E-book
13.51
drukowana A5
88.83
Błędy i owędy

Bezpłatny fragment - Błędy i owędy


Objętość:
772 str.
ISBN:
978-83-8221-165-8
E-book
za 13.51
drukowana A5
za 88.83

Uwaga: w grafice tej książki uwzględniam potrzeby syntezatora mowy e-czytników, stąd niestandardowe użycie interpunkcji oraz niekiedy stylu w jakim zapisuję liczby (w tym daty), z których prawidłowym udźwiękowieniem system TTS mógłby mieć kłopoty.

+,

Motto 1: „Drogi przyjacielu, posyłam Panu dziełko, o którym nie należałoby niesprawiedliwie mówić, że nie ma ani głowy, ani ogona, skoro na odwrót, wszystko w nim jest zarazem głową i ogonem, na przemian i w stosunku wzajemnym. Proszę, niech Pan zwróci uwagę, jak niezwykle dogodny jest ten układ dla wszystkich, dla Pana, dla mnie, dla czytelnika. Możemy w dowolnym miejscu przerwać: ja — moje mrzonki, Pan — czytanie rękopisu, czytelnik — lekturę, nie zawieszam bowiem jego narowistej woli na niekończącej się nici zbędnej intrygi. Niech Pan usunie jeden człon tej fantazji, a dwa inne złączą się bez trudu; niech Pan potnie całość na fragmenty, a zobaczy Pan, że każdy może istnieć oddzielnie. W nadziei, że niektóre z członów będą dość żywe, aby spodobać się Panu i Pana zabawić, śmiem dedykować Panu całego węża”. (List Charlesa Baudelaire’a do Arsena Houssaye, wydawcy „Paryskiego splinu”. Przekład Joanny Guze)

+,

Motto 2. „Pisarz uprawia nie siebie, lecz świat w sobie. Ma nie tyle opowiadać, co się dzieje z nim, ile jak świat dzieje się w nim”. (Sándor Márai, Dziennik. Márai jest jednym z moich ulubionych autorów-memuarystów).,

+,

„BŁĘDY I OWĘDY” to dalszy ciąg mego pisanego życiem „Błędnika”, który ukazał się w roku 2012 w szczecińskim Wydawnictwie Forma. „Ciąg dalszy” znaczy dla mnie także „ciąg bliższy”, w sensie dośrodkowym czy daj Boże pogłębiającym, plus jakaś ewolucja boczna, skośna, a niechby i świdrowata: w każdym możliwym kierunku. Pozwalam sobie pisać tak, jak żyje moje życie: w każdą możliwą stronę. +, Wyrazu „błędnik” użyłem dla nazwania książki „Błędnik” w związku ze staropolską nazwą „labiryntu”, która brzmiała dokładnie „błędnik”. Gubimy się w labiryntowej egzystencji, odnajdujemy i znów się gubimy, często na własne życzenie. Szukamy nowych zagadek do znalezionych już dawniej rozwiązań i nowych pytań do odpowiedzi, które przestały nas zadowalać. +, Tytuł „Błędy i owędy” jest bezpośrednią trawestacją nazwy mego ulubionego dzieła Melchiora Wańkowicza „Tędy i owędy”, zawierającego krótkie formy sylwiczne, a opublikowanego po raz pierwszy w roku 1960.,

+,

BŁĄD. „Niejeden na ścieżce prawdy okazał się nikim, za to w błądzeniu był geniuszem”. Jest to złota czy pozłacana myśl Denisa Diderota. Sokrates powiada zaś: „Błądzenie jest przywilejem filozofów, natomiast głupcy we własnym mniemaniu nie mylą się nigdy”. A teraz Montaigne: „Tam gdzie prosty błąd liczy się za zbrodnię, zbrodnie są jedynie błędami”. A co powiedziałby na podobny temat Joyce? Może to: „Człowiek genialny nie popełnia żadnych omyłek. Jego błędy są dobrowolne i stają się wrotami odkryć”. Na koniec jeszcze Władysław Kopaliński: „Mylić się jest rzeczą ludzką, ale na to, aby coś naprawdę spartaczyć, potrzeba komputera”. Definicję tę przepisuję z jego „Słownika wydarzeń, pojęć i legend dwudziestego wieku”. ,

