E-book
9.9
drukowana A5
31.54
Bliźniacze drogi

Bezpłatny fragment - Bliźniacze drogi

Objętość:
212 str.
ISBN:
978-83-8221-028-6
E-book
za 9.9
drukowana A5
za 31.54

Rozdział 1. Pierwsza niedziela marca

Raj dla pisarzy

Jak zwykle. Pomysły przyciągały ją jak magnes, ale kiedy próbowała je uchwycić, spisać w coś konkretnego rozmywały się, traciły całą swoją atrakcyjność. Nieubłaganie wszystko wskazywało na to, że i tym razem nie uda się uniknąć tej rozmowy. Kochanie, zrozum, proszę. Etap błagania, kobiecego podejścia. Zastanów się, ja znikam na miesiąc, a potem mam cały rok dla Ciebie, jakbym pracowała w jakiejś korporacji nie byłoby mnie codziennie po 10 godzin, nie licząc delegacji. Etap logiki, przyczyna, skutek, uzasadnienie. Cholera jasna, mam tego dość, myślisz tylko o sobie! Etap awantury. Następnie cicha noc, leżenie na dwóch końcach łóżka, kłopoty z zaśnięciem. A na drugi dzień podejście drugie. Ostatecznie usłyszy warkniecie: rób co chcesz. I w takiej atmosferze minie kilka dni, prób mijania się, gdzie będą się tylko wzajemnie drażnić. Potem, kiedy już wszystko załatwi, wybierze miejsce, zorganizuje nocleg i poczuje radochę, że znowu się oderwie, będzie mogła próbować załagodzić sytuację. Kupi mu coś drogiego w prezencie, zrobi kolację, może nawet wysili się i zrobi mężowi masaż ciepłymi olejkami. Jest to konieczne, żeby na miejscu skupić się na pracy, a nie myśleć o kłótni z mężem.

Teraz jednak czuła, jak żołądek ściska jej się na samą myśl o konfrontacji. Wyłączyła laptop, nalała sobie kawy z ekspresu przelewowego, dodała sporą ilość mleka i stanęła przy oknie. Kochała widok na ich ogród. Za tarasem znajdował się staw, przez połowę roku kwitły na nim lilie wodne i pływały złote rybki, teraz, kiedy kończyła się zima, był częściowo skuty lodem, a płaty śniegu kontrastowały z błotem i mokrą trawą, której udało się wydostać do słońca. Staw przecinał półokrągły mostek z piękną balustradą z metaloplastyki. Dalej wiła się alejka, która w pewnym momencie znikała pod długim tunelem z winogron. Alejka kończyła się małym wzgórzem, jej ojciec zasadził pod nim niewielki zagajnik z sosen amerykańskich i brzóz, pod którymi uwielbiała rosnąć czterolistna koniczyna i grzyby. Dlaczego ten widok nie wystarczał jako inspiracja? Brakowało ludzi, charakterów, które wciągnęłaby na strony swojej powieści.

To nie był pierwszy raz. Zabierała się do napisania swojej trzeciej książki. Ani presji początkującego pisarza, która towarzyszyła jej przy pisaniu pierwszego kryminału, ani strachu czy uda się powielić sukces przy drugim. Teraz powinna mieć już wyrobiony warsztat. Znała zasady. Wiedziała jak mało w tym z wizji artysty, a jak wiele, żmudnej pracy. Po natchnionej stronie, którą pisała w 3 minuty, kolejna była jak każdy inny projekt — coś wymyślić, żeby zachować tępo akcji, atrakcyjność dla czytelnika. Przepisywana piaty raz, przed ostatecznym zaakceptowaniem.

Kawa zrobiła się zimna. Zniesmaczona, odłożyła kubek na blacie w kuchni i postanowiła wybrać się na spacer, żeby oczyścić umysł, może lepiej zaplanować rozmowę z mężem. Zanim jednak doszła do przedpokoju, zobaczyła wjeżdżający na podjazd samochód męża. Let it be. Miejmy tę rozmowę za sobą.

— Kurwa, ale wieje — powiedział wchodząc do domu. Nie znosiła tego. Czasem miły, czasem bez humoru, ale nigdy nie mógł powiedzieć normalnie dzień dobry.

— Cześć — niechętnie przywitała się pierwsza, ale nie mogła pozwolić sobie teraz na rozdrażnienie go — Halny szaleje jak zwykle. Uroki mieszkania pod górami — wysiliła się na uśmiech. — Zjesz coś?

— Konam z głodu. — powiedział, zostawiając ubrania w przedpokoju. Jak grzeczny przedszkolak poszedł umyć ręce. I dobrze.

