ROZDZIAŁ 1: MIASTO, KTÓRE ŻYJE
Blockaria nie budziła się nagle. Ona się składała.
Najpierw pojawiał się dźwięk — delikatne klik… klik… klik…, rozchodzące się falami od centrum aż po najdalsze dzielnice. Potem ruch. Segmenty ulic przesuwały się o kilka centymetrów, schody zmieniały nachylenie, a balkony wysuwały się tam, gdzie ktoś zapomniał, że ich potrzebuje. Dopiero na końcu przychodziło światło, odbijające się od kolorowych klocków, które tworzyły miasto od podstaw aż po najwyższe wieże.
Dla mieszkańców Blockarii było to tak normalne, jak dla innych miast wschód słońca. Jeśli coś się poruszało, znaczyło, że działa. Jeśli skrzypiało — trzeba było uważać. A jeśli przestawało klikać… cóż, o tym nikt nie lubił mówić.
Marcel siedział na krawędzi balkonu swojego mieszkania i obserwował poranek z typowym dla siebie spokojem. Był kotem średniego wzrostu, o szarym futrze poprzecinanym ciemniejszymi pasami, które sprawiały wrażenie, jakby ktoś zapomniał dokończyć wzór. Jego zielone oczy śledziły miasto bez pośpiechu, jakby Blockaria była układanką, którą znał na pamięć, ale i tak lubił oglądać ją od nowa.
— No dalej — mruknął pod nosem, gdy jeden z pobliskich mostków zawahał się, zanim ustawił we właściwym kierunku. — Nie udawaj, że nie wiesz, co robisz.
Mostek kliknął i znieruchomiał, jakby obrażony.
Marcel uśmiechnął się krzywo. Miał wrażenie, że miasto czasem go słucha. Albo przynajmniej toleruje.
Zeskoczył z balkonu na ruchomy podest, który wsunął się pod jego łapy dokładnie w chwili, gdy tego potrzebował. Podesty były jednym z tych elementów Blockarii, które wszyscy uważali za oczywiste, choć nikt nie potrafił wyjaśnić, kto je zaprogramował. Po prostu były. Jakby miasto wiedziało, gdzie kto chce iść.
Ulica Trzech Kliknięć — nazwana tak, bo zawsze wydawała dokładnie trzy dźwięki przy każdym kroku — już tętniła życiem. Sprzedawcy rozstawiali stoiska, dopasowując je do zmieniającego się kształtu chodników. Małe zwierzęta biegały między dorosłymi, a nad głowami przejeżdżały wagoniki transportowe, sunąc po zawieszonych w powietrzu szynach.
— Świeże zawiasy! Nie skrzypią, nie zacinają się, prawie nie wybuchają! — krzyczał stary borsuk, machając zestawem metalowych elementów.
— „Prawie” to nie jest zachęta! — odkrzyknął ktoś z tłumu.
Marcel minął ich bez słowa. Lubił gwar Blockarii, ale nie czuł potrzeby, by być jego częścią. Był raczej tym, który zauważał rzeczy, zanim inni zdążyli je zignorować.
Miasto miało warstwy. Dolne poziomy były głośne, kolorowe i pełne życia. Im wyżej, tym ciszej i bardziej… napięcie było wyczuwalne. Marcel poruszał się między poziomami z łatwością, znając skróty i przejścia, które pojawiały się tylko o określonych porach dnia.
I właśnie wtedy poczuł to po raz pierwszy.
Nie był to dźwięk. Nie był to widok. Raczej brak czegoś, co zawsze było obecne. Jak pauza w muzyce, której nikt nie zaplanował.
Zatrzymał się.
Ulica pod jego łapami kliknęła raz… i zamilkła.
— Hm — mruknął Marcel, rozglądając się.
Kilku przechodniów zwolniło, spojrzało pod nogi, po czym ruszyło dalej. W Blockarii takie rzeczy się zdarzały. Czasem mechanizmy potrzebowały chwili. Czasem miasto po prostu się rozciągało.
Marcel jednak przykucnął. Przyjrzał się miejscu, gdzie dwa segmenty chodnika stykały się ze sobą. Pomiędzy nimi była cienka szczelina. Zbyt równa. Zbyt… celowa.
Dotknął krawędzi jednego z klocków. Był chłodniejszy niż powinien. I lekko luźny.
