PRAWA AUTORSKIE / NOTY PRAWNE
Wszelkie prawa zastrzeżone © 2026 Oskar Bartosik
Tekst niniejszego opowiadania oraz jego kompozycja podlegają pełnej ochronie prawa autorskiego. Zezwala się na bezpłatne pobieranie, przechowywanie oraz niekomercyjne rozpowszechnianie (udostępnianie) całości niniejszego pliku PDF w celach prywatnych, pod warunkiem zachowania nienaruszonej treści oraz wskazania autora
Kategorycznie zabrania się wykorzystywania jakiejkolwiek części tekstu lub ilustracji do celów komercyjnych, ich sprzedaży, modyfikacji, tworzenia utworów zależnych oraz wprowadzania do obrotu bez uprzedniej, pisemnej zgody autora
Wszystkie ilustracje zawarte w wydaniu zostały skomponowane, zmontowane i wykończone własnoręcznie przez Oskara Bartosika przy użyciu bazy wygenerowanej technologią sztucznej inteligencji (Microsoft Bing Image Creator)
Blady Świt Flinta i kontrakt władz na przeklętego łowcę
Autor: Oskar Bartosik
Opis Świata i Geneza Konfliktu
Podgniły Ostrokół oraz otaczające go bagniska Czarnego Łęgu nie zawsze były przedsionkiem piekła. Wieki temu był to bogaty, tętniący życiem region graniczny, a Kopalnia Srebrnego Milczenia dostarczała najczystszy kruszec, który zapewniał dobrobyt całemu miastu i rodowi barona Eberharda. Wszystko zmieniło się wraz z nadejściem Wielkiej Zarazy. Tajemnicza plaga wybiła tutejszych górników, a w ślad za chorobą przyszła trująca, żółtawa mgła, która nie opuszczała moczarów nawet w południe. Ziemia stała się chora, a bagnisko zaczęło leniwie, lecz nieubłaganie podchodzić pod same kwadratowe mury warowni.
Prawdziwy mrok zalągł się tu jednak z winy dawnego wielebnego. Szukając ratunku przed klątwą bądź pragnąc zakazanej potęgi, zniósł on do najgłębszych krypt donżonu barona czarną urnę z prochami pierwszego nekromanty tego regionu. To to bluźniercze naczynie ostatecznie zatruło wodę i obudziło „chodzące cienie”. Przerażony wielebny zapieczętował podziemia zamkiem runicznym, a jedyny zardzewiały klucz oraz starożytną, rozdartą mapę ukrył w bibliotece Zatopionego Opactwa, wierząc, że nikt ich tam nie odnajdzie. Gdy lata później na bagnach pojawił się Ogr zjadacza ludzi wraz ze swoją krwiożerczą załogą kłusowników i gnomów, baron Eberhard uznał go za jedyne źródło swoich nieszczęść. Wycieńczony bezsennością i paranoją wielmoża zaczął sypać złotem, ogłaszając bajeczny kontrakt na łeb potwora dla każdego, kto potrafi utrzymać miecz lub topór. Nie wiedział jednak, że Ogr był jedynie zasłoną dymną. Prawdziwym zagrożeniem stał się Przewodniczący Kultu — czarnoksiężnik w krwistoczerwonych szatach, który na polecenie mrocznych sił odnalazł bibliotekę wielebnego, by odzyskać klucz, poskładać mapę i wskrzesić Nekromantę w jego niezniszczalnej, mięsnej powłoce.
To właśnie w ten morderczy wyścig z czasem, zwabiona zapachem monet barona, wkroczyła dziesięcioosobowa sfora kapitana Flinta, uruchamiając lawinę wydarzeń, która na zawsze miała odmienić losy Podgniłego Ostrokołu.
Rozdział I: Towarzysze Niedoli
Dym z dopalających się torfowisk ciągnął się za nimi jak całun, ale to nie smród spalenizny paraliżował gardła. Był to fetor zgniłego obłędu i czystego szaleństwa, który wiatr niósł prosto od majaczących na horyzoncie, czarnych ruin odległego, spalonego miasta.