— Jest pomidorówka z wczoraj, zrobiłam też spaghetti ze szpinakiem, wszystko masz na piecu.

Poczekała, aż nałoży sobie jedzenie i usiądzie przy dużym drewnianym stole w jadalni. Był to stół wypatrzony w antykwariacie, podobno pochodził z jakiegoś benedyktyńskiego zakonu. Uwielbiała go. Dokupili do niego kremowe, miękkie krzesła, dość nowoczesne. Taki eklektyczny styl podobał im się obojgu, łączenie staroci z nowym. Mąż mniej chętnie podchodził do kolorystyki, na którą nalegała, podstawowe wyposażenie domu było w dwóch kolorach — wenge i kremowy. Kremowe ściany, a pod sufitem ciemnobrązowe belki, ciemnobrązowa szafa, benedyktyński stół i parkiet. Do tego kremowe krzesła i kremowe dywany. Podobnie w całym domu. Postawiła na swoim w sprawie kolorystyki, kosztem jednego pokoju, który mąż zaadoptował na swój warsztat muzyka. Jeżeli kiedyś zdecydują się na dzieci, ciekawe czy im odstąpi na sypialnie swój raj? Pomyślała w przygnębieniu. Bo dzieci kiedyś będą, tylko żadne z nich nie mogło się zdecydować, że to już czas. Za wygodnie i za dobrze było im we dwoje.

— Wydawnictwo nalega na kolejną książkę — zaczęła.

— To czemu nie piszesz? — słowa jak uderzenia biczem, szybkie, ostre. A może normalne, tylko ona przyjęła złe założenie?

— Nie umiem tu pisać.

— Co to znaczy? A spróbowałaś?

— Codziennie próbuję i nic z tego dobrego nie wychodzi. Wiesz, jak ja pracuję. Muszę się oderwać, skupić tylko na pisaniu, a nie gotowaniu obiadów, sprzątaniu — mówiła, choć po jego minie widziała, że nie idzie to w dobrym kierunku.

— Przedwczoraj gotowałem ja. Nie pisałaś. Szukasz pretekstu do wycieczek. Z kim ty tam jeździsz? — warknął.

— O Boże, nie zaczynaj. Jakbym chciała cię zdradzać, to tu na miejscu miałabym mnóstwo okazji, kiedy jeździsz grać koncerty, nagrywać czy ćwiczyć z zespołem. Musimy mieć do siebie pewne zaufanie, inaczej to nie ma sensu.

— Jak ja piszę piosenki to chętnie zaszył bym się też w jakimś SPA, niech mnie karmią i masują, tylko kasy potem na nic by nie zostało — powiedział odsuwając talerz z niedojedzonym obiadem.

— Wiesz, że nie jeżdżę do SPA tylko, wynajmuję pokój na jakimś zadupiu. Ja ciebie wspieram. Cieszę się, że nie potrzebujesz wyjazdu, żeby pisać, komponować. Ja chętnie też bym z tego zrezygnowała, ale nie umiem inaczej.

— Emila, chyba raczej nie chcesz. I co, znowu na miesiąc? Nie możesz na tydzień wyjechać?

— Przez tydzień nie zdążę nikogo poznać. Poczuć klimatu miejsca.

— Klimatu miejsca czy jakiegoś faceta?

— Nie zaczynaj znowu, to do niczego nie prowadzi. Proszę cię o wsparcie. O jeden miesiąc.

— Jeden miesiąc teraz, a kolejny przy następnej książce — zdenerwował się.

— To jałowe. Do niczego nas taka rozmowa nie prowadzi. Proszę, nie utrudniaj mi tego. Miesiąc minie, zanim się zorientujesz.

— To nie pytaj mnie o zdanie, jak cię ono nie interesuje — zakończył rozmowę.

A więc tym razem taka wersja „Rób co chcesz.” Próbowała sobie przypomnieć, za co go kocha. Kiedy wychodziła z niego zazdrość, stawał się jej obcy.


Pisząc pierwszą powieść, wyjechała nad morze Bałtyckie do Orłowa. Przy drugiej — do wioski blisko Lublina, a teraz uznała, że czas na Śląsk. Wybór padł na Rydułtowy, małą miejscowość w okolicy Rybnika i Wodzisławia Śląskiego. Nie był to całkowity przypadek, kiedy zdecydowała się na Śląsk i przeglądała mapę przypomniał jej się rezydent w hotelu, z jej pierwszych hiszpańskich wakacji. Próbował wmówić całej grupie, że jego Rydułtowy są absolutnie podobne do Alcossebre, a jałowe wypalone słońcem wzgórza — są jak górnicze hałdy, prawie mu uwierzyli. Zapamiętała go dzięki jego poczuciu humoru, przystojnemu synowi i dwóm pozostawionym turystom w Walencji, ponieważ spóźnili się na autokar.

