E-book
7.88
drukowana A5
54.94
Bitwa o Ziemie

Bezpłatny fragment - Bitwa o Ziemie

Kod Twórców, tom 3


Objętość:
321 str.
ISBN:
978-83-8467-903-6
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 54.94

Prolog

Exodus-001

Orbita Księżyca. Węzeł transferowy. Kilka miesięcy po bitwie o Pluton.

ORP „Królowa Jadwiga” zajmowała prawie całe pole widzenia za szybą terminalu. Transportowiec klasy „Batory” nie miał smukłości krążownika ani drapieżnej sylwetki Sokoła. Był długi, segmentowy i oblepiony modułami, jakby projektanci dokładali do niego kolejne części już po zakończeniu budowy. Wzdłuż grzbietu ciągnęły się zbiorniki, osłony kriogeniczne i kontenery zabezpieczone na podróż przez bramę. Na tablicy nad wejściem do rękawa cumowniczego świecił napis: EXODUS-001 / LECHIA. Ludzie czekali w czterech rzędach. Część miała jednakowe torby wydane przez program, inni trzymali własne walizki z przyklejonymi kodami masy. Dzieci spały na ramionach rodziców albo siedziały na podłodze między bagażami. Ktoś przyniósł skrzypce w twardym futerale. Starsza kobieta obejmowała oburącz niewielkie pudełko z fotografiami, choć wszystkie zdjęcia miała również zapisane w archiwum transportu. Michał Burycki, inżynier systemów wodnych, przeczytał formularz zgody po raz trzeci. Zdanie o możliwości powrotu pozostawało takie samo: decyzja zależna od sytuacji strategicznej i dostępności korytarzy transportowych.

— Tato, długo tam będziemy? — zapytała Hania.

Miała dziewięć lat i plecak większy, niż potrzebowała. Z bocznej kieszeni wystawało ucho pluszowego lisa.

— Trochę.

— Rok?

Michał popatrzył na żonę. Marta poprawiała synowi opaskę medyczną i udawała, że skupia się wyłącznie na zatrzasku.

— Zobaczymy, jak będzie wyglądała sytuacja.

— Mama mówiła, że na Lechii są zwierzęta, które przegryzają ogrodzenia.

— Mama czasem za dużo czyta raportów.

Marta uniosła wzrok.

— Mama czyta dokładnie tyle raportów, ile trzeba, żebyście nie wychodzili poza kopułę bez dorosłych.

Dziewczynka przyjęła to z miną człowieka, któremu właśnie ograniczono całe przyszłe życie. Z głośników popłynął komunikat o rozpoczęciu ostatniej kontroli dokumentów. Gdy kolejka ruszyła, wojskowi przy stanowiskach sprawdzali twarze, opaski, przydział zawodowy i numery rodzin. Nie pytali o znajomości ani nie przyjmowali nowych nazwisk, bo każda zmiana listy wymagała potwierdzenia na kilku niezależnych kanałach. Za grubą szybą holowniki odsuwały ostatnie platformy ładunkowe. Do wnętrza „Królowej Jadwigi” trafiły banki nasion, próbki gleby, linie komórkowe, zestawy szczepionek, drukarki molekularne, narzędzia, dokumentacja przemysłowa i kopie archiwów. W jednej z ładowni leżały skrzynie opisane jako materiały szkolne. W innej zamknięto rzeczy, których nie dało się przeliczyć na przetrwanie: rękopisy, nagrania, obrazy, stare księgi i tysiące prywatnych fotografii. Michał podał identyfikator, który kontroler przyłożył do czytnika.

— Rodzina Buryckich. Lechia, Kopuła Trzy. Kwarantanna sześć tygodni. Po wybudzeniu wykonują państwo polecenia personelu medycznego, nawet jeśli czują się dobrze.

— Rozumiem.

Po krótkim sygnale czytnika zapaliło się zielone światło i bramka się otworzyła. Michał zrobił krok, potem odwrócił się ku panoramicznej szybie. Z tego miejsca Ziemia była mała, ale wciąż wyraźnie niebieska. Córka podeszła obok i przycisnęła dłoń do szkła.

— Będzie ją widać z Lechii?

— Nie.

— Nawet jako gwiazdę?

Tym razem odpowiedział po chwili.

— Może przez dobry teleskop.

Marta stanęła przy nim. Cała czwórka patrzyła na planetę bez słów, podczas gdy kolejka omijała ich i znikała w rękawie cumowniczym. Potem z głośników padł komunikat o zamknięciu wejścia za dwanaście minut.

— Idziemy — powiedziała Marta.

Michał skinął głową i razem weszli na pokład.


Dwie godziny później „Królowa Jadwiga” odsunęła się od węzła księżycowego. Holowniki puściły kadłub, światła portu przesunęły się wzdłuż burt, a Ziemia została za rufą razem z tysiącami domów, do których część pasażerów mogła już nigdy nie wrócić. Na mostku padła zgoda na przejście. Pole przed transportowcem zgęstniało, gwiazdy ugięły się wokół osi kadłuba i pierwszy rejs Exodusu zniknął z przestrzeni między Ziemią a Księżycem.

Rozdział 1. Protokół — ewakuacja

System Syriusza, orbita planety „Lechia”. Kilka miesięcy po bitwie o Pluton.

Po Plutonie zniknęło jedno złudzenie: rubież nie była murem. Forpoczta Twórców dotarła na skraj Układu Słonecznego i zostawiła po sobie wraki, martwych ludzi oraz pytanie, którego nikt w Sztabie nie potrafił już odsunąć. Dane z Argusa, zapis ostatnich minut „Legnicy” i analiza obcych pól nie dowodziły, że Ziemię można namierzyć przez pracę Oka, bram albo systemów marsjańskich. Wystarczały jednak, żeby taki wariant stał się częścią każdej poważnej symulacji.

Obrona Ziemi pozostała pierwszym zadaniem. Równolegle uruchomiono odpowiedź na znacznie gorsze pytanie: co zrobić, jeśli któraś warstwa obrony pęknie. Exodus zaprojektowano jako operację ciągłości państwa i ludności. W stoczniach orbitalnych sześciu kolonii — Lechii, Silesii, Zorii, Morany, Walesa i Peruna — praca trwała bez przerwy. Powstawały krążowniki, doki, moduły rolnicze, przekaźniki i fabryki, ale od miesięcy pierwszeństwo miały transportowce klasy „Batory”. Wielkie, niezgrabne jednostki przeznaczone do przewozu ludzi, zasobów biologicznych, archiwów i wszystkiego, bez czego osada po kilku pokoleniach stawała się tylko skupiskiem ocalałych. W dokumentach program nazywał się Exodus. W rozmowach ludzi pojawiały się prostsze słowa: Arka, Ucieczka, Druga Polska, polisa na koniec świata. Pierwszy transport programu wszedł na orbitę Lechii o świcie czasu kolonialnego. Syriusz dawał światło ostrzejsze niż Słońce. Biała poświata ślizgała się po burzowych pasmach chmur i tropikalnych kontynentach, od których nawet z orbity biła ciemna zieleń. Oceany wyglądały spokojnie tylko z tej wysokości. Czujniki stacji co kilka minut korygowały alerty biologiczne przesyłane z powierzchni.

Lechia była żyzna i agresywna. Las rósł szybko, reagował na ciepło, chemię i pracę maszyn. Zwierzęta — jeśli ziemska nazwa miała tu jeszcze sens — uczyły się ogrodzeń, tras dronów i godzin patroli szybciej, niż podobało się biologom. Koloniści mieli już własne powiedzenie: na Lechii płot nie oddziela człowieka od natury. Informuje naturę, gdzie człowiek mieszka. W doku „Lechia-Wschód” „Królowa Jadwiga” sunęła między ramionami cumowniczymi z prędkością pieszego. Przy wojennym krążowniku wyglądała ciężko i nieporadnie. Projektowano ją do jednego zadania: dowieźć tysiące ludzi i ładunek pozwalający kolonii przetrwać bez Ziemi. Na burcie widniała nazwa ORP „Królowa Jadwiga”. Pod nią, mniejszym technicznym krojem: KLASA „BATORY” / REJS EXODUS-001. Wokół kadłuba pracowały holowniki i roboty dokowe. Z dysz korekcyjnych uchodziły krótkie pióropusze gazu, znikające natychmiast w próżni. Na wewnętrznych kamerach transportowca widać było ludzi czekających przy śluzach: część jeszcze w termicznych kocach po wybudzeniu, część z opaskami medycznymi na nadgarstkach, wszyscy z tym samym zmęczeniem na twarzach.

— Dokowanie zakończone — zameldowała major logistyki. — Trzy tysiące specjalistów. Inżynierowie środowiskowi, lekarze, biolodzy molekularni, geolodzy, architekci kopuł, technicy filtracji, hydroponika. Pięćdziesiąt siedem rodzin w trybie adaptacyjnym, personel szkolny i opiekunowie dzieci.

Komandor Konrad Orzeł stał przy stole kontrolnym. W pomieszczeniu czuć było świeżo parzoną kawę. Za ścianą pompowały układy dokowe; niski pomruk wchodził w podłogę i czuło się go przez podeszwy. Orzeł nie dowodził rozładunkiem. Od tego byli ludzie zdolni jednocześnie pamiętać o tonażu, kwarantannie, przepustowości wind i cywilach budzących się po skoku z językiem przyklejonym do podniebienia i błędnikiem, który przez pierwsze minuty nie wierzył w nową grawitację. Miał jednak dostęp do wszystkich warstw Exodusu i kanału wojskowego. Pilnował, żeby plan ratunkowy nie zmienił się w targowisko.

Na podglądzie ładowni przesuwały się pierwsze moduły: kriokomory, banki nasion, materiał genetyczny roślin i zwierząt oraz próbki mikrobiologiczne zamknięte w wielowarstwowych kasetach. Szczepionki, linie komórkowe, biblioteki DNA, dane agronomiczne. Część kodów znał tylko personel Luna-Med i Jowisza-Lazaretu. Potem kamery pokazały kontenery, przy których nawet operatorzy mówili ciszej. Złoto z rezerw NBP leżało w zabezpieczonych kasetach obok rękopisów Chopina, wybranych zbiorów Zamku Królewskiego i Muzeum Narodowego, archiwów bibliotek, sądów, uczelni oraz instytutów. Metal nie miał już dawnej pewności wartości, ale państwa budowano także z symboli i zaufania. Zeskanowano księgi cywilne i parafialne, mapy, filmy, nagrania, zasoby językowe, dokumentację naukową i przemysłową. Tysiące rodzin przekazały kopie fotografii i dokumentów ludzi, którzy zostawali na Ziemi. W magazynach obok genomów zbóż leżały więc śluby sprzed stu lat, akty urodzenia, stare plany miast i nagrania głosów osób, które nigdy nie miały polecieć między gwiazdy. Między kontenerami znajdowały się rzeczy znacznie mniej imponujące: skrzynie z podręcznikami, wyposażenie dwóch szkolnych pracowni, ciężki fortepian cyfrowo-mechaniczny i pojemnik oznaczony ZABAWKI / MATERIAŁY ADAPTACYJNE / PSYCHOLOGIA DZIECIĘCA. Orzeł zatrzymał na nim wzrok.

— To też jest ładunek krytyczny — powiedział.

Major spojrzała na niego.

— Zabawki?

— Dzieci, szkoły, język, prawo. Jeśli kiedyś któryś z tych światów będzie musiał żyć bez Ziemi, nie może być tylko kopalnią z koszarami. Ma umieć wychować człowieka, który zna Polskę z pamięci rodziców, a mimo to nie będzie żył całe życie jak uchodźca.

Major niczego nie zapisała; skinęła jedynie głową i przełączyła ekran, nad którym rozłożyła się mapa sześciu kolonii. Lechia, większa od Ziemi mniej więcej o połowę, miała być głównym ośrodkiem administracyjnym. Żyzna, bogata w wodę i biologicznie paskudna w sposób, którego nie dało się wyczytać z pięknych zdjęć orbitalnych. Silesia była bliższa ziemskim proporcjom. Rudy metali, pierwiastki ziem rzadkich i warunki do ciężkiego przemysłu sprawiły, że pierwsze miasta rosły wokół szybów, laboratoriów materiałowych i stoczni.

Zoria leżała bliżej Układu Słonecznego: chłodna, mała, pełna pól lodowych i gejzerów. Morana miała niższą grawitację i klimat przypominający sawannę; rolnicy widzieli w niej zaplecze żywnościowe, biolodzy za każdym razem dopisywali pod tą nazwą kilka stron ostrzeżeń. Wales i Perun znajdowały się najdalej. Ruiny, anomalie, uśpiona infrastruktura i zakaz masowego osadnictwa. Miały przyjmować badaczy, wojsko i ludzi pracujących z technologią, której rozsądniej byłoby nie dotykać. Rozsądek przestał jednak być jedynym kryterium po Plutonie. Na wszystkich sześciu światach działały stocznie. Marsjańskie doki i kanały energetyczne pozwalały zaczynać wyżej niż od fundamentu, ale każde uruchomienie wymagało ludzi zdolnych pracować przy urządzeniach starszych od ludzkich państw. Część instalacji nadal odpowiadała na polecenia, których inżynierowie nie rozumieli do końca. Zdarzały się drzwi otwierające się tylko przy określonym profilu pola, szyby bez widocznego napędu i magistrale energetyczne, które budziły się po podaniu kodu odzyskanego z Oka. Kolonie rosły więc na cudzej infrastrukturze, a pod każdym nowym modułem pozostawała warstwa obcej technologii, której człowiek ufał tylko dlatego, że potrzebował jej bardziej, niż powinien.

Na Ziemi zmieniło się też znaczenie słowa „wyjazd”. Kandydaci do Exodusu podpisywali dokumenty, w których powrót figurował jako możliwość zależna od sytuacji strategicznej. W praktyce wielu żegnało się z krajem raz. Ludzie sprzedawali mieszkania albo zostawiali klucze rodzinie, przepisywali pełnomocnictwa, wybierali kilka fotografii i uczyli dzieci nazw gwiazd, pod którymi miały dorastać. Część zgłaszała się z przekonania. Inni po nocach oglądali zapis bitwy pod Plutonem i następnego dnia składali wniosek, bo bali się bardziej o dzieci niż o własne życie. Program potrzebował specjalistów, lecz za każdą specjalnością szedł człowiek z własnym strachem, rodziną i pytaniem, czy zgoda na lot jest odwagą, czy tylko rozsądnie opisaną ucieczką.

— Status pasażerów? — zapytał Orzeł.

Major przesunęła palcem po panelu.

— Pierwsza grupa po wybudzeniu stabilna. Dwie reakcje paniki. Jedna odmowa zejścia z pokładu. Czternaście zaburzeń równowagi po skoku. Jedno dziecko w ciężkim epizodzie adaptacyjnym. Medycy prowadzą. Rodziny idą do Kopuły Trzy.

— Kwarantanna biologiczna?

— Pełna. Sześć tygodni bez otwartego środowiska. Kopuły, filtry, śluzy. Rolnicy już protestują.

— Tutaj mają powód.

Na ekranie pojawiła się Kopuła Trzy, położona na płaskowyżu ponad zieloną doliną. Wokół pracowały roboty ziemne, drony nadzoru i automaty obronne. Dalej zaczynał się las — wilgotny, ciemny, tak gęsty, że skanery miejscami gubiły grunt pod koronami. Major patrzyła chwilę.

— Piękna.

Orzeł przesunął wzrok po linii drzew.

— Piękno nie zatrzymuje zębów.

Kącik jej ust drgnął.

— Wiem.

— Ale jest piękna.

System dokowy uderzył głuchym stukiem, a na podglądzie pojawiła się kolejna grupa cywilów wychodzących z korytarza transferowego. Niektórzy poruszali się ostrożnie, z dłońmi przy ścianach. Inni patrzyli przez panoramiczne szyby na planetę i zastygali. Po wybudzeniu twarze mieli blade, oczy podkrążone; część dzieci tuliła plecaki, jakby mieściło się w nich całe dawne życie. Medycy prowadzili tych, którym miękły nogi. Ktoś wymiotował do przezroczystego worka przy śluzie, ktoś inny trzymał telefon z wygaszonym ekranem, choć z Ziemią nie było już zwykłego połączenia. W kolejce do windy orbitalnej nikt nie wyglądał jak kolonista z plakatu rekrutacyjnego. Oficjalny język mówił o relokacji specjalistów, zabezpieczeniu zasobów i ciągłości demograficznej. W terminalu wyglądało to prościej. Ludzie zostawiali mieszkania, groby, ulice, kuchnie, drzewa za oknem i sąsiadów, których być może już nie zobaczą. Pakowali własny świat do kilku kilogramów bagażu i kładli się w kriokomorze.

— Exodus-002? — zapytał Orzeł.

— Na węźle księżycowym. Czterdzieści minut opóźnienia. Problem z listą jednej grupy naukowców i rodzin.

— Jaki?

Major zawahała się tylko na moment.

— Ostatnia korekta przyszła kanałem cywilnym. Kancelaria wiceministra. W tle nacisk z sektora prywatnego. Dopisano siedemnaście osób spoza priorytetu.

Orzeł odwrócił się od planety.

— Nazwiska?

— Kontrwywiad już je ma.

Przy liście miejsc do przeżycia szybko pojawili się ludzie z pieniędzmi. Wojna z Twórcami nie wyczyściła starego świata z chciwości. Sprawiła tylko, że stawka przestała być księgową pozycją. Siedemnaście nazwisk oznaczało siedemnaście innych osób przesuniętych w dół: lekarza, technika filtracji, rodzinę biologa albo kogoś, kto miał uruchomić oczyszczalnię na planecie bez zapasowego serwisu z Ziemi. W Exodusie protekcja mogła zabić wiele miesięcy później i tysiące kilometrów od człowieka, który wykonał telefon.

— Cofnąć zmianę. Transport stoi, dopóki lista nie wróci do zatwierdzonej wersji. Każde dopisanie poza procedurą traktować jak próbę sabotażu programu.

— Tak jest.

— A do Warszawy proszę przekazać, że następny człowiek, który spróbuje wcisnąć rodzinę sponsora między lekarza a inżyniera filtracji, dostanie miejsce na Lechii od ręki.

Major uniosła brwi.

— Naprawdę?

— W lesie. Bez eskorty.

Prawie się uśmiechnęła.

— Wersję oficjalną napiszę inaczej.

— Na tym polega logistyka.

Orzeł wrócił do mapy. Najgorszy wariant nadal wisiał nad wszystkim: Twórcy mogli szukać rdzenia Igigi, artefaktu albo systemu, którego ludzie używali pod nazwą Oka Przeszłości. Sztab nie miał pewności, czy chodziło o odzyskanie własności, usunięcie zagrożenia, kontrolę nad starszą technologią czy jeszcze coś, czego ludzie nie potrafili nazwać. Po Plutonie rozsądny wariant zakładał, że oddanie artefaktu może niczego nie zakończyć.

W najgłębszych warstwach Oka znajdowały się rzeczy starsze niż marsjańskie archiwa. Marecki widział zbyt wiele, Vane nadal figurował jako zaginiony po Plutonie, a każda kolejna odpowiedź Oka zostawiała więcej pytań niż pewników. Orzeł budował strategię na gorszym założeniu: przeprosiny mogą nie mieć dla przeciwnika żadnego znaczenia. Exodus był planem na dzień, w którym wojna przejdzie przez Ziemię. Każda kolonia miała dostać ludzi zdolnych utrzymać energetykę, medycynę, produkcję żywności, prawo i dowodzenie nawet po całkowitym odcięciu od Układu Słonecznego. Sztab nazywał to odpornością rozproszoną. Orzeł widział w tym sześć prób uniknięcia jednego wspólnego grobu. Na ekranie ponownie pojawiły się dzieci. Szły między dorosłymi w lekkich kombinezonach adaptacyjnych. Jedne przyklejały twarze do szyb, inne płakały bezgłośnie albo ściskały zabawki pod pachą. Na ekranie były po prostu dziećmi, choć w dokumentach figurowały jako część strategicznej rezerwy demograficznej. Orzeł odwrócił wzrok pierwszy.

— Potwierdzenie z powierzchni — powiedziała major. — Pierwsza grupa edukacyjna w Kopule Trzy. Procedura adaptacyjna rozpoczęta.

— Szkoła?

— Dwa moduły. Jeden nauczyciel na miejscu, reszta zajęć zdalnie z Ziemi i Luny.

— Biblioteka?

— Pakiet podstawowy rozładowany.

Orzeł skinął głową.

— Dobrze, że przywieźli książki.

Na bocznym ekranie pojawił się status programu:

EXODUS-001: ROZŁADUNEK KRYTYCZNYCH ZASOBÓW — 38%

ADAPTACJA CYWILNA — W TOKU

RYZYKO BIOLOGICZNE — PODWYŻSZONE

RYZYKO PANIKI — KONTROLOWANE

STATUS PROGRAMU — KONTYNUOWAĆ

Ostatnie słowo było najcięższe. Oznaczało kolejne transporty mimo Plutona i „Legnicy”, mimo zaginionych pilotów, rannych, ludzi potrzebnych na Ziemi oraz milionów, dla których miejsca nigdy nie wystarczy. Matematyka Exodusu nie miała dobrego wyniku. Każde otwarte miejsce po jednej stronie bramy oznaczało kolejkę po drugiej.

— Protokół Exodus pozostaje aktywny — powiedział Orzeł.

— Potwierdzam.

Ramiona dokujące przesunęły kolejny kontener ku windzie. W środku były zeskanowane księgi, archiwa rodzinne, mapy starych miast, nasiona żyta, próbki gleby z kilku regionów Polski i kopie dzieł, których oryginały pozostały na Ziemi. Na końcu listy znajdowała się metalowa skrzynka z ziemią pobraną spod Wawelu. Orzeł nie pytał, kto uznał ją za potrzebną. Pod stacją Lechia świeciła zielenią i wodą. Nad nią „Królowa Jadwiga” opróżniała ładownie, a w terminalu następna grupa czekała na zejście do świata, który miał być schronieniem i domem jednocześnie. Ziemia leżała poza zasięgiem wzroku. Wystarczało jednak wypowiedzieć jej nazwę, żeby w pomieszczeniu na chwilę zrobiło się ciszej.