— No nie — szepnął. — Tylko nie ty.
Delikatnie nacisnął. Klocek drgnął, jakby chciał się wysunąć, po czym wrócił na miejsce. Szczelina zniknęła. Ulica znów kliknęła, tym razem głośniej, jakby chciała zagłuszyć wcześniejszą ciszę.
Marcel wyprostował się powoli. Serce biło mu odrobinę szybciej.
— Pewnie nic — powiedział do siebie. — Blockaria zawsze tak robi.
Ale miasto nie odpowiedziało.
Reszta dnia minęła mu na wędrówkach. Przeszedł przez Dzielnicę Zawiasów, gdzie budynki miały więcej ruchomych części niż ścian. Zajrzał na Plac Składania, gdzie artyści tworzyli rzeźby z klocków, tylko po to, by po chwili je rozebrać i zacząć od nowa. Wszędzie panował śmiech, rozmowy i ten charakterystyczny dźwięk dopasowujących się elementów.
A jednak Marcel coraz częściej łapał się na tym, że nasłuchuje.
Pod wieczór zauważył coś jeszcze. Na jednej z bocznych ścian, tam gdzie nikt zwykle nie patrzył, widniał znak. Narysowany niedbale, ale wyraźnie. Trójkąt. A w jego środku — brakujący element.
Marcel zmarszczył brwi.
— Tego tu nie było — mruknął.
Dotknął symbolu. Farba była świeża.
Zza rogu dobiegł śmiech, ktoś przebiegł obok, a gdy Marcel znów spojrzał na ścianę, znak… nadal tam był. Nieruchomy. Obcy.
Wieczorem Blockaria znów zaczęła się zmieniać. Ulice przesuwały się na nocne pozycje, światła zapalały się jedno po drugim, a miasto przybierało spokojniejszy, bardziej miękki rytm.
Marcel stał na dachu jednego z budynków i patrzył na panoramę. Na tysiące klocków, które idealnie do siebie pasowały.
Za dobrze.
Gdzieś w głębi konstrukcji coś drgnęło. Tak subtelnie, że nikt poza nim tego nie zauważył. Jakby pierwszy element ogromnej budowli został przesunięty o milimetr.
Marcel objął się ramionami.
— Mam złe przeczucie — powiedział cicho.
Blockaria kliknęła.
Tylko że tym razem… kliknęła za późno.
ROZDZIAŁ 2: KOT WŚRÓD KLOCKÓW
Marcel nie spał dobrze tej nocy.
Nie dlatego, że w Blockarii było głośno — wręcz przeciwnie. Miasto nocą potrafiło być zaskakująco ciche. Zbyt ciche. Zamiast zwyczajowego, uspokajającego klik-klik gdzieś w tle, panowała cisza przerywana pojedynczymi trzaskami, jakby ktoś naciskał klocki zbyt mocno albo w złym miejscu.
Kot przewracał się z boku na bok, wpatrując się w sufit, który powoli zmieniał kolor z ciemnoniebieskiego na grafitowy. Segmenty stropu delikatnie się przesuwały, dopasowując do temperatury nocy. Normalna rzecz. A jednak Marcel miał wrażenie, że tym razem sufit robi to… niechętnie.
— Przestań — mruknął do siebie. — To tylko miasto.
Ale myśl o luźnym klocku i świeżo namalowanym symbolu wracała uparcie.
Wstał wcześniej niż zwykle. Zamiast porannego balkonowego rytuału, od razu wyszedł na ulicę. Blockaria o tej porze była inna — bardziej surowa, jakby jeszcze nie zdążyła założyć swojej codziennej maski.
Ulice dolnych poziomów dopiero się składały. Niektóre przejścia były jeszcze zamknięte, inne prowadziły donikąd, kończąc się nagle pionową ścianą z klocków. Marcel poruszał się między nimi instynktownie, omijając miejsca, które wyglądały na „chwilowe”.
— Dzień dobry, Marcel! — zawołała do niego starsza koza z kiosku informacyjnego.
— Jeśli pani tak twierdzi — odparł, unosząc łapę w geście powitania.
— Miasto dziś jakieś… sztywne — dodała, poprawiając tablicę z rozkładem ruchomych ulic.
Marcel zatrzymał się.
— Też pani to czuje?
Koza wzruszyła ramionami.