Stacja kolejowa na głębokim Śląsku. Kwadratowe domy, ceglane familoki, gęsta niskopoziomowa zabudowa. Marzec to nie jest idealny miesiąc na zwiedzanie. Wolałaby wyjechać w maju ale wtedy mogłaby nie zdążyć skończyć książki. W maju lokalne pijaczki szwendałyby się pod spożywczym, wdowy plotkowałyby na cmentarzu, a dzieciaki kłóciły na ulicach. Łatwiej byłoby nawiązać kontakt z miejscowymi.

Wyjęła mapę wydrukowaną z google maps. Dom, w którym wynajęła pokój znajdował się z drugiej strony miejscowości niż stacja kolejowa. Walizka nie zachęcała do godzinnego spaceru, więc zdecydowała się na taksówkę. A nuż trafi na kierowcę gadułę. Takie szczęście miała pod Lublinem. Usłyszała historię o tym jak obecna żona taksówkarza zaciągnęła go do łóżka na pierwszej randce — czuł, że coś musi być nie tak, bo była dla niego za ładna. Okazało się, że jest w ciąży. Wmawiała mu, że to jego i wcześniak. Dziecko zmarło jak miało 3 tygodnie, żona miała za mało pokarmu i podali synkowi zwykłe mleko krowie, brzuszek mu zsiniał, lekarz nie dojechał na czas. Żonę to złamało, stała się bierna, pół wieku później tkwili razem dalej. Emilia najpierw była wstrząśnięta, potem oburzona, że kierowca tak papla. A potem zrobiłam z niego czarny charakter swojej powieści o zamordowaniu dziecka przez ojca z paranoją zazdrości, który nie wierzył, że to był jego syn i dopiero po sekcji zwłok okazało się, jak bardzo się mylił. Według lekarza sądowego wszystko wskazywało, że dziecko cierpiało na zespół Huntera, miało powiększoną wątrobę i śledzioną. Tak samo jak taksówkarz.

Rydułtowski taksówkarz jednak milczał, nie silił się nawet na grzecznościową pogawędkę.

Główna ulica w miasteczku, całkiem sporo sklepów. Oczywistości — kościół, a naprzeciwko Biedronka. Obok mały rynek z fontanną. Dość zadbane. Restauracja z wielkim szyldem „Milusia”, a pod drzwiami grupka młodych ludzi. Pewnie weselnicy — w końcu sobotnie popołudnie w ostatni dzień lutego — palili papierosy, widać, że już wypili nie jednego drinka. Kobiety w mini spódniczkach bez rękawów na mrozie, mężczyźni żartujący o kilka tonów za głośno. Chwilę później dojechali na miejsce. Kwadratowy dom, przyklejony z jednej strony do czteropiętrowej kamienicy. Pokój wynajmował jej lokalny strażak, żona była gosposią na plebani. Tacy ludzie znają wszystkie plotki.


— A to pani — krótko ścięta blondyna przy kości, po pięćdziesiątce otworzyła drzwi. „No pięknie, spotykam ciągle ludzi nie znających słowa dzień dobry.” pomyślała Emilia, po czym odpowiedziała:

— Dzień dobry, rozumiem, że trafiłam dobrze.

— Jeżeli Pani Emilia Paprotna, to tak, dobrze. Zapraszam.

Zapłaciła kierowcy, który ku jej miłemu zaskoczeniu, wyszedł z nią wynieść jej walizkę. Dom okazał się idealny. Taki jak sobie wymarzyła. Swojski. Kamienne, półokrągłe schody stanowiły jego kręgosłup i znajdowały się zaraz za wejściem.

— Na prawo za drzwiami, jest mieszkanie naszej lokatorki, pani Mertowej. Ma 3 żółwie przywiezione z Afryki i dokarmia wszystkie koty w okolicy, ale poza tym to miła staruszka. Pani zamieszka z nami na piętrze — powiedziała gospodyni, która chwilę wcześniej przedstawiła się jako Iwona Nikiel.

Kiedy wyszli po schodach, taksówkarz się pożegnał zostawiając walizkę. Naprzeciwko schodów znajdowała się ogromna toaletka z lustrami. Może miała ze sto lat. Za nią było dwoje drzwi — na mały balkonik i do części domu stanowiącej mieszkanie gospodarzy. Z czasem miała się dowiedzieć, że w upały gospodarze praktycznie żyją w tej antresoli. Latem panuje tu miły chłód mimo otwartych drzwi na balkonik.