+,

PISANIE W SIECI. Moja odpowiedź na ankietę „Tekstów Drugich” (dwumiesięcznika wydawanego przez IBL PAN). Pytanie brzmiało: „W jaki sposób Internet zmienia twórczość literacką?” Odpowiedziałem: Jeśli o mnie chodzi, to czuję się twórcą niszowym. Rzadko pojawiam się na rynku księgarskim. Publikuję głównie w internecie, obrawszy sobie za ulubione medium fejsbukową Twarzoksięgę. Warsztatowo jestem sylwicznym epigramatystą i dosyć mi odpowiada formuła lapidarnych wpisów, wzorowanych po części na „Lapidariach” Ryszarda Kapuścińskiego, a współcześnie charakterystycznych dla Fejsbuka właśnie, i od razu komentowanych. W „Twarzoksiążce” mam pewien wpływ na to, kto podejmuje ze mną dyskusję; zjednałem sobie tutaj inteligentnych przyjaciół i cieszę się, że nasze rozmowy rzadko bywają zdawkowe czy „zastępcze”. Iluś z tych znajomych to zresztą także literaci. Urządzamy sobie online nieustający platoński sympozjon (tu jakaś ikonka puentująca). Pisząc, biorę pod uwagę zarówno zainteresowania znajomych jak też logistykę samej Sieci, wskutek czego zacząłem być, ku swemu zaskoczeniu, autorem multimedialnym, włączającym w swoje teksty grafikę, krótkie filmiki, muzykę, cytaty z portali informacyjnych i tak dalej +, (Obecne tekstowe wydanie „Błędów i owędów” nie może być multimedialne ze względu na ograniczenia wynikające z praw autorskich do części audio-wideo).,

+,

Człowiek fragmentaryczny. W „Wyznaniach i anatemach” Emila Ciorana znajduję akapit napisany jakby specjalnie dla mnie, czy o mnie: „Jego przeznaczeniem — powiada Cioran — było spełnić się poniekąd w połowie. Wszystko było w nim urywkowe, niekompletne: jego sposób bycia, jego sposób myślenia. To człowiek nie tylko składający się z fragmentów, ale sam w sobie będący fragmentem”. ,

+,

System datowania „Błędów i owędów” (lubię taką właśnie deklinację tytułu swej książki), otóż system ten zgadza się mniej więcej z zegarem w naszej kuchni, który obraca wskazówkami w lewą, a nie w prawą stronę. Kupiłem taki zegar Żonie, która jak wszystkie kobiety, zwłaszcza piękne, wolałaby się nigdy nie zestarzeć. System datowania w „Błędach i owędach” pragnąłby się także zgadzać ze stylem „osi czasu” na Fejsbuku. Fejsbuk nie jest książką kodeksową, tylko „zwojową”, w dodatku uporządkowaną pionowo, co sprawia, iż rzeczy najnowsze muszą pojawiać się w górnym zapisie, jako niby pierwsze, chociaż chronologicznie są ostatnie.,

+,

24 lipca 2019. Dziś skończyłem 72 lata. Średnia przeżywalność mężczyzn w Polsce wynosi obecnie właśnie 72 lata. Od jutra zacznę więc prawdopodobnie egzystencję nadmiarową w statystycznym życiu po życiu. Ciekawe ile tych bonusowych sezonów przede mną. +, Po południu z Anią w Józefowskiej „Poczuj Mięcie”. Pijemy kawę „amerikanę” i rozmawiamy jak poeta z poetką (lub odwrotnie). Recytuję z pamięci mojej żonie pewien swój dawny wiersz:

MEMENTO MORI, AMOR


Memento mori, amor,

nie będziemy żyć wiecznie.


Ale to wielki dar, utrata,

która nam zagraża.


Ostateczny kres

jest postrachem serc

nie dość pilnych —


lecz którzy kochankowie

mogliby powiedzieć o sobie,

że są wystarczająco pilni?


Dlatego śmiejmy się z żalu,

cieszmy się, płacząc.


Memento mori, amor.,


+,

4 lipca 2019. Pisałem dziś na Fejsbuku: W radiu TOK FM podali wyniki najnowszego sondażu wyborczego (odnoszącego się do tegorocznych jesiennych wyborów parlamentarnych). Obóz demokratury „kaczystowskiej” ma 45 procent poparcia, ugrupowania demokratyczne — od pięciu procent do dwudziestu pięciu. Ugrupowania te nadal nie wykazują chęci stworzenia jednolitego bloku antypisowskiego. Ich brak rozumu politycznego wydaje mi się porażający. +, Sięgam po notes, w którym wczoraj zapisałem coś podsłuchanego w eskaemce do Józefowa. Otóż są to dwa dosyć śmieszne zdania: 1. „Ta perspektywa nie brzmi różowo w moich oczach”. 2. „Taka jest moja własna opinia w tej sprawie i ja ją podzielam”. +, Godzina szósta 56, cały czas jeszcze rano. Co dziś będę robił? Niewykluczone, że dalej będę redagował swoje „Błędy i owędy”. Książka zapowiada się stanowczo zbyt gruba. „Mega biblion, mega kakon”, jak ostrzegał kiedyś Kallimach z Cyreny („wielka księga, to wielkie zło”). Nie zamierzam swego dzieła posyłać żadnemu wydawcy „papierowemu”. Kto przytomny zechciałby zainwestować nieodzyskiwalne pieniądze w książkę niszową tej objętości?