Na czele kolumny, miarowym i ciężkim krokiem, szedł kapitan Flint. Gdyby nie poorana szramami twarz i stalowe, bezlitosne spojrzenie, można by go pomylić z ożywioną statuą z dawnego, królewskiego arsenału. Jego potężną sylwetkę spowijała gruba, porysowana od setek cięć płytowa zbroja, pokryta warstwą zaschniętego błota i patyny. Każdy krok kapitana był głośnym, metalicznym upomnieniem dla otaczającego ich świata. Na plecach, tuż pod ciężkim, szerokim strzemieniem kuszy, kołysał się masywny hełm — rzadko go zakładał, woląc, by wrogowie widzieli twarz człowieka, który za chwilę odbierze im życie. W lewej, okutej w rzemienie dłoni dzierżył nabijaną ćwiekami tarczą, noszącą ślady po toporach i rykoszetach. Prawą rękę trzymał niedbale opartą na rękojeści ciężkiej, wojskowej siekiery zatkniętej za pas, tuż obok wysłużonego, szerokiego miecza. Flint nie był rycerzem z pieśni. Był rzeźnikiem wojen domowych, który z zabijania uczynił rzemiosło.
Tuż za jego prawym ramieniem, niczym żywa góra zrodzona z najgorszych koszmarów, kroczył jego ochroniarz, Gorg. Ogr był potworny, nawet jak na standardy swojej krwiożerczej rasy. Jedno jego oko, kaprawe i wiecznie zaropiałe, uciekało lekko w bok, podczas gdy drugie, zdrowe, z sadystyczną uwagą lustrowało przydrożne zarośla. W łapie trzymał sękatą maczugę, która potrafiłaby zmiażdżyć łeb bojowego rumaka. Między nogami potwora, z cichym warkotem, mknęły trzy wielkie, pokryte bliznami ogary bojowe. Ich ślepia lśniły żółcią, a z pyszczków kapała gęsta ślina — czuły krew i strach na mile przed resztą kompanii.
Trzon bandy stanowiło trzech byłych żołnierzy regularnej armii. Ich mundury, niegdyś dumne i kolorowe, dziś były postrzępionymi łachmanami, z których spłowiałe barwy zatarł pot i proch strzelniczy. Szli w milczeniu, z zawodową czujnością trzymając dłonie na rękojeściach broni. Armia, dla której przelewali krew, przestała istnieć, a nowi władcy nie potrzebowali weteranów — potrzebowali mięsa armatniego. Dla tych trzech w świecie nie było już miejsca. Zostało im tylko rzemiosło wojenne i lojalność wobec Flinta.
Kawałek za nimi maszerowała trójka ocalałych, których kapitan wyciągnął z piekła zaledwie dwa dni temu. Dwaj włócznicy wciąż nerwowo poprawiali paski skórzanych kaftanów, a towarzyszący im samotny łucznik co chwilę spoglądał za siebie, jakby wciąż słyszał piskliwe, gardłowe wrzaski zielonoskórych. Ich oddział został zmasakrowany w leśnej zasadzce przez hordę goblinów. Gdyby nie nagłe, metodyczne uderzenie Flinta i rzeź, jaką pośród kurdupli urządził Gorg, ich ciała gniłyby teraz w przydrożnym rowie. Przyłączyli się do bandy bez słowa. Wiedzieli, że w tych stronach samotny żołnierz to martwy żołnierz.
Pochód zamykała para, która wyróżniała się z tej ponurej procesji zaskakująco dobrym humorem. Dwaj traperzy, owinięci w wilcze skóry i cuchnący tanim i silnym alkoholem, wciąż podśpiewywali pod nosami sprośne piosenki. Jeszcze rano świętowali w przydrożnej karczmie. Odebrali szczodrą, wręcz bajeczną nagrodę za łeb upolowanego.
Rozdział II: Kontrakt w Podgniłym Ostrokole
Podgniły Ostrokół witał przybyszów tym, czym był w istocie — szafotem otoczonym zaostrzonymi palami. To małe, ufortyfikowane miasteczko graniczne, wciśnięte między zdradzieckie bagniska a przeklęty las, rzadko oglądało słońce. Nawet w południe wisiała nad nim żółtawa, trująca mgła. Atmosfera paranoi była tu tak gęsta, że można ją było kroić nożem. Gdy dziewięciu zbrojnych pod wodzą kapitana Flinta, potężny ogr Gorg i warczące ogary zbliżyli się do bramy, na murach natychmiast szczęknęły cięciwy kusz.