— Blockaria zawsze ma swoje humory. Wczoraj za szybko, dziś za wolno. Taki urok.
Może miała rację. A może wszyscy po prostu nauczyli się ignorować sygnały ostrzegawcze.
Marcel ruszył dalej, kierując się w stronę Wyższych Poziomów. Tam, gdzie budynki były starsze, a klocki pamiętały czasy, gdy miasto dopiero się rozrastało. Lubił te miejsca. Były mniej kolorowe, bardziej surowe — i, co ważniejsze, mniej zmienne.
Na jednym z tarasów zauważył grupkę mieszkańców zgromadzonych wokół pustej przestrzeni w chodniku.
— Co się stało? — zapytał, przeciskając się bliżej.
— Zniknął klocek — odpowiedział ktoś z tłumu. — Po prostu… zniknął.
Marcel spojrzał w dół. W miejscu, gdzie powinien znajdować się standardowy element konstrukcyjny, była pusta wnęka. Czysta. Zbyt czysta.
— Ktoś go wyjął? — zapytał.
— A kto by to zrobił? — prychnął baran w roboczym kombinezonie. — Klocki są częścią miasta. Nie wyciąga się ich ot tak.
Marcel nachylił się i dotknął krawędzi wnęki. Zimna. Gładka. Jakby klocek nigdy tam nie istniał.
— Zgłosiliście to? — zapytał.
— Po co? — ktoś wzruszył ramionami. — Blockaria sobie poradzi.
To zdanie słyszał dziś już drugi raz.
Odszedł, zanim tłum się rozszedł, czując, że w żołądku narasta mu nieprzyjemny ciężar. Jedna szczelina mogła być przypadkiem. Zniknięty klocek — usterką. Ale im dłużej szedł, tym więcej drobnych nieprawidłowości zauważał. Minimalnie przesunięte barierki. Schody, które skracały się o jeden stopień. Dźwięki, które nie do końca pasowały do reszty.
Blockaria nadal żyła. Ale jakby… ostrożniej.
W południe Marcel usiadł na krawędzi Placu Składania. Obserwował artystów, którzy budowali ogromną rzeźbę przedstawiającą miasto samo w sobie — wieże, mosty i ulice splecione w jedną konstrukcję. Gdy skończyli, jeden z nich uśmiechnął się szeroko.
— Gotowe!
Ktoś klasnął. Ktoś inny rzucił żart.
A potem rzeźba rozpadła się.
Nie gwałtownie. Nie spektakularnie. Po prostu jeden klocek wysunął się z dołu, a reszta konstrukcji poszła za nim, rozsypując się cicho na placu.
Zapadła cisza.
— Huh — powiedział artysta, drapiąc się po głowie. — Chyba źle policzyłem fundamenty.
Wszyscy się roześmiali.
Tylko Marcel nie.
Wieczorem wrócił w okolice miejsca, gdzie poprzedniego dnia widział symbol. Ściana była pusta. Czysta. Jakby nikt nigdy nic na niej nie narysował.
— Świetnie — mruknął. — Albo mi się przywidziało, albo ktoś bardzo dba o porządek.
Odwrócił się, gotów odejść, gdy kątem oka zauważył coś na ziemi. Mały element. Trójkątny. Niedopasowany do reszty chodnika.
Podniósł go.
Nie był częścią standardowej konstrukcji Blockarii.
— No dobrze — powiedział cicho. — Teraz to już na pewno nie jest „nic”.
Gdzieś głęboko w mieście coś kliknęło.
A Marcel po raz pierwszy pomyślał, że Blockaria może nie poradzić sobie sama.
ROZDZIAŁ 3: ZNIKAJĄCE ELEMENTY
Marcel długo obracał trójkątny element w łapach, zanim schował go do kieszeni kurtki. Klocek był lekki, gładki i… niepasujący. W Blockarii wszystko miało swoje miejsce, nawet jeśli to miejsce czasem się zmieniało. Ten element wyglądał tak, jakby nigdy nie należał do żadnej znanej konstrukcji.
Miasto wokół niego żyło dalej, zupełnie nieświadome drobnego, ale znaczącego odkrycia. Światła uliczne zapalały się jedno po drugim, wagoniki transportowe sunęły po szynach, a mieszkańcy spieszyli się do domów, barów i na nocne zmiany. Śmiech odbijał się od ścian z klocków, mieszając z wieczornym klikaniem mechanizmów.