+,

LEK — TWOJA ŻYWNOŚĆ. Na dzień dobry biorę teraz Depresanum (inozytol + eL-tryptofan + ekstrakt z kwiatów szafranu + witamina B 6). Przy śniadaniu — Kolon C (łupina nasienna babki lancetowatej i probiotyki). W międzyczasie przyjmuję Telfexo antyalergiczne (czyli feksofenadynę). Po kolacji łykam drugą tabletkę Depresanum, a jeśli mam pracować przy monitorze, zakrapiam też do oczu Nokę przeciw wysychaniu oczu… Czytałem kiedyś książkę Jean Carper pt. „Żywność — twój lek”. Dziś coraz częściej leki stają się (jak widać) moją żywnością.,

+,

Druga w nocy. Skończyły mi się sny. Leżę w ciemnościach i czuję się jak istota wystrzelona w próżnię między- lub raczej bez-gwiezdną. Nasłuchuję, jak wiatr szarpie roletą; uderza jej listwą w ościeże okna. +, Ni stąd ni zowąd zaczynam myśleć o Virginii Woolf. Nie przepadam za jej książkami, nie odpowiada mi technika literacka oparta na strumieniu świadomości. Niemniej myślę o Virginii; w wyobraźni widzę, jak pisarka napełnia kieszenie swego płaszcza kamieniami. Wchodzi do rzeki Ouse, płynącej nieopodal jej domu w Rodmell, i brnie na głębinę. Chce się utopić. I robi to; ugina nogi i zanurza się razem z głową. I już się nie wynurza. (W dniu śmierci miała 59 lat).,

+,

Pośród ciekawych dygresji, których nie brakuje w „Złym demiurgu” Emila Ciorana, znajduję myśl dotyczącą związków między demokracją i politeizmem. Gdyby klasyczni Grecy nie byli politeistami, nie wymyśliliby systemu władzy opartej na dialogu wielu stronnictw, uważa Cioran. „Gdzieś u fundamentów demokracji (albo w podświadomości, jeśli kto woli) tkwi politeizm; i na odwrót, wszelki ustrój autorytarny łączy się jakoś z zamaskowanym monoteizmem”. Podoba mi się ten domysł. W dzisiejszej geopolityce największy opór republikanizmowi stawiają kraje islamskie, gdzie sztywne jedynobóstwo przekłada się na monarchie lub dyktatury, ewentualnie hierokracje polityczne. Chrześcijaństwo natomiast, z jego konceptem Trójcy i ludzkich półbogów wynoszonych na ołtarze, czyli „świętych”, jest de facto politeizmem i dlatego większość demokracji na świecie to demokracje chrześcijańskie (choć nie zawsze takie z nazwy).,

+,

9 czerwca 2019. Wczoraj (sobota) odbyła się w bazylice w Niepokalanowie manifestacja Wojowników Maryi, rycerskiej organizacji katolickiej założonej w roku 2015 przez salezjanina Dominika Chmielewskiego. Wojownicy wzięli udział w mszy i wszyscy przyjęli komunię, wspierając się w przyklęku na obnażonych mieczach (ciekawe czy mają pozwolenie na tę broń). Oblicza się, że Wojowników Maryi jest dzisiaj w Polsce około dwóch tysięcy. Na całym świecie przybywa zbrojnych organizacji religijnych, nie tylko islamistycznych jak Hezbollach, lecz także judaistycznych i hinduistycznych. No i katolickich. Bazą Wojowników Maryi jest opactwo pocysterskie w Lądzie nad Wartą, gdzie uplasowano Wyższe Seminarium Duchowne Towarzystwa Salezjańskiego. +, Dominik Chmielewski, założyciel rycerstwa Maryjnego, urodził się w roku 1973. Przez 15 lat trenował różne systemy walki wręcz. W wieku dwudziestu jeden lat został dyrektorem do spraw szkolenia w Polskim Związku Sztuk Walki w Bydgoszczy. Do zakonu salezjanów wstąpił w roku 1997, gdzie studiował teologię i filozofię. W roku 2005 zrobił doktorat z teologii duchowości.,