— Stój, kto idzie! — wrzasnął z góry przerażony strażnik, kurczowo ściskając rdzewiejącą halabardę. — Bramy zamykamy przed zachodem! Żaden obcy nie wejdzie do Ostrokołu, póki noc panuje!
Flint nie odpowiedział słowem. Uniósł jedynie ramię, a stojący za nim dwaj traperzy z nieludzką precyzją unieśli swoje myśliwskie kusze, celując prosto między oczy strażnika. Gorg splunął pod nogi, wydając z siebie głęboki, gardłowy ryk, od którego zadrżały drewniane umocnienia. Strażnicy zbledli. Chwilę później ciężka, dębowa brama uniosła się zgrzytliwie. Mieszkańcy miasteczka, przemykający pod ścianami ryglowanych od wewnątrz domostw, odprowadzali bandę wzrokiem pełnym nienawiści i głębokiej, pierwotnej trwogi. Każdy tu bał się własnego cienia.
Powód tej paranoi stał się jasny, gdy Flint i jego ludzie stanęli przed lokalnym wielmożą, baronem Eberhardem, rezydującym w wilgotnym, kamiennym donżonie. Szlachcic był wrakiem człowieka, zdesperowanym i wycieńczonym przez bezsenność. Jego dłonie trzęsły się tak bardzo, że rozlewał wino z posrebrzanego kielicha. Szukał obcych do wykonania brudnej roboty, bo nikogo innego już nie miał.
— Wszyscy moi stróże prawa, najlepsi tropiciele i łowcy, którzy ruszyli w lasy… zniknęli bez śladu — mówił łamiącym się głosem, rzucając na stół ciężką sakwę, w której głośno brzęczały złote korony. — Z okolicznych osad masowo giną chłopi. Ci nieliczni, którzy zdołali uciec i dotrzeć do moich bram, postradali zmysły. Majaczą o „chodzących cieniach” i „śpiewie w ruinach”, który wzywa ich po imieniu wprost w objęcia nocy. Nie mam już kogo wysłać. Moje wojsko to dzieciaki ze skórzanymi tarczami. Płacę złotem… płacę każdemu, kto potrafi utrzymać miecz, topór lub rzucić urok. Przyprowadźcie mi ich głowy. Albo to, co z nich zostało.
Flint zgarnął sakwę, uderzył pięścią w napierśnik na znak przyjęcia kontraktu i skinął na swoich ludzi. Znali już kierunek.
Rozdział III: Krajobraz Za Murami
Gdy ciężka, dębowa brama Podgniłego Ostrokołu z łomotem zamknęła się za plecami kompanii kapitana Flinta, bezpieczny świat przestał istnieć. Granicę cywilizacji wyznaczał tu pas spalonej, jałowej ziemi, usiany rzędami zaostrzonych palów, na które strażnicy nabijali łby dzikich bestii. Dalej rozciągał się tylko bezkresny, ponury krajobraz. Ziemia była tu chora — pokryta plamami rdzawego mchu, popękana i wiecznie podmokła. Powietrze smakowało stęchłym mułem, a każdy krok zbrojnych wyciskał z podłoża bąble gnilnego
gazu.
Pierwszym przystankiem na ich krwawym szlaku była Wymarła Wólka. Ta mała wioska rolnicza została całkowicie opuszczona w ciągu zaledwie jednej nocy. Gdy weterani Flinta wkroczyli między chaty, uderzyła ich nienaturalna, grobowa cisza. Nie było tu ciał, nie było śladów walki ani krwi. Wyglądało to tak, jakby mieszkańcy po prostu wstali i wyszli w mrok. W glinianych garnkach na stołach wciąż stało spleśniałe, niedokończone jedzenie, a na kołowrotkach gniły nienaruszone motki lnu. Najbardziej niepokojący był jednak widok drzwi każdej z chat. Ktoś — lub coś — wyrył na nich głębokie, świeże, bluźniercze symbole przypominające wijące się robactwo.
Ślady prowadziły w jedno miejsce: w głąb Czarnego Łęgu. Był to bagienny, nienaturalnie gęsty las otaczający region. To właśnie tam przepadli zaginieni stróże prawa z miejskiego garnizonu. Mgła w tym miejscu nie była zwykłym zjawiskiem — była gęsta, tłusta i zdawała się mieć własną, złośliwą wolę. Pod nogami co chwilę trzaskały kości zwierząt, a traperzy musieli uważać na sprytnie zamaskowane pułapki i sidła. Z mroku co chwilę dobiegało ujadanie zdziczałych, chudych psów, które krążyły wokół bandy niczym sępy, odganiane tylko przez potężne warknięcia bojowych ogarów Flinta.
