E-book
2.73
drukowana A5
16.33
blog-anka

Bezpłatny fragment - blog-anka

2016


Objętość:
81 str.
ISBN:
978-83-8126-099-2
E-book
za 2.73
drukowana A5
za 16.33

Dni ważne

Odmienność Dalekiego Wschodu

godzina: 02:06:09

Droga jest celem. Ci Chińczycy i im podobni to chyba z innej gliny ulepieni. Proste jak droga światła zakrzywiona grawitacją życiową. Tak się nie da. Ciągnie do grobu. Ciągnie? Robota nieskończona, przyszłe pokolenia pozbawione moich mądrych głupot. I co dalej? Idziemy nie licząc na dokończenie dzieła? Straszne. Lęk przed śmiercią i zapomnieniem jest nie do zniesienia. A pożyłoby się choćby z ciekawości. Rozumiem dlaczego w mediach jest wszędobylska pornografia śmierci. Rozumiem klepanie różańca i nabożeństwa majowe. W maju najlepiej zagłusza się wizje trumienne. Życie to ruch. To słowa K. z jednej z grup wsparcia. Ruch, ruchanie i co jeszcze? Droga do nikąd. Czy istnieje? Jak nie dokończysz dzieła, to tak. Przerażające. U mnie tych dróg niedokończonych bezliku. A co ciekawe, nie szukam sensu życia. Niby jest. Tylko czasem te załamki. Droga jako cel wzięła swój początek na Dalekim Wschodzie. Gdzie? Dokładnie nie wiem. Po raz pierwszy przeczytałam te słowa w książce Susan Sonntag. Było to blisko dwadzieścia lat temu. Tytułu i treści książki zupełnie nie pamiętam. To jedno zdanie tak.

Domniemana kradzież telefonu

godzina: 21:16:50

S i F. odmówiły odwiedzenia mnie w lipcu z okazji imienin. Poszło o domniemaną kradzież telefonu komórkowego. Stało się to w styczniu tego roku. Zaprosiłam F. na urodziny. Umówiłyśmy się że zaprosi jeszcze dziesięć osób. Byli między innymi nieznani mi Państwo B. Byłam chora. Nie dało się tego ukryć. W chorobie jestem bardzo ożywiona. Dostrzegam wiele szczegółów. Moje omamy wzrokowe polegają tylko na grze świateł i barw. Są abstrakcyjne, jak wchodzenie do tuneli, wirujące plamy światła w czasie medytacji, czy przesuwające się w polu widzenia abstrakcyjne symbole. Nigdy też nie słyszę głosów. Z powodu urojeń nie zareagowałam jak Pan B. przyświecając sobie swoim telefonem udał się do pokoiku i grzebał w otwartym sekretarzyku. Wrócił na swoje miejsce, a ja obserwowałam jak chowa mój niedziałający telefon do kieszeni. Ucieszyłam się. Wręcz poczułam ulgę. Pan B. wreszcie uratuje mnie od podsłuchu w telefonie. W domu był bałagan nie dopisania. Odbywały się ciągłe wędrówki gości do łazienki. Na ścianie obok sedesu były bryzgi z fusów do kawy. Wyglądało to jak wiadomo czego można się spodziewać koło sedesu. Podejrzewam niemałą sensację wśród gości z tego powodu. Pan B. także udał się do łazienki, co być może nie jest bez znaczenia, bo telefon odnalazł się w domu po jakimś czasie. Nie wiem jakie motywy miał Pan B. biorąc mój telefon, ale odłożył go na miejsce w sekretarzyku. Gdy minęło parę dni od przyjęcia, przypomniał mi się ten incydent z uszkodzonym telefonem. Nie mogłam go znaleźć w ogromie bałaganu. Skontaktowałam się z F. aby dała mi kontakt do Pana B. w wiadomej sprawie. Telefon odebrała Pani B. Szukaj tego telefonu! wykrzyknęła w słuchawkę. Postraszyłam zgłoszeniem na policję i na tym moje kontakty z Państwem B. się zakończyły. Zaczęła się za to afera w środowisku chorujących psychicznie z S. Rozeszła się fama o moim pomówieniu o kradzież telefonu. Nikt mi nie uwierzył. Przewidziało ci się. Ania, to choroba. Zapewne, i to społeczna, a nazywa się stygmatyzacja. W dodatku co bardziej boli, stygmatyzacja jest obecna w kontaktach między osobami chorującymi. Na koniec usłyszałam stwierdzenie Pani psycholog że widocznie potrzebuję samotności (niewątpliwie nie uczono na uczelni że człowiek to istota społeczna). Pół roku po nieudanych urodzinach chciałam się zrehabilitować przed dwoma osobami na których mi zależy. Niestety nie dano mi szansy. Pani psycholog tylko przyznała mi prawo do cierpienia, ale pomówienie o kradzież to zbyt poważna sprawa. Gdybym była w takiej formie jak teraz pól roku temu, przemilczałabym sprawę tego chowanego do kieszeni telefonu. Wiadomo było że tylko spalę się w środowisku i że jestem jako chora na z góry przegranej pozycji. Co było do okazania. Imieniny spędzę sama. Odrzucona przez środowisko, odrzucona przez rodzinę z wyjątkiem siostry. Za to Pan B. nadal cieszy się nieposzlakowaną opinią. Nawet pewno zyskał w oczach znajomych. Stał się przecież ofiarą pomówienia wariatki. Z drugiej strony nie wiem zupełnie czym kierował się Pan B. chowając mój telefon do kieszeni i go podrzucając później z powrotem na miejsce. Być może przyczyny były irracjonalne. Takie jak moja ulga związana z pozbyciem się telefonu na podsłuchu.

