E-book
11.03
drukowana A5
36.99
Błękit w cieniu

Bezpłatny fragment - Błękit w cieniu


Objętość:
172 str.
ISBN:
978-83-8467-753-7
E-book
za 11.03
drukowana A5
za 36.99

Rozdział 1

Cień pierwszej miłości


Był rok 1998. Sisi miała zaledwie osiemnaście lat — wiek, w którym świat wydaje się jedną wielką obietnicą, a przyszłość nie ma jeszcze ostrych krawędzi. Każdy poranek wyglądał wtedy jak początek nowej, czystej karty, którą można było wypełnić kolorem, światłem i odwagą. W małym miasteczku nad leniwą rzeką mieszkała dziewczyna, która wierzyła, że jej życie będzie składać się ze szkicowania, malarstwa i śmiałych pociągnięć pędzlem. Marzyła o sztuce poruszającej dusze i o przestrzeniach bez ścian, gdzie wiatr niesie zapach farb olejnych oraz wolności.

Jej szkicownik był pełen paryskich ulic w deszczu, weneckich mostów o świcie i nowojorskich galerii, w których abstrakcyjne plamy farby zdawały się mówić własnym językiem. Te marzenia były jej schronieniem przed szarością codzienności. Po ukończeniu szkoły planowała wyjechać do Krakowa i zdawać na Akademię Sztuk Pięknych.

Tamtego piątkowego wieczoru słońce chowało się za linią wzgórz, rzucając ostatnie, miodowe blaski na ściany małego pokoju Sisi na poddaszu rodzinnego domu. Do korkowej tablicy przypięte były szkice: delikatne kontury twarzy nieznajomych, krajobrazy opuszczonych plaż, abstrakcyjne wiry emocji i jeden niedokończony autoportret, którego Sisi od tygodni nie miała odwagi dokończyć. Na biurku, obok podręcznika historii sztuki, leżała teczka z pracami do akademii.

Wystawała z niej kartka z listą rzeczy do przygotowania: portfolio, zdjęcie, podanie, list motywacyjny. Sisi raz po raz zerkała na te słowa, jakby były mapą prowadzącą poza granice miasteczka.

Siedziała pochylona nad książką o impresjonistach, ale litery coraz częściej traciły ostrość. Przez uchylone okno wpadał zapach lip i mokrej ziemi po popołudniowym deszczu, a gdzieś z dołu dobiegało ciche brzęczenie naczyń w kuchni. Świat wydawał się spokojny, niemal bezpieczny. Sisi powtarzała sobie: jeszcze tylko kilka miesięcy, jeszcze matura, jeszcze odrobina odwagi — a potem Kraków, pracownia, nowe ulice, obcy ludzie i życie, które naprawdę będzie należało do niej.

Ciszę przerwał nagły huk. Drzwi otworzyły się z taką siłą, że uderzyły w gumowy stoper, a cała ściana zadrżała. Ania wpadła do pokoju jak żywy huragan: z burzą rudych loków w nieładzie, z błyskiem w oczach i zapachem deszczu, miasta oraz czegoś nieuchwytnego, co zawsze zwiastowało przygodę.

Jej najlepsza przyjaciółka od zawsze była przeciwieństwem Sisi. Głośna, odważna, niecierpliwa wobec ciszy i gotowa w każdej chwili skoczyć w nieznane, wnosiła do pokoju ruch, śmiech i zamieszanie. Pomalowane paznokcie błyszczały tęczowymi kolorami przy każdym energicznym geście, a piegi na nosie wyglądały jak złote konfetti rozsypane po skórze. Ania miała w sobie coś z huraganu, ale był to huragan, który zamiast niszczyć, budził do życia.

Sisi była spokojniejsza, bardziej skupiona, jak powierzchnia jeziora o świcie. Ania przypominała górski strumień po ulewie — szybki, rwący, nie do zatrzymania. A jednak właśnie dlatego tak dobrze do siebie pasowały. Jedna umiała patrzeć w głąb światła, druga popychała ją naprzód, żeby się go nie bała. Rok wcześniej siedziały razem na dachu garażu za domem Ani, piły ciepłą herbatę i obiecały sobie, że nie pozwolą, by małe miasteczko zamknęło je w przewidywalnych rolach. Miały wyjechać razem, tworzyć, śmiać się od rana do wieczora i nigdy nikogo nie przepraszać za własne marzenia.

— Sisi, na miłość boską, odłóż natychmiast tę książkę! — zawołała Ania, rzucając kolorową torebkę na starannie pościelone łóżko z pastelową, kwiecistą narzutą.

— Masz osiemnaście lat, a zachowujesz się, jakbyś przygotowywała się do egzaminu na wieczność, nie do życia.

Ania od razu przejęła lustro na toaletce, wyciągnęła z kieszeni szminkę i zaczęła poprawiać usta jasnym, niemal prowokacyjnym odcieniem czerwieni. Mówiła bez przerwy, jakby bała się, że jedna sekunda ciszy wystarczy, by Sisi zdążyła wymyślić rozsądną odmowę.

— Chodź z nami na dyskotekę, błagam cię! Wojtek już czeka pod domem w samochodzie. Obiecał, że odwiezie nas do domu po dyskotece. A ty wciąż tkwisz w tym rozciągniętym szarym swetrze, który wygląda jak uniform średniowiecznego mnicha.

— Naprawdę chcesz spędzić piątkowy wieczór nad książkami? Będziemy tańczyć, wypijemy coś zimnego, pośmiejemy się z ludźmi, pożartujemy i przez chwilę poczujemy, że świat jest większy niż te cztery ściany.

Nagle Ania przestała mówić, odwróciła się od lustra i spojrzała przyjaciółce prosto w oczy. Jak kot proszący o smakołyk. Jej głos stracił nieco ze swojej krzykliwej wesołości; pobrzmiała w nim szczera prośba.

— Pamiętasz, jak w zeszłym roku siedziałyśmy na dachu garażu i oglądałyśmy zachód słońca? Obiecałyśmy sobie wtedy, że nie damy się zamknąć w tym dusznym miasteczku. Że będziemy chwytać chwilę, zanim ktoś wmówi nam, że jesteśmy za grzeczne, za ciche albo za rozsądne na własne życie.

— Więc gdzie jest tamta dziewczyna? Ta, która mówiła, że będzie się bawić, śmiać i żartować.

— Odłóż notatki, zamknij książkę, zrzuć ten wełniany sweter. Pomaluję ci rzęsy i pójdziemy. Świat nie będzie czekał, aż przeczytasz wszystkie podręczniki.


Sisi zawahała się i spojrzała na otwarty podręcznik, na drobne litery, które po kilku godzinach nauki zlewały się w szary, nieczytelny ciąg. Entuzjazm Ani krążył po pokoju jak ciepły wiatr, przewracając wszystko do góry nogami. Choć Sisi próbowała się bronić, w głębi serca czuła, że przyjaciółka ma rację. Potrzebowała przerwy. Nadchodząca matura, wybór studiów, teczka do Akademii Sztuk Pięknych i wielka, nieznana przyszłość zaczynały ją dusić jak zbyt ciasno owinięty szalik.

— Dobrze, przekonałaś mnie — poddała się w końcu Sisi i powoli zamknęła grubą książkę. Z ust Ani wyrwał się pisk radości, tak głośny, że aż zadźwięczało w uszach. Sisi uniosła rękę, zanim przyjaciółka zdążyła rzucić jej się na szyję.

— Ale musisz mi coś obiecać. Nie zostawisz mnie samej nawet na chwilę w tym tłumie. Wiesz, jak bardzo nie lubię klubów: lepkiej podłogi, głośnej muzyki i ludzi, którzy w półmroku nagle stają się bezimienni. Jeśli znikniesz z Wojtkiem, naprawdę wyjdę stamtąd na piechotę i nie odezwę się do ciebie przez tydzień.

— Obiecuję, słowo honoru! Będę twoim cieniem, osobistym ochroniarzem i eskortą w jednym.

Ania roześmiała się szczerze i natychmiast otworzyła szafę Sisi. Przesuwała wieszaki z taką swobodą, jakby przeszukiwała własną garderobę, i mamrotała pod nosem: „Ta nie, za nudna. Ta nie, jak na pogrzeb. W tej będziesz wyglądać zbyt poważnie”.

W końcu jej oczy rozbłysły. Z samego końca szafy wyciągnęła jasnoniebieską, przewiewną sukienkę. Cienki materiał miękko falował przy każdym ruchu. Wyglądał tak, jakby od dawna czekał właśnie na tę noc.

— Spójrz na tę! — Ania przyłożyła sukienkę do sylwetki Sisi i prawie zaklaskała z zachwytu.

— W tej niebieskiej kreacji będziesz wyglądała jak syrena z dawnych legend. Chłopakom opadną szczęki, zapomną, jak się oddycha, a ty wreszcie wyjdziesz z cienia i zobaczysz, że noc też może mieć kolor błękitu. — Koniec dyskusji. Zdejmuj ten sweter i załóż tę cudowną sukienkę. Jest piękna, Sisi. Nie wiedziałam, że ją masz. Już dawno namówiłabym cię, żebyś ją nosiła.

Sisi zniknęła za uchylonymi drzwiczkami szafy i przez chwilę szarpała się ze swetrem, jakby zdejmowała z siebie nie ubranie, lecz całą zbroję. Kiedy w końcu wyszła, stanęła przed lustrem w jasnoniebieskiej sukience i zamarła. Materiał miękko opływał jej ciało, odsłaniając ramiona i szyję, które zwykle wstydliwie chowała pod grubymi swetrami. W odbiciu zobaczyła dziewczynę podobną do siebie, a jednak odważniejszą — lżejszą, śmielszą, niemal obcą. Błękit sukienki wydobywał z jej zielonych oczu blask, którego sama dawno u siebie nie zauważała.

Ania stanęła za nią, odgarnęła jej włosy z twarzy i uśmiechnęła się z dumą.

— Widzisz? — szepnęła. — To właśnie ty, tylko bez tego strachu, którym ciągle próbujesz się przykrywać. Sisi chciała zaprotestować, zażartować, ukryć speszenie, lecz gardło ścisnęło jej wzruszenie. Przez krótką chwilę naprawdę uwierzyła, że może być taką dziewczyną: śmielszą, widoczną, gotową wyjść poza własny pokój i sprawdzić, czy noc ma dla niej coś więcej niż hałas i cudze spojrzenia.

Poprawiła cienkie ramiączko sukienki i dotknęła palcami materiału. Był delikatny.

Kiedy zeszły po schodach, w kuchni natychmiast ucichło brzęczenie talerzy. Mama Sisi odwróciła się w stronę dziewczyn z mokrymi dłońmi i przez chwilę patrzyła na córkę tak, jakby zobaczyła ją po raz pierwszy. W jej oczach pojawiło się zaskoczenie, potem czułość, a na końcu cień matczynej troski, którego nie dało się ukryć nawet pod łagodnym uśmiechem. Ojciec, siedzący przy stole z gazetą i kubkiem herbaty, uniósł wzrok znad sportowej kolumny i odchrząknął, wyraźnie zaskoczony widokiem córki w błękitnej sukience.

— No, no… — mruknął, próbując zabrzmieć żartobliwie, choć głos odrobinę mu zmiękł.

— Nasza artystka naprawdę wybiera się dziś między ludzi? Tylko wróć o rozsądnej godzinie. I żadnych głupich pomysłów.

— Będę pilnować jej jak własnego oka w głowie — zapewniała Ania natychmiast, unosząc dwa palce w teatralnej przysiędze.

— I odprowadzę ją pod same drzwi, zdrową i najwyżej trochę roztańczoną. Słowo honoru, ze mną nic jej się nie stanie.

Mama Sisi podeszła bliżej i poprawiła córce kilka kosmyków włosów, tym gestem pokazała, że się martwi, ale ufa córce.

— Wyglądasz pięknie, córeczko — powiedziała cicho.

— Tylko pamiętaj: nie musisz nikomu niczego udowadniać. Jeśli poczujesz się źle albo nieswojo, wracaj do domu.