Głębiej las ustępował miejsca Gnijącym Rozlewiskom. Te bezkresne bagna były labiryntem czarnej, stojącej wody, pełnym zdradliwych „czarnych ok” — dołów chłonnych głębokich na kilkanaście metrów, mogących w sekundę wciągnąć człowieka w ciężkiej zbroi płytowej. Gdy zaszło słońce, nad wodą zatańczyły blade, zielonkawe ogniki. A wraz z nimi nadszedł on — cichy, wysoki śpiew niosący się od Zatopionego Opactwa, którego zrujnowane gotyckie kontury majaczyły na horyzoncie.
Rozdział IV: Cienie Przeszłości i Niemy Świadek
Noc w Czarnym Łęgu była zimna, ale kapitan Flint nie pozwolił na rozpalenie dużego ognia. Mały płomień, osłonięty kłodami w ruinach na wpół zatopionej kapliczki, rzucał drżące cienie na twarze zbrojnych. Atmosfera była napięta. Traperzy, wciąż lekko oszołomieni po wczorajszym pijaństwie, szeptem kłócili się o celność swoich kusz, co irytowało trzech milczących weteranów.
— Sztywni jesteście — rzucił w końcu starszy z traperów. — Wygrany kontrakt to wygrany kontrakt, złoto zaraz wpadnie do sakwy.
Jeden z trzech milczących żołnierzy, potężny mężczyzna z głęboką blizną na oku, uniósł
głowę.
— Zamknij gębę, chłopie. Nie masz pojęcia, o czym mówisz. Służyliśmy z Flintem w armii, która przestała istnieć. Braliśmy zlecenia, na które inni pluli ze strachu. Do czasu. Nasz ostatni kontrakt… ten, który rozbił nasz oddział, to była robota na wampirzego lorda. Flint odłożył osełkę, a jego stalowe oczy błysnęły w świetle ogniska.
— Zostawiliśmy tam krew i honor, ale nie wróciłem z pustymi rękami — ciągnął kapitan. — Gdy ten potwór rżnął moich ludzi na dziedzińcu, zrozumiałem, że kontrakt jest martwy. Kto walczy o przegraną sprawę, ten kończy jako trup. Wykorzystałem moment, gdy bestia rozszarpywała mojego zastępcę. Wdarliśmy się do wewnętrznej krypty wampira. Łupiliśmy, co się dało, pakując w pośpiechu starożytne wota, rodowe sygnety i zdobione kamieniami puginały — wszystko, co ten potwór zniósł do swojej nory przez stulecia rzezi. Gorg taranował ramieniem dębowe kufry, a my zgarnialiśmy łup, podczas gdy z dziedzińca dobiegały ostatnie wrzaski naszych konających braci.
Traperzy słuchali w absolutnym milczeniu. Pijacki humor z nich wywietrzał.
— Ruszyliśmy w dalszą drogę bez obiecanej nagrody — podsumował kapitan. — Ścigani za porzucenie pola bitwy. Przez całe tygodnie przedzieraliśmy się przez lasy. Ale łupy z wampirzego leża… to one utrzymały nas przy życiu. Sprzedawaliśmy te błyskotki paserom, płacąc potrójną cenę za milczenie. Z tego złota wykarmiłem Gorga, bo bez jego maczugi nie wyszlibyśmy z tamtego zamku. Z tego złota kupiłem i wyszkoliłem te trzy bestie. Moja sfora nie zdradzi za parę srebrników. Te „chodzące cienie” i „śpiew z ruin” pachną mi tą samą zgniłą magią, która zniszczyła mój dawny oddział. A teraz na straż. Śpiew robi się głośniejszy.
Gdy nastał blady świt, prawda o zaginionych łowcach okazała się bardziej potworna, niż mówił baron Eberhard. Oni nie zginęli. Zostali sprymitywizowani, złamani i opętani przez czarnoksiężnika władającego przeklętym artefaktem w Zatopionym Opactwie. Dawni stróże prawa służyli teraz wrogowi jako bezwzględni, bezgłośni zabójcy, którzy doskonale znali teren i polowali na ludzi Flinta z ukrycia.