Rozdział 2. Twierdza Księżyc i Polska Podziemna

Polska budowała obronę warstwami, z których najbardziej widoczna była flota: okręty, stocznie, załogi i przemysł wyciskany do ostatniej zmiany. W raportach wszystko miało nazwę i procent gotowości: zdolność odstraszania, strefy przechwytywania, integracja systemów marsjańskich, rezerwa remontowa. Papier nie pokazywał ludzi śpiących po cztery godziny, hut pracujących na granicy awarii ani nocnych transportów idących bez świateł. Spawaczy z Gdańska przerzucano na orbitę, górników z Halemby uczono pracy w niskiej grawitacji, a studenci politechnik podpisywali klauzule tajności, zanim zdążyli odebrać dyplomy.

Po Plutonie nikt w sztabie nie zakładał już, że sama flota wystarczy. Pod nią powstawał Bunkier. W Tatrach, dawnych kopalniach, pod masywami skalnymi i w starych kompleksach wojskowych drążono głębokie schrony. Własne ujęcia wody, reaktory, filtry, zapasy żywności, szpitale, magazyny części. Z części korytarzy ciągnął zapach świeżego betonu. W innych pracowano w pyle po starych wyrobiskach, gdzie stalowe podpory pamiętały górników sprzed dwóch pokoleń. Oficjalnie była to modernizacja infrastruktury krytycznej i odporność państwa. W dokumentach z czerwonym paskiem pytanie brzmiało prościej: ilu ludzi da się schować, jeśli obrona orbitalna pęknie. Schowanie wszystkich było niemożliwe. Sztab pracował więc na liczbach, których nikt nie chciał czytać rodzinie przy stole.

Wyżej czekała Luna-1. Marsjańska instalacja pod powierzchnią Księżyca była jednocześnie tarczą, baterią i czymś, czego polscy inżynierowie nadal nie potrafili opisać bez dopisków na marginesach. Pełnego uderzenia w warunkach bojowych nikt jeszcze nie odważył się testować. Część ofensywna mogła oddać strzał o mocy nieosiągalnej dla ziemskich okrętów, ale po każdym użyciu potrzebowała godzin na odbudowę energii. Skuteczność zależała też od położenia Księżyca względem celu. Broń zdolna przeciąć pancernik Twórców mogła w najgorszej chwili patrzeć w złą stronę. Na wykresach wyglądało to jak ograniczenie techniczne. Dla ludzi w centrum dowodzenia znaczyło coś prostszego: jeden strzał mógł być jedynym, jaki dostaną. Dalej rozstawiano wygaszone platformy i stanowiska ostrzału. Mars, jego księżyce, pas asteroid i ciemne punkty między orbitami dostawały kolejne magazyny, sensory i wyrzutnie, które miały obudzić się dopiero po rozkazie. „Gniazdo” wraz z siecią satelitów pól transportowych tworzyło osobną warstwę. W teorii odpowiednio uformowany obszar przejścia mógł wyrzucić intruza daleko od Ziemi. W praktyce każde użycie zależało od czasu, energii i geometrii, a przeciwnik pod Plutonem pokazał już, że potrafi psuć ludzkie wyobrażenie o wszystkich trzech.

Przy „Gnieździe” pozostawał ORP „Arctowski”, okręt ostatniej szansy przygotowany na dzień, w którym plan zwycięstwa przestanie mieć znaczenie. Premier i prezydent, w towarzystwie generała Hryniewicza, odbyli tajną wizytację Luna-1. Dla generała był to ostatni dzień jako stałego dowódcy kompleksu. Część rzeczy przeniósł już na „Arctowskiego”, a obowiązki przekazał dotychczasowej zastępczyni. Podpułkownik Piątek czekała przy wewnętrznej śluzie. Na Lunie szybko przestała wyglądać jak ktoś, kto objął nowe stanowisko. Miała pod oczami ciemne półkola, na rękawie ślad grafitowego pyłu i głos człowieka, który od tygodni odpowiadał za urządzenia zdolne zabić więcej ludzi niż cała wcześniejsza polska armia. Hryniewicz oddawał jej kompleks bez ceremonii. Przez lata nauczył się każdego odgłosu instalacji: pomruku pomp, krótkiego trzasku przekaźników, syku śluz. Teraz te same dźwięki należały już do kogoś innego. W kieszeni kombinezonu miał identyfikator „Arctowskiego”; dotykał go odruchowo, ilekroć Piątek mówiła o kolejnych sektorach.

— Tędy — powiedziała.

Korytarze schodziły w ciemny bazalt. W starszych odcinkach pod butami chrzęścił drobny pył wciskający się w uszczelki. Z nawiewów płynęło suche, chłodne powietrze. Ludzkie przewody, lampy i oznaczenia kończyły się miejscami nagle, ustępując gładkim powierzchniom zbudowanym tysiące lat przed pierwszym lądowaniem człowieka na Księżycu. Ściany głównej komory były najeżone emiterami. Za nimi ciągnęły się generatory, kondensatory, sekcje chłodzenia, transformatory i krystaliczne układy skupiające. Ziemskie instalacje dołączono do tego organizmu jak protezy. Część miała czerwone tabliczki z ostrzeżeniami napisanymi po polsku. Obok nich martwy marsjański znak potrafił rozbłysnąć bez powodu i zgasnąć, zanim technik zdążył zapisać odczyt.

Przy jednym z pulpitów pracowało trzech operatorów w ochronnikach słuchu. Na karkach mieli wilgotne ślady potu, mimo chłodu. Co kilka minut układ chłodzenia zrzucał temperaturę i po metalowych osłonach spływała cienka kondensacja. Czuć było smar używany przy ludzkich pompach wciśniętych w urządzenie, którego ludzie nie zbudowali. Prezydent Edmund Kliszewski szedł wolno. Magnetyczne podeszwy odpowiadały cichym kliknięciem przy każdym kroku. W jednym z odcinków kompensacja grawitacyjna osłabła i żołądek przypomniał mu, że pod sztucznym ciężarem nadal znajduje się Księżyc. Premier Bogdanowski chwycił poręcz i puścił ją dopiero po kilku metrach; Piątek tego nie skomentowała. W komorze Tarczy nie dało się mówić normalnym głosem. Niski pomruk instalacji przechodził przez kości. Co kilka sekund w głębi krystalicznych soczewek przesuwał się granatowy błysk, a włosy na przedramionach podnosiły się od pola mimo warstw ubrania.

— To jest Tarcza — powiedziała Piątek. — Marsjanie wykorzystali Księżyc jako element obrony Ziemi. Możemy rozwinąć pole obejmujące planetę. „Perun” pobiera energię bezpośrednio z głównego reaktora Luny.

Kliszewski patrzył na ciemną soczewkę skierowaną ku Ziemi.

— Jak długo utrzyma pole?

— Zależy od obciążenia. Przy ostrzale porównywalnym z tym, co widzieliśmy pod Plutonem, nie mam uczciwej odpowiedzi.

— Najgorszy wariant.

— Minuty albo mniej. Jeśli dostaniemy kilka uderzeń w ten sam sektor, osłona może siąść szybciej.

Premier odwrócił się ku Hryniewiczowi.

— A broń ofensywna?

Piątek odpowiedziała pierwsza.

— Może dosięgnąć celu w obrębie Układu, jeśli geometria jest po naszej stronie. Po strzale kondensatory potrzebują wielu godzin. Drugiej szansy możemy nie dostać.

Piątek przesunęła dłonią po krawędzi pulpitu. Na skórze została szara smuga pyłu.

— I jeszcze jedno. Pełnej mocy nie sprawdziliśmy. Wiemy, co pokazują archiwa i testy częściowe. Przy wojnie dowiemy się reszty.

— Czyli jedno dobre uderzenie.

— Albo jedno zmarnowane.

Kliszewski podszedł bliżej bariery. Za nią pulsowało światło zamknięte w obcej aparaturze.

— Marsjanie mieli takie systemy i przegrali.

Hryniewicz potarł kciukiem krawędź poręczy.

— Mieli więcej niż my. To jest najgorsza część każdego raportu o Lunie.

— Twórcy byli aż tak dobrzy?

— Wiemy, że wojna skończyła się śmiercią Marsa. Resztę składamy z fragmentów. „Twórcy” i „Ogrodnicy” to dwie ludzkie nazwy tej samej rasy: pierwsza została przy tych, którzy zasiewali życie, druga przy tych, którzy wracali je przycinać. Nie wiemy tylko, ile dawnych zapisów opisuje ich samych, a ile narzędzia, które po sobie zostawili.

Słuchali pracy kondensatorów.

— Co w takim razie mamy? — zapytał premier.

Hryniewicz spojrzał na niego.

— Czas, trochę ich technologii i własny przemysł. Jeśli Twórcy przewidują nasze ruchy, mogą się pomylić. Zdarzało się już, że pilot zawracał po kolegę, choć rozsądek kazał mu ratować własną maszynę.

— Taki odruch może uratować kolegę albo zgubić cały klucz — zauważył Bogdanowski.

Kliszewski patrzył na błękitny błysk przechodzący po soczewce.

— A jeśli oni też potrafią robić rzeczy nieracjonalne?

— Wtedy znamy ich jeszcze gorzej, niż myślimy.

Wracając do śluzy, Kliszewski obejrzał się raz na komorę. Z tej odległości ludzie przy konsolach byli małymi sylwetkami przy obcej aparaturze. Nie widział już Tarczy. Widział załogę, która miała nacisnąć przycisk, jeśli reszta kraju nie zdąży uciec.


Gabinet Prezydenta na stacji „Gniazdo”. Godzina 3:40.

Mała lampka na biurku oświetlała papierowe książki i raporty z czerwonymi klauzulami. Wentylacja pracowała za ścianą jednostajnie, ale od czasu do czasu konstrukcja stacji odpowiadała głuchym stuknięciem instalacji termicznej. Kliszewski siedział nad tomem o schyłku Imperium Rzymskiego i po raz trzeci czytał tę samą stronę, rozpoznając litery, ale gubiąc sens. Gdy drzwi się otworzyły, do gabinetu weszła Anna z dwoma kubkami melisy. Miała na sobie szlafrok narzucony na stacyjny kombinezon, włosy spięte niedbale. Postawiła jeden kubek między mapą ewakuacji a raportem o gotowości Luny.

— Znowu nie śpisz?

— Próbowałem.

Usiadła na poręczy fotela i dotknęła jego karku. Mięśnie miał twarde od wielogodzinnego siedzenia.

— Czytasz o Rzymie, bo liczysz, że znajdziesz instrukcję?

— Liczę, że znajdę moment, w którym ktoś wiedział, że wszystko się sypie, i nie zaczął kłamać samemu sobie.

— Znalazłeś?

— Głównie podatki, bunty i ludzi przekonanych, że jeszcze mają czas.

Anna przesunęła wzrok po raportach.

— To brzmi znajomo.

Kliszewski parsknął krótko, bez wesołości. Potem odłożył książkę.

— Dzisiaj na Lunie patrzyłem na broń, która może wypalić dziurę w czymś wielkości miasta. Hryniewicz mówił o minutach osłony. Piątek o jednym strzale. A ja cały czas myślałem, czy Zosia śpi.

— Śpi. Staś też.

— Pytała o dom?

— Tak.

— Co powiedziałaś?

Anna podała mu kubek. Pachniał melisą.

— Że nie wiem, kiedy wrócimy.

Kliszewski zamknął oczy.

— Trzymam ich tutaj.

— Trzymasz ich tam, gdzie mają większą szansę przeżyć.

— Dla dziecka różnica jest niewielka.

— Dla rodzica też. Tylko rodzic musi ją mimo wszystko policzyć.

Pili w ciszy.

— Jutro przy „Gnieździe” pojawi się flota — powiedział. — „Wawel”, „Żółkiewski”, „Piłsudski”, „Zawisza Czarny”. I „Hetman Czarniecki”.

Anna podniosła wzrok.

— Lewiatan?

— Pierwszy bojowo gotowy.

— Dlatego chcą mnie przy ceremonii?

Skinął głową.

— Masz nadać mu imię.

— Nie jestem wojskowa.

— Dlatego cię wybrali.

Anna ogrzewała dłonie o kubek.

— Nie będę mówiła o chwale.

— Nie prosiłem.

— Ty nie. Ludzie od kamer zawsze proszą.

— Powiedz swoje.

— Powiem do tych, którzy będą siedzieć w środku. Nie do kamer.

Wstała, poprawiła pasek szlafroka i przy drzwiach zatrzymała się jeszcze na moment.

— Spróbuj przespać godzinę, Edmund.

— Spróbuję.

Oboje wiedzieli, że kłamie. Kiedy wyszła, zamknął książkę. Rzym przestał mu być potrzebny.

Sięgnął po raport leżący pod mapą Luny, w szorstkiej okładce bez godła i nazwisk. Tylko trzy linie:

BUNKIER / STAN GOTOWOŚCI / DOSTĘP SPECJALNY.

Plan był prosty na papierze: schować tylu ludzi, ilu się da, utrzymać dowodzenie, wodę, energetykę, szpitale i żywność, jeśli niebo nad Polską zacznie spadać. Miał chronić tych, których nie da się wysłać do kolonii ani wyciągnąć na orbitę. Za każdą pozycją stało coś cięższego od tabeli. Przepustowość śluz oznaczała kolejkę ludzi, wydajność filtrów ich oddech, a zapasy wody dzień, w którym ktoś będzie musiał zdecydować, komu wolno zostać pod ziemią dłużej. Kliszewski otworzył pierwszą stronę. W tabelach stały liczby miejsc, tony betonu, przepustowość filtrów i miesiące zapasów. W dopiskach kontrwywiadu pojawiały się już inne rzeczy: prywatne odwierty, wykupione szyby, firmy zamawiające pancerne drzwi poza ewidencją i ludzie z pieniędzmi, którzy pytali, ile kosztuje własny kawałek góry. Państwo kopało schrony dla przetrwania. Ktoś obok zaczynał budować sobie bilet przez cudzą śmierć.

Rozdział 3. Hetman Czarniecki

Orbita Ziemi. Stacja „Gniazdo”.

Z powierzchni najpierw widać było światła. Kilka jasnych punktów przesuwało się wysoko nad atmosferą, zbyt równo i zbyt spokojnie jak na zwykły ruch orbitalny. Sunęły po czystym niebie, bez smug i huku. Dopiero teleskopy i transmisje wojskowe odebrały im niewinność.

ORP „Wawel”. ORP „Żółkiewski”. ORP „Piłsudski”. ORP „Zawisza Czarny”. Dalej niszczyciele, fregaty osłony, jednostki techniczne, logistyka i holowniki. Na zewnętrznym wektorze szedł ORP „Pilecki”, pierwszy ziemski pancernik ciężkiej klasy, szeroki i czarny jak kawał fortyfikacji wyrwany z gruntu. Przy całej swojej masie „Pilecki” przestał jednak istnieć dla kamer, gdy przestrzeń obok „Gniazda” zgięła się i wypuściła Lewiatana. ORP „Hetman Czarniecki”. Stacja automatycznie zmieniła zakres obserwacji. Obraz cofnął się raz, drugi, trzeci, aż w kadrze zmieścił się cały kadłub. Siedem kilometrów obcej konstrukcji zawisło nad błękitną krzywizną Ziemi. Jeden z niszczycieli przeszedł w tle i skurczył się do krótkiej kreski. W mieszkaniach, szkołach i redakcjach rozmowy przycichły. Ludzie patrzyli na okręt zrodzony w obcej stoczni. Pancerz miał stare rany, czarne zagłębienia i pasma materiału reagującego na światło inaczej niż ziemskie stopy. W jego powierzchnię wcięto nowe śluzy, pomosty, przewody i moduły komunikacyjne. Biały orzeł wyglądał na nim prawie bezczelnie. Pod znakiem widniała nazwa.

ORP „HETMAN CZARNIECKI”

Biały orzeł i nazwa należały do ludzi; konstrukcja pozostała obca. Przy zmianie pola po pancerzu czasem przebiegało granatowe drżenie, którego inżynierowie wciąż nie umieli przypisać do konkretnego układu. Załoga znała część instalacji, a resztę omijała. Przejście Lewiatana obok stacji odczuły wcześniej czujniki niż ludzie. Grawimetry zaczęły rozjeżdżać się o ułamki wartości, kompensatory „Gniazda” podjęły korektę, a w dwóch bocznych modułach na sekundę zadzwoniły luźne elementy wyposażenia. W sektorze rodzinnym Zosia Kliszewska podniosła głowę znad ekranu lekcji. Staś przestał bawić się psem z urwanym uchem. Anna spojrzała na ścianę; pancerz odcinał ją od widoku.

— To on? — zapytała Zosia.

Anna skinęła głową.

— Ten okręt, któremu masz nadać imię?

— Tak.

Dziewczynka pomyślała chwilę.

— Jest większy od Gniazda?

— Dużo.

Zosia wróciła do ekranu, lecz wzrok utknął jej na tej samej linijce. Dzieci szybko oswajały słowa takie jak „Lewiatan”, „ewakuacja” i „sektor chroniony”. Anna próbowała rozpoznać, czy patrzy na odporność, czy tylko na szybkie uczenie się strachu.

Załoga odpowiedzialna za dokowanie oglądała wyłącznie surowe wektory, naprężenia i marginesy błędu. Pułkownik Bartłomiej Gryga stał w centrum kontroli z dłonią opartą o krawędź pulpitu. Pod palcami czuł lekkie drżenie stacji. W powietrzu czuć było środek do czyszczenia filtrów. Obsada pracowała od kilkunastu godzin; pod oczami operatorów leżały ciemne cienie, a kubki z napojami wciskano w uchwyty tak głęboko, jakby od tego zależała stabilność orbity. Nie był marynarzem kosmicznym w takim sensie jak Orzeł ani dowódcą wielkiej jednostki bojowej jak Różański. Jego okrętem była stacja. Jeśli krążownik mógł manewrować, odejść, przyjąć walkę albo wejść w skok, „Gniazdo” musiało trwać. Trzymało windę, doki, kwatery cywilne, moduły dowodzenia, sektor rodzinny, laboratoria, magazyny, baterie obronne i całą tę kruchą strukturę, którą sztabowcy nazywali zapleczem strategicznym, choć w praktyce była po prostu drugim sercem Polski. Dla Grygi „Hetman Czarniecki” był przede wszystkim masą, polem i siedmioma kilometrami problemu, który za chwilę miał podejść do konstrukcji pełnej ludzi.

— „Wawel” na osi drugiej. „Żółkiewski” sektor trzeci. „Piłsudski” w korytarzu południowym. „Pilecki” utrzymuje zewnętrzną osłonę — meldowała oficer łączności. — „Hetman Czarniecki” gotowy do wejścia w sektor honorowy.

Gryga porównał trzy nakładające się odczyty grawimetryczne. Każdy podawał minimalnie inną geometrię pola Lewiatana.

— Zgoda warunkowa. Prędkość zejścia o połowę niższa od protokołu. Ręczne potwierdzenie z doków. Blokady mechaniczne dopiero po stabilizacji wszystkich osi.

— Procedura ceremonialna przewiduje standardowe podejście.

— Ceremonia skończy się w sekundę, jeśli pole wyrwie nam segment doku. Potem zostanie zbieranie ciał.

Oficer skinęła głową.

— Baterie obronne są wygaszone.

— Pasywne. Gotowe do podniesienia.

— Dyplomaci mogą to odczytać jako brak zaufania.

Gryga odwrócił ku niej twarz.

— Przyjmujemy siedmiokilometrowy okręt znaleziony w asteroidzie. Zaufanie zostawmy ludziom od przemówień.

Na zabezpieczonym kanale pojawił się admirał Różański. Za nim mostek Lewiatana był mieszaniną dwóch światów: ludzkie fotele, poręcze i stanowiska wyrastały we wnętrzu zbudowanym dla innej anatomii. Głębiej zaczynały się ciemne korytarze, do których załoga wchodziła tylko w zespołach.

— „Gniazdo”, utrzymujemy podejście — powiedział Różański. — Pole stabilne.

— U pana może i stabilne — odparł Gryga. — U mnie trzy czujniki kłócą się o pół metra.

Różański zerknął w bok na własne dane.

— Dlatego lecimy wolno.

— Dla góry wszystko jest wolno.

Na drugim kanale admirał Zasada parsknął krótko.

— Cała planeta patrzy, panowie. Proszę dziś bez dynamicznych testów, przypadkowych skoków i innych określeń, które potem trafiają do raportu z dopiskiem „nieplanowane”.

— „Hetman” zachowuje się lepiej niż połowa gości na stacji — odpowiedział Różański.

— To nadal cudza maszyna.

Uśmiech zniknął z twarzy dowódcy Lewiatana.

— Pamiętam.

Gdy ogromny cień przeszedł po zewnętrznej części „Gniazda”, czujniki konstrukcyjne odpowiedziały niskim drżeniem. Operatorzy zamilkli na sekundę, po czym wrócili do procedur.


Kilka poziomów wyżej, za grubą szybą galerii, stali dyplomaci. Ambasador Brazylii trzymała dłonie splecione na brzuchu. Francuski przedstawiciel przemysłu energetycznego patrzył na Lewiatana z twarzą człowieka, który właśnie zobaczył, jak szybko starzeją się wieloletnie programy badawcze. Amerykański sekretarz do spraw technologii strategicznych zerkał równie często na okręt, jak na polskich oficerów. Oficjalnie spotkanie dotyczyło współpracy: żywności dla kolonii, energetyki, medycyny, dostaw przemysłowych i udziału specjalistów w nowych osiedlach. Każdy obecny coś liczył: jedni megawaty, inni dostęp do patentów, kolejni wpływy polityczne. Wojskowych interesował przede wszystkim czas. Po raz pierwszy skoncentrowano na orbicie Ziemi polską flotę liniową. Sprawdzano dowodzenie, zachowanie formacji, pracę „Gniazda” i reakcję dyplomatów na widok siły, o której jeszcze rok wcześniej nie śniło się żadnemu sztabowi. Kilka poziomów niżej prezydent Kliszewski stał z premierem Bogdanowskim i ministrem spraw zagranicznych. Miał na sobie ciemny garnitur, ale nie wyglądał jak człowiek przyzwyczajony do ceremonii. Od czasu operacji „Hycel” jego twarz zmieniła się subtelnie. Nie postarzał się gwałtownie, raczej stwardniał w miejscach, w których dawniej pozwalał sobie na cień ironii.