Sisi skinęła głową. Wzruszyła się, ale nie chciała tego po sobie pokazać.

Wsunęła stopy w sandały i pozwoliła Ani pociągnąć się ku drzwiom.

Dziewczyny wybiegły z domu, śmiejąc się perliście i poprawiając niesforne kosmyki włosów, które wieczorny wiatr natychmiast próbował rozwiać. Powietrze pachniało już gorącym oddechem lata: świeżo skoszoną trawą, rozgrzanym asfaltem i obietnicą piątkowej nocy.

Wojtek czekał już na nie przy podjeździe. Stał oparty o maskę swojego volkswagena Golfa, którego lakier dawno stracił połysk, a zderzak nosił ślady kilku parkingowych przygód. Obracał klucze na palcu w rytm melodii nucącej się pod nosem. Miał ten irytująco chłopięcy uśmiech, lekkie, wiecznie potargane włosy i dłonie wciąż tu i ówdzie poplamione ciemnym smarem — pamiątką z całodziennej pracy w warsztacie samochodowym.

Gdy tylko zobaczył dziewczyny, uśmiechnął się szczerze.

— Sisi, wyglądasz całkiem uroczo — powiedział Wojtek, nagle się prostując i otwierając przed nią drzwi pasażera.

— Jak z obrazka. Strach cię wpuścić między ludzi, bo to grozi zawałem z zachwytu.

— Chcesz, żebym była zazdrosna? — zapytała Ania z udawanym, głębokim oburzeniem i szturchnęła go łokciem w bok. Jej oczy jednak błyszczały figlarnie, a usta drżały od tłumionego śmiechu.

Wojtek zaczął się nerwowo tłumaczyć: — Ale ty, Aniu, jak zawsze wyglądasz jeszcze piękniej.

Po chwili cała trójka wpakowała się do samochodu. Golf zapiszczał przy odpalaniu, zakaszlał jak stary palacz, a potem ruszył z grzechotem silnika i dudniącym radiem, które co kilka sekund gubiło sygnał. Sisi przyciskała dłonie do kolan, żeby ukryć lekkie zdenerwowanie.

Jechali przez centrum miasteczka, mijając zamknięte sklepy, kioski z wyblakłymi plakatami i grupki młodych ludzi snujących się po rynku w oczekiwaniu na noc. Ania śpiewała razem z radiem, fałszując bez najmniejszego wstydu, a Wojtek bębnił palcami o kierownicę i co jakiś czas zerkał w lusterko, żeby sprawdzić, czy Sisi naprawdę się uśmiecha.

Patrzyła przez szybę na smugi świateł odbijające się w asfalcie i próbowała wmówić sobie, że ten wieczór będzie tylko krótką przerwą od nauki. Niczym więcej.

Kiedy samochód zatrzymał się na żwirowym parkingu przed „Neonową Jaskinią”, Sisi przez chwilę nie wysiadła. Klub migotał przed nimi jak obca planeta. Nad wejściem pulsowały niebiesko-różowe neony, z uchylonych drzwi wypływały basy, a przy ścianie kłębiły się grupki młodych ludzi, śmiejących się zbyt głośno i palących papierosy krótkimi, nerwowymi ruchami. Wojtek zgasił silnik, ale radio jeszcze przez moment charczało cicho, zanim umilkło. Nagle cisza w samochodzie wydała się Sisi bezpieczniejsza niż cały ten rozświetlony hałas na zewnątrz.

— Hej — Ania odwróciła się do niej z przedniego siedzenia i od razu spoważniała.

— Co jest? Wyglądasz, jakbyś miała się rozmyśleć i kazać Wojtkowi zawracać.

Sisi uśmiechnęła się blado i poprawiła ramiączko błękitnej sukienki, choć wcale się nie zsunęło.

— Może to był głupi pomysł. Tam jest tyle ludzi. Wszyscy będą patrzeć, a ja nie umiem się zachowywać w takich miejscach. Ty od razu wchodzisz, śmiejesz się, tańczysz, zagadujesz do każdego. A ja stoję jak kołek i liczę minuty do wyjścia.

Ania wysiadła pierwsza, obeszła samochód i otworzyła tylne drzwi od strony Sisi. Zamiast ją ponaglać, kucnęła przy niej, opierając łokcie o próg auta. Jej rude loki, rozświetlone neonami, wyglądały jak małe płomienie.

— Słuchaj mnie uważnie, artystko od wielkich dramatów — powiedziała łagodnie.

— Nie musisz niczego udowadniać. Nie musisz tańczyć, jeśli nie chcesz. Nie musisz z nikim gadać, nie musisz się śmiać wtedy, kiedy ci nie jest do śmiechu.

— Po prostu wejdziemy, rozejrzymy się, wypijemy coś zimnego i jeśli za pół godziny powiesz, że masz dość, wychodzimy. Bez dyskusji. Zrobimy to dla ciebie, Sisi. Spróbuj.

— Naprawdę? — Sisi spojrzała na nią podejrzliwie. — Bo znam cię. Zobaczysz parkiet, Wojtek zrobi tę swoją minę pod tytułem: „Chodź, bo grają naszą piosenkę”, a ja zostanę przy stoliku sama z kubkiem oranżady i własną paniką.

Ania położyła dłoń na jej kolanie i lekko je ścisnęła.

— Nie zostawię cię. Słowo. A jeśli złamię obietnicę, możesz jutro przyjść i powiedzieć mojej mamie, że to ja zbiłam jej kryształową cukiernicę w zeszłe święta, a nie kot sąsiadów.

Sisi parsknęła śmiechem mimo zdenerwowania. Ten krótki dźwięk rozluźnił coś w jej piersi. Wysiadła powoli z samochodu, wygładziła sukienkę i spojrzała na migoczące neony. Ania natychmiast wsunęła rękę pod jej ramię, jakby naprawdę zamierzała być jej cieniem. Razem ruszyły w stronę wejścia. Sisi pomyślała, że ten wieczór może nie musi być aż tak straszny, skoro obok niej jest ktoś, kto doda jej siły i odwagi.

Ogłuszający bas uderzył w nie już od progu — niski, tępy i niemal fizyczny, jakby ktoś przykładał dłonie do ich klatek piersiowych i zmuszał serca do obcego rytmu. Wnętrze Neonowej Jaskini było duszne, rozgrzane i lepkie od oddechów. Pod sufitem wirowała świecąca kula, a przy podłodze osiadała sztuczna mgła z dysz, mieszając się z gryzącym dymem papierosowym, zapachem taniego tytoniu dochodzącym z toalety i ciężką słodyczą perfum, którymi dziewczyny próbowały przykryć pot po tańcu. Powietrze wydawało się tak gęste, że Sisi miała ochotę odgarnąć je sprzed twarzy dłonią.

Sisi kurczowo trzymała się Ani i Wojtka, jakby tylko oni utrzymywali ją przy ziemi w tej falującej masie ciał. Wojtek, szeroki w ramionach i wiecznie uśmiechnięty, co jakiś czas pochylał się ku niej, krzycząc coś ponad muzyką, a potem wciskał jej w dłoń plastikowy kubek z jasnym, bezalkoholowym napojem i zgiętą słomką. Ania próbowała ją rozruszać: łapała ją za rękę, śmiała się i ciągnęła w stronę srebrzystego, rozgrzanego parkietu. Sisi szła za nimi kilka kroków, po czym natychmiast cofała się bliżej stolika, jakby niewidzialna linka przywiązała ją do miejsca, w którym mogła jeszcze oddychać.

Lasery cięły powietrze nad ich głowami, zamieniając salę w porwany film złożony z ostrych błysków, urwanych gestów i twarzy pojawiających się tylko na sekundę. Sisi czuła się coraz bardziej nieobecna. Jej ciało stało tutaj, popychane przez tłum, lecz myśli uciekały gdzie indziej: do chłodnych muzeów, w których kroki odbijały się echem od marmurowych posadzek, do pustych parkowych alejek o świcie i na cichą polanę, gdzie można było zobaczyć niebo pełne gwiazd. Coraz częściej spoglądała ku ciężkim drzwiom wyjściowym. Za nimi czekała noc — chłodna, granatowa, oddychająca spokojnie. Czuła, że tutaj nie pasuje. Była z zupełnie innej, cichej opowieści, takiej, w której nie trzeba krzyczeć, machać rękami ani błyszczeć pod reflektorami, żeby ktoś naprawdę ją zauważył.

Wtedy pojawił się wśród chaotycznie migających świateł. Nie szedł gwałtownie, nie próbował zwrócić na siebie uwagi, a jednak Sisi od razu go zauważyła. Wyłonił się z półmroku przy betonowym filarze, jakby przez cały czas stał tam w cieniu i tylko czekał na właściwy moment. W dusznym, hałaśliwym klubie, pełnym rozgrzanych ciał, tanich perfum i śmiechu, miał w sobie coś osobliwie spokojnego. Zbyt spokojnego. Jakby ten rozdygotany świat wokół niego nie miał nad nim żadnej władzy.

Nie był najwyższy na sali, a mimo to ludzie mimowolnie robili mu miejsce. Szedł pewnie, bez pośpiechu, z rękami luźno opuszczonymi wzdłuż boków, jak ktoś, kto nie musi niczego udowadniać. W tej pewności było coś pociągającego, ale i niepokojącego.

Miał wyrazistą sylwetkę: szerokie, pewnie uniesione ramiona, postawę człowieka przyzwyczajonego do tego, że inni ustępują mu drogi, i ciemną, dopasowaną koszulę podkreślającą mocny tors. Rękawy podwinięte do łokci odsłaniały silne przedramiona pokryte gęstą plątaniną tatuaży. Nie wyglądał jak chłopcy w jej wieku — niepewni, zbyt głośni, próbujący ukryć niedojrzałość. Eryk miał w sobie coś, co dla osiemnastoletniej Sisi wydawało się niemal obietnicą innego, odważnego świata.

Poruszał się prosto w stronę ich stolika, ukrytego w ciemniejszej części sali. Gdy mijał tańczących, ludzie rozsuwali się niemal odruchowo, wyczuwając w nim kogoś, z kim lepiej nie wchodzić w przypadkową kolizję. Sisi śledziła go wzrokiem, choć rozsądek podpowiadał jej, żeby odwrócić głowę.

— Cześć, Wojtek — powiedział cicho, a jego niski głos przedarł się przez muzykę bez wysiłku. Położył dłoń na ramieniu chłopaka w geście pozornie koleżeńskim, ale Sisi zauważyła, że Wojtek odruchowo zesztywniał.

Ten drobny gest trwał zaledwie sekundę, ale wystarczyło, by między nimi przesunęła się niewidzialna granica. Wojtek uśmiechnął się szeroko, może zbyt szeroko, próbując odzyskać swobodę.

— Eryk! — zawołał, starając się zabrzmieć lekko i naturalnie.

— Nie wiedziałem, że dziś tu wpadniesz.

— Co sprowadza człowieka twojego kalibru do tej nory? — dodał z przesadnym rozbawieniem i klepnął go po ramieniu, trochę za mocno, trochę za szybko. Był to gest udawanej równości, który Eryk przyjął z ledwie widocznym uśmiechem.

— Czasami trzeba wyjść z domu, żeby sprawdzić, czy świat nadal jest tak samo nudny — odparł Eryk. Usiadł bez pytania na wolnym krześle, jakby od początku należało do niego. Nagle przestrzeń przy stoliku się zmieniła. Rozmowa Ani urwała się w pół zdania, Wojtek przesunął kubek bliżej siebie, a Sisi poczuła, że powietrze wokół nich nagle zgęstniało.

— Eryk, poznaj dziewczyny — powiedział Wojtek, odzyskując odrobinę swobody.

— To jest Ania, a to Sisi.