Gdy kompania parła naprzód, ogary dopadły do zwalonego pnia dębu. W bagnistej dziurze ukrywał się młody chłopak — jedyny ocalały świadek z Wymarłej Wólki. Trząsł się z przerażenia, a gdy Flint uniósł jego podbródek, żołnierze cofnęli się z obrzydzeniem. Chłopak miał świeżo i brutalnie obcięty język. Gdy z kierunku Opactwa dobiegł wysoki szept, niemy chłopak zaczął panicznie drapać ziemię. Jeden z traperów podał mu kawałek węgla i skórzany worek — chłopak, mimo obłędu, zaczął kreślić dokładną mapę bagnisk, zaznaczając bezpieczne ścieżki i kryjówki zabójców.
Nagle mgła przed nimi rozstąpiła się. Na szczycie bagnistej grobli stanęła wysoka, zniekształcona sylwetka. To był Zepsuty Zastępca, dawny podwładny miejskiego szeryfa, teraz zmieniony przez mutacje potwór, który pod pękniętym pancerzem straży miejskiej krył nienaturalnie wydłużone ramię zakończone kostnymi szponami.
— Zawróćcie… — wycharkał zniekształcony głos potwora, a jego słowa poniosły się po bagnach. — Śmierć jest jedynym oczyszczeniem dla tego regionu! Pan z Opactwa już was
słyszy!
Zanim Flint zdążył wydać rozkaz, Zepsuty Zastępca rozpłynął się we mgle, a z boków na maszerującą dziesiątkę posypały się pierwsze zatrute strzały bezgłośnych zabójców.
Rozdział V: Zamknięte Bramy
Walka na bagnistej grobli była krótka i chaotyczna. Gorg zmiażdżył maczugą dwóch zmutowanych napastników, ale sprytni wrogowie zdołali zranić zatrutą strzałą samotnego łucznika kompanii. Zepsuty Zastępca uciekł w głąb mgły, a w szeregi rekrutów błyskawicznie wkradła się panika.
— Wrócimy tam i poumieramy jak psy! — wrzeszczał młodszy z włóczników, patrząc z przerażeniem na czerniejące żyły swojego rannego brata z łukiem. — Wracajmy do Ostrokołu! Tam jest bezpieczny mur!
— Starczy tego! — metaliczny głos Flinta potężnie przeciął lamenty. Wizjer jego ciężkiego hełmu opadł z głośnym stukotem. — Chcecie wracać? Droga wolna. Ale baron Eberhard każe zamknąć przed nami bramy przed zachodem słońca. Nie wpuści nas ze strachu, by nie ściągać gniewu pana z Opactwa na miasto. Zostawi nas na tym pustkowiu pod murami, żeby zabójcy Zastępcy skończyli robotę na jego oczach. Baron płaci złotem, ale karmi się paranoją!
Słowa kapitana oraz dokładna mapa niemego chłopca, którego Gorg niósł teraz bezpiecznie na potężnych ramionach, natychmiast przywróciły porządek w szeregach. Ranny łucznik cicho jęczał, gdy fioletowy, gnilny jad pulsował w jego ciele w takt przybierającego na sile, hipnotyzującego śpiewu. Przed nimi, pośród czarnych rozlewisk Czarnego Łęgu, wyrosły wreszcie zniszczone, gotyckie ściany Zatopionego Opactwa.
— Koniec narady — dudnił Flint zza żelaznej maski, mocno unosząc wojskową siekierę. — Wchodzimy przez główny portal. Sprawdzimy, co tak pięknie śpiewa w tych ruinach.
Rozdział VI: Kult Zapomnianej Ziemi
Bagna nie pozwalały na chwilę oddechu. Choć woda robiła się coraz głębsza, a fioletowy jad w żyłach zranionego łucznika pulsował coraz gwałtowniej, niemy chłopiec kurczowo szarpnął ramię Gorga. Swym brudnym palcem wskazał jedyną drogę, która pozwalała ominąć najgłębsze doły chłonne. Prowadziła ona przez nienaturalne wzniesienie, gdzie z czarnej mazi wyłaniały się zrujnowane, kamienne mury.