— Widzą flotę i pytają, co dostaną — powiedział premier.

— My patrzymy na ich przemysł i liczymy, czego sami nie zdążymy zrobić.

— To jest skala.

Kliszewski przesunął wzrok po dokumentach na stole konferencyjnym.

— Jedno państwo ma za mało ludzi, czasu i fabryk, żeby nakarmić sześć kolonii, postawić wszystkie reaktory, wyprodukować aparaturę medyczną i równocześnie szykować się do wojny.

Dokumenty były grube i mało efektowne. Żywność i zespoły agronomiczne z Brazylii, Argentyny, Kolumbii i Peru miały iść do kolonii szybciej, niż polskie gospodarstwa i orbitalne szklarnie były w stanie zwiększać produkcję. Francuzi oferowali przemysł, kadry i sieć energetyczną w zamian za udział w cywilnych reaktorach. Amerykanie naciskali na aparaturę diagnostyczną, procesory kwantowe i systemy filtracji krwi. To były rzeczy, które mogły ratować ludzi bez odsłaniania logiki Oka, bram i wojskowych rdzeni. Obok leżały inne papiery. Grubsze, napisane językiem, który starannie omijał słowo „kontrola”. Fundusze proponowały finansowanie infrastruktury w zamian za udziały w operatorach bram. Banki chciały zabezpieczeń na przyszłych dochodach kolonii. Konsorcja technologiczne domagały się dostępu do warstw serwisowych, baz materiałowych i dokumentacji „w zakresie niezbędnym dla partnerstwa”. Jeszcze rok wcześniej część z nich uważała program kosmiczny za polityczną fanaberię. Teraz ich prawnicy stali pod drzwiami z gotowymi umowami. Kliszewski przesunął jeden z takich dokumentów na bok.

— Medycyna pierwsza. Energia druga. Żywność i kolonizacja równolegle. Technologie cywilne etapami. Wojskowe rdzenie, bramy i architektura Oka zostają zamknięte.

Bogdanowski przeczytał pierwszą stronę odrzuconego wniosku.

— Będą mówić, że budujemy monopol.

— Będą. Pełne otwarcie teraz dałoby kilku funduszom większy wpływ na dostęp do bram niż państwom, które mają przez nie przechodzić.

Minister spraw zagranicznych wziął od premiera odrzucony wniosek.

— Jeśli odpowiemy na wszystkie propozycje jednym pismem, odmowę dostępu do bram przedstawią jako odmowę współpracy. Proponuję oddzielnie prowadzić rozmowy o technologiach cywilnych.

— Przygotujcie taką odpowiedź — polecił Kliszewski. — Sprzęt i ludzi potrzebujemy teraz. Bram nie wpisujemy do żadnych negocjacji.

Za szybą Lewiatan przesunął się o kilka metrów. W galerii ktoś odruchowo cofnął się od szkła. Ceremonię przygotowano w głównym doku obserwacyjnym dopiero po potwierdzeniu wszystkich blokad.

Butelka została w magazynie. Na obcy pancerz przygotowano tablicę z polskiego stopu i warstwy marsjańskiej ceramiki. Pod nazwą okrętu wygrawerowano dwa słowa:

WRACAJ Z LUDŹMI

Anna Kliszewska stanęła przy pulpicie w ciemnym stroju. Noc spędziła prawie bez snu. W pamięci siedziało pytanie Zosi o dom i odpowiedź, na którą zabrakło słów. Teraz przed szybą wisiała broń zbudowana przez cywilizację, która utraciła własny świat. Edmund został pół kroku za nią. Admirał Różański pojawił się na ekranie z mostka Lewiatana. Ludzkie światło źle leżało na czarnych ścianach. W kilku miejscach pod nowymi panelami przebijały stare granatowe linie. Za fotelem admirała korytarz odchodził w głąb kadłuba i po kilkunastu metrach znikał w cieniu. Anna przyłożyła dłoń do zimnej płyty aktywacyjnej. Metal odebrał ciepło ze skóry. Pod opuszkami poczuła delikatne drżenie, przenoszone przez konstrukcję doku z pola Lewiatana. Przypomniała sobie dłonie Zosi zaciskające się na kubku i Stasia śpiącego z pluszowym psem pod brodą. Okręt za szybą miał bronić takich rzeczy. Do tego sprowadzała się cała ceremonia. Spojrzała w kamerę, ale mówiła do ludzi po drugiej stronie.

— Nadaję ci imię ORP „Hetman Czarniecki”. Masz wracać z ludźmi. Zawsze, jeśli tylko będzie do czego wrócić.

Różański pochylił głowę, a gdy sala ucichła, mostek Lewiatana przyjął nazwę. Maszynownia, medyczna i sekcja uzbrojenia potwierdziły gotowość.

— ORP „Hetman Czarniecki” przyjmuje imię i służbę — powiedział Różański.

W zamkniętym rejestrze programu trzy pozostałe Lewiatany miały już przydzielone nazwy: ORP „Tadeusz Kościuszko”, ORP „Generał Puławski” i ORP „Hetman Zamoyski”. Nie wszystkie były jeszcze gotowe do walki, ale nazwy przestały być pustymi rubrykami. Gdzieś głęboko pod mostkiem przeszedł granatowy impuls. Słaby, prawie na granicy pomiaru. Różański poczuł go w podeszwach i odruchowo spojrzał na pulpit. Operator pola pokręcił głową.

— W normie. Reakcja na zmianę identyfikatora systemowego.

„W normie” było na Lewiatanie zwrotem roboczym. Zwykle znaczyło tyle, że parametry mieściły się w obszarze, z którego załoga dotąd wracała żywa. Różański przyjął meldunek bez komentarza. Oklaski przyszły późno i nierówno. W sektorze widokowym dzieci przyciskały dłonie do szyby, próbując objąć wzrokiem okręt większy niż ich wyobrażenie o statku. Jedno z nich pomachało do kamery Lewiatana. Różański zobaczył gest na bocznym ekranie i na moment zacisnął szczękę.


W centrum dokowania Gryga śledził zielone znaczniki blokad.

— Status?

— Dwanaście blokad mechanicznych. Cztery pola cumownicze. Dwa korytarze serwisowe. Stabilizacja w normie. Brak nieautoryzowanych impulsów z kadłuba.

— Pełny zapis. Bez wersji skróconej dla prasy.

— Tak jest.

Gryga odetchnął dopiero wtedy, gdy wszystkie linie pozostały zielone przez pełną minutę. Przez szybę widział tylko fragment Lewiatana. Czarna powierzchnia zasłaniała pół pola widzenia. Stacja, którą od miesięcy nazywano największym przedsięwzięciem orbitalnym w historii kraju, wyglądała przy nim jak rusztowanie.

Po ceremonii piloci skrzydła „Grom” otrzymali krótkie przepustki. W sektorze pilotów na „Żółkiewskim” zaczęło się pakowanie.


Na bocznym monitorze sektora pilotów „Żółkiewskiego” nadal trwała transmisja ceremonii. Kosa zamknął torbę, a na ekranie pozostał obraz Lewiatana.

— Pół floty, dyplomaci, prezydent i siedem kilometrów obcego złomu. Brakuje tylko kiełbasy z grilla.

Viki zarzuciła własną torbę na ramię.

— Gdybyś dostał kiełbasę, też byś narzekał.

— Narzekałbym z pełnym żołądkiem. To wyższy poziom gotowości bojowej.

Żart zgasł, kiedy dostrzegł Siwego siedzącego przy szafce i obracającego komunikator w palcach.

— Ty dokąd? — zapytał Kosa.

— Na Mazury.

— Do rodziny?

Siwy zawahał się krótko.

— Do babci.

Kosa skinął głową. Twarz mu spoważniała.

— Z windy prosto na pociąg?

— Najpierw Warszawa. Potem dalej.

Viki poprawiła pasek torby.

— Ja też na Warszawę. Potem Poznań.

— Suchy Las? — zapytał Kosa.

— Tak.

— Sprawdzić, czy kwiatki przeżyły wojnę?

— Jeżeli moja siostra zabiła paprotkę, sama będzie ją tłumaczyć komisji.

— Sokół nauczył cię grozić roślinami.

Za szybą „Hetman Czarniecki” wisiał przy „Gnieździe” jak kawał obcego lądu przytwierdzony do orbitalnej stacji. Niżej obracała się Ziemia. Trzy dni później mieli wrócić do maszyn. Teraz każdy z nich schodził do miejsca, które jeszcze potrafił nazwać domem.

Rozdział 4. Szklanka w koszyczku

Warszawa / Poznań / okolice Krakowa / Mazury

Zjazd windą orbitalną przypominał odzyskiwanie własnego ciężaru. Przez pierwsze minuty ciało wciąż pamiętało stację. Ręce poruszały się za lekko, stopy szukały podparcia odrobinę za późno, a żołądek reagował na każdą korektę pola tępo i nieprzyjemnie. Im niżej schodzili, tym mocniej Ziemia wracała w kości. Mięśnie ud zaczynały ciągnąć, kręgosłup przypominał o każdym starym przeciążeniu, w skroniach pulsowało po kilku dniach lotów i zbyt krótkim śnie. Kosa znosił to najgorzej.

— Czuję się, jakby ktoś wsadził mi do plecaka całą historię Polski — mruknął, wciskając potylicę w zagłówek.

Viki zerknęła na niego znad komunikatora.

— To grawitacja.

— Ziemska. Czyli ciężka z powodów historycznych.

Siwy siedział po drugiej stronie kapsuły i patrzył przez wąskie okno. Europa przesuwała się pod nimi pod warstwą chmur. Morze, rzeki, miasta i drogi wyglądały spokojnie, prawie bezczelnie spokojnie po tym, co widzieli pod Plutonem. Viki zauważyła jego milczenie, ale nie pytała. Po lądowaniu rozdzielili się na dworcu transferowym w Warszawie. Viki pobiegła na pociąg do Poznania z torbą na ramieniu i komunikatorem przy uchu.

— Magda, ten kwiatek miał imię. Tak, wiem, że to była paprotka. Tym bardziej. Jak można zasuszyć paprotkę w trzy tygodnie?


Kosa ruszył w stronę peronów południowych. Matka zadzwoniła, zanim zdążył wejść do składu pod Kraków.

— Jem, mamo. Śpię też. W kosmosie nie marzną mi stopy. Przyjadę głodny. Tak. Bardzo głodny.

Stał w tłumie z torbą przy nodze, jeszcze przed kilkoma dniami wpięty nerwami w Sokoła, teraz przesłuchiwany w sprawie rosołu.


Siwy został sam z czterdziestoma minutami do odjazdu pociągu na Mazury. Z dworcowego bufetu ciągnął zapach podgrzewanego pieczywa. Ludzie ciągnęli walizki, przeklinali opóźnienia, kłócili się przez telefony. Ktoś biegł z dzieckiem na rękach, ktoś spał na plecaku pod tablicą odjazdów. Zwykły ruch, zwykłe zmarnowane minuty. W cywilnej kurtce Siwy znikał w tym tłumie. Bez skafandra, oznaczeń i maszyny wyglądał jak człowiek wracający do domu. Tylko ciało nadal zachowywało się jak po misji. Wzrok sprawdzał wyjścia. Słuch wybierał z hałasu krótkie, ostre dźwięki. Kiedy gdzieś za jego plecami metalowa walizka uderzyła o ławkę, barki napięły się zanim zdążył pomyśleć.

Kupił herbatę w papierowym kubku, ale pozwolił jej wystygnąć. Pociąg był prawie pusty. Przez pierwszą godzinę Warszawa rozpadała się za szybą na przedmieścia, magazyny, pola i lasy. Potem przyszły małe stacje, mokre perony i ludzie czekający z reklamówkami pod wiatami. Siwy zamknął oczy, lecz zamiast snu wróciła do niego droga z dzieciństwa. Deszcz rozmazywał światła na szybie samochodu, mokry asfalt błyszczał pod reflektorami, a ciężarówka rosła w przedniej szybie za szybko. Matka krzyknęła jego imię. Potem w pamięci była dziura. Uderzenie zniknęło z niego całe. Zostało to, co prowadziło do niego, i to, co przyszło później: obcy sufit, zapach środka dezynfekcyjnego, ból szyi, policjant mówiący za cicho do babci. Środek nocy wycięty czysto, jak fragment taśmy spalony od środka. Po rodzicach została babcia Irena. Jej mieszkanie pamiętał najpierw po zapachu lawendy z szafy. Potem przypominał sobie ciepłą, ciężką dłoń babci na włosach i jej głos, który nigdy nie obiecywał, że wszystko będzie dobrze.

— Będzie ciężko, ale będziemy oddychać — powiedziała wtedy.

Oddychali więc przez kolejne lata. Wysiadł późnym popołudniem w małym mazurskim mieście. Po otwarciu drzwi wagonu uderzył go wilgotny chłód. Peron wydawał się niższy niż dawniej. Może urósł. Może za długo chodził po pokładach projektowanych dla ludzi, którzy przestali patrzeć pod nogi.

Nikt na niego nie czekał. Tak chciał. Natalia znała dzień przyjazdu, babci podała tylko, że Michał może zjawić się „po południu”. Siwy nie chciał, żeby Irena od rana siedziała ubrana przy oknie, szukała kluczy, sprawdzała zegarek i próbowała udowodnić samej sobie, że pamięta godzinę. Kamienica stała przy bocznej ulicy niedaleko rynku. Tynk odpadał płatami, brama nosiła ślady wielu napraw, na klatce schodowej ciągnęło gotowaną kapustą. Kiedyś nienawidził tego zapachu, lecz w Dęblinie zaczął za nim tęsknić, a na orbicie wracał do niego czasem w snach. Na drugim piętrze zatrzymał się przed znajomymi drzwiami, przy których na wycieraczce stały czyste kapcie. Do framugi przyklejono kartkę: LEKI — RANO / POŁUDNIE / WIECZÓR. Palce zacisnęły mu się na uchwycie torby. Zapukał. W środku coś stuknęło, potem odezwały się wolne kroki. Drzwi otworzyła młoda kobieta w granatowej kurtce, z torbą zakupów w jednej dłoni. Jasne włosy miała spięte niedbale, pod oczami ślady zmęczenia.

— Pan Michał?

Skinął głową. W cywilu własne imię zawsze brzmiało trochę obco.

— Natalia. Opiekuję się panią Ireną.

— Wiem. Dziękuję.

— Czeka od rana. Powiedziałam jej, że nie znam godziny, ale to niewiele dało.

W mieszkaniu uderzyła go ulga, której wolałby nie czuć. Było czysto. Na stole nadal leżała cerata w drobne kwiaty, a na parapecie stały pelargonie. Podłoga była starta przy przejściu do kuchni, lecz świeżo umyta. Na małym regale leżały pudełka z lekami, okulary, herbata i rozpoczęta krzyżówka. W zlewie nie było brudnych naczyń ani resztek jedzenia. Przez całą drogę wyobrażał sobie brudne garnki, stare jedzenie, nieprane ubrania i puste blistry po tabletkach. Rzeczy, których nie da się naprawić z orbity kolejnym przelewem.

— Michałek?

Głos dobiegł z pokoju. Siwy zatrzymał się tak gwałtownie, że Natalia prawie na niego wpadła. Babcia siedziała w fotelu przy oknie. Była mniejsza. To zabolało bardziej niż zmarszczki, cienkie włosy czy dłonie wystające spod swetra. Kobieta, która kiedyś jednym spojrzeniem uciszała pół klatki schodowej, skurczyła się w fotelu, jakby mebel trzymał ją przy świecie. Oczy przez pierwszą chwilę miała dawne.

— No chodź. Pokaż się.

Podszedł i uklęknął przy niej. Ciało zrobiło to samo, zanim zdążył poczuć wstyd. Irena ujęła jego twarz w dłonie, przesunęła kciukiem po policzku.

— Schudłeś.

— Trochę.

— Tam was nie karmią?

— Karmią.

— Marnie.

Natalia uśmiechnęła się przy kuchennym blacie. Siwy wstał za szybko. Ziemska grawitacja przycisnęła krew do nóg, obraz na sekundę ściemniał.

— Ładne pelargonie.

— Pani Natalia podlewa. Ja zapominam.

Babcia powiedziała to lekko, niemal żartem. Siwy wyłapał krótkie napięcie przy ustach Natalii i od razu wiedział, że później będą rozmawiać. Usiedli przy stole z herbatą w szklankach wsuniętych w metalowe koszyczki, bo Irena nie uznawała kubków. Na talerzu leżały kruche ciastka, te same suche ciastka, po które jako dzieciak sięgał zawsze drugi raz, choć nigdy mu szczególnie nie smakowały. Koszyczek był chłodny od strony uchwytu, szkło parzyło opuszki. Siwy poczuł zapach mocnej czarnej herbaty i nagle miał osiem lat.

— W telewizji pokazują wasze okręty — powiedziała babcia. — Wielkie jak bloki, tylko latają.

— Większe.

— Nie mądrz się. Wiem, co widziałam.

— Tak jest.

— Ty też tam latasz?

Spojrzał w ciemną powierzchnię herbaty.

— Czasem.

— W tym małym czarnym?

— W Sokole.

— Sokół to ptak. Ptak ma wracać do gniazda.

Palce Siwego znieruchomiały na metalowym uchwycie. Babcia sięgnęła po ciastko i zatrzymała je nad talerzem, patrząc na własną dłoń, jakby zgubiła następny krok czynności. Natalia pierwsza poruszyła oczami w jego stronę.

— Babciu?

Irena zamrugała.

— Co?

— Ciastko.

— A tak.

Odłożyła je.

— Czasem zawiesza mi się ta głowa.

Mówiła o tym jak o starym radiu. Siwy poczuł pod mostkiem zimny skurcz, którego nie potrafił rozluźnić oddechem. Po herbacie Natalia wyszła z nim na korytarz pod pretekstem wyniesienia śmieci. Drzwi zostawiła uchylone. W środku Irena nuciła melodię, której Siwy nie rozpoznawał.

— Jest gorzej? — zapytał.

— Trochę.

— Co znaczy „trochę”?

— Gaz ma zabezpieczenie, bo dwa razy zostawiła palnik. Myli godziny leków. Pyta drugi raz o ten sam dzień. Jestem rano i wieczorem, pani Halina z parteru zagląda w południe.

— Płacę za całodobową opiekę.

Zabrzmiało to ostrzej, niż zamierzał, i od razu tego pożałował. Natalia wytrzymała jego spojrzenie.

— Płaci pan dużo i dzięki temu ma dobrą opiekę. Całodobowa opieka domowa nadal ma drzwi, przez które ludzie wychodzą.

Zacisnął dłoń na zimnej poręczy.

— Mogę zwiększyć przelewy.

— Pieniądze pomogą w wielu rzeczach. Tego procesu nie zatrzymają.

To weszło głębiej niż powinno. Siwy spojrzał na odrapaną ścianę klatki schodowej. Chciał zadać jedno pytanie i nie potrafił. Natalia poczekała.

— Ma dobre dni — powiedziała w końcu. — Dzisiaj ma dobry. Rano kazała mi wytrzeć stół dwa razy, bo pan przyjeżdża.

— A złe?

— W złe myśli, że jest pan jeszcze w Dęblinie. Czasem mówi, że trzeba pana obudzić do szkoły.

Przez gardło przeszło mu coś twardego. Na sekundę znów siedział przy tym stole w za dużej piżamie. Babcia stawiała przed nim talerz i tłumaczyła, że rodziców już nie ma, ale rano trzeba wstać, zjeść i iść do szkoły.

— Ośrodek? — zapytał.

Natalia odetchnęła przez nos.

— Jeszcze można zostać przy domu. Trzeba jednak przygotować plan.

— Powiedziała, że wyjdzie stąd dopiero na własny pogrzeb.

— Ludzie mówią takie rzeczy, zanim starość zacznie podejmować decyzje za nich.

Siwy odwrócił głowę.

— Pani zawsze mówi tak spokojnie?

— Jeśli spanikuję, rodzina zwykle panikuje dwa razy mocniej.

Wrócili do mieszkania. Na kredensie stało zdjęcie jego rodziców: młodzi, uśmiechnięci, zrobione jeszcze przed tamtym deszczowym wieczorem. Obok fotografia z promocji w Dęblinie. Irena przez tydzień nosiła ją po sąsiadkach, jakby stopień oficerski dostała osobiście.

— Michałek — powiedziała, kiedy usiadł. — Pamiętasz, jak bałeś się iść do szkoły lotniczej?

— Chciałem iść.

— Chciałeś i bałeś się. Jedno drugiego nie wyklucza.

Zamilkł.

— Myślałeś, że jak polecisz, też nie wrócisz — dodała.

Nie musiała mówić o rodzicach.

— Może trochę.

— A ja ci powiedziałam, że człowiek nie może całe życie siedzieć przy cudzym grobie.

— Pamiętam.

Irena uniosła szklankę. Dłoń zadrżała; szkło stuknęło o metalowy koszyczek. Natalia przesunęła spodek bliżej, jakby robiła to setny raz.

— Teraz latasz tak wysoko, że w telewizji nawet nie wiem, gdzie patrzeć.

— Części rzeczy nie mogę mówić.

— Tajemnice, mundur, państwo. Wielkie słowa.

— Nigdy ich nie lubiłaś.

— W wielkich słowach łatwo schować małe kłamstwo.

Natalia usiadła z nimi dopiero wtedy, gdy Irena kazała jej wziąć herbatę i ciastko. Ten ton nadal działał. Przez jakiś czas rozmowa była zwyczajna. Przeciekający dach, nowy lekarz, pani Halina z parteru, która pokłóciła się z listonoszem, a potem zaniosła mu sernik. Irena czasem wracała do zdania sprzed kilku minut, gubiła nazwisko albo odkładała myśl w połowie, po czym znajdowała ją niespodziewanie przy innym temacie. Siwy słuchał, nie próbując jej poprawiać, aż nagle umilkła. Przyglądała mu się uprzejmie, z lekkim zakłopotaniem.

— A kto ty jesteś, chłopcze?