Kiedy ich oczy spotkały się po raz pierwszy, Sisi poczuła nagłe, nieprzyjemne ukłucie pod żebrami. Eryk miał około dwudziestu dwóch lat, może trochę więcej, ale ta różnica nie była tylko liczbą. Niosła w sobie doświadczenie, którego ona nie znała: ciemne drogi, nocne rozmowy, sekrety dorosłych i pewność człowieka, który zdążył już zobaczyć więcej, niż chciałby opowiedzieć. Miał ciemne, badawcze oczy, krótkie czarne włosy zaczesane do tyłu i twarz o ostrych, eleganckich rysach. Nie była klasycznie piękna, raczej niepokojąco wyrazista. Patrzył na nią tak, jakby w jednej chwili odsunął od stołu wszystkich pozostałych i zostawił tylko ją, samotną w ostrym świetle swojej uwagi.

— Nie wyglądasz na kogoś, kto dobrze się tu bawi — powiedział Eryk, pochylając się odrobinę, żeby nie musiał przekrzykiwać muzyki. Był na tyle blisko, że poczuła jego zapach: nietanią wodę kolońską z drogerii, lecz coś cięższego i bardziej dorosłego — cedrowy dym, skórzaną kurtkę i chłodną nutę ostrych perfum. Ten zapach jednocześnie ją onieśmielał i przyciągał.

Mówił nisko i spokojnie. Nie musiał podnosić głosu. Mimo basu i krzyków z parkietu każde słowo docierało do niej wyraźnie, na moment odsuwając cały klub na bezpieczną odległość.

— Stałem tam przez chwilę i widziałem, jak co kilka minut patrzysz w stronę wyjścia.

— Planujesz wielką ucieczkę, zanim bal się skończy, Kopciuszku? — zapytał z lekkim uśmiechem.

— A może tylko zgubiłaś szklany pantofelek gdzieś w tym dymie i hałasie?

Sisi speszyła się gwałtownie. Rumieniec pojawił się na jej policzku, bo nieznajomy dostrzegł dokładnie to, co próbowała ukryć nawet przed Anią. Zacisnęła palce na plastikowym kubku z lemoniadą i o mało nie wypuściła go z rąk.

— Bawię się… świetnie — odpowiedziała, choć zabrzmiało to nienaturalnie, zbyt sztywno. Uniosła podbródek, próbując wyglądać pewniej, niż się czuła.

— Po prostu zastanawiam się, czy wszystko tutaj nie dzieje się trochę za głośno. Za szybko.

Sama zdziwiła się własną szczerością. Słowa wymknęły się jej, zanim zdążyła je zatrzymać. Przez moment miała ochotę odwrócić się do Ani i udawać, że rozmowa nigdy się nie zaczęła, ale Eryk nie odwracał wzroku.

— Masz rację — powiedział po chwili, jakby naprawdę potraktował jej słowa poważnie. — To miejsce jest głośne, bo ludzie boją się ciszy. Krzyczą, śmieją się za mocno, tańczą, nawet jeśli nie czują rytmu. Wszystko po to, żeby przez chwilę nie zostać sam na sam z własnymi myślami.

Uśmiechnął się ledwie zauważalnie. Nie z rozbawienia, raczej z cichym rozpoznaniem. W jej słowach znalazł coś, czego wcześniej szukał. Oparł się wygodniej na plastikowym krześle i przyglądał się jej tak uważnie, że Sisi mimowolnie poprawiła brzeg niebieskiej sukienki na kolanach.

Jego spojrzenie nie było nachalne, a jednak miało ciężar dotyku. Przesuwało się po niej powoli: po sandałach, falującym materiale sukienki, napiętej twarzy i palcach zaciśniętych na kubku. Sisi poczuła się nieswojo, ale równocześnie to skupione zainteresowanie sprawiło, że przez krótką chwilę poczuła się zauważona w sposób, którego nie umiała odrzucić.

— Wszystko tutaj dzieje się za głośno, Sisi — powiedział ciszej, już bez ironii.

— Nie tylko muzyka. Ludzie też. Ich spojrzenia, śmiech, gesty. Każdy próbuje za wszelką cenę udowodnić, że istnieje.

— A cisza wymaga odwagi. W ciszy człowiek słucha, kim naprawdę jest. Dlatego większość przed nią ucieka.

Pochylił się bliżej i oparł łokcie na stole. Odległość między nimi nagle zmalała. Sisi poczuła ciepło jego oddechu. Przez krótką chwilę ciało samo chciało się cofnąć, zanim zdążyła je powstrzymać.

— Ty chyba nie umiesz udawać tak dobrze, jak oni — dodał.

— Masz w sobie coś cichego, ale nie słabego. Coś, co tu nie pasuje. — Co to takiego.

— To sztuka. Marzenia.

— Moich myśli nie da się tak łatwo uciszyć — wyrzuciła z siebie Sisi, zanim zdążyła to przemyśleć. Natychmiast pożałowała tej szczerości. Poczuła lodowate ukłucie strachu przed własną potrzebą mówienia prawdy obcemu mężczyźnie, który jeszcze kilka minut temu był tylko cieniem przy filarze.

Eryk się nie zaśmiał. Nie rzucił lekkiego żartu, nie spojrzał z pobłażaniem, nie odwrócił się do Wojtka. Po prostu patrzył na nią w milczeniu — zbyt długo, zbyt uważnie — zapamiętując każdy szczegół jej twarzy: rumieniec na policzkach, przygryzioną wargę, zielone oczy rozszerzone między lękiem a fascynacją.

Wokół nich klub nadal pulsował. Bas drżał w ścianach, lasery przecinały dym, a Ania z Wojtkiem śmiali się gdzieś obok, przekrzykując muzykę. A jednak przy tym stoliku czas zwolnił. Sisi miała wrażenie, że cały hałas odsuwa się od nich o kilka kroków.

— I bardzo dobrze — powiedział w końcu. — Niektórych myśli nie warto uciszać. Trzeba tylko nauczyć się je prowadzić, zanim zaczną prowadzić ciebie.

Powiedział to tak pewnie, jakby znał odpowiedź na pytania, których ona sama jeszcze bała się sobie zadać. Ta pewność powinna ją ostrzec. Zamiast tego przyniosła dziwne ukojenie.

Wstał powoli, płynnie, bez gwałtownych ruchów. Nagle znów górował nad nią, rzucając cień na blat stolika i jej dłonie. Wyciągnął rękę w jej stronę — spokojnie, niemal uprzejmie, ale z taką pewnością, jakby odmowa nie była częścią tej sceny.

— Chcesz zatańczyć, Kopciuszku? — zapytał. Na jego ustach pojawił się ten sam lekki, tajemniczy uśmiech.

— A może wolisz siedzieć tu do rana i analizować bezsensowny hałas świata? Jeśli uznasz, że to był zły pomysł, odprowadzę cię z powrotem. Obiecuję.

To był zwykły gest zaproszenia, a jednak Sisi poczuła, że wraz z nim przekracza niewidzialną granicę. Dłoń Eryka czekała cierpliwie, spokojnie i pewnie. Zawahała się tylko przez sekundę. Potem położyła palce na jego dłoni. Była ciepła, twarda i lekko szorstka, a kiedy zamknęła się wokół jej ręki odrobinę za mocno, przez ciało Sisi przeszedł krótki dreszcz. Powinna była odczytać go jako ostrzeżenie. Odczytała go jako ekscytację.

Poprowadził ją przez tłum z taką łatwością, że ludzie ustępowali im miejsca. Oszołomiona jego bliskością, niemal nie zauważyła, że ani razu nie zapytał, czy naprawdę chce iść na parkiet. Od stolika Ania próbowała złapać jej spojrzenie. Sisi odwróciła głowę za późno; zobaczyła tylko rudą smugę włosów, zaniepokojone oczy przyjaciółki i Wojtka stojącego obok z uśmiechem nieco zbyt szerokim, jakby chciał ukryć własną niepewność.

Pierwszy taniec nie przypominał niczego, czego Sisi spodziewała się po tym miejscu. Głośnik wciąż wyrzucał z siebie szybki, nerwowy rytm, lecz Eryk poruszał się wolniej, jakby słyszał pod muzyką drugi, ukryty takt. Nie tańczył dla sali, nie popisywał się, nie szarpał jej w tłumie. Prowadził ją płynnie i pewnie, z bliskością, która dawała poczucie bezpieczeństwa, a jednocześnie odbierała przestrzeń na własny ruch.

Przycisnął ją bliżej, niż pozwalała na to zwykła uprzejmość. Jego oddech muskał skórę przy jej uchu, a dłonie spoczywały na jej talii z taką pewnością, jakby od dawna znały swoje miejsce. Serce Sisi biło szybko i nierówno. Czuła zapach skórzanej kurtki, dym i ciężkie perfumy; czuła ciepło jego ciała i nagle trudno było jej odróżnić zachwyt od lęku. W tej niemożliwej mieszaninie było coś niebezpiecznego, ale też coś, czemu nie umiała się oprzeć.

Gdy utwór dobiegł końca, Ania przecisnęła się przez tłum i chwyciła Sisi lekko za łokieć. Uśmiechała się szeroko, ale jej oczy pozostały czujne.

— Wszystko dobrze? — zapytała, pochylając się blisko jej ucha.

— Zniknęłaś mi z pola widzenia. — Sisi roześmiała się krótko, trochę zbyt szybko, i odsunęła włosy z twarzy.

— Dobrze, naprawdę. On jest… Po prostu rozmawiamy. — Ania spojrzała ponad jej ramieniem na Eryka, który stał kilka kroków dalej, spokojny i nieruchomy, jakby cierpliwie czekał, aż ta krótka przerwa się skończy. Coś w tym spokoju sprawiło, że jej palce mocniej zacisnęły się na łokciu przyjaciółki.

— Tylko pamiętaj. Nie znikaj sama. — Sisi skinęła głową, ale już po chwili odwróciła wzrok ku Erykowi, a w tym drobnym geście Ania po raz pierwszy poczuła, że między nimi pojawiła się cienka, prawie niewidzialna szyba.

Kiedy muzyka zmieniła się na szybszą, Sisi pomyślała, że to dobry moment, by wrócić do Ani. Eryk jednak nachylił się i zaproponował, żeby usiedli w ciemniejszym kącie sali, tam, gdzie światła nie raziły tak mocno, a muzyka brzmiała jak odległe dudnienie zza ściany. Zgodziła się, zanim zdążyła zapytać samą siebie, czy naprawdę tego chce. Siedzieli blisko siebie przy małym stoliku z popękanym blatem. Eryk zauważył ślad grafitu na jej palcu i zapytał, czy rysuje. To jedno pytanie otworzyło w niej coś, co dotąd próbowała ukrywać przed klubowym hałasem. Opowiedziała mu o szkicowniku, Krakowie, Akademii Sztuk Pięknych i obrazach, których jeszcze nie namalowała. Słuchał z taką uwagą, jakby cały klub, cały wieczór i wszyscy ludzie wokół byli jedynie tłem dla jej słów.

Sisi śmiała się cicho z jego żartów — czasem zbyt cynicznych, czasem boleśnie trafnych — i z każdą minutą coraz bardziej zapominała, że jeszcze niedawno chciała uciec do chłodnej nocy za drzwiami. Ania podchodziła do nich dwa razy, ale za każdym razem Sisi machała jej lekko dłonią, dając znak, że wszystko jest w porządku. Być może naprawdę tak wtedy myślała. Dopiero o świcie, gdy pierwsze blade światło zaczęło przeciskać się przez szare niebo, cała czwórka wyszła na betonowy parking przed klubem. Po dusznej sali powietrze było ostre i chłodne, niemal trzeźwiące. Sisi owinęła się ciaśniej pożyczonym swetrem Ani. Przez chwilę stała przy samochodzie Wojtka, zmęczona, rozbudzona i dziwnie lekka. Eryk poprosił o jej numer telefonu. Nie zrobił tego nieśmiało ani pytająco; powiedział to tak, jakby wymiana numerów była naturalnym ciągiem dalszym nocy. Podała mu cyfry szybko, zanim rozsądek zdążył się odezwać. Zapisał je w swojej Nokii, schował telefon do kieszeni, a potem mocno ją przytulił. Przez krótką chwilę jego ramiona wydały jej się schronieniem.

— Zadzwonię — powiedział cicho.