Początek mojej choroby (leczenia)

godzina: 16:19:18

Wrzesień 1993 roku. Ciepły i słoneczny. Wersalka stoi wzdłuż południowego okna. Siedzę na niej nieobecna myślami w pokoju. Bez ruchu. Promienie słońca padają na moją siódmą czakrę. W głowie mętlik. Urlop i złożone wypowiedzenie w pracy. Mam wizję wchodzenia do czerwonego tunelu. Do tego urojenia. Wracam do łona matki. Jest ciepło i bezpiecznie. Na moim etacie informatyka został zatrudniony A. Wdrażaliśmy system nowego podatku VAT. Niejasne interpretacje przepisów prawnych, problemy techniczne z niedostosowanym oprogramowaniem. Wielka niepewność i stres. Szef w pracy powiedział że ma być tak że naciskamy guzik i ma wszystko działać. Desperacko więc naciskam guzik od koszuli nocnej by wywołać trzecią wojnę światową. Część pracowników kradnie know-how i zakłada konkurencyjną firmę. Atmosfera wzajemnych podejrzeń i pustki w magazynach. Nie ma czym handlować. W moich żyłach płynie chyba tylko kawa. Palę po trzy paczki papierosów na dobę. Gdy stanęłam nago przed lustrem w domu, widziałam jak sterczały mi kości biodrowe. Okres transformacji w Polsce trwa. Boję się o Ojca. Jacyś nieznani oni chcą go zamordować. Modlę się o Jego ocalenie. Czekam w napięciu aż wróci z pracy. Komunizm jeszcze się tli. Kupiliśmy nowy telewizor. Siedzę na podłodze i stroję kanały. Wsłuchuję się w szum Kosmosu z wzrokiem utkwionym w kaszę na ekranie. Mam urojenia że odpowiadam na kolejne pytania od których zależy przyszłość Świata. Nie znam odpowiedzi na ostatnie. Ból. Nie czuję lęku. W żartach ktoś powiedział w pracy: ty jesteś alfa i omega. Rozumiem to dosłownie. Ode mnie zależy los Wszechświata. Nie przeraża mnie nieznajomość ostatniej odpowiedzi w quizie zbawienia ludzkości. Jestem spokojna. Zdecydowana na wszystko. Opatrzność czuwała. W ostatnich dniach w pracy zamykam się w ubikacji. Siadam na podłodze i w wyobraźni rozbijam wszystkie monitory w firmie. Ulga. Całe szczęście nie zrobiłam tego naprawdę.Niedzielny obiad. Mama przygotowała indyka. W każdym kęsie czuję gorycz. Jestem pewna. Tak smakuje trucizna. Mimo tego jem gotowa na wszystko. Prawie nie mówię. Czasem tylko powiem coś wynikającego z moich urojeń. Mama jest zdezorientowana. Nic nie rozumie. Zaprowadza mnie do przychodni rejonowej. Rzucam dzikie spojrzenie na Panią Doktór. Ta przerażona chce uciekać z gabinetu. Daje skierowanie do przychodni specjalistycznej. Badanie trwa długo. Jedna Pani Doktór, potem konsultacje u drugiej. Jestem wycofana do świata moich urojeń. nie chcę o tym opowiadać posądzając wszystkich o udział w spisku przeciwko mnie. W gabinecie jesteśmy albo we dwie z mamą albo osobno. Pytania o narkotyki. Nie brałam. W końcu decyzja Sobieskiego. Jedziemy do Instytutu Psychiatrii i Neurologii autobusem. Mama ma łzy w oczach, ale trzyma się dzielnie. Prosiła żeby tylko nie do szpitala. Nie było innego wyjścia. Same nie dałybyśmy rady. Przy przyjęciu nie chcę podpisać dokumentów. Mama robi to za mnie. Protestuję i chcę mamie wyrwać długopis. Oni chcą podpis! Ciągle chodzi o Ojca.

