E-book
7.88
drukowana A5
40.38
Błąd w scenariuszu

Bezpłatny fragment - Błąd w scenariuszu


Objętość:
203 str.
ISBN:
978-83-8455-821-8
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 40.38

Błąd w scenariuszu
PROLOG

Wszystko zaczęło się od błędu — od jednej, fatalnej sekundy zawahania na Poznańskim parkingu, która uruchomiła lawinę nieodwracalnych zdarzeń. To była specyficzna, lepka aura późnego sierpnia; powietrze w jak to w mieście obrośniętym z każdej strony wysokimi budynkami stało w miejscu, pachnąc nagrzanym asfaltem i kurzem. Ania szła w stronę biurowca, czując na karku palące słońce, dokładnie tam, gdzie pod ciemnymi włosami skrywała swój mały tatuaż modliszki. Kiedyś, w tej części życia o której woli mówić inne, taki upał oznaczał duszne mieszkanie i odór nieszczęścia, z którego desperacko próbowała się wyrwać. Wywalczyła sobie ten sierpień i swoją wolność, nie wiedząc, że czerwona sukienka, którą pożyczyła od przyjaciółki, stanie się jej zbroją, a potem przekleństwem. Miała na jeden wieczór stać się Anastazją Wleń — profesjonalistką, kobietą sukcesu, która bez lęku wchodzi w świat wielkiego biznesu. Nie wiedziała jednak, że scenariusz tego wieczoru został napisany przez kogoś, kto potrafił zamienić sierpniowy zachód słońca w najgorszy koszmar.

Dla Aleksa to zlecenie miało być ostatecznym wyjściem z mroku. Przez dekadę jego brat, Dawid, był właścicielem jego życia, przypominając mu o długu wdzięczności za noc sprzed lat, gdy wyciągnął do niego pomocną dłoń po domowej tragedii wtedy jeszcze nie widział że podając mu dłoń jednocześnie podłożył mu nogę. Brat był w jego oczach na ten moment bohaterem, ale niestety okazał się tym z serii czarnych charakterów. Aleks, będący w cieniu był mózgiem operacji budujących karierę brata, musiał spłacić tę ostatnią przysługę: sprowadzić do Gdańska kobietę, która rzekomo zniszczyła Dawidowi życie. Operacja w Poznaniu przebiegła gładko, z niemal chirurgiczną precyzją. Kiedy niósł ją do auta, była zadziwiająco lekka i pachniała słońcem. Dopiero w gdańskim apartamencie, gdy kajdanki szczęknęły o metalową ramę łóżka, a ostre światło lampy wydobyło z mroku twarz porwanej, prawda uderzyła go z siłą fizycznego ciosu. To nie mogła być prawda, życie po raz kolejny sobie z niego zakpiło — pomyłka, która stała się początkiem wojny między lojalnością a rodzącym się uczuciem. Modliszka na jej szyi zdawała się milczącym ostrzeżeniem, że w tej grze to myśliwy może stać się ofiarą.

ROZDZIAŁ 1 — FATALNA POMYŁKA

To była ta specyficzna, lepka aura późnego sierpnia. Powietrze w Poznaniu stało w miejscu, pachnąc nagrzanym asfaltem i kurzem, ale w myślach czułam już chłód jeziora i zapach sosnowego lasu. To miał być nasz wielki finał lata — ostatni wspólny wypad, zanim jesień na dobre wbije nam pazury w harmonogramy.

Szłam w stronę biura, a słońce, wiszące nisko nad kamienicami, piekło mnie w kark, dokładnie tam, gdzie pod włosami krył się mój mały tatuaż modliszki. Kiedyś, w tamtym innym życiu, ten upał oznaczał tylko jedno: duszne mieszkanie, w którym okna nie otwierało się ze wstydu przed sąsiadami, i matkę, która w takie dni „odpływała” szybciej, mieszając tani alkohol z czymś, co kupowała od kolesi pod bramą. Pamiętam ten zapach — słodkawy, chemiczny odór potu i nieszczęścia. Dzisiaj, idąc w stronę klimatyzowanego biurowca, czułam, jak te wspomnienia próbują mnie dogonić, ale stukot moich obcasów skutecznie je zagłuszał. Wywalczyłam sobie ten sierpień. Wywalczyłam sobie tę wolność.

— Jesteś wielka! Kocham cię, pa! — Głos Anty wciąż brzmiał mi w uszach, gdy wchodziłam do jej mieszkania.

— Dobra, oszczędź mi tych wazeliniarskich tekstów i dawaj tę kieckę — mruknęłam, rzucając torebkę na fotel.

W sypialni Anty panował luksusowy nieład. Na łóżku leżała czerwona sukienka od Lou. Wyglądała jak plama krwi na białej pościeli. Kiedy ją nałożyłam, poczułam, jak materiał opina moje ciało, nadając mi kształty, których na co dzień starałam się nie eksponować zbyt mocno. To była zbroja. Pancerz na wieczór, który miał być szybkim formalnym obowiązkiem, a stał się przepustką do weekendu.

Anta chwyciła pędzel i zaczęła nakładać mi podkład. Jej dłonie były pewne, pachniały drogim kremem do rąk. Ten zapach… to był zapach bezpieczeństwa. Zupełne przeciwieństwo tamtego brudu, z którego uciekłam.

— Słuchaj, ten Matuszyński to podobno konkretny gość — trajkotała Anta, malując mi rzęsy. — Ale ty go zjesz na śniadanie. Pamiętaj, idziesz tam jako ja. Anastazja Wleń. Specjalistka, profesjonalistka, kobieta sukcesu. Nie jakaś tam Ania, która boi się, że szef krzywo spojrzy.

— Nie boję się szefa, Anta. Boję się tylko, że przez twoją mamusię stracę najlepszy zachód słońca nad jeziorem w tym roku — odgryzłam się, ale w duchu dziękowałam jej za te „szczęśliwe” buty, które właśnie wsuwałam na stopy.

Czarne koturny dodały mi kilku centymetrów i mnóstwo pewności siebie. To były buty, w których Anta zostawiła Dawida — największego dupka w historii poznańskiego marketingu. Pamiętam go: dyrektor techniczny, który traktował ludzi jak pionki w swojej prywatnej grze. Fakt, że przeniósł się do Gdańska, był najlepszą rzeczą, jaka spotkała naszą firmę. Od tamtej pory sierpień smakował znacznie lepiej.

— Wyglądasz obłędnie — szepnęła Anta, podając mi teczkę z logotypem firmy. — Leć. Za dwie godziny widzimy się u Gośki.

Wyszłam na klatkę, czując, jak sierpniowe powietrze bucha mi w twarz. Szłam do sali konferencyjnej, mijając puste już biurka kolegów, którzy dawno zaczęli weekend. Czułam się jak aktorka wchodząca na scenę. Nie wiedziałam tylko, że scenariusz tego wieczoru nie został napisany przez moją przyjaciółkę, a przez kogoś, kto znał moje imię znacznie lepiej, niż mogłabym przypuszczać.

Gdy pchnęłam szklane drzwi sali konferencyjnej, uderzył mnie chłód klimatyzacji. Przy stole siedział mężczyzna. Nie patrzył na dokumenty. Wpatrywał się prosto w drzwi, a w ręku trzymał długopis, którym rytmicznie uderzał o blat.

— Pani Anastazja? — zapytał, a jego głos był głęboki, spokojny i dziwnie znajomy, choć widziałam go pierwszy raz w życiu. — Czekałem na panią.

ON

— Cześć, czego chcesz? — rzuciłem w słuchawkę, starając się, by mój głos brzmiał jak głaz, choć w środku wszystko we mnie drżało na dźwięk tego numeru.

— Pamiętasz, gnoju, że wisisz mi przysługę? — Głos Dawida był gładki, pozbawiony emocji, dokładnie taki sam jak wtedy, gdy dziesięć lat temu wyciągał mnie z radiowozu, zanim policja zdążyła spisać moje dane.

— Pamiętam. Mam nadzieję, że masz już jakiś pomysł i będę mógł w końcu spłacić ten dług, żebyś raz na zawsze się ode mnie odjebał i dał mi żyć.

Czułem, jak pot spływa mi po karku. Dziesięć lat. Tyle czasu minęło od nocy, której nigdy nie zapomnę. Byłem dzieciakiem, wściekłym na świat, na ojca, który nas zostawił, i na matkę, która przestała nas zauważać. Zrobiłem coś głupiego, coś, za co powinienem gnić w poprawczaku. Dawid mnie uratował. Ale w naszym domu nic nie było za darmo. Mój brat nie oferował ratunku — on oferował inwestycję. Przez dekadę był właścicielem mojego życia, cieniem, który pojawiał się zawsze wtedy, gdy zaczynałem wierzyć, że jestem wolny.

— Tak się odzywasz do brata? Ale spoko, mam coś dla ciebie. Zrobisz, co mówię, i znikam z twojego życia raz na zawsze, braciszku.

Słowo „braciszku” zabrzmiało jak wyrok. Wiedziałem, że to kłamstwo, ale to była jedyna szansa, by przeciąć tę pępowinę nienawiści. Nienawidziłem go za to, że jest taki jak nasz ojciec — bezwzględny, manipulujący, widzący w ludziach tylko narzędzia. Nienawidziłem go, bo znał moją największą słabość: potrzebę lojalności.