Był to stary, zapomniany cmentarz, o którym baron Eberhard nawet nie wspomniał w donżonie. Wieki temu grzebano tu skazańców i ofiary dawnych zaraz, zanim bagnisko upomniało się o ten region. Teraz z gnijącej ziemi sterczały pochylone, omszałe nagrobki, popękane krypty i żelazne, zardzewiałe krzyże.
— Szefie, patrz tam — szepnął starszy z traperów, gwałtownie ściągając wodze jednego z bojowych ogarów.
W samym sercu cmentarza, wokół na wpół zapadniętego grobowca rodowego, tliło się blade, purpurowe światło. Smród palonych ziół i siarki mieszał się tu z odorem rozkładu. Czterech kultystów stało wokół kamiennego sarkofagu. Ich widok sprawił, że nawet doświadczeni weterani Flinta odruchowo zacisnęli dłonie na rękojeściach broni. Byli odziani w długie, krwistoczerwone szaty, a ich głowy skrywały wysokie, spiczaste, czarne kaptury z wyciętymi otworami na oczy — wyglądali niczym upiorny, nocny klan sędziów-katów. W dłoniach nie trzymali jednak mieczy ani rycerskich włóczni. Każdy z nich dzierżył zardzewiały, zębaty sierp do żęcia zboża. W tym przeklętym miejscu te proste narzędzia rolnicze wyglądały potworniej niż jakakolwiek wojskowa stal — kultyści nie zbierali plonów, oni zbierali ludzkie mięso dla swojego pana.
Na ołtarzu z rozbitego nagrobka leżał związany sznurami chłop, jeden z zaginionych mieszkańców pogranicza. Nad nim stał ich przewodnik — plugawy kapłan, odziany w identyczny, czarny kaptur, lecz z szatą pokrytą fioletowymi runami. Trzymał w górze wielki, rytualny sierp, którego zakrzywione ostrze lśniło w poświacie ogniska. Monotonnie recytował inkantację w nieznanym, gardłowym języku, a z rozkopanych grobów wokół niego zaczęły powoli wygrzebywać się trupie dłonie dawnych skazańców.
— Żadnych krzyków — rozkazał cicho Flint, a jego głos zza żelaznego wizjera brzmiał jak wyrok. — Traperzy, zdejmijcie tego ze sztyletem, zanim rozleje krew. Weterani, formować klin. Gorg… zrób tam porządek.
Ciszę cmentarza przeciął głośny, podwójny trzask kusz traperów. Dwa ciężkie, stalowe bełty z nieludzką siłą uderzyły w pierś kapłana kultu, rozrywając czarny materiał kaptura i odrzucając go do tyłu na kamienny sarkofag. Nim kultyści w czerwonych szatach zdołali unieść swoje sierpy, z mgły wypadła sfora ogarów bojowych, skacząc im wprost do gardeł. W tym samym ułamku sekundy Gorg z rykiem, który rozniósł się po bagnach na mile, wpadł między nagrobki. Jeden z kultystów spróbował ciąć go sierpem w udo, ale zardzewiałe ostrze jedynie ześlizgnęło się po grubej, skórzastej skórze potwora. Sekundę później sękata maczuga Gorga z potwornym chrzęstem zmiażdżyła spiczasty, czarny kaptur napastnika razem z jego czaszką, posyłając zwłoki prosto w otwartą mogiłę. Flint i trzej weterani wkroczyli zaraz za nim, metodycznie eliminując resztki kultu. Siekiera kapitana cięła z góry, odrąbując dłoń uzbrojoną w sierp kolejnemu szaleńcowi w czerwieni. W kilka minut zapomniany cmentarz spłynął świeżą, czarną krwią. Związany wieśniak, trzęsąc się na ołtarzu, patrzył na swoich wybawicieli z mieszaniną ulgi i czystego
przerażenia.
Flint podszedł do sarkofagu, na którym leżał martwy kapłan. W jego zaciśniętej dłoni dostrzegł małą, fioletową sferę z kości — mniejszy talizman połączony magią z głównym artefaktem z Opactwa. Kapitan zmiażdżył go ciężkim, okutym butem. W tym samym momencie fioletowy jad w żyłach zranionego łucznika przestał pulsować, a chłopak złapał głęboki, spokojny oddech.