Kiedy gospodyni przekręcała klucz, Emilia zauważyła ogromny — dosłownie gigantyczny i dość tandetny (choć była pewna, że to prawdziwe złoto), pierścień na ręce pani Iwony. Uśmiechnęła się w duchu. Trafiła idealnie, będzie o czym pisać. Pomyślała, że tak jak ona obserwuje gospodynię, ta też zdążyła jej się już przyglądnąć. Wiedziała, że robi dość egzotyczne wrażenie. Kiedy tylko jej pierwsza książka dobrze się sprzedała, wymieniła całą garderobę na bardziej artystyczną — dużo tunik, poncza, luźne kamizelki, wszystko z naturalnych materiałów, głównie len i jedwab. Bardzo lubiła naturalny makijaż BobbiBrown. Całe studia zarabiała na utrzymanie pracą modelki, wiedziała więc co dobrze podkreśla jej smukłą, klasyczną urodę z wydatnymi kośćmi policzkowymi i długimi włosami w kolorze ciemny blond, które nosiła albo rozpuszczone albo spięte w hiszpański kok. O smukłą sylwetkę dbała ćwicząc jogę i walkę z mieczem samurajskim, to pierwsze lubiła od zawsze, to drugie ze względu na towarzystwo przyjaciół ze szkoły neurolingwistyki w Lublinie, których poznała przy okazji pisania książki numer 2. Po rewolucji w garderobie wreszcie pasowała wyglądem do męża, bluesmana, znanego z umiłowania do ekscentrycznych, kolorowych garniturów. Z Dominikiem stanowili zgraną parę. Już za nim tęskniła. Gdyby tylko nie był taki zazdrosny…

Za drzwiami znajdował się korytarz. Jak poinstruowała ją gospodyni — pierwsze drzwi na prawo, kibel, następnie łazienka — musi pamiętać, żeby zasłaniać okno w łazience bo sąsiedzi podglądają — dalej wyjście na strych, potem sypialnia gospodarzy, a na wprost salon. Jedyne drzwi na prawo to kuchnia, musi przez nią przejść do swojego pokoju.

— Zachwycające! — prawie krzyknęła, wchodząc do kuchni, na widok starego, kaflowego pieca z płytą do gotowania. Obok była spiżarka, która jak potem się okazało stanowiła kuchnię właściwą, z nowoczesnym sprzętem, pomieszczenie oficjalnie zwane kuchnią wyglądało jak z babcinej bajki sprzed pół wieku. Kaflowy piec, stół z ceratą, białe drewniane krzesła, zegar zwany ślązokiem i to ogromne okno z widokiem na wielki kasztan. Gdyby tylko pozbyć się tych prl-owskich firan i zasłon w kolorze pomarańczowym, które pasowały tu jak pięść do oka!

— Pani z miasta, to pewnie nie przyzwyczajona do starej kuchni. — powiedziała gospodyni niepewna czy gość faktycznie się zachwyca, czy też się z niej śmieje.

— Nie, pani Iwono, ale w najbogatszych domach, to teraz często mają już piece stylizowane na te stare. Piece kaflowe są przepiękne — uspokoiła gospodynię.

— A tu będzie pani pokój. Tak, jak pani chciała, zamykany na klucz, jest tu rozkładana kanapa, stolik, okno i ciepło — powiedziała Pani Iwona wskazując na wolnostojący pomalowany srebrną farbą piec i wiadro z węglem obok niego. „To będzie wesoło”, pomyślała Emilia przyzwyczajona do ogrzewania piecem gazowym. Natomiast głośno powiedziała:

— Musi mi Pani powiedzieć jak obsługiwać ten piecyk, nigdy jeszcze nie miałam okazji tego robić.

Po krótkim instruktarzu, uzgodniły godziny posiłków i podstawowe zasady. W łazience jest zimno, musi sobie włączyć grzejnik elektryczny na czas mycia się i pod żadnym pozorem nie może zapomnieć go wyłączyć przy wyjściu. Nie może myć się za długo, bo zużyje całą wodę z bojlera. Chyba, że kąpie się rano, gospodarze myją się wieczorem, więc rano może dłużej się myć. I czy zapamiętała, że ma okno zasłaniać. Tak zapamiętała. To do zobaczenia na kolacji o 18, wtedy będzie już w domu jej mąż. Drzwi się zamknęły za panią Iwoną.

Emilia usiadła na skraju łóżka. Czuła lekkie podniecenie w żołądku — nowy początek, przygoda. „Czysta kartka, dosłownie”, pomyślała. Do kolacji miała półtorej godziny, postanowiła się rozpakować i wykąpać — może do wieczora bojler zdąży się znowu nagrzać dla gospodarzy.