Siwy poczuł, jak cała krew odpływa mu z twarzy. Natalia znieruchomiała z dłonią nad talerzem. Siwy słyszał jedynie szum lodówki w kuchni. Babcia patrzyła na niego jak na człowieka, którego powinna znać, lecz nazwisko uciekło jej tuż przed drzwiami. Pod Psyche Siwy potrafił czekać, aż obcy system zdecyduje, czy go dopuści. Przy Plutonie patrzył w czarne pole i oddychał równo. Teraz zabrakło mu powietrza.

— Babciu.

Jej brwi drgnęły, wzrok uciekł w bok, po czym wrócił do jego twarzy; usta poruszyły się bez dźwięku.

— Michałek — powiedziała w końcu.

Odetchnęła ciężko.

— Wybacz. Ta moja głowa coraz częściej robi mi świństwa.

Siwy nie ufał własnemu głosowi. Irena wyciągnęła rękę. Jej palce były lekkie, chłodne, skóra cienka jak papier.

— Nie patrz tak. Jeszcze cię pamiętam.

Słowo „jeszcze” zostało między nimi. Siwy przykrył jej dłoń swoją.

— Wiem.

Babcia ścisnęła go mocniej, niż się spodziewał.

— Tylko nie daj się zabić tam wysoko.

Przymknął oczy. W jej głosie było stare czekanie: noce przy oknie, wiadomości oglądane za głośno, modlitwy urywane, gdy ktoś wchodził do pokoju. Siwy słyszał również coś jeszcze — cienką warstwę pod słowami, którą od czasu pierwszych lotów Sokołem wychwytywał czasem u ludzi i maszyn. Mógł to być ślad sprzężenia, zwykłe zmęczenie albo lęk, który sam dopowiadał sens. Nie próbował tego nazywać.

— Postaram się.

Irena pokręciła głową.

— Źle powiedziałeś. Wrócisz.

Ton miała ten sam, którym kiedyś wysyłała go do szkoły i kazała umyć ręce przed obiadem. Kącik ust drgnął mu pierwszy raz od wejścia do mieszkania.

— Tak jest.

Wieczorem wyszedł przed kamienicę. Wilgotny chłód przenikał kurtkę. Wzdłuż krawężnika gniły mokre liście, a gdzieś za domami zaszczekał pies. Siwy uniósł głowę ku ciemnemu, zachmurzonemu mazurskiemu niebu, gdzie krążyło „Gniazdo”. Przy nim flota, „Hetman Czarniecki”, „Żółkiewski”, Sokoły. Viki i Kosa. Drugi świat, w którym Siwy nauczył się oddychać inaczej. Za plecami babcia traciła po kawałku pierwszy. Wyjął komunikator. Grom Trzy. Status: na Ziemi. Kontakt rodzinny potwierdzony. Powrót zgodnie z planem. Kiedy Siwy schował komunikator, nad kamienicą przesuwał się właśnie satelita, jasny punkt między gwiazdami. Siwy zobaczył przy nim cienkie przesunięcie czerni, jak ślad po obiekcie, który minął to miejsce ułamek sekundy wcześniej. Mrugnął. Został satelita i noc. Nie wiedział, czy zawiodły oczy, czy po Sokołach jego mózg wciąż próbował czytać przestrzeń tam, gdzie człowiek powinien widzieć tylko światło. Stał do chwili, aż chłód wszedł przez podeszwy i przypomniał mu o ciężarze Ziemi. Z góry nic do niego nie przemówiło. Z mieszkania na drugim piętrze dochodził za to słaby blask kuchennej lampy. Babcia nadal tam była i pamiętała jego imię. Na dziś tyle musiało mu wystarczyć.

Rozdział 5. Betonowy całun

Plac budowy wyglądał jak rana wycięta w ziemi ciężkim sprzętem. W dole pompy tłoczyły beton barytowy między warstwy zbrojenia. Mieszanka spływała z rur gęsta, szara i lepka, oblepiała stalowe pręty, miedziane szyny uziemiające i kanały przygotowane pod kriostaty. Przy pompach czuć było świeży cement. Co kilka minut ziemia drżała pod pracą żurawi.

Fundament pod reaktor fuzyjny schodził głęboko. Oficjalnie miał utrzymać układ magnetyczny zdolny zamknąć plazmę w temperaturze, przy której materia przestawała zachowywać się zgodnie z ludzką intuicją. Tysiące ton stali i betonu tworzyły klatkę, ekran, osłonę i podstawę pod urządzenie, które w materiałach prasowych miało dać regionowi tanią energię oraz nowe miejsca pracy. W dokumentach obiekt nosił nazwę regionalnego centrum energetyki wysokiej wydajności. W poufnych zestawieniach coraz częściej pojawiało się inne słowo: schron. Senator Antoni Adamski i poseł Jan Kowalski stali za szybą modułu nadzoru. Z tarasu operacyjnego robotnicy byli plamami koloru między żurawiami i szalunkami. Jeden z robotników klęczał przy wiązce przewodów, drugi prowadził wózek z izolacją, a trzeci na chwilę zdjął kask, żeby wytrzeć twarz rękawem. Adamski lubił patrzeć na ludzi z góry. W takim ujęciu łatwiej było zapomnieć, że każdy z nich ma dom, dzieci, kredyt, bolące plecy i własne wyobrażenie końca świata. Adamski oparł dłonie o chłodną balustradę.

— Widzisz dolny pierścień? — wskazał w dół. — Magnesy poloidalne. Jeżeli układ utrzyma parametry, zamkną słońce w stalowej puszce. Całe województwo będzie miało z tego prąd.

Kowalski ścisnął raport techniczny. Papier był wilgotny od jego dłoni.

— Na chłodzenie helowe poszło prawie półtora raza tyle, ile było w kosztorysie.

— Inflacja, tryb wojenny, dostawy strategiczne.

— Antoni.

Senator odwrócił głowę dopiero po chwili. Kowalski schudł przez ostatnie tygodnie. Kołnierzyk odstawał od szyi, a pod oczami miał ciemne półkola. Na komisjach sejmowych potrafił przez godzinę mówić o odporności państwa, dywersyfikacji infrastruktury i odpowiedzialności wobec przyszłych pokoleń. Tutaj, nad wykopem, słowa wracały do niego pozbawione mikrofonów i kamer.

— Nocami nie śpię — powiedział. — Stacje, baterie, schrony, transporty. Wszędzie te same aneksy i tryb pilny. Jeżeli połowa tego istnieje tylko w fakturach, to kiedy oni przylecą, nie będziemy mieli czym odpowiedzieć.

Adamski prychnął.

— Byłem na odbiorze „Obrońcy-1”. Stałem w śluzie cztery tysiące kilometrów nad Ziemią. Widziałem pancerz, magazyny amunicji i działa szynowe, przy których człowiek wygląda jak śrubka. Flota istnieje.

— To ma mnie uspokoić?

— To największy absurd tej epoki. Wydaliśmy fortunę, zamówienia przechodziły przez spółki i pośredników, a mimo to flota naprawdę istnieje. Inżynierowie dostali mniej, niż obiecywały kosztorysy, i stworzyli potwory.

Adamski milczał. W dole żuraw obrócił ramię; sygnał cofania ciężarówki przebił się nawet przez grubą szybę.

— Przy takich kontraktach zawsze ktoś bierze za dużo. Podwykonawcy, fundacje, spółki, pośrednicy. Gdyby naprawdę rozkradziono wszystko, ten reaktor nie wyrósłby z ziemi.

— Nazywasz to „bierze za dużo”? Znikają całe partie materiału.

— A budowa idzie. Na dziś to jest dla mnie najważniejsze.

Kowalski odwrócił wzrok. Na dole ludzie pracowali po kolana w błocie przy inwestycji, która miała zasilać szpitale, fabryki i miasta. Żaden z nich nie wiedział, że część tuneli pod reaktorem nie kończy się tam, gdzie pokazują plany udostępnione kierownikom zmianowym.

— A jeśli to wszystko będzie za mało? — zapytał.

Adamski ściszył głos.

— Wtedy tym bardziej trzeba mieć własne drzwi.

Kowalski znał tę odpowiedź. Bał się jej, zanim jeszcze została wypowiedziana.

— Szwajcaria już ci przeszła?

— Konta, złoto i zapasowe dokumenty zostają. Ale bank nie zatrzyma pocisku ani promieniowania.

— Czyli bunkier.

— Prawdziwe pieniądze chowa się teraz w ziemi: w ołowiu, filtrach, zbrojonym betonie i miejscu na liście.

Adamski wskazał w stronę wschodniej ściany wykopu. Za deskowaniem biegł kanał oznaczony w dokumentacji jako zaplecze techniczne dla odpadów i układów chłodzenia.

— Tam schodzą dwa poziomy niżej. Potem jeszcze jeden. Małe miasto. Brzydkie, ciasne, ale nasze. Te same dostawy stali, ten sam beton, ta sama ochrona. Nikt nie zamawia osobnej góry materiału, więc nic nie świeci w zestawieniach.

Kowalski poczuł kwaśny smak w ustach.

— Ile miejsc?

— Trzysta w pełnym zabezpieczeniu. Czterysta, jeśli przestaniemy udawać, że komfort ma znaczenie.

— Kto jest na liście?

— Rodziny. Ludzie, którym ufamy. Lekarze. Technicy od reaktora. Kilku wojskowych.

— A reszta?

Adamski wzruszył ramieniem.

— Reszta będzie wierzyć w komunikaty.

Kowalski zacisnął szczękę. Kilka tygodni wcześniej sam powiedział przed kamerami: „Plan Bunkier jest tarczą narodu, a nie przywilejem wybranych”. Zdanie układał z doradcą przez pół nocy. Potem powtarzał je na spotkaniach z samorządowcami i w halach produkcyjnych, gdzie ludzie w kaskach bili brawo zbyt późno, bo głośniki miały opóźnienie. Teraz pod jego stopami rosła prywatna wersja tej tarczy. Na dole robotnik spojrzał w górę na przeszklony taras. Widział tylko dwie ciemne sylwetki na tle jasnego nieba, nieświadomy, że dolewa betonu do ich prywatnej Arki.

— Moja żona pytała, czy mamy przydział do państwowego schronu — powiedział.

— I co odpowiedziałeś?

— Że obowiązują priorytety.

Adamski spojrzał na niego uważniej.

— Uwierzyła?

Kowalski skinął głową. Słychać było tylko stłumiony pomruk placu budowy.

— Widzisz, Janku — powiedział Adamski spokojniej — ty nadal chcesz być dobrym człowiekiem. To urocze, ale spóźnione. Dobry człowiek nie podpisuje aneksów do dostaw, nie przesuwa normy betonu i nie wyprowadza sprzętu z państwowego magazynu przez fundację swojej szwagierki. Zrobiłeś swoje. Teraz przynajmniej miej odwagę skorzystać z efektu.

Raport zadrżał w dłoni Kowalskiego.

— Wiem.

— Nie udawaj, że dopiero teraz zrozumiałeś, po co schodzą te dodatkowe poziomy.

W dolnej części placu kierownik budowy kłócił się z dostawcą. Gesty były ostre. Partia elementów miała inną specyfikację, ktoś pokazywał podpis na tablecie, ktoś inny rozkładał ręce. Tryb wojenny zrobił z klauzuli tajności wygodny worek: można było wrzucić do niego prawdziwy sekret, pośpiech, błąd i zwykłą kradzież.

— A jeśli przez te przekręty reaktor siądzie podczas alarmu?

— Nie siądzie.

— Skąd ta pewność?

— Sprawdzam liczby. Zabraliśmy za dużo, ale zostało dość, żeby instalacja trzymała parametry.

Kowalski uniósł raport.

— Słyszysz siebie? Liczysz, ile można wyjąć z budowy, żeby urządzenie jeszcze działało.

Adamski zerknął na wykop.

— Mówię o tym, co już zrobiliśmy.

— I to ma ci wystarczyć?

— Ma mi wystarczyć do przeżycia.

Kowalski odwrócił się do szyby. Adamski mówił spokojnie, bez popisu i bez śladu żartu. Naprawdę wierzył, że skoro instalacja wciąż powstaje, można uznać granicę za zachowaną. Na skraju placu pojawiły się trzy czarne samochody. Jechały wolno, bez oznaczeń wykonawcy ani ministerstwa. Przy bramie ochroniarz podszedł do pierwszego pojazdu, zobaczył dokument przez szybę i natychmiast podniósł szlaban. Adamski wyprostował się.

— Spodziewałeś się kontroli?

— Nie.

Samochody zatrzymały się przy module technicznym. Z pierwszego wysiadła kapitan Ewa Czarnecka z Wojskowej Inspekcji Technicznej. Miała ciemny płaszcz pod odblaskową kamizelką, ciężkie buty oblepione błotem i kask, którego daszek zsuwał jej się na brwi. Za nią wysiedli dwaj specjaliści z tabletami, materiałoznawczyni i oficer Żandarmerii Wojskowej. Kowalski widział Czarnecką wcześniej na komisji niejawnej. Prawie się nie odzywała. Słuchała, zapisywała, a pytania zadawała dopiero wtedy, gdy rozmówca za bardzo uwierzył w własną wersję wydarzeń. Jego tablet zawibrował.

AUDYT NADZWYCZAJNY ŁAŃCUCHA MATERIAŁOWEGO.

DECYZJA NATYCHMIASTOWA.

ZAKAZ NISZCZENIA DOKUMENTACJI.

ZAKAZ OPUSZCZANIA OBIEKTU PRZEZ OSOBY FUNKCYJNE DO ZAKOŃCZENIA CZYNNOŚCI.

Kowalski przeczytał komunikat dwa razy.

— Antoni.

— Co?

— To nie jest zwykły odbiór.

Na dole Czarnecka odebrała od inżyniera metalowy cylinder z próbką betonu. Nawet z tarasu Kowalski widział, że nie zaczęła od reaktora. Jej ludzie rozeszli się w stronę magazynów, węzła dokumentacji i wschodniej ściany wykopu. Adamski przysunął się do szyby.

— CBA?

— Wojskowa Inspekcja Techniczna. I Żandarmeria.

— Dlaczego?

Kowalski spojrzał na niego.

— „Jodła”. Po awarii zaczęli sprawdzać cały łańcuch dostaw. Przewody, beton, stal, podwykonawców. Wszystko.

Twarz Adamskiego stwardniała. Na dole Czarnecka zatrzymała się przed nieoznaczonym kanałem serwisowym prowadzącym w stronę prywatnych poziomów. Jeden z techników przyłożył skaner do świeżej ściany i po kilku sekundach ekran urządzenia rozbłysnął czerwienią. Czarnecka spojrzała na oficera Żandarmerii i powiedziała coś krótko. Dwóch żandarmów ruszyło w stronę modułu administracyjnego.

— To tylko kanał techniczny — powiedział Adamski.

Mówił do szyby. Kowalski poczuł, że strach, który przez tygodnie miał kształt obcych okrętów i alarmów orbitalnych, nagle stał się prosty. Miał twarz kobiety w źle dopasowanym kasku i dwóch żandarmów idących po dokumenty.

— Mają nakaz — powiedział.

Adamski poprawił krawat.

— Wszystko jest w papierach.

Kowalski parsknął cicho.

— Papier nas pogrąży.

— Zejdziemy na dół. Spokojnie. Rozmawiamy. Działaliśmy w interesie bezpieczeństwa narodowego.

Kowalski puścił raport. Kartki rozsypały się przy jego butach.

— Nie.

Adamski spojrzał na niego.

— Co „nie”?

— Nie będę się uśmiechał.

— Nie rób sceny.

— Scena jest trzydzieści metrów pod nami. Zalewamy ją betonem od miesięcy.

Stali naprzeciw siebie. Za szybą inspektorzy szli przez błoto ku wejściu do modułu. Robotnicy zwalniali pracę i zerkali w ich stronę, wyczuwając zmianę, choć większość nadal nie wiedziała, czego dotyczy kontrola. Kowalski spojrzał na człowieka bez kasku, którego widział wcześniej przy przewodach. Robotnik właśnie zakładał go z powrotem i schodził do wykopu. Po zmianie pojedzie do domu. Może opowie żonie, że kontrola znowu zatrzymała robotę. Może zaklnie na polityków. Może nadal będzie wierzył, że jeśli przyjdzie najgorsze, państwo otworzy dla niego właściwe drzwi. Kowalski znał odpowiedź, której ten człowiek nie znał.

— Antoni — powiedział. — Ja powiem, gdzie są poziomy.

Senator zbladł dopiero teraz.

— Zastanów się.

— Zastanawiałem się za każdym razem, kiedy podpisywałem. Potem podpisywałem. To nie było to samo.

Adamski zrobił krok ku niemu.

— Pogrążysz wszystkich. Rodzinę też.

Kowalski poczuł skurcz żołądka. Obraz żony pojawił się natychmiast. Jej twarz z wczorajszego wieczoru, pytanie o przydział, spokojne skinienie głowy po jego kłamstwie.

— Wiem.

Za drzwiami modułu rozległy się ciężkie kroki. Czarnecka nie spieszyła się. Nie musiała. Kowalski schylił się, podniósł jedną z rozsypanych kartek i spojrzał na kolumnę cyfr. Beton klasy osłonowej. Zużycie: zgodne. Miejsce wbudowania: zgodne. Wszystko zgadzało się tak długo, jak długo nikt nie sprawdzał, gdzie naprawdę kończy się ściana. Drzwi otworzyły się. Kapitan Ewa Czarnecka weszła pierwsza. Zdjęła z dłoni mokrą rękawicę roboczą i popatrzyła na obu polityków.

— Pan senator Adamski. Pan poseł Kowalski.

Adamski odpowiedział pierwszy.

— Kapitan. Rozumiem, że mamy drobne niejasności w dokumentacji.

Czarnecka przeniosła wzrok na raporty leżące pod nogami Kowalskiego.

— Nie są drobne.

Kowalski przełknął ślinę.

— Pani kapitan.

— Słucham.

Spojrzał raz jeszcze przez szybę na wykop, na stal, beton i ludzi pracujących przy reaktorze.

— Kanał na wschodniej ścianie ma trzy poziomy, których nie ma w dokumentacji operacyjnej. Pokażę pani wejście.

Adamski zamknął oczy na sekundę. Czarnecka nie okazała zaskoczenia. Tylko skinęła głową do żandarma.

— Proszę zabezpieczyć obu panów. Dokumentację również.

Kowalski poczuł chłód metalu, kiedy funkcjonariusz zdjął mu identyfikator i poprosił o komunikator. Nie poczuł ulgi. Na ulgę było za wcześnie i być może nie miał już do niej prawa. Na dole beton płynął dalej, ciężki i szary, wypełniając zbrojenie wokół reaktora. Trzy ukryte poziomy były już częściowo zamknięte. W środku stały filtry, zbiorniki wody, awaryjne generatory i rzędy miejsc, przy których ktoś wpisał nazwiska. Kowalski znał część z nich, a pod kilkoma dokumentami widniał jego podpis. Kowalski bez słowa oddał komunikator wyciągającemu rękę żandarmowi.

Rozdział 6. Transport numer 84

Transport numer 84 — przerwany skok

Głęboka przestrzeń, sektor Epsilon. Trzy tygodnie po starcie z Ziemi. Statek ewakuacyjny klasy „Batory”, „Nadzieja Jagiellonów”, niósł w kriokomorach dwanaście tysięcy osadników. Rodziny inżynierów, lekarzy, techników i ludzi, których umiejętności miały być potrzebne koloniom długo po tym, gdy nazwiska przestaną cokolwiek znaczyć na Ziemi. W wykazie operacyjnym jednostka figurowała jako Exodus-084: trasa, numer rejsu, przydziały kriomodułów, masa zapasów, miejsce docelowe. Kapitan Jerzy Zawadzki znał część pasażerów tylko z krótkich obrazów zapisanych przed sedacją. Starszy mężczyzna zasypiał z różańcem wsuniętym pod dłoń. Dziewczynce z komory K-17 matka zostawiła pluszową sowę, choć regulamin przewidywał w kapsule wyłącznie rzeczy zatwierdzone przez medyków. Młody lekarz uśmiechał się do żony do chwili, gdy środek nasenny odebrał mu kontrolę nad twarzą. Przechodząc obok sekcji kriogenicznych, Zawadzki próbował widzieć numery modułów. Było łatwiej dowodzić dwunastoma tysiącami śpiących pozycji w systemie niż dwunastoma tysiącami ludzi, którzy ostatni raz spojrzeli na Ziemię przez szybę terminalu.

„Nadzieja Jagiellonów” miała osłony, obronę punktową i wojskowe protokoły skoku, ale nie była okrętem liniowym. Kilometrowy kadłub zbudowano wokół kriokomór, zapasów, filtrów, warsztatów i ludzi. Podczas służby na fregacie Zawadzki bał się o załogę. Tutaj każdy błąd miał dwanaście tysięcy twarzy. Przez trzy tygodnie lot przebiegał bez zakłóceń, aż przestrzeń wokół statku zabarwiła się sinym światłem. Pierwszy zgasł boczny marker kursu. Dwa następne zniknęły prawie jednocześnie. Kompas pola skoku obrócił wektor w kierunku, którego system nawigacyjny nie potrafił opisać, a korytarz na głównym ekranie spłaszczył się i pękł przez środek. W tej samej chwili przez pokład przeszedł głuchy nacisk; nie wstrząs, raczej uczucie, jakby ciało na moment ważyło za dużo.

— Wypadamy ze skoku! — nawigator pochylił się nad konsolą. — Zewnętrzne pole ingeruje w tunel. Ktoś nas wyciąga.

Zawadzki poczuł suchość w ustach.

— Odciąć rdzeń skoku. Osłony pełne. Pakiet alarmowy do najbliższej boi ODRY.

Oficer łączności pracowała już na awaryjnym kanale. Na jej ekranie trzy kolejne transmisje gasły bez potwierdzenia.

— Kanał jest ślepy. Pakiet nie wychodzi.

— Spróbuj po nośnej serwisowej.

— Próbuję. Nic nie wraca.