Głos miał lekko ochrypły od muzyki i nocnych rozmów, ale zabrzmiało to pewniej niż zwykła obietnica. Sisi uśmiechnęła się nieśmiało i skinęła głową, nie umiejąc znaleźć słów. Kilka minut później siedziała już z tyłu starego Golfa. Samochód Wojtka podskakiwał na nierównościach pustej drogi, radio grało cicho i niewyraźnie, a Ania, zamiast żartować jak zwykle, zerkała na nią przez ramię z miną, której Sisi wolała wtedy nie odczytywać.

Szum silnika i przytłumiona klubowa muzyka powoli stapiały się z poranną ciszą miasta. Energia, która przez całą noc trzymała ich na nogach, zamieniała się teraz w miękkie, senne znużenie. Ania oparła głowę o szybę, Wojtek prowadził w milczeniu, a Sisi siedziała z tyłu, obejmując ramionami własne ciało. Na skórze wciąż czuła dotyk dłoni Eryka, choć jego nie było już obok.

Kiedy samochód zatrzymał się przed domem Sisi, Ania wyskoczyła i pomachała do niej z szerokim, konspiracyjnym uśmiechem. Krzyknęła coś przez ramię o księciu z bajki, ale słowa rozmyły się w porannym powietrzu i cichym pomruku silnika. Sisi odpowiedziała słabym uśmiechem, zbyt zamyślona, żeby się odciąć albo zaprotestować.

Dźwięki z zewnątrz docierały do niej przytłumione i odległe. Miała wrażenie, że wciąż stoi na parkiecie, że światła przesuwają się po jej twarzy, a niski głos Eryka mówi coś tylko do niej. W jej ciele pozostało dziwne napięcie: trochę zachwytu, trochę zmęczenia, trochę niepokoju, którego nie chciała jeszcze nazywać.

Wróciła do domu cicho, niemal na palcach, żeby nie obudzić domowników. W pokoju na poddaszu wszystko wyglądało tak samo jak poprzedniego wieczoru: podręcznik leżał na biurku, teczka z pracami do Akademii Sztuk Pięknych wystawała spod lampki, a szkicownik czekał otwarty na pustej stronie. Tylko ona była inna. Serce nadal biło jej szybko, nieposłusznie, jakby nie umiało wrócić do dawnego rytmu.

Stanęła przed lustrem i przez dłuższą chwilę patrzyła na swoje odbicie. Miała rozszerzone źrenice, policzki zaróżowione bardziej z emocji niż ze zmęczenia, a włosy lekko potargane od tańca, wiatru i nocy.

Kiedy zdjęła niebieską sukienkę, zauważyła, że materiał wchłonął zapach klubu: dym papierosowy, słodkie perfumy, rozgrzane powietrze i cięższą, cedrową nutę, którą natychmiast skojarzyła z Erykiem. Położyła się na łóżku i długo patrzyła w sufit. Za każdym razem, gdy przypominała sobie jego dotyk, serce przyspieszało, jakby wciąż nie umiało wrócić do dawnego rytmu.

Rozdział 2

Zauroczenie

Sisi była pewna, że po tak intensywnym wieczorze nastąpi choć jeden dzień ciszy, podczas którego zdąży spokojnie poukładać własne emocje. Myliła się. Już następnego dnia, tuż po południu, telefon zawibrował na biurku, gwałtownie wyrywając ją z zamyślenia i pozornej zwyczajności domu. Na ekranie wyświetliła się krótka wiadomość SMS od nieznanego numeru.

Będę za godzinę. Ubierz się ciepło i wygodnie. Eryk.

Przez długą, pełną napięcia chwilę wpatrywała się w ekran telefonu. Serce zaczęło bić szybciej, boleśnie i nierówno. Czuła, jakby niewidzialna dłoń zacisnęła się na jej klatce piersiowej tak mocno, że zabrakło jej powietrza. Na biurku leżał otwarty podręcznik historii sztuki, a obok niego niedokończony szkic dłoni, który chciała dziś skończyć, oraz lista drobnych, zwyczajnych zadań zapisana, żeby o nich nie zapomnieć. Obiecała sobie, że zrobi to przed wieczorem: pomoże przy kolacji, przepisze notatki, przygotuje teczkę z pracami. Z dołu dochodziły spokojny głos mamy nucącej melodię, cichy stukot naczyń i kojący zapach pomidorowej zupy.

Sisi zaczęła nerwowo szukać ubrań, w których mogłaby się dobrze czuć. Przeszukiwała szafę, jakby nic nie pasowało na to spotkanie. Gdy w końcu znalazła coś odpowiedniego, zeszła do kuchni z telefonem ukrytym w dłoni.

— Mamo, Ania prosiła, żebym wpadła do niej na chwilę. Podobno ma jakieś materiały do szkoły — skłamała, zanim zdążyła się zawahać.

Matka odwróciła się w jej stronę i spojrzała na nią uważniej.

— Teraz? Przecież miałaś się uczyć do matury. Matura już niedługo. I obiecałaś, że pomożesz mi z sałatką na kolację.

— Wiem, wrócę szybko. To tylko godzina — odpowiedziała Sisi, czując, jak policzki zaczynają ją palić.

Ojciec siedzący przy stole uniósł wzrok znad gazety.

— Tylko nie włócz się po ciemku. Weź sweter, wieczorem może być chłodno.

Sisi skinęła głową. Serce tłukło jej w piersi nie ze strachu przed rodzicami, lecz ze świadomości, że właśnie wypowiedziała pierwsze kłamstwo w imię chłopaka, którego znała zaledwie od jednej nocy. Wydawało jej się to romantyczne, niemal bohaterskie — jak tajemny dowód odwagi i pierwszy krok ku dorosłości.

Jeszcze przez chwilę stała w przedsionku, słysząc za plecami spokojne odgłosy kuchni. To małe kłamstwo nie rozbrzmiało w domu głośno. Nikt nie krzyknął, nikt nie zatrzymał jej za ramię, a jednak Sisi czuła je pod skórą jak drzazgę. Dotknęła klamki i pomyślała, że jeśli zaraz zawróci, wszystko znów będzie proste. Wtedy telefon w jej dłoni zawibrował ponownie, tylko raz, krótko i niecierpliwie. Ten dźwięk wystarczył, żeby otworzyła drzwi.

Kiedy wyszła przed dom, Eryk już czekał przy krawężniku. Czarny motocykl połyskiwał w popołudniowym słońcu jak drapieżne, gotowe do skoku zwierzę. Eryk siedział na nim swobodnie, w skórzanej kurtce, z kaskiem opartym o udo, jakby zatrzymał się tam nie przed chwilą, lecz od dawna cierpliwie panował nad całą ulicą. Nie zapytał, czy może przyjechać. Uśmiechnął się tylko tym swoim spokojnym, zbyt pewnym uśmiechem, jakby od początku wiedział, że Sisi wyjdzie.

— Wiedziałem, że wyjdziesz — powiedział.

To zdanie powinno zabrzmieć zbyt pewnie, niemal arogancko.

Powinno obudzić w niej ostrożność, tę drobną, instynktowną czujność, która jeszcze poprzedniego wieczoru próbowała ostrzec ją przed zbyt mocnym uściskiem jego dłoni. Zamiast tego sprawiło, że poczuła się wybrana. Jakby ktoś taki jak on naprawdę potrafił czytać ją bez słów i przyjechał właśnie po nią, nie po nikogo innego.

— Rodzice myślą, że idę do Ani — przyznała półgłosem, bardziej z potrzeby zwierzenia niż z poczucia winy.

— Czasem trzeba zostawić za sobą ludzi, którzy chcą mieć cię zawsze pod ręką — powiedział miękko, podając jej kask.

— Inaczej nigdy nie dowiesz się, kim naprawdę jesteś. Oni będą cię trzymać w cieple, ale też w miejscu. A ty przecież nie jesteś stworzona do stania w miejscu, prawda, Kopciuszku?

Sisi włożyła kask drżącymi dłońmi. Spódnica plątała się wokół kolan, gdy siadała za nim, niezgrabnie szukając oparcia dla stóp. Eryk sięgnął do tyłu, chwycił jej dłonie i bez pytania położył je sobie na brzuchu. Ten gest był pozornie opiekuńczy, niemal czuły, a jednak miał w sobie tę samą, nieznoszącą sprzeciwu pewność, z którą poprzedniego wieczoru prowadził ją przez klubowy tłum.

— Trzymaj się mocno. Nie puszczaj.

Silnik ryknął gwałtownie, aż podskoczyła. Po chwili ruszyli. Dom rodziców i kuchenne światło zostały za nimi, malejąc z każdą sekundą, jakby naprawdę można było odjechać od własnego życia tak łatwo, jak od znanej ulicy. Wiatr uderzył ją w twarz, wciskając łzy w kąciki oczu, a świat rozmazał się w smugach zieleni, szarości i złota. Przez pierwsze minuty bała się oddychać. Potem przywarła mocniej do pleców Eryka i poczuła coś, co w tamtej chwili pomyliła z wolnością.

Jechali daleko poza miasto, tam, gdzie kończyły się domy, a zaczynały pola porośnięte wysoką trawą. Motocykl pokonywał kolejne zakręty, a Sisi miała wrażenie, że ucieka nie tylko od rodziców i nauki, lecz także od tej spokojnej, grzecznej dziewczyny, którą była przez całe życie.

Eryk nie zwalniał, nawet gdy szosa zrobiła się węższa, a wiatr coraz mocniej szarpał jej sukienką. Kiedy odruchowo rozluźniła uścisk, natychmiast położył dłoń na jej palcach i przycisnął je mocniej do siebie.

— Mówiłem: nie puszczaj — rzucił przez ramię.

Nie zabrzmiało to ostro. Nie było w tym krzyku ani brutalności. Właśnie dlatego tak łatwo było zignorować cień rozkazu ukryty w tych słowach. Brzmiało raczej jak troska kogoś, kto wie lepiej, jak należy przetrwać pęd, zakręty i niebezpieczny świat.

Zatrzymali się dopiero na wzgórzu za miasteczkiem. Pod nimi rozciągały się pola, dachy domów i srebrna nitka rzeki, błyszcząca w popołudniowym świetle jak cienka rysa na mapie jej dzieciństwa. Sisi zdjęła kask, a włosy rozsypały się jej na ramionach. Oddychała ciężko, z twarzą rozgrzaną od wiatru i emocji, oszołomiona przestrzenią oraz ciszą, która po ryku silnika wydawała się niemal święta.

— Widzisz? — Eryk stanął za nią tak blisko, że poczuła ciepło jego ciała i ciężki zapach skórzanej kurtki.

— Stąd wszystko wygląda na małe. Ja pokazuję ci świat taki, jaki naprawdę jest.

Sisi spojrzała na miasteczko w dole. Dachy domów, szkoła, sklep spożywczy, most nad rzeką i podwórko, na którym jako dziecko rysowała patykiem po piasku, nagle wydały się kruche, maleńkie, zamknięte w przezroczystej kuli. Właśnie stamtąd dochodziły głosy rozsądku: matki, Ani, nauczycielki plastyki, nawet jej własny. Tutaj, na wzgórzu, przy Eryku, wszystkie cichły. Przez moment naprawdę uwierzyła, że Eryk daje jej wolność. Nie zauważyła jeszcze, że za każdym razem, gdy mówił o wolności, jego dłoń zaciskała się na niej odrobinę mocniej.

Przez następne dni Sisi żyła w dziwnym zawieszeniu. W domu nadal wszystko wyglądało zwyczajnie: mama pytała o szkołę, ojciec zostawiał gazetę na stole, a na biurku czekały szkice i notatki. Tylko ona coraz częściej nasłuchiwała dźwięku telefonu, jakby jedno krótkie wibrowanie mogło unieważnić cały porządek dnia. Zanim Eryk pojawił się ponownie, zdążyła kilka razy obiecać sobie, że tym razem odmówi. Za każdym razem jednak sama myśl o jego spokojnym spojrzeniu sprawiała, że te postanowienia miękły i rozpływały się w zawstydzającym oczekiwaniu.