Dwa zapamiętane dni z katastrofami

godzina: 19:07:28

Wtorek, 11 września 2001 roku, około godziny 15. Jestem w Dziale Soczewek Kontaktowych. Do koleżanki dzwoni córka. Samoloty pasażerskie staranowały gmachy World Trade Center w Nowym Yorku. W pracy poruszenie. Zaczęła się Trzecia Wojna Światowa słyszę komentarze. W drodze do domu słucham tylko wiadomości w radiu. W kiosku kupuję spory zapas baterii na wypadek jakby nie było prądu. W domu Tata ogląda programy informacyjne. Na ekranie widać wbijające się w wieżowce samoloty. Pełno dymu. Już wiadomo że to atak terrorystyczny Al-Kaidy. W nocy budzę się i natychmiast włączam radio. Nic nowego o zamachu nie dowiaduję się. Na świecie panika. Przestałam słuchać jednej ze stacji radiowych. Podobno zapomnieli o zamachu. Ani słowa o tym tragicznym wydarzeniu. Ranek 26 grudnia 2004 roku. Drugi dzień Bożego Narodzenia. Szok. Co najmniej 294 tysięcy ludzi zginęło pod potężnymi falami tsunami w Azji Południowo-Wschodniej. Powodem było trzęsienie Ziemi na Oceanie Indyjskim. W telewizji pokazują ogrom zniszczeń. Znów słucham przez cały dzień wiadomości. Śmieszne komentarze polskiego kleru. Podobno to kara za grzech turystyki erotycznej do Tajlandii.Pamiętam także serię wywiadów w jednej z komercyjnych stacji radiowych około 2013 roku. Zapraszano tam na wywiady osoby o różnych profesjach, głównie kreatywnych projektanci mody, artyści. Często łączyła ich podobna postawa do mediów publicznych. Ci ludzie sukcesu postanowili odciąć się od świadomości globalnej. Nie słuchali radia, nie oglądali telewizji. Pamiętam wypowiedź projektanta mody z własną marką odzieżową. Opisywał swój dzień i sposób pracy. Siada, włącza muzykę klasyczną i pracuje. U mnie okresami jest podobnie z pisaniem i czytaniem. Zupełnie nie wiem co się dzieje na świecie. Jest mi z tym dobrze, spokojnie, bezpiecznie. To odcięcie się od chaosu medialnego najczęściej wynika ze zmęczenia nadmiarem (i to niedobrych najczęściej) informacji. W końcu następuje powrót do zainteresowania życiem publicznym. I znów wycofanie. I tak na przemian. Co ciekawe, mam wrażenie że niczego nie tracę. Poza różnymi przełomowymi wydarzeniami, wiadomości po dwóch tygodniach niesłuchania są co do istoty takie same. Różne są tylko szczegóły. Dobrze mi z tymi falami zainteresowania światem globalnym.