— Nie mogłeś zostać w tym pierdolonym Poznaniu, tylko musiałeś tu wracać? — warknąłem.

— Zamknij się i słuchaj. Pamiętasz tę szmatę z Poznania, co mnie rzuciła jak śmiecia i przez którą musiałem się tu przenieść? Przywieziesz mi ją tutaj. Nie interesuje mnie jak — czy ją omotasz, czy naćpasz, czy zawleczesz siłą. Wali mnie to. Chcę ją tutaj mieć!

Poczułem obrzydzenie. Dawid nigdy nie potrafił przegrywać. Dla niego kobieta nie była człowiekiem, była trofeum, które trzeba odzyskać i postawić na półce, by patrzeć, jak marnieje.

— Kurwa, stary, mam ją porwać, bo ty sobie nie radzisz z rozstaniem?

— Jak ratowałem ci dupę dziesięć lat temu, jakoś nie miałeś problemu z tym, że to przestępstwo, więc nie zgrywaj teraz niewiniątka — jego głos stał się lodowaty. — Jutro wrzucę ci do skrzynki kopertę z jej zdjęciem i danymi. Do soboty ma tu być.

Rozłączył się. Jebany psychol.

Walnąłem pięścią w blat stołu. To był ten moment. Ostatnia przysługa. Ostatni akt posłuszeństwa wobec potwora, z którym dzieliłem krew. Kiedyś go podziwiałem — starszy brat, twardziel, jedyny, który potrafił postawić się staremu. Myślałem, że mnie kocha. Kurewsko się pomyliłem. Wykorzystał moją inteligencję, moją zdolność do nauki. Podczas gdy on bawił się w „dyrektora”, ja kończyłem za niego projekty, pisałem prace, budowałem mu karierę zza monitora mojego komputera. Ja byłem mózgiem, on był tylko głośną, agresywną twarzą.

Zabezpieczyłem monitoring na osiedlu. To było rutynowe działanie, jak oddychanie. W sieci czułem się bezpieczny, tam nikt nie mógł mnie zranić. Rano wyjąłem kopertę. Zdjęcie, które w niej znalazłem, na chwilę odebrało mi dech. Czerwona sukienka, te koturny… wyglądała jak wyzwanie rzucone całemu światu.

„Przykro mi, piękna, wracasz do bestii” — pomyślałem, czując pierwsze, nieśmiałe ukłucie wyrzutów sumienia, które natychmiast stłumiłem. Moja wolność była warta więcej niż jej jedna noc przerażenia. Tak sobie wmawiałem.

Operacja w Poznaniu poszła gładko. Byłem cieniem. Blond peruka, pewny krok, kłamstwo rzucone portierowi o „pani Ani”, która zemdlała. Kiedy niosłem ją do auta, była zadziwiająco lekka. Pachniała sierpniowym słońcem i czymś, co przypominało mi dom, którego nigdy nie miałem.

Gdy dotarliśmy do Gdańska, położyłem ją na łóżku w sypialni, którą zamieniłem w klatkę. Kajdanki szczęknęły o metal ramy, a ja poczułem nagły skurcz w klatce piersiowej. Wyglądała tak bezbronnie, a jednocześnie tak… klasowo. Zdjąłem jej te koturny. Były ciężkie. Tak jak całe to gówno, w które właśnie się wpakowałem.

Popatrzyłem na nią jeszcze raz przed wyjściem. Już wiedziałem, co Dawid w niej widział. Widział ogień, który chciał zgasić. A ja właśnie stałem się strażakiem, który ma mu w tym pomóc. Zamknąłem drzwi na klucz, czując, że ta noc zmieni wszystko. Bo choć obiecałem sobie, że to tylko „zadanie”, modliszka na jej szyi zdawała się mówić, że to ja będę tym, który zostanie pożarty.

ONA

Otworzyłam oczy, ale wokół nadal panowały egipskie ciemności. Leżałam nieruchomo, chłonąc otoczenie. W pomieszczeniu było przyjemnie chłodno, czułam pod sobą miękkość pościeli i nie czułam się jakoś fizycznie źle, ale podświadomie wiedziałam, że coś jest bardzo nie tak. To był ten pierwotny instynkt, który każe zwierzęciu zastygnąć, zanim jeszcze dostrzeże drapieżnika. Chwilę zajęło mi, zanim mój otępiały umysł wrócił do stanu skupienia.

Obrazy przesuwały się przed moimi oczami jak w starym, zacinającym się projektorze: szybkie spotkanie pod firmą, moja radosna paplanina o sukcesie, ten gość siedzący obok mnie w sali konferencyjnej i nagłe, obezwładniające uczucie odrętwienia, które odcięło mi prąd. W końcu z samego dna podświadomości wypłynęły ostatnie usłyszane słowa: „Gdybyś nie była taka ładna, byłoby mi łatwiej oddać cię temu psycholowi…”.

Aż mnie zmroziło. To jedno zdanie zadziałało jak kubeł lodowatej wody. Dotarło do mnie z całą bezwzględnością: zostałam porwana.

Leżałam tak przez dłuższą chwilę, bojąc się nawet głębiej odetchnąć. Dopiero gdy spróbowałam się poruszyć, odkryłam prawdę. O ile nogi miałam wolne, o tyle ręce były do czegoś przykute. W pokoju panował taki mrok, że mimo usilnych starań i mrużenia powiek, nie widziałam zupełnie nic. Nie miałam pojęcia, gdzie jestem ani jak długo to trwa. Trwałam w bezruchu, modląc się w duchu, by okazało się to tylko koszmarnym snem, wytworem przemęczenia i sierpniowego upału. Niestety, z każdą minutą świadomość docierała do mnie z coraz większą siłą, a wraz z nią paraliżujący strach, który powoli zmieniał się w czystą furię.

Nie wiem, ile czasu minęło w tej ciszy, ale w końcu pękłam. Tama puściła. Zaczęłam krzyczeć. To nie były prośby o litość ani ciche łkanie. Przeklinałam na czym świat stoi i darłam się, że jeśli ten, kto mnie tu uwięził, natychmiast mnie nie wypuści, zrobię mu z dupy jesień średniowiecza. Nie mam pojęcia, skąd wzięły się we mnie te groźby, ten nagły przypływ agresji, ale w tamtej chwili było mi wszystko jedno. Chciałam tylko, żeby ktoś przyszedł i to wyjaśnił. Nienawidzę niewiedzy — to ona zawsze była w moim życiu zapowiedzią największego bólu.

Nagle z mroku dobiegł chłodny, niemal nieludzki głos:

— Jeśli się zaraz nie uciszysz, panno Anastazjo, będę musiał cię zakneblować…

— Co ja tu, do cholery, robię, ty jebany pojebie?! I jaka, kurwa, Anastazja? Ania! Mam na imię Ania!

Nie wiem, dlaczego tak bardzo zależało mi na tym, by wiedział, kim jestem. Może podświadomie wierzyłam, że pomyłka mnie uratuje? Rozpoznałam ten głos — to był facet ze spotkania, „Mateusz”. Przez uchylone drzwi wpadło wąskie pasmo światła z korytarza. Mój wzrok potrzebował chwili, by się przyzwyczaić, ale dostrzegłam go kątem oka. Stał przy samym wejściu, całkowicie nieruchomo, jak cień. Miałam wrażenie, że to, co przed chwilą wykrzyczałam, w ogóle do niego nie dociera, jakby był zaprogramowany na inny cel.

Po chwili zniknął, a gdy wrócił, nie bawił się w wyjaśnienia. Rzucił tylko krótkie, suche polecenie:

— Pij. — Wetknął mi do ust rurkę.

Opierałam się, ile miałam sił, szarpiąc metalem o ramę łóżka, ale on uciął to krótko: albo wypiję dobrowolnie, albo zrobi mi zastrzyk. Zamarłam. Paskudnie boję się igieł. Mam swoje powody i, wierzcie mi, wolę śmierć niż dotyk strzykawki na skórze. Posłusznie wypiłam to, co mi podał, czując gorzki posmak chemii. Już po chwili wróciło to przeklęte uczucie z biura… Najpierw lekka duszność, potem świat zaczął wirować, aż w końcu zapadła nicość.

Zapadłam się w głąb siebie, tam gdzie czas nie istnieje. Znów miałam siedem lat. Leżałam na brudnym linoleum w kuchni, a obok mnie, w nienaturalnej ciszy, spoczywała postać mojej matki. Miała brudną buzię, a z nosa spływała jej cienka, czerwona stróżka krwi, która zdążyła już zaschnąć na policzku. Z jej bezwładnej ręki zwisała strzykawka z igłą, która wciąż błyszczała w marnym świetle żarówki. Próbowałam ją obudzić, szarpałam za ubranie, wołałam, ale ona była daleko stąd, w swoim narkotykowym raju, zostawiając mnie w piekle codzienności.

Obraz się zmienił. Siedziałam w dusznym studiu tatuażu, miałam osiemnaście lat i czułam na szyi rytmiczne kłucie igły. Nie płakałam. Ten ból był oczyszczający. Patrzyłam w lustro, jak pod palcami tatuatora rodzi się czarny kształt modliszki. Musiała być tam, dokładnie w tym miejscu, by przykryć szpetną, białą bliznę — pamiątkę po wieczorze, gdy matka, pijana i wściekła na cały świat, machała gorącą patelnią do naleśników, trafiając mnie prosto w szyję. Modliszka miała być moją siłą. Miała przypominać mi, że od teraz to ja kontroluję ból.