Kilka dni później Eryk znów przyjechał bez zapowiedzi. Tym razem wieczorem, kiedy Sisi siedziała przy biurku nad szkicem dłoni i próbowała dokończyć pracę do teczki. Za oknem zapadał granatowy zmierzch, a w domu trwała zwyczajna, cicha krzątanina: matka odkładała naczynia do szafki, ojciec oglądał wiadomości, a z kuchni dobiegał zapach herbaty z cytryną. Telefon zawibrował tylko raz. Jedno zdanie: „Jestem pod domem. Zejdź”.

Sisi zamarła z ołówkiem w dłoni. Na kartce właśnie zaczynała wyłaniać się delikatna linia nadgarstka matki, krucha i pełna ciepła, lecz jeden krótki komunikat od Eryka sprawił, że cała koncentracja rozsypała się jak suchy pigment. Spojrzała na zegarek. Było późno. Jutro miała sprawdzian, a rano obiecała pomóc mamie przy śniadaniu. Mimo to niemal natychmiast wstała od biurka, jakby jej ciało szybciej niż rozum nauczyło się odpowiadać na jego wezwania.

— Dokąd idziesz? — zapytała mama z kuchni, widząc, jak Sisi w pośpiechu narzuca sweter na ramiona.

— Przecież miałaś dzisiaj zostać w domu. Wyglądasz na zmęczoną.

— To tylko krótki spacer — skłamała Sisi. — Muszę… przewietrzyć głowę.

Na ulicy Eryk siedział w samochodzie z uruchomionym silnikiem. Nie wysiadł, nie podszedł do furtki ani nie przywitał się z jej rodzicami. Tylko opuścił szybę i spojrzał na nią spod lekko zmrużonych powiek. W aucie pachniało skórą, tytoniem i mokrym asfaltem. Radio grało cicho, ale jego palce bębniły o kierownicę w rytmie zdradzającym zniecierpliwienie.

— Długo kazałaś mi czekać — powiedział spokojnie, kiedy wsiadła. Nie brzmiało to, jak wyrzut, raczej jak proste stwierdzenie faktu, a jednak Sisi od razu poczuła ukłucie winy.

— Myślałem, że po wczorajszym wieczorze nie będziesz już musiała się zastanawiać, czy chcesz mnie zobaczyć.

— Rysowałam — odpowiedziała cicho, zapinając pas.

— Miałam dokończyć pracę do teczki.

Eryk uśmiechnął się miękko, ale jego dłoń zacisnęła się mocniej na kierownicy.

— Szkice nie uciekną, Sisi. Ja jestem tutaj, teraz. I właśnie teraz potrzebuję, żebyś była ze mną. Chyba nie chcesz, żebym siedział sam w samochodzie jak jakiś żebrak pod twoim oknem, podczas gdy ty wybierasz kartkę papieru zamiast żywego człowieka?

Sisi chciała zaprotestować, powiedzieć, że to nie tak, że rysunek też jest częścią niej, a nie martwą kartką. Ale Eryk już ruszył spod krawężnika, włączając się w pustą ulicę bez pytania, dokąd chce jechać. Przez kilka minut milczeli. Miasto przesuwało się za szybą w ciemnych smugach, a Sisi czuła, jak niewypowiedziane przeprosiny rosną jej w gardle, choć nie wiedziała, za co właściwie miałaby przepraszać.

— Nie lubię prosić dwa razy — dodał po chwili, już łagodniej.

— Nie dlatego, że jestem zły. Po prostu, kiedy człowiekowi na kimś zależy, chce czuć, że tamta osoba też wybiera go bez wahania. Ja wybieram ciebie od razu, Sisi. Za każdym razem. Chciałbym tylko wiedzieć, że jestem dla ciebie równie ważny.

Te słowa nie brzmiały jak rozkaz. Brzmiały jak prośba kogoś zranionego, kto bał się odrzucenia. Właśnie dlatego Sisi natychmiast zaczęła się tłumaczyć. Zapewniała go, że jest ważny, że chciała zejść szybciej, że rysunek może poczekać, że wszystko może poczekać. Eryk słuchał w milczeniu, a kiedy w końcu uśmiechnął się z ulgą, poczuła niemal wdzięczność za to, że jego dobry nastrój wrócił bez awantury.

Tego wieczoru po raz pierwszy nie wróciła do szkicu. Gdy późno w nocy weszła do pokoju, ołówek nadal leżał na biurku, a niedokończona dłoń matki patrzyła z kartki jak coś porzuconego w pół gestu. Sisi zgasiła lampkę, nie dotykając papieru. Powiedziała sobie, że dokończy pracę jutro. Nie wiedziała jeszcze, że odtąd coraz częściej będzie odkładać własne sprawy na później — najpierw na jeden wieczór, potem na tydzień, aż w końcu całe jej dawne życie zacznie czekać w ciemności jak ten niedokończony rysunek.

Bywały też chwile, które trudno było wpisać w prosty obraz zagrożenia. Eryk potrafił zapamiętać, że lubi herbatę z cytryną, ale bez cukru, i przynieść ją w papierowym kubku, kiedy wracała zmarznięta ze szkoły. Potrafił usiąść obok niej na murku nad rzeką i przez pół godziny milczeć, nie żądając niczego, tylko patrząc razem z nią na wodę. W takich momentach Sisi myślała, że Ania i jej wewnętrzny niepokój przesadzają. Przecież ktoś naprawdę zły nie umiałby być tak uważny.

Takich wieczorów zaczęło przybywać. Za każdym razem wyglądały trochę inaczej, ale ich mechanizm pozostawał ten sam: Eryk pojawiał się nagle, a Sisi coraz szybciej uczyła się porzucać dla niego wszystko — książki, szkice, rodzinne obowiązki i własne plany. Początki ich relacji przypominały urwane, magnetyczne kadry z filmu, którego zakończenia nikt jeszcze nie znał: krótkie wiadomości bez pytajnika, spotkania na rogach zacienionych ulic, wyjazdy poza miasteczko i długie powroty po zmroku. Dla Sisi miały smak ucieczki od dawnej, grzecznej wersji samej siebie. Dla Eryka były sposobem, by zabierać ją coraz dalej od ludzi, którzy mogli przypomnieć jej, kim była, zanim nauczyła się odpowiadać na każde jego wezwanie. To, co kiedyś było ważne, zaczynało czekać. On nie czekał nigdy.

Tam, z dala od ciekawskich oczu i małomiasteczkowych plotek, rozkładali na ziemi stary, wełniany koc w czerwono-czarną kratę. Leżeli obok siebie na plecach i godzinami patrzyli w czarne, rozgwieżdżone niebo. Właśnie podczas tych letnich nocy Eryk odsłaniał przed nią fragmenty swojego życia: pracę w firmie transportowej ojca, samotne trasy przez Niemcy, Francję i Włochy, nocne parkingi, przydrożne bary oraz ludzi, których przedstawiał jako dowód na brutalność świata. Sisi słuchała jak zaczarowana, bo z jego opowieści wyłaniał się ktoś doświadczony, silny i gotowy ochronić ją przed tym, czego sama jeszcze nie znała.

— Świat na zewnątrz rządzi się prawem silniejszego i nie wybacza błędów — mówił, przesuwając dłonią po jej włosach.

— Ludzie potrafią zniszczyć każdego, kto jest zbyt wrażliwy. Ale ty nie musisz wszystkiego rozumieć od razu. Wystarczy, że pozwolisz mi prowadzić. Ja znam ten świat lepiej niż ty.

Najbardziej cenili chwile samotności, kiedy uciekali na krańce miasteczka i budowali swój mały, hermetyczny świat. Sisi nazywała to bliskością. Eryk coraz częściej mówił o tym, jak o koniecznej ochronie przed ludźmi, którzy nie rozumieją ich więzi.

Pewnego słonecznego, leniwego popołudnia spacerowali pustą parkową alejką. Pierwsze wysuszone liście kasztanowca chrzęściły pod butami, a w powietrzu unosił się zapach wilgoci, dojrzałego lata i ziemi. Eryk, który zwykle parł przed siebie pewnym krokiem, zatrzymał się pod starą, rozłożystą lipą. Jej korona odcinała ich od reszty parku jak zielony baldachim.

Odwrócił się do niej i spojrzał z powagą, która natychmiast odebrała jej ochotę do żartów. Wiatr plątał jej włosy, więc odgarnął kosmyk z czoła delikatnie, niemal czule, jakby dotykał czegoś kruchego i bezcennego.

Jego głos zabrzmiał ciepło, ale Sisi wyczuła w nim ten sam ciężar, przez który każde jego zdanie wydawało się ważniejsze niż zwykła rozmowa.

Próbowała zabrzmieć lekko, lecz głos zadrżał jej mimo woli. Słowa Eryka nigdy nie były puste. Trafiały w miejsca, których sama często nie potrafiła nazwać ani wypowiedzieć na głos.

— Masz w sobie coś czystego, czego ten świat jeszcze nie zdążył podeptać — powiedział. — Większość ludzi próbuje dopasować się do tłumu. Udają, powtarzają cudze słowa, zakładają cudze maski. Ty tego nie robisz. I właśnie dlatego cię zauważyłem.

Zacisnął palce na jej dłoni, odrobinę mocniej niż wcześniej.

— Jesteś autentyczna, Sisi. Masz ten swój wewnętrzny blask, którego nie da się podrobić. Tylko musisz uważać. Świat nie lubi takich ludzi. Najpierw ich podziwia, a potem próbuje złamać, ujednolicić i wcisnąć w bezpieczny schemat. Dlatego potrzebujesz kogoś, kto będzie umiał cię przed tym ochronić.

Sisi poczuła, jak w piersi wzbiera fala czułości i wdzięczności. W tamtej chwili naprawdę wydawało jej się, że ktoś wreszcie zobaczył ją całą: jej niepewność, marzenia i tę małą artystyczną iskrę, w którą sama tak często wątpiła. Łzy stanęły jej w oczach, ale nie były to łzy smutku. Były dowodem, że uwierzyła mu bez reszty.

— Czasem mam wrażenie, że przy tobie staję się zupełnie inną osobą. Odważniejszą, silniejszą… Tak, jakbyś przy każdym spotkaniu bezinteresownie pożyczał mi tę swoją niesamowitą siłę — szepnęła z trudem, ulegając impulsowi i mocno wtulając się w jego szerokie, stabilne ramię.

Przyciągnął ją do siebie mocniej, oplatając ramionami jak żywą tarczą. Jego zapach — skóry, tytoniu, chłodnego powietrza i zmęczenia drogą — uderzył w jej zmysły tak intensywnie, że poczuła lekkie oszołomienie. W jego objęciu było ciepło, którego pragnęła, i ciasnota, której jeszcze nie umiała się bać.

— Przy mnie możesz być odważna — szepnął tuż przy jej uchu. — Ale musisz pozwolić mi czasem decydować. Nie dlatego, że chcę cię ograniczać. Dlatego, że widzę więcej. Twoi rodzice i nauczyciele chcieliby zamknąć cię w grzecznym, bezpiecznym życiu. Ja chcę, żebyś była sobą. Tylko musisz mi zaufać, nawet wtedy, kiedy czegoś jeszcze nie rozumiesz.

Te słowa, choć niosły ostrzeżenie i ukrytą zgodę na jego przewagę, zabrzmiały dla Sisi jak balsam. Cichy niepokój pojawił się gdzieś na dnie, lecz natychmiast go uciszyła. Skupiła się na cieple jego ramion i pocałunkach, którymi obdarowywał ją pod koroną starej lipy.

Rozdział 3

Złoto rodzinne

Czas płynął nieubłaganie, a ich relacja nabierała tempa. Pewnego chłodniejszego popołudnia, gdy niskie słońce kładło już blade światło na dachach domów, Eryk zaskoczył ją słowami, których zupełnie się nie spodziewała:

— Masz oficjalne zaproszenie do moich rodziców na niedzielny obiad. Rozmawiałem z nimi. Chcę, żeby cię w końcu poznali.