A jednak Marcel miał wrażenie, że Blockaria gra dziś inną melodię.
Następnego dnia postanowił zrobić coś, czego zwykle unikał — zaczął zadawać pytania.
Nie wprost. Nie nachalnie. Raczej mimochodem, w trakcie rozmów, które normalnie kończyłyby się na wymianie uprzejmości.
— Zdarzyło się wam ostatnio coś… dziwnego? — zapytał dwie wiewiórki, które próbowały dopasować swoje stoisko do zmieniającego się chodnika.
— Jak zawsze — odpowiedziała jedna z nich, śmiejąc się. — Wczoraj schody uciekły mi spod łap.
— Nie, nie tak — Marcel zawahał się. — Coś, czego wcześniej nie było.
Wiewiórki spojrzały na siebie.
— Może — powiedziała druga. — W nocy zniknął nam fragment lady. Rano był z powrotem. Albo inny. Trudno powiedzieć.
Marcel podziękował i ruszył dalej.
Im więcej pytał, tym częściej słyszał podobne historie. Brakujący element. Przesunięta ściana. Klocek, który wrócił na miejsce, ale już nie ten sam. Nikt nie traktował tego poważnie. Blockaria od zawsze się zmieniała — taka była jej natura.
Różnica polegała na tym, że kiedyś wszystko do siebie wracało.
W południe Marcel dotarł do Archiwum Konstrukcji — starego budynku na jednym z wyższych poziomów, gdzie przechowywano plany miasta. Oficjalnie był to punkt informacyjny. Nieoficjalnie — miejsce, do którego nikt nie zaglądał, jeśli nie musiał.
Wewnątrz panował półmrok. Ściany były mniej kolorowe, bardziej jednolite, jakby zbudowane z klocków jednego rodzaju. Marcel zawsze uważał to miejsce za dziwne — zbyt stabilne jak na Blockarię.
— W czym mogę pomóc? — zapytała sowa siedząca za ladą, nawet nie podnosząc wzroku znad dokumentów.
— Szukam informacji o… usterkach — odpowiedział Marcel. — O brakujących elementach.
Sowa uniosła głowę powoli.
— Blockaria nie ma usterek.
— Jasne — odparł Marcel. — Ale ma historię. A w historii zdarzają się różne rzeczy.
Przez chwilę sowa mierzyła go spojrzeniem. W końcu westchnęła i wskazała jedną z półek.
— Trzecia sekcja. Stare raporty. Ale nie znajdziesz tam nic, czego byś nie chciał zapomnieć.
Marcel spędził tam długą godzinę. Przeglądał pożółkłe schematy, opisy przebudów, notatki sprzed lat. Większość dotyczyła planowych zmian. Rozbudów. Ulepszeń.
A potem natknął się na powtarzający się motyw.
Znikające elementy.
Nie awarie. Nie zniszczenia. Usunięcia.
Raporty były stare. Bardzo stare. I zawsze kończyły się tym samym zdaniem: „Problem rozwiązany. Struktura ustabilizowana.”
Bez wyjaśnienia jak.
Marcel zamknął segregator, czując, jak po plecach przebiega mu dreszcz.
Gdy wyszedł z Archiwum, miasto było inne. Nie wizualnie. Emocjonalnie. Jakby Blockaria wiedziała, że ktoś grzebie w jej przeszłości.
W jednej z bocznych uliczek zobaczył zamieszanie. Kilku mieszkańców stało wokół zapadniętego fragmentu chodnika. Tym razem nie był to jeden klocek. Zniknęły trzy. A pod nimi — pusta przestrzeń.
— Spokojnie, zaraz się odbuduje — mówił ktoś nerwowym głosem.
Ale nic się nie odbudowywało.
Marcel podszedł bliżej. Spojrzał w dół. Pustka była głębsza, niż powinna. Jakby ktoś wyjął fragment fundamentu.
— To nie jest normalne — powiedział głośniej, niż planował.
Kilka głów odwróciło się w jego stronę.
— Blockaria sobie poradzi — padła znajoma odpowiedź.
Tylko że tym razem zabrzmiała mniej pewnie.