+,

Przymierzam się do internetowego portalu „If I Die.org”, gdzie można zostawić pośmiertny „list do świata”. Administratorzy zaręczają, że takie listy podlegają opublikowaniu dopiero po rzeczywistym zejściu nadawcy. No dobrze, a więc co mógłbym umieścić w tego rodzaju przesłaniu? (Powinno być ono krótkie, bo nikogo w internecie nie interesują rzeczy długie). We wstępie ulokowałbym sprawiedliwe na ile się da podziękowanie zaadresowane do tych bliźnich, którzy mi bezpośrednio towarzyszyli na ziemi (albo ja im). I więcej niż sprawiedliwe, bo entuzjastyczne w odniesieniu do tych, w których udało mi się zakochać, najlepiej z wzajemnością. Ważną apostrofę zaadresowałbym też do Ojczyzny. Ją również kochałem, choć nie bezkrytycznie. Od roku 2015 w istocie całkiem jej nie lubię. Doprowadza mnie do rozpaczy polska „dobra zmiana”, ciemnogród narodowo-katolicki, wszyscy ci nadęci głupcy przymierzający się do „polexitu”. Demokratura „kaczystów” budzi we mnie wstręt nie mniejszy, niż niegdysiejsza demokratura komunistów. +, No a jak chciałbym się pożegnać z moim własnym „ja”, w owym liście do świata? Cóż, może wcale bym się nie żegnał? Bo przywykłem do myśli, że „ja” Macieja Cisły przetrwa tak zwaną śmierć, która pozbawi mnie różnych rzeczy, ale przecież nie ducha. „Umarło ja, niech żyje ja”: tak chciałbym sobie powiedzieć w życiu po życiu, witając się z sobą za granicą świata niczym ze starym znajomym, trochę może zmienionym, ale nie do niepoznania. „Umarło ja, niech żyje ja”. — I tyle na razie mego przymierzania się do internetowego portalu „If I Die.org”. ,

+,

27 maja 2019. Rowerowałem nad Wisłę, aby z bliska zobaczyć falę powodziową, czy przedpowodziową. Och, ujrzałem arcygroźny żywioł, prawie już nie mieszczący się w korycie. Bałem się podejść do krawędzi rowu wiślanego, żeby nagły wylew nie zrobił ze mnie topielca. +, Nasza Kicieńka jest nareszcie bezpieczna na tarasie (trzecie piętro i pół), który osiatkowaliśmy kosztem tysiąca złotych (pieniądze wyłożyła Ania). Uważamy Kicię za osobę, nie za osobnika. Inteligentne koty, tak jak ludzie, delfiny, słonie i szympansy, zaliczają „test lustra”, sprawdzający, czy rozumie się swoje odbicie jako odwzorowanie swego „ja”.

+,

Od paru dni szkicuję wiersz, który jest już może gotowy, ale ja o tym wciąż nie jestem przekonany. Ciekawe co on sam o tym sądzi? Bywają utwory sprytniejsze od swych autorów (chciałem napisać „mądrzejsze”, lecz byłoby to może za wiele…):

W ŚMIERCI NIEŚMIERTELNI


Człowiek wchodzi do ciemnego pokoju,

zapala światło gasi,

wchodzi do ciemnego snu,

zapala się światło snu gaśnie,

Człowiek zapada się w nie wiadomo co.

No właśnie.


Mówią że sny bez snów podobne są

do śmierci bez śmierci.

Umierający we śnie

może nie wiedzą, że odeszli?

W śmierci nieśmiertelni.


+,

Dubito ergo sum, wątpię więc jestem… Sceptycyzm posiada zalety, lecz i to prawda, że nie należy być sceptykiem zanadto. Jako że radykalny niedowiarek gotów nie dowierzać także swej niewierze, co w efekcie przekreśla zwątpienie i może oznaczać powrót do jakiejś wiary. Zatem jeśli zależy ci na statusie sceptyka, nie bądź nim nigdy za bardzo.,

+,

23 maja 2019. Za trzy dni wybory europejskie. W związku z tym (albo i bez związku) wspominałem dziś u siebie na Fejsbuku o jednym z pierwszych wielkich Polaków-Europejczyków, Macieju Sarbiewskim (1595—1640), zwanym sarmackim Horacym, który uprawiał jeszcze poezję po łacinie i był noblistą literackim przed Noblem, by tak rzec (otrzymał laur w roku 1622 z rąk papieża-poety Urbana ósmego) (nie tylko Jan Paweł drugi aspirował do miana papieża-poety). Genialnego Sarbiewskiego przekładał na język polski m.in. Samuel ze Skrzypny Twardowski. Oto słynny „Pasikonik” Sarbiewskiego w transkrypcji Twardowskiego:

Siedzący w górze na liściu topoli,

Pijany rosy łzą, coć napój daje,

Piewiku, który strzekocąc do woli,

Milczące wokół uweselasz gaje.,


Po długiej zimie — krótka pora wiosny

Rydwanu swego raźne toczy koła:

Nuże, pospiesznie spór zacznij radosny

Ze słońcem, które do życia świat woła.,


Bo szczęścia uśmiech nie zjawia się co dnia

I prędko znika; niedługo wzrok pieści,

Rozkoszy serca płomienna pochodnia,

Dłuższą jest zwykle tęsknota boleści.,


+,

20 maja 2019. „Dobra zmiana” bez żenady ogłasza, że ma do rozdania mnóstwo kiełbasy wyborczej, pseudonimowanej jako „plusy” takie czy owakie. Oczywiście partia PiS sięga bezprawnie do budżetu państwa aby się lansować; w zawłaszczonej Erpe nie ma żadnej instancji, która umiałaby jej w tym przeszkodzić. +, Według Wikipedii wyrażenie „kiełbasa wyborcza” powstało w Galicji przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku, „w okresie demokratyzacji praw wyborczych do Rady Państwa i Sejmu Krajowego — powiada Wiki — kiedy na wniosek kół konserwatywnych wprowadzono do ordynacji wyborczej zasadę jawności głosowania. Wówczas to kandydaci na posłów, w celu zdobycia poparcia mas społecznych, organizowali pikniki z darmowym jedzeniem i piciem (głównie z kiełbasą i wódką)”, koniec cytatu.,