Nienormalna norma i wykluczenie

godzina:23:47:36

Kolejne mieszkania wyciszają się. Pod oknem przejeżdża coraz mniej samochodów. Muzyka gra jakby głośniej. Podniosłam się żeby ją przyciszyć. Nie chcę drażnić sąsiadów dudnieniem betonowych ścian. Nici ze spaceru z psem. Nie chce wyjść. Uciekł. Może to i lepiej. Słychać jakąś imprezę za oknem. Chyba zbyt dużo alkoholu. Krzyki mało radosne, wręcz niepokojące. Przypominają awanturę. Jestem bardzo zmęczona. Dużo pracowałam nad tekstami. Owocnie. Poza tym ważna i oczyszczająca rozmowa telefoniczna z AM. Zakomunikowałam chęć (a właściwie podjęcie decyzji) o zerwaniu kontaktów ze środowiskiem z S. Może nawet w ogóle z ludźmi chorującymi. Zrozumiałam. Oni widzą we mnie przede wszystkim chorobę (zbieg niekorzystnych okoliczności i mój trudny charakter). Ja z kolei traktuję ich zbyt poważnie, jako ludzi całkiem normalnych. Stwierdzam to z przykrością. Normalność w tym kontekście to nieuczciwość i zakłamanie, kluczenie żeby tylko zachować twarz i nie przyznać się do błędu. Incydent z telefon (opisany wcześniej) tylko dopomógł w podjęciu decyzji o zerwaniu kontaktów. Popełniłam zbyt wiele błędów. Popełniając je nie byłam w pełni świadoma (urojenia). Nie nazywam to niepoczytalnością. Doskonale pamiętam co robiłam i potrafiłam to uzasadnić. Tyle tylko że to uzasadnienia wzięte chyba z kosmosu. Nie ma co liczyć na zdrowy rozsądek i obiektywizm. Chorzy psychicznie zachowują się normalnie między epizodami. Normalność to niestety także ocenianie człowieka zamiast sytuacji. Przykre. O nieocenianiu uczono mnie w szkole duchowej HUESA. Także Chrystus powiedział „Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone.” (Ewangelia wg św. Łukasza 6, 37) Ocena jednak jest konieczna. Często od właściwej oceny zależy przetrwanie. Ale nigdy nie od oceny człowieka. Ludzie się zmieniają i popełniają błędy. Trzeba dać im szansę. W tym także osobom chorującym psychicznie. Podobno życie ma tylko sens jak patrzymy na nie wstecz. Ciekawe. Gdyby nie pisanie, przyszłość jawiła by mi się całkiem bezsensownie.