Wieczorem Marcel wrócił do domu zmęczony i zirytowany. Wyciągnął z kieszeni trójkątny element i położył go na stole. Przyjrzał mu się uważnie. Na jednej z krawędzi dostrzegł ledwo widoczne nacięcie. Znak.
Ten sam trójkąt.
Ten sam brakujący element w środku.
— Więc jednak — wyszeptał.
W tej samej chwili całe mieszkanie delikatnie zadrżało. Światła przygasły. Gdzieś w oddali rozległ się metaliczny trzask, głośniejszy niż zwykle.
Blockaria nie kliknęła.
Blockaria zaskrzypiała.
Marcel schował klocek i podszedł do okna. Spojrzał na miasto, które znał od zawsze.
Po raz pierwszy w życiu pomyślał, że ktoś celowo wyciąga z niego elementy.
I że to dopiero początek.
ROZDZIAŁ 4: ZNAK, KTÓRY NIE ZNIKA
Marcel obudził się gwałtownie, zanim Blockaria zdążyła na dobre się poruszyć. Przez krótką chwilę nie wiedział, co go wyrwało ze snu — nie było hałasu, nie było wstrząsu, nie było krzyków. A jednak coś było nie tak. Powietrze w mieszkaniu wydawało się cięższe, jakby miasto wstrzymało oddech.
Usiadł na łóżku i nasłuchiwał.
Zwykle nawet w środku nocy Blockaria dawała o sobie znać: cichym kliknięciem, delikatnym przesunięciem ściany, odległym stukiem wagonika. Teraz panowała cisza. Głęboka, nienaturalna.
— Świetnie — mruknął Marcel. — Tego nam brakowało.
Wstał i podszedł do okna. Ulica poniżej była pusta, ale latarnie świeciły słabiej niż zwykle, jakby ktoś zmniejszył im moc. Segmenty chodnika tkwiły nieruchomo, nie reagując na niczyją obecność.
Blockaria… czekała.
Marcel odsunął się od okna i spojrzał na stół. Trójkątny element leżał tam, gdzie go zostawił. Przez chwilę miał wrażenie, że jest ustawiony pod innym kątem. Że ktoś go przesunął. Albo że sam klocek zmienił pozycję.
Podszedł bliżej i dotknął go ostrożnie.
Nic się nie stało.
— Przewrażliwienie — powiedział cicho, choć nie był do tego przekonany.
Zabrał element, schował go głęboko do kieszeni i wyszedł z mieszkania. Jeśli miasto nie chciało spać, on też nie zamierzał.
Dolne poziomy były niemal martwe. Sklepy zamknięte, przejścia wygaszone, platformy transportowe zawieszone w bezruchu. Marcel szedł ostrożnie, wybierając znane trasy. Blockaria nocą potrafiła być zdradliwa, zwłaszcza gdy nie działała tak, jak powinna.
I wtedy go zobaczył.
Znak.
Był wymalowany na bocznej ścianie magazynu, dokładnie na styku dwóch segmentów budynku. Trójkąt. Brakujący element w środku. Ten sam kształt, który widział wcześniej. Tym razem jednak był większy. Wyraźniejszy. Jakby ktoś chciał, żeby został zauważony.
Marcel rozejrzał się. Nikogo.
Podszedł bliżej i przyjrzał się symbolowi. Farba była świeża, ale nie kapała. Idealnie nałożona. Zbyt precyzyjna jak na zwykły wandalizm.
— Kimkolwiek jesteś — szepnął — masz dziwne hobby.
Wyciągnął trójkątny klocek z kieszeni i zestawił go wizualnie ze znakiem. Pasował. Idealnie. Jak brakujący fragment układanki.
W tej samej chwili ściana pod jego łapami lekko zadrżała.
Marcel cofnął się instynktownie. Segment budynku przesunął się o kilka milimetrów, po czym wrócił na miejsce. Znak pozostał nienaruszony.
— Nie — powiedział głośniej. — Nie podoba mi się to.
Ruszył dalej, tym razem szybciej. Chciał sprawdzić, czy to jedyny symbol, czy tylko pierwszy, który tej nocy postanowił się ujawnić.
Nie był jedyny.
Na przestrzeni kilkunastu minut Marcel naliczył cztery kolejne znaki. Każdy w miejscu, gdzie konstrukcja miasta była starsza. Każdy tam, gdzie łączyły się ważne segmenty: podpory mostów, fundamenty wież, główne osie ulic.