+,

Spoglądam za okno. Poranek żwawo się rozwija. Co z tego, myślę, gdy moje stare życie już tylko się zwija. Tacy jak ja powinni się budzić i wstawać po południu, a nie rano, wtedy, gdy dzień zaczyna się właśnie zwijać, a nie rozwijać. Niestety, zaprogramowany zostałem charakterologicznie na „skowronka”, a nie „sowę” i pewnie już nic z tym nie zrobię. Muszę wstawać rano i koniec. Próżno wierzgać przeciw swojemu chronotypowi.,

+,

16 maja 2019. Włączam komputer. Klikam w portal „naTemat” i czytam, że opublikowany tydzień temu na Youtubie film Tomasza Sekielskiego pt. „Tylko nie mów nikomu” zdążył mieć 18 milionów wejść. Jest to film dokumentalny, zrobiony za pieniądze społeczne, ukazujący rozmiary pedofilii w polskim Kościele. Stan kapłański w Trzeciej Erpe jest do cna zdemoralizowany, przy tym czuje się bezkarny, bo kryty jest przez władze pisowskie i przez hierarchów episkopalnych.,

+,

8 maja 2019. Z lubelskiej hodowli selkirków krótkowłosych przybyła dziś do nas Kicieńka, płowa jak sarenka, wyjąwszy biały gors koszuli, białe nóżki i pyszczek. Ma złote oczy, wielkie jak u tarsjusza, które naiwnie wybałusza na świat. Nazwa selkirków ma charakter eponimowy, szkoda tylko, iż założycielem rasy nie był Aleksander Selkirk, brytyjski żeglarz z osiemnastego wieku, pierwowzór postaci Robinsona Cruzoe, tak ładnie opracowanej przez Daniela Defoe. Twórcą tej rasy był jakiś Selkirk amerykański z dwudziestego wieku, raczej mało ważny, jeśli nie liczyć tego, że wykreował wyposażone w jedwabistą sierść, grzeczne kotki, podobno nieliniejące i niealergizujące. (A co do tarsjuszów, to fauna ta, należąca do Naczelnych, pochodząca z indonezyjskiego Celebesu, tak jest płochliwa, że nigdy nie zamyka na noc obojga oczu naraz. Sypia zawsze z jednym okiem uchylonym).

+,

Sięgam na półkę po „Odosobnione” Wasilija Rozanowa, zbiór krótkich, niedatowanych zapisków z ostatniej fazy egzystencji „rosyjskiego Nietzschego”. (Rozanow żył w latach 1858—1919). Wypożyczyłem „Odosobnione” w Instytucie Badań Literackich. No i teraz przeglądam, wertuję, czując rosnące nieupodobanie. Co za niechlujstwo literackie, bylejakość i chaos myślowy. Dziwię się, że Ireneusz Kania, tłumacz, świetny translator Emila Ciorana, zechciał przyłożyć rękę do tej twórczości przez duże, a właściwie przez całkiem małe „tfu”. ,

+,

PODEJRZEWAM, ŻE KAŻDY POETA MARZY O TYM, BY OŻENIĆ SIĘ Z ŻYWĄ POEZJĄ, najprościej po prostu z poetką, i mieć z nią potomstwo. Ja ożeniłem się z poetką Anią Janko i rzeczywiście urodziliśmy sobie trochę wspólnych dzieci, chociaż nie fizycznych, raczej metafizycznych, poetyckich. Oto jeden z utworów, w którym wymieszały się nasze memy (w sensie jednostek ewolucji kulturowej). Ciekawe czy ktoś zgadnie, którą zwrotkę napisałem ja, a którą moja żona?


Anna Janko,

Maciej Cisło,

OSIEM BARDZO KRÓTKICH EROTYKÓW,


1. Srebro, metal księżycowy.

Sierp, kastracja męża królowej.,


2. Miłość jest podbojem,

który uderza do bram zwycięskiej klęski.