„Nadzieję” wyrwano z korytarza bez huku. Kompensatory szarpnęły raz, po czym wszystko ucichło. Zawadzki poczuł w uszach nacisk, choć ciśnienie na mostku nie drgnęło. Spod jednej z konsol doszedł swąd przypalonej izolacji, a na głównym ekranie gwiazdy wróciły na miejsca. Przed dziobem wisiał obcy statek. Zwiadowca Twórców był mniejszy od znanych kul-stacji, wydłużony i gładki. Jego powierzchnia pochłaniała światło tak skutecznie, że kamera co chwilę gubiła krawędzie kadłuba. System celowniczy raz oznaczał go jako jednostkę, chwilę później jako zakłócenie pola. Z obcego kadłuba wyszły sine pasma. Oplotły transportowiec i naprężyły się wokół niego bez fizycznego kontaktu.

— Obrona punktowa? — zapytał Zawadzki.

— Nie trzyma celu.

— Ręcznie.

Dwa działa odwróciły się ku zwiadowcy. Seria kinetyczna zniknęła przed pancerzem, jakby pociski weszły w gęste pole i utraciły prędkość. Plazma rozpłaszczyła się na czerni bladą poświatą. Obcy statek nie odpowiedział ogniem. Nadal przyciągał „Nadzieję” do siebie. Zawadzki zobaczył na ekranie prędkość względną i zrozumiał, że Twórcy nie przyszli ich zniszczyć. Chcieli ich otworzyć.


Abordaż

Alarm naruszenia kadłuba odezwał się na trzech pokładach jednocześnie. Obraz z kamer pokazał śluzy sektora C. Drzwi, warstwa pancerza i część ramy zniknęły w sinym rozbłysku. Powietrze nie uciekło. Obce pole zamknęło przejście szczelniej niż ziemska grodź, utrzymując ciśnienie po obu stronach wyrwy. Do środka weszli Twórcy. Byli wysocy, szerocy w barkach, o bladej skórze przypominającej pod światłem kamer wypolerowany kamień. Czarne oczy nie zatrzymywały się na twarzach. Zawadzki miał wrażenie, że patrzą głębiej, w miejsca ukryte pod kością i pamięcią. Pierwszy kontakt przyszedł zanim obcy dotarli do mostka. Ból ścisnął czaszkę Zawadzkiego od skroni do potylicy. Na sąsiednim stanowisku operator osunął się na kolana i zwymiotował na podłogę. Lekarka z sekcji kriogenicznej pojawiła się na obrazie jednej z kamer z dłońmi przy uszach; płakała, choć w korytarzu panowała tylko praca wentylacji i alarmów. Dwóch żołnierzy ochrony strzeliło z kilkunastu metrów. Pociski rozbłysły na piersi pierwszego Twórcy i rozsypały się na podłodze spłaszczone, gorące. Obcy nawet nie zwolnił.

Cudza obecność weszła Zawadzkiemu w głowę. Najpierw nacisnęła na pamięć bez kształtu, potem zaczęła ją rozsuwać. Akademia. Pierwszy rejs. Kody skoku. Widok Lechii na mapie kolonialnej. Procedury Exodusu. Sekcje kriogeniczne. Kapitan zacisnął szczękę, aż zabolały go zęby. Z nosa spadła pierwsza kropla krwi. Kamery wewnętrzne pokazywały białe sylwetki idące przez kriopokłady. Przy kapsułach Twórcy zatrzymywali się i kładli dłonie na przezroczystych osłonach albo na skroniach ludzi, których awaryjne systemy zaczęły wybudzać. Ciała szarpały się w pasach. Część kolonistów otwierała oczy w połowie sedacji, niezdolna jeszcze mówić, a już świadoma bólu. Krew pojawiała się pod nosami, w kącikach oczu, na poduszkach pod głowami. Nie wybierali dowódców ani personelu technicznego. Sięgali po pamięć każdego, kogo mieli pod ręką. Zawadzki nie wiedział, ile z tego jest rzeczywistym odczytem, a ile jego własny mózg próbuje ubrać obce działanie w znajome pojęcia. Jedno było pewne: gdy nacisk dotarł do Lechii i tras Exodusu, ból wzrósł tak gwałtownie, że kapitan prawie stracił przytomność.

— Oni nic nie wiedzą — wydusił. — To rodziny. Dzieci.

Twórca stojący w przejściu na mostek odwrócił ku niemu głowę. W świadomości Zawadzkiego pojawił się pakiet znaczeń, zimny i obcy. Jego umysł tłumaczył go na słowa, choć nie miał pewności, czy gdziekolwiek po drugiej stronie istniał język podobny do ludzkiego: Krew Sumeru ukryła klucze. Otwórz archiwum. Wskaż Igigi. Oddaj własność. Kolana ugięły się pod kapitanem. Oparł dłoń o krawędź konsoli. Metal był mokry od jego potu. Na podglądzie kriopokładu dziewczynka z K-17 leżała już przy otwartej kapsule. Pluszowa sowa wypadła na podłogę. Matka, wybudzona kilka metrów dalej, próbowała się do niej czołgać, ciągnąc za sobą przewody medyczne. Jeden z Twórców położył dłoń na głowie kobiety. Jej ciało napięło się i zwiotczało. Zawadzki zrozumiał, że dla obcych pasażerowie są nośnikami. Można je uszkodzić, jeśli wcześniej uda się wyjąć z nich to, czego szukają.


Ostatni rozkaz

Obca presja doszła do głębszej warstwy pamięci. Zawadzki poczuł, jak pod cudzym naciskiem rozszczelniają się strzępy odpraw, numery tras, fragmenty pakietów kolonialnych i twarze ludzi, których nie powinien w tej chwili pamiętać. Dowódcy transportów dostawali okrojone dane właśnie po to, by po przejęciu nie stać się pełną mapą. Teraz ta ostrożność dawała im tylko trochę czasu.

Na mostku nawigator leżał z twarzą przy podłodze. Oficer łączności nadal siedziała przy konsoli, ale krew spływała jej z ucha po szyi. W korytarzu ochroniarz próbował podnieść broń drżącą ręką. Nie było drogi odwrotu ani posiłków, które mogły przebić ślepe pole. W pakiecie awaryjnym dowódcy znajdował się niewielki ładunek antymaterii przeznaczony do zniszczenia rdzeni danych i węzła skoku w razie przejęcia jednostki. Nie był systemem autodestrukcji. Regulamin zakładał, że załoga zdąży ewakuować część pokładów, a ładunek pozbawi napastnika nawigacji i zapisów. Przy niestabilnym rdzeniu skoku oraz obcym polu obejmującym cały statek nikt nie potrafił przewidzieć, co zrobi detonacja. Zawadzki znał tylko jedną pewność: jeśli Twórcy skończą odczyt, śmierć dwunastu tysięcy ludzi może okazać się najmniejszą częścią szkody. Otworzył zabezpieczenie przy wewnętrznej kieszeni munduru. Palce nie chciały go słuchać; nacisk w czaszce zabierał mu kontrolę nad drobnymi ruchami. Musiał spróbować drugi raz. Twórca zrobił krok.

— Nic wam nie dam — powiedział Zawadzki. Głos zabrzmiał słabo, niemal zwyczajnie.

Na krótką chwilę pamięć zwróciła mu Ziemię z orbity, twarz żony i pluszową sowę leżącą na podłodze przy K-17. Nie pojawiła się żadna myśl o bohaterstwie. Wiedział tylko, że za chwilę zabije wszystkich, których miał dowieźć do nowego świata. Uzbroił ładunek. Twórca wyciągnął dłoń. Detonacja weszła najpierw w rdzeń danych. Ułamek sekundy później rozszczelnił się węzeł skoku. Pole, które trzymało „Nadzieję”, zareagowało gwałtownie; sensory zdążyły zanotować skok energii poza skalę i przestały istnieć. Kadłub transportowca pękł od środka. Moduły kriogeniczne, pokłady mieszkalne i mostek zniknęły w białym rozbłysku. Fala uderzyła w obcy zwiadowca, rozdarła jego gładką powierzchnię i wciągnęła część konstrukcji w deformację po umierającym polu skoku. W sektorze Epsilon została rozszerzająca się chmura szczątków i promieniowania. Dwanaście tysięcy ludzi przestało istnieć razem z tym, czego Twórcy próbowali z nich wydobyć.


Sztab „Giewont”, piętnaście minut później

Na mostku „Żółkiewskiego” zgasł znacznik Exodus-084. W „Giewoncie” doktor Marecki patrzył na tę samą pustą pozycję przez bezpieczne łącze. Nie było boi ratunkowej, kapsuł, automatycznego pakietu poawaryjnego. Ostatnia telemetria urwała się na skoku energii, którego analitycy jeszcze nie potrafili sklasyfikować.

— Dwanaście tysięcy — powiedział Marecki.

Orzeł oparł dłonie o stół taktyczny. Znał Zawadzkiego z meldunków i kilku odpraw. Widział też listę pasażerów, bo po Plutonie zaczął czytać rzeczy, które wcześniej zostawiał logistykom. Wiedział, ilu było tam dzieci.

— Jeśli to zrobił Zawadzki, zrobił to, kiedy już byli na pokładzie — powiedział w końcu.

— I zabił wszystkich.

— Tak.

Słowo zostało na kanale bez żadnego usprawiedliwienia. Marecki odsunął okulary i przycisnął palce do oczu. Po ostatnich sesjach z Okiem taki ruch kończył się czasem błyskiem bólu; tym razem przyszło tylko zmęczenie.

— Nie wiemy, co zdążyli wyciągnąć.

— Dlatego zmieniamy procedury.

Orzeł włączył kanał dowódczy.

— Od tej chwili każdy transport Exodusu i każdy polski statek dalekiego zasięgu dostanie pełny system autodestrukcji. Wielostopniowe potwierdzenie, zabezpieczenie przed przypadkowym uruchomieniem, ale procedura ma działać także przy utracie łączności i próbie przejęcia załogi. Abordaż Twórców, ingerencja w pamięć dowództwa, utrata integralności danych kolonialnych — każdy z tych warunków ma otwierać możliwość zniszczenia jednostki.

Oficer operacyjny pobladł.

— Panie komandorze, mówimy o transportach z tysiącami cywilów.

Orzeł spojrzał na martwy znacznik.

— Wiem, o kim mówimy.

— To jest rozkaz zabicia własnego statku.

— To jest rozkaz, żeby kapitan miał wybór, zanim wróg zrobi z pasażerów mapę do następnych kolonii.

Marecki odezwał się dopiero po chwili.

— Kiedy dasz komuś taki wybór, kiedyś ktoś go użyje za wcześnie.

— A ktoś inny użyje za późno.

Orzeł nie podniósł głosu. — Nie mam dobrej wersji tej procedury. Kanał ucichł. Na ekranie pozostała pusta trasa transportu numer 84, a w sztabowym systemie pojawiło się nowe zadanie oznaczone najwyższym priorytetem.


Tego samego dnia

Telefon w gabinecie Mareckiego odezwał się potrójnym szyfrowanym sygnałem. Doktor siedział z łokciami na biurku, czując pulsowanie pod prawą skronią. Od kilku dni coraz częściej łapał się na tym, że zna twarz człowieka, ale imię przychodzi sekundę później. Po „Cenie spojrzenia” każda taka sekunda miała dla niego ciężar diagnozy.

— Słucham.

Głos Hryniewicza przeszedł przez wojskową centralę z „Arctowskiego”.

— Janusz, jak krwotoki?

— Dzisiaj mam bogatszy repertuar. Co się stało?

— ABW chce z tobą rozmawiać. Pilnie. Są już w „Giewoncie”. Dzwonili przez WAT, potem przeszli na naszą linię. Wpuść ich i postaraj się nikogo nie obrazić.

— To zawęża możliwości.

— Janusz.

— Wpuszczę.

Połączenie się urwało. Marecki siedział bez ruchu. Z wentylacji płynął suchy chłód, a za ścianą pracowała pompa obiegu, której jednostajny pomruk od miesięcy mieszał mu się ze snem. Z szuflady wyjął wydruk z podziemi Marsa. Mumifikowane ciała, wydłużone czaszki, dłonie zaciśnięte wokół głów. Zdjęcie wracało do niego częściej, niż chciał.

— Anunnaki? — mruknął. — Czy znowu tylko bardzo chcę mieć nazwę?

Drzwi uchyliły się. Magda wsunęła głowę do środka.

— Panie doktorze, na korytarzu stoi dwóch oficerów ABW — powiedziała, zniżając głos. — Chcą wejść. Mam ich wpuścić, czy wezwać ochronę wojskową, żeby wywieźli ich do lasu?

Drobna dłoń wykonała krótki gest cięcia pod szyją.

Marecki spojrzał na nią zmęczony.

— Wpuść.

— Ochronę zostawić w korytarzu?

— Zostawić.

Magda skinęła głową. Rok wcześniej każde wejście służb do „Giewontu” wywoływało w niej napięcie. Teraz sprawdziła tylko identyfikatory i odsunęła się od drzwi. Pod ziemią ludzie szybko uczyli się, że normalność jest kolejną procedurą, którą czasem trzeba odegrać.


Gabinet Mareckiego

Dwaj oficerowie weszli bez pośpiechu. Marecki pamiętał ich z operacji przeniesienia Oka do „Echo” pod kopalnią „Wujek”. Starszy usiadł, młodszy postawił na biurku skórzaną teczkę. Z wnętrza wyjął sześć fotografii i rozłożył je przed doktorem.

— Zna pan tych ludzi?

Marecki pochylił się. Na pierwszej fotografii rozpoznał porucznika inżyniera Michała Nowaka. Pracowali razem przy Oku, a później spotykali się jeszcze przy próbach „Twardowskiego”. Na drugim zdjęciu była Ania, analityczka, która potrafiła spóźnić raport dokładnie o dwie minuty i jeszcze się z tego śmiać. Człowiek na prawym zdjęciu montował z nim pierwszy akcelerator polowy. Pozostałych także rozpoznał. Pierwsza ekipa. Uruk, tabliczka, Oko, czas, kiedy dotykali obcej technologii bez pierścienia magnetycznego i bez połowy procedur napisanych później ich własnymi błędami.

— To moi ludzie — powiedział Marecki. — Byli moi. Co się stało?

Starszy oficer przesunął palcem pierwszą fotografię.

— Wszyscy nie żyją.

Marecki podniósł wzrok.

— Kiedy?

— Nie jednocześnie. Najpierw Nowak. Potem dwie kolejne osoby, później pani analityk. Ostatnich dwoje objęliśmy izolacją, kiedy zobaczyliśmy wzór.

— Jaki wzór?

Młodszy agent otworzył raport sekcyjny.

— Rozległe krwawienia śródczaszkowe. Obrzęk mózgu postępujący bardzo szybko. W końcowej fazie ciśnienie rosło tak, jakby tkanka przestawała mieścić się w czaszce.

Marecki poczuł zimno pod łopatkami. Przypomniał sobie krew na wardze, drżenie dłoni i tę jedną krótką chwilę, kiedy patrzył na Martę i nie potrafił wydobyć z pamięci jej imienia.

— Ostatnich dwoje umieściliśmy osobno w sterylnych boksach — mówił agent. — Pełny monitoring, brak kontaktu z osobami z zewnątrz, własne obiegi powietrza. Oboje zmarli w ten sam sposób. Nie znaleźliśmy trucizny, znanego patogenu ani wspólnego czynnika środowiskowego.

— A czas od kontaktu z Okiem?

— Różny.

— Dawka promieniowania?

— Brak korelacji.

— Genetyka?

— Na razie nic.

W gabinecie pracował tylko wentylator komputera. Marecki dotknął fotografii Nowaka. Przypomniał sobie awaryjną naprawę „Twardowskiego”, zakrwawioną dłoń inżyniera i jego powrót do stanowiska mimo urazu. Później jeszcze rozmawiali przy kolejnych próbach. Teraz właśnie dowiedział się, że Nowak zmarł pierwszy. Cofnął rękę. Starszy oficer pochylił się.

— Jest pan ostatnią żyjącą osobą z tamtej grupy, doktorze. Do czasu wyjaśnienia sprawy ABW obejmuje pana stałą ochroną. Każde wyjście poza kompleks i bazy wojskowe zgłasza pan nam.

Marecki parsknął cicho.

— „Ochroną”.

— Może pan użyć innego słowa. Procedura się nie zmieni.

Doktor spojrzał na fotografię z Marsa leżącą częściowo pod aktami. Wydłużone czaszki mieszkańców dawnej bazy wyglądały jak odpowiedź tylko dlatego, że leżały pod ręką. Pojawiła się hipoteza — paskudna i na razie niczym niepotwierdzona. Jeśli kontakt z Okiem zmieniał coś w pracy mózgu, jeśli podczas pierwszych sesji doszło do procesu, którego medycyna nie potrafiła rozpoznać, krwotoki mogły być skutkiem biologicznego przeciążenia. Marecki pomyślał o dziesięciowymiarowych strukturach, które próbował rozumieć, i o marsjańskich czaszkach. Połączenie było kuszące, choć prawie niczego jeszcze nie dowodziło. Oficerowie zaczęli zbierać zdjęcia.

— Zaczekajcie. Macie nagranie z ostatnich minut któregoś z izolowanych?

Agenci spojrzeli na siebie. Starszy wyszedł na korytarz z telefonem. Rozmowa trwała kilka minut; dwa razy powtórzył klauzulę najwyższego priorytetu „Giewontu”. Wrócił, kiedy na ekranie pojawił się zabezpieczony link.

Na pozbawionym dźwięku nagraniu z boksu medycznego młody programista siedział na łóżku pod jasnym, płaskim światłem. Przez kilkanaście sekund nic się nie działo, aż nagle ciało programisty drgnęło. Zsunął się z materaca na beton. Ruch był powolny, jakby mięśnie wykonywały polecenie wydane z opóźnieniem. Uklęknął, pochylił się i oparł czoło o podłogę. Obie dłonie zacisnęły się na czaszce. Palce wbijały się we włosy tak mocno, że pobielały knykcie. Marecki przestał oddychać. Na bocznym monitorze zapisu medycznego tętno utrzymywało się jeszcze kilkadziesiąt sekund. Potem rytm rozpadł się i przeszedł w linię. Doktor odsunął telefon, sięgnął do komputera i otworzył archiwum GROM-u z Marsa. Nie drukował niczego. Powiększył jeden z zatrzymanych kadrów i obrócił monitor w stronę agentów. W świetle taktycznych latarek leżały mumifikowane ciała. Kolana podwinięte pod tułów, czoła przy ziemi, dłonie obejmujące wielkie, wydłużone czaszki. Układ różnił się detalami, jednak podobieństwo było zbyt wyraźne, by je zignorować. Młodszy agent przesunął krzesło o kilka centymetrów do tyłu.

— Pozycja jest ta sama.

Marecki patrzył na ekran.

— Pozycja. Tak.

Nie powiedział, że przyczyna też. Tego jeszcze nie wiedział.

Agenci zabrali dokumentację. Kiedy wyszli, Marecki długo patrzył na puste miejsce po fotografiach. Magda zajrzała do gabinetu.

— Doktorze, wszystko w porządku?

Kiedy podniósł się zza biurka, zakręciło mu się w głowie; oparł dłoń o blat, lecz nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Krew pociekła z nosa i skapnęła na koszulę.

— Wezwij medyków — powiedział, zanim osunął się na fotel.

Magda natychmiast uruchomiła alarm medyczny. Zespół dyżurny przejął Mareckiego i zdecydował o przewiezieniu go do szpitala w Poznaniu.

Rozdział 7. Pętla strachu

Okolice orbity Marsa. ORP „Hetman Czarniecki”.

Po przepustce dawny rytm skrzydła „Grom” rozpadł się ostatecznie. Flota zbierała ludzi tam, gdzie byli potrzebni najbardziej, a stare przydziały traciły znaczenie szybciej niż więzi między pilotami. Viki szkoliła się na „Wawelu”. Kosa dostał miejsce na „Piłsudskim”. Siwy trafił do Eskadry Przełamania przydzielonej do „Hetmana Czarnieckiego”. Ćwiczyli razem przez wspólną sieć taktyczną, lecz spali w innych kajutach, wychodzili z innych hangarów i coraz częściej słyszeli swoje głosy tylko w hełmach.

Lewiatan nosił polską nazwę, polskie oznaczenia i biało-czerwone pasy przy ludzkich śluzach. Pod nimi pozostawał cudzą maszyną. Korytarze dobudowane przez ludzi kończyły się przy czarnych żebrach marsjańskiej konstrukcji, których nikt nie potrafił przeciąć bez zgody sztabu. W bocznych sekcjach czasem zmieniała się temperatura bez komendy, czujniki masy gubiły kilka kilogramów, a pancerz pod dłonią oddawał ciepło jak skóra po gorączce. Siwy nauczył się omijać te miejsca, ale w kokpicie Sokoła S-1/06 nie miał dokąd odejść. Czerń za owiewką miała ciężar spojrzenia. Technicy dwukrotnie czyścili fotel po poprzedniej sesji, ale przy pasach wciąż śmierdziało wymiocinami. Siwy siedział zgarbiony, z dłoniami na sterowaniu. Rękawice drżały tak lekko, że magnetyczne przełączniki odpowiadały cichym grzechotem. Pod krawędzią hełmu bielały pasma włosów przy skroniach. Miał za mało lat na taką twarz.

— Inicjacja sprzężenia neuronowego. Pakiet: Eskadra Przełamania — oznajmił komputer.

Czepiec docisnął polimerowe iglice do skóry. Chłód trwał sekundę. Potem pod czaszkę weszło gorąco. Sokół podał mu geometrię manewru, wektory torped antymaterii, ograniczenia pól, dane o korytarzu grawitacyjnym i marsjańskie procedury wejścia pod tarczę. Informacja nie układała się w zdania. Wchodziła w odruchy, w napięcie mięśni, w miejsce pomiędzy zamiarem a ruchem. Siwy poczuł, jak obca logika zaczyna porządkować mu głowę pod własne potrzeby.