— Dobry wieczór, Karol Nikiel, niech pani siada — powiedział chudy, łysiejący mężczyzna, mąż gospodyni. Nie wstał witając się, przerwał tylko na chwilę jedzenie.

— Dobry wieczór, Emilia Paprotna, miło mi pana poznać — odpowiedziała siadając przy talerzu z kanapkami z szynką, pomidorem i zieloną cebulką. Obok był kubek z herbatą z cytryną. Jedyną decyzję jaką mogła podjąć w sprawie kolacji, było to czy posłodzi sobie herbatę. Gdyby nie zależało jej na poznaniu gospodarzy i lokalnej społeczności, to nie zdecydowałaby się na nocleg z wyżywieniem, ale dzięki wspólnemu jedzeniu było sporo okazji do rozmowy.

— No to niech nam pani powie co też tu będzie pani robić cały miesiąc — zapytał.

— Pisać. Jestem pisarką — „prawda, a teraz czas na kłamstwo” pomyślała. — Interesują mnie historie starszego pokolenia, dziadków, które wraz z nimi umierają. Spisuję je w swoich książkach.

— Napisała pani coś znanego?

— Nie sądzę. Wydaje w ramach uniwersytetów — kłamstwo.

— Pieronie! A da się z tego żyć?

— Majątku nie ma, ale na życie starcza, poza tym mąż pracuje — zmieniła temat — prowadzi własny bar, w Bielsku, na starym mieście — Emilia postanowiła przemilczeć fakt, że lokal to takie zajęcie przy okazji, bo przede wszystkim mąż jest muzykiem, ale wtedy może wydali by się zbyt ekscentryczni. — A państwo czym się zajmują?

— Mąż to jest strażakiem, mechanikiem i złotą rączką w jednym — odezwała się po raz pierwszy pani Iwona — a ja zajmuję się domem i plebanią. Mamy tu cudownych księży. Jest pani Katoliczką?

— Tak — cóż za bezpośredniość pomyślała Emilia. „Katoliczką i człowiekiem nauki”, dodała w myślach.

— To może jutro rano wybierzemy się razem do kościoła? Chodzimy na mszę na 10:30.

— Bardzo chętnie — odpowiedziała zgodnie z prawdą. Nie chodziło jej jednak o mszę, ponieważ sama nie uczestniczyła systematycznie w życiu kościoła, a o to, że gospodarze mogą ją przedstawić innym. Emilia uważała się za wierzącą osobę. Raz w roku jeździła na pielgrzymki, żeby oczyścić umysł i zadbać o swoją duchową stronę, jednocześnie, nie przepadała za sporą częścią hierarchii duchowieństwa w Polsce i po kilku kazaniach dotyczących polityki, a nie miłości do bliźniego zrezygnowała z uczestnictwa w niedzielnych mszach.

Z czasem okazało się, że gospodarze znają chyba wszystkich w miasteczku, dorabiają sobie na czym się da, uwielbiają swoją parafię, nalewkę z aronii i coroczne wakacje w Turcji, gdzie im w hotelach usługują jakby byli królami, za „bakszysza są na każde skinienie”.


Wypad do kościoła w niedzielę był udany, choć konkretny pomysł na powieść się jeszcze nie zrodził. Dużo dowiedziała się o lokalnych smaczkach. Usiedli w ławkach w trzecim rzędzie. Okazało się, że miejsca są wykupione i opisane, ale jakaś pani się rozchorowała i Emilia mogła zająć jej miejsce. Bardziej od ołtarza zaciekawiła ją siatka rozciągnięta pod sufitem — przez prace w kopalni dochodzi do drobnych ruchów tektonicznych i budynki dosłownie sypią się na głowę. Ale nic nie szkodzi bo co kilka lat kopalnia wszystkim remontuje domy na swój koszt, szkody górnicze. Kolejną atrakcją była metaloplastyka przedstawiająca kościół i kopalnię, a pod nią wielki napis „Miasto Rydułtowy leży między dwiema wieżami, kościoła i kopalni”. Kiedy później opowiadała to mężowi, ten śmiał się, że pięknie trafiła, sami czarni (górnicy i księża), a do tego fani Władcy Pierścieni. A po kościele gospodarze zaskoczyli ją i zaprosili do domu swoich znajomych na coniedzielne kołacze z serem, makiem i jabłkami oraz kawkę. To taka ich tradycja.