ON

Ania? Jaka, kurwa, Ania? To niemożliwe.

Wyjąłem zdjęcia z koperty, wszedłem do sypialni i zapaliłem światło. Położyłem fotografię obok „anioła”, który spał smacznie na moim łóżku, i o mało nie dostałem zawału. Niby podobna, ale to nie była ta sama osoba. Zacząłem analizować detale. Długie, ciemne włosy? Są. Twarz? Niby zbliżona, ale ta na zdjęciu miała mniejsze oczy, inny nos i brakowało jej tego zadzioru, który ta piękność zachowała nawet przez sen.

Dotarło do mnie, że to nie Anastazja. Ile lasek nosi identyczne sukienki, buty i fryzury w tym samym biurze? Miałem wrażenie, że los po raz kolejny pluje mi w twarz. Statystycznie szybciej trafiłbym szóstkę w Totka, niż znalazł dwie dziewczyny ubrane jak bliźniaczki w jednej firmie. To nie mógł być przypadek, a jednak był.

Wróciłem do salonu, opadłem na kanapę i nalałem sobie drinka. Musiałem to jakoś ugryźć. Po pierwsze: mój braciszek nigdy mi nie odpuści. Po drugie: ta dziewczyna widziała moją twarz. Co miałem zrobić? Zapakować ją na tylne siedzenie, wywieźć pod Poznań, wcisnąć stówę na taksówkę i powiedzieć: „Sorki, pomyłka, miałem porwać kogoś innego, bez urazy, pa”? To brzmiało równie absurdalnie, jak sam fakt, że ją tu przywlokłem.

Zacząłem się zastanawiać, co ten pojeb Dawid zrobiłby z właściwą dziewczyną, gdyby tu trafiła. Przez fakt, że kobieta która leżała u mnie na łóżku nie była ta dziewczyną która być powinna miałem nie co czasu na przemyślenia. W mojej głowie pojawiały się różne wizję tego co mój brat robi tej biednej kobiecie po dostarczeniu. Żadna z tych wizji nie była ani miła ani przyjemna. W międzyczasie jeden drink zmienił się w kilka i nagle zrobiło mi się błogo. Wyjąłem telefon i wystukałem SMS-a do brata: „SORY STARY, NIE JESTEM TAKIM POJEBEM JAK TY. NIE PRZYWIOZĘ CI TEJ LASKI JAK RZECZY. ODJEB SIĘ ODE MNIE. NARA!”.

Poczułem uderzenie wolności i nagłe, potworne zmęczenie. Za oknem już świtało. Poszedłem pod prysznic, a potem — ubrany w same bokserki — położyłem się na łóżku obok tej pięknej istoty. Zasnąłem jak dziecko.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak dobrze spałem. Od lat nękają mnie koszmary; wiem, że krzyczę i rzucam się przez sen. Moja ostatnia stała partnerka uciekła po kilku nocach. Stwierdziła, że się boi, że zrobię jej krzywdę, nieświadomy niczego. Dostałem tylko SMS-a z adresem, pod który mam odesłać jej graty. Poczułem się wtedy jak trędowaty. Odesłałem wszystko z dopiskiem, żeby nie zapomniała ich odkazić, jakoś nie mogłem się wtedy powstrzymać od sarkastycznego podejścia do tej sytuacji. Wydaje mi się niestety, że tak już teraz jest i w miłości i w życiu — coś się psuje to kupujemy nowe, szkoda nam czasu na naprawę. Od tamtej pory nie sypiam z kobietami. Seks — owszem, chodź i to nie często. Ale nigdy wspólna noc.

Kiedy się obudziłem, nie wiedziałem, która jest godzina. Domyślałem się tylko, że późne popołudnie, bo przez uchylone drzwi wpadało ostre światło. O dziwo, Anna nie spała. Gapiła się na mnie jak na kosmitę, ale w jej oczach nie widziałem strachu. Widziałem ból. I to sprawiło, że coś we mnie pękło.

ONA

Otwieram oczy i mam déjà vu. To samo miejsce, tyle że teraz jest nieco jaśniej. Wspomnienia poprzedniego ocknięcia wracają jak przez mgłę. Nadal nie rozumiem, dlaczego tak wściekł go fakt, że mam na imię Anna, a nie Anastazja. Gdy wzrok mi się wyostrza, zaczynam ostrożnie badać otoczenie.

To zwykłe mieszkanie, jestem tego pewna. Przez uchylone drzwi wpada wystarczająco dużo światła, by dostrzec, że w pokoju nie ma nic poza łóżkiem, na którym leżę. Ręce mi drętwieją, a kiedy próbuję nimi poruszyć, metaliczny chrzęst boleśnie przypomina mi o uwięzi. Odwracam się powoli i zamieram.

Facet, który mnie porwał, leży obok w samych bokserkach. Śpi. Przerażona sprawdzam, czy jestem ubrana i czy mam na sobie bieliznę. Wygląda na to, że nic się nie zmieniło. Nie czuję się też poodzierana ani pokaleczona. Fala ulgi zalewa mnie od środka. Przyglądam się swojemu oprawcy. Czuć od niego alkohol, włosy ma krótko ostrzyżone i — co dziwne — nie jest już blondynem. Nie ma też zarostu. Jego twarz wykrzywia grymas, jakby potwornie cierpiał. Widzę pulsującą tętnicę na szyi i klatkę piersiową unoszącą się od gwałtownego bicia serca.

Kim on jest, do cholery? Po co mnie tu przywlókł? Co działo się w nocy? Pytania pączkują w mojej głowie jedno po drugim, aż z zamyślenia wyrywa mnie jego głos:

— Nie krzyczysz?

— Nie mam ochoty znowu zostać naćpana — odgryzam się, ignorując jego niemal żartobliwy ton.

Nie mam pojęcia dlaczego, ale nie czuję strachu. Niepokój, zdziwienie, ciekawość — tak. Ale nie paraliżujący strach.

— To dobrze. Chcesz czegoś?

— Tak. Chętnie odzyskałabym wolność, jeśli jaśnie pan łaskawie mi ją zwróci.

— Kobieto, co ja mam z tobą zrobić? — pyta, jakby sam siebie, po czym wstaje, przeciera dłonią ogoloną głowę i wychodzi.

Zupełnie nic z tego nie rozumiem. Nasłuchuję. Słyszę, jak nastawia ekspres do kawy. Po chwili do szumu urządzenia dołącza szum wody pod prysznicem, a ja uświadamiam sobie, że cholernie chce mi się siusiu. Biorąc pod uwagę fakt, że porwał mnie jakiś pojeb, wykluczyłam już motyw okupu — nikt by za mnie nie zapłacił. Muszę być zdrowo rąbnięta, skoro w tej chwili moim największym zmartwieniem jest potrzeba fizjologiczna.

Szum wody cichnie. Słyszę kroki. Gość nie zamknął drzwi, wychodząc, więc postanawiam zaryzykować.

— Jest jednak coś, czego bym chciała! — wołam w stronę uchylonych drzwi.

Oczami wyobraźni widzę, jak facet wkłada głowę w szparę, a ja zatrzaskuję drzwi, miażdżąc mu czaszkę, i uciekam, gdzie pieprz rośnie. Niestety, to tylko mrzonki. Jeśli uda mi się ugrać chociaż wyjście do łazienki, uznam, że mam farta.

— Czego śpiąca królewna sobie życzy? — odpowiada z sąsiedniego pomieszczenia tak swobodnie, jakbyśmy prowadzili poranny dialog po dobrym seksie.

— Księżniczka chce iść tam, gdzie król chodzi piechotą!

ON

Stoję przy ekspresie i słyszę, że ta dziewczyna — naprawdę niezła laska — chce iść do łazienki. Sytuacja jest tak surrealistyczna, że sam nie wierzę w to, co się dzieje. Myślę przez chwilę i dochodzę do wniosku, że nie upokorzę jej bardziej, niż już to zrobiłem. Kazanie jej sikać do miski nie wchodzi w grę.

Idę do pokoju, w którym przetrzymuję swoją śliczną ofiarę. Patrzę na nią i nie jestem pewien, co widzę. Kobieta przykuta do łóżka kajdankami… Wygląda obłędnie mimo rozmazanego makijażu i wygniecionej sukienki. Jest zdziwiona, zażenowana, może lekko przygaszona, ale wciąż nie widzę w niej strachu. Gapię się na nią zbyt długo, aż w końcu nie wytrzymuje i mi docina:

— Czekasz na dowód? Mam się zlać w to twoje niewygodne łoże, czy na co liczysz?

Jej riposta uderza mnie jak liść w twarz. Czuję się jak szczeniak przyłapany na podglądaniu. Podbiegam, żeby ją odpiąć. Gdy zdejmuję kajdanki, pozwalam sobie na dłuższą chwilę kontaktu fizycznego — rozmasowuję jej nadgarstki tam, gdzie metal zostawił czerwone ślady. Na ten widok zalewa mnie fala obrzydzenia do samego siebie. Przyrzekałem nie raz przez sobą i tym co każdy nazywa inaczej, że prędzej spłonę żywcem niż skrzywdzę kobietę. Nie cierpię mężczyzn którzy po przez fizyczna przewagę wymuszają na kobietach posłuszeństwo.