Wtedy zobaczył kuchnię babci Ireny: szklankę herbaty w metalowym koszyczku, kruche ciastka i cienkie palce na swoim policzku. Obraz przygasł pod naporem danych. Siwy szarpnął oddech. Przed kilkoma dniami siedział naprzeciwko kobiety, która go wychowała, i słyszał: „A kto ty jesteś, chłopcze?”. Teraz maszyna przepychała przez jego pamięć tabele i obce wzorce tak agresywnie, że przez ułamek sekundy nie potrafił przypomnieć sobie koloru ścian w jej kuchni. Wskaźnik synchronizacji wszedł na trzydzieści pięć procent, potem trzydzieści osiem. Przy czterdziestu zapalił się czerwony margines. System próbował głębiej. Siwy zacisnął szczękę. Za oczami narastał tępy ból. W uszach pojawił się cienki, owadzi ton. Wiedział, jak lekarze nazwą to później: opór neurobiologiczny, reakcja obronna, niestabilność sprzężenia. Słowa nie miały znaczenia. Jego mózg bronił miejsca, w którym nadal stała szklanka w koszyczku i siedziała stara kobieta, czasem pamiętająca go, czasem gubiąca jego twarz. Siwy nie chciał oddać tego maszynie.

— Klucz Przełamania, meldować gotowość — odezwał się dowódca eskadry. — Ćwiczenie wspólne. „Hetman”, „Piłsudski”, wejście w korytarz z dwóch osi. Cel: rozerwanie osłony i podejście z torpedami na dystans bezwzględnego strzału.

W słuchawkach pojawił się Kosa.

— Grom Dwa, gotów.

Głos szedł z „Piłsudskiego”, czysty po wojskowym łączu. Brakowało w nim dawnego rozluźnienia. Kosa wciąż żartował poza lotem, lecz po Plutonie podczas ćwiczeń mówił krótko, jak człowiek, który nauczył się, że śmiech nie zatrzymuje pocisku. Siwy spojrzał na status uzbrojenia. Dwie torpedy antymaterii wisiały pod Sokołem. W trybie ćwiczebnym ich głowice pozostawały zablokowane, ale masa, pola zabezpieczające i procedury odpalenia były realne. Eskadra Przełamania miała wejść pierwsza. W ogień emiterów, deformację przestrzeni i obszar, gdzie kapsuła ratunkowa dawała człowiekowi głównie więcej czasu na zrozumienie, że umiera.

— Grom Trzy, gotów — powiedział Siwy.

Prowadnice puściły. Sokół wyszedł z hangaru „Hetmana” i przyspieszenie ścisnęło Siwego w fotelu. Kompensacja zabrała większość przeciążenia, reszta weszła w kręgosłup i żebra. Pod nim przesunął się siedmiokilometrowy kadłub Lewiatana, czarny na tle rdzawej tarczy Marsa. W oddali znaczniki maszyn z „Piłsudskiego” złożyły się z jego grupą w jeden taktyczny klin. Formacja weszła w cień radiowy za planetą.

„Hetman Czarniecki” wygenerował anomalię imitującą pole Twórców. Na ekranach wyglądało to jak szkolenie, lecz Siwy odczuł impuls jak uderzenie w mózg. Impuls przeszedł przez sprzężenie i zacisnął mu skronie. Krew ruszyła z nosa, ciepła, lepka; krople odbiły się od wizjera i rozmazały przy ruchu głowy. Oprogramowanie podsunęło sylwetki wroga, zakłócenia, błędy pozycjonowania. Jego pamięć dołożyła resztę: Pluton, znikający znacznik Vane’a, rozerwane Sokoły, obraz Marsa umierającego pod obcym ogniem. Potem wróciła twarz babci. Tylko że tym razem patrzyła na niego bez rozpoznania. Synchronizacja spadła do trzydziestu sześciu procent. Sokół skorygował kurs zbyt ostro. Siwy poczuł szarpnięcie w karku. Wirtualny horyzont przechylił się, znaczniki klina uciekły w bok, alarm pozycyjny wszedł w słuchawki.

— Grom Trzy, wektor! — Kosa odezwał się natychmiast. — Wracaj do klina.

Siwy próbował. Myśl o korekcie została przechwycona przez interfejs, wzmocniona i oddana maszynie jako zbyt gwałtowny manewr. Sokół odbił w przeciwną stronę, uruchamiając kolejny alarm i jeszcze wyższy pisk w uszach. Oddech zrobił się krótki. Skafander ścisnął mu klatkę, choć ciśnienie pozostawało prawidłowe. Widział już nie symulację, tylko kabinę rozrywaną przez impuls, własne ręce lecące bezwładnie w próżni i kapsułę obracającą się w czerni. Żadnych przemówień, sztandarów ani „przełamania”. Tylko zwierzęcy skurcz pod mostkiem i pewność, że chce żyć.

— Awaria zwojów reaktora — wychrypiał. — Tracę ciąg. Przerywam manewr.

Na kanale zapadła krótka cisza. Kosa odpowiedział ostrzej:

— Siwy, reaktor jest zielony. Widzę twoją telemetrię. Wracaj.

Siwy spojrzał na parametry, które rzeczywiście były zielone, i poczuł wstyd jeszcze zanim podjął decyzję.

— Nie utrzymam wektora.

Odciął przednie emitery, wyrzucił maszynę z klina i obrócił ją ku „Hetmanowi”. Kompensatory uderzyły w ciało tępym przeciążeniem. W słuchawkach ktoś wołał jego oznaczenie, potem kanał taktyczny przyciszył głosy, żeby system mógł prowadzić awaryjny powrót. Siwy patrzył na rosnący kadłub Lewiatana i wiedział, że ucieka. To słowo weszło głębiej niż iglice czepca. Płozy uderzyły w magnetyczne szyny hangaru. Sokół przesunął się po prowadnicy, zwolnił i zastygł pod ramieniem serwisowym. Pompy odebrały resztki ciepła z kadłuba. W kokpicie zrobiło się cicho. Siwy słyszał własny oddech i krople krwi spadające z nosa na skafander. Owiewka odsunęła się. Z hangaru napłynął chłód i swąd przypalonej izolacji. Rozpiął pasy, ale przy próbie wstania żołądek ścisnął się gwałtownie. Zdążył odwrócić głowę i zwymiotował na chropowatą posadzkę obok prowadnicy.

Technicy podeszli bez pośpiechu. Pierwszy spojrzał na pilota, a następnie na oba pylony. Torpedy wisiały pod skrzydłami, nienaruszone, z zielonymi znacznikami blokad. Maszyna również nie nosiła śladów awarii. Mechanik przeniósł wzrok na plamę krwi pod nosem Siwego, na wymiociny, drżące dłonie i otwarty kokpit. Mechanik zacisnął usta, splunął na stal kilka metrów dalej i odszedł do stanowiska diagnostycznego. Dwóch pozostałych ruszyło za nim. Jeden wyciągnął z szafki medycznej pakiet tamponów i położył go na krawędzi prowadnicy, omijając wzrok pilota. Siwy został sam pod brzuchem Sokoła. Nad nim wisiały dwie torpedy, które miał zanieść pod wrogą osłonę. Przed oczami nadal miał twarz Ireny i sekundę, w której go nie znała. Strach przed Twórcami i śmiercią siedział wysoko, w gardle; głębiej tkwiło coś gorszego — że zanim umrze, Sokół wytrze z niego wszystko, dla czego warto było wracać. Raport z lotu już szedł na mostek „Hetmana Czarnieckiego” i potwierdzał, że reaktor przez cały czas pozostawał sprawny.

Rozdział 8. Wyrok przed wojną

Kajuta dowodzenia admirała Różańskiego znajdowała się głęboko w centralnej sekcji ORP „Hetman Czarniecki”, tam gdzie ludzkie moduły wrastały w dawną strukturę Lewiatana. Surowe ściany drżały pod niskim pomrukiem instalacji, a od zespołów chłodzenia ciągnęło zimnem. W kajucie utrzymywał się zapach syntetycznego tytoniu. Admirał siedział za prostym tytanowym blatem. Nad nim wisiał zapis ćwiczenia: wektory Sokołów, stan uzbrojenia, telemetria reaktora i poszarpana linia aktywności mózgowej pilota oznaczonego jako Grom Trzy. Siwy stał na baczność. Dłonie trzymał za plecami, żeby Różański nie widział drżenia. Admirał przesunął palcem po zapisie.

— Pański Sokół wrócił z pełnym uzbrojeniem. Dwie torpedy antymaterii. Reaktor przez cały lot pracował w normie.

Siwy wbił paznokcie w dłoń.

— Melduję, panie admirale, że podczas wejścia w anomalię odczytałem niestabilność zwojów i ryzyko sprzężenia zwrotnego. Przerwałem wektor, żeby ratować maszynę.

Różański obrócił tablet. Zielone pasma telemetrii były niemal płaskie. Obok nich aktywność neurologiczna Siwego rwała się gwałtownymi skokami.

— Cewki nie weszły nawet w strefę ostrzegawczą. System zaczął ograniczać sprzężenie, kiedy to pan przestał utrzymywać zamiar manewru.

W kajucie słychać było chłodzenie Lewiatana i cichy trzask pracującego metalu.

— Reaktor był sprawny — powiedział admirał. — Pan spanikował.

Siwy poczuł ciepło pod kołnierzem. Wstyd przyszedł pierwszy, zaraz za nim gniew.

— Tak jest.

Różański uniósł brwi.

— Bez raportowej wersji?

— Reaktor był sprawny. Skłamałem na kanale.

Słowa wyszły ciężko, ale po nich oddech zrobił się odrobinę głębszy.

— Dlaczego?

Siwy spojrzał na hologram. Widział punkt, w którym wypadł z klina, i prostą linię powrotu do hangaru.

— Bo przy czterdziestu procentach sprzężenia zaczynam tracić rzeczy, których nie chcę oddać maszynie. Po sesjach mam migreny, wymiotuję, zapominam. Dzisiaj podczas lotu zobaczyłem twarz babci. Kilka dni temu siedziała naprzeciwko mnie i przez parę sekund nie wiedziała, kim jestem. W kokpicie pomyślałem, że skończę tak samo. Tylko szybciej.

Różański patrzył na niego dłuższą chwilę.

— Jasińska utrzymuje synchronizację blisko pełnej. Kosa znosi pętlę bojową dłużej, niż podoba się lekarzom. Pan blokuje interfejs, kiedy robi się naprawdę ciasno.

— Bo to coś grzebie nam w głowach.

— Wiem.

Odpowiedź była tak szybka, że Siwy zamilkł. Admirał zgasił syntetyczne cygaro i odsunął popielniczkę.

— Czytam raporty medyczne całej Eskadry Przełamania. Wiem, kto ma krwotoki, kto traci sen, kto po odłączeniu nadal czuje ruch maszyny. Wiem też, ilu kandydatów odpadło podczas pierwszych głębokich sesji. To nie jest bezpieczna technologia.

— Więc mamy pozwolić, żeby nas uszkodziła, zanim Twórcy zdążą to zrobić?

Różański wstał. Hologram przecinał mu twarz błękitną linią trajektorii.

— Mamy ludzi, których potrafimy posadzić w tych maszynach, i wroga, którego konwencjonalnymi środkami możemy nie zatrzymać. Wszystko, co odzyskaliśmy z marsjańskich systemów, wskazuje, że budowano je na wojnę, której ich twórcy sami nie zdołali wygrać. Nie będę udawał, że znam cenę pełnego sprzężenia. Znam za to cenę braku pilotów.

Siwy poczuł, jak napina mu się szczęka.

— Brakuje nam ludzi aż tak bardzo?

— Bardziej.

Różański wyłączył część danych. Została sama formacja przełamania i wąski korytarz prowadzący pod symulowaną osłonę przeciwnika.

— Eskadra ma otworzyć drogę dla ciężkich jednostek. Jeśli pierwszy klin pęknie, Lewiatany mogą nie dostać czystego strzału. Pańskie miejsce w tym kluczu istnieje dlatego, że nie mam drugiego pilota o pańskim doświadczeniu, którego mogę tam wstawić jutro rano.

— A jeśli znowu ucieknę?

Różański podszedł bliżej. Nie podniósł głosu.

— Wtedy ktoś za panem wejdzie w korytarz, którego pan nie otworzył. Być może zginie. Być może zginie cały klucz. Nie mówię tego, żeby pana przestraszyć. Strach już pan ma. Chcę tylko, żeby wiedział pan, gdzie kończy się prywatny lęk pilota, a zaczyna ryzyko dla ludzi lecących za nim.

Siwy patrzył na własne odbicie w wygaszonym fragmencie hologramu. Siwe pasma przy skroniach wyglądały obco. Przypomniał sobie herbatę w metalowym koszyczku i pytanie Ireny: „A kto ty jesteś, chłopcze?”.

— Chce mnie pan wyrzucić z eskadry?

— Nie.

— Areszt?

— Też nie.

Różański wrócił do telemetrii i otworzył drugi zestaw danych. Siwy widział tylko kolumny oznaczeń medycznych. Część nazwisk miała czerwone znaczniki: wycofany, zakaz głębokiego sprzężenia, obserwacja neurologiczna. Było ich więcej, niż pamiętał z odpraw.

— Każdy z tych ludzi miał kiedyś siedzieć w pierwszym rzucie — powiedział admirał. — Nie siedzi. Jednemu po sesji drży prawa ręka, drugi gubi kilka minut pamięci, trzeci dostał krwotoku i lekarze zamknęli mu kokpit na zawsze. Nie mam magazynu zdrowych pilotów za grodzią.

Siwy poczuł, że gniew traci prosty cel. Różański nie bronił technologii. Używał jej razem z nimi.

— Dostanie pan dodatkowe sesje z neurologiem i psychologiem bojowym. Dzisiejszy incydent zapiszę jako przerwanie manewru po niestabilności sprzężenia. W awarię nie uwierzyłem. Publiczne złamanie pilota przed bitwą nie da mi kolejnego człowieka do kokpitu.

— Piloci i tak wiedzą.

— Oczywiście, że wiedzą. Widzieli pana odejście z klina. Oficjalny papier nie cofnie tego, co wydarzyło się na kanale. Ma jedynie nie zamykać panu drogi, zanim lekarz i kolejna próba powiedzą mi więcej niż dzisiejsza panika.

Siwy poczuł ucisk pod mostkiem. Spodziewał się kary. Dostał przydział z powrotem do miejsca, z którego uciekł.

— Kiedy przyjdzie alarm bojowy — ciągnął admirał — leci pan w pierwszym rzucie. Nie jako bohater, symbol czy ochotnik do samobójstwa. Jako pilot, którego przydział jest częścią planu. Jeśli lekarz stwierdzi, że pański mózg nie wytrzyma kolejnego wejścia, zdejmę pana. Dopóki tego nie stwierdzi, jest pan pilotem Eskadry Przełamania.

— Rozumiem.

— Proszę tego nie mylić z łaską — powiedział Różański. — To rachunek strat. Na dziś bardziej potrzebuję pana w kokpicie niż w areszcie. Jeśli zacznie pan zagrażać całemu kluczowi, rachunek się zmieni.

Siwy kiwnął głową.

— I jeszcze jedno. Następnym razem proszę nie kłamać o maszynie. Jeśli pęknie pan w locie, melduje pan, że pęka pan. Na fałszywym alarmie technicznym ktoś może kiedyś oprzeć decyzję całej formacji.

Siwy zasalutował.

— Tak jest, panie admirale.

— Może pan odejść.

Drzwi kajuty zamknęły się za nim z głuchym kliknięciem. W korytarzu było chłodno. Siwy przeszedł kilka metrów i oparł dłoń o ścianę. Pod skórą kadłuba pracowało coś potężnego, obcego i cierpliwego. Przez podeszwę czuł delikatne drżenie instalacji, rytm zbyt równy, żeby przypominał cokolwiek żywego, a jednak od czasu pierwszych lotów nie potrafił myśleć o Lewiatanie jak o zwykłym metalu. Terminal na nadgarstku zawibrował, wyświetlając nowy harmonogram: neurologia, sesja sprzężenia, symulator, gotowość Eskadry Przełamania. Nie było degradacji ani aresztu. Był następny lot. Siwy zamknął oczy. Nadal się bał. Strach nie zniknął po rozmowie i nie stał się szlachetniejszy. Teraz miał tylko dokładny kształt: twarz babci, czterdzieści procent na wskaźniku i ludzi, którzy następnym razem mieli lecieć za nim. Schował terminal pod mankiet i ruszył w stronę mesy.

Rozdział 9. Banicja

Mesa oficerska na trzecim pokładzie ORP „Hetman Czarniecki” była szeroką, surową przestrzenią wciśniętą między ludzkie moduły a dawną konstrukcję Lewiatana. Nad stołami pracowały kratownice wentylacyjne, z których płynęło suche powietrze. Przygaszone emitery rzucały na tytanowe blaty bursztynowe plamy światła. Siwy usiadł w najdalszym kącie, plecami do grodzi. Po rozmowie z Różańskim dostał w terminalu kolejne terminy badań, sesję z psychologiem bojowym i miejsce w pierwszym rzucie. W papierach nadal był pilotem Eskadry Przełamania. W mesie wystarczyło kilka spojrzeń, żeby zrozumiał, że papier i załoga to dwie różne rzeczy.

Na tacy przed nim stygnęła gęsta porcja wojskowego liofilizatu. Żołądek po porannym locie wciąż reagował skurczem na sam zapach. Zdjął srebrną opaskę Terminala Wiedzy i położył ją obok kubka. Palce drżały jeszcze lekko. Kilka stołów dalej siedzieli piloci z kluczy przełamania. Rozmawiali głośniej niż zwykle, jak ludzie, którzy próbują zagłuszyć własne myśli. Nad stołem obracał się hologram nowych jednostek i schematy uzbrojenia. Padały liczby, zasięgi, czasy przeładowania, prędkości pocisków. Ktoś nazwał obłe okręty Twórców „kulami” i określenie zostało. Łatwiej było planować strzelanie do kuli niż do czegoś, co potrafiło wejść człowiekowi do głowy. Kosa po ćwiczeniu wrócił na „Piłsudskiego”, zgodnie ze swoim przydziałem. Viki pozostawała na „Wawelu”. Jeszcze kilka godzin wcześniej ich głosy były w tej samej sieci taktycznej. Teraz między Siwym a nimi leżały kadłuby, śluzy i rozkazy służbowe.

— Przy nowych cewkach szynowych dostaniemy ich, zanim zdążą złożyć osłonę — mówił porucznik z pierwszego klucza. — Byle wejść wystarczająco blisko.

— I przeżyć wejście — odpowiedział ktoś.

Zaśmiali się krótko. Śmiech zabrzmiał zbyt ostro i od razu umarł pod szumem wentylacji. Siwy obserwował ich bez słowa. Na twarzach kilku pilotów widać było świeże ślady po czepcach neuroterminali: zaczerwienienia przy skroniach, drobne pęknięcia naczyń w oczach, zmęczenie przykryte pobudzeniem. Wiedział już, że część z nich po sesjach gubi sen albo fragmenty czasu. Wiedział też, że mimo tego wszyscy wracali do kokpitów. Przy tamtym stole rozmowa przycichła. Młody pilot, jeszcze blady po porannym transferze pakietu „Orzeł 4.0”, wstał z metalowym kubkiem i ruszył do automatu. Przechodząc obok Siwego, zwolnił. Spojrzał na nietknięte jedzenie, potem na srebrną opaskę leżącą przy tacy.

— Technik zabezpieczał dziś pańskie pylony ręcznie — powiedział. Głos miał spokojny. — Dwie torpedy antymaterii wróciły razem z panem.

Mesa ucichła na tyle, że niski pomruk instalacji Lewiatana wszedł Siwemu w kości. Podniósł wzrok. Chłopak nie wyglądał na kogoś, kto przyszedł wszcząć bójkę. W jego twarzy było coś gorszego: osąd człowieka, który za kilka godzin sam miał usiąść w maszynie i chciał wiedzieć, czy pilot obok niego wytrzyma.

— Miałem niestabilność sprzężenia — odpowiedział Siwy.

O reaktorze milczał. Kłamstwo wypowiedziane na kanale wystarczyło mu na jeden dzień.

— Wszyscy ją mamy — odparł młody. — Po sesjach krwawią nam nosy, trzęsą się ręce, czasem nie śpimy. Ale jeśli ktoś wypada z klina, reszta musi zamknąć dziurę.

Siwy poczuł, jak mięśnie szczęki twardnieją. Jeszcze niedawno wstałby i uderzył chłopaka, zanim ten skończyłby zdanie. Odruch nadal siedział w ciele: szybki, ziemski, prosty. Wystarczyłoby odsunąć tacę i zrobić jeden krok. Dłoń została na blacie.

— Powiedz, co naprawdę chcesz powiedzieć.

Młody przełknął ślinę.

— Chcę wiedzieć, czy następnym razem zostanie pan z nami.

Pytanie trafiło mocniej niż kpina. Siwy spojrzał na jego czerwone oczy. Chłopak bał się również. Tyle że jeszcze potrafił zamienić własny strach w pogardę dla kogoś, kto pokazał go pierwszy.

— Nie wiem — powiedział Siwy.

Kilka osób przy sąsiednim stole poruszyło się niespokojnie; jedna opuściła wzrok, inna zacisnęła palce na kubku. Młody spodziewał się usprawiedliwienia albo groźby. Nie wiedział, co zrobić z odpowiedzią.

— To za mało — powiedział w końcu.

— Dla mnie też.

Chłopak odszedł do automatu. Kiedy wrócił do swojego stołu, pozostali przesunęli się, robiąc mu miejsce. Rozmowy zaczęły wracać, najpierw półgłosem, i Siwy wychwytywał pojedyncze słowa: klin, Mars, pylony, awaria. Nikt nie wypowiedział jego nazwiska. Siwy uznał to za pierwszy krok. Rozkaz Różańskiego przywrócił mu miejsce w eskadrze; zaufanie mogło wrócić dopiero w następnym locie. W chwili, gdy Siwy zerwał szyk, pozostali zobaczyli w nim możliwość własnej śmierci. Każdy pilot lecący za nim musiał teraz dopuścić do siebie myśl, że podczas prawdziwego starcia Grom Trzy może znowu skręcić ku hangarowi. Siwy spróbował przełknąć łyżkę liofilizatu. Gardło zacisnęło się natychmiast. Odłożył sztuciec.