Oddajemy się żywiołom —

aby one nam oddały

swoją naszą rozkosz.,


3. Jesteś już jak naskalny

rysunek pod moimi powiekami.,


4. I całą minutę patrzę prosto

pod słońce twoich oczu.,


5. Dlaczego zawstydzeni Adam z Ewą

zasłaniają sobie liściem figowym nie usta,

przez które wszedł w nich zakazany owoc,

tylko płeć?,


6. Przechodząc przez twoje spojrzenie,

widzę przestrzeń pomiędzy gwiazdami

i to najciemniejsze światło,

które jest Matką Świata.,


7. Lecz nawet gdy ci nie wierzę,

jest w moim sercu miejsce

dla niewiary niedostępne.,


8. Ja jestem twoim mianownikiem; cokolwiek pomyślisz nad kreską,

musi się podzielić przeze mnie. Nie ma innych rozwiązań

i nigdy już nigdzie nie odpoczniesz, tylko we mnie.

Ja jestem twoim spokojem, puentą, dojściem, portem,

morałem całego życia.,


+,

MELANCHOLIA. Po pierwsze jest nasz puchaty piesek Mela (jego pełne imię to oczywiście Melancholia). Po drugie jest „Melancholia” Albrechta Dürera, którą ściągnąłem sobie z Galerii Google’a i ustawiłem jako tło na monitorze. Po trzecie idzie o mnie samego, chronicznego pesymistę, marudę i dekadenta, podejrzewającego świat o to, że jest dziełem bogów albo wszechmogących i niedobrych, albo dobrych, lecz niewszechmogących. Po czwarte są „Problemata” Arystotelesa, gdzie znajduję rodzaj pocieszenia: „Wszyscy ludzie — powiada Stagiryta — którzy wyróżnili się bądź w filozofii, bądź w polityce, bądź w poezji, albo w sztuce i umiejętnościach, byli jak się zdaje melancholikami”. Po piąte, przypomina mi się to, co wielki religioznawca Mircza Eliade napisał w swoim „Dzienniku z Portugalii”, że ostatecznie jedyną prawdomówną formą religii jest (cóżby innego), melancholia. A teraz już puenta: w jej roli Pieśń dwudziesta czwarta Jana Kochanowskiego, z „melankoliją” w pierwszej zwrotce:

Zegar, słyszę, wybija,

Ustąp, melankolija.

Dosyć na dniu ma statek,

Dobrej myśli ostatek.


U Boga każdy błazen,

Choć tu przymówki prazen.

A im się bar-ziej sili,

Tym jeszcze więcej myli.


A kto by chciał na świecie

Uważyć, co się plecie,

Dziwnie to prawdy blisko,

Że człek — boże igrzysko.,


+,

TADEUSZ-NIETADEUSZ. Kartkuję stare zeszyty swego dziennika i natykam się w nich na wpis ze stycznia roku osiemdziesiątego drugiego, kiedy to rodzina odwiedzała mnie w białołęckim obozie internowania. Sześcioletnia córeczka Ania opowiedziała mi wtedy swój sen. „Siedziałam w więzieniu, jak teraz ty tatusiu, ale zaczarowałam się w mgłę i wyfrunęłam”. „A jakiego zaklęcia użyłaś?”, zapytałem. „Bardzo łatwego. Szepnęłam: Tadeusz-Nietadeusz, chcę być mgłą”. „I wyfrunęłaś?” „Wyfrunęłam”. ,

+,

8 kwietnia 2019. Józefów, „Poczuj Miętę”: jest to kawiarnia z częściowym repertuarem bezglutenowym. Tu z Anią-żoną na zupie cebulowej z tartą szpinakową; kompozycja ryzykowna, a jednak przyswajalna. Siadamy na zewnątrz, mimo chłodu. Ostatecznie mają tu koce firmowe do owinięcia się, gdyby ktoś miał potrzebę. Psina Mela skomli, dostaje więc kawałek tarty. Słońce malowniczo rozjarza dookolne krzewy forsycjowe. Śpiewają ptaki różnolite. Czyż tu nie jest raj, pyta Ania. Pochwalmy świat, który się dla nas aż tak stara. Kiwam głową, chwalę; sprawiedliwie jest chwalić rzeczy tego warte. I mówię z pamięci swój niedawno napisany wiersz pod tytułem „W śmieci nieśmiertelni”. Ania nie zna jeszcze tego utworu:

Człowiek wchodzi do ciemnego pokoju,

zapala światło, gasi,

wchodzi do ciemnego snu,

zapala się światło snu gaśnie.

Człowiek zapada się w nie wiadomo co.

No właśnie.


Mówią że sny bez snów podobne są

do śmierci bez śmierci.

Umierający we śnie

może nie wiedzą że odeszli?

W śmierci nieśmiertelni.