Od snu do jawy — przedwojenna ulica Nalewki

godzina: 06:15:56

Parę dni temu miałam sen. Śni mi się po raz kolejny linia tramwajowa tak jakby skręcająca ze wschodu na południe. Intuicyjnie wiem że to tramwaj linii 17. Tyle tylko że siedemnastka nigdy tak nie jeździła. Może to w ogóle nie Warszawa? Tym razem we śnie o mało co nie stratowały mnie konie zaprzężone do dorożki. Przypomniała mi się książka Judith Marshall Echa przeszłych wcieleń. Autorka obsesyjnie widzi w każdym zdarzeniu, śnie dowody na reinkarnację. Książkę dobrze się czyta, ale jest przejaskrawiona. Za pewne coś z tą reinkarnacją jest na rzeczy. Najbardziej buntuję się przeciwko naukom duchowym mówiącymi jakoby dusza podpisywała umowę co do swojej inkarnacji. Tego to dla mnie za wiele. Biznes w świecie duchowym? Precz! Staram się nie myśleć czy istnieje reinkarnacja czy zbawienie wieczne. Nie potrzebuję żadnej wiary w jedno lub drugie. Po co? Przecież w końcu się dowiem o co chodzi i jak jest naprawdę. Wierzę w duszę. To mi wystarczy na to moje obecne życie. Ale sen z możliwymi wspomnieniami z poprzednich inkarnacji mnie zaintrygował. Poprzez sprawdzenie wszystkich tras historycznych siedemnastki w Warszawie, trafiłam na zasoby internetowe o przedwojennej ulicy Nalewki w Warszawie. Mój Tata być może jeszcze po niej chodził, choć całe życie mieszkał na Mokotowie. Nalewki to centralna ulicy dzielnicy żydowskiej, główna ulica handlowa w Warszawie przed wojną. Poczułam wielką tęsknotę. Obecnie to ulica Bohaterów Getta. Nazwa Nalewki zarezerwowana jest dla 250 metrów na Muranowie i nie ma nic wspólnego z dawna ulicą. Cała zabudowa przedwojennych Nalewek została zniszczona. A były tam piękne klasycystyczne kamienice. Dziś są tam powojenne bloki mieszkalne i sporo zieleni.

Samotność u Hrabala

godzina: 03:07:24

Zaczął się nowy dzień w świecie duchowym. Jakoś przetrwałam godziny złych duchów (między północą a drugą rano). Kolejna bezsenna noc. Chciałam dziś pójść spać. Muszę iść rano wyciągnąć numerek do dentysty i do lekarza po zwolnienie. A tu senne dnie po czuwaniu nocnym. Z lewą jedynką uprawiam bio-hazard. Mam wyciągnięty nerw już prawie półtora miesiąca temu (tylko po znieczuleniu, bez zatrucia zęba). Boję się zakażenia bakteryjnego i w konsekwencji sepsy i śmierci. Do dentysty wybrać się jednak nie mogę z powodu bezsennych nocy. Tak je kocham, zwłaszcza te w lecie. Nie umiem z nich zrezygnować. Czytam bardzo ważną książkę Zbyt głośna samotność Bohumiła Hrabala. Rzucają się w oczy zdania złożone na pół strony. Choć są tak długie zapadają w pamięć i są zrozumiałe. Pozazdrościć. Sama mam takie tendencje. Jednak moje wydania tasiemców zdaniowych są zbyt skomplikowane i tracą na czytelności. Pracuję nad tym by ich unikać. Samotność w tytule, temat o prasowania paczek makulatury, zbieractwa książek (grozi nawet bohaterowi śmierć przez zmiażdżenie ich nadmiarem na półkach), wiedzy i dziedzictwa zawartych w książkach. Już zidentyfikowałam się z bohaterem. Mocna literatura. Symboliczna i bardzo zmysłowa (choć o seksie jeszcze ani słowa). Poczułam współczucie dla Hrabala, choć on pewno by nie był z tego zadowolony. Tęskno, smutno i ciepło się w duszy zrobiło. Będę smakować tę książkę długo, słowo za słowem. Dziękuję jeśli jeszcze gdzieś jesteś Bohumił.