Prowadzę ją powoli do łazienki, nie dbając już o to, że rozpozna układ mieszkania. W chwili, gdy zobaczyłem siniaka na jej ręce, podjąłem decyzję. Powiem jej prawdę. Od lat żyję w zawieszeniu i jest mi już wszystko jedno.

— Tu jest łazienka. Jeśli chcesz, możesz wziąć prysznic, ogarnąć się. Zaraz podam ci świeży ręcznik.

— Dzięki, geniuszu, ale nie mam się w co przebrać. Zapomniałam spakować walizkę w tym pośpiechu! — syczy, a gdyby spojrzenie mogło zabijać, leżałbym już martwy na kafelkach.

— Jak wyjdziesz, zapraszam do kuchni. Napijemy się kawy. Wyjaśnię ci sytuację i zobaczymy, co dalej.

Zostawiam ją samą i idę do kuchni. Czekam całą wieczność. Denerwuję się tak samo, jak wtedy, gdy byłem mały i z bratem czekaliśmy na ojca, modląc się, żeby nie wrócił pijany. Nienawidzę tego czekania. Irytuje mnie, że ona najwyraźniej postanowiła nie wychodzić z tej łazienki.

— Zgubiłaś się czy potrzebujesz pisemnego zaproszenia?

Ledwo kończę zdanie, gdy drzwi otwierają się z takim impetem, że o mało nie wybijają mi zębów. Skąd w takim małym ciele tyle siły?

Idę do kuchni, siadam za blatem i wskazuję jej hoker po przeciwnej stronie. Pytam, jaką chce kawę. O dziwo, robi, o co proszę, a nawet odpowiada ludzkim głosem. Zbija mnie tym z tropu. Byłem nastawiony na bitwę, a tu… spokój. Cisza przed burzą.

— Dobra, do sedna, blondasie. Co ja tu robię i dlaczego?

— Blondasie? — Nie od razu łapię, o co jej chodzi.

— Kurwa, serio? Nie wiem, jak masz na imię, kim jesteś i dlaczego mnie porwałeś. Nie wiem, czego chcesz ani gdzie jestem, a ty się czepiasz „blondasa”?

— Sorry, moja wina. Usiądź wygodnie. To, co ci powiem, nie będzie miłe ani łatwe, ale zasługujesz na prawdę. Jestem gotowy na konsekwencje, ale zasada jest prosta: ja mówię, ty słuchasz. Jak mi przerwiesz, kończę, otwieram drzwi i robisz, co chcesz.

Wiem, że jeśli teraz mi nie pozwoli dokończyć, drugi raz nie zdobędę się na taką szczerość. To jej wybór.

— Dobra, rozumiem. Zamieniam się w słuch…

Biorę głęboki oddech.

— Pewien gość kazał mi porwać i przywieźć do siebie jedną dziewczynę. Dostałem jej zdjęcia. — Kładę odbitki na stole i podsuwam je w jej stronę. Widzę, jak blednie, a jej oczy zaczynają szklić się od łez, ale milczy. — Na jej szczęście, a twoje nieszczęście, pomyliłem was. Bo niby jakim cudem w jednej firmie mogą pracować dwie niemal identyczne osoby, ubrane w tę samą sukienkę? Widzisz? Na zdjęciu ona ma to samo, co ty teraz.

Mówię to z lekkim wyrzutem, na co Ania posyła mi niemal demoniczne spojrzenie, ale ciekawość wygrywa z furią. Kontynuuję:

— Miałem ją tu przywieźć i przekazać zleceniodawcy. Ten facet jest pojebany. Ma na mnie haka, coś sprzed lat, z czego nie jestem dumny. Obiecał, że jak to ogarnę, będziemy kwita. Tylko że kiedy się ocknęłaś i usłyszałem twoje imię… spanikowałem. Musiałem to przemyśleć, więc znowu cię uśpiłem. — Tu robię pauzę, a mój głos cichnie. Ania uśmiecha się krzywo. — Doszedłem do wniosku, że nie jestem takim zwyrolem jak on. Nie chcę, żeby przeze mnie komuś stała się krzywda. Poinformowałem go, że nic z tego nie będzie, upiłem się i jakimś cudem wylądowałem obok ciebie w łóżku. Gdy otworzyłem oczy i na ciebie spojrzałem, wiedziałem jedno: nie zasłużyłaś na to. Obiecuję ci, że włos ci z głowy nie spadnie. Teraz decyzja należy do ciebie.

ONA

Słuchałam uważnie, ale przed oczami cały czas miałam zdjęcie Anastazji. Chciał porwać Antę. Nie mogłam pojąć, co by się stało, gdyby to ona poszła na tamto spotkanie. Gdyby nie doszło do pomyłki, oddałby ją temu psycholowi. W głowie huczało mi od pytań, nagle zabrakło mi tchu, świat zrobił się szary i po prostu odleciałam.

Zanim jednak zapadła całkowita ciemność, mój umysł, szukając ratunku przed przeciążeniem, wyrzucił mnie w inne miejsce. Poczułam zapach zielonej herbaty i starego drewna. Siedziałam w skórzanym fotelu, a naprzeciwko mnie dr Miller poprawiał okulary, patrząc na mnie tym swoim spokojnym, niemal irytującym wzrokiem.

— Aniu, spójrz na swoje dłonie — usłyszałam jego niski głos. — Widzisz je? To są narzędzia twojej wolności. Twoja trauma z dzieciństwa zadziałała jak warunkowanie klasyczne: zapach chemii, widok igły, nagłe zagrożenie — to wszystko automatycznie uruchamia w tobie układ limbiczny, odcinając korę przedczołową, czyli twoje logiczne myślenie. Dlatego mdlejesz. To nie słabość, to mechanizm obronny, który kiedyś pozwolił ci przetrwać w domu matki.

Czułam, jak w tej wizji zaciskam palce na oparciu fotela.

— Przeszłość jest jak blizna — kontynuował terapeuta. — Nie da się jej wymazać, bo neurobiologia twojego mózgu już zapisała te ścieżki. Ale możesz ją oswoić poprzez rehabilitację. Musisz zrozumieć, że choć nie miałaś wpływu na to, co robiła twoja matka, to teraz ty jesteś jedyną osobą, która ma prawo do narracji o własnym życiu. Psychologia nazywa to wewnątrzsterownością. To ty decydujesz, czy ta historia skończy się na byciu ofiarą, czy na byciu tą, która przetrwała. Przeszłość już cię nie dotyka, Aniu. Ona jest tylko cieniem, a ty stoisz w pełnym słońcu. Ty decydujesz, co zrobisz z tym, co cię spotkało.


— Zemdlałaś. Ja nie miałem z tym nic wspólnego.

To były pierwsze słowa, jakie usłyszałam po odzyskaniu przytomności. Spojrzałam na człowieka, który przed chwilą wyjawił mi prawdę. Wyglądał na bardziej bezradnego i umęczonego niż ja. Mimowolnie zaczęłam się zastanawiać, co wydarzyło się w jego życiu. Był wysoki, dobrze zbudowany, a niemal łysa głowa dodawała mu charakteru, jednak w tej chwili sprawiał wrażenie kogoś na skraju wytrzymałości.

Poleżałam jeszcze chwilę, a gdy poczułam się na tyle silna, by usiąść, widok za oknem niemal wynagrodził mi ostatnie nie zbyt pogodne chwilę. Przez panoramiczną szybę patrzyło na mnie morze, w oddali majaczył port rybacki. Byłam pewna, że już kiedyś widziałam to miejsce, tylko nie mogłam go umieścić na mapie.

— Jesteśmy w Gdańsku — powiedział tak łagodnie, jakby bał się, że kolejna informacja znowu mnie odetnie.

— Dawid… — praktycznie wyszeptałam to imię. Gdy spojrzałam na mojego „boskiego oprawcę”, wiedziałam, że mam rację, ale nie miałam siły drążyć tematu.

Później porozmawialiśmy jeszcze chwilę. Udało mi się zdobyć cenną informację — imię „półboga”, który mnie porwał. Aleks. Pasowało do niego idealnie, co kompletnie mnie oburzyło. Niestety, na pewne rzeczy nie mamy wpływu, o czym los zdążył mnie już boleśnie pouczyć. Postanowiłam jednak nadal mówić do niego „blondas”, bo widziałam, że strasznie go to irytuje.

Mimo okoliczności — faktu, że byłam tu wbrew swojej woli i w sumie wbrew jego planom — rozmawiało nam się zaskakująco dobrze. Zjedliśmy posiłek na wiszącym tarasie. W lodówce wielkoluda nie było zbyt wiele, a jemu nie chciało się czekać na dostawę. Stwierdził rzeczowo, że skoro od doby byłam faszerowana lekami i nic nie jadłam, nie ma ochoty znowu oglądać mnie w stanie agonalnym. Zabawne, biorąc pod uwagę, że sam mnie do niego doprowadził, ale nie kłóciłam się. Byłam głodna.