Dla wrażliwej osiemnastoletniej dziewczyny ten gest był czymś znacznie większym niż zwykłe zaproszenie na obiad. Sisi odebrała go jako dowód, że Eryk traktuje ją poważnie i chce wpuścić ją do świata, którego dotąd tylko się domyślała. Nie myślała wtedy o tym, że drzwi, które tak uroczyście się przed nią otwierają, mogą później zamknąć się za nią z cichym szczękiem.

Dom rodzinny Eryka stał na obrzeżach miasteczka, w cichej, zamożnej dzielnicy. Solidna willa z czerwonej cegły, wysoki żywopłot i starannie przycięte rabaty od razu mówiły o porządku, pieniądzach i potrzebie odgradzania się od świata. Idąc ścieżką do drzwi, Sisi poczuła, że wchodzi w przestrzeń, która miała udawać bezpieczeństwo.

W przedpokoju uderzył ją zapach wypolerowanego drewna, kawy i drożdżowego ciasta. Na ścianach wisiały rodzinne fotografie: mały Eryk na rowerku, Eryk na plaży, Eryk z psem. Ten dom, pełen miękkiego światła, ciężkich książek i skórzanych kanap, zupełnie nie pasował do jego mrocznej aury. Właśnie dlatego Sisi poczuła się jeszcze bardziej zdezorientowana. Jeśli ktoś taki wyrósł w takim cieple, może naprawdę nie był niebezpieczny? Może po prostu nosił w sobie zbyt wiele bólu, którego ona jeszcze nie rozumiała?

Rodzice Eryka przyjęli ją z serdecznością tak gładką, że aż trudną do zakwestionowania. Pan Henryk, postawny mężczyzna po pięćdziesiątce, uścisnął jej dłoń mocno, lecz z wyczuciem. Pani Maria, elegancka w kremowym swetrze, pocałowała ją w oba policzki i otuliła zapachem lawendy oraz drogich perfum. W jej oczach krył się cień zmęczenia, ale uśmiech miała nienaganny.

Przy obiedzie długi dębowy stół uginał się od potraw: pieczonej kaczki, ziemniaków z ziołami, sałatek i czerwonego wina w ciężkiej butelce. Wszystko było eleganckie, obfite i spokojne. Sisi, onieśmielona, siedziała obok Eryka, czując pod obrusem ciepło jego dłoni na swojej ręce. Z każdą minutą zaczynała wierzyć, że została wpuszczona do czegoś trwałego i rodzinnego.

Sisi próbowała jeść powoli i elegancko, tak jak robiła to pani Maria, lecz każdy ruch wydawał jej się nagle zbyt głośny. Nóż stuknął o porcelanę odrobinę ostrzej, niż zamierzała, i dziewczyna natychmiast podniosła wzrok, gotowa przeprosić. Nikt jednak nie zwrócił jej uwagi. Pan Henryk tylko rozkroił kawałek mięsa z pewnością człowieka, który całe życie siedział przy stole na swoim miejscu, a pani Maria poprawiła serwetkę przy talerzu Eryka, zanim ten w ogóle zdążył zauważyć, że osunęła mu się na kolana.

— U nas zawsze było tak, że każdy miał swoje miejsce — powiedziała z lekkim uśmiechem, jakby opowiadała o czymś oczywistym i ciepłym.

— Henryk przy stole, Eryk po jego prawej stronie, ja bliżej kuchni, żeby wszystkim było wygodnie. Dom działa dobrze tylko wtedy, kiedy ktoś dba o porządek i nie próbuje co chwilę przestawiać całego świata.

Sisi uśmiechnęła się niepewnie, nie wiedząc, czy powinna potraktować to jako żart, radę czy ostrzeżenie. Eryk nachylił się do niej i dolał jej wody, choć o nią nie prosiła. Gest był uprzejmy, niemal troskliwy. Dopiero po chwili zauważyła, że zrobił to w momencie, gdy chciała sięgnąć po kieliszek wina.

— Sisi, kochanie, opowiedz nam coś o sobie — poprosiła pani Maria, nalewając sobie wina.

— Eryk mówił, że jesteś bardzo wrażliwa i artystyczna. To rzadkie w dzisiejszych czasach.

Te słowa ośmieliły Sisi. Z początku mówiła cicho, lecz po chwili w jej głosie pojawiła się dawna pasja. Opowiadała o szkicach węglem, akwarelach, teczce z pracami i marzeniu o Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Wspomniała nawet o Paryżu, o małych galeriach i obrazach, które kiedyś chciałaby namalować, jeśli tylko starczy jej odwagi. Rodzina słuchała w milczeniu, a Sisi po raz pierwszy od dawna poczuła, że jej marzenia nie brzmią dziecinnie.

— Kraków? — powtórzyła pani Maria. Uśmiech na jej twarzy pozostał nienaganny, choć na sekundę stał się bardziej napięty.

— Piękne miasto, oczywiście. Kiedyś z Henrykiem byliśmy tam na weselu kuzynki. Ale dla młodej dziewczyny, samej, bez nikogo bliskiego… To już zupełnie inna sprawa. Artyści potrafią być czarujący, ale bywają też bardzo nieodpowiedzialni. Łatwo stracić grunt pod nogami wśród ludzi, którzy całe życie mylą wolność z chaosem.

Pan Henryk zaśmiał się krótko pod nosem. — Marzenia są dobre, dopóki nie przeszkadzają w życiu — stwierdził, odkładając widelec.

— Człowiek musi wiedzieć, kiedy zejść z obłoków. Kobieta, która ma u boku porządnego mężczyznę, nie musi szukać szczęścia po świecie. Dom potrafi być większym dziełem niż niejeden obraz.

Sisi spuściła wzrok na talerz. Jeszcze przed chwilą zdjęcia krakowskich pracowni rozświetlały jej wyobraźnię jak okna otwarte na szeroki świat. Teraz, przy tym ciężkim stole, wśród rodzinnych fotografii i srebrnych sztućców, zabrzmiały nagle dziecinnie, niemal nieprzyzwoicie. Poczuła wstyd, choć nie zrobiła nic złego. Eryk ścisnął jej dłoń pod obrusem — nie mocno, tylko tyle, żeby przypomnieć, że siedzi obok.

Eryk przez dłuższą chwilę tylko słuchał. Jego palce pod stołem delikatnie gładziły wnętrze jej dłoni, ale gdy w końcu zabrał głos, Sisi poczuła drobny dreszcz. Mówił miękko, niemal ciepło, a jednak w jego tonie pojawiła się stalowa pewność.

— Sisi ma ogromny talent, mamo — powiedział, patrząc na nią z dumą, która dziwnie przypominała właścicielskie zadowolenie.

— Ale trzeba też myśleć rozsądnie. Grafikę może studiować tutaj, na miejscu. Nie musi od razu jechać do Krakowa, sama, bez wsparcia, prosto w chaos wielkiego miasta. Tam łatwo skrzywdzić kogoś tak wrażliwego. Tutaj miałaby spokój, rodzinę i mnie.

Sisi zamilkła. Przed chwilą mówiła własnym głosem, teraz nagle poczuła, jakby ktoś uprzejmie, przy wszystkich, przejął jej opowieść i przestawił ją na inne tory. Jednak jego dłoń nadal gładziła jej palce, a spojrzenie było pełne troski. On chce mnie tylko ochronić — pomyślała, choć w piersi zakłuło ją coś bardzo cichego.

Pani Maria położyła dłoń na przedramieniu Sisi. Dotyk miała lekki, chłodny i starannie opanowany.

— Nie odbieraj tego źle, kochanie — powiedziała łagodnie.

— Eryk ma po prostu bardzo silny instynkt opiekuńczy. Od dziecka taki był. Jak coś kochał, pilnował tego całym sobą. Pamiętam, jak płakał, kiedy ktoś próbował zabrać mu ulubionego psa na spacer bez pytania. Już wtedy wiedziałam, że będzie mężczyzną, który potrafi się przywiązać.

Sisi nie wiedziała, dlaczego ta historia nie zabrzmiała wyłącznie czule. Może przez sposób, w jaki pani Maria powiedziała „pilnował”. Może przez uśmiech pana Henryka, który przyjął to wspomnienie z aprobatą. A może przez Eryka siedzącego przy niej nieruchomo, z kciukiem przesuwającym się powoli po jej nadgarstku, jakby sprawdzał, czy nadal jest spokojna.

Pan Henryk pokiwał głową z aprobatą i odstawił kieliszek na obrus. — Dobrze myślisz, synu — powiedział. — Świat bywa brutalny dla delikatnych ludzi. Jeśli naprawdę ją kochasz, trzymaj ją blisko. Tak, żeby zawsze wiedziała, gdzie jest jej miejsce.

Wtedy Eryk sięgnął do wewnętrznej kieszeni dopasowanej marynarki i powolnym, teatralnym ruchem wyciągnął małe, kwadratowe pudełeczko obite głębokim czarnym aksamitem. Przesunął je po białym obrusie i otworzył. W środku spoczywał delikatny, misternie wykonany srebrny naszyjnik — lśniące serduszko, w którego centrum wygrawerowano wyraźną, ostrą literę E. W mocnym świetle wiszącej lampy kruszec rozbłysnął zimnymi refleksami.

— Dla ciebie. Na zawsze, Sisi — szepnął Eryk. Jego głos wibrował obietnicą, która brzmiała jak najpiękniejsze wyznanie. Dopiero chłód metalu na skórze sprawił, że przez ułamek sekundy pomyślała o niewidzialnych kajdanach.

Pani Maria, widząc ten podniosły gest, poczuła nagłe wzruszenie. Dłoń powędrowała jej do ust, a w oku zakręciła się autentyczna łza, którą po chwili szybko i dyskretnie otarła wierzchem dłoni.

Gdy późnym wieczorem wreszcie opuścili bezpieczne wnętrze willi, pachnące drożdżowym ciastem, na zewnątrz panował głęboki, chłodny mrok. Szli ramię w ramię wzdłuż opustoszałego chodnika, oświetleni jedynie żółtym, melancholijnie migoczącym blaskiem nielicznych latarni. Co jakiś czas syczały cicho pod wpływem wilgoci. Z nisko wiszących nad miasteczkiem chmur zaczął padać deszcz. Najpierw były to tylko drobne, chłodne krople, prawie niewyczuwalne na skórze.

Eryk, zauważając, że Sisi lekko wzdrygnęła się pod wpływem nagłego powiewu wiatru, zareagował natychmiast. Jednym płynnym, zdecydowanym ruchem zdjął ze swoich szerokich ramion ciężką, czarną skórzaną kurtkę i narzucił ją na jej plecy. Kurtka, przesiąknięta jego zapachem i ciepłem jego ciała, momentalnie osłoniła ją przed wieczornym chłodem, sprawiając, że dziewczyna poczuła się bezpiecznie, choć materiał był na nią o kilka rozmiarów za duży.

— Twoja mama powiedziała mi na osobności, tuż przed naszym wyjściem, że już od dawna nie widziała cię tak autentycznie szczęśliwego i spokojnego — szepnęła Sisi, przerywając monotonię deszczu.

Wciąż była głęboko oszołomiona, niemal odurzona nagłą, bezwarunkową akceptacją jego najbliższych. Dotykając palcami chłodnego metalu na piersi, czuła, że srebrny naszyjnik z wygrawerowaną literą E jest nienaturalnie ciężki, jakby ciążył na jej szyi znacznie bardziej, niż powinien zwykły kawałek biżuterii.

— Naprawdę… naprawdę czuję się u was, w waszym salonie, jak u siebie w domu. Jakbym po tych wszystkich latach poszukiwań wreszcie znalazła ten jeden, jedyny brakujący element skomplikowanej układanki mojego życia.

Eryk zatrzymał się nagle, jakby jej słowa uruchomiły w nim niewidzialny mechanizm. Znaleźli się pod starym drewnianym daszkiem parkowej altany, który ledwie chronił ich przed coraz gęstszym deszczem. Odwrócił się, zrobił krok w jej stronę i ujął jej twarz w obie dłonie. Dotyk miał pozornie delikatny, ale chwyt był na tyle mocny, że Sisi nie mogła odwrócić wzroku.