I żegnamy już „Poczuj Miętę”; uliczką Ogrodową oddalamy się „w stronę słońca”, jak w znanej piosence. Bo mieszkamy po zachodniej stronie Józefowa, a słońce zaczęło właśnie zachodzić.,

+,

Można domniemywać (nie tylko na podstawie Ewangelii Judasza), że Iskariota i Nazarejczyk umówili się co do ról, które odegrają w rytuale Odkupienia. Powtórzmy: umówili się co do tych ról. Znali się obaj bardzo dobrze, być może najlepiej w całym gronie apostolskim. Obaj zakładali, że są uzupełniającymi się narzędziami w ręku Boga. Współczesna katolicka interpretacja ofiary Judasza w połączeniu z ofiarą Jezusa, pogardzająca tą pierwszą, a przeceniająca drugą, wydaje mi się mało przenikliwa. Jedynie w prymitywnych narracjach tragicznych bohaterowi „dobremu” przeciwstawiany jest jakiś jednoznacznie „zły”. W narracjach inteligentnych bohaterowi dobremu przeciwstawiany bywa inny dobry, lecz poróżniony z tym pierwszym przez niepojęte wyroki losu, kaprys bogów etcetera. (A nie „zły” wskutek bycia „czarnym charakterem”).,

+,

28 marca 2019. Z mojego Fejsbuka: „Kogo Bóg kocha, tego doświadcza”, twierdzą fanatycy chrześcijańscy i zachęcają, aby człowiek zechciał „nieść swój krzyż”. Niestety promowanie, z powołaniem się na Boga, idei doświadczania (czytaj dręczenia) tych, których kochamy, wydaje mi się perwersyjne i okrutne.,

+,

25 marca roku 2019. Godzina szósta dziesięć. Radio TOK FM podaje, że w chorzowskim Planetarium Śląskim otwarto pawilon sejsmiczny, w którym zwiedzający mają szansę poczuć, jak to jest podczas trzęsienia ziemi w skali do siedmiu stopni Richtera. W Polsce zdarzają się tąpnięcia głównie wskutek szkód górniczych, o magnitudzie do czterech stopni. Siedmiu stopni nie doświadczamy, lecz chorzowski „pawilon sejsmiczny” stwarza nam szansę na przeżycie ekstremalne. +, Po południu studiuję „Religię bez Boga” Ronalda Dworkina. Na świecie istnieje wiele wyznań „bez Boga”, nie-teistycznych, jak buddyzm czy taoizm. No tak, jednak Dworkinowi szło w istocie o religię nie tylko bez Boga, ale i bez religii. Filozof ten (1931—2013), zebrał w książce swoje „wykłady einsteinowskie”, wygłoszone w roku 2011 na Uniwersytecie Berneńskim. Przytacza w nich między innymi poglądy metafizyczne samego Einsteina, który był ateistą, ale był także człowiekiem o bogatym życiu duchowym: „Świadomość istnienia czegoś dla nas niedocieczonego — pisał Noblista — owego objawienia najgłębszej mądrości i olśniewającego piękna dostępnego dla naszego umysłu w swym najpierwotniejszym kształcie, ta świadomość i zdolność odczuwania stanowi o prawdziwej religijności; w tym znaczeniu [ja sam] należę do ludzi religijnych”. Wyobrażam sobie, że ta mało znana deklaracja może zaskoczyć niektórych „twardych ateistów”. ,

+,

Lubię samotność, którą ja wybieram, ale nie tę, która wybiera mnie. Tymczasem już przez sam fakt bycia osobą ludzką czuję się skazany na jakieś odosobnienie. Ponieważ „osoba” jest istotą „o-sobie” (tak jak łacińska „persona” — „per se”). Nasza psychiczność ma de facto charakter dośrodkowy, wsobny, od-społeczny. Wszyscy, jako osoby, odwracamy się od stada ku jednostkowemu wnętrzu. Ku wnętrzu samotnej jednostki osobowej, o-sobie. Per-se.

+,

10 marca 2019. Skończyłem drugą już audiolekturę „Wyprawy Tschifelly’ego” — opowieści o samotnej podróży odbytej w siodle przez szwajcarskiego nauczyciela matematyki Aimé Tschifelly’ego, który trasę z Buenos Aires do Waszyngtonu (16 tysięcy kilometrów) pokonał jednym ciągiem w latach 1925—28. Dzięki podpowiedzi argentyńskich gauczów, dzielny Aimé wybrał się w swój rajd dosiadając koni rasy kriollo, o legendarnej wręcz wytrzymałości i takiejże inteligencji. Tschifelly (1895—1954) był typowym niespokojnym duchem: po studiach pedagogicznych odbytych w Bernie porzucił ojczyznę i przeniósł się do Anglii, gdzie wcale nie podjął pracy zgodnej z dyplomem, lecz zaryzykował karierę zawodowego futbolisty (miał po temu warunki fizyczne), a następnie boksera. Kiedy w Europie wybuchła wojna, nazwana potem „pierwszą światową”, odpłynął do Argentyny. W Buenos Aires przyjął posadę szefa Szkoły Języka Angielskiego; w wolnych chwilach włóczył się konno po pampasach wokół stolicy kraju. Ukończywszy trzydziestkę, postanowił dokonać czegoś więcej niż zachęcanie Argentyńczyków do mowy Szekspira. Tym czymś miał się właśnie okazać samotny rajd Aimégo przez dziką pampę, Andy i boliwijską dżunglę, przez tereny mroźne i tropikalne, bezludne i nawiedzane przez bandy desperados, którym Szwajcar umiał stawić czoła, przez malaryczne błota i zagubione wśród nich najbiedniejsze w świecie wioseczki, a również przez bogate miasta Peru, Ekwadoru, Kolumbii, Panamy, czy Meksyku, gdzie witano go niczym mitycznego „jeźdźca znikąd”. W miarę jak się posuwał naprzód, stawał się coraz sławniejszy; pisała o nim prasa obu Ameryk, przeważnie prorokując, że nie dokończy podróży, ponieważ podjął się zadania ponad ludzką i końską wytrzymałość. A jednak sfinalizował tę pielgrzymkę wedle początkowych założeń, czyli w Waszyngtonie, gdzie dokłusował aż do samego Białego Domu. Kiedy się wykąpał, ostrzygł i przebrał, doznał zaszczytu przyjęcia przez prezydenta Stanów Zjednoczonych Calvina Coolidge’a… Czuję, że wrócę do lektury „Wyprawy Tschifelly’ego” jeszcze nie raz.,