Ktoś nie rysował ich przypadkowo.
Ktoś oznaczał miasto.
Na jednym z placów zobaczył grupkę nocnych pracowników próbujących ustabilizować fragment chodnika.
— Co się dzieje? — zapytał.
— Segmenty się nie zazębiają — odpowiedział zmęczony jeleń, ocierając pot z czoła. — Jakby brakowało… no właśnie. Czegoś.
Marcel spojrzał na ziemię. W cieniu jednej z kolumn dostrzegł znajomy kształt.
— Widzieliście to? — zapytał.
Jeleń spojrzał, zmarszczył brwi.
— Dziwne. Przysięgam, że tego tu nie było.
— Właśnie — odparł Marcel.
Gdy wrócił nad ranem do domu, Blockaria zaczynała się budzić. Tym razem jednak robiła to wolniej, ostrożniej, jakby bała się poruszyć zbyt gwałtownie.
Marcel usiadł na balkonie, trzymając w łapie trójkątny element. Miasto klikało, ale dźwięk był nierówny. Jakby ktoś grał melodię, gubiąc rytm.
Spojrzał na dach naprzeciwko.
Na jego krawędzi, ledwo widoczny w porannym świetle, widniał jeszcze jeden znak.
Ten sam trójkąt.
Ten sam brak.
Tylko że tym razem był wygrawerowany, a nie namalowany.
— Więc to nie jest jednorazowa zabawa — powiedział cicho Marcel. — To plan.
Blockaria odpowiedziała delikatnym, przeciągłym skrzypnięciem.
Miasto, które zawsze się składało, zaczynało być rozbierane.
ROZDZIAŁ 5: PĘKNIĘCIE
Blockaria pękła w środku dnia.
Nie w sensie metaforycznym. Nie w rozmowach ani plotkach. Pękła naprawdę — głośno, wyraźnie i na oczach setek mieszkańców.
Marcel znajdował się wtedy na Środkowym Pierścieniu, jednej z najbardziej uczęszczanych tras miasta. To tam krzyżowały się ruchome ulice, tam spotykały się wagoniki transportowe i tam Blockaria zawsze działała najlepiej. Jeśli coś miało się zepsuć, wszyscy wierzyli, że na pewno nie tam.
Kliknięcie było inne niż zwykle.
Zbyt głębokie. Zbyt długie.
Marcel zatrzymał się w pół kroku. Kilku innych mieszkańców zrobiło to samo, jakby miasto wysłało im wspólny sygnał ostrzegawczy. Przez krótką chwilę nic się nie działo. Potem ziemia pod ich łapami zadrżała.
— Ej, ej, spokojnie — powiedział ktoś nerwowo. — Zaraz się ustabilizuje.
Nie ustabilizowało się.
Jeden z centralnych segmentów ulicy wysunął się o kilka centymetrów, odsłaniając pustą przestrzeń pod spodem. Nie było tam żadnego mechanizmu. Żadnego zapasowego elementu. Tylko dziura.
— Cofnąć się! — krzyknął Marcel, sam nie wiedząc, dlaczego to robi.
Było już za późno.
Z głuchym trzaskiem cały fragment ulicy zapadł się, ciągnąc za sobą stragany, barierki i kilku mieszkańców. Krzyki odbiły się echem od ścian, a wagonik transportowy zatrzymał się gwałtownie tuż przed krawędzią przepaści.
Marcel rzucił się do przodu bez zastanowienia. Złapał za wystającą belkę i pociągnął młodego królika, który wisiał nad pustką, trzymając się resztką sił.
— Puść to! — krzyknął. — Teraz!
Królik posłuchał. Oboje runęli na bezpieczny fragment chodnika, gdy kolejny segment odpadł i zniknął w ciemności poniżej.
Zapadła cisza. Krótka. Szokująca.
Potem miasto wybuchło hałasem.
— Co się stało?!
— Gdzie są ratownicy?!
— Blockaria nigdy tak nie robiła!
Marcel podniósł się, ciężko oddychając. Spojrzał w dół. Dziura była ogromna. Zbyt równa. Zbyt… czysta.
To nie było zawalenie.
To było wyjęcie.
— To niemożliwe — powiedział ktoś drżącym głosem. — Fundamenty są nienaruszalne.