Przez chwilę tylko na nią patrzył. Jego twarz pozostawała tak skupiona i nieruchoma, że Sisi nie potrafiła odczytać, czy to wzruszenie, czy coś znacznie chłodniejszego. Kciukiem przesunął po jej policzku, powoli, niemal czule, ale nie cofnął dłoni, gdy próbowała odwrócić głowę w stronę ulicy.

— Teraz już wiesz, gdzie jest twoje miejsce — powiedział cicho. — U mnie. Przy nas. Nie w żadnym obcym mieście, nie między ludźmi, którzy będą cię oceniać i rozbierać twoje marzenia na części. Tutaj masz dom, Sisi. Masz mnie.

Nie krzyczał. Właśnie dlatego te słowa weszły w nią głębiej niż rozkaz. Sisi poczuła, jak pod ciężarem kurtki robi jej się jednocześnie cieplej i ciaśniej. Chciała zapytać o Kraków, o teczkę z pracami, o to, czy miłość naprawdę musi oznaczać zostanie w jednym miejscu, ale pytania zatrzymały się pod samym gardłem.

Pod palcami poczuła chłodne serduszko z literą E. Metal był niewielki, prawie delikatny, a jednak nagle wydał jej się cięższy niż wcześniej. Przypomniała sobie jasne sale Akademii Sztuk Pięknych ze zdjęć w ulotkach Ani i przez ułamek sekundy zobaczyła siebie przy dużym oknie, z dłonią brudną od węgla. Potem Eryk pochylił się bliżej, a obraz zgasł.

— Pomyślę o tym — powiedziała w końcu, choć sama nie wiedziała, czy odpowiada jemu, czy własnemu lękowi.

Eryk uśmiechnął się łagodnie. Dopiero wtedy poluzował dłonie na jej twarzy.

— Właśnie o to mi chodziło — szepnął. — Żebyś sama to zrozumiała.

Pocałował ją w czoło. Dla kogoś mijającego altanę wyglądałoby to jak zwyczajny gest czułości. Sisi też chciała tak to zapamiętać. Tylko jej palce zaciśnięte na zimnym wisiorku nie chciały się rozluźnić.

Sisi, wciąż oszołomiona jego bliskością i ciężarem skórzanej kurtki na ramionach, nie zauważyła, że właśnie wtedy jej plan wyjazdu do Krakowa po cichu stracił ostrość. Nie zniknął od razu. Jeszcze przez chwilę istniał gdzieś z boku, jak szkic odłożony pod stos innych kartek. Od tego wieczoru coraz rzadziej po niego sięgała. W jej myślach coraz więcej miejsca zajmował Eryk, powoli wypełniając przestrzeń, która wcześniej należała do farb, miasta i światła.

Kilka dni później Ania pojawiła się w pokoju Sisi z naręczem kolorowych prospektów. Wpadła jak dawniej, bez pukania, ale tym razem jej energia zawahała się zaraz po przekroczeniu progu. Rozsypała ulotki na łóżku: Kraków, akademik, terminy rekrutacji, zdjęcia pracowni z wysokimi oknami. Sisi spojrzała na nie i poczuła nie radość, lecz zmęczenie, jakby ktoś położył przed nią mapę kraju, do którego nie miała już paszportu.

— Zobacz — powiedziała Ania ciszej niż zwykle. — To mieszkanie, o którym mówiłyśmy. Trzy przystanki od uczelni. I pracownia z północnym światłem. Jeszcze zdążymy wysłać teczki, ale musimy to zrobić teraz.

Rozłożyła przed Sisi jeden z folderów. Na zdjęciu widać było wielką salę pełną sztalug, pochlapanych podłóg i dziewczyn w poplamionych fartuchach. Jeszcze kilka tygodni wcześniej Sisi wpatrywałaby się w tę fotografię jak w obietnicę. Teraz odruchowo dotknęła naszyjnika pod bluzką.

Ania zauważyła ten ruch. Jej wzrok zatrzymał się na srebrnym serduszku z literą E, które wysunęło się spod materiału i błysnęło w świetle lampki.

— Nosisz jego inicjał? — zapytała ostrożnie.

Sisi zacisnęła palce na wisiorku. — To prezent — odpowiedziała. — Od jego rodziny też. Traktują mnie poważnie.

Ania usiadła obok niej na łóżku. Ulotki zaszeleściły pod jej kolanem. — Sisi, ja się nie czepiam. Tylko… ty mówisz o nim tak, jakby od jego zdania zależało, co możesz o sobie myśleć.

— Nie rozumiesz — powiedziała Sisi, zaskoczona własnym chłodem. — Kraków to nie jest bajka z naszych rozmów na dachu. To obce miasto. Tłum, przypadkowi ludzie, ryzyko. Eryk zna świat lepiej od nas. Może po prostu czas przestać udawać, że wszystko da się załatwić marzeniem i plamą farby.

Ania pobladła. Przez chwilę wyglądała tak, jakby nie rozpoznała głosu przyjaciółki.

— To nie brzmi jak ty — powiedziała w końcu. — To brzmi jak on.

— Bo on jako jedyny naprawdę mnie słucha — wyrwało się Sisi. — A ty słyszysz tylko swoje plany.

Słowa zabolały ją natychmiast, ale nie cofnęła ich. Ania wstała powoli. Zebrała z łóżka tylko część prospektów; kilka kartek zostało na podłodze, odwróconych zdjęciami do dołu.

— Jeśli kiedyś będziesz chciała wrócić do siebie, zadzwoń — powiedziała Ania. Nie trzasnęła drzwiami. Zamknęła je cicho i właśnie ta cisza okazała się gorsza od krzyku.

Dopiero po chwili Sisi zauważyła, że Eryk stoi w progu. Nie wiedziała, od jak dawna słuchał. Nie zapytał, czy może wejść. Przeszedł przez pokój spokojnie i zatrzymał się przy biurku, gdzie leżała otwarta teczka z pracami.

Przekładał kartki powoli, ostrożnie, niemal z szacunkiem. Sisi stała obok łóżka i patrzyła na jego dłonie. Na jednej z prac zatrzymał się dłużej. Był to portret starego człowieka o zmęczonych oczach, jej ulubiony szkic, ten, nad którym spędziła kilkanaście nocy.

— Masz talent — powiedział. — Tego nie da się udawać.

Sisi podniosła wzrok. W jego głosie było coś miękkiego, co natychmiast rozbroiło jej czujność. Dopiero następne zdanie zabrzmiało inaczej.

— Tylko czy naprawdę chcesz, żeby obcy ludzie rozkładali cię na części? Żeby jakiś profesor mówił ci, co w twojej duszy jest warte oceny, a co nie? Tu nikt nie musi cię poprawiać. Ja widzę, ile w tym jest ciebie.

Położył szkic z powrotem na wierzchu teczki i przygładził jego brzeg. — Nie musisz niczego udowadniać ludziom, którzy cię nie znają. Zwłaszcza Ani. Ona chce cię pociągnąć za sobą, bo sama boi się iść. A ja chcę, żebyś była bezpieczna.

Stanął za nią i objął ją w pasie. Sisi poczuła jego oddech na karku. W pokoju pachniało papierem, grafitem i wilgotnym powietrzem wpadającym przez uchylone okno.

— Schowaj ją na razie — szepnął. — Nie wyrzucaj. Po prostu nie pozwól, żeby mieszała ci w głowie.

Sisi zamknęła teczkę. Zrobiła to powoli, jakby zamykała książkę w połowie zdania. Potem uklękła przy łóżku i wsunęła ją głęboko pod materac, tam, gdzie układał się cień nocnej lampki. Gdy się wyprostowała, na biurku zostało puste, prostokątne miejsce, jaśniejsze od reszty blatu.

Eryk zgasił lampkę. W ciemności srebrna zawieszka na szyi Sisi jeszcze przez chwilę odbijała słabe światło ulicy. Potem i ona zniknęła.

Rozdział 4

Forteca z aksamitu

Zmiana zachodziła w Sisi codziennie, po cichu, tak że sąsiedzi i dawni znajomi z liceum pewnie nazwaliby ją zwykłym dojrzewaniem. Dla niej samej było to jednak powolne znikanie. Z szafy znikały turkusowe swetry, pomarańczowe bluzki i sukienki w drobne kwiaty, pachnące latem nad rzeką, piknikami z Anią i dawną odwagą. Ich miejsce zajmowały szarości, beże i czerń. Eryk mówił wtedy z aprobatą: — Wyglądasz jak kobieta, która wie, czego chce od życia. Sisi uśmiechała się, bo brzmiało to, jak komplement, ale za każdym razem miała wrażenie, że ktoś zabiera jej kolejny kolor i chowa go wysoko, poza zasięgiem ręki.

Jej pokój w domu rodziców stał się sterylny i obcy, jakby ktoś wynajął go na jedną noc i zabronił zostawiać ślady. Sztaluga, kiedyś najważniejszy punkt pomieszczenia, wylądowała na strychu pod folią, oblepiona kurzem. Biurko, dawniej poplamione farbami, grafitem i śladami ołówków, lśniło teraz pustką. Stała na nim tylko lampka i pojedynczy notes z listą zakupów. Telefon odzywał się coraz rzadziej, ale kiedy już drgał na blacie, Sisi od razu wiedziała, kto pisze. Na ekranie pojawiało się imię Ani — tej samej Ani, która kilka tygodni wcześniej wyjechała do Krakowa z dwiema walizkami i życiem, które wciąż miało przed sobą wszystkie kolory.

Z tamtego nowego, ekscytującego świata regularnie napływały wiadomości. Ania pisała SMS-y falami, jakby próbowała siłą przebić się przez niewidzialny mur, który nagle wyrósł między nimi. Ekran rozbłyskiwał komunikatami pełnymi emocji: „Dlaczego nie odbierasz? Tęsknię za tobą! Co u ciebie słychać? Opowiadaj natychmiast!”. W tych kilku słowach kryła się cała dawna bliskość, oczekiwanie na długie nocne rozmowy i ciekawość drugiego człowieka.

Sisi jednak patrzyła na te wiadomości z dziwnym odrętwieniem. Brała telefon do ręki z wyraźnym oporem, a jej palce ledwo muskały chłodną szybkę wyświetlacza, jakby samo pisanie wymagało od niej nadludzkiego wysiłku. Odpowiadała zawsze tak samo, zdawkowo i bezrefleksyjnie: „Wszystko OK, mam dużo nauki. Pa”.

Te krótkie zdania były pozbawione uczuć, gniewu i dawnych emotikonów, którymi kiedyś gęsto zasypywały swoje wiadomości. Brzmiały jak odległe echo dawnego życia — puste, mechaniczne i skrojone tylko po to, by na chwilę uciszyć wibracje telefonu oraz sumienie po drugiej stronie.

Eryk wprowadzał rytuały, które początkowo wydawały się romantyczne, ale z czasem stały się kajdanami: wspólne wieczory z filmami wybieranymi przez niego — thrillerami psychologicznymi o zdradzie albo dokumentami o sile rodziny. Oglądali je na kanapie, pod ciężkim kocem, z głową Sisi opartą na jego ramieniu. Były też rozmowy o przyszłości, w której zawsze zajmował centralne miejsce.

— Wyobraź sobie nasze życie za pięć lat — szeptał, głaszcząc jej włosy rytmicznym, niemal hipnotyzującym ruchem. — Jesteś moja — powtarzał w gęstej ciemności sypialni, a jego głos brzmiał jak ostateczny, niepodważalny wyrok.

— Razem jesteśmy niepokonani. Nic ani nikt nas nie rozdzieli.