+,

3 marca w roku 2019. Minibusem 37 na Grochów do Julci, która zawsze tak serdecznie mnie wita. Zawiozłem faworki od józefowskiej Babci Heli; schrustaliśmy je ze słabiutką kawą (słabiutką, ale i tak nie spałem przez nią do pierwszej w nocy). Wiktacego (czyli Wiktora) zastałem ozdobionego wielką szopą włosów, ukształtowaną na wzór plerezy tatusia z Sinfonii Varsovii (Wiki jest już w połowie przeprowadzony do ojca na ulicę Szuberta we Włochach pod Warszawą, którego wybrał na swego głównego opiekuna po rozwodzie rodziców). Mała Maciejka (z nowego małżeństwa Julii) słała mi swoje promienne uśmiechy bezzębnej, pięciomiesięcznej staruszki. O czternastej zgłosiła się przez WhatsAppa Ania z kanadyjskiego Ontario (u nich była dopiero ósma rano). Porozmawialiśmy mało-wiele, a z dużym wzruszeniem; cóż, nie widzieliśmy się od przeszło pół roku. W minibusowej drodze powrotnej słuchałem z walkmana „Młyna w piekarni” Jarosława Abramowa-Newerlego. Dosyć zgrabne są te opowiastki z Ontario (właśnie Ontario), choć jak na mój gust zbytecznie „uchichrane”. Jako melancholik z natury, nie lubię literatury wesołkowatej. Chyba, że jest ona klasy de lux, powiedzmy jak w „Jarmarku rymów” Juliana Tuwima. Niestety Abramow-Newerly nie ma nic, ale to nic wspólnego z Tuwimem.,

+,

Przeczytałem, że kaktus sagnaro zakwita po raz pierwszy w wieku siedemdziesięciu pięciu lat. I teraz się zastanawiam, czy i ja zakwitnę jeszcze czymś „pierwszym” w podobnym wieku? Byłoby to za trzy sezony, o ile dożyję.,

+,

17 lutego roku 2019. Do końca zimy pozostał jeszcze miesiąc, lecz bociany opuściły już podobno Egipt i lecą do Polski. We Wrocławiu jest dziś 14 stopni, w Józefowie też niemało, 12. +, Rano byłem w Warszawie, gdzie prowadziłem zajęcia z adeptami „twórczego pisania” (cztery godziny). Opowiadałem im między innymi o Filipie Parkerze, amerykańskim poecie posiłkującym się w swej twórczości programami komputerowymi. Przy użyciu tychże kreuje nie tylko poezję ale też literaturę użytkową na odległe od mowy wiązanej tematy, z zakresu klimatologii, medycyny, ekonomii i czego tam jeszcze. Z zawodu jest profesorem Europejskiego Instytutu Administracji Biznesowej, mającego swą siedzibę w Paryżu. A istota rzeczy jest tutaj taka, że Parker to światowy rekordzista jeśli idzie o liczbę autoryzowanych przez siebie tytułów książkowych; Wikipedia podaje, że w internetowej księgarni Amazon ulokował jak dotąd około dwustu tysięcy dzieł. +, Opowiadałem o Parkerze, a potem jeszcze o Raymondzie Queneau (1903—76), wynalazcy literatury kombinatorycznej z okresu przedkomputerowego, autorze słynnych „Stu tysięcy miliardów wierszy” oraz „Ćwiczeń stylistycznych”, z których korzystamy na każdym roku naszego kursu „pisania twórczego”. Dokładniejszy opis algorytmu owych „Stu tysięcy miliardów wierszy” daję w moich „Błędach i owędach” pod datą dziesiątego lipca roku 2009).,

+,

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.51
drukowana A5
za 88.83