Znajomi mieszkali blisko kościoła i stanowili lokalną elitę. Joachim Ormaniec, mąż, emerytowany wicedyrektor kopalni. Wyglądał jak czerwony kwadrat (niski, barczysty, gruby, czerwony na twarzy), ubrany w drogie, czarne stroje. Teresa, zwana Terenią Ormaniec, żona miała na głowie czarny tapir, a na sobie ubrany łososiowy sweter z agory i czarną spódnice. Również obfite kształty i wielki biust. Mówiła silną gwarą i Emilia bardziej się domyślała o co jej chodzi, niż ją rozumiała. Ku rozczarowani Emilii — opowiadali o planach wakacyjnych. To chyba jakaś obsesja na Śląsku. Emilia kochała podróże, ale nie po takie opowieści tu przyjechała. Jedyną ciekawostką, było odkrycie, że na panią Iwonę Nikiel, wszyscy mówią Karolowa, od imienia męża. „Iwona, własność Karola”, pomyślała ze zgrozą, ale szybko odkryła, że pozycja śląskich, tradycyjnych żon, jest całkiem dobra. Trzymają całą kasę w domu i w sprawach domowych mają pełną decyzyjność. Całkowite przeciwieństwo tego co odkryła pod Lublinem. Chwilami czuła się nieswojo patrząc na goszczących ją, jak na zwierzątka w zoo, tak robią pisarze, czy etnolodzy. Przecież byli takimi samymi ludźmi jak ona, ani mniej ani bardziej ważnymi. Pocieszała się, że ona dla nich również jest ciekawostką, a jej nawyki i pozorne oczywistości stanowią dla nich coś nietypowego.

Posiedzieli dosłownie godzinkę. Jak się okazało, musieli tak szybko wracać do domu, bo kolejnym stałym punktem programu był tradycyjny niedzielny obiad.

Państwo Nikiel mieli trzech synów mieszkających w Katowicach, jednak przyjeżdżających na „mamusi obiadek” co tydzień. Najmłodszy jeszcze studiował ekonomię, najstarszy za to miał narzeczoną, która tym razem mu nie towarzyszyła ponieważ się przeziębiła. Jak co niedzielę, punkt 14:00 na stole w domu Niklów stawała parująca misa z rosołem z makaronem, a po niej gospodyni podawała swoim czterem królewiczątkom (licząc męża i synów) kluski śląskie, modrą — czerwoną — kapustę na ciepło i roladę. Królewiczątka siedziały jak pasibrzuchy, a kobiecina się uwijała dumna z ich apetytów. Do obiadu podawany był domowy kompot z agrestu w szklankach, które kiedyś stanowiły małe słoiczki Nutelli. Gospodarni i oszczędni, nic dodać nic ująć.

Biedna Emilia, nie przypuszczała, że jeszcze tego samego dnia przestanie robić dobre wrażenie na gospodarzach i zszokuje ich swoim pomysłem. Po kolacji postanowiła wybrać się do pubu znajdującego się zaraz obok ich domu. Kobieta, samotnie, na piwsko. Skandal. Emilia wyczuła do jakiej niezręczności doprowadziła i próbowała namówić gospodarzy, żeby z nią się wybrali. Pan Karol widać było, że się łamie, ale oburzenie Karolowej nie pozwoliło mu ostatecznie wyjść z domu. Emilia postanowiła, że mimo skandalu obyczajowego pójdzie, a potem pomyśli o jakimś programie naprawczym bo ewidentnie będzie on niezbędny, żeby zachować dobre relacje z gospodarzami.

Obcy

— I co o niej myślisz? — zapytała Terenia wkładając talerzyki do ciasta z powrotem do kredensu.

— Nie myślę o niej — odparł Joachim.

— Nie pasuje tu. Stara się być miła, ale nie pasuje.

— To nieważne, problemem jest to, że pisarze są wścibscy, a nam tego nie potrzeba.

— Trzeba powiedzieć o niej Justynce. Musi trzymać się z daleka.

— Zadzwoń do niej, żeby prosto po pracy wróciła do domu, musimy porozmawiać.

Terenia poczuła jak znowu boli ją w klatce piersiowej. Od dnia wypadku dzieci półtorej roku temu, przy większym stresie czuła kłujący ból, który ignorowała jak wszystkie inne swoje potrzeby. Ważny był mąż i córka, tylko oni jej zostali. Po tym wszystkim co się stało, nie może obarczać ich swoim problemem, a poza tym to pewnie nic ważnego, tylko mężczyźni umierają na zawał.

Kiedy skończyła sprzątać po kawie z Niklami i ich gościem usadowiła się na fotelu przed telewizorem, na którym jej mąż oglądał od dłuższego czasu MasterChef.