Dostałam też swój telefon. Zadzwoniłam do dziewczyn, które odchodziły od zmysłów. Wcisnęłam im kit o zasłabnięciu i szpitalu, do którego rzekomo odwiózł mnie kontrahent. Chciały natychmiast przyjechać, ale wtedy Aleks przejął słuchawkę. Spokojnie i stanowczo zapewnił, że włos mi z głowy nie spadnie i że odwiezie mnie do domu w poniedziałek wieczorem. Słyszałam, jak laski na niego syczą, ale on po prostu się rozłączył. Wysłałam jeszcze SMS-a do szefa, że jestem niedysponowana i wrócę w środę. Po takich przeżyciach trochę wolnego mi się należał. Będę musiała się też gęsto tłumaczyć przyjaciółkom.

— Nie mam nic na przebranie — zagadałam w końcu, dość speszona. Od dawna nie musiałam się prosić o zaspokojenie podstawowych potrzeb, niestety wizja spędzenia kolejnego dnia w wygniecionej sukience mnie dobijała więc nie pozostało mi nic innego jak schować już po raz kolejny w tak krótkim czasie dumę do kieszeni i czekać na wyrok… Tak to czasem jest, że musimy wybrać to czego nie chcemy by uniknąć tego czego nie chcemy jeszcze bardziej.

— Wiem. Pomyślałem, że później wyskoczymy na miasto i kupimy ci coś na zmianę. Potem wrócimy, weźmiesz prysznic, a wieczorem… Może w ramach przeprosin, choć wiem, że to niewiele, dasz się zaprosić na porządną kolację?

— Od dwóch lat nie byłam nad morzem. Anastazja nie chciała tu przyjeżdżać… — rzuciłam cicho.

— Rozumiem. Ale pamiętaj, że ze mną nic ci nie grozi.

ON

Spędziłem — wbrew wszystkiemu, co się wydarzyło — zajebiście miły dzień. Nawet na myśl o tych wspólnych zakupach się cieszyłem. Na ogół nienawidziłem, gdy kobieta wyciągała mnie do sklepów, a teraz nie mogłem się tego doczekać. Miałem nadzieję, że Piękna Pani zechce kupić nową bieliznę, a ta myśl kusiła mnie najbardziej.

Ogólnie nie mogłem przestać o niej myśleć. Podobało mi się to, jak się poruszała, z jaką pasją mówiła o swoich zainteresowaniach i o dziewczynach, które są dla niej jedyną rodziną. Trochę było mi jej żal, że nie ma prawdziwych krewnych, ale z drugiej strony wiedziałem z autopsji, że więzy krwi nie zawsze oznaczają miłość i bezpieczeństwo. Sam miałem okazje się o tym przekonać na własnej skórze. Brat z wyboru — Robert, okazał się dużo bliższy niż ten który zrodził się z tych samych genów co ja. I kolejna prawda jest taka że nawet na te geny które dostajemy nie mamy wpływu, podsumują żałowałem chyba Nas obu i tego że nie mieliśmy możliwości doświadczyć życia w prawdziwej rodzinie.

Około szesnastej uznałem, że czas ruszać na zakupy, nic nigdy nie jest ani czarne ani białe. Perspektywa zakupów była dla mnie czyś co wycwałowało mnie mdłości, ale z drugiej strony towarzystwo w którym miałem je robić to już zupełnie inna bajka. Ania siedziała na balkonie z kawą i gapiła się w morze. Mógłbym przysiąc, że od dwóch godzin nie drgnęła. Gdybym nie zaniósł jej tej kawy, pomyślałbym, że jest tylko wytworem mojej wyobraźni.

— Czas na zakupy — podszedłem do niej od tyłu i pozwoliłem sobie położyć dłonie na jej ramionach.

O dziwo, nie wzdrygnęła się. Przykryła moją dłoń swoją i z lekkim uśmiechem skinęła głową.

Po krótkim spacerze — bo księżniczka uparła się iść na piechotę — dotarliśmy na promenadę, gdzie roiło się od butików. Ostentacyjnie trzymała się dwa kroki za mną, udając, że fascynują ją witryny sklepowe, a nie moje towarzystwo. Nagle zza rogu wyszła starsza pani w kwiecistym kapeluszu, prowadząc na smyczy stworzenie, które wyglądało jak ożywiona, długa parówka na czterech mikroskopijnych łapkach.

Jamnik. Marmurkowy, z uszami ciągnącymi się po chodniku i miną absolutnego władcy wszechświata.

W ułamku sekundy pies zarył pazurami w beton, zignorował swoją właścicielkę i ruszył prosto na Anię. Zanim zdążyła zareagować, owinął smycz wokół jej kostki i z ogromnym zaangażowaniem zaczął lizać paski jej butów, wydając przy tym dźwięki przypominające chrumkanie zadowolonego prosiaczka.

— Ojej, czort mały! Tofik, zostaw panią! — zawołała starsza pani, ciągnąc za sznurek, co tylko pogorszyło sytuację, bo smycz zacisnęła się na nodze Ani jeszcze mocniej.

— Cześć, maluchu… puść, bo się wywalę — mruknęła Ania, tracąc równowagę.

Westchnąłem ciężko i kucnąłem obok niej. Musiałem wyglądać komicznie — wielki, umięśniony facet o golonej głowie, kucający przed psem wielkości mojego buta. Podetknąłem jamnikowi pod nos swoją dłoń.

— Ej, parówa, odczep się od jej buta — zarządziłem swoim najbardziej stanowczym głosem.

Tofik uniósł łeb, spojrzał na mnie z głęboką pogardą, po czym… olał mnie i wrócił do pasjonującego wylizywania paska od sandała Ani. Nie przywykłem do tego, że ktoś całkowicie mnie ignoruje. Wsunąłem dłonie pod brzuch jamnika i uniosłem go do góry jak wałek do ciasta. Pies zawisł w powietrzu, machając bezradnie łapkami i wciąż patrząc na Anię tęsknym wzrokiem.

Starsza pani, zamiast podziękować, oparła dłonie na biodrach i zmierzyła nas uważnym wzrokiem.

— No tak, typowe — fuknęła, patrząc najpierw na moją towarzyszkę. — Moja droga, męża nie wolno traktować jak dziecka, bo oni tego nie lubią! Po co te fochy? Przecież widzę, że idzie pani z tyłu i bije od pani gradem. Chłop się stara, widać że przejęty, na ratunek przybył jak Tofik zaatakował, a pani usta w ciup.

Ania otworzyła usta ze zdumienia, a na jej policzki wypłynął rumieniec.

— Ale to nie jest mój mąż! — żachnęła się oburzona.

Starsza pani całkowicie zignorowała jej protest machając ręką na ten komentarz:

— Nie jest jeszcze, to będzie. Przecież widzę jak patrzy. Następny do naprawy okazałem się ja. Odwróciła się prosto do mnie, podczas gdy ja wciąż trzymałem tego nieszczęsnego psa.

— A ty, młody człowieku, zapamiętaj sobie jedno. Kobieta wcale nie lubi robić wszystkiego sama i chętnie przyjmie pomoc, jeśli będzie jej ofiarowana z szacunku a nie konieczności. Trzeba rozmawiać, młodzi jesteście i tylko te komputery Wam w głowie a po języku w gębie to już nie pamiętają. Gadać, mówię Wam póki macie z kim! Kobiety są dziwne, drogi szczawiu, ale ty, młoda damo, pamiętaj, że mężczyźni też normalni nie są.

Z wrażenia aż mnie zatkało. Spojrzałem na starszą panią, potem na jamnika, a na końcu na Anię.

— Proszę — wykrztusiłem w końcu, ostrożnie stawiając zdezorientowanego Tofika na ziemi i odwijając smycz z jej kostki.

— No, a teraz ręce na zgodę i marsz z uśmiechem dalej! Młodzi, zdrowi, całe życie przed Wami, cieszyć się a nie szukać dziury w całym — zarządziła staruszka, po czym pociągnęła jamnika, który na odchodnym rzucił Ani jeszcze jedno, pełne miłości spojrzenie.

Kiedy odeszli na bezpieczną odległość, spojrzałem na zszokowaną Anię i stał się cud. Parsknęła śmiechem. Najpierw cicho, a potem już na cały regulator, aż ludzie na promenadzie zaczęli się oglądać. Moje usta również drgnęły i po raz pierwszy od niepamiętnych czasów szczerze się roześmiałem.

— „Drogi szczawiu”? Serio? — mruknąłem, a atmosfera między nami nagle dziwnie zelżała.

— Ciesz się, że nie kazała Ci włosów zapuścić żebyś chociaż coś w głowie miał– odgryzła się, ale w jej oczach wciąż tliły się wesołe iskierki. — Ale prawda taka że mądra kobiecina z niej i dużo racji miała- nie jesteście normalni.

Rozbawieni tą sytuacją weszliśmy do kilku sieciówek. Anka wybrała spodenki, sandałki i dwie bluzeczki. Przy okazji zaliczyliśmy jednak naszą pierwszą prawdziwą kłótnię, bo ten uparty osioł w ciele kobiety za nic nie chciał pozwolić mi zapłacić za te rzeczy. Słowa staruszki się potwierdziły, kobiety są dziwne. Summa summarum i tak postawiłem na swoim, a na dobitkę wciągnąłem ją do najdroższego sklepu z bielizną w okolicy.

— Nie idę — oświadczyła, stając przed wejściem. Stała z założonymi rękami i dąsała się jak dziecko.

