Siedmiu jak i na niewielki sad. Patrzył w dal spowitą ciemnością. Wszystko, co do tej pory poznał, wszystko co pokochał lub znienawidził właśnie będzie musiał opuścić.

Donośnie pukanie odwróciło jego uwagę od kojącego widoku.

— To już czas — Pomyślał.

Nie obracając się za siebie wyszedł z pokoju. Na dziedziniec odprowadził do jeden z zakonników. Reszta już tam czekała. Gdy chciał dosiąść konia powstrzymała go czyjaś ręka.

— Tak nie możesz jechać — Odrzekł Ravn.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 29.78
drukowana A5
Kolorowa
za 52.64