— To tylko jedna z ich zabawek — mruknął Flint, wycierając ostrze siekiery o czerwoną szatę denata. — Rozwiązać wieśniaka. Niech traperzy dadzą mu nóż i niech pilnuje
rannego w tej krypcie. Reszta za mną. Zatopione Opactwo jest tuż przed nami, a ich kapłani już wiedzą, że idziemy.
Rozdział VII: Strażnicy Ukrytej Wiedzy i Rozdarta Mapa
Czarne, dębowe wrota Zatopionego Opactwa były spróchniałe i na wpół zgnite od wiecznej wilgoci, ale wciąż trzymały się na potężnych, żelaznych zawiasach. Z wnętrza zrujnowanej nawy głównej sączyło się gęste, pulsujące fioletem światło, a wysoki, hipnotyzujący śpiew wibrował w powietrzu tak mocno, że ogary Flinta odmawiały posłuszeństwa, cicho skomląc i przyciskając uszy do łbów.
Dzięki wskazówkom uratowanego na cmentarzu wieśniaka, banda oparła się magii dźwięku. Kapitan Flint skinął na Gorga. Potwór nie potrzebował dalszych rozkazów. Uniósł swoją sękatą maczugę i z nieludzkim rykiem runął całym ciężarem ciała na przeszkodę. Wrota ustąpiły z głośnym trzaskiem, pękając na setki ostrych drzazg, które z pluskiem wpadły do zalanej wodą nawy. Kompania Flinta wdarła się do środka z obnażoną stalą i naciągniętymi kuszami, gotowa na wszystko.
Widok, który zastali wewnątrz, natychmiast
wyjaśnił powód obecności kultu w tym zalanym piekle.
Kultyści w krwistoczerwonych szatach i wysokich, czarnych, spiczastych kapturach nie odprawiali modłów. Zostali zaskoczeni w samym środku brutalnych, chaotycznych
poszukiwań.
Wokół zrujnowanego ołtarza woda sięgała im do kolan, a dziesiątki z nich, brodząc v czarnej mazi, zawzięcie rozbijały kilofami i łomami kamienne ściany dawnego klasztoru. Wokół nich walały się zbutwiałe szczątki starożytnych regałów i setki porozrzucanych, nasiąkniętych wilgocią woluminów. Szukali czegoś konkretnego — dawne opactwo było niegdyś domem dla potężnej, niesamowicie bogatej biblioteki. To tutaj, przed wiekami, dawny wielebny gromadził i ukrywał przed światem najmroczniejsze księgi zakazanej wiedzy.
Gdy tylko dębowe wrota pękły pod ciężarem Gorga, sekciarze drgnęli. Zza czarnych kapturów błysnęły dziesiątki par oczu przeżartych szaleństwem.
— Intruzi! — wrzasnął jeden z nich, unosząc zardzewiały, zębaty sierp. — Zabić ich! W ułamku sekundy całe gniazdo kultu rzuciło się do wściekłego ataku. Ruszyli ławą, brodząc w wodzie niczym stado wygłodniałych upiorów.
— Trzymać szyk! — ryczał Flint, opuszczając wizjer hełmu. — Kusznicy, czyścić galerie! Weterani, mur tarcz!
Klasnęły potężne cięciwy kusz traperów i sprawnych łuków. Trzy pierwsze czerwone szaty zalały się krwią i padły bezwładnie w czarną toń. Chwilę później nastąpiło potworne, metaliczne uderzenie. Gorg parł do przodu jak żywy taran, a jego maczuga z głuchym gruchotem łamała spiczaste kaptury, rozbryzgując wodę i krew na spękane, gotyckie filary świątyni. Flint stanął ramię w ramię z trzema wiernymi weteranami. Jeden z kultystów doskoczył do kapitana, próbując zahaczyć zębatym sierp em o szczelinę w jego ciężkiej, płytowej zbroi. Weteran zablokował cios nabijaną ćwiekami tarczą i potężnym zamachem wojskowej siekiery rozpłatał czarny kaptur szaleńca aż do piersi. Walka w zalanej bibliotece była krwawa, ciasna i bezwzględna.
Woda w zalanej nawie głównej ukołysała się z wolna, leniwie obmywając dryfujące trupy. Więksi dygnitarze kultu zdołali jednak zbiec przez zamaskowane, sekretne przejście ukryte za ołtarzem. Jeden z nich nie miał szczęścia — weteran Flinta dopadł go i potężnym pchnięciem miecza przybił do drewnianego regału. Wojskowe ostrze przeszło na wylot przez pierś kultysty, a także przez grubą, skórzaną tubę, którą ten kurczowo ściskał pod
pachą.