— Kochanie, musisz zmienić bieliznę. Niehigienicznie jest nosić te same majtki trzy dni z rzędu — droczyłem się z nią, bo tak właśnie się zachowywała.

— Nie wejdę tam i koniec tematu.

— Jezu, jaka ty jesteś uparta! — Powoli traciłem cierpliwość. Ekspedientka spoglądała na nas z rozbawieniem, a my bawiliśmy się w „idziemy — nie idę”. W końcu pękłem. — Słuchaj, albo tam wejdziesz i wybierzesz, co chcesz, albo przerzucę cię przez ramię, wniosę do środka i każę zapakować najbardziej seksowny komplet dla tej małej zołzy. Wybór należy do ciebie. Liczę do trzech. Jeden… dwa… t…

— Dobra, dobra! Spasuj, blondasie. Wejdziemy, niech ci będzie.

W duchu ucieszyłem się jak dziecko, które dostało wymarzoną zabawkę, ale zachowałem kamienną twarz. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, jakie piekło chce mi ten anioł zgotować. Przechadzała się między alejkami z gracją nimfy, delikatnie dotykając skąpych koronek. W końcu wybrała dwa komplety i poszła do przymierzalni.

Stanąłem tuż za kotarą i modliłem się do wszystkich świętych, by jej nie zaciągnęła do końca. Moje modły zostały wysłuchane — widziałem jej idealną figurę w odbiciu lustra. Mój „przyjaciel” w spodniach ożył natychmiast, co w obcisłych dżinsach nie było zbyt komfortowe. Wiedziałem jednak, że muszę zachować resztki klasy, by móc cieszyć się jej obecnością chociaż do jutra. Mimo tego, jak doszło do naszego spotkania, byłem szczęśliwy. Podobało mi się to uczucie, choć nie umiałem go jeszcze nazwać.

Gdy skończyła, zapłaciłem bez zbędnych ceregieli i wyszliśmy. Niosłem jej torby, czując dziwną satysfakcję. Uznałem, że powrót brzegiem morza bardziej jej się spodoba niż betonowe chodniki. Szliśmy w milczeniu, wsłuchani w szum fal, każde z nas pogrążone we własnych myślach. Ile bym wtedy dał, żeby umieć czytać w jej głowie…

ONA

Zakupy z facetem były dla mnie zupełnie nowym doświadczeniem. Nigdy wcześniej tego nie robiłam. Spotykałam się co prawda z kimś od czasu do czasu, ale nigdy nie zaiskrzyło na tyle, bym chciała to kontynuować. Nie do końca rozumiałam, jak mogę czerpać radość z tej absurdalnej sytuacji, w której się znalazłam.

Gdy wracaliśmy brzegiem morza, wsłuchana w szum fal, próbowałam poukładać sobie to wszystko w głowie. Mówi się, że nic nie dzieje się bez przyczyny, ale szukanie plusów w porwaniu wydawało się irracjonalne. A jednak fakt, że w tej chwili czułam się autentycznie szczęśliwa, był zdumiewający. Aleks zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Po tych wszystkich rewelacjach powinnam uciekać, gdzie pieprz rośnie, a ja… ja chciałam zostać. Nawet fakt, że jutro mam wrócić do Poznania, dziwnie mnie zasmucił. Postanowiłam, że skoro już tu jestem, wycisnę z tego czasu, ile się da.

Przeanalizowałam też sytuację w sklepie. Jak on mnie wkurzał tym płaceniem na siłę! A przy bieliźnie przeszedł samego siebie. Będzie sprawiedliwie, jeśli teraz ja go trochę podenerwuję. Wieczór zapowiadał się ciepło, idealnie na moją nową, kremową sukienkę — zwiewną, nie za krótką, nie za długą. Pod spód oczywiście czarna koronka. Niech blondas trochę pocierpi. Plan był gotowy.

Gdy weszliśmy do mieszkania, od razu przeszłam do działania.

— Zaniosę twoje rzeczy do sypialni, przyniosę ci czyste ręczniki. Możesz iść pod prysznic, a ja zaparzę kawę — zaproponował Aleks.

— Dobrze, dziękuję.

Weszłam do sypialni tuż za nim i jakby nigdy nic rzuciłam czarną koronkę na łóżko. W drzwiach nasze ciała mimowolnie się zetknęły. Przeszedł mnie przyjemny dreszcz, a w jego oczach dostrzegłam znajome iskierki. Och, blondasie, pora na odwet, pomyślałam, porywając ręczniki i zamykając się w łazience.

Stanięcie pod strumieniem letniej wody było jak błogosławieństwo. Czułam się brudna po tych wszystkich przejściach. Powoli wyszorowałam ciało, umyłam włosy i nałożyłam odżywkę. Na zakupach, dzięki Bogu, pomyślałam o maszynce do golenia i kosmetykach. Celebrowałam każdą czynność, delektując się spokojem. Łazienka, podobnie jak reszta mieszkania, była minimalistyczna — biel, czerń i odrobina szarości. Aleks chyba nie należał do optymistów. Za to prysznic był gigantyczny — deszczownica, masażery… mogłabym tam spędzić godziny.

Rozczesałam włosy, zrobiłam delikatny make-up i przystąpiłam do realizacji planu „Cierp ciało, jak chciało”. Owinęłam się ręcznikiem i uchyliłam drzwi.

— Blondas? Możesz podać mi bieliznę z pokoju? Leży na łóżku, zapomniałam zabrać.

— Mogę. Mogę też pomóc ci ją założyć… — usłyszałam jego zachrypnięty głos. Złapał haczyk.

— Dziękuję, poradzę sobie — wystawiłam rękę przez szparę i czekałam.

— Proszę — powiedział z lubieżnym uśmiechem, nonszalancko otwierając drzwi na oścież. Wszedł do środka, zupełnie ignorując fakt, że stoję tam niemal naga.

— Dobra, wypad! Muszę się ubrać. — Wzięłam koronki z jego ręki i wskazałam na wyjście. On jednak nie zamierzał się ruszać. — Idź, proszę — dodałam, lekko speszona intensywnością jego spojrzenia.

— No dobra, dobra. Ale oferta jest aktualna, jeśli zmienisz zdanie, aniele. — Puścił mi oczko i w końcu wyszedł.

Wstyd przyznać, ale to było najbardziej intymne doświadczenie w moim życiu. Ubrałam się i powoli opuściłam łazienkę. Paradowanie w nowej bieliźnie po jego domu sprawiało mi dziwną satysfakcję. Widziałam, jak odprowadza mnie wzrokiem znad ekspresu, aż zniknęłam w sypialni. Wciągnęłam sukienkę i wróciłam do kuchni po kawę.

Z kubkami w dłoniach wyszliśmy na balkon. To miejsce absolutnie mnie urzekło. Statki wpływające do portu wyglądały początkowo jak kropki na horyzoncie, by po chwili stać się potężnymi maszynami. Uwielbiałam ten ruchomy obraz namalowany przez świat. Około dziewiątej słońce było już nisko. Żałowałam, że w Trójmieście nie ma zachodów nad otwartym morzem.

— Można za to obejrzeć wschód — zaproponował Aleks. — Jest tak samo piękny.

Facet, który potrafi zachwycić się słońcem… Ewenement.

Patrzyłam na niego i zastanawiałam się, co przeszedł, że los tak go skarcił. Pamiętałam jego smutną twarz, gdy spał. Z rozmyślań wyrwał mnie jego dotyk. Bardzo lubiłam to uczucie, choć wciąż bałam się je nazwać.

— Aniele, czas się zbierać.

— Może zostaniemy tutaj? Jest tak spokojnie. Zamówimy coś do jedzenia — zaproponowałam, bo melancholia powoli brała górę nad ochotą na tłumy ludzi.

— Nic z tego. Dzisiaj wieczorem porywam cię na kolację. Koniec i kropka. Podnieś ten śliczny tyłeczek i wychodzimy.

Wstałam lekko podirytowana, ale coś mi podpowiadało, że to może być naprawdę wyjątkowy wieczór.

ON

Około wpół do dziesiątej musiałem prawie siłą wyciągać tę małą złośnicę na kolację. Nie wiem, co działo się w jej głowie, ale widziałem, że gdzieś odpływa — jakby w głąb ciemnego morza, które tak ją fascynowało. Podświadomość podpowiadała mi, że jej stan ma związek ze mną, a ta myśl bardzo mi się nie podobała. Chciałem być w jej myślach — pragnąłem tego jak cholera — ale marzyłem o tym, by wywoływać na jej zadziornej buzi uśmiech i entuzjazm, a nie grymas bólu czy smutku.

Zamiast do centrum, zabrałem ją do restauracji na plaży. „Fantazja” to wyjątkowe miejsce, usytuowane zaledwie sto pięćdziesiąt metrów od linii brzegu. Miałem w tym lokalu swoje udziały i osobiście doglądałem projektu, włączając w to drewniany taras wysunięty w stronę fal i sąsiedni plac zabaw dla dzieciaków. W ciągu dnia tętniło tu życie plażowiczów, ale wieczory były kameralne, niemal magiczne.