Sisi zamykała oczy, usiłując uwierzyć w te słowa. W takich chwilach czuła się bezpieczna, kochana i otulona jego uwagą jak ciężkim, ciepłym płaszczem, który chronił ją przed całym światem. Jednak z każdym miesiącem ten sam płaszcz stawał się cięższy i coraz bardziej odcinał dopływ powietrza. Zamiast błogiego snu coraz częściej przychodziła udręka. Sisi budziła się w środku nocy z sercem tłukącym się gwałtownie w piersi i uczuciem potwornej duszności. Miała wrażenie, że niewidzialna, jedwabna nić owija się wokół jej szyi — i co gorsza, zaciska się coraz ciaśniej z każdym, nawet najpłytszym oddechem. Leżała wtedy godzinami bez snu, sparaliżowana lękiem, wpatrzona w pęknięcia na suficie rozjaśnianym blaskiem ulicznych latarni. Zastanawiała się, kiedy i jak jej własne marzenia, pasje i plany wyblakły, stając się odległe i obce niczym mgliste wspomnienia z czyjegoś, dawno zapomnianego życia.

Kiedyś chciała wyjechać do Krakowa, studiować na Akademii Sztuk Pięknych i chłonąć wielki świat. Eryk uważał jednak, że wielkie miasta psują ludzi, a prawdziwe szczęście buduje się w ciszy, z dala od zgiełku. Sisi zaczęła więc ustępować — najpierw w małych rzeczach, potem w tych fundamentalnych.

Pewnego popołudnia matka Sisi weszła do jej pokoju z kubkiem herbaty i talerzykiem pokrojonego jabłka. Przez chwilę stała w progu, patrząc na córkę siedzącą przy biurku nad formularzami lokalnej uczelni. Na łóżku, pod stosem szarych swetrów, wystawał jeszcze róg kolorowego prospektu z Krakowa. Matka zauważyła go od razu.

— A Kraków? — zapytała cicho, ostrożnie, jakby bała się spłoszyć odpowiedź.

Sisi nawet nie podniosła wzroku. Przesunęła palcem po rubryce z nazwą kierunku i wzruszyła ramionami.

— Kraków jest daleko, mamo. Za daleko. Poza tym Eryk ma rację. Tam wszystko byłoby trudniejsze. Akademik, obcy ludzie, koszty, dojazdy. Tutaj też mogę studiować grafikę. Przecież to prawie to samo.

Matka postawiła kubek na biurku. Herbata parowała między nimi, pachnąc malinami i domem. Przez chwilę chciała powiedzieć, że to wcale nie brzmi jak głos jej córki. Jeszcze niedawno Sisi opowiadała o Krakowie z takim światłem w oczach, jakby samo wypowiedzenie nazwy miasta otwierało okno. Ale spojrzała na jej zaciśnięte usta i palce nerwowo obracające srebrny wisiorek z literą E. Zabrakło jej odwagi.

— Jeśli to naprawdę twoja decyzja — powiedziała tylko.

Sisi uśmiechnęła się szybko, zbyt szybko.

— Moja. Oczywiście, że moja.

Matka skinęła głową, choć coś ciężkiego osiadło jej pod sercem. Wyszła z pokoju cicho, zamykając drzwi niemal bezszelestnie. Dopiero w kuchni, oparta o blat, pozwoliła sobie na myśl, której nie umiała nazwać: że jej córka nie rezygnuje z marzenia jak dorosła kobieta wybierająca rozsądek, tylko jak ktoś, kto boi się za bardzo chcieć czegokolwiek dla siebie.

W końcu, szukając kompromisu między własnymi pragnieniami a wizją przyszłości, którą Eryk podawał jej jako jedyną rozsądną odpowiedź, Sisi zapisała się na lokalną uczelnię. Wybrała grafikę projektową, trzyletni licencjat, i próbowała wmówić sobie, że to wciąż droga do sztuki. Nic wielkiego, powtarzała w myślach, ale przecież blisko domu, blisko pracy Eryka i blisko dzielnicy, w której zaczynali szukać wspólnego mieszkania. Im częściej sobie to tłumaczyła, tym bardziej brzmiało jak cudzy głos.

— Widzisz? Robię to dla nas, żebyśmy nie musieli żyć na odległość — powiedziała z nieco wymuszonym uśmiechem, gdy kilka tygodni później odbierała potwierdzenie przyjęcia.

Stali w dusznym korytarzu dziekanatu. Powietrze pachniało mieszaniną starych akt, kurzu, tanich perfum i palonej kawy z automatu. Sisi trzymała w rękach plik dokumentów. Czuła, jak wraz z ich złożeniem zamykają się za nią jakieś niewidzialne drzwi. Spojrzała na Eryka, szukając w jego oczach dumy, błysku ekscytacji albo choćby cienia wdzięczności za to poświęcenie.

Eryk tylko zmierzył ją wzrokiem, po czym niespiesznie poklepał po plecach — gestem bardziej protekcjonalnym niż czułym, jakby nagradzał posłuszne dziecko.

— Dobra decyzja, kochanie — stwierdził z zadowoleniem, gładząc ją po ramieniu. — Teraz nigdzie daleko nie musisz jechać. Będziesz miała wszystko pod kontrolą. Tutaj, na miejscu. Przy mnie.

Cisza w domu stała się jej jedynym stałym towarzyszem. Była ciężka, gęsta jak miód, oblepiała zmysły i sprawiała, że Sisi powoli zapominała o rytmie prawdziwego świata za oknem: śmiechu dzieci na placu zabaw, klaksonach samochodów i gwarze rynku. Stała się cieniem we własnym życiu, które idealnie dopasowało się do kształtu dłoni Eryka. A on trzymał ją coraz mocniej, wierząc, że to jedyny sposób, by jej nie stracić. W lustrze łazienkowym widziała już nie marzycielkę w błękitnej sukience, z iskrą w zielonych oczach, lecz bladą wersję siebie — piękną, zadbaną, z perfekcyjnym makijażem i włosami upiętymi w schludny kok, ale pustą jak porcelanowa lalka na półce. A jednak w najgłębszych snach słyszała odległy śmiech Ani, rozbrzmiewający echem po paryskich ulicach, i szum pędzla przesuwającego się po czystym płótnie. Czy klatka miała drzwi? Czy w ogóle chciała je otworzyć?

Z każdym miesiącem ich relacja zacieśniała się, tworząc wokół nich szczelny kokon, przez który coraz trudniej przebijały się głosy z zewnątrz: esemesy dawnych znajomych i pojedyncze próby kontaktu ze strony Ani. Rozmowy o wspólnym mieszkaniu stawały się codziennością. Dla Sisi brzmiały jak obietnica bezpieczeństwa i wieczności. Nie widziała jeszcze, że w tej wizji jest coraz mniej miejsca dla niej samej, a coraz więcej dla Eryka, który uczył ją myśleć o miłości jak o zamkniętych drzwiach.

Podczas wieczornych spacerów, gdy miasteczko cichło, a ulice pustoszały po zmierzchu, słowa stawały się odważniejsze i bardziej intymne. Zawsze chodzili tą samą trasą — parkową alejką wysypaną żwirem, przy której latarnie rzucały długie cienie na wilgotną trawę, a liście kasztanowca szurały pod stopami jak szept zapomnianych marzeń. Powietrze pachniało ziemią po deszczu i dymem z kominów.

Pewnego wieczoru siedzieli na starej, drewnianej ławce w samym sercu parku, w miejscu, gdzie mrok był najgęstszy, a światła uliczne wydawały się tylko odległymi, migotliwymi wspomnieniami za drzewami. Jego ramię oplatało jej talię, a dłoń delikatnie gładziła jej ramię przez materiał swetra.

— Wyobraź sobie małe mieszkanie. Nic wielkiego, tylko tyle, ile nam potrzeba. Nasz własny kąt. Tylko ty i ja, Sisi. Bez tych wszystkich ludzi, którzy wiecznie czegoś od nas chcą. Bez twoich rodziców, wiecznie zaglądających ci przez ramię i udzielających rad o maturze i studiach. Bez koleżanek, takich jak Ania, które marnują twój cenny czas na błahe, puste plotki o imprezach i chłopakach.

Sisi wyobrażała to sobie natychmiast, z niemal dziecięcą ufnością, w której mimo wszystko czaiła się odrobina lęku. Widziała jasne okna wychodzące na wschód, poranki pachnące świeżo parzoną herbatą z cytryną i ciepłe światło padające na drewniany stół. W jej wizji były kwiaty na parapecie — stokrotki i lawenda — oraz szkicownik otwarty obok kubka. Ich śmiech rozbrzmiewał w niewielkich pokojach, z dala od presji świata.

— Myślisz, że starczyłoby tam miejsca na moją sztalugę? — zapytała cicho, niemal nieśmiało, muskając dłonią jego twarde ramię.

Przez cienki materiał koszulki czuła pod palcami napięte, twarde jak kamień mięśnie. Był to ten sam dotyk, który kiedyś dawał jej poczucie absolutnego bezpieczeństwa, a teraz, z niewiadomego powodu, budził w niej podświadomy niepokój.

— Chciałabym mieć chociaż mały kąt przy oknie, żeby móc malować, kiedy będziesz w pracy — kontynuowała, a w jej głosie, mimo woli, pojawiła się błagalna nuta. — To północne światło w nowym salonie byłoby idealne do portretów, których jeszcze nie zdążyłam stworzyć. Pamiętasz ten szkic starego mężczyzny z siwą brodą, który zaczęłam jeszcze przed wakacjami? Kontynuowałabym go tam. Wreszcie miałabym czas. Dodałabym kolory głębokiej jesieni, trochę zgniłej zieleni… To mogłoby być naprawdę dobre.

Eryk milczał przez długą, wręcz nieznośną chwilę. Nie patrzył na nią. Zamiast tego obracał w palcach pasmo jej brązowych włosów, z precyzją i powolnością, jakby sprawdzał ich wytrzymałość na zerwanie. Nitka po nitce, włos po włosie. Uśmiechał się łagodnie, niemal dobrotliwie, z rodzicielską pobłażliwością, ale jego oczy pozostały martwe, zimne i skupione na jakimś niewidocznym punkcie daleko za czarnymi, sypiącymi się koronami drzew.

W końcu westchnął głęboko, teatralnie, jakby zmuszał się do cierpliwości i tłumaczył oczywistość niegrzecznemu, rozkapryszonemu dziecku, które za nic nie pojmowało surowych praw świata dorosłych.

— Sztaluga? Sisi, kochanie, spójrz na mnie — powiedział delikatnie, lecz stanowczo.

Zanim zdążyła zareagować, ujął jej twarz opuszkami palców, wsuwając je pod brodę i zmuszając ją do uniesienia głowy. Jego uścisk był ciepły, pachniał tytoniem i męskimi perfumami, ale jednocześnie nie znosił sprzeciwu — niczym stalowy pręt ukryty w aksamitnej osłonie. Nie mogła drgnąć.

— Czy ty naprawdę, w swojej naiwności, myślisz, że będziesz miała czas na malowanie? — zapytał, a w jego głosie pobrzmiewała nuta autentycznego rozbawienia jej ignorancją. — Życie we dwoje, prawdziwe życie, to przede wszystkim obowiązki, Sisi. To nie jest zabawa w niespełnioną artystkę. To dorosłość. Prowadzenie domu, regularne zakupy, planowanie wydatków, pranie, prasowanie i dbanie o siebie nawzajem. A przede wszystkim dbanie o mnie, szczególnie po moich długich, wyczerpujących dniach w trasie, kiedy wracam do domu ledwo żywy.

Puścił jej brodę, ale tylko po to, by przesunąć dłonią po jej policzku, niemal boleśnie przyciskając kciuk do wargi.

— Po co ci te farby, Sisi? — zapytał łagodnie, ale w jego głosie nie było już miejsca na odpowiedź. — Brudzą podłogę, śmierdzą rozpuszczalnikiem i zajmują przestrzeń, której i tak będziemy mieć mało. Chcesz, żeby nasz dom od początku pachniał piwnicą? Masz mnie. Masz nas. Nie potrzebujesz uciekać w te swoje bazgroły, kiedy możemy zbudować prawdziwe życie. Czyste, spokojne, nasze. Jeśli włożysz całą tę energię w dom, zobaczysz, że to też jest sztuka. Tylko dojrzalsza.

Pochylił się nad nią, a jego oddech omiótł jej ucho. Poczuła, jak gęsia skórka pokrywa jej ramiona.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 11.03
drukowana A5
za 36.99