Przedwojenny materiał

godzina: 00:56:42

W Centrum Integracji Mieszkańców odbywały się jak co roku warsztaty literackie dla seniorów. Prowadzi je dziś prawie dziewięćdziesięcioletnia poetka Pani Lidia Kosk. Byłam we wrześniu zeszłego roku na pierwszych zajęciach w semestrze. Okazało się że stali bywalcy nie mogli w nich uczestniczyć. Byłyśmy tylko we dwie. Przez cztery godziny słuchałam zafascynowana opowieści Pani Lidii. O jej spotkaniach z nieżyjącym księdzem Tishnerem, o łapance i pobycie w obozie w czasie II Wojny Światowej i cudownym ocaleniu dzięki liścikowi rzuconemu przez druty, o generale Jaruzelskim (wraz z mężem Pani Lidia napisała książkę o polskiej generalicji). Jaruzelski spóźnił się na statek i nie dotarł do armii Andersa. Przez to znalazł się po drugiej, tej niewłaściwej stronie. Uderzała postawa, sposób narracji Pani Lidii. Jej młodość przypadała na okres okupacji hitlerowskiej. Dla Pani Lidii świat nie wydawał się czarno-biały. Dostrzega ludzi z ich dramatami a nie wielką politykę. Podobną narrację znalazłam w dziennikach Józefa Hena (rocznik 1923). Jest w niej dużo zrozumienia, pokory. Także mój Ojciec urodzony w 1929 roku widział świat inaczej, bardziej łagodnie. Było w nim dużo postawy adaptacyjnej, ale nie widziałam u Niego uległości. Był stanowczy i konsekwentny. Chciał po prostu uczciwie żyć. Zmarł niedawno. Jest powiedzenie to przedwojenny materiał jako synonim czegoś trwałego, niezniszczalnego. I wielu ludzi urodzonych w latach dwudziestych i trzydziestych tamtego wieku przez doświadczenia wojenne takimi się stało. Będzie ich bardzo brakowało. Niepotrzebnie podzieliła, posortowała ich polityka. Czasem musieli oni podejmować bardzo trudne osobiste wybory. Nie do końca można mówić o wolnej woli w Polsce epoki stalinizmu i późniejszej aż do roku 1989. Ważna w tych ludziach jest prawość i humanitaryzm. Owszem, byli między nimi zbrodniarze, ale ja mam szczęście że poznałam tylko tych normalnych, prowadzących uczciwe życie, wycofanych na własne życzenie się z wielkiej polityki. Są ludzie dobrzy i podli. Nie ma znaczenia pod jaką opcją polityczną się podpisują.

Pisać? Nie pisać?

godzina: 02:38:07

Zakupiłam „haiku? niby-haiku?” Małgorzaty Tafil-Klawe. Chciałam zobaczyć jak będę się czuła z formą krótką, abstrakcyjną innego autora. Rozczarowana. Zajrzałam natychmiast do zbioru japońskich haiku w tłumaczeniu Agnieszki Żuławskiej-Umedy. Nie poczułam się lepiej. Haiku jest dobre do kontemplacji. Nie zawsze jednak autor trafi abstrakcją w myśl (obraz) uniwersalny. Chyba porzucę projekt haiku polskie. Dla mnie coś tam znaczą te abstrakcje. Ale dla czytelnika mogą być te moje polskie haiku zbyt nużące. Po prostu przeskakuje się z jednej abstrakcji do drugiej bez zastanowienia. Tak czytałam „haiku? niby-haiku?”. Nie moje schematy myślenia, ot co. Ale w ogóle to Pani Małgorzata Tafil-Klawe ma poczucie humoru. Podejrzewam żart. Kupiłam bo chciałam, ale teraz to uśmiecham się z przekąsem. Niech ma. Odebrałam także z poczty „Dziennik Bridget Jones” (cena niecałe 3 złote + koszty przesyłki poleconym). Kupiłam tę książkę z zamiarem dania sobie przestrogi jak nie pisać. Zakup trafiony. Czuję się niepewnie jako blogerka. Boję się ośmieszenia. Jestem prostą kobietą co to liznęła wiedzy. Czy ja rzeczywiście mam coś do powiedzenia? Pani Lidia Kosk powiedziała mi przecież. Jeśli ktoś ma coś do powiedzenia, to wcześniej czy później to napisze [opublikuje AMK]. Ciągle też myślę o Paulo Coelho. Nie jest ceniony wśród znawców. Pop-literatura, ot co. Pierwszą publikacja jest z 1982 roku. Miał wtedy 35 lat. A co będzie ze mną? Mam 50 na karku.

Listy do Nieba

Energia tęsknoty

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 2.73
drukowana A5
za 16.33