Zadzwoniłem wcześniej do Roberta, właściciela i mojego jedynego prawdziwego przyjaciela. Poprosiłem o przygotowanie mojego ulubionego stolika, osłoniętego parawanem dla zachowania dyskrecji. Gdy wyszliśmy z domu, uderzyła nas świeżość morskiego powietrza. Patrzyłem, jak wiatr rozwiewa jej włosy, a jej zapach — który chciałem czuć już zawsze — docierał do mnie z każdym podmuchem. Czułem niemal fizyczny ból na myśl o tym, że jutro jej tu nie będzie. Chciałem zatrzymać czas.

Szliśmy brzegiem morza. Zastanawiałem się, kiedy ta spryciara kupiła tę kremową sukienkę, bo nie kojarzyłem jej z naszych zakupów. Wyglądała w niej tak słodko i niewinnie, że miałem ochotę schować ją przed całym światem.

— Idziemy nad morze? — zapytała, a w jej głosie usłyszałem cień nadziei.

— Tak, brzegiem dojdziemy prosto do celu — puściłem jej oczko.

Jej uśmiech był najpiękniejszą rzeczą, jaka spotkała mnie od lat. Rozmawiało nam się zaskakująco dobrze. Mimo koszmarnego początku, Ania wykazywała mnóstwo zrozumienia i autentycznego zaciekawienia moją osobą. Gdy dotarliśmy do „Fantazji”, była szczerze zaskoczona. To utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie było jej w Gdańsku od co najmniej dwóch lat, bo tyle właśnie istniał lokal.

Zaprowadziłem ją do stolika z plakietką „rezerwacja”.

— Może usiądziemy obok? Ten jest zajęty — zauważyła.

— Wiem. I dlatego to właśnie nasz stolik.

Zajęła miejsce, wpatrując się w morską otchłań. Modliłem się w duchu, by kiedyś z taką samą intensywnością patrzyła na mnie. Kelnerka podała karty, zamówiliśmy jedzenie i butelkę wina. Prowadziliśmy luźny dialog o studiach i codzienności. Dowiedziałem się, że jej przyjaciółki — Anastazja, Basia i Gośka — są dla niej jak siostry. Ania śmiała się, że po powrocie rzuci mnie im na pożarcie w ramach pokuty za porwanie.

— Jeśli chcesz, mogę ci towarzyszyć w tej rozmowie — zaproponowałem skromnie, szukając pretekstu, by zostać przy niej dłużej.

Starałem się, aby mój głos brzmiał neutralnie, niemal profesjonalnie, ale w środku wszystko we mnie drżało. Czułem, jak serce tłucze się o żebra z taką siłą, że bałem się, iż ona to usłyszy w tej gęstej, dusznej ciszy między nami. Moje dłonie, zwykle pewne i chłodne, teraz stawały się niebezpiecznie wilgotne, więc zacisnąłem je w kieszeniach, modląc się, by nie zauważyła tego zdradzieckiego drżenia.

To było szaleństwo. Czułem się jak hazardzista, który stawia wszystko na jedną kartę, wiedząc, że talia jest znaczone przeciwko niemu. Każda sekunda w jej obecności była jak chodzenie po cienkim lądzie, który pod moim ciężarem zaczynał już pękać. A jednak, mimo paraliżującego strachu przed odrzuceniem, wiedziałem jedno: byłem gotów zapłacić każdą cenę, zaryzykować każdą resztkę mojego spokoju i honoru, byle tylko jeszcze raz na mnie spojrzała. Chociaż ten jeden raz, nawet jeśli w jej oczach miałbym dostrzec jedynie cień niechęci.

To jedno spojrzenie było dla mnie warte więcej niż całe moje dotychczasowe życie w mroku. Było jedynym światełkiem od długiego czasu, które przedzierało się przez ciemność długiego czarnego korytarza, chociaż jeszcze sam nie wiedziałem, albo nie umiałem powiedzieć: dlaczego tak jest.

— To chyba dobry pomysł. Muszę im to wyjaśnić, ale przede wszystkim muszę ostrzec Anastazję. Skoro ten debil miał taki zamiar, a ty mu go udaremniłeś, nie wiadomo, co jeszcze zrobi. — Jej głos spoważniał, a w oczach pojawił się ból.

Postanowiłem postawić sprawę jasno. Niedomówienia bywają zabójcze.

— Opowiedz mi o ich związku. Z tego, co mówił Dawid, to ona go zostawiła i skrzywdziła.

— Co?! Palant! — fuknęła. — To on jest idiotą. Terroryzował Antę. Była wrakiem człowieka. Zdradzał ją, izolował od nas, pozwalał na spotkania tylko wtedy, gdy miał dobry humor. Namówiłyśmy ją na terapię online, żeby nic nie podejrzewał. Dopiero to otworzyło jej oczy. Odeszła, gdy przyłapała go pod blokiem innej kobiety. Kazała mu się wyprowadzić w ciągu dwudziestu czterech godzin. Nachodził ją potem miesiącami, dopóki szef nie zaproponował mu przeniesienia do Gdańska albo zwolnienia. Oficjalnie to Dawid poprosił o transfer, żeby uleczyć serce.

Słuchałem tej historii, czując rosnący ciężar w klatce piersiowej. Nie miałem odwagi przyznać w tej chwili, że z tym zwyrodnialcem łączą mnie więzy krwi.

— Długo dochodziła do siebie?

— Nadal dochodzi. Dlatego od dwóch lat nie widziałam morza, które tak kocham — powiedziała smutno. — Anta nie chce słyszeć o wyjeździe w te strony.

— Mój dom zawsze będzie na ciebie czekał. Możesz wpadać, kiedy chcesz — wypaliłem, zanim zdążyłem ugryźć się w język.

— Będę pamiętać — odpowiedziała, a jej słowa zadziałały jak balsam. „Będzie pamiętać”. A więc nie chce wymazać tego weekendu z pamięci.

Uznałem, że na dziś wystarczy trudnych tematów.

— Co chciałabyś robić jutro? Do Poznania jedzie się cztery godziny. Jeśli mamy być u ciebie o dwudziestej, musimy wyjechać o szesnastej. Zostaje nam całe popołudnie.

— Możemy wyjechać wcześniej… — zaczęła, a moje serce na moment zamarło. — Ale możemy też porobić coś tutaj. Zawsze chciałam zwiedzić Stocznię Gdańską.

Nie interesowało mnie, czy powiedziała to do mnie, czy tylko głośno pomyślała. Miałem cel. Wiedziałem już, jak spędzimy nasz ostatni wspólny dzień.

ONA

Siedzieliśmy w tej fantastycznej restauracji na plaży, jedząc pyszną kolację i rozmawiając o wszystkim i o niczym. Gdy dialog schodził na poważniejsze tory, Aleks od razu ucinał ciężkie tematy, za co byłam mu wdzięczna — nie miałam jeszcze siły się z nimi mierzyć. Chciałam po prostu cieszyć się chwilą i jego towarzystwem.

Wizja jutrzejszego rozstania wisiała nade mną jak ciemne chmury w letni dzień. Kiedy zaproponował, bym wymyśliła coś na jutro, nie chciałam się narzucać, ale samo wyrwało mi się, że zawsze marzyłam o zobaczeniu Stoczni. Na jego twarzy wykwitł wtedy tajemniczy uśmiech; na chwilę uciekł wzrokiem w telefon, jakby coś planował.

Później wszystko potoczyło się szybko. Dokończyliśmy wino, a w restauracji zrobiło się luźniej. Na plaży widać było już tylko sporadycznych spacerowiczów.

— Chcesz wracać do domu, czy masz ochotę na spacer? Port w nocy wygląda zabójczo — zapytał głosem rasowego kusiciela.

— Do portu — odpowiedziałam z uśmiechem. — Uwielbiam chodzić. W Poznaniu brakuje mi takich miejsc, wszędzie tylko beton i ulice. Tutaj to co innego: szum morza, świeże powietrze, czysty relaks.

Spacerowaliśmy w ciszy, z każdym krokiem coraz bliżej siebie. W pewnym momencie przeszedł mnie dreszcz. Od morza dął chłodny wiatr, a moja zwiewna sukienka nie dawała żadnej osłony. Aleks natychmiast to dostrzegł. Bez słowa przyciągnął mnie do siebie i objął ramieniem. Wtuliłam się w niego, chłonąc jego ciepło i zapach. Tak spleceni dotarliśmy pod apartament.

Dopiero po przekroczeniu progu mieszkania mnie olśniło.

— Gdzie będziesz spał? — spytałam, starając się brzmieć spokojnie. Nie miałam zamiaru lądować na kanapie; w końcu to nie z mojej winy tu byłam.

— Tam, gdzie poprzednio — odpowiedział, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie, i poszedł do kuchni nalać sobie wody.

— A ja? Twoja kanapa nie wygląda na wygodną — drążyłam temat, choć tak naprawdę przerażał mnie fakt wspólnego spania. Bałam się, że będzie chciał czegoś więcej, a ja nie byłam gotowa na nic poza tą dawką bliskości, którą poczułam podczas spaceru.

Aleks odstawił szklankę i spojrzał mi prosto w oczy.

— Słuchaj, skarbie. Nie pamiętam, kiedy ostatnio spałem tak dobrze, jak poprzedniej nocy obok ciebie. Skoro mam szansę być blisko ciebie jeszcze tylko przez tę jedną noc, zamierzam z niej skorzystać. Przyrzekam, że nie zrobię nic, na co nie wyrazisz zgody. Ale to, że śpisz w moich ramionach, nie podlega negocjacji. Chcesz pić?