— Popisuje się tymi strojami. Taka długa sukienka, to może na lato, ale zimą wygląda to dziwnie. — kontynuowała przerwany chwilę wcześniej wątek. Mąż tylko na nią spojrzał, dając do zrozumienia, że ogląda telewizję i chciałby tylko to robić, ale nie dała się zniechęcić — Aż miesiąc chce tu siedzieć, wypytywać o wszystko. A jak inni zaczną się zastanawiać nad tym co nie trzeba? Chimek, powiedz coś! Ludzie i tak za dużo czasu poświęcają życiu innych zamiast w domu spokojnie siedzieć i oglądać telewizję.

— Nie przeszkadzaj kobieto.

Czuła, że lepiej już nic nie mówić. Mąż jak zwykle wolał nie widzieć problemu, udawać, że wszystko jest dobrze. Nie była w stanie usiedzieć cicho i skupić się na programie telewizyjnym. Wyszła do kuchni. Była tak spięta, policzyła w myślach do dziesięciu głęboko oddychając. Musi się czymś zająć. Postanowiła ulepić pierogi, co wcześniej miała zaplanowane na jutro. Pracowała w skupieniu ponad godzinę. Cała miska pierogów z kapustą była gotowa, kiedy poczuła, że boli ją kręgosłup i musi iść się położyć. Pewnie bolał już dłuższy czas, najpierw mniej intensywnie, potem coraz mocniej ale starała się tylko myśleć o równym kształcie i jej słynnej falbance na łączeniu ciasta do pierogów. Położyła się na kanapie. Musiała zasnąć bo obudziły ją dźwięki z przedpokoju. Córka wróciła do domu. Dalej obolała zwlokła się z łóżka. Boże, czy teraz, kiedy odzyskali względny spokój, cały koszmar wróci? Pomyślała idąc przywitać się z córką.

— Witaj kochanie. Że też w niedzielę każą Ci pracować! Bezbożnicy jedni. Obiad jest już prawie gotowy, muszę tylko lekko go podgrzać. Umyj ręce dziecinko — powiedziała całując dziewczynę.

— Mamo, daj spokój. Praca w spożywczym jest dobra, mam inne dni wolne, a nie w każdą niedzielę pracuję. A w przyszłym roku, kiedy Florek odejdzie na emeryturę zostanę kierownikiem Biedronki, mam to już obiecane. Wtedy będę pracować tylko od poniedziałku do piątku.

— Już dawno ci się ten awans należał kochanie — słowa matki wypowiedziane w dobrej wierze zabolały Justynę. Kiedyś miała inne życie, inną pracę w Krakowie, gdzie i ona, i siostra zamieszkały po studiach. Pracowała umysłowo, na co dzień używając języków obcych. Kochała naukę języków, zwłaszcza tych z rodziny romańskich. To było inne życie. Ale po wypadku wszystko się zmieniło, odkąd wróciła do domu na prośbę rodziców, musiała o tamtym życiu zapomnieć. Nie wolno jej nigdy więcej tak rozmyślać, postanowiła i wysiliła się na uśmiech do mamy.

— Dziękuję Ci. Umieram z głodu.

Weszła do łazienki. Umyła ręce i opłukała buzie lodowatą wodą. Musiała się otrząsnąć. Justyna bardzo żałowała. Cały czas tylko żałowała. Czuła jak gorzknieje od środka. Od dłuższego czasu podkochiwała się w kimś. Kolejny sekret. Miała dość tajemnic. Zmarnowała sobie życie, ale to była jej kara, zasłużona kara za gadulstwo to milczenie. Teraz zje obiad z rodzicami i jak małe dziecko pójdzie do swojego pokoju. Zajmie się tym co zawsze — swoją odskocznią, blogiem, w którym żyje swoim starym życiem, samorozwojem, modą, fotografią. Jakby nigdy nic się nie zmieniło.


Rafał Madeja był z zamiłowania policjantem. Uważał, że mała spokojna pozornie miejscowość jaką są Rydułtowy była mikroświatem odbijającym wszystkie przestępstwa tej planety. Jego szef zaliczył nawet śledztwo w sprawie morderstwa z premedytacją, dlatego warto się uczyć, czytać, śledzić branżowe nowinki i nie przejmować się tym jak mały jest ich komisariat. Ważne, że nie jest w drogówce. Choć śledztwa w sprawie pobitych żon czy dzieci alkoholików pozbawiały go entuzjazmu i poczucia dobrego humoru, które towarzyszyło mu na co dzień. Czuł, że potrzebuje większych wyzwań, a pijacy zabierają mu czas.