Flint podszedł powoli, wyrywając stal z drewna i ciała. Z lodowatej dłoni denata wyciągnął ciężki, zardzewiały klucz o skomplikowanym wzorze zębów, przypominającym splecione korzenie drzew. Gdy rozwinął zawartość skórzanej tuby na fragmentach ołtarza, weterani weterani natychmiast staneli kręgiem.
Wewnątrz znajdowała się starożytna, kreślona na pergaminie mapa całego regionu
Podgniłego Ostrokołu. Niestety, szerokie ostrze, które zabiło kultystę, przeszło idealnie przez środek dokumentu. Mapa była rozdarta, umazana czarną krwią, a cała dolna część została w rękach uciekających przywódców.
— Przekleństwo… — mruknął weteran z blizną na oku. — Widzimy tylko szlaki wokół miasta i położenie tej biblioteki.
Flint uniósł zardzewiały klucz do oczu.
— Nie wszystko stracone. Mamy część mapy i klucz do sekretu. Czas wracać pod mury Ostrokołu. Zmusimy alchemika albo szlachcica do wyjawienia, co ten klucz otwiera. Formować szyk, wracamy do Ostrokołu!
Rozdział VIII: Przypadkowe Odkrycie u Bram
Zimny, bagnisty deszcz bębnił o zaostrzone pale Podgniłego Ostrokołu, gdy kompania kapitana Flinta wyłoniła się wreszcie z gęstych oparów Czarnego Łęgu. Trzej weterani ostrożnie nieśli zranionego na cmentarzu łucznika, a potężny Gorg szedł na tyłach, niosąc na zbroczonym pancerzu skuloną Hannę oraz niemego chłopca. Gdy sfora ogarów bojowych zaszczekała wściekle u bramy, na murach natychmiast szczęknęły ciężkie kusze miejskie.
Wizjer ciężkiego hełmu Flinta uniósł się z głośnym stukotem. Z góry, oparty o mokrą balustradę palisady, patrzył na nich Szeryf. Jego twarz była szara ze zmęczenia, a pod oczami widniały sine ślady od wielotygodniowej bezsenności. Obok niego stało tylko dwóch ocalałych pomocników.
— Wróciliście — warknął Szeryf, a jego chrapliwy od chłodu głos ledwo przebijał się przez szum ulewy. — Baron Eberhard pytał o was co godzinę. Gdzie łeb tego potwora? Przyprowadziliście Ogra ludojada, czy tylko marnujecie mój czas?
— Otwieraj bramę, Szeryfie — dudnił Flint, a jego stalowe spojrzenie przewiercało dowódcę straży miejskiej. — Tropiliśmy Zjadacza Ludzi, ale zamiast jego leża, natknęliśmy się na coś, o czym wasz baron chyba nie ma pojęcia.
Ciężka, dębowa brama uniosła się zgrzytliwie, wpuszczając dziesiątkę najemników do środka. Szeryf zszedł z palisady i od razu odruchowo położył dłoń na rękojeści miecza, z głęboką nieufnością mierząc wzrokiem potężną sylwetkę Gorga.
— Ten ogr… — zaczął podejrzliwie Szeryf, ale Flint wszedł mu w słowo.
— Gorg jest ze mną, słucha tylko moich rozkazów i przed chwilą roztrzaskał łby sekciarzom, którzy polowali na twoich ludzi — uciął twardo kapitan.
Najemnicy nie poszli od razu do donżonu. Zatrzymali się w kordegardzie, tuż pod murami, gdzie w żelaznym koszu paliło się małe, koksowe ognisko. Flint rozłożył na drewnianym stole zbroczony gnilną posoką, rozdarty pergamin z biblioteki, a obok położył ciężki, zardzewiały klucz o skomplikowanym wzorze zębów. Szeryf podszedł bliżej, odprawiając gestem swoich dwóch strażników.
— Co to, do diabła, jest? — spytał stróż prawa, bacznie przyglądając się rozdartej mapie, na której pośrodku widniała wielka dziura po szerokim ostrzu weterana. — To nie należy do
ludojada.
Ten potwór nie rysuje map i nie kuje kluczy.