Zaschło mi w gardle. Powinnam się kłócić, protestować, ale jakaś część mnie cieszyła się na tę bliskość jak dziecko. To stawało się naprawdę skomplikowane.

— Tak, poproszę — wykrztusiłam.

Nalał mi soku pomarańczowego z lodówki, która — o dziwo — była teraz pełna jedzenia. Kiedy wychodziliśmy, świeciła pustkami. To była kolejna zagadka tego wieczoru. Podał mi szklankę, a po chwili wrócił ze swoją koszulką w dłoni.

— Najdłuższa, jaką znalazłem, słowo honoru. Łazienka jest twoja. Ja pójdę po tobie.

Usiadł na kanapie i zaczął przełączać kanały w telewizji, a ja czmychnęłam do łazienki. Zmęczenie uderzyło we mnie z podwójną siłą. Marzyłam tylko o tym, by zasnąć. Po dwudziestu minutach wyszłam przebrana i skierowałam się do pokoju, w którym spędziłam poprzednią noc. Aleks odwrócił się i stanowczo pokręcił głową.

— Skarbie, to będzie nasza pierwsza wspólna noc za obopólną zgodą. To nie jest odpowiednie miejsce.

— Jestem wykończona, chcę się tylko położyć — mruknęłam, nie do końca łapiąc, o co mu chodzi.

— Dobrze. W takim razie idź do mojej sypialni. Drzwi na prawo.

Skinęłam głową i weszłam do wskazanego pokoju. Sypialnia Aleksa, podobnie jak reszta domu, skąpana była w czerni, bieli i szarościach. Trzy czarne ściany dopełniały białe meble, a czwarta była niemal w całości przeszklona. Na środku stało wielkie łoże zasłane szarym, aksamitnym materiałem. W powietrzu unosił się jego zapach — intensywny, męski, jedyny w swoim rodzaju. Wsunęłam się pod kołdrę, ułożyłam na boku i spróbowałam oczyścić głowę z natłoku myśli.

ON

Ania nie protestowała, gdy zasugerowałem wspólne spanie. Byłem gotowy na walkę, ale poczułem prawdziwą satysfakcję, że nie muszę jej toczyć. Gdy wyszła z łazienki w mojej koszulce, która ledwo zakrywała jej tyłek, musiałem ostro nad sobą panować. Patrzyłem na nią jak lew na zdobycz. Zrozumiałem, że palnąłem głupotę o „spaniu tam, gdzie poprzednio”, dopiero gdy zobaczyła sypialnię, która jeszcze niedawno była jej celą. Chciałem ją tulić całą noc, ale w swoim łóżku, a nie na tym niewygodnym, źle kojarzącym się barłogu.

Ku mojemu zdziwieniu, po krótkim instruktarzu, po prostu poszła do mojej sypialni. Bałem się tej jej nagłej uległości, więc pobiłem rekord pod prysznicem i dołączyłem do niej. Widok jej ciała w mojej pościeli był nie do opisania. Wślizgnąłem się pod kołdrę, przyciągnąłem ją do siebie i pocałowałem we włosy. Zasnąłem jak dziecko.

Obudziłem się rano, czując, że coś wierci się pod moim ciężarem.

— Przepraszam, nie chciałam cię obudzić, ale jesteś strasznie ciężki — mruknęła.

Rzeczywiście, mała diablica była niemal przygnieciona. Nawet gdy ją uwolniłem, wciąż czułem ciepło jej ciała przy sobie.

— Nic się nie stało. To ja przepraszam, ty tylko ratowałaś życie — odparłem.

Wtedy po raz pierwszy usłyszałem jej śmiech. Szczery, uroczy, cudowny dźwięk. W tej jednej chwili przepadłem. Wiedziałem, że nie będę w stanie z niej tak po prostu zrezygnować.

— Zrobię kawę. Chcesz?

— Poproszę. Która godzina? — zapytała, mrużąc oczy.

— Prawie dziesiąta…

— Że co?! — Wyskoczyłem z łóżka jak oparzony.

Ostatni raz spałem tak długo po trzydniowej imprezie lata temu. Zwykle nie sypiam dłużej niż do siódmej.

— Skarbie, ubieraj się. Śniadanie zjemy na mieście. O jedenastej musimy być w pewnym miejscu! — Cmoknąłem ją w policzek i wystrzeliłem do garderoby.

Byłem umówiony ze znajomym kustoszem Stoczni. Wykupiłem wszystkie bilety na tę godzinę, żeby mojemu promyczkowi nikt nie przeszkadzał. Chciałem, żeby dostała najrzetelniejszą wiedzę od Grześka — największego fanatyka historii w tym mieście.

— Gotowa? — zawołałem, wychodząc z sypialni.

— Tak, już prawie! — odkrzyknęła z łazienki.

Nie wierzyłem, że wyrobi się w piętnaście minut, ale gdy wyszła, zamurowało mnie. Miała na sobie dżinsowe szorty, szarą bokserkę, a włosy upięte w luźny kok. Spojrzeliśmy na siebie i wybuchliśmy śmiechem. Ja też miałem na sobie dżinsowe krótkie spodenki i szarą polówkę. Nawet odcienie się zgadzały.

— Masz dobry gust — rzuciła, puszczając mi oczko.

— O tobie muszę powiedzieć to samo. Zbieramy się, bo Grzegorz urwie mi łeb.

— Kto?

— Dowiesz się niebawem.

Zauważyłem na jej twarzy cień niepewności. Nasz początek nie był najlepszy, więc takie tajemnicze teksty mogły ją wystraszyć.

— Spokojnie, to fajny gość, ale strasznie ceni punktualność. Zaraz go poznasz.

Pod Stocznią na buzi Ani wykwitł przepiękny uśmiech. To był strzał w dziesiątkę. Zaparkowałem i dostrzegłem Grzegorza wpatrzonego w mój samochód. Nie wiem, czy to obecność Ani, czy fakt, że zobaczył mnie z „aniołem”, ale nasz kustosz był wyjątkowo miły. Żadnych wyzwisk na powitanie, czysta kultura.

— Spóźniliście się — rzucił.

— Wiemy, przepraszam. Zaspałem — wziąłem winę na siebie.

— Ty? Zaspałeś? To ciekawe… Możemy zaczynać?

— Naprawdę przepraszamy — wyszeptała Ania ze skruchą.

Grzegorz, wysoki i szczupły facet, który twierdził, że ma „to coś” na kobiety (ja obstawiałem pełny portfel), ujął dłoń Ani. Miałem ochotę mu ją odrąbać dla zasady.

— Grzegorz jestem.

— Ania — przedstawiła się, a widząc jej zakłopotanie, postanowiłem zagrać va banque.

— Moja kobieta — dodałem stanowczo, bo za długo wlepiał w nią wzrok.

Złośnica nie zaprzeczyła. Splotłem nasze palce i rzuciłem:

— Chodźmy zobaczyć te cuda.

Przez dwie godziny Grzegorz gadał jak najęty, Ania dopytywała o detale, a ja… ja po prostu podziwiałem widoki. I nie mówię tu o żurawiach stoczniowych. Na parkingu Grzesiek obiecał jej jeszcze wycieczkę do portu, a ja tylko przytaknąłem i zabrałem „moją kobietę” na obiad.

— Zagadałby cię na śmierć — rzuciłem, gdy siedzieliśmy już w aucie.

— Dziękuję — cmoknęła mnie przelotnie w policzek. — Było cudownie. Grzegorz to świetny facet.

— Jest chorym fanatykiem. Czasem myślę, że zna historię każdego kamienia w Gdańsku. To co, obiecana kawa?

— Tak, i jedzenie. Jestem głodna jak wilk.

Jak na zawołanie, w moim brzuchu zaburczało tak głośno, że oboje się roześmialiśmy.

— Słyszę. Czy ta restauracja na plaży jest już otwarta? — zapytała.

— Tak. Chcesz tam wrócić?

— Jeśli nie masz innych planów. To miejsce ma w sobie wakacyjny luz i klasę.

— Taki był nasz zamiar.

— Wasz?

— Tak, założyłem „Fantazję” z przyjacielem dwa lata temu. On miał plan, ja wkład finansowy. Nazwa wzięła się stąd, że gdy zacząłem dokładać swoje pomysły do jego szkicu, Robert powiedział: „Ty to masz fantazję lepszą niż ja…”. I tak zostało.

— Ciekawy z ciebie facet.

— Dziękuję — uśmiechnąłem się szelmowsko.

Dzień był idealny. Słońce, wiaterek, ona obok mnie. Jedyną wadą był fakt, że po posiłku musieliśmy ruszać do Poznania. Myśl o odstawieniu jej do domu psuła mi cały nastrój. Na obiad zamówiliśmy klasyczne danie…

ONA

Tuż po szesnastej zaczęła się moja podróż powrotna do codziennej szarości. Mój porywacz okazał się niezwykle interesującym facetem; nigdy bym nie przypuszczała, że ta historia nabierze takiego obrotu. Tak bardzo, jak nie chciałam tam być w piątek, tak samo teraz nie chciałam wracać. Tęskniłam za dziewczynami i wiedziałam, że muszę ostrzec Anastazję, ale kompletnie nie miałam pojęcia, jak im to wszystko wytłumaczyć.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 40.38