Po pracy dorabiał sobie szkoląc firmy ochroniarskie i tym sposobem rok temu kupił mieszkanko w bloku, blisko miejskiego szpitala i centrum. Nie wiedział, że to usamodzielnienie się będzie jak puszka Pandory, wywoła lawinę nacisków na to, żeby się ustatkował, znalazł kobietę, założył rodzinę. Nienawidził tych cotygodniowych pytań ciotek i matki, czy kogoś poznał, bo nie może się marnować. Nie czuł, żeby cokolwiek marnował. Tylko mama go doceniała. Byli biedni, ale zawsze dbała o wizerunek, całe dzieciństwo szyła mu białe garnitury, w których chodził do szkoły. Głupia dzieciarnia, nie znająca się na elegancji śmiała się z niego. A teraz jak przychodzi do tych idiotów z podstawówki z odznaką, jak stoją podchmieleni koło kiosku, to już nikt się z niego nie śmieje. Szanują go.

Czuł, że osiąga cel jaki sobie wyznaczył w życiu i teraz nic go już nie powstrzyma. Po raz pierwszy w życiu jego lodówka pękała w szwach, tak często chodził do Biedronki na zakupy! Zakochał się w nieznajomej kasjerce. Wiedział, że to młodsza córka państwa Ormaniec, że długo mieszkała w Krakowie, bo już liceum robiła tak jak jej starsza siostra u Sióstr Prezentek. A dwa lata temu niespodziewanie po śmierci siostry Anny i męża wróciła do domu rodzinnego. Nic więcej nie wiedział, poza tym że cały zamiera na jej widok. Była jak osa, drobna, duże ciemne oczy, ładnie podkreślające słodką buzię ciemne włosy, no i ta talia, kształty jak marzenie. Postanowił, że w przyszłym tygodniu się z nią umówi. Wymyśli coś niesamowitego na dzień kobiet, a później może weźmie ją na raciborski festiwal bluesowy? Już widział jak jego mama krzywi się na wieść, że jego pierwsza miłość to młoda wdowa.

— Te! Madeja, wróć na ziemię — kolega łupnął go dosłownie w plecy, prawie rozlał kawę

— Uważaj! Już kończę ten raport. — powiedział niechętnie wracając do rzeczywistości. Jednak wcale nie zabrał się do wklepywania danych w odpowiednie rubryczki. Wstał, żeby dolać sobie lurowatej kawy. Jego najlepszy kumpel Paweł Tarczyński, zwany był przez wszystkich Watsonem, jak pomocnik Sherlocka Holmesa, z racji jego zamiłowania do nauki, a w szczególności medycyny. Ku uciesze całego komisariatu, uważano, że gdyby kiedykolwiek powstały „CSI Kryminalne zagadki Rydułtów”, on byłby głównym bohaterem.

— Muszę coś zjeść bo mózg zamienia mi się w gąbkę — usprawiedliwił się Rafał

— Czarna kawa z cukrem to nie jedzenie, choć fakt, że mózg lubi glukozę — powiedział Paweł i podał przyjacielowi banana i bułkę.

— Co ja kurwa, Małysz jestem?! — odpowiedział z udawaną irytacją, mimo to chętnie przyjął jedzenie — Że też musimy siedzieć tu w niedzielę. Wszystko przez ten cholerny audyt.

— To postaw mi piwko po pracy, do dwóch godzin powinniśmy skończyć czystki w papierkach.

— Twoja żona znowu się wścieknie.

— I tak jest wściekła, że musiałem tu dziś przyjść, więc to żadna różnica — odpowiedział Paweł ze śmiechem i znowu uderzył przyjaciela w obolałe już plecy.


Green Pub zawierał wszystko to co pub w małej mieścinie powinien zawierać. Bar, bilard, dużą plazmę do oglądania meczy, cycatą barmankę w podeszłym wieku, z tlenionymi blond włosami i niewygodne krzesła przy brudnych stołach. Poza barmanką w lokalu nie było ani jednej kobiety, dopiero po 20 mocno wstawione i stanowczo za młode dwie nastolatki, fanki metalu wpadły do środka, głośno się śmiejąc do trzech dresiarzy, którzy im towarzyszyli. Style te miały się do siebie jak pięść do oka, ale i dziewczyny i chłopcy wyglądali żałośnie, więc coś ich łączyło. Emilia usiadła przy barze. Zamówiła martini bianco i starała się opędzić od wulgarnych spojrzeń. Nie wiedziała co począć z rękami, oczami i całą resztą siebie. „Nic z tego nie będzie”, pomyślała rozczarowana. Od godziny czytała e-booka na tablecie i wyglądała jak największy dziwak w tym miejscu.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.9
drukowana A5
za 31.54