Terminal na blacie odbił bursztynowe światło. Harmonogram badań neurologicznych nadal czekał na potwierdzenie. Przypomniała mu się Irena przy stole, szklanka w metalowym koszyczku i kilka sekund pustki w jej oczach. Potem kabina Sokoła i chwila, w której znajome obrazy zaczęły odpływać spod nacisku sprzężenia. Bał się następnego wejścia. Bał się również tego, co stanie się z ludźmi za nim, jeśli znowu ucieknie. Oba lęki mieściły się w nim jednocześnie i żaden nie unieważniał drugiego. Odepchnął tacę i wstał. Magnetyczne podeszwy oderwały się od posadzki głuchymi kliknięciami. Wsunął Terminal Wiedzy do kieszeni marynarki. Gdy przechodził między stołami, piloci odsuwali łokcie, kubki i tace o kilka centymetrów. Powstawało przed nim przejście na tyle szerokie, by minął ich bez dotyku i słowa. Automatyczna gródź rozsunęła się z sykiem. Srebrna opaska w kieszeni naciskała na żebra. Potrafiła wtłoczyć do głowy procedury, czasy reakcji i sekwencje bojowe. Zaufanie ludzi, którzy mieli lecieć za nim, musiał odzyskać sam. Siwy ruszył w stronę swojej kajuty. Dopiero kiedy gródź mesy zamknęła się za plecami, rozmowy po drugiej stronie znów stały się głośniejsze.

Rozdział 10. Cena przewidywania

Poznań, Szpital Kliniczny, Oddział Psychiatrii Zamkniętej

W korytarzu czuć było środek do dezynfekcji. Komandor Konrad Orzeł zwolnił przed salą 402. Galowy mundur ciążył mu na ramionach bardziej niż pancerz bojowy. Tutaj nikt nie patrzył na odznaczenia. Pielęgniarka przy dyżurce sprawdziła identyfikator, nacisnęła przycisk blokady i dopiero wtedy wypuściła go na krótszy, zamknięty odcinek korytarza. Doktor Janusz Marecki leżał przy oknie. Szary Poznań odbijał się w szybie razem z jego twarzą, bladą i wychudzoną. Na prawym przedramieniu miał wenflon. Elektrody pod włosami prowadziły cienkimi przewodami do aparatury neurologicznej ustawionej przy łóżku. Informacja o gwałtownym pogorszeniu przyszła poprzedniego dnia. Lekarze opisywali krwawienia, epizody dezorientacji, zaburzenia rozpoznawania twarzy i coraz większe luki pamięci. W części obrazów rezonansu pojawiały się zmiany, których zespół nie potrafił jeszcze jednoznacznie powiązać z pracą przy Oku. Korelacja była zbyt wyraźna, żeby ją ignorować, i zbyt słabo poznana, żeby nazwać ją mechanizmem. Orzeł podszedł do łóżka.

— Doktorze?

Marecki nie poruszył głową. Patrzył w sufit tak długo, jakby śledził coś przesuwającego się ponad tynkiem. Na stoliku leżał cienki notes. Większość stron zapisano cyframi, kątami i znakami, które wyglądały jak urwane fragmenty cudzego alfabetu. Kilka kartek pozostało pustych, a na jednej ktoś dopisał ołówkiem: JANUSZ MARECKI. Prawdopodobnie pielęgniarka. Być może sam Marecki podczas lepszego dnia.

Zespół analityczny roboczo nazywał jego ostatnie notatki Kodem Twórców. Nazwa była wygodniejsza od prawdy: nikt nie wiedział jeszcze, czy Marecki rzeczywiście zbudował mapę, czy tylko zestawił trzy rodziny danych w sposób, którego inni nie potrafili odtworzyć bez jego pomocy. Pierwszy wektor wynikał z dawnego sygnału, który uderzył w „Żółkiewskiego”. Drugi zrekonstruowano z marsjańskich archiwów i geometrii wylotu obcych jednostek sprzed milionów lat. Trzeci miał pojawić się dopiero wtedy, gdy główna flota Twórców wejdzie do Układu Słonecznego i zostawi rzeczywisty ślad kierunku przyjścia. Jeżeli wszystkie trzy linie rzeczywiście opisywały ten sam układ odniesienia, ich przecięcie mogło zawęzić sektor, z którego nadchodził przeciwnik. Mogło. Marecki w ostatnich tygodniach powtarzał, że za tym sektorem jest jeszcze „cisza”. Nie potrafił wyjaśnić, czy chodzi o dalszą warstwę danych Oka, błąd interpretacji, czy o coś, co sam artefakt podsuwał mu podczas kontaktu. Im gorszy był jego stan, tym trudniej oddzielić matematyczne odkrycie od obrazów, które przychodziły razem z bólem, krwią i utratą pamięci. Orzeł usiadł na krześle przy łóżku. Sprężyny pod siedzeniem skrzypnęły cicho.

— Mamy dwa wektory — powiedział. — Jeśli trzeci przyjdzie razem z nimi, ludzie z Giewontu spróbują domknąć obliczenia bez pana. Wszystko jest skopiowane.

Marecki nadal nie reagował. Orzeł wziął jego dłoń. Była chłodna i zaskakująco lekka. Przypomniał sobie człowieka, który potrafił przez sześć godzin kłócić się o pojedynczy znak w sumeryjskiej transliteracji, a potem zasnąć na stole konferencyjnym z policzkiem przyciśniętym do wydruku. Tamten Marecki miał szybki krok i irytujący zwyczaj kończenia cudzych zdań. Ten leżał pod cienkim kocem i czasem nie pamiętał własnego nazwiska.

— Zbliża się bitwa — powiedział Orzeł. — Flota jest w gotowości. „Żółkiewski” też.

Na monitorze neurologicznym jedna z linii przyspieszyła. Orzeł nie wiedział, czy to reakcja na głos, ruch oka pod powieką, czy przypadek.

— Nie przyjechałem po następne liczby, Janusz.

Palce Mareckiego drgnęły. Patrzył na Orła przytomniej. Źrenice próbowały złapać ostrość. Na twarzy pojawił się wysiłek człowieka, który rozpoznaje elementy obrazu, ale nie potrafi złożyć ich w nazwę.

— Przyniosłeś glinę? — wyszeptał.

Orzeł poczuł ucisk pod mostkiem.

— Nie.

— Trzeba zapisać, zanim zniknie.

Marecki poruszył głową o kilka centymetrów i spojrzał ponad jego ramię.

— Oni już są blisko.

— Kto?

Marecki zamknął oczy.

— Nie wiem.

Ta odpowiedź zabrzmiała trzeźwiej od wszystkiego, co powiedział wcześniej. Orzeł siedział jeszcze minutę, nie próbując wyciągać z niego kolejnych słów. Kiedy wstał, poprawił koc zsunięty z ramienia naukowca.

— Żegnaj, Januszu.

Nie salutował. W sali szpitalnej gest wydawał mu się pusty. Z Poznania wrócił szyfrowanym korytarzem transportowym do węzła pod „Gniazdem”, a stamtąd na pokład „Żółkiewskiego”. Kilka godzin później stał już na mostku krążownika, wśród zmęczonych operatorów i kubków z niedopitą kawą. Tego samego dnia lekarze przenieśli Mareckiego na ORP „Maria Skłodowska-Curie”. Okręt szpitalny miał odejść z orbity Ziemi razem z pacjentami wymagającymi długiej i specjalistycznej opieki. Decyzja była zapobiegawcza, podjęta na wypadek, gdyby bitwa o Ziemię potoczyła się inaczej, niż zakładały optymistyczne warianty polskich sił obronnych. ORP „Emilia Plater” pozostawał bliżej głównej floty, gotowy przyjmować rannych po pierwszym uderzeniu.

„Skłodowska-Curie” nie była piękna. Szeroki, kanciasty kadłub mieścił sale operacyjne, oddziały izolacyjne, magazyny krwi, komory regeneracyjne i laboratoria. Wszystko podporządkowano temu, żeby statek mógł zabrać człowieka z rozbitego okrętu i utrzymać go przy życiu, kiedy zwykła jednostka medyczna musiałaby się poddać. Mareckiego przewieziono w osłoniętym module neurologicznym. Sanitariusze przypięli łóżko do prowadnic, sprawdzili pompę infuzyjną i podłączyli aparaturę do zasilania okrętowego. Podczas całej procedury doktor nie otworzył oczu. Kiedy „Maria Skłodowska-Curie” odchodziła w stronę centrum medycznego obsługującego jowiszowe instalacje górnicze, transmisję ograniczono do minimum. Po przekroczeniu bezpiecznego korytarza okręt przeszedł w tryb pasywny. Na orbicie została „Emilia Plater”, flota i Ziemia, której nie dało się ewakuować. Marecki zabrał ze sobą własną pamięć w stanie, którego nikt nie umiał już policzyć. Dwa wektory czekały w wojskowych archiwach. Trzeci miał nadejść z ciemności.

Rozdział 11. Rubież ciszy

Stacja zwiadowczo-nasłuchowa „Argus-4”, zewnętrzna rubież Układu Słonecznego

Po bitwie nad Plutonem „Argus-4” nie wrócił do normalnego trybu pracy. Część pierścienia nadal pozostawała wygaszona po wielogodzinnym nasłuchu pasywnym. W nieużywanych modułach temperatura spadła poniżej normy serwisowej, a systemy automatyczne utrzymywały jedynie minimalną wentylację. Prom ratunkowy stał w hangarze z wymienioną cewką, ale Robert Zieliński nadal nie ufał generatorowi po wcześniejszych przegrzaniach. Najważniejsze było jednak to, czego nie dało się naprawić kluczem i zapasową częścią.

Załoga wiedziała już, że ciemność po drugiej stronie Plutona potrafi odpowiadać. Porucznik Kamil Wardas siedział w centralnym hubie analitycznym i przesuwał palcami po warstwach danych. Oczy piekły go od ekranów. Pod lewą powieką drgał mięsień, który od trzech dni nie chciał przestać. Zamiast kolejnej kawy pił wodę z elektrolitami, bo lekarz z Ziemi po obejrzeniu jego wyników kazał mu ograniczyć kofeinę. Lekarz był kilkanaście miliardów kilometrów za daleko, żeby sprawdzić, czy Kamil wykonuje polecenie. W zewnętrznej części pierścienia pracowały chłodzone matryce nasłuchowe i czujniki grawitacyjne. Sieć „Ćm” rozrzuconych dalej w kierunku chmury Oorta miała teraz jeszcze większe znaczenie. Pierwsza prowadząca grupa Twórców weszła wcześniej w rejon Plutona i została przechwycona przez polskie jednostki. Za nią Argus widział dalsze echa większej formacji, lecz po starciu część sygnatur zniknęła w szumie, jakby coś po drugiej stronie świadomie ograniczyło emisję. Od tamtej chwili rubież milczała.

— Marta, sekcja trzecia czysta — powiedział Wardas przez interkom. — Żadnych nowych odkształceń ponad tło. Ćmy czterdzieści siedem, pięćdziesiąt dwa i pięćdziesiąt osiem żyją.

Po chwili odpowiedział mu głos kapitan Marty Kowalczyk.

— Robert?

— W hydroponice. Pompa znowu bije na łożysku.

— Oczywiście.

Kamil uśmiechnął się bez przekonania.

— Twierdzi, że pompa robi to specjalnie.

— Robert twierdzi, że każdy mechanizm ma charakter. Dlatego nie dyskutuj z nim przed snem.

Połączenie zgasło. Stację zaprojektowano dla ponad stu osób. Po wcześniejszych redukcjach personelu i przerzuceniu ludzi do floty zostało troje: Marta Kowalczyk, Kamil Wardas i Robert Zieliński. Reszta pomieszczeń była teraz przestrzenią, którą należało ogrzewać, filtrować i kontrolować mimo braku mieszkańców. Pusta mesa nadal miała stoły dla całej zmiany. Ostatni wspólny posiłek zjedli poprzedniego wieczoru przy jednym końcu długiego blatu. Robert przyniósł trzy porcje odgrzanego gulaszu, Marta jadła w kombinezonie narzuconym na termiczną bieliznę, a Kamil przez pół kolacji patrzył na komunikator, choć nie przyszła żadna nowa wiadomość z Plutona. Nikt nie zaproponował toastu za tych, którzy wrócili. Zbyt dobrze wiedzieli, ilu nie wróciło.

W sekcji medycznej stały nieużywane kriokomory. Na boisku rekreacyjnym piłka potrafiła odbijać się od ściany przez kilkadziesiąt sekund, zanim Kamil ją złapał. W szklarni światło nad sałatą i soją zapalało się zgodnie z harmonogramem, choć czasem jedyną osobą oglądającą zielone liście była Marta. Po Plutonie część stacji wciąż trzymano poniżej zwykłej temperatury. W nocy konstrukcja kurczyła się z cichymi trzaskami. Pierwszego dnia po bitwie Robert trzy razy wyszedł z kajuty przekonany, że ktoś uderza w grodzie. Wardas zakończył przegląd i przeszedł korytarzem do strefy rekreacyjnej. Za szkłem basenu poruszała się woda. Marta właśnie weszła do środka. Po kilku godzinach służby próbowała rozprostować plecy i barki w 0,8 g, zanim wróci na kolejną wachtę. Kamil nie przeszkadzał jej. Stanął przy iluminatorze. Słońce było małym, ostrym punktem. Pluton znajdował się daleko za stacją, w kierunku wewnętrznego Układu. Jeszcze niedawno właśnie tam skupiały się wszystkie ekrany. Teraz anteny Argusa patrzyły przede wszystkim na zewnątrz.

Po starciu na Plutonie pytali już tylko, ile jeszcze nadchodzi. Wardas wrócił do hubu. Automatyczny filtr pokazywał wyłącznie tło, lecz pozostawił główny obraz aktywny. Puste linie były teraz informacją równie ważną jak alarm. Wprowadził kolejny meldunek:

RUBIEŻ ZEWNĘTRZNA. BRAK NOWYCH SYGNATUR O POTWIERDZONYM PROFILU. SIEĆ „ĆMA” AKTYWNA. NASŁUCH CIĄGŁY.

Przeczytał zdanie dwukrotnie przed wysłaniem, pamiętając, że słowo „bezpieczna” usunął z formularza kilka dni wcześniej. Nikt z nich już go nie używał.

Rozdział 12. Ćmy, które mają oczy

Ostatni meldunek z rubieży

Alarm odezwał się, kiedy Marta Kowalczyk była w basenie. Bursztynowa ikona najwyższego priorytetu zapaliła się nad wejściem, a chwilę później przez strefę rekreacyjną przeszedł niski ton. Marta odepchnęła się od krawędzi i wyszła z wody tak szybko, że mokra stopa poślizgnęła się na kratownicy odpływu. Złapała poręcz, zaklęła i sięgnęła po kombinezon techniczny.

— Marta! Robert! Mostek! — głos Wardasa przebił się przez interkom. — Ćma czterdzieści siedem.

Marta bez słowa narzuciła kombinezon na mokre ciało, czując, jak materiał klei się do pleców. Włosy ociekały jej na kark, kiedy biegła korytarzem. Wardas siedział już przy głównym stanowisku. Robert Zieliński wpadł bocznymi drzwiami kilka sekund później, z kluczem serwisowym w jednej ręce i tłustą smugą na przedramieniu.

— Co mamy? — zapytała Marta.

Kamil powiększył wykres.

— Nie to samo, co pod Plutonem.

Pierwszy ślad był słaby: impuls elektromagnetyczny na granicy wykrywalności. Potem Ćma 47 zarejestrowała głębokie ugięcie pola grawitacyjnego. Po kilkunastu sekundach odpowiedziały 52 i 58. Trzy sensory, trzy kąty, ta sama rodzina zjawiska. Zieliński przerzucił surowe logi na osobny ekran.

— Masa efektywna jest większa niż przy jednostkach prowadzących, które weszły na Plutona.

— Jak bardzo?

Robert patrzył na rosnące błędy estymacji.

— Za bardzo, żeby nazwać je następnym krążownikiem.

Marta poczuła chłód mokrego ubrania pod kombinezonem. Na ekranie pojawiło się pięć szerokich stref zakłóceń, całych obszarów, w których geometria pomiaru zaczynała tracić sens. Wokół nich rosły słabsze sygnatury eskorty.

— To główny rzut — powiedział Wardas.

Wcześniej Argus wykrył większą formację, z której cztery jednostki poszły przodem na Plutona. Teraz za ich dawnym śladem nadchodziło coś innego: cięższe, wolniejsze w zmianach pola i otoczone dziesiątkami mniejszych źródeł. System dekodujący zamigotał. Pomiędzy cyframi pojawiły się piktogramy. Część przypominała znaki znane z pakietów Oka i archiwów „Giewontu”. Program podał roboczą transliterację z niskim poziomem pewności:

IGIGI / KONTAKT

Poniżej pojawił się drugi symbol. Baza porównała go ze starym oznaczeniem Enki, ale współczynnik zgodności skakał z każdą sekundą.

— Nie wpisuj tego jako identyfikacji — powiedziała Marta. — Tylko surowy znak i prawdopodobieństwo.

— Przyjęto.

— Otwórz Gawrona. Pełna kompresja. Wszystkie trzy Ćmy plus nasz zapis.

Wardas zawahał się.

— Bez pełnej korelacji?

— Po Plutonie nie mamy już luksusu czekania na ładny wykres.

Linia awaryjna otworzyła się z trzaskiem. Marta przyciągnęła mikrofon.

— Argus-4 do wszystkich stanowisk uprawnionych. Kod Gawron. Sieć zewnętrzna potwierdza pięć ciężkich anomalii grawitacyjnych o profilu odmiennym od prowadzących jednostek z rejonu Plutona. Towarzyszy im wielokrotna eskorta. Kierunek: wewnętrzny Układ Słoneczny. Dołączamy surowe dane. Klasyfikacja: główny rzut inwazji prawdopodobny.

Wardas wysłał pakiet. W tej samej chwili pierwsza z pięciu anomalii zaczęła gwałtownie rosnąć.

— Mamy wyjście — powiedział Robert.

Przestrzeń na zewnętrznym obrazie optycznym zdeformowała się. Gwiazdy rozciągnęły się w cienkie łuki, potem kilka z nich zniknęło, jakby ktoś zasłonił fragment nieba czymś przezroczystym i ciężkim. Z zakrzywienia wyszła pierwsza Kula Twórców, po niej druga, a potem trzy następne. Marta widziała już obrazy obcych jednostek z Plutona. Te były innej skali. Idealne powierzchnie nie odbijały światła normalnie; gwiazdy na ich krawędziach łamały się i przesuwały, jakby sama optyka próbowała ominąć kadłub. Wokół Kul rozwinęła się eskorta rtęciowych krążowników. Robert odsunął się od ekranu.

— Jezu.

Fala przyszła bez błysku. Najpierw zabolały zęby. Potem Marta usłyszała własne tętno w uszach, zbyt głośne i nierówne. Obraz mostka rozszerzył się na boki. Przez krótką chwilę nie potrafiła przypomnieć sobie, dlaczego stoi przy konsoli. Wardas krzyknął i przycisnął dłoń do słuchawki. Krew poszła mu z nosa i ucha. Zieliński opadł na kolano, wciąż próbując trzymać otwarty kanał techniczny.

— Magistrale wariują — wychrypiał. — Zewnętrzny zegar przestawia nam synchronizację.

Na ekranach zabezpieczenia zaczęły gasnąć warstwami. Nie wyglądało to jak klasyczne włamanie. Obcy sygnał narzucał urządzeniom własny rytm, rozjeżdżał ich czas i kolejność wykonywania procedur. Marta zacisnęła dłonie na krawędzi pulpitu. W głowie pojawiło się wrażenie obecności, podobne do opisów z „Nadziei Jagiellonów” i raportów z Plutona: presja pod czaszką, ruch tuż poza świadomą myślą. Nie potrafiła stwierdzić, czy Twórcy rzeczywiście sięgają do jej pamięci, czy przeciążony mózg nadaje fizycznemu atakowi znajomy kształt.

— Kamil. Pakiet.

Wardas miał niesprawną lewą dłoń. Prawą przełączył nadajnik laserowy na zapasowy tor.

— Siedemdziesiąt procent… osiemdziesiąt…

W ścianie pękł przekaźnik. Zapach spalonej izolacji uderzył w wentylację.

— Dziewięćdziesiąt dwa.

Marta patrzyła na pasek transmisji.

— Wyślij to, co jest.

Wardas uderzył w potwierdzenie. Pakiet poszedł do wewnętrznego Układu ułamek sekundy przed utratą głównej synchronizacji. Zawierał sygnatury pięciu Kul, wektory eskorty, surowe piktogramy i ostatnie pomiary Ćm. Światła zgasły, a po dwóch sekundach zapaliły się słabe, czerwone lampy awaryjne. Robert podciągnął się na fotel.

— Nadajnik główny martwy.

— Zapasy?

— Nie widzę zegara. Nie mam wspólnego czasu z resztą stacji.

Marta spojrzała na Wardasa. Krew spływała mu po brodzie na kołnierz.

— Kamil?

— Pakiet wyszedł.

To była najważniejsza informacja, jaką mieli. Na jednym z bocznych ekranów został zamrożony ostatni obraz z Ćmy 47: pięć wielkich zakłóceń i dziesiątki mniejszych, wszystkie zwrócone ku Słońcu. Marta uruchomiła lokalny rejestrator. Nie wiedziała, czy zapis kiedykolwiek opuści stację.

— Argus-4. Gawron wysłany. Pięć Kul klasy ciężkiej, eskorta wielokrotna. To nie jest grupa z Plutona. Powtarzam: nowy rzut. Kontynuujemy pracę w trybie awaryjnym.

Głos zabrzmiał sucho. Potem zewnętrzne czujniki zamilkły. Daleko bliżej Ziemi skompresowany pakiet dotarł do sieci wojskowej i został przekazany na ORP „Hetman Zamoyski”. Admirał Henryk Zasada stał przy centralnym holoradarze, kiedy na ekranie rozwinęło się pięć ciężkich sygnatur. Dane były poszarpane, część znaczników miała błędy czasu, a w surowych pakietach powtarzał się niepewny znak z bazy „Giewontu”. Najważniejsze było jednak czytelne: pięć Kul, eskorta i wektor do wewnętrznego Układu. Zasada nie czekał na kolejne potwierdzenie. Przy jego stanowisku pulsowała jedna linia przeznaczona do użycia tylko raz. Było to bezpośrednie pasmo do „Arctowskiego”.

— Otworzyć kanał do Arki — powiedział.

Rozkaz zabrzmiał zwyczajnie. Na mostku nikt nie miał już wątpliwości, co oznacza.

Rozdział 13. Arctowski odchodzi

Na mostku ORP „Arctowski” kończono ostatnią listę zamknięcia systemów. Dwóch techników mocowało fotel przy stanowisku pomocniczym. Oficer dyżurny odczytywał kontrolki grodzi, a kapitan Liliana Okońska stała przy głównej konsoli z tabletem opartym o biodro. Generał Bogdan Hryniewicz obserwował holoprojekcję zewnętrznej rubieży. Od kilku nocy spał źle.

W ostatnim śnie znowu widział Uruk. Ziggurat wyrastał z miasta pod niebem koloru spalonej miedzi. Kapłan w białej szacie klęczał przed nim, choć Hryniewicz nie pamiętał, żeby kiedykolwiek widział jego twarz w jakimkolwiek archiwum. Bez ruchu ust przekazał trzy słowa: Arka, Igigi, Głos. Obudził się z krwią pod nosem i bólem za oczami. Przestał rozstrzygać, czy był to sen, resztka kontaktu z Okiem, pamięć podsunięta przez cudzy zapis czy zwykły produkt przemęczonego mózgu. Wystarczyło mu, że po takich nocach aparatura medyczna notowała skoki ciśnienia i zaburzenia snu. Całą resztę zostawiał ludziom, którzy jeszcze wierzyli w ostre granice między danymi a omamem. Pakiet z sieci „Ćma” pojawił się na ekranie z oznaczeniem najwyższego priorytetu. Pięć ciężkich anomalii. Eskorta. Wektor do wnętrza Układu. Wśród surowych danych znajdowały się piktogramy. Algorytm Oka proponował kilka znaczeń, ale żadne nie przekraczało progu pewności pozwalającego wpisać je do rozkazu. Hryniewicz czytał tylko liczby. Połączenie z „Hetmana Zamoyskiego” weszło na szyfrowane pasmo stoczniowe.

— Słyszysz mnie, Bogdan? — zapytał Zasada.

— Słyszę.

— Argus potwierdził główny rzut. Pięć Kul i eskorta. Wektor jest wewnętrzny.

Hryniewicz spojrzał na techników zamykających ostatnią gródź pierścienia mieszkalnego.

— Ile mamy?

— Za mało, żebyś został.

Przez kilka sekund słyszeli tylko cichy szum szyfrowania.

— Nic tu po tobie — powiedział Zasada. — Wasza misja zaczyna się teraz. Powodzenia. Nie spieprz tego.

Hryniewicz uśmiechnął się krótko, bez radości.

— Powodzenia, Henryk.

Zawahał się.

— Żegnaj.

— Bez odbioru.

Linia zgasła. Algorytmy bezpieczeństwa usunęły klucze sesji i wyczyściły lokalny bufor połączenia. Okońska odwróciła się od konsoli.

— Generale?

— Odejście zgodnie z planem.

Nie potrzebowała niczego więcej.

— Mostek, kończymy checklistę. Reaktor jeden?

— Gotowy.

— Reaktor dwa?

— Gotowy.

— Podtrzymanie życia?

— Nominalne.

— Pierścień mieszkalny?

— Stabilny. Rotacja w normie.

— Sekcje kolonizacyjne?

— Zamknięte i zabezpieczone.

— Banki genetyczne?

— Zasilanie główne i dwa niezależne zapasy.

Raporty spływały jeden po drugim. Były twardą, techniczną modlitwą ludzi, którzy próbowali wyrwać przyszłość z rąk końca świata. Metal pod stopami drżał od pracy pomp i generatorów. Czuć było świeżo nałożony smar. Okręt przez wiele miesięcy pozostawał placem budowy, a teraz miał stać się domem. Na pokładzie znajdowało się dwustu dorosłych kolonistów oraz dwudziestoosobowa załoga. Dzieci nie wchodziły do limitu dorosłych; miały własne miejsca w sekcjach rodzinnych, zaprojektowanych z myślą o podróży, która mogła potrwać dłużej niż życie części ludzi na mostku. Z pierścienia mieszkalnego dobiegł przez system wewnętrzny krótki płacz dziecka, natychmiast wyciszony po zamknięciu lokalnego kanału. Ktoś na mostku uniósł głowę, po czym wrócił do checklisty; dwieście miejsc dla dorosłych pozostawało liczbą zapisaną w rozkazie. Płacz przypominał, co naprawdę zamknięto za grodziami. Hryniewicz znał te liczby na pamięć. Każda miała twarz, choć nie wszystkich ludzi zdążył poznać.

— „Gniazdo” potwierdza zgodę na wyjście — zameldował operator.

Okońska włączyła kanał wewnętrzny.

— Załoga, przygotować się do odcumowania. Rzucić zaczepy według sekwencji. Manewr za pięć sekund.

Magnetyczne obejmy puściły kolejno. Kadłub drgnął, a potem bardzo powoli odsunął się od stacji. Sternik pracował minimalnym ciągiem. W fotelach dało się poczuć lekkie przesunięcie masy, a w konstrukcji niski pomruk napędu manewrowego. Hryniewicz patrzył przez boczny iluminator na „Gniazdo”. Jeszcze kilka lat wcześniej część elementów tej stacji istniała wyłącznie na rysunkach. „Arctowski” również. Pamiętał ludzi, którzy spawali jego grodzie, choć sami zostawali na Ziemi. Techników od hydroponiki wracających po nocnej zmianie do baraków na orbicie. Kobietę z kontroli jakości, która trzy razy odrzuciła partię uszczelek, bo „na Arce nie będzie sklepu z częściami”. Robotników wiedzących, że budują miejsce dla cudzych dzieci. Nie chciał nazywać tego nadzieją. Nadzieja niczego nie uszczelniała i nie naprawiała pękniętego przewodu. To był okręt z metalu, ludzi i zapasów. Jeżeli Ziemia przegra, miał zabrać część cywilizacji tak daleko, żeby przeciwnik nie znalazł jej po pierwszym śladzie. Zamknięty pakiet ucieczki prowadził przeciwnie do wektora, z którego nadciągali Twórcy — w głęboką próżnię, poza znane trasy i poza drogę wojny.

— Odległość bezpieczna — zameldował sternik.

Okońska skinęła głową.

— Przygotować napęd główny. Wektor zgodnie z pakietem zamkniętym.

Na jej ekranie nie było zwykłych współrzędnych. Cel ukryto pod warstwami kryptografii, procedurą jednorazowego użycia i fragmentami matematyki wyprowadzonej z technologii, której ludzie wciąż nie rozumieli do końca. Ostateczny wektor miał zostać rozwinięty dopiero poza bezpośrednim zasięgiem ziemskiej sieci. Kapitan zacisnęła pasy.

— „Arctowski” do „Gniazda”. Proszę o ostatnie zatwierdzenie.

Po chwili przyszła odpowiedź:

— Wektor zatwierdzony. Powodzenia.

Okońska spojrzała na ludzi przy stanowiskach.

— Odchodzimy.

Generatory pola weszły na moc. Najpierw zmienił się dźwięk okrętu: niski ton przeszedł w wibrację wyczuwalną w szczęce i mostku. Potem przed dziobem pojawiło się błękitne odkształcenie: lokalna deformacja przestrzeni tworzona przez napęd „Arctowskiego”, odmienna od zwykłej bramy sieciowej. Hryniewicz patrzył, jak gwiazdy na krawędzi pola przesuwają się wbrew geometrii iluminatora.

— Pole stabilne.

— Wektor utrzymany.

Nie było tam celu w klasycznym sensie. Była zasłona matematyczna, ślepa procedura, wektor ukryty pod warstwami czyszczenia i fragment starej logiki Oka, której nikt nie ufał do końca, ale wszyscy musieli zaufać teraz.

— Zewnętrzna telemetria odcięta.

— Wchodzimy.

„Arctowski” zniknął z ekranów „Gniazda” warstwami: najpierw dziób, potem oś centralna i obracający się pierścień mieszkalny. Błękitne odkształcenie zacisnęło się za rufą i wygasło. W systemach pozostawionych w Układzie uruchomiły się procedury czyszczenia. Klucze trasy skasowano, bufor lotu został spalony, a część dokumentacji budowy od dawna figurowała w rozproszonych rejestrach jako odpady, straty produkcyjne i wycofane partie materiałowe.


Stacja „Gniazdo”

Edmund Kliszewski zatrzasnął niewielką skórzaną walizkę. Anna czekała przy korytarzu prowadzącym do windy razem z dziećmi. Większość administracji stacji zeszła już do chronionych ośrodków na Ziemi. W sektorach bojowych pozostawali operatorzy platform, technicy, obsady łączności i ludzie, którzy nie mieli zejść przed zakończeniem pierwszego uderzenia. Prezydent podszedł do panoramicznego iluminatora chwilę przed odlotem Arki. Widział, jak wielki kadłub odsuwa się od „Gniazda”. Nie wyglądał dostojnie. Z bliska widać było spawy, panele serwisowe, różnice odcieni pancerza i miejsca poprawiane już po montażu. Okręt był dokładnie tym, czym stało się całe państwo przed wojną: czymś zbudowanym za szybko, zbyt drogo i mimo wszystko na tyle dobrze, by spróbować. Kiedy pole skoku zamknęło się za rufą, w iluminatorze została zwykła czerń. Kliszewski poczekał jeszcze kilka sekund. Anna stanęła obok.

— Gdybyś nie był prezydentem — powiedziała — zgodziłbyś się wysłać własnego syna do pierwszego rzutu?

Za plecami pracowała wentylacja. Z głębi stacji dochodziły odległe uderzenia zamykanych grodzi. Na ekranach przy ścianie czerwone znaczniki obcej floty przesuwały się ku wewnętrznemu Układowi.

— Nie — powiedział w końcu.

Anna patrzyła na niego jeszcze chwilę.

— Więc pamiętaj o tym, kiedy podpisujesz rozkazy dla cudzych synów i córek.

Anna powiedziała to bez oskarżenia, co zabolało mocniej. Edmund spojrzał na swoje odbicie w szybie. Miał twarz człowieka, który od miesięcy podpisywał decyzje przeliczane na miejsca w schronach, transportach i okrętach. Żadna z tych tabel nie zawierała rubryki dla rodziców czekających na powrót.

— Musimy iść — powiedziała Anna.

Skinął głową. Odeszli od iluminatora. Za szybą miejsce po „Arctowskim” pozostawało puste.

Rozdział 14. Cisza przed burzą

W Warszawie noc istniała już tylko na zegarach. Reflektory wojskowych kolumn przesuwały się po fasadach, drony patrolowe przecinały niebo białymi smugami, a syreny po kilku godzinach przestały być osobnym dźwiękiem. Weszły w tło miasta razem ze spalinami, mrozem i warkotem silników. W mieszkaniach paliły się światła. Ludzie pakowali dokumenty, leki, ubrania i rzeczy, które nagle wydawały się ważniejsze od wszystkiego, co jeszcze wczoraj trzymali w szafach i sejfach. Rząd ogłosił stan wojenny i uruchomił pełną relokację według planu „Bunkier”. Publiczne komunikaty mówiły o bezpośrednim zagrożeniu zewnętrznym, ochronie infrastruktury i obowiązku wykonywania poleceń służb. Nie podawano pełnego obrazu armady ani czasu do kontaktu. Wystarczyło spojrzeć na ulice, żeby zrozumieć, że nie chodzi o ćwiczenia.

Na paskach informacyjnych przesuwały się proste instrukcje: dokumenty, stałe leki, jedna torba na osobę, woda, odzież termiczna, zakaz używania prywatnych dronów. Sieć komórkowa nadal działała, ale co kilka minut obciążenie przygniatało kolejne stacje bazowe. Wtedy ludzie patrzyli na telefony, jakby właśnie tracili ostatnią cienką nić łączącą ich z rodziną. Kolumny autobusów, transporterów i ciężarówek ruszyły z Warszawy, Krakowa, Śląska, Wrocławia, Poznania i Trójmiasta do wyznaczonych schronów. Administracja przejęła część cywilnych pojazdów. Na skrzyżowaniach stała żandarmeria z tabletami, papierowymi listami i mapami na wypadek utraty sieci. Karetki przemykały między kolumnami z wyłączonymi syrenami, bo dźwięku i tak było za dużo. Na Woli kolejka do supermarketu ciągnęła się przez parking. Automatyczne drzwi wyłączono. Dwóch żołnierzy wpuszczało ludzi partiami, a kasjerki wydawały wodę, konserwy, ryż, baterie i mleko według limitów. Mężczyzna w puchowej kurtce wsunął na taśmę cały karton konserw.

— Połowę proszę odłożyć — powiedziała kasjerka. Miała spękane dłonie i głos zdarty od powtarzania tych samych zdań. — Za panem też stoją ludzie.

Mężczyzna zacisnął szczękę.

— Mam chorą matkę.

— Rozumiem. Ale tamta pani ma dwoje dzieci.

Wskazała wzrokiem kobietę stojącą kilka metrów dalej. Chłopiec miał inhalator na szyi, dziewczynka ściskała pluszowego lisa. Ojciec dzieci trzymał w rękach dwie paczki pieluch i co chwilę spoglądał na zegarek. Mężczyzna jeszcze moment stał nieruchomo, potem odłożył połowę kartonu.

— Wszyscy kogoś mają — powiedziała kasjerka ciszej.

Nie było w tym pretensji. Tylko zmęczenie. Na zapleczu student z Ukrainy rozcinał palety wody nożem magazynowym. Robił to szybko i bez słowa, jak człowiek, który kiedyś już pakował życie do jednej torby i znał dźwięk odjeżdżającego autobusu pod ostrzałem. Obok policjant odbierał kierowcy furgonetki kanistry paliwa wynoszone ponad limit. Nie było bójki ani widowiska. Numer rejestracyjny trafił do systemu, paliwo wróciło do magazynu, a człowiek został skierowany do kolejki. Na parkingu ludzie przepakowywali zakupy do plecaków szkolnych, walizek, reklamówek i plastikowych skrzynek. Jedni mieli wrócić na kilka godzin do mieszkań, inni jechali od razu do punktów zbiórki. Co kilkanaście minut nad nimi przelatywał policyjny dron.

— Proszę kierować się do punktów relokacyjnych. Bagaż podręczny ograniczyć do jednej sztuki na osobę. Pomagać osobom starszym i dzieciom.

Przy rondzie Daszyńskiego czteroosobowa rodzina czekała na transport z trzema walizkami i starym psem owiniętym w koc. Matka miała niemowlę w nosidle i segregator dokumentów pod pachą. Starszy chłopiec ciągnął walizkę przez rozjeżdżony śnieg i co chwilę oglądał się na blok. Zapamiętywał balkon, okno kuchni, antenę sąsiada, wszystko, co do tej pory było tak zwyczajne, że nie wymagało pamięci.

— Tato, wrócimy?

Ojciec spojrzał na rampę ciężarówki oznaczonej EWAKUACJA SEKTOROWA. Żołnierz przy wejściu ponaglał ludzi dłonią.

— Wrócimy.

Powiedział to, bo dziecko musiało wejść po rampie. Przy liście funkcjonariusz zatrzymał ich wzrokiem na psie.

— Zwierzęta tylko w transporterach.

Ojciec ścisnął smycz.

— On jest z nami.

Funkcjonariusz już nabierał powietrza, gdy z kabiny wychylił się starszy sierżant o twarzy szarej ze zmęczenia.

— Wrzucić kundla pod ławkę i jechać. Następni.

Pies wszedł pierwszy. Matka rozpłakała się dopiero po zamknięciu rampy, kiedy metal odciął widok na ulicę. Pod Pałacem Kultury tłum schodził do metra i technicznych schronów. Rozdawano koce termiczne, wodę, pakiety żywnościowe, leki i opaski dla dzieci. Strażacy znosili wózki inwalidzkie po schodach. Ratownicy ustawili punkt segregacji dla ludzi mdlejących w ścisku. Jeden mężczyzna dostał ataku paniki przy bramce wejściowej. Dwóch ratowników posadziło go pod ścianą, podało tlen i tłumaczyło spokojnie, że musi oddychać wolniej, choć sami mówili za szybko. W tunelu śmierdziało potem stłoczonych ludzi. Ludzie siedzieli z życiem upchniętym w torbach: lekami, dokumentami, fotografiami, zabawkami, różańcami, powerbankami i ubraniem na zmianę. Starsza kobieta trzymała na kolanach klatkę z kanarkiem przykrytą ręcznikiem. Obok niej nastolatka próbowała wysłać wiadomość głosową i kasowała ją za każdym razem, zanim skończyła pierwsze zdanie.

Dzieci pytały, czy to ćwiczenia. Rodzice odpowiadali tak, żeby dzieci przestały pytać na kilka minut. Ekran administracyjny na peronie zgasł na sekundę. Cały tłum ucichł. Został tylko szum wentylacji, czyjś kaszel i cienki płacz niemowlęcia. Gdy obraz wrócił, ludzie wypuścili powietrze, ale nikt nie klaskał.


Na Śląsku autobusy wjeżdżały do przebudowanych kopalń. Dawne szyby, które przez dziesięciolecia wyciągały ludzi spod ziemi, teraz połykały ich z powrotem. Pod starymi nazwami kopalń ustawiano punkty rejestracji, kontrole medyczne i magazyny. Górnicy po emeryturze pomagali służbom prowadzić ludzi przez korytarze, bo znali te miejsca lepiej niż wojskowe mapy. W Wieliczce i Bochni zamykano kolejne komory. Pod masywami skalnymi uruchomiono wojskowe windy i tunele, których na cywilnych mapach nigdy nie opisano w całości. Papierowy plan relokacji miał kolory, numery sektorów i przepustowość wejść. W terenie miał płaczące dzieci, zagubionych starszych ludzi, zablokowane skrzyżowania i dyspozytorów, którzy od trzech godzin nie wstawali od stanowisk.

Wśród schodzących pod ziemię byli nauczyciele, pielęgniarki, księgowi, dzieci z tornistrami, emeryci z reklamówkami leków i ludzie, którzy przez całe życie bali się kopalń, a tej nocy prosili, żeby wpuszczono ich jak najgłębiej.


W KPRM śmierdziało papierosowym dymem. Premier, prezydent Kliszewski i minister spraw wewnętrznych siedzieli nad mapą „Bunkra”. Na stole leżały tytanowe nośniki danych, wydruki z czerwonymi pieczęciami i lista obiektów, których nie udało się przygotować na czas. Premier zapalił kolejnego papierosa. Popielniczka była pełna.

— Głębokie struktury?

Minister sprawdził tablet.

— Potwierdzone wejście: siedemnaście milionów czterysta tysięcy. W relokacji kolejne dziewięć milionów. Zatory przy części wejść południowych. Tatra-3 przeciążona. Dwa przypadki paniki zbiorowej.

— Ofiary?

— Zawały, urazy w tłumie, wypadki drogowe. Pod Katowicami ciężarówka ewakuacyjna wpadła w poślizg. Siedem osób nie żyje.

Kliszewski patrzył na liczbę na ekranie. Siedem. W normalnym dniu każde nazwisko stałoby się osobną historią w wiadomościach. Teraz system umieszczał je w rubryce strat organizacyjnych. Ta różnica bolała go bardziej niż sama tabela.

— Nazwiska do rodzin, zanim pójdą do mediów — powiedział.

Minister skinął głową.

— Rodziny wojskowych? — zapytał premier.

— Priorytet drugi bez publicznego oznaczenia. Dowódcy lokalni przesuwają część list ręcznie.

Premier zgasił papierosa.

— Nie zatrzymujcie tego, jeśli nie wypycha dzieci i chorych z miejsc medycznych. Człowiek na okręcie ma wiedzieć, że jego rodzina dostała szansę. Nie obietnicę. Szansę.

Kliszewski spojrzał na niego, ale nie zaprotestował. W tej nocy sprawiedliwość miała za mało miejsc i za dużo wyjątków. Każdy wyjątek miał czyjąś twarz. Do gabinetu wszedł minister kultury w polowym płaszczu narzuconym na garnitur. Wyglądał, jakby przez ostatnie godziny biegał między muzeum, lotniskiem i wojskowym terminalem, a nie między salami rządowymi.

— Ostatni prom ewakuacyjny opuścił platformę orbitalną — zameldował, kładąc na biurku tytanowy nośnik danych. — Wywieźliśmy z Muzeum Narodowego, Zamku Królewskiego i magazynów specjalnych wszystko, co dało się zabrać bez zniszczenia. Obrazy, rzeźby, rękopisy, Kochanowski, Rej, Prus, Mickiewicz, archiwa cyfrowe, zbiory kartograficzne, depozyty kościelne, skarby narodowe. Część dorobku kultury leci w kriokontenerach frachtowców klasy „Batory” poza strefę działań. Jeśli Ziemia spłonie, pamięć o nas przetrwa na Lechii.

Prezydent długo patrzył na nośnik.

— A Wawel?

Minister zbladł jeszcze bardziej.

— Regalia i wybrane zbiory zabezpieczone. Wszystkiego nie dało się ruszyć. Nie w tym czasie.

Kliszewski skinął głową. Nie miał prawa wymagać cudu od ludzi, którzy i tak przez ostatnie godziny wynosili historię narodu w skrzyniach amortyzowanych pianką, pod eskortą żandarmów i przy wyciu syren.

— Dziękuję — powiedział.

Minister chciał coś dodać, ale zrezygnował. Wyszedł cicho.


Nad nimi wojskowa stacja „Gniazdo” przechodziła w pełną gotowość bojową. Opróżniono moduły mieszkalne i odcięto je grodziami od sekcji obronnych. Z nisz wysunęły się emitery obrony punktowej oraz baterie jonowe. Pułkownik Bartłomiej Gryga obserwował zamykanie pierścienia C. Na ostatniej kamerze została różowa dziecięca bluza z naszywką królika, porzucona przy ścianie. Była za mała dla kogokolwiek, kto został na służbie.

— Termika?

— Czysta.

— Transpondery?

— Brak ludzi.

— Kontrola ręczna?

— Zespół wyszedł cztery minuty temu. Ostatnia śluza potwierdzona.

Gryga patrzył na bluzę jeszcze sekundę.

— Zamknąć obraz. Reżim bojowy.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 54.94